Rozdział drugi
Jest wtorek, a to oznacza wyjście na obiad.
Nienawidzę tej tradycji.
Czuję ulgę, gdy zauważam, że nasz stolik jest wolny. Rzucam się ku niemu, wybierając najdalsze krzesło. To moje ulubione miejsce, ponieważ oparcie siedziska znajduje się przy ścianie, więc nikt nie może za mną usiąść, za to ja zyskuję widok na całe pomieszczenie.
Nie lubię wrażenia, że wszyscy na mnie patrzą, a jest to uczucie, którego nie mogę się pozbyć, gdy moje plecy są wyeksponowane.
Z Temrą teatralnie podnosimy jadłospisy, mimo że wiemy już, na co mamy ochotę.
Kelnerka wita nas po imieniu, po czym przyjmuje zamówienie.
- Ja poproszę zupę kalafiorową i świeży chleb - mówi Temra. - A dla siostry jagnięcina i warzywa na parze.
Kiwnęłam głową, obdarzając kelnerkę wymuszonym uśmiechem. Taki mam układ z siostrą. Żadna z nas nie potrafi gotować. Wszystko, co próbujemy przyrządzić, jest albo spalone, albo rozmokłe. Wolałabym jednak spożywać kiepskiej jakości jedzenie i czuć się bezpiecznie w domu, niż jeść poza nim, gdzie nieznajomi mogli obserwować mnie w trakcie posiłku. Temra z kolei uwielbia stołować się na mieście, stąd ten układ. Przez pół tygodnia jemy poza domem, a drugie pół w domu, gotując na zmianę. Na mieście Temra zawsze zamawia za mnie, tym sposobem nie muszę rozmawiać z nikim poza nią.
Kładę dłonie na blacie i splatam palce. To nawyk, który mam od dzieciństwa. Czuję pod skórą lekkie mrowienie. Starając się odwrócić własna uwagę od dyskomfortu, mówię:
- Gubernator przyszedł po południu po swoją broń, kiedy byłaś w szkole.
- Przyszedł odebrać ją osobiście?
- Tak.
- Musi być naprawdę podekscytowany buzdyganem. Jak mu się podobał?
Próbuję ukryć wzdrygnięcie, ale najwyraźniej nie udaje mi się to, bo Temra pyta:
- Nie podobał mu się?
- Nie, nie. Podobał.
- W takim razie w czym problem?
- On... zaprosił nas do siebie.
Szeroki uśmiech pojawia się na pięknej twarzy mojej siostry. Sprawia, że okazywanie niezadowolenia staje się niekiedy trudnym zadaniem.
- To cudownie! Ziva, wiesz co to oznacza? Musimy sprawić dobre wrażenie.
- Próbowałam odmówić - wyjaśniam. - Nie dał mi dojść do słowa.
- Och, będzie wspaniale! Potrzebujemy właśnie takiego przyjęcia.
- To nie przyjęcie. Zapewnił mnie, że będzie to urocze, staromodne spotkanie przy stole.
- To nic. Syn gubernatora i tak tam będzie. - Jej łobuzerski uśmiech mówi sam za siebie.
- Pewnie jest przystojny, co?
Odpowiada westchnięciem.
Marzę o tym, żeby jedzenie szybko przyniesiono, mogłabym zająć czymś ręce. Moje palce zdążyły zrobić się czerwone od nerwowego pocierania. Chowam je pod stół.
Domyślam się, że Temra chce omówić szczegóły dotyczące syna gubernatora, ale nie mogę sobie tym zaprzątać głowy. Nikt nigdy nie wydawał mi się atrakcyjny. Nie jestem pewna, czy to z powodu lęku nie jestem w stanie zbliżyć się do ludzi, czy problem tkwi w czymś innym. Niezależnie od przyczyny, zauroczenie jeszcze mi się nie przytrafiło.
To nie tak, że nie chcę nawiązywać relacji. Bardzo tego pragnę, ale chcę przy tym czuć się bezpiecznie. Do tej pory nikt poza Temrą nie sprawił, że się tak poczułam.
Szybko omiatam wzrokiem restaurację. Poza naszym, tylko cztery stoliki są zajęte. Dwie pary siedzą przy oddzielnych stołach: kobiety w średnim wieku trzymające się za ręce i kłócący się kobieta i mężczyzna, mimo waśni starający się zachowywać ciszej. Kobieta wybiega z lokalu. Jej towarzysz rzuca na stół kilka monet i podąża za nią.
Niezręczna sytuacja.
Przy trzecim stoliku, przy oknie, siedzi samotna kobieta, popijająca wino.
A osoba siedząca przy czwartym...
Jest we mnie wpatrzona.
Instynktownie spuszczam wzrok, a moja twarz zalewa się rumieńcem wstydu, bo zostałam przyłapana. Jednak to on pierwszy zaczął mi się przyglądać, prawda?
Temra o czymś opowiada, ale ledwo to do mnie dociera, ryzykuję ponownym spojrzeniem kątem oka na mężczyznę.
Cały czas mnie obserwuje.
- Temra - szepczę. - Ktoś się na nas patrzy.
- Ile razy mam to jeszcze powtarzać? Nikt się na ciebie nie patrzy.
- Nie, tym razem mówię prawdę. Zobacz, ten typ za tobą.
Odwraca się bardzo niedyskretnie i napotyka spojrzenie mężczyzny znajdującego się blisko drzwi. Nie został jeszcze obsłużony, lecz zdecydowanie nie przegląda otwartego przed nim jadłospisu.
Temra wykonuje w jego kierunku krótkie machnięcie ręką, po czym odwraca się z powrotem do mnie.
- Przystojny, jeśli zignorujemy to, w co jest ubrany. Może powinnam go zagadnąć?
- Nie waż się mnie zostawiać - cedzę przez zęby.
- Mogę zaprosić go do nas.
- Nie!
- Żartuję! Poczekam do końca posiłku i...
Na początku myślę, że to kelnerka przyszła z naszym zamówieniem, ale zaraz orientuję się, że stolik nieznajomego jest pusty, a on zmierza w naszą stronę. Przenoszę wzrok na drewniany blat, podczas gdy Temra czarująco obraca się ku przybyszowi.
- Witaj - mówi tonem głosu, który stosuje tylko wobec mężczyzn.
- Witam - odpowiada. - Wybaczcie moje najście, ale czy istnieje możliwość, bym się do was dosiadł?
Temra patrzy na mnie, ale nie potrafię odpowiedzieć, wciąż nie mogę podnieść wzroku, dlatego decyduje za nas obie.
- Proszę bardzo. - Wskazuje puste krzesło.
Włoski na moich ramionach unoszą się przez świadomość bliskości obcego człowieka. Czuję, jakby moje wnętrzności zaczęto ugniatać jak ciasto. Nie chcę tu być.
- Na imię mam Temra - przedstawia się moja siostra.
- Jestem Petrik - mówi nieznajomy.
- Petrik - powtarza Temra, sprawdzając brzmienie imienia. - Widzę cię tutaj pierwszy raz.
- Nie jestem stąd. Przybywam z terytorium Skiro.
- Czym zajmujesz się w Skiro?
Jak ona to robi? Bez namysłu wie, co i w jaki sposób powiedzieć. Czasem rozmawiam ze swoimi klientami w sklepie. Znam się dobrze na broni i nie mam problemu, by o niej opowiadać. Ale o czymś innym?
Jestem beznadziejna.
Czuję pewien rodzaj tęsknoty. Chcę być jak moja siostra: rozluźniona w kontaktach ze światem, czująca się komfortowo we własnej skórze.
- Jestem uczonym z Wielkiej Biblioteki - kontynuuje Petrik swoim niskim głosem. - Specjalizuję się w starożytnej magii.
Moje oczy same unoszą się ku górze, gdy wzbudza moje zainteresowanie.
- Magii? - pytam.
Mężczyzna uśmiecha się, a ja odnajduję odwagę, by mu się przyjrzeć. Jest w moim wieku. Włosy, przystrzyżone blisko skóry, to jedynie odrobina czarnego meszku. Usta ma pełne, nos szeroki, a odcień jego skóry wpada w głęboki brąz, zupełnie jak kolor oczu.
Jego ubiór jest niebywały. Większość tutejszych decyduje się na tuniki i legginsy z ciężkimi butami, ale ten człowiek ma na sobie szatę w kolorze głębokiego szafiru, która zakrywa jego ręce i kostki. Tak naprawdę widać jedynie czubki jego butów i głowę. Szata najpewniej posiada również kaptur, ale jest on opuszczony.
- Tak, od proroków z północy kontynentu po znających mowę zwierząt z zachodnich wysp. Wczytałem się we wszystko. Tworzę własną książkę. Krótki przewodnik po każdej magicznej zdolności na przestrzeni wieków.
Temra zwęża oczy i patrzy na mnie porozumiewawczo. Unosi brew, jakby tym znakiem chciała mi coś powiedzieć. Po chwili poddaje się i unosi wzrok ku górze.
- I to sprowadziło cię do Zivy - mówi.
- Dokładnie - potwierdza Petrik. - Miałem nadzieję, że Ziva pozwoli zadać sobie kilka pytań i zbadać niektóre z jej dzieł.
Z początku jestem zadowolona. Młodzieniec w moim wieku chce rozmawiać ze mną o mojej pracy? Czy to jest okazja, na którą czekałam? Pozostanie w bezpiecznej strefie podczas poznawania kogoś nowego?
Ale wtem przypominam sobie, że to ma służyć tworzeniu książki.
Inni ją przeczytają. Petrik będzie mnie cytował, opisze mnie i mój proces tworzenia. Będę lustrowana. Co, jeśli powiem coś nie tak? Co, jeśli uzna, że moja magia jest nudna, odrzuci mnie i odejdzie? Co, jeśli czytelnicy pomyślą, że jestem oszustką i stracę wszystkich klientów?
Mimo że mam świadomość bezpodstawności moich obaw, nie mogę pozbyć się strachu. Zgadzanie się na rozmowę z nim nie wydaje się bezpieczne.
- Muszę odmówić - odrzekam i przenoszę swoją uwagę na dłonie, które położyłam na kolanie.
Wtedy przychodzi kelnerka z naszym zamówieniem. Zwraca się do Petrika:
- Czy mogę już przyjąć pańskie zamówienie?
- Jeszcze nie zdecydowałem - odpowiada.
Kobieta odchodzi, pozostawiając po sobie ciszę i duchotę.
- A więc, Petrik - odzywa się Temra, odrzucając włosy za ramię. Jej loki w kolorze głębokiego mahoniu lśnią w ruchu. - Opowiedz mi o Skiro. Nigdy tam nie byłam.
Wiem, że mężczyzna mi się przygląda. Czuję to. Próba odwrócenia jego uwagi podjęta przez Temrę nie powiodła się. Wciąż ją ignoruje.
- To musiało być zbyt pochopne z mojej strony, Zivo. Przepraszam. Mam za sobą długą podróż i nie chciałem nagabywać cię przy obiedzie. Nie spodziewałem się, że wejdziesz do tej samej restauracji, w której jestem. Miałem zamiar odnaleźć cię potem, umówić się na spotkanie i wyjaśnić całe jego założenie. Oczywiście odwdzięczyłbym się za twój czas. Może mógłbym kiedyś odwiedzić twoją kuźnię, byśmy omówili sprawę?
- Muszę odmówić - powtarzam.
- Mogę zapytać, dlaczego?
- Kuźnia jest prywatnym miejscem Zivy - wyjaśnia Temra. - Nie lubi, kiedy się jej tam przeszkadza. Jest bardzo dyskretną osobą, jestem pewna, że to rozumiesz. Może ja mogłabym z tobą porozmawiać, by pomóc ci z książką? Często towarzyszę Zivie w kuźni. Jestem zaznajomiona z jej pracą i mam szeroką wiedzę na temat broni, które stworzyła. Myślę, że powinniśmy się w przyszłości spotkać, na przykład umówić na obiad.
Tak, ten pomysł mi się podoba. Po prostu niech zostawi mnie w spokoju, a Temra będzie mogła sobie poflirtować z rzekomo przystojnym chłopcem.
- Jesteś pewna, że w żaden sposób cię nie namówię? - pyta Petrik, nie odrywając ode mnie wzroku.
Muszę być bezpośrednia. Pewna siebie. Jeżeli pokażę choć odrobinę niepewności, dalej będzie mnie męczył, dlatego podnoszę głowę, patrząc stanowczo w jego oczy.
- Jestem pewna. Nie chcę, żeby mnie przesłuchiwano albo żeby wtrącano się w moje życie.
Następnie podnoszę sztućce i zaczynam kroić pieczoną jagnięcinę. Staram się nie powtarzać w głowie własnych słów. Nie chcę zwariować. Nie chcę się martwić. Chcę tylko cieszyć się jedzeniem.
Petrik wstaje bez dalszego komentarza. Zamiast wrócić do swojego stolika, opuszcza restaurację.
Dobrze zrobił.
- Dasz wiarę? - mówi Temra.
- Wiem - odpowiadam. - Ile razy można powtarzać to samo, aż zrozumie?
- Co? Ach, racja. Ale jak mnie ignorował! Brak kultury. Wykorzystał mnie na początku, żeby dotrzeć do ciebie.
A to nowość. Ludzie zazwyczaj popełniają błąd i zaczynają rozmowę ze mną, żeby dotrzeć do mojej ślicznej siostry.
- Poszedł sobie - mówię i w końcu mogę wziąć do ust porcję jedzenia. Przepyszne jak zawsze.
Temra tylko moczy łyżkę w zupie, nie kosztując jej. Zdaje się wciąż krążyć myślami wokół tego dziwnego spotkania.
- Nie martw się - mówię jej. - Niedługo będę miała tyle pieniędzy, że zdołamy opuścić Ghadrę i osiedlić się w północnym rejonie. Nie znajdzie nas tam. - Mówiłyśmy o tym od lat, od kiedy tylko zaczęłam swój biznes. Północ jest przepiękna, lecz tylko garstkę ludzi stać na życie tam. Na północy nikt nie będzie mnie znał. Nikt nie będzie mnie szukał ze względu na broń. Kocham to, co robię, ale wolę wyrabiać broń dla siebie. Kiedy w końcu zdobędę odpowiednią ilość pieniędzy dla siebie i Temry, opuścimy to miejsce i zadomowimy się gdzieś indziej. Tylko my dwie. Tylko tego chcę. Chcę czuć się bezpiecznie i nie martwić się, że ktoś zaskoczy mnie wizytą, na którą nie przygotowałam się mentalnie.
Bardzo dobrze sobie radzę jako jedyna kowalka parająca się magią. Nie słyszałam, żeby był ktoś podobny do mnie.
Ludzie z całego świata składają u mnie zamówienia. Niektóre moje dzieła przeznaczone są dla arystokratów, którzy chcą pokazać swoje bogactwo i wyższość. Inni moi klienci należą do wysoko postawionych oficerów prywatnych armii. Strażnicy miejscy i gwardziści zamkowi otrzymują mniejsze pensje, więc oni u mnie nie goszczą.
Ale większość moich klientów? To najemnicy, wojownicy do wynajęcia. Ostatnimi czasy jest na nich ogromne zapotrzebowanie.
Nasz poprzedni władca, król Arund, miał nieco problemów ze swoim młodszym bratem, który bezustannie próbował pozbawić go władzy. Mówi się, że król po nieudanym zamachu na siebie miał ostatecznie skazać brata na śmierć. Kochał go i nienawidził faktu, że rządzenie państwem ich podzieliło.
Aby w przyszłości uniknąć animozji w rodzinie, Arund zdecydował się podzielić królestwo Ghadry pomiędzy sześcioro swoich dzieci.
Zarysowano nowe granice. Powstało sześć obszarów, każdy noszący nazwę na cześć księcia lub księżniczki władających danym terenem. Ghadrę podzielono, a w związku z tym pojawiły się nowe szanse na intrygi.
Podział nastąpił dekadę temu, a wielu już zdążyło na tym skorzystać. Bandyci stali się widokiem tak częstym jak muchy. Panoszą się po każdym terytorium, uniemożliwiając podjęcie przez władców prób ich schwytania. Żaden z panujących nie chce przydzielić ludzi albo płacić za zajęcie się przestępcami, którzy opuścili już przynależne im ziemie. Dodatkowy problem tkwi w tworzeniu przez sześciu władców własnych zwyczajów, budowaniu odrębnych systemów gospodarczych i finansowaniu wewnętrznych zasad.
Ludność bardzo ucierpiała przez tę zmianę.
Do moich uszu dotarły też opowieści, według których nie wszyscy z sześciu królewskich potomków są zadowoleni z części, którą otrzymali. Krążą pogłoski o buntach i planach przejęcia, ale na razie nic więcej nie wiadomo. To tylko szepty niesione przez wiatr.
Zawierucha sprawiła, że na moją profesję wzrosło zapotrzebowanie i dobrze na tym zarabiam. Niezliczone osoby próbowały zatrudnić mnie jako swojego prywatnego kowala. Biorąc pod uwagę mój wstręt do ludzi, zawsze odmawiałam. Ostatnio te zapytania stały się częstsze. Informacja o mojej wiedzy rozprzestrzeniła się niemal aż po granice Ghadry. Być może stało się tak dlatego, że w ostatnim czasie przyjmuję więcej zleceń, żeby przyspieszyć osiągnięcie naszego celu.
Już niewiele dzieli nas od opuszczenia tego miejsca. Myślę, że pozostaniemy tu jeszcze dwa lata. Jeśli chcę zrezygnować z pracy i ma być nas stać na wyższe koszty życia do końca naszych dni, potrzebujemy trochę więcej pieniędzy.
- To świetnie, Zivo - mówi Temra, odciągając mnie od myśli krążących wokół naszego raju.
Wciąż nie rusza swojego jedzenia.
- Myślałaś już o tym, jaki zawód wybierzesz? - pytam z nadzieją, że odwrócę jej uwagę.
- Nie do końca. Kocham grać w lokalnych przedstawieniach, więc może kiedyś dołączę do trupy wędrownej.
Skoro zamierza przemierzać świat w swoim zawodzie, nie będzie jej przy mnie na północy. Wyraźnie tego nie przemyślała.
- Albo - dodaje - może będę robić coś z bronią. Praktycznie całe moje życie jestem twoją asystentką.
Tak, ten pomysł podoba mi się bardziej.
- Oczywiście! Zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce w mojej kuźni.
- Nie o to mi chodziło. Nie mogę być w twoim cieniu całe życie, Ziva.
W moim cieniu? Ciekawe, że tak to ujęła, skoro to ja od zawsze starałam się chować za nią.
- Znajdziesz coś, co sprawi, że będziesz szczęśliwa. Wiem to - odpowiadam.
- Już jestem szczęśliwa, ale wiem, że wymyślę swój plan na przyszłość. A ty?
- Co ja?
- Jesteś szczęśliwa?
Moja instynktowna odpowiedź to tak, ale nie odzywam się od razu. Żyję w ciągłym strachu przed innymi. Czasem jest to tak przytłaczające, że ciężko mi opuścić dom.
- Jestem szczęśliwa - decyduję w końcu. - Mam wszystko, czego potrzebuję: ciebie i kuźnię. Marzy mi się tylko, żeby reszta świata zniknęła.
- Byłby to wówczas strasznie pusty świat.
- Dokładnie.
- W takim razie, jaki miałabyś ze mnie pożytek, jeśli nie miałabym kogo odstraszać?
- Czułabym się samotna, gdybym była w pojedynkę - żartuję.
- A co ze mną?
- Co z tobą? - pytam.
- Co ja miałabym robić, podczas gdy ty wyrabiasz w swojej kuźni broń dla nieistniejących ludzi? Nie mogę być aktorką bez widowni.
- Mogłabyś znaleźć sobie hobby.
- Mam hobby!
- Nie sądzę, by flirtowanie się do nich zaliczało. Poza tym w moim świecie nie ma mężczyzn.
Temra kręci głową w zaskoczeniu.
- Pewnego dnia zakochasz się bez pamięci. Spotkasz kogoś, kto sprawi, że będziesz chciała opuścić kuźnię. Nawet nie zorientujesz się, kiedy ten ktoś nadejdzie.
- Dzień, w którym opuszczę kuźnie, nastanie wtedy, kiedy na świecie skończy się ruda żelaza. Ale nawet gdyby tak się stało, jestem pewna, że dam radę wykorzystać do czegoś miedź.
Temra strzela w moją twarz kroplami ze swojej łyżki.