Rozdział 3
DWIE KOPERTY
Zielona czapka została podarowana Karolinie, która wydawała się zachwycona tym niespodziewanym prezentem. Natychmiast też umościła się w niej wygodnie, miauknęła pieszczotliwie i posłała Zuzannie dziękczynne spojrzenie.
- Muszę lecieć. - Zuzanna pomachała jej ręką, wskazała leżące na stole owoce i obiecała, że natychmiast po pracy wraca do domu.
Karolina była dziś pobłażliwa, w końcu niecodziennie dostaje się piękną, zieloną czapkę, w której można zwinąć się w kulkę i pospać kilka godzin. Poza tym Zuzanna miała nowe nakrycie głowy. Wściekle czerwone, z wielkim pomponem. Idealnie pasowało do dużych, wiszących kolczyków w kształcie truskawek. Pompon był absolutnie zjawiskowy, szkoda, że zielona czapka go nie miała, ale Karolina nie była małostkowa. Poza tym na stole leżały dojrzałe banany, których była absolutną fanką. Idź już, Zuzanno.
W pokoju za zielonymi drzwiami było cicho, ale Zuzanna wiedziała, że Mila z pewnością jest już w pracy. Przychodziła pierwsza i wychodziła ostatnia. Grudzień był jej ulubionym miesiącem, bo właśnie wtedy dostarczano najwięcej listów, które koniecznie należało przeczytać.
- Mam herbatę z suszonych liści winogron. - Zuzanna wsunęła głowę do pokoju, wpuszczając jednocześnie słodki aromat.
Mila zmrużyła oczy i pociągnęła nosem.
- Pachnie cudownie. Dla mnie? - ucieszyła się, kiedy Zuzanna podała jej kubek.
Niebieski szal zastąpiła dzisiaj szmaragdowa chusta, mieniąca się srebrzystymi opiłkami.
- Kiedy ją noszę, mam wrażenie, jakbym pływała w morzu. - Mila upiła łyk herbaty i dotknęła chusty. - Dostałam ją od mamy na siódme urodziny i wyobraź sobie, że do dzisiaj nie straciła koloru. Nadal jest tak samo intensywnie turkusowa, jak te kilkadziesiąt lat temu.
Zuzanna pomyślała, że zielona czapka, którą podarowała Karolinie, z pewnością tyle nie przetrwa. Daje jej maksymalnie dwa tygodnie, po tym czasie zostanie poszarpana pazurkami i pewnie do połowy zjedzona.
- Pięknie tu u ciebie - powiedziała, rozglądając się z zachwytem po kantorku. Pomieszczenie było małe, ale niezwykle przytulne. Na maleńkim stoliczku stał imbryk z herbatą oraz różowy kubek z napisem You are so lovely. Na biurku leżały jakieś książki, miska z suszonymi owocami, rysunki dzieci, zestaw kolorowych długopisów i kilka piórek w różnych odcieniach. Na ścianach wisiały obrazki przedstawiające Mikołaja w jego najróżniejszych odsłonach - jowialny pan z brodą otoczony reniferami, czarno-biały rysunek szczupłego mężczyzny wrzucającego przez komin prezenty czy też roześmiany starszy gość unoszący się w powietrzu na ogonie komety.
Najbardziej zachwycające były jednak parapety, na których stały doniczki z prawdziwymi ziołami.
- Hodujesz je?
Mila kiwnęła głową.
- Uwielbiam ich zapach i cudowną moc. Poza tym są niezwykle łatwe w hodowli. Taka pietruszka na przykład. Jedna z najbardziej popularnych roślin, lubi miejsca zarówno słoneczne, jak i lekko zacienione. Uwielbiam ją, bo wywar z niej rozjaśnia piegi. O, albo rozmaryn. Odświeża powietrze, a dodany do kąpieli pobudza krążenie krwi. Naparem z liści można płukać ciemne włosy, choć w moim przypadku to raczej nieistotne. Jestem siwa jak gołąbek - zachichotała. - a palone gałązki rozmarynu odstraszają owady. Dam ci trochę, wypróbujesz latem.
- A to? - Zuzanna wskazała palcem na roślinę o długich, wąskich, prawie kreskowatych liściach.
- Estragon. Korzeń łagodzi ból zębów, a picie herbatki z zaparzonych liści poprawia apetyt i trawienie. W dawnych czasach wykorzystywano ją do walki ze smokami i wężami. - Mila puściła do niej oko.
Zuzanna była zachwycona.
- Przyniosłam ci trochę listów od dzieci, na wszystkich jest napisane Święty Mikołaj, więc pomyślałam, że będzie lepiej, kiedy trafią w twoje ręce. Resztę już posegregowałam. I zobacz - wyciągnęła z kieszeni spódnicy dwie podłużne koperty, jedną w odcieniu seledynowym, a drugą błękitną - piękna papeteria, prawda?
- Który dzisiaj? - zainteresowała się Mila.
- Siedemnasty grudnia - zdziwiła się Zuzanna.
Mila tylko kiwnęła głową.
- To był już najwyższy czas. Czekałam na nie.
Zuzanna raz jeszcze popatrzyła na dwie koperty, a potem spojrzała pytająco na Milę.
- Błękitna i seledynowa koperta przychodzą do nas regularnie od trzydziestu siedmiu, no teraz już trzydziestu ośmiu lat. Tylko raz w roku, w połowie grudnia.
- Czytałaś je?
Mila zaprzeczyła.
- Nie, ale mam wszystkie.
- Przecież listy utylizujemy!
- Ale nie sądzisz chyba, że ktoś sprawdza, czy wszystkie z nich zostały zniszczone! To zaledwie siedemdziesiąt kilka cienkich kopert, które trzymam w swoim prywatnym pokoiku, w specjalnym kartonie. Nikomu nie przeszkadzają.
Zuzanna spojrzała na Milę z zaciekawieniem.
- Dlaczego je trzymasz?
Mila wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Chyba też spodobała mi się papeteria. Poza tym te listy mają w sobie jakiś smutek, który wyczuwam, mimo że nie znam treści. Nie potrafiłabym tak po prostu ich wyrzucić. Gdzieś w głębi serca ciągle mam nadzieję, że trafią do adresata.
- Nie ma adresu nadawcy, ani na jednym, ani na drugim. Tylko imiona, niekompletne adresy i niewyraźny stempel urzędu pocztowego - zauważyła Zuzanna.
- Dlatego też nie możemy ich odesłać.
- I na każdym dodatkowo informacja "adresat nieznany".
Mila pokiwała głową.
- Te listy spotykają się u nas każdego roku. Ich właściciele najwyraźniej nie mają takiego szczęścia.
- Tekla i Gaspar. Strasznie dziwne imiona - zaśmiała się Zuzanna. - Ale papeteria rzeczywiście urocza.
Na seledynowej kopercie odciśnięty był liść paproci, na błękitnej - miniaturowe gwiazdki. Papier wyglądał na stary, koperty miały delikatnie zażółcone rogi, zupełnie jakby ktoś lata temu wyciągnął je z szafy i używał aż do wyczerpania zapasów. Zuzanna powąchała listy.
- Jak ci powiem, że pachną nadzieją, to pewnie uznasz mnie za starą wariatkę - roześmiała się Mila. - Ale wierz mi, są listy, które nawet po kilkudziesięciu latach w końcu zostają przeczytane. Co prawda nie zawsze przez adresata, ale jednak wypływają na światło dzienne.
Zuzanna spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- Naprawdę. Jakiś czas temu brytyjska prasa pisała o ostatnim pożegnaniu szeregowego Josepha Ditchburna, który w sierpniu 1914 roku napisał list do swojej matki. List nigdy nie dotarł i dopiero niedawno został upubliczniony. Korespondencja, mająca przygotować rodzinę na najgorsze, została zatrzymana ze względu na informacje o ruchach wojsk, które nieroztropny żołnierz zdradzał w liście.
- Ale do matki list nie dotarł?
Mila poprawiła szmaragdowy szal.
- Może to i lepiej? Sama nie wiem. Ale wierzę, że każdy list, który nie zostanie spalony, prędzej czy później będzie odczytany. Tak było z pocztówką, która została nadana Dwudziestego siódmego stycznia 1877 roku w miejscowości Sains-du-Nord we Francji. Miała dotrzeć do Trélon oddalonego zaledwie o dziesięć kilometrów.
- I co? - spytała z zaciekawieniem Zuzanna.
- I dotarła, ale dopiero po stu trzydziestu ośmiu latach. Oczywiście adresat nie zdołał jej już odebrać, bo nie żył od stu osiemnastu lat. Przesyłkę od listonosza przyjęła za to jego prawnuczka, osiemdziesięcioletnia Thér?se Pailla.
- Niewiarygodne.
- Ale są też historie z większym listowym happy endem. Dwudziestego lutego 1958 roku w Pensylwanii młoda dziewczyna napisała list do swojego narzeczonego. Pech chciał, że list gdzieś się zagubił i adresat otrzymał go dopiero po pięćdziesięciu trzech latach. Był już jednak wtedy po rozwodzie, więc odpisał tej dziewczynie i miesiąc później wzięli ślub.
- Ona też była po rozwodzie?
- Była wdową.
Do pokoju ktoś zapukał.
Zuzanna zamknęła zielone drzwi i poszła otworzyć. Lepiej, żeby nikt nie widział, że zamiast pracować, ucina sobie pogaduszki z Milą. W końcu to najbardziej gorący miesiąc w roku.
Aneta stanęła w progu i dokładnie zlustrowała pokoik. Jej wzrok zatrzymał się na zdjęciu Karoliny, które Zuzanna ustawiła sobie na biurku.
- Co to?
- Lotopałanka karłowata.
Wzrok Anety sugerował, że uważa swoją rozmówczynię za osobę uszkodzoną psychicznie.
- Słucham?
- To takie zwierzątko z rodziny torbaczy, trochę podobne do wiewiórki. Potrafi latać.
- Rozumiem. - Aneta nie rozumiała, ale uznała, że dalsza rozmowa na temat lotopałanki jest zbyteczna. W końcu nie po to tu przyszła.
- Dostarczono mnóstwo nowych paczek. Jesteś potrzebna na magazynie, listami zajmiesz się później - oznajmiła suchym tonem i raz jeszcze spojrzała z odrazą na zdjęcie. Latająca wiewiórka. Absolutny kretynizm.
Zuzanna ściągnęła sweter (podczas sortowania można się było nieźle spocić), bezskutecznie próbowała ułożyć sterczącą na wszystkie strony grzywkę i podreptała za piaskowo-orzechową Anetą, ubraną dzisiaj w wąską sukienkę, która tylko podkreślała jej szerokie biodra oraz całkowity brak biustu. Aneta przypominała dzwon i naprawdę trudno było dostrzec w jej sylwetce cokolwiek atrakcyjnego.
Magazyn rzeczywiście był przepełniony. Chodziło się po nim wąskimi ścieżkami, bo wszędzie ułożone były paczki i worki z listami. Wszystkie opieczętowane i ponumerowane. Teraz dodatkowo trzeba było przeskakiwać, a nawet wykonać coś w rodzaju szpagatu, żeby przedostać się do kolejnej alejki. Na przeszło tysiącu metrów kwadratowych zalegały tu prawdziwe cuda, a całość przypominała dawne sklepy z tysiącem i jeden drobiazgów. Zuzanna wypatrzyła sutanny, zamknięcia do trumien i części samochodowe, z których dałoby się złożyć niejedno auto. Były zabawki, a wśród nich nawet lalka na szubienicy i miś z nożem wbitym w oko, a także ludzkie palce w formalinie, na szczęście po szczegółowym badaniu okazało się, że wykonano je z gipsu. Były fekalia wysłane zapewne w celu zemsty, brudna bielizna, stare urządzenia AGD, nikomu niepotrzebne, bo najzwyczajniej w świecie zepsute, buty bez podeszwy, a nawet kurczak z rożna. Pomysłowość ludzka nie miała granic.
Zuzanna otworzyła niewielkie pudełko i wyjęła z niego kartonik z zapakowanym plastikowym bobrem. Wyglądał dość paskudnie i z pewnością nie był zabawką dla dzieci. Żadne dziecko nie chciałoby się tym bawić, nawet przez chwilę.
- Co to? - spytała koleżankę, rozpakowującą właśnie karton z karmą dla psów.
- Jak się po to nikt nie zgłosi, zawieziemy do schroniska - ucieszyła się dziewczyna i spojrzała na plastikowego bobra. - Nie wiem. Wygląda jak bóbr, ale dziwnie wąski. Nie ma ogona i zupełnie nie rozumiem, czemu nosi białe gacie. Od spodu jest jakiś przycisk.
Zuzanna wcisnęła guzik, a wtedy bóbr zaczął charakterystycznie wibrować.
Obie spojrzały na siebie zdumione, po czym Zuzanna natychmiast wyłączyła zwierzę i schowała je z powrotem do kartonu. Po jaką cholerę kobieta miałaby wkładać tam sobie bobra?
Miasteczko, w którym znajdowało się Biuro Przesyłek Niedoręczonych, wydawało się nieustająco drzemać. Ilekroć Zuzanna wychodziła ze swojego małego mieszkania, odnosiła dziwne wrażenie, że jest jedną z pierwszych osób, które pojawiają się na ulicy. Kawiarnie dopiero otwierały oczy, piekarnie ziewały zapachem świeżego pieczywa, a pozostałe sklepy spały tak twardo, że nie był ich w stanie zbudzić nawet ryk syreny strażackiej. Ludzie nigdzie się nie spieszyli, nie biegli w pogoni za nie wiadomo czym, nie ścigali własnych pleców. Zuzanna była zdumiona, że nie ślizgają się po jej twarzy wzrokiem, tylko zatrzymują na moment i kłaniając się, mówią "dzień dobry". No, może nie wszyscy, ale właściciel kawiarni o wyrafinowanej nazwie "Kawiarnia" - zawsze. W końcu postanowiła regularnie zaglądać do niego jeszcze przed pracą i zrezygnować z domowych śniadań. Obliczyła, że koszt kupionej kawy i ciepłego rogalika nie jest aż tak zatrważający i stać ją na ten przyjemny rytuał. Karolina na szczęście nie zauważyła, że jej pani wychodzi ostatnio dziesięć minut wcześniej.
"Kawiarnia" nie była urokliwa i nie przypominała wystrojem pięknych wnętrz z katalogów "Country & Home", a jednak miała w sobie ten rodzaj przyciągania, który po prostu zmuszał do wybrania jednego ze stolików przykrytych białą ceratą i zamówienia kubka kawy. Zuzanna usiadła przy oknie i zapatrzyła się na ośnieżone ulice. Podobały jej się ten spokój i cisza, których nie potrafiła znaleźć w swoim rodzinnym mieście. Choć tak naprawdę to nie hałas wygnał ją z miasta, tylko właśnie pewien list, którego nigdy nie odważyła się wysłać.
- Kawa i rogalik? - Właścicielem "Kawiarni" był starszy mężczyzna z siwym warkoczykiem i pasującym do koloru włosów, popielatym spojrzeniem. Szczupły, niewysoki, w szerokich spodniach od dresu i kraciastej koszuli. Nikt nie zwróciłby na niego większej uwagi w dużym mieście, tutaj jego casual look wykończony gumowymi butami z futerkiem był nawet dość uroczy.
Zuzanna skinęła głową.
Kawa była świetna, rogalik doskonały. I tego smaku nie popsuły ani biała cerata na stole, ani zwykłe krzesło z odrapanym oparciem, ani nawet brak lampy, który obnażał nagość dyndającej na czarnym sznurze żarówki.
- Mieszkasz tu od niedawna. - To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
Przytaknęła.
- Pracujesz przy listach?
- Skąd pan wie?
Wzruszył ramionami.
- Tu nie ma zbyt wielu miejsc pracy, a w Biurze zawsze szukają kogoś nowego. Udało ci się już odnaleźć odbiorcę jakiejś paczki?
Zuzanna uśmiechnęła się odrobinę przepraszająco.
- Jestem tu dopiero od trzech tygodni, więc jeszcze nie miałam okazji. A każdemu się udaje?
Właściciel podrapał się po głowie.
- Różnie jest. Niektórzy urządzają sobie nawet zawody w dostarczeniu jak największej liczby przesyłek, których adresat jest w zasadzie niemożliwy do ustalenia. Innym jest wszystko jedno.
Zuzanna przełknęła ostatni kęs rogalika i zastanowiła się, czy jej też jest wszystko jedno. To w końcu tylko praca, którą pewnie za jakiś czas znowu zmieni. Poza tym, czy to naprawdę aż tak istotne, jeśli ktoś raz nie otrzyma listu? Wiedziała, że tak. Że to czasem wszystko zmienia. Nie chciała jednak o tym myśleć.
- Ja na razie jakoś nie miałam szczęścia. Wczoraj na przykład przyszła do nas sutanna. Na paczce ktoś napisał: "Dla Wojtusia, świeżo wyprane. Góra".
Właściciel uniósł brwi ze zdumienia.
- Góra? W sensie, że sam Szef mu wyprał?
- Nie, to chyba nazwa miejscowości. Znalazłam Górę na Dolnym Śląsku, ale w urzędzie miejskim nie znali księdza Wojtusia. A jeśli to Jelenia Góra? Albo Zielona? Czasem naprawdę nie wiem, w jaki sposób trafić na choćby najmniejszy ślad. A podobno każda przesyłka ma szansę trafić w ręce adresata.
- Bo to prawda. Ostatnio jakiś Holender otrzymał list pożegnalny napisany do niego w czasach drugiej wojny światowej. Od ojca, którego właśnie wysyłano do obozu koncentracyjnego w Niemczech. List napisał w 1943 roku w formie pożegnania ze swoim dziesięcioletnim synem. Ale wiadomość nie została dostarczona. List schowano do portfela, gdzie został znaleziony, gdy do obozu wkroczyli Anglicy i odesłali go do jakiegoś archiwum. Kilka lat temu naukowcy otrzymali dostęp do wszystkich pamiątek z tamtego okresu. Ktoś trafił na ten niedostarczony list i wysłał go do adresata. To dopiero niespodzianka, co?
Zuzanna zamyśliła się.
- Mila też mi opowiadała o takich historiach. Ale to wszystko są przykłady z zagranicy. A w Polsce, czy pan...
- Maciej i możesz mi śmiało mówić po imieniu - wpadł jej w słowo.
Zuzanna zaczerwieniła się. Po imieniu do dużo starszego mężczyzny? Z Milą to jednak zupełnie co innego...
- Czy słyszałeś o takiej historii w Polsce? - zaryzykowała jednak.
Zastanowił się przez chwilę.
- Paczki często znajdują swoich prawdziwych odbiorców, ale nie wiem, jak to jest z listami. Pewnie się nimi nikt tak bardzo nie przejmuje. W końcu to tylko kilka słów napisanych na papierze.
Tylko kilka słów. W zasadzie ma rację.
Z drugiej jednak strony, czasem nawet jedno słowo może odmienić czyjeś życie. Dlaczego list miałby mieć mniejsze znaczenie od sutanny? Albo od kurczaka z rożna? To, że ktoś nie dostanie czajnika bezprzewodowego, to jeszcze nie koniec świata. Ale kiedy w porę nie usłyszy najważniejszych słów w swoim życiu, może ten świat widzieć już tylko w czarnych barwach.
- Dziękuję - powiedziała Zuzanna. - i do jutra.
Maciej odprowadził ją popielatym spojrzeniem.