1Crain
Egzorcyści/klasy
Poziom IV: monstra
Łowcy
Łowców szkoli się intensywnie w walce wręcz i z bronią. Oczekuje się od nich przede wszystkim zwinności, szybkich reakcji, brutalnej siły i wytrzymałości. Jeżeli zachodzi taka potrzeba, łowcy stają do walki także z powracającymi (w tym wypadku potrzebna jest specjalizacja na trzecim roku). Wyruszają w teren, by tropić i chwytać potwory. Wówczas liczą się przede wszystkim zwinność i spryt, a także szeroka wiedza i umiejętność stawiania pułapek. Łowcy są niezbędni i najbardziej powszechni. Uchodzą za specjalistów od brudnej roboty i najczęściej pracują w parach.
Dwadzieścia lat wcześniej
Niania Gertruda potrafiła otulić go kołdrą tak mocno, że nie był w stanie zaczerpnąć tchu. Chwytała ją za oba końce i z przerażającym impetem wciskała je pod materac, aż tkanina naciągała się do tego stopnia, że odcinała Crainowi powietrze. Z braku dopływu krwi stopy łaskotały nieprzyjemnie. Z taką siłą przywiązywała go do łóżka, że nie był w stanie potrzeć jedną stopą o drugą, by rozproszyć zimno. Nawet ręce nikły pod kołdrą. Z trudem udawało mu się poruszyć głową. Leżał zablokowany na plecach z językiem odrętwiałym od ostrego płynu do płukania ust. Za każdym razem robiło mu się po nim niedobrze. Wpatrywał się w sufit. Ochrypły głos niani Gertrudy niósł się po całym pokoju.
- Przeklęte drzewo. Ile razy ci mówiłam, że nie wolno się na nie wspinać? Dziesiątki! Ma ponad sto lat, to oczywiste, że niektóre konary są spróchniałe. Twój ojciec przyzna mi rację. Jutro będziemy musieli je ściąć. Jeszcze, nie daj Boże, mógłbyś skręcić sobie kark. Co cię podkusiło, żeby wspinać się na sam wierzchołek?
Crain co prawda nie sądził, by rzeczywiście oczekiwała odpowiedzi na to pytanie, ale mimo to otworzył usta i wyjaśnił:
- Po prostu chciałem się przekonać, czy tam na górze naprawdę mieszkają elfy. Falco mówił, że to one kołyszą liśćmi i...
Nie zdążył dokończyć tego zdania.
Niania Gertruda żachnęła się, przez co jej długi, zakrzywiony nos wydawał się jeszcze większy, i upchnęła kołdrę tak mocno, że na chwilę odcięła Crainowi dopływ powietrza.
- Żadne kłamstwo tego świata nie jest warte, by z jego powodu łamać sobie kości. Przestań marzyć. Twój ojciec nigdy taki nie był. Zawsze wiedział, co trzeba robić, i nigdy nie marnował czasu na bzdury. Niby jak ma wyrosnąć z ciebie nowy Intendent, skoro wierzysz w bajki? - narzekała.
Crain milczał. Bezpieczniej było nie odpowiadać.
- Crain, pewnego dnia będziesz bardzo potężnym człowiekiem. Ale do tego czasu musisz się jeszcze sporo nauczyć. A twoim zadaniem nie jest polowanie na elfy, tylko na potwory pod łóżkiem.
Wzdrygnął się. Mimo bólu szyi chciał odwrócić głowę, byle tylko uniknąć wzroku niani Gertrudy. Jego zdaniem wyglądała jak czarownica.
Musiała być bardzo stara. W mdłym świetle jej zmarszczki przypominały kratery, oczy kryły się głęboko w oczodołach, pod cienką skórą gromadziły się żyły. Miała krzywy nos, długie siwe włosy upinała w gigantyczny kok z tyłu głowy, jej palce wydawały się twarde i szorstkie, ilekroć go dotykała. Crain tego nienawidził. Ale ojciec stwierdził, że niania Gertruda wie najlepiej, jak postępować z małymi rozpuszczonymi chłopcami, by zrobić z nich prawdziwych mężczyzn.
Co do tego akurat Crain wcale nie miał pewności, czy w ogóle chce kiedykolwiek zostać mężczyzną, jeżeli to oznacza bycie takim jak ojciec.
- Poza tym twoja mama jest w ciąży, wiadomo, że ma ważniejsze sprawy na głowie niż martwienie się o ciebie. - Niania Gertruda mlasnęła językiem i zabrzmiało to tak, jakby tym samym rozszczepiała powietrze.
Craina swędział nos. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie, które rozlewało się aż do nasady, ale po pierwsze, nie mógł się poruszyć, po drugie, nie wolno mu było wyciągnąć ręki spod kołdry, póki niania Gertruda nie wyjdzie z pokoju. Dlatego tylko zacisnął powieki w nadziei, że wkrótce wyjdzie. Chciał zostać sam. Jednocześnie panicznie bał się, co się stanie, gdy zgaśnie niewielka lampka przy drzwiach i zostanie całkiem sam w pokoju o sklepieniu tak wysokim, że głosy niosły się tu echem. Serce waliło mu zdecydowanie zbyt szybko, słowa niani Gertrudy zachodziły za skórę, gdy krytykowała wszystko, co robił. Tego wieczora w ramach kary za brudne paznokcie obcięła mu je tak krótko, że bolały go wszystkie palce.
W końcu usłyszał zbawienne słowa.
- Dobranoc, Crain!
- Nianiu? - zaczął. Jego głos wydawał się zbyt cichy i słaby w tym pomieszczeniu. Starucha zawisła nad nim jak duch i przyglądała mu się oczami, które wyglądały, jakby pochłaniały światło. Jakby przepełniała je nieskończona ciemność.
- Tak, młody Paracelsusie?
Crain przygryzł dolną wargę, ale strach drażnił mu skórę jak piżama, której chciał się pozbyć.
- Nianiu Gertrudo, mogłabyś zajrzeć pod łóżko? - Te słowa wymknęły mu się, zanim zdążył je powstrzymać. Miał wrażenie, że starucha przygląda mu się oczami czarnymi jak węgle.
- Niby dlaczego miałabym to zrobić? - spytała, chociaż doskonale znała odpowiedź.
Od tej chwili powinien trzymać język za zębami, zamknąć oczy i otworzyć je, dopiero gdy słońce przeniknie przez zdecydowanie zbyt grube zasłony. Zamiast tego powiedział jednak:
- Z powodu potwora pod moim łóżkiem.
Gdy wyrwały mu się te słowa, od razu poczuł, jak narasta w nim wstyd. Tymczasem niania Gertruda jedynie obserwowała go z góry. Zmarszczki zdawały się pogłębiać, skóra prawie odchodzić od kości, jakby lada moment miała spłynąć na niego niczym roztopiony wosk.
- Ależ Crain - skarciła go i pochyliła się, tak że otoczył go jej nieprzyjemny, kwaśny oddech. - Nazywasz się Paracelsus i jesteś na tyle duży, że sam możesz zabić potwora pod łóżkiem. Póki tego nie zrobisz, jesteś skazany na jego towarzystwo.
Uśmiechnęła się i położyła coś na posłaniu obok niego.
Różaniec. Czarne paciorki były wytarte. Jego koniec zdobił nie krzyż, lecz dziwny symbol, który kojarzył się Crainowi z czaszką kruka. Czuł, jak oczy zachodzą mu łzami. Przełknął je jednak. Jeżeli się rozpłacze, tylko wszystko pogorszy.
- Dobranoc - powtórzyła niania Gertruda, odwróciła się i wyszła z pokoju, a deski pod jej stopami skrzypiały jak stare kości. W następnej chwili zgasło światło i Crain został w ciemności sam.
Zaparło mu dech w piersiach, gdy ciężar zalegał mu na żołądku jak kamień. Jego dłonie i stopy były lodowate, powieki zaciskał najmocniej, jak to możliwe, i miał nadzieję, że sen zabierze go szybciej niż potwór spod łóżka.
Otaczała go cisza. W takich momentach jego rodzinny dom wydawał się zdecydowanie zbyt wielki, pusty, nieskończony. Żałował, że nie ma już z nim pana misia, ale niania Gertruda zabrała mu pluszaka, gdy skończył sześć lat. Najwyższy czas dorosnąć, powiedziała wtedy. Od tej chwili zaczyna się prawdziwe życie. Crain wsłuchiwał się w trzaski sklepienia. Wiatr na dworze przypominał ciche zawodzenie. Konar potężnego kasztanowca, z którego spadł tego popołudnia, uderzał o szybę. Brzmiało to niemal tak, jakby duchy uderzały palcami o zaśniedziałe zmatowiałe szkło, żeby jakoś dostać się do środka.
Z drżeniem, najbardziej, jak to możliwe, wtulił się w poduszkę. Z nadzieją, że pierze go pochłonie - odetnie świat zewnętrzny. Bez słów modlił się, by dzisiaj było spokojnie. I czasami naprawdę tak było.
Usłyszał to, kiedy zmęczenie zdawało się brać górę nad strachem. Kto inny być może wziąłby to za kolejny szept wiatru, uwięzionego wśród gałęzi. Niewiele więcej niż szelest, niemal westchnienie. Trzeba było wytężyć uszy, by to usłyszeć. Oddech. Dobiegał spod jego łóżka.
Crain stłumił szloch, choć ciągle liczył, że to po prostu sobie pójdzie.
I czasami naprawdę tak było.
Czasami to coś po prostu leżało pod jego łóżkiem i oddychało głośno.
Czasami.
Ale nie dziś.
W następnej chwili to poczuł. Coś na materacu. Jakiś ruch na kołdrze w okolicach jego stóp.
Strach go paraliżował, gdy zerkał w tamtą stronę spomiędzy rzęs. Po jego łóżku wędrowała zdecydowanie zbyt długa ręka. Obciągnięta skórą białą jak u martwej ryby, naznaczoną ciemnymi żyłami. Także palce wydawały się zbyt długie. Jakby miały więcej kości, niż powinny. Wieńczyły je długie zakrzywione szpony, które w tej sekundzie wbijały się w jego kołdrę.
Oddech stawał się coraz głośniejszy. Bardziej wygłodniały. Coś kapało na posadzkę i Crain wiedział, że to ślina spływająca z ust potwora.
Strach przepełniał całe jego ciało. Mięśnie dygotały mu niekontrolowanie, chciały zmusić go do ucieczki, ale niania Gertruda praktycznie przywiązała go do łóżka. Nie mógł nic zrobić, mógł jedynie z rosnącym przerażeniem obserwować, jak spod łóżka wyłania się druga ręka. Powoli, spokojnie, zdecydowanie zbyt długo. Przypominała odnóże pająka, którego łokcie wyginają się na wszystkie strony.
Również i druga ręka chwyciła się kołdry z cichym szelestem. Niczym gryzoń, którego ogon utkwił w pułapce, Crain obserwował, jak z cienia wynurza się łysa czaszka. Kawałek po kawałku wyłania się spod łóżka i przygląda mu się martwymi czarnymi oczami, rozchyla usta w zdecydowanie zbyt szerokim uśmiechu. Ten potwór zawsze się uśmiechał. Pozbawione warg kąciki zdawały się sięgać od ucha do ucha.
Crain wpatrywał się w potwora. Jak niemal każdej nocy, odkąd sięgał pamięcią. Strach przeradzał się w coś dziwnego. Był tak intensywny, że wnikał w jego kości, sprawiał, że cały stawał się ciężki niczym odlany z betonu. Potwór zamruczał i Crain poczuł, jak coś mokrego i ciepłego spływa wzdłuż jego nóg, wsiąka w materac.
Następnego ranka niania go ukarze. Nie kryła, co myśli o tym, że Crain ciągle jeszcze moczy się w nocy. Z rozżaleniem w głosie opowiadała o tym każdemu, by zaraz dodać, że sama już nie wie, co zrobić z tym chłopakiem.
Rano będzie się z tego powodu wstydził. W tej chwili jednak czuł tylko ciepły strumień, który zmiękczał materac pod nim, moczył mu spodnie od piżamy, a ostry zapach mieszał się z posmakiem strachu w jego ustach.
Potwór milczał. Jak zawsze. Crainowi wydawało się, że przychodzi do niego z koszmaru sennego, który stał się jawą. Cała reszta jego ciała także była trupio blada. Monstrum garbiło się, a mimo to widział, jak bardzo jest wychudzone - mógł dostrzec każde żebro, każdy kręg na kręgosłupie.
Stwór jak pająk wdrapał się na łóżko Craina i pochylił nad nim. Chłopiec widział przed sobą jego głowę. Łysą, nagą, zdeformowaną. Chociaż monstrum było ogromne, Crain ledwie wyczuwał jego ciężar. Jakby stworzenie było wewnątrz puste. Jakby składało się z samych kości i mroku, które opinała skóra.
Crain już rozchylał usta, by krzyknąć. Wyobrażał sobie, że ojciec biegnie do pokoju, by go ocalić. Miał nadzieję, że matka weźmie go w ramiona i będzie kołysała tak długo, aż strach w końcu ustąpi. Ale nic takiego się nie stało. Nikt nie pośpieszył mu na ratunek.
I dlatego krzyk utkwił mu w gardle, a bezradność zagłuszała myśli. Kąciki ust potwora rozciągnęły się jeszcze bardziej. Z jednego z nich spływała struga gęstej śliny, opadła na czoło Craina, leniwie skapywała dalej. Gdyby do tej pory się nie zmoczył, z pewnością nastąpiłoby to teraz.
Stwór pochylił się nad nim i rozdziawił paszczę, demonstrując przepastną głębię. Długi rozwidlony język wystrzelił na zewnątrz, dotykając skóry Craina. Szorstki niczym język kota. Chłopiec jęknął i ten odgłos niósł się zdecydowanie zbyt donośnym echem po wielkim, pustym pokoju dziecięcym. Monstrum lodowatymi dłońmi ujęło jego twarz, żeby go unieruchomić, a potem przesunęło językiem po jego ustach, jakby chciało posmakować jego głosu.
Crain zawył. Wysoko, piskliwie. Prawie jak umierające zwierzę.
Skrawkiem świadomości wyczuł nieprzyjemne łaskotanie. Jakby nacisk, jakby ssanie. Potwór sycił się jego strachem, potęgował go i zarazem najadał się nim do syta.
W płucach brakowało mu powietrza. Crain zaniósł się kaszlem. Przed oczami tańczyły mu ciemne plamy.
Chłopiec wpatrywał się w paszczę stwora. Był krok od utraty przytomności, ale wtedy w jego umyśle zrodziła się myśl, ostra jak igła. Myśl, która nie zjawiła się wcześniej.
Nikt nie wejdzie do jego pokoju, żeby go uratować, bo chcieli zobaczyć jego śmierć.
A on będzie umierał.
Powoli.
Dzień po dniu.
Potwór wysysał z niego życie jak jego ojciec szpik z kurzych udek. A gdy skończy, nie zostanie z niego nic, tylko skóra i kości.
Ojciec nie uratuje go przed potworem spod łóżka, bo nie zasłużył, by żyć, bo nie był prawdziwym pogromcą demonów.
Crain czuł mocz na nodze i wtedy wiedział już na pewno, że nigdy nie zostanie egzorcystą. Nie był taki jak ojciec.
Który o tym wiedział.
I dlatego zostawiał Craina na śmierć.
Noc w noc.
Crain tego nie przeżyje.
Jest na to zbyt słaby.
Myśl o śmierci miała w sobie coś niemal wyzwalającego.
Niosła ulgę.
Zaczął się zastanawiać, co będzie, gdy chwyci potwora za szczęki i po prostu wsunie w nie głowę. Pozwoli, by ten pochłonął go w całości.
Czy będzie bolało?
A może wtedy wreszcie wszystko się skończy?
Strach?
Wrażenie, że nie jest wystarczająco dobry?
Samotność?
Ból. Tyle bólu.
Więc może ten potwór to wcale nie jego przekleństwo, tylko zbawienie.
Strach w jego sercu zgasł jak płomień, zdmuchnięty nieoczekiwanie.
Zirytowane monstrum zastygło w bezruchu. Zamknęło paszczę i spoglądało z góry na chłopca, bez jednego mrugnięcia. W martwych ślepiach Crain widział samego siebie.
Uśmiechnął się. Wszystko będzie dobrze. Jeżeli teraz umrze, już nigdy nie będzie cierpiał.
Demon przechylił głowę. Dziwaczny gest, jak u ptaka. Ponownie wysunął język, dotknął nim policzka Craina. Badał.
Chłopcu wyrwał się cichy jęk.
- Jak... jak się nazywasz?
Chwilę trwało, zanim Crain zorientował się, że sam to powiedział. Do tej pory nigdy nie odzywał się do potwora. Ograniczał się do rozpaczliwych wrzasków i szlochów.
Monstrum wydawało się równie zaskoczone. Cofnęło się jak oparzone. Syknęło odruchowo.
Crain pociągnął nosem. Miał pod nim gile. Poczuł ich słony smak, lecz odezwał się ponownie.
- Masz jakieś imię? Ja... jestem Crain. - Nie do końca udało mu się pozbyć drżenia z głosu, ale uważał, że to ważne, by potwór poznał jego imię, zanim go pożre lub zabierze ze sobą.
Może tylko tak strasznie wygląda. Może wcale nie będzie chciał go zjeść, może po prostu zabierze go ze sobą. Byle dalej stąd. Z tego domu. Od ojca.
Z ekscytacji serce biło mu coraz szybciej, stwór tymczasem cofnął się jak nieśmiały kot.
- Umiesz mówić? - dopytywał Crain.
Stwór schował długie kończyny, zeskoczył z łóżka i zniknął pod nim.
- Poczekaj! - zawołał Crain i wreszcie odzyskał panowanie nad mięśniami. Napiął je, napierał na kołdrę, aż wreszcie jej końce wysunęły się spod materaca. Jego płuca wypełniło powietrze. Tyle powietrza, że nagle zakręciło mu się w głowie. Zamrugał i czarne plamy zniknęły z pola widzenia, a potem zsunął się z łóżka. Podłoga była lodowata, gdy osunął się na brzuch i zajrzał pod posłanie. Do tej pory unikał tego za wszelką cenę.
Jego puls oszalał. Stwór nadal tam był. Jak pająk czepiał się sprężyn. Przyglądał mu się dziwnie przekręconą głową. Syknął, jakby bał się chłopca.
Crain wyciągnął rękę.
Stwór zawahał się, jakby nie do końca wiedział, co zrobić.
- Cześć - zaczął Crain i stłumił odruch, by wydać taki sam dźwięk, jak przy wabieniu płochliwego kota. Stwór wysunął język, jak gdyby badał nim powietrze, a potem wreszcie wyciągnął długą rękę. Crain z wrażenia wstrzymał oddech, kiedy poczuł jej dotyk na opuszkach palców. - Jestem Crain - powtórzył szeptem. Stwór spotęgował uścisk i nagle Crain coś usłyszał. Coś zgrzytliwego, szorstkiego, jakby z głębi wnętrzności, a jednak zrozumiał.
- Ja... jestem Zess.
I tym sposobem Crain Paracelsus dowiedział się, że potwory także mają imiona.
2Leaf
Egzorcyści/klasy
Demony II stopnia
Shintoniści
Shintoniści uchodzą za najlepszych wojowników wśród egzorcystów, ponieważ dysponują nie tylko siłą fizyczną, lecz także potężnym arkanum. W sytuacji opętania ich zadaniem jest demona wygnać, uwięzić lub zabić.
Aby zyskać jeszcze większą moc, składają w ofierze cząstkę siebie.
Do najczęstszych ofiar należą na przykład jeden ze zmysłów, kolor włosów czy pigment skóry. Starsi wiekiem shintoniści często przypominają albinosów.
Ich związek ze światem demonów sprawia, że wyjątkowo łatwo tracą kontrolę.
- Widzę coś, czego ty nie widzisz, i jest to...
- Lore.
- No nie, głuptasku, mnie przecież nie widzisz. To jest...
- Lore!
- Szare!
- Lore, przysięgam na Boga, jeżeli nie przestaniesz, znajdę sposób, żeby uwolnić się z tych kajdan, uduszę cię, a potem będziesz wąchał kwiatki od spodu!
Odpowiedziało mi krótkie, wyraźnie urażone milczenie. Związali nas plecami do siebie. Pośladki pulsowały mi boleśnie od niewygodnego krzesła, na którym tkwiłam, jak się zdawało, całą wieczność. Cała byłam obolała od łańcuchów, którymi oplątali nas jak perwersyjny prezencik w klimacie BDSM.
W udach i ramionach miałam tyle spikes, że czułam się jak poduszeczka na igły. Długie ostre szpikulce, przypominające trochę druty do robótek ręcznych, przebijały moje ciało. Ich zadaniem było utrzymać we mnie potencjalnego demona, jeżeli naprawdę we mnie tkwił.
W tym momencie sama już nie wiedziałam, czy egzorcyści są śmiertelnie przerażeni, czy po prostu niewiarygodnie głupi. Sama już nie wiedziałam, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby im udowodnić, że nie jestem lordą demonów. Nie było we mnie niczego, co mogłoby się ulotnić, ewentualnie poza soczystym bąkiem. Naprawdę zupełnie niepotrzebnie naszpikowali mnie tymi spikes. Ale czy mnie ktoś słucha? W życiu!
- Chodzi o ścianę - oznajmił za moimi plecami Lore. - Westchnęłam. - Jest szara! Czyli sześćdziesiąt do pięciu dla mnie. Nie gniewaj się, ale w tej zabawie naprawdę jesteś do bani.
- Lore, siedzimy w średniowiecznym lochu. Tutaj wszystko jest szare - wycedziłam przez zęby.
- Słucham? Przepraszam bardzo, a zapomniałaś o czerwieni, gdy ten uroczy egzorcysta rozkwasił mi nos? Wtedy wszystko było czerwone!
- Wystarczyłoby nie proponować mu szybkiego numerka, jeżeli nas wypuści.
- Próby ucieczki to moja specjalność. Szansa powodzenia w jednoznacznie dwuznacznych propozycjach wynosi fifty-fifty. Poza tym pomyślałem sobie, że będzie ci miło, jeżeli zaoferuję siebie, a nie twoje wdzięki.
- Tak, to rzeczywiście było bardzo miłe.
- Bo widzisz, ja po prostu taki jestem. Przemiły i niewiarygodnie dobry w zabawie pod tytułem "Widzę coś, czego ty nie". I gdyby tamten egzorcysta przyjął moją propozycję, uratowałby nas mój penis.
- Z całą pewnością.
Ze względu na absurdalność tej sytuacji zachichotaliśmy oboje, a potem oparłam tył głowy o czaszkę Lore i spojrzałam na sufit. Pomalowano go nieco ciemniejszą szarą farbą. Wybiorę go w następnej kolejce.
- Dlaczego jesteś taki spokojny? - Przestałam się już złościć o to, że nie traktował poważnie naszej sytuacji. Teraz po prostu mnie to dziwiło.
Lore poruszył się na krześle.
Jednak to, co po chwili powiedział, było nie tyle zabawne, ile delikatne. Jego głos mnie opływał, jakby gładził moją skórę, i sama już nie wiedziałam, czy był to dotyk przyjaciela, czy kochanka. Może jednego i drugiego. Może żadnego z nich. Lore nie da się zaszufladkować, zmienia się tak szybko, że emocjonalnie byłam jeszcze bardziej zbita z tropu niż wcześniej.
- Wiesz, mordowano mnie na wszelkie możliwe sposoby. Zostałem pobity na śmierć, zadźgany, spalony, rozczłonkowany. Truli mnie, obdzierali ze skóry, krzyżowali. Kiedyś zagłodzili mnie na śmierć. Wiele, naprawdę wiele razy straciłem rozum. Byłem zabijany i sam zabijałem. Czasami byłem dobry, czasami byłem zły, czasami byłem gwiazdą, czasami wynędzniałym biedakiem, który miał do dyspozycji tylko kawałek tektury, na której spał. Moje życie było koszmarne, przerażające, cudowne i oszałamiające. I wiesz co? W którymś momencie traci się strach przed śmiercią. Traci się strach przed bólem. W którymś momencie traci się wszystko. Nawet sens życia. Nieśmiertelność to dziwna sprawa. Co chcę przez to powiedzieć? Że z czasem przyzwyczajamy się do śmierci. Ty także.
Jego słowa zawisły między nami jak echo, trwały między lodowatymi ścianami katakumb w siedzibie nekromantów, w której nas zamknięto.
- Mówisz to, jakbyś był pewien, że jestem nieśmiertelna. A może wcale tak nie jest - zauważyłam. Czułam, że chce zaprotestować. - Gen Q nie zrobił ze mnie lordy demonów, tylko homunkulusa, a teraz demon we mnie rośnie jak guz. Sama nadała sobie imię, Q. O ile mi wiadomo, homunkulusy można zabić. Rozumiem, że jeżeli chodzi o ciebie, jesteś wyluzowany w kwestii tego całego ścięcia, ale ja mam pewne wątpliwości. Koniec końców może się okazać, że jestem tylko powłoką. Nie wiadomo, czym tak naprawdę jest to coś we mnie!
- Może to po prostu ty? Twoja najgorsza, najmroczniejsza cząstka? Czy w tym momencie wolno mi zauważyć, że kręci mnie osobowość wieloraka?
- Nie! Jestem pewna, że nie o to chodzi! Cholera, Lore, czy naprawdę nie możesz potraktować tej sprawy z Q na poważnie?
- Masz rację. Nie wiem, czy gen dał ci nieśmiertelność, a ta cała Q serio mnie wkurza. W życiu o czymś takim nie słyszałem, ale...
Nie usłyszałam, co miało paść po "ale", bo przerwał nam głośny pisk. Jednocześnie podnieśliśmy głowy. Ponieważ dopiero co dali nam trochę wody, może przyszedł czas na małą przekąskę. Umierałam z głodu, przy czym sama nie byłam pewna, czy zaspokoi go kanapka z kiełbasą, czy raczej dusza.
- Leaf? Lore? - Usłyszeliśmy znajomy głos. Z ulgą wypuściłam powietrze z płuc, gdy w wizjerze zobaczyłam parę jasnych oczu.
- Zero? Co ty tu robisz? - dopytywałam, starając się jednocześnie, by w moim głosie nie było słychać drżenia, które odczuwałam na całym ciele.
- Jeden z tutejszych nekromantów był moim dłużnikiem. Pomógł mi wejść, ale obawiam się, że nie mogę długo zostać, bo zaraz mnie wyrzucą. I tak ciągle mnie śledzą. - Słyszeliśmy niespokojne ruchy. Zero mówił tak cicho, że z trudem dawało się rozróżnić poszczególne słowa. - Kombinuję, jak was stąd wyciągnąć.
- Mógłbyś się trochę pośpieszyć z łaski swojej? Dupa mi już zdrętwiała - zauważył Lore.
Zero mruknął coś pod nosem, a potem głośno dodał:
- To naprawdę nie jest takie proste. Akurat w tym momencie wszyscy egzorcyści w całym Londynie marzą tylko o jednym: żeby was zabić.
Ja westchnęłam.
Lore parsknął śmiechem.
- W całym Londynie nie ma bezpieczniejszego miejsca niż te katakumby. Żeby się stąd wydostać, musielibyście wysadzić to wszystko w powietrze, a nie wiem, czy to dobry pomysł - tłumaczył Zero.
- Więc co możemy zrobić, żeby się stąd wydostać? - spytałam znacząco.
- Niemoralna propozycja nie podziałała - zauważył Lore.
- Obawiam się, że chwilowo nie możecie nic, poza tym, że wytrzymacie. - Zero rozwiał moje nadzieje. - Szykują się na ostatnią konkurencję. Egzorcyści planują istne polowanie. W tym momencie Crain jest u Intendenta, żeby załatwić wam trochę czasu. Ja usiłuję znaleźć drogę na zewnątrz. Wy także musicie coś zrobić, żeby to wszystko miało ręce i nogi.
- Co konkretnie? - zapytałam z jeszcze większym naciskiem.
Chwila wahania.
- Może Q mogłaby coś zrobić?
Skrzywiłam się.
- Niestety, to niemożliwe.
- Dlaczego?
- Sama nie wiem. Ona... nie chce wyjść. - Ugryzłam się w język i szukałam w sobie demony. Przez cały ten czas próbowałam wypuścić ją na powierzchnię, uwolnić. Do jasnej cholery, byłam niemal pewna, że akurat ona wydostałaby nas stąd, i chociaż ostatnie, czego chciałam, to krwawa łaźnia i oddanie kontroli tej wariatce, jeszcze mniej uśmiechała mi się myśl, że za kilka godzin będę uciekała po całym Londynie jak spłoszony królik, ścigana przez hordę egzorcystów.
Ale coś było nie tak...
Od zajścia w katakumbach Q milczała. Jej obecność była praktycznie niezauważalna, jakby niemal całkowicie zniknęła z mojego umysłu. Zaledwie wczoraj byłabym zachwycona takim obrotem spraw, teraz jednak znajdowałam się o krok od wybuchu.
Raz jeden jest mi potrzebna, i akurat wtedy za żadne skarby świata nie chce przejąć sterów. Rozjuszona, ugryzłam się w język. Wkurzało mnie, jak bardzo w tej chwili czułam się bezbronna. Jak bardzo bezużyteczna byłam.
Czułam Lore za plecami, jakby oczy uciekły mu do środka głowy, by przewiercać mnie wzrokiem. Z niewiadomego powodu miałam wrażenie, że wie więcej, niż pokazuje.
- No dobra - dotarł do mnie głos Zero. - Na razie siedźcie spokojnie. Z tego, co słyszałem, odwiedzi was jeszcze Gabriella Hall. Ma wydobyć z was przyznanie się do winy.
- Jakiej winy? - zapytałam i nagle zrozumiałam, że coś w zapadłej ciszy bardzo mi się nie podoba.
- Chcą was obarczyć winą za śmierć Tempest i Vane'a. Po konkurencji znaleziono w katakumbach ich zwłoki. Już to wystarczy, by was zabić bez żadnych konsekwencji. Poza tym wszystko wskazuje na to, że Lore włamał się do Akademii i razem ze wspólnikiem zamordował grupę egzorcystów, a do tego porwał Falco i Tahira.
- Słucham? - sapnęłam.
- To nie ja! - odparł Lore. - W każdym razie, jeżeli chodzi o porwanie.
- Na miłość boską, Lore, dlaczego wyprawiasz takie rzeczy?
- Żeby cię ratować. A egzorcyści zbyt stanowczo stali mi na drodze.
- Nie chcę... Jeszcze o tym porozmawiamy. O co chodzi z Falco? - jęknęłam.
- Nie mam pojęcia, kiedy go ostatnio widziałem, załatwił Kaina i wyglądał na absolutnie nieporwanego.
- Ciekawe, dlaczego w ogóle ci nie wierzę?
- Niby kiedy miałbym ich porwać?
- W twoim wypadku wszystko jest możliwe.
- Dzięki, ale w tym wypadku jestem niewinny.
Skrzywiłam się.
- Moglibyście mnie posłuchać? - wtrącił się Zero.
- Tak - zapewniłam.
- Nie - prychnął Lore.
Zero westchnął.
- Do niczego się nie przyznawajcie, gdy Gabriella tu przyjdzie. Im mniej będą mieli przeciwko wam, tym dłużej uda się przeciągać proces. Postarajcie się skłonić ją, by wpuściła do was Craina.
Gwałtownie podniosłam głowę.
- Niby dlaczego... - zaczęłam.
Zero nie pozwolił mi dokończyć.
- Nie mam już czasu. Po prostu ją do tego nakłońcie, nieważne jak. Resztą zajmiemy się później. Ale do tego momentu nie róbcie żadnych głupot.
- Czy my kiedykolwiek robimy głupoty? - zapytał Lore.
Zero nie skomentował. Usłyszałam za to szuranie butów na posadzce.
- Na mnie już czas. Czekajcie na dalsze instrukcje - powiedział, a potem rozległy się jego oddalające się kroki.
- Zero?! - zawołałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Przez chwilę ciszę przerywały tylko oddechy moje i Lore. Potem wyprostowałam ramiona.
- Nie mieści mi się w głowie, że włamałeś się do Akademii i zamordowałeś egzorcystów.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo znowu je usłyszeliśmy.
Kroki.
Tym razem głośniejsze, bardziej agresywne. Kroki większej liczby osób.
Włoski na karku stanęły mi dęba, gdy zaczęłam się zastanawiać, od kiedy mam tak świetny słuch, że słyszę dźwięki nawet przez do tego stopnia grube drzwi. Zanim jednak zdążyłam to przeanalizować, rozległ się trzask.
Drzwi otworzyły się dramatycznie.
Do pomieszczenia weszła Gabriella Hall. Towarzyszyło jej dwóch egzorcystów, którzy podążali za nią jak faceci w czerni. Ich obecność przyprawiła mnie o tak intensywny dreszcz, że poczułam drżenie w mięśniach.
Chociaż ta kobieta z całą pewnością poświęciła wszystkie emocje w imię mocy, wydawało mi się, że dostrzegam na jej wargach uśmieszek satysfakcji. O tak, ona już teraz rozkoszowała się tą chwilą.
Miała na sobie czarny uniform black birds. Z nonszalancką elegancją zakładała rękawiczki. Jeden z tych w czerni wtoczył coś do celi. Usłyszałam brzęk, a potem moim oczom ukazał się stolik przykryty śnieżnobiałym obrusem. Na ten widok mój żołądek zareagował głośno.
- Widzę coś, czego ty nie widzisz, i wygląda to bardzo boleśnie - szepnął do mnie Lore.
Chciałam się roześmiać i go kopnąć.
- Ale fajnie. Znowu goście. Bardzo proszę, zdejmijcie buty, mamy nową posadzkę - zaszczebiotał demon.
- Słuchaj, wiem, że nie masz za grosz instynktu samozachowawczego, ale w tym wypadku powinieneś natychmiast zamknąć dziób - szepnęłam do niego.
Gabriella patrzyła na nas tak, jakby lada moment miała posiekać nas na kawałki.
- Cóż, Miss Young, wygląda na to, że wreszcie jest pani tam, gdzie jej miejsce. - Gabriella ruszyła w moją stronę. Przy każdym kroku trzeciej najważniejszej członkini Zakonu Paracelsusa jej obcasy nieprzyjemnie zgrzytały po podłodze.
Powtarzałam sobie, że Gabriella, podobnie jak Falco, jest shintonistką. I do tego cholernie potężną, niestety. Tym razem nie przyszła tu, by rozmawiać, tylko by wykorzystać całą swoją moc, żeby utrudnić demonowi życie. I nawet jeżeli nie byłam lordą demonów, to, co miało się zaraz wydarzyć, okaże się bardzo bolesne.
- Tertius Executivus Hall, w czym mogę pani służyć? - zapytałam najuprzejmiej, jak umiałam.
- Na przykład zacząć mówić. Jeżeli pani tego nie zrobi, skłonimy ją do tego. - Wskazała facetów w czerni za swoimi plecami. Ustawili się przy drzwiach jak ochroniarze. Bez mrugnięcia wpatrywali się w jakiś punkt nad moją głową. Mieli napięte barki i tak ciasno zaciśnięte krawaty, że intrygowało mnie, jakim cudem w ogóle oddychają.
- Co konkretnie chce pani wiedzieć? - zaczęłam, ale Gabriella Hall odwróciła się ode mnie i ruszyła w kierunku Lore.
Słyszałam rozbawienie w jego głosie, gdy zaczął mówić:
- A zatem to jest Gabriella Hall. To dla mnie zaszczyt poznać egzorcystkę o tak przerażającej sławie. Wiedziała pani, że małym demoniątkom opowiada się o pani przed snem? Mogę prosić o autograf?
Przekrzywiłam głowę i udało mi się kącikiem oka dostrzec Gabriellę. Nie uśmiechała się, a jednak w jej oczach malowało się znowu coś na kształt satysfakcji. Jak na pysku kota, który dostrzegł garnuszek śmietanki.
- Przyznaję, że ja także jestem pod wrażeniem. Nie co dzień gości się księcia jednego z syndykatów demonów. W rzeczy samej, w historii Zakonu zachował się opis tylko jednej takiej sytuacji, gdy pojmano takiego księcia. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku w Nevadzie.
Dźwięk, który wydał Lore, brzmiał prawie jak śmiech.
- To był mój brat, Legion. Do dzisiaj się tym szczyci. Słyszałem jednak, że nie najlepiej się to dla was skończyło.
Zaskoczona, zacisnęłam usta. Wiedziałam, że Lore, oprócz Uny, ma także braci, ale dotąd mi o nich nie opowiadał.
Legion był dla mnie nową postacią i złościło mnie, że Gabriella wie o nim więcej niż ja.
Ona tymczasem cmoknęła głośno.
- To prawda. Tyle że w tamtych czasach egzorcyści nie mieli pojęcia, jak obchodzić się z demonem tego kalibru. Wystarczył jeden dzień, by wysadził w powietrze połowę Area 51 i czmychnął. Tamtego dnia życie straciło pięćdziesięciu egzorcystów.
- To był dobry dzień - przyznał Lore.
To już oficjalne. Cholerny demon nie był w stanie utrzymać języka za zębami, nawet jeżeli od tego zależało jego życie. W ciele mojego brata. To dlatego musiałam wyciągnąć go z tego w jednym kawałku.
- Lore! - krzyknęłam ostrzegawczo, ale Gabriella już zrobiła krok do przodu. Kącikiem oka widziałam, jak brutalnie chwyciła Lore za twarz.
- Trochę o ciebie pytaliśmy, demonie. Musiałam sięgnąć bardzo, bardzo głęboko. To zadanie, które nowojorska Akademia haniebnie zaniedbała, jeżeli chcesz znać moją opinię. Zbadamy dokładnie, jak do tego doszło, ale już teraz wiem o tobie niezwykle ciekawe rzeczy.
- Czyżby? - zapytał Lore.
- W rzeczy samej. To było jak puzzle z tysiąca kawałków. Informacje na twój temat są bardzo chaotyczne, niemal sprzeczne. Ale naprawdę ciekawie zrobiło się dopiero wtedy, gdy trafiliśmy na zapis w dzienniku Theophrastusa Paracelsusa.
Jej głos niósł się echem między nami, jakby powiedziała coś megadramatycznego. Jak dla mnie wystarczająco skomplikowane było wypowiedziane przez nią nazwisko, aż nagle połączyłam kropki.
- Zaraz, zaraz, czy to nie ten Paracelsus, który stworzył egzorcystów?
Gabriella odstąpiła od Lore i posłała mi pełne oburzenia spojrzenie.
- Stworzył Zakon, nie egzorcystów. Czego oni was uczą w tym Nowym Jorku?
- Mam jej powiedzieć, czego Falco uczył cię najchętniej? Podpowiem: rymuje się z "fikać" - włączył się Lore.
- Daj spokój - zgasiłam go.
Egzorcystka zdawała się zbita z tropu.
- To żart? - spytała.
- Tak! - zapewniłam, tymczasem Lore oznajmił:
- Bzykać! Co, kochana, rymowanki nie najlepiej ci idą, prawda? Ciągle to robili. Bez przerwy. Najczęściej brałem w tym udział na żywo.
Gabriella zmrużyła oczy i niemal niezauważalnie rozdęła nozdrza.
Boże... Czy mogłabym prosić o dziurę w posadzce, żeby zapaść się pod ziemię?
- Co mówiłaś o tym uroczym Paracelsusie i o Lore? - Nerwowo usiłowałam zmienić temat rozmowy z rozważań o moim życiu seksualnym.
- Nikogo to nie obchodzi. - Lore zareagował błyskawicznie. Zbyt błyskawicznie.
Gabriella mlasnęła językiem.
- No i teraz dochodzimy do naprawdę interesującej części.
- Cóż, uważam, że Falco ma także sporo interesujących części...
Ze wszystkich sił odrzuciłam głowę do tyłu, waląc w jego czaszkę.
- Aua! - wyrwało mu się.
A mi gwiazdy stanęły przed oczami.
- Mów dalej, bardzo proszę. Umieramy z ciekawości - wycedziłam.
Gabriella, zirytowana, poprawiła nerwowo rękawiczki, lecz podjęła przerwany wątek.
- Cóż, wedle tych zapisków twórca naszego Zakonu pewnej nocy został napadnięty przez przerażające potwory, ale wtedy ocalił go nieznajomy, który przedstawił się jako Lorenzius.
- Lorenzius? - powtórzyłam.
Lore wzruszył ramionami.
- Nie ma dowodu, że to byłem ja.
- Nieznajomy nalegał, by zwracał się do niego książę Lore - uściśliła Gabriella.
- Lorenzius? - parsknęłam śmiechem. Nadal nie mieściło mi się to w głowie.
- Nie widzę w tym nic śmiesznego. W tamtych czasach to było bardzo modne imię - zauważył Lore, najwyraźniej niezbyt przekonany, by dalej udawać, że nie ma pojęcia, o czym mówi Gabriella.
- Jak tam sobie chcesz. - Gabriella machnęła ręką. Widocznie skończyła się jej cierpliwość. - Paracelsus zapisał, że ten tak zwany Lore to nie tylko książę, lecz także istota ciemności, piekielny pomiot, któremu jednak zawdzięcza życie. Spędzili razem mnóstwo czasu. Paracelsus zaprzyjaźnił się z tamtym demonem, który mu, uwaga, cytuję, otworzył oczy na okropności tego świata i podsunął pomysł, by założył zakon chroniący ludzkość przed wszelkim złem.
- Nie! - Oburzona, odwróciłam głowę tak gwałtownie, że poczułam ból w karku, ale nieco odsunęłam się od Lore. On w milczeniu wpatrywał się w Gabriellę. Miałam wrażenie, że z pomieszczenia wyssano całe powietrze.
Egzorcystka mówiła dalej:
- Z zapisków wynika, że w tamtych czasach dochodziło do zamieszek i powstań wśród demonów, w każdym razie, dopóki książę Lorenzius nie zgromadził wokół siebie ludzi o szczególnych zdolnościach, w tym Paracelsusa, by z ich pomocą zdławić wszelki opór. Potem książę zniknął, a Paracelsus założył zakon.
Urwała, jakby spodziewała się, że Lore coś doda, on jednak ciągle milczał.
Ja tymczasem z najwyższym trudem utrzymywałam szczękę na miejscu.
- Lore, to prawda? To ty założyłeś zakon egzorcystów?
Lore wzruszył ramionami.
- Niechcący. Szczerze mówiąc, wolałbym się nie wypowiadać na ten temat. Trochę mi głupio z tego powodu.
- Niechcący założyłeś zakon egzorcystów, z którego ręki zginęły tysiące demonów?
Lore wzruszył ramionami.
- Wszyscy popełniamy błędy...
Nagle dostałam migreny. Gabriella Hall się uśmiechnęła, choć przypominało to raczej szczerzenie zębów.
- Nie ma strachu. Do jutra rana mamy mnóstwo czasu na pogawędki, a w zaistniałych okolicznościach Zakon chciałby z wami szczegółowo porozmawiać.
- Bardzo miło z waszej strony, ale niestety nie interesuje mnie taka współpraca - odparł Lore.
Gabriella wydawała się zadowolona. Jakby właśnie na taką odpowiedź czekała.
- Nic nie szkodzi. Do tej pory udało mi się skłonić do mówienia każdego demona, a ty będziesz śpiewał jak ptaszek. Po prostu kawałek po kawałku wytnę potrzebne informacje z twojego mózgu - zapewniła. - Na jutro musi zostać z ciebie tylko tyle, żebyś dał radę uciekać, a potem będziemy na własne oczy obserwować, jak książę demonów dosłownie trafia do piekła.
W tym momencie skinęła komuś za mną. W następnej sekundzie jeden z egzorcystów złapał mnie i z brzękiem rozpiął łańcuchy.
- Ej, gdzie te łapska! - warknęłam, on jednak w ogóle nie zwracał na mnie uwagi i przestawił razem z krzesłem na drugi koniec pokoju, a tam ponownie fachowo przykuł. Teraz mogłam patrzeć prosto na Lore. Czy raczej: musiałam.
Zrobiło mi się niedobrze, gdy obserwowałam, jak trzeci egzorcysta przesuwa wózek i ściąga obrus. Pod spodem dostrzegłam kolekcję narzędzi, które wyglądały jak instrumenty chirurgiczne. Gabriela sięgnęła po jeden z nich - ostry nóż. Niewiele większy niż skalpel, ale na sam widok żółć podeszła mi do gardła.
Lore obserwował ją ze znudzeniem. Przypomniała mi się nasza rozmowa.
Przeżył już gorsze.
Ale ja nie.
- No więc... - mruknęła Gabriella. - Zacznijmy od tego, że powiecie mi, jak i dlaczego zabiliście Tempest. Ale uprzedzam, za każde kłamstwo, którym spróbujecie mnie nakarmić, odetnę wam kawałek ciała.
Uśmiechnęła się, a ja wiedziałam, że zanosi się na naprawdę beznadziejny dzień.
3Falco
Egzorcyści/klasy
Stopień I
Powracający
Nekromanci. Do najważniejszych zadań nekromantów należy zabezpieczenie terenu, zadbanie o bezpieczeństwo cywilów i trzymanie powracających w szachu. To właśnie do ich zadań należy wytropienie oraz unieszkodliwienie, czyli zniszczenie, gniazda powracających, jako że stworzenia te nader często występują w licznych grupach.
W tym przypadku niekonieczna jest duża ilość arkanum, jednak ze względu na bliskie kontakty z powracającymi niezbędna jest mitrydyzacja, czyli odporność na truciznę. W tym celu codziennie trzeba zażywać ją w małej dawce, by ciało nekromanty zachowało odporność. Praktyka ta ma liczne skutki uboczne. Po śmierci nekromanty należy spalić jego zwłoki, by zapobiec jego odrodzeniu jako powracającego. Ciągłe obcowanie z jadem powracających skutkuje nasileniem typowych dla nich umiejętności, przez co nekromanci wykazują się nieludzką siłą i refleksem, mają także znacznie lepszy wzrok. Czasami jednak występuje również silne pragnienie krwi, tak że dany egzorcysta musi wykazać się wielką samokontrolą. Jeżeli nie jest do tego zdolny, musi zostać natychmiast zgładzony.
Powietrze wlewało mi się do płuc, jakbym od wielu godzin w ogóle nie oddychał.
Mięśnie płonęły żywym ogniem. Wydawało mi się, że połamano mi wszystkie kości w całym ciele. Skronie pulsowały bólem, widziałem wszystko niewyraźnie, jakbym wpatrywał się w mleczną szybę.
- Falco, obudź się.
Ten głos przedzierał się przez mgłę w mojej głowie, niósł się w niej cichym echem. Co chwila sprawiał, że odzyskiwałem przytomność.
- Leaf? - Język mi ciążył. Miałem gulę w gardle, przez co moje słowa były ledwie zrozumiałe.
- Falco! Obudź się. - Głos przybierał na sile. Był coraz bardziej natrętny. Z mgły wyłoniła się postać. Jasna sylwetka otulona długimi ciemnymi włosami. Pochyliła się nade mną.
W mojej klatce piersiowej coś cisnęło się gwałtownie. Wzbierał we mnie chaos emocji, a wraz z nim zmieszanie i wściekłość.
Postać stawała się coraz wyraźniejsza, ale coś było nie tak. To coś... Ten ktoś... to nie Leaf. Miałem mętlik w głowie, próbując zrozumieć, dlaczego zmartwiło mnie to, że nie widzę przed sobą demona.
- Falco!
- Tempest! - Język nadal mi ciążył, z trudem formułowałem słowa, ale na tyle odzyskałem jasność myślenia, że byłem w stanie przyporządkować twarz i głos konkretnej osobie. Nade mną pochylała się moja narzeczona. Na jej twarzy malował się niepokój. Przede wszystkim jednak wydawała się dziwna, jakby pozbawiona konturów. - Tempest? Co się stało? - wymamrotałem, podniosłem rękę, by odgarnąć kosmyk jej z twarzy. W tym momencie moje palce przeniknęły ją na wylot, jakby była tylko powietrzem. - Co...? - Dopiero szok stanowił odpowiedni bodziec dla mojego umysłu. Próbowałem usiąść, lecz coś mi nie pozwalało.
Zaskoczony, rozejrzałem się dokoła. Znajdowałem się w nieznanym pomieszczeniu, dziwnie sterylnym. Szare ściany, w jaśniejszym świetle zapewne białe. Przywiązano mnie do czegoś, co do pewnego stopnia przypominało stół operacyjny. Rozejrzałem się ponownie i moją uwagę przykuło coś za Tempest.
W ciemności kryły się niemal niewidoczne potężne szklane pojemniki. Dostrzegłem szlauchy umocowane w srebrnych obramowaniach, niemal jak w gigantycznych akwariach. Tylko że w ich wnętrzu znajdowali się ludzie, zanurzeni w jasnym płynie. Szlauchy, prowadzące na zewnątrz, tkwiły w ich gardłach i tam, gdzie teoretycznie powinien być pępek. Upiornie białe włosy unosiły się wokół ich twarzy. Było zbyt ciemno, bym dostrzegł coś więcej, ale to wystarczyło, aby żółć podeszła mi do gardła.
- Gdzie jestem? - zapytałem szeptem i przez moment nie byłem pewien, czy naprawdę się tu znajduję, czy to tylko halucynacje.
- Falco, posłuchaj mnie - syknęła Tempest. Wyciągnęła rękę, by zwrócić moją uwagę, i przy tym geście jej palce po prostu przeniknęły mnie na wylot, jakby składała się wyłącznie z powietrza.
Ona? Czy ja?
- Co się stało? - wykrztusiłem.
Przyglądała mi się badawczo ciemnymi oczami. Widziałem w nich smutek i zarazem wściekłość.
- Ja nie żyję, Falco.
Potrzebowałem mniej więcej trzech sekund i kolejnego oddechu, by w pełni dotarło do mnie znaczenie jej słów.
- Słucham? - Na więcej nie było mnie stać.
- Ja nie żyję - powtórzyła zniecierpliwiona.
Wpatrywałem się w nią i czułem, jak serce bije mi coraz szybciej.
- Ja też?
- Nie. W każdym razie jeszcze nie.
- Co się stało? - wydusiłem z siebie.
Tempest skrzywiła się boleśnie.
- Byłam nieuważna, zazdrosna i głupia. I za bardzo skupiłam się na tym, by usunąć Leaf z drogi, by dostrzec, że zagrożenie czaiło się od dawna wśród egzorcystów. Una to wykorzystała. Skręciła mi kark w katakumbach. Szybko poszło.
Tak mocno zacisnąłem zęby, że poczułem smak krwi.
- To wszystko dzieje się naprawdę?
Miałem nadzieję, że zaprzeczy.
- Tak, Falco. Naprawdę.
W mojej klatce piersiowej wezbrał ból. Brzydki, szorstki. Wpatrywałem się w nią. Jak mogło do tego dojść? Jak to możliwe, że moja narzeczona zginęła, a ja nie dość, że niczego nie zrobiłem, to niczego nawet nie przeczuwałem?
Moja nienawiść do samego siebie już wcześniej była bezgraniczna, ale teraz osiągnęła nowy poziom.
- Zabiję ją - wycedziłem bez tchu.
Tempest się uśmiechnęła.
- Taką mam nadzieję. Ale chwilowo wygląda na to, że prędzej oni zabiją ciebie niż odwrotnie. Falco, masz nie lada problem. Musimy cię stąd wyciągnąć, zanim zaczną.
- Zaczną? Ale co? Tempest, gdzie ja jestem? Co się stało?
Jej spojrzenie straciło ostrość, jej i tak niewyraźne kontury się rozmyły.
- W Sunshine.
- Sunshine? Co to ma być, do cholery?
- Ośrodek hodowli homunkulusów w Tokio.
- W Tokio? Ale jak to? Jak tu trafiłem? Ostatnie, co pamiętam, to... - urwałem w połowie zdania, bo moją czaszkę przeszył gorący ból. Kurde, właściwie co ostatniego pamiętam? - Byliśmy w Londynie, szukałem cię, a potem demony zaatakowały, włamały się do Akademii i wtedy...
Ból w mojej czaszce przybierał na sile - do tego stopnia, że oczy zaszły mi mgłą.
- Falco... - zaczęła Tempest. Zanim jednak zdołała dokończyć zdanie, usłyszałem odgłos otwieranych drzwi.
Tempest zaklęła pod nosem i dosłownie rozpłynęła się w powietrzu. Widziałem już wiele duchów, jednak w tej chwili wydawało się to totalnie nierzeczywiste. Jak to możliwe, że Tempest nie żyje, i co ją skłoniło do tego, by wrócić jako duch?
Niestety, nie mogłem dłużej się nad tym zastanawiać, bo usłyszałem zbliżające się kroki. Podniosłem głowę i popatrzyłem w parę aż nadto znajomych oczu.
- Witaj, braciszku. Cieszę się, że wreszcie odzyskałeś przytomność. Zaczynaliśmy się o ciebie martwić.
Moje tętno wystrzeliło w kosmos. Kawałki układanki wreszcie trafiły na swoje miejsce i wspomnienia, do tej pory pogrążone w bagnie mojego umysłu, w ułamku sekundy ułożyły się w logiczną całość.
W pomieszczeniu stała Wren, moja rzekoma siostra, w towarzystwie Tahira, mojego niby-ojca. Widziałem twarze najbliższych mi osób, a w nich czarne jak noc oczy, z których patrzyły na mnie wygłodniałe monstra. Jednak to nie widok ojca zbił mnie z tropu. Nie. To była ona. Wren.
- Co to ma być? Dlaczego jestem skrępowany? - dopytywałem najspokojniej, jak to możliwe.
Wren przekrzywiła głowę. Uśmiechnęła się, ale grymas nie sięgał jej mrocznych oczu.
- Znajdujemy się w Sunshine, najnowocześniejszym laboratorium, w którym tworzy się sztuczne życie. Pochłonęło miliardy, a jego budowa trwała prawie dziesięć lat. Właśnie tu udało mi się wtedy stworzyć gen Q. Na całym świecie nie znajdziesz laboratorium z bardziej zaawansowaną technologią. To moje oczko w głowie. Tutaj się tobą zajmiemy.
Podeszła bliżej, położyła mi dłoń na ramieniu i pchnęła z powrotem na stół, aż uderzyłem głową o jego powierzchnię.
Wpatrywałem się w boleśnie znajomą twarz siostry.
- Nie jestem twoim bratem - szepnąłem ochryple.
- Te słowa sprawiłyby Wren wielką przykrość - odparła, marszcząc czoło. - Bardzo cię kochała, wiesz? I bardzo bolało ją to, że odwróciłeś się od rodziny. Zależało jej, byś wrócił, ale w przeciwieństwie do ciebie okazała się obowiązkowa. Gdy zażądałam jej ciała jako powłoki, nie wahała się ani chwili.
Z całej siły zacisnąłem zęby.
- Moja siostra w życiu nie zrobiłaby czegoś takiego! Była wyjątkową egzorcystką. Zabijanie takich jak ty było dla niej powodem do dumy.
- Wren znała swoje miejsce i swoją powinność - odparła równie szorstko. - Wiedziała, co należy zrobić i na czym polega dług waszej rodziny. Najwyższy czas, żebyś zajął należne ci miejsce, Falco.
Przy tych słowach niemal czule dotknęła mojego policzka.
Odwróciłem głowę, żeby uniknąć jej dotyku, i w tym momencie mój wzrok spoczął na potworze, który zagnieździł się w moim ojcu.
Na demonie, który nosił jego ciało, jakby to był garnitur. Najgorsze jednak, że wszystko w nim było dokładnie takie, jak w moich wspomnieniach. Miał nawet tę samą aurę. W gruncie rzeczy nigdy nie poznałem prawdziwego Tahira Chepescha. Od dnia narodzin wychowywał mnie demon. Byłem jak pisklę, od samego początku przeznaczone na ofiarę. Tylko że jako nastolatek uciekłem, jak tchórz, i zostawiłem siostry na lodzie. A teraz konsekwencje mojego tchórzostwa patrzyły mi prosto w oczy.
Serce ścisnęło mi się tak boleśnie, że praktycznie nie mogłem oddychać. Nienawiść do samego siebie urosła do tego stopnia, że ból sięgał do kości. Tahir zdawał się czytać mi w myślach. Podszedł bliżej. Położył potężną dłoń na moim drugim barku. Była ciężka, ciepła i znajoma.
- Synu. Wreszcie jesteś tam, gdzie twoje miejsce. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko wydaje ci się zdradą, ale zawsze byliśmy rodziną i zawsze nią będziemy. Niech się dzieje, co chce.
Gwałtownie wciągnąłem powietrze przez zęby.
- Co z mamą? Co z Dove?
- Zostały w Kairze. Ich ciała na razie nie są potrzebne. Czują się dobrze.
Gula w gardle przybrała takie rozmiary, że następne słowa wykrztusiłem z najwyższym trudem.
- Wiedzą?
Tahir potwierdził ruchem głowy.
- Zarówno twoja matka, jak i siostra zdają sobie sprawę, do czego są zobowiązane, gdy nadejdzie czas.
Ulga, którą poczułem w pierwszej chwili, ustąpiła miejsca bezdennej pustce. Usiłowałem wyobrazić sobie matkę. Ciemne włosy, wielkie oczy, otoczone kurzymi łapkami, gdy się śmiała. Zapach jedzenia z kuchni, zawsze otaczający ją aromat lawendy. Jej miękkie dłonie, którymi gładziła mnie po głowie - nie szkodzi, że byłem od niej prawie o trzydzieści centymetrów wyższy.
Próbowałem połączyć matkę ze wspomnień z kobietą, która z własnej woli żyła u boku demona i wychowywała z nim dzieci ze świadomością, że koniec końców posłużą jedynie jako powłoki. Nie mieściło mi się w głowie, jak to możliwe, że ta kobieta położyła moją najmłodszą siostrę na leżance i pozwoliła, by wniknął w nią pasożyt.
Tak wiele elementów nie miało dla mnie żadnego sensu, że ból w głowie się spotęgował, wypełniał ją jasnym brzęczeniem.
Coś dotknęło mojego czoła. Podniosłem wzrok. Wren obmacywała moją czaszkę palcami ruchliwymi niczym odnóża pająka.
- Coś z nim jest nie tak. Ma uszkodzony umysł. Wyczuwam spore ubytki, które znaczą jego duszę jak rany. - Pochyliła się. Jej usta zawisły nad moim uchem, dotykała go w nieprzyjemnie intymnym geście. - Biedaczek Falco nie wie, co się stało z jego główką. Powiedz mi, mój piękny, kto ci to zrobił?
Czułem, jak żyła na gardle mi nabrzmiewa, ale słowa płynęły z moich ust, jakby najzwyczajniej w świecie je ze mnie wyciągała.
- Demona zaatakowała mnie i ukradła wspomnienia.
Leaf.
I znowu ten skurcz w klatce piersiowej. Nie znosiłem własnych reakcji na jej imię.
- Ach, tak? - Wren zaniosła się szyderczym śmiechem i się wyprostowała.
Czoło Tahira przecinała głęboka bruzda.
- Usiłowałem się dowiedzieć, co się stało z twoimi wspomnieniami, ale ślad prowadzi donikąd.
Wren zbyła to machnięciem ręki. Skradała się wokół mnie jak kot.
- To nieważne. Dla nas to lepiej, że pamięta z przeszłości jak najmniej. Koniec końców zależy nam na jego ciele, a nie na umyśle. Jesteśmy gotowi?
Tahir skinął głową.
- Idę po to. - Odwrócił się na pięcie i zniknął w mrokach laboratorium.
Gotowi na co, miałem na końcu języka, ale zachowałem stoicki spokój. Na tyle, na ile było to możliwe, rozluźniłem mięśnie twarzy. Prędzej czy później i tak się dowiem. W tym samym momencie znowu otworzyły się drzwi i do środka weszło kilka osób w zielonych strojach, jak z bloku operacyjnego. Nie musiałem patrzeć im w oczy, by wiedzieć, że wszystkie były demonami. Ich smród zanieczyszczał powietrze. Wren wyjęła coś z kieszeni żakietu. Malutką szklaną fiolkę - taką, w której przechowuje się szczepionki. Płyn w środku był przezroczysty, niemal krystalicznie czysty.
- Najdroższy Falco, teraz przygotujemy cię na transfer. Lucyfer nie może się doczekać własnej powłoki. Żeby jednak twoje ciało zdołało pomieścić tak wielką moc, musimy uczynić z ciebie homunkulusa. Pamiętasz gen Q, który mój durny brat zmarnował i zaszczepił swojej przyjaciółeczce Leaf?
Nie wiedziałem, czy oczekuje odpowiedzi, ale włosy na karku stanęły mi dęba. Jeden po drugim. Nie miałem pojęcia, o czym mówi, a jednocześnie moje mięśnie napięły się tak bardzo, że bałem się, że pękną.
Westchnęła dramatycznie.
- Gen Q nadawał się perfekcyjnie, ale niestety, jest teraz nie do użytku. Poza tym okazał się wyjątkowo niestabilny i nie udało nam się go odtworzyć. Mieliśmy jednak wszelkie uprzednie badania i dzięki nim stworzyliśmy gen gamma. Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu, bo dzięki niemu wyposażymy twoje ciało w dodatkowe atrybuty, które według nas są bardzo przydatne. W ciągu ostatnich tygodni udało nam się stworzyć ponad tysiąc homunkulusów z atrybutami wilków. Popatrz tylko... - Chwyciła mnie za brodę i odwróciła w kierunku pojemników. Płynące z nich światło przybrało na sile i rozjaśniło laboratorium.
Nie byłem w stanie dostrzec krańca pomieszczenia, jednak to, co wcześniej nikło w mdłym świetle, teraz ujawniło się w całej przerażającej krasie. Tu nie chodziło o zaledwie kilka pojemników, w których unosiły się bezwładne ciała. Nie, ich były dziesiątki. Setki, ustawione w nieskazitelnym porządku.
Koszmar tego, co tu hodowano, docierał do mnie powoli. Zacisnąłem pięści tak mocno, że aż usłyszałem, jak trzeszczą mi kości.
- Czyż to nie cudowne? - szepnęła Wren. - W ciągu najbliższych paru dni zakończy się proces dojrzewania i natychmiast zasiedlimy ich lordami demonów niższej rangi. Historia nie zna przypadków tak wytrzymałych homunkulusów. Wreszcie będziemy mieć wystarczająco dużo ciał dla wszystkich lordów demonów. A ty i ja staniemy na ich czele.
- Tym mam dla was być? Potworem w waszej armii? - zapytałem, jednak Wren tylko pocałowała mnie w czoło, co wzbudziło we mnie pragnienie, by zedrzeć z siebie skórę.
- Nie, skądże, ty staniesz na jej czele, ale gen gamma sam w sobie jest zbyt słaby. On ma cię jedynie przygotować. Rozerwać twoje komórki i stworzyć coś nowego, a wtedy będziemy mieli idealny grunt. W tym celu potrzebowaliśmy prototypu. Nazwaliśmy go "eternity". Wiążę z nim naprawdę wielkie nadzieje i liczę, że okaże się sukcesem.
Wsunęła fiolkę z powrotem do kieszeni.
- Wolałabym, żebyśmy mogli przetestować go na kimś innym, ale niestety, nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli. Czas nas goni...
W tym momencie wrócił Tahir. Przeciskał się między pojemnikami, w których unosiły się zdeformowane homunkulusy. Niósł coś, co nikło pod serwetką.
Wren wreszcie odsunęła się ode mnie i ruszyła w jego kierunku.
- Ojcze, pozwól, że przedstawię ci twoją powłokę - szepnęła. W pierwszej chwili wydawało się, że rozmawia z Tahirem. Ściągnęła serwetkę. Moim oczom ukazała się miniaturowa wersja pojemnika z płynem. Wypełniała go mętna, czerwonawa ciecz, a w niej... serce. W każdym razie coś, co je przypominało. Szary ochłap, naznaczony fioletowymi żyłami i splotami, wyrastającymi ze wszystkich stron. To serce było zdeformowane, zniekształcone, biło jednak leniwym rytmem.
Wren przycisnęła pojemnik do siebie i czule spojrzała w mętny płyn.
- Biedny tata. Tyle zostało z jego ostatniej powłoki. - Przesunęła długimi paznokciami po szkle, a potem spojrzała na mnie czarnymi oczami, lśniącymi od łez. - Niemal go straciliśmy. Jest bardzo słaby. Ale twoje serce okaże się mocniejsze, Falco. Zrobimy z ciebie idealną powłokę dla niego.
W następnej chwili coś wbiło się w moją aortę. Ból wypełniał moje żyły, gdy jeden z demonów w chirurgicznych ciuchach do końca dociskał tłok strzykawki, ładując jej zawartość prosto we mnie.
- Co... Co wy robicie? - wybełkotałem.
Wren ponownie zjawiła się w zasięgu mojego wzroku. Cały czas tuliła do siebie to upiorne serce.
- Zaczynamy, najdroższy bracie. Procedura trochę potrwa, ale wkrótce będziesz idealny.
Uśmiechnęła się, i nim zdążyłem cokolwiek zrobić, ktoś rzucił mi chusteczkę na nos. Wystarczyły dwa oddechy, by moimi zmysłami zawładnął ostry zapach chloroformu. Ostatnie, co widziałem, zanim straciłem przytomność, to bijące serce w słoju pełnym mętnej cieczy.
4Lore
Demony II stopnia
Demony
Lordowie: należą do najpotężniejszych demonów. Choć nie mają własnego ciała, mogą poszczycić się potężnym duchem. Gromadzą demony niższe rangą w oddziały pod swoim przywództwem. Ich największa słabość to konieczność znalezienia odpowiedniego nosiciela. Jeżeli zostają w nim dłużej, zabijają nosiciela, podobnie jak robi to pasożyt. Lord demonów utrzymuje przy życiu jedynie ciało; gdy je opuści, umiera także organizm. Dlatego w ciągu stuleci tylko nielicznym lordom demonów udało się na dłużej zagościć w świecie ludzi. Ta garstka od zawsze toczyła jednak krwawe bratobójcze walki.
Nie po raz pierwszy mnie torturowano. Osobiście torturowałem więcej ludzi i demonów, niż jestem w stanie spamiętać. W zasadzie uważam, że to słuszne: ten, który torturuje, sam musi być w stanie znieść podobne traktowanie.
Ból bywa okropny, ale koniec końców to tylko chwila. Mgnienie oka wobec wieczności, która mnie czeka, i naprawdę rzadko zdarzało się, bym przejmował się jakoś szczególnie, gdy jedno z moich żyć dobiegało końca.
Ale tym razem było inaczej.
Tym razem do bólu, którego doznawałem, dołączyło coś nowego - coś, czego dotychczas nie zaznałem. Strach.
Nie o mnie, tylko o MJ-a.
Młody zapadł się we własną świadomość tak głęboko, że pozostawała mi tylko nadzieja: nie poczuje nic z tego, co robiła z nami Gabriella Hall. Najbardziej, jak to możliwe, panoszyłem się w jego głowie. Brałem na siebie cały ból, otulałem się nim, byle ochronić dzieciaka przed cierpieniem, ale stara, dobra Gaba wiedziała, co robi.
Z całą pewnością należała do najlepszych oprawców, z którymi do tej pory miałem do czynienia; bez problemu mogłaby stanąć w szranki z Atyllą, który żywcem obdarł mnie ze skóry, i Vladem Nabijaczem na Pal, który zademonstrował mi, skąd wziął się jego przydomek. Gabriella z kolei była sterylna, precyzyjna i totalnie pozbawiona poczucia humoru.
Wydawało mi się, że cały czas gapię się na Leaf, żeby spojrzeniem dać jej do zrozumienia, że ze mną wszystko w porządku. Że chronię MJ-a na tyle, na ile to możliwe. Chyba jednak w którymś momencie straciłem przytomność, bo obudził mnie strumień lodowatej wody. Zakrztusiłem się, czułem, jak przyciska mi włosy do czaszki, jak przenika przez ubranie. Widziałem, jak z mojego ciała płyną strugi krwi i nikną w odpływie.
Odruchowo popatrzyłem na Leaf. Siedziała w przeciwnym krańcu pomieszczenia z kneblem w ustach. Gdy nasze oczy się spotkały, z najwyższym wysiłkiem udało mi się posłać jej uśmiech.
Jęknęła w odpowiedzi.
Cały czas byliśmy przywiązani do krzeseł i tylko dlatego nadal udawało mi się siedzieć prosto.
Następne, co poczułem, to długie, ostre paznokcie, które wbiły się w skórę na mojej głowie i pociągnęły w górę. Z ust trysnęły mi ślina i krew, ale mimo to zdołałem się krzywo uśmiechnąć.
- Już jestem. Na długo zniknąłem? - wybełkotałem.
Gabriella stała nade mną i chociaż w jej twarzy nie drgnął nawet mięsień, czułem jej irytację.
- Bawimy się tak od wielu godzin, Lore. Prędzej czy później zaczniesz mówić!
Uśmiechnąłem się szerzej i wyrzuciłem z siebie kłąb śliny.
- Ale po co ten pośpiech? Moim zdaniem akurat zrobiło się przyjemnie.
Gabriella wyszczerzyła zęby.
- W ostateczności nieco przesuniemy twoją egzekucję - syknęła.
- Raczej w to wątpię, ten wasz Intendent wydawał się cholernie napalony na to, żeby mnie zabić - wykrztusiłem.
Leaf znowu jęknęła. Z zakneblowanymi ustami nie mogła wydobyć z siebie nic więcej. Bez względu na to, co miało się wydarzyć, musiałem powstrzymać egzorcystkę przed zajęciem się Leaf. A to oznaczało, że Gabriella cały czas miała koncentrować się na mnie.
- Żądam informacji, demonie.
- A o co dokładnie chodzi, Gabciu? - zapytałem słodko.
- W jaki sposób zabiłeś Tempest?
- W żaden!
Patrzyła na mnie z taką miną, jakby chciała ponownie urządzić mi waterboarding.
- Zrobiła to moja siostra - odparłem nonszalancko.
Gabriella sięgnęła po różaniec, który za sprawą jej arkanum płonął zielonkawym światłem, i owinęła mi go wokół szyi.
Paciorki paliły mi skórę, odcinały dopływ powietrza. Akurat poczułem swąd przypalonego ciała, gdy Gabriella ponownie się odezwała.
- No dobrze, więc spróbujemy inaczej. Wtargnąłeś do Akademii w towarzystwie drugiego demona. Chcę wiedzieć, czego tam szukaliście i dokąd zabraliście Chepeschów.
Po jej słowach zapadła krótka, ale wyjątkowo nieprzyjemna cisza. Woda i krew spływały ze mnie, cicho skapując na posadzkę.
- Nie mam pojęcia - westchnąłem.
Gabriella zmrużyła oczy. Krążyła wokół mnie jak sokół wokół ofiary.
- Wiemy, że włamałeś się do Akademii. Wiemy także, że niedługo później zniknęła twoja towarzyszka. Falco, Tahir i Tempest rozpłynęli się w powietrzu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie żyje tuzin egzorcystów, a ty chcesz mi wmówić, że naprawdę nic na ten temat nie wiesz?
- Niewykluczone, że egzorcystów rzeczywiście mam na sumieniu - przyznałem i wzruszyłem ramionami. - Nic nie poradzę, że tak łatwo ich tracicie.
Leaf wydała dziwne westchnienie i poruszyła się gwałtownie, jakby nie była w stanie oddychać. Rzucała głową na boki, aż Gabriella spojrzała na nią ostro.
- Co z nią? - zapytała.
Jeden z egzorcystów podszedł bliżej Leaf i złapał za jej kark, by ją unieruchomić, ale ona nadal gorączkowo mamrotała coś prosto w knebel.
- Bbbbb!
- Executivus Hall, wydaje mi się, że ona chce coś powiedzieć - stwierdził egzorcysta, który brzmiał równie durnie, jak wyglądał.
Gabriella skinęła głową i typ wyciągnął Leaf knebel z ust.
- Bogu dzięki! - Gwałtownie nabrała powietrza w płuca. Po jej brodzie spływała ślina.
- Ma pani coś do dodania w tej sprawie, Miss Young? - zapytała uprzejmie Gabriella i sam już nie wiedziałem, jak zwiększyć intensywność kręcenia głową.
Leaf musiała trzymać język za zębami! Jeżeli teraz zacznie mówić, nieważne co, wkrótce nóż egzorcystki utkwi w jej brzuchu, a nie w moim. Gabriella najwyraźniej preferowała podejście: najpierw tortury, potem pytania, dla pewności.
- Lore mówi prawdę. To Una zabiła Tempest. Zakładam także, że właśnie ona stoi za zniknięciem Falco.
- Nic nie mów, Leaf. Zostaw to mnie! - krzyknąłem do niej, ale Gabriella zdążyła już ściągnąć różaniec z mojej szyi i ruszyła w jej stronę. Paciorki przesuwały się między jej palcami z cichym brzękiem. Po chwili zatrzymała się przed Leaf.
- Proszę dalej, Miss Young. Jakim cudem Tempest przez zupełny przypadek trafiła do pani, do katakumb?
- Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że zabiła ją Una. Proszę jeszcze raz przejrzeć raporty z Nowego Jorku. Una to lorda demonów, która...
- Wiem, kim jest Una, i wiem, jaką rolę odegrała w Nowym Jorku, ale to po prostu niemożliwe, żeby znajdowała się teraz w Londynie. Wiemy od razu, ilekroć jakiś demon trafia na Wyspy Brytyjskie. Żadne miejsce na ziemi nie jest lepiej chronione przed lordami demonów niż właśnie Anglia. Una nigdy nie postawiła nogi w tym kraju. - Gabriella nie pozwoliła jej dokończyć.
Leaf zacisnęła usta.
- Niestety, wydaje mi się, że egzorcyści już od dawna nie kontrolują Wysp Brytyjskich tak bardzo, jak by tego chcieli. W innym wypadku zauważylibyście, że praktycznie zniknęły stąd wszystkie wampiry.
Gabriella się oburzyła.
- Wampiry wcale nie...
- Leaf! - krzyknąłem ostrzegawczo.
Ona jednak odpowiedziała tylko stoickim spojrzeniem.
Wydawała się zdecydowana, by za wszelką cenę przekonać Gabriellę, że jesteśmy niewinni.
- Ale tak jest! Podobnie jak Dauphine. Lordowie demonów infiltrowali Zakon! Nie wiem, jakim cudem ani dlaczego Tempest znalazła się w katakumbach, ale jestem przekonana, że zginęła z ręki Uny.
- Miss Young, niemożliwe, żeby jakikolwiek lord demonów zakradł się tam tak po prostu. Zauważylibyśmy to natychmiast.
- Nawet gdyby rzeczony lord demonów był w ciele egzorcystki? - odcięła się Leaf.
Gabrielli zaparło dech w piersiach.
- Jak to?
- Tak to, że tam, w katakumbach, ja także niemal zginęłam, i to za sprawą Wren Chepesch, w której ciele zagnieździła się Una. Więc zamiast bez sensu trzymać nas w lochach, powinniście wreszcie wziąć się do roboty i spróbować powstrzymać demony, które właśnie teraz, w tej chwili, zbroją się do wojny. Zakon nie ma w niej szans na zwycięstwo, jeżeli będzie postępował tak jak dotychczas.
O nie, nie powiedziała tego wszystkiego.
Z westchnieniem zamknąłem oczy. W życiu stąd nie wyjdziemy. Dopiero teraz zaczną się prawdziwe tortury.
Leaf patrzyła na Gabriellę z taką miną, jakby naprawdę liczyła, że ta ją zrozumie. Po wszystkim, co się wydarzyło, ona naprawdę ciągle wierzyła, że egzorcyści pójdą po rozum do głowy i w końcu wezmą się do roboty.
Sam już nie wiedziałem, czy za tę naiwność powinienem ją pocałować, czy przełożyć przez kolano i sprawić lanie. Może jedno i drugie. Kiedy to wszystko wreszcie się skończy.
- Proszę mówić dalej, Miss Young - mruknęła Gabriella Hall, ale Leaf zacisnęła usta i podniosła na nią wzrok. Na jej twarzy malowały się jednocześnie strach, wściekłość i upór.
- Powiem wszystko, co wiem. Ale tylko jednej osobie.
- A konkretnie?
- Konkretnie chcę porozmawiać z Crainem.
- Chce pani?
- Bardzo proszę o pozwolenie na rozmowę z nekromantą Crainem Paracelsusem. Powiem mu wszystko, o co pytacie - powtórzyła Leaf tak powoli i wyraźnie, jakby stara, dobra Gabriella miała problemy ze słuchem.
- Cóż, Miss Young, niestety w pani sytuacji trudno jest stawiać żądania.
Leaf łypnęła na nią groźnie i jej oczy wyraźnie poczerniały.
- A pani nie jest w stanie wydobyć z nas wystarczającej ilości informacji, nawet torturami. Jeżeli chce pani wiedzieć coś więcej, proszę sprowadzić Craina. Albo nie powiem ani słowa więcej. Ani ja, ani Lore.
Gabriella wyprostowała się i nagle w pomieszczeniu zapadła głęboka cisza. Nie sądziłem, że tak po prostu zlekceważy jej żądanie. Widziałem wyrachowanie w jej oczach, a potem nagle się uśmiechnęła. Ale ten grymas bardzo mi się nie podobał, podobnie jak kolejne słowa Gabrielli.
- Dobrze. Przekażę Intendentowi pani żądania. - Odwróciła się na wysokim obcasie i wyszła z pomieszczenia. Dwaj egzorcyści podążyli za nią jak dobrze wytresowane pieski. Nie zadali sobie nawet trudu, by przestawić Leaf na stare miejsce.
- Nie podoba mi się to. Zdecydowanie za szybko uległa - sapnąłem. - Nigdy w życiu nie sprowadzi tu Craina.
- Zawsze warto spróbować - westchnęła Leaf i zwiesiła głowę. - Poza tym nie mogłam dłużej patrzeć, jak filetuje cię jak rybę.
- Wytrzymałbym - zapewniłem szeptem.
- A MJ? - Niespokojnie zamrugała.
- Ma się dobrze. Śpi smacznie i głęboko - zapewniłem ją.
Westchnęła.
- Nie mogłam dłużej patrzeć, jak sprawia wam ból - wyznała stłumionym głosem.
- Ostro wzięła się do rzeczy - przyznałem i wyplułem skrzep, który jak ślimak podszedł mi do gardła. - Leaf?
Podniosła głowę, a ja przeklinałem na czym świat stoi, że akurat jestem w pożałowania godnym stanie i nie mogę złagodzić sytuacji moim oszałamiającym urokiem. No trudno.
- Posłuchaj, jest chyba coś, co powinienem ci powiedzieć, póki mamy czas i... No cóż, póki jesteś skrępowana i nie możesz mi w związku z tym roztrzaskać czaszki. W sumie już dawno chciałem ci to powiedzieć, ale sytuacja była, delikatnie mówiąc, skomplikowana i...
Przerwała mi szorstko.
- Co ty znowu zbroiłeś i jak poważna jest sytuacja?
- To znaczy w porównaniu z naszym obecnym położeniem nie jest tak źle, ale może się okazać, że... no wiesz... Słuchaj, czy przypadkiem zauważyłaś, że Falco stracił część wspomnień?
Starałem się przybrać minę niewiniątka. Niestety, krew kapiąca mi z nosa wszystko psuła.
Leaf gwałtownie nabrała powietrza.
- O nie, Lore, proszę, nie.
- O tak, Leaf, niestety, tak?
- Błagam, nie mów, że jesteś jakoś uwikłany w tę sprawę.
- Nie tyle uwikłany, co...
- Co: co?
- Ja ją jakby sprowokowałem.
- Co takiego?! - wrzasnęła i w ułamku sekundy jej oczy znowu stały się czarne jak noc. Tylko na moment, ale pomieszczenie wypełnił zapach mocy.
W tym momencie naprawdę się cieszyłem, że przykuli nas po przeciwnych stronach celi.
- Posłuchaj, to brzmi bardziej dramatycznie, niż w rzeczywistości było, i naprawdę chciałem ci powiedzieć, ale tyle się wydarzyło i...
- Co zrobiłeś? - wycedziła przez zęby.
- Zapłaciłem złodziejowi za kradzież wspomnień Falco - streściłem cały problem najszybciej, jak umiałem.
Leaf mrugała z niedowierzaniem.
- Słucham?
- Zapłaciłem złodziejowi...
- To już słyszałam, ale... dlaczego, do cholery, i jakim sposobem?
- Miałem pewne podejrzenia co do Falco. Wyszedłem jednak z założenia, że nasz misio nie pogada ze mną dobrowolnie, więc zdobyłem te informacje inną drogą.
- Podziurawiłeś mu umysł i odebrałeś miesiące życia, bo chciałeś się czegoś dowiedzieć? - wypaliła.
- No... Tak mniej więcej?
- Mniej więcej?
- No dobra, dokładnie tak.
Oj. Gdyby spojrzenia mogły zabijać.
- I co dalej?
- Wszystko zaczęło się od tego, że udało mi się ustalić, że moją siostrę i rodzinę Chepeschów łączy specyficzna więź.
- Chcesz powiedzieć, że Falco i jego rodzina należą do skorumpowanych egzorcystów?
- Początkowo tak sądziłem, ale coś ciągle nie dawało mi spokoju. Nie dziwiło cię, że przed laty Falco zerwał kontakt z rodziną i uciekł do Nowego Jorku?
- Sądziłam, że to przez Tempest i ich zaręczyny.
- Nie wydaje ci się to odrobinę za proste? Coś tam było nie tak i gdy dostałem jego wspomnienia, od razu wiedziałem co...
- Czyli?
Spojrzałem na Leaf i w jej oczach zobaczyłem błysk demonicznej duszy, a także strach. Powietrze przepełniał zapach krwi, żółci i słodkawy odór wnętrzności, które Gabriella Hall wyciągnęła z mojego brzucha.
- Falco Chepesch to nie jest pierwszy lepszy egzorcysta ze zbyt dużą dozą arkanum, Leaf. Falco przyszedł na świat, by stać się nową powłoką króla demonów. Na nieszczęście mowa o Lucyferze, na jeszcze większe nieszczęście: o moim ojcu.
Nie przypuszczałem, że tak trudno przyjdzie mi wypowiedzieć te słowa. Gdy tylko się o tym dowiedziałem, wyobrażałem sobie, że opowiadam jej o tym z niepowstrzymaną satysfakcją. Myślałem, że będę się rozkoszował obrzydzeniem i przerażeniem na jej twarzy, kiedy wyjdzie na jaw, za kim wypłakiwała sobie oczy. A jednak czułem się okropnie, patrząc teraz na jej zmasakrowaną twarz i widząc, jak każde z tych słów rani ją prosto w serce.
Najchętniej powiedziałbym, że to tylko głupie żarty.
- Co ty opowiadasz? - szepnęła. Głos jej się łamał, jakby z trudem powstrzymywała łzy.
- Leaf, to wszystko łączy się w przedziwny sposób. Gen, który ukradłem, był przeznaczony dla Falco. Moja siostra od dawna majstrowała przy genach egzorcystów. W przypadku Falco uznano, że jest wystarczająco potężny, by stać się nową powłoką Lucyfera. Gen Q powstał, by zrobić z niego homunkulusa. Wówczas mógłby przyjąć w siebie Lucyfera, nie umierając. Naszemu Falco najwyraźniej nie przypadło to do gustu i dlatego prysnął do Nowego Jorku. Koniec końców jednak ten gen trafił nie do niego, tylko...
- Do mnie - dokończyła Leaf. Wpatrywała się we mnie, jakby liczyła, że przydybie mnie na kłamstwie. Niestety, wyjątkowo mówiłem prawdę.
- Do ciebie - potwierdziłem. - A ponieważ nie przyszłaś na świat po to, by nosić w sobie króla piekieł, gen nie nadawał się do niczego. Prowadzili więc dalsze badania i część z nich odbywała się w laboratorium w Nowym Jorku, do którego trafiliście.
Szeroko otworzyła oczy.
- Chodzi ci o te martwe homunkulusy, tak? O pokolenie Gamma - dokończyła.
- Przysięgam, nie wiedziałem, że będzie aż tak źle. Dawno temu razem z braćmi pokonaliśmy Lucyfera. Rozrzuciliśmy jego szczątki po całym świecie. Nie przyszło mi do głowy, że Una jest na tyle szalona, by ponownie sprowadzić go na świat. No, ale jesteśmy tu i moim zdaniem to już jedynie kwestia czasu, aż jej się uda. I właśnie do tego nie możemy dopuścić, Leaf. Mój ojciec to nie jest zwykły potwór, to ucieleśnienie ciemności. Zniknięcie Falco to zły znak.
Jej nozdrza drżały, gdy usiłowała przepracować wszystko, co ode mnie usłyszała. Niemal widziałem, jak kłębią się jej myśli.
- Falco o tym wiedział? Że ma być nową powłoką Lucyfera? - dopytywała.
- Tak. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to całkiem nieźle tłumaczy jego beznadziejny charakter.
- To rzeczywiście wiele tłumaczy - szepnęła i zamrugała, usiłując powstrzymać łzy. - Ale jednego nie rozumiem. Skoro kazałeś ukraść wspomnienia sprzed lat, dlaczego nie pamiętał też mnie? Stracił coś więcej. Stracił więcej niż rok z przeszłości. Nagle przestał mnie rozpoznawać i...
Nie dokończyła, jej głos przeszedł w jęk.
Teraz. Teraz jak z plastrem. Szybko i zdecydowanie. Nie zwlekać. Po prostu mieć to już za sobą.
- Mogło się tak wydarzyć, że kazałem ukraść mu również te wspomnienia, bo... byłem zazdrosny. Chciałem, żeby o tobie zapomniał.
Leaf znieruchomiała. Tak gwałtownie, że byłem niemal pewien, że gdybym ją teraz dotknął, przewróciłaby się.
- Możesz to powtórzyć? - poprosiła słodko, bez jednego mrugnięcia. - Bo wygląda mi na to, że kazałeś ukraść jego wspomnienia o mnie... z zazdrości.
- Niestety, taka jest prawda. Poza tym byłem święcie przekonany, że lepiej ci będzie bez niego - wyznałem.
Dźwięk, który wydała Leaf, przypominałby pisk, gdyby nie słyszalna w nim wściekłość. Na jej skórze pojawiły się cienie. Jej włosy falowały, jakby w podmuchu wiatru, którego nie było. Długo, głęboko wciągała powietrze w płuca.
Odruchowo także i moje oczy pociemniały, otuliłem się ciemnością jak zbroją.
- Nie złość się, ja tylko chciałem... - zacząłem, zanim jednak dokończyłem to zdanie, drzwi do naszej celi stanęły otworem. Gwałtownie podnieśliśmy głowy i zaskoczeni, zastygliśmy w bezruchu. Bo w drzwiach, w śnieżnobiałym garniturze, z krwiście czerwonym krawatem pod szyją, stał nie kto inny, jak Intendent we własnej osobie. Wspierał się na lasce. Posłał nam promienny uśmiech.
- Kochani, słyszałem, że chcecie porozmawiać z moim synem, i pomyślałem sobie, że sam go do was przyprowadzę. - Podniósł rękę, pstryknął palcami i do pomieszczenia weszło dwóch potężnych egzorcystów. Ciągnęli coś za sobą, coś, co wyglądało jak kupka nieszczęścia. Cisnęli to na ziemię między nami.
Z obrzydzeniem opuściłem wzrok.
- Co to ma być, nasza kolacja? - zapytałem. Dopiero gdy dostrzegłem intensywną zieleń, zorientowałem się, kto, zmasakrowany, posiniaczony, zakrwawiony, leży u naszych stóp.
- Crain! - krzyknęła oburzona Leaf. Zaalarmowany, strzępek nieszczęścia jęknął, słysząc swoje imię, przewrócił się na plecy i wypluł coś, co poszybowało łukiem przez pomieszczenie i wylądowało u stóp Intendenta. Ząb.
Ten minął go, nie okazując żadnych emocji.
- To mój syn. A teraz porozmawiamy - oznajmił. W tej chwili drzwi zamknęły się z głośnym hukiem, a my znaleźliśmy się w potrzasku z wyraźnie oszalałym Intendentem.
5Crain
Egzorcyści/klasy
Demony III stopnia
Duchy
Przywoływacze są w stanie nawiązać kontakt z duchami wszelkiego rodzaju, ponieważ zdają się pozostawać w ścisłym kontakcie z trzecim okiem. Poza tym obdarzone są umiejętnością przywoływania duchów, a nawet przytrzymywania ich przez określony czas.
Przywoływacze nie uchodzą za szczególnie silnych fizycznie, jednak mocna więź z zaświatami daje im inne umiejętności, takie jak przewidywanie przyszłości czy dar jasnowidzenia (tutaj często posiłkują się egzogenem, by zwiększyć efekt, jednak powszechnym skutkiem tej praktyki bywa silne uzależnienie). Do tego przywoływacze są podatni na obłęd i ogólnie uchodzą za lekko szurniętych.
Dwadzieścia lat wcześniej
Potwór spod łóżka został przyjacielem Craina. I to najlepszym i jedynym, dokładnie rzecz biorąc, bo poza nim w wielkim domu o zasłoniętych oknach i skrzypiących podłogach nie było nikogo, z kim chłopiec mógłby się bawić. Nie licząc może myszy, te jednak za bardzo się bały, by często wychylać noski z ciemnych norek.
Czasami Crain sam czuł się jak mysz, żyjąca w zakamarkach domu, niesłyszana, wiecznie uciekająca przed mieszkańcami. Matki praktycznie nie widywał. Jej brzuch sterczał nienaturalnie, ciągle narzekała na ból pleców i całymi dniami leżała w łóżku, przy okiennicach zamkniętych tak starannie, że w pomieszczeniu panowała nieprzenikniona ciemność.
Czasami zastanawiał się, czy z jej brzucha naprawdę wyjdzie człowiek, czy może demon.
Ojca widywał jeszcze rzadziej. Ten był jak cień, któremu najlepiej zejść z drogi.
Za dnia czas wlókł się tak powoli, że wskazówki zegara zdawały się wędrować do tyłu, a nie do przodu. Crain słuchał nauczycieli, którzy w domu uczyli go rachunków, czytania i pisania. Powtarzał francuskie, niemieckie i łacińskie słówka. Jedyne, co sprawiało mu przyjemność, to gra na starym fortepianie. Matka przestała to robić, gdy brzuch za bardzo jej przeszkadzał. Płynące spod jej palców dźwięki, które wypełniały puste korytarze, zawsze niosły otuchę. Dlatego teraz sam siadał na stołku i ćwiczył gamę, aż dom przestawał wydawać się tak koszmarnie cichy.
A później nie mógł doczekać się chwili, gdy położy się do łóżka. O ile dawniej niania Gertruda siłą go do tego zmuszała, teraz z własnej woli kładł się godzinę wcześniej niż zazwyczaj i nie przejmował się ciężarem kołdry. Wyczuwał podejrzliwe spojrzenie niani. Głośno, wcale nie cicho, mamrotała, że z tym chłopakiem coś jest nie tak. Za dużo śpi. Narzekała, że jakimś cudem udawało mu się noc w noc zrzucić kołdrę, bez względu na to, jak mocno go otulała. Że zawsze rano ma lodowate stopy i na pewno złapie jakąś chorobę.
Rozważała nawet kaftan bezpieczeństwa, żeby wreszcie leżał w bezruchu.
Crain nie wiedział, co to takiego, lecz nie brzmiało to zbyt przyjemnie. Ale też niania Gertruda nigdy po to coś nie sięgnęła, nieważne, ile razy o tym wspominała. Ponieważ sprawiało mniej problemów niż dawniej, w końcu uległa i przestała na to narzekać.
Kiedy tylko zgasło światło i podłoga przestała trzeszczeć pod jej stopami, Crain poczuł, jak jego kołdra się rusza. Jednak zamiast panikować, uśmiechnął się, gdy potwór wypełzł spod łóżka i uwolnił go od kołdry, ciasno upchniętej pod materac.
Gdy na powitanie polizał Craina po policzku, ani jego nienaturalnie długie kończyny, przywodzące na myśl odnóża pająka, ani monstrualna twarz czy rozdwojony język, wysuwający się z ust pozbawionych warg, nie budziły już strachu.
Chłopiec zachichotał, kiedy język muskał jego ucho, machinalnie starł śluz z policzka rękawem koszulki i usiadł. W dłoni miał latarkę.
- Cześć, Zess. Jak się spało? - zapytał.
Demon mruknął coś pod nosem.
- Chodź, dziecko, mam coś dla ciebie - syknął i z powrotem zniknął pod łóżkiem. Nie wydając nawet najmniejszego dźwięku.
Crain usiłował naśladować jego ruchy, poruszać się równie bezgłośnie, zlać się z nocą w jedność. Jego małe stópki przywierały do klepek posadzki, gdy na brzuchu wpełzł pod łóżko i patrzył, jak demon unosi deski i odsłania otwór, przez który co noc trafia do jego pokoju.
Chociaż serce za każdym razem waliło mu z emocji, ilekroć widział przed sobą mroczny otwór, prowadzący w głąb przepastnego domu, nie wahał się ani przez moment, by w ślad za Zessem wejść do środka. Jego nogi zawisły nad przepaścią, zaraz jednak zsunął się, by po chwili pochwyciły go długie palce, zwieńczone szponami.
Potwór trzymał go na rękach. Crain poczuł łaskotanie w brzuchu, gdy Zess nim zakołysał, aż mały zachichotał. Kiedyś widział, jak jakiś mężczyzna robił coś podobnego ze swoim dzieckiem. Jego ojciec nigdy nie brał go na ręce, nigdy nim nie kołysał, jednak robił to demon i czasami Crain łapał się na tym, że wolałby być potworem, nie człowiekiem.
Gdyby także był demonem, przynajmniej ktoś by go dotykał, ktoś by go lubił, może nawet kochał. Za taką cenę Crain zgodziłby się na dodatkowe ręce i paskudny wygląd.
Włączył latarkę, by oświetlić wąski korytarz - jeden z dziesiątek podobnych, które Zess mu wcześniej pokazał. Przecinały dom jak żyły, wijąc się przez cały budynek i prowadząc do rozmaitych pomieszczeń. Wypełniało je zastałe powietrze, wszędzie poniewierały się ciała martwych myszy i szczurów, ściany nikły za szarobiałymi pajęczynami. Właśnie tutaj znalazł zwłoki chomika, który kilka miesięcy wcześniej przepadł bez śladu.
Crain w ogóle już się nie bał, gdy podawał Zessowi rękę i wraz z nim wędrował korytarzami. Kiedy szli, chude, zdecydowanie za długie nogi z kolanami wykręconymi na zewnątrz drapały w ścianę jak ostrze ogromnej kosy.
Niewiele przeszli, gdy Crain to usłyszał. Niewyraźne mamrotanie, szept, który przenikał przez ściany, i chociaż nie był w stanie rozróżnić poszczególnych słów, natychmiast rozpoznał głos ojca.
Chciał coś powiedzieć, ale demon uniósł zdecydowanie zbyt długi palec do ust i dał znak, by milczał, a potem pokazał coś w ścianie. Crain podążył spojrzeniem w tamtą stronę i zobaczył w murze dwa otwory. Zdecydowanie za wysoko, by ich dosięgnął. Za to na odpowiedniej wysokości dla kogoś dorosłego, na przykład jego ojca.
Zess podkradł się do okrągłych otworów i przesunął coś na bok. Nagle gęstą ciemność wypełniło mdłe światło. Zess wziął małego Craina na kościste ręce, tak że chłopiec mógł zerknąć przez wizjer. Przywarł buzią do zakurzonej ściany i czuł się jak szpieg, gdy zaglądał do gabinetu ojca, do którego pod żadnym pozorem nie wolno mu było wchodzić.
Po ostatnim razie, gdy ojciec go na tym przyłapał, sprał go tak, że Crain całymi dniami nie był w stanie usiąść.
Crain uwielbiał robić wszystko to, czego mu zabraniano, i na samą myśl, że zagląda do gabinetu ojca, poczuł dreszczyk podniecenia. Zainteresowany, przycisnął policzek do ściany i zorientował się, że otwory znajdują się w obrazie zawieszonym bezpośrednio nad potężnym biurkiem.
Teraz nie tylko słyszał ojca, lecz także go widział.
Intendent siedział na ogromnym fotelu, obitym skórą grollborste. Mimo późnej pory miał na sobie garnitur. Nosił go jak zbroję. Między palcami trzymał cygaro. Jego koniuszek jarzył się jak oko, ilekroć unosił go do ust i się zaciągał. Pośrodku idealnie wysprzątanego biurka stała karafka ciemnego płynu. I dwie szklaneczki.
- Jak chłopiec? - Uszu Craina dobiegł głos ojca. Gdy mówił, z jego ust wydobywał się dym, wypełniając pomieszczenie gęstymi oparami.
- Robi duże postępy. Już teraz jego arkanum jest imponująco wysokie i przekracza wszelkie oczekiwania - odparł drugi głos, niski, z intrygującym akcentem, którego Crain nie potrafił nikomu przypisać.
Przesunął się odrobinę, by spojrzeć przez kolejny wizjer, i wtedy rozpoznał drugiego mężczyznę. Miał szerokie barki, nieco ciemniejszą karnację i czarne włosy, zebrane w koński ogon, spływający na plecy.
Wydawał mu się znajomy. Nie pamiętał jednak jego nazwiska. Był za to przekonany, że to ktoś ważny wśród egzorcystów, o kim ojciec od czasu do czasu wspominał.
- Następnym razem zabierz go z Kairu, przywieź tutaj, do Londynu. Tahirze, potrzebuję cię tu, żeby załatwić tę sprawę z wampirami. Strigoi stawiają coraz bezczelniejsze żądania. Powinniśmy chyba trochę ściągnąć im wodze, zanim pomylą naszą wielkoduszność ze słabością i zechcą zagrać nam na nosie. A mojemu synowi świetnie zrobi towarzystwo kogoś tak dobrze się zapowiadającego jak twój Falco. Na litość boską, chłopakowi przydałby się duch walki.
- Zobaczę, co da się zrobić - odparł ten drugi... Tahir?
Ojciec ponownie uniósł cygaro do ust. Spomiędzy jego warg leniwie wydobywał się dym. Po chwili odłożył żarzący się koniuszek i sięgnął po szklaneczkę z płynem.
- Dobrze, skoro to jasne, powinniśmy porozmawiać o tej drugiej sprawie.
Wyćwiczonym gestem ojciec otworzył szufladę, wyjął plik dokumentów i rzucił na stół. Część kartek rozsypała się, docierając aż do drugiego egzorcysty.
Ten nie wydawał się ani zaskoczony, ani szczególnie zainteresowany. Upił tylko łyk ze swojej szklanki i usiadł wygodniej.
- Jakiś problem? - zapytał nonszalancko.
Ojciec wyprostował barki.
- Problem, w rzeczy samej. Te żądania znacznie wykraczają poza nasze ustalenia. Nie może być mowy o więcej niż trzydziestu procentach. Powiedz Unie, że nie może tak po prostu zmieniać warunków. Dostanie to, co ustaliła jeszcze z moim ojcem, i ani trochę więcej.
- Przyjacielu, czasy się zmieniają. Jeżeli prace nad genem mają zakończyć się do momentu, gdy mój syn osiągnie pełnoletniość, obecne kontyngenty nie wystarczą. Poza tym ostatni transport, który nam przekazałeś, był słabowity, za stary lub za młody, praktycznie nieużyteczny. Do naszych badań potrzebujemy egzorcystów o określonym poziomie arkanum, a także przynajmniej częściowo wykształconych. Na razie eksperymenty zawodzą i Una nie jest zadowolona - odparł Tahir i metodycznie składał dokumenty jeden na drugim.
Crain usiłował odczytać cokolwiek z zadrukowanych kartek, ale znajdowały się zbyt daleko.
- Jak sobie to wyobrażacie? - warknął ojciec i się wyprostował. - Podtrzymuję zdanie mojego ojca. Starzy egzorcyści, których wycofano ze służby, albo dzieci, których rodzice polegli i znajdują się pod opieką Zakonu, mogą zniknąć, coś takiego zawsze można wytłumaczyć. Co jakiś czas możemy również stracić egzorcystę na polu walki, jednak trzydziestoprocentowy wzrost jest niemożliwy. Nie bez zwracania na siebie uwagi. Jeżeli wasze eksperymenty zawodzą, powinniście zmienić sposób postępowania, zamiast marnować kolejne życia, jakby dawało się je zorganizować równie łatwo, jak szczury laboratoryjne.
- Zapewniam cię, Intendencie, nie marnujemy ani jednego życia, ale do naszych badań potrzebujemy egzorcystów, którzy są w pełni sił, a nie słabi i schorowani. W tym roku Una żąda większych dostaw. Oczywiście jest gotowa się zrewanżować.
Ojciec zesztywniał. Ledwie zauważalnie, ale Crain widział napięcie jego mięśni.
- W jaki sposób? - zapytał spokojnie.
Tahir sięgnął do kieszeni i położył coś na biurku. Fiolkę. Niewielką. O zawartości czarnej jak lukrecja.
Ojciec się wyprostował.
- Co to jest? - zapytał, lecz z tonu jego głosu Crain wywnioskował, że doskonale znał odpowiedź na to pytanie.
- Czysta esencja Lucyfera. Wszystko, co po nim zostało, gdy ostatnia próba umieszczenia go w powłoce spaliła na panewce. Udało nam się przechwycić dokładnie trzy fiolki. Tylko w tej jednej znajduje się więcej mocy, niż posiadał którykolwiek z twoich przodków. Przedłuży twoje życie o mniej więcej sto lat.
Crain nie miał pojęcia, o czym mówił ten cały Tahir, ale palce ojca drgnęły, jakby powstrzymywał się przez sięgnięciem po fiolkę.
- Sto lat wydaje mi się jednak niską ceną za ponad dwudziestu pięciu egzorcystów, których zniknięcie będę musiał wytłumaczyć.
- To już załatwione. Rozmawiałem z Dauphine, zadba o wszystko, o ile wzrośnie nagroda i... no cóż, Zakon zgodzi się przymknąć oko... - Tahir urwał i nagle Crain miał wrażenie, że cień egzorcysty zmienia kształt, tak że przez moment wyglądało, jakby na jego czaszce wyrosły rogi.
Ojciec milczał. Upił łyk, wpatrywał się w dno pustej szklaneczki, a potem odstawił ją ostrożnie.
- Żądam wszystkich trzech fiolek. Trzysta lat za trzydziestu egzorcystów, między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia.
Tahir skinął głową.
- Dopilnuję, by przesłano ci esencję. A to mały... dowód wdzięczności za wieloletnią współpracę z rodziną Paracelsusa. - Wstał i wygładził sobie krawat. - A teraz mam nadzieję, że mi wybaczysz. Czeka mnie jeszcze jedno spotkanie.
- Do zobaczenia, stary przyjacielu - odparł swobodnie Intendent.
Egzorcysta skinął głową i wyszedł. Ledwie zamknęły się za nim drzwi, ojciec chwycił fiolkę. Poruszał się tak szybko, że Crain wzdrygnął się przerażony. Sekundę później patrzył, jak ojciec otwiera fiolkę i jednym haustem pochłania jej zawartość.
Crain już miał się odwrócić, gdy ojcem zaczęły szarpać torsje. Mięśnie mu się napięły. Fiolka wysunęła się z palców i z głośnym brzękiem rozbiła o posadzkę. Intendent gwałtownie nabrał powietrza, dźwignął się na nogi, gorączkowo luzując krawat pod szyją.
Crain raptownie nabrał tchu. Zess zasłonił mu usta dłonią i w zarodku zdusił wszelkie odgłosy. W milczeniu obserwowali, jak Intendentem wstrząsają skurcze, jak z jego gardzieli wydobywają się bulgoczące odgłosy.
Paracelsus oparł się dłońmi o biurko i nagle wydawało się, że rośnie. Coś ruszało się pod jego skórą, jakby jego mięśnie wiły się jak węże. Wybrzuszały się jak pęcherze. Jego palce drżały niekontrolowanie, czarne żyły wiły się pod bladą skórą, a potem Intendent wydał zwierzęcy ryk. Co się z nim działo? Dlaczego to robił? Dlaczego?
Intendent odrzucił głowę do tyłu, aż jego kark zachrzęścił paskudnie. Żyły jak robaki wdzierały się w policzki, wnikały do oczodołów. W ułamku sekundy oczy Intendenta stały się czarne jak noc. Lśniące i zimne jak marmur. Wypełniało je szaleństwo, gdy patrzył prosto przed siebie.
Jego usta wykrzywiał obłąkany uśmiech.
Crain odwrócił głowę, z trudem tłumiąc krzyk.
W ten właśnie sposób dowiedział się, że także jego ojciec jest potworem.