Biuro przesyłek niedoręczonych - Natasza Socha

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (15,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

NOWA PRACA

Zu­zan­na bar­dzo nie lu­bi­ła cza­pek. Jej wło­sy by­ły dość cien­kie i pod każ­dym na­kry­ciem gło­wy zmie­nia­ły swój kształt oraz po­ło­że­nie. Wpraw­dzie za­wsze po­zo­sta­wa­ły na gło­wie, ale ni­g­dy w ta­kiej po­zy­cji, w ja­kiej zo­sta­ły uło­żo­ne ra­no. Tym ra­zem jed­nak gru­dzień nie był zbyt po­błaż­li­wy i już na sa­mym po­cząt­ku mie­sią­ca dmuch­nął lo­do­wa­tym po­wie­trzem. W tej sy­tu­acji Zu­zan­na za­ło­ży­ła zie­lo­ną czap­kę, owi­nę­ła się zie­lo­nym sza­li­kiem i ze zre­zy­gno­wa­ną mi­ną po­szła do pra­cy. Po­cie­szał ją fakt, że przy­naj­mniej ma cu­dow­nie ozdo­bio­ne uszy - kol­czy­ka­mi w kształ­cie li­za­ków, któ­re ku­pi­ła na wiej­skim od­pu­ście ubie­głe­go la­ta. Zu­zan­na ko­cha­ła kol­czy­ki, ko­cha­ła też wi­sior­ki, a im bar­dziej by­ły pstro­ka­te i udziw­nio­ne, tym le­piej.

No­wa pra­ca nie by­ła pra­cą ma­rzeń, ale Zu­zan­na wca­le się tym nie mar­twi­ła. Czę­sto prze­cież w ży­ciu ja­koś tak się ukła­da, że ro­bi­my to, co nie do koń­ca jest szczy­tem na­szych pra­gnień. Naj­pierw nie po­do­ba nam się przed­szko­le, póź­niej oka­zu­je się, że szko­ła, do któ­rej nas za­pi­sa­no, zde­cy­do­wa­nie nie od­po­wia­da na­szym upodo­ba­niom, a na koń­cu - miej­sce pra­cy jest cał­ko­wi­tym za­prze­cze­niem mło­dzień­czych wi­zji. Bo tyl­ko w baj­kach tak na­praw­dę wy­bie­ra­my mię­dzy zło­tą a sre­brzy­stą suk­nią, w co­dzien­nym ży­ciu zaś no­si­my zwy­kłą, po­pie­la­tą spód­ni­cę, któ­ra dra­pie nas w łyd­ki.

Wiatr po­gwiz­dy­wał dość sro­go, chmu­ry kłó­ci­ły się o lep­sze miej­sce na nie­bie, a Zu­zan­na szła do pra­cy w zie­lo­nej czap­ce na gło­wie.

Biu­ro Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych.

To, co in­nym wy­da­wa­ło się opu­sto­sza­łym ma­ga­zy­nem, by­ło ogrom­ną cen­tra­lą pocz­to­wą, a mó­wiąc do­kład­niej - miej­scem, gdzie lą­do­wa­ły wszyst­kie te li­sty, pacz­ki i prze­sył­ki, któ­re w ża­den spo­sób nie mo­gły tra­fić do ad­re­sa­ta. Zu­zan­na już pierw­sze­go dnia od­nio­sła wra­że­nie, że to miej­sce pach­nie jak pu­sta bu­tel­ka po per­fu­mach. Z jed­nej stro­ny reszt­ki aro­ma­tu jesz­cze tań­czą w szkla­nym fla­ko­ni­ku, z dru­giej jed­nak za­pach ulat­nia się co­raz bar­dziej i bar­dziej, by wresz­cie znik­nąć na wie­ki. Biu­ro Mar­twych Li­stów. Ni­g­dy nie­prze­czy­ta­nych, po­zo­sta­ją­cych bez od­po­wie­dzi.

Pra­cow­ni­cy zmie­nia­li się dość czę­sto, Zu­zan­nie wy­da­wa­ło się, że w cią­gu ostat­nich dwóch ty­go­dni cią­gle wi­dzi no­we twa­rze. Wszy­scy ro­bi­li pra­wie to sa­mo: prze­rzu­ca­li pacz­ki, se­gre­go­wa­li je, ukła­da­li na pół­kach, ozna­cza­li i wpi­sy­wa­li do ka­ta­lo­gów. W za­sa­dzie ona też by­ła no­wa. Do Mia­stecz­ka przy­je­cha­ła pod ko­niec li­sto­pa­da, kie­dy tyl­ko do­wie­dzia­ła się, że jest wol­na po­sa­da. W Biu­rze każ­da pa­ra rąk by­ła po­trzeb­na, wsku­tek cze­go Zu­zan­nę przy­ję­to bez więk­szych pro­ble­mów. Wy­na­ję­ła nie­wiel­kie miesz­kan­ko, spa­ko­wa­ła swo­je ubra­nia do jed­nej du­żej wa­liz­ki i po­ma­cha­ła mat­ce oraz bab­ci na do wi­dze­nia.

- Ucie­kasz? - spy­ta­ła ją ma­ma, kie­dy Zu­zan­na oznaj­mi­ła, że na ra­zie re­zy­gnu­je z pra­cy w ga­bi­ne­cie psy­cho­lo­gicz­nym, gdzie za­trud­nio­no ją w re­cep­cji, i wy­jeż­dża swo­im ma­łym czer­wo­nym au­tkiem ja­kieś czte­ry­sta ki­lo­me­trów na wschód Pol­ski.

To by­ła w jej ży­ciu pierw­sza tak sta­now­cza i od­waż­na de­cy­zja. Do tej po­ry Zu­zan­na miesz­ka­ła z ma­mą i bab­cią, grzecz­nie za­li­cza­ła wszyst­kie szko­ły, któ­re sta­nę­ły na jej dro­dze, a na­wet ukoń­czy­ła trzy­let­ni kurs wo­kal­no-ak­tor­ski, gdzie na­uczy­ła się mię­dzy in­ny­mi emi­sji gło­su z pro­fi­lak­ty­ką. Na stu­dia za­bra­kło jej jed­nak si­ły i ocho­ty, na do­da­tek dość szyb­ko do­szła do wnio­sku, że jest zbyt nie­śmia­ła, by wy­stę­po­wać pu­blicz­nie. Kie­dy na­tra­fi­ła na ogło­sze­nie o pra­cy w re­cep­cji ga­bi­ne­tu psy­cho­lo­gicz­ne­go, dłu­go się nie za­sta­na­wia­ła, cho­ciaż do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ni­g­dy tu nie awan­su­je. A emi­sja gło­su z pro­fi­lak­ty­ką z pew­no­ścią jej się nie przy­da. Po­lu­bi­ła jed­nak pa­pier­ko­wą ro­bo­tę, uma­wia­nie na wi­zy­ty, od­bie­ra­nie te­le­fo­nów, fak­sów i e-ma­ili, a na­wet co­dzien­ne pa­rze­nie ka­wy. Nie­któ­rzy lu­dzie są stwo­rze­ni do pra­cy na sa­mych szczy­tach, in­ni ma­ją lęk wy­so­ko­ści i wo­lą ob­ser­wo­wać świat z do­łu, cie­sząc się, że sto­ją na pew­nym grun­cie. Na szczę­ście nikt nie miał do Zu­zan­ny pre­ten­sji, że nie ma du­szy przy­wód­cy. Ma­mę bar­dziej mar­twił fakt, że cór­ka na­gle znik­nie z jej ży­cia, w któ­rym za­do­mo­wi­ła się na dwa­dzie­ścia trzy la­ta i czte­ry mie­sią­ce.

- Nie ucie­kam, po pro­stu zmie­niam oto­cze­nie. Chcę po­miesz­kać sa­ma, wy­je­chać w miej­sce, gdzie nikt mnie nie zna, po­spa­ce­ro­wać in­ny­mi uli­ca­mi.

- Ale dla­cze­go?

Zu­zan­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Nie wiem, nie umiem ja­koś sen­sow­nie ci od­po­wie­dzieć. Ale nie za­bra­niaj mi, pro­szę.

- Nie mam za­mia­ru, je­steś do­ro­sła.

Te­go nie by­ła aż ta­ka pew­na. Dwa­dzie­ścia trzy la­ta to du­żo dla ko­goś, kto chciał­by roz­po­cząć ka­rie­rę pri­ma­ba­le­ri­ny, ale nie­ko­niecz­nie dla oso­by, któ­ra kom­plet­nie nie wie­dzia­ła, co chce ro­bić w ży­ciu.

Biu­ro Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych? Cze­mu nie, prze­cież za­wsze moż­na zre­zy­gno­wać.

- Na po­cząt­ku wy­ja­śnię ci, dla­cze­go te wszyst­kie li­sty i pacz­ki lą­du­ją wła­śnie u nas. Pod­sta­wo­we przy­czy­ny to za­zwy­czaj zły ad­res na ko­per­cie oraz brak zgo­dy na przy­ję­cie pa­kun­ku przez od­bior­cę - wy­ja­śni­ła Zu­zan­nie sze­fo­wa Biu­ra, zie­lon­ka­wo-brą­zo­wa pa­ni Ane­ta.

"Drze­wo. Przy­po­mi­na mi drze­wo" - po­my­śla­ła Zu­zan­na na wi­dok swo­jej prze­ło­żo­nej, ubra­nej w brą­zo­we ko­za­ki, zle­wa­ją­ce się z brą­zo­wy­mi raj­sto­pa­mi, zie­lo­ny kom­plet z weł­ny cze­san­ko­wej, zie­lo­ną apasz­kę w brą­zo­we kwa­dra­ty oraz wy­sta­ją­cy spod ma­ry­nar­ki cze­ko­la­do­wy golf. Ca­łość wień­czy­ły kasz­ta­no­we lo­ki, drob­ne, mi­ster­ne i bar­dzo nie­twa­rzo­we. Pa­ni Ane­ta by­ła ale­go­rią je­sie­ni, ale w tej gor­szej jej od­sło­nie - po­nu­rej, od­py­cha­ją­cej słoń­ce i chęt­nie za­ci­na­ją­cej desz­czem. Oczy­wi­ście nie­wie­le so­bie z te­go ro­bi­ła, sku­pia­jąc się głów­nie na de­le­go­wa­niu za­dań swo­im pod­wład­nym. Na­wet jej głos brzmiał tak, jak­by ktoś kru­szył su­szo­ne li­ście.

- Zdję­cia wszyst­kich prze­sy­łek tra­fia­ją do sie­cio­we­go re­je­stru. Dzię­ki te­mu cią­gle ist­nie­je szan­sa, że ktoś do nas za­dzwo­ni, opi­sze zgu­bę, a my znaj­dzie­my da­ny przed­miot. Kie­dy jed­nak te­le­fon mil­czy, pacz­ka mu­si prze­le­żeć w ma­ga­zy­nie trzy­na­ście mie­się­cy. Po tym cza­sie po­zby­wa­my się jej. Wy­jąt­kiem są przed­mio­ty po­ten­cjal­nie war­to­ścio­we, ta­kie jak do­ku­men­ty, pie­nią­dze czy też bi­żu­te­ria, któ­re do­pie­ro po dwóch la­tach tra­fia­ją do Skar­bu Pań­stwa. Do te­go cza­su kosz­tow­no­ści wkła­da­my do tych żół­tych, me­ta­lo­wych szaf, któ­re z pew­no­ścią wi­dzia­łaś, wcho­dząc do ma­ga­zy­nu.

"Pocz­to­we gro­bow­ce" - po­my­śla­ła Zu­zan­na. "Pro­sek­to­ria dla prze­sy­łek, któ­re i tak zo­sta­ną zu­ty­li­zo­wa­ne".

- Prze­pra­szam, co pa­ni ma w uszach? - do­bie­gło ją na­gle.

- Kol­czy­ki - od­po­wie­dzia­ła zdzi­wio­na.

- No tak, to wiem - kiw­nę­ła gło­wą pa­ni Ane­ta. - Cho­dzi­ło mi o bar­dziej pre­cy­zyj­ną od­po­wiedź, ale już sa­ma wi­dzę, że to li­za­ki. Cie­ka­we - do­da­ła po chwi­li, choć wy­raz jej twa­rzy mó­wił zu­peł­nie co in­ne­go.

- A li­sty? - spy­ta­ła szyb­ko Zu­zan­na. Do li­stów mia­ła ja­kąś spe­cjal­ną sła­bość. Zwłasz­cza w dzi­siej­szych cza­sach, kie­dy więk­szość lu­dzi wy­sy­ła­ła so­bie wia­do­mo­ści za po­mo­cą ko­mó­rek i kom­pu­te­rów. Do dziś pa­mię­ta, jak jej ma­ma wzdry­gnę­ła się na wia­do­mość od ko­le­żan­ki, któ­ra przy­sła­ła jej krót­kie­go SMS-a z dość po­nu­rą i zwię­złą tre­ścią: "Umarł mój mąż, po­grzeb w śro­dę, kwia­ty nie­ko­niecz­ne".

Pa­pie­ro­wy prze­kaz my­śli miał w so­bie ten sam urok, co tra­dy­cyj­ne apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne z praw­dzi­wym fil­mem w środ­ku. Gna­ło się kie­dyś do skle­pu fo­to­gra­ficz­ne­go i prze­stę­po­wa­ło z no­gi na no­gę, by jak naj­szyb­ciej zo­ba­czyć zdję­cia z obo­zu, wa­ka­cji, ba­lu, zlo­tu czy na­wet zwy­kłej szkol­nej wy­ciecz­ki. Współ­cze­snym cy­frów­kom, a po­tem te­le­fo­nom ko­mór­ko­wym za­in­sta­lo­wa­no mi­lion funk­cji, ale ode­bra­no du­szę. Te­raz zdję­cie moż­na zo­ba­czyć, jesz­cze za­nim się je zro­bi. Do te­go przy­bli­żyć, od­da­lić, zma­to­wić, na­błysz­czyć, wy­pik­se­lo­wać i sfo­to­szo­po­wać.

Po­dob­ną ni­ja­kość ma w so­bie ca­ła ta wir­tu­al­na i smart­fo­no­wa ko­re­spon­den­cja. Elek­tro­nicz­na wy­mia­na my­śli jest szyb­ka i spraw­na, ale ni­ko­mu nie bi­je przy tym ser­ce. A to cze­ka­nie na li­sto­no­sza... Spóź­nia się? A mo­że już był, tyl­ko nikt go nie za­uwa­żył? Al­bo za­cho­ro­wał? Al­bo po pro­stu nie miał po co dziś przy­cho­dzić... Naj­pięk­niej­szy wi­dok to czy­sta biel ko­per­ty ły­pią­ca przez dziur­ki me­ta­lo­wej skrzyn­ki pocz­to­wej.

Ktoś dzi­siaj pi­sze jesz­cze li­sty?

- Uty­li­zu­je­my po trzech mie­sią­cach. - Zu­zan­na od­nio­sła wra­że­nie, że pa­ni Ane­ta po­wie­dzia­ła to z ja­kąś dziw­ną sa­tys­fak­cją.

- Wol­no nam je czy­tać?

- W za­sa­dzie nie. Ale wol­no je prze­pu­ścić przez spe­cjal­ny ska­ner, że­by spraw­dzić, czy nie za­wie­ra­ją cze­goś po­dej­rza­ne­go. Wiem, że w in­nych kra­jach nie ma pro­ble­mu z otwie­ra­niem cu­dzych li­stów, ale ja po­sta­no­wi­łam za­cho­wać przy­naj­mniej ja­kąś na­miast­kę ta­jem­ni­cy ko­re­spon­den­cji. Dla­te­go bez wy­raź­ne­go po­wo­du nie otwie­ra­my. - Pa­ni Ane­ta wsta­ła, tym sa­mym koń­cząc roz­mo­wę i uci­na­jąc dal­sze py­ta­nia.

Zu­zan­na po­my­śla­ła, że jesz­cze dzi­siaj wy­rzu­ci swo­ją zie­lo­ną czap­kę i zie­lo­ny sza­lik i ku­pi so­bie coś w ko­lo­rze ogni­stej czer­wie­ni. Że­by ja­koś za­głu­szyć do­mi­na­cję ko­bie­ty-drze­wa. Chcia­ła jesz­cze spy­tać o te "wy­raź­ne po­wo­dy", ale uzna­ła, że na ra­zie nie ma sen­su.

Wśród na­ukow­ców pa­nu­je prze­ko­na­nie, że nie ist­nie­ją dwa iden­tycz­ne płat­ki śnie­gu. Czy to na­praw­dę jest moż­li­we? Na po­wierzch­ni każ­dej śnie­żyn­ki znaj­du­je się cien­ka war­stwa wo­dy, któ­ra w za­leż­no­ści od po­zio­mu wil­got­no­ści i tem­pe­ra­tu­ry przy­bie­ra róż­ne kształ­ty. Im wyż­sza tem­pe­ra­tu­ra, tym pła­tek bar­dziej "się roz­ra­sta". Z ko­lei niż­sze tem­pe­ra­tu­ry spra­wia­ją, że płat­ki śnie­gu są zwar­te, przy­bie­ra­ją for­mę gra­nia­sto­słu­pów lub cien­kich igie­łek. Zu­zan­na przy­le­pi­ła nos do szy­by i z za­chwy­tem pa­trzy­ła na wi­ru­ją­ce płat­ki, któ­re zmie­rza­ły w kie­run­ku zie­mi bez żad­ne­go sche­ma­tu. Je­den opa­dał wol­no i ma­je­sta­tycz­nie, dru­gi wa­hał się mię­dzy tań­cem w świe­tle la­tar­ni a po­dzi­wia­niem wła­sne­go od­bi­cia w wi­try­nie skle­po­wej, a jesz­cze in­ny pi­ko­wał ni­czym ja­strząb. Ca­łość two­rzy­ła dość cha­otycz­ny, a jed­nak nie­zwy­kle baj­ko­wy ta­niec, od któ­re­go trud­no by­ło się ode­rwać. Za­nim pła­tek śnie­gu spad­nie na zie­mię, mu­si po­ko­nać od­le­głość od pię­ciu­set do pię­ciu ty­się­cy me­trów, pod­da­jąc się dzia­ła­ją­cym na nie­go si­łom cią­że­nia, opo­ru oraz wy­po­ru po­wie­trza. Nic dziw­ne­go za­tem, że styl, w ja­kim upa­da­ją na zie­mię, jest tak róż­no­rod­ny. Po­dob­no ist­nie­je kla­sy­fi­ka­cja śnież­nych krysz­ta­łów, cie­ka­we, czy ktoś po­ku­sił się rów­nież o ska­ta­lo­go­wa­nie ro­dza­jów śnie­żyn­ko­we­go tań­ca.

Zu­zan­na opar­ła czo­ło o szy­bę i przy­mknę­ła oczy. Chłód przy­jem­nie roz­lał się po jej cie­le i pew­nie po­sta­ła­by tak jesz­cze chwi­lę, nie my­śląc zu­peł­nie o ni­czym, gdy­by nie dziw­ny od­głos do­bie­ga­ją­cy z kuch­ni.

- Ka­ro­li­no, już idę - Zu­zan­na uśmiech­nę­ła się pod no­sem - że też ty za­wsze mu­sisz mi prze­rwać mój pry­wat­ny mo­ment le­ni­stwa.

Ka­ro­li­na fuk­nę­ła. By­ła w koń­cu zwie­rzę­ciem nie­zwy­kłym i bar­dzo chcia­ła być tak trak­to­wa­na. Co praw­da nie za­cho­wy­wa­ła się jak roz­ka­pry­szo­ny kot czy też wiecz­nie spra­gnio­ny uwa­gi pies, by­ła jed­nak dość wy­ma­ga­ją­ca, je­śli cho­dzi­ło o kon­tak­ty in­ter­per­so­nal­ne. Być mo­że rów­nież dla­te­go, że Zu­zan­ny pół dnia nie by­ło w do­mu, co Ka­ro­li­na zno­si­ła do­brze, choć z nu­tą tę­sk­no­ty. Po­po­łu­dnia i wie­czo­ry mia­ły jej to zre­kom­pen­so­wać. W za­leż­no­ści od emo­cjo­nal­ne­go na­stro­ju wy­da­wa­ła z sie­bie róż­ne dźwię­ki. Gdy by­ła po­de­ner­wo­wa­na, brzmia­ła jak ma­leń­ki sil­ni­czek elek­trycz­ny, kie­dy pra­gnę­ła więk­szej uwa­gi, szcze­ka­ła jak pies. Cza­sem też ki­cha­ła, ćwier­ka­ła lub po­pi­ski­wa­ła z ci­cha. Zu­zan­na do­sko­na­le orien­to­wa­ła się w tych dźwię­kach, wie­dzia­ła też, kie­dy Ka­ro­li­na od­ro­bi­nę nad­uży­wa pi­sków, by­le tyl­ko zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Ale i tak sta­no­wi­ły tan­dem do­sko­na­ły.

Dwu­dzie­sto­trzy­let­nia Zu­zan­na oraz pół­to­ra­rocz­na lo­to­pa­łan­ka kar­ło­wa­ta. Cu­dow­ny, ma­leń­ki tor­bacz, la­ta­ją­cy mię­dzy me­bla­mi z ta­kim wy­ra­fi­no­wa­niem, że każ­dy sza­nu­ją­cy się mo­tyl mógł­by jej te­go wdzię­ku po­zaz­dro­ścić.

- Idę. Masz ocho­tę na jabł­ko czy ra­czej su­szo­ne­go świersz­cza?

Po­ko­ik w Biu­rze Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych Zu­zan­na w za­sa­dzie przy­dzie­li­ła so­bie sa­ma. Był ma­ły i pra­wie pu­sty. Sta­ło w nim tyl­ko sta­re drew­nia­ne biur­ko, po któ­re­go pra­wej stro­nie znaj­do­wa­ły się zie­lo­ne drzwi do ko­lej­ne­go po­miesz­cze­nia oraz du­ża me­ta­lo­wa sza­fa. Nie był to z pew­no­ścią ide­al­ny po­kój do pra­cy, ale przy­naj­mniej wła­sny. Ta­kich po­miesz­czeń znaj­do­wa­ło się w Biu­rze spo­ro, nie­któ­re by­ły po pro­stu ru­pie­ciar­nia­mi, in­ne sta­ły pu­ste, a w jesz­cze in­nych pra­cow­ni­cy spo­ty­ka­li się na śnia­da­nia i lunch.

- Czy mo­gła­bym tu wsta­wić lap­to­pa i te­le­fon? - spy­ta­ła nie­śmia­ło pa­nią Ane­tę, któ­ra tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Zu­zan­na uzna­ła, że by­ło to wzru­sze­nie na tak, więc prze­nio­sła szyb­ko swo­je rze­czy, od­ku­rzy­ła wszyst­kie miej­sca, któ­re po­kry­wał si­wy osad, i kie­dy tyl­ko koń­czy­ła se­gre­ga­cję pa­czek, roz­dzie­la­jąc je na pół­kach ogrom­nych ma­ga­zy­nów, za­szy­wa­ła się w swo­im po­ko­iku, do któ­re­go przy­no­si­ła wor­ki z li­sta­mi.

I ona py­ta­ła, kto dzi­siaj jesz­cze pi­sze li­sty? Kil­ka­dzie­siąt, a mo­że na­wet kil­ka­set ty­się­cy osób każ­de­go ro­ku! To na­praw­dę ro­bi­ło wra­że­nie. Ty­sią­ce bia­łych i ko­lo­ro­wych ko­pert, pocz­tów­ki i kart­ki za­pi­sa­ne naj­róż­niej­szy­mi cha­rak­te­ra­mi pi­sma. Po­cząt­ko­wo nie wie­dzia­ła, ja­ki zna­leźć do nich klucz, z cza­sem wy­my­śli­ła so­bie wła­sne ka­te­go­rie. Urzę­do­we. Pry­wat­ne. Od dzie­ci. Do Mi­ko­ła­ja. Nie­bo. Mi­ło­sne. Nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne. Tych ostat­nich by­ło oczy­wi­ście naj­wię­cej. Bia­łe zwy­kłe ko­per­ty, z ad­re­sem wy­pi­sa­nym nie­bie­skim dłu­go­pi­sem. Nic nie zdra­dza­ło, co za­wie­ra­ją we­wnątrz. Nie pach­nia­ły ni­czym spe­cjal­nym, nie przy­wo­ły­wa­ły na myśl żad­nych sko­ja­rzeń. Skrzy­nie z ty­mi li­sta­mi by­ły naj­bar­dziej po­nu­re. Bez­oso­bo­we i bez­na­mięt­ne.

- Naj­bar­dziej nie­złom­ne są dzie­ci, któ­re od nie­pa­mięt­nych cza­sów wraz z po­cząt­kiem grud­nia wy­sy­ła­ją li­sty do Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. - Zu­zan­na ze­rwa­ła się z prze­ra­że­niem z krze­sła i ze stra­chu za­po­mnia­ła krzyk­nąć.

Zu­peł­nie nie za­uwa­ży­ła, kie­dy drzwi po pra­wej stro­nie jej biur­ka na­gle uchy­li­ły się i po­ja­wi­ła się w nich nie­wy­so­ka star­sza ko­bie­ta, owi­nię­ta bla­do­nie­bie­skim sza­lem, któ­ry każ­dy po kil­ku mi­nu­tach pa­trze­nia miał ocho­tę po­gła­skać. Nic dziw­ne­go - był pu­szy­sty, mię­ciut­ki i przy­po­mi­nał wa­tę cu­kro­wą.

- Prze­pra­szam. - Star­sza ko­bie­ta o cie­płych błę­kit­nych oczach, z ma­leń­kim, si­wym ko­kiem uję­tym w de­li­kat­ną sia­tecz­kę uśmiech­nę­ła się i wy­cią­gnę­ła rę­kę. Na pal­cu mia­ła pier­ścio­nek z ka­mie­niem, w któ­rym ktoś za­to­pił ma­łe, bia­łe piór­ko. - Nie chcia­łam cię prze­stra­szyć, ale naj­wy­raź­niej mi się to uda­ło - za­chi­cho­ta­ła na­gle.

Zu­zan­na pró­bo­wa­ła opa­no­wać dud­nie­nie ser­ca oraz ogól­ne drże­nie cia­ła, a na­wet po­sta­ra­ła się o bla­da­wy uśmiech.

- Nnnie szko­dzi. Po pro­stu nie spo­dzie­wa­łam się, że za ty­mi drzwia­mi też ktoś pra­cu­je - wy­szep­ta­ła w koń­cu.

- Mam na imię Mi­le­na, ale mów mi Mi­la. Głów­nie se­gre­gu­ję li­sty. A wła­ści­wie to na nie­któ­re od­pi­su­ję.

Zu­zan­na spoj­rza­ła na nią za­sko­czo­na.

- Jak to od­pi­su­je pa­ni?

Mi­la przy­sia­dła na biur­ku i przy­ła­pa­ła Zu­zan­nę na za­chłan­nym spoj­rze­niu skie­ro­wa­nym cen­tral­nie w jej nie­bie­ski szal.

- Po­głaszcz go, w prze­ciw­nym ra­zie bę­dziesz ca­ły czas o tym my­śla­ła - po­ra­dzi­ła życz­li­wie. - i mów mi po imie­niu.

Zu­zan­na za­czer­wie­ni­ła się, a po­tem wy­cią­gnę­ła rę­kę i z przy­jem­no­ścią do­tknę­ła błę­kit­nej wa­ty.

- Jest cu­dow­ny - przy­zna­ła z uśmie­chem. - i rze­czy­wi­ście mia­łam wiel­ką ocho­tę go do­tknąć.

Mi­la pu­ści­ła do niej oko, a Zu­zan­na cof­nę­ła się do wcze­śniej­sze­go py­ta­nia.

- Nie wol­no prze­cież otwie­rać li­stów.

- To w za­sa­dzie nie jest do­kład­nie spre­cy­zo­wa­ne. W koń­cu prze­cho­dzą one przez ska­ner, więc nie­ja­ko są już na­ru­szo­ne. Po­za tym ja otwie­ram tyl­ko te, któ­re i tak ma­ją zo­stać spa­lo­ne. I za­nim prze­mie­nią się w po­piół, rzu­cam okiem na ich treść. Są li­sty, któ­rych nie moż­na zo­sta­wić bez od­po­wie­dzi.

- Ale prze­cież oso­ba, któ­ra je na­pi­sa­ła, zo­rien­tu­je się, że coś tu nie gra. Że to nie ad­re­sat od­pi­sał.

Mi­la po­krę­ci­ła gło­wą.

- Nie­ko­niecz­nie. Mó­wi­łam ci już o li­stach od dzie­ci. Nie­ste­ty smut­na praw­da jest ta­ka, że więk­szość z nich lą­du­je wła­śnie u nas. Gru­dzień i po­czą­tek stycz­nia to dla Biu­ra naj­bar­dziej go­rą­cy okres, mi­mo mro­zów za oknem. Spły­wa­ją tu­taj pre­zen­ty z ca­łej Pol­ski, a do­dat­ko­wo mnó­stwo li­stów od naj­młod­szych nadaw­ców. Z for­mal­ne­go punk­tu wi­dze­nia jest to ko­re­spon­den­cja na ad­res, któ­re­go nie spo­sób usta­lić. Czy­li ad­res, któ­re­go nie ma. Spra­wa jest z gó­ry prze­gra­na, zwłasz­cza że na li­stach pi­sa­nych przez dzie­ci naj­czę­ściej bra­ku­je znacz­ków. Są za to cho­in­ki, re­ni­fe­ry, skrza­ty i ko­lo­ro­we bomb­ki. I ca­łe mnó­stwo ma­rzeń ukry­tych na kil­ku stro­nach pa­pe­te­rii.

- Speł­niasz je?

- Ko­rzy­stam z przy­wi­le­ju pra­cow­ni­ka Biu­ra Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych.

- Ja­kie­go przy­wi­le­ju?

- Wol­no mi otwie­rać pacz­ki. Wol­no mi też prze­cho­wać je znacz­nie dłu­żej niż trzy­na­ście mie­się­cy, pod wa­run­kiem, że trzy­mam ich za­war­tość w swo­im po­ko­ju. - Wska­za­ła rę­ką zie­lo­ne drzwi.

Zu­zan­na po­wo­li za­czy­na­ła ro­zu­mieć.

- I cza­sem za­war­tość tych pa­czek wy­sy­łasz dzie­ciom, któ­re na­pi­sa­ły do Świę­te­go Mi­ko­ła­ja - po­wie­dzia­ła za­chwy­co­na. - a sze­fo­wa wie?

Mi­la za­prze­czy­ła.

- Nie wie, a ja chy­ba nie bę­dę jej o to py­tać. Pew­nie nie ma na to okre­ślo­nej pro­ce­du­ry, a Ane­ta jest bar­dzo za­sad­ni­cza. Gdy­bym sa­ma uzna­ła, że jest to nie­etycz­ne, chy­ba nie za­wra­ca­ła­bym so­bie tym gło­wy. Ale ety­ka to ogół za­sad i norm po­stę­po­wa­nia przy­ję­tych w da­nej epo­ce i w da­nym śro­do­wi­sku. A po­nie­waż ja nie wiem, czy w na­szym śro­do­wi­sku ta­kie po­stę­po­wa­nie jest przy­ję­te, nie wiem rów­nież, czy jest nie­etycz­ne, praw­da?

Zu­zan­na ro­ze­śmia­ła się. To by­ło bar­dzo spryt­ne uspra­wie­dli­wie­nie sie­bie sa­mej, ale zro­bio­ne z du­żym wdzię­kiem, a co naj­waż­niej­sze, na koń­cu sło­wa "ety­ka" sta­ło prze­cież szczę­śli­we dziec­ko, na­wet je­śli ob­da­ro­wa­ne pre­zen­tem na­le­żą­cym do ko­goś in­ne­go.

- "Etycz­nie" ozna­cza też zgod­nie z wła­snym su­mie­niem - po­wie­dzia­ła, pa­trząc na Mi­lę, któ­ra aż po­ja­śnia­ła na twa­rzy.

- O, wi­dzisz! A to jest tak zgod­ne z mo­im su­mie­niem, jak do­pa­so­wa­nie ko­lo­ru wło­sów do ogól­nej far­by emo­cjo­nal­nej pa­ni Ane­ty.

Roz­dział 2

TEKLA

- To był udar krwo­tocz­ny, po­wsta­ją­cy wsku­tek prze­rwa­nia ścia­ny na­czy­nia i wy­le­wu krwi do tkan­ki mó­zgo­wej. Od­zy­ska­ła pa­ni mo­wę, zdol­ność po­ły­ka­nia, wró­ci­ła też pa­mięć. Wy­klu­czy­li­śmy cu­krzy­cę i hi­per­li­pi­de­mię. Mu­si­my jesz­cze tyl­ko po­wal­czyć z nad­ci­śnie­niem. Ży­je pa­ni. Pro­szę o tym pa­mię­tać.

Te­kla wpa­try­wa­ła się w usta le­ka­rza, jak­by chcia­ła wy­mu­sić na nim ko­lej­ne oświad­cze­nia, tym ra­zem mniej opty­mi­stycz­ne. Spe­szo­ny za­czął się plą­tać i po­wta­rzać, ja­kie to mia­ła szczę­ście. Oku­la­ry mu za­pa­ro­wa­ły, a na czo­ło wpeł­zły mi­go­cą­ce kro­pel­ki po­tu, two­rząc cie­ka­wą kon­ste­la­cję przy­po­mi­na­ją­cą sie­dzą­ce­go ko­ta. W koń­cu nie wy­trzy­mał i wy­pluł z sie­bie ma­leń­ką strza­łę. W sta­ro­żyt­no­ści za­tru­wa­no ta­kie roz­kła­da­ją­cy­mi się szcząt­ka­mi zwie­rząt, le­ka­rzo­wi wy­star­czy­ło jed­no zda­nie.

- Jest pa­ni spa­ra­li­żo­wa­na od pa­sa w dół. Wie­rzę, że to przej­ścio­we, zwłasz­cza że pra­wa stro­na wy­ka­zu­je mi­ni­mal­ne, ale jed­nak zdol­no­ści ru­cho­we. Le­wa na ra­zie nie. Ale pro­szę pa­mię­tać, że do­bra re­ha­bi­li...

Za­mknę­ła oczy i wię­cej go nie słu­cha­ła.

W li­sto­pa­dzie 1822 ro­ku Adam Mic­kie­wicz na­pi­sał list do Fran­cisz­ka Ma­lew­skie­go:

By­ro­na tyl­ko czy­tam, książ­kę gdzie w in­nym du­chu pi­sa­ną rzu­cam, bo kłamstw nie lu­bię; gdzie jest opis szczę­ścia ży­cia fa­mi­lij­ne­go, rów­nież mnie obu­rza jak wi­dok mał­żeństw, dzie­ci; jest to je­dy­na mo­ja an­ty­pa­tia1.

1 Wszyst­kie wspo­mnie­nia do­ty­czą­ce Ada­ma Mic­kie­wi­cza po­cho­dzą z książ­ki Je­ana-Char­le­sa Gil­le-Ma­isa­nie­go Adam Mic­kie­wicz czło­wiek: stu­dium psy­cho­lo­gicz­ne, tłum. Agniesz­ka Ku­ryś, Ka­ta­rzy­na Ry­tel, PIW, War­sza­wa 1987.

Te­kla by­ła w za­sa­dzie po­dob­ne­go zda­nia. Mał­żeń­stwo to zu­peł­nie nie­po­trzeb­na stra­ta cza­su. Jest jak wśli­zgi­wa­nie się pod zim­ną, wil­got­ną koł­drę. Z jed­nej stro­ny cie­szysz się, że po ca­łym dniu wsko­czysz do łóż­ka i od­pocz­niesz, z dru­giej - po­trze­bu­jesz cza­su, by tę nie­przy­jem­ną, prze­ni­kli­wą wil­goć roz­grzać wła­snym cia­łem i do­pie­ro wte­dy ja­koś tam za­snąć. Czy w tej sy­tu­acji nie le­piej być sa­me­mu i za­wsze mieć cie­płą koł­drę?

Te­kla nie na­le­ża­ła do ko­biet po­rzu­co­nych. Nie by­ła też kla­sycz­ną ofia­rą nie­uda­ne­go dzie­ciń­stwa, z nie­ko­cha­ją­cy­mi się ro­dzi­ca­mi, nut­ką pa­to­lo­gii i al­ko­ho­lo­wym od­de­chem. Po pro­stu nie po­do­bał jej się od­gór­ny na­kaz łą­cze­nia się w pa­ry, szu­ka­nia kom­pro­mi­sów, do­cie­ra­nia się dwóch ssa­ków, wi­cia wspól­ne­go gniazd­ka, by wresz­cie wy­dać na świat po­tom­stwo i je­mu cał­ko­wi­cie się od­dać. No do­brze, mia­ła jesz­cze je­den po­wód, choć z każ­dym ro­kiem wy­da­wał się jej on co­raz bar­dziej ża­ło­sny...

Mic­kie­wi­czo­wi za­rzu­ca­no oso­bo­wość pa­ra­no­idal­ną, do­szu­ki­wa­no się w nim cięż­kiej ner­wi­cy i lek­kiej schi­zo­fre­nii. Te­kla dla swo­jej ro­dzi­ny by­ła po­dob­nym od­szcze­pień­cem.

- Umrzesz na sa­mot­ność - ostrze­ga­ła ją mat­ka już la­ta te­mu, kie­dy Te­kla prze­kro­czy­ła trzy­dziest­kę.

- Co za róż­ni­ca, z ja­kie­go po­wo­du umrę - nie­wy­dol­no­ści krą­że­nia, zła­ma­ne­go ser­ca czy też de­pre­sji zwią­za­nej z nie­uda­nym związ­kiem?

- Dla­cze­go za­kła­dasz, że bę­dzie nie­uda­ny?

Te­kla wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Dwo­je róż­nych lu­dzi nie ma pra­wa się do­ga­dać. Prę­dzej czy póź­niej wy­peł­zną z nich wła­sne ego­izmy, któ­re bę­dą sta­ra­ły się za­głu­szyć ego­izm part­ne­ra. Jed­no bę­dzie chcia­ło mię­sa, dru­gie kwia­tów. Jed­no tra­ge­dii, dru­gie roz­ryw­ki. Jed­no nad mo­rze, dru­gie w gó­ry.

Mat­ka krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. Dla niej to był stek bzdur, wy­du­ma­na fi­lo­zo­fia pa­ra­no­idal­ne­go in­tro­wer­ty­ka, ja­kim ko­niec koń­ców oka­zał się Mic­kie­wicz, a nie po­glą­dy współ­cze­snej, mło­dej i ład­nej ko­bie­ty.

- Czło­wie­ko­wi do ży­cia po­trzeb­ny jest dru­gi czło­wiek.

- I kto to mó­wi? Po śmier­ci oj­ca ja­koś nie pró­bo­wa­łaś z ni­kim się zwią­zać.

- Bo oj­ciec był mi­ło­ścią mo­je­go ży­cia. Nie po­trze­bu­ję in­nej, po­za tym mam mnó­stwo zna­jo­mych.

- A ja mam wo­kół sie­bie set­ki na­sto­let­nich ciał z ich nie­okrze­sa­ny­mi mó­zga­mi, z któ­ry­mi spo­ty­kam się każ­de­go dnia i któ­re wy­peł­nia­ją mój czas po brze­gi. Po pra­cy ma­rzy mi się sa­mot­ność. Ci­sza. Od­re­ago­wa­nie głu­po­ty i nie­doj­rza­ło­ści. A nie ko­lej­na wal­ka o swo­je.

- To nie jest po­dej­ście pe­da­go­ga. Ani tym bar­dziej zdro­wej ko­bie­ty.

- To jest mo­je po­dej­ście.

- Na­wet zwie­rzę­ta łą­czą się w pa­ry.

Te­kla mach­nę­ła rę­ką w po­wie­trzu, jak­by chcia­ła roz­pę­dzić ten nu­żą­cy dia­log ni­czym ni­ko­ty­no­wą chmu­rę.

- Wśród na­czel­nych sta­łe pa­ry two­rzą wy­łącz­nie małp­ki ti­ti, gib­bo­ny i nie­ja­kie mar­mo­ze­ty. Resz­ta ma to gdzieś. Ko­pu­lu­ją, bo tak im ka­że in­stynkt, ale to nie zna­czy, że wią­żą się ze so­bą do koń­ca ży­cia. Sa­mi­ce ra­dzą so­bie na ogół w po­je­dyn­kę.

Na mar­mo­ze­tach za­zwy­czaj mat­ka koń­czy­ła swo­je ar­gu­men­ta­cje. Jej cór­ka naj­wy­raź­niej ni­g­dy nie za­ło­ży ro­dzi­ny. Szko­da. Chcia­ła­by za­tań­czyć na jej we­se­lu i mieć wnu­ki. Chcia­ła­by być bab­cią i mieć ład­ny al­bum ze zdję­cia­mi. Ale Te­kla by­ła Upio­rem.

Od dziec­ka chcia­ła zo­stać na­uczy­ciel­ką. Ob­ser­wo­wać, jak pod jej skrzy­dła­mi wzra­sta­ją ko­lej­ne po­ko­le­nia, któ­re uczy­ła­by czy­tać, pi­sać i my­śleć. Kie­dy jed­nak po pa­ru­na­stu la­tach pra­cy w szko­le pod­sta­wo­wej do­sta­ła pra­cę w li­ceum, za­pał wy­ga­sał w niej z każ­dym ko­lej­nym ro­kiem. Być mo­że dla­te­go, że więk­szość uczniów umia­ła wpraw­dzie czy­tać i pi­sać, ale zde­cy­do­wa­nie nie lu­bi­ła my­śleć. W tej sy­tu­acji Te­kla za­mknę­ła się w so­bie i w su­chy, rze­czo­wy oraz dość mo­no­ton­ny spo­sób pró­bo­wa­ła wbić im do głów naj­waż­niej­sze za­gad­nie­nia z po­szcze­gól­nych epok.

Naj­bar­dziej nie lu­bi­ła po­cząt­ku ro­ku i no­wej kla­sy.

- Mam na imię Te­kla, wiem, wszy­scy oglą­da­li­ście Psz­czół­kę Ma­ję, dla­te­go wszel­kie ko­men­ta­rze do­ty­czą­ce pa­ję­czyc, sie­ci i in­nych po­dob­nych sko­ja­rzeń w ża­den spo­sób na mnie nie dzia­ła­ją. I nie, nie gram na skrzyp­cach. Bę­dę wa­szą na­uczy­ciel­ką ję­zy­ka pol­skie­go i mam na­dzie­ję, że przez ko­lej­ne czte­ry la­ta ja­koś się do­ga­da­my i do­trwa­my wspól­nie do wa­szej ma­tu­ry.

I ty­le.

Po­dob­no każ­de zia­ren­ko ro­bi wszyst­ko, że­by wy­kieł­ko­wać. Nie­waż­ne, czy ma ide­al­ne pod­ło­że, czy tyl­ko su­chą zie­mię - i tak bę­dzie wal­czyć do upa­dłe­go, po­nie­waż wy­kształ­ci­ło w so­bie ca­ły sze­reg cech przy­sto­so­waw­czych, do­pa­so­wa­nych do zmie­nia­ją­cych się wa­run­ków śro­do­wi­ska. Adap­ta­cja to pod­sta­wa prze­trwa­nia.

Zia­ren­ko Te­kli po­cząt­ko­wo wy­sia­ło się smut­kiem, z cza­sem zaś co­raz więk­szym roz­go­ry­cze­niem. A jed­nak cią­gle tli­ła się w nim na­dzie­ja, za­mknię­ta w se­le­dy­no­wej ko­per­cie wy­sy­ła­nej z upo­rem ma­nia­ka co ro­ku w po­ło­wie grud­nia.

- Po co ja to ro­bię? Pew­nie mnie nie pa­mię­ta, a na­wet je­śli, to je­go ży­cie naj­wy­raź­niej nie mia­ło spleść się z mo­im. Mam ab­so­lut­ną ra­cję, od­gór­ny na­kaz łą­cze­nia się w pa­ry jest zwy­czaj­nym idio­ty­zmem.

A po­tem szła na pocz­tę i wy­sy­ła­ła list, za każ­dym ra­zem za­my­ka­jąc oczy i za­ci­ska­jąc kciu­ki, gdy ci­cho upa­dał na dno skrzyn­ki.

Po­cząt­ki by­ły ty­po­we. Wście­kłość i ne­ga­cja wszyst­kie­go. Te­kla roz­bi­ła kil­ka­na­ście ta­le­rzy oraz szklan­ki i kub­ki w ilo­ści za­ska­ku­ją­cej ją sa­mą. Krzy­cza­ła do ścian, zgo­li­ła wło­sy nie­mal do ze­ra, star­ła twarz pu­mek­sem i zja­dła wła­sne pa­znok­cie. Po­tem przy­szło wy­ci­sze­nie. Pa­trze­nie przez okno ca­ły­mi go­dzi­na­mi, czy­ta­nie jed­ne­go zda­nia po kil­ka­dzie­siąt ra­zy, słu­cha­nie ty­ka­ją­ce­go bu­dzi­ka. Na sa­mo­bój­stwo by­ła zbyt sil­na, choć mie­wa­ła mo­men­ty "czar­nej dziu­ry", w któ­rą wpa­da­ła i ca­ły­mi dnia­mi nie umia­ła zna­leźć wyj­ścia. Sa­mot­ność by­ła ła­twa do za­ak­cep­to­wa­nia, nie­szczę­śli­wa mi­łość rów­nież, ale ka­lec­two? Nie­moż­ność swo­bod­ne­go wy­si­ka­nia się, umy­cia wła­sne­go tył­ka? Do­brze, że jej ma­ma te­go nie do­cze­ka­ła, bo za­raz po wy­la­niu wia­dra ki­sie­lo­wa­te­go współ­czu­cia, po­wie­dzia­ła­by:

- Gdy­byś mia­ła mę­ża i dzie­ci, by­ło­by ci ła­twiej.

Być mo­że.

Ale trud­no wy­cho­dzić za mąż na wszel­ki wy­pa­dek. Bo za­cho­ru­je­my, do­pad­nie nas udar krwo­tocz­ny, prze­je­dzie tram­waj i urwie nam no­gę. Bo nie bę­dzie­my so­bie ra­dzić z pa­pie­rem to­a­le­to­wym.

Mniej wię­cej po pół ro­ku Te­kla wpa­dła w stan mil­czą­cej ak­cep­ta­cji. Po se­rii za­bie­gów z re­ha­bi­li­tan­tem mo­gła wpraw­dzie po­ru­szać pra­wą no­gą, ale jej zda­niem po­pra­wa by­ła mi­ni­mal­na. Zre­zy­gno­wa­ła więc z dal­szych ćwi­czeń. Do­pro­wa­dzi­ła za to do re­mon­tu miesz­ka­nia i wy­ku­pie­nia trzech ka­na­łów fil­mo­wych. Wraz z ta­blet­ka­mi na nad­ci­śnie­nie za­czę­ła po­ły­kać fil­my oraz książ­ki i tym sa­mym za­kła­dać bu­ty głów­nych bo­ha­te­rów. Przy­naj­mniej w ten spo­sób zno­wu mo­gła cho­dzić.

Roz­dział 3

DWIE KOPERTY

Zie­lo­na czap­ka zo­sta­ła po­da­ro­wa­na Ka­ro­li­nie, któ­ra wy­da­wa­ła się za­chwy­co­na tym nie­spo­dzie­wa­nym pre­zen­tem. Na­tych­miast też umo­ści­ła się w niej wy­god­nie, miauk­nę­ła piesz­czo­tli­wie i po­sła­ła Zu­zan­nie dzięk­czyn­ne spoj­rze­nie.

- Mu­szę le­cieć. - Zu­zan­na po­ma­cha­ła jej rę­ką, wska­za­ła le­żą­ce na sto­le owo­ce i obie­ca­ła, że na­tych­miast po pra­cy wra­ca do do­mu.

Ka­ro­li­na by­ła dziś po­błaż­li­wa, w koń­cu nie­co­dzien­nie do­sta­je się pięk­ną, zie­lo­ną czap­kę, w któ­rej moż­na zwi­nąć się w kul­kę i po­spać kil­ka go­dzin. Po­za tym Zu­zan­na mia­ła no­we na­kry­cie gło­wy. Wście­kle czer­wo­ne, z wiel­kim pom­po­nem. Ide­al­nie pa­so­wa­ło do du­żych, wi­szą­cych kol­czy­ków w kształ­cie tru­ska­wek. Pom­pon był ab­so­lut­nie zja­wi­sko­wy, szko­da, że zie­lo­na czap­ka go nie mia­ła, ale Ka­ro­li­na nie by­ła ma­łost­ko­wa. Po­za tym na sto­le le­ża­ły doj­rza­łe ba­na­ny, któ­rych by­ła ab­so­lut­ną fan­ką. Idź już, Zu­zan­no.

W po­ko­ju za zie­lo­ny­mi drzwia­mi by­ło ci­cho, ale Zu­zan­na wie­dzia­ła, że Mi­la z pew­no­ścią jest już w pra­cy. Przy­cho­dzi­ła pierw­sza i wy­cho­dzi­ła ostat­nia. Gru­dzień był jej ulu­bio­nym mie­sią­cem, bo wła­śnie wte­dy do­star­cza­no naj­wię­cej li­stów, któ­re ko­niecz­nie na­le­ża­ło prze­czy­tać.

- Mam her­ba­tę z su­szo­nych li­ści wi­no­gron. - Zu­zan­na wsu­nę­ła gło­wę do po­ko­ju, wpusz­cza­jąc jed­no­cze­śnie słod­ki aro­mat.

Mi­la zmru­ży­ła oczy i po­cią­gnę­ła no­sem.

- Pach­nie cu­dow­nie. Dla mnie? - ucie­szy­ła się, kie­dy Zu­zan­na po­da­ła jej ku­bek.

Nie­bie­ski szal za­stą­pi­ła dzi­siaj szma­rag­do­wa chu­s­ta, mie­nią­ca się sre­brzy­sty­mi opił­ka­mi.

- Kie­dy ją no­szę, mam wra­że­nie, jak­bym pły­wa­ła w mo­rzu. - Mi­la upi­ła łyk her­ba­ty i do­tknę­ła chu­s­ty. - Do­sta­łam ją od ma­my na siód­me uro­dzi­ny i wy­ob­raź so­bie, że do dzi­siaj nie stra­ci­ła ko­lo­ru. Na­dal jest tak sa­mo in­ten­syw­nie tur­ku­so­wa, jak te kil­ka­dzie­siąt lat te­mu.

Zu­zan­na po­my­śla­ła, że zie­lo­na czap­ka, któ­rą po­da­ro­wa­ła Ka­ro­li­nie, z pew­no­ścią ty­le nie prze­trwa. Da­je jej mak­sy­mal­nie dwa ty­go­dnie, po tym cza­sie zo­sta­nie po­szar­pa­na pa­zur­ka­mi i pew­nie do po­ło­wy zje­dzo­na.

- Pięk­nie tu u cie­bie - po­wie­dzia­ła, roz­glą­da­jąc się z za­chwy­tem po kan­tor­ku. Po­miesz­cze­nie by­ło ma­łe, ale nie­zwy­kle przy­tul­ne. Na ma­leń­kim sto­licz­ku stał im­bryk z her­ba­tą oraz ró­żo­wy ku­bek z na­pi­sem You are so lo­ve­ly. Na biur­ku le­ża­ły ja­kieś książ­ki, mi­ska z su­szo­ny­mi owo­ca­mi, ry­sun­ki dzie­ci, ze­staw ko­lo­ro­wych dłu­go­pi­sów i kil­ka pió­rek w róż­nych od­cie­niach. Na ścia­nach wi­sia­ły ob­raz­ki przed­sta­wia­ją­ce Mi­ko­ła­ja w je­go naj­róż­niej­szych od­sło­nach - jo­wial­ny pan z bro­dą oto­czo­ny re­ni­fe­ra­mi, czar­no-bia­ły ry­su­nek szczu­płe­go męż­czy­zny wrzu­ca­ją­ce­go przez ko­min pre­zen­ty czy też ro­ze­śmia­ny star­szy gość uno­szą­cy się w po­wie­trzu na ogo­nie ko­me­ty.

Naj­bar­dziej za­chwy­ca­ją­ce by­ły jed­nak pa­ra­pe­ty, na któ­rych sta­ły do­nicz­ki z praw­dzi­wy­mi zio­ła­mi.

- Ho­du­jesz je?

Mi­la kiw­nę­ła gło­wą.

- Uwiel­biam ich za­pach i cu­dow­ną moc. Po­za tym są nie­zwy­kle ła­twe w ho­dow­li. Ta­ka pie­trusz­ka na przy­kład. Jed­na z naj­bar­dziej po­pu­lar­nych ro­ślin, lu­bi miej­sca za­rów­no sło­necz­ne, jak i lek­ko za­cie­nio­ne. Uwiel­biam ją, bo wy­war z niej roz­ja­śnia pie­gi. O, al­bo roz­ma­ryn. Od­świe­ża po­wie­trze, a do­da­ny do ką­pie­li po­bu­dza krą­że­nie krwi. Na­pa­rem z li­ści moż­na płu­kać ciem­ne wło­sy, choć w mo­im przy­pad­ku to ra­czej nie­istot­ne. Je­stem si­wa jak go­łą­bek - za­chi­cho­ta­ła. - a pa­lo­ne ga­łąz­ki roz­ma­ry­nu od­stra­sza­ją owa­dy. Dam ci tro­chę, wy­pró­bu­jesz la­tem.

- A to? - Zu­zan­na wska­za­ła pal­cem na ro­śli­nę o dłu­gich, wą­skich, pra­wie kre­sko­wa­tych li­ściach.

- Es­tra­gon. Ko­rzeń ła­go­dzi ból zę­bów, a pi­cie her­bat­ki z za­pa­rzo­nych li­ści po­pra­wia ape­tyt i tra­wie­nie. W daw­nych cza­sach wy­ko­rzy­sty­wa­no ją do wal­ki ze smo­ka­mi i wę­ża­mi. - Mi­la pu­ści­ła do niej oko.

Zu­zan­na by­ła za­chwy­co­na.

- Przy­nio­słam ci tro­chę li­stów od dzie­ci, na wszyst­kich jest na­pi­sa­ne Świę­ty Mi­ko­łaj, więc po­my­śla­łam, że bę­dzie le­piej, kie­dy tra­fią w two­je rę­ce. Resz­tę już po­se­gre­go­wa­łam. I zo­bacz - wy­ciąg­nę­ła z kie­sze­ni spód­ni­cy dwie po­dłuż­ne ko­per­ty, jed­ną w od­cie­niu se­le­dy­no­wym, a dru­gą błę­kit­ną - pięk­na pa­pe­te­ria, praw­da?

- Któ­ry dzi­siaj? - za­in­te­re­so­wa­ła się Mi­la.

- Sie­dem­na­sty grud­nia - zdzi­wi­ła się Zu­zan­na.

Mi­la tyl­ko kiw­nę­ła gło­wą.

- To był już naj­wyż­szy czas. Cze­ka­łam na nie.

Zu­zan­na raz jesz­cze po­pa­trzy­ła na dwie ko­per­ty, a po­tem spoj­rza­ła py­ta­ją­co na Mi­lę.

- Błę­kit­na i se­le­dy­no­wa ko­per­ta przy­cho­dzą do nas re­gu­lar­nie od trzy­dzie­stu sied­miu, no te­raz już trzy­dzie­stu ośmiu lat. Tyl­ko raz w ro­ku, w po­ło­wie grud­nia.

- Czy­ta­łaś je?

Mi­la za­prze­czy­ła.

- Nie, ale mam wszyst­kie.

- Prze­cież li­sty uty­li­zu­je­my!

- Ale nie są­dzisz chy­ba, że ktoś spraw­dza, czy wszyst­kie z nich zo­sta­ły znisz­czo­ne! To za­le­d­wie sie­dem­dzie­siąt kil­ka cien­kich ko­pert, któ­re trzy­mam w swo­im pry­wat­nym po­ko­iku, w spe­cjal­nym kar­to­nie. Ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ją.

Zu­zan­na spoj­rza­ła na Mi­lę z za­cie­ka­wie­niem.

- Dla­cze­go je trzy­masz?

Mi­la wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Nie wiem. Chy­ba też spodo­ba­ła mi się pa­pe­te­ria. Po­za tym te li­sty ma­ją w so­bie ja­kiś smu­tek, któ­ry wy­czu­wam, mi­mo że nie znam tre­ści. Nie po­tra­fi­ła­bym tak po pro­stu ich wy­rzu­cić. Gdzieś w głę­bi ser­ca cią­gle mam na­dzie­ję, że tra­fią do ad­re­sa­ta.

- Nie ma ad­re­su nadaw­cy, ani na jed­nym, ani na dru­gim. Tyl­ko imio­na, nie­kom­plet­ne ad­re­sy i nie­wy­raź­ny stem­pel urzę­du pocz­to­we­go - za­uwa­ży­ła Zu­zan­na.

- Dla­te­go też nie mo­że­my ich ode­słać.

- I na każ­dym do­dat­ko­wo in­for­ma­cja "ad­re­sat nie­zna­ny".

Mi­la po­ki­wa­ła gło­wą.

- Te li­sty spo­ty­ka­ją się u nas każ­de­go ro­ku. Ich wła­ści­cie­le naj­wy­raź­niej nie ma­ją ta­kie­go szczę­ścia.

- Te­kla i Ga­spar. Strasz­nie dziw­ne imio­na - za­śmia­ła się Zu­zan­na. - Ale pa­pe­te­ria rze­czy­wi­ście uro­cza.

Na se­le­dy­no­wej ko­per­cie od­ci­śnię­ty był liść pa­pro­ci, na błę­kit­nej - mi­nia­tu­ro­we gwiazd­ki. Pa­pier wy­glą­dał na sta­ry, ko­per­ty mia­ły de­li­kat­nie za­żół­co­ne ro­gi, zu­peł­nie jak­by ktoś la­ta te­mu wy­cią­gnął je z sza­fy i uży­wał aż do wy­czer­pa­nia za­pa­sów. Zu­zan­na po­wą­cha­ła li­sty.

- Jak ci po­wiem, że pach­ną na­dzie­ją, to pew­nie uznasz mnie za sta­rą wa­riat­kę - ro­ze­śmia­ła się Mi­la. - Ale wierz mi, są li­sty, któ­re na­wet po kil­ku­dzie­się­ciu la­tach w koń­cu zo­sta­ją prze­czy­ta­ne. Co praw­da nie za­wsze przez ad­re­sa­ta, ale jed­nak wy­pły­wa­ją na świa­tło dzien­ne.

Zu­zan­na spoj­rza­ła na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Na­praw­dę. Ja­kiś czas te­mu bry­tyj­ska pra­sa pi­sa­ła o ostat­nim po­że­gna­niu sze­re­go­we­go Jo­se­pha Ditch­bur­na, któ­ry w sierp­niu 1914 ro­ku na­pi­sał list do swo­jej mat­ki. List ni­g­dy nie do­tarł i do­pie­ro nie­daw­no zo­stał upu­blicz­nio­ny. Ko­re­spon­den­cja, ma­ją­ca przy­go­to­wać ro­dzi­nę na naj­gor­sze, zo­sta­ła za­trzy­ma­na ze wzglę­du na in­for­ma­cje o ru­chach wojsk, któ­re nie­roz­trop­ny żoł­nierz zdra­dzał w li­ście.

- Ale do mat­ki list nie do­tarł?

Mi­la po­pra­wi­ła szma­rag­do­wy szal.

- Mo­że to i le­piej? Sa­ma nie wiem. Ale wie­rzę, że każ­dy list, któ­ry nie zo­sta­nie spa­lo­ny, prę­dzej czy póź­niej bę­dzie od­czy­ta­ny. Tak by­ło z pocz­tów­ką, któ­ra zo­sta­ła nada­na Dwu­dzie­ste­go siód­me­go stycz­nia 1877 ro­ku w miej­sco­wo­ści Sa­ins-du-Nord we Fran­cji. Mia­ła do­trzeć do Trélon od­da­lo­ne­go za­le­d­wie o dzie­sięć ki­lo­me­trów.

- I co? - spy­ta­ła z za­cie­ka­wie­niem Zu­zan­na.

- I do­tar­ła, ale do­pie­ro po stu trzy­dzie­stu ośmiu la­tach. Oczy­wi­ście ad­re­sat nie zdo­łał jej już ode­brać, bo nie żył od stu osiem­na­stu lat. Prze­sył­kę od li­sto­no­sza przy­ję­ła za to je­go pra­wnucz­ka, osiem­dzie­się­cio­let­nia Thér?se Pa­il­la.

- Nie­wia­ry­god­ne.

- Ale są też hi­sto­rie z więk­szym li­sto­wym hap­py en­dem. Dwu­dzie­ste­go lu­te­go 1958 ro­ku w Pen­syl­wa­nii mło­da dziew­czy­na na­pi­sa­ła list do swo­je­go na­rze­czo­ne­go. Pech chciał, że list gdzieś się za­gu­bił i ad­re­sat otrzy­mał go do­pie­ro po pięć­dzie­się­ciu trzech la­tach. Był już jed­nak wte­dy po roz­wo­dzie, więc od­pi­sał tej dziew­czy­nie i mie­siąc póź­niej wzię­li ślub.

- Ona też by­ła po roz­wo­dzie?

- By­ła wdo­wą.

Do po­ko­ju ktoś za­pu­kał.

Zu­zan­na za­mknę­ła zie­lo­ne drzwi i po­szła otwo­rzyć. Le­piej, że­by nikt nie wi­dział, że za­miast pra­co­wać, uci­na so­bie po­ga­dusz­ki z Mi­lą. W koń­cu to naj­bar­dziej go­rą­cy mie­siąc w ro­ku.

Ane­ta sta­nę­ła w pro­gu i do­kład­nie zlu­stro­wa­ła po­ko­ik. Jej wzrok za­trzy­mał się na zdję­ciu Ka­ro­li­ny, któ­re Zu­zan­na usta­wi­ła so­bie na biur­ku.

- Co to?

- Lo­to­pa­łan­ka kar­ło­wa­ta.

Wzrok Ane­ty su­ge­ro­wał, że uwa­ża swo­ją roz­mów­czy­nię za oso­bę uszko­dzo­ną psy­chicz­nie.

- Słu­cham?

- To ta­kie zwie­rząt­ko z ro­dzi­ny tor­ba­czy, tro­chę po­dob­ne do wie­wiór­ki. Po­tra­fi la­tać.

- Ro­zu­miem. - Ane­ta nie ro­zu­mia­ła, ale uzna­ła, że dal­sza roz­mo­wa na te­mat lo­to­pa­łan­ki jest zby­tecz­na. W koń­cu nie po to tu przy­szła.

- Do­star­czo­no mnó­stwo no­wych pa­czek. Je­steś po­trzeb­na na ma­ga­zy­nie, li­sta­mi zaj­miesz się póź­niej - oznaj­mi­ła su­chym to­nem i raz jesz­cze spoj­rza­ła z od­ra­zą na zdję­cie. La­ta­ją­ca wie­wiór­ka. Ab­so­lut­ny kre­ty­nizm.

Zu­zan­na ścią­gnę­ła swe­ter (pod­czas sor­to­wa­nia moż­na się by­ło nie­źle spo­cić), bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła uło­żyć ster­czą­cą na wszyst­kie stro­ny grzyw­kę i po­drep­ta­ła za pia­sko­wo-orze­cho­wą Ane­tą, ubra­ną dzi­siaj w wą­ską su­kien­kę, któ­ra tyl­ko pod­kre­śla­ła jej sze­ro­kie bio­dra oraz cał­ko­wi­ty brak biu­stu. Ane­ta przy­po­mi­na­ła dzwon i na­praw­dę trud­no by­ło do­strzec w jej syl­wet­ce co­kol­wiek atrak­cyj­ne­go.

Ma­ga­zyn rze­czy­wi­ście był prze­peł­nio­ny. Cho­dzi­ło się po nim wą­ski­mi ścież­ka­mi, bo wszę­dzie uło­żo­ne by­ły pacz­ki i wor­ki z li­sta­mi. Wszyst­kie opie­czę­to­wa­ne i po­nu­me­ro­wa­ne. Te­raz do­dat­ko­wo trze­ba by­ło prze­ska­ki­wać, a na­wet wy­ko­nać coś w ro­dza­ju szpa­ga­tu, że­by prze­do­stać się do ko­lej­nej alej­ki. Na prze­szło ty­sią­cu me­trów kwa­dra­to­wych za­le­ga­ły tu praw­dzi­we cu­da, a ca­łość przy­po­mi­na­ła daw­ne skle­py z ty­sią­cem i je­den dro­bia­zgów. Zu­zan­na wy­pa­trzy­ła su­tan­ny, za­mknię­cia do tru­mien i czę­ści sa­mo­cho­do­we, z któ­rych da­ło­by się zło­żyć nie­jed­no au­to. By­ły za­baw­ki, a wśród nich na­wet lal­ka na szu­bie­ni­cy i miś z no­żem wbi­tym w oko, a tak­że ludz­kie pal­ce w for­ma­li­nie, na szczę­ście po szcze­gó­ło­wym ba­da­niu oka­za­ło się, że wy­ko­na­no je z gip­su. By­ły fe­ka­lia wy­sła­ne za­pew­ne w ce­lu ze­msty, brud­na bie­li­zna, sta­re urzą­dze­nia AGD, ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne, bo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ze­psu­te, bu­ty bez po­de­szwy, a na­wet kur­czak z roż­na. Po­my­sło­wość ludz­ka nie mia­ła gra­nic.

Zu­zan­na otwo­rzy­ła nie­wiel­kie pu­deł­ko i wy­ję­ła z nie­go kar­to­nik z za­pa­ko­wa­nym pla­sti­ko­wym bo­brem. Wy­glą­dał dość pa­skud­nie i z pew­no­ścią nie był za­baw­ką dla dzie­ci. Żad­ne dziec­ko nie chcia­ło­by się tym ba­wić, na­wet przez chwi­lę.

- Co to? - spy­ta­ła ko­le­żan­kę, roz­pa­ko­wu­ją­cą wła­śnie kar­ton z kar­mą dla psów.

- Jak się po to nikt nie zgło­si, za­wie­zie­my do schro­ni­ska - ucie­szy­ła się dziew­czy­na i spoj­rza­ła na pla­sti­ko­we­go bo­bra. - Nie wiem. Wy­glą­da jak bóbr, ale dziw­nie wą­ski. Nie ma ogo­na i zu­peł­nie nie ro­zu­miem, cze­mu no­si bia­łe ga­cie. Od spodu jest ja­kiś przy­cisk.

Zu­zan­na wci­snę­ła gu­zik, a wte­dy bóbr za­czął cha­rak­te­ry­stycz­nie wi­bro­wać.

Obie spoj­rza­ły na sie­bie zdu­mio­ne, po czym Zu­zan­na na­tych­miast wy­łą­czy­ła zwie­rzę i scho­wa­ła je z po­wro­tem do kar­to­nu. Po ja­ką cho­le­rę ko­bie­ta mia­ła­by wkła­dać tam so­bie bo­bra?

Mia­stecz­ko, w któ­rym znaj­do­wa­ło się Biu­ro Prze­sy­łek Nie­do­rę­czo­nych, wy­da­wa­ło się nie­usta­ją­co drze­mać. Ile­kroć Zu­zan­na wy­cho­dzi­ła ze swo­je­go ma­łe­go miesz­ka­nia, od­no­si­ła dziw­ne wra­że­nie, że jest jed­ną z pierw­szych osób, któ­re po­ja­wia­ją się na uli­cy. Ka­wiar­nie do­pie­ro otwie­ra­ły oczy, pie­kar­nie zie­wa­ły za­pa­chem świe­że­go pie­czy­wa, a po­zo­sta­łe skle­py spa­ły tak twar­do, że nie był ich w sta­nie zbu­dzić na­wet ryk sy­re­ny stra­żac­kiej. Lu­dzie ni­g­dzie się nie spie­szy­li, nie bie­gli w po­go­ni za nie wia­do­mo czym, nie ści­ga­li wła­snych ple­ców. Zu­zan­na by­ła zdu­mio­na, że nie śli­zga­ją się po jej twa­rzy wzro­kiem, tyl­ko za­trzy­mu­ją na mo­ment i kła­nia­jąc się, mó­wią "dzień do­bry". No, mo­że nie wszy­scy, ale wła­ści­ciel ka­wiar­ni o wy­ra­fi­no­wa­nej na­zwie "Ka­wiar­nia" - za­wsze. W koń­cu po­sta­no­wi­ła re­gu­lar­nie za­glą­dać do nie­go jesz­cze przed pra­cą i zre­zy­gno­wać z do­mo­wych śnia­dań. Ob­li­czy­ła, że koszt ku­pio­nej ka­wy i cie­płe­go ro­ga­li­ka nie jest aż tak za­trwa­ża­ją­cy i stać ją na ten przy­jem­ny ry­tu­ał. Ka­ro­li­na na szczę­ście nie za­uwa­ży­ła, że jej pa­ni wy­cho­dzi ostat­nio dzie­sięć mi­nut wcze­śniej.

"Ka­wiar­nia" nie by­ła uro­kli­wa i nie przy­po­mi­na­ła wy­stro­jem pięk­nych wnętrz z ka­ta­lo­gów "Co­un­try & Ho­me", a jed­nak mia­ła w so­bie ten ro­dzaj przy­cią­ga­nia, któ­ry po pro­stu zmu­szał do wy­bra­nia jed­ne­go ze sto­li­ków przy­kry­tych bia­łą ce­ra­tą i za­mó­wie­nia kub­ka ka­wy. Zu­zan­na usia­dła przy oknie i za­pa­trzy­ła się na ośnie­żo­ne uli­ce. Po­do­ba­ły jej się ten spo­kój i ci­sza, któ­rych nie po­tra­fi­ła zna­leźć w swo­im ro­dzin­nym mie­ście. Choć tak na­praw­dę to nie ha­łas wy­gnał ją z mia­sta, tyl­ko wła­śnie pe­wien list, któ­re­go ni­g­dy nie od­wa­ży­ła się wy­słać.

- Ka­wa i ro­ga­lik? - Wła­ści­cie­lem "Ka­wiar­ni" był star­szy męż­czy­zna z si­wym war­ko­czy­kiem i pa­su­ją­cym do ko­lo­ru wło­sów, po­pie­la­tym spoj­rze­niem. Szczu­pły, nie­wy­so­ki, w sze­ro­kich spodniach od dre­su i kra­cia­stej ko­szu­li. Nikt nie zwró­cił­by na nie­go więk­szej uwa­gi w du­żym mie­ście, tu­taj je­go ca­su­al lo­ok wy­koń­czo­ny gu­mo­wy­mi bu­ta­mi z fu­ter­kiem był na­wet dość uro­czy.

Zu­zan­na ski­nę­ła gło­wą.

Ka­wa by­ła świet­na, ro­ga­lik do­sko­na­ły. I te­go sma­ku nie po­psu­ły ani bia­ła ce­ra­ta na sto­le, ani zwy­kłe krze­sło z od­ra­pa­nym opar­ciem, ani na­wet brak lam­py, któ­ry ob­na­żał na­gość dyn­da­ją­cej na czar­nym sznu­rze ża­rów­ki.

- Miesz­kasz tu od nie­daw­na. - To by­ło bar­dziej stwier­dze­nie niż py­ta­nie.

Przy­tak­nę­ła.

- Pra­cu­jesz przy li­stach?

- Skąd pan wie?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Tu nie ma zbyt wie­lu miejsc pra­cy, a w Biu­rze za­wsze szu­ka­ją ko­goś no­we­go. Uda­ło ci się już od­na­leźć od­bior­cę ja­kiejś pacz­ki?

Zu­zan­na uśmiech­nę­ła się od­ro­bi­nę prze­pra­sza­ją­co.

- Je­stem tu do­pie­ro od trzech ty­go­dni, więc jesz­cze nie mia­łam oka­zji. A każ­de­mu się uda­je?

Wła­ści­ciel po­dra­pał się po gło­wie.

- Róż­nie jest. Nie­któ­rzy urzą­dza­ją so­bie na­wet za­wo­dy w do­star­cze­niu jak naj­więk­szej licz­by prze­sy­łek, któ­rych ad­re­sat jest w za­sa­dzie nie­moż­li­wy do usta­le­nia. In­nym jest wszyst­ko jed­no.

Zu­zan­na prze­łknę­ła ostat­ni kęs ro­ga­li­ka i za­sta­no­wi­ła się, czy jej też jest wszyst­ko jed­no. To w koń­cu tyl­ko pra­ca, któ­rą pew­nie za ja­kiś czas zno­wu zmie­ni. Po­za tym, czy to na­praw­dę aż tak istot­ne, je­śli ktoś raz nie otrzy­ma li­stu? Wie­dzia­ła, że tak. Że to cza­sem wszyst­ko zmie­nia. Nie chcia­ła jed­nak o tym my­śleć.

- Ja na ra­zie ja­koś nie mia­łam szczę­ścia. Wczo­raj na przy­kład przy­szła do nas su­tan­na. Na pacz­ce ktoś na­pi­sał: "Dla Woj­tu­sia, świe­żo wy­pra­ne. Gó­ra".

Wła­ści­ciel uniósł brwi ze zdu­mie­nia.

- Gó­ra? W sen­sie, że sam Szef mu wy­prał?

- Nie, to chy­ba na­zwa miej­sco­wo­ści. Zna­la­złam Gó­rę na Dol­nym Ślą­sku, ale w urzę­dzie miej­skim nie zna­li księ­dza Woj­tu­sia. A je­śli to Je­le­nia Gó­ra? Al­bo Zie­lo­na? Cza­sem na­praw­dę nie wiem, w ja­ki spo­sób tra­fić na choć­by naj­mniej­szy ślad. A po­dob­no każ­da prze­sył­ka ma szan­sę tra­fić w rę­ce ad­re­sa­ta.

- Bo to praw­da. Ostat­nio ja­kiś Ho­len­der otrzy­mał list po­że­gnal­ny na­pi­sa­ny do nie­go w cza­sach dru­giej woj­ny świa­to­wej. Od oj­ca, któ­re­go wła­śnie wy­sy­ła­no do obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go w Niem­czech. List na­pi­sał w 1943 ro­ku w for­mie po­że­gna­nia ze swo­im dzie­się­cio­let­nim sy­nem. Ale wia­do­mość nie zo­sta­ła do­star­czo­na. List scho­wa­no do port­fe­la, gdzie zo­stał zna­le­zio­ny, gdy do obo­zu wkro­czy­li An­gli­cy i ode­sła­li go do ja­kie­goś ar­chi­wum. Kil­ka lat te­mu na­ukow­cy otrzy­ma­li do­stęp do wszyst­kich pa­mią­tek z tam­te­go okre­su. Ktoś tra­fił na ten nie­do­star­czo­ny list i wy­słał go do ad­re­sa­ta. To do­pie­ro nie­spo­dzian­ka, co?

Zu­zan­na za­my­śli­ła się.

- Mi­la też mi opo­wia­da­ła o ta­kich hi­sto­riach. Ale to wszyst­ko są przy­kła­dy z za­gra­ni­cy. A w Pol­sce, czy pan...

- Ma­ciej i mo­żesz mi śmia­ło mó­wić po imie­niu - wpadł jej w sło­wo.

Zu­zan­na za­czer­wie­ni­ła się. Po imie­niu do du­żo star­sze­go męż­czy­zny? Z Mi­lą to jed­nak zu­peł­nie co in­ne­go...

- Czy sły­sza­łeś o ta­kiej hi­sto­rii w Pol­sce? - za­ry­zy­ko­wa­ła jed­nak.

Za­sta­no­wił się przez chwi­lę.

- Pacz­ki czę­sto znaj­du­ją swo­ich praw­dzi­wych od­bior­ców, ale nie wiem, jak to jest z li­sta­mi. Pew­nie się ni­mi nikt tak bar­dzo nie przej­mu­je. W koń­cu to tyl­ko kil­ka słów na­pi­sa­nych na pa­pie­rze.

Tyl­ko kil­ka słów. W za­sa­dzie ma ra­cję.

Z dru­giej jed­nak stro­ny, cza­sem na­wet jed­no sło­wo mo­że od­mie­nić czy­jeś ży­cie. Dla­cze­go list miał­by mieć mniej­sze zna­cze­nie od su­tan­ny? Al­bo od kur­cza­ka z roż­na? To, że ktoś nie do­sta­nie czaj­ni­ka bez­prze­wo­do­we­go, to jesz­cze nie ko­niec świa­ta. Ale kie­dy w po­rę nie usły­szy naj­waż­niej­szych słów w swo­im ży­ciu, mo­że ten świat wi­dzieć już tyl­ko w czar­nych bar­wach.

- Dzię­ku­ję - po­wie­dzia­ła Zu­zan­na. - i do ju­tra.

Ma­ciej od­pro­wa­dził ją po­pie­la­tym spoj­rze­niem.

Roz­dział 4

SPOTKANIE

Wó­zek tro­chę się za­chwiał, ale ko­niec koń­ców utrzy­mał rów­no­wa­gę. Naj­go­rzej by­ło z ką­pie­lą. Prze­nie­sie­nie bez­wład­ne­go cia­ła z wóz­ka do wan­ny by­ło­by nie­moż­li­we, na szczę­ście po wyj­ściu z czar­nej dziu­ry roz­pa­czy Te­kla ka­za­ła prze­ro­bić ła­zien­kę, w któ­rej za­in­sta­lo­wa­no prysz­nic bez bro­dzi­ka, za to z au­to­ma­tycz­nym wy­łącz­ni­kiem wo­dy. Do te­go do­szła spe­cjal­na osło­na na sy­fon umy­wal­ki, po­moc to­a­le­to­wa mo­co­wa­na do pod­ło­gi oraz naj­róż­niej­sze uchwy­ty: pro­ste, ką­to­we i na­roż­ne. Nad­wyż­ka fi­nan­so­wa, któ­rą mia­ła na kon­cie po sprze­da­niu miesz­ka­nia ma­my, znik­nę­ła ni­czym ma­gicz­ny pył, ale Te­kla przy­naj­mniej nie ba­ła się wła­sne­go miesz­ka­nia.

Dzwo­nek do drzwi wy­brzmiał świer­go­tem wil­gi, tak przy­naj­mniej za­chwa­lał to­war sprze­daw­ca. Te­kla da­ła się zła­pać na tę wil­gę i w su­mie nie ża­ło­wa­ła. Przy­jem­ny świer­got. O, zno­wu. To pew­nie ta dziew­czy­na z Ca­ri­ta­su. Ja­kimś cu­dem za­ła­pa­ła się na bez­płat­ne wi­zy­ty (dwa ra­zy w ty­go­dniu) dość sym­pa­tycz­nej wo­lon­ta­riusz­ki, któ­ra ro­bi­ła za­ku­py, sprzą­ta­ła miesz­ka­nie, po­ma­ga­ła umyć Te­kli wło­sy, a cza­sa­mi na­wet pie­kła cia­sto. Tym ra­zem jed­nak przy­szedł ktoś in­ny. Te­kla nie lu­bi­ła zmian, zwłasz­cza ta­kich, któ­rych się nie spo­dzie­wa­ła. No­wa dziew­czy­na mia­ła nie­ca­łe trzy­dzie­ści lat i by­ła krzy­kli­wie ubra­na. Na do­da­tek bez prze­rwy traj­ko­ta­ła.

- Dzień do­bry. Za­stę­pu­ję Maj­kę, bo jej bab­cia za­cho­ro­wa­ła i te­raz mu­si się nią zaj­mo­wać. Ale jak tyl­ko bę­dzie le­piej, wró­ci do pa­ni. My­ślę jed­nak, że się ja­koś do­ga­da­my. Umyć pa­ni okna? Jak wpad­nie tro­chę wię­cej słoń­ca, to od ra­zu zro­bi się tu sym­pa­tycz­niej. Wpraw­dzie ma­my zi­mę, ale prze­cież nie bę­dzie­my się nią aż tak bar­dzo przej­mo­wać, praw­da?

Cie­ka­we, jak mo­że stać się sym­pa­tycz­niej od wy­my­tych okien ko­muś, kto od pa­sa w dół ma dwie kło­dy, a kie­dy si­ka, ciek­nie mu po no­dze.

- Mam na imię Mo­ni­ka. Ale to pew­nie pa­ni wie, pa­ni pro­fe­sor... - dziew­czy­na za­śmia­ła się tro­chę ner­wo­wo i chy­ba pu­ści­ła do niej oko.

Te­kla spoj­rza­ła na nią zdzi­wio­na i od­ro­bi­nę wy­stra­szo­na. Coś jej umknę­ło? Skąd się zna­ją? Mo­ni­ka po­kle­pa­ła ją po rę­ku swo­ją za­dba­ną dło­nią z błę­kit­ny­mi pa­znok­cia­mi ozdo­bio­ny­mi błysz­czą­cy­mi kwiat­ka­mi. Te­kla aż się wzdry­gnę­ła.

"Sztucz­ne pa­zu­ry. Mia­łam ta­ką uczen­ni­cę la­ta te­mu. By­łam pew­na, że nie do­cze­ka dru­giej kla­sy i zo­sta­nie pra­cow­ni­cą so­la­rium".

Ko­tow­ska Mo­ni­ka.

Rze­czy­wi­ście nie do­cze­ka­ła, po pię­ciu mie­sią­cach prze­nio­sła się gdzieś in­dziej, pew­nie do ja­kie­goś tech­ni­kum za­wo­do­we­go, a Te­kla usu­nę­ła jej twarz z pa­mię­ci. Naj­wy­raź­niej jed­nak dziew­czy­na nie po­szła w kie­run­ku so­la­rium. A na­wet je­śli, to po dro­dze za­ha­czy­ła o wo­lon­ta­riat.

Z cza­sem Mo­ni­ka Ko­tow­ska za­czę­ła przy­cho­dzić re­gu­lar­nie, wpa­da­ła też bez za­po­wie­dzi, ot tak, że­by spraw­dzić, czy wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Te­kla przy­zwy­cza­iła się do niej i kie­dy star­ła wy­rzu­ty su­mie­nia zwią­za­ne ze sztucz­ny­mi pa­zu­ra­mi i so­la­rium, za­czę­ły nor­mal­nie i swo­bod­nie roz­ma­wiać. O tam­tych cza­sach, kie­dy ucznio­wie czu­li re­spekt przed ka­drą pe­da­go­gicz­ną, kie­dy ba­li się lek­cji z su­ro­wym pro­fe­so­rem i tak zwa­ne­go dy­wa­ni­ka u dy­rek­to­ra. O tym, jak po­pa­la­li po kry­jo­mu, jak kom­bi­no­wa­li z wa­ga­ra­mi, ja­kie mie­li me­to­dy na prze­ło­że­nie kla­só­wek. I o tym, jak to wy­glą­da dzi­siaj.

- Ode­szłam, bo te zmia­ny mnie prze­ro­sły. Mło­dzież zdzi­cza­ła, na­ły­ka­ła się cham­stwa i prze­ra­ża­ją­cej pew­no­ści sie­bie. Chce wszyst­ko zdo­być gwał­tem, sztur­mem, bez żad­nej tak­ty­ki, żad­nych sta­rań. Szko­ła sta­ła się dla nich ku­pą łaj­na, w któ­rą świa­do­mie wdep­nę­li, ale któ­rą też pró­bu­ją za wszel­ką ce­nę z sie­bie ze­skro­bać i po­szu­kać cze­goś mniej śmier­dzą­ce­go. Ma­ją gdzieś za­sa­dy, o mo­ral­no­ści nie wspo­mi­na­jąc. Dy­mem z pa­pie­ro­sa dmu­cha­ją nam pro­sto w nos. W prze­no­śni i do­słow­nie - Te­kla wes­tchnę­ła i po­krę­ci­ła gło­wą.

Mo­ni­ka słu­cha­ła w sku­pie­niu, ma­lu­jąc jed­no­cze­śnie pa­znok­cie swo­jej by­łej na­uczy­ciel­ce. Te­kla po­cząt­ko­wo się przed tym wzbra­nia­ła, w koń­cu do­szła do wnio­sku, że za­dba­ne dło­nie w ni­czym jej nie za­szko­dzą. Bor­do­wy od­cień czer­wie­ni z gra­na­to­wą kro­pel­ką po­środ­ku. Na­wet ład­ne.

Zmia­ny w szko­le zbie­gły się wraz z na­dej­ściem no­we­go stu­le­cia. Dwu­dzie­sty pierw­szy wiek prze­rósł jej naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Szko­ła za­czę­ła przy­po­mi­nać ogród zoo­lo­gicz­ny pe­łen chi­cho­czą­cych hien, ospa­łych le­niw­ców, pu­szą­cych się pa­wi, ry­czą­cych lwów, ha­ła­śli­wych gę­si i skrze­czą­cych małp. Dy­wa­nik u dy­rek­to­ra daw­no stra­cił na swo­jej si­le, dzi­siaj moż­na by­ło na nie­go splu­nąć i za­gro­zić psy­chicz­nym mob­bin­giem, któ­ry to ter­min mło­dzież dość chęt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła i za­sła­nia­ła nim swo­je cham­stwo. Pe­da­gog prze­stał być nie­ty­kal­ny, stał się ra­czej la­lecz­ką z ma­te­ria­łu, w któ­rą wty­ka­no szpil­ki, oplu­wa­no, wy­krę­ca­no rę­ce i któ­rej kne­blo­wa­no usta. Na­wet po­kój na­uczy­ciel­ski prze­stał być już schro­nie­niem, te­raz każ­dy uczeń mógł tu wejść bez pu­ka­nia i prze­rwać roz­mo­wę. Te­kla nie zno­si­ła te­go miej­sca, ale po­nie­waż al­ter­na­ty­wą był roz­wrzesz­cza­ny dzie­dzi­niec, ko­niec koń­ców wra­ca­ła do dziu­pli prze­żar­tej smro­dem sta­rych swe­trów sta­rej ka­dry i prze­po­co­nych try­ko­tów mło­dej.

Wła­śnie. Mło­da ka­dra.

Po ro­ku 2001 do ich szko­ły na­pły­nę­ło kil­ka no­wych oka­zów, z tym cha­rak­te­ry­stycz­nym odę­ciem na ustach i po­gar­dą wo­bec wszyst­kich, któ­rzy prze­kro­czy­li czter­dziest­kę. Te­kla by­ła dla nich di­no­zau­rzy­cą. Na­wet nie pró­bo­wa­li na­wią­zy­wać z nią bliż­sze­go kon­tak­tu, któ­ry wy­kra­czał­by po­za to, co ko­niecz­ne.

- Zro­bić pa­ni ka­wy? - Ta­kie py­ta­nie ni­g­dy nie pa­dło, ani żad­ne in­ne za­ga­je­nie z se­rii nad­pro­gra­mo­wych.

- Ma­tu­ral­na B nie po­win­na mieć stud­niów­ki - ośmie­lił się po­wie­dzieć kie­dyś pro­fe­sor Wa­rze­cha, wie­ko­wy już geo­graf (do­bie­gał sześć­dzie­siąt­ki). - Ta kla­sa jest prze­ra­ża­ją­co roz­wy­drzo­na i nie ma po­ję­cia, gdzie le­ży Gi­bral­tar.

Młod­sza ka­dra spoj­rza­ła po so­bie bez zro­zu­mie­nia. Te­kla by­ła go­to­wa przy­siąc, że też te­go nie wie­dzie­li.

- E tam, po pro­stu są mło­dzi. - Tak zwy­kle roz­po­czy­nał się po­ko­le­nio­wy dia­log, tym ra­zem pro­wa­dzo­ny przez mło­dziut­ką po­lo­nist­kę, któ­rą bar­dziej fa­scy­no­wa­ły ry­my hip-ho­pu niż trzy­na­sto­zgło­sko­wiec.

Geo­graf aż się za­trząsł pod daw­no już nie­mod­ną dwu­rzę­do­wą ma­ry­nar­ką z po­lie­stru.

- To nie tłu­ma­czy bu­cze­nia na lek­cjach ani tym bar­dziej swo­bod­nych i kwie­ci­stych roz­mów o sek­sie. - Ści­szył nie­co głos, bo seks ja­ko ta­ki za­wsze go krę­po­wał.

- Oni są po pro­stu uzdol­nie­ni oral­nie - za­śmia­ła się po­lo­nist­ka, a geo­graf zro­zu­miał, że je­go miej­sce jest w Bi­sku­pi­nie. Usiadł przy sto­le i za­marł ni­czym ska­mie­li­na.

Te­kla czu­ła się ob­co. Jesz­cze kil­ka­na­ście lat te­mu ucznio­wie by­li in­ni. Ow­szem, ni­g­dy szcze­gól­nie nie prze­pa­da­ła za mło­dzie­żą, ale tam­ci mie­li w so­bie tę od­ro­bi­nę po­ko­ry, któ­ra ka­za­ła im oka­zy­wać sza­cu­nek star­szym, mó­wić "dzień do­bry" i "prze­pra­szam", a cza­sem na­wet prze­pusz­czać w drzwiach. Obec­na mło­dzież wszyst­ko mia­ła w du­pie. Łącz­nie z sa­mą so­bą.

Pięt­na­ste­go stycz­nia te­go ro­ku Te­kla szła w kie­run­ku sa­li nu­mer sto sie­dem z dzien­ni­kiem pod pa­chą i opra­co­wa­niem psy­cho­bio­lo­gicz­ne­go tem­pe­ra­men­tu Mic­kie­wi­cza. "Mic­kie­wicz był czło­wie­kiem utka­nym z róż­nych emo­cji - pi­sa­ła w swo­ich no­tat­kach - zgłę­biał isto­tę by­tu, był uczu­cio­wy, nad­wraż­li­wy, miał też pro­ble­my z przy­sto­so­wa­niem się. Ucie­kał od rze­czy­wi­sto­ści, szu­kał po­cie­sze­nia w sa­mot­no­ści. Chciał być nie­za­leż­ny, wol­ny". Czy ko­goś to w ogó­le za­in­te­re­su­je?

Na­gle po­czu­ła w przed­ra­mie­niu ostry ból wy­wo­ła­ny zde­rze­niem się z ja­kimś li­ce­ali­stą, któ­ry spoj­rzał na nią z po­gar­dą (nie rzu­cił na­wet "sor­ry") i spy­tał: "Jak le­ziesz"? A po­tem po­biegł da­lej, non­sza­lanc­ki, wiel­ki, z sze­ro­ki­mi spodnia­mi i bru­dem za pa­znok­cia­mi. Trzy dni póź­niej zło­ży­ła wy­mó­wie­nie i prze­szła spo­koj­nym kro­kiem na wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę.

Po ty­go­dniu nie mo­gła już cho­dzić.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej