Black or White Wybór - Jolanta Sad

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

Anna trzęsła się z zimna, bo temperatura tutaj była zdecydowanie niższa niż w Alover. Miasto rządziło się swoimi prawami i nawet sroga zima, jak w tym roku, musiała ulec lampom drogowym, wystawom sklepowym, samochodom i domom, które nieświadomie ogrzewały swoje otoczenie. A tutaj? Tutaj jedynie ta cała masa drzew wokół niej mogła jakoś ocieplić atmosferę. Marne szanse.

Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że zrobiła taką głupotę i w przypływie kretyńskich emocji powiedziała konduktorowi, żeby wypisał bilet do docelowej miejscowości. Trochę go zdziwiła ta prośba i zapytał, czy jest pewna swojej decyzji. Gdy stanowczo potwierdziła, pokręcił głową z niedowierzaniem i naskrobał coś na blankiecie. Nawet nie spojrzała, co tam napisał, kiedy podał jej bilet. Dopiero gdy monitor w przedziale oznajmił, że zbliżają się do ostatniej stacji o nazwie Carlise, zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Gdzie to w ogóle było?! Momentalnie przed oczami przemknęły jej chyba wszystkie lekcje geografii, ale i to w niczym nie pomogło. Na dobrą sprawę nie wiedziała nawet, który kierunek świata wybrał dla niej los. Dowiedziała się, kiedy krajobraz za oknem zmieniał się z pagórkowatego na górzysty, aż w końcu na bardzo górzysty. Okazało się to jednak bez znaczenia, bo wysiadła na stacji znajdującej się pośrodku niczego i myślała o wyrazie twarzy, jaki Victor zrobiłby, gdyby tylko dowiedział się, gdzie wylądowała.

Victor... A Nicolas? Czy myślał o niej? Czy w ogóle ktoś zauważył, że zniknęła? Teraz już na pewno. Wyrzucała sobie, że spaprała reszcie sylwestra i powitanie nowego roku. Może nie tylko ona. Janet miała w tym znaczny udział. Anna potrząsnęła głową, próbując wyrzucić z niej obraz przyjaciółki Karen z nożem w ręku startującej do Arthura. Anna w życiu się tak nie czuła. Bała się, to fakt. Ale z drugiej strony chciała ochronić pana Blacka najlepiej, jak tylko potrafiła, wiedziała, że jest ważny dla rodziny. Zwłaszcza dla Nicolasa. Z głośnym westchnieniem stwierdziła, że o czymkolwiek pomyśli, to zawsze obraz jego postaci będzie się czaił gdzieś niedaleko. Wszystko kojarzyło się z nim. Zakochanie to dziwny stan i wtedy nawet w najmniej odpowiednim momencie umysł płata figle i można poczuć zapach ukochanej osoby albo zobaczyć jej uśmiech na zupełnie obcej twarzy.

***

Poranek był mroźny i Anna stwierdziła, że przebywanie na stacji w takich warunkach groziło poważnymi odmrożeniami. Bardzo chciała tego uniknąć. I, choć pragnęła zostać ze swoimi myślami sam na sam, nos i palce dawały znać, że zaraz odpadną. Wstała z drewnianej ławki i otrzepała spodnie ze starej łuszczącej się farby. Teraz najchętniej napiłaby się gorącej czekolady, ale jakim cudem znajdzie cokolwiek w temperaturze innej niż minus piętnaście stopni, pozostawało dla niej zagadką.

Musiała przyznać, że okolica była piękna. Mała, drewniana stacja kolejowa mieściła się u podnóża wielkich, skalistych gór porośniętych iglastymi drzewami. Tory kończyły się przy stacji, ale z drugiej strony - tej, z której przyjechała Anna - ginęły w lesie. Zaczynała wątpić, czy spotka tu jakąś formę życia w postaci człowieka, ale nie chciała tracić nadziei. Zrozumiała, że następny pociąg może pojawić się równie dobrze jutro, co za tydzień. Anna złapała za klamkę drzwi wejściowych i wcale się nie zdziwiła, że były zamknięte. Kto normalny siedziałby tutaj w pierwszy dzień nowego roku? Kto w ogóle by tu siedział? Odwróciła się, żeby pójść w drugą stronę, i wtedy zobaczyła, że jakaś sylwetka wyłania się zza budyneczku stacji.

