Błąd w nawigacji - Justyna Lipińska

Kup ebooka

22.19 zł
18.42 zł (18,86 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hojność twoja nie zna granic

mogę przytulić się do wiersza i zasnąć

między słowami

mogę nic nie czuć bo nic ma znaczenie

boję się wypuścić wyobraźnię z rąk

kiedy myślę o słońcu - wypala mi twarz

kiedy o szalejącym wietrze - nie potrafię iść

umieram po raz czterdziesty pierwszy

przechodząc przez czasy

które kiedyś były ważne

ja nie jestem i krzyczę ratunku

jakbym była gotowa

na natychmiastowe udzielenie ostatniej pomocy

wrzaski teraźniejszości nie budzą do życia

podobno nikogo

kto woli odejść

byle tylko nie wżerały się nowe rodzaje

postradanych zmysłów

przestań mówić do mnie pielęgnując

te same rzeczywistości

widzę w nich wszystko oprócz ciebie

Gest halt

może lepiej że nie mówimy pierwszych słów

ostatnie mogłyby nas zranić

i doprowadzić do kresu niedokonanej łączności

może lepiej że nie upadamy na głowy

ostrożnie podtrzymując konstrukcję

która pozwala na niepodobność

do szczęśliwych

bezpiecznie jest kiedy złudzenie

wymyka się z rąk

by polec na wydeptanej trawie

bo czym orać ciała

leżące ugorem u podnóża śmierci

trzymajmy się z daleka

niech nagłe myśli katapultują

w niezbadanych kierunkach wiatru

unikając siebie mamy pewność

że żaden ruch nie przeszyje nas na wylot

Bezsenność rozjaśnia noc

śpię coraz krócej

łagodnie zmieniam pozycje

otulając się ciepłem kołdry

dobrze jest w ciszy nie tracąc głosu

dotykasz słońcem i księżycem

szumem drzew i kolorem kwiatów

już niedługo zabierzesz mnie w podróż

bez powrotu do miejsc

które ciągle usiłuję pamiętać

wiem że nie zapytasz o nic

związki bywają trudne

gdy tworzą się pod znakiem zapytania

lepiej gdy są czarno białe

a każdy z nas jest lustrzanym odbiciem

kiedyś zaprowadzę się do ciebie

pokażę jak echem odbijam się od myśli

która oddala nas od siebie

tworząc obraz i niepodobieństwo swoje

Perfekcyjnie zasypiam i budzę się by żyć

jest łagodniej jakby życie przemnożyło się

biorąc na siebie moją śmierć

nie wiem ile to już razy

widać odnawiam się wiecznie jak ziemia

w której zakopią imię i nazwisko

odrzuciłam przejawy egzaltacji od plew

rozpoczynając nienaturalny proces

braku starzenia

kiedy jestem w sobie choruję

na przemożną ciszę

lub nieposkromione ataki gadulstwa

śmiejesz się z tego wpuszczając

jednym uchem

drugim pozwalasz wyjść na nowo

osobiście obliczyłeś mnie na nieskończoność

algorytmem który zapisuje

każdą sekundę jednego oddechu

Orbitralnie

naliczyłam czternaście tysięcy siedemset

siedemdziesiąt trzy gwiazdy i pół

kiedy pojawiłeś się na środku jeziora

myślałam wielbię je i każdą kroplę

której dotyka twoja stopa

a okazuje się że żyłam tylko częścią

świetlistych punktów w głowie

nadal zasypiam łatwo i tak samo

budzę się w ramionach lub poza

sięgam klifów i wiatru

tulącego niczym druga skóra

coraz mniej w pamięci

obecności strzepuję bezruchem

nie zostawiając śladów

a przecież chcesz żebym odbiła się

na wydeptanym piasku w nowym języku

niezrozumiałym jeszcze dla nikogo

jesteś spokojny ja jestem

w twoim odbiciu połową

której nie doliczyłam