Historia Jasmin Smith
Oparta na faktach.
Dzień 11 września 2001 roku pozostanie w pamięci wielu ludzi. Był to jeden z bardzo bolesnych dni w historii Stanów Zjednoczonych. Wielu ludzi nie przyszło tego dnia do pracy, do budynków World Trade Centre, dlatego liczba ofiar była dużo mniejsza niż początkowo sądzono. Jedną z tych osób, która uniknęła śmierci, była Jasmin Smith, 26 letnia sekretarka pracująca w budynku nr 1 World Centre. A oto jej historia.
Nieważne czy pada deszcz, czy też świeci słońce. To zawsze było i zawsze będzie. Z tego powodu nie jest to tak ważne, ani specjalnie interesujące. Nasuwa się pytanie: co jest ważne? Nie powiem tego teraz.
Dlaczego? Bo to nie będzie zrozumiałe i nie do uwierzenia dla wielu. Mimo to, każda żywa komórka wie o tym. Wie to również coś, co jest nieporównywalnie ważniejsze od materii. Dusza. Nie każdy w nią wierzy, ale każdy ją ma. Jeśli nazywasz się chrześcijaninem powiesz: "Tak, człowiek ma duszę".
Czy tylko człowiek? W wiekach średnich wierzono, że kobieta jej nie ma. W czasach nowożytnego niewolnictwa twierdzono, że czarnoskórzy ludzie jej nie posiadają. Teraz większość wyznawców Jezusa twierdzi, że zwierzęta jej nie mają. Nie trzeba głęboko szukać, by wiedzieć dlaczego. Czy Jezus w czasie Ostatniej Wieczerzy spożywał mięso baranka? A przecież tego wieczoru większość jego braci i sióstr spożywała to, co nakazał im Mojżesz.
Wszystko zaczęło się dla każdego z nas nie tak dawno. Chociaż trwa od niepamiętnych czasów, zasłonięte grubą kotarą snów. Czemu? By było łatwiej. Dlaczego rzekomy wybuch Supernowej jest tak interesujący? Ponieważ zdarza się gdzieś bardzo daleko i nie często. Och, tacy jesteście. Bo jeśli takie sprawy działyby się często, a raczej cały czas i to blisko, albo tuż obok, nikogo by nie ciekawiły.
Ale tak to jest naprawdę. Właśnie teraz. Tutaj, w Waszym środku. Trwa, ciągle trwa. A nikt tego nie zauważa. Nie czuje. Nawet nie wierzy, że to jest możliwe.
*
Winda poruszała się szybko. Dla większości start i hamowanie szybkich wind jest nieprzyjemne.
Sprężystym krokiem wyszedł na dwudziestym piętrze. Na korytarzu minęła go kobieta w szpilkach.
Lekko po trzydziestce. Zatrzymał się przed biurem o numerze 235. Tak, jedynka była zajęta. Kolejne liczby pierwsze, niepodzielne. Nieznacznie się uśmiechnął. Czy ma udać zdziwienie lub zainteresowanie jeśli wie jak wygląda pokój, sekretarka i szef?
Wszedł bez pukania. Podniosła oczy znad kartek. Miała dwadzieścia sześć lat i trzy miesiące. Wyglądała jednak dużo młodziej. Jasmin Smith. Znalazła się tu dzięki pracowitości i innym dobrym wartościom jakie powinna mieć sekretarka.
Uśmiechnęła się subtelnie. Tylko on wiedział, że za tym uśmiechem kryje się smutek. Delikatne dźwięki nokturnu Chopina nie mąciły ciszy.
- Czym mogę służyć, panie Northon? - zapytała delikatnie.
- Powiedz Jackowi, że jestem - powiedział sucho z prawie niedostrzegalnym ciepłym zabarwieniem.
Jasmin nacisnęła przycisk i połączyła się z Jackiem Sandersem.
- Panie dyrektorze, przyszedł pan Northon.
Drzwi gabinetu otworzyły się szeroko. Sanders miał pięćdziesiąt lat, ale wyglądał dużo młodziej. Opalony, przystojny. Nienagannie skrojona marynarka leżała świetnie na jego harmonijnym ciele. Wyraziste oczy świadczyły, że wie czego chce i przeważnie to osiąga. Silne brwi mówiły o mocnym charakterze. Znany był jednak z powodu jednej cechy. Nigdy nie pozwolił, by emocje nad nim zapanowały. A przy zarządzaniu majątkiem ponad dwóch miliardów dolarów nie stanowiło to łatwego zadania. Leslie Northon wiedział, że to dzisiaj zawiedzie. A nawet teraz.
- Co mogę dla pana zrobić, panie Northon? Wiem, że miał pan przybyć, ale zarząd, którego jestem szefem, nie powiadomił mnie o naturze wizyty.
- Zarząd wyraził zgodę, bym osobiście powiadomił cię o zmianie.
Jack nie dał poznać po sobie zdziwienia.
- O jakiej zmianie?
- Zostajesz przeniesiony - odrzekł Leslie.
Przez moment na twarzy Jacka pojawił się grymas, ale zniknął po chwili.
- Co to ma znaczyć? - zapytał Sanders, ukrywając emocje.
- Nie popisałeś się ostatnio. Korporacja straciła ponad dwa miliony, to niewybaczalne.
- Proszę wyjść! - prawie krzyknął Jack. - Albo wezwę ochronę.
Jasmin poruszyła się nerwowo na swoim fotelu. Cała rozmowa odbywała się w pokoju, a ona była niemym świadkiem. Jasmin nie rozumiała czemu nie rozmawiają w gabinecie Jacka.
- Jack, od jutra ja jestem tym, kogo zarząd słucha. Właśnie dostałeś telex. Wiem, że lubisz pieniądze. Przewidziałem dla ciebie dobre miejsce. Zamiast 625 tysięcy, dostaniesz 425 na rok. Jack prawie pobiegł do swojego biurka. Telex potwierdzał prawdziwość słów. Nowym szefem korporacji zostanie Leslie Northon.
- Wynoś się do diabła! - wrzasnął Sanders.
Agresywne zachowanie Jacka nie spowodowało zmiany w tonie Northona.
- Ukryłeś to przed wszystkimi, ale ja wiem. Powiedziałem ci to przed chwilą, ale nie usłuchałeś. Uwierzyłeś, lecz nie zmieniłeś niczego - dokończył zimno Leslie.
Jack zachwiał się i aby nie upaść, uchwycił biurko Jasmin.
- Wezwij ambulance, Jack ma lekki zawał.
Sanders chwytał powietrze ustami, jak ryba wyciągnięta nagle z głębiny i patrzył szeroko otwartymi oczami na Northona.
- Tym razem ci wybaczam, ale następnym razem uważaj na słowa - rzekł spokojnie Leslie.
Przybyli sanitariusze. Northon spoglądał ukradkiem na Jasmin. Bała się. Leslie spojrzał na nią błękitnymi, najpiękniejszymi oczami jakie widziała i powiedział.
- Nie bój się już - prawie szepnął. - Nie będziesz już nigdy wycierać ukradkiem łez z powodu Jacka.
Jasmin pozwoliła sobie popatrzeć dłużej niż sekundę na piękną twarz Leslie. Nikt na świecie nie wiedział o jej łzach. Opuściła oczy na biurko. W głowie przelatywały jej myśli. Miała wrażenie, że przelatują przez serce. A to, biło mocno. Ze zdenerwowania i strachu. Ale nie tylko. A właściwie z jednego powodu. Jasmin nie chciała dopuścić do świadomości faktu, że powód jest zgoła inny.
- Przepraszam panie Northon, muszę iść do toalety - wyszeptała.
- Oczywiście, jesteś dobrą sekretarką i nie musisz mówić mi o takich sprawach. I mów mi Leslie - dodał, kiedy zamknął drzwi swojego pokoju.
Jasmin prawie pobiegła do łazienki. Na szczęście nikogo nie spotkała. Chciała być sama, chociaż chwilkę. Nie chciała pokazać przed swoim nowym szefem, jak bardzo poruszyły ją, jego słowa. Najważniejsze jednak to, co poczuła. Do niego! Nie mogła pozostawać w toalecie zbyt długo. Postanowiła na spokojnie rozważyć w domu to, co stało się przed chwilą. Wracała do pokoju 235. Nie mogła uwierzyć, że to zdarzyło się właśnie jej. I kiedy ze wszystkich sił próbowała to schować w sobie, opanował ją błogi spokój. Usiadła za biurkiem i zaczęła segregować pocztę. Na chwilę wróciły myśli związane z panem Northonem. Nie miał nawet trzydziestu lat. Może miał tylko kilka lat więcej od niej. I miał taką odpowiedzialną pracę. A przy tym wszystkim, stanowił całkowite przeciwieństwo Sandersa. Jack uchodził za prawdziwego "rekina finansowego". Twardziel z zasadami. A Leslie? W jej pierwszym wrażeniu odebrała go jako uosobienie dobra i ciepła. Chociaż czuła moc. I to taką, która przewyższała wielokrotnie siłę Jacka. Rzuciła okiem na uliczny ruch. Nie za bardzo lubiła Nowy York. Widziała za oknami bliźniaczy budynek numer 2. Czasami drapacze World Centre napełniały ją strachem. Spojrzała na ekran komputera. Wskazywał 3:45 pm. Normalnie kończyła o pół do piątej. Popatrzyła w prawy dolny róg ekranu. Szósty września 2001. Godzina przemknęła jak minuta. Zapukała do gabinetu...
Ciąg dalszy w pełnej wersji książki
Sprzedawca
Minęło sporo czasu od kiedy sprzedawca odszedł. Niektórzy, co go znali trochę lepiej, mówili, że odszedł do innego świata. Tak jak gdyby ten świat nie wystarczył. O nie, oni nie myśleli o Ziemi ani nawet o naszej galaktyce. Ani o tym, co nazywamy wszechświatem. Jednak inni mówili po prostu, że umarł, tylko nie wiadomo gdzie jest jego ciało. Faktem jest, że zrobiło się trochę smutniej. Wszystkim. Chociaż nie wszyscy się do tego przyznawali. Bo on sprzedawał szczęście i radość. Za darmo. No może nie zupełnie, inaczej nie byłby sprzedawcą.
*
- Tracimy go - rzekł.
Nikt nie wiedział jak zna to słowo. Przecież tu wszyscy żyli. Byli. Istnieli. Nikt nie wiedział od kiedy. Zawsze. W tej samej liczbie. Liczbie o nieznanej wartości.
Zniknął.
Nastąpiła mała, niedostrzegalna prawie, rysa w świetle.
Na chwilę.
Potem wrócił. Równie nagle, jak zniknął.
Ale od tego momentu, już nigdy nie było tak samo. I on stał się inny.
- Muszę tam wrócić.
- Gdzie? - zapytali inni.
Dopiero później, jeżeli można tak powiedzieć o miejscu gdzie jest tylko ZAWSZE, policzono niepoliczalne. Z miliona, miliardów równoległych innych wszechświatów, w których jest niepoliczalna liczba światów, zniknęło na ułamek chwili parę iskier. A to w sumie dało ogromną ilość.
Nikt, z tych co wrócili, nie wiedział kim są te istoty. Tylko on wiedział.
I
Siedzieli na ławce. Padały wielkie płatki śniegu.
- Teraz nie widać gwiazd - powiedział Karl.
- Pewnie, że nie. Niebo jest pełne śnieżnych chmur - dodała Gerda. - Musimy już wracać, ojciec się będzie niepokoił.
- Myślałem, że mi ufa - powiedział Karl.
- Oczywiście, że tak. Inaczej nie pozwoliłby mi wyjść z tobą i w ogóle się widywać.
- I co byś wówczas zrobiła?
- Powiem ci Karl: uciekłabym przez okno.
- Ale to drugie piętro!
- Złapał byś mnie, prawda?
- Tak, i trzymałbym cię bardzo mocno.
- Spotykamy się już trzy miesiące i nigdy mnie nie pocałowałeś - rzekła Gerda.
- Bardzo chciałem, ale nie wiedziałem czy nie będziesz zła.
- Ja chciałam jak tylko się poznaliśmy, zaraz jak mnie podniosłeś - powiedziała cicho. - Zrób to teraz, Karl.
- Poczekaj chwilkę, niech tylko ten płatek rozpuści się na twoich ustach.
Odczuła delikatny chłód pochodzący od płatka. Miała lekko rozchylone usta i patrzyła w jego oczy. Poczuła jego wargi. Nie więcej niż ten płatek, tylko trochę cieplejsze.
Wełniana czapka okrywała jej gładką czaszkę. Lekarz prowadzący pozwolił jej iść do domu.
- Zrobiliśmy co w naszej mocy, ale naświetlania osłabiły ją bardziej, niż to "coś".
- Ile jeszcze czasu? - zapytał ojciec.
- To bardzo agresywna forma, może pięć lub sześć - rzekł lekarz.
- Miesięcy?
- Niestety, tygodni.
Matka zaczęła płakać.
- Nie płacz kochanie - rzekł mężczyzna około czterdziestki. - Gerda zobaczy.
- Ona już wie - odrzekła matka, wycierając nos.
To było dzisiaj po południu. Kiedy oni siedzieli w gabinecie, Gerda patrzyła na Karla. Stał na chodniku i patrzył na nią. Wśród płatków śniegu wyglądał uroczo. Miało tak padać jeszcze dwa dni.
- Chcę wyjść dziś wieczorem z Karlem na spacer - rzekła, kiedy byli już w domu.
Ojciec popatrzył na nią, potem na żonę.
- Dobrze, tylko wróć przed jedenastą.
- Wiedziałam, że się zgodzisz - powiedziała Gerda.
Patrzyła na ojca wielkimi jasnobłękitnymi oczami.
*
Wstali z ławki. Wsparła się o jego ramię. Dopiero po chwili dostrzegli postać. W pierwszej chwili przytuliła się mocniej do Karla, lecz zaraz rozluźniła uścisk. Zwykły żebrak. Niewielu ich w Sztokholmie.
- Mam 5 koron - rzekł Karl.
- On nie będzie chciał pieniędzy - powiedziała Gerda.
Żebrak zatrzymał się przed nimi. Ona wyjęła zaciśniętą dłoń z kieszeni. Otworzyła ją przed nieznajomym. Karl dostrzegł różową kokardę, chyba lalki. Chciał powiedzieć coś Gerdzie, ale głos utknął mu w gardle. Nieznajomy miał lekko posiwiałą, czarną brodę. Dwie ciemne, lekko brudne kurtki. Dłonie zakrywały mu rękawiczki. Żebrak bez słowa wziął wstążkę i zaczął odchodzić. Gerda odwróciła się i czekała. Karl patrzył na nią zdziwiony. Nieznajomy odwrócił się.
- Czego chcesz w zamian?
Miał dziwny akcent, ale mówił wyraźnie.
- Dziecko, dziewczynkę - rzekła Gerda.
Żebrak nieznacznie kiwnął głową. Po chwili zniknął w śnieżnej zasłonie.
- Szkoda, że od pocałunku nie może się to stać - rzekł Karl.
Doszli do jej domu za dziesięć jedenasta.
Ojciec otworzył drzwi.
- Oddaję skarb, panie Johanson.
- Dziękuję - rzekł ojciec. Wejdziesz na chwilę?
- Dziękuję, już późno - odrzekł chłopak.
Karl szedł powoli do swojego saaba. Kiedy wyjmował kluczyki wypadła mu z kieszeni kartka. Podniósł ją i rozwinął. Od razu poznał pismo Gerdy.
"Bądź o 10 rano, pa".
- Kiedy mi to wsunęła? - powiedział cicho, do siebie.
Karl miał 21 lat. Pracował od roku w firmie informacyjnej. Znał się na komputerach. Poznał Gerdę trzy miesiące temu.
Szła kilka metrów przed rodzicami. Potknęła się i pewnie by upadła. Zdążył ją uchwycić na czas, inaczej uderzyłaby głową w beton. Wychodziła z chemoterapii.
...Każda białaczka jest groźna, ale ta robiła wrażenie wyjątkowo agresywnej. Znała jej zawiłą nazwę. Po chemii zaczęli naświetlania. Raz na jakiś czas, krew leciała jej z nosa. Jej złote włosy wypadły zupełnie, a błękitne oczy pobladły.
Karl trzymał ją i patrzył w jej oczy. Znaleźli się jakby w wydzielonym miejscu. To były chwile, zanim Johan Johanson dobiegł, ale dla nich to były godziny.
Dopiero po paru dniach Karl dowiedział się, że dwa miesiące temu Gerda skończyła 17 lat.
*
Karl zadzwonił do drzwi trzy po dziesiątej. Gerda otworzyła od razu.
- Stałaś przy drzwiach?
- Spóźniłeś się trzy minuty - powiedziała łagodnie.
- Przepraszam.
- Dzwoniłeś do pracy?
- Tak, wziąłem dziś wolne.
Zdjął lekko ośnieżoną kurtkę i powiesił na wieszaku.
- Zrobiłam ci kanapkę z szynką i pomidorem.
Oparła się o krzesło.
- Wszystko dobrze, Gerdo?
Wiedział, że nie. Wiedział, że jest bardzo słaba.
- Kiedy napisałaś tą kartkę?
- Wczoraj, przed wyjściem na spacer. To była kokarda mojej ulubionej lalki.
Patrzyła jak je i pije herbatę z dzikiej róży.
- Dziękuję - powiedział.
- Chodź - wzięła go za rękę.
Weszli do jej pokoju. On zatrzymał się w drzwiach.
- Będziesz mnie musiał trochę ogrzać.
Zdjęła cienką czapeczkę z głowy, potem sweter. Stał jak zamrożony. Nagle uświadomił sobie, że jest zupełnie naga. Jej jasna skóra była gładka. Straciła włosy również i w tamtym miejscu.
- Chodź, zimno mi - szepnęła.
- Ależ co ty, Gerdo? - zapytał zdziwiony.
- Dzieci nie rodzą się przez pocałunek, a już na pewno nie taki.
Nie chciał, ale ona powiedziała, że bardzo chce, by jej życzenie się spełniło. Nie miał doświadczenia. Wiedział tylko, że musi być bardzo delikatny.
Ubrali się. Ona nic nie mówiła tylko patrzyła mu w oczy.
- Powiem im za kilka dni.
- Że my...
- Nie - powiedziała uśmiechając się delikatnie. Że ją mam w sobie.
On patrzył na nią ze zdziwieniem w oczach.
- To nie był zwykły żebrak. Sprzedał mi życie za kokardkę.
Karl poczuł łzy, pierwszy raz w życiu.
- Oni powiedzieli, że półtora miesiąca ...
- Chcesz byśmy ją mieli?
- Tak, bardzo.
- Będziesz ojcem, przygotuj się. Nie wiem jak długo będę żyła, ale na pewno ją urodzę. Idź już i przyjdź po szóstej.
Oprzytomniał zupełnie na ulicy. Wsiadł do samochodu i zbierał myśli. Nie mógł pojąć jak to się stało.
Nie potrafił jej odmówić. Ona czekała chwilę nago, po chwili podeszła i pocałowała go mocno i ciepło. A potem już było po wszystkim. Pamiętał.
Czy żałował? Wiedział, że nie chodziło jej o rozkosz. I jak mogła wiedzieć od razu, że już jest w ciąży?
Rodzice starali się nie dawać poznać jak bardzo im przykro.
Skończyli obiad. Patrzyła to na matkę, to na ojca.
- Kochacie mnie?
W oczach ojca i matki pojawiły się łzy.
- Czemu pytasz, chyba wiesz jak bardzo - rzekła matka.
- I ja was kocham - powiedziała cicho. - Kocham też Karla i on mnie.
Popatrzyli po sobie.
- Wiemy - rzekł ojciec.
- Będę miała z nim dziecko.
Zobaczyła zdziwienie i niedowierzanie w ich oczach. Wykorzystała tę chwilę.
- Nie wiem jak długo będę żyła, ale na pewno ją urodzę.
- Ją? - zapytał ojciec.
- Tak, to dziewczynka. Wiedziałam to zaraz po tym jak... byliśmy blisko.
- Jak on mógł?! Przecież wie jaka jesteś słaba!
- To ja chciałam, rozebrałam siebie, a potem jego. Nie cieszycie się, że będę żyła dłużej i... zostaniecie dziadkami?
Zaczęli płakać.
- Czy to możliwe? - zapytała matka. Lekarz powiedział...
- Niemożliwe, ale... spotkałam sprzedawcę. Sprzedawcę życia - dodała.
Ciąg dalszy w pełnej wersji książki
Recall
"Jest tylko jedno więzienie - własny umysł. Jest tylko jeden klucz by je otworzyć - miłość, ta prawdziwa".
Pamięci O-zee
Julia
- Dobrze, że cię zauważyłem, przyjacielu - powiedział Mark.
Gawron nadal dziobał kawałek suchego chleba. Nawet nie zmienił miejsca. Widocznie sądził, że jest bezpieczny. Mark zatrzymał swojego cadillaca. Popatrzył na znajomą okolicę. Wszystkie domki wyglądały podobnie. To była spokojna, średnio zamożna dzielnica San Francisco. Początek weekendu na razie zapowiadał się dobrze. Poza kilkoma obłokami, niebo zasłonięte delikatną mgiełką, miało jasnoniebieski kolor.
Mark nie był nawet bardzo zmęczony, a powinien. Pracował dosyć ciężko fizycznie. Jedynie upał trochę mu dokuczał. Cały dzień pracował w grubym kombinezonie spawacza i teraz czuł pot na całym ciele. Umył się po zakończeniu pracy, ale tylko częściowo. Wykonywał swoją pracę dobrze i lubił to co robił, ale nie korzystał nigdy z publicznych łaźni. Prawdopodobnie łączyło się to z doświadczeniami z dzieciństwa, kiedy przebywał w sierocińcu. W pracy, nigdy nie odmówił nikomu pomocy i wszyscy go lubili. Czasem, właśnie w piątek, Samuel, jeden z kolegów, pytał go, czy nie wyskoczyłby z nim na piwo. Ale Mark zawsze odmawiał w podobny sposób. Miał dom, rodzinę - piękną, miłą żonę i jego oczko w głowie, córkę o imieniu Julia. To pewnie ona wysypała te okruchy. Zrobiła to w odruchu serca, lecz nie pomyślała, że lepiej byłoby zostawić jedzenie na chodniku, albo na zielonej trawie. Gawrony były bardzo sprytne i uskakiwały na czas spod kół jadących pojazdów. Nie bez powodu Bóg wybrał je by karmiły Eliasza. Mark nie czytał biblii, ale Sara mu mówiła, że jest tak napisane w tej księdze. Jedynie Sara, z całej trójki, modliła się przed jedzeniem. Kiedyś, może rok temu, poszli razem do kościoła. Tylko raz. Nie rozmawiali o tym później. Ona nie naciskała. Tak było dobrze.
Mark pogładził pieszczotliwie swój samochód i skierował się do domu.
Na dworze panował upał. Otuchy dodawała myśl, że zaraz weźmie kąpiel.
Biały ford, którym jeździła Sara, stał ustawiony nienagannie, blisko ściany w garażu. Sara zostawiała mu zawsze miejsce, ale on tylko w zimie parkował swój samochód wewnątrz.
Wszedł cicho po schodach i otworzył bezszelestnie drzwi, które prowadziły do środka domu. Salon łączył się bezpośrednio z kuchnią. W nozdrza uderzył go zapach obiadu. Pachniało pięknie i automatycznie poczuł głód. Teraz pozostało najtrudniejsze. Musiał przejść przez salon. Codziennie próbował przemknąć się, by go nikt nie zauważył, ale jak do tej pory bez powodzenia. Sara i Julia prawie zawsze były już w domu kiedy przychodził i z niecierpliwością czekały na niego, by go przywitać.
Może dzisiaj się uda, pomyślał.
Przeszedł przez salon jak duch. Do schodów na górę, gdzie była łazienka, brakowało trzy metry...
- Hej tata - zaszczebiotała Julia.
Sara odwróciła się prawie w tej samej chwili, ale Julia już wskakiwała mu na biodra. Była w tym dobra. Oplotła go udami ponad biodrami, a dłonie splotła na jego karku. Dotknęła tylko jego policzka swoim i zeskoczyła równie lekko jak wskoczyła. Czasami całowała go w policzek, rzadko w usta. Dzisiaj jedynie dotknęła go policzkiem.
- Cześć kochanie - szepnęła Sara do męża i pocałowała go krótko, ale namiętnie w usta. - Zawsze mnie ubiegnie nasze "żywe srebro".
Mark wiedział, że kocha żonę, ale czuł, że chyba trochę więcej kocha Julię, chociaż oczywiście inaczej. Co do tego, że córka kocha go więcej niż Sarę, nie miał żadnych wątpliwości.
- Pospiesz się troszkę, bo obiad już prawie gotowy - rzekła Sara i klepnęła go przyjacielsko w pośladek. Twoja ulubiona zupa jarzynowa i pierogi z kapustą i grzybami.
Sara wróciła do kuchenki, na której parowały te smakowitości. Julia ubrana w błękitne jeansy i kremową bluzeczkę, ustawiała talerze na stole. Mark zaczął wchodzić na górę. W połowie schodów rzucił okiem na dół. Żona wchodziła do kuchni, a córka przygotowywała stół. Julia popatrzyła na niego ułamek chwili i zajęła się na powrót ustawianiem noży i widelców. Jej długie, złote włosy upięte gumką leżały na plecach i sięgały prawie do pasa. Mark czasami zastanawiał się po kim odziedziczyła taki kolor włosów, bo zarówno on jak i Sara mieli brązowe, bardzo ciemne. Myślał czasem, że ten kolor odziedziczyła po jego, albo żony rodzicach. To samo dotyczyło koloru oczu. Zarówno on jak i Sara mieli ciemnobrązowe, natomiast oczy Julii miały kolor czystego nieba, jakie można dostrzec jedynie w wyższych partiach Himalajów. Mark nigdy nie pomyślał o tym, że jego córka jest bardzo ładna, a jej oczy są naprawdę piękne i o wyjątkowym kolorze.
Wszedł do łazienki. Uśmiechnął się na widok czystych spodni i koszulki. Sara dbała o niego - nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Zdjął z siebie ubranie i wszedł pod prysznic. Po chwili ciepłe strugi wody zaczęły spłukiwać pot i kurz. Umył ciało średnio szorstką gąbką. Płyn do mycia miał zapach zielonego jabłka. Szampon pachniał świeżym jabłkiem z domieszką granatu i mango. Mark nie mógł zbyt długo delektować się rozkoszą wody. Obiad czekał, a potem mieli jechać do centrum handlowego. Julia potrzebowała sportowe obuwie na letni obóz. Ona sama nie mogła się zdecydować czy woli "merrell" czy "keen". Mark wiedział, że obie firmy robią obuwie sportowe dobrej klasy.
Mark pracował w dużej firmie stalowej o nazwie Metal-exp. Sarę poznał trzynaście lat temu. Teraz, kiedy żona robiła obliczenia podatkowe jego firmy, trochę narzekała, że musi się nieźle nagimnastykować z obliczeniami. Mark nie pytał, ale domyślał się, że jego szef nie wszystko załatwia całkiem legalnie. Sara była dobra w tym co robiła. Czasami miała więcej zamówień i zostawała dłużej w biurze. Wówczas, jeśli Julia nie miała dużo pracy domowej ze szkoły, jechała wraz z ojcem jego samochodem do sklepu, parku, albo po prostu jechali się przejechać. Julia bardzo lubiła jego auto.
Zakręcił wodę i wyszedł z kabiny. Wytarł ciało ręcznikiem. Założył czyste, przygotowane przez Sarę ubranie i wyszedł z łazienki.
- Czekamy na ciebie, kochanie - powiedziała Sara.
Mark zszedł na dół i usiadł za stołem.
- Dziękuję za ubranie, Saro.
- Nie ma za co. Pozwólcie, że poproszę o błogosławieństwo. Panie, proszę cię pobłogosław ten posiłek...
- Amen - powiedzieli razem Mark i Julia.
Sara chciała jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Nie udawało jej się zazwyczaj powiedzieć więcej. Zaczęli jeść.
- Smakuje ci, Mark? - zapytała z uśmiechem Sara.
- Coś wspaniałego, kochanie.
- Mi też bardzo smakuje mamusiu, wspaniale gotujesz. Hej tata, nie zapomniałeś, że mamy dzisiaj jechać do sklepu i kupić coś dla mnie?
Patrzyła chwilę na niego swoimi pięknymi oczami. Mark zastanawiał się przez ułamek sekundy, czy on kocha ją bardziej, czy ona jego. Z Sarą czuł się szczęśliwy i kochali się wzajemnie. Lecz do Juli czuł coś specjalnego.
- Mamy gdzieś jechać?
- Zapomniałeś? - zapytała z niedowierzaniem.
- Och! Zupełnie zapomniałem - powiedział poważnie.
- Nie umiesz udawać - roześmiała się dziewczynka.
- Masz rację, nie umiem kłamać. Pewnie, że pamiętam.
- Jestem taka podekscytowana.
Zjedli zupę i Sara podała pierogi.
- Miałeś ciężki dzień, Mark?
- Nie specjalnie, tylko gorąco trochę przeszkadzało.
Zjedli wspaniałe pierogi. Przeważnie Julia zmywała naczynia, ale ponieważ mieli jechać, opłukała wszystko z grubsza i wrzuciła talerze i sztućce do zmywarki.
- Wszyscy gotowi?
- Jedziemy taty?
- Nie, pojedziemy moim fordem.
- Ok, myślałam, że taty.
Wyszły na dwór, a Mark wyprowadził Fusion z garażu.
- Ty chcesz prowadzić?
- Wiesz kochanie, jest duży ruch, szczególnie w piątek.
Spojrzał krótko na swoje eldorado. Cadillac o kolorze dojrzałej wiśni lśnił pięknie w lipcowym słońcu.
Ruszyli. Gawrona już nie było, okruszków również.
Przejechali kilka skrzyżowań i po kilku minutach wyjechali na autostradę. Mark zwrócił uwagę, że jak na początek weekendu, nie jest zbyt tłoczno. Nie rozmawiali prawie wcale. Julia esemesowała ze swojej komórki. Pewnie do Ann, swojej najlepszej koleżanki. Mark prowadził dobrze i pewnie. Jechał środkowym pasem. Zauważył we wstecznym lusterku, że dogania go z wielką szybkością czarny mercedes. Mark zdążył zauważyć, że jest to model S550, kiedy wóz wyminął go bardzo blisko z lewej strony.
- Wariat czy co?! - prawie krzyknęła Sara.
Podziękowała w duch, że to mąż prowadzi. Mercedes jechał pewnie 120 km/h albo szybciej. Mark odruchowo zacisnął silniej dłonie na kierownicy.
Miał dziwne przeczucie. I nie mylił się. Już z oddali zauważył, że lewym pasem pruł, pewnie 140km/h, albo szybciej, czarny Suburban. Minął ich na szczęście w dość bezpiecznej odległości.
- Komuś się naprawdę spieszy - powiedział Mark.
Sara też zauważyła ciemny Suv, ale nic nie powiedziała tym razem, tylko ucisnęła dłonią prawe udo Marka. Ich córka zupełnie nic nie zauważyła, nadal zajęta esemesowaniem. Mark zjechał na prawy pas i po chwili skręcił w zjazd w kierunku centrum handlowego, do którego zmierzali.
Spokój Marka nie był czymś szczególnym. Od kiedy pamiętał był wyjątkowo spokojny i opanowany. Wychowywał się w sierocińcu. Stracił rodziców zaraz po urodzeniu. Oboje zginęli w tragicznym wypadku samochodowym, kiedy wracali ze szpitala. Mark został kilka dni w szpitalu i pewnie to go uratowało. W domu dziecka przez pierwsze lata sądzono, że cierpi na autyzm, lecz Mark był po prostu zamknięty w sobie i nieśmiały, szczególnie w stosunku do drugiej płci. Wyrósł na silnego i bardzo przystojnego chłopaka. Stronił od awantur i w ogóle od przemocy. Dziewczyny same próbowały go poderwać, jednak jego nieśmiałość ochładzała ich zapędy. Dlatego nie mógł się nadziwić, że sam zaproponował Sarze kawę. Jeszcze bardziej zdziwił się, kiedy wyraziła zgodę. Poznał ją w jej miejscu pracy, kiedy oddawał swoje zeznania podatkowe. Pasowali do siebie. Po dwóch miesiącach spotkań pocałowali się pierwszy raz. I od razu tego samego wieczoru poznali swoje ciała. Sara miała osiemnaście, a on dziewiętnaście lat. Sara miała piękne ciało. Mark na początku był nieśmiały w łóżku, lecz to jej nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Prowadziła go jak wprawna kochanka, mimo że nie miała nikogo przed nim. Ich pierwszy raz trwał do pierwszej zorzy. Prawdopodobnie od razu zaszła w ciążę. Wzięli skromny ślub, kiedy Sara była w czwartym miesiącu ciąży. Sara miała rodziców, ale nie mówiła o nich wiele. Z tego co Mark zrozumiał między wierszami, ojciec chciał ją skrzywdzić, a matka nie stroniła od alkoholu. W rezultacie, Sara wyjechała z miasteczka mając niespełna piętnaście lat. Była niesamowicie zdolna i ambitna. Lecz nawet w tej sytuacji, pomogła jej odrobina szczęścia. Dostała dobrą pracę, najpierw jako asystentka, a wkrótce jako niezależna księgowa. Mark pamiętał życie w sierocińcu i dlatego postanowił, że ich dziecko zazna szczęścia. Razem z Sarą dawali Juli wiele radości i miłości.
*
Zjechał na prawy pas, a stąd prowadziła już prosta droga do malla. Znowu jego doświadczenie, a może dar, uchroniło ich przed wypadkiem. Kiedy tylko zjechał na drogę prowadzącą do sklepów, musiał ostro hamować. Droga bowiem była zablokowana.
Wszystko jasne. Czarny mercedes, nie palił się, ale dymił. Musiał kilkakrotnie koziołkować. Wszędzie na drodze w promieniu 50 metrów leżały jego części. Kilka metrów przed nim, w poprzek drogi, stal lekko tylko uszkodzony ciemnogranatowy Suv. Kiedy ich mijał wydawał się czarny. Mark dostrzegł dwa ciała leżące na asfalcie, obok mercedesa.
- Szybko wysiadajcie i usiądźcie na betonowym murku z nogami na zewnątrz! Sara trzymaj Julię i nie ruszajcie się!
To zabrzmiało jak rozkaz i dziewczyny lekko w szoku zrobiły to natychmiast. Mark myślał jak szybki kalkulator. Jeśli ktoś wjedzie na ten zjazd szybko lub nawet normalnie, uderzy w ich samochód i wtedy...
Kiedy Mark zobaczył, że Sara i Julia są bezpieczne, podszedł do leżących na asfalcie ciał. Jeden z mężczyzn nie ruszał się. Wyglądał na martwego. Drugi miał otwarte oczy i patrzył na Marka. W lekko uniesionej ręce trzymał pistolet. Dwóch ludzi ubranych na czarno wyszło z Suva. Teraz kierowali się do miejsca, gdzie leżał mężczyzna. Obydwaj mieli w rękach pistolety. Dym z mercedesa stawał się coraz bardziej gęsty i sprawiał, że Sara i Julia były niewidoczne z miejsca, w którym stał Mark. Mężczyźni zbliżali się do leżącego. Kiedy znajdowali się około dwóch metrów od rannego, równocześnie skierowali broń w stronę leżącego mężczyzny. Mark odczuł, że to profesjonaliści. Na ich twarzach nie widać było cienia emocji. Gonili mercedesa, a teraz kończyli plan.
Mark nie myślał. Jego ciało zareagowało prowadzone przez niewidzialną siłę. Skoczył. Jego skok przypominał skok tygrysa.
Czas na zewnątrz zwolnił, dlatego Mark poruszał się dziesięciokrotnie szybciej niż ci dwaj z pistoletami. Przeleciał nad leżącym, bezbłędnie wyrwał mu pistolet z dłoni i zanim opadł na ziemię wystrzelił dwukrotnie. Ciała obu mężczyzn zostały odrzucone siłą wystrzałów. Jeżeli nie mieli kamizelek kuloodpornych, byli martwi. Mark strzelał w okolicę serca.
Czas przybrał normalną szybkość. Leżący mężczyzna wstał i odezwał się do Marka. - Szybko, do wozu. Jest ich więcej, będą tu lada chwila!
- Nie jestem sam.
- To zabieraj tych, którzy są z tobą!
Mark przebiegł przez dym i krzyknął.
- Sara, Julia! Szybko, za mną!
Zerwały się z betonu i nie oglądając się na boki pobiegły za Markiem. Podbiegli do ciemnego wozu. W stacyjce Suva tkwiły klucze, a silnik chodził. Ruszyli z piskiem opon. Niemal w tej samej chwili rozległ się łoskot. W bocznym lusterku Mark dostrzegł jak ich śliczny, biały Fusion został staranowany przez bliźniaczy Suburban, jakim jechali teraz.
Wyglądało, że są już bezpieczni. Nawet tak solidny pojazd nie mógł pokonać zatarasowanej drogi przez szczątki mercedesa i ich forda. Oddalili się jakieś pięćdziesiąt metrów, kiedy mercedes wybuchł.
- Dziękuję - powiedział nieznajomy i lekko zakrwawioną ręką wystukał adres na GPS. - Jedź pod ten adres, tam będziemy bezpieczni. Jestem Henry.
Mark widział w lusterku lekko wystraszone buzie Sary i Juli.
- Już wszystko dobrze - rzekł do nich. Przykro mi, chyba nie kupimy dzisiaj dla ciebie bucików, kochanie - rzekł do córki.
- Dobrze - rzekła słabym głosem Julia.
Dojechali na miejsce, które wskazywał GPS. Henry wyjął swój telefon. Wystukał numer.
- Jadę ciemnogranatowym Suburbanem, otwórz bramę.
Po chwili dojechali do solidnej bramy. Pewnie tylko czołg mógłby ją rozwalić. Minęli drugą, podobną. Henry mieszkał w solidnym, dużym domu. Mark zauważył kraty w oknach na parterze. Kilku uzbrojonych ludzi patrolowało teren. Zatrzymał wóz. Główne drzwi otworzyła kobieta. Mogła mieć około trzydziestu lat. Bardzo atrakcyjna, ciemnowłosa. Miała na sobie czarne spodnie i czarną, obcisłą bluzkę. Ubranie podkreślało jej nienaganną figurę. Podeszła od strony gdzie siedział Henry i otworzyła drzwi.
- Jesteś ranny?
- To tylko lekka rana, lecz gdyby nie on - wskazał na Marka - pewnie już bym nie żył. Uratował mi życie, wykończył dwóch ludzi Leona. Jestem pewny, że to jego sprawa. Jak masz na imię, przyjacielu?
Mark przedstawił się.
- To jest Linda - Henry wskazał na kobietę.
Weszli do domu. Henry lekko kulał.
- Czego się napijecie? - zapytał.
- Tylko wodę, jeśli można - rzekła Sara.
Usiedli na skórzanej kanapie. Dopiero teraz Mark zaczął rozmyślać o tym co się właściwie wydarzyło. Nie posunął się jednak zbyt daleko w analizie całego zajścia, ponieważ przypomniał sobie pewne zdarzenie i to wybiło go zupełnie z bieżących myśli.
Kilka lat temu, na placu budowy gdzie pracował, miał miejsce wypadek. Właściwie nic się nikomu nie stało. Mark skręcał jakieś stalowe elementy, dużym kluczem. Jego kolega z budowy, Samuel, pracował około 10 metrów dalej. Nad jego głową dźwig przenosił solidny kawał stalowej konstrukcji. Z nieznanych powodów jeden z elementów oderwał się. Mark zauważył to gdy stalowa szyna pędziła w kierunku ziemi i była już w połowie drogi między ramieniem dźwigu, a podłożem. Mark rzucił stalowy klucz i skoczył w kierunku Sama.
Te samo zwolnienie czasu. Podbiegł trzy lub cztery kroki, a potem skoczył. Przeskoczył ciało Sama, chwycił go za kołnierz kombinezonu i odrzucił na pięć metrów. Wykonał koziołek w powietrzu i stanął na nogi. Huk spadającego elementu dotarł do jego uszu. Po minucie na miejsce zdarzenia zbiegło się z tuzin osób. Ostatecznie Samuel miał tylko nadwyrężone mięśnie. Komisja badała przyczyny. Ostatecznie sprawę zamknięto bez rozgłosu. Nikt nie pytał o szczegóły, a Samuel niewiele pamiętał. Wiedział tylko, że Mark uratował mu życie. Mark nigdy nie zastanawiał się nad tym, że to co wówczas zaszło, przeczyło wszelkim prawom fizyki. Teraz, kiedy usiadł na kanapie, przypomniał sobie wyraźnie to zdarzenie.
W chwilę potem jego ciałem wstrząsnął silny dreszcz. Wszystko jakby zatrzymało się w miejscu. Znalazł się zupełnie gdzie indziej.
Stał na trawie, opodal zauważył niskie krzewy, a w oddali chaty jakiejś osady. Ubrany był w skórzane spodnie i bluzę. Ubiór zdobiło złoto i szlachetne kamienie. Na kolanach i łokciach miał srebrzyste, stalowe ochraniacze. W dłoni trzymał miecz o długim, prostym ostrzu i pięknie zdobionej rękojeści. Zobaczył, że jest otoczony kilkunastoma przeciwnikami, a w ich dłoniach dostrzegł podobne, proste miecze, ale bez ozdobnych rękojeści. Wokół leżało mnóstwo zakrwawionych ciał. Wszystko znikło. Znowu siedział na kanapie w domu Henrego. Sara trzyma go za rękę.
- Co się stało? - zapytała z troską.
- Nie wiem, miałem wizję.
Trwał nadal w lekkim szoku, kiedy dotarł do niego głos Henrego.
- Musicie wyjechać, przygotuję dla was dokumenty. Mam duże wpływy, zrobię co w mojej mocy by wszystko uciszyć. To twoja rodzina? - zapytał Henry.
- Tak, to moja żona, Sara, a to córka, Julia.
- Gdzie pracujesz, Mark?
- W Metal-exp.
- Ach u Boba, mamy małe, wspólne interesy.
- To dlatego nie mogę nigdy dać sobie rady z jego zeznaniami podatkowymi - odezwała się Sara.
- Robisz dla niego rachunkowość? - zapytał Henry.
- Jestem księgową i ktoś mu mnie polecił.
- Och tak - uśmiechnął się Henry. Ja sam potrzebuję kogoś dobrego, zapłacę ci cztery razy tyle ile masz teraz, pomyśl o tym. Chociaż planuję się odwdzięczyć twojemu mężowi, więc nie wiem czy w ogóle będziesz musiała pracować.
- Kto to jest Leon? - zapytał Mark.
-To mój partner w interesach... a właściwie przeciwnik. Widzisz, pół miasta należy do mnie, a drugie pół do niego. Krótko mówiąc nie mogliśmy się pogodzić i chciał mnie wykończyć. Udało mu się zdjąć dwa wozy z ochroną i gdyby nie ty... To były agent KGB, nie bardzo miły facet.
- Czym się zajmujesz? Narkotykami, prostytucją? - kontynuował Mark.
Henry tylko się uśmiechnął.
- Nieruchomości. Staram się trzymać daleko od mokrej roboty, to raczej działka Leona.
Zadzwonił jego telefon i Henry zmarszczył czoło.
- Tak, tak jest, postaram się.
Henry zakończył rozmowę.
To nie był Leon, prawda? - zapytał Mark.
- Masz rację. To ktoś, kogo nie znam osobiście, ale wiem, że jest wielki.
Mark dostrzegł w oczach Henrego strach, ale trwało to ułamek chwili. Weszła Linda.
- Gotowe? - zapytał ją Henry.
- Tak, Henry.
Podeszła do Marka, podała my koperty.
-To są paszporty i bilety, lecicie do Perth - zwróciła się do Marka.
- A, jeszcze jest książeczka bankowa. Henry zrobi tam przelew, kiedy dolecimy do Australii. Henry jest dobrym człowiekiem. Darzę go uczuciem, więc też bym ci chciała specjalnie podziękować. Pojadę z wami do Australii, a ze mną jeszcze dwóch naszych ludzi. Tak dla pewności. Leon jest bardzo sprytny i ma też duże możliwości.
- Dobrze, dziękuję - powiedział Mark.
Mark odniósł przez chwilę wrażenie, że Linda mówi prawdę. Wyczuł coś jeszcze, o czym Sara by nie chciała wiedzieć. Lecz... mógł się mylić. Miał teraz ważniejsze pytanie: Kim naprawdę jest? To co się stało i ta wizja wskazywała na to, że nie jest zwykłym Markiem Ferbisonem, albo nie tylko nim. Otworzył koperty. Nazywał się teraz Lorenz, Tom Lorenz, jego żona Terry, a córka Pamela.
- Dziękuję jeszcze raz - rzekł Henry. - Za chwilę będzie obiad. Nie musicie nic brać, w hotelu będziecie mieli ubrania i wszystko. Nasi agenci już szukają wam domu, powinno być dobrze.
Henry mówił prawdę lub był doskonałym aktorem. Mark zastanawiał się przez chwilę jak to wszystko odbierze Sara i Julia. Przecież wszystko w ich życiu zmieniło się dosłownie w ciągu kilku minut. Usiedli do stołu. Mark ukradkiem obserwował Julię. Rozglądała się, lecz nie robiła wrażenia, że coś z nią jest nie tak. Sara usiadła obok niego.
- Co się właściwie stało? Dym wszystko zasłaniał i nic nie widziałam. Słyszałam strzały...
Mark spojrzał na nią.
- Nic się nie martw, powiedziałam Julii, że to coś w samochodzie... Nie pytała nic więcej.
- Nie mogę teraz, później ci powiem.
Obiad był dobry, choć niewyszukany.
Mark czuł się dziwnie. Prawdopodobnie zabił dwóch ludzi i to nie w swojej obronie. Nie pamiętał żeby kiedykolwiek kogoś uderzył lub skrzywdził w ten czy inny sposób. Zawsze stronił od bójek i przemocy. Jednak teraz nie czuł się winny i nie oceniał siebie. Cały czas szukał odpowiedzi, w świetle tego wszystkiego co zaszło, kim naprawdę jest.
- Możemy już jechać - powiedziała Linda, kiedy zjedli.
- Dałem Ci telefon, a właściwie dwa - rzekł Henry. - Ten - pokazał na czarno-złoty - jest do specjalnego kontaktu, tylko ze mną. Zaloguj jakiś kod, a potem jeżeli naciśniesz "7" połączysz się bezpośrednio ze mną, a i ja będę wiedział, że to ty dzwonisz.
Mark popatrzył jeszcze raz na Henrego, ale nie znalazł na jego twarzy nic co wskazywałoby, że to jakaś gra.
Wyszli na dwór, wsiedli do czarnego Lincolna Town Car. Usiedli z tyłu. Linda obok kierowcy. Mark zauważył, że czarny Tahoe, wyglądający prawie identycznie jak Suburban, jedzie przed nimi, a drugi za nimi. Wyglądało, że mają eskortę.
- Dlaczego nagle jedziemy do Australii? - zapytała Julia.
- Jedziemy na wakacje, nie mogę Ci powiedzieć nic więcej, kochanie.
- Dobrze tatusiu, nie gniewaj się, że pytam.
Julia patrzyła przez okno. Potem spojrzała na Marka.
- Wiesz, tata, to nawet fajnie, że jedziemy. Może zobaczymy kangura albo strusia.
- Być może tak się stanie.
Przyjechali na lotnisko bez żadnych kłopotów. Odprawa celna odbyła się bez przeszkód. Dokumenty musiały być doskonałe.
Czekała ich długa podróż. Sara nie robiła wrażenia zniecierpliwionej, lecz kiedy Julia zasnęła, zapytała Marka jeszcze raz co się stało. Upewnił się, że Julia śpi i opowiedział żonie co zaszło. Kiedy skończył patrzyła na niego długo.
- To brzmi nieprawdopodobnie. Ale oczywiście wierzę we wszystko co powiedziałeś. Cokolwiek się wydarzy, jestem z tobą. - Uścisnęła mu dłoń... - Kocham cię, na dobre i złe.
Położyła mu głowę na ramieniu i zasnęła. Mark również zasnął. Spali długo i mocno, a gdy się obudzili, byli już na miejscu.
W Sydney mieli przesiadkę do Perth. Sara i Julia rozmawiały, jakby normalnie jechały na wakacje. Linda z człowiekiem Henrego siedzieli kilka miejsc dalej. Drugiego człowieka Mark nie dostrzegł. Nie miał nawet wrażenia, że Linda i jej ludzie na nich patrzą. Z lotniska w Perth pojechali prosto do hotelu. Recepcjonista nazywał się Nerry.
- Witamy w Australii, czy mieliście państwo dobrą podróż?
- Tak, dobrą - odrzekł Mark.
- Życzą sobie państwo śniadanie do pokoju, panie Lorenz? - zapytał powtórnie Nerry.
- Nie dziękujemy, chcemy odpocząć po podróży.
- Dobrze, proszę pana.
- Proszę mnie zawiadomić jeśli będzie jakaś wiadomość do mnie, panie Nerry.
Pojechali na górę.
- Spodziewasz się wiadomości? - zapytała Sara.
- Tylko od Henrego. Przecież nikt inny nie ma pojęcia, że tu jesteśmy.
Wjechali windą na trzecie piętro. Mark otworzył pokój kartą magnetyczną.
- Dzień dobry Australio - rzekła Sara. - Rozpoczynamy nowy rozdział. Damy sobie radę z tym wszystkim i mam nadzieje, że Julia też. Nie mów jej wszystkiego z detalami, to jeszcze dziecko. - Mogła to powiedzieć, ponieważ Julia poszła do drugiego pokoju.
Mark popatrzył na żonę.
- Wiem, kochanie. Ale dziękuję, że to mówisz - powiedział cicho.
Mimo, że spali ponad trzynaście godzin w samolocie czuli się zmęczeni po podróży, więc szybko się umyli i poszli spać.
*
Mark obudził się kiedy dzień już się zaczął na dobre. Sara siedziała na balkonie razem z córką.
- Dobrze, że już wstałeś - zaszczebiotała Julia - Myślałyśmy, że prześpisz cały dzień.
- Obudziłem się wcześniej, ale ogarnęło mnie znużenie, więc znów się zdrzemnąłem i oto rezultat.
- Co robimy? - zapytała Sara.
- Jesteśmy na wakacjach, chodźmy na plażę - odrzekła rezolutnie Julia.
- Pytałam tatę, kochanie - rzekła z uśmiechem Sara.
- Właściwie to dobry pomysł z tą plażą - odrzekł Mark.
Zaczęli się przygotowywać do wyjścia. Mark wziął krótką kąpiel. Wytarł ciało, ubrał się i wyszedł z łazienki.
- Nie jesteś głodny, kochanie? Ja i Julia, już jadłyśmy.
- Masz rację, może coś zjem.
- Zrobię ci kanapkę, z czym chcesz?
- Cokolwiek zrobisz, będzie super.
Sara zrobiła mu kanapkę. Julia siedziała naprzeciwko i patrzyła jak je. Czuł, że chce go o coś zapytać.
- Tato, co sie stało, że wyjechaliśmy i mamy inne nazwiska?
Patrzyła mu w oczy. W pierwszej chwili chciał jej dać wymijającą odpowiedź, ale zrezygnował z tego. Zastanawiał się, czy powiedzieć jej prawdę. Ale jak to zrobić? Miała dopiero jedenaście lat.
- Coś się stało i gdybyśmy nie wyjechali, byłyby kłopoty.
- Czy to się łączy z tym, że mamy teraz dużo pieniędzy?
- Tak.
- To mi wystarczy. Nie jestem jeszcze dorosła i nie możesz mi wszystkiego powiedzieć, rozumiem - szepnęła.
Podeszła do niego i objęła go mocno.
- Kocham Cię - szepnęła mu w ucho.
- Ja ciebie też - rzekł lekko wzruszony.
Mark pomyślał, że Julia pozornie nie zwraca uwagi na to o czym się mówi, ale doskonale łączy fakty. Mark zamyślił się na chwilę i niechcący strącił szklankę z sokiem pomarańczowym. Zobaczył w zwolnionym tempie jak szklanka spada w dół pochylając się w bok. I w tym momencie dostrzegł jak Julia łapie ją w połowie drogi miedzy stołem, a podłogą. Jej ruch był szybki i Mark uświadomił sobie w jednej chwili jak szybko musiała to zrobić. W "zwykłym" czasie byłoby to szybko, ale on przecież widział to w "zwolnionym"! Oczywiście część płynu wylała się, ale to było niesamowite. Przez ułamek chwili ich oczy się spotkały. Mark dostrzegł w jej pięknych błękitach coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widział. Trwało to dosłownie chwilę i oczy Julii przyjęły "zwykły" wygląd.
- Och! - krzyknęła - Sama nie wiem jak to zrobiłam.
- Ja też nie wiem, ale to było naprawdę szybko - rzekł, opanowując zaskoczenie.
Julia pobiegła do łazienki, wróciła z kawałkiem papieru toaletowego i zaczęła wycierać plamę soku z drewnianej podłogi. Mark uświadomił sobie nagle, że zna te oczy. Był wstrząśnięty. Te oczy znał w tym samym "czasie", kiedy był mistrzem miecza. Reinkarnacja? Jak to wszystko rozumieć? Sara spojrzała tylko i nawet nie zapytała co się stało. Wyszli z pokoju bez słów. Na dole recepcjonista odezwał się uprzejmie.
- Przepraszam panie Lorenz, jest dla pana wiadomość.
- O, tak? Dziękuję, panie Nerry.
Mark wziął kopertę z jego ręki. Nie było nadawcy. To pewnie Henry, pomyślał.
Przebiegł oczami po krótkiej wiadomości. "Sprawdź konto".
Wyszli na dwór. Nie było gorąco, w końcu tu była zima.
- Może za zimno na plażę - rzekła Sara.
- Tak, to prawda - odrzekł Mark. - Tu jest zima.
- Zupełnie o tym nie pomyślałam - rzekła zatroskana Julia.
- Nic się nie stało, kochanie. Nikt z nas o tym nie pomyślał - wtrąciła Sara.
- Właściwie możemy zobaczyć jakąś plażę - rzekł Mark - ale najpierw pojedźmy do banku. Coś chyba przyszło.
- Ten Henry jest naprawdę szczodry - szepnęła Sara. Bank znajdował się parę przecznic dalej. Mark nie znał miasta, więc posługiwał się GPS-em. Weszli do środka. Royal Bank wyglądał podobnie jak w Stanach. Podszedł do okienka, pokazał dokument i po kilku minutach wszedł do kabiny. Był tam stoliczek, krzesło i laptop. Mark wykonał kilka operacji i wszedł na konto. Ze zdziwieniem zobaczył, że jego konto wzrosło o następne dwa miliony dolarów. Dostał poprzednio milion, a teraz jeszcze dwa. Co zrobimy z takimi pieniędzmi? - pomyślał wychodząc z kabiny.
Zobaczył swoje ukochane kobiety. Sara przeglądała magazyn, a Julia bawiła się z psem należącym do pary starszych ludzi, którzy siedzieli obok.
- Pytałaś czy możesz? - zapytał Mark.
- Och, pozwoliliśmy pańskiej córce - odrzekł starszy pan. Pamela jest bardzo grzeczna.
Wyszli z banku, pożegnawszy się z parą miłych ludźmi.
- Możemy kupić psa? - zapytała Julia, kiedy wyszli na dwór. Mark pomyślał tylko, że Julia jest bystra. Pamiętała, że ma teraz inne imię.
- Tak, myślałem o tym. Ale kto będzie się nim zajmował, kiedy pójdziesz do szkoły?
- Do szkoły? No tak, zapomniałam o tym. Pogadam z mamą, dobrze?
Sara uśmiechnęła się szeroko.
- Chyba da się to zrobić. Musimy najpierw ustalić z tatą, co i jak.
- Dobrze, fajnie - rzekła zadowolona Julia.
Wsiedli do wynajętego samochodu i wrócili do hotelu.
- Nie jest ciężko prowadzić samochód z kierownicą z prawej strony? - zapytała Sara.
- Myślałem, że będzie gorzej. Tylko chwilkę miałem kłopot.
Weszli do hotelu. Pan Nerry uśmiechnął się miło. Pojechali windą na górę. Mark otworzył drzwi i od razu usiedli na sofie.
- Myślę, że możemy rozmawiać otwarcie, nawet teraz. Sama widzisz, Saro, jaka Julia jest mądra i dorosła.
- Tak, to prawda - zgodziła się Sara. - Więc co postanowiłeś?
- Och, nie postanowiłem. Raczej chcę byśmy byli zgodni i jestem otwarty na wasze sugestie.
- To znaczy, że i ja będę miała coś do powiedzenia? - zapytała Julia.
- Tak, kochanie. Chciałbym aby Julia poszła do szkoły. Nie myślę dalej uciekać - powiedział przekonywająco Mark.
- Czy sądzisz, że Henry będzie cię chciał wciągnąć do czegoś? - zapytała Sara.
- Nie wiem. Na razie jest szczodry i zdaje się niczego nie oczekiwać. Wygląda, że jest wdzięczny, bo uratowałem mu życie.
- Mówisz tak, ale jakbyś czuł inaczej - powiedziała nieśmiało Sara.
- To prawda, nie mam żadnych racjonalnych dowodów, ale coś mi nie pasuje...
Ciąg dalszy w pełnej wersji książki
Guang mang de hei an
Oparta na faktach
Prawie 460 lat temu, około 80 km od świętej góry Shaan w prowincji Shaanxi, tam gdzie od Wielkiej Żółtej rzeki odchodzi jej odpływ, Wej, miała miejsce wielka bitwa. Na żyznej dolinie lessowej znaleziono ponad 14 tysięcy zbroi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bowiem rejon ten jest mocno zaludniony, uważany również za kolebkę całej cywilizacji Chin. Jednak, co najdziwniejsze, znaleziono zbroje należące do jednej strony wojsk. Z kim walczyli ci, co zginęli? Archeologowie i historycy nie znaleźli odpowiedzi. Odpowiedź na to pytanie daje legenda. Głosi ona, że tajemnicza mniszka zeszła ze świętej góry Shaan i wezwała siły ciemności by bronić życia i wolności księżniczki Xue Pian (Xue Hua). Imię tajemniczej mniszki brzmiało Guang mang de hei an, co znaczy Jasna ciemność.
Napis wyryty w jednej z pomniejszych świątyń tao brzmi: "Drżyj o odważny, bo oto nadchodzi Jasna ciemność".
*
Szczyty gór widoczne były na ciemnogranatowym nieboskłonie. Szczególnie teraz, w czasie pełni. I może też z powodu wiatru, który wiał już drugi dzień i oczyścił niebo z najmniejszych obłoków. Miejsce, w którym przebywał, gwarantowało jedno czego Shuijing pragnął. Samotność. Przebywał w swojej pustelni samotnie od przeszło czterdziestu lat. Właściwie niezupełnie samotnie. Przez pierwsze dwadzieścia lat, wraz ze swoim mistrzem i przyjacielem Long Jin. Świat wkoło nie znał jeszcze broni palnej. Ludzka, wewnętrzna ewolucja stała cały czas na poziomie agresji i przemocy. Mimo, że większość pragnęła pokoju, raz po raz wszędzie bez wyjątku wybuchały konflikty, potyczki czy wręcz wojny. Ludzie nie próbowali zrozumieć swojego prawdziwego wnętrza. Tylko nieliczni czuli to. Jeżeli pokonali przeciwności i odnaleźli odpowiedzi na początkowe pytania, usuwali się od ludzi. Znajdowali miejsca gdzie nikt nie zakłócał ich łączności z bytem. Kiedy Long Jin porzucił swoją cielesną powłokę, Shuijing mieszkał samotnie. Posiadł wiedzę wszelkich metod utrzymania ciała w zdrowiu. Potrafił leczyć roślinami. Używał również swoich wyuczonych metod, bezpośredniego wpływania na subtelne ciało człowieka. Mistrz nie jadł i nie pił. Odżywiał swoje ciało promieniami słońca, a czasami wręcz czystą energią płynącą z ziemi czy z kosmosu. Zwierzęta nie bały się go i czasem przychodziły w potrzebie. Okresowo Shuijing jadł pewne liście lub pił wodę z górskiego potoku. Okoliczni ludzie wiedzieli o jego istnieniu. Jego mistrz posiał wiedzę fizycznego znikania i ilekroć ktoś chciał zakłócić jego samotność, znikał. Shuijing znał oczywiście tego rodzaju technikę, lecz nigdy jej nie używał. Czuł w jakiś sposób, że pewnego dnia przybędzie wybrana osoba. Nie miał wizji odnośnie tego, a jego mistrz nie wspomniał mu o tym. Być może jego własna część percepcji, wykreowała to. W czasie blisko dwudziestu lat samotni tylko dwa razy odwiedzili go ludzie. W obu przypadkach chodziło o uzdrowienie. Ktoś chory leżał nisko w dole, ktoś inny przychodził po pomoc do jego samotni w górze. W obu wypadkach, mistrz przygotował ziołową mieszankę zanim przybyli potrzebujący. I tak stało się w tą wietrzną, bezchmurną noc. Shuijing zatopiony w głebokiej medytacji zobaczył pożar. Przebudził się natychmiast. W tym momencie odczuł, że czeka na to dziecko. Otrzymał z wszechświata tylko taką informację.
Wstał z kamienia, na którym spędził ostatnie trzy miesiące. Zajęło mu kilka minut by doprowadzić swoje kości, ścięgna i mięśnie do stanu użytkowania. Mimo nocy i wiatru udał się niżej, gdzie znajdowały się zioła, z których mógł zrobić maść. Wiedział również, że tym razem będzie inaczej. Pacjent pozostanie u niego kilka tygodni. Jaśniało kiedy skończył przygotowywać lekarstwo. Shuijing zaczął schodzić w dół. Miejsce w którym przebywał znajdowało się w wyższej strefie góry i praktycznie było niedostępne dla zwykłego śmiertelnika. Poza tym normalni ludzie jedli i pili. Dlatego mistrz zdecydował się zmienić na jakiś czas miejsce zamieszkania. Zszedł z góry w dół i czekał. Około południa zobaczył dwójkę ludzi z bagażem. Pierwsze co odczuł Shuijing, to ból rodziców, dopiero potem ból poszkodowanej osoby. Odczuł dziwne wibracje i dopiero po chwili uśmiechnął się do siebie.
- Czemu zostało to zakryte aż do teraz - powiedział do siebie.
Ale czy to ma znaczenie? - pomyślał.
Na tym poziomie zrozumienia w jakim się znajdował, nie miało. Podziałał na świadomość dwójki by nie kluczyli na próżno. Widział jak porozumiewają się i zmieniają kierunek wspinaczki. Położyli prymitywne nosze na ziemi. Pokłonili się nisko aż do ziemi, kiedy go dostrzegli.
- Czy ty jesteś mistrz Shuijing? - zapytał zdeterminowany mężczyzna.
- Tak, to ja.
- Przynieśliśmy nasze dziecko, jest poparzone i bliskie śmierci - rzekła zapłakana kobieta.
- Przygotowałem maść.
- Skąd wiedziałeś? - zdziwił się ojciec.
- Wiedziałem - odrzekł Shuijing. - Dziecko będzie żyło. Niestety, nie mogę przywrócić mu wzroku. Musi zostać u mnie parę tygodni. Skoro zaufaliście mi w tym, że jej pomogę, przyjdźcie za tydzień ze skórami i jakimś ubraniem dla niej.
- Skąd wiesz, że to dziewczynka? - zapytał znowu ojciec.
- Jeśli zechcesz zostać pustelnikiem, nauczysz się tego. Wiedział co mężczyzna odpowie.
- Mam jeszcze trójkę i pole... - odrzekł ojciec.
Rodzice usiedli i patrzyli na swoją, może trzyletnią córkę. Kobieta płakała, mężczyzna ocierał łzy rękawem.
- Wracajcie. Muszę zacząć, a wasze szczere łzy niestety nie pomagają waszej córce. Jakie jest imię waszej córki, bo to zostało zakryte przede mną.
- Nazwaliśmy ją Guang Xian. (Promyk)
Pierwsza myśl jaką miał Shuijing miała charakter czysto nie mistrzowski. Pomyślał bowiem, że Promyk kojarzący się ze światłem, będzie pogrążony w ciemności. Lecz momentalnie coś go skorygowało. Zrozumiał bowiem, co w pierwszej chwili wyglądało na nielogiczne. Jednak logiczne było. Rodzice zaczęli schodzić w dół.
- Przynieście o co was prosiłem - rzekł za nimi.
Czuł teraz ich cierpienie, lecz również zawiedzenie. Myśleli bowiem, że on jest cudotwórcą i zdoła przywrócić dziecku wzrok. Shuijing skupił się aby znaleźć odpowiednie miejsce i zacząć leczenie. Szukał groty, gdzie mógłby utrzymać ciepło. Na dworze w tej chwili panowało zimno. Po kilku minutach znalazł odpowiednie miejsce. Wziął dziecko na ręce i zaczął iść. Dziewczynka miała nadpalone włosy, lewa ręka nosiła ślady ognia. Lewa część klatki piersiowej i lewa strona policzka, była spalona. Dziewczynka bardzo cierpiała i traciła przytomność z bólu. Teraz odzyskała świadomość i zaczęła płakać. Shuijing zdecydował się położyć maść od razu. Maść poza własnościami regeneracyjnymi naskórka, miała silne własności uśmierzające ból. Mimo, że sprawiał Promykowi ból dotykając poparzonych miejsc, po około minucie lotne substancje ziół zaczęły działać. Dziecko przestało płakać. Teraz mógł je spokojnie zanieść do groty. Po paru minutach rozpalił przyniesione gałęzie. Zebrał głównie suche, obłamane przez wiatr i uschnięte od dawna. Mistrz sprawdził co rodzice przynieśli. Mleko kozy i mięso. Shuijing zostawił mleko, ale mięso wyrzucił. Wiedział, że ktoś z okolicznych mięsożerców ucieszy się z tego podarunku. Dziecko spało. Zostawił je w jaskini i zajął się zbieraniem owoców leśnych. Wiedział, że w ciągu ostatnich godzin dziewczynka nie spała z powodu bólu. Dlatego teraz miała możliwość się zregenerować. Po dwóch godzinach zbierania miał dość na resztę dnia. Jeszcze kiedy dziecko spało, część owoców zaczął gotować w swoim naczynku do topienia lodu. Miedziana miseczka miała dobre dwieście lat. Należała jeszcze do dwóch pokoleń mistrzów przed Long Jin. W czasie gotowania Shuijing energetyzował syrop przez oddech i energie wypływającą z jego dłoni. Pierwszy dzień był najtrudniejszy dla małej pacjentki. Mistrz sporządził dla Promyka opaskę na oczy. Wiedział, że podmuch ognia spalił dziecku zewnętrzną część oczu. Zamiast ciemnobrązowych, jej oczy były matowobiałe. Pozostawała kwestia psychiczna. Jak małe dziecko przyjmie fakt swego kalectwa? Shuijing zdziwił się. Normalnie miał dostęp do nieograniczonej wiedzy. Teraz z nieznanych mu przyczyn, zostało to ograniczone. Nie próbował z tym walczyć. Przyjął to i zaakceptował.
Promyk obudziła się następnego ranka.
- Gdzie jestem i dlaczego jest ciemno? - zapytała dziewczynka.
- Nazywam się Shuijing i jestem kimś, kto ci pomaga.
- Gdzie mama i tata?
- Rodzice nieśli cię do mnie pół dnia. Mieszkam w górach. Są teraz w domu. Przygotowałem maść abyś nie czuła bólu. Maść pomoże twojej skórze szybciej się odbudować.
- Jest ciemno...
- Ogień zniszczył twoje oczy.
- Czy nie będę widzieć?
Jak na trzyletnie dziecko zadawała bardzo dorosłe pytania. Shuijing chciał powiedzieć "nie". Mimowolnie powiedział.
- Nie tak jak poprzednio.
Dziewczynka stała się smutna, ale nie płakała i to bardzo zdziwiło mistrza. I w tej chwili uderzyła go fala wiedzy. Mimo, że działo się to w formach świadomości, miało oddźwięk fizyczny. Dawno Shuijing nie doświadczył tak silnej reakcji. Musiał przytrzymać się ściany, by nie upaść. Zachował jednak to co otrzymał na właściwy czas. Każdy następny dzień był podobny. Mistrz sporządzał maść, zbierał jagody i maliny leśne. Skóra dziecka zaczęła się zasklepiać, pozostały blizny. Po tygodniu przybyli rodzice i przynieśli ubranka, bowiem do tej pory dziewczynka zawinięta była w część szaty mistrza. Właściwie dziewczynka mogłaby już odejść, ale Shuijing chciał ją zatrzymać jeszcze tydzień. Wiedział, że ma jej coś do powiedzenia, co zaowocuje w przyszłości.
- Przyjdźcie za tydzień, wtedy Promyk będzie gotowa do powrotu.
Rodzice spędzili z córką kilka godzin. Ponieważ podziałał na nich w specjalny sposób nie rozpaczali, a raczej cieszyli się, że są z nią. Potem odeszli w dół do swojej wioski.
Dni były ciepłe, noce chłodniejsze. Promyk czuła po temperaturze, kiedy jest dzień. Poza tym zasypiała z przyzwyczajenia w nocy. Shuijing cały następny tydzień poświęcił na opowiadanie jej o naturze materii. Mówił to w taki sosób, aby małe dziecko zrozumiało. Poza tym, co jakiś czas wrzucał jakąś informację, która miała pozostać głębiej i pozostać tam na później. I znowu jak poprzednio zostało to przed nim zakryte, kiedy to się stanie. Jednak Wiedza dała mu odczuć, że dziewczynka wróci i będzie się uczyć. W końcu przyszedł czas kiedy znowu rodzice przyszli po nią.
- Nie mamy niczego czym moglibyśmy ci się odwdzięczyć - rzekł mężczyzna.
- To nic, nie oczekiwałem niczego. Muszę wam coś powiedzieć. Przyjdzie czas, kiedy Promyk zechce tu wrócić aby się uczyć, nie zatrzymujcie jej.
Czuł, że odebrali to jako niezbyt dobrą wiadomość. Tym jednak razem wiedział, że to się zmieni. Kiedy zniknęli z oczu, Shuijing Jeng udał się niezwłocznie do swojej pustelni.
Promyk próbował iść, ale sprawiało jej to ogromne trudności, więc ojciec wziął ją na plecy. Matka popłakiwała z powodu jej nieszczęścia. Dziewczynka poczuła jej ból i jego charakter.
- Nie płacz mamusiu, mistrz powiedział, że będę widzieć, tylko inaczej.
- Nie będziesz widzieć, przecież twoje oczy są spalone - powiedziała zdesperowana matka.
Promyk zaczęła płakać bo zrobiło jej się bardzo przykro.
- Ten pan powiedział, że będę widzieć, tylko inaczej - chlipała.
Na szczęście matka zrozumiała, że źle zrobiła mówiąc w ten sposób. Dziewczynka została w osadzie. Kiedy rodzice szli na pole ona zostawała w domu. Nauczyła się chodzić po domu. Jeśli nikt nie przestawił sprzętów, wiedziała na pamięć gdzie się znajduje stół, krzesło, łóżko. Piec i kuchnię omijała czując ciepło. Z każdym miesiącem jej słuch się wyostrzał. Czekała kiedy zacznie widzieć inaczej, ale to nie następowało. Zaczęła chodzić z rodzicami na pole. Przez wiele tygodni prowadzono ją zanim nauczyła się używać laski. Na polu ryżowym sadzenie szło jej nieźle. Mijały lata...
Miała siedem lat, urosła. Jej ręka miała mocną bliznę. Najbardziej szpeciła ją buzia. Od dnia kiedy zapomniała się i otworzyła oczy przy siostrze, nosiła cały czas opaskę na oczach. Ta widząc jej wypalone tęczówki, narobiła hałasu. Mówiąc wprost, wystraszyła się. Promyk zaczęła też pojmować, że jej imię jest całkiem sprzeczne z tym co widzi. Ponieważ, mimo że nie zapomniała słów mistrza, nadal widziała tylko ciemność. Rodzice nigdy nie wspomnieli jej ostatnich słów mistrza. Z czasem zapomnieli o nich.
Przyszło lato. Ptaki ćwierkały na dworze. Cała uboga rodzina jadła posiłek przy stole.
- Ciągle widzę ciemność - rzekła dziewczynka.
Mówiła to zwykle raz na dzień. Matka prosiła dzieci by nie zwracały na to uwagi. Ale tego dnia powiedziała to już chyba z dziesięć razy. W końcu matka nie wytrzymała i powiedziała znowu.
- Kiedy wreszcie zrozumiesz, że nie będzie inaczej.
Promyk zaniemówiła. Nie płakała, nie czuła nawet smutku. W jej głowie panowała pustka.
- Zaprowadźcie mnie do mistrza Shuijing. Wiem, że on nauczy mnie widzieć jasność.
Matka i ojciec zaczęli jej tłumaczyć, że to nie jest dobry pomysł.
- Jestem ślepa i jestem ciężarem dla was. Wiem, że to co mówił mistrz, sprawdzi się.
Była stanowcza przy tym jak dorosła osoba. W końcu rodzice nie mieli wyboru. Kochali ją, ale też zdawali sobie sprawę jaki jest los ślepej osoby. Następnego ranka wyruszyli. Matka czuła, że to z jej powodu jej młoda córka zdecydowała się by powrócić do mistrza. Płakała. Ojciec jakoś się trzymał, choć i jemu było smutno. Zaczęli iść. Ojciec pierwszy, ona za nim. Szła i trzymała się kija. Robili przystanki bo było gorąco, a Promyk nie mogła iść dość szybko z powodu swojej ślepoty.
*
Shuijing znowu medytował. Miał już 89 lat, ale wyglądał najwyżej na 60. Trwał w fazie pół snu, oddychał wolno. Zaczął widzieć światło. Stawało się ono coraz mocniejsze. Poczuł, że dziewczynka idzie do niego. Nie zastanawiał się nad naturą światła, które zobaczył. Znowu wiedza ukryła przed nim to, że tym światłem jest Promyk. Opuścił swoją grotę i zaczął schodzić niżej zupełnie jak pierwszym razem. Kiedy ojciec i dziewczynka przybyli, słońce szykowało się aby schować swoją tarczę za horyzont. Mistrz siedział na kamieniu z zamkniętymi oczami.
- Witaj Guang Mang.
- Witaj mistrzu, przybyłam byś nauczył mnie widzieć jasność - rzekła rezolutnie. - Nikt nie wierzy, że będę widzieć coś innego niż ciemność.
- Nie powiedziałem, że będziesz widzieć jasność.
- Pamiętam, co powiedziałeś. Powiedziałeś, że będę widzieć inaczej. Ja wiem, że będę widzieć jasność.
- Jeżeli bardzo tego zechcesz, tak się stanie.
Pierwszy raz od wielu miesięcy poczuła się dobrze. Ojciec dziewczynki pozostał przez noc z nimi. Mówił dużo do mistrza, siedzieli bowiem przy ogniu. Shuijing milczał. Rano skoro świt ojciec dziewczynki wyruszył w dół, do domu.
- Kiedy chcesz zacząć? - zapytał mistrz, kiedy tylko odszedł jej ojciec.
- Teraz.
Shuijing patrzył na nią wnikliwie.
- Czy patrzysz na mnie? - zapytała.
- Tak.
- Czy myślałaś, że tak jest, czy czułaś?
- Czułam.
- Powiedz mi na co teraz patrzę?
Zaczął patrzeć na drzewo.
- Nie zgaduj, próbuj to poczuć.
Dziewczynka siedziała na kamieniu. Miała na sobie czarne spodnie i czerwoną bluzę. Wsparła dłonie na kolanach i odwróciła buzię w jego kierunku. Po dziesięciu minutach rzekła.
- Nie wiem, nie chcę zgadywać.
Shuijing pomyślał, że ma dużą cierpliwość jak na dziecko.
- Masz sny? - zapytał.
- Tak, czasem czarno-białe, czasem kolorowe.
- Jeśli chcesz wiedzieć gdzie patrzę, musisz przestać myśleć. Wyobraź sobie, że zasypiasz, ale próbuj mnie zobaczyć i nie zaśnij.
Promyk bardzo się starała.
- Nie staraj się, po prostu pozwól temu przyjść - rzekł cicho.
Dziewczynka zaczęła czuć powiew wiatru, usłyszała ptaka na drzewie, które musiało rosnąć opodal. Dotykała paluszkami trawę. Wyobraziła sobie niebo z białymi chmurami. Nagle zobaczyła smukłego starca o opalonej skórze. Miał na sobie jasnobłękitny materiał, siedział na kamieniu i patrzył na drzewo w miejscu gdzie zaczynały się konary.
- Patrzysz na drzewo - szepnęła.
- Tak, to prawda.
- Masz na sobie jasnobłękitne ubranie, masz opaloną cerę. Patrzysz tam, gdzie zaczynają się konary.
- Tak, Wiedza się nie myliła. Ty zobaczysz więcej niż nie jeden, który ma oczy. Musimy iść na górę, tam gdzie mieszkam, pomogę ci.
- Czy będziemy tu schodzić? Lubię to miejsce.
- Tak.
- Na razie będziesz jeść, potem jeśli zechcesz nauczysz się odżywiać światłem.
- Ty zjadasz światło, zamiast jedzenia?
- Tak.
Pomyślał, że jest bardzo dojrzała jak na swój wiek.
- Chcesz nauczyć się widzieć jasność, czy coś więcej?
- Wszystkiego, czego możesz mnie nauczyć...
Ciąg dalszy w pełnej wersji książki
Miejsce ostatniego kroku
Otworzył szklane drzwi. Rozgrzany zapach asfaltu, pomieszany z równie ciężkim i dusznym ciepłem pochodzącym od morza betonowych budynków jak huragan uderzył w jego nozdrza. W uszy wdarł się zgiełk miasta, które nigdy nie śpi. Automatycznie zerknął na zegarek.
Siedem po dwunastej, zostało tylko pięćdziesiąt trzy minuty przerwy, pomyślał.
Czasem wyjście z biura zabierało mu sześć minut. Nigdy nie udało mu się pobić rekordu pięciu minut. Siedem minut, to rutynowy czas. Bez względu na porę roku, panował taki sam hałas, różnica występowała tylko w temperaturze. Cały biurowiec, miał niezależnie od pory roku, termostaty ustawione na 20o C. W lipcowe południe tuż przy jezdni temperatura dochodziła nawet do 42o C. W styczniu, kiedy wiatr dmuchał prosto do wejścia, pompy grzejne wdmuchiwały naprawdę gorące powietrze pomiędzy podwójne szyby "Ardex corporation". Lecz nic to nie dawało, bowiem prawie momentalnie skóra policzków stawała się zimna zaraz po wyjściu z budynku.
Tom pracował tu już ponad pięć lat, lecz zawsze łapał sie na tym, że sprawdzał czas kiedy otwierał szklane wrota, kiedy wychodził na lunch. Jako jeden z ponad dwustu urzędników wychodził na zewnątrz i jadł posiłek w znajdującej się tuż za rogiem, kawiarni "Rossa". Widział tam co dzień te same twarze przy stolikach. Co innego jeśli chodziło o kelnerki. Przeważnie pracowały do pół roku, ale bywało, że widział nową twarz raz i nigdy więcej. Tylko właściciel, niski o nalanej twarzy i lekko wyłysiały, pewnie z południa Włoch, Gino Rossa pojawiał się na chwilę i znowu znikał za drzwiami, tuż za barem. Z tego co zauważył Tom, Gino traktował dziewczyny bardzo dobrze, ale ponieważ płacił koło dziesięciu dolarów za godzinę, te nie miały motywacji by zostawać dłużej.
- To samo co zwykle? - zapytała szczupła Nelly, kiedy usiadł do stolika.
- Tak, tylko poproszę więcej pomidorów do kanapki - odrzekł miło Tom.
- Gorąco dzisiaj - rzekła, od niechcenia Nelly.
- Tak - potwierdził Tom beznamiętnie.
Czekał na swój posiłek. Obserwował uliczny ruch. Pomyślał, że dzisiaj może zmieni olej w swojej Toyocie Camry. Zanim dostał swoją ulubioną kanapkę z łososiem i pomidorami oraz wyśmienitym sosem marki Rossa, przeleciało mu przez głowę kilka myśli: wieczorny mecz i obraz czerwonego Subaru, które kupił wczoraj Lloyd...
Dostał kanapkę. Wyczuł że musiało być o kilka plasterków pomidora więcej niż normalnie. No i oczywiście Gino doliczył dolara do rachunku. Zobaczył to dopiero po zapłaceniu rachunku, a właściwie wyczuł po tonie Nelly, kiedy powiedziała "Dzięki Tom". Zerknął na rachunek.
- Przepraszam, zapomniałem o pomidorach - powiedział cicho.
Dodał dwa dolary. Przez twarz Nelly przeleciał nieznaczny uśmiech. Zabrała drobne do kieszeni białego fartuszka i już jej nie było.
"Cholera, to niemożliwe, już za piętnaście" pomyślał wychodząc z kawiarni...
Nie zdążył zrobić nawet pięciu kroków, potknął się i... stracił równowagę. Kiedy otworzył oczy, zobaczył twarz Nelly.
- Wezwać ambulans?
Dopiero teraz poczuł ból czoła. Dotknął bolącego miejsca. Wyczuł solidny guz. Zerknął na zegarek. Wstał powoli.
- Dziękuję Nelly, mamy w budynku pokój pierwszej pomocy. Pójdę tam gdybym się poczuł gorzej.
Popatrzył w koło, ale nie znalazł nic o co mógłby się potknąć. Szedł w kierunku biurowca. Stracił tylko minutę.
Pierwszy raz straciłem przytomność, pomyślał.
Chłód klimatyzacji poprawił mu samopoczucie. Zdecydował się jednak iść do pokoju pierwszej pomocy. Tak na wszelki wypadek. Czekał, by wyjaśnić powód swojej wizyty, kiedy zobaczył na pierwszej stronie. New York Yankees wygrały 10:3 z Boston Red Sox. Zmarszczył czoło. Przecież mieli grać dopiero dziś wieczorem, pomyślał. Nie mogłem się pomylić, to moja ulubiona drużyna, zaświtało mu w głowie...
- Co się stało, Tom? - zapytała młoda kobieta.
Tom widział ją kilkakrotnie, ale nie pamiętał jej imienia
- Masz solidnego guza na czole, czy to jest powód?
- Tak, kończyłem lunch, tu niedaleko u "Rossa", potknąłem się na drodze i uderzyłem czołem o chodnik. Chyba straciłem chwilowo przytomność.
- Och, bardzo mi przykro. Mam tylko ukończony kurs pierwszej pomocy, drugiego stopnia. Tom, może powinieneś jechać do szpitala?
- Przepraszam, czy my się znamy, znasz moje imię, lecz nie przypominam sobie byśmy rozmawiali.
Dziewczyna lekko się zarumieniła.
- Tak, w zeszłym tygodniu rozmawialiśmy, jestem Emma - wyciągnęła dłoń. Myślałam, że pamiętasz - posmutniała na moment.
- Och tak, przypominam sobie teraz.
- Czy miałeś jakieś zawroty głowy?
- Nie, zupełnie nie. Wstałem bez kłopotu, uciekło mi tylko kilka minut.
- Myślę, że powinieneś iść do swojego lekarza, a ja muszę napisać raport.
Tom siedział na krześle.
- Tylko jedna rzecz mi nie pasuję. Miałem wieczorem oglądać mecz, a tymczasem wchodząc tu, przeczytałem na pierwszej stronie gazety, że mecz się odbył. Yankess z Red Sox.
- Och, też ich lubię, grają dziś wieczorem.
- Tak, lecz ja widziałem wyraźnie na pierwszej stronie, wygrali 10:3.
- To zobaczymy wieczorem - uśmiechnęła się miło.
- Poczekaj chwilę.
Wyszedł z gabinetu i rozejrzał się po poczekalni. Ani śladu wiadomości. Wrócił do gabinetu.
- Musiało mi się przewidzieć, może pójdę do lekarza. Dziękuję za pomoc.
Wrócił do pracy. Podzielił się z kolegami tym co zaszło, nie wspomniał nic o wyniku meczu, który zobaczył na pierwszej stronie. Wieczorem oglądał mecz, czuł się dobrze. Kiedy mecz się zakończył, siedział chwilę zaszokowany. Ale jeszcze bardziej odczuł to następnego dnia, kiedy zobaczył poranną gazetę. To właśnie zdjęcie widział wczoraj kiedy wszedł do punktu pierwszej pomocy w swoim biurze...
Ciąg dalszy w pełnej wersji książki
Kryształ - część pierwsza
Yangra, Himalaje, 2011
Jack oddychał ciężko. Nie tylko z powodu mniejszej zawartości tlenu w powietrzu. Wspinali się już około dwóch godzin, a do szczytu pozostało im ponad osiemset metrów stromej ściany lodu
- Myślisz, że się utrzyma w tej szczelinie? - zapytał Ted.
Karabinek siedział solidnie. Mimo to Jack zapalił lampkę ledową na kasku. Światło rozświetliło szczelinę.
- Rozszerza się - powiedział Jack.
- To nie szczelina, to grota - odrzekł Ted, który był się nieco wyżej.
Weszli jeszcze dwa metry wyżej. Teraz otwór do środka stał się dostatecznie szeroki, że mogli wejść do środka. Cztery metry lodu, a potem lita skała. Światła latarek rozświetliły jaskinię. Miała dwadzieścia metrów długości, pięć szerokości i tyle samo wysokości. Na ścianach iskrzyły się kryształy.
- Kwarc tybetański? - zapytał Jack.
- Na to wygląda - rzekł Ted, który więcej się znał na kamieniach.
- Patrz, to chyba topazy - rzekł Jack.
Jaskinia jaśniała fioletowym blaskiem.
- Nie jestem pewny, może to odmiana tybetańskiego kwarcu - odrzekł Ted. Mogę zabrać do zbadania.
- Nie warto, odpocznijmy trochę i w górę - odpowiedział Jack.
- Włożymy maski? - zapytał Ted.
- To tylko 7420 metrów. Ja wytrzymam, a ty jak chcesz - odrzekł Jack. Na razie pogoda nam sprzyja, ale tu w Himalajach nigdy nic na pewno.
- Szło tędy wiele wypraw, powinna być jakaś informacja - zaczął Ted.
- Wygląda na to, że nikt przed nami nie postawił tu stopy.
- Tu coś zajaśniało - Jack podwyższył lekko ton głosu.
- To pewnie refleksja światła.
- Może masz rację.
Wypili ciepłe napoje, kombinacja glukozy i wszystkich istotnych, potrzebnych człowiekowi elementów.
- Wychodzimy - rzekł Ted.
- Zostawimy coś na pamiątkę?
- Masz poczucie humoru.
Powoli wydostawali się na zewnątrz. Nie mogli widzieć jak kryształy pulsowały fioletowym światłem. Po pięciu minutach po ich wyjściu zabrzmiało delikatnie "Wychodzimy". Coś poruszyło się nieznacznie w miejscu gdzie kilka kropel napoju padło na skalne sklepienie. Kryształy rozświetliły się tak, że cała grota tonęła teraz w fioletowym blasku.
Pięć milionów lat wcześniej
Pulsujące barwy światła ustępowały powoli, a coraz wyraźniej rysowały się kształty zbliżone do wieloramiennej gwiazdy. Ostry promień zielonego światła wystrzelił w dół. Trzy dwunożne stwory, fosforyzujące zielonym światłem, stanęły u wejścia do groty. Nie miały one właściwej solidnej formy, a raczej zbudowane były ze światła. Doskonałe, piękne i pełne majestatu. Wszystkie trzy postacie wyglądały identycznie.
- Tu.
Tą informację przekazał H-oo, drugiemu stworowi. Porozumiewali się pozazmysłowo.
Jeden z nich zajaśniał bardziej niż pozostałe stwory, a ze środka jego postaci wystrzelił promień jasnej barwy, mieniący się tęczowo. Uderzył skałę u ich stóp. Trwało to kilka sekund.
- Powrócimy tu za parę czasów? - zapytał Se-n-aa.
- Nie będzie takiej potrzeby, sam nas odnajdzie - rzekł trzeci.
- Do następnej matki - rzekł H-oo i zdematerializowali się.
Niska wibracja cichła powoli w ciemnej jaskini.
W kilka sekund później wielki statek zniknął bezgłośnie na czarnym sklepieniu nieba.
*
Rok 2011, Himalaje, Yangra, ta sama grota
To ciekawa, złożona forma wibracji, a materialnie głównie woda, pomyślał. Coś około sześciu miliardów. Ciekawe czym się rożni "ona". Uniósł się w zawirowaniu powietrza. Wygląda na to, że ten wirus mu nie szkodzi w malej ilości, rozmyślał nadal.
Nie, nie będziesz się rozwijać, po prostu chcę cię użyć by się wydostać na zewnątrz. To już kwarc rozumie więcej niż ty, zaśmiał się w duchu.
Unosił się w powietrzu przez wiele dni.
Gdzie te sześć miliardów, wszędzie woda w stanie stałym? O nareszcie coś nowego. A wiec tak wygląda "ona". I tylko taka różnica?
Nie widzę nic interesującego, myślał. Muszę wejść na wyższe wibracje.
Kiedy Matka chowała się za horyzont, znał już kilkaset odmian mieszkańców tej planety. Prawie z dołu znalazłem się na samej "górze".
Jednak nadal lubię te "ametysty" i nie dlatego, że spędziłem z nimi ostatnie pięć milionów lat, pomyślał. Z Perna Namding w Kharikhola udał się autobusem do Kathmandu. Nie owładnął umysłu najwyższej formy, zadowalał się podróżując jako bakteria kataru lub cząstka śliny. Dostał się na lotnisko. Dopiero teraz "zbudował" najwyższą formę. Surowca nie brakowało. Wiedział, że łatwiej mu będzie jako "on". Na razie bezimienny podszedł do komputera. Po paru chwilach miał imię, nazwisko, a co najważniejsze bilet do Beijing. Resztę celulozy z mieszaniną innych surowców, nazywanych tu "dokumentami" zbudował w kilka milisekund. W godzinę później leciał w kierunku stolicy państwa środka. Tu jest ich miliard, pomyślał.
- Coś do picia? - zapytała smukła chinka w niebieskim mundurze.
- Tylko wodę - odrzekł, około trzydziestoletni, przystojny chińczyk.
Po kilku godzinach lotu schodzili do lądowania. Na odprawie przeszedł przez niemiłe promieniowanie. Zdjął Rolex-a i przeszedł jeszcze raz. Tym razem zasymilował promienie.
- No cell phone, Mr Lee? - zapytał oficer.
- W Kathmandu zanika czasem sygnał - odrzekł Lee.
- Tak, tak - uśmiechnął się oficer.
Kiedy Lee opuszczał lotnisko wszystkie komputery zwariowały.
- Coś w sieci - rzekł Kwok.
- Mniej niż sekundę - odezwał się Zhao, bardzo interesujące.
- Przyczyna - zapytał Kwok?
- Nieznana, może coś z prądem. Dziwne - rzekł Zhao.
Lee dopił czarną kawę bez cukru. Wyszedł na zewnątrz. Smog. Taksówką udał się do hurtowni. Nabył tam pół kilograma ołowianej blachy. Inną taksówką pojechał do centrum. Wszedł do supermarketu i skierował się do sklepu jubilerskiego. Oglądał zegarki i pierścionki.
- Poszukuje pan coś specjalnego? - zapytała młoda sprzedawczyni.
- Nie, oglądam. Chcę kupić prezentu dla mojej narzeczonej i coś dla siebie.
- Jak coś pan znajdzie, jestem do dyspozycji - odrzekła miło.
Lee po paru minutach wyszedł ze sklepu. Wiedział już, że nie było tu detektorów metalu, tylko zwykłe kamery.
Dopiero po dwóch tygodniach zaczęły się kłopoty w tym sklepie i to tylko dzięki przypadkowi.
- To niesłychane - krzyczał zdenerwowany mężczyzna. Wydałem u was porę dobrych tysięcy dolarów. Za tę ołowianą bransoletkę dałem prawie trzy tysiące.
Zdenerwowany kierownik sklepu wycierał pot z czoła.
- Zapewniam pana, że to nie nasza wina. Policja prowadzi śledztwo.
- Czy ta jest autentyczna? - zapytał mężczyzna, kiedy sprzedawca wręczył mu taką samą bransoletka.
- Jak najbardziej - odrzekł, wciąż zdenerwowany manager. Niestety, policja prowadząca śledztwo znalazła w sklepie wiele ołowianej biżuterii, ale za to pokrytej 24 karatową cienką warstwą złota. Nikt się nigdy nie dowiedział, że Lee wyszedł wtedy ze sklepu bez ołowiu za to z kilkunastoma sztabkami 18 karatowego złota o łącznej wadze ponad pół kilograma. Później, podzielił je tak, by ich wartość nie przekraczała 1000$ za sztukę. Dodatkowo dla pewności jego twarzy nie zarejestrowały żadne kamery. Sprzedał złoto w różnych miejscach. Potrzebował pieniędzy. Ale nie tylko o to chodziło. Chciał mieć "legalne" nazwisko. W sieci internetu przeszukał listę ofiar trzęsienia ziemi z lat osiemdziesiątych. Po pół godzinie miał wszystko. Legalny handlowiec. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Znajdował się na liście "niepewnej". Nikt nie będzie grzebał w papierach. Naprawdę nie żył od przeszło trzydziestu lat. Kilka godzin później leciał pierwszą klasą linii Pan-Am z Pekinu do Nowego Jorku. Jeszcze w czasie odprawy celnej "wpłynął" na personel by nie zobaczył 18 tysięcy dolarów w jego bagażu podręcznym. Teraz pozornie drzemał na fotelu. Informacje płynęły nieprzerwanie. Dostał by nagrodę Nobla z każdej dziedziny: geografii, historii, fizyki, chemii. Nie interesował się tym, wchodził bowiem na coraz bardziej subtelne poziomy ludzkiego ducha. Na lotnisku w Nowym Jorku wsiadł do białego mercedesa S550. Przez GPS wszedł jeszcze raz do sieci. Ruch na ulicy. Tylko kilka razy zmienił światła na zielone. W końcu się nigdzie nie spieszył. Był kim chciał być. Miał wszystkie legalne i prawdziwe dokumenty. No może poza ostatnim miejscem pracy i referencjami. Młody, opalony, przystojny brunet wyszedł z białego mercedesa S550. Nikt oczywiście nie zauważył, że w czasie jazdy zmieniły się tablice rejestracyjne, numery silnika i wszystkie inne dane. Wszedł do restauracji. Usiadł przy stoliku, otworzył kartę. Do stolika podeszła młoda kelnerka.
Ta będzie odpowiednia, pomyślał. Niebrzydka jak na ludzkie kryteria. Właśnie dwa dni temu zerwała z Johnem. Co za pech. A myślała, że to ten wymarzony. Wróciła wcześniej z pracy i... przyłapała go z jakąś inną dziewczyną w swoim łóżku.
- Co dla pana? - zapytała.
- Zupę jarzynową i sałatkę grecką, a jakie wino proponujesz, Sandy? - zapytał miło.
- Ja lubię musujące, francuskie.
- Dobrze wiedzieć, ale ja wezmę cabernet, jeden kieliszek. A po pracy zapraszam cię do "Rico". O której kończysz?
Zapytał choć wiedział, że o 18.00.
- O 18.00, ale nie wiem czy przyjdę, nie umawiam się z nieznajomymi.
Mężczyzna wstał.
- Jestem Scott O'Connor.
Ciąg dalszy w pełnej wersji książki
Krzyk orła
Ziemia. Planeta, lecz również żywa istota. Miejsce wielu pięknych, ale także okrutnych zdarzeń. Ukrywa wiele tajemnic i zagadek. Jedną z nich są piramidy. Kto je wybudował i jak. Te widoczne, są tylko niedokończoną kopią tych ciągle ukrytych. A te wciąż jeszcze zakryte, wybudowano na pamiątkę. Miłości, krwi i krzyku orła.
Część pierwsza "Dzień, zaraz po wschodzie Słońca"
- Masz plany na sobotę? - zapytała Kassandra.
- Jeszcze nie wiem - odrzekł Marcin.
Wracali razem ze szkoły, bo mieszkali blisko siebie. No i lubili się. To znaczy Kassandra lubiła Marcina. On lubił ją również, ale nigdy jej tego nie powiedział. Oboje mieli po czternaście lat. Ona była najładniejsza w klasie, a on... No właśnie. Marcin miał lekką nadwagę i okulary. Wielkie, brązowe oprawki, plus 5 dioptrii. Klasowa oferma, obiekt kpin. Do czasu, aż...
Sześć miesięcy temu coś się wydarzyło.
Marcin chodził poprzednio do innej szkoły. Pochodził z Torunia. Ojciec chłopca dostał dobrą pracę w Warszawie i dlatego przyjechali do stolicy. Od samego początku siódmej klasy Marcin nie miał lekkiego życia w szkole. W poprzedniej szkole też mu dokuczano. No może nie tak jak w tej. Kiedy rówieśnicy osiągali 8 sekund na 60 metrów, Marcin przebiegał ten dystans w 13,5 sekundy. Podobnie było w skoku w dal. Ale wychowanie fizyczne było jedynym przedmiotem, w którym miał złe wyniki. Z innych dziedzin wiedzy, miał same piątki.
Kujon. A przy tym oferma, grubas i okularnik. On przywyknął do tych wyzwisk. Koledzy zapominali o tym wszystkim w czasie klasówki albo sprawdzianu. Te szykany trwały jakiś czas. Po kilku miesiącach większość kolegów dała mu spokój. Bo on miał naprawdę wiedzę i zawsze podawał ściągi w czasie sprawdzianu. A i po lekcjach nie odmawiał pomocy. Tylko czwórka z klasy dokuczała mu nadal. Stasiek i jego grupa. Stasiek Czarny osiągnął 7,2 sekundy na 60 metrów. Do niego należał rekord szkoły w skoku w dal. Skoczył 6 metrów i 32 cm. Dobrze zbudowany, przystojny. Podobał się dziewczyną. I nie tylko ze swojej klasy. Ale jego interesowała tylko Kassandra. A ona jak na złość, dosłownie go ignorowała. Zgrabna, miedzianowłosa o zielonych oczach. Wysportowana, uczyła się bardzo dobrze. Stasiek nie był głupim "mięśniowcem". Też uczył się nieźle. Właściwie, bardzo dobrze. Czemu uwziął się na Marcina? Nikt poza nim tego nie wiedział. Czyżby chodziło o zwykłą zazdrość?
Kassandra rozmawiała ze wszystkimi. I nawet z tą ofermą. Szczególnie z nim. A dla Staska nie miała czasu! To, że Marcin Galak miał tłuszcz i okulary nie miało dla Staśka znaczenia. To, że obiekt jego westchnień i fantazji rozmawia często z tą ofermą, spędzał mu po prostu sen z oczu...
To co zmieniło wiele, zdarzyło się na długiej przerwie.
- Co tam czytasz grubasie?
Marcin podniósł wzrok z nad książki .
- "Dwunasta planeta" - odrzekł spokojnie.
- O, to tyle jest tych planet - odrzekł rozbawiony Stasiek. Pokaż.
Nie czekając na pozwolenie, wyrwał książkę z rąk Marcina i rzucił kilka metrów dalej. Chłopiec wstał spokojnie z ławki i zaczął iść po książkę. Kiedy Stasiek to zauważył, wyprzedził go, podniósł książkę i zapytał ze śmiechem.
- To chcesz? Ciekawe, czy Ci się uda? Zabierz mi! A może pójdziesz na skargę do wychowawczyni?
Marcin szedł nadal w jego kierunku. Stasiek już miał zacząć uciekać kiedy znalazła się przed nim... Kassandra.
- Oddaj mu książkę - powiedziała cicho.
Jej oczy paliły się blaskiem, który Stasiek widział po raz pierwszy. I nie tylko u niej. Nigdy nie widział czegoś podobnego!
Jakaś jego część, w środku, mówiła "oddaj". Ale ta męska część, zwyciężyła. Przecież to on jest "alfa dog", a nie jakiś mięczak. Wolną ręką pokazał usta. Kassandra nie była głupia.
- Chcesz buzi, tak?
On kiwnął głową z uśmiechem.
- Dobrze - odrzekła jakoś dziwnie.
Stasiek był szybki. Znakomicie pływał i ćwiczył karate. Nawet ośmioklasiści, ci najmocniejsi, nie zadzierali z nim. Może się nie spodziewał! Ale kiedy analizował "to " na zimno, dużo później, doszedł do wniosku, że nawet gdyby był przygotowany nie zdołałby nic zrobić.
Czyste kopnięcie z obrotu. Lekko oszołomiony poderwał się z posadzki. Czuł lewy policzek i miał "gwiazdki" w oczach. W czasie treningu nieraz oberwał. Ale dostać od dziewczyny? I to na oczach wszystkich! W odruchu urażonego samca chciał oddać. Zauważył, że ona trzyma książkę. Kiedy znalazła się w jej dłoniach?
Stasiek zareagował automatycznie. Trenował pod okiem niezłego nauczyciela walk wschodu i po trzech latach, nabył już pewnych odruchów. Postawa, atak. Ale coś go powstrzymało.
- Ruszysz ją, a zabiję!
Marcin trzymał ułamaną nogę krzesła.
Później, koledzy Staśka, opowiadali niestworzone historie! Widzieli podobno jak ten ślamazarny grubas podbiegł z niespotykaną szybkością do krzesła. Poderwał je jakby ważyło nic, uderzył o podłogę, wyrwał ostro ułamaną nogę i... znalazł się przy Staśku.
- Jeszcze się policzymy - wycedził przez zęby do Kassandry.
Już mu się nie podobała, przynajmniej w tej chwili. W jej oczach nie zobaczył strachu ani gniewu.
- Nie radzę. Nie uderzyłam Cię mocno. A mogłam.
Oczywiście, cała trójka znalazła się na dywaniku dyrektora. I nie tylko oni, ich rodzice również.
Nie poruszano kwestii co trenuje Kassandra i jak to się stało, że Marcin ułamał nogę krzesła.
- Ponieważ stało się to pierwszy raz, zostaje to wam wybaczone - rzekł dyrektor Milczak. Proszę podać sobie ręce na zgodę. Stanisław Czarny, zacząłeś ten niemiły incydent, podaj rękę koledzę. No proszę - ponaglił.
Stasiek z małymi oporami wyciągnął w końcu dłoń do Marcina.
- Przepraszam, ofermo - rzekł.
- On ma imię.
Brwi dyrektora Milczaka zbiegły się na chwilę.
- Przepraszam, Marcin - powiedział po chwili Stasiek.
- Nie ma sprawy - odrzekł chłopiec.
Podał dłoń Staśkowi. Uścisnął ją mocno. Nawet mocniej niż się Stasiek spodziewał.
- Dobra, niezłe kopnięcie - odezwał się po chwili do Kassandry.
Dłoń Staśka zawisła w powietrzu.
- Żeby mnie dotknąć, musisz zasłużyć - powiedziała cicho.
Stasiek poczuł ciarki na plecach.
- Kassandro, proszę podać rękę koledze.
Milczak nie spodziewał się tego po niej. A już zupełnie tego, co usłyszł potem.
- Możesz mnie wyrzucić Milczak, on wie co musi zrobić!
Zaskoczony Milczak zobaczył, że Kassandra zamyka drzwi gabinetu. I nie tylko na jego twarzy widniało zdziwienie. Cała szóstka rodziców miała ten sam wyraz twarzy. Stasiek miał "głupią" minę. A Marcin tylko lekko się uśmiechnął.
- Poziom hormonów w stanie krytycznym - odrzekł jakby nic się nie stało.
Milczak zastanawiał się chwilę.
- Przykro mi, że tak się sprawy potoczyły. Państwu dziękuję, a rodziców Kassandry proszę o pozostanie.
- Taka podobno miła dziewczynka, co ją ugryzło - powiedziała w drzwiach, matka Stasia.
Kassandra otrzymała naganę w obecności całej szkoły, następnego dnia, na sali gimnastycznej.
Milczak dodał jeszcze, że z wyjątkowych powodów, nie zawiesi w prawach ucznia, Kassandry Starbik.
Nie podał oczywiście tych powodów. Rozmowa z rodzicami Kassandry nie dała pozytywnych efektów. Oboje dali mu do zrozumienia, że ich jedynaczka ma trudny okres i skoro tak postąpiła, nie ma siły aby zmienić jej decyzję. Dyrektor miał ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony: dobra uczennica, prawie wzór i chluba szkoły. Z drugiej strony, coś takiego!
W swojej ponad dwudziestoletniej karierze nauczyciela, a potem dyrektora, nie spotkał tak zuchwałej osoby jak ta ładna, miedzianowłosa nastolatka. Dopiero telefon z ministerstwa szkolnictwa jaki otrzymał tego samego wieczoru, wymusił na nim taką decyzję, że Kassandra otrzymała tylko naganę. Sprawa ucichła. Nikt nie zaczepiał już Marcina. Stasiek Czarny nie szukał zemsty. Uświadomił sobie tylko, że Kassandra nadal mu się podoba. Nie rozważał jej słów. Nie zrozumiał, nie próbował, w końcu o nich zapomniał.
To wszystko przemknęło w ułamku chwili przez głowę Marcina. Szli dalej, a jej poprzednie pytanie pozostało bez odpowiedzi.
- Jeszcze miesiąc szkoły - powiedziała znowu.
On nie zignorował jej pytania. Zastanawiał się tylko czy ma odwagę, żeby jej powiedzieć co zamierzał.
W końcu się zdecydował.
- Może wpadniesz do mnie, pokażę ci zdjęcia - usłyszał swój głos.
- Jasne, ale najpierw przyjdziesz do mnie. Dziś po obiedzie. Co ty na to?
- To będzie nasza "randka" - powiedział i zdziwił się, że to wyszło z jego ust.
Nie powiedziała, że mu odbiło, albo co wogóle plecie. Milczała, wobec tego dodał.
- Zapraszasz grubego okularnika do domu?
- Szósta będzie dobrze? - usłyszał jej miły głos.
- Dobrze, będę na czas.
*
- Co tam w szkole? - zapytała matka kiedy wszedł do mieszkania. Masz taką dziwną minę. Wszystko dobrze?
- O której będzie obiad? - zapytał, pomijając jej pytania.
- A co, jesteś już głodny? Mogę zrobić ci kanapkę. O piątej albo parę minut wcześniej, jak ojciec wróci - odpowiedziała w końcu, pani Galak.
- Muszę wyjść za piętnaście szósta, najpóźniej.
Zdziwiona matka zobaczyła, że wchodzi do swojego pokoju. Stała chwilę i czuła, że coś się stało. Marcin usiadł na łóżku i starał się zebrać myśli.
To, że rozmawiała z nim, wystarczyło! Ale być z nią w jej domu! Z jego rozmyślań wyrwał go głos matki.
- Marcin, mogę wejść?
- Tak, jest otwarte.
- Wychodzisz do kina z Piotrkiem? - zapytała w drzwiach.
Piotrek był chudy i pół głowy niższy od reszty kolegów z klasy. Zanim Marcin zaczął chodzić do klasy, Piotrek zajmował pozycję klasowego nieudacznika. Z początku nic nie zauważył. Potem dotarło do niego, że chyba przestali mu dokuczać. Zajęło mu dwa tygodnie, by zrozumieć czemu. Przestali, bo znaleźli nowy obiekt do drwin i prześladowań. Natomiast Marcin polubił go od razu.
Zaczęli rozmawiać na przerwach, czasem po lekcjach. Piotrek przestał słyszeć uwagi pod swoim adresem. Ale i tak martwił się swoją sylwetką i wzrostem.
- Urośniesz - pocieszył go kiedyś Marcin.
- Zdjąłem z ciebie ten ciężar, lepiej się czujesz, prawda? - rzekł innym razem.
Piotrek nie był tumanem, ale zajęło mu kilka minut aby zrozumieć słowa tego poczciwego grubaska.
- A ja stracę tłuszcz i wzrok mi się poprawi, tak czasem bywa - dodał Marcin. On im wybaczy, bo nie wiedzą co czynią - dodał jeszcze.
- Kto wybaczy, komu? - zapytał Piotr.
Piotrek zatrzymał się i patrzył na kolegę. Szli razem do domu, zaraz po szkole. Była jesień. Jeszcze nie wszystkie liście spadły z drzew. Zatrzymali się.
Marcin patrzył na Piotrka nadal.
- Widzisz, spadają i gniją, a na wiosnę drzewo wypuszcza nowe pączki.
- To naturalne, tak już jest - odpowiedział Piotrek.
- Nie zastanawiałeś się nigdy, skąd drzewo wie, że będzie zimno? - kontynuował Marcin.
- Faktycznie jak ono wie, że będzie zimno - zastanawiał się głośno Piotrek.
- Co by się stało, gdyby zostały na drzewie? - zapytał Marcin.
- Tak pytasz, ale wiesz, prawda? Zamarzłyby, a tak gniją. To nie ma sensu.
- Gdyby zamarzły, następnej wiosny drzewo nie miałoby pączków - odpowiedział Marcin. No to jak myślisz, jak ono wie, że będzie zimno? - zapytał jeszcze raz Marcin.
- Nie ogarniam - poddał się Piotrek.
Piotrek zdawał sobie sprawę, że Marcin jest mądry. Poza tym nie przejmował się obelgami kolegów. Do tej pory Piotrek myślał, że Marcin jest oczytanym, poczciwym grubaskiem. Piotrek nie rozumiał, jak postawił to pytanie jeszcze raz. Czuł przez chwilę, że "coś" mu te pytanie "wstawiło" do głowy po raz drugi.
- Kto jest ten, który wybaczy?
- Ten sam, który uczy drzewo, kiedy ma zrzucić te liście. Chociaż jest nieco inaczej. Tak naprawdę soki drzewa spływają w dół do korzeni i liście usychają i opadają w dół. Gdyby zostały na górze, zamarznięta woda rozsadziłaby drzewo. Ale sens jest ten sam. Jak drzewo wie, że kilka miesięcy przed mrozem soki muszą spłynąć do korzeni.
- Masz na myśli Boga? - odpowiedział poważnie Piotrek.
- Tak, On jest wszędzie - rzekł spokojnie Marcin.
- Teraz wszyscy się odwracają od kościoła, nie myślałem że chodzisz - rzekł Piotrek.
- Nie chodzę - odpowiedział krótko Marcin.
Ta rozmowa odbyła się prawie dwa tygodnie przed wydarzeniem na długiej przerwie.
Prawie zaraz, a właściwie już tego samego dnia, po tym wypadku za Staśkiem, Marcin zaczął wracać do domu z Kassandrą. Piotrek stracił kompana do wspólnych powrotów do domu. Nie chciał być "doczepką". Kassandra podobała się oczywiście Piotrkowi, chociaż nie tak jak Jola.
A z Jolą zaczęło się to, kiedy zdecydował się i miał okazję, by jej to powiedzieć. Na którejś przerwie stanął przy niej, a ona nie odeszła.
- Bardzo mi się podobasz - wypalił.
Ona popatrzyła tylko na niego z góry. Nie dla tego, że czuła się ważniejsza. Literalnie. Jola miała 179 cm wzrostu. Miała przezwisko "Eiffla".
- Wiem, "Dwarf" - powiedziała. - Przepraszam, Piotrek - poprawiła się natychmiast.
Jola również mieszkała w tym samym kierunku co i Piotrek. Szkołę postawiono kilka lat temu na nowym osiedlu. Uczniowie szli tylko w dwóch kierunkach. Bo w innych nie mogli. W trzecim kierunku zasadzono drzewa i krzewy. Duży park, a za nim nie było budynków, tylko pola. W czwartym kierunku budowano wylotową trasę na zachód.
Minęło już dwa tygodnie od tej krótkiej rozmowy. Od tygodnia Piotrek szedł połowę drogi z dwoma kolegami, a resztę sam.
To stało się w środę. Pamiętał, bo zapisał. Szedł jak zawsze z Jackiem i Ernestem. Oni mieszkali bliżej szkoły. Jakieś dwa metry z lewej, Piotr dostrzegł trzy koleżanki z klasy. Po chwili dwie poszły na bok. Został on i... Jola.
- Mieszkasz w tych blokach - bardziej powiedziała, niż zapytała.
- Tak. Ty też, widziałem cię kilka razy jak szłaś.
- Wracałeś z Marcinem, widziałam - powiedziała. To teraz będziemy wracać razem, jeśli zechcesz.
Piotrek nie wierzył co słyszał.
- Karzeł i Wieża, dobra kompania - palnął.
Ale Jola tylko się roześmiała.
- Chyba się cieszysz, prawda?
Popatrzył na nią. Miała śliczne, duże, brązowe oczy. Piotrek nie zastanawiał się dlaczego mu się podoba. Podobały mu się jej włosy, oczy. Miała jasną cerę. Trochę piegów. Nie dostrzegał jeszcze, że ma długie i zgrabne nogi. Na razie oczy i włosy, to wszystko co widział. Kiedy czytała wypracowanie, albo wiersz na lekcji polskiego, jej głos brzmiał w jego uszach jak najsłodsza nuta.
- Masz ładne oczy. Jak sarna.
- Chciałeś powiedzieć jak ciele.
- Krowy mają bardzo ładne oczy - palnął znowu.
Nie pomyślał, że tym jednym zdaniem mógłby wszystko zrujnować.
Lecz to co powiedział, Jola odebrała jako komplement. Piotrek patrzył na chodnik i zaczął sobie uświadamiać, że ona mogła się obrazić tym co powiedział. Jola popatrzyła na wszystkie strony. W oddali zobaczyła tylko sylwetkę Marcina i Kassandry. Nikogo więcej. Piotrek patrzył na chodnik i nie zauważył, że Jola się pochyliła. Dopiero kiedy jej głowa znalazła się blisko, odruchowo odwrócił twarz. Poczuł jej usta na swoich. Krótko.
- To za tą krowę.
Piotrek poczuł, że świat wiruje. Zdążył ochłonąć, kiedy usłyszał jej głos.
- Chcesz iść ze mną do kina, jutro na ten nowy film?
- Pewnie cała klasa będzie - bąknął tylko.
- Masz jakiś problem z tym?
- Nie, pewnie że nie.
- Przyjdź po mnie o trzeciej, mam dwa bilety - rzuciła. Tylko się nie spóźnij, mieszkam pod 17, chyba wiesz.
Zobaczył jak oddala się do bloku. Pomachała ręka, nie odwracając się.
- Cholera, to tak jak wygrać w totka - powiedział głośno do siebie.
Serce waliło mu jak młot. Hormony szalały.
- Kurcze, pocałowała mnie w usta - szepnął do siebie.
Miał pewność, że to najlepszy dzień w jego życiu. A coś mu mówiło, że nadchodzą jeszcze lepsze dni.
*
Pani Joanna Galak popatrzyła ze zdziwieniem na syna. Marcin wyszedł z pokoju w białej koszuli, czarnych spodniach. Miał też krawat. Ojciec podniósł oczy z nad gazety. Popatrzył na żonę.
- Tak się ubrałeś do kina? - rzekła, ciągle zdziwiona matka.
- Kassandra mnie zaprosiła do domu i muszę wyjść za dwadzieścia minut. Jeśli chcecie żebym z wami zjadł, to lepiej podaj już zupę, mamo.
Widocznie jego słowa odniosły efekt, bo wszystko poszło bardzo sprawnie. Prawie nie rozmawiali. Dokładnie o 5.45 Marcin wyszedł. W chwile później Joanna zaczęła.
- Coś takiego, mam nadzieję, ze jej rodzice są w domu.
- Coś masz na myśli, Joasiu? - zapytał Marian Galak.
- Nie, nic takiego - odrzekła ściągając fartuch.
- Kochanie, oni mają po czternaście lat. Mimo, że Kassandra jest bardzo ładna, wierz mi, nie to jej w głowie. Poza tym, przykro mi mówić, bo to mój syn. Marcin nie jest zbyt atrakcyjny fizycznie.
- Jak możesz tak mówić, Maniek! - rzekła wyraźnie zdegustowana Joanna.
- Doceniam, że jest oczytany i ma zainteresowania, ale mógłby robić przynajmniej dwadzieścia "pompek" rano. Po trzech miesiącach, efekt murowany.
Joanna uśmiechnęła się do męża.
- Wątpię aby był zdolny zrobić jedną. Ale to dobry chłopak i wierzę, że to się zmieni.
- Mam nadzieję, że nie zrozumiałaś mnie źle, też go kocham.
Marian przytulił czule żonę.
- Wiem kochanie, wiem - szepnęła.
*
Marcin poprawił krawat, odczekał aż wskazówka sekundnika minie dwunastkę. Zadzwonił. W sekundę potem Kassandra otworzyła drzwi.
- Punktualny jesteś, nawet szwajcar by ci pozazdrościł.
- A ty chyba stałaś przy drzwiach?
- Tak, od minuty.
W drzwiach do dużego pokoju stali jej rodzice.
- To Marcin, poznajecie.
- Miło cię widzieć, Marcinie - powiedział ojciec Kassandry.
- Chcesz coś zjeść, Marcinie? - zapytała Estella.
- Dziękuję, właśnie skończyłem obiad.
- To my idziemy do pokoju - rzekła Kassandra. Jutro idę do niego i będziemy razem studiować antropologię i kosmologię. A teraz idziemy do mojego pokoju i byłoby fajnie jak byście nie pukali piętnaście razy. Jak będziemy chcieli herbaty, to wiem gdzie jest kuchnia. Ta opera zaczyna się o ósmej. Najlepiej wyjdźcie o siódmej, bo mogą być korki w śródmieściu.
Weszli do jej pokoju.
- Kass, ty tu rządzisz? - zapytał lekko zaszokowany Marcin.
- Ktoś musi.
Spojrzała mu w oczy.
- Jak wiesz, że tak lubię być nazywana?
- Nie wiedziałem, tak mi się powiedziało - odrzekł lekko speszony. A ty skąd wiedziałaś o antropologii i kosmologii?
- Też czytałam "Dwunastą planetę".
Kassandra miała na sobie jeansy i bluzkę. Marcin nie był tym specjalnie zainteresowany, ale dostrzegał jej nienaganną figurę. Jej oczy się "śmiały".
- Jesteśmy kumplami, tak?
- Tak, czemu pytasz?
- Chciałam się upewnić. Zaraz znajdę coś dla ciebie, a na razie zdejmij koszulę i krawat.
- Nie bardzo rozumiem? - zdziwił się.
- Będziemy ćwiczyć, nie będę cię cały czas bronić. To ty będziesz musiał mnie.
Nadal nie rozumiał, ale miał do niej zaufanie. Zaczął zdejmować koszulę. Ona szperała w szafie. Wyjęła czarne spodnie od dresów.
- Kupiłam je pół roku temu w Domach Centrum i zastanawiałam się po co, ale teraz wiem.
Spojrzała na jego tors i pokręciła głową.
- Przebierz się. Ja się odwrócę. Mam nadzieję, że się nie wstydzisz.
Wstydził się i modlił w duchu, aby się nie spojrzała. Pierwszy raz w życiu dostrzegł, że wygląda okropnie.
- Masz jakąś koszulkę? - zapytał błagalnie.
- Pewnie tak, tylko czy się zmieścisz! Poczekaj, mam pomysł.
Wyszła zanim zdążył coś powiedzieć. Słyszał, że pyta o coś rodziców, ale niezbyt wyraźnie. Domyślił się jednak. Po chwili Kass wróciła z duża koszulką.
- Wzięłam od ojca, jest czysta.
- A co będziemy ćwiczyć?
- Aikido, wing shun, lecz na razie usiądziemy i posłuchamy muzyki. Usiądź wygodnie i pamiętaj, nic nie rób na siłę. Luźno. To przyjdzie...
Ciąg dalszy w pełnej wersji książki