Bitwa o Jawę - Witold Supiński

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po skarby Południa

Kon­wój zło­żony z dzie­się­ciu trans­por­tow­ców, zała­do­wany żoł­nie­rzami 124 pułku pie­choty i spe­cjal­nego oddziału desan­to­wego Yoko­suka, był paro­krot­nie ata­ko­wany w dro­dze przez nie­liczne samo­loty nie­przy­ja­ciel­skie. Nawet inte­re­su­jące wido­wi­sko i zresztą dla Japoń­czy­ków nie­zbyt groźne. Na nie­bie wykwi­tły chmurki wybu­chów poci­sków prze­ciw­lot­ni­czych, kilka wyso­kich słu­pów wody wzbiło się w górę w przy­zwo­itej odle­gło­ści od okrę­tów i wkrótce było już po wszyst­kim.

Wie­czór poprze­dza­jący lądo­wa­nie na Bor­neo i nastę­pu­jąca po nim noc miały jed­nak głę­boko wryć się w pamięć żoł­nie­rzy Nip­ponu. Ciszę panu­jącą na morzu roz­darł nagle głu­chy huk. Ciem­no­ści roz­świe­tlił czer­wony błysk i przy bur­cie jed­nego z trans­por­tow­ców wytry­snął wysoko gej­zer wody.

Ciemne syl­wetki nisz­czy­cieli eskorty prze­mknęły wzdłuż stat­ków kon­woju w poszu­ki­wa­niu nie­wi­docz­nego wroga, lecz po chwili nastą­piła druga eks­plo­zja, póź­niej trze­cia i czwarta. Dwa trans­por­towce tonęły, dwa następne zostały poważ­nie uszko­dzone, lecz zdo­łano je ura­to­wać.

Mat­suo Kamata, młody żoł­nierz z oddziału Yoko­suka znaj­du­jący się na pokła­dzie jed­nego z oca­la­łych trans­por­tow­ców, zaci­skał w bez­sil­nej wście­kło­ści dło­nie na relingu, bez­sku­tecz­nie usi­łu­jąc doj­rzeć nie­wi­dzial­nego wroga.

"To jest podłe! - myślał. - Taki pod­stępny atak z ukry­cia... Per­fidny Albion!".

Nie przy­szło mu przy tym do głowy, że kodeks samu­ra­jów bushido, na któ­rego tra­dy­cje od lat powo­ły­wał się japoń­ski mili­ta­ryzm, wła­snym bojow­ni­kom wręcz zale­cał sto­so­wa­nie naj­bar­dziej per­fid­nych pod­stę­pów.

Nie­słusz­nie jed­nak posą­dzał Angli­ków o wyko­na­nie tego uda­nego napadu. Rze­czy­wi­stym sprawcą był holen­der­ski okręt pod­wodny, patro­lu­jący wzdłuż wybrzeża Bor­neo. Drugi okręt pod­wodny tej samej ban­dery, "K 16", zaata­ko­wał ponow­nie tej samej nocy, posy­ła­jąc na dno japoń­ski nisz­czy­ciel "Sagiri". Suk­ces ten jed­nak nie prze­szedł bez­kar­nie i okręt pod­wodny został zato­piony w dro­dze powrot­nej przez ści­ga­jące go nisz­czy­ciele japoń­skie.

Dnia 24 grud­nia 1941 roku kon­wój japoń­ski dotarł mimo ponie­sio­nych strat do miej­sca prze­zna­cze­nia i roz­po­czął desant zmie­rza­jący do opa­no­wa­nia mia­sta i portu Kuching, naj­więk­szego ośrodka pół­noc­nej czę­ści Bor­neo, nale­żą­cej do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Dwa­dzie­ścia łodzi desan­to­wych wypeł­nio­nych żoł­nie­rzami japoń­skimi wpły­nęło do ujścia sze­ro­kiej rzeki San­tu­bong, dostęp­nej nawet dla śred­niej wiel­ko­ści stat­ków mor­skich, kie­ru­jąc się w stronę mia­sta, poło­żo­nego w odle­gło­ści kil­ku­na­stu kilo­me­trów od morza.

Tutaj jed­nak spo­tkała Japoń­czy­ków nie­spo­dzianka w postaci cel­nego, choć nie­zbyt sil­nego ognia arty­le­ryj­skiego. Kamata, sku­lony na dnie łodzi wraz z 23 innymi żoł­nie­rzami, znów nie mógł doj­rzeć śladu nie­przy­ja­ciela. Po obu stro­nach wiel­kiej rzeki wid­niała tylko zwarta masa buj­nej zie­leni. Cztery łodzie desan­towe zostały tra­fione i poszły na dno, lecz reszta parła nie­po­wstrzy­ma­nie pod prąd. Do celu dotarło wresz­cie trzy­na­ście łodzi, które wysa­dziły pla­nowo oddziały desan­towe w oko­li­cach mia­sta.

Kamata sko­czył lekko z łodzi na pia­sek plaży i szybko rozej­rzał się dokoła. W naj­bliż­szej oko­licy pano­wał zupełny spo­kój. Po dru­giej stro­nie sze­ro­kiego nurtu rzeki San­tu­bong wid­niało w odle­gło­ści paru kilo­me­trów roz­le­głe, lecz luźno zabu­do­wane mia­sto Kuching. W kilku miej­scach wzno­siły się w górę wyso­kie słupy czar­nego dymu.

Gwał­towna strze­la­nina zwró­ciła jed­nak uwagę Kamaty na bliż­szą oko­licę, gdzie z gęstej roślin­no­ści pod­zwrot­ni­ko­wej wyglą­dały dachy jakichś domów. Dowo­dzący plu­to­nem porucz­nik Tagu­czi wydał gar­dło­wym gło­sem kilka roz­ka­zów. Żoł­nie­rze cesa­rza Japo­nii roz­sy­pali się spraw­nie w tyra­lierę i ruszyli krót­kimi sko­kami wzdłuż drogi pro­wa­dzą­cej w głąb dżun­gli.

Znów krótka komenda i cała tyra­liera przy­pa­dła do ziemi. Kamata legł nie­ru­chomo z kolbą kara­binu przy­ci­śniętą do ramie­nia, lecz ogar­niało go coraz więk­sze pod­nie­ce­nie. Za chwilę, po raz pierw­szy w życiu, znaj­dzie się twa­rzą w twarz z wro­giem. Młody Japoń­czyk miał wresz­cie moż­ność wziąć udział w walce, o jakiej poprzed­nio marzył, podzi­wia­jąc czyny samu­ra­jów, opie­wane w licz­nych wier­szach, któ­rych uczył się w szkole na pamięć. Strze­la­nina uci­chła i plu­ton ponow­nie ruszył naprzód. Za zakrę­tem drogi ujrzano ciała kilku żoł­nie­rzy japoń­skich.

- To trzeci plu­ton, który wylą­do­wał przed nami - powie­dział obo­jęt­nie sier­żant, zwra­ca­jąc się do Kamaty. - Poznaję kaprala Izukę.

Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt kro­ków i oto oni. Wro­go­wie. Było ich sze­ściu czy sied­miu. Leżeli nie­ru­chomo w poprzek drogi i w jej pobliżu. Obok stał porzu­cony kara­bin maszy­nowy. Kamata pochy­lił się. Mieli na gło­wach tur­bany. Od ich zasty­głych, wosko­wych twa­rzy odci­nały się gęste czarne brody. Na oliw­ko­wo­zie­lo­nych mun­du­rach błysz­czały złote guziki. Kamata odciął nożem jeden z nich. Na pamiątkę. Na guziku wid­niał herb pod­pie­rany przez dwa dziwne zwie­rzęta. Nad her­bem wielka korona. Kamata zaczął gorącz­kowo przy­po­mi­nać sobie. Ależ tak. Odwie­dziny u ciotki w Naga­saki, oglą­da­nie obcych kon­su­la­tów. Oczy­wi­ście! Herb Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ale ci ludzie to prze­cież nie Anglicy. Co oni tu robili? Jesz­cze raz spoj­rzał na pole­głych. Zauwa­żył teraz dopiero jed­nego z nich. Jasno­rude włosy, krótko przy­strzy­żone wąsy. Twarz rażąco biała. Obok sztywna okrą­gła czapka, na ramie­niu trupa złote gwiazdki ofi­cer­skie. Tak, to Anglik, ale ci pozo­stali?

Pod­puł­kow­nik Lane zdjął czapkę i otarł spo­cone czoło. Co za upał. "Obrona Impe­rium, misja Bia­łego Czło­wieka - myślał z gory­czą. - Kolo­nia więk­sza obsza­rem od Anglii i Szko­cji razem wzię­tych, a trzeba jej bro­nić jed­nym bata­lio­nem hin­du­skim. No i jesz­cze ten oddział tubyl­czy sir Bro­oka, bia­łego radży Sara­waku, dobry tylko do parady".

Ofi­cer pod­niósł lor­netę do oczu i spoj­rzał na odle­głe morze. O milę od ujścia rzeki spo­czy­wały zako­twi­czone trans­por­towce. Dalej krą­żyło parę smu­kłych nisz­czy­cieli. Od stat­ków ode­rwało się kilka ciem­nych punk­tów i skie­ro­wało w stronę lądu, pozo­sta­wia­jąc za sobą białe smugi. Wciąż jesz­cze lądują.

Lane zaklął. Pomy­śleć, że w tej chwili w sta­rej weso­łej Anglii koń­czą się przy­go­to­wa­nia do święta Bożego Naro­dze­nia. Pie­cze się indyki, gotuje oko­licz­no­ściowy pud­ding, stroi cho­inki. Happy Chri­st­mas! Tym­cza­sem on, dowódca dru­giego bata­lionu 15 pułku Pen­dża­bów, ma sta­wiać opór inwa­zji japoń­skiej, nie mogąc liczyć na żadną pomoc. Komu­ni­katy radiowe są złe, coraz to gor­sze. Floty ame­ry­kań­ska i angiel­ska otrzy­mały cięż­kie ciosy, może decy­du­jące. Z Mala­jów, Fili­pin, Hong­kongu wia­do­mo­ści coraz bar­dziej pesy­mi­styczne. Mel­dunki, otrzy­my­wane od wła­snych dowód­ców kom­pa­nii drogą radiową, rów­nież nie są pocie­sza­jące. Sier­żant Kapur znów bie­gnie z radio­sta­cji.

- Sir, mel­du­nek od kapi­tana Jonesa.

"Działa i moź­dzie­rze nad rzeką umil­kły, łącz­ność tele­fo­niczna i radiowa z ich sta­no­wi­skami prze­rwana. Japoń­czycy wylą­do­wali po obu stro­nach Kuching i ich patrole dotarły na ulice mia­sta. Strze­la­nina pod pała­cem maha­ra­dży".

A więc sfor­so­wali zaporę ogniową na rzece. Zama­sko­wane działa zostały widocz­nie zlo­ka­li­zo­wane i zdo­byte. Kuching leży na tyłach głów­nych sił bata­lionu. Nale­żało pod­jąć decy­zję. Pod­puł­kow­nik Lane spoj­rzał na swego sier­żanta. Twarz Kapura, zasło­nięta nie­mal cał­ko­wi­cie gęstym, czar­nym zaro­stem prze­ty­ka­nym już nit­kami siwi­zny, była nie­wzru­szona, lecz w jego wiel­kich oczach widać było wyraźny nie­po­kój. Góral z Pen­dżabu pozo­sta­wał już trzy­dzie­ści lat w służ­bie bry­tyj­skiej i nauczył się w niej, że jak Allach w nie­bio­sach, tak na ziemi król angiel­ski jest wszech­po­tęż­nym panem. Obec­nie to poję­cie zaczy­nało się chwiać i kru­szyć. Potężna Anglia, tak potężna, że od wielu, wielu lat wszel­kie bunty, jakie w jego ojczyź­nie wybu­chały prze­ciwko bia­łym panom, musiały zakoń­czyć się okropną, krwawą klę­ską - teraz naj­wy­raź­niej brała w skórę. I od kogo? Od Azja­tów - od tych małych, sko­śno­okich, żół­to­skó­rych ludzi, któ­rych widy­wał w Indiach jako drob­nych kup­czy­ków!

