Błękit jego oczu - Katarzyna Świderska

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Epilog

Podziękowania

Rozdział 1

Impulsywnie zdjął sukienkę i obserwował, jak ramiączko biustonosza zsuwa się na ramię. Koronka kusiła go intensywnym odcieniem faluńskiej czerwieni. Dostrzegłam żar w jego miodowych oczach. Podniecenie. Gorliwość. Zniecierpliwienie. Chciał mnie mieć właśnie teraz. Mruknął mi do ucha i przywarł do mojego ciała, a ja, nie pozostając mu dłużna, w kilku ruchach rozpięłam niewielkie guziki jego koszuli i przyssałam wargi do torsu. Smakował jak słony precelek. Pojedyncze włoski przyjemnie łaskotały mi usta.

Kochaliśmy się namiętnie, jakby to był nasz pierwszy raz. A nie był. To był trzeci - ostatni.

Gdy regularnie chodzi się z kimś do łóżka, zaczynają towarzyszyć niechciane skutki uboczne. Pojawia się troska o drugą osobę, zainteresowanie jej poglądami, chęć spędzania z nią większości czasu, zapominanie o swoich potrzebach. Jednym słowem - przywiązanie. Tego unikałam. Przywiązanie kojarzyło mi się wyłącznie z psem na łańcuchu. Wiejski burek oddalający się od swojej budy na odległość dwóch metrów. Upalne lato, pusta miska po wodzie, a on radośnie merda ogonem, naiwnie pragnąc atencji. Nie obchodzi go, że sucha miska nie ukoi jego pragnienia, on chce człowieka i to jest jego priorytet. Nie stanę się tym burkiem.

Dlatego nie sypiałam z mężczyznami więcej niż trzykrotnie. To jedna z moich zasad.

Mateusz jeszcze nie wiedział, że to nasze pożegnanie. Okrągłe jak spodki oczka, niczym u pogodnego pięciolatka, gdy ciocia w przedszkolu pochwali jego rysunek, świdrowały teraz moją twarz. Miał rozmarzony wzrok, jakby wyobrażał nas sobie leniwie stąpających po ciepłym, miękkim piasku, wprost w stronę zachodzącego słońca. Wokół szum Bałtyku, pomarańczowe, jaskrawe promienie rozświetlające nasze twarze, białe mewy fruwające nad horyzontem...

Dostałam gęsiej skórki, na samą myśl.

Chwyciłam bieliznę i wstałam z materaca. Gdy schyliłam się po majtki, usłyszałam cichy jęk. Pewnie, gdyby Mateusz nie doszedł trzy minuty temu, rzuciłby się na mnie ponownie. Teraz byłam bezpieczna, przez najbliższych kilkanaście minut nie będzie do tego zdolny.

Gdy zapięłam biustonosz, zaniepokoił się.

- Nie idź jeszcze.

Jego słowa odbiły się od moich gołych pleców, gdy zarzucałam na siebie kolejne części garderoby. Spojrzałam w dół. Rajstopy miały niewielkie oczko na wysokości uda, ale nie powinno być go widać pod długą, wełnianą sukienką.

- Jestem umówiona - rzuciłam niedbale, przewracając sukienkę na prawą stronę.

Włożyłam ją i wygładziłam. Szary materiał idealnie przylegał do mojego ciała, eksponując każdą strategiczną część sylwetki: krągłe biodra, duży biust i wystające obojczyki. W końcu zerknęłam w kierunku mężczyzny, a z rozmytego wzroku wyczytałam, że jego myśli odpływają do krainy rozkoszy, którą chwilę temu namalowałam mu ruchami mojego nagiego ciała. Gdy zbliżyłam się do niego, falując kusząco biodrami, przygryzł wargę. Schlebiał mi. Choć musiałam przyznać nieskromnie, że byłam świadoma moich atutów i wykorzystywałam je tak często, jak mogłam.

Niech Mateusz posłuży za przykład. Niczym niewyróżniający się pracownik banku. Okulary, krótko przystrzyżone włosy, blada cera, zaczerwienione oczy podrażnione światłem monitora. Na pierwszy rzut oka zwyczajny gość. Nic bardziej mylnego. Dla mnie był najbardziej pociągającym mężczyzną. Dlaczego? Dlatego, że to on mógł udzielić mi pożyczki, do której nie miałam absolutnie żadnych praw.

Długo go obserwowałam. Przychodziłam do banku, rozsiadałam się na jakiś czas między zmęczonymi życiem emerytami, udając załatwianie interesów. To nie było kłamstwem - miałam sprawę: poznać bliżej konkretnego mężczyznę o pociągłej twarzy i szczupłej sylwetce.

Później przyglądałam mu się poza jego miejscem pracy. Kto do niego dzwoni? Spotyka się z kimś? Czy ma zachowania agresywne? I kiedy ustaliłam wszystkie fakty - samotny, trzydziestokilkuletni introwertyk, mieszkający z mamą i dwoma kotami na parterze niewielkiej kamienicy - mogłam przejść do drugiej części planu. Obsłużył mnie kilka dni później. Rozsiadłam się na miękkim, niebieskim krześle i założyłam nogę na nogę. Był początek marca, więc nie mogłam włożyć kusej spódniczki, ale obcisłe, skórzane spodnie też dawały radę. W towarzystwie satynowej koszulki z głębokim dekoltem oraz eleganckiego żakietu gwarantowały zmysłowy efekt. Mateusz od razu to poczuł. Starał się być profesjonalistą, ale łypał na mnie łakomie zza okularów, zezując w zagłębienie dekoltu. Wówczas wiedziałam, że będzie łatwiej, niż początkowo sądziłam.

Po zarzuceniu przynęty, w postaci mnie samej, wyszłam z banku i jeszcze tego samego dnia mimochodem zderzyłam się z nim w sklepie, do którego miał w zwyczaju chodzić w trakcie lunchu. Kolejne wydarzenia nastąpiły lawinowo. Krótka rozmowa, mój perlisty śmiech, słodkie perfumy na nadgarstku, położenie mimochodem dłoni na jego ramieniu.

- Może wyskoczymy na drinka? - Usłyszałam z jego wąskich ust.

Teatralnym wzrokiem spojrzałam na wyświetlacz telefonu i westchnęłam.

- Umówiłam się z przyjaciółką.

Długa pauza miała go przytrzymać w niepewności. Podziałało, wydawał się niepocieszony moją odmową, kąciki jego ust opadły, cień przemknął po tęczówkach, mężczyzna podrapał się nerwowo po łokciu. Po kilku sekundach uśmiechnęłam się nieśmiało, trzepocząc rzęsami.

- Ale mogę to odwołać.

I stało się. Już w kolejnym momencie wsiadłam do jego srebrnego volkswagena i przy cichych wibracjach silnika pojechaliśmy do zaproponowanej przez niego restauracji. Gdy mijaliśmy szerokie ulice miasta, czułam przyjemne mrowienie w podbrzuszu. Na myśl o skrupulatnie zaplanowanym uwiedzeniu mężczyzny stado mróweczek biegało nad moim łonem, tupocząc głośno nóżkami. Poziom adrenaliny skakał mi niczym cukier diabetykowi.

Restauracja była niczego sobie. Nie wiem, ile zarabia konsultant do spraw obsługi klienta w banku, ale najwyraźniej wystarczająco, aby móc zapłacić siedemdziesiąt złotych za świeże carpaccio z ośmiornicy, polane kwaskowatą emulsją z rukoli i cytrusów. A to tylko przystawka! Na główne danie wybrałam rozpływający się w ustach filet z jesiotra. Na samo wspomnienie moje kubki smakowe szalały jak sztorm na otwartym morzu.

- Opowiesz coś więcej o sobie? - zagadał.

Z precyzją odkroił kawałek polędwicy wołowej. Zamoczył ją w sosie winnym i włożył widelec do ust.

Gdybym kilka lat temu nie przeszła na peskatarianizm, pewnie też zdecydowałabym się na zamówienie właśnie tego dania, wyglądało obłędnie! Odłożyłam sztućce i oparłam się o stół, zaplatając dłonie na miękkim obrusie.

- A co chcesz wiedzieć? - dopytywałam się kokieteryjnie.

Przełknął mięso i przybrał podobną do mnie pozę.

- Gdzie pracujesz, co lubisz robić w wolnym czasie, czy z rodziną spotykasz się tylko od święta... Takie tam.

Puścił mi oczko, a mnie nie opuszczało wrażenie, że wystrzeloną w moim kierunku sieć pytań wił w swojej głowie od dłuższego czasu. Uniosłam kąciki ust, nie za wysoko, aby nie pomyślał, że prowadzę jakąś grę.

- Mam na imię Calina. Ale to już wiesz. - Zachichotałam niczym głupia podlotka i odchyliłam się na krześle.

Gdy się poruszyłam, woń perfum uniosła się, tworząc niewidzialną aureolę wokół mojego ciała. Mateusz zaciągnął się tym zapachem. Jego powieki delikatnie opadły, choć już w kolejnym momencie ponownie się uniosły.

- Jestem dyrektorem handlowym w firmie farmaceutycznej. Z rodziną mam poprawne relacje, spotykamy się regularnie. Nudy. - Wzruszyłam ramionami, przeczesując dłonią włosy.

Obserwował, jak palce wtopiły się w długie, hebanowe pukle i przełknął głośno ślinę.

Nie tak prędko kochany - pomyślałam, widząc pożądanie w jego ciemniejących tęczówkach.

Zawieszenie przeze mnie głosu zmusiło jego myśli do powrócenia z planu filmu dla dorosłych, który rozgrywał się w jego głowie. Zmieszał się, ale nie opuścił wzroku.

- Rodzeństwo? - rzucił po chwili.

Pokręciłam głową ze stanowczością.

- Jedynaczka.

Informacje przekazywane mężczyźnie były po części prawdziwe. Nie pracowałam w firmie farmaceutycznej, a spędzając czas z rodziną, czułam się bardziej umęczona niż Jezus na drodze krzyżowej, moja siostra zaś pewnie wracała teraz do Warszawy z urlopu we Włoszech. Karierowiczka - w moim wieku była już kierownikiem regionalnym markowych sklepów z odzieżą. Po kolejnych czterech latach awansowała na dyrektora i obecnie zarabiała kupę forsy. Oczko w głowie i duma naszych rodziców, którzy nie zmarnowali żadnej okazji do chwalenia się jej sukcesami przed znajomymi. Gdyby mogli, zasponsorowaliby mural z jej wizerunkiem spoglądający z wyższością na turystów ze ścian Pałacu Kultury.

- Ja też... - Jego głos przywołał moje myśli z powrotem do wyrafinowanej restauracji. - Zainteresowania?

- Trochę gotuję, moją specjalnością są burgery. - Mrugnęłam zalotnie.

- Uwielbiam burgery! Może kiedyś mi przygotujesz jakiegoś? - Wyszczerzył się, zadowolony, że trafił mu się zdrowy okaz kobiety z zamiłowaniem do smażenia krwistej wołowiny.

Poprawiłam się na krześle i rzuciłam mu przeciągłe spojrzenie, udając, że onieśmieliła mnie jego propozycja. Snuć tak poważne plany podczas pierwszej randki? Musiałam się powstrzymać, aby nie parsknąć śmiechem. Przedłużająca się cisza zaniepokoiła go. Pokręcił się nerwowo na krześle.

- Z chęcią - odparłam w końcu i przeszyłam go wzrokiem.

Przesunęłam stopę pod stołem i musnęłam jego łydkę butem. Obcas zahaczył o spodnie i podciągnął materiał o kilka centymetrów.

- Czyli mogę liczyć na kolejne spotkanie? - upewnił się.

Przywarł nogą mocniej do miękkiej skóry mojego obuwia. Jego bezpruderyjność mnie zaskoczyła, sądziłam, że zobaczę na jego polikach wykwit dwóch czerwonych plam, a zamiast tego gwałcił mój but swoją stopą. Skinęłam delikatnie głową.

- Może jutro? - zaproponowałam.

Czekało mnie jeszcze sporo pracy, aby zdobyć jego pełne zaufanie, a czas mnie naglił. W normalnych warunkach omotałabym jakiegoś bogacza, który bez mrugnięcia okiem rzuciłby zadowalającą mnie kwotę na stół. Ale wymagało to sporych poświęceń i dużej ilości czasu, a jako świadkowa upierdliwej panny młodej go nie miałam. Dlatego tym razem chciałam zachować się uczciwie. Przynajmniej w pewnym sensie.

Wiedziałam, że udzielenie mi pożyczki nie będzie łatwe, ale gdy przy pierwszej wizycie w banku pracownik wyrecytował, że mam prawie sto tysięcy zadłużenia, i kategorycznie odmówił udzielenia kolejnej pomocy finansowej, musiałam wymyślić inny plan na zdobycie pieniędzy. I tak dobrze, że nie zgłosił mnie jeszcze do komornika - ostatnią ratę spłaciłam ponad pół roku temu. Jak można się domyślać, od tamtego momentu odsetki ochoczo poszybowały do góry. Zdawałam sobie sprawę, że muszę w końcu uregulować dług, dlatego już wtedy polowałam na pewnego biznesmena z Krakowa, którego poznałam jakiś czas temu. Dla niego sto tysięcy to nic, więc jak tylko da mi tę sumę, spłacę zadłużenie. To miało być moje największe, długofalowe przedsięwzięcie.

Tymczasem potrzebowałam pieniędzy na już. Ślub mojej najbliższej przyjaciółki Marty lada dzień, musiałam włożyć sporo banknotów do koperty. Dobór stroju na tę okazję też był pilny, już jakiś czas temu wypatrzyłam sobie pewną zmysłową sukienkę w ekskluzywnym butiku - zbyt ekskluzywnym na moją kieszeń. Potrzebowałam więc zaufanego pracownika banku, który przymknie oko na moje niespłacone zadłużenie. Dlatego uwiodłam Mateusza.

Tak zaczął się nasz krótki romans. Kilka spotkań później poszliśmy do łóżka po raz pierwszy. Jego temperament mnie zdumiewał, w łóżku zdawał się dorównywać mi doświadczeniem. Nasz seks był sprośny, trochę brutalny - taki, jak lubiłam. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że był to jeden z najlepszych stosunków w moim życiu.

- Masz spore zadłużenie w bankach - stwierdził dzień po naszym drugim zbliżeniu.

Siedzieliśmy przy jego stanowisku, on w służbowym, granatowym garniturze i białej koszuli w małe, szare kotwice, ja w cienkim, wełnianym sweterku, z dekoltem w serek. Jasne światło monitora odbijało się na jego twarzy, a ja, niczym na gorącym krześle, starałam się opanować drżenie ciała.

- Do tego brak zdolności kredytowej - wyliczał.

Jego poważne oczy przeszywały moją twarz. Czyste szkła okularów wydawały się wypolerowane z precyzją, a koszula nie miała nawet minimalnego zagięcia. Zastanowiłam się przez chwilę, czy sam dba o takie szczegóły, czy wyręcza go w tym matka. W sytuacjach stresujących moje myśli zawsze skupiały się wokół nieistotnych faktów. Pozwalało mi to utrzymać kamienny wyraz twarzy.

Mateusz odetchnął głęboko i z premedytacją trzymał mnie w niepewności. Jego lewa dłoń stukała palcami o blat biurka, a żyłka na moim czole zaczęła boleśnie pulsować. Chciałam krzyknąć, aby przestał.

- Nie mogę udzielić ci pożyczki. W oczach banku jesteś niewiarygodna.

Słysząc te słowa, czułam, jak ulatuje ze mnie całe powietrze. Cholera! Tyle zmarnowanego czasu! Mężczyzna zmrużył oczy.

- Ale pożyczę ci pieniądze. Wezmę pożyczkę na swój rachunek. Jako pracownik mam niższe oprocentowanie. Musisz mi tylko obiecać, że spłacisz dług jak najszybciej.

Miałam ochotę zawyć ze szczęścia. Zamiast tego poderwałam się, nachyliłam nad ekranem monitora, chwyciłam w dłonie jego twarz i złożyłam na ustach namiętny pocałunek. Ludzie w banku ożywili się i zaczęli bić brawo. Chyba myśleli, że mi się oświadczył. Twarz Mateusza poczerwieniała.

- Dziękuję, ratujesz mi życie - szepnęłam i pozwoliłam mu zaciągnąć się zapachem moich perfum, gdy nasze twarze dzieliło kilka milimetrów. Mój biust wsparty był o ekran, co nie uszło jego uwadze, zatrzymał na chwilę wzrok na prześwitującej siateczce biustonosza. - Zwrócę wszystko w ciągu trzech miesięcy. Wspominałam ci, że znajoma wisi mi sporo pieniędzy. Zanim się obejrzysz, wszystko zostanie uregulowane.

Opadłam na fotel i czekałam na odliczoną kwotę. Położyłam dłoń na stukających w blat palcach mężczyzny i wplotłam w nie swoje. Brak irytującego dudnienia był bardzo przyjemny. Zanim Mateusz wręczył mi plik banknotów, wymieniliśmy się pełnym namiętności spojrzeniem.

W kolejnych tygodniach niewiele się spotykaliśmy. Starałam się umawiać z nim w neutralnych miejscach: parku, lesie, kawiarni, kinie. Krótkie, luźne spotkania, piętrzące jego frustrację spowodowaną brakiem kontaktu fizycznego. Byłam gotowa iść z nim do łóżka po raz trzeci, ale pozostawiłam to na kryzysową sytuację. Dawkowałam mu zatem czułości niewinnymi pocałunkami na pożegnanie.

Któregoś razu zaprosiłam go na obiecane hamburgery. Widząc jego zaskoczenie, gdy ugryzł kawałek kotleta... z soczewicy, zaśmiałam się. Wtedy dowiedział się, że nie jem mięsa. W każdym razie mieszkanie, w którym byliśmy, nie było moje. Nie mogłam zaprosić go do siebie, bo nachodziłby mnie, gdy w końcu zniknę - a zawsze tak robiłam, gdy już dopięłam swego. Co gorsza, mógłby na mnie nasłać policję. Mój prawdziwy adres znali wyłącznie członkowie mojej upierdliwej rodziny i najbliżsi przyjaciele. Wypełniając urzędowe papiery, wpisywałam adres jednego z lokali, które wynajmował mój przyjaciel Irek. Kilka lat temu dostał pokaźny spadek po dziadkach i zainwestował w nieruchomości. Miał na własność cztery apartamenty w Warszawie, które udostępniał turystom. W okresie zimowym często stały puste, więc Irek odstępował mi je na różne okazje. A ja po czasie odwdzięczałam mu się niewielką sumką z wiadomego źródła...

Irek znał mnie na wylot, każdy sekret, słabość. Wiedział, że nie lubię, gdy po przebudzeniu ktoś zasypuje mnie zbędnymi pytaniami, że raz w miesiącu wpłacam parę złotych na schronisko dla zwierząt i że nie cierpiałam, jak w ogólniaku ludzie nazywali mnie Calką.

Z Irkiem poznaliśmy się w liceum, chodziliśmy do jednej klasy. Rzadko rozmawialiśmy. Ja miałam Paulinę, z którą złapałam kontakt od samego początku, on trzymał się na uboczu. Zbliżyliśmy się dopiero podczas zielonej szkoły, w drugiej klasie. Z grupą znajomych co wieczór wymykaliśmy się, aby kupić alkohol w mieszczącym się nieopodal sklepie. Irek obserwował nas z boku, ale nie dołączał do imprez, spędzając samotne wieczory w pokoju. Wszyscy mieli go za dziwaka.

Pewnego dnia okazało się, że za kasą stoi nowa ekspedientka - nieżyczliwa, wysuszona sześćdziesięciolatka, która wygląda, jakby w wolnych chwilach popijała wódkę ze sklepowych butelek. Kobieta nas przejrzała i ze stanowczością zażądała dowodów osobistych. Wybawieniem okazał się właśnie Irek. Był rok starszy i wiedzieliśmy, że miesiąc wcześniej skończył osiemnaście lat. Wróciliśmy więc do ośrodka, aby poprosić o pomoc. Niedługo później za zagrzybioną kotarą kabiny prysznicowej postawiliśmy kilka nowych, szklanych butelek, a w ramach podziękowania zaprosiliśmy go do wspólnego imprezowania. Bardzo się wtedy polubiliśmy. Razem z nim i Pauliną, tworzyliśmy zgrany zespół, aż do momentu odebrania ostatniego świadectwa szkolnego. Potem dołączyła do nas Marta, z którą pracuję już od dziesięciu lat.

- Znowu naciągasz Bogu ducha winnego naiwniaka? - zapytał Irek, gdy poprosiłam go o odstąpienie mieszkania. Nie pochwalał mojego zachowania, ale starał się mnie nie oceniać. - To nie skończy się dobrze - skwitował.

- Nie mam wyjścia. Wiesz, jaką perfekcjonistką jest Marta - odparłam, przełączając telefon na kamerę. Byłam w przymierzalni, aby upewnić się, czy sukienka, którą planowałam kupić na wesele, dobrze na mnie leży. Ustawiłam telefon na metalowym stołku i oparłam go o lustro. - Co myślisz? - pokazałam się Irkowi do kamery, poprawiając jeszcze dekolt, który dziwnie układał się na piersiach.

Miałam duży biust, więc trudno mi było dobrać odpowiedni strój. Gdy wybierałam mój rozmiar, okazywało się, że piersi ściśnięte są niczym dwa placki. W większym miały swobodę, ale cała reszta ciała wyglądała jak w worku.

Przyjaciel przyglądał mi się z uwagą. Jego usta napięły się niczym cięciwa łuku, a na czole pojawiła się głęboka, poprzeczna bruzda, która była jego największym kompleksem.

- Zgarnij je z boku, to powinno pomóc - odparł, zbliżając telefon do twarzy.

Mogłam podziwiać z bliska idealnie wyregulowane brwi przyjaciela. Zerknęłam ukradkiem na własne. Przydałaby im się wizyta u kosmetyczki. Jak wrócę do domu, sprawdzę terminy. Pochyliłam się i włożyłam ręce pod pachy, starając się zebrać zapodziany biust. Zerknęłam w lustro. Miał rację, po zebraniu piersi sukienka leżała o niebo lepiej. Wyprostowałam plecy i uśmiechnęłam się do kamery.

- I jak? - zapytałam.

- Bomba. Gdybym był hetero, to nawet byś mnie podnieciła.

Rozłączyliśmy się i po raz ostatni zerknęłam w lustro.

- Niedługo będziesz moja - wyszeptałam i pogłaskałam czule pobłyskującą tkaninę.

Nie mogłam się doczekać, gdy zawiśnie w mojej szafie.