Błędne ognie. Zawierucha. Tom 4 - Ida Żmiejewska

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

GRU­DZIEŃ 1916-MAJ 1917

.

Z za­snu­tego oło­wia­nymi chmu­rami nieba sy­pały się duże płatki śniegu, które za­raz po ze­tknię­ciu z pod­ło­żem to­piły się i za­mie­niały w lepką breję. Nikt nie zwra­cał na to uwagi. Tłum cze­ka­jący od kilku go­dzin na placu Sa­skim fa­lo­wał w peł­nym na­pię­cia ocze­ki­wa­niu. Chod­niki wy­peł­niały zor­ga­ni­zo­wane grupy mło­dzieży aka­de­mic­kiej i szkol­nej, de­le­ga­cje or­ga­ni­za­cji spo­łecz­nych ze sztan­da­rami oraz rze­sze pu­blicz­no­ści.

- Jadą! - za­wo­łał ja­kiś czło­wiek sto­jący bli­żej Kra­kow­skiego Przed­mie­ścia, a inni na­tych­miast pod­chwy­cili jego słowa:

- Jadą... Jadą!

Emo­cje ro­sły z każdą chwilą.

Przed so­bo­rem Alek­san­dra New­skiego zgro­ma­dzili się nie tylko miesz­kańcy War­szawy, ale także rzą­dzący nią obec­nie nie­mieccy dy­gni­ta­rze, na czele z sa­mym ge­ne­ra­łem-gu­ber­na­to­rem Be­se­le­rem. Ich mun­dury i spi­cza­ste pi­kiel­hauby dziw­nie kon­tra­sto­wały z prze­py­chem bi­zan­tyj­skiej świą­tyni bę­dą­cej sym­bo­lem stu­let­niego ro­syj­skiego pa­no­wa­nia nad nie­po­kor­nym mia­stem.

- Niech żyje Pił­sud­ski! - huk­nął ktoś na całe gar­dło, za­głu­sza­jąc wcze­śniej­sze nie­śmiałe wi­waty.

- Niech żyje! - po­wtó­rzyło kilka mło­dych gło­sów; wśród ze­bra­nych nie bra­ko­wało du­żej grupy człon­ków Pol­skiej Or­ga­ni­za­cji Woj­sko­wej, a także jej sym­pa­ty­ków.

Wtem na plac Sa­ski wje­chał konno długo ocze­ki­wany ofi­cer - do­wódca wio­dący całą ko­lumnę woj­ska.

- Szep­tycki - nio­sło się z ust do ust. - Sta­ni­sław Szep­tycki. Hra­bia. Puł­kow­nik.

Obecny ko­men­dant Le­gio­nów, który ob­jął sta­no­wi­sko po zdy­mi­sjo­no­wa­nym je­sie­nią bry­ga­die­rze Pił­sud­skim, je­chał ze wznie­sioną sza­blą, sa­lu­tu­jąc zgro­ma­dzo­nym tłu­mom.

Za nim po­dą­żali ułani, a na­stęp­nie długa ława pie­chu­rów; wszy­scy żoł­nie­rze byli w peł­nym rynsz­tunku po­lo­wym, z or­de­rami przy­pię­tymi do piersi. Mi­jali bramy trium­falne i po­wi­talne trans­pa­renty; wi­tano ich chle­bem, solą i wią­zan­kami kwia­tów. I łzami: wszak były to pierw­sze re­gu­larne od­działy woj­ska pol­skiego, które wi­dziano w War­sza­wie od cza­sów po­wsta­nia li­sto­pa­do­wego.

Nie wszy­scy jed­nak po­dzie­lali tę ra­dość i wzru­sze­nie. Nie­któ­rzy lu­dzie trwali w nie­pew­no­ści. Czy to na­prawdę na­ro­dowe woj­sko? Czy też - jak nie­kiedy ich na­zy­wano - wer­bow­nicy do nie­miec­kiej ar­mii?

Umieli się bić, temu nikt nie mógł za­prze­czyć. Tak jak i fak­tom, że to dzięki ich po­świę­ce­niu i krwi prze­la­nej na Wo­ły­niu dwaj ce­sa­rze - nie­miecki i au­striacki - pro­kla­mo­wali Akt 5 li­sto­pada, który za­wie­rał obiet­nicę po­wsta­nia Kró­le­stwa Pol­skiego. A także utwo­rze­nia pol­skiej ar­mii.

Na­dzieje na­rodu zo­stały roz­grzane do czer­wo­no­ści.

W pią­tek, 1 grud­nia 1916 roku, II Bry­gada Le­gio­nów Pol­skich uro­czy­ście wkro­czyła do War­szawy.

ROZDZIAŁ I

1.

- Zimno. - Ju­lia ener­gicz­nie za­tu­pała w miej­scu. - Jesz­cze tro­chę i za­mar­znę na kość.

Pola nie sko­men­to­wała słów sio­stry, tylko szczel­niej okryła się weł­nia­nym sza­lem, w który ciotka pra­wie siłą owi­nęła ją tuż przed wyj­ściem z domu. Co prawda wtedy pro­te­sto­wała, ale w tej chwili w du­chu dzię­ko­wała Kla­rze za prze­zor­ność, po­nie­waż mróz ką­sał wy­jąt­kowo do­tkli­wie, a już zwłasz­cza, gdy długo stało się bez ru­chu.

Nie­stety, pe­ron Dworca Pe­ters­bur­skiego nie nada­wał się tego dnia do roz­grze­wa­ją­cych spa­ce­rów, gdyż kłę­bił się na nim tłum lu­dzi ocze­ku­ją­cych na opóź­niony po­ciąg z Łomży. Nie dało się też ni­g­dzie ukryć przed chło­dem z tego względu, że bu­dynki dwor­cowe znisz­czone przez Ro­sjan w sierp­niu 1915 roku na­dal nie zo­stały od­bu­do­wane.

Po­cie­sza­jące było tylko to, że we­dług wszel­kich zna­ków tu­dzież in­for­ma­cji uzy­ska­nych od ko­le­ja­rzy wy­tę­sk­niony przez wszyst­kich po­ciąg miał przy­je­chać już za kilka mi­nut.

- Ależ Ninka by­łaby szczę­śliwa - ode­zwała się znowu Ju­lia. - Ona po­winna tu stać za­miast nas.

Pola kiw­nęła głową, po­nie­waż też tak uwa­żała. Tyle że nie miało to żad­nego zna­cze­nia, bo Nina ode­szła z tego świata już dzie­więć mie­sięcy temu.

W od­dali roz­legł się prze­cią­gły gwizd i na ho­ry­zon­cie po­ja­wiła się lo­ko­mo­tywa wy­rzu­ca­jąca z ko­mina kłęby si­nego dymu. Przy­bli­żała się z każdą chwilą, ro­sła w oczach i wresz­cie ze zgrzy­tem ha­mul­ców wto­czyła się na pe­ron. Sta­nęła. Z kół buch­nęła para i za­snuła pe­ron tak szczel­nie, że nie dało się ni­czego zo­ba­czyć. Znie­cier­pli­wieni i prze­mar­z­nięci lu­dzie nie cze­kali, aż tu­man opad­nie, tylko od razu za­częli szu­kać bli­skich. Ze wszyst­kich stron do­bie­gały ra­do­sne okrzyki, na­wo­ły­wa­nia, a na­wet płacz; tę ka­ko­fo­nię raz po raz za­głu­szał syk pa­ro­wozu wy­pusz­cza­ją­cego ko­lejne por­cje mlecz­nej mgły.

- Pra­wie sami żoł­nie­rze. - Ju­lia uważ­nie przy­glą­dała się wy­sia­da­ją­cym lu­dziom, a po­tem chwy­ciła ją za rękę. - Chodź, mu­simy go po­szu­kać, bo jesz­cze gdzieś zgi­nie.

Pola bez pro­te­stu ru­szyła w ślad za sio­strą. Obie z tru­dem prze­py­chały się przez tłum i szu­kały wzro­kiem zna­jo­mej syl­wetki.

- Jest! - krzyk­nęła na­gle star­sza Kel­le­równa. - Wi­dzę go!

- Gdzie?!

Ju­lia nie za­mie­rzała tra­cić czasu na wy­ja­śnie­nia, tylko przy­spie­szyła kroku i nie spusz­cza­jąc wzroku z grupy ofi­ce­rów wy­sia­da­ją­cych z ostat­niego wa­gonu, la­wi­ro­wała mię­dzy po­trą­ca­ją­cymi ją ludźmi. Pola stra­ciła ją z oczu, a kiedy para z lo­ko­mo­tywy znów za­snuła pe­ron, usły­szała tylko jej ra­do­sny okrzyk:

- Sta­siek!

Wi­docz­ność na szczę­ście szybko się po­pra­wiła, więc Kel­le­równa mo­gła zo­ba­czyć, jak sio­stra rzuca się na szyję naj­wyż­szemu z woj­sko­wych, zu­peł­nie nie zwa­ża­jąc na pełne zdzi­wie­nia miny po­zo­sta­łych. Ofi­cer upu­ścił wa­lizkę, chwy­cił Ju­lię w ra­miona, uniósł ni­czym piórko i za­krę­cił nią młynka w po­wie­trzu. Po­tem ostroż­nie po­sta­wił na ziemi i nie zwa­ża­jąc na że­gna­ją­cych się z nim to­wa­rzy­szy, za­czął coś do niej mó­wić, a ona gor­li­wie ki­wała głową.

Pola za­wsty­dziła się, że nie roz­po­znała szwa­gra od razu. Miała jed­nak do tego prawo, gdyż Sta­ni­sław na­prawdę się zmie­nił. Przede wszyst­kim miał na so­bie inny mun­dur. Nie sza­ro­brą­zowy, tylko zwy­czaj­nie szary i dużo skrom­niej­szy niż tam­ten car­ski, a za­miast ku­dła­tej czapy strzel­ców sy­be­ryj­skich no­sił okrą­głą ma­cie­jówkę z orzeł­kiem nad dasz­kiem. Zmiana za­szła też w jego ru­chach i po­sta­wie; spra­wiał wra­że­nie o wiele pew­niej­szego sie­bie niż kie­dyś i - o ile to moż­liwe - jesz­cze wy­przy­stoj­niał. Nie mo­gła ode­rwać od niego wzroku, choć było w nim coś ob­cego: miała dziwne wra­że­nie, że wi­dzi go po raz pierw­szy.

Po­de­szła bli­żej, aku­rat skoń­czył roz­ma­wiać z Ju­lią i pod­niósł głowę. Na jej wi­dok roz­bły­sły mu oczy i uśmiech­nął się sze­roko. Uczu­cie ob­co­ści znik­nęło w jed­nym mo­men­cie - to był ten sam męż­czy­zna, któ­rego tak do­brze znała i lu­biła.

- Po­lcia. - Chwy­cił ją za ręce, przy­cią­gnął do sie­bie i uca­ło­wał w oba po­liczki. - Ależ je­steś do­ro­sła!

Mo­gła to samo po­wie­dzieć o nim. Jego twarz stra­ciła chło­pięcą ła­god­ność ry­sów. Bli­zna na le­wym po­liczku zbla­dła i stała się nie­mal nie­wi­doczna, ale za to przy­była nowa, tuż obok le­wego oka. Nie pi­sał więc w li­stach ca­łej prawdy, znowu był ranny.

- Cie­szę się, że je­steś - wy­szep­tała z tru­dem, bo wzru­sze­nie od­bie­rało jej głos. - Że ży­jesz.

A już pra­wie zdą­żyły go opła­kać. Po za­koń­cze­niu walk na Wo­ły­niu długo się nie od­zy­wał, więc spo­dzie­wały się naj­gor­szego. Tym­cza­sem kilka ty­go­dni póź­niej przy­szedł od niego list z Ba­ra­no­wicz z in­for­ma­cją, że ma się do­brze i wraz z całą I Bry­gadą Le­gio­nów wraca do Kró­le­stwa. I że zrobi wszystko, aby jak naj­szyb­ciej przy­je­chać do War­szawy.

- Przy­kro mi z po­wodu ka­prala Pusz­kiela - po­wie­dział z po­wagą.

- Wiem, że wróci.

Mi­chał prze­padł bez śladu pod­czas bity pod Ko­stiuch­nówką i wia­do­mość o tym do­tarła nie­dawno do jego matki. Pani Pusz­kie­lowa naj­pierw wpa­dła w roz­pacz, ale kiedy nieco do­szła do sie­bie, tak kur­czowo uchwy­ciła się na­dziei, że swoją wiarą w od­na­le­zie­nie się syna, za­ra­ziła także Polę.

Sta­ni­sław na­dal nie wy­pusz­czał jej z ob­jęć, ale spoj­rze­niem, jakby od nie­chce­nia, błą­dził po pe­ro­nie. Nie było wąt­pli­wo­ści, kogo szuka. Nie­stety, ta naj­waż­niej­sza osoba, do któ­rej tak bar­dzo chciał wró­cić, ode­szła na za­wsze. Chyba w końcu do­tarło to do niego, bo wzrok mu przy­gasł.

- Je­dziemy do domu - za­rzą­dziła tym­cza­sem Ju­lia. - Bab­cia i cio­cia cze­kają z obia­dem. Bę­dzie ro­sół, bo Bal­bina zdo­była wiej­ską kurę - do­dała kon­fi­den­cjo­nal­nym szep­tem. - Z prze­mytu.

Sta­ni­sław od­su­nął się od Poli i sta­ra­jąc się nie pa­trzeć w oczy żad­nej z nich, po­wie­dział pół­gło­sem:

- Prze­pra­szam, ale... chciał­bym naj­pierw od­wie­dzić cmen­tarz.

Młod­sza Kel­le­równa znała go na tyle, aby wie­dzieć, że w chwi­lach smutku nie lubi być sam. Za­pewne te­raz też nie miał ochoty w po­je­dynkę tłuc się na Po­wązki, ale za­uwa­żył, że prze­mar­zły - Ju­lia miała sine usta, z tru­dem pa­no­wała nad drże­niem ciała - i nie śmiał po­pro­sić, aby mu to­wa­rzy­szyły. Zro­biło się jej żal szwa­gra i szybko pod­jęła de­cy­zję.

- Po­jadę z tobą - oświad­czyła zde­cy­do­wa­nym to­nem. - A Ju­lia wróci do domu i po­wie, że spóź­nimy się na obiad. - Nie umknęło jej uwagi, że na twa­rzy sio­stry od­ma­lo­wała się ulga.

- Może też po­win­naś wró­cić? - Sta­ni­sław zer­k­nął na nią nie­pew­nie. - Chyba tra­fię.

- Nie martw się na za­pas - rzu­ciła żar­to­bli­wym to­nem. - Wy­trzy­ma­łam go­dzinę na pe­ro­nie, to wy­trzy­mam i drogę na cmen­tarz. Zresztą roz­grzeję się w tram­waju.

Uśmiech­nął się do niej z wdzięcz­no­ścią, a po­tem pod­niósł wa­lizkę.

- W ta­kim ra­zie chodźmy.

Ju­lia ru­szyła pierw­sza, ale le­dwo zro­biła kilka kro­ków, po­śli­zgnęła się na ob­lo­dzo­nej na­wierzchni nie­do­kład­nie po­sy­pa­nej pia­skiem. Z tru­dem utrzy­mała rów­no­wagę, więc szwa­gier wziął ją pod rękę. Pola po­dą­żała w ślad za nimi, stą­pa­jąc jak naj­ostroż­niej.

Wraz z tłu­mem lu­dzi opu­ścili te­ren dworca i bez przy­gód do­tarli na przy­sta­nek tram­wa­jowy, gdzie na­tych­miast pod­je­chała piątka. Z tru­dem zdo­łali się do niej wci­snąć i w okrop­nym tłoku prze­je­chali na drugą stronę Wi­sły. Na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu Ju­lia szybko zła­pała trójkę, która miała do­wieźć ją na Mar­szał­kow­ską, a Sta­ni­sław i Pola po kil­ku­na­stu mi­nu­tach ocze­ki­wa­nia wsie­dli do je­dynki su­ną­cej w stronę Po­wą­zek.

W tym tram­waju było na szczę­ście luź­niej - osoby chcące zło­żyć przed­świą­teczne wi­zyty na gro­bach bli­skich wy­bie­rały z za­sady wcze­śniej­sze go­dziny - zdo­łali więc bez trudu zna­leźć miej­sca sie­dzące. Za­du­many szwa­gier wpa­try­wał się w czubki swo­ich bu­tów, Pola zaś zer­kała przez okno na tęt­niące ży­ciem Na­lewki, tak inne od po­zo­sta­łych czę­ści mia­sta. Za­wsze była ich cie­kawa, ale tym ra­zem nie po­tra­fiła na ni­czym się sku­pić. Nie opusz­czała jej za to myśl, że ży­cie jest nie­prze­wi­dy­walne, i że co­raz bar­dziej boi się przy­szło­ści.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki