To zgrupowanie jest poświęcone
Ranek 22 sierpnia 1939 roku był piękny, a dzień zapowiadał się upalnie.
Generał w stanie spoczynku Faury siedząc na tarasie niewielkiej willi
wpatrywał się w nabiegającą na pobliską plażę falę Atlantyku.
Emerytowany, ale doświadczony wojskowy, wychowawca wielu roczników
oficerów sztabu generalnego francuskiego - a także i polskiego - jeszcze
do końca września zamierzał przebywać tu, w Bretanii, nad morzem...
Zamierzał, lecz oto do furtki willi podjeżdża na rowerze zaaferowany
l'agent de police. Przykładając dwa palce do daszka kepi,
zdenerwowanym głosem melduje:
- Na nasz posterunek dzwonił sam generał Gamelin! Polecił powiadomić
pana generała, że ma pan stawić się natychmiast w Paryżu. W Breście
czeka już przygotowany samochód...
Jeszcze tego samego dnia Faury, już w mundurze, melduje się w Paryżu u generała Gamelina. Szef sztabu głównego Obrony Narodowej Francji ma
jednak bardzo mało czasu. Powiadamia tylko Faury'ego, że został on
powołany do służby czynnej i mianowany szefem francuskiej Misji
Wojskowej w Warszawie. Musi tam natychmiast odlecieć samolotem.
Najpóźniej jutro ma być w Polsce.
- Rozkaz! - odpowiada Faury. - Proszę o instrukcje...
- Instrukcje... - powtarza Gamelin. Jest wyraźnie roztargniony. - Dobrze,
dobrze... Mam mało czasu, ale proszę ze mną jechać do Ministerstwa Wojny,
przekażę je panu w drodze.
Samochodem jadą w trzech: Gamelin, gen. Georges - dowódca frontu
północno-zachodniego, czyli przeciwniemieckiego, oraz - między tymi
dwoma "wielkimi szefami" armii francuskiej - generał Faury.
- Jeśli Polska stanie się przedmiotem agresji, to jedynie ofensywa
francuska będzie w stanie zmusić Niemców do zelżenia ich duszącego
uścisku - to utrzymane w "profesorskim" stylu sformułowanie nie skrywa
jednak niepokoju w głosie nowo mianowanego szefa Misji Wojskowej. - W jakim terminie rozpocznie się ta nasza ofensywa?
Dwaj generałowie milczą. Wreszcie gen. Georges rozpoczyna ogólnikowy
monolog, sugeruje, iż armia francuska nie jest w zasadzie przygotowana
do ofensywy, jakkolwiek bez wątpienia działania takie kiedyś podejmie -
choćby dlatego, że zostało to polskiemu sojusznikowi obiecane. Trudno
jednak mówić o jakichś terminach konkretnych, gdyż byłyby to akademickie
rozważania. Nie wiadomo zresztą, co uczynią Niemcy. Trzeba będzie
działać jak najlepiej i w zależności od rozwoju sytuacji. W każdym razie
tak długo, aż nie rozpocznie się generalna ofensywa francuska, trzeba
będzie stosować taktykę obronną, chociaż - być może - nie są wykluczone
ograniczone działania zaczepne, jakieś wypady...
Gen. Faury nie tai swego rozczarowania.
Wtedy głos zabiera gen. Gamelin. Mówi tylko cztery słowa:
- Trzeba, aby Polska trwała.
Na tym kończą się instrukcje francuskiego generalissimusa. Samochód
dojechał na miejsce. Dwaj wielcy szefowie armii francuskiej ściskają
dłoń gen. Faury'ego. Życzą mu powodzenia i znikają wewnątrz gmachu...
Następnego dnia Faury jest już w Warszawie. Stara się pomóc, jak może,
ale może niewiele. Zresztą, w gorączce przygotowań wojennych nikt nie ma
czasu z nim dłużej rozmawiać.
Wreszcie nadchodzi piątek, 1 września. Faury wysyła pierwszy raport o sytuacji do Paryża. Czynić to będzie codziennie, za każdym razem
sugerując konieczność francuskiej akcji zaczepnej, wskazując, że niemal
całość Wehrmachtu została związana w Polsce...
Sytuacja z dnia na dzień staje się coraz gorsza. Odwiedzając oddział
operacyjny sztabu głównego, rozmawiając od czasu do czasu z gen.
Stachiewiczem, szefem sztabu i marszałkiem Śmigłym - Faury ma jej dość
pełny obraz.
Czołgi niemieckie podchodzą pod Warszawę. Naczelne Dowództwo ewakuuje
się do Brześcia. Na zachód od Warszawy, odległe od stolicy o dobre sto
dwadzieścia kilometrów, znajdują się dwie silne armie: nienaruszona
jeszcze w bojach Armia "Poznań" i zebrana w jednym rejonie po
nadgranicznych walkach Armia "Pomorze". Faury doskonale rozumie, w jak
trudnym położeniu znajduje się to zgrupowanie operacyjne, liczące blisko
ćwierć miliona ludzi i ponad 500 dział. Oskrzydlone z obu stron cofa się
ku Warszawie. Czy zdoła do niej dojść? A jeśli, to co dalej? Jak zostaną
użyte te siły?
Naczelne Dowództwo rozmieściło się w Brześciu, lecz francuska Misja
Wojskowa zakwaterowana została w Zamliczach. Łączność przewodowa i kurierzy nie są w tych warunkach najlepszym źródłem informacji, więc 11
września Faury wybiera się do brzeskiej cytadeli. Tutaj w wydziale
operacyjnym sztabu informują go, że wojska Kutrzeby i Bortnowskiego
poprzedniego dnia rozpoczęły przeciwuderzenie w bok sił niemieckich.
Szczegóły akcji - na razie nieznane. Dopiero jutro do gen. Kutrzeby leci
samolotem oficer.
Podekscytowany Faury prosi o widzenie ze Śmigłym. Ten przyjmuje go. Tym
razem, najzupełniej wyjątkowo, skryty zazwyczaj Wódz Naczelny prowadzi
Faury'ego do mapy. Przedstawia mu swoją koncepcję:
- Odbywa się obecnie przegrupowanie naszych głównych sił na wschód i południowy wschód, w obszar zakreślony linią Sanu, Wisły i dolnego
Wieprza... Ta linia będzie broniona - mówi Śmigły. - Gros sił polskich
znajdzie się więc na południowym wschodzie kraju. Aby jednak umożliwić
odwrót i uporządkowanie tej zasadniczej części wojsk, należy
powstrzymywać nacierającego nieprzyjaciela. To zadanie wykonają armie
"Poznań", "Pomorze" i "Łódź", które nacierają na froncie Łódź -
Skierniewice. Ich działanie musi wywołać wstrząs u nieprzyjaciela:
zmusić go, aby przeciw tym armiom skierował swoje główne siły. To
umożliwi odwrót i uporządkowanie sił głównych...
Marszałek na chwilę urywa. Potem znów zwraca się do Faury'ego, patrząc
mu prosto w oczy:
- To zgrupowanie zaczepne jest jednak poświęcone; będzie ono walczyło aż
do zupełnego wyczerpania amunicji.
Faury wyprostował się. Zrozumiał: prawie ćwierć miliona ludzi ma stać
się ofiarą... Polacy walczą o czas, liczą dni, aby...
- Przez swoje poświęcenie - głos Śmigłego był mniej suchy niż zazwyczaj
- oddziały polskie trzymają na sobie wciąż jeszcze prawie ogół czynnych
jednostek niemieckich.
Tegoż dnia wieczorem Faury depeszował z Brześcia do Paryża: "W toku jest
manewr polski w obszarze Kutna w celu odciągnięcia ku zachodowi dywizji
pancernych. Sytuacja jest poważna, ale walka trwa".
Oddając radiogram, słyszał ciągle jeszcze ponure stwierdzenie Gamelina
sprzed niespełna trzech tygodni: TRZEBA, ABY POLSKA TRWAŁA...
Pierwszy wstrząs
Dowodzona przez generała Władysława Bortnowskiego Armia "Pomorze" stała
1 września na trudnej pozycji w gardzieli pomorskiej. Niemiecki klin
pancerny w ciągu jednej doby rozciął jej siły na pół osiągając Wisłę
koło Świecia. Od 3 września armia była w odwrocie i 5 września
znajdowała się w rejonie Bydgoszcz - Inowrocław - Wąbrzeźno - Golub.
Ciężar własnych i cudzych błędów do tego stopnia sparaliżował wolę gen.
Bortnowskiego, że piątego dnia wojny marzył o tym, by odpowiedzialność
za dalsze dowodzenie przerzucić na cudze barki.
Generał Tadeusz Kutrzeba dowodził Armią "Poznań", która w dniu 1
września stała rozrzucona łukiem w zachodniej Wielkopolsce. Niemcy nie
uderzyli na nią silniej, ale wobec rozcięcia armii "Pomorze" i niebezpiecznej sytuacji nad Wartą i ona otrzymała rozkaz odwrotu.
W tych dniach uwaga Kutrzeby skierowana była na wydarzenia na południu.
Możliwość działania Armii "Poznań" na korzyść sąsiedniej Armii "Łódź"
dowodzonej przez gen. Rómmla była przewidywana przez marszałka Śmigłego
już przed wojną. Kutrzeba wiedział o tym, sam był poniekąd autorem tej
koncepcji, ale nie do niego należała decyzja, gdzie i kiedy takie
działanie będzie przeprowadzone. Miał to być zwrot dwu lub trzech
wielkich jednostek na południe i uderzenie na te siły niemieckie, które
atakowałyby prawe skrzydło Armii "Łódź" pod Sieradzem.
Trzeciego dnia wojny Kutrzeba doszedł do wniosku, że sytuacja dojrzała
już do wykonania zamierzonej operacji. Dnia 4 września nadeszły
wiadomości o bardzo trudnym położeniu w rejonie Sieradza, gdzie Niemcy
zdołali uchwycić prawy brzeg Warty. Ponieważ Warszawa milczała, Kutrzeba
zdecydował się na inicjatywę i zaproponował Śmigłemu uderzenie częścią
sił swej armii w kierunku Kalisza. Odpowiedź marszałka nadeszła drogą
radiową 5 września rano: Śmigły odrzucił propozycję powołując się między
innymi na fakt, że wojska broniące Warty miały w najbliższym czasie
uzyskać pomoc od koncentrującej się w rejonie Piotrkowa i Sulejowa
rezerwowej Armii "Prusy".
Decyzję marszałka przyjęto do wiadomości i armia Kutrzeby kontynuowała
odwrót zgodnie z planami sztabu. Jak dotąd manewr ten przebiegał bez
zakłóceń, chociaż ze względu na panowanie wroga w powietrzu marsze
wykonywano tylko w nocy. Niedobrze jednak było z łącznością. Ponieważ 3
września w ręce Niemców dostał się polski szyfr sztabowy (razem z dokumentami sztabu rozbitej pod Częstochową 7 Dywizji Piechoty), więc
dalsze posługiwanie się nim nie miało już sensu, a zapasowego szyfru nie
przygotowano. W rezultacie nawet w rozmowach z Naczelnym Dowództwem
operowano w zasadzie otwartym tekstem improwizując na poczekaniu różne
kryptonimy i umowne zwroty, by zapewnić tajność przynajmniej
najważniejszych szczegółów. Jedynie rozmowy juzowe pozwalały na jaką
taką swobodę sformułowań.
Korzystając ze względnie dobrej sytuacji własnych dywizji generał
Kutrzeba zdążył już złożyć jedną wizytę Bortnowskiemu w Toruniu i dzięki
temu sztab Armii "Poznań" uzyskał dokładne wiadomości o pierwszych
walkach w Borach Tucholskich. Ich niepomyślny przebieg zrobił przykre
wrażenie na oficerach, ale dowódca armii i jej szef sztabu, pułkownik
Lityński, uspokoili podwładnych argumentem, że z koniecznością
opuszczenia Pomorza liczono się już przed wybuchem wojny.
Dnia 5 września generał Kutrzeba postanowił pojechać jeszcze raz do
Torunia, by uzgodnić z Bortnowskim drogi odwrotu obu armii, których
wojska stopniowo zbliżały się ku sobie. Po południu, kiedy właśnie
zabierał się do wyjazdu, wezwano go nagle do aparatu Hughesa. Śmigły
zakomunikował o niepomyślnym rozwoju wydarzeń pod Sieradzem i wydał
rozkaz zorganizowania natychmiast uderzenia na Poddębice - Szadek.
Uzgodniono, że natarcie wykona Grupa Operacyjna generała Knolla w składzie dwu lub trzech dywizji. Kutrzeba dopilnował opracowania
rozkazów i po ich podpisaniu pojechał do Torunia.
Wrócił krótko przed północą. Pułkownik Lityński na powitanie wręczył mu
bez słowa krótki radiogram z Warszawy: "Do dowódcy Armii "Poznań".
Odwołuję poprzedni rozkaz w sprawie natarcia na południe. Armia "Poznań"
rozpocznie natychmiast odwrót na Warszawę. Naczelny Wódz".
- Kiedy to przyszło? - zapytał Kutrzeba ponuro wpatrując się w tekst
depeszy.
- O dwudziestej pierwszej - odparł zmęczonym głosem Lityński. - Rozkazy
odwoławcze wysłaliśmy po pół godzinie...
Dzień 5 września utkwił głęboko w pamięci oficerów sztabu Armii
"Poznań". W osiemnaście lat później jeden z nich, major Wincenty
Iwanowski, tak pisał o tych wydarzeniach:
"Przykrym przeżyciem i wstrząsem moralnym dla sztabu były trzy różne
rozkazy Naczelnego Dowództwa wydane 5 września, a dotyczące akcji na
południe na korzyść Armii "Łódź". Przeczuwało się coś bardzo niedobrego,
gdyż tego rodzaju posunięcia na najwyższym szczeblu są w ogóle czymś
trudnym do zrozumienia".
Decyzja
Dni 6 i 7 września upłynęły w kwaterze Armii "Poznań" na bezowocnych
wysiłkach nadrobienia straty czasu wywołanej niefortunnymi rozkazami.
Mimo iż oddziały - wbrew dotychczasowej praktyce - maszerowały także w dzień, opóźnienie odwrotu o jedną dobę stało się faktem. Ślęcząc nad
mapami gen. Kutrzeba umocnił się ostatecznie w przekonaniu, że rozkaz
marszałka do "odwrotu na Warszawę" nie może być wykonany bez bitwy.
Drogi odwrotu obu polskich armii oraz droga marszu 8 Armii niemieckiej
zbliżały się codziennie ku sobie i wystarczyło wykreślić na mapie ich
przedłużenie, by stwierdzić, że gdzieś w rejonie Łęczycy lub Łowicza te
wojska zderzą się ze sobą. Generał zdecydował przeniesienie kwatery
sztabu do folwarku Leszcze pod Kłodawą, by skuteczniej kontrolować ruchy
oddziałów. Wieczorem przed wyjazdem przeprowadził rozmowę juzową z marszałkiem. Śmigły podkreślił z naciskiem konieczność przyspieszenia
odwrotu i na zakończenie powtórzył: "Zaklinam pana o szybki marsz na
Warszawę".
Niestety założenie kwatery w Leszczach okazało się niemożliwe, gdyż
folwark był zbombardowany. Przeniesiono ją do Mchówka pod Izbicą.
W Mchówku uporczywie ponawiano próby nawiązania radiowego kontaktu z Naczelnym Dowództwem. Gdy kilkugodzinne wysiłki nie dały rezultatu,
Kutrzeba dał za wygraną i polecił szukanie kontaktu przy wykorzystaniu
krajowej sieci telefonicznej. Rozumiał wielkie ryzyko tkwiące w porozumieniu się tą drogą, ale nie było innego wyjścia.
Kutrzeba postanowił przedstawić projekt zwrotu zaczepnego przez górną
Bzurę na Ozorków w celu rozbicia lub przynajmniej zdezorganizowania
lewego skrzydła niemieckiej 8 Armii i zatrzymania jej ruchu na Warszawę.
Dla generała było jasne, że zbrojne starcie z wojskami hitlerowskiej 8
Armii jest nieuniknione i że szansę sukcesu ma ten, kto narzuci drugiej
stronie czas i miejsce tego pojedynku. Tylko bitwa mogła jeszcze
zapewnić armiom "Poznań" i "Pomorze" drogę do Warszawy, postawa bierna
musiała doprowadzić do wyprzedzenia ich przez Niemców i następnie
odcięcia od stolicy.
Zadaniem dowódców było teraz znalezienie odpowiedzi na trzy pytania:
gdzie, kiedy i jakimi siłami uderzyć na 8 Armię? Tylko na pierwsze z nich generał miał gotową odpowiedź: powinniśmy uderzyć z rejonu Łęczycy
na Ozorków i Stryków, gdyż tutaj wąska i płytka Bzura nie może stanowić
poważnej przeszkody... Następne dwa pytania rodziły w umyśle Kutrzeby dwie
alternatywne koncepcje. Zarówno wybór jednego z członów tej alternatywy,
jak i sama decyzja dokonania zwrotu zaczepnego musiały oczywiście zostać
rozstrzygnięte na szczeblu wyższym niż dowództwo armii...
Przed przeprowadzeniem oczekiwanej rozmowy generał musiał pokonać
jeszcze jedną dodatkową trudność. Należało tak umiejętnie zaszyfrować
podstawowe elementy koncepcji, ażeby nie mogła ona być zrozumiana przez
podsłuchującego - być może - wroga i jednocześnie była jasna dla
Naczelnego Dowództwa. Chodziło o wybór kilku kryptonimów, których
prawidłowe odczytanie miało zależeć od bystrości i doświadczenia Szefa
Sztabu, generała Wacława Stachiewicza. Słowa "Tadeusz" i "Władysław"
mogły z powodzeniem oznaczać obie armie, "Syrena" - Warszawę, ale jak na
poczekaniu zaszyfrować kierunek Łęczyca - Ozorków? Dwie małe,
prowincjonalne mieściny...
Poszukując właściwego kryptonimu Kutrzeba nagle przypomina sobie grę
wojenną, którą prowadził kiedyś na kursie dla oficerów sztabowych.
Terenem "rozgrywanych" na mapie działań był wtedy teren na zachód od
Warszawy, między Pilicą a Wisłą... Stachiewicz był obecny jako obserwator
z ramienia Generalnego Inspektora...
Pamięć generała ukazuje na swym ekranie dużą salę zastawioną kilkoma
wielkimi stołami, przy których siedzą jacyś oficerowie. Na wprost, na
ścianie, wisi wielka mapa tego samego obszaru, a na niej widać... "głowę
bydlęcą"...
Jakie to proste! Wystarczy po prostu pociągnąć czerwoną kredką grubą
linię wzdłuż Wisły od ujścia Pilicy do ujścia Bzury, następnie wzdłuż
Bzury aż do Łęczycy, stąd jeszcze kawałek na zachód i następnie wzdłuż
Neru na południe aż do źródeł tej rzeki. Potem wzdłuż Wolborki do Pilicy
pod Tomaszowem i wreszcie Pilicą do Wisły.
Kiedy zamkniemy obwód czerwonej linii, otrzymujemy kontur bydlęcej głowy
zwróconej "nosem" na zachód. W jej przedniej części (na "nosie") leży
Ozorków, a Ozorków, to przecież "ozór" - można powiedzieć "część
bydlęcej głowy"...
Stachiewicz na pewno pamięta tę grę wojenną, ponieważ omawiali ją potem
ze Śmigłym. Wszystkim się wtedy podobał dowcipny kryptonim, przy pomocy
którego dowódca jednej z "walczących" na mapie stron zaszyfrował
określenie terenu swej akcji.
Drzwi do pokoju dowódcy otwierają się i staje w nich szef łączności.
- Panie generale, jest Warszawa...
Kutrzeba podchodzi do telefonu. Bez trudu rozpoznaje znajomy głos
Stachiewicza i z miejsca przystępuje do omawiania sprawy:
- Więc, panie generale. Ponieważ ja nie dojdę do "Syreny" bez walki,
idzie o to, że chciałbym kopnąć w kierunku przedniej części "głowy
bydlęcia", a jak się spłoszy, ruszę do pana. Czy pan akceptuje
kopnięcie? Jeśli tak, to chodzi o wybór między dwoma koncepcjami: albo
"Tadeusz" kopnie sam; niech to będzie mała akcja, albo... - zawahał się
chwilę - "Tadeusz" będzie kopał razem z "Władysławem"; nazwijmy to dużą
akcją. Oczywiście "Władysław" kopnie jako drugi. Czy pan mnie rozumie?
- Głowa bydlęcia? - odpowiada Stachiewicz. - Chwileczkę... Rozumiem, moim
zdaniem pomysł kopnięcia jest dobry, a jeżeli... to "duża akcja".
Tylko... Pan rozumie, że to jest kwestia, którą może rozstrzygnąć on
sam. Ja decyzji podjąć nie mogę i muszę się uprzednio z nim porozumieć.
To będzie trudne...
Kutrzeba zastanawia się chwilę. A więc - orientuje się - marszałka nie
ma chyba w Warszawie1, jeśli trudno z nim się porozumieć.
- Kiedy, panie Wacławie - odzywa się wreszcie - my tu nie możemy czekać!
Jeżeli jakiekolwiek działanie ma mieć sens, musi być zarządzone już
dzisiaj...
Stachiewicz decyduje się szybko.
- Zgoda, panie kolego, może pan przygotować "kopnięcie" razem z "Władysławem". Kierunek: część "głowy bydlęcia". O ile do nocy nie
będzie innych zarządzeń, proszę wykonywać. Dziękuję, koniec.
Kutrzeba z ulgą odkłada słuchawkę na widełki. Zgoda Stachiewicza na
zwrot zaczepny w kierunku Ozorkowa, aby odrzucić Niemców i otworzyć
sobie drogę do Warszawy, rozwiązuje mu ręce. Zgoda ta jest co prawda
warunkowa, ale dobre i to...
Rozmowa Stachiewicza z Kutrzebą zakończona została około godziny 12.30.
Pułkownik Klimecki, szef Oddziału Operacyjnego Naczelnego Dowództwa,
krótko zanotował jej treść, a następnie zażądał połączenia ze sztabem
gen. Bortnowskiego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki