Po skarby Południa
Konwój złożony z dziesięciu transportowców, załadowany żołnierzami 124
pułku piechoty i specjalnego oddziału desantowego Yokosuka, był
parokrotnie atakowany w drodze przez nieliczne samoloty
nieprzyjacielskie. Nawet interesujące widowisko i zresztą dla
Japończyków niezbyt groźne. Na niebie wykwitły chmurki wybuchów pocisków
przeciwlotniczych, kilka wysokich słupów wody wzbiło się w górę w przyzwoitej odległości od okrętów i wkrótce było już po wszystkim.
Wieczór poprzedzający lądowanie na Borneo i następująca po nim noc miały
jednak głęboko wryć się w pamięć żołnierzy Nipponu. Ciszę panującą na
morzu rozdarł nagle głuchy huk. Ciemności rozświetlił czerwony błysk i przy burcie jednego z transportowców wytrysnął wysoko gejzer wody.
Ciemne sylwetki niszczycieli eskorty przemknęły wzdłuż statków konwoju
w poszukiwaniu niewidocznego wroga, lecz po chwili nastąpiła druga
eksplozja, później trzecia i czwarta. Dwa transportowce tonęły, dwa
następne zostały poważnie uszkodzone, lecz zdołano je uratować.
Matsuo Kamata, młody żołnierz z oddziału Yokosuka znajdujący się na
pokładzie jednego z ocalałych transportowców, zaciskał w bezsilnej
wściekłości dłonie na relingu, bezskutecznie usiłując dojrzeć
niewidzialnego wroga.
"To jest podłe! - myślał. - Taki podstępny atak z ukrycia... Perfidny
Albion!".
Nie przyszło mu przy tym do głowy, że kodeks samurajów bushido, na
którego tradycje od lat powoływał się japoński militaryzm, własnym
bojownikom wręcz zalecał stosowanie najbardziej perfidnych podstępów.
Niesłusznie jednak posądzał Anglików o wykonanie tego udanego napadu.
Rzeczywistym sprawcą był holenderski okręt podwodny, patrolujący wzdłuż
wybrzeża Borneo. Drugi okręt podwodny tej samej bandery, "K 16",
zaatakował ponownie tej samej nocy, posyłając na dno japoński
niszczyciel "Sagiri". Sukces ten jednak nie przeszedł bezkarnie i okręt
podwodny został zatopiony w drodze powrotnej przez ścigające go
niszczyciele japońskie.
Dnia 24 grudnia 1941 roku konwój japoński dotarł mimo poniesionych strat
do miejsca przeznaczenia i rozpoczął desant zmierzający do opanowania
miasta i portu Kuching, największego ośrodka północnej części Borneo,
należącej do Wielkiej Brytanii. Dwadzieścia łodzi desantowych
wypełnionych żołnierzami japońskimi wpłynęło do ujścia szerokiej rzeki
Santubong, dostępnej nawet dla średniej wielkości statków morskich,
kierując się w stronę miasta, położonego w odległości kilkunastu
kilometrów od morza.
Tutaj jednak spotkała Japończyków niespodzianka w postaci celnego, choć
niezbyt silnego ognia artyleryjskiego. Kamata, skulony na dnie łodzi
wraz z 23 innymi żołnierzami, znów nie mógł dojrzeć śladu
nieprzyjaciela. Po obu stronach wielkiej rzeki widniała tylko zwarta
masa bujnej zieleni. Cztery łodzie desantowe zostały trafione i poszły
na dno, lecz reszta parła niepowstrzymanie pod prąd. Do celu dotarło
wreszcie trzynaście łodzi, które wysadziły planowo oddziały desantowe w okolicach miasta.
Kamata skoczył lekko z łodzi na piasek plaży i szybko rozejrzał się
dokoła. W najbliższej okolicy panował zupełny spokój. Po drugiej stronie
szerokiego nurtu rzeki Santubong widniało w odległości paru kilometrów
rozległe, lecz luźno zabudowane miasto Kuching. W kilku miejscach
wznosiły się w górę wysokie słupy czarnego dymu.
Gwałtowna strzelanina zwróciła jednak uwagę Kamaty na bliższą okolicę,
gdzie z gęstej roślinności podzwrotnikowej wyglądały dachy jakichś
domów. Dowodzący plutonem porucznik Taguczi wydał gardłowym głosem kilka
rozkazów. Żołnierze cesarza Japonii rozsypali się sprawnie w tyralierę i ruszyli krótkimi skokami wzdłuż drogi prowadzącej w głąb dżungli.
Znów krótka komenda i cała tyraliera przypadła do ziemi. Kamata legł
nieruchomo z kolbą karabinu przyciśniętą do ramienia, lecz ogarniało go
coraz większe podniecenie. Za chwilę, po raz pierwszy w życiu, znajdzie
się twarzą w twarz z wrogiem. Młody Japończyk miał wreszcie możność
wziąć udział w walce, o jakiej poprzednio marzył, podziwiając czyny
samurajów, opiewane w licznych wierszach, których uczył się w szkole na
pamięć. Strzelanina ucichła i pluton ponownie ruszył naprzód. Za
zakrętem drogi ujrzano ciała kilku żołnierzy japońskich.
- To trzeci pluton, który wylądował przed nami - powiedział obojętnie
sierżant, zwracając się do Kamaty. - Poznaję kaprala Izukę.
Jeszcze kilkadziesiąt kroków i oto oni. Wrogowie. Było ich sześciu czy
siedmiu. Leżeli nieruchomo w poprzek drogi i w jej pobliżu. Obok stał
porzucony karabin maszynowy. Kamata pochylił się. Mieli na głowach
turbany. Od ich zastygłych, woskowych twarzy odcinały się gęste czarne
brody. Na oliwkowozielonych mundurach błyszczały złote guziki. Kamata
odciął nożem jeden z nich. Na pamiątkę. Na guziku widniał herb
podpierany przez dwa dziwne zwierzęta. Nad herbem wielka korona. Kamata
zaczął gorączkowo przypominać sobie. Ależ tak. Odwiedziny u ciotki w Nagasaki, oglądanie obcych konsulatów. Oczywiście! Herb Wielkiej
Brytanii. Ale ci ludzie to przecież nie Anglicy. Co oni tu robili?
Jeszcze raz spojrzał na poległych. Zauważył teraz dopiero jednego z nich. Jasnorude włosy, krótko przystrzyżone wąsy. Twarz rażąco biała.
Obok sztywna okrągła czapka, na ramieniu trupa złote gwiazdki
oficerskie. Tak, to Anglik, ale ci pozostali?
Podpułkownik Lane zdjął czapkę i otarł spocone czoło. Co za upał.
"Obrona Imperium, misja Białego Człowieka - myślał z goryczą. - Kolonia
większa obszarem od Anglii i Szkocji razem wziętych, a trzeba jej bronić
jednym batalionem hinduskim. No i jeszcze ten oddział tubylczy sir
Brooka, białego radży Sarawaku, dobry tylko do parady".
Oficer podniósł lornetę do oczu i spojrzał na odległe morze. O milę od
ujścia rzeki spoczywały zakotwiczone transportowce. Dalej krążyło parę
smukłych niszczycieli. Od statków oderwało się kilka ciemnych punktów i skierowało w stronę lądu, pozostawiając za sobą białe smugi. Wciąż
jeszcze lądują.
Lane zaklął. Pomyśleć, że w tej chwili w starej wesołej Anglii kończą
się przygotowania do święta Bożego Narodzenia. Piecze się indyki, gotuje
okolicznościowy pudding, stroi choinki. Happy Christmas! Tymczasem on,
dowódca drugiego batalionu 15 pułku Pendżabów, ma stawiać opór inwazji
japońskiej, nie mogąc liczyć na żadną pomoc. Komunikaty radiowe są złe,
coraz to gorsze. Floty amerykańska i angielska otrzymały ciężkie ciosy,
może decydujące. Z Malajów, Filipin, Hongkongu wiadomości coraz
bardziej pesymistyczne. Meldunki, otrzymywane od własnych dowódców
kompanii drogą radiową, również nie są pocieszające. Sierżant Kapur znów
biegnie z radiostacji.
- Sir, meldunek od kapitana Jonesa.
"Działa i moździerze nad rzeką umilkły, łączność telefoniczna i radiowa
z ich stanowiskami przerwana. Japończycy wylądowali po obu stronach
Kuching i ich patrole dotarły na ulice miasta. Strzelanina pod pałacem
maharadży".
A więc sforsowali zaporę ogniową na rzece. Zamaskowane działa zostały
widocznie zlokalizowane i zdobyte. Kuching leży na tyłach głównych sił
batalionu. Należało podjąć decyzję. Podpułkownik Lane spojrzał na swego
sierżanta. Twarz Kapura, zasłonięta niemal całkowicie gęstym, czarnym
zarostem przetykanym już nitkami siwizny, była niewzruszona, lecz w jego
wielkich oczach widać było wyraźny niepokój. Góral z Pendżabu pozostawał
już trzydzieści lat w służbie brytyjskiej i nauczył się w niej, że jak
Allach w niebiosach, tak na ziemi król angielski jest wszechpotężnym
panem. Obecnie to pojęcie zaczynało się chwiać i kruszyć. Potężna
Anglia, tak potężna, że od wielu, wielu lat wszelkie bunty, jakie w jego
ojczyźnie wybuchały przeciwko białym panom, musiały zakończyć się
okropną, krwawą klęską - teraz najwyraźniej brała w skórę. I od kogo? Od
Azjatów - od tych małych, skośnookich, żółtoskórych ludzi, których
widywał w Indiach jako drobnych kupczyków!
Lane powziął już postanowienie. Postąpi tak, jak by postąpił na jego
miejscu każdy oficer brytyjski. Podpułkownik był dumny ze swego
batalionu dowodzonego i szkolonego przez niego już od lat, złożonego z wysoce zdyscyplinowanych zawodowych żołnierzy.
Przede wszystkim należało uratować tę jednostkę dla Anglii.
- Sierżancie, nadajcie radiogram do wszystkich dowódców kompanii.
Wykonać plan generalnego odwrotu na południe.
Sierżant zasalutował i odszedł w milczeniu.
Podpułkownikowi Lane'owi nie udało się jednak ostatecznie uratować swego
batalionu. Dzielni żołnierze z Pendżabu przeszli wprawdzie setki
kilometrów przez niezbadane dżungle wnętrza Borneo, stoczyli liczne
walki i dotarli na południowe wybrzeże tej wielkiej wyspy, lecz
możliwości dalszej ewakuacji zostały udaremnione przez flotę japońską,
która panowała już w tym okresie niepodzielnie nad morzem. Resztki
batalionu skapitulowały w dziesięć tygodni po opisanych wyżej
wydarzeniach.
Dlaczego jednak młody żołnierz japoński Kamata znalazł się na Borneo,
odległym o tysiące kilometrów od jego rodzinnej wsi? Dlaczego na tej
wyspie walczyli i ginęli twardzi górale z Pendżabu, jeszcze bardziej
odległego?
Aby odpowiedzieć na te pytania, musimy cofnąć się w czasie o kilka
tygodni.
W końcu listopada 1941 roku w Cesarskiej Kwaterze Głównej odbyło się
posiedzenie w wybranym gronie, niemające wprawdzie oficjalnego
charakteru, lecz niezmiernie doniosłe dla dalszego biegu wypadków. W konferencji tej brał udział nowo mianowany premier Nipponu, ministrowie
spraw zagranicznych, armii i marynarki, szefowie sztabów wszystkich
rodzajów sił zbrojnych oraz jeszcze parę innych osobistości.
- Panowie - zwrócił się do zebranych premier Hideki Tojo - nadeszła
godzina podjęcia ostatecznej decyzji. Od niej będzie zależało, czy
Święte Cesarstwo stanie się największym mocarstwem w świecie, czy też
zagrozi mu ruina polityczna, militarna i gospodarcza. Weźmy na przykład
sprawę ropy naftowej. Powiedzenie, że ropa rządzi światem, stało się już
banałem, lecz niestety jest prawdziwe. Jeżeli chcemy zdobyć panowanie
nad Azją i Pacyfikiem, musimy sobie zapewnić zaopatrzenie w ropę
naftową, konieczną dla naszej gospodarki, niezbędną dla floty, lotnictwa
i armii. Jak panowie wiecie, sytuacja w tej dziedzinie jest tragiczna.
Wydobycie ropy naftowej u nas stanowi zaledwie 0,1% produkcji światowej
i zaspokaja tylko dziesiątą część naszego normalnego zapotrzebowania.
Udało się nam wprawdzie utworzyć poważne rezerwy z importu, lecz
wystarczą one, wraz z własną produkcją, tylko na półtora roku. Stany
Zjednoczone i ich sojusznicy zdecydowali się obecnie na niesłychaną
prowokację, wstrzymując wszystkie dostawy ropy dla nas. Panowie, za
kilkanaście miesięcy pozostaniemy bez kropli paliwa. Nasza wspaniała
machina wojenna zostanie unieruchomiona i będziemy wówczas skazani na
przyjęcie dyktatu amerykańskiego. Będziemy musieli zrezygnować na rzecz
Amerykanów z naszych zdobyczy w Chinach, będziemy musieli wycofać się z Indochin, spichrza Japonii. Byłaby to kapitulacja.
Na sali dało się zauważyć silne poruszenie, lecz Tojo mówił dalej:
- Nie, panowie, nie będzie kapitulacji. Ropę zdobędziemy siłą na Wyspach
Sundajskich. Produkcja samego Borneo pokrywa 2/3 naszego deficytu ropy
naftowej. Produkcja Indii Holenderskich, szczególnie Sumatry, przekracza
dwukrotnie całe nasze zapotrzebowanie. Nie będziemy czekać, aż ostatnie
zbiorniki w Japonii zostaną opróżnione, uderzymy już teraz na południe,
aby jak najszybciej opanować obszary o żywotnym dla nas znaczeniu.
Na sali zapanował entuzjazm.
Admirał Osami Nagano, szef sztabu marynarki, odczytał wytyczne planu
strategicznego, opracowanego przez Cesarską Kwaterę Główną. Ofensywa na
Indie Holenderskie spowoduje niewątpliwie reakcję ze strony Stanów
Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Dla zabezpieczenia głównego kierunku
natarcia od wschodu, nastąpi atak na flotę amerykańską, której główne
siły stacjonują w Pearl Harbour na Hawajach, oraz zostaną wysadzone
desanty na Filipinach i w Brytyjskim Północnym Borneo. Z drugiej strony
siły japońskie rozpoczną działania przeciwko Hongkongowi i Malajom.
Działania floty przewożącej wojska lądowe będą wspierane przez
lotnictwo, które będzie stopniowo przesuwać swoje bazy na południe, w miarę zajmowania poszczególnych miejscowości i wysp. Główny opór
nieprzyjaciela jest spodziewany na Jawie, zajmującej centralne położenie
wśród Wysp Sundajskich.
- A więc wojna jednocześnie przeciwko Stanom Zjednoczonym, Wielkiej
Brytanii i Holandii, równolegle do toczącej się już wojny z Chinami? -
powiedział ktoś półgłosem.
Tojo zareagował z miejsca.
- Anglia znajduje się w niezmiernie ciężkiej sytuacji na Atlantyku i w rejonie Morza Śródziemnego, gdzie utrzymuje z największym trudem swoje
pozycje, broniąc się przed niemiecko-włoskimi natarciami. Nie będzie
mogła ona skierować przeciwko nam żadnych poważniejszych sił. Holandia
jest przecież okupowana przez Niemców, a siły, którymi dysponuje w swych
koloniach, są nieznaczne. Ameryka nieprędko ukończy swoje przygotowania
wojenne, a gdy to nastąpi, będzie już za późno. Do tego czasu
zrealizujemy nasze główne cele i nieprzyjaciel nie będzie dysponował
żadną bazą położoną bliżej Japonii niż jakieś 6000 kilometrów. W tym
stanie rzeczy trudno myśleć o skutecznej kontrofensywie nieprzyjaciela.
- A co będzie ze Związkiem Radzieckim? Czy będzie patrzeć obojętnie na
nasz podbój Azji?
Pytanie było kłopotliwe, lecz Tojo miał już gotową odpowiedź:
- Wiadomości, które otrzymałem od naszego ambasadora w Berlinie, są jak
najlepsze. Kanclerz Rzeszy spodziewa się, że do końca roku padnie
zarówno Moskwa jak i Leningrad, więc Związek Radziecki przestanie się
liczyć jako zorganizowana siła militarna. Zresztą większość naszej armii
lądowej pozostaje skoncentrowana w Mandżurii i północnych Chinach,
gotowa do wkroczenia na Syberię w odpowiednim momencie. Po upadku
Związku Radzieckiego Anglia, mimo pomocy amerykańskiej, nie będzie mogła
stawić czoła wszystkim połączonym siłom niemiecko-włoskim, do których
dołączy się także Hiszpania. Stany Zjednoczone pozostaną całkowicie
izolowane i będą musiały walczyć jednocześnie na Atlantyku i na
Pacyfiku. Ostateczny wynik wojny jest łatwy do przewidzenia. Japonia
wyjdzie z niej jako największe i najpotężniejsze mocarstwo świata.
Gospodarka nasza uzyska wspaniałe możliwości rozwojowe. Dość powiedzieć,
że w naszych rękach znajdą się nie tylko bogate źródła ropy naftowej,
lecz także plantacje kauczuku na Malajach, dające 80% produkcji
światowej.
- A plantacje herbaty i pieprzu? A tania siła robocza z Chin, która
będzie jeszcze mniej kosztować od naszych własnych robotników, tak mało
na szczęście wymagających? Zwycięstwo przyniesie olbrzymie zyski naszemu
przemysłowi i handlowi.
Słowa te wypowiedział człowiek bardzo niski, nawet jak na Japończyka,
lecz odznaczający się wyjątkowo dużą głową. Większość obecnych mało go
znała. Wiadomo było tylko, że zasiada w radzie nadzorczej koncernu
Mitsubishi, widuje się go często nie tylko na zebraniach akcjonariuszy
wielkich spółek akcyjnych, lecz także w gabinetach ministrów, a nawet
nieraz pojawia się na dworze cesarskim.
Admirał Isoroku Yamamoto pochylił się ku szefowi sztabu marynarki.
- Zyski, ci panowie myślą tylko o zyskach, jakby wojna była już wygrana.
Wszystko jednak zależy od rezultatu naszego ataku na Pearl Harbour.
Nagano zastanawiał się chwilę.
- Tak, oczywiście, jeżeli uda nam się wyeliminować z walki flotę
amerykańską już w pierwszym dniu wojny, to reszta planu zostanie
wykonana bez większych trudności. Ale powodzenie ataku na Pearl Harbour
zależy wyłącznie od tego, czy uda się nam uzyskać całkowite
zaskoczenie...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki