Rozdział 1
Widział śmierć. Widział krew. Czuł... Nie... Najgorsze jest to, że nie czuł nic. Nic poza ściekającą po jego dłoniach krwią. Świeżą krwią.
Ciemność tłumiła jego myśli... jego... sumienie. Czuł... nic. Może opanowała go złość, wściekłość, gorycz albo radość? Nie. Był jak coś pustego, coś bez zawartości. Nic się nie zmieniło... nawet tamtej nocy.
W nocy, którą rządziła pełnia księżyca na tle ciemnego, nieprzeniknionego obrazu nicości. Jedynie światło, białe, srebrne światło rozświetlało polanę znajdującą się blisko gęstego, ciemnego lasu. Lekka mgła unosiła się nisko nad ziemią, która była spowita bujną roślinnością, niewinnie ruszającą się w rytm powolnego, chłodnego wiatru.
Jasny blask srebrnego globu odbijał się od ostrza ociekającego duszami antagonistów, którzy poili glebę jeszcze świeżą i czarną krwią. Cienie drzew, gałęzi i liści na ciałach poległych ruszały się, tańczyły wręcz, tworząc na ziemi niespotykane wzory, urojone i ukształtowane przez resztki zmysłów. Zatracenie, czarna melancholia i śmierć były tu wyraźnie odczuwalne i widoczne, unosiły swój ciężki odór w powietrzu.
Niekontrolowana złość, ból i wściekłość ukazywały się pod postacią obficie pieniącej się śliny i wyszczerzonych do granic możliwości zębów. Czarno-szara sierść, która pokrywała ciało młodej wenery, nastroszyła się. Jej uszy zesztywniały, złożyły się, nie żeby nasłuchiwać, ale żeby unaocznić postawę gotującą się do działania. Zgarbiła się, wystawiając łeb do przodu, patrząc żółtymi oczami z pionowymi źrenicami, wąskimi jak czarne kreski. Rozłożyła obie kończyny, zakończone ostrymi pazurami, sygnalizując gotowość do ataku. Przepełniona szałem rzuciła groźbę napastnikowi w postaci głośnego warkotu. On jednak stał wyprostowany, z wymierzonym ostrzem ku ziemi.
Jego postać była w czerni i w mroku. Rzucała słabo widoczny, długi cień za jego plecami. Twarzy wroga nie widziała, ponieważ pokrywała ją ciemna bandana. Jedynie dwa małe punkty, znajdujące się tam, gdzie powinny być oczy, emanowały białym, bladym blaskiem. Wyostrzyła wzrok, następnie warknęła.
- To ty! - wykrzyczała, dostrzegając jego zakrwawiony miecz. Dzieliło ich parędziesiąt długich kroków, leżały na nich brutalnie zmasakrowane zwłoki wenerów. - Zarżnę cię! - Wypowiadając to z pełną furią i zajadłością, ruszyła na niego.
Wypływająca z niej rozpacz nie dała jej stać bezczynnie. W jej umyśle tkwiło tylko pragnienie zemsty i żądza krwi. Zbliżała się szybko, dziko pędząc na czterech kończynach. Zamaskowany nie ruszył się, stał jak wbity w ziemię, nie bojąc się zbliżającej się śmierci. Kiedy była wystarczająco blisko, naprężyła tylne kończyny, by doskoczyć do niego, żeby jak najszybciej zadać mu śmiertelny cios. Uniknął szarży, w ostatniej chwili odchylając bark i wykonując szybki zwód w prawo. Uderzyła przednimi kończynami o ziemię, w tym samym momencie odwróciła się i w szale zamachnęła, tnąc powietrze pazurami, tuż przed jego obliczem. Znów wymierzyła cios, tym razem od dołu. Jej oponent odskoczył w samą porę. Zwaliła się na niego całym ciałem niewiarygodnie szybko, aż ślina chlapała z jej pyska, rozbijając się na mniejsze krople. W oczach miała pragnienie śmierci. Jego śmierci.
Poczuła chłód w nozdrzach i ciepło w przełyku, kiedy szarżowała na niego jak wściekły, wygłodniały wilk, sapiąc bladym oparem z pyska. Zamachnęła się, wyprowadzając cios z prawej strony, mierząc w głowę. Zamaskowany uchylił się, uginając się na jednej nodze i schylając. W tym momencie poczuła przeszywający ból. Jego miecz spotkał się z jej ciałem, przebijając je. Trafił w brzuch. Stróżki krwi uchodziły z jej ciała, pojąc ostrze. Wyciągnął energicznie miecz z jej skóry, robiąc uskok i słysząc świst przeszywanego przez pazury powietrza. Zachwiała się, przekładając ciężar ciała i obrotu na drugą kończynę. Czmychnął szybko, siarczyście tnąc jej ramię.
Kłapała zębami tuż przed jego twarzą. Na moment cofnął się, a następnie szybko dostąpił do niej, robiąc kontratak, uchylając się i przeszywając jej żebra ostrą stalą. Parsknęła, dławiąc się posoką. Zrobiła dwa wolne ciężkie kroki do tyłu, widocznie tracąc siły, nie mogąc złapać powietrza.
Wenera padła na kolana, po czym zwaliła się, uderzając prawą częścią pyska o trawę, chlapiąc ją krwią i ciężko łapiąc oddech.
Zamroczyło ją, widziała bardzo niewyraźnie, tak jakby patrzyła w zaparowane lustro. Mrugała zawzięcie, a oczy zaczęły jej lekko łzawić. Jednak kiedy przestała poruszać powiekami, zaczęła widzieć coraz wyraźniej. Dostrzegła go. Stał bez ruchu, był zwrócony w jej stronę, jednak wzrok miał utkwiony przed siebie, jakby patrzył w nicość.
Obserwowała jego broń, ostrze zakończone kanciastym czubkiem, ale najbardziej skupiła się na ściekającej z niego krwi, czerwonej, parującej, jeszcze ciepłej. Powoli włożył miecz za swoje plecy, do pochwy, z charakterystycznym dźwiękiem delikatnego ścierania się stali, gdy klinga zetknęła się z drugim ostrzem. W jej stronę zwróciły się dwa małe punkty, które emanowały białym światłem, po chwili jednak straciły swój blask, tak jak przygasa płomień, aż całkowicie zniknęły. Jego oczy umilkły w ciemności.
Podszedł powoli, lecz mocnym krokiem w stronę jej głowy. Cały był zbrukany krwią - jego rękawice niezachodzące na place, pancerz z mocnej solidnej tkaniny, bandana i reszta twarzy, również czarne włosy dochodzące aż do brwi były ubrudzone czerwono-czarną substancją. Kucnął jakby z ociąganiem. Dostrzegła jego oczy z mętnymi, szarymi źrenicami. Próbowała warczeć, ale ciecz wyciekająca z pyska nie pozwoliła jej na to. Patrzył na nią wnikliwie.
Podążyła wzrokiem za źródłem ściekającej z jego ubrań krwi. Krew nie pochodziła tylko od jego ofiar, ale też od niego - znalazła ujście z ciętych ran na jego ciele. Jego pancerz przegrał z ostrymi pazurami wenerów, ale to najwidoczniej nie wystarczyło, by go powstrzymać.
Sięgnął ręką do niedużej sakwy, która znajdowała się przy jego lewym biodrze. Wenera poczuła odrętwienie, ostateczny bezwład ciała. Zamaskowany wyjął połyskujący, szklany flakonik z ciemnofioletową substancją, przypatrzył się mu, mając w tle niewyraźny kształt jej przekształcającej się postaci. Następnie zerknął na błękitne, człowiecze oczy, szczupłą podłużną twarz, powieki roniące łzy i kruczoczarne, długie włosy, które skrzętnie zasłaniały jej plecy.
- Pieprz się! - wypluła słowa z trudem, z zachrypniętym głosem, razem z krwią ciągnącą się aż po jej podbródku.
Wróciła do człowieczeństwa jedynie w chwili agonii. Jednak nigdy wcześniej, od czasu przemiany w wenerę, jej się to nie zdarzyło. Niewątpliwie cierpiała fizycznie, ale najbardziej psychicznie i emocjonalnie. Właśnie jej bliscy, których kochała, zostali wybici, porozcinani, zmasakrowani z winy tego stojącego tu, jak uważała, potwora. Tylko dlaczego? Dlaczego to zrobił? Te pytania nią zawładnęły. Dla pieniędzy? Dla sławy? Ale myśl wygrawerowana w jej świadomości, jedno słowo: "zemsta", przeważyła nad jej pytaniem.
Pogromca nie zareagował na jej słowa. Zaczął odkręcać mały flakon, przypominający kształtem szklany cylinder z drewnianym korkiem osadzonym w jego wnętrzu. Drugi raz sięgnął do sakwy, by wyciągnąć mniejszy w obwodzie, ale dłuższy szklany pojemnik. Różnił się tylko tym, że z jednej strony miał przytwierdzoną igłę.
Wenera leżała na brzuchu, patrząc się z lekkim zdziwieniem na to, co robił. Nie czekała na nic innego niż podzielenie losu, jaki spotkał jej bliskich... Śmierć. Ale jeszcze nic nie było przesądzone, chciała przeżyć i rozerwać go na kawałki lub umrzeć. Nie było i nie widziała innych możliwości.
- Zrób to. - Kolejny raz zakaszlała i zachrypła. - Zabij mnie - warknęła.
Przelał ciemnofioletową ciecz do flakonika z igłą, po czym szybko go przymknął drewnianym tłokiem. Parę kropel uleciało z końca igły wprost na ziemię. Zamaskowany dopiero teraz uniósł na nią wzrok. Spojrzenie miał zmęczone, bez emocji, tak jakby ich właściciel był martwy w środku.
Złapał ją za ramię, nie gwałtownie, nie mocno. Zbliżał igłę do jej skóry. Igła była już bardzo blisko ramienia wenery, ale ta nagle poruszyła ręką. Szybko oddalił strzykawkę, jakby wcześniej spodziewał się takiego ruchu z jej strony.
- Zostaw mnie... - zachrypła jeszcze bardziej - ...parszywy człowieku! - Nie przestawała ruszać ręką.
Uścisk na jej ramieniu wzmógł się, przycisnął jej dłoń mocniej do ziemi. Zobaczyła igłę wbijającą się w żyłę, wprowadzającą substancję wprost do jej naczyń krwionośnych. Napastnik docisnął drewniany tłok aż do dna fiolki, nie pozostawiając w buteleczce ani odrobiny cieczy. Wenera nie miała już siły, by dalej się wyrywać, poddała się, nie widząc perspektyw dalszej walki. Teraz już wiedziała, że to koniec.
Próbowała sobie przypomnieć ostatnie dobre wspomnienia, które istniały przecież jeszcze parędziesiąt minut temu. Wystarczyło tylko, że jednego dnia nie było jej przy bliskich, by całe jej życie się zawaliło. Kiedy zaczęła sobie przypominać o nich, poczuła ból, którego nie można było równać z tym zadanym przez ostrze, które przenika przez ciało, tnąc organy odpowiadające za funkcje życiowe. To nie było takie złe jak to, co się działo w jej głowie, w jej umyśle.
Łzy ciekły z jej powiek jak dwie płynące nieustannie rzeki. Zaczęła się cicho śmiać, ale nie ze szczęścia, tylko z histerii i bezradności. Zaszlochała głucho, mając obłęd w oczach. Nie patrzyła już na nic.
Poczuła, jak jej ciało powoli przechyla się na plecy, leżała naga i zmarznięta.
Nie czekał ani chwili, jego ręka powędrowała tam, gdzie ugodził ją ostrzem. Położył otwartą dłoń, dotykając rany na brzuchu, i trzymał tak przez dłuższą chwilę. Jego oczy na chwilę zajaśniały bladym, białym blaskiem. Przełożył dłoń i zrobił to samo z drugą raną przy żebrach. Prawie na to nie zareagowała, jedynie jej spojrzenie się poprawiło, zrobiło się bardziej... przejrzyste. Poczuła coś, co nie było bólem.
Wyprostował się i dopiero teraz pokazał się w zasięgu jej wzroku.
Nie wiedziała, co myśleć.
Bezwiednie przewaliła głowę w jego stronę, tak by mieć szerszy kąt widzenia. Zamaskowany po chwili odwrócił się plecami do niej i odchodząc, zachwiał się. Przystanął i schylił się lekko, jakby chciał odetchnąć na chwilę.
Jej ból się uśmierzył, krew zbierająca się w gardle nie przeszkadzała tak jak wcześniej. Ruszyła ustami, by coś powiedzieć, ale z jej gardła wydał się jedynie szelest. Wciągnęła lekko powietrze w płuca.
- Jesteś niesprawiedliwy - wymamrotała w końcu cicho i ciężko. - Skończ to! - Starała się wykrzyczeć, ale zabrzmiało to bardzo chrypliwie. - Teraz będę musiała z tym żyć, tak? W świadomości, że... - Zamilkła, tak jakby naglę straciła mowę.
Przed oprawcą leżał martwy wener. Zamaskowany wyciągnął miecz zza pleców, nie za długi ani nie za krótki, ten sam, którego niedawno używał. Jednym szybkim ruchem rozciął mu gardło. Głowa zwaliła się twardo na ziemię. Wkładając miecz do pochwy, drugą ręką złapał za sierść, która znajdowała się na głowie wenera, podniósł ją i ruszył dalej, powoli przebierając nogami.
- Pieprz się - syknęła cicho, tak że tego nie usłyszał.
Następnie zniknął w ciemnościach nocy.
Rozdział 4
Wyszedł z łazienki, od razu kierując się schodami na dół i nie zaglądając do pokoju, gdzie leżała dziewczyna. Schodził prawie bezszelestnie, nawet jeśli nie próbował się skradać. Jak kot, który bez wysiłku swoimi łapami zbliża się nieusłyszany do zdobyczy.
Gdy był już na dole, nie zobaczył nikogo, kto by korzystał z usług barmana, który stał za ladą odwrócony w stronę półek z butelkami. Pewnie sprawdzał stan swojego towaru, by być przygotowanym na przyszłych klientów, którzy tamtego dnia najwyraźniej odpuścili sobie wizytę w karczmie, wiedząc, że zamaskowany może tam przebywać.
Nieznajomy zatrzymał się przed kontuarem, kładąc ręce na drewniany, chropowaty blat. Nie czekał długo, gdy Hen odwrócił się i od razu wybałuszył oczy.
- Jasna cholera! - wykrzyczał Hen. - Przestraszyłeś mnie. - Mówiąc, wypuścił powietrze z płuc.
Zamaskowany wyłożył na kontuar jedną złotą monetę. Barman popatrzył się ze zdziwieniem na nieznajomego.
- To jest zbyt dużo nawet jak za mój piękny apartament - zażartował Hen, podkreślając ostatnie słowo i wyraźnie się uśmiechając.
- Ona tam została, to jest zapłata za wszelkie szkody - odparł słyszalnie wymuszonym głosem.
- Rozumiem. - Barman podniósł monetę. - Wiesz ja... nie zrozum mnie źle. Nie mam nic przeciwko, żebyś mi płacił. - Jego kąciki ust, powędrowały do góry, jeszcze bardziej. Zreflektował się po chwili widząc, że na nim takie, jak i wszystkie inne żarty nie działają. - Co z nią? Jak się czuje? - zapytał przejęty karczmarz. Zamaskowany nic nie odpowiedział, kładąc klucz na kontuarze. - Rozumiem, że mam się nią zająć. Ale nie wiem, czy ludzie nie mają racji co do tego, że ona jest skażoną. Mogę mieć z tym problemy.
- Nie będziesz - odpowiedział spokojnie.
- Dobrze, jeżeli tak mówisz, to zajmę się nią - zgodził się Hen. - Cóż, to może się napijemy, co? - Barman odwrócił się do niego plecami. - W końcu zapłaciłeś więcej niż się należało... A, zapomniałem, że... - Hen obrócił się, trzymając butelkę z alkoholem, ale już nie zauważył rozmówcy. Tak, jak się pojawił, to tak samo zniknął, usłyszał jedynie jazgot zamykanych drzwi.
Na zewnątrz promienie słoneczne próbowały przebić się przez liczne chmury na niebie, ale nie potrafiły, dając przy tym nastrój apatii. Zrobiło się ciemniej, jakby nastawał wieczór, a tak na prawdę zbliżało się dopiero południe. Stracił trochę czasu przy czyszczeniu stroju i doprowadzeniu go do takiego stanu, by nie przypominał pancerza wypranego we krwi.
Na głównym placu z wielkiej grupy ludzi pozostały jedynie pojedyncze osoby mające w pamięci poprzednie wydarzenie. Gdy tylko go dostrzegali, zaczęli go unikać, nie chcąc wejść z nim w jakąkolwiek interakcję. Dalsza droga za podestem prowadziła do tak bardzo wyróżniającego się marmurowego budynku. Dostrzegł, że drzwi wejściowe były lekko uchylone, dlatego wchodząc, nie zapukał.
Naprzeciw niego był kominek okuty w stalowe kraty. Pozostało w nim jeszcze wczorajsze spalone drewno. Dlatego też w marmurowym pomieszczeniu, które było nawiedzane przez przeciąg, automatycznie stawało się chłodniej niż na zewnątrz. Na lewo znajdował się drewniany kontuar, zupełnie pusty, bez jakichkolwiek akcesoriów. Zamaskowany jeszcze wczoraj zastał tu z tego, co mu się zdawało, pomocnika zarządcy, tego samego, który pilnował podestu. Na prawo zaś rozciągał się dość wąski hol. Na jego końcu znajdowało się dwoje drzwi. Żadne lichtarze nie rozświetlały panującego w nim półmroku. Cichy świst wiatru wychodzący z niedomkniętych drzwi wejściowych łączył się z głuchym, słabo słyszalnym echem rozmowy, który stawał się powoli zrozumiały, gdy przybysz podchodził coraz bliżej.
- Cholera, możesz uważać?! To dalej boli! - zajęczał głos zarządcy za drzwiami. - Wziął ją, a oni nawet nie zareagowali. Królewscy żołnierze... chyba królewscy błaźni.
- Powtarzasz to już kilka razy, mogłeś po prostu ustąpić - powiedziała kobieta.
- Nie mogłem, bo mnie to wku... - wywód przeszkodził mu przeciągły, rosnący dźwięk.
Zamarł. Wlepił oczy w powoli uchylane, skrzypiące, okute metalem drzwi.
Kobieta dostrzegła nagłe milczenie mężczyzny i murową postawę na jego twarzy, przestając zmieniać opatrunek na jego ręce. Zarządca zerknął na nią nerwowo, rzutując wzrokiem na drzwi. Jak tylko obróciła głowę, zrozumiała, że jego milczenie było uzasadnione.
Zamaskowany podszedł wolnym krokiem do siedzącego mężczyzny, stanął dwa kroki przed nim, nie odzywając się ani słowem. Czarnowłosa kobieta cofnęła się i tym samym częściowo zasłoniła swoim ciałem światło wpadające przez spore okno. Wyraz na twarzy zarządcy nie był taki jak parę godziny temu. Wtedy miał jakieś wsparcie, obstawę, pozycję, ale teraz nie miał nic. Zarządca zdawał sobie z tego sprawę, czuł narastający w sobie chłód. Milczenie trwało dłuższą chwilę, a nieznajomy wcale nie chciał otworzyć ust.
- Złoto! - wydusił mężczyzna, z taką miną, jakby wpadł na jakiś cudowny pomysł. - Tak, złoto za zlecenie. Jak ja mogłem o tym zapomnieć? Dasz mi chwilę? Mam złoto w sejfie. - Wstał łagodnie z krzesła, ale zarazem gorączkowo ściskał jego oparcie.
Nieznajomy miał obojętny wzrok, nawet na niego nie patrzył. Zarządca przeszedł dwa kroki, by zatrzymać się przy czarnej szafie, którą otworzył.
Strach w pokoju aż buchał i unosił się, nie przestając smagać podatnych umysłów. Kobieta popychała, popędzała wzrokiem mężczyznę, by jak najszybciej przekręcał kod zabezpieczający sejf. Dygotała i zaczęła jeszcze bardziej, jak tylko spotkała wzrok nieznajomego. Nie zamykając szafy, mężczyzna odwrócił się i powiedział:
- Mam. - Trzymał mieszek mieszczący się w jego dłoni. - Całe dwadzieścia złotych monet. - Podchodząc, wyciągnął rękę w stronę zamaskowanego.
Nieznajomy najpierw rzucił okiem na mieszek, a następnie na twarz zarządcy.
- Nie dałeś mi wszystkiego - odrzekł zmęczonym i spokojnym głosem.
- Jak? - odparł zaskoczony zarządca. - Jest tu całe - zaczął się jąkać - dwadzieścia złotych monet, naprawdę, mogę nawet przeliczyć.
W tej chwili nieznajomy odwrócił spojrzenie na kobietę, a ona dalej stała omamiona.
- Oskarżona dziewczyna pewnie miała przy sobie coś więcej niż podarte ubrania. - Nie spuścił wzroku z kobiety nawet na chwilę.
Nagle twarz się jej zmieniła, tak jakby coś sobie przypomniała. Zarządca otworzył usta:
- Ale my nie mamy nic od... - Nagle przerwał, odwzorowując podobny grymas twarzy jak u kobiety. - Ja... - Popatrzył się na nią. - Chodzi o... pierścionek? - Nieznajomy nie musiał potwierdzać, bo zarządca już sobie sam odpowiedział na swoje pytanie. - Daj mu go - rozkazał kobiecie.
Niewiasta niepewnie wsunęła rękę w poły swojej sukni, następnie wyciągnęła zamkniętą rękę. Przybliżyła się do nieznajomego z wyraźnym dystansem i przekazała mu pierścionek wprost do jego otwartej dłoni.
- I tak był dla mnie za mały - wydukała z trudnością, siląc się na jakieś słowa.
Zacisnął dłoń, mając w niej pierścionek i następnie wziął od zarządcy mieszek ze złotymi monetami. Wyszedł z pokoju, zamykając drzwi za sobą, i ukrył sakwę w ubraniu. Spojrzał na pierścionek, gdy był już na zewnątrz. Wiedział, że dziewczyna miała go wcześniej, bo przy jej oględzinach zauważył na palcu ślad po nim. Był srebrny, wyłożony drobnymi, jasnymi kamieniami podobnymi do diamentów i niedużym jednym szmaragdem. Było w nim coś znajomego, tak jakby nie pochodził z ludzkiego kunsztu.
Włożył go do jednej z przegródek w ubraniu i ruszył niezwłocznie do tej samej bramy, którą wszedł do wioski. Idealnie się złożyło, bo właśnie wóz z drewnianymi beczkami wjeżdżał przez wrota, dlatego mógł przy okazji przejść. Jak najszybciej podążył w stronę lasu, by dojść tam, gdzie był zeszłej nocy.
Zbliżał się wieczór, wiatr muskał wysoką trawę. Ptaki z czarnymi piórami krążyły, zataczając wolne kręgi, zniżając lot, bijąc skrzydłami i zasiadając na martwych ciałach wenerów. Gdy tylko podszedł, znów wzbiły się do góry, wykonując swój taniec.
Nawet po dokładnym przeszukaniu miejsca bitwy nie znalazł jej ciała. Wiedział, gdzie dokładnie leżała, a jednak nie było jej. To wystarczyło, by ruszył wprost do stolicy Erindu. Znajdowała się na północy i była miejscem szczególnego dobrobytu.
Rozdział 5
Następnego ranka był już niedaleko stolicy. Mógł dostrzec niewyraźny zarys wysokich murów. Wszedł na główną drogę, dotychczas podążając od niej z dala, by nie rzucać się w oczy, a przy okazji skracając sobie drogę.
Ziemia, na której leżało Królestwo Erind, była bardzo bogata w różnorakie odmiany drzew i roślin, które pokrywały większość terytorium państwa. Nie inaczej było w przypadku stolicy, jednak przy jej murach zielone tereny zostały starannie wycięte, dlatego najbliższe rośliny znajdowały się orientacyjnie czterysta stóp od nich. Postąpiono tak, ponieważ w razie ataku wroga pusty i niezalesiony teren dawał przewagę nad wrogą armią.
Jeżeli chodziło o szlaki handlowe, to też postarano się, żeby usunąć bliską zieleń przy drodze - zmniejszało to ryzyko napotkania na zasadzkę bandytów, różnorakie bestie i potwory czy zabójców. Na drogach przecinających ogromny obszar lasu, wypełniający cały kraj, nikt w pojedynkę nie odważył się mieszkać w miejscu bez ogrodzenia. Osada lub życie w grupie było dużo mądrzejsze. Jeśli nawet pojawił się jakiś śmiałek, który chciał spróbować życia bez podatków, to albo już nie żyje, albo przyłączył się do jakiejś grupy bandytów czy najemników zwalczających różne niebezpieczeństwa za niemałą opłatą.
Nieznajomy dochodził już do murów, które były naprawdę ogromne. Co prawda nie chroniła ich fosa i zwodzony most, ale ich grubość i brama ze szlachetnej stali robiły wrażenie. Mury nie były drewniane czy marmurowe, ale wykonane z szarego, kamiennego materiału.
Na samym szczycie murów przechadzali się strażnicy patrolujący okolice, ale byli na tyle odlegli od niego, że ich twarzy nie był w stanie dostrzec.
Przy wjeździe do miasta tworzyła się kolejka kupieckich wozów, podróżników i innych ludzi chcących dostać się za mury wspaniałej stolicy. Jako że był bez wozu czy innego środka transportu, zamaskowany ominął kolejkę i dotarł do samej bramy, a obok niej było boczne wejście przez duże masywne drzwi. Stali naprzeciwko jej, w odległości parędziesięciu stóp - kilkoro uzbrojonych ludzi, czekających, by większa grupa strażników mogła ich zidentyfikować. Stał tuż za mężczyzną przewyższającym go o głowę, w ciężkiej zbroi i z dwuręcznym obustronnym toporem na plecach. Szemrał coś pod nosem, jakby nucił piosenkę, za pomocą której zabijał nudę.
- Hej! - odezwał się nagle mężczyzna z toporem na plecach. - Ty też idziesz na igrzyska?
Czarnowłosy mężczyzna przed nim popatrzył się na niego przez ramię.
- Skąd to pytanie? - odparł bez entuzjazmu, zerkając na niego krzywym spojrzeniem.
- A tak się pytam... bo ja idę na turniej nie jako widz, tylko jako uczestnik.
- No i?
- Wyglądasz, jakbyś też się wybierał. Tak naprawdę pierwszy raz będę tu walczyć, dlatego chciałem się zapytać, czy ty...
- Nie - przerwał mu - jeszcze tutaj nie walczyłem, to też mój pierwszy raz - powiedział i westchnął z dezaprobatą.
- Ale wiesz coś na temat specjalnej nagrody? - dopytywał się zaciekawiony.
Jeszcze raz spojrzał na niego, ale tym razem jakby się uśmiechając.
- Chyba nie mówisz o... - zaśmiał się - ...tej głupiej plotce? Nie, to nie jest prawda, żeby poza nagrodą pieniężną było pójście na wieczerzę z córką króla, czekaj, jak ona miała na imię? Se... Sela...
- Selen - poprawił go rozmówca.
- Właśnie, Selen. Ona ma już kogoś.
- Który to?
- A bo ja wiem. - Machnął ręką od niechcenia. - Pewnie to jest jakiś związek polityczny - szeptem wypowiedział ostatnie zdanie. - Kto ci powiedział takie...
Ich rozmowę przerwał krzyk. Jak na komendę wszyscy zwrócili się w stronę dźwięku.
- Ten jest skażony! - warknął strażnik w ciemnozielonej narzucie, na której znajdował się wyszyty herb. Pod nią miał stalową kolczugę, a na głowie metalowy hełm chroniący kark i czoło. Obuwie również miał żelazne. - Bierzcie go!
- Nie, ja jestem niewinny! - wykrzykiwał bojaźliwie mężczyzna z przewieszoną przez ramię torbą. Wzięli go pod ramiona dwaj strażnicy, tak samo ubrani jak ten, który go oskarżał. - Nie, proszę! Ja...
- Ty jesteś jednym z nich! Próbowałeś się przedostać przez mury, kanalio!
- Nie! - Oskarżony wyrwał się z objęć żołnierzy, zachwiał się na nogach i pognał wprost na strażnika. - Naprawdę ja...
Nie dobiegł. Jego ciało przeszły trzy strzały z grotami tak ostrymi, że ta, która trafiła go prosto w czoło, zatrzymała się dopiero, gdy wyszła z drugiej strony głowy. Kolejne trafiły w gardło i w pierś. Natychmiast runął na marmur, brocząc krwią.
- Cholera! - Strażnik podniósł oczy na wszystkich. - Nie ma co się gapić! - wykrzyczał pośpiesznie. - Bierzcie go... szybko! - Wzięli go za ramiona, niosąc go w taki sposób, że wlókł swoimi nogami po marmurowym podłożu. - Dobra, następny! - powiedział żołnierz.