Lane powziął już posta­no­wie­nie. Postąpi tak, jak by postą­pił na jego miej­scu każdy ofi­cer bry­tyj­ski. Pod­puł­kow­nik był dumny ze swego bata­lionu dowo­dzo­nego i szko­lo­nego przez niego już od lat, zło­żo­nego z wysoce zdy­scy­pli­no­wa­nych zawo­do­wych żoł­nie­rzy.

Przede wszyst­kim nale­żało ura­to­wać tę jed­nostkę dla Anglii.

- Sier­żan­cie, nadaj­cie radio­gram do wszyst­kich dowód­ców kom­pa­nii. Wyko­nać plan gene­ral­nego odwrotu na połu­dnie.

Sier­żant zasa­lu­to­wał i odszedł w mil­cze­niu.

Pod­puł­kow­ni­kowi Lane'owi nie udało się jed­nak osta­tecz­nie ura­to­wać swego bata­lionu. Dzielni żoł­nie­rze z Pen­dżabu prze­szli wpraw­dzie setki kilo­me­trów przez nie­zba­dane dżun­gle wnę­trza Bor­neo, sto­czyli liczne walki i dotarli na połu­dniowe wybrzeże tej wiel­kiej wyspy, lecz moż­li­wo­ści dal­szej ewa­ku­acji zostały uda­rem­nione przez flotę japoń­ską, która pano­wała już w tym okre­sie nie­po­dziel­nie nad morzem. Resztki bata­lionu ska­pi­tu­lo­wały w dzie­sięć tygo­dni po opi­sa­nych wyżej wyda­rze­niach.

Dla­czego jed­nak młody żoł­nierz japoń­ski Kamata zna­lazł się na Bor­neo, odle­głym o tysiące kilo­me­trów od jego rodzin­nej wsi? Dla­czego na tej wyspie wal­czyli i ginęli twar­dzi górale z Pen­dżabu, jesz­cze bar­dziej odle­głego?

Aby odpo­wie­dzieć na te pyta­nia, musimy cof­nąć się w cza­sie o kilka tygo­dni.

W końcu listo­pada 1941 roku w Cesar­skiej Kwa­te­rze Głów­nej odbyło się posie­dze­nie w wybra­nym gro­nie, nie­ma­jące wpraw­dzie ofi­cjal­nego cha­rak­teru, lecz nie­zmier­nie donio­słe dla dal­szego biegu wypad­ków. W kon­fe­ren­cji tej brał udział nowo mia­no­wany pre­mier Nip­ponu, mini­stro­wie spraw zagra­nicz­nych, armii i mary­narki, sze­fo­wie szta­bów wszyst­kich rodza­jów sił zbroj­nych oraz jesz­cze parę innych oso­bi­sto­ści.

- Pano­wie - zwró­cił się do zebra­nych pre­mier Hideki Tojo - nade­szła godzina pod­ję­cia osta­tecz­nej decy­zji. Od niej będzie zale­żało, czy Święte Cesar­stwo sta­nie się naj­więk­szym mocar­stwem w świe­cie, czy też zagrozi mu ruina poli­tyczna, mili­tarna i gospo­dar­cza. Weźmy na przy­kład sprawę ropy naf­to­wej. Powie­dze­nie, że ropa rzą­dzi świa­tem, stało się już bana­łem, lecz nie­stety jest praw­dziwe. Jeżeli chcemy zdo­być pano­wa­nie nad Azją i Pacy­fi­kiem, musimy sobie zapew­nić zaopa­trze­nie w ropę naf­tową, konieczną dla naszej gospo­darki, nie­zbędną dla floty, lot­nic­twa i armii. Jak pano­wie wie­cie, sytu­acja w tej dzie­dzi­nie jest tra­giczna. Wydo­by­cie ropy naf­to­wej u nas sta­nowi zale­d­wie 0,1% pro­duk­cji świa­to­wej i zaspo­kaja tylko dzie­siątą część naszego nor­mal­nego zapo­trze­bo­wa­nia. Udało się nam wpraw­dzie utwo­rzyć poważne rezerwy z importu, lecz wystar­czą one, wraz z wła­sną pro­duk­cją, tylko na pół­tora roku. Stany Zjed­no­czone i ich sojusz­nicy zde­cy­do­wali się obec­nie na nie­sły­chaną pro­wo­ka­cję, wstrzy­mu­jąc wszyst­kie dostawy ropy dla nas. Pano­wie, za kil­ka­na­ście mie­sięcy pozosta­niemy bez kro­pli paliwa. Nasza wspa­niała machina wojenna zosta­nie unie­ru­cho­miona i będziemy wów­czas ska­zani na przy­ję­cie dyk­tatu ame­ry­kań­skiego. Będziemy musieli zre­zy­gno­wać na rzecz Ame­ry­ka­nów z naszych zdo­by­czy w Chi­nach, będziemy musieli wyco­fać się z Indo­chin, spi­chrza Japo­nii. Byłaby to kapi­tu­la­cja.

Na sali dało się zauwa­żyć silne poru­sze­nie, lecz Tojo mówił dalej:

- Nie, pano­wie, nie będzie kapi­tu­la­cji. Ropę zdo­bę­dziemy siłą na Wyspach Sun­daj­skich. Pro­duk­cja samego Bor­neo pokrywa 2/3 naszego defi­cytu ropy naf­to­wej. Pro­duk­cja Indii Holen­der­skich, szcze­gól­nie Suma­try, prze­kra­cza dwu­krot­nie całe nasze zapo­trze­bo­wa­nie. Nie będziemy cze­kać, aż ostat­nie zbior­niki w Japo­nii zostaną opróż­nione, ude­rzymy już teraz na połu­dnie, aby jak naj­szyb­ciej opa­no­wać obszary o żywot­nym dla nas zna­cze­niu.

Na sali zapa­no­wał entu­zjazm.

Admi­rał Osami Nagano, szef sztabu mary­narki, odczy­tał wytyczne planu stra­te­gicz­nego, opra­co­wa­nego przez Cesar­ską Kwa­terę Główną. Ofen­sywa na Indie Holen­der­skie spo­wo­duje nie­wąt­pli­wie reak­cję ze strony Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Dla zabez­pie­cze­nia głów­nego kie­runku natar­cia od wschodu, nastąpi atak na flotę ame­ry­kań­ską, któ­rej główne siły sta­cjo­nują w Pearl Har­bour na Hawa­jach, oraz zostaną wysa­dzone desanty na Fili­pi­nach i w Bry­tyj­skim Pół­noc­nym Bor­neo. Z dru­giej strony siły japoń­skie roz­poczną dzia­ła­nia prze­ciwko Hong­kon­gowi i Mala­jom. Dzia­ła­nia floty prze­wo­żą­cej woj­ska lądowe będą wspie­rane przez lot­nic­two, które będzie stop­niowo prze­su­wać swoje bazy na połu­dnie, w miarę zaj­mo­wa­nia poszcze­gól­nych miej­sco­wo­ści i wysp. Główny opór nie­przy­ja­ciela jest spo­dzie­wany na Jawie, zaj­mu­ją­cej cen­tralne poło­że­nie wśród Wysp Sun­daj­skich.

- A więc wojna jed­no­cze­śnie prze­ciwko Sta­nom Zjed­no­czo­nym, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Holan­dii, rów­no­le­gle do toczą­cej się już wojny z Chi­nami? - powie­dział ktoś pół­gło­sem.

Tojo zare­ago­wał z miej­sca.

- Anglia znaj­duje się w nie­zmier­nie cięż­kiej sytu­acji na Atlan­tyku i w rejo­nie Morza Śród­ziem­nego, gdzie utrzy­muje z naj­więk­szym tru­dem swoje pozy­cje, bro­niąc się przed nie­miecko-wło­skimi natar­ciami. Nie będzie mogła ona skie­ro­wać prze­ciwko nam żad­nych poważ­niej­szych sił. Holan­dia jest prze­cież oku­po­wana przez Niem­ców, a siły, któ­rymi dys­po­nuje w swych kolo­niach, są nie­znaczne. Ame­ryka nie­prędko ukoń­czy swoje przy­go­to­wa­nia wojenne, a gdy to nastąpi, będzie już za późno. Do tego czasu zre­ali­zu­jemy nasze główne cele i nie­przy­ja­ciel nie będzie dys­po­no­wał żadną bazą poło­żoną bli­żej Japo­nii niż jakieś 6000 kilo­me­trów. W tym sta­nie rze­czy trudno myśleć o sku­tecz­nej kontr­ofen­sy­wie nie­przy­ja­ciela.

- A co będzie ze Związ­kiem Radziec­kim? Czy będzie patrzeć obo­jęt­nie na nasz pod­bój Azji?

Pyta­nie było kło­po­tliwe, lecz Tojo miał już gotową odpo­wiedź:

- Wia­do­mo­ści, które otrzy­ma­łem od naszego amba­sa­dora w Ber­li­nie, są jak naj­lep­sze. Kanc­lerz Rze­szy spo­dziewa się, że do końca roku pad­nie zarówno Moskwa jak i Lenin­grad, więc Zwią­zek Radziecki prze­sta­nie się liczyć jako zor­ga­ni­zo­wana siła mili­tarna. Zresztą więk­szość naszej armii lądo­wej pozo­staje skon­cen­tro­wana w Man­dżu­rii i pół­noc­nych Chi­nach, gotowa do wkro­cze­nia na Sybe­rię w odpo­wied­nim momen­cie. Po upadku Związku Radziec­kiego Anglia, mimo pomocy ame­ry­kań­skiej, nie będzie mogła sta­wić czoła wszyst­kim połą­czo­nym siłom nie­miecko-wło­skim, do któ­rych dołą­czy się także Hisz­pa­nia. Stany Zjed­no­czone pozo­staną cał­ko­wi­cie izo­lo­wane i będą musiały wal­czyć jed­no­cze­śnie na Atlan­tyku i na Pacy­fiku. Osta­teczny wynik wojny jest łatwy do prze­wi­dze­nia. Japo­nia wyj­dzie z niej jako naj­więk­sze i naj­po­tęż­niej­sze mocar­stwo świata. Gospo­darka nasza uzy­ska wspa­niałe moż­li­wo­ści roz­wo­jowe. Dość powie­dzieć, że w naszych rękach znajdą się nie tylko bogate źró­dła ropy naf­to­wej, lecz także plan­ta­cje kau­czuku na Mala­jach, dające 80% pro­duk­cji świa­to­wej.

- A plan­ta­cje her­baty i pie­przu? A tania siła robo­cza z Chin, która będzie jesz­cze mniej kosz­to­wać od naszych wła­snych robot­ni­ków, tak mało na szczę­ście wyma­ga­ją­cych? Zwy­cię­stwo przy­nie­sie olbrzy­mie zyski naszemu prze­my­słowi i han­dlowi.

Słowa te wypo­wie­dział czło­wiek bar­dzo niski, nawet jak na Japoń­czyka, lecz odzna­cza­jący się wyjąt­kowo dużą głową. Więk­szość obec­nych mało go znała. Wia­domo było tylko, że zasiada w radzie nad­zor­czej kon­cernu Mit­su­bi­shi, widuje się go czę­sto nie tylko na zebra­niach akcjo­na­riu­szy wiel­kich spółek akcyj­nych, lecz także w gabi­ne­tach mini­strów, a nawet nie­raz poja­wia się na dwo­rze cesar­skim.

Admi­rał Iso­roku Yama­moto pochy­lił się ku sze­fowi sztabu mary­narki.

- Zyski, ci pano­wie myślą tylko o zyskach, jakby wojna była już wygrana. Wszystko jed­nak zależy od rezul­tatu naszego ataku na Pearl Har­bour.

Nagano zasta­na­wiał się chwilę.

- Tak, oczy­wi­ście, jeżeli uda nam się wyeli­mi­no­wać z walki flotę ame­ry­kań­ską już w pierw­szym dniu wojny, to reszta planu zosta­nie wyko­nana bez więk­szych trud­no­ści. Ale powo­dze­nie ataku na Pearl Har­bour zależy wyłącz­nie od tego, czy uda się nam uzy­skać cał­ko­wite zasko­cze­nie...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki