Zdobyliśmy Antwerpię
Późnym wieczorem 30 sierpnia 1944 roku, na farmie stojącej na wschodnim
brzegu Sekwany kilka kilometrów na zachód od miasteczka Mainneville,
dowódca XXX Korpusu brytyjskiej 2 Armii, gen. Horrocks, wydawał rozkazy
do pościgu dowódcom swoich dwóch dywizji pancernych. Pod oknem turkotał
silnik agregatu dostarczającego prąd do żarówki, zwisającej z sufitu i oświetlającej przypiętą do ściany mapę. Od strony Mainneville
poszczekiwały z rzadka i z daleka krótkie serie broni maszynowej. Na
północnym zachodzie zachmurzone niebo raz po raz pobłyskiwało czerwonymi
łunami, a wiatr niósł bulgotanie zmasowanego ognia artylerii. To
nacierała na północ od Rouen, ciągle jeszcze na zachodnim brzegu
Sekwany, kanadyjska 1 Armia.
Żarówka kołysała się na długim kablu i po białej ścianie biegały cienie
trzech wpatrzonych w mapę generałów. Najwyższy z nich, masywny Horrocks,
zarówno z wyrazu twarzy, jak i ze sposobu bycia był podobny raczej do
dobrodusznego profesora niż do najbardziej dynamicznego generała
brytyjskiej 2 Armii. Horrocks przemawiał zawsze spokojnym i uprzejmym
tonem, nie używając nigdy - w odróżnieniu do amerykańskiego gen. Faltona
- nieprzyzwoitego żołnierskiego żargonu. Ciężko ranny w kampanii
północnoafrykańskiej i uznany przez lekarzy za całkowicie niezdolnego do
służby, na pierwszą propozycję Montgomery'ego zameldował się wprost ze
szpitalnego łóżka w Normandii i objął dowództwo XXX Korpusu.
Już od pierwszego dnia zyskał u swoich podwładnych opinię wybitnego
dowódcy i nieustraszonego żołnierza, a co za tym idzie - ich szacunek,
zaufanie i omal że nie uwielbienie.
Obydwaj obecni na odprawie generałowie słuchali więc słów dowódcy
korpusu jak wyroczni. Byli to: dowódca 11 Dywizji Pancernej,
trzydziestoośmioletni generał Roberts (noszący ze względu na niski
wzrost przydomek "Pips"), oraz istotnie bardzo gwardyjski z wyglądu
dowódca dywizji pancernej gwardii, generał Adair.
- Wasze dywizje - powiedział Horrocks po szczegółowym wskazaniu na mapie
aktualnej sytuacji własnej i nieprzyjaciela - wezmą udział w pościgu, do
którego generał Montgomery rzuca całą swoją broń pancerną, to jest pięć
dywizji i pięć samodzielnych brygad. Wojska te, wdzierając się klinami
na głębokie tyły nieprzyjaciela, mają za zadanie doprowadzić do
ostatecznego rozkładu hitlerowskich sił zbrojnych i jednocześnie
stworzyć operacyjne przesłanki do szybkiego "przeskoczenia" przez Ren i przeniesienia ofensywy w kierunku na Berlin. Zadaniem dywizji pancernej
gwardii - mówiąc to spojrzał na Adaira - jest zagon w głąb Belgii,
wyzwolenie Brukseli i wykorzystanie powodzenia przez opanowanie Louvain.
Panu, "Pips" - zwrócił się z kolei do drugiego z podwładnych - oddaję
dodatkowo pod rozkazy samodzielną ósmą brygadę pancerną. Celem zagonu
wzmocnionej w ten sposób jedenastej dywizji pancernej jest Antwerpia,
której port jest niezbędny dla szybkiego zakończenia wojny. Dlatego też
ma pan iść najkrótszą drogą, przez Amiens, i dążyć do opanowania
Antwerpii przez zaskoczenie, aby Niemcy nie zdążyli zdemolować portu tak
skutecznie, jak to zrobili z Cherbourgiem. Obydwie dywizje ruszą więc
naprzód tej nocy, a w ogóle macie jechać jak wszyscy diabli, wymijając
poważniejsze opory i nie zwracając uwagi na to, co zostawiacie za sobą i na skrzydłach. Szybkość, szybkość i tylko szybkość może zdecydować o powodzeniu!
Horrocks uzupełnił swój rozkaz informacjami o sąsiadach, o dywizjach
piechoty, które wyruszą szlakami przetartymi przez zagony pancerne,
wyznaczył linie rozgraniczenia między dywizjami i po sakramentalnym:
"czy są pytania?" pożegnał obydwu generałów równie sakramentalnym
angielskim: "good hunting" ("pomyślnych łowów").
Dywizje pancerne wykonały rozkaz generała Horrocksa możliwie
najdosłowniej i pojechały od Sekwany "jak wszyscy diabli" do tego
stopnia, że już wieczorem 3 września gwardziści tryumfalnie wkroczyli do
opuszczonej przez przeciwnika stolicy Belgii i 4 września byli w Louvain, opóźniani w marszu głównie przez rozentuzjazmowane tłumy
mieszkańców Brukseli.
Wieczorem 3 września 11 Dywizja pancerna zatrzymała się na krótki
odpoczynek w Alost, 24 kilometry na północny zachód od Brukseli. Rano 4
września czołowy pułk pancerny, po przełamaniu nieznacznego oporu na
ostatnim moście pomiędzy Malines a Antwerpią, wkroczył na jej
przedmieścia. W godzinach południowych czołgi brygad pancernych
przeciskały się już ulicami Antwerpii przez witające je tłumy, podczas
gdy brygada strzelecka z największym pośpiechem rozwijała się w skomplikowanym labiryncie nabrzeży, kanałów, doków, śluz i magazynów
drugiego co do wielkości portu w Europie, obsadzając kluczowe punkty i obiekty.
11 Dywizję pancerną dzieliła w tym momencie od Sekwany przestrzeń 400
kilometrów, przebytych w ciągu pięciu dób. Marsz ten odbywał się co
prawda wobec sporadycznych tylko i z łatwością likwidowanych oporów
nieprzyjaciela, tym niemniej wymagał nieustannej czujności
manifestowanej od czasu do czasu seriami karabinów maszynowych, strzałem
działa czołgowego, rozbrajaniem zaminowanego terenu czy... wyłuskaniem
spomiędzy samochodów własnej kolumny niemieckiego generała. Tak się
bowiem wydarzyło z generałem Eberbachem, który we dworze pod Amiens
objął przed godziną funkcję dowódcy niemieckiej 7 Armii i - usiłując
wymknąć się z potrzasku - znalazł się w swoim volkswagenie w środku
kolumny angielskiej, gdzie został rozpoznany i na pierwszym postoju
wzięty do niewoli.
O Antwerpii nie można powiedzieć tego samego co o Brukseli, jakoby
została wyzwolona bez walki. Poza krótkim bojem stoczonym przez 3 pułk
pancerny przed wejściem do miasta przyszło jeszcze rozwinąć całą 29
Brygadę Pancerną dla złamania oporu, jaki zorganizowało kilkuset
żołnierzy niemieckich w wielkim parku miejskim w północnej części
miasta. Bój o park trwał parę godzin, ponadto zaś izolowane grupy
hitlerowców broniły się jeszcze na północnych przedmieściach.
Oczyszczanie Antwerpii trwało do 6 września włącznie; tego dnia
atakujące oddziały dywizji dotarły do Kanału Alberta, oddzielającego
Antwerpię od przedmieścia Merksem. Północny brzeg kanału był przez
Niemców dość słabo obsadzony, ale Anglicy nie próbowali go forsować, bo
nie mieli takiego rozkazu. Antwerpia została zdobyta, generał Horrocks,
który przybył do miasta w ślad za dywizją, całkowicie akceptował decyzję
generała Robertsa, który postanowił: utrzymać styczność nad Kanałem
Alberta, ubezpieczyć miasto, a nade wszystko dać wypocząć swoim
przemęczonym żołnierzom.
Działanie dywizji było uwieńczone takim sukcesem, jakiego nie mógł
przewidzieć największy nawet optymista: port Antwerpii wpadł w ręce 11
Dywizji Pancernej nieuszkodzony nawet w najmniejszym stopniu, gotowy w każdej chwili do przyjęcia i rozładowania transportowców z zaopatrzeniem
bojowym i z wojskami.
Osiągnięcie to było zasługą dwóch grup ludzi. Na pierwszym miejscu
należy wymienić organizację belgijskiego Ruchu Oporu, która już od dawna
zaplanowała cały zespół bojowych i technicznych przedsięwzięć,
zmierzających do przekazania sprzymierzonym portu w stanie pełnej
sprawności. Organizacja ta swoją część zadania wypełniła bez reszty.
Pozostała część zasługi spada na... Niemców.
Oto w momencie zakończenia boju o park przed generałem Robertsem
zahamował z wielkim piskiem jeep, z którego wyskoczył rozpromieniony
porucznik 23 pułku huzarów i z pistoletem w ręku przyprowadził do
dowódcy dywizji okazałego jeńca, wygolonego, wyprasowanego, w monoklu i w pełnej krasie generalskiej purpury na kołnierzyku, na spodniach i podszewce, z Krzyżem Żelaznym pod szyją. Był to komendant garnizonu
Antwerpii, generał hrabia von Stolberg, który najpierw z godnością
zasalutował małemu, zadziornemu Robertsowi, a następnie - widać wszystko
mu się pomyliło - wystąpił z przemówieniem, w którym prawie przepraszał
za to, że nie zdołał zdemolować portu.
- Wszystko było bardzo starannie przygotowane - perorował - ale panowie
zbyt szybko tu przyjechali. Poza tym bardzo mi przeszkodzili ci zdrajcy,
Belgowie, z jakichś tam tajnych organizacji.
- Sorry - odpowiedział Roberts - ale śpieszyliśmy się właśnie po to,
żeby panu przeszkodzić w wykonaniu jego obowiązków. Proszę ponadto, aby
się pan brzydko nie wyrażał o naszych sprzymierzeńcach belgijskich. O swój los może pan być spokojny. Gwarantuję, że nie będzie się pan musiał
nigdy tłumaczyć przed Hitlerem. Zakładam się, że pański Führer nie
przeżyje końca wojny. - I do żandarma: - Odprowadzić!
Ogółem w Antwerpii wzięto około 6 tysięcy jeńców, z których większość
stanowili przesączający się przez miasto niezorganizowani uciekinierzy.
Warto wspomnieć przy tej okazji o pewnej dość zabawnej historyjce. Oto
sierżant, który przyprowadził dużą grupę hitlerowców, zapytał oficera
sztabu, gdzie jest punkt zbiórki jeńców. Trzeba trafu, że po angielsku
taki punkt nazywa się "cage", co znaczy również "klatka", zaś rozmowa
toczyła się na skraju przylegającego do parku ogrodu zoologicznego.
Wszystkie klatki były już od dawna próżne, zapytany oficer wskazał więc
odruchowo na opustoszałe ZOO i powiedział:
- Tam jest mnóstwo bardzo odpowiednich klatek.
Od tej chwili zarówno jeńców, jak też wyłapywanych dość masowo przez
patrole Ruchu Oporu kolaborantów, przetrzymywano przez parę dni w klatkach po tygrysach i wilkach pod strażą "białej brygady", czyli
żołnierzy belgijskiego Ruchu Oporu umundurowanych w białe kombinezony.
Generał Roberts był niezmiernie zadowolony, że jego dywizja tak
skutecznie wykonała postawione przed nią zadania. 6 września złożył
tryumfalny meldunek, że mocno trzyma w ręku zarówno miasto, jak i całkowicie sprawny olbrzymi port, po czym oczekiwał niecierpliwie, kiedy
u wejścia do portu zagrają syreny pierwszego wpływającego konwoju
transportowców. Jest to zupełnie niezrozumiałe, ale generał Roberts nie
zechciał nawet rzucić okiem na mapę, co pozwoliłoby mu od razu
zorientować się, że samo tylko zdobycie Antwerpii nie oznacza wcale
możliwości wykorzystania jej portu. Miasto leży bowiem w głębi lądu, a droga do portu prowadzi przez blisko stukilometrowy szlak wodny,
utworzony przez ujście Skaldy. W istniejącej wówczas sytuacji, kiedy
obydwa obrzeża tej drogi wodnej były obsadzone przez hitlerowców, nawet
pojedynczy kajak nie mógłby wpłynąć z morza do Antwerpii.
Można znaleźć dla generała Robertsa okoliczności łagodzące: obsadzenie
ujścia Skaldy nie było jego zmartwieniem z chwilą, gdy wykonał żądanie
postawione mu jeszcze nad Sekwaną i gdy dowódca korpusu zgodził się na
wypoczynek 11 Dywizji Pancernej w Antwerpii.
Znacznie większe zdumienie budzi postawa tegoż dowódcy korpusu. W tym
miejscu odwołamy się do słów samego generała Horrocksa, zapisanych z przedziwną szczerością w jego pamiętniku:
"Mam taką wymówkę, że moją uwagę pochłaniał całkowicie Ren, a wszystko
inne miało znaczenie drugorzędne. Nie przyszło mi w ogóle do głowy,
że... nie można będzie wykorzystać portu Antwerpii do momentu wypędzenia
Niemców z obydwu obrzeży Skaldy. Napoleon z pewnością by o tym pomyślał,
ale Horrocks tego nie zrobił".
Generał Horrocks nie był najwyższą instancją na omawianym tu teatrze
działań, wobec czego rolę Napoleona powinni byli odegrać w stosunku do
niego jego przełożeni.
Stwierdzić należy, że powstrzymanie działań zaczepnych pod Antwerpią z chwilą, gdy dywizja Robertsa stanęła tam na odpoczynek, równało się
przegapieniu historycznej sposobności do łatwego i "taniego" otwarcia
drogi wodnej do jej portu. Właśnie w okresie od 4 do 7 września
niemieckie siły znajdowały się w stanie najgłębszej fizycznej i moralnej
dezintegracji. Od 7 września krzywa bojowego potencjału hitlerowskiego
na Zachodzie zaczęła się ponownie wspinać ku górze.
Ujście Skaldy czy "Skok na Ren"?
Uwagę generała Horrocksa "pochłaniał całkowicie Ren, a wszystko inne
miało znaczenie drugorzędne". Podkreślmy, że z Antwerpią włącznie.
Zafascynowanie Renem było przejawem absolutnej lojalności dowódcy XXX
Korpusu wobec jego przełożonego, feldmarszałka Montgomery'ego. Pomiędzy
Montgomerym - dowódcą 21 Grupy Armii - a Horrocksem stał jeszcze dowódca
brytyjskiej 2 Armii, generał Dempsey. Montgomery umiał jednak przekonać
podległych mu dowódców do swoich planów tak dalece, że przyjmowali je za
swoje własne. Odnosiło się to przede wszystkim do generałów brytyjskiej
2 Armii, której Montgomery poświęcał niemal całość swojego
zainteresowania. Z takiego stylu dowodzenia wynikało stałe ograniczenie
swobody działania generała Dempseya, któremu feldmarszałek udzielał
niezmiernie szczegółowych wskazówek wykonawczych. Często też wkraczał w jego kompetencje. Generał Dempsey - były uczeń Montgomery'ego z Akademii
Sztabu Generalnego - znosił tę sytuację z godnością, ale i rezygnacją.
Taki układ miał również konsekwencje w stosunku do pozostałego związku
operacyjnego, wchodzącego w skład 21 Grupy Armii, to jest kanadyjskiej 1
Armii. Konsekwencją pozytywną była duża swoboda prowadzenia operacji,
jaką dysponował dowódca tej armii, generał Crerar. Generał ten wykazywał
zresztą wobec Montgomery'ego znacznie większy stopień niezależności,
przede wszystkim z tego powodu, że wcale nie był zbyt gorącym
wielbicielem swego przełożonego. Ponadto, jako najwyższy stopniem
generał kanadyjski, mający prawo bezpośredniego odwoływania się do swego
rządu, uważał się nie tylko za dowódcę armii, ale również za rodzaj
naczelnego dowódcy kanadyjskich wojsk lądowych. Był więc trudniejszym
podwładnym od Dempseya, co wszelako nie znaczy, że jednocześnie mniej
lojalnym i zdyscyplinowanym.
Ujemną konsekwencją stało się niezmienne, trwające od początku do końca
wojny, spychanie kanadyjskiej 1 Armii do roli kopciuszka. Zawsze
składało się tak, że Kanadyjczycy musieli walczyć w najtrudniejszym
terenie, pozbawionym znaczących nazw geograficznych (które - wydrukowane
wytłuszczonym drukiem w komunikatach wojennych - wzbudzałyby entuzjazm
milionów czytelników i budowały popularność generała Crerara i jego
armii), i w najtrudniejszych warunkach taktycznych.
Jaskrawą ilustrację takiego stosunku feldmarszałka do obydwu jego armii
stanowi rola wyznaczona każdej z nich w bitwie stoczonej przez 21 Grupę
Armii nad Skaldą, Mozą i Renem w okresie między 17 września a 9
listopada 1944 roku.
Ostateczna koncepcja tej bitwy powstała w wyniku kompromisu pomiędzy
dwoma generałami, reprezentującymi przeciwstawne poglądy na temat
sposobu dalszego prowadzenia kampanii po znacznym zwycięstwie,
odniesionym przez sprzymierzonych w trwającej przez trzy miesiące bitwie
w Normandii. Owi dwaj generałowie to: Naczelny Dowódca ekspedycyjnych
sił zbrojnych sprzymierzonych w Europie Zachodniej, amerykański generał
D.D. Eisenhower, oraz dowódca brytyjskiej 21 Grupy Armii, generał (a od
1 września feldmarszałek) B.L. Montgomery.
Generał Eisenhower miał pod swoimi rozkazami trzech dowódców grup armii
(nie mówiąc już o dowódcach lotnictwa i marynarki wojennej). Montgomery
nacierał na północnym skrzydle. W środkowym pasie amerykańską 12 Grupą
Armii dowodził oczywiście Amerykanin, generał O. Bradley. Na południowe
skrzydło w pierwszych dniach września nadciągnęła spod Tulonu i Marsylii
amerykańsko-francuska 6 Grupa Armii pod dowództwem amerykańskiego
generała J. Deversa.
Stosunki Eisenhowera z jego amerykańskimi podwładnymi były całkowicie
normalne i prawidłowe w układzie: przełożony i podwładni tej samej
narodowości, zawodowi żołnierze tych samych sił zbrojnych, wychowankowie
tej samej szkoły.
Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa z Montgomerym, i to zarówno z uwagi na okoliczności obiektywne, jak i cechy osobowości feldmarszałka.
Przede wszystkim Montgomery, jeden z trzech teoretycznie równorzędnych
dowódców grup armii, był dla Eisenhowera obcokrajowcem, a przy tym
(trochę tak jak Crerar w stosunku do Montgomery'ego) najwyższym dowódcą
wojsk lądowych brytyjskiego Commonwealthu w Europie Zachodniej. Stosunek
podległości Anglika komplikował ponadto nałożony na niego ustawowy
obowiązek składania meldunków brytyjskiemu komitetowi szefów sztabów.
Poza tym wszystkim Montgomery chodził już wówczas w glorii zwycięzcy
spod El-Alamein, był niesłychanie popularny wśród społeczeństwa
brytyjskiego, uważany za bohatera narodowego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki