Blady przestępca - Philip Kerr

Reflow text when sidebars are open.
piątek, 26 sierpnia
Jak jakaś jebana kukułka.
- Co? - spytałem.
Bruno Stahlecker podniósł wzrok znad gazety.
- Jak to co, Hitler!
Poczułem, że wszystko mi opada: oto mój wspólnik zaraz wygłosi kolejną kwiecistą kwestię w sprawie nazistów.
- No tak, jasne - przytaknąłem energicznie, z nadzieją, że okazując pełne zrozumienie, powstrzymam go od szczegółowych komentarzy. Nic z tego.
- Ledwie zdołał wypchnąć austriackie pisklę z gniazda Europy, a już zabiera się do Czechosłowacji. - Trzepnął grzbietem dłoni w gazetę. - Widziałeś to, Bernie? Ruchy wojsk niemieckich na granicy Kraju Sudeckiego.
- Tak, domyśliłem się o czym mówisz. - Wziąłem poranną pocztę i usiadłem, żeby ją przejrzeć. Znalazłem kilka czeków, co trochę złagodziło moją złość na Brunona. Trudno w to uwierzyć, ale najwyraźniej już zdążył się napić. Bruno, który normalnie wypowiada się nieledwie monosylabami (co mi bardzo odpowiada, bo sam należę do mruków), po wódzie robi się gadatliwy jak włoski kelner.
- Najdziwniejsze, że przybrani rodzice nic nie widzą. Kukułka pozbywa się kolejnych pisklaków, a oni wciąż ją karmią.
- Może mają nadzieję, że wreszcie się zamknie i sobie pójdzie - odparłem kąśliwie, lecz futerko Brunona było za grube, by to doń dotarło. Rzuciłem okiem na jeden z listów i przeczytałem go ponownie, tym razem uważniej.
- Po prostu nie chcą nic widzieć. Coś przyszło?
- Hm? Aa, tak, jakieś czeki.
- Szczęsny to dzień, gdy przychodzą czeki. Coś jeszcze?
- List. Z tych anonimowych. Ktoś chce się ze mną spotkać o północy w Reichstagu.
- Pisze po co?
- Twierdzi, że ma informacje o jednej z moich spraw. Pewna osoba zaginęła i pozostaje zaginiona.
- Jasne. Pamiętam je wszystkie, tak jak pamiętam, że pies ma ogon. A to dopiero dziwo. Pójdziesz?
Wzruszyłem ramionami.
- Ostatnio marnie sypiam, więc czemu nie?
- To znaczy, nie licząc faktu, że to wypalona ruina i wejście do środka grozi śmiercią? Hm, po pierwsze, to może być pułapka. Niewykluczone, że ktoś zamierza cię zabić.
- A może ty to przysłałeś?
Zaśmiał się nerwowo.
- Chyba powinienem pójść z tobą. Spróbuję być niewidoczny, lecz w zasięgu głosu.
- Albo strzału? - Pokręciłem głową. - Kiedy ktoś chce kogoś zabić, to nie zaprasza go w miejsce, gdzie ten z natury rzeczy będzie się miał na baczności.
Otworzyłem szufladę biurka.
Z wyglądu mauzer i walther niewiele się różnią, lecz wziąłem mauzera. Kąt chwytu i sposób, w jaki pistolet układa się w dłoni, sprawiają, że jest solidniejszy od trochę mniejszego walthera; nic mu również nie brakuje, jeśli chodzi o siłę rażenia. Wsunięty do kieszeni jak tłusty czek zawsze dawał mi poczucie spokojnej pewności siebie. Machnąłem lufą w stronę Brunona.
- Człowiek, który zaprosił mnie na przyjęcie, będzie wiedział, że mam przy sobie zapalniczkę.
- A jeśli będzie ich więcej?
- Bruno, psiakrew, nie taki diabeł straszny! Wiem, czym to grozi, ale taką mamy pracę. Dziennikarze dostają depesze, żołnierze rozkazy, a prywatni detektywi anonimy. Gdybym chciał mieć na listach woskowe pieczęcie, tobym, kurwa, został prawnikiem.
Bruno kiwnął głową, poprawił opaskę na oku i zirytowany zajął się swoją fajką - symbolem klęski naszej spółki. Nienawidzę akcesoriów fajczarza: tych wszystkich kapciuchów, wyciorów, szpikulców i specjalnych zapalniczek. Fajczarze to arcymistrzowie sztuki gmerania i grzebania, plaga naszej planety, równie nieznośna jak misjonarze, przybywający na Tahiti z kufrem biustonoszy. Nie miałem pretensji do Brunona - pomimo pijaństwa i irytujących nawyków wciąż był to ten sam dobry detektyw, którego ocaliłem od zapomnienia na zabitym dechami posterunku Kripo w Spreewald. Nie, problem tkwił we mnie, odkryłem bowiem, że z natury i temperamentu nie nadaję się na niczyjego wspólnika, tak samo jak nie nadaję się na prezesa Deutsche Banku.
Ale patrząc na niego, zacząłem się czuć winny.
- Pamiętasz, jak mówiliśmy na wojnie? "Jeśli jest na nim twoje nazwisko i adres, to na pewno zostanie doręczony".
- Pamiętam - powiedział, zapalając fajkę i wracając do "Völkischer Beobachter". Zdeprymowany patrzyłem, jak czyta.
- Prędzej doczekasz się herolda miejskiego, niż dowiesz się czegoś z tej szmaty.
- To prawda. Ale lubię rano poczytać gazetę, nawet jeśli jest to kupa gówna. Weszło mi to w nawyk. - Obaj milczeliśmy przez chwilę. - O, kolejne ogłoszenie: "Rolf Vogelmann, prywatny detektyw, specjalność: osoby zaginione".
- Nigdy o nim nie słyszałem.
- Ależ tak. W zeszły piątek w ogłoszeniach drobnych. Czytałem ci, nie pamiętasz? - Wyjął fajkę z ust i wycelował we mnie ustnik. - Wiesz, Bernie, może i my powinniśmy się reklamować?
- Po co? Mamy więcej spraw, niż możemy obsłużyć. Interes kręci się jak nigdy dotąd, po co nam dodatkowe koszty? Poza tym, w tej branży liczy się opinia, a nie skrawek szpalty w partyjnej gazecie. Ten Rolf Vogelmann najwyraźniej nie ma pojęcia, co robi. Pomyśl, ile spraw dostajemy od Żydów. Żaden nasz klient nie czyta tego szajsu.
- No, Bernie, skoro sądzisz, że to niepotrzebne...
- Jak trzeci sutek.
- Kiedyś niektórzy ludzie uważali, że to szczęśliwy znak.
- A zdaniem innych był to dostateczny powód, by spalić kogoś na stosie.
- Diabelskie znamię, co? - Zaśmiał się. - Hej, może Hitler takie ma?
- Z pewnością, tak jak Goebbels ma diabelskie kopyto. Wszyscy oni razem są z piekła rodem. I każdy, psiakrew, z osobna.
Szedłem ku ruinom Reichstagu przy wtórze własnych kroków, które donośnych echem rozbrzmiewały na wyludnionym Königsplatz. Moją obecność mógł zakwestionować jedynie Bismarck z szablą w dłoni, patrzący na mnie z cokołu przed zachodnim wejściem. Ale pewnie by tego nie zrobił; przypomniałem sobie, że kanclerz nie należał do wielkich entuzjastów niemieckiego parlamentu i jego noga nigdy tu nie postała, wątpiłem zatem, czy byłby szczególnie skłonny bronić instytucji, do której jego pomnik, być może znacząco, stał odwrócony plecami. Zresztą w tym dość przeładowanym gmachu w renesansowym stylu niewiele rzeczy zasługiwało teraz na obronę. Reichstag, z czarną od dymu fasadą, wyglądał jak wulkan, który ostatnią, najbardziej widowiskową erupcję ma już za sobą. Jego pożar był czymś więcej niż tylko całopalną ofiarą republiki utworzonej w 1918 roku: stanowił również najdobitniejszy przykład piromancji - wróżby, przepowiadającej Niemcom przyszłość, jaką Hitler ze swoim trzecim sutkiem chciał nam zafundować.
Kierowałem się do Portalu V, północnej bramy przeznaczonej dla publiczności, którędy przechodziłem tylko raz, razem z matką, ponad trzydzieści lat temu.
Latarkę zostawiłem w kieszeni marynarki. Człowiek, który w nocy trzyma w ręku zapaloną latarkę, byłby wyraźniejszym celem chyba tylko z namalowaną na piersi kolorową tarczą. A poza tym, księżyc świecący przez zrujnowany dach dość dobrze oświetlał mi drogę. Niemniej, w północnym westybulu, prowadzącym do niegdysiejszej poczekalni, ze szczękiem odwiodłem i zwolniłem zamek mauzera, dając w ten sposób znać człowiekowi, który na mnie czekał, że jestem uzbrojony. W niesamowitej, pełnej ech ciszy dźwięk ten zabrzmiał głośniej niż szarża pruskiej kawalerii.
- Nie będzie ci to potrzebne - odezwał się głos z galerii nade mną.
- Mimo to zatrzymam go przez chwilę. Mogą tu być szczury.
Mężczyzna zaśmiał się drwiąco.
- Szczury już dawno opuściły to miejsce. - Na twarz padł mi promień latarki. - Chodź na górę, Günther.
- Wydaje mi się, że powinienem rozpoznać twój głos - powiedziałem, wchodząc na schody.
- Mnie też się tak wydaje. Czasem rozpoznaję własny głos, chociaż nie znam już człowieka, który go używa. Nie ma w tym nic niezwykłego, prawda? Nie w dzisiejszych czasach.
Wyjąłem latarkę i oświetliłem mężczyznę, który teraz oddalał się ode mnie w stronę sąsiedniego pomieszczenia.
- Słucham cię z ciekawością. Szkoda, że nie mówiłeś takich rzeczy na Prinz Albrecht Strasse.
Znów się roześmiał.
- A więc jednak mnie poznajesz.
Dogoniłem go przy ogromnym marmurowym posągu cesarza Wilhelma I, zajmującym środek wielkiej ośmiokątnej sali, i wreszcie dostrzegłem w mroku jego rysy. Miały w sobie coś kosmopolitycznego, chociaż mówił z berlińskim akcentem. Niektórzy mogliby wręcz uznać, że wygląda na Żyda, naturalnie, gdyby sądzić po wielkości nosa. Wznosił się on nad jego twarzą niczym gnomon zegara słonecznego, ciągnąc do góry wargę, wygiętą w szyderczym uśmieszku. Miał krótko obcięte siwiejące blond włosy, co podkreślało jeszcze wysokość czoła. Była to chytra, przebiegła twarz, i świetnie do niego pasowała.
- Zdziwiony? - zapytał.
- Że komendant berlińskiej policji kryminalnej przysłał mi anonim? Skądże, wciąż mi się to zdarza.
- Przyszedłbyś, gdybym się podpisał?
- Pewnie nie.
- A gdybym ci zaproponował, żebyś przyszedł nie tutaj, ale na Prinz Albrecht Strasse? Przyznaj, że byłbyś ciekawy.
- Od kiedy to Kripo cokolwiek ludziom "proponuje", żeby ich ściągnąć do Komendy Głównej?
- Niby racja. - Arthur Nebe uśmiechnął się szerzej i wyjął z kieszeni piersiówkę. - Napijesz się?
- Dzięki, czemu nie. - Pociągnąłem łyk czystej żytniówki, tak życzliwie zaoferowanej przez Reichskriminaldirektora, po czym wyjąłem papierosy. Przypaliłem nam obu i na kilka sekund uniosłem zapałkę.
- Niełatwo podpalić takie miejsce - powiedziałem. - Jeden człowiek, w pojedynkę. Koleś musiał nieźle się uwijać. Na mój rozum Van der Lubbe musiał rozpalać ten ogieniek przez całą noc. - Zaciągnąłem się papierosem i dodałem: - Krążą wieści, że maczał w tym palce Gruby Hermann. To znaczy, trzymał w tych palcach płonącą żagiew.
- Jestem wstrząśnięty, wstrząśnięty! To skandaliczne, podejrzewać naszego ukochanego premiera o takie rzeczy! - Ale Nebe śmiał się, mówiąc te słowa. - Biedny Hermann nieoficjalnie uznany winnym, coś podobnego! Och, owszem, przystał na podpalenie, ale to nie on stał za tą zabawą.
- A więc kto?
- Kulawy Józek. Ten biedny holenderski skurwiel. To mu dopiero się trafiło, jak ślepej kurze ziarno! Van der Lubbe miał pecha, że postanowił podpalić ten lokal akurat tego dnia, co chłopcy Goebbelsa. Józek jakby dostał prezent na urodziny, zwłaszcza kiedy Lubbe okazał się bolszewikiem. Zapomniał tylko, że zatrzymanie sprawcy oznacza proces, a ten z kolei pociąga za sobą irytującą konieczność przedstawienia dowodów. A oczywiście nawet dla skończonego kretyna od początku było jasne, że Lubbe nie mógł działać samodzielnie.
- To czemu ten Lubbe nic nie powiedział na rozprawie?
- Napakowali go jakimś świństwem, żeby był cicho, postraszyli, że zrobią coś rodzinie. Wiesz, jak to jest. - Nebe okrążył olbrzymi, pogięty żyrandol z brązu, leżący na brudnej marmurowej posadzce. - Chodź tutaj, coś ci pokażę.
Poprowadził mnie do wielkiej sali posiedzeń, gdzie Niemcy po raz ostatni oglądały jakiś pozór demokracji. Wysoko nad nami wznosił się szkielet tego, co ongiś było szklaną kopułą Reichstagu. Całe szkło wyleciało w powietrze i miedziane dźwigary na tle księżyca przypominały sieć gigantycznego pająka. Nebe wskazał latarką na osmalone, spękane belki wokół sali.
- Mocno ucierpiały w czasie pożaru, ale te półpostacie, podtrzymujące belki: widzisz, że niektóre z nich podpierają litery alfabetu?
- Ledwie, ledwie.
- No tak, niektórych nie da się już odczytać. Ale jeśli przyjrzysz się dokładniej, to może zobaczysz, że wciąż układają się w dewizę.
- Nic nie zobaczę o pierwszej w nocy.
Nebe zignorował moje słowa.
- Napis mówi: Erst das Vaterland, dann die Partei, Najpierw Ojczyzna, potem Partia. - Niemal nabożnie powtórzył hasło, po czym spojrzał na mnie znacząco.
Westchnąłem i pokręciłem głową.
- To naprawdę szczyt wszystkiego! Ty? Arthur Nebe? Reichskriminaldirektor? Beefsteak-Nazi? Na zewnątrz brunatny, w środku czerwony? A niech mnie!
- Na zewnątrz brunatny, owszem - odparł. - W środku nie wiem, jaki mam kolor, ale na pewno nie czerwony. Żaden ze mnie bolszewik. Ale brunatny też nie jestem. Przestałem być nazistą.
- Kurwa, w takim razie niezły z ciebie aktor.
- Teraz tak. Muszę grać, żeby przeżyć. Rzecz jasna, nie zawsze tak było. Policja to moje życie, Günther, ja to kocham. Kiedy zobaczyłem, jak ją zżera liberalizm epoki weimarskiej, pomyślałem, że narodowy socjalizm przywróci jakiś szacunek dla prawa i porządku w tym kraju. Ale jest gorzej niż kiedykolwiek. Pomogłem wyrwać gestapo spod władzy Dielsa tylko po to, by zastąpili go Himmler i Heydrich, i...
- ...i wtedy naprawdę trafiłeś z deszczu pod rynnę. Wszystko jasne.
- Zbliża się chwila, gdy każdy będzie musiał się określić. W Niemczech, które zaplanowali dla nas Himmler i Heydrich, nie ma miejsca na agnostycyzm. Trzeba będzie bronić swoich przekonań albo ponieść konsekwencje. Kiedy nadejdzie właściwa pora, będą nam potrzebni tacy ludzie jak ty. Funkcjonariusze, którym można zaufać. Dlatego poprosiłem cię o spotkanie... chcę cię przekonać, żebyś wrócił.
- Ja? Mam wrócić do Kripo? Arthur, chyba żartujesz! Posłuchaj, zbudowałem sobie niezły interes i całkiem dobrze zarabiam. I miałbym to wszystko rzucić dla przyjemności służby w policji? Znowu? A po co?
- Może nie będziesz miał wiele do gadania w tej kwestii. Heydrich uważa, że byłbyś dla niego użyteczny w Kripo.
- Rozumiem. Jakiś konkretny powód?
- Jest taka sprawa, którą chce, żebyś się zajął. Z pewnością nie muszę ci mówić, że dla Heydricha faszyzm to rzecz bardzo osobista. I zazwyczaj osiąga to, czego chce.
- O co chodzi konkretnie?
- Nie wiem, jakie Heydrich ma zamiary; on mi się nie zwierza. Chciałem cię tylko uprzedzić, żebyś był przygotowany i nie palnął jakiegoś głupstwa, na przykład, żebyś nie posłał go do diabła, co mógłbyś zrobić w pierwszym odruchu. Obaj bardzo cenimy twoje zdolności śledcze. I w dodatku ja też chciałbym mieć w Kripo kogoś zaufanego.
- No, no, to się nazywa popularność.
- Pomyśl o tym.
- Nie wiem, jak mógłbym tego uniknąć. Z pewnością to jakaś odmiana po rozwiązywaniu krzyżówek. Tak czy inaczej, dzięki za ostrzeżenie, Arthur. Jestem ci bardzo wdzięczny. - Nerwowo otarłem suche wargi. - Masz jeszcze trochę tej lemoniadki? Potrzebuję się napić. Nie codziennie słyszy się takie dobre wieści.
Nebe wręczył mi piersiówkę, do której przyssałem się jak niemowlę do cycka. Była mniej przyjemna w dotyku, ale prawie tak samo podnosząca na duchu.
- W liściku wspomniałeś, że masz informacje o jakiejś starej sprawie. A może chciałeś mnie tylko znęcić, jak pedofil wabi dziecko na szczeniaczka?
- Jakiś czas temu poszukiwałeś pewnej kobiety. Dziennikarki.
- Faktycznie, to było jakiś czas temu. Prawie dwa lata. Nie znalazłem jej. Zawiodłem, to mi się często zdarza. Może powinieneś powiedzieć o tym Heydrichowi. To mogłoby go przekonać, żeby mi odpuścił.
- Chcesz się czegoś dowiedzieć czy nie?
- Nie każ mi się wdzięczyć, Arthur.
- Niewiele tego, ale proszę bardzo. Jakieś dwa miesiące temu właścicielka domu, w którym mieszkała twoja klientka, postanowiła wyremontować kilka mieszkań, w tym i jej lokal.
- Co za szlachetność.
- W toalecie znalazła ukryte za kafelkiem przybory narkomanki. Wszystko, czego trzeba do uprawiania nałogu, z wyjątkiem samych narkotyków: strzykawki, igły, cały komplet. Otóż po zniknięciu twojej klientki następnym lokatorem mieszkania został ksiądz, więc mało prawdopodobne, że to jego rzeczy, czyż nie? A jeśli ta pani była morfinistką, to wiele wyjaśnia, nie sądzisz? To znaczy, nigdy nie przewidzisz, co taki ćpun zrobi.
Pokręciłem głową.
- To nie ten typ. Przecież coś bym zauważył, prawda?
- Niekoniecznie. Nie, gdyby próbowała je odstawić. Nie, gdyby miała silny charakter. No cóż, taki dostaliśmy meldunek i uznałem, że zechcesz o tym wiedzieć. Żeby móc zamknąć akta sprawy. Skoro ukrywała przed tobą coś takiego, to nie wiadomo, co jeszcze mogła zataić.
- Wszystko w porządku, Arthur. Dokładnie obejrzałem sobie jej sutki.
Nebe zachichotał nerwowo, niepewny, czy aby nie opowiadam mu sprośnego kawału.
- Niezłe były?
- Miała tylko dwie, Arthur. Ale za to piękne.
poniedziałek, 20 sierpnia
W innym mieście każdy dom na Herbertstrasse byłby otoczony kilkoma hektarami trawnika i gęstwą kwitnących krzewów. Ale tutaj, w Berlinie, budynki ciasno upchnięte na parcelach nie zostawiały wiele miejsca na trawę czy bruk, a niektóre z nich dzieliła od chodnika zaledwie głębokość bramy wejściowej. Architektonicznie stanowiły mieszaninę stylów, od palladiańskiego po neogotycki i wilhelmiński, czasem o niezwykle regionalnych cechach. Herbertstrasse jako całość przypominała zgromadzenie starych feldmarszałków i admirałów, ubranych w galowe mundury, których zmuszono do siedzenia na maleńkich, niewygodnych stołkach polowych.
Dom, do którego zostałem wezwany, przypominał wielki tort weselny i właściwie powinien się znajdować na plantacji w stanie Missisipi. Wrażenie było tym silniejsze, że drzwi otworzyła mi czarna służąca gruba jak beczka. Pokazałem jej legitymację i wyjaśniłem, że jestem oczekiwany. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w dokument z podejrzliwością samego Himmlera:
- Frau Lange nic nie mówiła.
- Pewnie zapomniała - powiedziałem. - Proszę posłuchać, nie minęło jeszcze pół godziny, jak zadzwoniła do mojego biura.
- No dobra - zgodziła się niechętnie. - Niech wejdzie.
Zaprowadziła mnie do salonu, który mógłby uchodzić za elegancki, gdyby nie spora, częściowo ogryziona psia kość, leżąca na środku dywanu.
- Niech niczego nie rusza - zarządziła czarna beczka. - Powiem, że przyszedł. - I wytoczyła się w poszukiwaniu swej pani, mamrocząc i stękając, jakbym wyciągnął ją z wanny.
Usiadłem na mahoniowej kanapie z poręczami rzeźbionymi w delfiny. Obok stał podręczny stolik w podobnym stylu, o blacie wspartym na delfinich ogonach. Delfiny jako element komiczny stanowiły ulubiony motyw niemieckich stolarzy artystycznych, choć moim zdaniem więcej poczucia humoru dałoby się znaleźć na znaczku za trzy fenigi. Po około pięciu minutach oczekiwania beczka znów się przyturlała i oznajmiła, że Frau Lange mnie przyjmie.
Ruszyliśmy długim, ponurym korytarzem, zamieszkanym przez liczne wypchane ryby, wśród których zauważyłem pięknego łososia. Przystanąłem.
- Ładna ryba - powiedziałem z podziwem. - Ktoś w domu był rybakiem?
Odwróciła się zniecierpliwiona.
- Nie ma rybaka - rzuciła. - Tylko ryby. Co za dom, same ryby, psy i koty. Koty najgorsze. Ryby przynajmniej nieżywe. Psów i kotów nie można odkurzyć.
Niemal odruchowo przeciągnąłem palcem po gablocie łososia. Niewiele wskazywało na to, że odbywało się tu jakieś odkurzanie; co więcej, nawet podczas swego względnie krótkiego pobytu w domostwie Lange zdołałem dostrzec, że dywany czyści się tu rzadko, jeśli w ogóle. Po błocie okopów odrobina kurzu i garść okruchów na podłodze nieszczególnie mnie razi. Niemniej w najgorszych slumsach Neukölln i Weddingu widywałem lepiej utrzymane domy.
Beczka otworzyła szklane drzwi i odsunęła się na bok. Wszedłem do zagraconego pokoju, który najwyraźniej częściowo pełnił funkcję biura, i drzwi zamknęły się za mną.
Frau Lange była dużą, mięsistą kobietą w typie orchidei. Jej brzoskwiniowa twarz i ramiona tonęły w fałdach tłuszczu, nadających jej wygląd głupiego pieska, z takich, jakie się hoduje po to, aby ich sierść stała się o kilka rozmiarów za duża. Sama przypominała bezkształtnego sharpei, a jej głupi piesek był jeszcze bardziej rozlany niż ona.
- To miło, że zechciał pan wpaść i zobaczyć się ze mną bez uprzedzenia - powiedziała.
Wydałem kilka ugrzecznionych pomruków; w końcu dysponowała siłą przebicia, którą zyskuje się, jedynie mieszkając pod ekskluzywnym adresem, takim jak Herbertstrasse.
Frau Lange usiadła na zielonym szezlongu, a psa i jego futro rozpostarła na rozłożystym podołku niczym robótkę na drutach, której nie zamierzała przerywać, przedstawiając mi swój problem. Na oko przekroczyła już pięćdziesiątkę, co naturalnie nie miało żadnego znaczenia. Kiedy kobieta kończy pięćdziesiąt lat, jej wiek przestaje interesować kogokolwiek prócz niej samej. Z mężczyzną sprawy mają się dokładnie odwrotnie.
Wyjęła papierośnicę i poczęstowała mnie, zastrzegając:
- To mentolowe.
Wziąłem chyba z ciekawości, ale po pierwszym sztachu aż się wzdrygnąłem; po prostu zapomniałem, jak ohydnie smakuje mentolowy papieros. Widząc moją jawną odrazę, Frau Lange zachichotała.
- Och, na litość boską, niechże pan go zgasi. Smakują okropnie. Nie mam pojęcia, dlaczego je palę, naprawdę. Proszę zapalić własnego, bo inaczej nigdy się pan nie skupi.
- Dziękuję - rzekłem, gasząc papierosa w popielniczce wielkości dekla. - Chyba tak zrobię.
- A skoro o tym mowa, proszę nalać drinka nam obojgu. Nie wiem jak panu, ale mnie alkohol z pewnością się przyda.
Wskazała mi wielką biedermeierowską sekreterę, której górna część, ozdobiona jońskimi kolumienkami z brązu, była miniaturą starożytnej greckiej świątyni.
- W tym meblu schowana jest butelka dżinu - powiedziała. - Niestety, mogę panu do niego zaproponować tylko sok z limonki. Nie piję nic innego.
Jak dla mnie było trochę za wcześnie, ale posłusznie zmieszałem drinki. Spodobało mi się, że klientka robi, co może, bym poczuł się swobodnie. To podobno jedna z moich własnych umiejętności zawodowych, lecz w odróżnieniu ode mnie, Frau Lange nie denerwowała się ani trochę; wyglądała na damę, której pod względem umiejętności zawodowych nic nie brakuje. Wręczyłem jej drinka i usiadłem na trzeszczącym skórzanym fotelu obok szezlongu.
- Jest pan człowiekiem spostrzegawczym, Herr Günther?
- Widzę, co się dzieje w Niemczech, jeśli pani o to pyta.
- Niezupełnie, ale i tak miło mi to słyszeć. Nie, pytam o to, czy pan potrafi dostrzec to i owo.
- Ależ Frau Lange, nie ma potrzeby, żeby skradała się pani jak kot do miski z mlekiem. Niech pani podejdzie i śmiało pije. - Odczekałem chwilę, lecz widząc, że się speszyła, dodałem: - Proszę bardzo, wyręczę panią. Pyta pani, czy jestem dobrym detektywem.
- Obawiam się, że niewiele wiem o tych sprawach.
- Nie ma powodu, żeby pani wiedziała.
- Ale jeśli mam powierzyć panu tajemnicę, to chyba powinnam mieć jakieś pojęcie o pańskich kwalifikacjach.
Uśmiechnąłem się.
- Pani rozumie, że w takiej branży jak moja nie da się przedstawić referencji od zadowolonych klientów. Poufność jest dla nich równie ważna jak tajemnica spowiedzi. Może nawet ważniejsza.
- Ale skąd w takim razie mam wiedzieć, że zapewniam sobie usługi kogoś, kto dobrze wykonuje swój zawód?
- Frau Lange, ja wykonuję swój zawód bardzo dobrze. Mam ugruntowaną reputację. Kilka miesięcy temu ktoś nawet złożył ofertę kupienia mojej firmy. Całkiem dobrą ofertę, jeśli chce pani wiedzieć.
- Czemu pan jej nie sprzedał?
- Po pierwsze, firma nie jest na sprzedaż. Po drugie, byłbym równie złym pracownikiem, jak pracodawcą. Niemniej, pochlebia mi, że do tego doszło. Naturalnie, to nie ma nic do rzeczy. Ludzie, pragnący skorzystać z usług prywatnego detektywa, na ogół nie muszą kupować całej firmy; zwykle proszą swego adwokata, żeby im kogoś znalazł. Przekona się pani, że moje usługi poleca wiele kancelarii prawniczych, również takich, w których mój akcent i maniery nie budzą entuzjazmu.
- Pan wybaczy, Herr Günther, ale moim zdaniem zawód prawnika jest mocno przeceniany.
- O to nie będę się z panią spierać. Jeszcze nie spotkałem prawnika, który nie byłby w stanie okraść swojej matki z oszczędności, a nawet odebrać jej materaca, pod którym je ukryła.
- Przekonałam się, że w większości spraw zawodowych lepiej polegać na własnej ocenie.
- A jaki właściwie jest pani zawód?
- Jestem właścicielką i dyrektorką firmy wydawniczej.
- Wydawnictwo Lange?
- Herr Günther, powiedziałam już, że polegając na własnej ocenie, nieczęsto się mylę. W działalności wydawniczej gust jest wszystkim; żeby ocenić, co się sprzeda, trzeba coś wiedzieć o gustach ludzi, którym się to sprzedaje. Otóż jestem w każdym calu berlinką i sądzę, że znam to miasto i jego mieszkańców lepiej niż ktokolwiek inny. Wracając zatem do mego pierwotnego pytania o pańską spostrzegawczość, niech mi pan powie: gdybym była w Berlinie kimś obcym, to jak opisałby mi pan mieszkańców naszego miasta?
- Hm, co to znaczy berlińczyk? - Uśmiechnąłem się. - Dobre pytanie. Żaden klient nie kazał mi dotąd skakać przez kółka, żeby sprawdzić, czy jestem mądrym pieskiem. Wie pani, zwykle nie wykonuję sztuczek, ale dla pani zrobię wyjątek. Berlińczycy lubią, kiedy się robi dla nich wyjątki. Więc mam nadzieję, że pani uważnie słucha, bo mój występ właśnie się zaczyna. Tak jest, berlińczycy lubią się czuć wyjątkowi, choć równocześnie bardzo dbają o pozory. Na ogół wyglądają podobnie: szalik, kapelusz oraz buty, w których można by iść do Szanghaju i nie nabawić się odcisków. Tak się składa, że berlińczycy lubią chodzić, toteż wielu z nich ma psy: złe dla mężczyzn, milusie dla całej reszty. Mężczyźni przyczesują włosy częściej niż kobiety i hodują wąsy, w których można polować na dzikie świnie. Turyści myślą, że mężczyźni w Berlinie lubią przebierać się za kobiety, ale to tylko brzydkie kobiety robią mężczyznom złą opinię. Chociaż ostatnio nie ma zbyt wielu turystów. Przez ten narodowy socjalizm turysta to widok rzadszy niż Fred Astaire w oficerkach. Ludzie w tym mieście dodają śmietanki do wszystkiego, łącznie z piwem, ale picie piwa traktują bardzo poważnie. Kobiety, podobnie jak mężczyźni, wolą piwo z dziesięciominutową pianą i nie przeszkadza im, że same za nie płacą. Prawie wszyscy kierowcy jeżdżą za szybko, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby przejechać na czerwonym świetle. Mają zniszczone płuca, bo powietrze jest brudne, oraz dlatego, że za dużo palą. Ich dowcipy wydają się okrutne, kiedy się ich nie rozumie, i jeszcze okrutniejsze, kiedy wreszcie się je pojmie. Za ciężkie pieniądze kupują kredensy masywne jak bunkry w stylu biedermeier, a potem wieszają w oszklonych drzwiczkach firaneczki, żeby ukryć, co jest w środku. Są typową, specyficzną mieszaniną ostentacji i prywatności. Jak mi idzie?
Frau Lange skinęła głową.
- Nieźle pan sobie radzi, jeśli nie liczyć uwagi o brzydkich berlinkach.
- To nie jest istotne.
- I tu pan się myli. Proszę się tylko nie wycofywać, bo przestanę pana lubić. To jest jak najbardziej istotne. Za chwilę zobaczy pan, dlaczego. Jakie ma pan stawki?
- Siedemdziesiąt marek dziennie plus wydatki.
- A jakież to wydatki?
- Trudno powiedzieć. Przejazdy. Łapówki. Cokolwiek, z czego można wycisnąć informację. Dostarczę pani pokwitowania na wszystko, z wyjątkiem łapówek. Obawiam się, że w kwestii tych ostatnich musi mi pani wierzyć na słowo.
- Cóż, miejmy nadzieję, że potrafi pan ocenić, za co warto płacić.
- Nie miewam reklamacji.
- Przypuszczalnie chce pan zaliczkę. - Wręczyła mi kopertę. - Znajdzie pan tutaj tysiąc marek w gotówce. Czy to pana satysfakcjonuje? - Przytaknąłem. - Oczywiście poproszę o pokwitowanie.
- Oczywiście - odrzekłem i podpisałem przygotowany przez nią świstek. Bardzo rzeczowa osoba, pomyślałem. Tak, niewątpliwie kobieta godna uwagi.
- Na marginesie, jak to się stało, że pani na mnie trafiła? Chyba nie pytała pani adwokata, a ja - dodałem z namysłem - oczywiście się nie ogłaszam.
Frau Lange wstała i podeszła do biurka, wciąż trzymając psa w objęciach.
- Miałam pańską wizytówkę - powiedziała, podając mi kartonik. - A przynajmniej mój syn ją miał. Wyjęłam ją ponad rok temu z kieszeni jego starego garnituru, który chciałam oddać na Pomoc Zimową. - Miała na myśli akcję dobroczynną, organizowaną przez Front Pracy, DAF. - Zatrzymałam ją, bo chciałam mu ją zwrócić. Lecz kiedy o niej wspomniałam, kazał mi ją wyrzucić. Ale nie wyrzuciłam. Pewnie sądziłam, że na jakimś etapie może się przydać. No i nie myliłam się, prawda?
Była to stara firmowa wizytówka, pochodząca z czasów, kiedy nie byłem jeszcze w spółce z Brunonem Stahleckerem. Na odwrocie widniał nawet mój dawny domowy numer telefonu.
- Ciekawe, skąd ją miał - mruknąłem.
- Wydaje mi się, że powiedział, że od doktora Kindermanna.
- Kindermanna?
- Zaraz do tego dojdziemy, jeśli pan pozwoli.
Wyciągnąłem z portfela nową wizytówkę.
- To nie jest takie ważne, ale mam teraz wspólnika, więc lepiej dam pani nową.
Wręczyłem jej wizytówkę, którą odłożyła na biurko przy telefonie. Następnie usiadła i jakby przekręcając w głowie wyłącznik, przybrała poważny wyraz twarzy.
- A teraz chyba powinnam już panu powiedzieć, po co pana wezwałam - rzekła z ponurą miną. - Chcę, żeby pan się dowiedział, kto mnie szantażuje. - Urwała i nerwowo poprawiła się na szezlongu. - Przepraszam, to nie jest dla mnie łatwe.
- Proszę się nie spieszyć. Szantaż każdego wytrąca z równowagi.
Kiwnęła głową i pociągnęła łyk dżinu.
- No więc trochę ponad miesiąc temu otrzymałam kopertę, zawierającą dwa listy, napisane przez mojego syna do pewnego mężczyzny. Do doktora Kindermanna. Oczywiście rozpoznałam pismo syna i chociaż ich nie czytałam, zorientowałam się, że mają intymny charakter. Mój syn jest homoseksualistą, Herr Günther. Wiem o tym od jakiegoś czasu, więc wstrząs nie był dla mnie taki straszny, choć z załączonego liściku wywnioskowałam, że ten zły człowiek zapewne na to liczył. Pisał również, że jest w posiadaniu kilku innych podobnych listów i że mi je odda, jeśli zapłacę mu tysiąc marek. Jednak gdybym odmówiła, nie będzie miał innego wyjścia, jak przekazać je gestapo. Z pewnością nie muszę panu mówić, Herr Günther, że obecny rząd nie ma do tych młodych nieszczęśników tak oświeconego stosunku jak republika. Każdy kontakt między mężczyznami, choćby najbardziej przelotny, traktowany jest jak przestępstwo. Ujawnienie homoseksualizmu Reinharda oznaczałoby dlań nawet dziesięć lat w obozie koncentracyjnym. A więc zapłaciłam, Herr Günther. Mój szofer zostawił pieniądze we wskazanym miejscu i po mniej więcej tygodniu dostałam przesyłkę - nie paczkę korespondencji, jakiej się spodziewałam, lecz jeden, jedyny list. Oraz kolejną anonimową notatkę, w której autor powiadamiał mnie, że zmienił zdanie, że jest człowiekiem ubogim, że będę musiała wykupywać listy po jednym i że ma ich jeszcze dziesięć. Od tamtej pory, kosztem prawie pięciu tysięcy marek, odzyskałam cztery, za każdym razem płacąc więcej niż poprzednio.
- Czy pani syn o tym wie?
- Nie. I na razie nie widzę powodu, żebyśmy oboje cierpieli.
Westchnąłem i już chciałem głośno wyrazić swój sprzeciw, gdy mi przerwała:
- Tak, zapewne powie pan, że to utrudnia wykrycie sprawcy i że Reinhard może wiedzieć coś, co byłoby dla pana pomocne. Oczywiście ma pan absolutną rację. Ale proszę pana, mam swoje powody. Po pierwsze, mój syn jest chłopcem porywczym. W pierwszym odruchu zapewne kazałby mi posłać tego szantażystę do diabła i przestać płacić. To niemal na pewno skończyłoby się jego aresztowaniem. Reinhard to moje dziecko i jako matka bardzo go kocham, ale to głuptas, pozbawiony poczucia pragmatyzmu. Przypuszczam, że człowiek, który mnie szantażuje, jest przenikliwym sędzią ludzkiej psychologii. Dobrze rozumie, co matka i wdowa czuje do swego jedynaka. Zwłaszcza bogata i dość samotna wdowa, taka jak ja. Po drugie, ja sama też dość dobrze rozumiem świat homoseksualistów. Zmarły doktor Magnus Hirschfeld napisał kilka książek na ten temat, z których jedną miałam zaszczyt osobiście wydać. To świat tajemny i raczej zdradziecki, Herr Günther, mekka szantażystów. Niewykluczone więc, że ten niegodziwiec jest wręcz znajomym mojego syna. Przecież podstawą szantażu może stać się nawet miłość między mężczyzną i kobietą, zwłaszcza gdy w grę wchodzi cudzołóstwo albo skalanie rasy, co najwyraźniej spędza tym nazistom sen z powiek. Z powyższych powodów zamierzam powiedzieć Reinhardowi o tym wszystkim dopiero, gdy pan odkryje tożsamość szantażysty. Wówczas sam zadecyduje, co robić, tymczasem jednak o niczym nie może się dowiedzieć. - Spojrzała na mnie pytająco. - Zgoda?
- Frau Lange, pani logika jest bez zarzutu. Wydaje mi się, że dokładnie wszystko pani przemyślała. Mogę zobaczyć listy pani syna?
Kiwnęła głową i sięgnęła po teczkę leżącą obok szezlonga, ale zawahała się.
- Czy to konieczne? Żeby pan czytał jego listy?
- Owszem, tak - rzekłem stanowczo. - Zachowała pani kartki od szantażysty?
Podała mi teczkę.
- Wszystko tu jest - powiedziała. - Korespondencja i anonimowe listy.
- Nie kazał pani nic zwrócić?
- Nie.
- To dobrze. To znaczy, że mamy do czynienia z amatorem. Ktoś, kto robił to już przedtem, przy każdej płatności kazałby pani zwracać swoje listy. Żeby pani nie mogła zbierać dowodów przeciwko niemu.
- Tak, rozumiem.
Zerknąłem na to, co optymistycznie określiłem jako dowody. Anonimy na przyzwoitym papierze bez żadnych cech szczególnych zostały napisane i zaadresowane na maszynie. Wysłano je z różnych dzielnic zachodniego Berlina - W.35, W.40, W.50 - i ofrankowano znaczkami upamiętniającymi piątą rocznicę dojścia nazistów do władzy. To mi coś mówiło; rocznica ta przypadała 30 stycznia, więc szantażysta pani Lange najwyraźniej nie kupował znaczków zbyt często.
Reinhard Lange skreślił swoje listy na mięsistym papierze, jaki kupują tylko zakochani - kosztuje tak dużo, że po prostu trzeba go traktować serio. Pismo było schludne i staranne, a nawet ostrożne, czego nie można już powiedzieć o treści. Zapewne kąpielowy w łaźni tureckiej nie dostrzegłby w nich nic szczególnie zdrożnego, lecz w nazistowskich Niemczech przesyłki miłosne Reinharda Langego z pewnością gwarantowały ich bezwstydnemu autorowi przejazd do kacetu z całym rzędem różowych trójkątów na piersi.
- Ten doktor Lanz Kindermann - zagadnąłem, czytając nazwisko na pachnącej limetką kopercie. - Co dokładnie pani o nim wie?
- Na pewnym etapie udało mi się namówić Reinharda, żeby zaczął leczyć swój homoseksualizm. Na początku próbował kilku preparatów hormonalnych, ale okazały się nieskuteczne i uznałam, że psychoterapia rokuje lepiej. Podobno kilku wysokich funkcjonariuszy partyjnych i chłopców z Hitlerjugend przeszło taką kurację. Kindermann jest psychoterapeutą i Reinhard zobaczył go po raz pierwszy, kiedy przekroczył próg jego kliniki w Wannsee. Szukał pomocy, a zamiast tego nawiązał z Kindermannem, który sam jest homoseksualistą, stosunek intymny.
- Proszę mi wybaczyć moją niewiedzę, ale co to właściwie jest psychoterapia? Sądziłem, że takie rzeczy nie są już dozwolone.
- Nie wiem dokładnie. - Frau Lange pokręciła głową. - Ale myślę, że nacisk kładzie się tutaj na leczenie zaburzeń psychicznych jako części ogólnego zdrowia fizycznego człowieka. Niech pan nie pyta, czym to się różni od pomysłów tego całego Freuda poza tym, że to Żyd, a Kindermann to Niemiec. Klinika Kindermanna też jest tylko dla Niemców. Bogatych Niemców z problemem alkoholowym i narkotykowym, których interesują bardziej ekscentryczne obrzeża medycyny, chiropraktyka, te rzeczy. Albo dla takich, którzy szukają luksusowego miejsca na odpoczynek. Jednym z pacjentów Kindermanna jest zastępca Führera Rudolf Hess.
- Spotkała pani doktora Kindermanna?
- Tylko raz. Nie spodobał mi się. To dość arogancki Austriak.
- Jak oni wszyscy - mruknąłem. - Pani zdaniem to typ, który nie wzgardziłby drobnym szantażem? W końcu to on jest adresatem listów. Jeśli nie Kindermann, to musi być ktoś, kto go zna. Albo przynajmniej ktoś, kto miał sposobność wykraść mu te listy.
- Przyznaję, że nie podejrzewałam Kindermanna z tego prostego powodu, że listy obciążają ich obu. - Zamyśliła się. - Wiem, że to zabrzmi głupio, ale nigdy się nie zastanawiałam, jak ten ktoś wszedł w posiadanie tych listów. Ale teraz, gdy pan o tym mówi, podejrzewam, że musiały zostać skradzione. Sądzę, że Kindermannowi.
Kiwnąłem głową.
- No dobrze - powiedziałem. - A teraz zadam pani trudniejsze pytanie.
- Chyba wiem, o co pan zapyta, Herr Günther. - Westchnęła ciężko. - Czy biorę pod uwagę możliwość, że winowajcą jest mój syn? - Spojrzała na mnie krytycznie i dodała: - Nie myliłam się co do pana, prawda? To właśnie takie cyniczne pytanie, jakie miałam nadzieję usłyszeć. Teraz wiem, że mogę na panu polegać.
- Cynizm u detektywa, Frau Lange, to jak u ogrodnika dobra ręka do roślin. Czasem ta cecha pakuje mnie w kłopoty, lecz przede wszystkim nie pozwala mi nikogo lekceważyć. Mam zatem nadzieję, że wybaczy mi pani, kiedy powiem, że to najlepszy powód, by nie powiadamiać pani syna o śledztwie, i że pani już o tym pomyślała. - Widząc, że się uśmiecha, dodałem: - No więc sama pani widzi, Frau Lange, że pani nie lekceważę. - Skinęła głową. - Sądzi pani, że brakuje mu pieniędzy?
- Nie. Jako prezes zarządu Wydawnictwa Lange pobiera sporą pensję. Czerpie również dochody z dużego funduszu powierniczego, który ustanowił dlań jego ojciec. Lubi hazard, to prawda. Ale co gorsza, z mojego punktu widzenia, jest właścicielem całkowicie zbędnego tytułu "Urania".
- Tytułu?
- Czasopisma. O astrologii i innych bzdurach. Od dnia, kiedy je kupił, tylko traci pieniądze. - Zapaliła kolejnego papierosa i zaciągnęła się, ściągając usta, jakby zamierzała zagwizdać jakąś melodię. - Przecież wie, że gdyby naprawdę zabrakło mu pieniędzy, może zawsze przyjść i mnie poprosić.
Uśmiechnąłem się z pewną zazdrością.
- Wiem, że nie jestem, jak to mówią, śliczny, ale myślała pani kiedyś, żeby zaadoptować kogoś takiego jak ja? - Roześmiała się, więc dodałem: - Ten młody człowiek ma wiele szczęścia.
- Jest kompletnie zepsuty, ot co! I już nie jest taki młody. - Wpatrywała się w przestrzeń, wodząc wzrokiem za smugą dymu z papierosa. - Dla bogatej wdowy, którą jestem, Reinhard to coś, co w interesach nazywamy loss-leader, atrakcyjny towar sprzedawany poniżej kosztów. Nie ma takiego rozczarowania, które dałoby się porównać z rozczarowaniem, jakie może nam sprawić jedyny syn.
- Doprawdy? A ja słyszałem, że dzieci to na starość błogosławieństwo.
- Wie pan, jak na cynika, robi się pan całkiem sentymentalny. Widać, że nie ma pan własnych dzieci. Pozwoli pan, Herr Günther, że wyprowadzę pana z błędu. Dzieci to odbicie naszej starości. To najszybszy znany mi sposób, żeby się zestarzeć. Lustrzane odbicie naszego upadku. A mojego zwłaszcza.
Piesek ziewnął i zeskoczył jej z kolan, jakby słyszał to już wiele razy przedtem. Na podłodze przeciągnął się i podbiegł do drzwi, gdzie przystanął, by spojrzeć wyczekująco na swoją panią. Frau Lange, niespeszona tym pokazem psiej pychy, wstała i wypuściła zwierzaka z pokoju.
- Co teraz? - zapytała, wracając na szezlong.
- Czekamy na kolejny list. Zajmę się dostarczeniem pieniędzy. A tymczasem, sądzę, że to niezły pomysł, bym na kilka dni położył się w klinice doktora Kindermanna. Chciałbym się dowiedzieć czegoś więcej o przyjacielu pani syna.
- Pewnie mówiąc o wydatkach, to właśnie miał pan na myśli?
- Postaram się, żeby mój pobyt był jak najkrótszy.
- Niech pan tego dopilnuje - rzekła, przyjmując belferski ton. - Klinika Kindermanna kosztuje sto marek dziennie.
Gwizdnąłem.
- Pokaźna sumka.
- A teraz już muszę pana przeprosić, Herr Günther - powiedziała. - Powinnam się przygotować do zebrania.
Wsadziłem gotówkę do kieszeni, po czym podaliśmy sobie dłonie, a następnie wziąłem teczkę, którą dla mnie przygotowała, i skierowałem się ku drzwiom.
Ruszyłem z powrotem zakurzonym korytarzem do holu. Gniewny głos warknął:
- Zaraz, niech zaczeka. Muszę otworzyć drzwi. Frau Lange nie lubi, kiedy nie wypuszczam gości osobiście.
Położyłem rękę na klamce i poczułem pod palcami coś lepkiego.
- To pewnie twój ciepły charakter - warknąłem z rozdrażnieniem i nie czekając, aż czarna beczka przeczłapie przez hol, rozwarłem drzwi na oścież. - Nie fatyguj się - powiedziałem, przyglądając się swojej dłoni. - Wracaj do swojej roboty, cokolwiek robisz w tym chlewiku.
- Długo jestem u Frau Lange - burknęła. - Nigdy się nie skarżyła.
Zastanowiło mnie, czy przypadkiem tu również w grę nie wchodzi szantaż. W końcu, jeśli ktoś trzyma w domu psa, który nie szczeka, to musi mieć jakiś powód. Nie wydawało mi się, by przywiązanie odgrywało w tej sytuacji jakąś rolę, nie w wypadku tej kobiety. Już prędzej można by się przywiązać do rzecznego krokodyla. Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę, po czym zapytałem:
- Czy twoja pani zawsze tyle pali?
Czarna służąca zasępiła się, węsząc podchwytliwe pytanie. W końcu uznała jednak, że nie ma się czego obawiać.
- Faktycznie, zawsze ma peta w gębie.
- No, to wszystko wyjaśnia - rzekłem. - Założę się, że przez te kłęby dymu z papierosów nawet nie widzi, że tu jesteś.
Zaklęła zjadliwie pod nosem i zatrzasnęła za mną drzwi.
Jadąc Kurfürstendamm w stronę centrum, miałem o czym myśleć. Rozmyślałem o sprawie Frau Lange i o tysiącu marek w swojej kieszeni. Rozmyślałem o tym, że spędzę na jej koszt krótki urlop w przyjemnym sanatorium, co da mi szansę przynajmniej chwilowo uciec od Brunona i jego fajki, nie wspominając już o Arthurze Nebe i Heydrichu. Może nawet zrobię porządek ze swoją bezsennością i depresją.
Ale najwięcej rozmyślałem o tym, jak to się stało, że moja firmowa wizytówka i numer telefonu znalazły się w posiadaniu jakiegoś austriackiego kwiatuszka, o którym nawet nie słyszałem.
środa, 31 sierpnia
Okolice Wannsee, leżące na południe od Königstrasse, to siedlisko najrozmaitszych klinik i szpitali - modnych i błyszczących zakładów, gdzie do mycia szyb i podłóg zużywa się tyle samo eteru, co na potrzeby pacjentów. Pod względem medycznym są one dość egalitarne. Nawet człowiek o kondycji afrykańskiego słonia zostanie tu radośnie przyjęty jako poważny przypadek nerwicy frontowej, a wymalowane pielęgniarki pomogą mu dźwigać cięższe gatunki pasty do zębów i papieru klozetowego, pod warunkiem, że zdoła za to zapłacić. W Wannsee stan konta znaczy więcej niż ciśnienie krwi.
Klinika Kindermanna stała przy cichej uliczce w sporym i grzecznym ogrodzie, opadającym do zatoczki głównego jeziora. Oprócz gęsto rosnących wiązów i kasztanowców było tu jeszcze molo z kolumnadą, hangar dla łodzi oraz gotycki pawilon ogrodowy - ten ostatni zbudowany tak solidnie, że swym poważnym wyglądem nasuwał na myśl jakąś średniowieczną budkę telefoniczną.
Budynek kliniki stanowił zlepek wykuszów, szachulców, słupków, blanek i wieżyczek, bardziej przypominający zamczysko nad Renem aniżeli sanatorium. Niemal spodziewałem się zobaczyć szubienice na dachu albo dosłyszeć z piwnicy stłumiony krzyk. Ale panowała tu cisza, nikt się nie kręcił. Jedynie gdzieś z jeziora za drzewami dobiegały głosy czteroosobowej osady łodzi wiosłowej, na które wrony odpowiadały wrzaskliwym komentarzem.
Wchodząc do środka, pomyślałem jeszcze, że o zmierzchu, gdy nietoperze zaczną rozważać wypad na nocne łowy, być może łatwiej napotkam pensjonariuszy, przekradających się na zewnątrz.
Z mojego pokoju, który mieścił się na trzecim piętrze, roztaczał się wspaniały widok na kuchnię. Za osiemdziesiąt marek dziennie było to najtańsze lokum, jakie posiadali, lecz stojąc niemalże na jednej nodze w ciasnym pomieszczeniu, nie mogłem oprzeć się myśli, że po zapłaceniu dodatkowych pięćdziesięciu marek zasłużyłbym na coś więcej, na przykład klitkę wielkości kosza do bielizny. Ale klinika była pełna i został im tylko ten pokój, jak wyjaśniła pielęgniarka, która mnie tu przyprowadziła.
Rozkoszna była. Jak nadbałtycka handlarka ryb, tylko bez wesołej wiejskiej gadki. Kiedy posłała łóżko i poleciła mi się rozebrać, z podniecenia prawie przestałem oddychać. Najpierw pokojówka pani Lange, a teraz ta osoba, mająca tyleż pojęcia o szmince, co pterodaktyl! A przecież nie brakowało tu ładnych pielęgniarek, sam widziałem ich mnóstwo na dole. Pewnie kombinowali, że skoro dali mi taki mały pokój, to przynajmniej pielęgniarkę przydzielą mi dużą.
- O której otwierają bar? - zapytałem.
Jej poczucie humoru dorównywało urodzie.
- Tu nie wolno pić alkoholu - rzekła, wyrywając mi z ust nie zapalonego papierosa. - A palenie jest surowo wzbronione. Doktor Meyer zaraz do pana przyjdzie.
- A to kto, jakiś drugi sort? Gdzie jest doktor Kindermann?
- Doktor jest na konferencji w Bad Neuheim.
- Co on tam robi, pojechał do sanatorium? Kiedy wraca?
- Pod koniec tygodnia. Pan jest pacjentem doktora Kindermanna, Herr Strauss?
- Nie, nie jestem. Ale za osiemdziesiąt marek dziennie miałem nadzieję, że nim zostanę.
- Zapewniam pana, że doktor Meyer to bardzo kompetentny lekarz.
Zmarszczyła brew, zniecierpliwiona, że nie wykonałem jeszcze żadnego ruchu, by się rozebrać, i zaczęła na mnie cmokać, jakby obłaskawiała papugę. Następnie klasnęła w dłonie, każąc mi się pospieszyć i czym prędzej kłaść do łóżka, żeby doktor Meyer mógł mnie zbadać. Oceniłem, że jest gotowa sama zedrzeć ze mnie ubranie, postanowiłem więc dłużej się nie ociągać. Ta pielęgniarka była nie tylko brzydka - jej stosunek do pacjentów również był rodem z bazaru.
Kiedy wyszła, ułożyłem się, żeby poczytać w łóżku, swojej lektury wszakże nie uznałbym za wciągającą, prędzej już za niesamowitą. Tak, to właściwe określenie: niesamowita. W Berlinie zawsze ukazywały się dziwne okultystyczne periodyki, takie jak "Zenit" i "Hagal", lecz od brzegów Mozy po fale Niemna chyba nikt nie mógł dorównać szalbierzom, których "twórczość" publikowało czasopismo Reinharda Langego "Urania". Wystarczył mi kwadrans pobieżnego kartkowania stron, by nabrać przekonania, że Lange to skończony kanciarz. Były tu artykuły zatytułowane: Wotanizm a prawdziwe pochodzenie chrześcijaństwa, Nadludzkie moce zaginionych mieszkańców Atlantydy, Teoria światowego zlodowacenia wyjaśniona, Ezoteryczne ćwiczenia oddechowe dla początkujących, Spirytualizm a pamięć rasowa, Antysemityzm jako spuścizna teokracji, itp. Dla człowieka, który drukuje podobne bzdury, pomyślałem, szantażowanie własnej matki zapewne stanowi przyziemny przerywnik między objawieniami ariozofii.
Nawet doktor Meyer, sam nie będący osobnikiem przeciętnym, uznał za stosowne skomentować mój czytelniczy gust.
- Często pan czyta takie rzeczy? - zapytał, obracając pismo w rękach, jakby było dziwacznym wykopaliskiem, wydobytym z ruin Troi przez Heinricha Schliemanna.
- Nie, właściwie nie. Kupiłem z ciekawości.
- To dobrze. Nienormalne zainteresowanie okultyzmem nierzadko świadczy o rozchwianej osobowości.
- Wie pan, ja też tak sobie pomyślałem.
- Oczywiście, nie wszyscy się ze mną zgodzą. Ale wizje, doświadczane przez wiele postaci religijnych, choćby Świętego Augustyna czy Lutra, prawdopodobnie miały podłoże neurotyczne.
- Ach, tak?
- O, tak.
- A co o tym sądzi doktor Kindermann?
- Och, doktor Kindermann wyznaje różne niezwykłe teorie. Nie jestem pewien, czy rozumiem jego prace, ale to genialny człowiek. - Ujął mój przegub. - Tak, genialny.
Doktor, Szwajcar z pochodzenia, nosił trzyczęściowy garnitur z zielonego tweedu, wielką jak ćma muszkę, okulary i długą, siwą brodę świątobliwego indyjskiego ascety. Najpierw podwinął mi rękaw piżamy i nad wewnętrzną stroną nadgarstka zawiesił malutkie wahadło. Przez pewien czas obserwował jego obroty i drgania, po czym oznajmił, że ilość wydzielanej przeze mnie elektryczności oznacza, że jestem czymś niezwykle przygnębiony i zaniepokojony. Był to przekonujący mały spektakl, niemniej zawsze się sprawdzał, zważywszy na to, że większość ludzi przyjmowanych do kliniki zapewne czymś się niepokoiła i martwiła, choćby rachunkiem za pobyt.
- Jak pan sypia? - zapytał.
- Marnie. Kilka godzin w ciągu nocy.
- Miewa pan koszmary?
- Tak, a nawet nie tykam sera.
- Jakieś sny się powtarzają?
- Nic konkretnego.
- A pański apetyt?
- Nie ma o czym mówić.
- Życie płciowe?
- Takie jak apetyt. Szkoda gadać.
- Dużo pan myśli o kobietach?
- Bez przerwy.
Nabazgrał w notesie kilka uwag, pogładził bródkę i powiedział:
- Zapiszę panu dodatkowe witaminy i minerały, zwłaszcza magnez. Zastosujemy dietę bezcukrową, dużo surowych warzyw i wodorostów. Dawka tabletek oczyszczających krew pomoże panu pozbyć się toksyn. Zalecam również ćwiczenia. Mamy tu świetny basen, a gdyby pan zechciał spróbować kąpieli w deszczówce, zobaczy pan, że to bardzo pana pobudzi. Pali pan? - Przytaknąłem. - Niech pan spróbuje na chwilę odstawić. - Zamknął notes. - Cóż, to wszystko sprawi, że na pewno fizycznie poczuje się pan lepiej. A równocześnie zobaczymy, czy nie uda się poprawić pańskiego stanu psychicznego za pomocą psychoterapii.
- Panie doktorze, czym dokładnie jest psychoterapia? Pan wybaczy, ale sądziłem, że naziści napiętnowali ją jako dekadencką.
- Ależ nie, nie. Psychoterapia to nie psychoanaliza. Nie opiera się na badaniu podświadomości. Takie rzeczy są dobre dla Żydów, ale dla Niemców nie mają znaczenia. Jak pan za chwilę sam zobaczy, żadnej kuracji psychoterapeutycznej nie da się przeprowadzić w oderwaniu od ciała. Naszym celem jest usunięcie objawów zaburzeń psychicznych przez modyfikację postaw, które doprowadziły do ich wystąpienia. Postawy są uwarunkowane osobowością i stosunkiem osobowości do otoczenia. Pańskie sny interesują mnie tylko w tym sensie, że pan w ogóle je miewa. Leczenie polegające na próbie interpretacji pańskich snów i odkrywanie ich seksualnych znaczeń, to, szczerze mówiąc, czysty absurd. To jest dopiero dekadencja. - Zaśmiał się serdecznie. - Ale to problem Żydów, nie pański, Herr Strauss. W tej chwili najważniejsze jest, żeby pan się porządnie wyspał tej nocy. - To mówiąc, otworzył torbę lekarską, wyjął z niej strzykawkę i ampułkę i położył je na nocnym stoliku.
- Co to jest? - zapytałem niepewnie.
- Hioscyna - odparł, pocierając moje ramię watką nasączoną spirytusem.
Poczułem, jak zastrzyk pełznie w górę, chłodny niczym płyn do balsamowania. Zdążyłem jeszcze sobie uprzytomnić, że będę musiał znaleźć inny wieczór, aby powęszyć po klinice Kindermanna, a potem cumy łączące mnie ze świadomością rozluźniły się i odpłynąłem, z wolna oddalając się od lądu. Przez chwilę gonił mnie jeszcze głos Meyera, ale już nie słyszałem, co mówi.
Po czterech dniach spędzonych w klinice czułem się lepiej niż kiedykolwiek przez ostatnie cztery miesiące. Oprócz witamin oraz diety z wodorostów i surowych warzyw wypróbowałem także hydroterapię, naturoterapię oraz kurację w solarium. Stan mojego zdrowia poddany został dalszej diagnozie za pomocą badania tęczówek, dłoni i paznokci, co ujawniło u mnie niedobór wapnia. Nauczono mnie również techniki relaksu autogennego. Doktor Meyer robił postępy ze swoim jungowskim "podejściem totalnym", jak je nazywał, i zamierzał zaatakować moją depresję elektroterapią. I chociaż na razie nie udało mi się dotrzeć do gabinetu doktora Kindermanna, to miałem nową pielęgniarkę, prawdziwą piękność imieniem Marianne, która pamiętała, że Reinhard Lange przebywał w klinice przez kilka miesięcy, i kilkakrotnie już udowodniła, że jest skłonna dyskutować o sprawach swojego pracodawcy i jego firmy.
Obudziła mnie o siódmej, przynosząc szklankę soku grejpfrutowego i końską dawkę pigułek.
Z zachwytem patrzyłem na krągłość jej pośladków i bujnych piersi, gdy odsuwała zasłony, za którymi ukazał się jasny, słoneczny dzień. Jaka szkoda, myślałem, że nie może z równą łatwością ukazać mi swego nagiego ciała.
- I jak się masz w ten piękny dzień? - zapytałem.
- Fatalnie - skrzywiła się.
- Marianne, przecież wiesz, że powinno być na odwrót, prawda? To ja powinienem czuć się fatalnie, a ty powinnaś pytać mnie o zdrowie.
- Przykro mi, Herr Strauss, ale to miejsce piekielnie mnie nudzi.
- No to chodź, połóż się przy mnie i wszystko mi opowiedz. Świetnie umiem słuchać historii o cudzych problemach.
- Założę się, że umie pan świetnie robić także inne rzeczy. - Roześmiała się. - Będę musiała dodać bromu do pańskiego soku.
- A po co? Mam już w brzuchu całą aptekę. Nie przypuszczam, by kolejny środek chemiczny coś zmienił.
- To by się pan zdziwił.
Była wysoką, wysportowaną blondynką z Frankfurtu o kapryśnym poczuciu humoru i nieśmiałym uśmiechu, wskazującym na brak pewności siebie. Co było dziwne u tak ponętnej dziewczyny.
- Całą aptekę! - zakpiła. - Trochę witamin i coś, żeby pan spał w nocy. To nic w porównaniu z tym, co biorą inni.
- Co na przykład?
Wzruszyła ramionami.
- Leki, żeby się rano obudzić, antydepresanty...
- A pedziom co dają?
- A, o nich panu chodzi. Kiedyś leczyli ich hormonami, ale to nie działało. Więc teraz stosują terapię awersyjną. Chociaż w Instytucie Göringa uważają, że to uleczalne, prywatnie większość lekarzy mówi, że trudno jest wpłynąć na pierwotne skłonności. Kindermann na pewno coś o tym wie. Moim zdaniem, on też jest trochę ciotowaty. Słyszałam, jak mówił pacjentowi, że psychoterapia pomaga jedyne w leczeniu neurotycznych reakcji na homoseksualizm. Żeby pacjent przestał się oszukiwać.
- To nie ma się czym martwić, z wyjątkiem paragrafu sto siedemdziesiąt pięć.
- Co to takiego?
- Paragraf niemieckiego kodeksu karnego, według którego homoseksualizm jest przestępstwem. Czy to właśnie spotkało Reinharda Langego? Leczono go tylko na związane z homoseksualizmem reakcje neurotyczne? - Kiwnęła głową i przysiadła na krawędzi łóżka. - Opowiedz mi o tym Göringu i jego instytucie. To jakiś krewny Grubego Hermanna?
- Matthias Göring to jego stryjeczny brat. Zakład istnieje, żeby zapewniać leczenie psychoterapeutyczne pod ochroną nazwiska Göringa. Gdyby nie to, w Niemczech niewiele byłoby zdrowia psychicznego, godnego tego miana. Naziści gotowi są zniszczyć całą psychiatrię tylko dlatego, że jej najwybitniejszy przedstawiciel jest Żydem. To wszystko jedna wielka obłuda. Prywatnie wielu z nich wciąż wierzy we Freuda, ale publicznie go potępiają. Nawet tak zwany Szpital Ortopedyczny SS pod Ravensbrück to nic innego, jak zakład psychiatryczny dla esesmanów. Kindermann jest tam konsultantem, a także jednym z założycieli Instytutu Göringa.
- A kto finansuje Instytut?
- Front Pracy i Luftwaffe.
- No jasne. Podręczna kasa premiera.
Marianne zmrużyła oczy.
- Wiesz, zadajesz mnóstwo pytań. Szpicel jesteś, czy co?
Wstałem z łóżka i nałożyłem szlafrok.
- Czy co - rzuciłem.
- Pracujesz nad jakąś sprawą? - Z podniecenia szeroko otworzyła oczy. - Kindermann jest w coś zamieszany?
Otworzyłem okno i wychyliłem się na moment. Dobrze było oddychać porannym powietrzem, nawet wyziewami z kuchni. Ale papieros był jeszcze lepszy. Wziąłem z parapetu ostatnią paczkę i zapaliłem. Marianne z dezaprobatą popatrzyła na moje palce.
- Nie powinieneś palić, wiesz o tym?
- Nie wiem, czy Kindermann jest w to zamieszany - powiedziałem. - Miałem nadzieję się tego tutaj dowiedzieć.
- No, jeśli chodzi o mnie, to nie musisz się martwić o dyskrecję - powiedziała z wściekłością. - Wszystko mi jedno, co się z nim stanie. - Założyła ręce z nieprzejednanym wyrazem twarzy. - Ten człowiek to drań. Dopiero co tydzień temu przepracowałam cały weekend, bo nikogo innego nie było. Obiecał, że zapłaci podwójnie, gotówką. Ale do tej pory nie dał mi ani grosza, taka z niego świnia. Kupiłam sukienkę. Głupio zrobiłam, powinnam była poczekać. No i teraz zalegam z czynszem.
Zastanawiałem się w duchu, czy nie próbuje wziąć mnie na litość, lecz zobaczyłem w jej oczach łzy. Jeśli grała, to cholernie dobrze. Tak czy inaczej, zasługiwała na nagrodę.
Wytarła nos i poprosiła:
- Mógłby mnie pan poczęstować papierosem?
- Jasne. - Podałem jej paczkę i potarłem zapałkę o paznokieć kciuka.
- Wie pan, Kindermann poznał kiedyś Freuda - powiedziała, zaciągając się i pokasłując. - Na studiach w Akademii Medycznej w Wiedniu. Po ukończeniu studiów pracował przez jakiś czas w szpitalu dla obłąkanych w Salzburgu. On w ogóle pochodzi z Salzburga. W 1930 roku zmarł jego stryj i zostawił mu ten dom. Kindermann postanowił zamienić go w klinikę.
- Najwyraźniej nieźle go znasz.
- Latem w zeszłym roku jego sekretarka przez dwa tygodnie była chora. Kindermann wiedział, że pracowałam już w sekretariacie, i poprosił mnie o zastępstwo, póki Tarja nie wróci. Poznałam go wtedy dość dobrze. Na tyle dobrze, żeby go znielubić. Nie zostanę tu długo. Chyba mam dość. I proszę mi wierzyć, jest tu wiele osób, które czują to samo.
- Ach tak? Myślisz, że ktoś chce się na nim odegrać? Że ktoś ma mu coś za złe?
- Mówimy o poważnych pretensjach, prawda? Nie o jakichś niezapłaconych nadgodzinach?
- Tak mi się wydaje - odrzekłem i pstryknięciem wyrzuciłem niedopałek za okno.
Marianne pokręciła głową.
- Nie... - Zawahała się. - Zaraz, zaraz, był taki ktoś. Jakieś trzy miesiące temu Kindermann zwolnił jednego z pielęgniarzy za pijaństwo. To był paskudny typ i chyba nikt nie żałował, że odchodzi. Nie było mnie przy tym, ale mówiono, że na odchodnym użył wobec Kindermanna mocnych słów.
- Jak się ten pielęgniarz nazywał?
- Hering, chyba Klaus Hering. - Spojrzała na zegarek. - Hej, muszę wziąć się do pracy. Nie mogę rozmawiać z tobą przez cały ranek.
- Jeszcze jedno - zatrzymałem ją - muszę się rozejrzeć w gabinecie Kindermanna. Mogłabyś mi pomóc? - Zaczęła kręcić głową. - Nie zrobię tego bez twojej pomocy, Marianne. Dziś wieczorem?
- No, nie wiem. A jak nas złapią?
- Nie ma żadnych "nas". Będziesz stać na czatach, a jeśli ktoś cię zauważy, powiesz, że usłyszałaś hałas i poszłaś sprawdzić. Będę musiał zaryzykować. Może powiem, że jestem lunatykiem?
- Świetny dowcip.
- Proszę, Marianne, co ty na to?
- Dobrze, zgoda. Ale trzeba zaczekać do północy, bo wtedy wszystko zamykamy. Spotkajmy się w solarium około wpół do pierwszej.
Widząc, że wyciągam z portfela pięćdziesiątkę, zmieniła się na twarzy. Wepchnąłem banknot do kieszonki na piersi jej białego, wykrochmalonego fartucha. Wyjęła go.
- Nie mogę tego przyjąć - oznajmiła. - Nie powinieneś.
Zacisnąłem jej palce na banknocie, by nie mogła mi go zwrócić.
- Posłuchaj, to tylko parę groszy na przetrwanie, przynajmniej dopóki nie dostaniesz wynagrodzenia za te nadgodziny.
Spojrzała na mnie z wahaniem.
- No, nie wiem - powtórzyła. - To jakoś nie w porządku. To tyle, ile zarabiam przez tydzień. Znacznie więcej niż na przetrwanie.
- Marianne - rzekłem - miło jest wiązać koniec z końcem, ale jeszcze milej jest móc zawiązać kokardkę.