I był to nie byle kto. Wysoki, postawny, około pięćdziesiątki, całkiem przystojny mężczyzna. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że w ręku trzymał chyba największą siekierę, jaką kiedykolwiek widziała, a na jego ramieniu wisiała dubeltówka.

- O żeż w mordę! - zawołała Anna i cofnęła się o dwa kroki.

Jej i tak duże oczy zrobiły się jeszcze większe, gdy zobaczyła, że mężczyzna był równie zszokowany jej widokiem w tym miejscu, jak ona tym, że posiadał broń.

Uzbrojony i zaskoczony - to nie najlepsze połączenie.

- Tylko spokojnie. Nic ci nie zrobię. - Mężczyzna, nie spuszczając z niej wzroku, odłożył siekierę i zdjął z ramienia strzelbę.

Anna nie mogła w to uwierzyć. Najpierw Janet z nożem, teraz ten facet z siekierą. Co za zbieg okoliczności! Niesamowite!

Chyba zaraz oszaleję - pomyślała.

- Czy wszystko w porządku? Skąd się tutaj wzięłaś? Czekasz na kogoś? - pytał szybko.

- Powoli. - Odetchnęła.

Mężczyzna chyba nie chciał jej nic zrobić i nawet wyczuła w jego głosie troskę.

- Jesteś zmarznięta. Mam w samochodzie koc, przyniosę ci - zaoferował.

A jeśli ktoś jeszcze z nim jest? Jeśli wróci z kimś i coś jej zrobią? Zgwałcą, zamordują, poćwiartują? Czy może mieć jeszcze na to jakikolwiek wpływ?

- N-nie - odezwała się niepewnie. - Czy może mi pan pokazać drogę do jakiejś cywilizacji?

Mężczyzna jeszcze przez moment analizował zachowanie Anny, po czym uśmiechnął się szeroko.

- Czy ty w ogóle masz pojęcie, gdzie jesteś? - zapytał.

- Nie - odparła od razu, czerwieniąc się ze wstydu.

Zachichotał nagle i podniósł siekierę oraz dubeltówkę. Anna wstrzymała oddech.

- Spokojnie, gdybym chciał ci coś zrobić, już dawno bym to zrobił. Przecież jesteśmy tu sami - powiedział. - Chodź, wracam do domu, to podwiozę cię do cywilizacji - zaakcentował ostatnie słowo.

Podwiezie? Anna przełknęła ślinę i zastanowiła się, czy może tak po prostu wsiąść do samochodu z zupełnie obcym facetem. Tylko nie bardzo wiedziała, czy miała jakieś inne wyjście. Nie wiedziała, gdzie była; nie wiedziała, co miała ze sobą zrobić; nie wiedziała, dokąd iść.

- Ostatnio zostałam zdiagnozowana i mam HIV - wypaliła nagle.

Mężczyzna spojrzał na nią i przez chwilę nawet jej wierzył. Jednak kiedy dostrzegł, jak Anna się trzęsie i jaka jest przestraszona, zrozumiał, że kłamie, by się ratować. Pomyślał, że musiało spotkać ją coś niedobrego. Ta dziewczyna na pewno nie przyjechała z prowincji, ale była biedna jak mysz kościelna. W dodatku nie wie, gdzie się znalazła. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przyjechałby tutaj pociągiem. Turyści najczęściej korzystali z prywatnego lotniska.

- Ta, jasne. Mogłabyś być moją córką. Palcem cię nie tknę. Jak masz na imię? - zapytał swoim chropowatym głosem.

- Anna - odparła po kilkunastu sekundach. - A pan?

- Jack. I tak masz do mnie mówić. Rozumiemy się? - rzucił, a ona aż się wzdrygnęła, słysząc jego stanowczy ton.

Zachichotał i pokręcił głową.

- Chodź, dziewczyno z HIV. - Westchnął.

Podążyła za nim, mając nadzieję, że może tym razem los się odmieni. Rok temu myślała tak, wysiadając w Alover. I bam!, pojawił się Nicolas Black, który zakręcił jej życiem jak ruletką. Wychodząc zza budynku, Anna dostrzegła pokiereszowane auto. Samochód Jacka to stary defender, który z pewnością niejedno przeszedł razem ze swoim właścicielem.

- Wybacz bałagan, ale rzadko ktoś ze mną jeździ, a mnie on nie przeszkadza. Auto mojej żony wygląda bardziej reprezentatywnie - dodał, otwierając drzwi dziewczynie.

Znów się trochę zawahała, ale wsiadła. Faktycznie, w środku panował, delikatnie ujmując, nieład. Podziękowała skinieniem głowy i zajęła miejsce pasażera. Jack rzucił na pakę dubeltówkę i siekierę i zasiadł za kierownicą.

- Czy to konieczne? - zapytała.

- Co? - Spojrzał na nią.

- Broń i siekiera.

- Roi się tutaj od wilków, niedźwiedzi i tym podobnych. A ja po pracy chcę wrócić do domu - odparł, przekręcając kluczyk.

- A czym pan... Czym się zajmujesz? - poprawiła się.

- Jestem drwalem - odparł.

Drwalem. Przez całe swoje życie nie poznała żadnego drwala. A tu niedawno Patricka i teraz Jacka. Pomyślała, że to byłby nawet tak zabawny zbieg okoliczności, gdyby Jack znał Patricka, że aż niemożliwy.

Jechali kamienistą, krętą drogą lekko w dół, ciągle w lesie i Anna była wdzięczna, że wsiadła do jego samochodu. Zanim dotarłaby do tej drogi, zostałaby zjedzona przez cokolwiek, co wyszłoby z lasu i miało kły. Las powoli się przerzedzał i nagle oczom Anny ukazała się dolina, oświetlona słońcem, ale definitywnie ucywilizowana. I to jeszcze jak! Domy wznosiły się na różnych wysokościach, miały różne wielkości, ale przeważały te małe i typowo górskie. Największe z nich uznała za hotele lub pensjonaty. Z wysokości, na jakiej się znaleźli, widziała również plac w środkowej części miasta i mały ratusz.

- Podoba się? - zapytał Jack.

- Jest pięknie - odparła cicho, jakby bała się zepsuć panującą tu atmosferę.

Już widziała drogę do miasteczka, ale nagle Jack skręcił w lewo. Anna zaczęła lekko panikować, lecz niespodziewanie wśród drzew zobaczyła piękny, stojący na wzniesieniu dom, z kamiennymi fundamentami, drewnianą fasadą i gontem na dachu. Kiedy mężczyzna zatrzymał samochód, Anna zobaczyła, że stąd rozciąga się piękny widok na dolinę.

- Tu mieszkasz? - zapytała zdziwiona.

- A myślałaś, że w szałasie?

Zachichotała, po raz pierwszy od przyjazdu czując, że może się trochę rozluźnić. Trochę, bo nie wiedziała, co czeka ją w środku. Jack otworzył drzwi i zawołał:

- Hej, Hannah! Zobacz, kogo znalazłem.

- Jack! Jeżeli znowu przywiozłeś jakieś zagubione zwierzę, to przysięgam, że tym razem na pewno wydrapię ci oczy. - Anna słyszała stanowczy głos kobiety i szybie kroki, dochodzące z tylnej części domu.

Dziewczyna nie miała nawet zbyt wiele czasu, żeby rozejrzeć się dookoła, bo zobaczyła wysoką i bardzo zgrabną kobietę w wieku Jacka.

- O... Och... - Kobieta zatrzymała się trochę zdziwiona. - Tym razem przywiozłeś coś, co porusza się na dwóch nogach. Skąd się tu wzięłaś, kochanie?

- To Anna. Wyobraź sobie, że znalazłem ją na ostatniej stacji, kiedy pojechałem sprawdzić, czy niedźwiedzie nie narozrabiały - mówił Jack, zdejmując kurtkę.

- Na ostatniej stacji?! - zawołała kobieta. - Matko kochana!

Anna miała ochotę przewrócić oczami. Co jest nie tak z miejscem, w którym wysiadła? Po co pociąg w ogóle tam dojeżdża? Hannah, widząc zakłopotanie na twarzy dziewczyny, pospieszyła z wyjaśnieniem.

- Od lat nikt tam nie wysiada. Wszyscy wysiadają na stacji w miasteczku albo przylatują helikopterami lub czarterami.

Powietrzny środek transportu nie dotyczył Anny, ale gdy usłyszała o stacji w miasteczku, mało nie zemdlała.

- Czyli mogłam wysiąść wcześniej i nie musiałabym siedzieć tam na górze tyle godzin? - rzuciła z niedowierzaniem.

- No oczywiście! Nie zauważyłaś, że pociąg zatrzymał się w Carlise?

- Musiałam się zdrzemnąć. - Anna spojrzała na Jacka.

Gdyby on nie przyjechał sprawdzić - cokolwiek tam sprawdzał - to kto wie czy Anna doczekałaby następnego poranka. Przecież nawet nie wiedziała, dokąd iść. Być może nie trafiłaby na drogę. Być może...

- Nieważne już, Anno. - Hannah objęła dziewczynę ramieniem, nie chcąc, żeby wpadła w jeszcze gorszy stan niż ten, w którym się znajdowała. - Na szczęście mój mąż jest obsesyjnie zakochany w tej stacji i co jakiś czas sprawdza, czy wszystko tam gra, mimo iż nikt już z niej nie korzysta. A teraz chodź, napijesz się gorącej czekolady i zjesz z nami śniadanie, a jeśli będziesz chciała, to trochę nam o sobie opowiesz - mówiła spokojnie kobieta.

Anna spojrzała na nią kątem oka, jednak była spragniona i głodna, dlatego nawet nie zamierzała się z nikim spierać.

2

Anna z niemałym zaskoczeniem przyjęła fakt, przed jakim postawili ją Jack i Hannah. A właściwie Hannah, bo to chyba ona nosiła spodnie w tym domu. Kobieta zaproponowała jej pokój, jeszcze zanim dowiedzieli się, kim właściwie była i co ją skłoniło do przyjazdu do Carlise. Ewidentnie nie była turystką szukającą wrażeń w wysokich górach. Jedyne, co im przychodziło do głowy, to to, że albo była totalną kretynką, niemającą pojęcia, co w ogóle robi, albo przed czymś uciekała. Telepatycznie odrzucili pierwszą opcję, komunikując się wzrokiem, kiedy tylko zamienili z dziewczyną kilka słów przy śniadaniu.

- Mam nadzieję, że spodoba ci się pokój, Anno - odezwała się Hannah, łapiąc zaskoczoną dziewczynę za rękę.

- Pokój? Jaki pokój?

- To chyba oczywiste, że skoro zdarzyło się, że tu trafiłaś, to raczej zostaniesz jakiś czas. - Kobieta podniosła kubek z kawą do swoich ust, uważnie przy tym obserwując dziewczynę.

Anna zaczerwieniła się, bo w lot zrozumiała, że nie ma co wciskać tej parze jakichś tanich wyjaśnień.

- Nikogo nie zabiłam, nic nie ukradłam, nikt mnie nie szuka, a tym bardziej nie ściga. Wyjechałam z Alover, bo potrzebuję odpocząć - powiedziała prosto z mostu.

Będąc na ich miejscu, też chciałaby wiedzieć, kogo wpuszcza pod swój dach.

- Jestem bardzo wdzięczna za pomoc - dodała. - Ale sądzę, że będzie lepiej, jeśli zatrzymam się w miasteczku. Sama nie wiem, ile czasu tutaj spędzę.

Głos Anny był na tyle smutny, że automatycznie zaczęli jej współczuć. Zachowali to jednak dla siebie.

- Moja droga, pokoje do wynajęcia są tutaj drogie, a po tym, jak nasza córka wyjechała do szkoły, jej jest wolny - mówiła Hannah. - Nie sądzę, że miałaby coś przeciwko, gdybyś w nim została. Nawet na dłużej.

To była kusząca propozycja. Tym bardziej że w miasteczku byłaby pod ciągłą obserwacją mieszkańców, a tutaj jest spokojnie i cicho. Miejsce w sam raz, by poszlachtować się po zbyt długich przemyśleniach.

- A jeśli zechcesz zostać tutaj jakiś czas, to możesz mi pomóc w sklepie - dodała Hannah.

- W sklepie? - Twarz Anny aż pojaśniała.

Kobieta, zadowolona, prawie sobie pogratulowała. Intuicja jej nie zawiodła. Domyśliła się, że Anna jest typem, który nie boi się pracować.

- To dopiero jutro. Dziś odpoczniesz po długiej podróży.

Po śniadaniu Jack wziął plecak Anny i zaprowadził ją na górę do pokoju swojej córki. Otworzył drzwi koloru kości słoniowej i wszedł do środka. Położył plecak na łóżku i spojrzał na dziewczynę.

- Hannah nic tutaj nie zmieniała od wyjazdu Joy, która lubi przyjeżdżać na stare śmieci. - Uśmiechnął się.

Anna szybko rozejrzała się dookoła. Pokój typowej nastolatki. Plakaty na ścianach, stojaki z biżuterią na toaletce, kilka ubrań na krześle. Choć może Joy nie do końca była zwykłą nastolatką, bo na półkach Anna dostrzegła równo poukładane National Geographic i Science Magazine. Kilka Vogue'ów i Elle.

Cholera, inteligentna bestia - pomyślała.

- Czego uczy się Joy? - zapytała nagle.

- Medycyna. Chce zostać kardiologiem - odparł Jack, wypinając pierś.

Anna uśmiechnęła się. To musi być miłe mieć rodziców, którzy są tak dumni ze swojego dziecka.

- Słuchaj, Jack - odezwała się. - Bardzo ci dziękuję za pomoc. Gdyby nie ty, to może moje szczątki biegałyby już po lesie w żołądkach jakichś dzikich bestii.

Mężczyzna zachichotał i zostawił ją samą, zamykając za sobą drzwi. Anna z namaszczeniem usiadła na łóżku i na dłuższą chwilę schowała twarz w dłoniach. Dopiero zaczynało do niej docierać to, co się właściwie działo przez ostatnie kilka tygodni.

Nicolas wypełnił cały jej świat i teraz musiała się jakoś od niego uwolnić, bo chciała zacząć wszystko od nowa. Nie planowała szybkiego powrotu do Alover, o ile kiedyś w ogóle tam wróci. Nie miała ku temu powodu. Kobe nie był tym, za kogo go uważała. Katie okazała się przyjaciółką, na którą nie zawsze można liczyć. Zostali Erin i Magnus. Będzie za nimi tęsknić. Zaczęła, kiedy wyjechali na kilka dni do Szkocji. Anna zanotowała sobie w głowie, żeby do nich zadzwonić. I do Victora, bo pewnie trochę się zmartwił jej zniknięciem. Nicolas układał sobie życie z Sashą, kimkolwiek ona była. Anna wyrzucała sobie, że zakochała się w nim bez pamięci, jeszcze zanim zorientowała się, czy Nicolas z kimś jest, czy nie. Nie mogła mieć mu tego za złe, bo przecież to naturalne, że taki mężczyzna jak on, długo nie pozostanie sam. Teraz dopiero zorientowała się, jak mało o nim wiedziała, i była wściekła na siebie, że obdarzyła go tak silnym uczuciem, nie myśląc przy tym racjonalnie. Gdyby wiedziała, że się z kimś spotyka, to... To co? Przecież nie powie swojemu sercu: "Ej, ty, daj sobie z nim spokój, bo już ma zajęte ręce wąską pupą i miseczkami w rozmiarze A".

- Arrrghhh - warknęła, łapiąc się za włosy.

Nie mogła uwierzyć, że okazała się tak głupia i naiwna. Przecież nawet Victor ostrzegał, żeby nie dała się zbyt łatwo ponieść emocjom. Miała ochotę wsunąć się pod kołdrę, zawinąć w kokon i już nigdy stamtąd nie wychodzić.

Alover

- Ja pierdolę! - warknął Victor, chodząc po biurze w tę i we w tę.

Jego jedna ręka spoczywała w kieszeni spodni, druga nerwowo przeczesywała włosy. Nicolas, nad wyraz spokojny, siedział w swoim fotelu ze wzrokiem skupionym gdzieś za oknem. Patrzył, ale tak naprawdę nic nie widział. Myśli w jego głowie galopowały, od tygodnia nie mogąc się zatrzymać. W ogóle całe to zamieszanie z zaręczynami było bez sensu. Brukowe media źle zinterpretowały słowa Sashy, kiedy ta, zapytana o związek z Nicolasem, powiedziała, że chciałaby być tą szczęściarą i wkrótce zobaczyć na swoim palcu pierścionek od niego. Jak można to w ogóle źle zinterpretować?! Nicolas wściekł się i Sasha chciała mu wszystko wyjaśnić, zanim jeszcze pojawiłby się przed nią ze swoim prawnikiem, żeby wytoczyć jej proces o pieprzenie głupot. Dlatego tego feralnego dnia była u niego w mieszkaniu, a gdy go tam nie zastała, zadzwoniła do willi Blacków. Tam z kolei Adam, lokaj, szorstkim jak papier ścierny głosem powiedział, co się stało przed kilkoma godzinami z Janet i Arthurem i że wszyscy są w szpitalu. I tak oto Sasha, w strachu przed reakcją Nicolasa, postanowiła pojechać prosto na oddział.

Później wszystko potoczyło się jak w jakimś filmie. Gdy Victor oznajmił Nicolasowi, że Anna zniknęła, młodszego Blacka opanował strach. Wyrzucił Sashę ze szpitala i zagroził, że jeśli jeszcze raz pojawi się w jego życiu, to może liczyć się z poważnymi konsekwencjami.

Później pojechał do mieszkania Anny, a gdy nikogo tam nie zastał, poinformował o tym Paula i natychmiast zaczęli jej szukać. Jakim cudem zdołała wejść do mieszkania, zabrać swoje rzeczy i zniknąć - tego nikt nie potrafił mu wyjaśnić. Powiedzieć, że się wtedy wkurwił i wpadł w szał, to nic nie powiedzieć.

Gdy emocje trochę opadły, Nicolas zdecydował się na coś, czego nigdy w życiu nie robił. Konferencja prasowa z jego osobistym udziałem mogła być ostatnią deską ratunku. Zawsze w jego imieniu występował rzecznik prasowy, jako że Nicolas nie lubił zawracać sobie głowy głupotami i plotkami na swój temat. Tym razem poczuł, że publiczne pojawienie się może być szansą na to, że Anna wróci cała i zdrowa. Tylko nie wiedział, dlaczego to poczuł. Jednak nawet gdy to nie zadziałało i Anna nadal się nie odezwała, wpadł w panikę. Miał nadzieję, że nic jej nie jest. Zaprzągł nawet całą armię ochroniarzy do przeczesywania miasta i okolic.

Tylko że to było siedem dni temu i właśnie Paul złożył mu raport z poszukiwań. Niestety zakończonych fiaskiem. Anna wyłączyła telefon i nie mogli jej namierzyć. Nie używała swojej karty kredytowej. Nie meldowała się nigdzie w promieniu dwóch tysięcy kilometrów. Ale też nie wyjeżdżała za granicę i to było wielkie pocieszenie. Była ciągle w kraju, tylko rozpłynęła się w powietrzu. Mimo to Victor nie mógł się powstrzymać przed wiązanką, jaka wypłynęła z jego ust. Nicolas był zmęczony. Od kilku dni spał po dwie, trzy godziny na dobę, a i tak ten sen był nic niewart, bo przewracał się w łóżku niespokojnie, ciągle mając przed oczyma najgorsze historie, jakie mogły przytrafić się Annie.

Nagle jakaś niepokojąca myśl przemknęła mu przez głowę. Odwrócił się od okna i spojrzał na Victora. Ten momentalnie zatrzymał się i popatrzył w smutne, dwukolorowe oczy brata.

- A dlaczego ona właściwie wyjechała? - zapytał głupawo Nicolas. - Czy zdarzenie z Janet aż tak ją przestraszyło?

Przypomniał sobie, co poczuł, kiedy Adam zadzwonił do niego i opowiedział, co się stało. Pierwsza myśl, jaka pojawiła się w jego głowie, to ta, czy Anna jest cała i zdrowa. Gdyby coś jej się stało, Janet skończyłaby gorzej.

Victor zmarszczył brwi, bo nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

- Co? - wykrztusił.

- Dlaczego Anna zniknęła? Aż tak, że nigdzie nie można jej odnaleźć? Przecież wiedziała, że z ojcem jest wszystko w porządku. Czego się wystraszyła? - pytał dalej Nicolas, nieświadomy furii, jaka rosła w jego bracie.

- Czy ty się na pewno dobrze czujesz, Niki? - rzucił w końcu Victor. - Czy ty się na pewno dobrze czujesz? - powtórzył dobitnie.

Kiedy nie usłyszał odpowiedzi, kontynuował:

- Ty myślisz, że Anna wyjechała, bo przestraszyła się tego, co wydarzyło się w willi?

Nicolas milczał, a to jeszcze bardziej podniosło ciśnienie Victorowi. Niemalże doskoczył do brata, złapał za poły jego marynarki i z jakąś dziwną siłą podniósł go z krzesła i przyszpilił do szklanej ściany biura. Brak reakcji ze strony młodszego z Blacków rozpalił w nim najniebezpieczniejsze emocje.

- Czy ty masz pojęcie, co ty właściwie pieprzysz?! - syknął Victor, przyciskając mocniej brata. - Nie mów, że nigdy nie widziałeś tych zakochanych oczu i tego, jak łagodniała przy tobie. Nie mów, że nie zauważyłeś, jak promieniała na twój widok. Jedyna kobieta w twoim życiu, która patrząc na ciebie, wiedziała, że gdzieś pod tą durną maską jesteś kimś innym, prawdziwym Nicolasem Blackiem. Mało tego! Chciała cię takiego, z pojebaną podwójną tożsamością, ze wszystkimi twoimi zaletami i wadami. Ale ty się wystraszyłeś i spieprzyłeś jej życie, swoje i nas wszystkich, bo teraz nie wiemy, gdzie jest. Jesteś tchórzem, Niki! Nie będziesz jej wart, póki nie zrozumiesz, że życie opiera się na uczuciach, a nie na pierdolonych kalkulacjach!

Mówiąc to, patrzył prosto w oczy Nicolasa i cholernie zaniepokoił go fakt, że kompletnie nic w nich nie zauważył. Żalu, smutku, zaciekawienia, strachu. Nic. Jakby jego brata w tej chwili z nim nie było.