ROZDZIAŁ PIERWSZY
Na trzydziestym pierwszym piętrze biurowca było zupełnie ciemno, a dźwięk toczącego się po korytarzu wózka, który pchała Maisie Dobson, był jedynym, jaki dało się słyszeć.
Była druga w nocy i Maisie czuła się bardzo zmęczona. O dziewiątej rano miała zaplanowane spotkanie ze swoim naukowym opiekunem na uczelni i czuła, że zaśnie w jego połowie. Zawsze marzyła o tym, żeby skończyć szkołę muzyczną, ale najpierw musiała zdobyć na to pieniądze. Umiała ciężko pracować, żeby osiągnąć to, czego pragnęła.
Nagle spostrzegła, że w jednym z pokoi na końcu korytarza pali się światło. Pomyślała, że ktoś zapewne zapomniał je zgasić, choć poczuła cień niepokoju. Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, a w większości biur światło wyłączało się automatycznie. O tej porze wszyscy pracownicy poszli już do domu i nikogo nie powinno tu być. Maisie pchała dalej wózek, a serce ciężko waliło jej w piersiach.
Zatrzymała wózek przed drzwiami oświetlonego biura, wzięła głęboki wdech i przekręciła klamkę. W środku siedział mężczyzna.
Maisie znieruchomiała. To nie był zwykły mężczyzna. Nie, ten był... Nie mogła znaleźć odpowiednich słów, żeby go opisać. Miał kruczoczarne włosy i ciemne grube brwi. Długie rzęsy rzucały cień na wystające kości policzkowe. Mężczyzna spoglądał na niemal całkowicie opróżnioną szklaneczkę whisky, którą trzymał w smukłych palcach.
Miał rozluźniony krawat i rozpięte górne guziki koszuli. Emanowała z niego jakaś siła, charyzma, której nie sposób było się oprzeć. Maisie mimowolnie weszła do pokoju.
Nieznajomy podniósł wzrok i spojrzał na nią przenikliwie niebieskimi jak niebo oczami.
- Witam - powiedział z uśmiechem, który wcale nie wydał jej się przyjemny. Jego głos brzmiał jak ciekły miód i nosił ślad obcego akcentu. - Jak się miewasz w ten cudowny wieczór?
W jego oczach dostrzegła coś, na widok czego ścisnęło jej się serce. Postąpiła kolejny krok do przodu.
- Ja całkiem nieźle. Należałoby raczej spytać, jak ty się czujesz - powiedziała, spoglądając na prawie pustą butelkę po whisky.
Mężczyzna przechylił na bok głowę.
- To bardzo dobre pytanie.
- Naprawdę?
Jego smutek był tak przejmujący, że nie sposób było pozostać wobec niego obojętnym. Maisie miała w sobie wiele miłości do ofiarowania i niewiele osób, które mogła nią obdzielić. Jej brat Max już się usamodzielnił i chciał zacząć życie na własny rachunek. Cały czas powtarzała sobie, że to bardzo dobrze.
- Tak - odparł mężczyzna, prostując się gwałtownie w fotelu. - Powinienem się czuć doskonale, czyż nie?
Maisie skrzyżowała ramiona na piersiach.
- Tak? A to dlaczego? - Nieznajomy zaintrygował ją. Kim był? Raczej tu nie pracował. Sprzątała w tym biurowcu od sześciu miesięcy i nigdy wcześniej go nie spotkała. Miała dziwne wrażenie, że nie pasuje do tego miejsca, był na to zbyt silny, zbyt charyzmatyczny. Nawet kiedy był pijany, jak teraz, emanowała z niego jakaś moc, której trudno się było oprzeć.
Czekała na jego odpowiedź. Ból, który najwyraźniej odczuwał, przypomniał jej o własnym bólu.
- Dlaczego powinienem się czuć doskonale? - Jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu. - Mógłbym wymienić kilka powodów. Jestem bogaty, zrobiłem karierę i mogę mieć każdą kobietę, której zapragnę. Mam domy w Mediolanie, Londynie i na Krecie. Mam też jacht, prywatny odrzutowiec i... - Posłał jej sardoniczne spojrzenie. - Mam kontynuować?
- Nie. - Ten mężczyzna ewidentnie nie należał do tego miejsca. Powinien zajmować całe górne piętro albo nawet mieć własny biurowiec. Kim był? - Żyję na tym świecie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że to nie daje szczęścia - oznajmiła, choć osobiście uważała, że na pewno pieniądze ułatwiają życie. Zawsze jej ich brakowało i zawsze ciężko pracowała, żeby je zarobić.
- Żyjesz wystarczająco długo? - W jego oczach dostrzegła rozbawienie i zainteresowanie. - Wyglądasz na dziewczynę, która ledwie co skończyła szkołę.
- Mam dwadzieścia cztery lata - odparła z godnością. - Jestem studentką. Sprzątanie to moja nocna praca.
- A więc jest już noc? - Wyjrzał przez okno na rozjarzony od świateł Chrysler Building. - Ciemna, zimna noc.
Maisie była przekonana, że nie ma na myśli pogody.
- Dlaczego siedzisz w tym pustym biurze i pijesz? - spytała miękko.
Przez chwilę nie odpowiadał, po czym nagle przeniósł na nią wzrok i uśmiechnął się promiennie.
- Na szczęście nie jestem już sam. - Sięgnął po szklankę nalał do niej whisky i wyciągnął w jej stronę. - Dlaczego nie miałabyś się ze mną napić?
- Nie mogę. Jestem w pracy. - Maisie postąpiła krok do tyłu.
- W pracy?
- Sprzątam tu. To jest ostatnie biuro na tym piętrze.
- W takim razie prawie już skończyłaś.
To prawda, ale dochodziła trzecia, a jutro rano miała zajęcia.
- Mimo to się nie napiję. Muszę dokończyć sprzątanie - oznajmiła stanowczo.
- Co tu jest do sprzątania? - Mężczyzna rozejrzał się wokół.
- Muszę opróżnić kosze, zetrzeć kurze, odkurzyć wykładzinę...
- W takim razie pozwól, że ci pomogę, a potem się napijemy.
Popatrzyła na niego zaskoczona.
- Nie możesz...
- Ale chcę. - Zerwał się z krzesła zadziwiająco żwawo i wyjął ze stojącego przy drzwiach wózka ścierkę i butelkę z płynem czyszczącym. Przesunął ręką papiery na biurku i popsikał blat sprayem. Maisie patrzyła na niego zaskoczona. Kiedy umył biurko, zabrał się za stolik do kawy.
- Czemu tak stoisz bezczynnie? - spytał ją.
- Kim ty jesteś?
- Antonio Rossi. - Sięgnął po kosz na śmieci i opróżnił jego zawartość do plastikowego worka wiszącego na wózku. - A ty?
- Maisie.
- Miło mi cię poznać, Maisie. - Skinął głową w kierunku odkurzacza. - Jeszcze tylko wykładzina i możemy iść się napić.
Była doprawdy urocza. Jego pomoc totalnie ją zaskoczyła, podobnie zresztą jak jego samego. Nigdy tego nie robił, choć w swoim życiu wykonywał już znacznie gorsze prace.
Maisie mu się spodobała. Jej kasztanowe loki, duże zielone oczy i kształtne ciało skryte pod niebieskim uniformem sprawiały bardzo miłe wrażenie. Miał ochotę się z nią napić. Już dawno odkrył, że alkohol jest najlepszym sposobem na to, by zapomnieć. Zaraz po nim był seks.
Maisie sięgnęła po sznur od odkurzacza i włączyła wtyczkę do kontaktu. Antonio niecierpliwym gestem wyjął jej go z ręki.
- Ja to zrobię - oznajmił i zabrał się za odkurzanie. Miał lekkie poczucie winy, że uwodzi sprzątaczkę w pustym biurze, ale gdyby naprawdę nie życzyła sobie jego towarzystwa, zapewne by odeszła. I bez tego miał wystarczająco dużo grzechów na sumieniu.
A może miała męża albo chłopaka? Choć miał wrażenie, że kiedy na niego popatrzyła, coś zaiskrzyło. Żeby to sprawdzić, musnął delikatnie jej rękę, kiedy odstawiał odkurzacz. Tak, bez wątpienia Maisie zareagowała.
- Więc jak? Napijesz się ze mną?
- Naprawdę nie powinnam...
Antonio wyjął z szuflady czystą szklankę i nalał jej.
- To takie nudne słowo, nie sądzisz? Nie powinniśmy pozwolić, żeby naszym życiem rządziły jakieś "powinnam".
- Czy to nie jest oksymoron?
Roześmiał się, zaskoczony jej pytaniem.
- W rzeczy samej - odparł, podając jej szklankę.
Wzięła ją i spojrzała na niego uważnie.
- Co tu robisz?
- To zależy od tego, co masz na myśli, mówiąc "tu".
- Mam na myśli ten pusty biurowiec.
- Pracowałem. - A przynajmniej do chwili, w której znów wróciły czarne myśli i ponure wspomnienia.
- Pracujesz tu? - W jej głosie dało się słyszeć niedowierzanie.
- Nie całkiem. Zostałem wynajęty do wykonania pewnej pracy.
- Jakiej konkretnie?
Zawahał się. Nie bardzo chciał mówić o tym, co robił, żeby nie generować plotek. Uznał jednak, że dziewczyna nie stanowi zagrożenia.
- Zajmuję się oceną ryzyka związanego z przejmowaniem firm przez inne firmy, żeby jak najbardziej zminimalizować straty.
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
- Chcesz powiedzieć, że ta firma będzie przejęta przez inną?
- Tak. Znasz kogoś, kto tu pracuje?
- Tylko innych sprzątających. Myślisz, że nasze posady będą zagrożone?
- Nie wydaje mi się. Biura zawsze musi ktoś sprzątać.
- Och! - Maisie najwyraźniej poczuła ulgę. - To dobrze.
- Wypijemy za to? - Antonio uniósł do góry szklankę. - Twoja praca to jedna z nielicznych, które nie są zagrożone.
- Przykro mi to słyszeć.
- Cincin.
Maisie upiła niewielki łyk whisky, przełknęła go i skrzywiła się.
- Co znaczy "cincin"?
- To toast, który wznosi się we Włoszech.
- A więc jesteś Włochem?
- Winny.
To słowo samo spłynęło z jego ust. Był winny nie tylko swojego pochodzenia, ale także wielu innych rzeczy.
- Nigdy nie byłam we Włoszech. Na pewno jest tam bardzo pięknie.
- Rzeczywiście, w niektórych rejonach jest.
Maisie upiła kolejny łyk alkoholu.
- Mocna rzecz. Mam wrażenie, że łykam ogień.
- To prawda. - Dopił swoją porcję i zamknął oczy. Bez trudu mógł przywołać w pamięci twarz brata, młodą, roześmianą, beztroską. Jeśli jednak dłużej będzie miał zamknięte oczy, twarz się zmieni. Stanie się blada i pozbawiona życia. Chodnik wokół niej będzie pokryty krwią.
Dlatego musiał pić.
- Dlaczego tu siedzisz? - spytała miękko Maisie, patrząc na niego pytająco. - Dlaczego pijesz tu samotnie po nocy?
Antonio wzruszył ramionami i już chciał powiedzieć coś, żeby ją zbyć, kiedy zaskoczyła go kolejnym stwierdzeniem.
- Wyglądasz tak smutno. Mam wrażenie, że jesteś równie smutny jak ja.
- Ty?
Zamknęła oczy, żeby nie mógł w nie spojrzeć.
- Moi rodzice zmarli, kiedy miałam dziewiętnaście lat. Kiedy na ciebie spojrzałam, pomyślałam, że wyglądasz tak jak ja wtedy.
Jej szczerość była porażająca. Z wrażenia zupełnie nie wiedział, co powiedzieć.
- To dlatego, że ja też kogoś straciłem i dziś o nim myślałem.
Co on mówi? Nigdy nikomu nie wspominał o Paolu. A już na pewno nie obcej osobie. Starał się o nim nie myśleć, ale oczywiście nie było to realne. Paolo zawsze był w jego świadomości. Ścigał go. Oskarżał. Sprawiał, że nie mógł zaznać spokoju.
- Kogo? - Jej oczy patrzyły na niego współczująco, a usta były lekko rozchylone. Miał ochotę wziąć ją w ramiona, ale jeszcze bardziej chciał z nią rozmawiać. Chciał powiedzieć jej całą prawdę, a przynajmniej tyle, ile mógł ujawnić.
- Brata. Mojego małego brata.