Rozdział 1
1
---
Jane
Trzynaście lat
W powietrzu unosił się koszmarny smog. Gdy Willa jechała do miasta,
niekiedy zabierała mnie ze sobą, ale tego dnia powietrze było wyjątkowo
zanieczyszczone, więc zostaliśmy w naszym mieszkaniu w ładnym bloku w Glendate. Nudziłam się. Willa była za bardzo zajęta moim młodszym
przyszywanym rodzeństwem, żeby mnie zabawiać. Flo miała półtora roku i fascynowały ją gniazdka elektryczne oraz włączniki. Trzyletni Tarin
uwielbiał niszczyć wszystko wokół siebie.
Słuchanie wrzasków Tarina i ryków Flo nie należało do
najprzyjemniejszych.
- Pomóc ci? - spytałam z przedpokoju.
Willa odprawiła mnie machnięciem ręki i posadziła Flo na wysokim
krzesełku.
- Dziewczyno, jest lato. Idź się pobawić z koleżankami.
Willa i Nicholas Green byli najlepszymi jak do tej pory rodzicami
zastępczymi. Opiekowali się mną od ponad dwóch lat i miałam nadzieję, że
zostanę u nich do osiemnastego roku życia. Do tego czasu zostało mi
jeszcze pięć lat, więc wiedziałam, że muszę się przyzwyczaić do
nieustannego stresu, lęku, że przyjdzie pracownik socjalny, który powie,
że znowu przenoszą mnie do innej rodziny.
Chciałam, żeby Willa i Nick mnie zatrzymali, więc starałam się jak
najwięcej im pomagać.
Byli zaabsorbowani młodszymi dziećmi, więc Willa jeszcze nie zauważyła,
że nie mam żadnych koleżanek. Ale za to nie pili alkoholu, nie wyzywali
mnie i nigdy nie uderzyli.
- Na pewno?
Moja mama zastępcza uśmiechnęła się z lekkim zaskoczeniem.
- Jane, nie pracujesz tu. Są wakacje. Pobaw się - powiedziała.
Skinęłam głową i poszłam do małej sypialni w głębi mieszkania. Nicholas
był menedżerem produkcji w dużym studiu filmowym, dlatego mógł sobie
pozwolić na wynajęcie takiego pięknego mieszkania z trzema sypialniami,
jednego z większych w tym budynku. Młodsze dzieci dzieliły pokój, a ja
zajmowałam najmniejszą sypialnię.
Willa i Nick może i nie poświęcali mi zbyt dużo czasu, ale kupowali
książki i przybory do rysowania. Złapałam szkicownik i puszkę z węglem,
wyjęłam z lodówki butelkę wody i wyszłam na balkon. Miałam wrażenie, że
znalazłam się w rozżarzonej bańce. Rozgrzane powietrze oblepiało skórę.
Wyjrzałam na basen i zobaczyłam paru sąsiadów na leżakach oraz grupkę
dzieciaków ze szkoły, które pluskały się w wodzie.
Nie kolegowałam się z nimi. Nigdy nie byłam dobra w nawiązywaniu
przyjaźni.
Kiedy mijałam kolejne drzwi, z ostatniego mieszkania przy schodach
dobiegły mnie podniesione głosy, w których pobrzmiewał ciekawy akcent.
Pomyślałam, że może mieszkający tam lokatorzy pochodzą z Bostonu.
Rozmawiali bardzo głośno, próbując przekrzyczeć muzykę.
Zauważyłam, że drzwi ich mieszkania są szeroko otwarte.
- Lorna, jeszcze się nie rozpakowaliśmy. Wstawaj, Lor. Chcę skończyć
przed obiadem. Potem będziesz mogła na cały wieczór walnąć się na
kanapę.
Zwolniłam. Teraz wyraźnie usłyszałam bostoński akcent.
- Nie chce mi się - odpowiedziała dziewczyna z takim samym akcentem. -
Możemy zrobić przerwę?
- Najlepiej zabrać się do tego od razu. Twój brat już się rozpakował.
Sprzeczały się dalej. Usiadłam na pierwszym schodku i otworzyłam
szkicownik. Ich głosy wtopiły się w tło, kiedy zaczęłam rysować sąsiadów
nad basenem.
Jak zawsze całkowicie się wyłączyłam. Dzięki rysowaniu wszystko znikało.
Samotność. Moje lęki. Poczucie braku więzi. Rysowanie było moim sposobem
na nawiązanie kontaktu, ale z bezpiecznej odległości. Lubiłam
skrzypienie węgla po papierze i to, jak brudził mi dłonie. Podobało mi
się, że mogę rozmazywać kreski, żeby tworzyć ciekawe cienie i kształty.
Dzięki temu dzieci bawiące się w basenie ożywały. Mogłam przedstawić ich
ruch. Energię. Podczas rysowania czułam, jakbym była tam razem z nimi.
Tak się skupiłam na szkicowaniu, że nie usłyszałam, jak podeszła, i zobaczyłam ją dopiero, kiedy usiadła obok mnie na schodku.
- Ale ty genialnie rysujesz.
Przestraszyłam się tak, że aż podskoczyłam i przejechałam węglem po
rysunku.
- Przepraszam.
Spojrzałam na dziewczynę, która uśmiechnęła się do mnie przepraszająco.
Miała oczy koloru oceanu i krótkie, jasnobrązowe włosy.
- Twój rysunek. - Wskazała na szkicownik. - Jest genialny.
- Może być - mruknęłam, próbując wytrzeć krechę.
- Gdzie się nauczyłaś tak rysować?
Wzruszyłam ramionami, bo szczerze mówiąc, nigdy się tego nie uczyłam. Po
prostu... rysowałam i już.
- Jak masz na imię? - kontynuowała.
- Jane.
- Jane. Ja jestem Lorna McKenna. - Wyciągnęła rękę nad moim
szkicownikiem.
Miała drobną dłoń z krótkimi paznokciami pomalowanymi jasnoróżowym
lakierem z brokatem. Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do niej.
Wyglądało na to, że jest zdecydowana się ze mną zakolegować. Moja
nieśmiałość zazwyczaj zniechęcała inne dzieci.
Pokazałam jej ubrudzoną węglem dłoń.
Wzruszyła ramionami i zdecydowanym ruchem wysunęła brodę.
- Otrzep ją drugą ręką.
Zrobiłam to. Jej dłoń była chłodna, jakby Lorna chwilę wcześniej
siedziała przy klimatyzacji.
Kiedy podałyśmy sobie ręce, uśmiechnęła się szeroko, a ja odwzajemniłam
uśmiech. Potem spojrzała na mój lewy policzek.
- Masz dołeczek w policzku! - wykrzyknęła, jakby nigdy w życiu nie
widziała czegoś równie niezwykłego.
Odruchowo dotknęłam dołeczka brudną dłonią.
- To wygląda słodko. Też bym chciała mieć dołeczki. Ile masz lat?
- Trzynaście.
Kiwnęła głową, jakby się tego spodziewała.
- Ja skończę trzynaście za trzy tygodnie.
- Skąd przyjechałaś? - Ciekawość wzięła górę nad moją nieśmiałością.
Musiałam się dowiedzieć, czy rzeczywiście pochodzi z Bostonu.
- Z Dot.
Zmarszczyłam brwi.
- To skrót od Dorchester. W Bostonie.
Czyli miałam rację. Już kilka razy obejrzałam film Buntownik z wyboru,
bo Willa kochała się w Matcie Damonie.
- Ładnie tam? - spytałam.
Lorna zmarszczyła nos.
- Boston jest ładny, ale Dorchester, gdzie mieszkałam, nie bardzo.
Fatalna okolica. Parę miesięcy temu przed moim domem zastrzelono
mężczyznę. - Wzruszyła ramionami, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.
A mnie aż szczęka opadła.
- Dlaczego nie bawisz się z innymi dziećmi w basenie? - spytała.
Podążyłam za jej zaciekawionym spojrzeniem i spojrzałam na dwie
dziewczynki i dwóch chłopców, którzy z piskiem ochlapywali się wodą.
Dziewczynki były moimi sąsiadkami, a chłopcy mieszkali nieopodal.
Wiedziałam o tym dlatego, że w gimnazjum byliśmy w tej samej klasie.
- To Summer i Greta. Najbardziej lubiane dziewczyny w mojej klasie.
- Tak? No i co z tego?
Zarumieniłam się. Wiedziałam, że po tym, co za chwilę powiem, Lorna na
pewno się do mnie zrazi.
- Ja nie jestem zbyt lubiana.
Lekko trąciła mnie ramieniem i w konspiracyjny sposób kiwnęła głową. W jej zachowaniu była pewna zażyłość. Poczułam się tak, jakbyśmy
przyjaźniły się od lat. Zrobiło mi się bardzo miło.
- Ci lubiani i ci nie za bardzo lubiani? Jak w telewizji, nie? W mojej
szkole nie było takich klik. U nas byli uczniowie, który próbowali jakoś
się przeczołgać do następnej klasy, i cwaniaki, które już wpakowały się
w niezłe gówno i lepiej było ich unikać.
- Mieszkałaś w getcie?
Roześmiała się.
- W getcie? Poważnie? Nieee. - Znowu trąciła mnie ramieniem, jakby
dawała mi znać, że jestem fajna. - Ale byliśmy biedni. Tak samo jak
wszyscy nasi znajomi. Mama często powtarzała, że ludzie robią różne
głupie rzeczy, żeby zapomnieć o swoim beznadziejnym życiu, albo jeszcze
głupsze, żeby wyrwać się z biedy.
Nie znałam się na pieniądzach, ale wiedziałam, że koszty wynajęcia
mieszkania w naszym bloku nie są niskie, bo Willa zawsze na to
narzekała.
- Wprowadziliśmy się tu do mojej starszej siostry, Skye - powiedziała
Lorna, jakby czytała mi w myślach.
Jak na sygnał z mieszkania dobiegł nas kobiecy głos:
- Lorna! Waterboysi!
Jej twarz się rozpromieniła.
- Chodź. - Złapała mnie za rękę i pociągnęła, więc nie miałam wyjścia i musiałam za nią pójść.
Zostawiłam szkicownik na górnym schodku i dałam się zaprowadzić do jej
mieszkania. Nie pamiętałam, kiedy ktoś ostatnio trzymał mnie za rękę.
Przeszył mnie przyjemny dreszczyk.
Mieszkanie było tej samej wielkości co należące do Willi i Nicka.
Wszędzie stały nierozpakowane pudła.
Wysoka, oszałamiająco piękna młoda kobieta kołysała rękami w powietrzu
przy dźwiękach jakiejś nieznanej mi piosenki, która dobiegała z telewizji. Na nasz widok uśmiechnęła się promiennie.
- Kto to?
- Jane! - Lorna próbowała przekrzyczeć muzykę. - Jane, to moja starsza
siostra Skye.
- Bardzo mi miło - powiedziała Skye takim tonem, jakby rzeczywiście tak
czuła.
Potem schyliła się, wzięła pilot, wycelowała nim w telewizor i zrobiła
jeszcze głośniej.
Lorna puściła moją dłoń i zaczęły z siostrą tańczyć na środku pokoju.
Pomyślałam, że jest wysoka jak na swój wiek. Z wprawą robiła obroty.
Obie śpiewały na całe gardło, że ta druga zobaczyła pełnię księżyca,
chociaż na niebie widniał jego sierp. Nie znałam tej piosenki, ale od
razu ją polubiłam.
Kiedy Lorna uświadomiła sobie, że tylko stoję i się przyglądam,
pomachała do mnie.
Zbyt nieśmiała, żeby się do nich przyłączyć, nie ruszyłam się z miejsca.
W końcu Skye na chwilę zostawiła siostrę i wyciągnęła mnie na środek
pokoju.
- Po prostu się wyluzuj! - zawołała. - Zobaczysz, spodoba ci się.
Byłam zdumiona, gdy moje stopy same zaczęły się poruszać, a biodra
kołysać. Lorna złapała mnie za jedną dłoń, Skye za drugą i tańcząc w kółku, uniosłyśmy ręce. Śmiałam się, a siostry dalej śpiewały. To było
dziwne i wspaniałe: poczułam, że należę do jednej grupy z tymi dwiema
obcymi przecież dziewczynami.
Kiedy piosenka się skończyła, zaczęłyśmy chichotać. To uczucie więzi i tego, że zostałam zauważona, wprawiało mnie w euforię.
- Pierwszy raz słyszałam tę piosenkę - przyznałam się, kiedy Skye
ściszyła dźwięk.
- To Pełnia księżyca Waterboysów, zespołu z lat osiemdziesiątych -
poinformowała mnie Lorna. - To była ulubiona piosenka naszej mamy.
- A teraz to nasza piosenka. - Skye wyciągnęła rękę, objęła siostrę i ją
przytuliła.
Lorna zachichotała i żartobliwie ją odepchnęła.
Jej starsza siostra zwróciła się do mnie.
- Lemoniady?
Kiwnęłam głową. Po tańcu zaschło mi w gardle.
Salon i kuchnia były ze sobą połączone. Skye przeszła do kuchni, a Lorna
ruchem ręki zaprosiła mnie na kanapę, jedyny niczym niezastawiony mebel
w pokoju.
Teraz już całkiem się rozluźniłam. Zaskoczyło mnie, jak szybko poczułam
się swobodnie w towarzystwie tych dziewczyn. Lorna energicznie klapnęła
na kanapę obok mnie. Obie miałyśmy na sobie szorty i T-shirty. Moje nogi
ledwo dotykały parkietu, a ona swobodnie oparła stopy na podłodze. Była
bledsza niż ja czy Skye, ale wiedziałam, że dzięki zimie w Kalifornii to
się szybko zmieni.
- Kiedy się wprowadziłaś? - zapytałam.
- Wczoraj wieczorem. Jesteś pierwszą osobą, którą tu poznałyśmy.
Skye przyniosła nam po szklance lemoniady. Przesunęła różne przedmioty
leżące na ławie, usiadła na niej przodem do nas i zaczęła sączyć zimny
napój.
- Jane, mieszkasz tu? - spytała.
Teraz, kiedy siedziała spokojnie, znowu uderzyła mnie jej wyjątkowa
uroda. Poczułam wielką ochotę, żeby ją narysować. Tak samo jak Lorna
miała oczy barwy oceanu i jasnobrązowe włosy, które opadały miękkimi
falami do połowy pleców i były przetykane złotymi pasemkami. Lorna miała
dość wydatny nos, a nosek Skye był delikatniejszy. Jak guziczek. Nie
można im było odmówić podobieństwa, ale rysy twarzy Skye były idealne,
Lorna zaś miała parę cech szczególnych i niedoskonałości, dzięki czemu
była jeszcze bardziej interesująca. Pomyślałam, że obie mają cudowne
twarze - świetnie by się je rysowało.
- Tak - odpowiedziałam na pytanie Skye. - Na tym samym piętrze.
- Z rodzicami?
- Zastępczymi.
Na jej twarzy pojawiło się współczucie.
- Mnie zostali już tylko Jamie i Skye - powiedziała Lorna.
Spojrzałam na nią ze zmarszczonymi brwiami.
- Kto to jest Jamie?
- Mój starszy brat. We wrześniu kończy piętnaście lat. Nasza mama zmarła
trzy miesiące temu, a tata nas porzucił, kiedy byłam jeszcze mała. -
Uśmiechnęła się z goryczą. - W ogóle mnie nie lubił.
Skrępowana, nie wiedziałam, co powiedzieć.
Skye najwyraźniej to wyczuła, bo wyciągnęła rękę i poklepała Lornę po
kolanie.
- Kochanie, wiesz, że to nieprawda. - Rzuciła mi szybkie spojrzenie. -
Przepraszam, Jane. Ostatnio jest nam dosyć ciężko.
- Nie, nieprawda. - Lorna odepchnęła rękę siostry. - Nigdy nie było
lepiej.
Szeroko otworzyłam oczy. Jej mama niedawno zmarła, a ona nigdy nie czuła
się lepiej?
- Co Jane sobie pomyśli? - oburzyła się Skye.
- Prawdę. - Lorna spojrzała na mnie, a w jej wzroku zobaczyłam upór i zdecydowanie, które, jak zaczęłam przypuszczać, stale gościły na jej
twarzy. - Jane zostanie moją nową najlepszą przyjaciółką, a przyjaciółki
zawsze wszystko sobie mówią.
Skye zaśmiała się cicho, a ja poczułam, że serce na chwilę mi stanęło.
Od drugiej klasy nie miałam przyjaciółki.
- Skye parę lat temu przeprowadziła się do Los Angeles, żeby zostać
aktorką, i właśnie dostała rolę w tym genialnym serialu Czarodziejka.
Znowu wytrzeszczyłam oczy. W Los Angeles wiele osób chciało być
aktorami, ale jeszcze nigdy nie poznałam kogoś, kto by występował w tak
popularnym serialu.
- To mój ulubiony serial.
Skye uśmiechnęła się promiennie. Jej uśmiech, tak samo jak u siostry,
był zaraźliwy. Morskie oczy Lorny były zimne i jak na trzynastolatkę
nieco zbyt poważne, natomiast Skye patrzyła ciepłym wzrokiem, a jej oczy
skrzyły się niczym fale w promieniach słońca.
- Super, że jesteś fanką! Będę grała nową postać pierwszoplanową.
Zauważyłam, że ma nieco słabszy akcent niż jej siostra.
- To cudownie. - Byłam pod ogromnym wrażeniem.
- Ty też chcesz zostać aktorką? - Lorna opacznie zrozumiała mój podziw.
Gwałtownie pokręciłam głową.
"Nigdy w życiu. Kamery skierowane na moją twarz, kiedy udaję kogoś
innego. Ludzie obserwujący mój każdy ruch. Moje zdjęcia w tabloidach.
Już bym wolała zjeść obrzydliwego ślimaka bez skorupy".
- A może... malarką?
Zarumieniłam się i wzruszyłam ramionami. Co oznaczało "tak".
- A ty chciałabyś grać w filmach? - spytałam Lornę.
- Nie. Zarobki są zbyt niepewne. - Wyprostowała plecy. - Zamierzam
skończyć studia i zostać procesualistką. To ktoś w rodzaju prawnika.
Zarabiają mnóstwo kasy.
- Na pewno jej się uda. - Skye czule uśmiechnęła się do siostry, a potem
przeniosła wzrok na mnie. - Nigdy nie poznasz nikogo tak ambitnego jak
twoja nowa najlepsza przyjaciółka.
- No cóż, w rodzinie, w której są aktorka i humorzasty pisarz, przyda
się ktoś ambitny.
Siostra Lorny lekko się skrzywiła.
- Nie nabijaj się z Jamiego. Wiesz, że to go denerwuje.
Ich brat jest pisarzem. Ale czad.
- Kocham książki - powiedziałam.
- Teraz uważaj, Jane. - Skye wskazała na mnie, wstając. - Jeżeli Jamie
się dowie, że rozpowiadasz wszystkim o jego pisaniu, wybuchnie tu
trzecia wojna światowa, a ja nie mam na to czasu.
- Jane umie dochować tajemnicy. Prawda, Jane? - Lorna spojrzała na mnie.
Gorliwie kiwnęłam głową.
- A nie mówiłam? - zawołała.
Skye uśmiechnęła się do mnie miło.
- Jane, kocham swoją siostrę, ale nie pozwól, żeby kazała ci przytakiwać
każdemu jej słowu - powiedziała. - I nie rób dla niej rzeczy, których
wolałabyś nie robić.
- Wcale bym jej tego nie kazała - oburzyła się Lorna.
Jej siostra przewróciła oczami.
- Muszę lecieć do pracy. Na blacie w kuchni zostawiłam pieniądze na
pizzę. Niech Jane zje razem z wami. Poproszę Jamiego, żeby kupił dwie,
inaczej nie wystarczy dla wszystkich. Ten chłopak mógłby zjeść konia z kopytami.
Skye wyszła do przedpokoju. Usłyszałam, że z kimś rozmawia.
Na pewno z Jamiem. Pomimo nieśmiałości bardzo chciałam go poznać.
Wiedziałam, że jeżeli choć trochę przypomina siostry, pewnie natychmiast
się w nim zakocham.
Kiedy Jane poszła do pracy, Lorna odwróciła się do mnie i przyciągnęła
kolana do klatki piersiowej.
- Skye mieszka w Los Angeles od paru lat, ale dopiero teraz, kiedy
dostała nową pracę, mogła się tu przeprowadzić z nory, którą wynajmowała
z kolegą. Powiedziała, że w okolicy jest dużo sklepów. To prawda?
Przytaknęłam i opowiedziałam jej o Brand Boulevard, ulicy pełnej sklepów
i restauracji. Było tam też kino i planowano zbudować centrum handlowe.
Dodałam, że tylko w Glendale można zjeść prawdziwe ormiańskie potrawy.
Dość rzadko jadaliśmy poza domem, ale jedzenie na telefon zamawialiśmy
na tyle często, że mogłam jej polecić dobre restauracje. Zaproponowałam
też, że zaprowadzę ją do swojej ulubionej.
Lorna wysłuchała mnie uważnie, a kiedy skończyłam, przechyliła głowę i bacznie mi się przyjrzała.
- Wyglądasz na więcej niż trzynaście lat. Wiem, dlaczego ja jestem
niesamowicie dojrzała jak na swój wiek. - Dramatycznym gestem wskazała
na serce. - Ale co z tobą?
Ta zmiana tematu nieco wytrąciła mnie z równowagi. Zastanowiłam się
jednak nad odpowiedzią i przypomniało mi się, że kiedyś podsłuchałam,
jak Willa i Nick rozmawiali o mnie. Było to wkrótce po tym, jak z nimi
zamieszkałam.
- Zachowuje się jak dorosła - szepnęła Willa do Nicka.
Siedzieli w kuchni. Ja byłam w przedpokoju. Wstałam z łóżka, żeby pójść
po szklankę wody.
- To prawda. Dzieci wychowywane w rodzinach zastępczych szybko
dojrzewają.
- Tracą całe dzieciństwo. Dlatego wolę wychowywać młodsze dzieci. Jeżeli
nam się poszczęści, może zostaną u nas na tyle długo, żebyśmy zdołali im
zapewnić prawdziwe dzieciństwo.
- Żałujesz, że wzięliśmy Jane?
- Nie, cieszę się. Wiele przeszła. Przynajmniej wiemy, że u nas jest
bezpieczna.
Ta rozmowa mnie nie uspokoiła. A jeżeli któregoś dnia Willa stwierdzi,
że mając dwójkę malutkich dzieci, nie radzi sobie z nastolatką?
Przyszło mi do głowy, że to pewnie również przez te troski zachowuję
się, jakbym miała dwadzieścia lat więcej, niż mam.
- Jestem w rodzinie zastępczej - odparłam. - Ja też sporo przeżyłam.
Lorna przez chwilę zastanawiała się nad moimi słowami, po czym pokiwała
głową.
- Kiedy tylko się poznałyśmy, poczułam, że jesteśmy bratnimi duszami.
Wiesz, co to znaczy?
Przytaknęłam. Dużo czytałam.
Uśmiechnęła się.
- Chcesz zobaczyć mój pokój?
Ruszyłam za nią przez przedpokój, ale zwolniłam i na chwilkę zatrzymałam
się przy pierwszych otwartych drzwiach. To był najmniejszy pokój, w którym na wąskim łóżku przy ścianie pod oknem leżał chłopak. Jak na
nastolatka całkiem porządnie rozpakował swoje rzeczy. Nad wezgłowiem
łóżka wisiał plakat przedstawiający okładkę płyty Eminema The Marshall
Mathers LP. Na przeciwległej ścianie zobaczyłam jakiś przerażający
plakat z rozmazanymi twarzami i czaszką mającą kły. Na górze widniał
napis "Richard Matheson", a wyżej "Jestem legendą".
Chodziło o książkę?
Przeniosłam wzrok z powrotem na chłopaka i poczułam, że na całym ciele
pojawia mi się gęsia skórka.
Potargane jasnobrązowe włosy opadały mu na czoło, w uszach miał
słuchawki, z których dochodziła stłumiona muzyka. Miał zdecydowany
profil, lekko wystające kości policzkowe i wyraźnie zarysowaną szczękę.
Jedną rękę oparł na nodze zgiętej w kolanie. Trzymał podniszczoną
książkę w miękkiej okładce. Miał mocno zaciśnięte wargi, jakby był
bardzo skupiony.
Poczułam motyle w brzuchu.
Zatrzepotały skrzydełkami jeszcze szybciej, kiedy chłopak powoli
odwrócił głowę i spojrzał na mnie.
Spod chmurnego czoła gniewnie wpatrywały się we mnie oczy barwy oceanu.
Przez chwilę gapiliśmy się na siebie bez słowa. Dla mnie ta chwila
trwała całą wieczność. Czułam, że oblewam się rumieńcem.
Chłopak nagle odrzucił książkę i spuścił nogi z łóżka.
Na jego czarnym T-shircie widniał napis The Black Keys. Serce zabiło
mi nierówno. Lubiliśmy ten sam zespół. Do koszulki włożył dżinsy, które
kiedyś musiały być z ciemnego denimu, ale zdążyły już całkiem wyblaknąć.
Wyjął słuchawki z uszu.
- Kim jesteś? - warknął i zaraz potem strzelił oczami na lewo ode mnie.
Obok stanęła Lorna.
- Co ty robisz? - spytał ją.
Wzruszyła ramionami.
- Pokazuję Jane mieszkanie. To moja nowa przyjaciółka. Jane, to mój
starszy brat Jamie.
Jamie przeniósł rozgniewane spojrzenie z powrotem na mnie.
- Niech Bóg ma cię w swojej opiece.
- Hej! - wykrzyknęła Lorna z oburzeniem.
- Nie życzę sobie, żeby twoje koleżaneczki zaglądały mi do pokoju.
Zrobiłam się czerwona jak burak. Poczułam się upokorzona.
- Przez te twoje humory Jane czuje się skrępowana - warknęła Lorna. -
Jamie, wbrew temu, co wyczytałeś w tych swoich książkach, zachowywanie
się jak ponury skurwiel wcale nie jest fajne. To bardzo w stylu lat
dziewięćdziesiątych, a jeżeli nie zauważyłeś, to ci przypomnę, że jest
dużo później.
- Ojej, najmocniej przepraszam, że zawstydziłem twoją wścibską
psiapsiółkę - prychnął i podszedł do drzwi. - I przestań przeklinać,
mała. Nie zachowujesz się jak twardziel, tylko tak, jakbyś się za bardzo
napinała. - Zatrzasnął nam drzwi przed nosem.
"Ojej, najmocniej przepraszam, że zawstydziłem twoją wścibską
psiapsiółkę".
Policzki zapiekły mnie jeszcze bardziej.
- Nie przejmuj się nim. - Lorna złapała mnie za rękę i pociągnęła do
swojego pokoju. - Tak naprawdę to on bardzo mnie kocha.
Pokój Lorny był tej samej wielkości co pokój Tarina i Flo u moich
rodziców zastępczych. Próbowałam przestać myśleć o Jamiem i skupić się
na wnętrzu. Pomieszczenie okazało się większe od pokoju Jamiego, co
wydało mi się dziwne, zważywszy na to, że Jamie był starszy.
Stało tam kilka pudeł, ale Lorna wyraźnie nie miała wielu rzeczy
osobistych. Zupełnie jakby czytała w moich myślach, wzięła się pod boki
i oznajmiła:
- Skye obiecała, że przed początkiem roku szkolnego weźmie mnie na
zakupy. Potrzebuję nowych rzeczy. I to wielu. Teraz ją na to stać. -
Zrobiła chytrą minkę. - Kupię sobie parę ładnych plakatów, nie takich
jak u Jamiego. Widziałaś tę czachę?
Kiwnęłam głową.
- Straszna, nie? To okładka jego ulubionej książki.
W myślach dodałam Jestem legendą do swojej listy książek do
przeczytania.
W pokoju Jamiego pod ścianą stało kilka stosików książek, które
najwyraźniej czekały na regał. Widocznie brat Lorny był molem książkowym
tak samo jak ja. Motyle w moim brzuchu nie chciały odlecieć. Jakie to
wszystko dziwne!
- Na pewno gdzieś ukrywa tę swoją pisaninę. - Lorna uśmiechnęła się
przebiegle, jakby planowała zakraść się do jego pokoju i znaleźć
kryjówkę. - Pisze ręcznie, bo nie stać nas na laptop. A raczej nie było
nas stać. Teraz Skye na pewno mu kupi. Widziałaś jego książki? Przed
przeprowadzką nie trzymał ich na widoku.
- Dlaczego?
Wzruszyła ramionami i odwróciła się do mnie.
- Gdyby jego kumple dowiedzieli się, że lubi czytać, a na dodatek pisze
własne książki, skopaliby mu dupę.
- Fajni kumple.
Lorna parsknęła.
- Prawda? Nie rozumiem, dlaczego tak się wścieka, że się
przeprowadziliśmy. Przecież tutaj może być sobą. Mój pokój to nic
specjalnego. Na razie. - Znowu złapała mnie za rękę, zaprowadziła z powrotem do salonu i zaprosiła na kanapę.
Klapnęła obok z kolanami skierowanymi w moją stronę.
- Czyli będziemy się przyjaźnić, tak?
Kiwnęłam głową z poczuciem, że nie mam żadnego wyboru.
- W przyjaźni trzeba się stosować do pewnych zasad. Zasada numer jeden:
zawsze się wspieramy.
To mi odpowiadało.
- Zasada numer dwa: nie krytykujemy swoich upodobań. Na przykład: ty
uwielbiasz rysować i w ogóle interesujesz się sztuką, a ja lubię kupować
ciuchy. W każdym razie myślę, że będę lubiła, kiedy w końcu będzie mnie
na to stać.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Zasada numer trzy: nie zakochujemy się w tych samych chłopcach.
Przyjaźń jest ważniejsza od chłopaków. To znaczy, jeżeli ich lubisz.
Zważywszy na to, że w szóstej klasie zadurzyłam się w Zionie Reynoldsie,
a teraz serce wciąż nie chciało zwolnić po poznaniu Jamiego, mogłam być
pewna, że lubię chłopców. Znowu kiwnęłam więc głową.
- Super. Chociaż nie przeszkadzałoby mi to, gdybyś wolała dziewczyny.
Ta zasada szczególnie mi się spodobała. Lojalność była dla mnie bardzo
ważna. Co prawda nie miałam zbyt dużego doświadczenia w tej kwestii, ale
ucieszyłam się, że teraz będę mogła udowodnić, że jestem lojalnym
człowiekiem.
- Zasada numer cztery. - Spojrzała na mnie zmrużonymi oczami, jakby
próbowała zajrzeć w głąb mojej duszy. - Bardzo ważna. Z jej powodu
straciłam wiele przyjaciółek.
- Tak?
- Nie wolno ci zakochać się w Jamiem ani zaprzyjaźnić ze Skye. Jesteś
tylko moją przyjaciółką.
Zarumieniłam się. Czyżby zauważyła, że Jamie mi się spodobał? W każdym
razie on na pewno nigdy nie zwróciłby na mnie uwagi. Jeśli zaś chodzi o Skye... polubiłam ją, ale była ode mnie starsza. Nie sądziłam, że
chciałaby zaprzyjaźnić się z koleżanką młodszej siostry.
- Zgoda.
Lorna uśmiechnęła się szeroko i klasnęła w dłonie.
- No to czad!
Uśmiechnęłam się, znowu czując motyle w brzuchu, ale tym razem było to
nerwowe oczekiwanie. Może mój ostatni rok w gimnazjum jednak nie będzie
taki zły - teraz, kiedy znalazłam przyjaciółkę? I to nie jakąś tam
zwykłą uczennicę gimnazjum, tylko wygadaną dziewczynę z Bostonu, która
wydawała mi się wyjątkowo energiczna i zdecydowana.
Rozdział 2
2
---
Półtora roku później
Jamie
Szesnaście lat
Sygnał z mojego telefonu wdarł się w dźwięki kawałka zespołu
Silverchair, którego właśnie słuchałem. Pewnie to jeden z moich kumpli.
Kiedy wyjąłem komórkę, okazało się, że się myliłem.
SMS był od dziewczyny.
Cześć, Jamie, tu Julie. Trewitt. Co porabiasz wieczorem?
Planowałem umówić się na wieczór z jakąś laską, więc ten SMS ułatwił mi
sprawę. Julie chodziła do ostatniej klasy i wyraźnie mnie obserwowała.
Nie miałem pojęcia, skąd wzięła mój numer, ale nic mnie to nie
obchodziło. Wszyscy wiedzieli, że Julie jest łatwa i nie zależy jej na
poważnym związku. Chciała się tylko zabawić - jak mógłbym jej odmówić?
Moje palce zawisły nad klawiaturą. Już miałem napisać, gdzie moglibyśmy
się spotkać, kiedy coś miękkiego uderzyło mnie w tył głowy. Poduszka.
Odwróciłem się gwałtownie, gotowy wrzasnąć na Lornę, ale w drzwiach
pokoju zobaczyłem Skye.
Pokazała, żebym wyjął słuchawki z uszu. Zrobiłem to i Ana's Song
przemieniła się w ciche brzęczenie.
- Co tam? - Nie miałem cierpliwości do irytującej młodszej siostry, ale
dla starszej zawsze znalazłbym czas.
Początkowo byłem wściekły, że wyprowadziliśmy się z Bostonu. Wszystko
mnie wkurzało. Moja mama przez całe życie była zgorzkniałą egoistką, a tata odszedł, bo nie mógł już tego wytrzymać. Zmarła, zanim zdążyłem się
z nią pogodzić, a potem musiałem zostawić wszystko i wyjechać do
Kalifornii. A w Los Angeles było zupełnie inaczej niż w Bostonie.
Ostatnie półtora roku tutaj okazało się jednak nie takie złe. Wstąpiłem
do drużyny lekkoatletycznej, za co kumple z Bostonu chyba zabiliby mnie
śmiechem. Moi nowi koledzy byli fajni. Może nie na tyle, żebym im
powiedział o swoim pisaniu, ale było z nimi bezpieczniej niż z tymi, z którymi się wychowałem i którzy już zdążyli wpakować się w niezłe bagno.
W Bostonie miałem kilku dobrych kolegów, ale reszta była do niczego. A wszyscy byli na najlepszej drodze do więzienia.
Cieszyłem się, że się stamtąd wyrwałem.
Skye zrobiła to dla mnie i dla Lorny. Zapewniła nam bezpieczniejszy dom.
Jeszcze parę lat wcześniej byłem na nią wściekły za to, że nas
zostawiła, ale po śmierci mamy stanęła na wysokości zadania.
Teraz tak dobrze zarabiała jako aktorka, że przeprowadziliśmy się z mieszkania do pobliskiego domu z trzema sypialniami w Glendale.
Do domu.
Żadne z nas jeszcze nigdy nie mieszkało we własnym domu.
Do tego był tu basen, a z tarasu na tyłach rozciągał się widok na góry
Verdugo.
- Mam nadzieję, że niczego sobie nie zaplanowałeś na wieczór. - Skye
spojrzała na mnie przepraszająco.
Moje szanse na spełnienie między cudownymi udami Julie Trewitt malały z sekundy na sekundę.
- O co chodzi?
- Mam spotkanie
Zmarszczyłem brwi.
- Jest sobota wieczór - jęknąłem.
- Wiem, ale nie mogę go odwołać. To spotkanie z ważnym facetem, który
może mi pomóc w karierze, i to bardzo. - Zrobiła krok w głąb pokoju. -
Co oznacza, że byłoby mnie stać na zapewnienie wam takiej przyszłości, o jakiej marzycie.
Dlaczego Skye nie mogła chociaż trochę przypominać mamy i Lorny, które
były skończonymi egoistkami? Jej naprawdę zależało, żeby jak najlepiej
ułożyło nam się w życiu.
Próbowałem obstawać przy swoim:
- Lorna może zostać sama, przecież ma już czternaście lat.
Skye rzuciła mi spojrzenie, które wywołało we mnie poczucie winy.
- Nigdy byśmy sobie nie wybaczyli, gdyby pod naszą nieobecność coś jej
się stało.
- Ja pierdolę. - Opadłem na łóżko. - Miałem plany.
- Przepraszam. Wiem, że nie uśmiecha ci się niańczenie młodszej siostry
i jej przyjaciółki, ale to tylko jeden wieczór.
Czyli będę miał na głowie również Jane. Cholera, jakby jedna gówniara
nie wystarczyła.
- Skye, kiedy nie ma cię w domu, Lorna zachowuje się okropnie.
- Zachowuje się tak samo, kiedy jestem. Ale to nasza siostra i ją
kochamy.
- To cała mama. - Spojrzałem na Skye z troską. - Jest identyczna.
Westchnęła ciężko. Wiedziała, że mam rację. Moja młodsza siostra była
skupioną na sobie egoistką, której zależało tylko na pieniądzach, bo do
zeszłego roku w ogóle ich nie miała. Była też wyjątkowo męcząca.
Uważała, że nie kochamy jej wystarczająco mocno, za słabo o nią dbamy i poświęcamy jej za mało uwagi.
Po prostu cała mama.
- Nie jestem pewna, czy to prawda. Lorna ma czternaście lat, a to trudny
wiek. - Wzruszyła ramionami. - Jeszcze rok temu ty sam nie byłeś
aniołkiem.
Chrząknąłem.
- Ale mama z nikim się nie przyjaźniła - dodała Skye. - Jane ma dobry
wpływ na Lornę.
Prychnąłem. Jane była zwykłym popychadłem. Tak rozpaczliwie chciała,
żeby komuś na niej zależało, że pozwalała Lornie sobą dyrygować. Myśląc
o tym, miałem lekkie wyrzuty sumienia. Wiedziałem, że ta mała wiele
przeżyła. W naszej rodzinie też nie było różowo, ale żadnego z nas nie
podrzucono jako niemowlęcia pod posterunek policji.
Nigdy wcześniej nie znałem prawdziwej Jane Doe.1
Skye uśmiechnęła się i zerknęła w głąb przedpokoju.
- Uwielbiam tę małą - powiedziała. - Bardzo się cieszę, że Lorna
przyjaźni się z taką fajną dziewczyną.
Już o tym wiedziałem. Skye nie ukrywała swojej sympatii do tej sierotki.
Westchnąłem. Jeżeli ktoś w ogóle miał szansę nieco utemperować Lornę, to
tylko Jane.
Mogłem zapomnieć o randce.
- Mam siedzieć z nimi w tym samym pokoju?
Skye zaśmiała się cicho.
- Bez przesady. Ale wolałabym, żebyś przeniósł się do salonu, zamiast
się tu ukrywać. Inaczej mogą się wymknąć z domu.
- Niby dokąd?
- Nie znasz Lorny? Przecież ona jest zupełnie nieprzewidywalna.
Racja.
- Dobra. - Wstałem z łóżka i zrzuciłem buty.
Z nocnego stolika złapałem Bastion Stephena Kinga i poszedłem za Skye.
Z pokoju na końcu korytarza dobiegał śmiech i dźwięki On Call Kings of
Leon. Uśmiechnąłem się lekko. Musiałem przyznać, że Jane miała zbawienny
wpływ na gust muzyczny mojej siostry.
Schodząc na dół, odpisałem Julie, że muszę zostać w domu z siostrą, ale
możemy spiknąć się następnego wieczoru. Mijając ławę, zauważyłem otwarty
szkicownik i przystanąłem, żeby popatrzeć. Lekko go przesunąłem,
trzymając za róg, żeby nie rozmazać rysunku. Na szkicu widniała Skye.
Patrzyła przed siebie z zamyśloną miną i nawijała kosmyk włosów na
palec.
Autorką rysunku była Jane.
Poczułem, że Skye oparła brodę na moim ramieniu.
- Bardzo mi się podoba, jak ta mała mnie postrzega.
Uśmiechnąłem się.
- Ma taki talent, że szok. - Odsunęła się. - Ten szkic to zaledwie
czubek góry lodowej. - Stanęła obok mnie i podstawiła mi telefon pod
nos. - To jej praca na zaliczenie z wychowania plastycznego.
Spojrzałem na zdjęcia i aż zamrugałem oczami. Rysunek przedstawiał
trójwymiarowe drewniane skrzynie o różnej wielkości. Tworzyły coś w rodzaju panoramy miasta. Na wszystkich znajdowały się portrety znanych
osób. Każda miała inną minę, co tworzyło cały wachlarz emocji.
- To komicy, pisarze i aktorzy, którzy występują w poważniejszych
filmach. Ich twarze mają inny wyraz niż na ekranie. Komicy są smutni i zamyśleni. Pisarze śmieją się albo są zakochani. Ma to być przyczynek do
dyskusji nad tym, że twarze giną w miejskim tłumie, a żeby poznać kogoś
tak naprawdę, powinniśmy się zatrzymać i na niego spojrzeć.
Uniosłem brwi, a Skye uśmiechnęła się szeroko.
- Ona ma czternaście lat - przypomniała mi.
Czasami nie mogłem zrozumieć, dlaczego Lorna i Jane się zaprzyjaźniły.
Jane była dojrzała jak na swój wiek i refleksyjna. Co prawda Lornie nie
można było odmówić ambicji i inteligencji, ale była przy tym również
nieco płytka.
Telefon zabrzęczał, odciągając moją uwagę od rysunku Jane. Klapnąłem na
wielką kanapę w salonie połączonym z kuchnią i otworzyłem SMS.
Jakie to słodkie. :*
Westchnąłem. Ani słowa o jutrzejszej randce?
Jutro nie mogę. Kolacja ze znajomymi rodziców, ble. Spotkamy się w pon.
w szkole godz. przed lekcjami? Nie pożałujesz. ;) :*
Ten podtekst sprawił, że moje krocze zalała fala gorąca.
Spoko.
Rzuciłem telefon na kanapę. Już nie byłem tak wkurzony tym, że tego
wieczoru muszę zostać w domu. Wyglądało na to, że warto poczekać do
poniedziałku.
Ale może Bethany miałaby jutro czas? Wziąłem telefon, żeby do niej
napisać.
- Piszesz do wszystkich swoich ukochanych? - zażartowała Skye,
zakładając cienki sweter.
Wzruszyłem ramionami.
- Jamie, tylko nie złam żadnej serca. Nie bądź taki.
Skrzywiłem się, poirytowany tą insynuacją.
- Wiedzą, na czym stoją. Żadnej niczego nie obiecywałem.
Wzięła z ławy torebkę i klucze i jeszcze raz popatrzyła na mnie z siostrzaną troską.
- Wiem, że masz dopiero szesnaście lat i nie traktujesz dziewczyn
poważnie, ale... mogę spytać, dlaczego nie chcesz spotykać się tylko z jedną?
Nie miałem ochoty na tę rozmowę. Siostry potrafią być strasznie męczące.
- Skye... - jęknąłem.
- Tylko pytam.
- To dziewczyny rozmawiają o takich rzeczach. Faceci nie lubią takiej
gadki. - Machnąłem ręką, zdenerwowany.
Skye się roześmiała.
- Niektórzy faceci też o tym rozmawiają. Nie będziesz mniej męski,
jeżeli zaczniesz mówić o uczuciach. A może kiedy nocami piszesz na
laptopie, po prostu wstawiasz przypadkowe słowa?
Poczułem się nieco skrępowany tą uwagą.
No dobra. Wkładałem w swoje teksty mnóstwo uczucia. Ale to co innego. Z nadzieją, że Skye się odczepi, jeżeli odpowiem, wyrzuciłem z siebie:
- To nie tak, że nie chcę się spotykać tylko z jedną dziewczyną.
- Naprawdę?
- O Jezu. - Westchnąłem. - Naprawdę ci to nie wystarczy?
- Nie.
- Mam szesnaście lat. - Znowu machnąłem ręką, przy okazji wyjmując z książki palec, który wskazywał, gdzie skończyłem czytać. - Po prostu
jeszcze takiej nie spotkałem. Koniec historii.
- Kogo jeszcze nie spotkałeś?
Czy siostrobójstwo to przestępstwo?
- Dziewczyny, dla której przestałbym się uganiać za innymi. Czy możemy
już skończyć tę rozmowę?
Skye wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie.
- Wiedziałam, że każdy pisarz to romantyk. Ale pamiętaj, że nie musisz
zbyt szybko układać sobie życia. Baw się, dopóki możesz, ale rób to
odpowiedzialnie. Zabezpieczaj się i nie zachowuj jak dupek. -
Wypowiedziawszy tę irytującą uwagę, pomaszerowała do drzwi. - Zamów coś
do jedzenia. Pamiętaj, żeby najpierw spytać dziewczyn, na co mają
ochotę.
- Dobra, dobra.
- I dziękuję.
- Wisisz mi przysługę.
- Wiem.
Podniosłem głowę znad książki.
- Powodzenia na spotkaniu.
Skye uśmiechnęła się szeroko, pomachała mi i wyszła.
Niełatwo było mieć starszą siostrę, z którą każdy mój kumpel chciałby
się przespać, która ciągle wtrącała się w moje sprawy i nie wiedziała,
kiedy odpuścić.
Ale w głębi serca byłem pewien, że nie zamieniłbym jej na żadną inną.
Prychając i kręcąc głową, otworzyłem książkę i pogrążyłem się w lekturze, by zapomnieć o tym, że tego wieczoru nici z seksu.
Wkrótce potem zaburczało mi w brzuchu. Kusiło mnie, żeby zamówić pizzę,
nie pytając Lorny i Jane, na co mają ochotę, ale wtedy moja siostra
marudziłaby przez cały wieczór. Wolałem więc pójść na górę i to z nimi
uzgodnić, niż potem wysłuchiwać jej jęków.
Muzykę usłyszałem dopiero, kiedy zbliżyłem się do pokoju Lorny. Ściszyły
ją, żeby móc porozmawiać. Strasznie dużo gadały, a ja również dlatego
nie chciałem mieć jednej dziewczyny. Nie wiedziałem, czy wytrzymałbym
takie nawijanie non stop.
- To zasada numer dwa. - Zza drzwi dobiegł mnie głos Lorny.
Zatrzymałem się, słysząc ten nieznoszący sprzeciwu ton. Nie chciałem z nią rozmawiać, kiedy była w takim nastroju. Kochałem ją, ale przeważnie
jej nie lubiłem. Nie obchodziło mnie, jak to o mnie świadczy. Skye wiele
razy powtarzała, że Lorna z tego wyrośnie i jeszcze będzie z niej fajna
dziewczyna, z którą się zaprzyjaźnię. Taaa, jaaasne.
- To nie jest zasada numer dwa - powiedziała Jane cicho, ale stanowczo,
co mnie zaskoczyło.
- A właśnie, że jest - upierała się Lorna. - Mamy być wobec siebie
lojalne i wspierać się w tym, co lubimy robić.
- Ale żądasz też, żebym wspierała cię w tym, co mi się nie podoba. Nie
lubię Grety. Rozstawia wszystkich po kątach, a ja nie mam czasu dla
takich osób. - Jane nie podniosła głosu, ale nadal mówiła z przekonaniem.
Już miałem zapukać i im przerwać, kiedy Lorna warknęła:
- To tylko impreza. Mam dość tego, że nikt mnie nie zaprasza, bo ty
zachowujesz się jak dziecko!
Skrzywiłem się. Jezu, co za upierdliwy bachor.
- Nie jestem dzieckiem. - Głos Jane lekko zadrżał. - Po prostu nie chcę
się przyjaźnić z ludźmi, którzy obgadują innych za plecami i nie
zrozumieliby słowa "lojalność", nawet gdyby Gucci wydrukował je na
jednej ze swoich torebek. Popularność nie jest mi potrzebna do
szczęścia. Nie zamierzam brać udziału w owczym pędzie.
Ze zdziwieniem podniosłem brwi. Kim jest ta mała?
- Nazywasz mnie owcą?
- Uderz w stół...
Miałem ochotę przybić piątkę tej całej Jane Doe.
- Przynajmniej nie jestem sierotą i ofiarą losu! Jane, oprócz mnie nikt
cię nie chce. Pomyśl o tym, zanim powiesz coś, czego będziesz żałowała.
Zalała mnie fala wściekłości. Lorna McKenna, mistrzyni manipulacji. A miała dopiero czternaście lat.
Zbyt późno usłyszałem trzeszczenie parkietu. Drzwi się otworzyły i z pokoju wypadła Jane, nieomal się ze mną zderzając. Wyciągnąłem ręce,
żeby ją podtrzymać. Moja złość na siostrę jeszcze się nasiliła. Po
zarumienionych policzkach Jane płynęły łzy.
No super.
Zapłakana nastolatka. Nie cierpiałem takich sytuacji.
Jane otarła łzy, wyrwała mi się i odeszła szybkim krokiem.
Uświadomiłem sobie, że do jej domu idzie się stąd z pół godziny. Skye
mnie zamorduje, jeżeli puszczę tę małą samą.
A ja miałem ochotę zamordować Lornę.
Westchnąłem z irytacją i zajrzałem do jej pokoju. Siedziała na łóżku,
gapiąc się w ścianę, policzki miała czerwone z wściekłości.
Kiedy Skye nie oddała jej największej sypialni, Lorna dostała takiego
ataku histerii, że ta przeznaczyła dla niej większą z dwóch pozostałych.
Największa należała do Skye. Logiczne. W końcu to ona płaci czynsz. Ale
Lornie nie dało się tego przetłumaczyć. Nie miałem pojęcia, jak to
możliwe, że wychowała się w tych samych warunkach co my, a jednak była
tak rozpuszczona. Ustąpiłem i zająłem najmniejszy pokój, chociaż Skye
uważała, że jako starszemu należy mi się większa sypialnia.
- Odprowadzę Jane do domu.
Przeniosła wzrok na mnie.
- Co?
Dosłownie gotowałem się ze złości.
- Odprowadzę Jane. Jeżeli w tym czasie wyjdziesz z domu, będziesz miała
przechlapane, dopóki nie wyjadę na studia. - Sięgnąłem ręką do klamki i zatrzasnąłem drzwi.
Biegnąc schodami za Jane, pomyślałem, że powinienem wziąć kluczyki do
samochodu i ją odwieźć, ale potrzebowałem czasu na ochłonięcie przed
powrotem do domu.
Kiedy wypadłem na ulicę, zobaczyłem ją idącą chodnikiem.
- Jane, zaczekaj! - zawołałem.
Odwróciła się, zaskoczona. Długie brązowe włosy omiotły jej ramiona.
Przystanęła.
Kiedy do niej podszedłem, zobaczyłem, że w jej orzechowo-zielonych
oczach odbijają się ostatnie promienie słońca i ni z tego, ni z owego -
jakby trafił mnie grom z jasnego nieba - uświadomiłem sobie, że
przyjaciółka Lorny jest piękna.
Kompletnie zaskoczony tą myślą, stanąłem jak wryty.
Jeszcze rok wcześniej Jane Doe była niezdarnym stworzonkiem. Wielkie
oczy, duże uszy, wydatne usta. Wyglądała jak postać z kreskówki.
Ale teraz dostrzegłem, że rysy jej twarzy wyostrzyły się i stały
dojrzalsze.
Wyrastała na piękną dziewczynę.
Pomyślałem, że niedługo będzie z niej zajebista laska.
Hm.
Potrząsnąłem głową, żeby przegnać te myśli.
- Odprowadzę cię do domu. - Ująłem Jane pod łokieć i ruszyliśmy.
Na szczęście nie protestowała - nie miałem ochoty przez pół godziny jej
do tego przekonywać.
Zwolniłem, kiedy zobaczyłem, że z trudem dotrzymuje mi kroku.
Od chłodnego wiatru na moich rękach pojawiła się gęsia skórka. Szkoda,
że nie wziąłem bluzy. W połowie października w Los Angeles wciąż jeszcze
było ciepło, ale wieczorami temperatura spadała. Nie było zimno, ale na
tyle chłodno, że dżinsy okazywały się lepsze od szortów, a bluzy od
T-shirtów. Jane miała na sobie letnią sukienkę, ale nie trzęsła się z zimna, skoro więc czternastolatce z Kalifornii nie przeszkadzał wiatr,
to tym bardziej nie powinien odstraszyć chłopaka, który wychował się na
Wschodnim Wybrzeżu.
Zerknąłem na nią z góry i na widok jej przygnębionej miny raz jeszcze
zbluzgałem w myślach swoją młodszą siostrę. Westchnąłem.
- Nie słuchaj Lorny. Ona po prostu zawsze musi postawić na swoim.
Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że Jane ma w sobie dość siły, żeby się
jej przeciwstawić.
- Wiem. - Spojrzała na mnie tymi swoimi ślicznymi oczami. - Ale ostatnio
jest dla mnie bardzo niemiła, a ja mam już tego dosyć.
Byłem facetem, a faceci lubią myśleć, że nie przejmują się takimi
głupstwami, ale wiele razy zetknąłem się z zazdrością kumpli, nawet
tych, z którymi wychowałem się w Bostonie, więc wiedziałem, jak łatwo
zniszczyć przyjaźń. Może Lorna była zła, że jej nieśmiała, nieporadna
przyjaciółka wyrasta na ładną, utalentowaną dziewczynę, za którą
niedługo zaczną się oglądać chłopcy? O ile już teraz tego nie robią.
- Nic dziwnego. Nie dawaj jej sobą dyrygować. - Głupio to zabrzmiało,
ale nie wiedziałem, co innego powiedzieć.
W ciągu ostatniego roku zamieniłem z Jane może ze dwadzieścia słów.
- Wszyscy traktują mnie jak popychadło. Nawet Lorna. - Spojrzała na
mnie, po czym odwróciła wzrok, kiedy tylko nasze spojrzenia się
spotkały. - A ja wcale nim nie jestem.
Jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że w mojej obecności ta mała czuje
się skrępowana. Kiedy znajdowaliśmy się w tym samym pomieszczeniu,
rzadko patrzyła prosto na mnie.
Niewiele mogłem na to poradzić.
Szliśmy chodnikiem wzdłuż cichej ulicy, mijając domy w stylu
hiszpańskiego kolonializmu z palmami w niemal każdym ogrodzie. Było tu
zupełnie inaczej niż w Dorchester.
- Piszesz coś nowego? - spytała nagle.
Prawie się potknąłem.
Zmrużyłem oczy.
Lorna, zamorduję cię.
- Yyy... to nie... znaczy, nie wiedziałam... - Jane zacisnęła powieki, a ja na
widok jej uroczo zawstydzonej minki nieco się opanowałem.
Wciąż jeszcze wzburzony, ale nie na nią, machnąłem ręką.
- Wporzo.
- Nikomu nie powiem.
Wzruszyłem ramionami, jakbym się tym nie przejmował, chociaż
przejmowałem się jak cholera.
Szliśmy dalej w milczeniu.
Aż do chwili, kiedy powiedziała:
- Przeczytałam tę książkę. Jestem legendą Richarda Mathesona.
Tym razem nasze spojrzenia się spotkały, a ona nie odwróciła wzroku.
Uśmiechnąłem się lekko, kiedy uświadomiłem sobie, że zobaczyła okładkę
na plakacie w moim pokoju. Czyżby się mną interesowała?
- Tak? I co?
- Dobra. Ciekawa. I smutna. - Westchnęła, a w tym dźwięku dało się
słyszeć drżenie zdradzające niepewność. Prawie jej współczułem, ale z drugiej strony spodobało mi się, że tak na nią działam. - Potem
przeczytałam Stir of Echoes. Też mi się podobała.
- Nie wiedziałem, że czytasz takie książki.
- Czytam wszystko, co dobre.
Uśmiechnąłem się.
- Jasna sprawa - przytaknąłem.
Kiedy znowu zamilkliśmy na dłużej, przyszło mi do głowy, że może Jane
zużyła cały zapas odwagi na ten wieczór. W innej sytuacji nie
próbowałbym podtrzymać rozmowy, ale w jej spokoju, cichej obecności było
coś, co mi się podobało. Co mnie zaciekawiło.
- Dlaczego nie poprosiłaś rodziców, żeby po ciebie przyjechali? Nie
powinnaś sama chodzić po nocy.
Przygryzła dolną wargę.
- Przepraszam za fatygę.
- Dla mnie to żadna fatyga. Ale nie odpowiedziałaś na pytanie.
- Nie chciałam zawracać im głowy.
Zawracać głowy? Przecież jest ich przybranym dzieckiem. Powinna zawracać
im głowę.
- Dostają pieniądze za to, że się tobą opiekują, prawda? - Od razu
zrozumiałem, że nie powinienem o to pytać. Mina jej zrzedła, a mnie
ogarnęło poczucie winy. - Nie to miałem...
- Wszystko w porządku. Ja po prostu... Po prostu nie chcę dokładać im
obowiązków. Do osiemnastki zostały mi jeszcze cztery lata i muszę przez
ten czas zostać z nimi. Nie chcę znowu zmieniać rodziny.
- Jak długo u nich jesteś?
- Prawie cztery lata.
Zmarszczyłem brwi.
- U kogo mieszkałaś wcześniej?
Wzruszyła ramionami.
- U paru rodzin.
- Greenowie są z nich najlepsi?
W Dorchester miałem kumpla, Lipa, który też był w rodzinie zastępczej.
Większą część życia mieszkał u jednej dobrej kobiety, Maggie. Jej mąż
był pieprzonym leniem, a Maggie wiecznie miała na głowie pięcioro innych
przybranych dzieci, więc Lipowi wiele rzeczy uchodziło na sucho.
Jane się zawahała, a ja poczułem dziwny ucisk w sercu.
- Tak.
- Skąd to wahanie?
- Oni są po prostu... są w porządku. Rzadko ze mną przebywają, ale
zapewniają mi wszystko, czego potrzebuję, nie krzyczą na mnie ani... nie
robią nic innego.
- Nic innego? Czy ktoś ci robił "coś innego"? - Dlaczego nagle tak się
zdenerwowałem?
Jane podniosła głowę i popatrzyła na mnie. Jej lekki uśmiech i znaczące
spojrzenie sprawiły, że poczułem się jak naiwne dziecko.
- Jamie, ten system ma mnóstwo wad. Za dużo dzieci potrzebuje opieki,
jest zbyt mało pracowników socjalnych i zdecydowanie za mało rodziców
zastępczych. Zaznałam i dobra, i zła.
Na chwilę zapomniałem, że nie rozmawiam z dorosłą osobą, tylko z czternastolatką. W jej oczach zobaczyłem zmęczenie życiem i poczułem się
fatalnie. Nie tylko ja musiałem szybko dorosnąć - również Jane, która
dorastała w samotności. Co za niesprawiedliwość.
- Przykro mi.
Przez chwilę milczała, po czym głęboko zaczerpnęła powietrza, jakby się
do czegoś przygotowywała, i wypaliła:
- Wydajesz mi się inny niż zwykle. Mniej rozzłoszczony.
Taaak, Jane Doe mnie obserwowała. Zmarszczyłem brwi.
- To znaczy?
- Byłeś taki...
- Jaki?
Jej usta zadrżały. Rzuciła mi rozbawione spojrzenie, po czym znowu
spojrzała przed siebie.
- Humorzasty.
Miałem wrażenie, że nie tego słowa szukała. Ale rzeczywiście byłem
humorzastym sukinsynem.
- Ty też byś taka była, gdyby ojciec zostawił cię z taką matką jak moja,
która zresztą zmarła. - Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, po co to
powiedziałem.
Tym razem na dłużej zatrzymała na mnie wzrok, co wywołało we mnie pewien
niepokój. Mądrość w jej oczach sprawiała, że czułem się przy niej,
jakbym to ja był młodszy.
- Mogę ci coś powiedzieć? Coś, czego nie powiedziałam nawet Lornie?
Kiwnąłem głową. Wiedziałem, że to musi być coś ważnego. Nie rozumiałem
tylko, dlaczego chciała powiedzieć to mnie ani dlaczego chciałem to
usłyszeć.
- Jako niemowlę zostałam adoptowana.
Co takiego?
Na widok dezorientacji na mojej twarzy pokiwała głową z takim smutkiem,
który przyprawił mnie o szybsze bicie serca.
- Kiedy miałam dziewięć miesięcy, zostałam adoptowana przez Marissę i Calvina Higginsów. Nazywałam się Margot Higgins.
- Nie rozumiem.
- Nie mogli mieć dzieci. Nie mieli żadnej rodziny oprócz mamy Calvina,
która nie lubiła Marissy. Nie lubiła również mnie. Nie cierpiała
każdego, kogo Calvin kochał bardziej niż ją. Wtedy tego nie rozumiałam.
- Uśmiechnęła się ze smutkiem. - Wiesz, takie rzeczy dopiero po latach
składają się w całość. Kiedy już nie jesteś dzieckiem, wspomnienia
nabierają innej treści.
- Jane... ja nie... - Jak to możliwe, że została adoptowana, a potem znowu
wylądowała w rodzinie zastępczej?
- Kochali mnie - szepnęła z żalem. - Byli dla mnie jak prawdziwi
rodzice. Miałam siedem lat, kiedy to się stało. Wypadek samochodowy.
Byłam wtedy w szkole. Jechali do pracy. Po ich śmierci dowiedziałam się,
że mnie adoptowali. Nie byli moimi biologicznymi rodzicami.
Serce ścisnęło mi się ze współczucia.
- Kiedyś uczyłam się tańca - mówiła, zatopiona w myślach. - Baletu. Ale
lekcje były drogie, a mnie przerzucano z jednej rodziny zastępczej do
drugiej. Nie było szans, żeby ktoś za to płacił. Przez jakiś czas mogłam
tylko rysować. Baletnice. Do tej pory czasami je rysuję. Za każdym
razem, kiedy widzę, jak ktoś tańczy, przypomina mi się, że moje życie
mogło wyglądać inaczej. - Zaśmiała się ze smutkiem. - Ale ułożyło się
właśnie tak. Jest, jakie jest, i trzeba je jak najlepiej wykorzystać.
Tak czy siak, lubię sobie pomarzyć o tamtym innym życiu. Marissa, moja
mama, obiecała, że kiedy podrosnę, zabierze mnie na prawdziwy balet. Do
tej pory nigdy nie oglądałam baletu na żywo.
- Kiedyś na pewno ci się to uda. - Te słowa popłynęły z moich ust, zanim
zdążyłem się powstrzymać. Obietnica. Pewność. - Dlaczego nazywasz się
Jane Doe?
- Matka mojego taty nie chciała mnie wziąć do siebie, chociaż była moją
najbliższą krewną. Willa sądzi, że moi rodzice zostawili wszystko,
łącznie ze mną, mamie Calvina. I że ona postąpiła wbrew ich woli. O adopcji dowiedziałam się po ich śmierci. Matka mojego taty nie życzyła
sobie, żebym nosiła jego nazwisko. Opiece społecznej nie chciało się o to walczyć, a ja miałam zaledwie siedem lat. Moje nazwisko prawnie
zmieniono na Jane Doe i wróciłam do systemu.
Ja pierdolę.
- Tak mi przykro.
Skinęła głową. Miała zarumienione policzki.
- Jamie, powiedziałam ci o tym, żebyś wiedział, że nie jesteś sam. W szkole pewnie nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, przez co przeszliśmy,
ale każdy ma jakiś sekret. Każdy nosi w sobie ból, o którym nikomu nie
mówi.
Gardło zacisnęło mi się z emocji, które uderzyły we mnie z taką siłą,
jakbym staranował ścianę. Serce waliło mi jak oszalałe; pojawił się we
mnie zalążek poczucia winy. Od roku okropnie traktowałem Skye. Czasami
musiałem wyładować na kimś gniew i żal. Porzucałem dziewczyny.
Denerwowały mnie, bo zachowywały się tak, jakbym na samym początku nie
oznajmił, że nie chcę stałego związku. Dobrze się uczyłem, ale niekiedy
byłem bezczelny w stosunku do nauczycieli. I zdarzało się, że miałem
ochotę komuś przyjebać.
A to wszystko z tego samego powodu.
Mała Jane Doe tęskniła za swoim dawnym życiem, a jednak traktowała
wszystkich cierpliwie, uprzejmie i z szacunkiem.
Pierwszoklasistka dała mi niezłą lekcję życia.
Widząc moje zmieszanie, posłała mi słodki uśmiech. W jej lewym policzku
pojawił się dołeczek, którego wcześniej nie zauważyłem. Uroczy.
Nieoczekiwanie poczułem falę gorąca w kroczu.
O kurwa.
Odwróciłem wzrok i napomniałem się w myślach, że Jane jest nie tylko
pierwszoklasistką, ale i przyjaciółką mojej siostry.
- Przyśpieszmy trochę - powiedziałem beznamiętnym tonem. Nie miałem
pojęcia, jak zareagować na wszystko, co mi powiedziała. - Mam w domu
niezły zapierdol.
Zaczerwieniła się, a mnie zrobiło się głupio, że zachowałem się jak
palant.
Milczała już do końca drogi. Miałem wielką ochotę poprosić, żeby
powiedziała o sobie coś więcej. Bardzo mnie to ciekawiło. Interesowała
mnie jej opinia na temat książek, muzyki... i innych rzeczy.
Zabolało mnie, że się nie pożegnała, tylko od razu pobiegła schodami do
mieszkania Greenów. Przestraszyłem się, że mogłem zranić jej uczucia po
tym wszystkim, co mi powiedziała. Przez całą drogę powrotną
opierniczałem samego siebie, żałując, że nie zareagowałem inaczej.
Mogłem ją przytulić.
Cholera. Wykluczone.
Nie mogłem tego zrobić. Jane była poza moim zasięgiem. Była jeszcze
dzieciakiem. Nie powinienem dać się omamić tym wielkim, zamyślonym oczom
czy tej dojrzałości, z jaką ze mną rozmawiała - ani wrażeniu, jakie na
mnie zrobiła jej smutna opowieść.
A zresztą może przyjaźń Jane i Lorny właśnie się zakończyła, więc już
nigdy jej nie zobaczę.
Ta nadzieja rozwiała się, kiedy wszedłem do domu i zobaczyłem Lornę na
kanapie z telefonem przyciśniętym do ucha.
- Nie, to była moja wina. Jane, tak bardzo cię przepraszam. Zachowałam
się okropnie. Nie musisz iść na tę imprezę. Nie chcę tylko, żebyś była
zła, jeżeli pójdę bez ciebie.
Na ten wieczór miałem dosyć jej histerii, ale serce nieco mi zmiękło,
kiedy usłyszałem te przeprosiny. Może Skye się nie myliła i Jane
rzeczywiście ma dobry wpływ na Lornę? Idąc do kuchni po coś do picia,
zwichrzyłem siostrze włosy, a ona spojrzała na mnie z taką nabożną
czcią, że ogarnęło mnie poczucie winy.
Powinienem się starać być lepszym starszym bratem.
Telefon w mojej kieszeni zabzyczał. Bethany.
Tak, możemy się jutro spotkać. Rodzice wyjechali i mam wolną chatę.
:***
Miałem coraz lepsze widoki na niedzielę i poniedziałek. Co prawda dziś
zostałem uziemiony, ale sprawy przybrały właściwy obrót.
- Co zamówić do jedzenia? - spytałem Lornę, kiedy skończyła rozmowę.
Oczy jej zabłysły.
- Mogę wybrać?
- Możesz.
Zeskoczyła z kanapy.
- To dlatego, że stanąłeś po stronie Jane, a nie po mojej?
To tyle, jeśli chodzi o dobre samopoczucie.
Właśnie takie rzeczy mnie w niej wkurzały.
- Nie stanąłem po stronie Jane. Nie staję po niczyjej stronie w tej
twojej dziecinnej przyjaźni. Ona ma czternaście lat, więc nie mogłem
pozwolić, żeby wracała do domu sama. I tyle.
- Ale mnie zostawiłeś samą. - Lorna splotła ręce na piersi i spiorunowała mnie spojrzeniem.
Popatrzyłem na nią i zobaczyłem matkę. Kiedy byłem dzieckiem, zadręczała
mnie w taki sam sposób: dawałem z siebie wszystko, ale na końcu zawsze
się okazywało, że nie kocham jej wystarczająco mocno. Przestałem się tym
przejmować, dopiero kiedy dorosłem i zmądrzałem. Było to bardzo
wyczerpujące.
- Dobra - warknąłem, wciskając na komórce klawisz szybkiego wybierania.
- Zamawiam pizzę.
- Jamie!
Zignorowałem jej jęki i zamówiłem to, na co, kurwa, miałem ochotę.
Nastrój już oficjalnie mi się zepsuł.
Ale kiedy tej nocy położyłem się spać, usłyszałem w głowie głos Jane.
"W szkole pewnie nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, przez co
przeszliśmy, ale każdy ma jakiś sekret. Każdy nosi w sobie ból, o którym
nikomu nie mówi".
Proste, ale mądre słowa. Czułem, że zostaną ze mną. Pozwolą mi widzieć
dalej niż czubek własnego nosa. Słowa, dzięki którym stanę się lepszym
pisarzem... i - co ważniejsze - lepszym człowiekiem.
Kiedy tak leżałem w ciemności, poczułem, że przestaję być wiecznie
wkurwiony na cały świat, bo zrozumiałem, że są ludzie, którzy przeżyli o wiele gorsze rzeczy niż ja.
Przestałem się czuć tak cholernie samotny.
Dzięki niej.
Rozdział 3
3
---
Dwa lata później
Jane
Szesnaście lat
Kiedy moje serce ścisnął potworny żal, uświadomiłam sobie, że jestem zła
nie dlatego, że Christopher Cruz całował się z Lorną.
Zabolało mnie to, że Lorna go podrywała, doskonale wiedząc, że się w nim
zakochałam.
Już straciłam rachubę, ile razy złamała zasady, które sama ustanowiła,
kiedy miałyśmy po trzynaście lat.
Nie byłam głupia. Wiedziałam, że nasza przyjaźń z jednej strony jest
piękna, ale z drugiej - toksyczna. To powinno wystarczyć, żebym dała
sobie z nią spokój. Nie chciałam jednak tego robić, bo Lorna bywała dla
mnie kochana, wspierająca i opiekuńcza. Trzymałam się jej również
dlatego, że kochałam Skye jak rodzoną starszą siostrę, a moje uczucia do
Jamiego były niezwykle intensywne. Ich dom z trzema sypialniami w Glendale stał się moim drugim domem. Gdybym zerwała z Lorną, straciłabym
również jej brata i siostrę.
Nie żeby Jamiego i mnie łączyła jakaś szczególna relacja.
Kochałam się w nim z daleka.
Ale Skye... ją po prostu uwielbiałam.
To ja dziewięć miesięcy wcześniej namówiłam Jamiego, żeby pogadał ze
Skye, kiedy zauważyłam, że ta za dużo pije. Wyglądała na taką smutną.
Jamie porozmawiał z nią i przyznała, że za często imprezuje. To była
część jej życia. Po tej rozmowie przestała chodzić na imprezy i pić.
Rzuciła się w wir pracy.
Widywałam ją bardzo rzadko, ale było to lepsze niż nic.
Żyłam myślą o tych paru słowach, które co tydzień zamieniałam z Jamiem.
Miał już osiemnaście lat, był jeszcze przystojniejszy niż wcześniej i -
ku mojej uldze - nie wyjechał na studia do jakiegoś odległego miasta.
Zdobył stypendium sportowe na Uniwersytecie Południowej Kalifornii i właśnie był na pierwszym roku. Ku niezadowoleniu Lorny wybrał filologię
angielską, co uznała za idiotyczne, bo - jak to ujęła - "Jamie do końca
życia pozostanie przymierającym głodem pisarzyną".
Wielką radość sprawiła mi jego decyzja, żeby w ramach oszczędności
zostać w domu, bo oznaczała, że nadal mogę go widywać.
Potwornie bałam się tylko dnia, w którym Jamie zakocha się w jakiejś
inteligentnej i seksownej studentce.
Zawsze traktował mnie wyłącznie jak denerwująco nieśmiałą przyjaciółkę
młodszej siostry. Wciąż jeszcze niekiedy drżałam na myśl o tym, że
opowiedziałam mu o swojej przeszłości. Nawet Lorna o tym nie wiedziała.
Kiedy wyjawiłam mu swój sekret, zareagował irytacją. Do tej pory
zdarzało się, że na myśl o tej bolesnej chwili kwestionowałam swoje
uczucia do niego. Podobnie działały na mnie jego zmienne nastroje. Raz
był wesoły i taki normalny, a innym razem zachowywał się jak palant.
Mniej więcej miesiąc temu Lorna zostawiła mnie samą przy basenie, żeby
odebrać telefon od jakiegoś studenta, którego poznała w centrum
handlowym. Akurat były ferie. Po kąpieli w basenie suszyłam się na
leżaku, kiedy padł na mnie czyjś cień.
Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam Jamiego, który patrzył na mnie z wściekłością.
- Co ty masz na sobie?
Zdezorientowana, popatrzyłam na swoje bikini ze stringami.
- Yyy...
- Nic. Odpowiedź brzmi: nic. Idź do domu i załóż coś na siebie.
Jego autorytatywny ton nieźle mnie wkurzył. Wstałam, marszcząc brwi, a on gwałtownie się cofnął, jakby się bał, że go ugryzę.
- Mam na sobie bikini - powiedziałam. Byłam wściekła, ale nie podniosłam
głosu. Uważałam, że wrzeszczenie na siebie jest bez sensu. Lorna
wydzierała się za nas obie. - Pożyczyłam je od twojej siostry.
Zerknął na moje piersi, po czym natychmiast odwrócił wzrok. Mięsień w jego szczęce zadrżał.
- Ona jest drobniejsza. Taki fason ci nie pasuje, wyglądasz w nim
nieprzyzwoicie. Idź się przebrać.
Czy on właśnie powiedział, że jestem gruba?
Policzki mnie zapiekły, ale nie zamierzałam ustępować.
- Zachowujesz się niedorzecznie.
Jamie gwałtownie odwrócił głowę w moją stronę. Jego mroczne spojrzenie
nieco mnie onieśmielało, mimo to patrzyłam na niego z hardo podniesioną
głową.
- Jak się zachowuję? - W jego głosie pojawiła się zapowiedź gniewu.
Dobrze go znałam. Ten cichy, groźny głos tuż przed wybuchem.
Zadrżałam lekko.
- Zachowujesz się niedorzecznie - powtórzyłam cierpliwie. - Jamie, nie
jesteś moim bratem. Nie możesz mi mówić, jak mam się ubierać. Szczerze
mówiąc, żadnej kobiecie, czy to będzie twoja siostra, czy ktokolwiek
inny, nie powinieneś nakazywać, co ma nosić. Zachowujesz się tak, jakby
kobiety nadal nie miały żadnych praw. Nie przypuszczałam, że jesteś taki
zacofany.
Z rozczarowaniem wzruszyłam ramionami, wyminęłam go i weszłam do domu.
Byłam z siebie dumna. W obecności Jamiego zazwyczaj zapominałam języka w gębie. A najwyraźniej wystarczyło, żeby mnie porządnie wkurzył, i już
mogłam być sobą.
Tego wieczoru przy kolacji nie odezwał się do mnie ani słowem, a ja
znowu zwątpiłam w swoje uczucia do niego. Czy nie powinnam marzyć raczej
o chłopaku, który odwzajemnia moje zainteresowanie? Który nie
sponiewiera mnie emocjonalnie?
Tak oto rozpoczęłam poszukiwania nowego obiektu westchnień.
Mój wybór padł na Christophera Cruza. W szkole brylował w kręgach
towarzyskich. Był surferem. Wyluzowany, miły dla każdego, uroczy
kalifornijski chłopak z wypłowiałymi od słońca włosami i krzywym,
seksownym uśmieszkiem.
Kiedy już się zdecydowałam, zrobiłam to, co robią wszystkie dziewczyny -
zwierzyłam się przyjaciółce. Przez następne cztery tygodnie zastanawiała
się, co zrobić, żeby Chris zwrócił na mnie uwagę. Kulminacją naszych
wspólnych wysiłków miała być impreza w domu jego rodziców, który
znajdował się przy plaży w Malibu.
Podczas imprezy przyłapałam przy basenie swoją rzekomo najlepszą
przyjaciółkę na całowaniu się z chłopakiem, w którym niby byłam
zakochana.
To zabrzmi dziwnie, ale uważałam, że Lorna nie zrobiła tego, żeby odbić
mi fajnego chłopaka. Zrobiła to, bo nie chciała, żebym miała kogokolwiek
oprócz niej.
Zawsze narzekała, że Jamie bardziej kocha Skye. Że matka kochała jej
rodzeństwo mocniej niż ją. Że ojciec jej nie znosił, natomiast uwielbiał
Jamiego i tolerował Skye. I że nawet ja kocham Skye bardziej niż ją.
W jej pokręconym umyśle każdy kochał ją najmniej.
Należałam do niej.
I do nikogo innego.
To właśnie chciała mi pokazać.
Zachowała się paskudnie. Miałam do niej żal za tę zazdrość i zaborczość.
Odwróciłam się od basenu, przy którym Lorna wpychała Chrisowi język do
ust, przecisnęłam przez tłum licealistów i poszłam do wyjścia.
Z Malibu do Glendale jechało się godzinę. Miałam się zabrać z Lorną,
która od półtora miesiąca miała prawo jazdy. Ja też zdałam egzamin na
prawko, ale nie było mnie stać na samochód.
Wyszłam, przeklinając pod nosem, wyjęłam komórkę z kieszeni szortów i spojrzałam ze złością na ekran. Wiedziałam, że Willa się wkurzy, jeżeli
poproszę, żeby po mnie przyjechała. Nie powinnam być w Malibu na
imprezie w tłumie podpitych małolatów.
Została mi tylko jedna osoba, do której mogłam zadzwonić. Lorna chyba
padnie trupem.
Stwierdziłam, że nie zamierzam się tym przejmować.
Po pięciu dzwonkach Skye odebrała.
- Cześć, złotko, czy mogę oddzwonić... - Parsknęła śmiechem i zaczęła
kogoś uciszać. - Przepraszam, Jane, jestem trochę zajęta. Mogę zadzwonić
później?
- Skye, utknęłam w Malibu. Lorna miała mnie odwieźć, ale chcę już
wracać, a... a ona nie.
- Poczekaj chwilę. - Przez jakiś czas słyszałam tylko dudnienie muzyki w tle. Po paru chwilach przycichła. - No dobra - powiedziała Skye. - Już
jestem. Co ty, do cholery, robisz w Malibu?
- Kolega ze szkoły zrobił imprezę. Jego rodzice mają dom przy plaży. W każdym razie chcę już wracać do domu, ale Lorna miała mnie odwieźć i...
- Chyba ją zamorduję - warknęła Skye. - Dobra, przyślij mi adres.
Postaram się przyjechać jak najszybciej. - Rozłączyła się, zanim
zdążyłam się odezwać.
Drżącymi palcami, bo było mi bardzo źle z tym, że wkurzyłam Skye,
wysłałam jej SMS z adresem. Kiedy odpisała pięć minut później,
zmartwiałam.
Nie mogę prowadzić. Piłam. Jamie jest u kumpla w Resedzie, a to bliżej.
Już jedzie. Powiedz Lornie, że ma zbierać dupę w troki. I TO JUŻ.
:***
Lorna podeszła do mnie sama. Znalazła mnie na końcu podjazdu, gdzie
czekałam na Jamiego. Patrzyłam na nią złowrogo, ale nie zamierzałam się
awanturować.
Widząc mój wyraz twarzy, westchnęła i stanęła obok z wysuniętym biodrem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki