1
Anna trzęsła się z zimna, bo temperatura tutaj była zdecydowanie niższa niż w Alover. Miasto rządziło się swoimi prawami i nawet sroga zima, jak w tym roku, musiała ulec lampom drogowym, wystawom sklepowym, samochodom i domom, które nieświadomie ogrzewały swoje otoczenie. A tutaj? Tutaj jedynie ta cała masa drzew wokół niej mogła jakoś ocieplić atmosferę. Marne szanse.
Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że zrobiła taką głupotę i w przypływie kretyńskich emocji powiedziała konduktorowi, żeby wypisał bilet do docelowej miejscowości. Trochę go zdziwiła ta prośba i zapytał, czy jest pewna swojej decyzji. Gdy stanowczo potwierdziła, pokręcił głową z niedowierzaniem i naskrobał coś na blankiecie. Nawet nie spojrzała, co tam napisał, kiedy podał jej bilet. Dopiero gdy monitor w przedziale oznajmił, że zbliżają się do ostatniej stacji o nazwie Carlise, zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Gdzie to w ogóle było?! Momentalnie przed oczami przemknęły jej chyba wszystkie lekcje geografii, ale i to w niczym nie pomogło. Na dobrą sprawę nie wiedziała nawet, który kierunek świata wybrał dla niej los. Dowiedziała się, kiedy krajobraz za oknem zmieniał się z pagórkowatego na górzysty, aż w końcu na bardzo górzysty. Okazało się to jednak bez znaczenia, bo wysiadła na stacji znajdującej się pośrodku niczego i myślała o wyrazie twarzy, jaki Victor zrobiłby, gdyby tylko dowiedział się, gdzie wylądowała.
Victor... A Nicolas? Czy myślał o niej? Czy w ogóle ktoś zauważył, że zniknęła? Teraz już na pewno. Wyrzucała sobie, że spaprała reszcie sylwestra i powitanie nowego roku. Może nie tylko ona. Janet miała w tym znaczny udział. Anna potrząsnęła głową, próbując wyrzucić z niej obraz przyjaciółki Karen z nożem w ręku startującej do Arthura. Anna w życiu się tak nie czuła. Bała się, to fakt. Ale z drugiej strony chciała ochronić pana Blacka najlepiej, jak tylko potrafiła, wiedziała, że jest ważny dla rodziny. Zwłaszcza dla Nicolasa. Z głośnym westchnieniem stwierdziła, że o czymkolwiek pomyśli, to zawsze obraz jego postaci będzie się czaił gdzieś niedaleko. Wszystko kojarzyło się z nim. Zakochanie to dziwny stan i wtedy nawet w najmniej odpowiednim momencie umysł płata figle i można poczuć zapach ukochanej osoby albo zobaczyć jej uśmiech na zupełnie obcej twarzy.
***
Poranek był mroźny i Anna stwierdziła, że przebywanie na stacji w takich warunkach groziło poważnymi odmrożeniami. Bardzo chciała tego uniknąć. I, choć pragnęła zostać ze swoimi myślami sam na sam, nos i palce dawały znać, że zaraz odpadną. Wstała z drewnianej ławki i otrzepała spodnie ze starej łuszczącej się farby. Teraz najchętniej napiłaby się gorącej czekolady, ale jakim cudem znajdzie cokolwiek w temperaturze innej niż minus piętnaście stopni, pozostawało dla niej zagadką.
Musiała przyznać, że okolica była piękna. Mała, drewniana stacja kolejowa mieściła się u podnóża wielkich, skalistych gór porośniętych iglastymi drzewami. Tory kończyły się przy stacji, ale z drugiej strony - tej, z której przyjechała Anna - ginęły w lesie. Zaczynała wątpić, czy spotka tu jakąś formę życia w postaci człowieka, ale nie chciała tracić nadziei. Zrozumiała, że następny pociąg może pojawić się równie dobrze jutro, co za tydzień. Anna złapała za klamkę drzwi wejściowych i wcale się nie zdziwiła, że były zamknięte. Kto normalny siedziałby tutaj w pierwszy dzień nowego roku? Kto w ogóle by tu siedział? Odwróciła się, żeby pójść w drugą stronę, i wtedy zobaczyła, że jakaś sylwetka wyłania się zza budyneczku stacji.
I był to nie byle kto. Wysoki, postawny, około pięćdziesiątki, całkiem przystojny mężczyzna. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że w ręku trzymał chyba największą siekierę, jaką kiedykolwiek widziała, a na jego ramieniu wisiała dubeltówka.
- O żeż w mordę! - zawołała Anna i cofnęła się o dwa kroki.
Jej i tak duże oczy zrobiły się jeszcze większe, gdy zobaczyła, że mężczyzna był równie zszokowany jej widokiem w tym miejscu, jak ona tym, że posiadał broń.
Uzbrojony i zaskoczony - to nie najlepsze połączenie.
- Tylko spokojnie. Nic ci nie zrobię. - Mężczyzna, nie spuszczając z niej wzroku, odłożył siekierę i zdjął z ramienia strzelbę.
Anna nie mogła w to uwierzyć. Najpierw Janet z nożem, teraz ten facet z siekierą. Co za zbieg okoliczności! Niesamowite!
Chyba zaraz oszaleję - pomyślała.
- Czy wszystko w porządku? Skąd się tutaj wzięłaś? Czekasz na kogoś? - pytał szybko.
- Powoli. - Odetchnęła.
Mężczyzna chyba nie chciał jej nic zrobić i nawet wyczuła w jego głosie troskę.
- Jesteś zmarznięta. Mam w samochodzie koc, przyniosę ci - zaoferował.
A jeśli ktoś jeszcze z nim jest? Jeśli wróci z kimś i coś jej zrobią? Zgwałcą, zamordują, poćwiartują? Czy może mieć jeszcze na to jakikolwiek wpływ?
- N-nie - odezwała się niepewnie. - Czy może mi pan pokazać drogę do jakiejś cywilizacji?
Mężczyzna jeszcze przez moment analizował zachowanie Anny, po czym uśmiechnął się szeroko.
- Czy ty w ogóle masz pojęcie, gdzie jesteś? - zapytał.
- Nie - odparła od razu, czerwieniąc się ze wstydu.
Zachichotał nagle i podniósł siekierę oraz dubeltówkę. Anna wstrzymała oddech.
- Spokojnie, gdybym chciał ci coś zrobić, już dawno bym to zrobił. Przecież jesteśmy tu sami - powiedział. - Chodź, wracam do domu, to podwiozę cię do cywilizacji - zaakcentował ostatnie słowo.
Podwiezie? Anna przełknęła ślinę i zastanowiła się, czy może tak po prostu wsiąść do samochodu z zupełnie obcym facetem. Tylko nie bardzo wiedziała, czy miała jakieś inne wyjście. Nie wiedziała, gdzie była; nie wiedziała, co miała ze sobą zrobić; nie wiedziała, dokąd iść.
- Ostatnio zostałam zdiagnozowana i mam HIV - wypaliła nagle.
Mężczyzna spojrzał na nią i przez chwilę nawet jej wierzył. Jednak kiedy dostrzegł, jak Anna się trzęsie i jaka jest przestraszona, zrozumiał, że kłamie, by się ratować. Pomyślał, że musiało spotkać ją coś niedobrego. Ta dziewczyna na pewno nie przyjechała z prowincji, ale była biedna jak mysz kościelna. W dodatku nie wie, gdzie się znalazła. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przyjechałby tutaj pociągiem. Turyści najczęściej korzystali z prywatnego lotniska.
- Ta, jasne. Mogłabyś być moją córką. Palcem cię nie tknę. Jak masz na imię? - zapytał swoim chropowatym głosem.
- Anna - odparła po kilkunastu sekundach. - A pan?
- Jack. I tak masz do mnie mówić. Rozumiemy się? - rzucił, a ona aż się wzdrygnęła, słysząc jego stanowczy ton.
Zachichotał i pokręcił głową.
- Chodź, dziewczyno z HIV. - Westchnął.
Podążyła za nim, mając nadzieję, że może tym razem los się odmieni. Rok temu myślała tak, wysiadając w Alover. I bam!, pojawił się Nicolas Black, który zakręcił jej życiem jak ruletką. Wychodząc zza budynku, Anna dostrzegła pokiereszowane auto. Samochód Jacka to stary defender, który z pewnością niejedno przeszedł razem ze swoim właścicielem.
- Wybacz bałagan, ale rzadko ktoś ze mną jeździ, a mnie on nie przeszkadza. Auto mojej żony wygląda bardziej reprezentatywnie - dodał, otwierając drzwi dziewczynie.
Znów się trochę zawahała, ale wsiadła. Faktycznie, w środku panował, delikatnie ujmując, nieład. Podziękowała skinieniem głowy i zajęła miejsce pasażera. Jack rzucił na pakę dubeltówkę i siekierę i zasiadł za kierownicą.
- Czy to konieczne? - zapytała.
- Co? - Spojrzał na nią.
- Broń i siekiera.
- Roi się tutaj od wilków, niedźwiedzi i tym podobnych. A ja po pracy chcę wrócić do domu - odparł, przekręcając kluczyk.
- A czym pan... Czym się zajmujesz? - poprawiła się.
- Jestem drwalem - odparł.
Drwalem. Przez całe swoje życie nie poznała żadnego drwala. A tu niedawno Patricka i teraz Jacka. Pomyślała, że to byłby nawet tak zabawny zbieg okoliczności, gdyby Jack znał Patricka, że aż niemożliwy.
Jechali kamienistą, krętą drogą lekko w dół, ciągle w lesie i Anna była wdzięczna, że wsiadła do jego samochodu. Zanim dotarłaby do tej drogi, zostałaby zjedzona przez cokolwiek, co wyszłoby z lasu i miało kły. Las powoli się przerzedzał i nagle oczom Anny ukazała się dolina, oświetlona słońcem, ale definitywnie ucywilizowana. I to jeszcze jak! Domy wznosiły się na różnych wysokościach, miały różne wielkości, ale przeważały te małe i typowo górskie. Największe z nich uznała za hotele lub pensjonaty. Z wysokości, na jakiej się znaleźli, widziała również plac w środkowej części miasta i mały ratusz.
- Podoba się? - zapytał Jack.
- Jest pięknie - odparła cicho, jakby bała się zepsuć panującą tu atmosferę.
Już widziała drogę do miasteczka, ale nagle Jack skręcił w lewo. Anna zaczęła lekko panikować, lecz niespodziewanie wśród drzew zobaczyła piękny, stojący na wzniesieniu dom, z kamiennymi fundamentami, drewnianą fasadą i gontem na dachu. Kiedy mężczyzna zatrzymał samochód, Anna zobaczyła, że stąd rozciąga się piękny widok na dolinę.
- Tu mieszkasz? - zapytała zdziwiona.
- A myślałaś, że w szałasie?
Zachichotała, po raz pierwszy od przyjazdu czując, że może się trochę rozluźnić. Trochę, bo nie wiedziała, co czeka ją w środku. Jack otworzył drzwi i zawołał:
- Hej, Hannah! Zobacz, kogo znalazłem.
- Jack! Jeżeli znowu przywiozłeś jakieś zagubione zwierzę, to przysięgam, że tym razem na pewno wydrapię ci oczy. - Anna słyszała stanowczy głos kobiety i szybie kroki, dochodzące z tylnej części domu.
Dziewczyna nie miała nawet zbyt wiele czasu, żeby rozejrzeć się dookoła, bo zobaczyła wysoką i bardzo zgrabną kobietę w wieku Jacka.
- O... Och... - Kobieta zatrzymała się trochę zdziwiona. - Tym razem przywiozłeś coś, co porusza się na dwóch nogach. Skąd się tu wzięłaś, kochanie?
- To Anna. Wyobraź sobie, że znalazłem ją na ostatniej stacji, kiedy pojechałem sprawdzić, czy niedźwiedzie nie narozrabiały - mówił Jack, zdejmując kurtkę.
- Na ostatniej stacji?! - zawołała kobieta. - Matko kochana!
Anna miała ochotę przewrócić oczami. Co jest nie tak z miejscem, w którym wysiadła? Po co pociąg w ogóle tam dojeżdża? Hannah, widząc zakłopotanie na twarzy dziewczyny, pospieszyła z wyjaśnieniem.
- Od lat nikt tam nie wysiada. Wszyscy wysiadają na stacji w miasteczku albo przylatują helikopterami lub czarterami.
Powietrzny środek transportu nie dotyczył Anny, ale gdy usłyszała o stacji w miasteczku, mało nie zemdlała.
- Czyli mogłam wysiąść wcześniej i nie musiałabym siedzieć tam na górze tyle godzin? - rzuciła z niedowierzaniem.
- No oczywiście! Nie zauważyłaś, że pociąg zatrzymał się w Carlise?
- Musiałam się zdrzemnąć. - Anna spojrzała na Jacka.
Gdyby on nie przyjechał sprawdzić - cokolwiek tam sprawdzał - to kto wie czy Anna doczekałaby następnego poranka. Przecież nawet nie wiedziała, dokąd iść. Być może nie trafiłaby na drogę. Być może...
- Nieważne już, Anno. - Hannah objęła dziewczynę ramieniem, nie chcąc, żeby wpadła w jeszcze gorszy stan niż ten, w którym się znajdowała. - Na szczęście mój mąż jest obsesyjnie zakochany w tej stacji i co jakiś czas sprawdza, czy wszystko tam gra, mimo iż nikt już z niej nie korzysta. A teraz chodź, napijesz się gorącej czekolady i zjesz z nami śniadanie, a jeśli będziesz chciała, to trochę nam o sobie opowiesz - mówiła spokojnie kobieta.
Anna spojrzała na nią kątem oka, jednak była spragniona i głodna, dlatego nawet nie zamierzała się z nikim spierać.