Blady przestępca - Philip Kerr

-
Proszę czekać

1

piątek, 26 sierp­nia

Jak jakaś je­ba­na kukułka.

- Co? - spy­tałem.

Bru­no Stah­lec­ker pod­niósł wzrok znad ga­ze­ty.

- Jak to co, Hi­tler!

Po­czułem, że wszyst­ko mi opa­da: oto mój wspólnik za­raz wygłosi ko­lejną kwie­cistą kwe­stię w spra­wie na­zistów.

- No tak, ja­sne - przy­taknąłem ener­gicz­nie, z na­dzieją, że oka­zując pełne zro­zu­mie­nie, po­wstrzy­mam go od szczegółowych ko­men­ta­rzy. Nic z tego.

- Le­d­wie zdołał wy­pchnąć au­striac­kie pi­sklę z gniaz­da Eu­ro­py, a już za­bie­ra się do Cze­chosłowa­cji. - Trzepnął grzbie­tem dłoni w ga­zetę. - Wi­działeś to, Ber­nie? Ru­chy wojsk nie­miec­kich na gra­ni­cy Kra­ju Su­dec­kie­go.

- Tak, domyśliłem się o czym mówisz. - Wziąłem po­ranną pocztę i usiadłem, żeby ją przej­rzeć. Zna­lazłem kil­ka czeków, co trochę złago­dziło moją złość na Bru­no­na. Trud­no w to uwie­rzyć, ale naj­wy­raźniej już zdążył się napić. Bru­no, który nor­mal­nie wy­po­wia­da się nie­le­d­wie mo­no­sy­la­ba­mi (co mi bar­dzo od­po­wia­da, bo sam należę do mruków), po wódzie robi się ga­da­tli­wy jak włoski kel­ner.

- Naj­dziw­niej­sze, że przy­bra­ni ro­dzi­ce nic nie widzą. Kukułka po­zby­wa się ko­lej­nych pi­sklaków, a oni wciąż ją kar­mią.

- Może mają na­dzieję, że wresz­cie się za­mknie i so­bie pójdzie - od­parłem kąśli­wie, lecz fu­ter­ko Bru­no­na było za gru­be, by to doń do­tarło. Rzu­ciłem okiem na je­den z listów i prze­czy­tałem go po­now­nie, tym ra­zem uważniej.

- Po pro­stu nie chcą nic wi­dzieć. Coś przyszło?

- Hm? Aa, tak, ja­kieś cze­ki.

- Szczęsny to dzień, gdy przy­chodzą cze­ki. Coś jesz­cze?

- List. Z tych ano­ni­mo­wych. Ktoś chce się ze mną spo­tkać o północy w Re­ich­sta­gu.

- Pi­sze po co?

- Twier­dzi, że ma in­for­ma­cje o jed­nej z mo­ich spraw. Pew­na oso­ba za­ginęła i po­zo­sta­je za­giniona.

- Ja­sne. Pamiętam je wszyst­kie, tak jak pamiętam, że pies ma ogon. A to do­pie­ro dzi­wo. Pójdziesz?

Wzru­szyłem ra­mio­na­mi.

- Ostat­nio mar­nie sy­piam, więc cze­mu nie?

- To zna­czy, nie licząc fak­tu, że to wy­pa­lo­na ru­ina i wejście do środ­ka gro­zi śmier­cią? Hm, po pierw­sze, to może być pułapka. Nie­wy­klu­czo­ne, że ktoś za­mie­rza cię zabić.

- A może ty to przysłałeś?

Zaśmiał się ner­wo­wo.

- Chy­ba po­wi­nie­nem pójść z tobą. Spróbuję być nie­wi­docz­ny, lecz w zasięgu głosu.

- Albo strzału? - Pokręciłem głową. - Kie­dy ktoś chce kogoś zabić, to nie za­pra­sza go w miej­sce, gdzie ten z na­tu­ry rze­czy będzie się miał na bacz­ności.

Otwo­rzyłem szu­fladę biur­ka.

Z wyglądu mau­zer i wal­ther nie­wie­le się różnią, lecz wziąłem mau­zera. Kąt chwy­tu i sposób, w jaki pi­sto­let układa się w dłoni, spra­wiają, że jest so­lid­niej­szy od trochę mniej­sze­go wal­thera; nic mu również nie bra­ku­je, jeśli cho­dzi o siłę rażenia. Wsu­nięty do kie­sze­ni jak tłusty czek za­wsze dawał mi po­czu­cie spo­koj­nej pew­ności sie­bie. Machnąłem lufą w stronę Bru­no­na.

- Człowiek, który za­pro­sił mnie na przyjęcie, będzie wie­dział, że mam przy so­bie za­pal­niczkę.

- A jeśli będzie ich więcej?

- Bru­no, psia­krew, nie taki dia­beł strasz­ny! Wiem, czym to gro­zi, ale taką mamy pracę. Dzien­ni­ka­rze do­stają de­pe­sze, żołnie­rze roz­ka­zy, a pry­wat­ni de­tek­ty­wi ano­ni­my. Gdy­bym chciał mieć na li­stach wo­sko­we pieczęcie, to­bym, kur­wa, zo­stał praw­ni­kiem.

Bru­no kiwnął głową, po­pra­wił opaskę na oku i zi­ry­to­wa­ny zajął się swoją fajką - sym­bo­lem klęski na­szej spółki. Nie­na­widzę ak­ce­so­riów faj­cza­rza: tych wszyst­kich kap­ciuchów, wy­ciorów, szpi­kulców i spe­cjal­nych za­pal­ni­czek. Faj­cza­rze to ar­cy­mi­strzo­wie sztu­ki gme­ra­nia i grze­ba­nia, pla­ga na­szej pla­ne­ty, równie nie­znośna jak mi­sjo­na­rze, przy­by­wający na Ta­hi­ti z ku­frem biu­sto­no­szy. Nie miałem pre­ten­sji do Bru­nona - po­mi­mo pijaństwa i iry­tujących na­wyków wciąż był to ten sam do­bry de­tek­tyw, którego oca­liłem od za­po­mnie­nia na za­bi­tym de­cha­mi po­ste­run­ku Kri­po w Spre­ewald. Nie, pro­blem tkwił we mnie, od­kryłem bo­wiem, że z na­tu­ry i tem­pe­ra­men­tu nie na­daję się na ni­czy­je­go wspólni­ka, tak samo jak nie na­daję się na pre­ze­sa Deut­sche Ban­ku.

Ale patrząc na nie­go, zacząłem się czuć win­ny.

- Pamiętasz, jak mówiliśmy na woj­nie? "Jeśli jest na nim two­je na­zwi­sko i ad­res, to na pew­no zo­sta­nie doręczo­ny".

- Pamiętam - po­wie­dział, za­pa­lając fajkę i wra­cając do "Völki­scher Be­obach­ter". Zde­pry­mo­wa­ny pa­trzyłem, jak czy­ta.

- Prędzej do­cze­kasz się he­rol­da miej­skie­go, niż do­wiesz się cze­goś z tej szma­ty.

- To praw­da. Ale lubię rano po­czy­tać ga­zetę, na­wet jeśli jest to kupa gówna. Weszło mi to w na­wyk. - Obaj mil­cze­liśmy przez chwilę. - O, ko­lej­ne ogłosze­nie: "Rolf Vo­gel­mann, pry­wat­ny de­tek­tyw, spe­cjal­ność: oso­by za­gi­nio­ne".

- Nig­dy o nim nie słyszałem.

- Ależ tak. W zeszły piątek w ogłosze­niach drob­nych. Czy­tałem ci, nie pamiętasz? - Wyjął fajkę z ust i wy­ce­lo­wał we mnie ust­nik. - Wiesz, Ber­nie, może i my po­win­niśmy się re­kla­mo­wać?

- Po co? Mamy więcej spraw, niż możemy obsłużyć. In­te­res kręci się jak nig­dy dotąd, po co nam do­dat­ko­we kosz­ty? Poza tym, w tej branży li­czy się opi­nia, a nie skra­wek szpal­ty w par­tyj­nej ga­ze­cie. Ten Rolf Vo­gel­mann naj­wy­raźniej nie ma pojęcia, co robi. Pomyśl, ile spraw do­sta­je­my od Żydów. Żaden nasz klient nie czy­ta tego szaj­su.

- No, Ber­nie, sko­ro sądzisz, że to nie­po­trzeb­ne...

- Jak trze­ci su­tek.

- Kie­dyś niektórzy lu­dzie uważali, że to szczęśliwy znak.

- A zda­niem in­nych był to do­sta­tecz­ny powód, by spa­lić kogoś na sto­sie.

- Dia­bel­skie zna­mię, co? - Zaśmiał się. - Hej, może Hi­tler ta­kie ma?

- Z pew­nością, tak jak Go­eb­bels ma dia­bel­skie ko­py­to. Wszy­scy oni ra­zem są z piekła ro­dem. I każdy, psia­krew, z osob­na.

Szedłem ku ru­inom Re­ich­sta­gu przy wtórze własnych kroków, które donośnych echem roz­brzmie­wały na wy­lud­nio­nym König­splatz. Moją obec­ność mógł za­kwe­stio­no­wać je­dy­nie Bi­smarck z szablą w dłoni, patrzący na mnie z cokołu przed za­chod­nim wejściem. Ale pew­nie by tego nie zro­bił; przy­po­mniałem so­bie, że kanc­lerz nie należał do wiel­kich en­tu­zjastów nie­miec­kie­go par­la­men­tu i jego noga nig­dy tu nie po­stała, wątpiłem za­tem, czy byłby szczególnie skłonny bro­nić in­sty­tu­cji, do której jego po­mnik, być może znacząco, stał odwrócony ple­ca­mi. Zresztą w tym dość przełado­wa­nym gma­chu w re­ne­san­so­wym sty­lu nie­wie­le rze­czy zasługi­wało te­raz na obronę. Re­ich­stag, z czarną od dymu fa­sadą, wyglądał jak wul­kan, który ostat­nią, naj­bar­dziej wi­do­wi­skową erupcję ma już za sobą. Jego pożar był czymś więcej niż tyl­ko całopalną ofiarą re­pu­bli­ki utwo­rzo­nej w 1918 roku: sta­no­wił również naj­do­bit­niej­szy przykład pi­ro­man­cji - wróżby, prze­po­wia­dającej Niem­com przyszłość, jaką Hi­tler ze swo­im trze­cim sut­kiem chciał nam za­fun­do­wać.

Kie­ro­wałem się do Por­ta­lu V, północ­nej bra­my prze­zna­czo­nej dla pu­blicz­ności, którędy prze­cho­dziłem tyl­ko raz, ra­zem z matką, po­nad trzy­dzieści lat temu.

La­tarkę zo­sta­wiłem w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Człowiek, który w nocy trzy­ma w ręku za­pa­loną la­tarkę, byłby wyraźniej­szym ce­lem chy­ba tyl­ko z na­ma­lo­waną na pier­si ko­lo­rową tarczą. A poza tym, księżyc świecący przez zruj­no­wa­ny dach dość do­brze oświe­tlał mi drogę. Nie­mniej, w północ­nym we­sty­bu­lu, pro­wadzącym do nie­gdy­siej­szej po­cze­kal­ni, ze szczękiem od­wiodłem i zwol­niłem za­mek mau­ze­ra, dając w ten sposób znać człowie­ko­wi, który na mnie cze­kał, że je­stem uzbro­jo­ny. W nie­sa­mo­wi­tej, pełnej ech ci­szy dźwięk ten za­brzmiał głośniej niż szarża pru­skiej ka­wa­le­rii.

- Nie będzie ci to po­trzeb­ne - ode­zwał się głos z ga­le­rii nade mną.

- Mimo to za­trzy­mam go przez chwilę. Mogą tu być szczu­ry.

