Ośrodek dla Uchodźców Sandholm, Birker?d, Dania
Pomalowane na piaskowy kolor mury i glazurowana dachówka sprawiały, że budynek przypominał typową wiejską posiadłość, która lśniła w zimnym świetle księżyca. Jednak ostateczne wrażenie zakłócały duże szyldy z jednoznacznymi nakazami oraz czerwone światło sygnalizacyjne, które niespecjalnie pozwalało poczuć się tu mile widzianym.
Przed kutą żelazną bramą stały na jałowym biegu dwa wozy policyjne. Szyldy ostrzegawcze oraz żółte i czarne kolory sygnalizowały, że teren był poligonem wojskowym.
Tego późnego popołudnia zapadł już prawie zmrok. Jakiś mężczyzna zbliżał się wolnym krokiem do bramy. Na głowie miał czapkę z logo Czerwonego Krzyża. Większość jego twarzy skrywał cień. Rozpiął zamek puchowej kurtki, spod której wystawała czerwona kamizelka. Uśmiechnął się do funkcjonariusza, który natychmiast opuścił szybę w samochodzie i po obejrzeniu dowodu osobistego skinął na znak, że mężczyzna może przejść przez bramę.
- Gdzie odbywają się badania lekarskie? - zapytała po angielsku kobieta o imieniu Mouna. Była odziana w długą powłóczystą szatę, a jej głowę okrywała chusta. Miała bladą twarz.
- Tam dalej, w baraku, na wprost głównego wyjścia z budynku - odparła pracownica ośrodka z uprzejmym uśmiechem. Spojrzała na ręczny zegarek.
- Mam nadzieję, że lekarz jeszcze nie wyszedł... czas wieczornych przyjęć już minął, ale zazwyczaj zostają po godzinach...
Mouna z trudem wstała z krzesła. W tej samej chwili rozszarpujący ból przeszył jej podbrzusze i musiała ponownie usiąść.
- Poczekaj, odprowadzę cię. Chcesz czegoś zimnego do picia?
Mona skinęła potakująco głową, gdy kolejny skurcz wypełnił jej podbrzusze, jakby ktoś uderzył w nie zaciśniętą pięścią z miażdżącą siłą.
Pracownica ośrodka wróciła z wodą i odkręciła nakrętkę butelki.
Mouna upiła łyk.
Ponownie wstała. Potem zaczęły się wolno przemieszczać po błyszczącej posadzce, a gdy pracownica otworzyła drzwi, powiał tak silny wiatr, że chusta Mouny załopotała na wietrze.
- To już niedaleko - zapewniła pracownica.
Minęły wąską asfaltową drogę, a potem pracownica ośrodka otworzyła przeszklone drzwi prowadzące do poczekalni.
- Usiądź tutaj i poczekaj, a ja w tym czasie sprawdzę, czy ktoś nadal tu jest... i czy cię przyjmie... W przeciwnym wypadku będziemy musiały skontaktować się z lekarzem dyżurnym.
- Dziękuję - wyszeptała Mouna, wchodząc do środka, po czym przysiadła na krześle. Kręciło jej się w głowie.
Po chwili pracownica wróciła, informując ją, że lekarz ją przyjmie za kwadrans.
Poczekalnia była niewielka i wypełniało ją duszne powietrze. Ból nieco ustąpił, ale wiedziała, że potrafił zaatakować znienacka. Wstała i skierowała się do łazienki, aby przemyć twarz zimną wodą. Osuszyła twarz papierowym ręcznikiem i poprawiła chustę. Miała duże, ciemne oczy, obwiedzione czarną kredką, która podkreślała zmęczenie.
Nadal miała ładną twarz, choć ucieczka przez Europę pozostawiła na niej wyraźne ślady. W jej świadomości zachowały się obrazy z tej wyprawy. Przypomniała sobie to klaustrofobiczne uczucie, które dopadło ją w przepełnionej ludźmi ładowni łodzi. Gdy w końcu dotarli na ląd, ujrzała na brzegu liczne zwłoki, opłukiwane falami jak jakieś kolorowe ryby. Kolejny etap podróży odbywali w zamkniętej ciężarówce do przewożenia trzody chlewnej, jakby nie byli lepsi od świń. Nawet nie wyczyszczono samochodu, w którym znajdowały się odchody tych i tak przecież nieczystych zwierząt.
Bóle w podbrzuszu zaczęły się już na terenie Niemiec i przybierały na sile do poziomu, który sprawiał, że zaczynała odchodzić od zmysłów. Podróżowała razem ze swoim wujkiem Hassanem i jego małym synkiem. W Niemczech zostali rozdzieleni. Przemytnicy stwierdzili, że kobiety i mężczyźni nie mogą podróżować razem.
Marzenie o nowej, lepszej przyszłości zostało zniszczone w tej jednej chwili. Wujek obiecał pomóc w sprowadzeniu jej narzeczonego do Danii. Miał odpowiednie znajomości i potrafił zdobyć tę zawrotną sumę, której domagali się przemytnicy. Obraz narzeczonego - oczu Aylana o długich, podwijających się rzęsach - przewinął się jej przed oczami. Emocjonalny ból zaczął konkurować z tym w podbrzuszu tak mocno, że musiała na chwilę zwinąć się w kłębek.
Gdy wróciła do poczekalni, poczuła powiew ożywczego, lodowatego powietrza. Ktoś otworzył okno i ostry zapach mrozu uderzył w nią niczym lodowy mur. Tu, w Danii, było zimno jak w lodówce. Nie miała pojęcia, jak ludzie potrafili wytrzymywać takie zimno i ciemność.
- Proszę wejść - zabrzmiało zza drzwi prowadzących do gabinetu lekarskiego.
W drzwiach stanął lekarz, uśmiechając się do niej. Przez szyję miał przewieszony nonszalancko stetoskop.
- Masz na imię Mouna, prawda? Rozumiesz po angielsku?
Potaknęła, a potem skurczyła się z bólu, gdy kolejna seria bolesnego kłucia przeszyła jej ciało.
- Usiądź tutaj. - Wskazał jej krzesło, które miała zająć.
- Okropnie boli mnie podbrzusze.
- Masz krwawienia?
- Tak.
- Czy miesiączki są regularne?
Pokręciła przecząco głową.
- Hm - odparł z namysłem lekarz, wpatrując się w nią. Nosił okulary o grubych szkłach i wyglądało, jakby jego oczy odbijały się w szklanych refleksach.
- Muszę zbadać twój mocz, aby ustalić, czy nie jesteś w ciąży.
Podał jej niewielki plastikowy pojemnik.
- Wiesz, gdzie jest toaleta?
Potaknęła.
Po pewnym czasie wróciła do gabinetu.