ROZDZIAŁ I
O KRADZIEŻY JELONKA, ZOŁZIE, TRZECH MICHAŁACH I SUKIENCE, KTÓRA NIJAK NIE CHCIAŁA STAĆ SIĘ CZARNA
Barbara Bakuszycka przestała wierzyć w miłość. Nie pamiętała dokładnie momentu, kiedy to się stało, ale musiało to być bardzo dawno temu. Na tyle dawno, że miała wrażenie, jakby było tak zawsze. Od zawsze też w jej szafie wisiały szarobure rozciągnięte swetry i długie sukienki we wszystkich możliwych odcieniach czerni. Gdyby w jej rodzinie wydarzył się jakiś pogrzeb, Barbara mogłaby spokojnie poobdzielać nimi wszystkie krewne. Wkładając te ubrania, wyglądała jak bezkształtna masa otoczona grubą warstwą, nieprzepuszczającą ludzkich spojrzeń, gestów, dotyku i emocji. W owych ziemistoczarnych barwach miała wrażenie, że niczym kameleon jest w stanie dopasować się do smutnego otoczenia. Bo że otoczenie, zwłaszcza jej, może być tylko smutne, nie wątpiła. Była wręcz o tym przekonana.
Starała się zapomnieć, że kiedyś miała inne, bardziej kolorowe życie, ale nieustająco przypominała jej o tym jedyna kolorowa sukienka w szafie. Miała soczystą czerwoną barwę. Barbara wiele razy próbowała przefarbować ją na czarno, ale jedyny efekt, jaki uzyskała, to czarne smugi, które od biedy można było potraktować jako przejaw artyzmu projektanta tejże sukienki. A był nim nie byle kto! Barbara nie pamiętała już wprawdzie nazwiska owego kogoś, jednak dostała tę sukienkę w prezencie od niedoszłej teściowej wraz z informacją, że jest droga, więc ma ją szanować, a najlepiej w ogóle nie nosić, bo istnieje ryzyko zniszczenia, oraz że projektantem jest "nie byle kto". Niestety, teraz już nie dało się tego sprawdzić. W przeciwieństwie do sukienki, która z pewnością przetrwałaby bez szwanku dowolny kataklizm, na przykład pożar albo opad kwaśnego deszczu, metka po farbowaniu zrobiła się kruczoczarna i jako taka kompletnie nieczytelna.
Z niedoszłą teściową łączył się oczywiście niedoszły mąż. O nim Barbara już zupełnie nie chciała pamiętać. Tym bardziej że był to trzeci niedoszły mąż w historii jej życia. Dziwnym trafem wszyscy trzej tuż po zaręczynach z miejsca się odkochiwali. Pierwszy już po miesiącu, drugi po dwóch, a trzeci po trzech. Ostatni stwierdził, że wprawdzie ją kocha, ale ich związek potrzebuje przerwy. I że Barbara, którą w skrócie nazywał Bebe (twierdził, że kojarzyła mu się z Brigitte Bardot, a nie chodziło tylko o inicjały), z pewnością podziela jego zdanie w kwestii urlopu od narzeczeństwa. Nie podzielała, ale cóż miała robić?
Nie to jednak było najgorsze w jej życiu. Większy problem stanowiło to, że każdy z jej niedoszłych mężów znajdował ukojenie w ramionach Zołzy. Zołza miała na imię Elwira, ale Barbara nigdy w życiu jej tak nie nazwała. No, może na początku. A początek miał miejsce już w przedszkolu, kiedy to mała i przeraźliwie chuda Elwira Okoń ukradła Basi jelonka. W całej historii może mało istotne jest, że to jelonek, znacznie ważniejsze były dwa słowa: "ukradła" i "rogi", które ów jelonek zdecydowanie miał. To właśnie one zdominowały znajomość Barbary z Zołzą na całe życie. Elwira pojawiała się w życiu Barbary dokładnie w tych momentach, kiedy ta najmniej tego potrzebowała. Żyła sobie spokojnie, a tu nagle trach. Niespodzianka w postaci panny Okoń. Z przedszkola Barbara poza jelonkiem zapamiętała jeszcze jęk swojej matki, gdy rzuciła się na nią jakaś kobieta tuż przy szatni maluchów zwanych "Muchomorkami". Kobieta była odziana w różowy płaszcz i miała bardzo kolorowy kapelusz.
- Magdaleno! Tyś się nic nie zmieniła od czasów szkoły! Nadal jesteś taka gruba, jak byłaś!
- A ty tak samo sympatyczna, jak byłaś - wycedziła przez zęby mama Barbary.
- Prawda? - Uśmiechnęła się pani w kapeluszu. - Ależ cudowne spotkanie. Dziewczynki będą chodzić razem do przedszkola!
Magdalena Bakuszycka, mama Barbary, całkiem miła, wtedy jeszcze młoda kobieta, choć z reguły nie miała ataków jasnowidzenia, tym razem szóstym zmysłem wyczuła kłopoty. Przez chwilę podumała nad tym, czy jej pierworodna naprawdę musi wyruszać w wielki świat, pełen czyhających na nią złych osób. Jedna z nich wyglądała co prawda niewinnie. Jednak Magdalena uważała, że z pewnością była zła, bo niektóre rzeczy dziedziczy się w genach. Dziewczynka siedziała na ławce w przedszkolnej szatni i myśląc, że nikt tego nie widzi, dłubała w nosie.
- A to moja Elwirka! - przedstawiła ją z dumą pani w kapeluszu.
Elwirka natychmiast skończyła dłubać w nosie i uśmiechnęła się promiennie. Miała kruczoczarne włosy, spięte na czubku głowy w kitkę tak ciasno, że wydawało się, że jeszcze trochę, a jej oczy staną się skośne. Fryzurę wieńczyła czerwona, sztywna kokarda, sprawiająca wrażenie większej niż głowa dziewczynki.
- Dzień dobry. - Elwirka uśmiechnęła się słodko i wyciągnęła do Basi rękę na przywitanie. Niestety tę samą, którą wcześniej dłubała w nosie.
Basia schowała dłoń za siebie.
- Nie przywitasz się z moją Elwirką? - zapytała słodko pani w kapeluszu.
Basia stanowczo pokręciła głową.
- Ojej. Widzę, że masz kłopoty z dzieckiem. - Mama Elwirki zatrzepotała rzęsami. - Tutaj podobno jest bardzo dobry pedagog. Z pewnością ci pomoże. My z Elwirką nie mamy takich problemów, ale wiem, że różnie w życiu bywa. - Zrobiła współczującą minę. - Należy sobie pomagać. Pamiętaj, Elwirko, jeśli Basia będzie miała jakiekolwiek kłopoty, trzeba ją wspierać.
Basia, podobnie jak mama, już wtedy miała przeczucie, że jeżeli w jej życiu pojawią się jakieś kłopoty, to z pewnością powodem części z nich będzie nowa koleżanka. Już wtedy nazwałaby ją pewnie Zołzą, gdyby tylko znała takie określenie.
Elwirka była typem, który każdy z nas spotkał zapewne w swoim życiu. Dla nauczycieli i wychowawców słodka niczym miód. Dla kogoś, kogo nie lubiła albo z kim rywalizowała - ostra jak brzytwa. W ciągu następnych kilku lat Barbara i Magdalena przekonały się, że nigdy nie można z nią wygrać. Wszyscy wychowawcy byli zakochani w słodkiej, cudownej, dobrze uczącej się Elwirce i nie wierzyli, że ich ulubienica mogłaby zrobić komuś cokolwiek złego. A już z pewnością napluć innej osobie do zupy w stołówce, związać na supeł sznurowadła w butach czy szczypać go w porze leżakowania. W życiu! Elwirka nie mogłaby tego zrobić - z tym swoim wielkim serduszkiem i anielskim spojrzeniem.
Prawdopodobnie nikomu nie wpadłoby do głowy, że mogłaby też nieco później ukraść trzech kolejnych mężczyzn swojej koleżance, podobnie jak nie mogłaby zabrać jej plastikowego jelonka. Niestety, i jedno, i drugie okazało się prawdą.
Po zakończeniu edukacji przedszkolnej Magdalena i Barbara odetchnęły z ulgą, gdyż mama Elwirki uznała, że osiedlowa szkoła reprezentuje zbyt niski poziom dla jej córki, i zapisała ją do innej, na drugim końcu Warszawy. Niestety pewnego dnia, który zapowiadał się zupełnie ładnie, w progu klasy czwartej "a" stanęła kokarda, a do niej był przyczepiony nie kto inny, jak trzepocząca rzęsami Elwirka.
Barbara na widok złodziejki jelonka skamieniała i upuściła na podłogę globus, który właśnie trzymała w rękach. Kula ziemska oderwała się od stojaka i potoczyła wprost pod nogi wychowawczyni, a zarazem nauczycielki geografii. Ta właśnie kierowała kroki w stronę kokardy, ale niestety potknęła się i runęła jak długa tuż u stóp dziewczynki.
- Dzień dobry pani - powiedziała słodko Zołza. - Może pomóc?
- Barbara! Do dyrektora.
- Cześć, Basiu. - Zołza uśmiechnęła się słodko. - Jak miło cię znów widzieć. Mam nadzieję, że i tu będziemy najlepszymi przyjaciółkami.
Barbara zdążyła tylko pomyśleć, jak cudowne były ostatnie trzy lata i że teraz należy się przygotować na dużo trudniejsze. Gdy wdrapywała się na trzecie piętro do gabinetu dyrektora, żałowała, że jej tata nie jest dyplomatą jak ojciec Marcina z czwartej "c" i że nie skierowano go na placówkę dyplomatyczną do Chin. Albo jeszcze dalej... Sprawdziłaby na globusie, co znajduje się dalej, ale niestety ten wgniótł się w dwóch miejscach. Poza tym szpilka pani wychowawczyni wbiła się w sam środek Ameryki Północnej, robiąc tym samym z Gór Skalistych Skalistą Depresję.
Kolejne lata upływały Barbarze głównie na powstrzymywaniu się przed wysłaniem Elwirki do aniołków. Było to o tyle trudne, że upiorna złodziejka jelonka robiła wszystko, aby uchodzić za najlepszą przyjaciółkę Barbary, i nie odstępowała jej na krok. Barbara, która nie chciała wypaść na małpę odrzucającą czyjąś przyjaźń, z coraz większym utęsknieniem czekała na koniec ich wspólnej edukacji. Chciała raz na zawsze pozbyć się Zołzy ze swojego życia. Niestety! Elwirka poszła do tego samego gimnazjum i do liceum również. Jako wybitnie zdolna (zdaniem swojej mamy, która wtedy zaczęła nosić fascynatory w miejsce kapeluszy) miała wprawdzie studiować na Harwardzie albo w Cambridge, ale podobno deszczowy angielski klimat jej nie służył. Szkoda, że nie brała pod uwagę Yale. Byłoby zdecydowanie dalej.
Barbara i Magdalena miały wrażenie, że obie panie Okoń z niezbadanych przyczyn (może zrobiły im coś w poprzednim życiu?) prześladują je, ale nie wiedziały, jak zakończyć ten niecny proceder. Magdalena, farmaceutka, zastanawiała się nawet nad uszczknięciem odrobiny jakiejś trującej substancji z apteki. Jednak właśnie wtedy jej córka zaręczyła się po raz pierwszy i Magdalena uznała, że nie wypada w takiej chwili trafiać do więzienia. Ewentualnie potem, po ślubie. Do tego, jak już wiadomo, nie doszło, gdyż narzeczony Barbary, nazywany potem przez nią Michałem Pierwszym, pewnego dnia ujrzał Elwirkę. Można było powiedzieć o niej wszystko, ale nie to, że nie jest piękną kobietą. W dodatku umiała podkreślić swoje atuty tak, aby rzucały się w oczy od pierwszego spojrzenia. Bo, jak wiadomo, znaczna większość mężczyzn nie lubi się długo w nic wpatrywać, no chyba że są to mecze piłki nożnej. A już na pewno nie poszukuje w kobietach ukrytego piękna i woli, gdy paraduje ono przed ich oczami w postaci dwukrotnie powiększanego biustu jak u Elwirki, przy okazji odbierając im dech. I właśnie Barbara ujrzała kiedyś, jak Michał Pierwszy traci ów dech pomiędzy dwoma wielkimi jak napompowane balony piersiami Zołzy. Oprócz piersi Elwira napompowała sobie również usta. Jednak to było dopiero przy Michale Drugim. Kolejnym narzeczonym, który pozostawił Barbarę właśnie dla tych ust.
Z Michałem Trzecim miało być zupełnie inaczej. Tuż po studiach planowali wyjechać do Kanady. Gdy Michał Trzeci pokazywał Barbarze miejsce na mapie, ta zbladła. Mieli jechać dokładnie w to miejsce, gdzie w czwartej klasie szkoły podstawowej pani od geografii wgniotła Góry Skaliste obcasem. Właśnie wtedy po raz pierwszy zaczęła przeczuwać, że życie ma jednak wobec niej zupełnie inne plany. Nie dane jej było zostać żoną Michała Trzeciego i tym samym panią Gór Skalistych. I nawet nie było dla niej specjalnym zaskoczeniem, kto się nią stał.
Elwira Okoń.
- Przepraszam cię, Basieńko, ale nie wiem, co się ze mną dzieje.
Ona mnie wciąga jak wir. Ona jest taka doskonała.
W tym momencie Barbara znienawidziła wszystkich mężczyzn na świecie, w szczególności tych o imieniu Michał. Nadal jednak najbardziej nienawidziła Elwirki. Mama Barbary, widząc swoją pociechę zalewającą się łzami, podjęła decyzję, że dla dobra ich obu upiorna złodziejka jelonka i trzech narzeczonych powinna zejść z tego świata. Najlepiej natychmiast. Był jednak pewien problem, bo Elwira wyjechała z Michałem Trzecim do Kanady. Zamieszkali tuż u podnóża Gór Skalistych. Magdalena życzyła im, żeby nigdy stamtąd nie wrócili, a najlepiej, gdyby pożarły ich tam niedźwiedzie. Barbara natomiast łudziła się, że wgniecenie w Górach Skalistych okaże się prawdziwą czarną dziurą, która pochłonie Zołzę wraz z niedoszłym narzeczonym numer trzy. Na zawsze. Miało jednak stać się inaczej...