1
W przenikliwym chłodzie rześkiego październikowego poranka James Becker stoi na kładce dla pieszych, opiera się biodrem o poręcz i skręca papierosa. Pod nim płynie strumień, czarny i powolny, woda niebawem zamarznie, sączy się jak syrop po rdzawopomarańczowym kamieniu. To środkowy punkt jego codziennej podróży, która zajmuje pełne dwanaście minut od gajówki, gdzie mieszka, do Fairburn House, gdzie pracuje. Piętnaście, jeśli zatrzyma się na papierosa.
Kołnierz płaszcza podniesiony, szybkie spojrzenie przez ramię - postronnemu obserwatorowi może wydawać się czujny, choć nie ma takiej potrzeby. Przynależy do tego miejsca, jakkolwiek zaskakujące by to nie było. Nawet on sam ledwo to dostrzega. Jak on - bękart bez ojca, dzieciak kasjerki z supermarketu, chłopak z państwowej szkoły w tanim garniturze - może mieszkać i pracować tutaj, w Fairburn, wśród błękitnokrwistej elity? On tu nie pasuje. A jednak jakimś cudem, dzięki ciężkiej pracy, łutowi szczęścia i odrobinie podstępu, znalazł się tutaj.
Zapala papierosa i jeszcze raz ogląda się przez ramię, spoglądając w stronę domku, gdzie ciepłe światło sączy się z kuchennego okna i złoci bukowy żywopłot. Nikt go nie obserwuje - Helena wciąż leży w łóżku z poduszką wciśniętą między kolana - nikt nie zobaczy, jak łamie obietnicę rzucenia palenia. Ograniczył się do trzech dziennie i myśli, że do czasu, gdy woda zamarznie, rzuci fajki całkowicie.
Opiera się o barierkę i zaciąga mocno papierosem, spoglądając na wzgórza na północy, których szczyty zdążył już przyprószyć śnieg. Gdzieś w oddali rozlega się syrena; Beckerowi wydaje się, że dostrzega błysk niebieskiego światła na drodze, karetkę lub radiowóz. Krew uderza mu do głowy, a w żołądku czuje nikły, ale niezaprzeczalny skurcz strachu. Pali szybko, jakby w ten sposób mógł wyrządzić sobie mniejszą szkodę, przerzuca niedopałek przez barierkę do wody. Przechodzi przez most i truchta przez oszroniony trawnik w kierunku domu.
Gdy otwiera drzwi, w jego biurze dzwoni telefon stacjonarny.
- Tak? - Becker wciska słuchawkę między ramię a podbródek, włącza komputer i obraca się, sięgając po przełącznik ekspresu do kawy na bocznym stoliku.
Następuje chwila przerwy, po czym odzywa się wyraźny, elegancko modulowany głos:
- Dzień dobry. Czy rozmawiam z Jamesem Beckerem?
- Tak. - Becker wpisuje hasło, otrzepuje płaszcz.
- W porządku. - Kolejna pauza. - Mówi Goodwin z Tate Modern.
Słuchawka zsuwa się z ramienia Beckera; ten łapie ją i ponownie przyciska do ucha.
- Przepraszam, kto?
Mężczyzna na drugim końcu linii głośno wypuszcza powietrze.
- Will Goodwin - wymawia każdą głoskę z wyraźną dykcją. - Z Tate Modern w Londynie. Dzwonię, bo mamy problem z jednym z dzieł wypożyczonych z Fairburn.
Becker staje na baczność, zaciska pięść na słuchawce.
- Chryste, nie uszkodziliście niczego, prawda?
- Nie, panie Becker. - Słowa Goodwina aż ociekają chłodną powściągliwością. - Wszystkie trzy eksponaty z Fairburn znajdują się pod najlepszą opieką. Niemniej musieliśmy wycofać z wystawy jedną z rzeźb, Podział II.
Becker marszczy brwi, siada.
- To znaczy?
- Jak wynika z maila otrzymanego od wybitnego antropologa sądowego, który odwiedził naszą wystawę w ten weekend, Podział II zawiera ludzką kość.
Na wybuch gromkiego śmiechu Beckera odpowiada grobowa cisza.
- Przepraszam - mówi Becker, wciąż chichocząc - ale to jest po prostu...
- Przeprosiny są jak najbardziej na miejscu! - odpowiada Goodwin iście morderczym tonem. - Obawiam się, że nie podzielam pańskiego rozbawienia. Wyłącznie za sprawą pana kuratorskiej niekompetencji, na mojej pierwszej wystawie jako dyrektora i pierwszej popandemicznej prezentacji galerii, doszło do nieumyślnego wyeksponowania ludzkich szczątków. Czy zdaje pan sobie sprawę, jak bardzo może to zaszkodzić naszej instytucji? To właśnie przez takie rzeczy dochodzi do cancelowania!
Becker w końcu kończy rozmowę, wpatruje się w ekran komputera i czeka, aż Goodwin prześle mu wspomnianą wcześniej wiadomość. Ta skarga - jeśli można ją tak nazwać - to ewidentny nonsens. Może to żart? A może zwyczajna pomyłka?
Wiadomość pojawia się w jego skrzynce odbiorczej i Becker otwiera ją. Czyta dwukrotnie, sprawdza w sieci nazwisko nadawcy (powszechnie szanowany pracownik naukowy dużego brytyjskiego uniwersytetu - raczej nie żartowniś), a następnie klika ArtPro, wykorzystywany w Fairburn program do katalogowania, i wyszukuje dzieło, o którym mowa. I oto jest. Podział II, wykonany około 2005 roku, autorstwa Vanessy Chapman. Obiekt ilustrują kolorowe fotografie wykonane osobiście przez Beckera. Ceramika, drewno i kości, zawieszone na włóknach, unoszą się w szklanej gablocie skonstruowanej przez samą Chapman. Ceramika i kość są bliźniaczo podobne: kruche trzpienie w kolorze czystej bieli, pęknięte w środku, połączone lakierem i złotem.
Gdy zobaczył je po raz pierwszy, pomyślał, że pewnie przysłano je przez pomyłkę. Rzeźba? Vanessa Chapman nie była rzeźbiarką, zajmowała się malarstwem i ceramiką. A jednak, oto i dzieło, piękne i dziwne, delikatna zagadka, idealna łamigłówka. Żadnych objaśnień, tylko krótka wzmianka w notatniku, gdzie Chapman wspomina o trudnościach, jakie napotkała przy montażu skóry, czyli szklanego pudełka, w którym zamknięto pozostałe elementy. Bezsprzecznie jej, a teraz jego. Jego do badań, do katalogowania, do opisywania i prezentowania, do przedstawiania światu. Pracę pokazywano przez krótki czas w Fairburn House i od tamtej pory obejrzały ją tysiące ludzi - dziesiątki tysięcy! - w galeriach w Berlinie i Paryżu, a ostatnio w Londynie.
Ludzka kość! To absurd. Becker odsuwa krzesło od biurka i wstaje, po czym odwraca się w stronę okna.
Jego biuro znajduje się w publicznym skrzydle posiadłości, wychodzącym na wschodni dziedziniec. Pośrodku trawnika, zadbanego i zielonego jak powierzchnia stołu bilardowego, stoi spiżowy pomnik Hepworth, którego krzywizny lśnią w świetle poranka, a ukośne, wypukłe zarysy ścian i wyżłobienia w jego sercu mienią się zielenią. Przez tę owalną szczelinę Becker zauważa, że po trawie szybko idzie Sebastian z telefonem przyciśniętym do ucha.
Sebastian Lennox to spadkobierca Fairburn - kiedy jego matka opuści ten padół, Sebastian stanie się właścicielem rezydencji, domku, w którym mieszka Becker, dziedzińca, Hepworth i okolicznych pól. Jest także dyrektorem fundacji, a więc nie tylko gospodarzem Beckera, ale także jego szefem.
(I jego kumplem, nie zapominajmy o tym).
Becker obserwuje, jak Sebastian omija rzeźbę i uśmiecha się nieco zbyt szeroko, jego śmiech słychać nawet z tej odległości. Becker obraca się lekko i ten ruch przyciąga wzrok Sebastiana, który mruży oczy, podnosi jedną rękę w geście pozdrowienia i rozkłada szeroko palce, sygnalizując pięć. Pięć minut. Becker odchodzi od okna i siada z powrotem przy biurku.
Dziesięć, piętnaście minut później słyszy kroki Sebastiana na korytarzu, a chwilę potem do biura wpada on sam, golden retriever w ludzkiej postaci.
- Nie uwierzysz, jaki właśnie odebrałem telefon - mówi, odgarniając z oczu kosmyk jasnej grzywki.
- A nie był to przypadkiem niejaki Will Goodwin?
- Boże, tak! - mówi, śmiejąc się Sebastian, opadając na fotel w rogu biura Beckera. - Prawie się posikał, bo boi się, że go scancelują. Do ciebie też dzwonił?
Becker kiwa głową.
- Wycofują pracę z wystawy - mówi. - To... to kompletna przesada - dodaje.
- Naprawdę?
Becker rozkłada szeroko ręce.
- Oczywiście, że tak! Na pewno. Bóg wie, ile osób to widziało, łącznie z ekspertami. Gdyby kość była ludzka, to chyba ktoś już by to zauważył.
Sebastian kiwa głową, kąciki jego ust opadają.
- Jesteś rozczarowany? - pyta z niedowierzaniem Becker.
Sebastian wzrusza ramionami.
- Być może umknęło to twojej uwadze, Beck, ale od czasu naszego ponownego otwarcia Brytyjczycy nie oblegają naszych bram... Pomyślałem, że może sugestia jakiejś zagadki, powiew skandalu...
- Skandalu? Och, to mi się podoba.
Obaj mężczyźni odwracają się i widzą stojącą w drzwiach Helenę. Od stóp do głów okryta jest czarnym kaszmirem, prążkowana sukienka opina jej brzuch. Pasma kasztanowych włosów wymknęły się z kucyka, a na jej kościach policzkowych pojawiły się jasne plamy. Jest lekko zdyszana.
- Hels! - Sebastian podrywa się z miejsca, obejmuje ją i całuje delikatnie w oba policzki. - Moja ty promienna. Przyszłaś pieszo? Chodź, siadaj!
Helena pozwala poprowadzić się do fotela, który Sebastian właśnie zwolnił.
- Miałam ochotę na mały spacer - odpowiada, uśmiechając się do Beckera, który patrzy na nią ze zdziwieniem. - Jest tak pięknie, że najchętniej wybrałabym się na przejażdżkę, ale - macha ręką w powietrzu, uprzedzając obiekcje Beckera - oczywiście nie zamierzam tego zrobić. No to opowiadajcie, o co chodzi z tym skandalem?
Uważnie słucha wyjaśnień Beckera, przerywając, gdy ten dociera do puenty.
- Ale przecież ta praca była wystawiona w Berlinische Galerie! Znalazła się na wystawie "Twenty-One" w Musée d'Art Moderne w Paryżu!
Becker kiwa głową.
- To samo powiedziałem.
- Co z tym zrobicie?
Sebastian przysiada na krawędzi biurka Beckera.
- Nie mam pojęcia - mówi. - Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, o co to całe zamieszanie. Załóżmy, że kość jest ludzka. Autorka raczej nie okradła grobu, prawda? Czy to naprawdę ma znaczenie?
Becker przygryza wnętrze policzka.
- Nie można tak po prostu wystawiać ludzkich szczątków, Seb.
- W British Museum jest ich pełno!
- No tak. - Na twarzy Beckera pojawia się uśmiech. - Ale tu raczej mamy do czynienia z nieco inną sytuacją.
Sebastian odwraca się do niego i się krzywi.
- Jakbym słyszał Goodwina. Trzęsie portkami, chce, żeby to po cichu przebadało prywatne laboratorium, wiesz...
- W żadnym wypadku! - Becker zrywa się na równe nogi, potrącając przy tym biurko i rozlewając kawę na jego powierzchnię z zielonej skóry. Sebastian i Helena obserwują, jak gorączkowo wyciera płyn garścią chusteczek higienicznych. - Żeby zbadać kość, musieliby rozbić szklaną gablotę, a gablota to część eksponatu. Autorka wykonała ją własnoręcznie. Jeśli stłuczemy szkło... w najlepszym wypadku ubezpieczenie straci ważność, ale przede wszystkim uszkodzimy dzieło. Nie ma mowy, żeby wysłali je do jakiegoś losowego laboratorium, które nie zna jego historii i nie ma doświadczenia w tej dziedzinie.
- Dobra - odparł Sebastian, wzruszając ostentacyjnie ramionami. - To co w takim razie?
- Na początek moglibyśmy zwrócić się do kogoś innego, jakiegoś eksperta, a może nawet do grupy specjalistów, by się temu przyjrzeli. W grę wchodzi wyłącznie ogląd przez szybę. A w tym czasie możemy porozmawiać z ubezpieczycielem i wyjaśnić sytuację. Zasygnalizować, że w przyszłości może zaistnieć potrzeba... dalszych analiz. - Starannie unika słowa "testy", w tej kwestii nie zamierza ustępować.
- A tymczasem - odzywa się Helena, na przemian krzyżując i rozprostowując nogi - mógłbyś porozmawiać z Grace Haswell.
- Nie - odpowiada Becker, tłumiąc dreszcz emocji. - Nie mogę. Nie chcę cię zostawiać...
- W tej szczególnej kondycji? - śmieje się Helena. - Owszem, możesz. Daj spokój, Beck, od dawna chciałeś wyrwać się na Eris, o niczym innym nie mówiłeś podczas lockdownu. A teraz nadarza się idealna okazja. Doskonała wymówka.
- Przypuszczam, że mógłbym wyjść wcześniej - zaczyna ostrożnie Becker. - Podjechać tam i wrócić w ciągu jednego dnia...
Spogląda na Sebastiana, który wzrusza ramionami.
- Nie mam nic przeciwko. Jedź, jeśli uważasz, że to coś da. Nie jestem jednak pewien, w czym pomoże Wiedźma z Wyspy Eris. Chyba że twoim zdaniem ona coś wie? Może kość to szczątki jednego z dzieci, które zwabiła do swojego domku z piernika? - Sebastian śmieje się z własnego żartu. Helena porozumiewawczo mruga do Beckera. "Idiota". - Nie no, to dobry pomysł. Serio. Możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Wyjaśnić tę sprawę z kością i dać jej osobiście do zrozumienia, że za długo się ociąga i mamy dość. Najwyższy czas, żeby wydała papiery Chapman i wszystko, co do nas należy. Możesz jej przypomnieć, że spuścizna artystyczna została w całości zapisana Fairburn, a ona nie może wybierać, co nam przekazać, a czego nie.
- Z technicznego punktu widzenia owszem, może - wtrąca Becker, odchylając się do tyłu na krześle. - Jest wykonawczynią testamentu.
- Weź, kurwa, nie zgrywaj cwaniaka... - Żartobliwy ton Sebastiana ulatnia się jak plwocina na rozgrzanej płycie. Becker stara się powstrzymać od wzdrygnięcia.
Helena wpatruje się w dywan.
- Ukrywała różne rzeczy, prawda? Papiery, listy i całkiem możliwe, że jakieś dzieła sztuki. To należy do nas. Wszystko. Każde płótno, każdy szkic, każda porcelanowa miska, którą utoczyła na kole, każdy pieprzony kamyk, który podniosła z plaży i ułożyła tak, jak trzeba. To nasze. Wszystko, co wiąże się z artystyczną spuścizną, jest nasze.
Becker gryzie się w język. Desperacko pragnie dostać w swoje ręce dokumenty Chapman. Kilka notatników trafiło do Fairburn wraz z głównymi zbiorami dzieł, ale istnieje o wiele więcej materiałów, których nikt jeszcze nie widział. Becker wie z wywiadów, że prowadziła dzienniki, że korespondowała z innymi artystami na temat swojej pracy - kiedy Grace Haswell przekaże te pisma (o ile to nastąpi), on pierwszy je przeczyta. To on będzie kształtował to, jak świat postrzega Vanessę Chapman, jak postrzega jej twórczość, jak ta twórczość jest wartościowana. Sama myśl o tym przyprawia go o zawrót głowy.
Ale Becker jest z natury ostrożny i zarazem dobroduszny. Jeśli istnieje sposób na uzyskanie dostępu do tych dokumentów bez grożenia i zastraszania wykonawczyni testamentu Chapman - i jednocześnie jej bliskiej przyjaciółki - wolałby obrać tę drogę.
- Nikogo nie zgrywam - odpowiada w końcu. - Wiesz równie dobrze jak ja, że nie ustalono jeszcze, co stanowi spuściznę artystyczną, a co składa się na resztę...
- Chłopcy. - Helena wstaje, odrzucając ofertę pomocy Sebastiana. - Bardzo to wszystko fascynujące, ale wydaje mi się, że umyka wam szerszy obraz. Powiedzmy, że ta kość okaże się ludzka, i co wtedy? Co zamierzacie zrobić? Jak planujecie to rozegrać?
- Rozegrać? - powtarza Becker.
- Beck, Fairburn może wylądować na czołówkach wszystkich gazet w kraju, w programie The One Show, w...
Twarz Sebastiana rozjaśnia się, ale Becker pozostaje sceptyczny.
- Nie jestem pewien, czy to taka wielka sprawa, Hels - mówi. - Na pewno byłaby to ciekawostka, ale...
- Beck. - Helena uśmiecha się do niego, kręci głową. - Kochanie, nie żartuj. Myślisz, że prasa nie zainteresuje się faktem, że znaleziono ludzką kość w rzeźbie wykonanej przez nieżyjącą już, wielką, samotną, enigmatyczną Vanessę Chapman? Tę samą Vanessę Chapman, której mąż, powszechnie znany z niewierności, zaginął prawie dwadzieścia lat temu? A jego ciała nigdy nie odnaleziono?