Dysonans poznawczy - siła napędowa samousprawiedliwiania
Komunikat prasowy, 1 listopada 1993 roku:
Nie popełniliśmy błędu, kiedy napisaliśmy, że Nowy Jork
zostanie zniszczony 4 września i 14 października 1993 roku. Nie
popełniliśmy najmniejszego błędu!
Komunikat prasowy, 4 kwietnia 1994 roku:
Wszystkie terminy, które podaliśmy we wcześniejszych komunikatach
prasowych, to prawidłowe daty wskazane przez Boga i zapisane w Piśmie
Świętym. Żaden z nich nie był błędny (...). Prorok Ezechiel
podaje łącznie 430 dat oblężenia miasta (...), a ostatnią
spośród nich jest 2 maja 1994 roku. Wszyscy mieszkańcy zostali
ostrzeżeni. Wykonaliśmy swoje zadanie.
(...) Jako jedyni prowadzimy ludzi ku bezpieczeństwu
i ocaleniu!
Nasze proroctwa sprawdzają się w stu
procentach![11]
Lektura przepowiedni o końcu świata jest fascynująca,
a czasami bywa też zabawna, ale jeszcze bardziej fascynujące wydaje
się obserwowanie tego, co się dzieje w głowach wiernych wyznawców,
kiedy kolejna przepowiednia okazuje się chybiona, a świat nadal się
kręci. Niezwykle rzadko zdarza się, aby któryś z nich powiedział:
"Pokpiłem sprawę! Jak mogłem być taki głupi, żeby uwierzyć w te
bzdury!". Przeciwnie, w większości wypadków ludzie ci utwierdzają
się w przekonaniu o swoich wyjątkowych zdolnościach przewidywania
przyszłości. Osoby, które wierzą, że biblijna Apokalipsa świętego
Jana czy pisma szesnastowiecznego samozwańczego proroka Nostradamusa
przepowiedziały wszystkie nieszczęścia, jakie nas dotknęły - od
dżumy po zamachy terrorystyczne 11 września 2001 - z uporem trwają
przy tym przekonaniu, niezrażone faktem, że każda z owych niejasnych,
mrocznych przepowiedni stawała się zrozumiała dopiero po tym, jak
wydarzyło się coś złego.
Pół wieku temu młody psycholog społeczny Leon Festinger i jego
dwaj współpracownicy przeniknęli do grupy ludzi, którzy wierzyli, że
koniec świata nastąpi 21 grudnia[12]. Chcieli
się przekonać, co się stanie z tą grupą, kiedy przepowiednia się nie
spełni (mieli nadzieję, że tak właśnie się stanie!). Przywódczyni
grupy, Marian Keech (jak nazywali ją badacze), obiecywała, że
20 grudnia o północy jej wierni członkowie zostaną zabrani na
pokład latającego spodka i bezpiecznie opuszczą Ziemię. Wielu
członków grupy zrezygnowało z pracy, porzuciło swoje domy i rozdało
oszczędności w oczekiwaniu na nadchodzący koniec. Kto potrzebuje
pieniędzy w kosmosie? Inni czekali na nieuchronny koniec w swoich
domach - przerażeni i zrezygnowani (mąż Marian Keech, który nie
przystał do grupy, położył się wcześniej niż zwykle i przespał
smacznie całą noc, podczas gdy jego żona i jej uczniowie modlili się
w salonie). Festinger sformułował własną przepowiednię. Przewidywał,
że ci spośród członków grupy, którzy nie zaangażowali się bez
reszty w oczekiwanie na spełnienie proroctwa - ludzie, którzy czekali
na koniec świata we własnych domach, mając nadzieję, że nie umrą
o północy - stracą wiarę w przepowiednie Marian Keech. Natomiast
ci, którzy rozdali wszystko, co mieli, i czekali na statek kosmiczny
wraz z innymi wyznawcami, utwierdzą się w wierze w jej nadprzyrodzone
zdolności. Zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby nakłonić innych do
przystąpienia do grupy.
Kiedy nadeszła północ, a wyczekiwany statek kosmiczny
nie nadleciał, wierni zgromadzeni w domu swej przywódczyni
zaczęli zdradzać pewne objawy zdenerwowania. O drugiej byli już
poważnie zaniepokojeni. O 4.45 nad ranem Marian Keech doznała nowego
objawienia. Świat ocalał - powiedziała - dzięki imponującej
wierze jej niewielkiej grupy. "Potężne jest słowo Boga - oznajmiła
swoim uczniom - to Jego słowo was ocaliło, wyrwało was z objęć
śmierci. Nigdy dotąd na Ziemię nie spłynęła tak wielka moc. Od
zarania dziejów świat nie zaznał takiej mocy i światła Bożego,
jakie wypełniają teraz ten pokój".
Nastrój grupy gwałtownie się zmienił. Rozpacz ustąpiła
miejsca euforii. Wielu członków grupy, którzy przed 21 grudnia nie
odczuwali potrzeby głoszenia swojej wiary, zaczęło telefonować do
prasy, żeby opowiedzieć o wielkim "cudzie". Wkrótce uczniowie
Marian Keech wyszli na ulice miasta, aby zagadywać przechodniów
i próbować ich nawracać. Proroctwo pani Keech okazało się
chybione, lecz przepowiednia Leona Festingera sprawdziła się w stu
procentach.
Siłą napędową samousprawiedliwiania, źródłem energii,
która wytwarza w nas potrzebę usprawiedliwiania własnych działań
i decyzji - zwłaszcza błędnych - jest nieprzyjemne uczucie,
które Festinger nazwał dysonansem poznawczym. Dysonans poznawczy to
stan napięcia, jaki powstaje, kiedy u danej osoby współwystępują dwa
elementy poznawcze (myśli, postawy, przekonania lub opinie), które są
psychologicznie sprzeczne, na przykład: "Palenie to głupota, papierosy
mogą mnie zabić" oraz "Palę dwie paczki dziennie". Dysonans
wywołuje dyskomfort psychiczny o różnym nasileniu - od słabych
ukłuć po dojmujące cierpienie. Ludzie nie mogą spać spokojnie,
dopóki nie znajdą sposobu, żeby go złagodzić. W wypadku palacza
najlepszym sposobem złagodzenia dysonansu jest rzucenie palenia. Jeżeli
jednak taka osoba próbowała to zrobić i poniosła porażkę, to musi
zredukować dysonans poprzez przekonanie samej siebie, że palenie wcale
nie jest takie szkodliwe albo że jest warte ryzyka, ponieważ pomaga
się odprężyć i chroni przed otyłością (a przecież otyłość
również szkodzi zdrowiu). Większość palaczy skutecznie zmniejsza
doświadczany przez siebie dysonans w jeden z takich pomysłowych -
choć polegających na oszukiwaniu samego siebie - sposobów.
Dysonans wzbudza w nas silny niepokój, ponieważ wyznawanie
dwóch sprzecznych przekonań to igranie z absurdem, a - jak zauważył
Albert Camus - my, ludzie, przez całe życie próbujemy przekonać
siebie, że nasza egzystencja nie jest absurdalna. W gruncie rzeczy teoria
Festingera dotyczy sposobów, w jakie ludzie starają się nadawać
sens sprzecznym ideom i prowadzić życie, które - przynajmniej
w ich przekonaniu - byłoby spójne i sensowne. Teoria ta stała się
inspiracją do ponad trzech tysięcy badań eksperymentalnych, które
zmieniły przekonania psychologów na temat tego, jak działa ludzki
umysł. Dysonans poznawczy wydostał się poza kręgi akademickie
i przeniknął do kultury popularnej. Jest wszechobecny. Autorzy tej
książki wielokrotnie zetknęli się z tym pojęciem w wiadomościach
telewizyjnych, w felietonach politycznych, w kolorowych czasopismach, na
naklejkach zdobiących zderzaki samochodowe, a nawet w telenowelach. Alex
Trebek użył go w teleturnieju "Jeopardy", Jon Stewart -
w "The Daily Show", a prezydent Bartlet - w kultowym serialu
Prezydencki poker. Mimo że termin ten jest
powszechnie używany, niewiele osób w pełni rozumie jego znaczenie
i docenia ogromną siłę motywacyjną dysonansu poznawczego.
W roku 1956 jedno z nas, autorów tej książki (Elliot Aronson),
rozpoczęło studia magisterskie na Wydziale Psychologii Uniwersytetu
Stanforda. W tym samym roku pracę na tej uczelni podjął młody
profesor, Leon Festinger. Aronson i Festinger natychmiast nawiązali
współpracę - projektowali eksperymenty, aby weryfikować
i rozwijać teorię dysonansu poznawczego[13]. Ich
idee podważyły wiele poglądów uważanych niemal za świętość
zarówno przez psychologów, jak i przez opinię publiczną, między
innymi twierdzenie behawiorystów, że ludzie podejmują określone
zachowania przede wszystkim ze względu na nagrody, jakie mogą w ten
sposób zdobyć; pogląd ekonomistów, że ludzkie decyzje na ogół
bywają racjonalne; a także przekonanie psychoanalityków, że poprzez
agresywne zachowania pozbywamy się agresywnych impulsów.
Zastanówmy się, w jaki sposób teoria dysonansu podważyła
behawiorystyczną wizję człowieka. W tamtych czasach większość
psychologów akademickich uważała, że ludzkie działania są
uzależnione od nagród i kar. Oczywiście prawdą jest, że jeśli
będziemy karmić szczura na końcu labiryntu, to nauczy się on
pokonywać ów labirynt szybciej, niż gdybyśmy nie nagradzali go
jedzeniem. Jeśli dasz psu herbatnik za każdym razem, kiedy na polecenie
poda Ci łapę, to z pewnością nauczy się tej sztuczki szybciej,
niż gdybyś siedział i czekał, aż Twój pupil zrobi to sam. I na
odwrót - jeśli będziesz karał swojego szczeniaka za każdym razem,
kiedy przyłapiesz go na siusianiu na dywan, wkrótce przestanie to
robić. Behawioryści twierdzili również, że wszystko, co kojarzy
się z nagrodą, staje się bardziej atrakcyjne (Twój szczeniak lubi
Cię, ponieważ dajesz mu ciasteczka), a to, co wiąże się z bólem,
staje się odrażające i niepożądane.
Oczywiście prawa behawiorystyczne odnoszą się także do
ludzi - nikt nie zostałby w nudnej pracy, gdyby nie dostawał
wynagrodzenia, a jeśli dasz swojemu dwuletniemu dziecku ciastko,
żeby przerwać jego napad złości, to malec z pewnością nauczy
się wpadać we wściekłość za każdym razem, kiedy będzie
miał ochotę na coś słodkiego. Jednak czy nam się to podoba,
czy nie, umysł ludzki jest bardziej złożony niż umysł szczura czy
szczeniaka. Pies może sprawiać wrażenie skruszonego, kiedy przyłapiemy
go na siusianiu na dywan, ale nie będzie próbował usprawiedliwić
swojego zachowania. Ludzie myślą. Właśnie dlatego - jak wykazały
badania przeprowadzone na gruncie teorii dysonansu - nasze zachowania
wykraczają poza proste mechanizmy nagrody i kary, a często nawet są
z nimi sprzeczne.
Na przykład Elliot Aronson wysunął hipotezę, że jeśli
człowiek zniesie dojmujący ból, dyskomfort albo poczucie wstydu,
żeby coś zdobyć, to owa rzecz będzie mu sprawiała więcej radości,
niż gdyby uzyskał ją z łatwością. Behawioryści uważali to
przypuszczenie za absurdalne. Dlaczego ludzie mieliby lubić coś,
co kojarzy im się z cierpieniem? Dla Elliota jednak odpowiedź
była oczywista - samousprawiedliwianie. Moje przeświadczenie,
że jestem rozsądnym, kompetentnym człowiekiem, kłóci się ze
świadomością, że przeszedłem bolesną procedurę, żeby coś
uzyskać - na przykład dostać się do grupy, która okazała
się nudna lub bezwartościowa. Dlatego jestem gotów zmienić swoje
przekonania dotyczące tej grupy - zacznę ją oceniać bardziej
pozytywnie, starając się dostrzegać jej dobre strony oraz ignorując
jej wady.
Wydawało się, że najlepszą metodą zweryfikowania tej
hipotezy jest dokonanie oceny kilku bractw studenckich pod kątem
stopnia trudności rytuałów inicjacji, a następnie zapytanie
członków każdego z nich, jak bardzo cenią bractwo, do którego
należą. Jeśli okaże się, że członkowie bractw o szczególnie
trudnej procedurze inicjacji lubią swoich "braci" bardziej niż
członkowie bractw mniej wymagających, czy będzie to oznaczało,
że wysoki stopień trudności rytuałów inicjacji jest przyczyną
pozytywnych postaw? Niekoniecznie. Może jest na odwrót - jeśli
członkowie danego bractwa uważają się za grupę niezwykle atrakcyjną
i elitarną, to stawiają kandydatom wysokie wymagania, żeby nie
wpuścić w swoje szeregi byle kogo. Wyłącznie osoby, którym bardzo
zależy na wstąpieniu do danej grupy, będą gotowe przejść trudną
procedurę inicjacji, żeby się do niej dostać. Studenci, którzy nie
są zainteresowani żadnym konkretnym bractwem, lecz chcieliby należeć
do któregokolwiek z nich, wybiorą grupę o łatwiejszej procedurze
inicjacji.
Dlatego niezbędne było przeprowadzenie kontrolowanego
eksperymentu. Najważniejszą zaletą eksperymentu jest losowy przydział
osób badanych do warunków badawczych. Niezależnie od początkowego
stopnia zainteresowania badanych przystąpieniem do bractwa, każdy
z nich zostaje losowo przydzielony do jednego z dwóch warunków
eksperymentalnych: "łatwy rytuał inicjacji" bądź "trudny rytuał
inicjacji". Jeśli osoby, które musiały bardzo się natrudzić, żeby
przyjęto je do grupy, później będą ją oceniały jako bardziej
atrakcyjną niż te, które dostały się do niej bez wysiłku, to
będziemy mieli pewność, że przyczyną owych różnic jest stopień
trudności procedury inicjacji, a nie zmienność pod względem
początkowego poziomu zainteresowania członkostwem w owej grupie.
Elliot Aronson i jego współpracownik, Judson Mills,
przeprowadzili taki eksperyment[14]. Studentki
z Uniwersytetu Stanforda zaproszono do przyłączenia się do grupy,
która miała rozmawiać o psychologii seksu, ale warunkiem uczestnictwa
w jej spotkaniach było zdanie "egzaminu wstępnego". Niektóre
z młodych kobiet przydzielono losowo do grupy, która przechodziła
surową procedurę inicjacji - musiały odczytać na głos,
w obecności eksperymentatora, drastyczne, sprośne fragmenty
książki Kochanek Lady Chatterley i kilku
innych pikantnych powieści (w latach pięćdziesiątych ubiegłego
stulecia dla większości młodych kobiet była to sytuacja niezwykle
krępująca). Pozostałe badane przydzielono losowo do grupy, która
przechodziła umiarkowanie trudną procedurę inicjacji - musiały
odczytać na głos listę słów o zabarwieniu seksualnym.
Po zakończeniu rytuałów inicjacji wszystkie studentki
wysłuchały identycznej taśmy z nagraną dyskusją, rzekomo właśnie
toczącą się w grupie, do której zostały przyjęte. W rzeczywistości
nagranie zostało przygotowane wcześniej, a zarejestrowana dyskusja
była nieznośnie nudna i bezwartościowa. Jej uczestnicy wypowiadali
się rozwlekle i niezdecydowanie na temat drugorzędowych cech płciowych
ptaków - zmian upierzenia w okresie godowym i tym podobnych. Mówcy
jąkali się, często przerywali sobie nawzajem i nie kończyli
rozpoczętych zdań.
Po wysłuchaniu nagrania każda ze studentek oceniała dyskusję
na kilku wymiarach. Te spośród nich, które przeszły łagodną
procedurę inicjacji, oceniały dyskusję tak, jak na to zasługiwała -
jako nudną i bezwartościową - i trafnie spostrzegały członków
grupy jako niezbyt pociągających nudziarzy. Jeden z uczestników
nagranej dyskusji, jąkając się i zacinając, przyznał, że nie
przeczytał zadanego tekstu o zachowaniach godowych pewnego rzadkiego
gatunku ptaków. Słuchaczki, które dostały się do grupy niewielkim
wysiłkiem, były na niego złe. Co za nieodpowiedzialny kretyn! Nawet
nie przeczytał zadanego tekstu! Zawiódł pozostałych! Kto chciałby
być z nim w grupie? Natomiast studentki, które przeszły surową
procedurę inicjacji, oceniały dyskusję jako ciekawą i ekscytującą,
a członków grupy - jako atrakcyjnych i inteligentnych. Wybaczyły
nieodpowiedzialnemu kretynowi. Jego szczerość była jak powiew
świeżego powietrza! Któż nie chciałby należeć do jednej grupy
z takim uczciwym chłopakiem? Aż trudno było uwierzyć, że wszystkie
młode kobiety wysłuchały tego samego nagrania. Oto jak wielka jest
moc dysonansu.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Wezmę pod uwagę każdy dodatkowy dowód,
żeby potwierdzić słuszność przekonania, do którego
doszedłem.
Lord Molson, polityk brytyjski (1903-1991)
Teoria dysonansu obaliła również pochlebny dla nas pogląd,
że my, ludzie - Homo sapiens - przetwarzamy
informacje w sposób logiczny i racjonalny. Okazało się, że jest
zupełnie inaczej. Jeśli nowe informacje są zgodne z naszymi
przekonaniami, to uznajemy je za wiarygodne i użyteczne -
myślimy: "Zawsze to mówiłam!" Jeżeli jednak napływające
informacje są niezgodne z naszymi przekonaniami, to uważamy je
za błędne lub głupie: "Co za idiotyczny argument!". Nasza
potrzeba zgodności jest tak silna, że kiedy jesteśmy zmuszeni
rozważyć dowody sprzeczne z tym, w co wierzymy, na ogół potrafimy
znaleźć sposób, aby skrytykować, wypaczyć lub zignorować te
informacje, a co za tym idzie - podtrzymać, a nawet umocnić,
swoje dotychczasowe przekonania. Tę gimnastykę umysłową określa
się mianem "błędu konfirmacji" (confirmation
bias)[15]. Lenny Bruce, legendarny
amerykański humorysta i komentator społeczny, opisał ją niezwykle
obrazowo, komentując słynne starcie Richarda Nixona z Johnem Kennedym
w roku 1960, podczas pierwszej w historii Stanów Zjednoczonych telewizyjnej
debaty prezydenckiej:
Najpierw oglądałem tę debatę z grupką zwolenników
Kennedy'ego, którzy mówili: "Nixon dostaje straszne
baty". Później wszyscy poszliśmy do innego mieszkania i spotkaliśmy
tam fanów Nixona, którzy pytali: "Jak wam się podoba lanie,
jakie Nixon spuścił Kennedy'emu?". Wtedy zdałem sobie sprawę,
że każda z tych grup tak bardzo lubiła swojego kandydata, iż
musiałby on chyba spojrzeć prosto w obiektyw kamery i oświadczyć
dobitnie: "Jestem złodziejem i oszustem, słyszycie? Jestem
najgorszym z możliwych kandydatów na prezydenta!", żeby jego
zwolennicy dostrzegli, że coś jest nie w porządku. A nawet wtedy
powiedzieliby: "Oto prawdziwie uczciwy człowiek. Trzeba być kimś,
żeby się do tego przyznać. Właśnie taki człowiek powinien zostać
prezydentem"[16].
W roku 2003, kiedy stało się oczywiste, że Irak nie dysponuje
bronią masowej zagłady, Amerykanie, którzy popierali wojnę
w Iraku i powody, z jakich prezydent Bush ją rozpoczął, zaczęli
doświadczać dysonansu: "Wierzyliśmy prezydentowi i myliliśmy się
(podobnie jak on)". Jak rozwiązać ten problem? Dla Demokratów,
którzy wcześniej sądzili, że Saddam Husajn dysponuje bronią
masowej zagłady, rozwiązanie było stosunkowo proste: Republikanie
znowu się pomylili; prezydent kłamał albo przynajmniej był nazbyt
skłonny dawać wiarę nieprawdziwym informacjom; jaki byłem głupi,
że mu uwierzyłem! Republikanie doświadczali dużo ostrzejszego
dysonansu. Ponad połowa próbowała go złagodzić poprzez odrzucenie
dostępnych informacji. W sondażu opinii publicznej przeprowadzonym
przez firmę Knowledge Network osoby te wyraziły przekonanie, że
w Iraku znaleziono broń masowej
zgłady. Kierownik tego projektu badawczego powiedział: "U niektórych
Amerykanów pragnienie popierania tej wojny jest tak silne, iż
skłania ich do odrzucenia informacji, że w Iraku nie znaleziono broni
masowej zagłady. Zważywszy na liczne doniesienia medialne oraz żywe
zainteresowanie opinii publicznej nieudanymi poszukiwaniami tego rodzaju
broni w Iraku, taki poziom niedoinformowania wskazuje, że niektórzy
Amerykanie starają się uniknąć nieprzyjemnego doświadczenia dysonansu
poznawczego"[17]. Z pewnością.
Neuropsychologowie wykazali ostatnio, że tego typu
zniekształcenia poznawcze są trwale obecne w sposobie, w jaki ludzki
mózg przetwarza informacje - każdy mózg, bez względu na sympatie
polityczne swego właściciela. Na przykład przeprowadzone przez
Drew Westena i jego współpracowników badanie, w którym grupa osób
starała się przetworzyć zgodne lub niezgodne ze swymi przekonaniami
informacje dotyczące George'a Busha i Johna Kerry'ego, podczas gdy
pracę ich mózgu monitorowano przy użyciu rezonansu magnetycznego,
wykazało, że rejony mózgu odpowiedzialne za racjonalne rozumowanie
były niemal nieaktywne, kiedy badani stykali się z informacjami
sprzecznymi z ich przekonaniami dotyczącymi danego polityka,
a obwody emocjonalne rozświetlały się radośnie, gdy udało im się
przywrócić zgodność[18]. Mechanizmy te
stanowią neurologiczne wyjaśnienie spostrzeżenia, że kiedy mamy
ugruntowaną opinię na jakiś temat, niezwykle trudno skłonić nas do
jej zmiany.
Co interesujące, informacje całkowicie sprzeczne z naszym
poglądem mogą tylko utwierdzić nas w przekonaniu o własnej
słuszności. Autorzy pewnego eksperymentu zbadali postawy osób
badanych wobec kary śmierci, a następnie poprosili zarówno jej
zwolenników, jak i przeciwników o przeczytanie dwóch naukowych,
dobrze udokumentowanych artykułów dotyczących kwestii wzbudzającej
silne emocje, a mianowicie tego, czy kara śmierci skutecznie odstrasza
potencjalnych sprawców od popełniania brutalnych przestępstw. Jeden
z tych artykułów prowadził do wniosku, że tak, drugi - że nie. Gdyby
badani przetwarzali informacje racjonalnie, to przynajmniej uświadomiliby
sobie, że omawiane zagadnienie jest dużo bardziej złożone, niż
dotąd sądzili, a co za tym idzie - w pewnym stopniu zbliżyliby
się do siebie w swych przekonaniach dotyczących skuteczności kary
śmierci jako środka odstraszającego. Tymczasem na podstawie teorii
dysonansu poznawczego należało przewidywać, że czytelnicy znajdą
sposób na wypaczenie treści obu artykułów. Powinni znaleźć powód,
żeby przycisnąć do piersi artykuł zgodny ze swoimi poglądami
i uznać go za niezwykle wartościowy. Powinni także ostro skrytykować
artykuł sprzeczny ze swymi przekonaniami, wyszukując w nim drobne
błędy i uznając je za ważne powody, z jakich nie należy się
przejmować przedstawioną w tym tekście argumentacją. Rzeczywiście
tak się stało. Każda ze stron nie tylko zdyskredytowała argumenty
przeciwników, ale także utwierdziła się w przekonaniu o własnej
słuszności[19].
Błąd konfirmacji jest także odpowiedzialny za to, że
ludzie często spostrzegają brak dowodów jako dowód przemawiający
za trafnością swoich przekonań. Kiedy FBI oraz pozostali śledczy
prowadzący dochodzenie w tej sprawie nie znaleźli żadnych dowodów na
to, że w społeczeństwie amerykańskim działają sekty satanistyczne,
które dokonują rytualnych mordów niemowląt, osoby wierzące
w istnienie takich sekt wcale się tym nie przejęły. Utrzymywały,
że brak dowodów świadczy tylko o tym, jak źli i przebiegli
są przywódcy owych sekt - zjadają te biedne niemowlęta do
ostatniej kosteczki. Ofiarą takiego sposobu myślenia padają nie
tylko fanatycy religijni i orędownicy psychologii popularnej. Kiedy
Franklin D. Roosevelt podjął fatalną decyzję o przesiedleniu tysięcy
Amerykanów pochodzenia japońskiego i zamknięciu ich w obozach do końca
II wojny światowej, kierował się wyłącznie pogłoską, że Amerykanie
pochodzenia japońskiego zamierzają sabotować działania wojenne Stanów
Zjednoczonych. Ani wówczas, ani później nie było żadnych dowodów,
które by potwierdzały prawdziwość tej pogłoski. Generał John
DeVitt, dowódca sił amerykańskich na Zachodnim Wybrzeżu, przyznał,
że służby wojskowe nie dysponowały żadnymi dowodami sabotażu lub
zdrady przeciwko choćby jednemu obywatelowi amerykańskiemu pochodzenia
japońskiego. "Sam fakt, że dotąd nie było żadnego sabotażu
- powiedział DeVitt - stanowi niepokojące potwierdzenie naszych
przypuszczeń, że takie działania zostaną
podjęte"[20].
Wybór Ingrid, mercedes Nicka i kajak Elliota
Teoria dysonansu poznawczego wyjaśniła dużo więcej niż
tylko racjonalne twierdzenie, że ludzie przetwarzają informacje
w sposób nieracjonalny. Pokazała też, dlaczego są równie tendencyjni
już po podjęciu ważnej decyzji[21].
W znakomitej książce Na tropie szczęścia
psycholog społeczny Dan Gilbert zastanawia się, jak zakończyłaby
się historia przedstawiona w Casablance, gdyby
Ingrid Bergman nie podjęła szlachetnej decyzji o powrocie do swego
walczącego z nazistami męża, lecz została w Maroku z Humphreyem
Bogartem[22]. Czy, jak przekonuje ją Bogart
w rozdzierającej scenie pożegnania, żałowałaby tego - "może nie
dziś, nie jutro, ale wkrótce - i to przez całe życie"? A może do
końca życia żałowała rozstania z Bogartem? Gilbert przedstawia liczne
dowody na to, że odpowiedź na oba pytania brzmi: "Nie". W długiej
perspektywie czasowej każda z tych decyzji uczyniłaby bohaterkę
szczęśliwą. Bogart był niezwykle przekonujący, ale nie miał racji,
a teoria dysonansu wyjaśnia, dlaczego - Ingrid znalazłaby uzasadnienie
każdej z tych decyzji, a także powody do zadowolenia z tego, że nie
wybrała drugiej możliwości.
Po podjęciu decyzji dysponujemy rozmaitymi narzędziami,
aby utwierdzić się w przekonaniu, że dokonaliśmy dobrego
wyboru. Kiedy nasz skromny przyjaciel Nick pod wpływem nagłego
impulsu sprzedał swoją ośmioletnią hondę civic i kupił nowego,
"wypasionego" mercedesa, zaczął zachowywać się osobliwie (jak
na Nicka). Krytykował auta swoich znajomych, mówiąc na przykład:
"Najwyższa pora sprzedać tego grata. Nie sądzisz, że zasługujesz
na przyjemność prowadzenia dobrego samochodu?", albo: "Wiesz,
to naprawdę niebezpieczne jeździć małymi samochodami. Gdybyś miał
wypadek, mógłbyś zginąć. Czy twoje życie nie jest warte dodatkowych
kilku tysięcy dolców? Nie masz pojęcia, o ile jestem spokojniejszy,
kiedy wiem, że moja rodzina jest bezpieczna, ponieważ jeżdżę
solidnym autem".
Może Nick po prostu połknął bakcyla bezpieczeństwa i doszedł
do wniosku - chłodno i racjonalnie - że byłoby wspaniale, gdyby
wszyscy jeździli takimi samochodami, jak jego mercedes. Nam jednak wydaje
się to mało prawdopodobne. Jego zachowanie - zarówno wydanie fortuny
na luksusowe auto, jak i uporczywe przekonywanie przyjaciół, że powinni
zrobić to samo - było tak bardzo nie w jego stylu, że wzbudziło
w nas podejrzenie, iż Nick usiłuje złagodzić dysonans, jakiego
musiał doświadczać po tym, jak wydał sporą część swoich życiowych
oszczędności na coś, o czym jeszcze niedawno powiedziałby: "To tylko
samochód". Warto dodać, że Nick robił to wszystko w czasie, gdy jego
dzieci miały właśnie rozpocząć studia w college'u, co wiązało
się z poważnymi wydatkami. Nasz przyjaciel zaczął więc wymyślać
argumenty, aby uzasadnić swoją decyzję: "Mercedes to wspaniałe auto;
przez całe życie ciężko pracowałem i zasłużyłem na taki wóz;
poza tym on jest taki bezpieczny". Gdyby zdołał przekonać jednego
ze swoich skąpych znajomych do zakupu równie luksusowego samochodu,
to poczułby się podwójnie usprawiedliwiony. Podobnie jak neofici pani
Keech, Nick zaczął nawracać innych.
Odczuwaną przez Nicka potrzebę zredukowania dysonansu
(podobnie jak w wypadku bohaterki granej przez Ingrid Bergman
w Casablance) wzmagała nieodwracalność podjętej
decyzji - nie mógł się z niej wycofać bez utraty mnóstwa
pieniędzy. Interesujących danych empirycznych świadczących o silnym
wpływie nieodwracalności dostarczyło pomysłowe badanie dotyczące
gimnastyki umysłowej uprawianej przez ludzi obstawiających konie
podczas wyścigów. Tor wyścigów konnych to idealne miejsce do badania
nieodwracalności decyzji, ponieważ po zawarciu zakładu bukmacherskiego
gracz nie może wrócić i powiedzieć miłemu panu w okienku, że
zmienił zdanie. Autorzy wspomnianego badania po prostu zagadywali ludzi,
którzy stali w kolejce, żeby postawić dwa dolary na wybranego konia,
oraz tych, którzy właśnie odeszli od okienka. Badacze pytali każdą
z tych osób, jak bardzo jest pewna tego, że koń, którego obstawiła,
wygra wyścig. Ludzie, którzy już postawili pieniądze na konkretnego
konia, byli dużo bardziej pewni trafności swoich wyborów niż osoby
czekające w kolejce do okienka[23]. A przecież
jedyna różnica polegała na ostateczności zawartego zakładu. Ludzie
utwierdzają się w przekonaniu, że postąpili słusznie, jeśli nie
mogą się wycofać z podjętej decyzji.
Można dostrzec natychmiastową korzyść wynikającą
ze zrozumienia, jak działa dysonans poznawczy - nie słuchajmy
Nicka. Im bardziej kosztowna jest dana decyzja - w kategoriach czasu,
pieniędzy, wysiłku czy niedogodności, jakie się z nią wiążą
- oraz im bardziej nieodwracalne są jej następstwa, tym ostrzejszy
dysonans i tym silniejsza potrzeba złagodzenia nieprzyjemnego napięcia
poprzez wyolbrzymianie dobrych stron dokonanego wyboru. Dlatego kiedy
przymierzasz się do dużego zakupu lub do podjęcia ważnej decyzji -
jaki kupić samochód lub komputer, czy poddać się operacji plastycznej
albo czy zapisać się na kosztowny kurs samopomocy psychologicznej -
nie pytaj o radę kogoś, kto właśnie to zrobił. Taka osoba będzie
miała silną motywację do tego, aby Cię przekonać, że powinieneś
pójść w jej ślady. Zapytaj kogoś, kto poświęcił dwanaście lat
i wydał pięćdziesiąt tysięcy dolarów na konkretną terapię, czy
terapeuta naprawdę mu pomógł, a niemal na pewno odpowie: "Doktor
Weltschmerz jest wspaniały! Gdyby nie on, nigdy
nie znalazłbym prawdziwej miłości [nie dostał nowej pracy,
nie zrzucił zbędnych kilogramów]". Po tym jak zainwestował w tę
terapię mnóstwo czasu i pieniędzy, nie może przecież powiedzieć:
"Owszem, chodziłem do doktora Weltschmerza przez dwanaście lat
i mówię ci, to była strata czasu i pieniędzy". Jeśli potrzebujesz
rady w sprawie tego, jaki produkt kupić, zapytaj kogoś, kto nadal
zbiera informacje i wciąż jeszcze ma otwartą głowę. Jeżeli chcesz
się dowiedzieć, czy dany program terapeutyczny może Ci pomóc, nie
polegaj na relacjach osób, które w nim uczestniczyły. Sięgnij po
dane pochodzące z kontrolowanych badań eksperymentalnych.
Zjawisko samousprawiedliwiania jest dostatecznie złożone,
kiedy występuje po dokonaniu przez nas świadomego wyboru, ale w takiej
sytuacji przynajmniej wiemy, że możemy się go spodziewać. Jednak
proces ten następuje także po działaniach, które podejmujemy
z nieuświadomionych pobudek - kiedy nie mamy pojęcia, dlaczego
obstajemy przy jakimś przekonaniu albo uparcie trwamy przy jakimś
zwyczaju, ale jesteśmy zbyt dumni, żeby się do tego przyznać. We
wprowadzeniu opisaliśmy obyczaj sudańskich plemion Dinka i Nuer,
których członkowie usuwają swoim dzieciom część stałych przednich
zębów. Zabieg ten jest niezwykle bolesny, a przeprowadza się go
przy użyciu haczyka do łowienia ryb. Antropolodzy przypuszczają,
że źródła tej tradycji tkwią w epidemii szczękościsku - brak
przednich zębów umożliwiał chorym przyjmowanie pokarmów. Jeżeli
jednak ta groźna dolegliwość rzeczywiście była przyczyną pojawienia
się zwyczaju usuwania dzieciom zębów, to dlaczego członkowie
obu plemion nadal go praktykują, mimo że niebezpieczeństwo dawno
minęło?
Praktyka, która obserwatorowi z zewnątrz wydaje się zupełnie
niezrozumiała, może nabrać sensu, jeśli spojrzymy na nią przez
pryzmat teorii dysonansu. Podczas epidemii członkowie obu plemion
zaczęli usuwać przednie zęby wszystkim dzieciom. Dzięki temu gdyby
któreś z nich zachorowało na tężec, dorośli mogliby je karmić przez
lukę w uzębieniu. Jednak wyrwanie dzieciom zębów z pewnością było
dla ich opiekunów nieprzyjemnym przeżyciem, zwłaszcza że wiedzieli,
iż tylko część dzieci zapadnie na tę groźną chorobę. Żeby lepiej
uzasadnić swoje postępowanie - wobec dzieci i we własnych oczach -
musieli potwierdzić słuszność podjętej decyzji poprzez wskazanie
(już po fakcie) dodatkowych korzyści, jakie pociąga za sobą zabieg
usunięcia zębów. Mogli na przykład przekonać samych siebie, że
brak przednich zębów ma pewną wartość estetyczną - zapadnięte
policzki wyglądają naprawdę atrakcyjnie - a nawet przekształcić
ów bolesny zabieg w jeden z rytów przejścia, symboliczny obrzęd
wejścia w dorosłe życie. Właśnie tak się stało. "Bez przednich
zębów człowiek wygląda pięknie" - twierdzą Dinkowie
i Nuerowie. "Ludzie, którzy mają wszystkie zęby, są brzydcy,
wyglądają jak kanibale gotowi zjeść człowieka. Mężczyzna
z pełnym uzębieniem wygląda jak osioł". Brak zębów pociąga za
sobą również inne korzyści natury estetycznej: "Podoba nam się
świszczący dźwięk, jaki wydajemy podczas mówienia". Wreszcie,
dorośli uspokajają przerażone dzieci słowami: "Ten rytuał jest
oznaką dojrzałości"[24]. Pierwotne medyczne
uzasadnienie owej praktyki już dawno poszło w niepamięć. Pozostało
tylko psychologiczne samousprawiedliwianie.
Ludzie chcieliby wierzyć, że jako istoty inteligentne
i racjonalne wiedzą, dlaczego dokonują takich, a nie innych wyborów,
dlatego nie zawsze są zadowoleni, kiedy uświadamiamy im rzeczywiste
przyczyny ich działań. Elliot przekonał się o tym na własnej
skórze po zakończeniu opisanego wcześniej eksperymentu dotyczącego
oddziaływania procedury inicjacji. "Po zakończeniu badania -
wspomina - szczegółowo wyjaśniłem każdej z badanych studentek
przebieg eksperymentu i założenia teorii dysonansu. Chociaż wszystkie
kobiety, które przeszły surową procedurę inicjacji, uznały tę
hipotezę za interesującą i przyznały, że większość ludzi
zachowałaby się w sposób zgodny z moimi przewidywaniami, to jednak
każda z nich usilnie starała się mnie przekonać, że jej sympatia
do grupy nie miała nic wspólnego ze stopniem trudności obrzędu
inicjacji. Twierdziły, że grupa naprawdę im się spodobała - to
wszystko. A jednak niemal wszystkie darzyły ją większą sympatią
niż osoby, które przeszły łagodną procedurę inicjacji".
Nikt nie jest wolny od potrzeby złagodzenia dysonansu
poznawczego - doświadczają jej nawet ludzie, którzy znają
tę teorię na wylot. Elliot opowiada pewną historię: "Kiedy
byłem młodym wykładowcą na Uniwersytecie Stanu Minnesota, oboje
z żoną mieliśmy już dość życia w wynajmowanych mieszkaniach,
więc postanowiliśmy kupić swój pierwszy dom. Znaleźliśmy tylko
dwa godne uwagi domy pozostające w zasięgu naszych możliwości
finansowych. Jeden z nich - starszy i urokliwy - znajdował
się w pobliżu kampusu uniwersyteckiego. Bardzo mi się spodobał,
ponieważ mieszkając w nim, mógłbym zapraszać do siebie studentów
na spotkania naukowe, podawać im piwo i odgrywać rolę wyluzowanego
profesora. Wadą tego domu było to, że był położony w dzielnicy
przemysłowej, a co za tym idzie - nasze dzieci nie miałyby zbyt
wiele miejsca na zabawę. Drugi dom znajdował się w nowej dzielnicy
na przedmieściach. Był nowszy, ale niczym się nie wyróżniał. Od
uniwersytetu dzieliło go trzydzieści minut jazdy samochodem, za
to od najbliższego jeziora - zaledwie półtora kilometra. Przez
kilka tygodni wahaliśmy się, który z nich wybrać, aż wreszcie
zdecydowaliśmy się na dom na przedmieściach.
Wkrótce po przeprowadzce zauważyłem w gazecie ofertę
sprzedaży używanego kajaka. Natychmiast go kupiłem, ku zdziwieniu
mojej żony i dzieci. Kiedy pewnego mroźnego, ponurego styczniowego
dnia wróciłem do domu z kajakiem przymocowanym do dachu samochodu,
moja żona tylko rzuciła na niego okiem i roześmiała się. "Co
cię tak rozbawiło?" - zapytałem, a ona odparła: "Zapytaj
Leona Festingera!". Oczywiście! Po zakupie domu na przedmieściach
odczuwałem tak silny dysonans, że musiałem natychmiast zrobić coś,
co potwierdziłoby słuszność tej decyzji. Udało mi się zapomnieć,
że jest środek zimy i że upłynie wiele miesięcy, zanim lód na
jeziorze stopnieje i można będzie pływać kajakiem. Jednak w jakimś
sensie, nie zdając sobie z tego sprawy, mimo wszystko używałem tego
kajaka. Chociaż czekał na wiosnę w garażu, przez całą zimę jego
obecność poprawiała mi samopoczucie, utwierdzając mnie w przekonaniu,
że podjęliśmy dobrą decyzję.
Spirala przemocy... i dobroci
Jesteś zestresowany? Na pewnej stronie internetowej dowiesz się,
jak zrobić własną lalkę antystresową, którą można "rzucać,
bić, deptać, a nawet dusić tak długo, aż rozładujemy całą
frustrację". Do "przepisu" na lalkę dołączono krótki
wierszyk:
Kiedy jesteś wściekły, chcesz kopać, wrzeszczeć i bić,
Oto laleczka, z którą łatwiej będzie ci żyć,
Złap ją za nogi i wal mocno tak,
A potem ją wypatrosz, krzycząc: "Niech to szlag!"
Laleczka "Niech to szlag!" stanowi odzwierciedlenie
jednego z najgłębiej zakorzenionych przekonań, powszechnych
w naszej kulturze, wspieranego przez psychoanalityczną wiarę
w zbawienne skutki katharsis. Rzuć lalką,
walnij pięścią w worek treningowy, krzyknij na męża lub żonę,
a poczujesz się lepiej. Tymczasem prowadzone od kilkudziesięciu
lat badania eksperymentalne dowodzą, że jest zupełnie inaczej -
po wyładowaniu negatywnych emocji w agresywny sposób ludzie często
czują się jeszcze gorzej. Agresja powoduje u nich wzrost ciśnienia
krwi i wzmaga odczuwaną złość[25].
Gwałtowne wyładowanie negatywnych emocji przynosi skutek
odwrotny do zamierzonego zwłaszcza wtedy, gdy dopuszczamy się agresji
bezpośrednio w stosunku do innej osoby, co jest zgodne z przewidywaniami
teorii dysonansu poznawczego. Kiedy robimy coś, co wyrządza krzywdę
drugiemu człowiekowi - ściągamy na niego kłopoty, znieważamy go
albo brutalnie go odpychamy - pojawia się nowy ważny czynnik: potrzeba
usprawiedliwienia tego postępku. Rozważmy przykład trzynastolatka,
który wraz z grupą rówieśników znęca się nad Bogu ducha winnym
słabszym kolegą. Chłopiec chce być częścią grupy, ale w głębi
ducha jest przeciwny dręczeniu słabszego dziecka. Później odczuwa
dysonans z powodu tego, co zrobił. "Jak ja, taki porządny chłopak
- zastanawia się - mogłem być taki okrutny wobec tego miłego,
niewinnego dzieciaka?". Aby zredukować nieprzyjemne napięcie, będzie
próbował przekonać sam siebie, że ofiara wcale nie jest taka miła
ani niewinna, jak mogłoby się wydawać: "Straszny z niego głupek
i beksa. Poza tym na pewno zachowałby się tak samo wobec mnie, gdyby miał
okazję". Kiedy chłopiec zaczyna zrzucać winę na ofiarę, wzrasta
prawdopodobieństwo tego, że przy następnej sposobności będzie się
nad nią znęcał z jeszcze większym okrucieństwem. Usprawiedliwienie
pierwszego niegodziwego postępku przygotowuje grunt pod kolejne akty
agresji. To dlatego hipoteza o katharsis jest
błędna.
Pierwszy eksperyment, który tego dowiódł, zupełnie
zaskoczył swojego autora. Michael Kahn, wówczas magistrant
w Katedrze Psychologii Klinicznej na Harvardzie, zaprojektował
pomysłowy eksperyment, który miał wykazać dobroczynne skutki
katharsis. Podając się za laboranta, Kahn
mierzył stopień pobudzenia fizjologicznego (przy użyciu wariografu)
i ciśnienie krwi u studentów college'u (pojedynczo), rzekomo na
potrzeby pewnego eksperymentu medycznego. Dokonując tych pomiarów,
badacz udawał rozdrażnienie i poczynił kilka obraźliwych uwag pod
adresem badanych studentów (a konkretnie - ich matek). Badani byli
wściekli, o czym świadczył gwałtowny wzrost ciśnienia krwi. Studenci
przydzieleni do warunku eksperymentalnego mogli wyładować złość
poprzez poskarżenie się szefowi laboratorium. W ten sposób - jak
sądzili - ściągnęli na badacza poważne problemy. Studenci z grupy
kontrolnej nie mieli okazji do wyładowania złości.
Jako dobry freudysta Kahn był zdumiony wynikami swojego
eksperymentu - katharsis okazała się wielką
klapą! Osoby, które mogły dać upust swojej złości na Kahna,
odczuwały wobec niego dużo silniejszą niechęć niż te, które nie
miały takiej okazji. Ponadto wyładowanie złości spowodowało dalszy
wzrost ciśnienia krwi, podczas gdy podwyższone ciśnienie studentów,
którym nie umożliwiono ekspresji negatywnych emocji, szybko wróciło
do normy[26]. Poszukując wyjaśnienia tych
zaskakujących zależności, Kahn odkrył teorię dysonansu, która
w tamtych czasach dopiero zaczynała wzbudzać zainteresowanie. Badacz
zdał sobie sprawę, że teoria ta doskonale tłumaczy otrzymane przez
niego wyniki. Ponieważ studenci z grupy eksperymentalnej sądzili,
że ściągnęli na niego poważne kłopoty, musieli usprawiedliwić
swoje postępowanie, przekonując siebie, że Kahn na to zasłużył,
co wzmogło odczuwaną przez nich złość i spowodowało dalszy wzrost
ciśnienia krwi.
Dzieci bardzo wcześnie uczą się usprawiedliwiać
swoje agresywne zachowania. Uderzają młodszego brata, a kiedy
ten zaczyna płakać, krzyczą: "To on zaczął! Należało
mu się!". Większość rodziców uważa takie dziecięce
usprawiedliwienia za mało istotne i w wielu wypadkach rzeczywiście
tak jest. Niczym zimny prysznic działa jednak świadomość,
że ten sam mechanizm tkwi u podłoża zachowań band nastolatków,
którzy znęcają się nad młodszymi dziećmi; pracodawców, którzy
źle traktują swoich pracowników; kochanków, którzy ranią się
nawzajem; policjantów, którzy nie przestają bić podejrzanego,
mimo że ten już się poddał; tyranów, którzy prześladują
członków mniejszości etnicznych; oraz żołnierzy, którzy
dopuszczają się zbrodni przeciwko ludności cywilnej. We wszystkich
tych wypadkach wytwarza się błędne koło - agresja prowadzi
do samousprawiedliwiania, które z kolei wzmaga agresję. Fiodor
Dostojewski doskonale rozumiał ów mechanizm. W Braciach
Karamazow Fiodor Pawłowicz - ojciec tytułowych braci
i wyjątkowy łajdak - wspomina, "jak to kiedyś, jeszcze dawniej,
ktoś go raz zapytał: Za co pan nienawidzi tego a tego? Odpowiedział
wtedy w przypływie błazeńskiego bezwstydu: A za to:
on, co prawda, nic złego mi nie zrobił, ale za to ja zrobiłem mu
ohydne świństwo, a jak tylko zrobiłem, zaraz go za to właśnie
znienawidziłem"[27].
Na szczęście z teorii dysonansu wynika również, że nasze
dobre uczynki mogą tworzyć spiralę życzliwości i współczucia -
"błędne koło dobroci". Kiedy robimy coś dobrego - zwłaszcza
jeśli czynimy to dla kaprysu albo przez przypadek - zaczynamy
spostrzegać osobę, której pomogliśmy, w lepszym świetle. Myśl,
że oderwaliśmy się od swoich spraw, żeby wyświadczyć przysługę
bliźniemu, jest niezgodna z negatywnymi uczuciami, jakie (być
może) żywimy do tej osoby. Po zrobieniu dobrego uczynku zaczynamy
zadawać sobie pytanie: "Czy zrobiłbym coś dobrego dla jakiegoś
drania? W takim razie on nie może być takim draniem, za jakiego go
uważałem. Tak naprawdę to całkiem fajny gość, więc powinienem
mu odpuścić".
Trafność tej hipotezy potwierdzają wyniki kilku
eksperymentów. W jednym z nich studenci uczestniczyli w konkursie,
w którym wygrywali sporą sumę pieniędzy. Po zakończeniu konkursu
badacz zwrócił się do jednej trzeciej badanych i wyjaśnił, że
przeprowadza ten eksperyment za własne pieniądze. Niestety brakuje
mu środków, co może oznaczać, że będzie zmuszony przedwcześnie
zakończyć badanie. Poprosił studentów: "Czy moglibyście
wyświadczyć mi wielką przysługę i zwrócić pieniądze, które
wygraliście?" (wszyscy badani spełnili jego prośbę). Drugą grupę
studentów również poproszono o zwrot wygranej kwoty. Tym razem jednak
uczyniła to sekretarka, wyjaśniając, że Wydziałowi Psychologii
brakuje środków (i w tym wypadku wszyscy badani zgodzili się oddać
pieniądze). Pozostałych uczestników tego eksperymentu nie poproszono
o zwrot wygranej. Na zakończenie wszyscy badani wypełniali kwestionariusz,
w którym mogli ocenić badacza. Studenci nakłonieni przez niego do
wyświadczenia mu osobistej przysługi darzyli go największą sympatią
- przekonali siebie, że badacz jest wyjątkowo porządnym gościem,
który w pełni zasłużył na poświęcenie, na jakie się dla niego
zdobyli. Inni również uważali go za miłego człowieka, ale nie
wychwalali go tak, jak osoby, które wyświadczyły mu osobistą
przysługę[28].
Chociaż badania nad błędnym kołem dobroci prowadzi się od
niedawna, wydaje się, że jego istnienie odkrył już w XVIII wieku
Benjamin Franklin - poważny badacz natury ludzkiej, miłośnik nauki
i wytrawny polityk. Jako członek zgromadzenia ustawodawczego stanu
Pensylwania, Franklin niepokoił się uporczywym sprzeciwem i jawną
niechęcią jednego z pozostałych legislatorów. Postanowił zjednać
sobie tego człowieka. Jak opisuje w swojej autobiografii, nie zrobił
tego "drogą okazywania mu służalczych względów" czy też poprzez
wyświadczenie temu mężczyźnie przysługi, ale przez nakłonienie go
do wyświadczenia przysługi jemu samemu - do pożyczenia Franklinowi
rzadkiej książki:
Przysłał mi ją natychmiast, ja zaś zwróciłem mu ją po
niespełna tygodniu z nowym listem, w którym wypowiedziałem moją
gorącą wdzięczność. Kiedy niebawem spotkaliśmy się w Izbie,
przemówił do mnie (czego nigdy dotąd nie robił) i wdał się w nader
uprzejmą rozmowę. Odtąd też okazywał zawsze gotowość dopomagania
mi przy każdej sposobności i wkrótce bardzo zaprzyjaźniliśmy
się, a przyjaźń ta trwała aż do jego śmierci. Wypadek ten
potwierdził raz jeszcze prawdziwość starej maksymy, której dawno już
nauczyłem się, a która głosi, że: "Ten, kto raz ci wyrządził
przysługę, będzie bardziej skory oddać ci nową niż ktoś, komuś
ty usłużył"[29].
Dysonans jest dokuczliwy w każdych okolicznościach,
ale szczególną przykrość sprawia nam wtedy, gdy zagrożona
jest istotna część naszego pojęcia Ja - zwykle w sytuacji,
kiedy robimy coś, co jest sprzeczne z naszym obrazem własnej
osoby[30]. Jeśli sportowiec albo aktor, którego
podziwiasz, zostanie oskarżony o gwałt, molestowanie seksualne dziecka
czy morderstwo, poczujesz bolesne ukłucie dysonansu. Im bardziej
utożsamiasz się z tą osobą, tym większe będzie Twoje osobiste
zaangażowanie, a co za tym idzie - tym silniejszego dysonansu będziesz
doświadczać. Jednak odczuwany przez Ciebie dysonans byłby dużo
bardziej dotkliwy, gdybyś Ty sam - uważając się za osobę prawą
i uczciwą - popełnił jakieś przestępstwo. W końcu zawsze możesz
obrazić się na gwiazdę, która zrobiła coś złego, i znaleźć sobie
nowego bohatera. Gdybyś jednak postąpił wbrew własnym wartościom,
doświadczałbyś znacznie dotkliwszego dysonansu, ponieważ mimo wszystko
musiałbyś nadal ze sobą żyć.
Na ogół ludzie mają raczej pozytywne pojęcie
Ja - spostrzegają siebie jako kompetentnych, moralnych
i inteligentnych - dlatego ich wysiłki służące złagodzeniu
dysonansu mają na celu ochronę pozytywnego obrazu własnej
osoby[31]. Wyobraź sobie na przykład, jak
nieznośny dysonans musieli odczuwać oddani uczniowie Marian Keech, kiedy
nie spełniły się jej przepowiednie o końcu świata. Przekonanie:
"Jestem człowiekiem inteligentnym", zderzyło się z myślą:
"Właśnie zrobiłem coś niewiarygodnie głupiego. Oddałem swój
dom i cały majątek, a w dodatku rzuciłem pracę, bo uwierzyłem
jakiejś wariatce". Żeby zredukować ów dysonans, zwolennicy pani
Keech mogli albo zmienić zdanie na temat własnej inteligencji, albo
usprawiedliwić swój "niewiarygodnie głupi" postępek. To nierówna
walka. Usprawiedliwienie wygrywa o trzy długości. Wierni uczniowie pani
Marian Keech ocalili swoją wysoką samoocenę, dochodząc do wniosku,
że nie zrobili niczego głupiego, a nawet więcej - dołączając
do grupy, wykazali się niezwykłą mądrością, ponieważ ich
wiara ocaliła świat od zagłady. Gdyby wszyscy byli równie mądrzy,
poszliby w ich ślady. Gdzie jest ta zatłoczona ulica pełna przyszłych
wyznawców?
Ten problem dotyczy nas wszystkich. Możemy czuć się rozbawieni,
czytając o nich - głupcach, którzy
gorąco wierzą w prawdziwość przepowiedni o końcu świata. Jednak jak
wykazał politolog Philip Tetlock w swojej książce Expert
Political Judgment: How Good Is It? How Can We Know? (Oceny
ekspertów politycznych. W jakim stopniu są trafne? Skąd o tym wiemy?),
nawet profesjonalni eksperci zajmujący się opracowywaniem prognoz
gospodarczych i politycznych na ogół nie przewidują przyszłości
bardziej trafnie niż my, zwykli ludzie, czy też - jeśli już o to
chodzi - niż Marian Keech[32]. Setki badań
wykazały, że przewidywania oparte na "osobistym doświadczeniu"
bądź na "latach profesjonalnej praktyki" rzadko bywają bardziej
trafne niż prognozy wynikające z prostego rachunku prawdopodobieństwa,
w przeciwieństwie do przewidywań, które opierają się na danych
aktuarialnych. Jednak pomyłka popełniona przez eksperta stanowi
zagrożenie dla istoty jego tożsamości. Dlatego - jak przewiduje
teoria dysonansu poznawczego - im bardziej sławny i pewny siebie
jest dany specjalista, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że przyzna
się do błędu. Tetlock wykazał, iż rzeczywiście tak jest. Eksperci
redukują nieprzyjemny dysonans, jaki odczuwają, kiedy ich prognozy
okazują się chybione, przekonując siebie i innych, że sprawy
z pewnością potoczyłyby się zgodnie z ich przewidywaniami, "gdyby
tylko" - gdyby nie zdarzyła się ta niewiarygodna katastrofa; gdyby
istotne zdarzenia nastąpiły w innym momencie; gdyby tylko... bla,
bla, bla.
Mechanizm redukcji dysonansu działa jak termostat, utrzymując
naszą samoocenę na wysokim poziomie. To dlatego zwykle nie zauważamy
własnych samousprawiedliwień - małych kłamstewek, dzięki którym
jesteśmy nieświadomi swoich błędów i głupich decyzji. Ale teoria
dysonansu odnosi się też do ludzi o niskiej samoocenie, tych, którzy
uważają się za naiwniaków, oszustów czy nieudaczników. Oni wcale
się nie dziwią, kiedy ich zachowania potwierdzają ów negatywny
obraz własnej osoby. Kiedy ich przewidywania okazują się chybione,
a grupa, do której dostali się ogromnym kosztem (przechodząc surową
procedurę inicjacji) - beznadziejnie nudna, mówią tylko: "No tak,
znowu coś schrzaniłem, to do mnie podobne". Sprzedawca używanych
samochodów, który uważa się za osobę nieuczciwą, nie odczuwa
dysonansu, kiedy ukrywa przed potencjalnym nabywcą fatalną historię
awarii auta, którego próbuje się pozbyć. Kobieta uważająca się
za nieatrakcyjną nie doświadcza dysonansu, kiedy mężczyźni ją
odrzucają. Oszust nie odczuwa nieprzyjemnego napięcia, kiedy wyłudza
od schorowanego staruszka oszczędności całego życia.
Nasze przekonania dotyczące tego, kim jesteśmy, towarzyszą nam
przez cały czas. Wszystko, co nas spotyka, interpretujemy przez pryzmat
owych podstawowych przekonań. Kiedy zostają podważone - nawet przez
jakieś pozytywne doświadczenie - odczuwamy dyskomfort. Świadomość
potężnej mocy samousprawiedliwiania pomaga nam zrozumieć, dlaczego
ludzie o niskiej samoocenie, a także osoby, które sądzą, że są
nieudolne w jakiejś dziedzinie, nie promienieją radością, kiedy
coś im się udaje; dlaczego - przeciwnie - często czują się
jak oszuści. Jeśli kobieta uważająca się za nieatrakcyjną, pozna
wspaniałego faceta, który zacznie poważnie o nią zabiegać, to przez
chwilę będzie z tego zadowolona, ale przypływ dysonansu wkrótce
zmąci to przyjemne uczucie: "Co on we mnie widzi?". Jest mało
prawdopodobne, że w takiej sytuacji kobieta pomyśli: "Jak miło -
widocznie jestem bardziej atrakcyjna, niż sądziłam". Będzie raczej
skłonna przypuszczać: "Kiedy tylko odkryje, jaka jestem naprawdę,
odejdzie". Będzie musiała zapłacić wysoką cenę psychologiczną
za przywrócenie zgodności.
I rzeczywiście, wyniki badań eksperymentalnych dowodzą,
że ludzie odznaczający się niską samooceną lub brakiem wiary we
własne możliwości odczuwają dyskomfort, kiedy odnoszą sukcesy
niezgodne z swoim obrazem własnej osoby, i często uznają je za
przypadek lub anomalię[33]. To dlatego
wydają się nieznośnie uparci przyjaciołom i członkom rodziny,
którzy starają się ich podnieść na duchu: "Przecież właśnie
dostałeś Nagrodę Pulitzera w dziedzinie literatury! Czy to nie
znaczy, że jesteś naprawdę dobry?". "Tak, to miłe, ale to czysty
przypadek. Zobaczysz, już nigdy nie napiszę ani jednego słowa". Zatem
samousprawiedliwianie nie ogranicza się do ochrony wysokiej samooceny
- może także polegać na utrwalaniu niskiej samooceny, jeśli stanowi
ona istotny element pojęcia Ja.
Wyobraź sobie dwóch młodych ludzi bardzo podobnych pod
względem postaw, zdolności i stanu zdrowia psychicznego. Obaj są
raczej uczciwi i mają taki sam umiarkowanie negatywny stosunek do,
dajmy na to, ściągania na egzaminach. Uważają, że nie należy
tego robić, ale na świecie są gorsze przestępstwa. Obaj zdają
właśnie ważny egzamin - od jego wyniku zależy, czy dostaną się
na studia magisterskie. Mają pecha - nie znają odpowiedzi na jedno
z najważniejszych pytań. Porażka wisi w powietrzu... Właśnie w tym
momencie każdy z nich dostaje od losu szansę uniknięcia nieszczęścia
poprzez przepisanie odpowiedzi od innego studenta. Obaj młodzieńcy
walczą z pokusą. Po długiej chwili bolesnego napięcia jeden z nich
ulega, a drugi opiera się pokusie. Ich decyzje są od siebie oddalone
dosłownie o włos - każdy z nich mógł równie dobrze dokonać
innego wyboru. Obaj zyskują coś ważnego, ale muszą za to zapłacić
- jeden łamie zasady uczciwości, żeby zdobyć dobry stopień, a drugi
rezygnuje z wysokiej oceny, aby pozostać człowiekiem uczciwym.
Co każdy z nich sądzi o ściąganiu tydzień po tym
wydarzeniu? Obaj mieli wystarczająco dużo czasu, żeby uzasadnić
swój wybór. Student, który uległ pokusie, dojdzie do wniosku, że
ściąganie nie jest wielkim przestępstwem. Powie sobie: "Przecież
wszyscy ściągają. To nic wielkiego. Poza tym naprawdę musiałem to
zrobić dla swojej przyszłej kariery". Natomiast ten, który oparł
się pokusie, zacznie spostrzegać ściąganie jako dużo bardziej
niemoralne niż dotychczas: "Ludzie, którzy ściągają, postępują
haniebnie. Powinno się ich wyrzucać ze szkoły. Należy karać ich
dla przykładu".
W ciągu tygodnia, w którym u obu studentów zachodziły
intensywne procesy samousprawiedliwiania, wydarzyły się dwie istotne
rzeczy. Po pierwsze, młodzi ludzie bardzo się od siebie oddalili; po
drugie, obaj zinternalizowali swoje przekonania i nabrali pewności,
że zawsze tak myśleli[34]. To tak, jakby
obaj wyruszyli ze szczytu piramidy - oddaleni od siebie zaledwie
o parę milimetrów - ale do momentu, gdy w pełni uzasadnili swoje
postępowanie, ześlizgnęli się aż do jej podnóża i teraz stoją
na przeciwległych narożnikach podstawy piramidy. Student, który
nie ściągał, uważa tego drugiego za całkowicie pozbawionego zasad
moralnych, natomiast ten, który uległ pokusie, sądzi, że jego kolega
jest beznadziejnie purytański. Ten proces pokazuje, dlaczego ludzie,
którzy odczuwali silną pokusę, walczyli z nią i prawie jej ulegli,
ale w ostatniej chwili zdołali się jej oprzeć, nabierają niechęci,
a nawet pogardy dla osób, którym się to nie udało. Ludzie, którzy
sami byli o włos od zamieszkania
w domach ze szkła, pierwsi rzucają w nie kamieniami.
Metafora piramidy odnosi się do większości ważnych
wyborów moralnych i decyzji życiowych. W miejsce ściągania na
egzaminie możesz podstawić inne dylematy: rozpocząć przygodny
romans (czy nie), spróbować nielegalnego narkotyku (czy nie),
brać sterydy, żeby osiągać lepsze wyniki w sporcie (czy
nie), zostać w trudnym małżeństwie (czy nie), podać jakieś
nazwiska Komisji Izby Reprezentantów do Spraw Badania Działalności
Antyamerykańskiej[35] (czy nie), skłamać,
żeby ochronić swojego pracodawcę i posadę (czy nie), mieć dzieci
(czy nie), robić karierę (czy zostać w domu i zajmować się
dziećmi)? Jeżeli osoba stojąca na szczycie piramidy nie jest
pewna swojej decyzji - jeśli obie możliwości mają swoje dobre
i złe strony - to odczuwa palącą potrzebę uzasadnienia dokonanego
wyboru. Jednak zanim dotrze do podnóża piramidy, jej mieszane uczucia
ustąpią miejsca niezachwianej pewności, a ona sama oddali się o lata
świetlne od kogoś, kto podjął inną decyzję.
Ten proces zaciera granicę, jaką chętnie wyznaczamy między
"nami, porządnymi ludźmi" a "nimi, tymi złymi". Stojąc na
szczycie piramidy, często nie mamy do czynienia z biało-czarną
decyzją typu "iść czy nie iść", ale z niejednoznacznym
wyborem o trudnych do przewidzenia konsekwencjach. Pierwsze kroki są
moralnie wątpliwe i nie zawsze jesteśmy pewni, którą możliwość
wybrać. Podejmujemy nie do końca przemyślaną, pozornie mało
istotną decyzję, a później próbujemy ją uzasadnić, żeby pozbyć
się wątpliwości. W ten sposób uruchamiamy samonapędzającą się
spiralę - działanie, uzasadnienie, dalsze działanie - która
wzmaga intensywność naszych postaw i poziom zaangażowania, a co za
tym idzie - może zawieść nas daleko od naszych pierwotnych intencji
lub zasad.
Taki proces z pewnością wystąpił u asystenta Richarda Nixona,
Jeba Stuarta Magrudera, który był jednym z głównych uczestników
spisku mającego na celu włamanie się do siedziby Krajowego Komitetu
Partii Demokratycznej w kompleksie Watergate, a później ukrywał rolę
Białego Domu w tym przedsięwzięciu oraz kłamał pod przysięgą, żeby
ochronić siebie i pozostałych winnych. Kiedy zatrudniano Magrudera,
doradca Nixona Bob Haldeman nie powiedział mu, że zdrada, oszustwo
i łamanie prawa będą stanowiły istotny element jego pracy. Gdyby to
zrobił, Magruder prawie na pewno nie przyjąłby tej posady. Jak to
się stało, że skończył jako jeden z głównych uczestników afery
Watergate? Łatwo powiedzieć po fakcie: "Powinien był wiedzieć"
albo "Powinien się sprzeciwić za pierwszym razem, kiedy kazali mu
zrobić coś niezgodnego z prawem".
W swojej autobiografii Magruder opisuje swe pierwsze spotkanie
z Bobem Haldemanem w San Clemente. Haldeman nie szczędził mu pochlebstw
i mamił go pięknymi słówkami: "Tutaj pracuje się dla wyższych
celów, a nie po to, żeby zarabiać pieniądze dla swojej firmy" -
powiedział mu. "Tutaj rozwiązuje się problemy tego kraju i całego
świata. Jeb, byłem z prezydentem tej nocy, kiedy pierwsi astronauci
stanęli na Księżycu. (...) Jestem częścią historii, która tworzy
się na naszych oczach". Pod koniec dnia wypełnionego spotkaniami
Haldeman i Magruder opuścili kompleks budynków rządowych, żeby udać
się do domu prezydenta. Haldeman był wściekły, że jego wózek golfowy
nie czeka na niego w ustalonym miejscu, i zmieszał swojego asystenta
z błotem, grożąc, że go wyrzuci, skoro nie jest w stanie robić tego,
co do niego należy. Magruder nie wierzył własnym uszom, zwłaszcza
że był piękny wieczór, a od domu prezydenta dzieliło ich zaledwie
kilka minut marszu. W pierwszej chwili Magruder uznał tyradę Haldemana
za niegrzeczną i przesadną. Ponieważ jednak bardzo mu zależało
na tej pracy, wkrótce zaczął usprawiedliwiać zachowanie Haldemana:
"Po zaledwie kilku godzinach spędzonych w San Clemente uderzyła mnie
doskonałość
tamtejszego życia. (...) Komuś, kto od pewnego czasu żyje
w takich warunkach, coś tak nieistotnego, jak brak wózka golfowego, może
się wydawać poważnym afrontem"[36].
Tak oto przed kolacją, a nawet jeszcze przed tym, jak zaoferowano
mu tę pracę, Magruder połknął haczyk. To był tylko niewielki
pierwszy krok, ale właśnie wtedy, niczego nieświadomy, wszedł na
drogę prowadzącą do Watergate. Kiedy znalazł się w Białym Domu,
godził się na kolejne drobne kompromisy moralne, na jakie decydują
się niemal wszyscy politycy, usprawiedliwiając to dobrem swojej
partii. Później, kiedy Magruder i jego współpracownicy pracowali
na rzecz reelekcji Nixona, na scenie pojawił się G. Gordon Liddy,
zatrudniony przez prokuratora generalnego, generała Johna Mitchella,
na stanowisku głównego doradcy Magrudera. Liddy był politycznym
"zawodnikiem z dziką kartą", kiepskim naśladowcą Jamesa
Bonda. Jego pierwszy plan zapewnienia Nixonowi reelekcji polegał
na wydaniu miliona dolarów na utworzenie "brygad ulicznych",
które zajmowałyby się brutalnym rozpędzaniem demonstracji;
porywanie aktywistów, którzy mogliby zakłócić konwencję Partii
Republikańskiej; wykorzystywanie luksusowych prostytutek do kuszenia,
a następnie szantażowania przywódców Partii Demokratycznej;
włamywanie się do biur Demokratów; oraz wykorzystywanie urządzeń
monitorujących i podsłuchu telefonicznego przeciwko rzekomym wrogom
Partii Republikańskiej.
Mitchell odrzucił najbardziej skrajne elementy tego
planu. Uznał, że jest on zbyt kosztowny. Wtedy Liddy wysunął
propozycję, żeby po prostu włamać się do biur władz Partii
Demokratycznej w kompleksie Watergate i zainstalować w nich podsłuch
telefoniczny. Tym razem Mitchell zatwierdził pomysł Liddy'ego,
a wszyscy pozostali również przystali na jego propozycję. W jaki
sposób usprawiedliwili działania sprzeczne z prawem? "Gdyby
[Liddy] na samym początku przyszedł do nas i powiedział: "Mam
plan - włamiemy się do biura Larry'ego O'Briena i założymy
w nim podsłuch", pewnie bez wahania odrzucilibyśmy jego pomysł"
- napisał Magruder. "Ale on najpierw przyszedł do nas ze swoim
rozbudowanym planem obejmującym luksusowe prostytutki, porwania,
napady, sabotaż i podsłuchy, a my zaczęliśmy okrawać jego pomysł
z poczuciem, że powinniśmy zostawić Liddy'emu choćby niewielką
część - czuliśmy, że go potrzebujemy, i nie chcieliśmy odesłać
go z niczym". Wreszcie - dodał Magruder - plan Liddy'ego został
przyjęty z powodu paranoicznej atmosfery panującej w Białym Domu:
"Decyzje, które dzisiaj wydają się szalone, sprawiały wówczas
wrażenie racjonalnych. (...) Przekroczyliśmy granicę, poza którą nie
poprzestaje się na półśrodkach ani nie przestrzega dżentelmeńskich
zasad"[37].
Kiedy Magruder zaczynał pracę w Białym Domu, był porządnym
człowiekiem. Później jednak - krok po kroku - zgadzał się na
kolejne nieuczciwe działania, usprawiedliwiając każde z nich. Znalazł
się w pułapce podobnej do tej, w jaką wpadły trzy tysiące
osób uczestniczących w słynnym eksperymencie przeprowadzonym przez
psychologa społecznego, Stanleya Milgrama[38].
W oryginalnym eksperymencie Milgrama dwie trzecie osób badanych w swoim
przekonaniu aplikowało innej osobie zagrażające życiu wstrząsy
elektryczne tylko dlatego, że badacz powtarzał: "Eksperyment wymaga,
żeby pan (pani) nadal to robił (robiła)". Badanie to na ogół bywa
opisywane jako dotyczące posłuszeństwa wobec autorytetu. Rzeczywiście
tak jest. Ale to nie wszystko. Eksperyment ten pokazał także,
do czego - w długiej perspektywie czasowej - może prowadzić
samousprawiedliwianie[39].
Wyobraź sobie, że podchodzi do Ciebie dystyngowany mężczyzna
w białym fartuchu laboratoryjnym i oferuje Ci dwadzieścia dolarów za
udział w eksperymencie naukowym. Mówi: "Chcę, żebyś zaaplikował
innej osobie niezwykle bolesny wstrząs o sile 500 woltów, aby pomóc
nam w zrozumieniu roli kary w procesie uczenia się". Prawdopodobnie
odmówiłbyś uczestnictwa w badaniu. Dla takiej kwoty nie warto zadawać
bólu innej osobie, nawet dla dobra nauki. Oczywiście znalazłoby się
kilka osób, które zrobiłyby to za dwadzieścia dolców, inne zaś nie
zgodziłyby się na udział w takim eksperymencie nawet za dwadzieścia
tysięcy, ale większość z pewnością powiedziałaby badaczowi,
gdzie może sobie wsadzić swoje pieniądze.
A teraz wyobraź sobie, że naukowiec namawia Cię do uczestnictwa
w swoim eksperymencie stopniowo. Załóżmy, że najpierw proponuje Ci
dwadzieścia dolarów za zaaplikowanie bardzo słabego wstrząsu -
powiedzmy, o sile 10 woltów - mężczyźnie znajdującemu się
w sąsiednim pomieszczeniu, żeby sprawdzić, czy takie ukłucie poprawi
zdolność badanego do uczenia się. Eksperymentator wypróbowuje nawet
na Tobie ładunek o sile 10 woltów, a Ty ledwie to czujesz. Zgadzasz
się. Wstrząs jest nieszkodliwy, a badanie wydaje się interesujące
(poza tym zawsze chciałeś się dowiedzieć, czy dając klapsy swoim
dzieciom, skłonisz je do poprawy). Wykonujesz polecenie eksperymentatora,
a wtedy on mówi, że jeśli badany poda złą odpowiedź, to będziesz
musiał przesunąć dźwignię wyżej i zaaplikować "uczniowi"
wstrząs o sile 20 woltów. I ten ładunek jest nieszkodliwy
i bezbolesny. Skoro właśnie zaaplikowałeś badanemu 10 woltów, dlaczego
nie miałbyś go poczęstować 20 woltami? A skoro dałeś mu 20 -
mówisz sobie - przecież 30 to niewiele więcej, więc niech będzie
30. Badany popełnia kolejny błąd, a naukowiec nalega: "Proszę
zaaplikować jeszcze silniejszy wstrząs - 40 woltów".
W którym miejscu wyznaczysz granicę? Kiedy powiesz: "Dość
tego"? Czy będziesz zwiększał napięcie, aż osiągniesz 450 woltów
- poziom oznaczony napisem: "NIEBEZPIECZEŃSTWO!"? Kiedy pyta
się ludzi, jak daleko posunęliby się w takim badaniu, prawie nikt
nie odpowiada, że dotarłby do poziomu 450 woltów. Kiedy jednak badani
rzeczywiście znajdują się w takiej sytuacji, aż dwie trzecie zwiększa
siłę wstrząsów do maksymalnego poziomu, który - jak sądzą -
zagraża zdrowiu i życiu drugiej osoby. Czynią to, usprawiedliwiając
każdy kolejny krok, jaki wykonują: ten słaby wstrząs jest zupełnie
bezbolesny; 20 to niewiele więcej niż 10; jeśli zaaplikowałem mu 20,
dlaczego nie miałbym zwiększyć napięcia do 30? Usprawiedliwiając
swoje kolejne decyzje, badani coraz bardziej angażowali się w wykonywane
zadanie. W momencie, gdy - jak sądzili - aplikowali drugiej osobie
bardzo silne wstrząsy, większość nie potrafiła uzasadnić nagłej
decyzji o rezygnacji z dalszego udziału w eksperymencie. Badani,
którzy wyrazili sprzeciw w początkowej fazie badania, kwestionując
samą procedurę badawczą, rzadziej wpadali w tę pułapkę i byli
bardziej skłonni przerwać aplikowanie wstrząsów.
Eksperyment Milgrama pokazuje, że zwyczajni ludzie mogą zacząć
postępować niemoralnie i krzywdząco na skutek łańcuchowej reakcji
zachowań i samousprawiedliwień. Kiedy przyglądamy się temu z boku
ze zdumieniem i przerażeniem, nie zdajemy sobie sprawy z faktu, że
patrzymy na ostatnie stadium długiego, powolnego procesu - drogi
w dół piramidy. Po ogłoszeniu wyroku skazującego Magruder powiedział
sędziemu Johnowi Sirice: "Wiem, co zrobiłem, i Wysoki Sąd także
to wie. Gdzieś pośród ambicji i ideałów zgubiłem swój kompas
moralny". Jak można sprawić, żeby uczciwy człowiek zgubił swój
kompas moralny? Wystarczy nakłonić go do robienia kolejnych małych
kroczków - jednego po drugim - a samousprawiedliwianie załatwi
całą resztę.
Sama znajomość mechanizmów dysonansu poznawczego nie uczyni
nas odpornymi na pokusę samousprawiedliwiania, o czym przekonał się
Elliot, kiedy kupił kajak w środku stycznia. Nie można po prostu
powiedzieć osobom badanym, tak jak zrobił to Elliot po zakończeniu
eksperymentu dotyczącego procedury inicjacyjnej: "Widzicie, w jaki
sposób zredukowałyście dysonans? Czyż to nie jest interesujące?",
i oczekiwać, że odpowiedzą: "Och, dziękuję, że uświadomił mi
pan prawdziwy powód, z jakiego lubię tę grupę. Teraz czuję się
naprawdę bystra!". Wszyscy od czasu do czasu robimy głupstwa, żeby
podtrzymać swoje przeświadczenie o własnej inteligencji. Nie możemy
tego zmienić. Właśnie tak zostaliśmy zaprogramowani.
Nie znaczy to jednak, że jesteśmy skazani na rozpaczliwe próby
usprawiedliwiania swoich działań po fakcie, niczym Syzyf, nigdy nie
docierając do szczytu wzgórza samoakceptacji. Głębsze zrozumienie,
jak działa nasz umysł i dlaczego funkcjonuje właśnie w taki sposób,
stanowi pierwszy krok do zerwania z nawykiem samousprawiedliwiania. Aby
osiągnąć ów cel, musimy być bardziej świadomi swoich zachowań
i przyczyn, z jakich dokonujemy takich, a nie innych wyborów. To wymaga
czasu, autorefleksji i dobrej woli.
Konserwatywny publicysta William Safire w jednym ze swoich
felietonów opisał "psychopolityczne wyzwanie", z jakim
muszą się zmierzyć wyborcy: "Jak sobie poradzić z dysonansem
poznawczym?"[40]. Autor rozpoczął od historii
z własnego życia. Podczas prezydentury Clintona Safire skrytykował
Hillary Clinton za próbę ukrycia tożsamości członków kierowanej
przez nią grupy zadaniowej do spraw reformy służby zdrowia. Napisał
felieton surowo potępiający jej próbę zachowania składu tej
grupy w tajemnicy, która - jak przekonywał - była toksyczna
dla demokracji. Nie odczuwał przy tym żadnego dysonansu - ci źli
Demokraci bez przerwy robią coś złego. Jednak sześć lat później
Safire doświadczył dotkliwego dysonansu, kiedy wiceprezydent Dick
Cheney, konserwatywny Republikanin, którego publicysta darzy wielkim
podziwem, upierał się przy zachowaniu w tajemnicy składu kierowanej
przez siebie grupy zadaniowej do spraw polityki energetycznej. Co zrobił
wówczas Safire? Wiedząc, czym jest dysonans poznawczy i jak działa,
wziął głęboki oddech, zakasał rękawy i zrobił coś niezwykle
trudnego i szlachetnego - napisał felieton, w którym skrytykował
postępowanie Cheneya. Ironia losu polega na tym, że z powodu owego
krytycznego tekstu Safire otrzymał wiele pochlebnych listów od
liberałów, które - jak przyznał - wywołały u niego silny
dysonans: "O Boże, zrobiłem coś, co spodobało się tym ludziom?".
Zdolność Safire'a do uświadomienia sobie własnego dysonansu
i do rozwiązania go poprzez podjęcie słusznych działań jest niezwykle
rzadka. Jak się wkrótce przekonamy, jego gotowość do przyznania,
że któryś z członków jego drużyny popełnił błąd, jest czymś,
na co stać tylko nielicznych. Na ogół ludzie wychodzą ze skóry,
żeby złagodzić odczuwany dysonans w sposób pochlebny dla siebie
i dla swojej grupy. Konkretne metody mogą się różnić, ale podejmowane
przez nas próby usprawiedliwiania własnych działań zawsze służą
zaspokojeniu potrzeby zadowolenia z tego, co zrobiliśmy, w co wierzymy
i kim jesteśmy.
[11] Komunikaty prasowe autorstwa Neala
Chase'a, członka grupy religijnej Baha'is Under the Provisions of the
Covenant, za: "The end is Nearish", Harper's,
luty 1995, s. 22 i 24.
[12] Festinger, Riecken i Schachter,
1956.
[13] Festinger,
1957/2007. Zob. też: Festinger i Aronson, 1960; Harmon-Jones i Mills
(red.), 1999.
[14] Aronson i Mills,
1959.
[15] Wyczerpujący
przegląd badań dotyczących tego błędu poznawczego i jego licznych
zastosowań znaleźć można w: Nickerson, 1998.
[17] Steven Kull, dyrektor Programu
Badań nad Postawami wobec Polityki Międzynarodowej (Program on
International Policy Attitudes - PIPA) na Uniwersytecie Stanu
Maryland, komentując wyniki sondażu opinii publicznej, przeprowadzonego
przez PIPA i Knowledge Networks, 14 czerwca 2003 roku, "Many Americans
Unaware WMD Have Not Been Found".
[19] Lord, Ross i Lepper, 1979.
[20] Goodwin, 1994
(podkreślenie za oryginałem).
[21] W jednym z pierwszych badań
dotyczących redukcji dysonansu podecyzyjnego Jack Brehm, podający
się za badacza marketingowego, pokazał grupie kobiet osiem urządzeń
(toster, ekspres do kawy, opiekacz do kanapek i tym podobne) i poprosił,
aby oceniły każde z nich pod względem atrakcyjności. Następnie
Brehm powiedział każdej z badanych kobiet, że może zatrzymać
jedno z tych urządzeń jako podarunek, i pozwolił jej wybrać jeden
z dwóch produktów, które oceniła jako równie atrakcyjne. Kiedy badana
dokonała wyboru, Brehm wręczał jej zapakowane urządzenie. Po jakimś
czasie kobiety ponownie poproszono o ocenę tych dwóch produktów. Tym
razem badane oceniały wybrany przez siebie produkt jako bardziej
atrakcyjny niż poprzednio, zaniżając ocenę urządzenia, z którego
zrezygnowały. Zob. Brehm, 1956.
[23] Knox i Inkster,
1968.
[24] Katherine S. Mangan
(1 kwietnia 2005), "A Brush with a New Life", The Chronicle
of Higher Education, s. A28-A30.
[25] Zob. np.: Bushman, 2002; Bushman
i in., 2005. Krótki opis historii badań podważających pogląd
o dobroczynnych skutkach katharsis znaleźć można w:
Tavris, 1989.
[26] Michael Kahn
opisał swoje badanie w artykule "The Physiology of Catharsis",
który ukazał się w roku 1966 w czasopiśmie Journal of
Personality and Social Psychology, 3,
s. 278-298. Opis innego klasycznego eksperymentu znaleźć można w:
Berkowitz, Green i Macaulay, 1962.
[27] Dostojewski, 2004, tłum. Adam
Pomorski, s. 103.
[28] Jecker i Landy, 1969.
[29] Franklin, 1961,
tłum. Julian Stawiński, s. 130-131.
[30] Thibodeau i Aronson, 1992.
[31] W literaturze przedmiotu
opisano wiele interesujących badań dotyczących egotyzmu atrybucyjnego
(self-serving bias) - naszej skłonności do
przypisywania sobie zasług za własne sukcesy i do uchylania się od
odpowiedzialności za porażki. Ten błąd poznawczy jest zdumiewająco
powszechny we wszystkich ludzkich społecznościach, chociaż istnieją
pewne różnice między kulturami, grupami wiekowymi i przedstawicielami
różnych płci. Zob. Mezulis i in., 2004.
[32] Tetlock, 2005. W psychologii
klinicznej sytuacja przedstawia się bardzo podobnie - w literaturze
opisano wiele badań naukowych, które dowodzą, że miary behawioralne
i statystyczne oraz inne obiektywne metody oceny zachowania są bardziej
trafne niż kliniczne oceny ekspertów oraz formułowane przez nich
diagnozy i rokowania. Zob. Dawes, Faust i Meehl, 1989; Grove i Meehl,
1996.
[33] Aronson
i Carlsmith, 1962. Zob. też Swann, 1990; Swann, Hixon i de la Ronde,
1992.
[34] To nie są tylko
spekulacje. W klasycznym eksperymencie przeprowadzonym pół wieku temu
psycholog społeczny Judson Mills zbadał postawy szóstoklasistów wobec
ściągania. Następnie uczniowie uczestniczyli w egzaminie konkursowym,
którego zwycięzcy mieli otrzymać nagrody. Badacz zaaranżował
sytuację w taki sposób, że niemal nie sposób było wygrać bez
ściągania, i stworzył dzieciom dogodne warunki do popełnienia
tego wykroczenia (uczniowie sądzili, że nikt ich nie widzi, lecz
w rzeczywistości badacz potajemnie ich obserwował). Mniej więcej połowa
dzieci ściągała, a pozostałe oparły się pokusie. Nazajutrz Mills
raz jeszcze zapytał dzieci o ich stosunek do ściągania oraz do innych
wykroczeń. Dzieci, które poprzedniego dnia oszukiwały, stały się
bardziej pobłażliwe, natomiast uczniowie, którzy nie ulegli pokusie,
ujawnili bardziej negatywne postawy wobec tej praktyki. Zob. Mills,
1958.
[35] Komisja do Spraw Badania
Działalności Antyamerykańskiej (House Un-American
Activities Committee - HUAC) - jedna z komisji powołanych
w Stanach Zjednoczonych w latach pięćdziesiątych XX wieku w ramach
zainicjowanej przez senatora McCarthy'ego kampanii oskarżeń (zwykle
fałszywych) o działalność komunistyczną, która dotknęła wiele
osób z kręgów władzy i show-biznesu (przyp. tłum.).
[36] Magruder, 1974. Zachęcające słowa Haldemana - s. 4; historia z wózkiem golfowym - s. 7.
[37] Magruder, 1974. Pierwsza
propozycja Liddy'ego (ta z "brygadami ulicznymi") - s. 194
(prostytutki powinny być "wysokiej klasy", jak zapewniał grupę
Liddy, "tylko najlepsze" - s. 195); "Gdyby Liddy na samym
początku przyszedł do nas i powiedział (...)" - s. 214; "Decyzje,
które dzisiaj wydają się szalone (...)" oraz "Przekroczyliśmy
granicę, poza którą nie poprzestaje się na półśrodkach" -
s. 215.
[38] Całkowita liczba
osób badanych została oszacowana przez psychologa Thomasa Blassa,
który opublikował wiele artykułów poświęconych oryginalnemu
eksperymentowi Milgrama i jego późniejszym wersjom. W eksperymentach
samego Milgrama uczestniczyło około ośmiuset osób; pozostałe brały
udział w późniejszych replikacjach i wariantach pierwotnego paradygmatu
(na przestrzeni ponad dwudziestu pięciu lat).
[39] Opis oryginalnego badania
znaleźć można w: Milgram, 1963. Milgram omówił swój eksperyment
bardziej szczegółowo, wraz z wynikami dodatkowych badań -
między innymi licznych replikacji - w swojej późniejszej
(1974/2008) książce zatytułowanej Posłuszeństwo wobec
autorytetu.