Mężczy­zna zaśmiał się drwiąco.

- Szczu­ry już daw­no opuściły to miej­sce. - Na twarz padł mi pro­mień la­tar­ki. - Chodź na górę, Günther.

- Wy­da­je mi się, że po­wi­nie­nem roz­po­znać twój głos - po­wie­działem, wchodząc na scho­dy.

- Mnie też się tak wy­da­je. Cza­sem roz­po­znaję własny głos, cho­ciaż nie znam już człowie­ka, który go używa. Nie ma w tym nic nie­zwykłego, praw­da? Nie w dzi­siej­szych cza­sach.

Wyjąłem la­tarkę i oświe­tliłem mężczyznę, który te­raz od­da­lał się ode mnie w stronę sąsied­nie­go po­miesz­cze­nia.

- Słucham cię z cie­ka­wością. Szko­da, że nie mówiłeś ta­kich rze­czy na Prinz Al­brecht Stras­se.

Znów się roześmiał.

- A więc jed­nak mnie po­zna­jesz.

Do­go­niłem go przy ogrom­nym mar­mu­ro­wym posągu ce­sa­rza Wil­hel­ma I, zaj­mującym śro­dek wiel­kiej ośmiokątnej sali, i wresz­cie do­strzegłem w mro­ku jego rysy. Miały w so­bie coś ko­smo­po­li­tycz­ne­go, cho­ciaż mówił z ber­lińskim ak­cen­tem. Niektórzy mo­gli­by wręcz uznać, że wygląda na Żyda, na­tu­ral­nie, gdy­by sądzić po wiel­kości nosa. Wzno­sił się on nad jego twarzą ni­czym gno­mon ze­ga­ra słonecz­ne­go, ciągnąc do góry wargę, wygiętą w szy­der­czym uśmiesz­ku. Miał krótko obcięte si­wiejące blond włosy, co pod­kreślało jesz­cze wy­so­kość czoła. Była to chy­tra, prze­biegła twarz, i świet­nie do nie­go pa­so­wała.

- Zdzi­wio­ny? - za­py­tał.

- Że ko­men­dant ber­lińskiej po­li­cji kry­mi­nal­nej przysłał mi ano­nim? Skądże, wciąż mi się to zda­rza.

- Przy­szedłbyś, gdy­bym się pod­pi­sał?

- Pew­nie nie.

- A gdy­bym ci za­pro­po­no­wał, żebyś przy­szedł nie tu­taj, ale na Prinz Al­brecht Stras­se? Przy­znaj, że byłbyś cie­ka­wy.

- Od kie­dy to Kri­po co­kol­wiek lu­dziom "pro­po­nu­je", żeby ich ściągnąć do Ko­men­dy Głównej?

- Niby ra­cja. - Ar­thur Nebe uśmiechnął się sze­rzej i wyjął z kie­sze­ni pier­siówkę. - Na­pi­jesz się?

- Dzięki, cze­mu nie. - Pociągnąłem łyk czy­stej żytniówki, tak życz­li­wie za­ofe­ro­wa­nej przez Re­ich­skri­mi­nal­di­rek­to­ra, po czym wyjąłem pa­pie­ro­sy. Przy­pa­liłem nam obu i na kil­ka se­kund uniosłem zapałkę.

- Niełatwo pod­pa­lić ta­kie miej­sce - po­wie­działem. - Je­den człowiek, w po­je­dynkę. Koleś mu­siał nieźle się uwi­jać. Na mój ro­zum Van der Lub­be mu­siał roz­pa­lać ten ogie­niek przez całą noc. - Zaciągnąłem się pa­pie­ro­sem i dodałem: - Krążą wieści, że ma­czał w tym pal­ce Gru­by Her­mann. To zna­czy, trzy­mał w tych pal­cach płonącą żagiew.

- Je­stem wstrząśnięty, wstrząśnięty! To skan­da­licz­ne, po­dej­rze­wać na­sze­go uko­cha­ne­go pre­mie­ra o ta­kie rze­czy! - Ale Nebe śmiał się, mówiąc te słowa. - Bied­ny Her­mann nie­ofi­cjal­nie uzna­ny win­nym, coś po­dob­ne­go! Och, owszem, przy­stał na pod­pa­le­nie, ale to nie on stał za tą za­bawą.

- A więc kto?

- Ku­la­wy Józek. Ten bied­ny ho­len­der­ski skur­wiel. To mu do­pie­ro się tra­fiło, jak śle­pej ku­rze ziar­no! Van der Lub­be miał pe­cha, że po­sta­no­wił pod­pa­lić ten lo­kal aku­rat tego dnia, co chłopcy Go­eb­bel­sa. Józek jak­by do­stał pre­zent na uro­dzi­ny, zwłasz­cza kie­dy Lub­be oka­zał się bol­sze­wi­kiem. Za­po­mniał tyl­ko, że za­trzy­ma­nie spraw­cy ozna­cza pro­ces, a ten z ko­lei pociąga za sobą iry­tującą ko­niecz­ność przed­sta­wie­nia do­wodów. A oczy­wiście na­wet dla skończo­ne­go kre­ty­na od początku było ja­sne, że Lub­be nie mógł działać sa­mo­dziel­nie.

- To cze­mu ten Lub­be nic nie po­wie­dział na roz­pra­wie?

- Na­pa­ko­wa­li go ja­kimś świństwem, żeby był ci­cho, po­stra­szy­li, że zro­bią coś ro­dzi­nie. Wiesz, jak to jest. - Nebe okrążył ol­brzy­mi, pogięty żyran­dol z brązu, leżący na brud­nej mar­mu­ro­wej po­sadz­ce. - Chodź tu­taj, coś ci pokażę.

Po­pro­wa­dził mnie do wiel­kiej sali po­sie­dzeń, gdzie Niem­cy po raz ostat­ni oglądały jakiś pozór de­mo­kra­cji. Wy­so­ko nad nami wzno­sił się szkie­let tego, co ongiś było szklaną kopułą Re­ich­sta­gu. Całe szkło wy­le­ciało w po­wie­trze i mie­dzia­ne dźwi­ga­ry na tle księżyca przy­po­mi­nały sieć gi­gan­tycz­ne­go pająka. Nebe wska­zał la­tarką na osma­lo­ne, spękane bel­ki wokół sali.

- Moc­no ucier­piały w cza­sie pożaru, ale te półpo­sta­cie, pod­trzy­mujące bel­ki: wi­dzisz, że niektóre z nich pod­pie­rają li­te­ry al­fa­be­tu?

- Le­d­wie, le­d­wie.

- No tak, niektórych nie da się już od­czy­tać. Ale jeśli przyj­rzysz się dokład­niej, to może zo­ba­czysz, że wciąż układają się w de­wizę.

- Nic nie zo­baczę o pierw­szej w nocy.

Nebe zi­gno­ro­wał moje słowa.

- Na­pis mówi: Erst das Va­ter­land, dann die Par­tei, Naj­pierw Oj­czy­zna, po­tem Par­tia. - Nie­mal nabożnie powtórzył hasło, po czym spoj­rzał na mnie znacząco.

Wes­tchnąłem i pokręciłem głową.

- To na­prawdę szczyt wszyst­kie­go! Ty? Ar­thur Nebe? Re­ich­skri­mi­nal­di­rek­tor? Be­efste­ak-Nazi? Na zewnątrz bru­nat­ny, w środ­ku czer­wo­ny? A niech mnie!

- Na zewnątrz bru­nat­ny, owszem - od­parł. - W środ­ku nie wiem, jaki mam ko­lor, ale na pew­no nie czer­wo­ny. Żaden ze mnie bol­sze­wik. Ale bru­nat­ny też nie je­stem. Prze­stałem być na­zistą.

- Kur­wa, w ta­kim ra­zie niezły z cie­bie ak­tor.

- Te­raz tak. Muszę grać, żeby przeżyć. Rzecz ja­sna, nie za­wsze tak było. Po­li­cja to moje życie, Günther, ja to ko­cham. Kie­dy zo­ba­czyłem, jak ją zżera li­be­ra­lizm epo­ki we­imar­skiej, pomyślałem, że na­ro­do­wy so­cja­lizm przywróci jakiś sza­cu­nek dla pra­wa i porządku w tym kra­ju. Ale jest go­rzej niż kie­dy­kol­wiek. Po­mogłem wy­rwać ge­sta­po spod władzy Diel­sa tyl­ko po to, by zastąpili go Him­m­ler i Hey­drich, i...

- ...i wte­dy na­prawdę tra­fiłeś z desz­czu pod rynnę. Wszyst­ko ja­sne.

- Zbliża się chwi­la, gdy każdy będzie mu­siał się określić. W Niem­czech, które za­pla­no­wa­li dla nas Him­m­ler i Hey­drich, nie ma miej­sca na agno­sty­cyzm. Trze­ba będzie bro­nić swo­ich prze­ko­nań albo po­nieść kon­se­kwen­cje. Kie­dy na­dej­dzie właściwa pora, będą nam po­trzeb­ni tacy lu­dzie jak ty. Funk­cjo­na­riu­sze, którym można za­ufać. Dla­te­go po­pro­siłem cię o spo­tka­nie... chcę cię prze­ko­nać, żebyś wrócił.

- Ja? Mam wrócić do Kri­po? Ar­thur, chy­ba żar­tu­jesz! Posłuchaj, zbu­do­wałem so­bie niezły in­te­res i całkiem do­brze za­ra­biam. I miałbym to wszyst­ko rzu­cić dla przy­jem­ności służby w po­li­cji? Zno­wu? A po co?

- Może nie będziesz miał wie­le do ga­da­nia w tej kwe­stii. Hey­drich uważa, że byłbyś dla nie­go użytecz­ny w Kri­po.

- Ro­zu­miem. Jakiś kon­kret­ny powód?

- Jest taka spra­wa, którą chce, żebyś się zajął. Z pew­nością nie muszę ci mówić, że dla Hey­dri­cha fa­szyzm to rzecz bar­dzo oso­bi­sta. I za­zwy­czaj osiąga to, cze­go chce.

- O co cho­dzi kon­kret­nie?

- Nie wiem, ja­kie Hey­drich ma za­mia­ry; on mi się nie zwie­rza. Chciałem cię tyl­ko uprze­dzić, żebyś był przy­go­to­wa­ny i nie palnął ja­kiegoś głupstwa, na przykład, żebyś nie posłał go do diabła, co mógłbyś zro­bić w pierw­szym od­ru­chu. Obaj bar­dzo ce­ni­my two­je zdol­ności śled­cze. I w do­dat­ku ja też chciałbym mieć w Kri­po kogoś za­ufa­ne­go.

- No, no, to się na­zy­wa po­pu­lar­ność.

- Pomyśl o tym.

- Nie wiem, jak mógłbym tego uniknąć. Z pew­nością to jakaś od­mia­na po roz­wiązy­wa­niu krzyżówek. Tak czy in­a­czej, dzięki za ostrzeżenie, Ar­thur. Je­stem ci bar­dzo wdzięczny. - Ner­wo­wo otarłem su­che war­gi. - Masz jesz­cze trochę tej le­mo­niad­ki? Po­trze­buję się napić. Nie co­dzien­nie słyszy się ta­kie do­bre wieści.

Nebe wręczył mi pier­siówkę, do której przy­ssałem się jak nie­mowlę do cyc­ka. Była mniej przy­jem­na w do­ty­ku, ale pra­wie tak samo pod­nosząca na du­chu.

- W liściku wspo­mniałeś, że masz in­for­ma­cje o ja­kiejś sta­rej spra­wie. A może chciałeś mnie tyl­ko znęcić, jak pe­do­fil wabi dziec­ko na szcze­niacz­ka?

- Jakiś czas temu po­szu­ki­wałeś pew­nej ko­bie­ty. Dzien­ni­kar­ki.

- Fak­tycz­nie, to było jakiś czas temu. Pra­wie dwa lata. Nie zna­lazłem jej. Za­wiodłem, to mi się często zda­rza. Może po­wi­nie­neś po­wie­dzieć o tym Hey­dri­cho­wi. To mogłoby go prze­ko­nać, żeby mi odpuścił.

- Chcesz się cze­goś do­wie­dzieć czy nie?

- Nie każ mi się wdzięczyć, Ar­thur.

- Nie­wie­le tego, ale proszę bar­dzo. Ja­kieś dwa mie­siące temu właści­ciel­ka domu, w którym miesz­kała two­ja klient­ka, po­sta­no­wiła wy­re­mon­to­wać kil­ka miesz­kań, w tym i jej lo­kal.

- Co za szla­chet­ność.

- W to­a­le­cie zna­lazła ukry­te za ka­fel­kiem przy­bo­ry nar­ko­man­ki. Wszyst­ko, cze­go trze­ba do upra­wia­nia nałogu, z wyjątkiem sa­mych nar­ko­tyków: strzy­kaw­ki, igły, cały kom­plet. Otóż po znik­nięciu two­jej klient­ki następnym lo­ka­to­rem miesz­ka­nia zo­stał ksiądz, więc mało praw­do­po­dob­ne, że to jego rze­czy, czyż nie? A jeśli ta pani była mor­fi­nistką, to wie­le wyjaśnia, nie sądzisz? To zna­czy, nig­dy nie prze­wi­dzisz, co taki ćpun zro­bi.

Pokręciłem głową.

- To nie ten typ. Prze­cież coś bym za­uważył, praw­da?

- Nie­ko­niecz­nie. Nie, gdy­by próbowała je od­sta­wić. Nie, gdy­by miała sil­ny cha­rak­ter. No cóż, taki do­sta­liśmy mel­du­nek i uznałem, że ze­chcesz o tym wie­dzieć. Żeby móc za­mknąć akta spra­wy. Sko­ro ukry­wała przed tobą coś ta­kie­go, to nie wia­do­mo, co jesz­cze mogła za­taić.

- Wszyst­ko w porządku, Ar­thur. Dokład­nie obej­rzałem so­bie jej sut­ki.

Nebe za­chi­cho­tał ner­wo­wo, nie­pew­ny, czy aby nie opo­wia­dam mu sprośnego kawału.

- Niezłe były?

- Miała tyl­ko dwie, Ar­thur. Ale za to piękne.

2

po­nie­działek, 20 sierp­nia

W in­nym mieście każdy dom na Her­bert­stras­se byłby oto­czo­ny kil­ko­ma hek­ta­ra­mi traw­ni­ka i gęstwą kwitnących krzewów. Ale tu­taj, w Ber­li­nie, bu­dyn­ki cia­sno upchnięte na par­ce­lach nie zo­sta­wiały wie­le miej­sca na trawę czy bruk, a niektóre z nich dzie­liła od chod­ni­ka za­le­d­wie głębokość bra­my wejścio­wej. Ar­chi­tek­to­nicz­nie sta­no­wiły mie­sza­ninę stylów, od pal­la­diańskie­go po neo­go­tyc­ki i wil­hel­miński, cza­sem o nie­zwy­kle re­gio­nal­nych ce­chach. Her­bert­stras­se jako całość przy­po­mi­nała zgro­ma­dze­nie sta­rych feld­mar­szałków i ad­mi­rałów, ubra­nych w ga­lo­we mun­du­ry, których zmu­szo­no do sie­dze­nia na maleńkich, nie­wy­god­nych stołkach po­lo­wych.

Dom, do którego zo­stałem we­zwa­ny, przy­po­mi­nał wiel­ki tort we­sel­ny i właści­wie po­wi­nien się znaj­do­wać na plan­ta­cji w sta­nie Mis­si­si­pi. Wrażenie było tym sil­niej­sze, że drzwi otwo­rzyła mi czar­na służąca gru­ba jak becz­ka. Po­ka­załem jej le­gi­ty­mację i wyjaśniłem, że je­stem ocze­ki­wa­ny. Przez dłuższą chwilę wpa­try­wała się w do­ku­ment z po­dejrz­li­wością sa­me­go Him­m­le­ra:

- Frau Lan­ge nic nie mówiła.

- Pew­nie za­po­mniała - po­wie­działem. - Proszę posłuchać, nie minęło jesz­cze pół go­dzi­ny, jak za­dzwo­niła do mo­je­go biu­ra.

- No do­bra - zgo­dziła się niechętnie. - Niech wej­dzie.

Za­pro­wa­dziła mnie do sa­lo­nu, który mógłby ucho­dzić za ele­ganc­ki, gdy­by nie spo­ra, częścio­wo ogry­zio­na psia kość, leżąca na środ­ku dy­wa­nu.

- Niech ni­cze­go nie ru­sza - zarządziła czar­na becz­ka. - Po­wiem, że przy­szedł. - I wy­to­czyła się w po­szu­ki­wa­niu swej pani, mam­rocząc i stękając, jak­bym wyciągnął ją z wan­ny.

Usiadłem na ma­ho­nio­wej ka­na­pie z poręcza­mi rzeźbio­ny­mi w del­fi­ny. Obok stał podręczny sto­lik w po­dob­nym sty­lu, o bla­cie wspar­tym na del­fi­nich ogo­nach. Del­fi­ny jako ele­ment ko­micz­ny sta­no­wiły ulu­bio­ny mo­tyw nie­miec­kich sto­la­rzy ar­ty­stycz­nych, choć moim zda­niem więcej po­czu­cia hu­mo­ru dałoby się zna­leźć na znacz­ku za trzy fe­ni­gi. Po około pięciu mi­nu­tach ocze­ki­wa­nia becz­ka znów się przy­tur­lała i oznaj­miła, że Frau Lan­ge mnie przyj­mie.

Ru­szy­liśmy długim, po­nu­rym ko­ry­ta­rzem, za­miesz­ka­nym przez licz­ne wy­pcha­ne ryby, wśród których za­uważyłem piękne­go łoso­sia. Przy­stanąłem.

- Ładna ryba - po­wie­działem z po­dzi­wem. - Ktoś w domu był ry­ba­kiem?

Odwróciła się znie­cier­pli­wio­na.

- Nie ma ry­ba­ka - rzu­ciła. - Tyl­ko ryby. Co za dom, same ryby, psy i koty. Koty naj­gor­sze. Ryby przy­najm­niej nieżywe. Psów i kotów nie można od­ku­rzyć.

Nie­mal od­ru­cho­wo prze­ciągnąłem pal­cem po ga­blo­cie łoso­sia. Nie­wie­le wska­zy­wało na to, że od­by­wało się tu ja­kieś od­ku­rza­nie; co więcej, na­wet pod­czas swe­go względnie krótkie­go po­by­tu w do­mo­stwie Lan­ge zdołałem do­strzec, że dy­wa­ny czyści się tu rzad­ko, jeśli w ogóle. Po błocie okopów odro­bi­na ku­rzu i garść okruchów na podłodze nie­szczególnie mnie razi. Nie­mniej w naj­gor­szych slum­sach Neukölln i Wed­din­gu wi­dy­wałem le­piej utrzy­ma­ne domy.

Becz­ka otwo­rzyła szkla­ne drzwi i od­sunęła się na bok. Wszedłem do za­gra­co­ne­go po­ko­ju, który naj­wy­raźniej częścio­wo pełnił funkcję biu­ra, i drzwi za­mknęły się za mną.

Frau Lan­ge była dużą, mięsistą ko­bietą w ty­pie or­chi­dei. Jej brzo­skwi­nio­wa twarz i ra­mio­na tonęły w fałdach tłuszczu, na­dających jej wygląd głupie­go pie­ska, z ta­kich, ja­kie się ho­du­je po to, aby ich sierść stała się o kil­ka roz­miarów za duża. Sama przy­po­mi­nała bez­kształtne­go shar­pei, a jej głupi pie­sek był jesz­cze bar­dziej roz­la­ny niż ona.

- To miło, że ze­chciał pan wpaść i zo­ba­czyć się ze mną bez uprze­dze­nia - po­wie­działa.

Wydałem kil­ka ugrzecz­nio­nych po­mruków; w końcu dys­po­no­wała siłą prze­bi­cia, którą zy­sku­je się, je­dy­nie miesz­kając pod eks­klu­zyw­nym ad­re­sem, ta­kim jak Her­bert­stras­se.

Frau Lan­ge usiadła na zie­lo­nym szez­lon­gu, a psa i jego fu­tro roz­po­starła na rozłożystym podołku ni­czym robótkę na dru­tach, której nie za­mie­rzała prze­ry­wać, przed­sta­wiając mi swój pro­blem. Na oko prze­kro­czyła już pięćdzie­siątkę, co na­tu­ral­nie nie miało żad­ne­go zna­cze­nia. Kie­dy ko­bie­ta kończy pięćdzie­siąt lat, jej wiek prze­sta­je in­te­re­so­wać ko­go­kol­wiek prócz niej sa­mej. Z mężczyzną spra­wy mają się dokład­nie od­wrot­nie.

Wyjęła pa­pie­rośnicę i poczęsto­wała mnie, za­strze­gając:

- To men­to­lo­we.

Wziąłem chy­ba z cie­ka­wości, ale po pierw­szym szta­chu aż się wzdrygnąłem; po pro­stu za­po­mniałem, jak ohyd­nie sma­ku­je men­to­lo­wy pa­pie­ros. Widząc moją jawną od­razę, Frau Lan­ge za­chi­cho­tała.

- Och, na litość boską, niechże pan go zga­si. Sma­kują okrop­nie. Nie mam pojęcia, dla­cze­go je palę, na­prawdę. Proszę za­pa­lić własne­go, bo in­a­czej nig­dy się pan nie sku­pi.

- Dziękuję - rzekłem, gasząc pa­pie­ro­sa w po­piel­nicz­ce wiel­kości de­kla. - Chy­ba tak zro­bię.

- A sko­ro o tym mowa, proszę nalać drin­ka nam oboj­gu. Nie wiem jak panu, ale mnie al­ko­hol z pew­nością się przy­da.

Wska­zała mi wielką bie­der­me­ie­rowską se­kre­terę, której górna część, ozdo­bio­na joński­mi ko­lu­mien­ka­mi z brązu, była mi­nia­turą sta­rożyt­nej grec­kiej świątyni.

- W tym me­blu scho­wa­na jest bu­tel­ka dżinu - po­wie­działa. - Nie­ste­ty, mogę panu do nie­go za­pro­po­no­wać tyl­ko sok z li­mon­ki. Nie piję nic in­ne­go.

Jak dla mnie było trochę za wcześnie, ale posłusznie zmie­szałem drin­ki. Spodo­bało mi się, że klient­ka robi, co może, bym po­czuł się swo­bod­nie. To po­dob­no jed­na z mo­ich własnych umiejętności za­wo­do­wych, lecz w odróżnie­niu ode mnie, Frau Lan­ge nie de­ner­wo­wała się ani trochę; wyglądała na damę, której pod względem umiejętności za­wo­do­wych nic nie bra­ku­je. Wręczyłem jej drin­ka i usiadłem na trzeszczącym skórza­nym fo­te­lu obok szez­lon­gu.

- Jest pan człowie­kiem spo­strze­gaw­czym, Herr Günther?

- Widzę, co się dzie­je w Niem­czech, jeśli pani o to pyta.

- Nie­zu­pełnie, ale i tak miło mi to słyszeć. Nie, py­tam o to, czy pan po­tra­fi do­strzec to i owo.

- Ależ Frau Lan­ge, nie ma po­trze­by, żeby skra­dała się pani jak kot do mi­ski z mle­kiem. Niech pani po­dej­dzie i śmiało pije. - Od­cze­kałem chwilę, lecz widząc, że się spe­szyła, dodałem: - Proszę bar­dzo, wyręczę panią. Pyta pani, czy je­stem do­brym de­tek­ty­wem.

- Oba­wiam się, że nie­wie­le wiem o tych spra­wach.

- Nie ma po­wo­du, żeby pani wie­działa.

- Ale jeśli mam po­wie­rzyć panu ta­jem­nicę, to chy­ba po­win­nam mieć ja­kieś pojęcie o pańskich kwa­li­fi­ka­cjach.

Uśmiechnąłem się.

- Pani ro­zu­mie, że w ta­kiej branży jak moja nie da się przed­sta­wić re­fe­ren­cji od za­do­wo­lo­nych klientów. Po­uf­ność jest dla nich równie ważna jak ta­jem­ni­ca spo­wie­dzi. Może na­wet ważniej­sza.

- Ale skąd w ta­kim ra­zie mam wie­dzieć, że za­pew­niam so­bie usługi kogoś, kto do­brze wy­ko­nu­je swój zawód?

- Frau Lan­ge, ja wy­ko­nuję swój zawód bar­dzo do­brze. Mam ugrun­to­waną re­pu­tację. Kil­ka mie­sięcy temu ktoś na­wet złożył ofertę ku­pie­nia mo­jej fir­my. Całkiem dobrą ofertę, jeśli chce pani wie­dzieć.

- Cze­mu pan jej nie sprze­dał?

- Po pierw­sze, fir­ma nie jest na sprze­daż. Po dru­gie, byłbym równie złym pra­cow­ni­kiem, jak pra­co­dawcą. Nie­mniej, po­chle­bia mi, że do tego doszło. Na­tu­ral­nie, to nie ma nic do rze­czy. Lu­dzie, pragnący sko­rzy­stać z usług pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa, na ogół nie muszą ku­po­wać całej fir­my; zwy­kle proszą swe­go ad­wo­ka­ta, żeby im kogoś zna­lazł. Prze­ko­na się pani, że moje usługi po­le­ca wie­le kan­ce­la­rii praw­ni­czych, również ta­kich, w których mój ak­cent i ma­nie­ry nie budzą en­tu­zja­zmu.

- Pan wy­ba­czy, Herr Günther, ale moim zda­niem zawód praw­ni­ka jest moc­no prze­ce­nia­ny.

- O to nie będę się z panią spie­rać. Jesz­cze nie spo­tkałem praw­ni­ka, który nie byłby w sta­nie okraść swo­jej mat­ki z oszczędności, a na­wet ode­brać jej ma­te­ra­ca, pod którym je ukryła.

- Prze­ko­nałam się, że w większości spraw za­wo­do­wych le­piej po­le­gać na własnej oce­nie.

- A jaki właści­wie jest pani zawód?

- Je­stem właści­cielką i dy­rek­torką fir­my wy­daw­ni­czej.

- Wy­daw­nic­two Lan­ge?

- Herr Günther, po­wie­działam już, że po­le­gając na własnej oce­nie, nieczęsto się mylę. W działalności wy­daw­ni­czej gust jest wszyst­kim; żeby oce­nić, co się sprze­da, trze­ba coś wie­dzieć o gu­stach lu­dzi, którym się to sprze­daje. Otóż je­stem w każdym calu ber­linką i sądzę, że znam to mia­sto i jego miesz­kańców le­piej niż kto­kol­wiek inny. Wra­cając za­tem do mego pier­wot­ne­go py­ta­nia o pańską spo­strze­gaw­czość, niech mi pan po­wie: gdy­bym była w Ber­li­nie kimś ob­cym, to jak opi­sałby mi pan miesz­kańców na­sze­go mia­sta?

- Hm, co to zna­czy ber­lińczyk? - Uśmiechnąłem się. - Do­bre py­ta­nie. Żaden klient nie kazał mi dotąd ska­kać przez kółka, żeby spraw­dzić, czy je­stem mądrym pie­skiem. Wie pani, zwy­kle nie wy­ko­nuję sztu­czek, ale dla pani zro­bię wyjątek. Ber­lińczy­cy lubią, kie­dy się robi dla nich wyjątki. Więc mam na­dzieję, że pani uważnie słucha, bo mój występ właśnie się za­czy­na. Tak jest, ber­lińczy­cy lubią się czuć wyjątko­wi, choć równo­cześnie bar­dzo dbają o po­zo­ry. Na ogół wyglądają po­dob­nie: sza­lik, ka­pe­lusz oraz buty, w których można by iść do Szan­gha­ju i nie na­ba­wić się od­cisków. Tak się składa, że ber­lińczy­cy lubią cho­dzić, toteż wie­lu z nich ma psy: złe dla mężczyzn, mi­lu­sie dla całej resz­ty. Mężczyźni przy­cze­sują włosy częściej niż ko­bie­ty i ho­dują wąsy, w których można po­lo­wać na dzi­kie świ­nie. Turyści myślą, że mężczyźni w Ber­linie lubią prze­bie­rać się za ko­bie­ty, ale to tyl­ko brzyd­kie ko­bie­ty robią mężczy­znom złą opi­nię. Cho­ciaż ostat­nio nie ma zbyt wie­lu tu­rystów. Przez ten na­ro­do­wy so­cja­lizm tu­rysta to wi­dok rzad­szy niż Fred Asta­ire w ofi­cer­kach. Lu­dzie w tym mieście do­dają śmie­tan­ki do wszyst­kie­go, łącznie z pi­wem, ale pi­cie piwa trak­tują bar­dzo poważnie. Ko­bie­ty, po­dob­nie jak mężczyźni, wolą piwo z dzie­sięcio­mi­nu­tową pianą i nie prze­szka­dza im, że same za nie płacą. Pra­wie wszy­scy kie­row­cy jeżdżą za szyb­ko, ale ni­ko­mu nie przyj­dzie do głowy, żeby prze­je­chać na czer­wo­nym świe­tle. Mają znisz­czo­ne płuca, bo po­wie­trze jest brud­ne, oraz dla­te­go, że za dużo palą. Ich dow­ci­py wy­dają się okrut­ne, kie­dy się ich nie ro­zu­mie, i jesz­cze okrut­niej­sze, kie­dy wresz­cie się je poj­mie. Za ciężkie pie­niądze ku­pują kre­den­sy ma­syw­ne jak bun­kry w sty­lu bie­der­me­ier, a po­tem wie­szają w oszklo­nych drzwicz­kach fi­ra­necz­ki, żeby ukryć, co jest w środ­ku. Są ty­pową, spe­cy­ficzną mie­sza­niną osten­ta­cji i pry­wat­ności. Jak mi idzie?

Frau Lan­ge skinęła głową.

- Nieźle pan so­bie ra­dzi, jeśli nie li­czyć uwa­gi o brzyd­kich ber­lin­kach.

- To nie jest istot­ne.

- I tu pan się myli. Proszę się tyl­ko nie wy­co­fy­wać, bo prze­stanę pana lubić. To jest jak naj­bar­dziej istot­ne. Za chwilę zo­ba­czy pan, dla­cze­go. Ja­kie ma pan staw­ki?

- Sie­dem­dzie­siąt ma­rek dzien­nie plus wy­dat­ki.

- A ja­kież to wy­dat­ki?

- Trud­no po­wie­dzieć. Prze­jaz­dy. Łapówki. Co­kol­wiek, z cze­go można wy­cisnąć in­for­mację. Do­starczę pani po­kwi­to­wa­nia na wszyst­ko, z wyjątkiem łapówek. Oba­wiam się, że w kwe­stii tych ostat­nich musi mi pani wie­rzyć na słowo.

- Cóż, miej­my na­dzieję, że po­tra­fi pan oce­nić, za co war­to płacić.

- Nie mie­wam re­kla­ma­cji.

- Przy­pusz­czal­nie chce pan za­liczkę. - Wręczyła mi ko­pertę. - Znaj­dzie pan tu­taj tysiąc ma­rek w gotówce. Czy to pana sa­tys­fak­cjo­nu­je? - Przy­taknąłem. - Oczy­wiście po­proszę o po­kwi­to­wa­nie.

- Oczy­wiście - od­rzekłem i pod­pi­sałem przy­go­to­wa­ny przez nią świ­stek. Bar­dzo rze­czo­wa oso­ba, pomyślałem. Tak, niewątpli­wie ko­bie­ta god­na uwa­gi.

- Na mar­gi­ne­sie, jak to się stało, że pani na mnie tra­fiła? Chy­ba nie pytała pani ad­wo­ka­ta, a ja - dodałem z na­mysłem - oczy­wiście się nie ogłaszam.

Frau Lan­ge wstała i po­deszła do biur­ka, wciąż trzy­mając psa w objęciach.

- Miałam pańską wi­zytówkę - po­wie­działa, po­dając mi kar­to­nik. - A przy­najm­niej mój syn ją miał. Wyjęłam ją po­nad rok temu z kie­sze­ni jego sta­re­go gar­ni­tu­ru, który chciałam oddać na Po­moc Zi­mową. - Miała na myśli akcję do­bro­czynną, or­ga­ni­zo­waną przez Front Pra­cy, DAF. - Za­trzy­małam ją, bo chciałam mu ją zwrócić. Lecz kie­dy o niej wspo­mniałam, kazał mi ją wy­rzu­cić. Ale nie wy­rzu­ciłam. Pew­nie sądziłam, że na ja­kimś eta­pie może się przy­dać. No i nie myliłam się, praw­da?

Była to sta­ra fir­mo­wa wi­zytówka, po­chodząca z czasów, kie­dy nie byłem jesz­cze w spółce z Bru­no­nem Stah­lec­ke­rem. Na od­wro­cie wid­niał na­wet mój daw­ny do­mo­wy nu­mer te­le­fo­nu.

- Cie­ka­we, skąd ją miał - mruknąłem.

- Wy­da­je mi się, że po­wie­dział, że od dok­to­ra Kin­der­man­na.

- Kin­der­man­na?

- Za­raz do tego doj­dzie­my, jeśli pan po­zwo­li.

Wyciągnąłem z port­fe­la nową wi­zytówkę.

- To nie jest ta­kie ważne, ale mam te­raz wspólni­ka, więc le­piej dam pani nową.

Wręczyłem jej wi­zytówkę, którą odłożyła na biur­ko przy te­le­fo­nie. Następnie usiadła i jak­by przekręcając w głowie wyłącznik, przy­brała poważny wy­raz twa­rzy.

- A te­raz chy­ba po­win­nam już panu po­wie­dzieć, po co pana we­zwałam - rzekła z po­nurą miną. - Chcę, żeby pan się do­wie­dział, kto mnie szan­tażuje. - Urwała i ner­wo­wo po­pra­wiła się na szez­lon­gu. - Prze­pra­szam, to nie jest dla mnie łatwe.

- Proszę się nie spie­szyć. Szan­taż każdego wytrąca z równo­wa­gi.

Kiwnęła głową i pociągnęła łyk dżinu.

- No więc trochę po­nad mie­siąc temu otrzy­małam ko­pertę, za­wie­rającą dwa li­sty, na­pi­sa­ne przez mo­je­go syna do pew­ne­go mężczy­zny. Do dok­to­ra Kin­der­man­na. Oczy­wiście roz­po­znałam pi­smo syna i cho­ciaż ich nie czy­tałam, zo­rien­to­wałam się, że mają in­tym­ny cha­rak­ter. Mój syn jest ho­mo­sek­su­alistą, Herr Günther. Wiem o tym od ja­kie­goś cza­su, więc wstrząs nie był dla mnie taki strasz­ny, choć z załączo­ne­go liściku wy­wnio­sko­wałam, że ten zły człowiek za­pew­ne na to li­czył. Pisał również, że jest w po­sia­da­niu kil­ku in­nych po­dob­nych listów i że mi je odda, jeśli zapłacę mu tysiąc ma­rek. Jed­nak gdy­bym odmówiła, nie będzie miał in­ne­go wyjścia, jak prze­ka­zać je ge­sta­po. Z pew­nością nie muszę panu mówić, Herr Günther, że obec­ny rząd nie ma do tych młodych nieszczęśników tak oświe­co­ne­go sto­sun­ku jak re­pu­bli­ka. Każdy kon­takt między mężczy­zna­mi, choćby naj­bar­dziej prze­lot­ny, trak­to­wa­ny jest jak przestępstwo. Ujaw­nie­nie ho­mo­sek­su­ali­zmu Re­in­har­da ozna­czałoby dlań na­wet dzie­sięć lat w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. A więc zapłaciłam, Herr Günther. Mój szo­fer zo­sta­wił pie­niądze we wska­za­nym miej­scu i po mniej więcej ty­go­dniu do­stałam prze­syłkę - nie paczkę ko­re­spon­den­cji, ja­kiej się spo­dzie­wałam, lecz je­den, je­dy­ny list. Oraz ko­lejną ano­ni­mową no­tatkę, w której au­tor po­wia­da­miał mnie, że zmie­nił zda­nie, że jest człowie­kiem ubo­gim, że będę mu­siała wy­ku­py­wać li­sty po jed­nym i że ma ich jesz­cze dzie­sięć. Od tam­tej pory, kosz­tem pra­wie pięciu tysięcy ma­rek, od­zy­skałam czte­ry, za każdym ra­zem płacąc więcej niż po­przed­nio.

- Czy pani syn o tym wie?

- Nie. I na ra­zie nie widzę po­wo­du, żebyśmy obo­je cier­pie­li.

Wes­tchnąłem i już chciałem głośno wy­ra­zić swój sprze­ciw, gdy mi prze­rwała:

- Tak, za­pew­ne po­wie pan, że to utrud­nia wy­kry­cie spraw­cy i że Re­in­hard może wie­dzieć coś, co byłoby dla pana po­moc­ne. Oczy­wiście ma pan ab­so­lutną rację. Ale proszę pana, mam swo­je po­wo­dy. Po pierw­sze, mój syn jest chłopcem po­ryw­czym. W pierw­szym od­ru­chu za­pew­ne kazałby mi posłać tego szan­tażystę do diabła i prze­stać płacić. To nie­mal na pew­no skończyłoby się jego aresz­to­wa­niem. Re­in­hard to moje dziec­ko i jako mat­ka bar­dzo go ko­cham, ale to głuptas, po­zba­wio­ny po­czu­cia prag­ma­ty­zmu. Przy­pusz­czam, że człowiek, który mnie szan­tażuje, jest prze­ni­kli­wym sędzią ludz­kiej psy­cho­lo­gii. Do­brze ro­zu­mie, co mat­ka i wdo­wa czu­je do swe­go je­dy­na­ka. Zwłasz­cza bo­ga­ta i dość sa­mot­na wdo­wa, taka jak ja. Po dru­gie, ja sama też dość do­brze ro­zu­miem świat ho­mo­sek­su­alistów. Zmarły dok­tor Ma­gnus Hir­sch­feld na­pi­sał kil­ka książek na ten te­mat, z których jedną miałam za­szczyt oso­biście wydać. To świat ta­jem­ny i ra­czej zdra­dziec­ki, Herr Günther, mek­ka szan­tażystów. Nie­wy­klu­czo­ne więc, że ten nie­go­dzi­wiec jest wręcz zna­jo­mym mo­je­go syna. Prze­cież pod­stawą szan­tażu może stać się na­wet miłość między mężczyzną i ko­bietą, zwłasz­cza gdy w grę wcho­dzi cu­dzołóstwo albo ska­la­nie rasy, co naj­wy­raźniej spędza tym na­zi­stom sen z po­wiek. Z powyższych po­wodów za­mie­rzam po­wie­dzieć Re­in­hardowi o tym wszyst­kim do­pie­ro, gdy pan od­kry­je tożsamość szan­tażysty. Wówczas sam za­de­cy­du­je, co robić, tym­cza­sem jed­nak o ni­czym nie może się dowie­dzieć. - Spoj­rzała na mnie py­tająco. - Zgo­da?

- Frau Lan­ge, pani lo­gi­ka jest bez za­rzu­tu. Wy­da­je mi się, że dokład­nie wszyst­ko pani prze­myślała. Mogę zo­ba­czyć li­sty pani syna?

Kiwnęła głową i sięgnęła po teczkę leżącą obok szez­lon­ga, ale za­wa­hała się.

- Czy to ko­niecz­ne? Żeby pan czy­tał jego li­sty?

- Owszem, tak - rzekłem sta­now­czo. - Za­cho­wała pani kart­ki od szan­tażysty?

Podała mi teczkę.

- Wszyst­ko tu jest - po­wie­działa. - Ko­re­spon­den­cja i ano­ni­mo­we li­sty.

- Nie kazał pani nic zwrócić?

- Nie.

- To do­brze. To zna­czy, że mamy do czy­nie­nia z ama­to­rem. Ktoś, kto robił to już przed­tem, przy każdej płatności kazałby pani zwra­cać swo­je li­sty. Żeby pani nie mogła zbie­rać do­wodów prze­ciw­ko nie­mu.

- Tak, ro­zu­miem.

Zerknąłem na to, co opty­mi­stycz­nie określiłem jako do­wo­dy. Ano­ni­my na przy­zwo­itym pa­pie­rze bez żad­nych cech szczególnych zo­stały na­pi­sa­ne i za­adre­so­wa­ne na ma­szy­nie. Wysłano je z różnych dziel­nic za­chod­nie­go Ber­li­na - W.35, W.40, W.50 - i ofran­ko­wa­no znacz­ka­mi upa­miętniającymi piątą rocz­nicę dojścia na­zistów do władzy. To mi coś mówiło; rocz­nica ta przy­pa­dała 30 stycz­nia, więc szan­tażysta pani Lan­ge naj­wy­raźniej nie ku­po­wał znaczków zbyt często.

Re­in­hard Lan­ge skreślił swo­je li­sty na mięsi­stym pa­pie­rze, jaki ku­pują tyl­ko za­ko­cha­ni - kosz­tu­je tak dużo, że po pro­stu trze­ba go trak­to­wać se­rio. Pi­smo było schlud­ne i sta­ran­ne, a na­wet ostrożne, cze­go nie można już po­wie­dzieć o treści. Za­pew­ne kąpie­lo­wy w łaźni tu­rec­kiej nie do­strzegłby w nich nic szczególnie zdrożnego, lecz w na­zi­stow­skich Niem­czech prze­syłki miłosne Re­in­harda Lan­gego z pew­nością gwa­ran­to­wały ich bez­wstyd­ne­mu au­to­ro­wi prze­jazd do ka­ce­tu z całym rzędem różowych trójkątów na pier­si.

- Ten dok­tor Lanz Kin­der­mann - za­gadnąłem, czy­tając na­zwi­sko na pachnącej li­metką ko­per­cie. - Co dokład­nie pani o nim wie?

- Na pew­nym eta­pie udało mi się namówić Re­in­har­da, żeby zaczął le­czyć swój ho­mo­sek­su­alizm. Na początku próbował kil­ku pre­pa­ratów hor­mo­nal­nych, ale oka­zały się nie­sku­tecz­ne i uznałam, że psy­cho­te­ra­pia ro­ku­je le­piej. Po­dob­no kil­ku wy­so­kich funk­cjo­na­riu­szy par­tyj­nych i chłopców z Hi­tler­ju­gend przeszło taką ku­rację. Kin­der­mann jest psy­cho­te­ra­peutą i Re­in­hard zo­ba­czył go po raz pierw­szy, kie­dy prze­kro­czył próg jego kli­ni­ki w Wan­n­see. Szu­kał po­mo­cy, a za­miast tego nawiązał z Kin­der­mannem, który sam jest ho­mo­sek­su­alistą, sto­su­nek in­tym­ny.

- Proszę mi wy­ba­czyć moją nie­wiedzę, ale co to właści­wie jest psy­cho­te­ra­pia? Sądziłem, że ta­kie rze­czy nie są już do­zwo­lo­ne.

- Nie wiem dokład­nie. - Frau Lan­ge pokręciła głową. - Ale myślę, że na­cisk kładzie się tu­taj na le­cze­nie za­bu­rzeń psy­chicz­nych jako części ogólne­go zdro­wia fi­zycz­ne­go człowie­ka. Niech pan nie pyta, czym to się różni od po­mysłów tego całego Freu­da poza tym, że to Żyd, a Kin­der­mann to Nie­miec. Kli­ni­ka Kin­der­manna też jest tyl­ko dla Niemców. Bo­ga­tych Niemców z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym i nar­ko­ty­ko­wym, których in­te­re­sują bar­dziej eks­cen­trycz­ne obrzeża me­dy­cy­ny, chi­ro­prak­ty­ka, te rze­czy. Albo dla ta­kich, którzy szu­kają luk­su­so­we­go miej­sca na od­po­czy­nek. Jed­nym z pa­cjentów Kin­der­manna jest zastępca Führe­ra Ru­dolf Hess.

- Spo­tkała pani dok­to­ra Kin­der­man­na?

- Tyl­ko raz. Nie spodo­bał mi się. To dość aro­ganc­ki Au­striak.

- Jak oni wszy­scy - mruknąłem. - Pani zda­niem to typ, który nie wzgar­dziłby drob­nym szan­tażem? W końcu to on jest ad­re­sa­tem listów. Jeśli nie Kin­der­mann, to musi być ktoś, kto go zna. Albo przy­najm­niej ktoś, kto miał spo­sob­ność wy­kraść mu te li­sty.

- Przy­znaję, że nie po­dej­rze­wałam Kin­der­man­na z tego pro­ste­go po­wo­du, że li­sty obciążają ich obu. - Zamyśliła się. - Wiem, że to za­brzmi głupio, ale nig­dy się nie za­sta­na­wiałam, jak ten ktoś wszedł w po­sia­da­nie tych listów. Ale te­raz, gdy pan o tym mówi, po­dej­rze­wam, że mu­siały zo­stać skra­dzio­ne. Sądzę, że Kin­der­man­no­wi.

Kiwnąłem głową.

- No do­brze - po­wie­działem. - A te­raz za­dam pani trud­niej­sze py­ta­nie.

- Chy­ba wiem, o co pan za­py­ta, Herr Günther. - Wes­tchnęła ciężko. - Czy biorę pod uwagę możliwość, że wi­no­wajcą jest mój syn? - Spoj­rzała na mnie kry­tycz­nie i dodała: - Nie myliłam się co do pana, praw­da? To właśnie ta­kie cy­nicz­ne py­ta­nie, ja­kie miałam na­dzieję usłyszeć. Te­raz wiem, że mogę na panu po­le­gać.

- Cy­nizm u de­tek­ty­wa, Frau Lan­ge, to jak u ogrod­ni­ka do­bra ręka do roślin. Cza­sem ta ce­cha pa­ku­je mnie w kłopo­ty, lecz przede wszyst­kim nie po­zwa­la mi ni­ko­go lek­ce­ważyć. Mam za­tem na­dzieję, że wy­ba­czy mi pani, kie­dy po­wiem, że to naj­lep­szy powód, by nie po­wia­da­miać pani syna o śledz­twie, i że pani już o tym pomyślała. - Widząc, że się uśmie­cha, dodałem: - No więc sama pani wi­dzi, Frau Lan­ge, że pani nie lek­ce­ważę. - Skinęła głową. - Sądzi pani, że bra­ku­je mu pie­niędzy?

- Nie. Jako pre­zes zarządu Wy­daw­nic­twa Lan­ge po­bie­ra sporą pensję. Czer­pie również do­cho­dy z dużego fun­du­szu po­wier­ni­cze­go, który usta­no­wił dlań jego oj­ciec. Lubi ha­zard, to praw­da. Ale co gor­sza, z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia, jest właści­cie­lem całko­wi­cie zbędne­go tytułu "Ura­nia".

- Tytułu?

- Cza­so­pi­sma. O astro­lo­gii i in­nych bzdu­rach. Od dnia, kie­dy je kupił, tyl­ko tra­ci pie­niądze. - Za­pa­liła ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa i zaciągnęła się, ściągając usta, jak­by za­mie­rzała za­gwiz­dać jakąś me­lo­dię. - Prze­cież wie, że gdy­by na­prawdę za­brakło mu pie­niędzy, może za­wsze przyjść i mnie po­pro­sić.

Uśmiechnąłem się z pewną za­zdrością.

- Wiem, że nie je­stem, jak to mówią, ślicz­ny, ale myślała pani kie­dyś, żeby za­adop­to­wać kogoś ta­kie­go jak ja? - Roześmiała się, więc dodałem: - Ten młody człowiek ma wie­le szczęścia.

- Jest kom­plet­nie ze­psu­ty, ot co! I już nie jest taki młody. - Wpa­try­wała się w prze­strzeń, wodząc wzro­kiem za smugą dymu z pa­pie­ro­sa. - Dla bo­ga­tej wdo­wy, którą je­stem, Re­in­hard to coś, co w in­te­re­sach na­zy­wa­my loss-le­ader, atrak­cyj­ny to­war sprze­da­wa­ny poniżej kosztów. Nie ma ta­kie­go roz­cza­ro­wa­nia, które dałoby się porównać z roz­cza­ro­wa­niem, ja­kie może nam spra­wić je­dy­ny syn.

- Do­praw­dy? A ja słyszałem, że dzie­ci to na sta­rość błogosławieństwo.

- Wie pan, jak na cy­ni­ka, robi się pan całkiem sen­ty­men­tal­ny. Widać, że nie ma pan własnych dzie­ci. Po­zwo­li pan, Herr Günther, że wy­pro­wadzę pana z błędu. Dzie­ci to od­bi­cie na­szej sta­rości. To naj­szyb­szy zna­ny mi sposób, żeby się ze­sta­rzeć. Lu­strza­ne od­bi­cie na­sze­go upad­ku. A mo­je­go zwłasz­cza.

Pie­sek ziewnął i ze­sko­czył jej z ko­lan, jak­by słyszał to już wie­le razy przed­tem. Na podłodze prze­ciągnął się i pod­biegł do drzwi, gdzie przy­stanął, by spoj­rzeć wy­cze­kująco na swoją panią. Frau Lan­ge, nie­spe­szo­na tym po­ka­zem psiej py­chy, wstała i wypuściła zwie­rza­ka z po­ko­ju.

- Co te­raz? - za­py­tała, wra­cając na szez­long.

- Cze­ka­my na ko­lej­ny list. Zajmę się do­star­cze­niem pie­niędzy. A tym­cza­sem, sądzę, że to niezły po­mysł, bym na kil­ka dni położył się w kli­ni­ce dok­to­ra Kin­der­man­na. Chciałbym się do­wie­dzieć cze­goś więcej o przy­ja­cie­lu pani syna.

- Pew­nie mówiąc o wy­dat­kach, to właśnie miał pan na myśli?

- Po­sta­ram się, żeby mój po­byt był jak najkrótszy.

- Niech pan tego do­pil­nu­je - rzekła, przyj­mując bel­fer­ski ton. - Kli­ni­ka Kin­der­man­na kosz­tu­je sto ma­rek dzien­nie.

Gwizdnąłem.

- Pokaźna sum­ka.

- A te­raz już muszę pana prze­pro­sić, Herr Günther - po­wie­działa. - Po­win­nam się przy­go­to­wać do ze­bra­nia.

Wsa­dziłem gotówkę do kie­sze­ni, po czym po­da­liśmy so­bie dłonie, a następnie wziąłem teczkę, którą dla mnie przy­go­to­wała, i skie­ro­wałem się ku drzwiom.

Ru­szyłem z po­wro­tem za­ku­rzo­nym ko­ry­ta­rzem do holu. Gniew­ny głos warknął:

- Za­raz, niech za­cze­ka. Muszę otwo­rzyć drzwi. Frau Lan­ge nie lubi, kie­dy nie wy­pusz­czam gości oso­biście.

Położyłem rękę na klam­ce i po­czułem pod pal­ca­mi coś lep­kie­go.

- To pew­nie twój ciepły cha­rak­ter - warknąłem z roz­drażnie­niem i nie cze­kając, aż czar­na becz­ka przeczłapie przez hol, roz­warłem drzwi na oścież. - Nie fa­ty­guj się - po­wie­działem, przyglądając się swo­jej dłoni. - Wra­caj do swo­jej ro­bo­ty, co­kol­wiek ro­bisz w tym chle­wi­ku.

- Długo je­stem u Frau Lan­ge - burknęła. - Nig­dy się nie skarżyła.

Za­sta­no­wiło mnie, czy przy­pad­kiem tu również w grę nie wcho­dzi szan­taż. W końcu, jeśli ktoś trzy­ma w domu psa, który nie szcze­ka, to musi mieć jakiś powód. Nie wy­da­wało mi się, by przy­wiąza­nie od­gry­wało w tej sy­tu­acji jakąś rolę, nie w wy­pad­ku tej ko­bie­ty. Już prędzej można by się przy­wiązać do rzecz­ne­go kro­ko­dy­la. Wpa­try­wa­liśmy się w sie­bie przez chwilę, po czym za­py­tałem:

- Czy two­ja pani za­wsze tyle pali?

Czar­na służąca zasępiła się, węsząc pod­chwy­tli­we py­ta­nie. W końcu uznała jed­nak, że nie ma się cze­go oba­wiać.

- Fak­tycz­nie, za­wsze ma peta w gębie.

- No, to wszyst­ko wyjaśnia - rzekłem. - Założę się, że przez te kłęby dymu z pa­pie­rosów na­wet nie wi­dzi, że tu je­steś.

Zaklęła zja­dli­wie pod no­sem i za­trzasnęła za mną drzwi.

Jadąc Kurfürsten­damm w stronę cen­trum, miałem o czym myśleć. Roz­myślałem o spra­wie Frau Lan­ge i o tysiącu ma­rek w swo­jej kie­sze­ni. Roz­myślałem o tym, że spędzę na jej koszt krótki urlop w przy­jem­nym sa­na­to­rium, co da mi szansę przy­najm­niej chwi­lo­wo uciec od Bru­no­na i jego faj­ki, nie wspo­mi­nając już o Ar­thu­rze Nebe i Hey­dri­chu. Może na­wet zro­bię porządek ze swoją bez­sen­nością i de­presją.

Ale naj­więcej roz­myślałem o tym, jak to się stało, że moja fir­mo­wa wi­zytówka i nu­mer te­le­fo­nu zna­lazły się w po­sia­da­niu ja­kie­goś au­striac­kie­go kwia­tusz­ka, o którym na­wet nie słyszałem.

3

środa, 31 sierp­nia

Oko­li­ce Wan­n­see, leżące na południe od König­stras­se, to sie­dli­sko naj­roz­ma­it­szych kli­nik i szpi­ta­li - mod­nych i błyszczących zakładów, gdzie do my­cia szyb i podłóg zużywa się tyle samo ete­ru, co na po­trze­by pa­cjentów. Pod względem me­dycz­nym są one dość ega­li­tar­ne. Na­wet człowiek o kon­dy­cji afry­kańskie­go słonia zo­sta­nie tu radośnie przyjęty jako poważny przy­pa­dek ner­wi­cy fron­to­wej, a wy­ma­lo­wa­ne pielęgniar­ki po­mogą mu dźwigać cięższe ga­tun­ki pa­sty do zębów i pa­pie­ru klo­ze­to­we­go, pod wa­run­kiem, że zdoła za to zapłacić. W Wan­n­see stan kon­ta zna­czy więcej niż ciśnie­nie krwi.

Kli­ni­ka Kin­der­man­na stała przy ci­chej ulicz­ce w spo­rym i grzecz­nym ogro­dzie, opa­dającym do za­tocz­ki główne­go je­zio­ra. Oprócz gęsto rosnących wiązów i kasz­ta­nowców było tu jesz­cze molo z ko­lum­nadą, han­gar dla łodzi oraz go­tyc­ki pa­wi­lon ogro­do­wy - ten ostat­ni zbu­do­wa­ny tak so­lid­nie, że swym poważnym wyglądem na­su­wał na myśl jakąś śre­dnio­wieczną budkę te­le­fo­niczną.

Bu­dy­nek kli­ni­ki sta­no­wił zle­pek wy­kuszów, sza­chulców, słupków, bla­nek i wieżyczek, bar­dziej przy­po­mi­nający za­mczy­sko nad Re­nem aniżeli sa­na­to­rium. Nie­mal spo­dzie­wałem się zo­ba­czyć szu­bie­ni­ce na da­chu albo dosłyszeć z piw­ni­cy stłumio­ny krzyk. Ale pa­no­wała tu ci­sza, nikt się nie kręcił. Je­dy­nie gdzieś z je­zio­ra za drze­wa­mi do­bie­gały głosy czte­ro­oso­bo­wej osa­dy łodzi wiosłowej, na które wro­ny od­po­wia­dały wrza­skli­wym ko­men­ta­rzem.

Wchodząc do środ­ka, pomyślałem jesz­cze, że o zmierz­chu, gdy nie­to­pe­rze za­czną roz­ważać wy­pad na noc­ne łowy, być może łatwiej na­po­tkam pen­sjo­na­riu­szy, prze­kra­dających się na zewnątrz.

Z mo­je­go po­ko­ju, który mieścił się na trze­cim piętrze, roz­ta­czał się wspa­niały wi­dok na kuch­nię. Za osiem­dzie­siąt ma­rek dzien­nie było to naj­tańsze lo­kum, ja­kie po­sia­da­li, lecz stojąc nie­malże na jed­nej no­dze w cia­snym po­miesz­cze­niu, nie mogłem oprzeć się myśli, że po zapłace­niu do­dat­ko­wych pięćdzie­sięciu ma­rek zasłużyłbym na coś więcej, na przykład klitkę wiel­kości ko­sza do bie­li­zny. Ale kli­ni­ka była pełna i zo­stał im tyl­ko ten pokój, jak wyjaśniła pielęgniar­ka, która mnie tu przy­pro­wa­dziła.

Roz­kosz­na była. Jak nad­bałtyc­ka han­dlar­ka ryb, tyl­ko bez wesołej wiej­skiej gad­ki. Kie­dy posłała łóżko i po­le­ciła mi się ro­ze­brać, z pod­nie­ce­nia pra­wie prze­stałem od­dy­chać. Naj­pierw po­kojówka pani Lan­ge, a te­raz ta oso­ba, mająca tyleż pojęcia o szmin­ce, co pte­ro­dak­tyl! A prze­cież nie bra­ko­wało tu ład­nych pielęgnia­rek, sam wi­działem ich mnóstwo na dole. Pew­nie kom­bi­no­wa­li, że sko­ro dali mi taki mały pokój, to przy­najm­niej pielęgniarkę przy­dzielą mi dużą.

- O której otwie­rają bar? - za­py­tałem.

Jej po­czu­cie hu­mo­ru dorówny­wało uro­dzie.

- Tu nie wol­no pić al­ko­ho­lu - rzekła, wy­ry­wając mi z ust nie za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa. - A pa­le­nie jest su­ro­wo wzbro­nio­ne. Dok­tor Mey­er za­raz do pana przyj­dzie.

- A to kto, jakiś dru­gi sort? Gdzie jest dok­tor Kin­der­mann?

- Dok­tor jest na kon­fe­ren­cji w Bad Neu­he­im.

- Co on tam robi, po­je­chał do sa­na­to­rium? Kie­dy wra­ca?

- Pod ko­niec ty­go­dnia. Pan jest pa­cjen­tem dok­to­ra Kin­der­man­na, Herr Strauss?

- Nie, nie je­stem. Ale za osiem­dzie­siąt ma­rek dzien­nie miałem na­dzieję, że nim zo­stanę.

- Za­pew­niam pana, że dok­tor Mey­er to bar­dzo kom­pe­tent­ny le­karz.

Zmarsz­czyła brew, znie­cier­pli­wio­na, że nie wy­ko­nałem jesz­cze żad­ne­go ru­chu, by się ro­ze­brać, i zaczęła na mnie cmo­kać, jak­by obłaska­wiała pa­pugę. Następnie klasnęła w dłonie, każąc mi się po­spie­szyć i czym prędzej kłaść do łóżka, żeby dok­tor Mey­er mógł mnie zba­dać. Oce­niłem, że jest go­to­wa sama ze­drzeć ze mnie ubra­nie, po­sta­no­wiłem więc dłużej się nie ociągać. Ta pielęgniar­ka była nie tyl­ko brzyd­ka - jej sto­su­nek do pa­cjentów również był ro­dem z ba­za­ru.

Kie­dy wyszła, ułożyłem się, żeby po­czy­tać w łóżku, swo­jej lek­tu­ry wszakże nie uznałbym za wciągającą, prędzej już za nie­sa­mo­witą. Tak, to właściwe określe­nie: nie­sa­mo­wita. W Ber­li­nie za­wsze uka­zy­wały się dziw­ne okul­ty­stycz­ne pe­rio­dy­ki, ta­kie jak "Ze­nit" i "Ha­gal", lecz od brzegów Mozy po fale Nie­mna chy­ba nikt nie mógł dorównać szal­bie­rzom, których "twórczość" pu­bli­ko­wało cza­so­pi­smo Re­in­har­da Lan­ge­go "Ura­nia". Wy­star­czył mi kwa­drans po­bieżnego kart­ko­wa­nia stron, by na­brać prze­ko­na­nia, że Lan­ge to skończo­ny kan­ciarz. Były tu ar­ty­kuły za­ty­tułowa­ne: Wo­ta­nizm a praw­dzi­we po­cho­dze­nie chrześcijaństwa, Nad­ludz­kie moce za­gi­nio­nych miesz­kańców Atlan­ty­dy, Teo­ria świa­to­we­go zlo­do­wa­ce­nia wyjaśnio­na, Ezo­te­rycz­ne ćwi­cze­nia od­de­cho­we dla początkujących, Spi­ry­tu­alizm a pamięć ra­so­wa, An­ty­se­mi­tyzm jako spuści­zna teo­kra­cji, itp. Dla człowie­ka, który dru­ku­je po­dob­ne bzdu­ry, pomyślałem, szan­tażowa­nie własnej mat­ki za­pew­ne sta­no­wi przy­ziem­ny prze­ryw­nik między ob­ja­wie­nia­mi ario­zo­fii.

Na­wet dok­tor Mey­er, sam nie będący osob­ni­kiem prze­ciętnym, uznał za sto­sow­ne sko­men­to­wać mój czy­tel­ni­czy gust.

- Często pan czy­ta ta­kie rze­czy? - za­py­tał, ob­ra­cając pi­smo w rękach, jak­by było dzi­wacz­nym wy­ko­pa­li­skiem, wy­do­by­tym z ruin Troi przez He­in­ri­cha Schlie­man­na.

- Nie, właści­wie nie. Kupiłem z cie­ka­wości.

- To do­brze. Nie­nor­mal­ne za­in­te­re­so­wa­nie okul­ty­zmem nie­rzad­ko świad­czy o roz­chwia­nej oso­bo­wości.

- Wie pan, ja też tak so­bie pomyślałem.

- Oczy­wiście, nie wszy­scy się ze mną zgodzą. Ale wi­zje, doświad­cza­ne przez wie­le po­sta­ci re­li­gij­nych, choćby Świętego Au­gu­sty­na czy Lu­tra, praw­do­po­dob­nie miały podłoże neu­ro­tycz­ne.

- Ach, tak?

- O, tak.

- A co o tym sądzi dok­tor Kin­der­mann?

- Och, dok­tor Kin­der­mann wy­zna­je różne nie­zwykłe teo­rie. Nie je­stem pe­wien, czy ro­zu­miem jego pra­ce, ale to ge­nial­ny człowiek. - Ujął mój prze­gub. - Tak, ge­nial­ny.

Dok­tor, Szwaj­car z po­cho­dze­nia, nosił trzyczęścio­wy gar­ni­tur z zie­lo­ne­go twe­edu, wielką jak ćma muszkę, oku­la­ry i długą, siwą brodę świąto­bli­we­go in­dyj­skie­go asce­ty. Naj­pierw pod­winął mi rękaw piżamy i nad wewnętrzną stroną nad­garst­ka za­wie­sił ma­lut­kie wa­hadło. Przez pe­wien czas ob­ser­wo­wał jego ob­ro­ty i drga­nia, po czym oznaj­mił, że ilość wy­dzie­la­nej prze­ze mnie elek­trycz­ności ozna­cza, że je­stem czymś nie­zwy­kle przygnębio­ny i za­nie­po­ko­jo­ny. Był to prze­ko­nujący mały spek­takl, nie­mniej za­wsze się spraw­dzał, zważyw­szy na to, że większość lu­dzi przyj­mo­wa­nych do kli­ni­ki za­pew­ne czymś się nie­po­koiła i mar­twiła, choćby ra­chun­kiem za po­byt.

- Jak pan sy­pia? - za­py­tał.

- Mar­nie. Kil­ka go­dzin w ciągu nocy.

- Mie­wa pan kosz­ma­ry?

- Tak, a na­wet nie ty­kam sera.

- Ja­kieś sny się po­wta­rzają?

- Nic kon­kret­ne­go.

- A pański ape­tyt?

- Nie ma o czym mówić.

- Życie płcio­we?

- Ta­kie jak ape­tyt. Szko­da gadać.

- Dużo pan myśli o ko­bie­tach?

- Bez prze­rwy.

Na­ba­zgrał w no­te­sie kil­ka uwag, pogładził bródkę i po­wie­dział:

- Za­piszę panu do­dat­ko­we wi­ta­mi­ny i mi­ne­rały, zwłasz­cza ma­gnez. Za­sto­su­je­my dietę bez­cu­krową, dużo su­ro­wych wa­rzyw i wo­do­rostów. Daw­ka ta­ble­tek oczysz­czających krew pomoże panu po­zbyć się tok­syn. Za­le­cam również ćwi­cze­nia. Mamy tu świet­ny ba­sen, a gdy­by pan ze­chciał spróbować kąpie­li w deszczówce, zo­ba­czy pan, że to bar­dzo pana po­bu­dzi. Pali pan? - Przy­taknąłem. - Niech pan spróbuje na chwilę od­sta­wić. - Za­mknął no­tes. - Cóż, to wszyst­ko spra­wi, że na pew­no fi­zycz­nie po­czu­je się pan le­piej. A równo­cześnie zo­ba­czymy, czy nie uda się po­pra­wić pańskie­go sta­nu psy­chicz­ne­go za po­mocą psy­cho­te­ra­pii.

- Pa­nie dok­to­rze, czym dokład­nie jest psy­cho­te­ra­pia? Pan wy­ba­czy, ale sądziłem, że naziści napiętno­wa­li ją jako de­ka­dencką.

- Ależ nie, nie. Psy­cho­te­ra­pia to nie psy­cho­ana­li­za. Nie opie­ra się na ba­da­niu podświa­do­mości. Ta­kie rze­czy są do­bre dla Żydów, ale dla Niemców nie mają zna­cze­nia. Jak pan za chwilę sam zo­ba­czy, żad­nej ku­ra­cji psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej nie da się prze­pro­wa­dzić w ode­rwa­niu od ciała. Na­szym ce­lem jest usu­nięcie ob­jawów za­bu­rzeń psy­chicz­nych przez mo­dy­fi­kację po­staw, które do­pro­wa­dziły do ich wystąpie­nia. Po­sta­wy są uwa­run­ko­wa­ne oso­bo­wością i sto­sun­kiem oso­bo­wości do oto­cze­nia. Pańskie sny in­te­re­sują mnie tyl­ko w tym sen­sie, że pan w ogóle je mie­wa. Le­cze­nie po­le­gające na próbie in­ter­pre­ta­cji pańskich snów i od­kry­wa­nie ich sek­su­al­nych zna­czeń, to, szcze­rze mówiąc, czy­sty ab­surd. To jest do­pie­ro de­ka­den­cja. - Zaśmiał się ser­decz­nie. - Ale to pro­blem Żydów, nie pański, Herr Strauss. W tej chwi­li naj­ważniej­sze jest, żeby pan się porządnie wy­spał tej nocy. - To mówiąc, otwo­rzył torbę le­karską, wyjął z niej strzy­kawkę i ampułkę i położył je na noc­nym sto­li­ku.

- Co to jest? - za­py­tałem nie­pew­nie.

- Hio­scy­na - od­parł, po­cie­rając moje ramię watką nasączoną spi­ry­tu­sem.

Po­czułem, jak za­strzyk pełznie w górę, chłodny ni­czym płyn do bal­sa­mo­wa­nia. Zdążyłem jesz­cze so­bie uprzy­tom­nić, że będę mu­siał zna­leźć inny wieczór, aby powęszyć po kli­ni­ce Kin­der­man­na, a po­tem cumy łączące mnie ze świa­do­mością roz­luźniły się i odpłynąłem, z wol­na od­da­lając się od lądu. Przez chwilę gonił mnie jesz­cze głos Mey­era, ale już nie słyszałem, co mówi.

Po czte­rech dniach spędzo­nych w kli­ni­ce czułem się le­piej niż kie­dy­kol­wiek przez ostat­nie czte­ry mie­siące. Oprócz wi­ta­min oraz die­ty z wo­do­rostów i su­ro­wych wa­rzyw wypróbowałem także hy­dro­te­ra­pię, na­tu­ro­te­ra­pię oraz ku­rację w so­la­rium. Stan mo­je­go zdro­wia pod­da­ny zo­stał dal­szej dia­gno­zie za po­mocą ba­da­nia tęczówek, dłoni i pa­znok­ci, co ujaw­niło u mnie nie­dobór wap­nia. Na­uczo­no mnie również tech­ni­ki re­lak­su au­to­gen­ne­go. Dok­tor Mey­er robił postępy ze swo­im jun­gow­skim "po­dejściem to­tal­nym", jak je na­zy­wał, i za­mie­rzał za­ata­ko­wać moją de­presję elek­tro­te­ra­pią. I cho­ciaż na ra­zie nie udało mi się do­trzeć do ga­bi­ne­tu dok­to­ra Kin­der­man­na, to miałem nową pielęgniarkę, praw­dziwą piękność imie­niem Ma­rian­ne, która pamiętała, że Re­in­hard Lan­ge prze­by­wał w kli­ni­ce przez kil­ka mie­sięcy, i kil­kakrotnie już udo­wod­niła, że jest skłonna dys­ku­to­wać o spra­wach swo­je­go pra­co­daw­cy i jego fir­my.

Obu­dziła mnie o siódmej, przy­nosząc szklankę soku grejp­fru­to­we­go i końską dawkę pigułek.

Z za­chwy­tem pa­trzyłem na krągłość jej pośladków i buj­nych pier­si, gdy od­su­wała zasłony, za którymi uka­zał się ja­sny, słonecz­ny dzień. Jaka szko­da, myślałem, że nie może z równą łatwością uka­zać mi swe­go na­gie­go ciała.

- I jak się masz w ten piękny dzień? - za­py­tałem.

- Fa­tal­nie - skrzy­wiła się.

- Ma­rian­ne, prze­cież wiesz, że po­win­no być na odwrót, praw­da? To ja po­wi­nie­nem czuć się fa­tal­nie, a ty po­win­naś pytać mnie o zdro­wie.

- Przy­kro mi, Herr Strauss, ale to miej­sce pie­kiel­nie mnie nu­dzi.

- No to chodź, połóż się przy mnie i wszyst­ko mi opo­wiedz. Świet­nie umiem słuchać hi­sto­rii o cu­dzych pro­ble­mach.

- Założę się, że umie pan świet­nie robić także inne rze­czy. - Roześmiała się. - Będę mu­siała dodać bro­mu do pańskie­go soku.

- A po co? Mam już w brzu­chu całą ap­tekę. Nie przy­pusz­czam, by ko­lej­ny śro­dek che­micz­ny coś zmie­nił.

- To by się pan zdzi­wił.

Była wy­soką, wy­spor­to­waną blon­dynką z Frank­fur­tu o ka­pryśnym po­czu­ciu hu­mo­ru i nieśmiałym uśmie­chu, wska­zującym na brak pew­ności sie­bie. Co było dziw­ne u tak ponętnej dziew­czy­ny.

- Całą ap­tekę! - za­kpiła. - Trochę wi­ta­min i coś, żeby pan spał w nocy. To nic w porówna­niu z tym, co biorą inni.

- Co na przykład?

Wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- Leki, żeby się rano obu­dzić, an­ty­de­pre­san­ty...

- A pe­dziom co dają?

- A, o nich panu cho­dzi. Kie­dyś le­czy­li ich hor­mo­na­mi, ale to nie działało. Więc te­raz sto­sują te­ra­pię awer­syjną. Cho­ciaż w In­sty­tu­cie Görin­ga uważają, że to ule­czal­ne, pry­wat­nie większość le­ka­rzy mówi, że trud­no jest wpłynąć na pier­wot­ne skłonności. Kin­der­mann na pew­no coś o tym wie. Moim zda­niem, on też jest trochę cio­to­wa­ty. Słyszałam, jak mówił pa­cjen­to­wi, że psychote­ra­pia po­ma­ga je­dy­ne w le­cze­niu neu­ro­tycz­nych re­ak­cji na ho­mo­sek­su­alizm. Żeby pa­cjent prze­stał się oszu­ki­wać.

- To nie ma się czym mar­twić, z wyjątkiem pa­ra­gra­fu sto sie­dem­dzie­siąt pięć.

- Co to ta­kie­go?

- Pa­ra­graf nie­miec­kie­go ko­dek­su kar­ne­go, według którego ho­mo­sek­su­alizm jest przestępstwem. Czy to właśnie spo­tkało Re­in­har­da Lan­ge­go? Le­czo­no go tyl­ko na związane z ho­mo­sek­su­alizmem re­ak­cje neu­ro­tycz­ne? - Kiwnęła głową i przy­siadła na krawędzi łóżka. - Opo­wiedz mi o tym Görin­gu i jego in­sty­tu­cie. To jakiś krew­ny Gru­be­go Her­man­na?

- Mat­thias Göring to jego stry­jecz­ny brat. Zakład ist­nie­je, żeby za­pew­niać le­cze­nie psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne pod ochroną na­zwi­ska Görin­ga. Gdy­by nie to, w Niem­czech nie­wie­le byłoby zdro­wia psy­chicz­ne­go, god­ne­go tego mia­na. Naziści go­to­wi są znisz­czyć całą psy­chia­trię tyl­ko dla­te­go, że jej naj­wy­bit­niej­szy przed­sta­wi­ciel jest Żydem. To wszyst­ko jed­na wiel­ka obłuda. Pry­wat­nie wie­lu z nich wciąż wie­rzy we Freu­da, ale pu­blicz­nie go potępiają. Na­wet tak zwa­ny Szpi­tal Or­to­pe­dycz­ny SS pod Ra­vensbrück to nic in­ne­go, jak zakład psy­chia­trycz­ny dla es­es­manów. Kin­der­mann jest tam kon­sul­tan­tem, a także jed­nym z założycie­li In­sty­tu­tu Görin­ga.

- A kto fi­nan­su­je In­sty­tut?

- Front Pra­cy i Luft­waf­fe.

- No ja­sne. Podręczna kasa pre­mie­ra.

Ma­rian­ne zmrużyła oczy.

- Wiesz, za­da­jesz mnóstwo pytań. Szpi­cel je­steś, czy co?

Wstałem z łóżka i nałożyłem szla­frok.

- Czy co - rzu­ciłem.

- Pra­cu­jesz nad jakąś sprawą? - Z pod­nie­ce­nia sze­ro­ko otwo­rzyła oczy. - Kin­der­mann jest w coś za­mie­sza­ny?

Otwo­rzyłem okno i wy­chy­liłem się na mo­ment. Do­brze było od­dy­chać po­ran­nym po­wie­trzem, na­wet wy­zie­wa­mi z kuch­ni. Ale pa­pie­ros był jesz­cze lep­szy. Wziąłem z pa­ra­pe­tu ostat­nią paczkę i za­pa­liłem. Ma­rian­ne z dez­apro­batą po­pa­trzyła na moje pal­ce.

- Nie po­wi­nie­neś palić, wiesz o tym?

- Nie wiem, czy Kin­der­mann jest w to za­mie­sza­ny - po­wie­działem. - Miałem na­dzieję się tego tu­taj do­wie­dzieć.

- No, jeśli cho­dzi o mnie, to nie mu­sisz się mar­twić o dys­krecję - po­wie­działa z wściekłością. - Wszyst­ko mi jed­no, co się z nim sta­nie. - Założyła ręce z nie­prze­jed­na­nym wy­ra­zem twa­rzy. - Ten człowiek to drań. Do­pie­ro co ty­dzień temu prze­pra­co­wałam cały week­end, bo ni­ko­go in­ne­go nie było. Obie­cał, że zapłaci podwójnie, gotówką. Ale do tej pory nie dał mi ani gro­sza, taka z nie­go świ­nia. Kupiłam su­kienkę. Głupio zro­biłam, po­win­nam była po­cze­kać. No i te­raz za­le­gam z czyn­szem.

Za­sta­na­wiałem się w du­chu, czy nie próbuje wziąć mnie na litość, lecz zo­ba­czyłem w jej oczach łzy. Jeśli grała, to cho­ler­nie do­brze. Tak czy in­a­czej, zasługi­wała na na­grodę.

Wy­tarła nos i po­pro­siła:

- Mógłby mnie pan poczęsto­wać pa­pie­ro­sem?

- Ja­sne. - Podałem jej paczkę i po­tarłem zapałkę o pa­zno­kieć kciu­ka.

- Wie pan, Kin­der­mann po­znał kie­dyś Freu­da - po­wie­działa, zaciągając się i po­kasłując. - Na stu­diach w Aka­de­mii Me­dycz­nej w Wied­niu. Po ukończe­niu stu­diów pra­co­wał przez jakiś czas w szpi­ta­lu dla obłąka­nych w Sal­zbur­gu. On w ogóle po­cho­dzi z Sal­zbur­ga. W 1930 roku zmarł jego stryj i zo­sta­wił mu ten dom. Kin­der­mann po­sta­no­wił za­mie­nić go w kli­nikę.

- Naj­wy­raźniej nieźle go znasz.

- La­tem w zeszłym roku jego se­kre­tar­ka przez dwa ty­go­dnie była cho­ra. Kin­der­mann wie­dział, że pra­co­wałam już w se­kre­ta­ria­cie, i po­pro­sił mnie o zastępstwo, póki Tar­ja nie wróci. Po­znałam go wte­dy dość do­brze. Na tyle do­brze, żeby go znie­lu­bić. Nie zo­stanę tu długo. Chy­ba mam dość. I proszę mi wie­rzyć, jest tu wie­le osób, które czują to samo.

- Ach tak? Myślisz, że ktoś chce się na nim ode­grać? Że ktoś ma mu coś za złe?

- Mówimy o poważnych pre­ten­sjach, praw­da? Nie o ja­kichś nie­zapłaco­nych nad­go­dzi­nach?

- Tak mi się wy­da­je - od­rzekłem i pstryk­nięciem wy­rzu­ciłem nie­do­pałek za okno.

Ma­rian­ne pokręciła głową.

- Nie... - Za­wa­hała się. - Za­raz, za­raz, był taki ktoś. Ja­kieś trzy mie­siące temu Kin­der­mann zwol­nił jed­ne­go z pielęgnia­rzy za pijaństwo. To był pa­skud­ny typ i chy­ba nikt nie żałował, że od­cho­dzi. Nie było mnie przy tym, ale mówio­no, że na od­chod­nym użył wo­bec Kin­der­manna moc­nych słów.

- Jak się ten pielęgniarz na­zy­wał?

- He­ring, chy­ba Klaus He­ring. - Spoj­rzała na ze­ga­rek. - Hej, muszę wziąć się do pra­cy. Nie mogę roz­ma­wiać z tobą przez cały ra­nek.

- Jesz­cze jed­no - za­trzy­małem ją - muszę się ro­zej­rzeć w ga­bi­ne­cie Kin­der­man­na. Mogłabyś mi pomóc? - Zaczęła kręcić głową. - Nie zro­bię tego bez two­jej po­mo­cy, Ma­rian­ne. Dziś wie­czo­rem?

- No, nie wiem. A jak nas złapią?

- Nie ma żad­nych "nas". Będziesz stać na cza­tach, a jeśli ktoś cię za­uważy, po­wiesz, że usłyszałaś hałas i poszłaś spraw­dzić. Będę mu­siał za­ry­zy­ko­wać. Może po­wiem, że je­stem lu­na­ty­kiem?

- Świet­ny dow­cip.

- Proszę, Ma­rian­ne, co ty na to?

- Do­brze, zgo­da. Ale trze­ba za­cze­kać do północy, bo wte­dy wszyst­ko za­my­ka­my. Spo­tkaj­my się w so­la­rium około wpół do pierw­szej.

Widząc, że wyciągam z port­fe­la pięćdzie­siątkę, zmie­niła się na twa­rzy. We­pchnąłem bank­not do kie­szon­ki na pier­si jej białego, wy­kroch­ma­lo­ne­go far­tu­cha. Wyjęła go.

- Nie mogę tego przyjąć - oznaj­miła. - Nie po­wi­nie­neś.

Za­cisnąłem jej pal­ce na bank­no­cie, by nie mogła mi go zwrócić.

- Posłuchaj, to tyl­ko parę gro­szy na prze­trwa­nie, przy­najm­niej dopóki nie do­sta­niesz wy­na­gro­dze­nia za te nad­go­dzi­ny.

Spoj­rzała na mnie z wa­ha­niem.

- No, nie wiem - powtórzyła. - To jakoś nie w porządku. To tyle, ile za­ra­biam przez ty­dzień. Znacz­nie więcej niż na prze­trwa­nie.

- Ma­rian­ne - rzekłem - miło jest wiązać ko­niec z końcem, ale jesz­cze mi­lej jest móc zawiązać ko­kardkę.