Piraci z Gotenhafen1
Wiceadmirał Günther Lütjens przybywał do Gdyni w dość trudnym do
określenia stanie ducha. Widok miasta i portu wywoływał w jego pamięci
skojarzenia raczej przyjemne. Tu na wodach Zatoki Gdańskiej zdobywał w 1939 roku swoje ostrogi w nowoczesnej wojnie morskiej jako tak zwany
Führer der Torpedoboote, czyli dowódca torpedowców. Istotnie, nie
poskąpiono mu za kampanię polską zaszczytów i odznaczeń - sam Führer
zawiesił na jego szyi Ritterkreuz - Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego.
Było to wówczas wyróżnienie znaczne. Z drugiej strony, cel jego
przybycia do Gotenhafen budził w nim wewnętrzny niepokój.
Zadanie, które mu zlecono, wydawało się ryzykowne, warte powtórnego
przemyślenia i dyskusji. W drodze przeżywał raz po raz swą rozmowę z naczelnym dowódcą Kriegsmarine admirałem Raederem, a szczególnie jeden
jej moment, gdy rozmowa przybrała taki obrót, że jego stanowisko mogłoby
zostać zrozumiane opacznie. Wszystkie te myśli, wątpliwości i trwogi
pierzchły jednak, gdy w majowy dzień wszedł na pokład swego okrętu
flagowego. Pancernik dosłownie stał na wodzie, duża, ale krótka fala
bałtycka nie udzielała mu swego ruchu. Na pokładzie w karnych szeregach,
błyszcząca bielą letnich mundurów, czekała na Lütjensa załoga.
Trzykrotne "Heil", które powitało na pokładzie szefa Floty, odbiło się o powierzchnię morza i natychmiast zamilkło...
Gdy po skończonej ceremonii i wstępnej odprawie starszych oficerów
Lütjens został w salonie admiralskim sam, wyjął z wiśniowego pudełka
przedmiot szczególnego swego upodobania - długie, grube cygaro z barwną
czerwonozłotą banderolą i zapalił. Czekało go jeszcze wieczorne
przyjęcie dla oficerów, które wydawał na jego cześć dowódca pancernika
Kapitän zur See2 Lindeman. "To nawet i dobrze - pomyślał Lütjens
- będę się mógł bliżej przyjrzeć ludziom". Przesunął wzrokiem po
ścianach nieco monumentalnie urządzonego salonu. W tym momencie
przypomniało mu się pierwsze jego dowództwo - torpedowiec, którego
fotografię nosił zawsze w portfelu, śmieszny okręcik z olbrzymim
kominem. Dziś, przy tym potężnym okręcie, wyglądałby jak miniaturowy
strach na wróble.
Ogrom pancernika zadowalał tę część natury Lütjensa, która skłonna była
uwielbiać wielkość, rozmach, potęgę. Równocześnie ta góra stali,
wyglądająca z dala jak nieruchoma skała Helgolandu, budziła w nim jednak
rodzaj lęku: od ilu ludzi zależne są jej losy, ilu spełni swój obowiązek
tak jak on sam, ilu będzie odważnych, ilu stchórzy...
Przez chmurkę dymu z cygara Lütjens spostrzegł w głębi salonu portret.
Potężny mężczyzna, którego znał każdy Niemiec. Zdawał się narzucać swą
wolę i obecnie, tak jak narzucał ją uprzednio Niemcom i podbitym przez
niego narodom.
Bismarck! Okręt nosił jego imię. Był symbolem przeszłości, która
podawała rękę teraźniejszości. Lütjens uwielbiał Bismarcka od
najwcześniejszej młodości. Żelazny Kanclerz uosabiał w jego pojęciu
wielkość Niemiec, dynamikę ich rozwoju. Jako żołnierzowi morza,
imponowała mu zdolność Bismarcka do podejmowania błyskawicznych decyzji,
bicia przeciwnika w najbardziej niespodziewanym momencie. Poza tym
Bismarck pogardzał wszystkim, co na kontynencie europejskim nie nazywało
się Niemcami. A nadto cenił generałów i admirałów, którzy wykonywali
jego plany.
Lütjens nie marzył jednak nawet o tym, że w sile wieku obejmie dowództwo
nad grupą bojową, w której skład wejdzie najwspanialszy okręt wojenny,
jaki miała kiedykolwiek Rzesza Niemiecka. Okręt, który nosi nazwisko
wielkiego Niemca...
Obszerna mesa oficerska pancernika była wypełniona po brzegi białymi
galowymi mundurami. W świetle kandelabrów połyskiwało złoto akselbantów.
Stół ustawiony w podkowę jaśniał kryształami i dobrą niemiecką
porcelaną. Gdy Lütjens ukazał się na sali w towarzystwie Lindemana,
wszyscy porwali się z miejsc, by pozdrowić admirała, który miał ich
poprowadzić do walki.
Skoro usiedli i salę wypełnił gwar przyciszonych rozmów, Lütjens począł
wypytywać Lindemana o wyniki ostatnich strzelań. Lindeman z dumą
opowiadał o ich przebiegu, podkreślając doskonałość zeissowskich
przyrządów optycznych i kruppowskiej stali. W strzelaniu do celów
ruchomych już przy trzeciej salwie artyleria główna uzyskiwała nakrycie
celu, artyleria średnia niewiele odbiegała od tych wyników. Mówiąc, to,
Lindeman nie spuszczał oczu z szefa Floty. W duchu myślał: "Do trzech
razy sztuka, dwóch już przeżyłem, jaki będzie ten trzeci?". Wyczuł w Lütjensie fanatyzm, i to go lekko zaniepokoiło. Był na tyle
fizjonomistą, żeby dostrzec, że pod tym wielkim czołem gotuje się jak w garnku ambicja i pycha. Szeroki podbródek oznaczał natomiast nieomylnie
wolę. To zaś z kolei wskazywało, że w złym czy dobrym trzeba się będzie
Lütjensowi podporządkować.
- Panie admirale, czy pozwoli pan, że zadam mu jedno pytanie?
- Proszę...
- Czasem wydaje mi się, że jesteśmy przygotowani za dobrze...
- Jak mam to rozumieć, Lindeman? W marynarce niemieckiej nie znam
takiego pojęcia...
- Być może wyraziłem się nieściśle, a właściwie pozwoliłem sobie na
przeskok myślowy. Chodzi mi w istocie o kategorie czasowe, mamy 18 maja
i dane kalendarza nautycznego trochę mnie niepokoją. Zdaje się, że
straciliśmy handicap długich nocy. To z pewnością nie ułatwi nam
zadania.
- Komandorze - powiedział surowo Lütjens - w życiu nic nie przychodzi
łatwo, a tym bardziej w życiu narodów. Nie potrzebuję chyba panu jako
Niemcowi tego powtarzać. Patron tego okrętu dokonał rzeczy niezwykłych
na miarę historyczną dzięki temu, że umiał pokonywać przeciwności.
Sądzę, że na okręcie żyje jego duch.
Lindeman skłonił głowę milcząco. Począł rozumieć, że jego pierwsze
wrażenia nie myliły go.
Spróbował z innej beczki:
- Panie admirale, jakie doświadczenia uważa pan za najcenniejsze w rajdzie "Scharnhorsta" i "Gneisenau"?
Lütjens na dźwięk nazw pancerników, z którymi w marcu polował na
Atlantyku na angielskie konwoje, rozchmurzył się. Prasa niemiecka dużo
pisała o nim w związku z tą wyprawą, łącząc jego nazwisko z liczbą 115
000 ton zatopionych statków. Obudził się w nim nagle inny człowiek.
Lekko przymrużywszy oczy odpowiedział pytaniem na pytanie:
- Czytał pan Farrere'a?
- W młodości, panie admirale.
- A zna pan "La Bataille"?
- Tam gdzie końcowe sceny dzieją się podczas bitwy pod Cuszimą?
- Tak.
- Nie bardzo rozumiem, jak to się łączy z rajdem i jego doświadczeniami?
- Może nie cała książka bezpośrednio, ale jedna jej scena. Ta, gdy
Japończyk komandor Yorisaka zastaje angielskiego attaché morskiego,
komandora Fergana, w garderobie swojej żony i dochodzi między nimi do
decydującej rozmowy. Fergan w sytuacji, jakby tu powiedzieć, dosyć
trudnej, zmuszony jest do szczerości, co, jak mi się wydaje, nieczęsto
się Anglikom zdarza. Na pytanie, gdzie leży tajemnica angielskich
zwycięstw na morzu, odpowiada on jednym zdaniem: "Se préparer avec
prudence et se jetter avec folie!", "Przygotować się przezornie, rzucać
się z wściekłością!". Taka, mein lieber Lindeman, jest tajemnica i nauka mego sukcesu...
Lindeman przełknął aluzję do wyrażonych przed chwilą wątpliwości i dodał
sobie w duchu: "Do tego, mein lieber Flottenchef, trzeba jeszcze łutu
szczęścia!".
Kończono już przystawki, gdy Lütjens zorientował się, że nie wzniesiono
jeszcze toastu. Lekko zadzwonił widelcem o kieliszek, wstał i zaczął
mówić:
- Panowie, widzę przed sobą kwiat naszej marynarki wojennej, oficerów
pancernika "Bismarck" i ciężkiego krążownika "Prinz Eugen", dwóch
nowoczesnych jednostek morskich, które śmiało mogą podjąć bój z każdym
okrętem wroga. Wychodzimy jutro w morze. Kiedy wrócimy, trudno w tej
chwili przewidzieć. Zasięg działania naszych okrętów jest, jak panom
wiadomo, nieporównanie większy niż floty cesarskiej. To, co było
niemożliwe za czasów admirała Scheera, dowódcy Hochseeflotte, nie jest
problemem we flocie wojennej Wielkich Niemiec. Przestaliśmy w naszych
działaniach być ograniczeni do akwenu3 Morza Północnego.
Działania pancerników "Scharnhorst" i "Gneisenau", znane panom zapewne z omówień sytuacyjnych, są tego wybitnym dowodem. Niestety, okręty te nie
będą mogły nam towarzyszyć - los wojenny chciał inaczej.4
Lütjens mówił wolno, ale energicznie, akcentując dobitnie każdy wyraz.
Nie przeciągał samogłosek, jego niemczyzna była zwarta, szczekliwa.
Zebranym zdawało się, że to nie mówi człowiek, ale maszyna do
przemawiania, dokładna, precyzyjna, ale bez ducha. Ludzie, którzy
służyli już pod nim, wiedzieli, że rozkaz jest dla niego najwyższym
prawem, że każdego, kto by chciał mu się przeciwstawić, zetrze na proch.
- Moi panowie, epoka bitew, gdy dwie floty spotykają się, idą na kursach
równoległych i rozstrzygają w ten sposób starcie, należy do przeszłości.
Anglia jest wyspą, ale nie zapominajmy o tym, wyspą, która własnymi
siłami produkuje żywność, wystarczającą jej najwyżej na cztery miesiące
w roku. Jeśli nasze jednostki bojowe pozbawią jej reszty, jeśli odetną
przywóz paliwa dla samolotów, Anglia padnie przed nami na kolana.
Ujrzymy przed sobą w poniżeniu tych, którym udało się nas tak haniebnie
upokorzyć w 1919 roku. Panowie, my nie zapomnimy nigdy hańby Scapa
Flow5. Nie zapomnimy naszej pięknej niemieckiej floty, która
spoczęła na dnie u brzegów Anglii.
Mamy okręty, które poślą na dno flotę handlową przebiegłego Albionu.
Handelskrieg - oto nasze hasło, Handelskrieg - to nasza nowa
strategia, Handelskrieg - to nasze przeznaczenie. Pokażemy, że nie
gorzej potrafimy topić handlowe okręty wroga niż nasze drapieżniki mórz,
dzielne U-Booty.
Meine Herren, Atlantyk czeka na nas. Życzę wam dobrego polowania i dobrej zdobyczy!
Nazajutrz łodzie rybackie uwijające się koło brzegu Półwyspu Helskiego
omal nie wywróciły się od potężnej fali, która nadeszła zupełnie
niespodziewanie. Ci, którzy oderwali się od pracy, zobaczyli dwie
potężne sylwetki okrętów wojennych płynących na wielkiej szybkości w kierunku północno-zachodnim. Wkrótce znikły one na niebieskim wiosennym
horyzoncie.
Po drugiej stronie Morza Północnego
21 maja 1941 roku admirał Jack Tovey przybył jak zwykle za pięć
dziewiąta do swej "dziennej kabiny", inaczej mówiąc, gabinetu,
mieszczącego się na rufie pancernika "King George V". Było to gustownie
umeblowane pomieszczenie tuż pod górnym pokładem rufowym. Seledynowa
tonacja ścian harmonizowała z lekką grą promieni słonecznych, które
odbite od falujących wód zatoki Scapa Flow wpadały przez prostokątne
okno. Solidne orzechowe biurko i fotel z wygodnym, wysokim oparciem
zapraszały do pracy. Podszedł do biurka, przekręcił rolkę w mechanicznym
kalendarzu, otworzył prawą górną szufladę, by sprawdzić, czy nie
pozostały z dnia wczorajszego zaległości. Chwilę siedział bez ruchu
koncentrując uwagę: jaki główny problem przyjdzie dziś rozwiązać, co
jest najpilniejsze, co może jeszcze trochę poczekać?
Punktualnie o godzinie 9.00 rozległo się pukanie. Po krótkim "Come in"
admirała drzwi się otworzyły ukazując postać kapitana A. W. Paffarda.
Sekretarzowi admirał Jack Tovey wydawał się zawsze bardzo młody.
Istotnie nie wyglądał on na swój wiek i na swoje stanowisko dowódcy
Home Fleet, floty, której zadaniem była morska obrona Wysp Brytyjskich
i zwalczanie przeciwników na morzach, a przede wszystkim na Morzu
Północnym i na Atlantyku.
Paffard podziwiał jego sprężysty chód, postawę oraz giętki umysł, widząc
w tym potwierdzenie teorii o pożytku równowagi sił fizycznych i duchowych, szczególnie w okolicznościach wymagających prawidłowej oceny
sytuacji i przemyślanych decyzji. Paffard był wrogiem kompleksów i wyczuwał w admirale bratnią duszę. Tego dnia był niezwykle zadowolony,
wśród pliku sprawozdań i wiadomości niósł depeszę, która będzie niezłą
próbą dla szefa.
- Co nowego, Paffard? Czym nas obdarzyły Hermesy Admiralicji?
- Wszystko po staremu, sir, plus dwa duże niemieckie okręty w Kattegacie...
- Widzę, Paffard, że jest pan w dobrym humorze. Gdzie ma pan tę depeszę?
- Na samym wierzchu, sir.
- Hm, czy wiadomość ta została potwierdzona?
- Jeszcze nie. Przynajmniej jak dotychczas.
Tovey odsunął wszystkie inne papiery i wziął do ręki depeszę, którą
przed kilkoma minutami przekablowano z Londynu.
- Ciekawe, dwa duże okręty wojenne, kurs Morze Północne, za nimi
jedenaście statków handlowych. Handlowych, hm, cóż to wszystko ma
znaczyć?
Admirał odłożył depeszę.
- Paffard, proszę mnie połączyć z szefem wywiadu morskiego, a później z wiceadmirałem Phillipsem.
Rozmowa z szefem wywiadu i zastępcą szefa sztabu marynarki niewiele
przyniosła nowego. Wywiad morski otrzymał swoimi kanałami jednorazowy
meldunek o pojawieniu się niemieckich okrętów i na tym koniec. Danych
uzupełniających tą samą drogą nie można było otrzymać.
Mieszkańcy nadbrzeżnych okolic południowej Anglii zauważyli około
godziny dwunastej tego samego dnia dwa samotne Spitfire'y, które na
pełnej szybkości skręciły nad Morze Północne i wkrótce stopiły się z jasnym wiosennym morskim niebem.
Prawa maszyna wkrótce wzięła kurs bardziej na południe, a lewa odchyliła
się nieco bardziej na wschód. Pilot lewej maszyny pomachał na pożegnanie
skrzydłami i po kilkunastu minutach skupił całą uwagę na obserwacji
morza, które rozciągało się pod nim stalowobłękitnawą płaszczyzną bez
kresu. Choć leciał stosunkowo nisko, nie widział gry powierzchni morza,
jej wiecznego ruchu. Działało to usypiająco, pocieszał się jednak, że
lot nie potrwa długo. Już wkrótce powinien dolecieć do zasadniczego
rejonu, który ma rozpoznać.
Daleko na horyzoncie zarysowała się niebieskawa kreska, która poczęła
szybko grubieć, aby ostatecznie wystąpić jako poszarpana, skomplikowana
linia wybrzeży Norwegii. Zadanie, które zlecono Sucklingowi (takie było
nazwisko pilota), brzmiało: rozpoznać zachodnie podejścia do Kattegatu i wybrzeże Norwegii aż po Bergen. Suckling nabrał trochę wysokości, by nie
dać się zaskoczyć artylerii przeciwlotniczej. Nie wznosił się jednak za
wysoko - jego lotniczy aparat fotograficzny powinien był dać zdjęcia,
które powiększone odkryłyby tajemnice "dwóch wielkich okrętów". Spitfire
przelatywał nad niezliczoną ilością fiordów i niewielkich zatok
(Suckling obiecywał sobie w duchu przyjemną wycieczkę statkiem w te
strony po wojnie). Na razie fiordy i zatoczki były puste, wtopione
między poszarpane brzegi. Począł się trochę denerwować, jego lot zbliżał
się do "półmetka", jak na razie bez rezultatu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki