Bitwa o Układ Słoneczny Tom 2 Odwet - Robert Preys

Kup ebooka

42.00 zł
29.24 zł (29,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Ba­za Mię­dzy­na­ro­do­wych Sił Ko­smicz­nych Zie­mi

Na nad­garst­ku po­czu­łem im­puls z neu­ro­no­we­go prze­kaź­ni­ka, któ­ry wy­rwał mnie z za­my­śle­nia. No­si­łem go jak daw­niej ze­ga­rek - wciąż wo­la­łem to od wsz­cze­pu w krę­go­słup. Mru­gnął nie­bie­skim świa­tłem. Nie­bie­ski... To ni­g­dy nie wró­ży­ło nic do­bre­go.

- Co jest? - po­my­śla­łem, zer­ka­jąc na nad­gar­stek z urzą­dze­niem wie­lo­funk­cyj­nym. Ze­ga­rek pul­so­wał wciąż tą sa­ma bar­wą. Za­nim za­re­ago­wa­łem, cień za­sło­nił mi słoń­ce.

Spoj­rza­łem z uko­sa i po­de­rwa­łem się z ław­ki na wi­dok ofi­ce­ra wy­so­kiej ran­gi.

- Ma­jor Tom Pirs, zga­dza się? - usły­sza­łem py­ta­nie z nu­tą pew­no­ści.

- Tak jest, pa­nie puł­kow­ni­ku - od­po­wie­dzia­łem, prę­żąc się jak stru­na.

- Chciał­bym z pa­nem po­roz­ma­wiać. Usiądź­my na chwi­lę. - Wska­zał na ław­kę. Któ­rą przed chwi­lą zaj­mo­wa­łem.

Przez chwi­lę wa­ha­łem się mię­dzy roz­mo­wą a obo­wiąz­kiem - nie­bie­ska pul­sa­cja wzy­wa­ła na­tych­miast. Nie­bie­ski. Prio­ry­tet. Spra­wy waż­ne lub ostre ma­new­ry. Nie to, co czer­wo­ny - ten ko­lor wi­dzia­łem tyl­ko raz, pięć lat te­mu, i nie chciał­bym zo­ba­czyć ni­g­dy wię­cej.

- Pro­szę po­twier­dzić go­to­wość i na ra­zie zi­gno­ro­wać. - Puł­kow­nik od­gadł mo­ją roz­ter­kę, wska­zu­jąc ski­nie­niem gło­wy na pul­su­ją­ce po­wia­do­mie­nie.

Tak też zro­bi­łem, przy oka­zji upo­rząd­ko­wa­łem le­żą­ce na ław­ce mo­je rze­czy.

- Na­zy­wam się Da­wid Mon i za­po­wia­da się, że bę­dzie­my współ­pra­co­wać. Chciał­bym jed­nak oso­bi­ście z pa­nem ma­jo­rem naj­pierw po­roz­ma­wiać. Ma­my pro­blem. - Puł­kow­nik bez ogró­dek za­ak­cen­to­wał twar­dym gło­sem dwa ostat­nie sło­wa i wbił we mnie wzrok, jak­by chciał mnie prze­świe­tlić na wy­lot.

- Za­tem w czym mo­gę po­móc? - Wpa­try­wa­łem się w je­go na­szyw­kę z imie­niem i na­zwi­skiem na mun­du­rze, aby nie pa­trzeć w te je­go świ­dru­ją­ce oczy.

Te­raz so­bie przy­po­mnia­łem. Fa­cet miał sto­pień ge­ne­ra­ła, ale chy­ba dwa la­ta te­mu zde­gra­do­wa­li go do puł­kow­ni­ka za ja­kąś afe­rę ko­rup­cyj­ną. Da­wid Mon był do­wo­dzą­cym obro­ną sa­te­li­tar­ną Zie­mi pod­czas in­wa­zji. Je­go za­słu­gi, a za­ra­zem wie­dza przy­czy­ni­ły się do te­go, że na­czel­ne do­wódz­two wszyst­ko za­mio­tło pod dy­wan. Je­mu zaś obe­rwa­ło się po kie­sze­ni, stop­niu i am­bi­cji.

- Koń­czy pan aka­de­mię z uzy­ska­niem kwa­li­fi­ka­cji dru­gie­go stop­nia na do­wód­cę okrę­tu ko­smicz­ne­go w pod­sta­wo­wej ran­dze ma­jo­ra, po­mi­mo że fak­tycz­nie do­wo­dził już pan ta­kim okrę­tem pięć lat te­mu pod­czas in­wa­zji. Jest pan za­ra­zem słu­cha­czem, jak też wy­kła­dow­cą aka­de­mic­kim. Pa­na umie­jęt­no­ści i za­słu­gi są nie­oce­nio­ne. Nie ma co ukry­wać, kształ­ci pan no­we po­ko­le­nia kadr. I tu­taj chciał­bym sko­rzy­stać z pa­na spo­strze­żeń oraz in­tu­icji.

- Tak, do­wo­dze­nie okrę­tem to był wte­dy czy­sty przy­pa­dek. Re­gu­la­min jed­nak wy­ma­ga od­po­wied­nie­go ofi­cjal­ne­go prze­szko­le­nia. Na szczę­ście to mam już za so­bą. Cze­mu aku­rat ja je­stem pa­nu po­trzeb­ny?

- Ten pro­blem, z któ­rym mu­si­my się zmie­rzyć, wy­ma­ga ra­dy­kal­nych dzia­łań w ob­sa­dze­niu za­łóg od­bu­do­wa­nej flo­ty. Nie­ste­ty, więk­szość do­świad­czo­nej ka­dry ule­gła uni­ce­stwie­niu w cza­sie ata­ku. Te pięć lat wy­star­czy­ło na od­bu­do­wa­nie za­ple­cza tech­nicz­ne­go, ale nie by­ło dość cza­su na wy­szko­le­nie do­brych, eli­tar­nych za­łóg. Zresz­tą, sam pan o tym do­sko­na­le wie. - Puł­kow­nik wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Ro­zu­miem, że mam po­móc w przy­go­to­wa­niu pla­nów przy­dzia­łu?

- Nie. To pan zro­bi plan przy­dzia­łów, a w szta­bie to do­pa­su­ją i uzu­peł­nią. Pro­szę mieć na uwa­dze do­tych­cza­so­wą zna­ną pa­nu ka­drę, ab­sol­wen­tów aka­de­mii oraz przy­szło­rocz­nych.

- Ci ostat­ni ma­ją jesz­cze rok na za­li­cze­nie, nie na­by­li od­po­wied­niej prak­ty­ki - za­su­ge­ro­wa­łem.

- Trud­no, prak­ty­kę za­li­czą na mi­sji bo­jo­wej. Te­raz mo­że być każ­dy po­trzeb­ny.

- Na kie­dy mam przy­go­to­wać plan?

W my­ślach by­łem już jed­ną no­gą na wa­ka­cjach. Obie­ca­li­śmy so­bie z żo­ną, że po za­koń­cze­niu mo­je­go cy­klu szko­le­nio­we­go weź­mie­my ty­dzień urlo­pu i z syn­kiem wy­je­dzie­my nad mo­rze. Od­po­wied­nie przy­go­to­wa­nie ob­sa­dy okrę­tów to przy­naj­mniej dwa ty­go­dnie ro­bo­ty dla szta­bu.

- Po­wiedz­my, że na wczo­raj. Nie wy­ma­gam ca­ło­ści pla­nu. Pro­szę się sku­pić na do­tych­cza­so­wej, zna­nej pa­nu, ka­drze i stu­den­tach, któ­rych pan szko­lił. Resz­tą zaj­mą się w szta­bie. - Puł­kow­nik wstał i po­dał mi rę­kę na po­że­gna­nie. - A! Ma pan sie­dem­dzie­siąt dwie go­dzi­ny. Pro­szę po­za­ła­twiać swo­je pry­wat­ne spra­wy i wi­dzi­my się za trzy dni w ba­zie.

- Yyy... - Za­nim co­kol­wiek by­łem w sta­nie od­po­wie­dzieć, je­go po­stać znik­nę­ła za za­krę­tem alej­ki par­ku aka­de­mic­kie­go.

- Ja­sna cho­le­ra! - syk­ną­łem, cięż­ko opa­da­jąc na ław­ce. A ja obie­ca­łem Da­niel­ko­wi mo­rze i bu­do­wa­nie zam­ków z pia­sku. - I wa­ka­cje po­szły się bu­jać. A ten je­go­mość na­wet nie za­py­tał, czy się na co­kol­wiek zga­dzam.

Nie­opo­dal adep­ci pierw­sze­go rocz­ni­ka, śmie­jąc się, gna­li gdzieś do mia­sta. Za­pew­ne po za­ję­ciach ca­ła gru­pa do­sta­ła prze­pust­kę. Kie­dyś i ja ta­ki by­łem. Nie­co de­ka­dę te­mu. O ra­ny, jak to by­ło daw­no.

Do aka­de­mii roz­kaz przy­szedł z sa­mej gó­ry, więc nie mu­sia­łem się ni­ko­go pro­sić ani zda­wać ja­kie­go­kol­wiek ra­por­tu. Ku swo­je­mu zdzi­wie­niu au­to pod­sta­wi­ło się au­to­ma­tycz­nie tyl­ko do mo­jej dys­po­zy­cji, dy­plom ukoń­cze­nia aka­de­mii II stop­nia z ofi­cjal­ną no­mi­na­cją otrzy­ma­łem na­tych­miast, a uro­czy­ste wrę­cze­nie mia­ło być do­pie­ro za kil­ka dni. Do­dat­ko­wo na mo­im kon­cie po­ja­wi­ła się du­ża su­ma ty­tu­łem za­licz­ki na przy­szłe wy­na­gro­dze­nia. To wszyst­ko ozna­cza­ło, że szy­ku­je się dłu­ga mi­sja.

Jesz­cze te­go sa­me­go dnia do­tar­łem do ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści. Żo­na już by­ła w do­mu i jak tyl­ko zo­ba­czy­ła, że przy­je­cha­łem, wy­szła przed dom na spo­tka­nie. Mi­nę mia­ła za­sę­pio­ną.

- Cześć, ko­cha­nie! - Roz­war­łem ra­mio­na, jak­bym nic nie za­uwa­żył.

- Chodź do ogro­du, nie wia­do­mo, czy w miesz­ka­niu nie ma ja­kiejś plu­skwy pod­słu­cho­wej.

- Żar­tu­jesz? - szep­ną­łem, po­zwa­la­jąc się jej po­cią­gnąć. - W na­szym wła­snym do­mu? Prze­cież je­steś z wy­wia­du, dla­cze­go miał­by nas ktoś pod­słu­chi­wać?

- Wła­śnie dla­te­go - od­par­ła, a jej głos był twar­dy i ni­ski. Je­ste­śmy na ce­low­ni­ku. Nie od wczo­raj.

W tej nie­mal­że chwi­li zła­pał mnie za no­gę nasz sze­ścio­let­ni sy­nek z okrzy­kiem, ja­kie wy­da­je ma­łe dziec­ko w en­tu­zja­zmie, któ­ry nie­ste­ty z la­ta­mi za­tra­ca­my na za­wsze.

- Masz coś dla mnie? - za­py­tał po chwi­li, otwie­ra­jąc sze­ro­ko oczy w ocze­ki­wa­niu od­po­wie­dzi.

Chwy­ci­łem mal­ca na rę­ce i wy­cią­gną­łem z tecz­ki ma­ły mo­del okrę­tu ko­smicz­ne­go.

- Ta­to, czy to "Atlan­ty­da"?

- Tak, Da­niel­ku, to "Atlan­ty­da". Ma­ło kto ma ta­ki mo­del.

Po­sta­wi­łem ma­łe­go czło­wiecz­ka na traw­nik, a on po­biegł z no­wą za­baw­ką, szy­bu­jąc nią w ot­chła­niach je­go wła­sne­go we­wnętrz­ne­go ko­smo­su.

- Na­ta­sza, co w pra­cy? Czy coś wiesz o tej no­wej mi­sji?

- Ści­śle taj­ne - szep­nę­ła, choć by­li­śmy sa­mi. - Cho­dzi o Kar­ki. Na­sze sa­te­li­ty za­mil­kły. Ca­ły sys­tem ob­ser­wa­cyj­ny - wy­łą­czo­ny.

- Do­my­ślam się po two­im za­cho­wa­niu i spo­tka­niu z puł­kow­ni­kiem. Wspo­mnia­łem o tym, jak dzwo­ni­łem do cie­bie.

- Na ra­zie wła­dze nie chcą wpro­wa­dzać in­for­ma­cji do me­diów, aby nie wy­wo­łać ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji spo­łecz­nej. Cho­dzi o układ pla­ne­tar­ny Kar­ków.

- Co te wi­je kom­bi­nu­ją? - Tak ich po­tocz­nie na­zy­wa­li­śmy, po­nie­waż wy­glą­dem bar­dzo przy­po­mi­na­li ziem­skie wi­je, choć mie­rzy­li pra­wie dwa me­try dłu­go­ści lub wy­so­ko­ści, w za­leż­no­ści od te­go, jak się po­ru­sza­li.

- One sa­me nic, prze­cież wiesz, że to po­ko­jo­wo uspo­so­bio­ny ga­tu­nek. Mam na my­śli sy­gna­ły z na­szych sond na or­bi­cie świa­ta Kar­ków.

- O ile nikt im łbów nie za­in­fe­ku­je. Nie chciał­bym po­now­nie do te­go wra­cać. Więc co z ty­mi son­da­mi?

- Nada­wa­ły po­wta­rza­ją­ce się sy­gna­ły po­zy­ska­ne z sen­so­rów da­le­kie­go za­się­gu o zbli­ża­ją­cych się obiek­tach. Wszyst­kie. Z róż­nych po­zy­cji. Po­tem na­gle, w tym sa­mym mo­men­cie, sy­gnał z wszyst­kich się urwał. Jak­by ktoś zga­sił świa­tło.

- Pró­bo­wa­no na­wią­zać po­łą­cze­nie? - za­da­łem na­iw­ne py­ta­nie, aby prze­dłu­żyć chwi­lę za­sta­no­wie­nia.

- Jak­by ich ni­g­dy tam nie by­ło. - Na­ta­sza roz­war­ła ra­mio­na i po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą.

- Sza­ra­ki?! - Nie, to nie­moż­li­we. Coś by­śmy wie­dzie­li.

Przez myśl prze­le­cia­ły mi wy­da­rze­nia sprzed pię­ciu lat, gdy ga­tu­nek ko­smicz­nych sza­rych stwo­rzeń prze­pro­wa­dził na Zie­mi in­wa­zję z wy­ko­rzy­sta­niem za­in­fe­ko­wa­nych do bez­względ­ne­go po­słu­szeń­stwa Kar­ków ja­ko ar­mię do ata­ku lą­do­we­go.

Na­ta­sza po urlo­pie wy­cho­waw­czym wró­ci­ła do pra­cy w wy­wia­dzie, Da­niel zaś, za­miast w przed­szko­lu, spę­dzał czas u mo­ich ro­dzi­ców miesz­ka­ją­cych nie­opo­dal.

Te trzy dni prze­le­cia­ły jak z bi­cza trza­snął, ale da­ły mi chwi­lę we­wnętrz­ne­go po­ukła­da­nia emo­cji i przy­go­to­wa­nia się do przy­szłych wy­zwań. Nie wie­dzia­łem, ja­kie bę­dą cze­kać mnie za­da­nia, ale prze­czu­cia wio­dły mnie w da­le­ką po­dróż. Na chwi­lę od­wie­dzi­łem ro­dzi­ców. Mat­ka, jak to mat­ka, chcia­ła się do­wie­dzieć wszyst­kie­go, ale jak zwy­kle wy­krę­ca­łem się od od­po­wie­dzi, mó­wiąc, że nie wiem, ale gdy­bym wie­dział, to...

- I tak byś mi nie po­wie­dział - do­po­wia­da­ła mat­ka.

Z oj­cem by­ło ła­twiej. Nie­raz ro­zu­mie­li­śmy się bez sło­wa. Wy­star­czy­ło od­po­wied­nie spoj­rze­nie lub gry­mas na twa­rzy. Do­sko­na­ły stra­teg, ana­li­tyk i ar­chi­tekt. Ni­g­dy nie był w woj­sku, a ca­łe ży­cie spę­dził w pra­cy dla po­trzeb mi­li­tar­nych. Od kil­ku lat prze­by­wa­li na eme­ry­tu­rze, cie­szy­li się z wnu­ka i z za­ło­żo­nej ro­dzi­ny przez swe­go je­dy­ne­go sy­na. Po­da­ro­wał mu, a ra­czej prze­ka­zał, pa­miąt­kę ro­dzin­ną - swój ze­ga­rek, któ­ry otrzy­mał od swo­je­go oj­ca, mó­wiąc:

- Już czas, abyś te­raz ty go no­sił. To cen­ny ze­ga­rek, ak­ty­wu­je się przez ruch nad­garst­ka. Nie ma w nim żad­nej elek­tro­ni­ki, tyl­ko do­sko­na­ły me­cha­nizm.

Po­gna­łem au­tem na mak­sy­mal­nej ener­gii, do­stęp­nej na po­trze­by wo­zów służ­bo­wych Sił Ko­smicz­nych. Już od daw­na sa­mo­cho­dy mia­ły roz­wią­za­nia tech­nicz­ne gra­wi­ta­cyj­ne, któ­re uno­si­ły po­jazd przy prze­kro­cze­niu stu osiem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, a ten gład­ko szy­bo­wał nad jezd­nią. Za­mkną­łem oczy i wsłu­chi­wa­łem się w ci­chy szum po­wie­trza omy­wa­ją­cy ae­ro­dy­na­micz­ną syl­wet­kę po­jaz­du. Na­tu­ral­nie, wcze­śniej włą­czy­łem tryb au­to­no­micz­ny i wy­sła­łem kod bez­pie­czeń­stwa do dro­gów­ki, aby nie za­wra­ca­li mi gło­wy. Prze­je­cha­łem, a wła­ści­wie prze­le­cia­łem, w pół go­dzi­ny dwie­ście ki­lo­me­trów i gdy zjeż­dża­łem z tra­sy szyb­kie­go ru­chu w stro­nę ba­zy, mój neu­ro­link za uchem za­drgał. To by­ła Ela

- To two­ja ro­bo­ta? - Bez ogró­dek roz­po­czę­ła roz­mo­wę.

- A, cześć Ela. Yyy... No wiesz, moż­na tak po­wie­dzieć. Masz na my­śli przy­dział, praw­da?

- A co ni­by in­ne­go? Nie od­zy­wasz się po­nad rok i tu na­gle - bach! Nie­spo­dzian­ka?! Cze­mu nie ra­czy­łeś na­wet za­dzwo­nić?

- Wy­bacz, Elu, pro­ce­du­ry, kwe­stie po­uf­no­ści.

- Bla, bla, bla, opo­wia­daj to ko­mu in­ne­mu. Mie­siąc te­mu roz­ma­wia­łam z Na­ta­szą, ona też nie pu­ści­ła pa­ry z ust.

- Mie­siąc te­mu? Nikt nic jesz­cze nie wie­dział - pró­bo­wa­łem się wy­tłu­ma­czyć.

- Co ty so­bie my­ślisz?! Mo­że mia­łam ja­kieś swo­je pla­ny na naj­bliż­szą przy­szłość, a ty mi ta­ki nu­mer wy­krę­casz.

- Słu­chaj, to nie tak, jak my­ślisz. Otrzy­ma­łem za­da­nie przy­go­to­wa­nia przy­dzia­łów, prze­ana­li­zo­wa­łem do­kład­nie da­ne każ­de­go z kan­dy­da­tów, w tym two­je. Do­pie­ro co pod­pi­sa­łaś kon­trakt z woj­skiem na ko­lej­ne trzy la­ta. Stan ro­dzin­ny bez zmian. W punk­cie osiem­na­stym kwe­stio­na­riu­sza za­zna­czy­łaś go­to­wość do wy­ko­ny­wa­nia mi­sji ko­smicz­nych, w tym bo­jo­wych. Więc o co ci cho­dzi?

- O co cho­dzi? Chy­ba so­bie kpisz! Po ty­lu la­tach po­wi­nie­neś do mnie naj­pierw za­dzwo­nić, a póź­niej po­dej­mo­wać ja­kieś kro­ki.

- Na­praw­dę nie mo­głem. Czy to by coś zmie­ni­ło?

- Moż­li­we, te­raz masz u mnie dług. Du­ży dług.

- To cze­mu pod­pi­sa­łaś klau­zu­lę osiem­na­stą?

- Cze­mu? Cze­mu? - Trzy ra­zy wię­cej pła­cą. My­śla­łam, że cza­sy eks­tre­mal­nych przy­gód ma­my już za so­bą. - El­ka pró­bo­wa­ła się nie­co wy­tłu­ma­czyć. - Co z resz­tą na­szej sta­rej pacz­ki?

- Ich rów­nież za­re­ko­men­do­wa­łem. Tak, do­kład­nie ca­łą na­szą sta­rą ka­drę z "Atlan­ty­dy". Wszyst­kich, któ­rzy ma­ją ak­tyw­ny kon­trakt. Bez cie­bie, głów­ne­go pi­lo­ta okrę­tu, nie wy­obra­żam so­bie lep­szej ob­sa­dy.

- No, my­ślę. Koń­czę, mu­szę się spa­ko­wać i ru­szać do ba­zy. Wi­dzi­my się nie­ba­wem.

El­ka roz­łą­czy­ła się, a ja od­czu­łem, że chy­ba po­lep­szył się jej na­strój. Czy by­ła za­do­wo­lo­na z przy­dzia­łu, czy też od­wrot­nie? Trud­no do­ciec i zro­zu­mieć ko­bie­tę.

Ba­za z wiel­ko­ści ma­łe­go mia­stecz­ka roz­bu­do­wa­ła się kil­ku­krot­nie. Ob­szar po­dzie­lo­no na stre­fy, gdzie po­wstał mię­dzy in­ny­mi du­ży port dla wa­ha­dłow­ców i stat­ków tech­nicz­nych. Na­dal głów­ne plat­for­my re­mon­to­we, za­ła­dun­ko­we i cu­mow­ni­cze znaj­do­wa­ły się na or­bi­cie oko­ło­ziem­skiej, z po­śpie­chem od­bu­do­wa­ne po ostat­nich znisz­cze­niach.

Wje­cha­łem tu­ne­lem pod zie­mię, gdzie dro­ga roz­wi­dla­ła się na kil­ka­na­ście sta­no­wisk. Au­to ste­ro­wa­ne przez sztucz­ną in­te­li­gen­cję omi­nę­ło pierw­sze sta­no­wi­ska i je­cha­ło jesz­cze do­bre kil­ka mi­nut pod zie­mią, za­nim sta­nę­ło na wy­zna­czo­nym sta­no­wi­sku. Wy­sia­dłem, za­bra­łem swój ba­gaż i tyl­ko, jak drzwi za­mknę­ły się au­to­ma­tycz­nie, au­to ru­szy­ło da­lej. Do­kąd? Za­pew­ne wró­ci do aka­de­mii. W koń­cu to ich po­jazd służ­bo­wy.

Mój ko­mu­ni­ka­tor za uchem na­tych­miast po­łą­czył mnie z in­ter­fej­sem ba­zy. Mi­ły głos pa­nien­ki po­kie­ro­wał mnie bez­po­śred­nio do przy­dzie­lo­nej kwa­te­ry. Drzwi otwo­rzy­ły się au­to­ma­tycz­nie, jak tyl­ko zbli­ży­łem się do nich. Kwa­te­ra przy­po­mi­na­ła fu­tu­ry­stycz­ną kap­su­łę: wszyst­ko scho­wa­ne w pa­ne­lach, ste­ro­wa­ne gło­sem. Czte­ry me­try kwa­dra­to­we, któ­re mia­ły być mo­im do­mem nie wia­do­mo na jak dłu­go?

- Ma­jo­rze Tom Pirs, o go­dzi­nie dwu­dzie­stej od­pra­wa ofi­cer­ska. Pro­po­nu­ję sko­rzy­stać z od­po­czyn­ku lub udać się na po­si­łek. Jest też moż­li­wość za­mó­wie­nia je­dze­nie do po­ko­ju. Czas do od­pra­wy: dwie go­dzi­ny i je­de­na­ście mi­nut. Czy mo­gę w czymś po­móc? - mi­ły głos sztucz­nej in­te­li­gen­cji roz­bu­dził mój ape­tyt na prze­ką­skę.

Chcia­łem jed­nak jesz­cze nie­co po­pra­co­wać, aby przy­go­to­wać się do od­pra­wy. Za­mó­wi­łem gril­lo­wa­ne kre­wet­ki. Ro­bot przy­je­chał w cią­gu kwa­dran­sa z po­sił­kiem. Ty­gry­sie kre­wet­ki by­ły wy­śmie­ni­te - mo­że to kwe­stia przy­rzą­dze­nia, a mo­że od­po­wied­nie­go so­su.

Do­tar­łem spóź­nio­ny o mi­nu­tę na miej­sce od­pra­wy. Ty­po­wy po­kój tak­tycz­ny z du­żą licz­bą ekra­nów, na któ­rych wy­świe­tla­no róż­ne­go ro­dza­ju in­for­ma­cje. Kil­ka­na­ście osób, w tym puł­kow­nik Da­wid Mon.

- Wi­dzę, że mo­że­my za­czy­nać - stwier­dził, spo­glą­da­jąc na mnie z mi­ną za­bi­ja­ki.

Ro­zej­rza­łem się po zgro­ma­dzo­nych. Kil­ka osób zna­łem z po­przed­niej ob­sa­dy "Atlan­ty­dy", z do­wódz­twa, z aka­de­mii. Po­ło­wy jed­nak nie mia­łem przy­jem­no­ści wcze­śniej wi­dzieć.

- Pa­nie i pa­no­wie, przed­sta­wię po­krót­ce cel mi­sji dla gru­py bo­jo­wej, w skład któ­rej bę­dzie­cie wcho­dzić ja­ko do­wódz­two trzech okrę­tów pod mo­ją ko­men­dą. Głów­ne za­da­nie to udać się do ukła­du pla­ne­tar­ne­go Kar­ków, prze­pro­wa­dzić roz­po­zna­nie, pod­jąć dzia­ła­nia od­stra­sza­ją­ce i ewen­tu­al­nie obron­ne.

We­dług po­zy­ska­nych da­nych sa­te­li­tar­nych z Ukła­du Kar­ków, w ob­sza­rze ukła­du po­ja­wi­ły się nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne obiek­ty wy­ka­zu­ją­ce sy­gna­tu­ry ciepl­ne i pro­mie­nio­wa­nia. Wy­wiad do­no­si, że z ca­łą pew­no­ścią nie są to obiek­ty po­cho­dze­nia na­tu­ral­ne­go.

Jak wia­do­mo, Zie­mia we współ­pra­cy z na­szy­mi so­jusz­ni­ka­mi z Lu­cji ob­ję­ła pa­tro­nat nad Ukła­dem Kar­ków. Po wy­zwo­le­niu tam­tej­szych miesz­kań­ców spod wpły­wu Sza­ra­ków, ma­my obo­wią­zek spraw­dze­nia za­mia­rów ob­cych przy­by­szów. Nie bę­dę ukry­wał, że spo­dzie­wa­my się wro­gie­go na­sta­wie­nia.

Na­sze sa­te­li­ty prze­sta­ły nada­wać, co ozna­cza, że zo­sta­ły znisz­czo­ne lub prze­ję­te przez wro­gie jed­nost­ki. Czy są py­ta­nia na tym eta­pie?

- Na pla­ne­cie Kar­ków mie­li­śmy swo­je­go przed­sta­wi­cie­la. Czy ma­my in­for­ma­cję na te­mat ewen­tu­al­nej in­wa­zji? - za­dał py­ta­nie je­den z uczest­ni­ków spo­tka­nia.

Puł­kow­nik mó­wił o pa­tro­na­cie i o obo­wiąz­kach. Ja po­my­śla­łem o czło­wie­ku, któ­re­go tam po­zo­sta­wi­li­śmy pięć lat te­mu. Oy­ama - nasz kon­sul czy też at­ta­ché. Wła­śnie o nie­go py­ta­no.

- Wraz ze znisz­cze­niem sa­te­li­tów kon­takt z na­szym je­dy­nym przed­sta­wi­cie­lem się urwał. Ostat­nie in­for­ma­cje nie wska­zy­wa­ły na ja­kie­kol­wiek za­nie­po­ko­je­nie. Obiek­ty by­ły zbyt da­le­ko, aby moż­na by­ło je za­uwa­żyć z po­wierzch­ni pla­ne­ty. Lu­cja­nie prze­ka­za­li nam szcze­gó­ło­we da­ne ob­ser­wa­cyj­ne z ich te­le­sko­pów sen­so­rycz­nych. Ma­my do czy­nie­nia z dwo­ma ob­cy­mi obiek­ta­mi, więc to za ma­ło, aby do­ko­nać in­wa­zji lą­do­wej. Chy­ba że sto­su­ją in­ną me­to­dę pod­po­rząd­ko­wa­nia so­bie Kar­ków, tak jak to mia­ło miej­sce pod­czas pa­no­wa­nia tam ra­sy Sza­ra­ków.

- Czy moż­li­we jest, aby Sza­ra­ki po­wró­ci­ły? - tym ra­zem py­ta­nie za­da­ła ja­kaś ko­bie­ta.

- Nie, ra­czej ma­ło praw­do­po­dob­ne. Po roz­gro­mie­niu ich flo­ty i uni­ce­stwie­niu ca­łe­go ich ma­cie­rzy­ste­go ukła­du pla­ne­tar­ne­go, nie ma­ją moż­li­wo­ści tech­nicz­nych ani lo­ka­li­za­cyj­nych, aby od­bu­do­wać flo­tę, a na­wet cy­wi­li­za­cję. Na­sze sys­te­my śle­dzą­ce na­dal wska­zu­ją, że nie­do­bit­ki od­da­la­ją się i kie­ru­ją w stro­nę by­łe­go ukła­du lub w nie­wy­ty­czo­nym kie­run­ku.

- Chy­ba że ma­ją star­sze­go bra­ta, a plu­skwy, któ­re wy­sła­li­śmy za ni­mi, zo­sta­ły od­kry­te i ba­wią się z na­mi w kot­ka i mysz­kę. - Zna­jo­my ci­chy głos wy­szep­tał mi przy uchu swo­je spo­strze­że­nia. To był Pe­ter, mój do­bry zna­jo­my, a za­ra­zem przy­ja­ciel.

- Chciał pan coś do­po­wie­dzieć? - Puł­kow­nik wy­ła­pał z gro­mad­ki Pe­te­ra.

Fa­cet ma słuch jak nie­to­perz, po­my­śla­łem i przy­po­mnia­łem so­bie, że znam ta­ką jed­ną oso­bę, któ­ra sły­szy wszel­kie dźwię­ki na­wet na kil­ka­dzie­siąt me­trów od sie­bie.

- Tak, chciał­bym za­py­tać, jak du­żą gru­pą bo­jo­wą uda­my się na spo­tka­nie z po­ten­cjal­nym za­gro­że­niem? - Pe­ter szyb­ko zmie­nił ton wy­po­wie­dzi z alu­zji na kon­kre­ty.

- W ra­mach od­bu­do­wa­nej flo­ty wy­ru­szą fre­ga­ta "Afry­ka", pan­cer­nik "Azja" oraz nisz­czy­ciel "Atlan­ty­da". Jak pań­stwo wie­cie, po­zo­sta­ła część flo­ty, czy­li kor­we­ta "An­tark­ty­da", krą­żow­nik "Eu­ro­pa", dwa lot­ni­skow­ce "N-Ame­ry­ka" i "S-Ame­ry­ka" po­zo­sta­ną na or­bi­cie oko­ło­ziem­skiej. Ma­my jesz­cze du­że bra­ki per­so­nal­ne do ob­sa­dze­nia jed­no­stek. Nie­mniej mo­gę oznaj­mić, że flo­ta po­więk­szy­ła się jesz­cze o dwie jed­nost­ki da­le­kie­go za­się­gu: de­san­to­wiec "Au­stra­lia" i ko­lej­ną jed­nost­kę ty­pu kor­we­ta, któ­rej nada­no imię "Ark­ty­ka".

Pod­su­mo­wu­jąc, od­bu­do­wa­li­śmy si­łę ude­rze­nio­wą. Na pa­pie­rze wy­glą­da im­po­nu­ją­co. W prak­ty­ce - wzru­szył ra­mio­na­mi. Prak­ty­kę za­cznie­my za kil­ka dni.

- Pa­nie puł­kow­ni­ku, dla­cze­go ar­mia zde­cy­do­wa­ła się na pro­duk­cję de­san­tow­ca? Wy­da­je się, że in­we­sto­wa­nie w okrę­ty i plat­for­my obron­ne by­ło­by wła­ściw­szym kie­run­kiem roz­wo­ju flo­ty - za­da­ła py­ta­nie Be­ata Olesz­kie­wicz.

- A, pa­ni pro­fe­sor. - Mon na chwi­lę za­wie­sił głos. - Nie bę­dę ko­men­to­wał de­cy­zji wyż­sze­go do­wódz­twa i Naj­wyż­szej Ra­dy, ale pra­gnę przy­po­mnieć, że Układ Kar­ków jest pod na­szą opie­ką tak pod wzglę­dem mi­li­tar­nym, jak i w ra­mach współ­pra­cy go­spo­dar­czej.

- Czyż­by­śmy zmie­rza­li do oku­pa­cji pla­ne­ty w ra­zie ja­kiś pro­ble­mów z Kar­ka­mi? - do­cie­ka­ła pro­fe­sor.

- Sza­now­na pa­ni, mu­si­my być przy­go­to­wa­ni, aby w ra­zie po­trze­by obro­ny in­te­re­sów Zie­mi i wol­no­ści Kar­ków móc wy­słać kor­pus eks­pe­dy­cyj­ny. Po­nad­to de­san­to­wiec "Au­stra­lia" jest naj­więk­szą w to­na­żu jed­nost­ką ko­smicz­ną, ja­ką do­tych­czas uda­ło się zbu­do­wać. Bę­dzie słu­żyć rów­nież ja­ko trans­por­to­wiec za­opa­trze­nio­wy dla ce­lów cy­wil­nych, do­pó­ki do­pó­ty prio­ry­te­ty nie prze­sta­wią się na pro­duk­cję więk­szej licz­by stat­ków cy­wil­nych.

- Trans­por­tow­ce mu­szą mieć eskor­tę. Czy no­wa kor­we­ta "Ark­ty­ka" ma sta­no­wić ta­ką funk­cję? - pa­dło py­ta­nie od jed­ne­go z ofi­ce­rów.

- Bar­dzo do­bre py­ta­nie - od­po­wie­dział puł­kow­nik Mon. - Otóż z uwa­gi na du­ży to­naż, by­ła moż­li­wość za­in­sta­lo­wa­nia no­wo­cze­snych, naj­po­kaź­niej­szych, ja­kie uda­ło się wy­pro­du­ko­wać, dział ar­ty­le­rii so­nicz­nej. Po­ci­ski jak me­te­ory­ty z pręd­ko­ścią sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na se­kun­dę bę­dą sta­no­wić trzon wy­po­sa­że­nia.

- To broń ofen­syw­na krót­kie­go za­się­gu jak na wa­run­ki ko­smicz­ne. Więc do­wódz­two bie­rze jed­nak pod uwa­gę ewen­tu­al­ny de­sant na in­nej pla­ne­cie. Ta­ka broń do­sko­na­le spraw­dza się do bom­bar­do­wa­nia po­wierzch­ni, a nie do obro­ny na dłuż­szy dy­stans.

Spoj­rza­łem w stro­nę mó­wią­ce­go. To Ed­mund, nasz naj­lep­szy spec od uzbro­je­nia, sko­men­to­wał wy­po­wiedź puł­kow­ni­ka.

- Nie da się ukryć, że na­uczy­li­śmy się na wła­snym przy­kła­dzie. Pod­czas in­wa­zji Sza­ra­ków wła­śnie ta­kiej bro­ni uży­to do znisz­cze­nia na­szej ziem­skiej in­fra­struk­tu­ry woj­sko­wej i cy­wil­nej. Cóż, mo­gę jesz­cze po­wie­dzieć, że do­wódz­two pod­ję­ło de­cy­zje w opar­ciu o do­kład­ną ana­li­zę po­trzeb. - Mon wzru­szył ra­mio­na­mi i dał znać rę­ką, aby na chwi­lę wstrzy­mać się od py­tań.

- Nie mu­szę pań­stwu przy­po­mi­nać, że stra­ty, ja­kie po­nie­śli­śmy, by­ły ogrom­ne. Uda­ło się od­bu­do­wać flo­tę na pod­sta­wie za­cho­wa­nych pro­jek­tów, ale pięć lat to sta­now­czo za ma­ło, aby wy­szko­lić ka­drę mo­gą­cą pod­jąć trud wy­szko­le­nia ko­lej­nych za­stę­pów lu­dzi do ob­sa­dze­nia jed­no­stek ko­smicz­nych. Dla­te­go na­sza mi­sja bo­jo­wa mu­si być sta­now­cza i od­stra­sza­ją­ca wo­bec po­ten­cjal­nych wro­gów. Mu­si­my zro­bić wra­że­nie, że sta­no­wi­my za­lą­żek zde­cy­do­wa­nie więk­szych sił i po­dej­mo­wa­nie prób agre­sji ze stro­ny prze­ciw­ni­ka mo­że pro­wa­dzić do po­waż­nych kon­se­kwen­cji.

- Te­raz przed­sta­wię do­wód­ców. - Mon prze­su­nął pal­cem po ekra­nie, a na wy­świe­tla­czu po­ja­wi­ły się syl­wet­ki okrę­tów.

- Nisz­czy­ciel "Atlan­ty­da" - spoj­rzał na mnie. - Ka­pi­tan-ma­jor Tom Pirs.

Prze­su­nął ob­raz.

- Fre­ga­tą "Afry­ka" do­wo­dzi puł­kow­nik ka­pi­tan Rob Ton­ga. I wresz­cie Pan­cer­nik "Azja" - zro­bił pau­zę, pa­trząc po ze­bra­nych - po­zo­sta­je pod mo­im do­wódz­twem.

Na­ra­da trwa­ła jesz­cze kil­ka mi­nut, pod­czas któ­rych pa­dło kil­ka py­tań mniej lub bar­dziej istot­nych. Na­le­ży pa­mię­tać, że nie­za­leż­nie od stop­nia, do­wód­ca okrę­tu ko­smicz­ne­go za­wsze miał po­dwój­ny sto­pień - ten po­sia­da­ny oraz ka­pi­ta­na, jak przy­sta­ło na po­wszech­ną tra­dy­cję w ma­ry­nar­ce.

Po od­pra­wie za­cze­pi­łem Pe­te­ra.

- Cze­mu nie przy­ją­łeś no­mi­na­cji na pierw­sze­go ofi­ce­ra na krą­żow­ni­ku "Eu­ro­pa"? To nie­zły awans i ka­wał okrę­tu? - za­py­ta­łem ze zdzi­wio­ną mi­ną.

- Z kil­ku po­wo­dów - od­parł Pe­ter. - Po pierw­sze, An­na by mi gło­wę urwa­ła. Po dru­gie, wo­lę zna­ne­go, wred­ne­go ka­pi­ta­na niż ob­ce­go wred­ne­go ka­pi­ta­na. - Za­śmiał się lek­ko.

- Do­bra, do­bra, jak­bym cię nie znał. I wo­lę nie py­tać, jak to za­ła­twi­łeś, aby mieć przy­dział wraz z żo­ną na "Atlan­ty­dzie". Tym bar­dziej, że ma­cie czte­ro­let­nie dziec­ko.

- Dziad­ko­wie zaj­mą się cór­ką pod­czas na­szej nie­obec­no­ści. Sam wiesz, jak jest. Ro­dzi­ce, stra­ci­li wszyst­ko pod­czas in­wa­zji Sza­ra­ków i cu­dem oca­le­li. To, co za­ro­bi­li­śmy, ja­koś wy­star­czy­ło na od­bu­do­wa­nie do­mów. Te­raz trze­ba my­śleć do przo­du.

- No pro­szę, jak mał­żeń­stwo zmie­ni­ło two­je bez­tro­skie po­dej­ście do ży­cia. War­to ry­zy­ko­wać?

- Trze­ba, Tom, dla na­szych dzie­ci, dla ludz­ko­ści, a zresz­tą co nam gro­zi z ta­kim szczę­ścia­rzem jak ty? - Pe­ter klep­nął mnie w ra­mię, aż się nie­co za­chwia­łem.

- Au! Uwa­żaj, bi­jesz ma­jo­ra - wska­za­łem na dys­tynk­cję. - Swo­ją dro­gą, cie­szę się, że zo­sta­jesz na "Atlan­ty­dzie". Prak­tycz­nie masz ta­kie sa­mo do­świad­cze­nie jak ja.

- Jak wró­ci­my, to też się zgło­szę do aka­de­mii na dru­gi sto­pień ofi­cer­ski. Mo­że kie­dyś otrzy­mam wła­sny okręt. Choć do­wo­dze­nie to nie dla mnie. - Mach­nął z re­zy­gna­cją rę­ka­mi, jak­by chciał strzą­snąć kurz z rę­ka­wów.

- Bę­dziesz do­brym do­wód­cą, jak też adep­tem i wy­kła­dow­cą na aka­de­mii. Z two­im do­świad­cze­niem wy­szko­lisz ca­łe rze­sze kadr. No i ro­bo­ta na miej­scu.

- No, no, mo­że to do­bry po­mysł. Wy­kła­dać na aka­de­mii - Pe­ter spo­glą­dał w dal, tak jak­by wy­obra­żał so­bie przy­szłe za­ję­cie.

Kil­ka dni póź­niej le­cie­li­śmy pro­ma­mi na plat­for­mę, przy któ­rej sta­cjo­no­wa­ła "Atlan­ty­da". Spoj­rza­łem na lśnią­cą syl­wet­kę z pod­świe­tlo­ną na­zwą na bur­cie okrę­tu. Za­sty­gły w próż­ni ko­smo­su okręt wy­glą­dał im­po­nu­ją­co. Wy­gła­dzo­ne jesz­cze nie­daw­no szcze­li­ny, uzu­peł­nio­ne frag­men­ty osłon - nic nie wska­zy­wa­ło, że okręt brał już udział w wal­kach. Ni­czym spod igły fa­brycz­nej cze­kał na sta­łą ob­sa­dę bo­jo­wą.

- Ka­pi­tan na po­kła­dzie! - usły­sza­łem ko­men­dę i jak na za­wo­ła­nie wszy­scy na most­ku sta­li wy­prę­że­ni jak stru­ny.

- Spo­cznij. Pro­szę przy­go­to­wać okręt do ze­spo­le­nia - roz­ka­za­łem. - Pierw­szy, pro­szę spraw­dzić go­to­wość po­szcze­gól­nych sek­cji.

- Sek­cje mel­du­ją peł­ną go­to­wość, po­twier­dzam stan go­to­wo­ści do ze­spo­le­nia - od­po­wie­dział Pe­ter.

- Łącz­ność, po­proś do­wódz­two plat­for­my o zgo­dę na ze­spo­le­nie i odej­ście od plat­for­my.

- Ma­my zgo­dę - za­mel­do­wa­ła An­na, ofi­cer łącz­no­ści.

- Ster­nik, wy­ko­nać ma­newr ze­spo­le­nia.

- Tak jest, wy­ko­nu­ję ma­newr po­łą­cze­nia z kor­pu­sem - od­po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta.

Ba­za okrę­tu czę­ścio­wo we­szła w głąb kor­pu­su, któ­ry był dla niej ca­łym za­ple­czem ochron­nym po­sia­da­ją­cym ar­se­nał zbroj­ny, ma­ga­zy­ny, kwa­te­ry i za­ple­cze me­dycz­ne oraz so­cjal­ne. Ba­za za to dys­po­no­wa­ła głów­nym na­pę­dem okrę­tu.

- Prze­pro­wa­dzić test sztucz­nej in­te­li­gen­cji.

- Test prze­pro­wa­dzo­ny. SI od­po­wie­dzial­nej za pod­trzy­my­wa­nie ży­cia i funk­cje so­cjal­ne: spraw­ność sto pro­cent. Nada­na na­zwa: "We­nus". Test prze­pro­wa­dzo­ny SI mi­li­tar­nej: spraw­ność sto pro­cent. Nada­na na­zwa: "Zeus" - mel­do­wał Ed­mund.

No, oprócz sta­rej ka­dry jest jesz­cze kil­ka no­wych twa­rzy. Trze­ba bę­zie się prze­ko­nać, na ile moż­na na nich po­le­gać w cza­sie mi­sji - po­my­śla­łem.

Sły­chać by­ło za­ci­ska­nie klamr i uszczel­nia­nie okrę­tu po pro­ce­du­rze po­łą­cze­nia.

- Te­raz prze­cho­dzi­my na mo­stek głów­ny w kor­pu­sie, pro­szę, aby młod­si ofi­ce­ro­wie za­ję­li miej­sca. To jed­no z wa­szych ostat­nich szko­leń, więc przy­glą­daj­cie się uważ­nie - wska­za­łem pal­cem wska­zu­ją­cym ogól­nie za­rys kok­pi­tów na most­ku dol­nym w ba­zie i po­sze­dłem na mo­stek głów­ny.

W mię­dzy­cza­sie ofi­ce­ro­wie prze­ka­zy­wa­li ostat­nie in­struk­cje swo­im młod­szym na­stęp­com. Na­prze­ciw mnie wy­szedł mój do­bry zna­jo­my.

- Jak się masz, ko­cha­nie?! O, prze­pra­szam ka­pi­ta­na-ma­jo­ra - Dan za­miast wy­prę­żyć się jak stru­na, uści­skał mnie, a ja rów­nież ser­decz­nie od­po­wie­dzia­łem uści­skiem.

- Ser­wus, sta­ry kum­plu, jak do­brze cię wi­dzieć. Dłu­go je­steś na "Atlan­ty­dzie"?

- Prak­tycz­nie ca­ły czas. Dwa ty­go­dnie tu, dwa ty­go­dnie w do­mu. Ale ostat­nio to non stop. Spo­ro zmian nam szy­ku­ją i trze­ba by­ło do­sto­so­wać okręt, a to już mo­ja dział­ka tech­nicz­na. Strasz­nie się na­ro­bi­łem, a rę­ce mam w sma­rach po łok­cie.

- Ja­koś nie wi­dzę? - spoj­rza­łem na nie­na­gan­nie do­pa­so­wa­ny i czy­sty mun­dur Da­na. - Więc co tak na­praw­dę sły­chać u naj­więk­sze­go nie­ro­ba we flo­cie? Wi­dzia­łem, że dziób okrę­tu ma ja­kąś zmia­nę kon­struk­cyj­ną.

- Tak, wła­śnie nad tym naj­bar­dziej pra­co­wa­li­śmy. Coś ma­ją nam za­in­sta­lo­wać na Lu­cji. Ja­kąś no­wa­tor­ską, eks­pe­ry­men­tal­ną no­win­kę.

- Zno­wu?! - Zro­bi­li so­bie kró­li­ka do­świad­czal­ne­go z "Atlan­ty­dy". Mo­że zmie­ni­my na­zwę na... a, mniej­sza z tym. Ty na­tu­ral­nie nic nie wiesz? Ale, ale, to zna­czy, że nie le­ci­my na mi­sję bo­jo­wą, tyl­ko do Lu­cjan?

- Nic ofi­cjal­ne­go nie wiem, ale Bar­ba­ra, wiesz, ta pro­fe­sor­ka, coś na­po­mknę­ła, że spra­wa do­ty­czy jesz­cze now­sze­go na­pę­du. A, two­je źró­dło mil­czy?

- Na­ta­sza coś mi na­po­mknę­ła, ale wiesz, jak to jest w wy­wia­dzie. Na­wet żo­na nie mo­że wy­cho­dzić przed or­kie­strę. Coś ci póź­niej po­wiem, ale to top se­kret - ści­szy­łem głos, bo wła­śnie wcho­dzi­li­śmy na mo­stek głów­ny, a za na­mi już po­dą­ża­ła eki­pa z most­ka dol­ne­go.

Po kil­ku mi­nu­tach by­li­śmy go­to­wi na sta­no­wi­skach. Dan po­szedł do ma­szy­now­ni, pró­bu­jąc roz­gryźć, co mo­głem mieć na my­śli?

- Uwa­ga, od­bi­ja­my. Ster­nik, pięć pro­cent mo­cy. Jak to mó­wią, cu­my rzuć!

- Po­twier­dzam roz­kaz, pięć pro­cent mo­cy. - Pe­ter po­twier­dził roz­kaz, spraw­dza­jąc po raz ko­lej­ny wszyst­kie wskaź­ni­ki na swo­jej kon­so­li.

- Pięć pro­cent mo­cy - ster­nicz­ka po­cią­gnę­ła prze­pust­ni­cę i okręt de­li­kat­nie za­drżał.

El­ka spoj­rza­ła na mnie i jak nie­raz to ro­bi­ła, prze­sła­ła mi le­d­wie do­strze­gal­ne, po­ro­zu­mie­waw­cze mru­gnię­cie. Uśmiech­ną­łem się de­li­kat­nie. Ta chwi­la dla wszyst­kich za­wsze by­ła emo­cjo­nal­na.

Su­fit był wy­ście­lo­ny ekra­na­mi, na któ­rych wy­świe­tla­no ak­tu­al­ny ob­raz z ka­mer tak do­pa­so­wa­ny, jak­by­śmy mie­li szkla­ną ko­pu­łę nad gło­wa­mi, a nie kil­ku­me­tro­wy pan­cerz. Plat­for­ma po­wo­li od­da­la­ła się, prze­su­wa­jąc ob­raz błę­kit­nej pla­ne­ty. Dla mnie wi­dok Zie­mi był za­wsze fa­scy­nu­ją­cy. Żad­na z pla­net, któ­rą wi­dzia­łem - czy to Lu­cja, czy też świat Kar­ków - nie by­ły tak pięk­ne. Pa­trzy­łem na ten błę­kit­ny klej­not, my­śląc o Da­niel­ku bu­du­ją­cym zam­ki z pia­sku.

- Na­wi­ga­tor, wpro­wadź kod z roz­ka­zem kur­su.

- Kurs wpro­wa­dzo­ny, wy­świe­tlam na ekra­nie głów­nym.

- Kurs pro­wa­dzi na Lu­cję - po­wie­dział Pe­ter, za­sko­czo­ny. - A co z Kar­ka­mi?

- Naj­wy­raź­niej do­wódz­two ma dla nas do­dat­ko­we za­da­nia - od­par­łem, pa­trząc, jak "Azja" i "Afry­ka" nik­ną w ciem­no­ści. - I nie za­mie­rza wszyst­kie­go wy­ja­wiać od ra­zu.

- Tak, le­ci­my na Lu­cję. Ster­nik, zwiększ po­wo­li moc do sie­dem­dzie­się­ciu pro­cent. Na­wi­ga­tor, wy­ko­naj ob­li­cze­nia czy­ste­go kur­su. Uwa­żaj na złom ko­smicz­ny.

- Tak jest, kurs wy­li­czo­ny. SI "We­nus" po­twier­dza.

- An­no, po­łącz mnie z puł­kow­ni­kiem Da­wi­dem Mo­nem na pan­cer­ni­ku - wy­da­łem po­le­ce­nie.

- Ka­nał otwar­ty, puł­kow­nik Mon na li­nii.

Na mo­ni­to­rze zo­ba­czy­łem sku­pio­ną twarz puł­kow­ni­ka. Wy­ra­ża­ła pe­wien sto­pień zło­ści.

- Puł­kow­ni­ku Mon, mel­du­je się ka­pi­tan-ma­jor Tom Pirs z "Atlan­ty­dy". Zgod­nie z roz­ka­zem z do­wódz­twa ob­ra­li­śmy kurs na Lu­cję i...

- Tak, wiem - prze­rwał mi w pół zda­nia. - Do­wódz­two nie by­ło do koń­ca zde­cy­do­wa­ne, ale po­na­gle­nie przy­szło w ostat­niej chwi­li z Lu­cji. Moż­li­we, że cho­dzi o to, aby za­brać kil­ku Lu­cjan na mi­sję. Chcą mieć na miej­scu swo­ich ob­ser­wa­to­rów.

- Ja­kie dal­sze roz­ka­zy?

- Sko­ry­go­wać pręd­kość i do­łą­czyć do gru­py za­da­nio­wej.

Pan­cer­nik "Azja" i fre­ga­ta "Afry­ka" uda­ją się bez­po­śred­nio do ukła­du pla­ne­tar­ne­go Kar­ków. Sta­no­wi­cie za­bez­pie­cze­nie i wspar­cie. Pro­szę nie mar­no­wać cza­su na Lu­cji i jak naj­szyb­ciej do­łą­czyć do nas. - Mon roz­łą­czył się, za­nim po­twier­dzi­łem roz­kaz.

Wi­dzie­li­śmy, jak pan­cer­nik i fre­ga­ta ni­czym młod­sza sio­stra od­da­la­ły się od na­sze­go okrę­tu, a my po­mknę­li­śmy na za­przy­jaź­nio­ny z na­mi świat Lu­cjan.