Biskwit - Kim Sun Mi
39.99 zł
33.19 zł
(19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Są na świecie ludzie, którzy stracili wszelkie siły, by dalej się bronić, i stali się niewidzialni. Tacy jak oni z różnych powodów pożegnali poczucie własnej wartości i zostali zepchnięci na margines.
Nazywam ich biskwitami.
Podobnie jak ciastka o tej samej nazwie, mają w zwyczaju łatwo się kruszyć. Łamią się, pękają i rozpadają się na kawałki przy najmniejszym uderzeniu. Odizolowane od reszty i zamknięte we własnym świecie biskwity przestają być widoczne dla innych.
To zaś sprawia, że bywają traktowane jak duchy lub istoty nadprzyrodzone. Nie mówię, że zjawy i inne zjawiska paranormalne nie istnieją. Uważam jednak, że kiedy ludzie zaczynają wariować na widok niewyraźnego cienia uwiecznionego na zdjęciu albo czują dziwny niepokój, choć w pobliżu nie ma nikogo, w większości przypadków mają do czynienia z biskwitami.
Poznaję je po dźwiękach. Gdy słyszę ich płytki oddech, wyzute z siły kroki i delikatny szelest ubrań, wiem, że są w pobliżu. Wystarczy wyłapać te odgłosy, by zaraz je ujrzeć.
Biskwity mają zazwyczaj niewyraźną postać. Stopień rozmycia zależy od tego, jak taka osoba postrzega siebie. Na podstawie tego określam, na którym poziomie z trzech się ona znajduje.
Na pierwszym istoty te są pęknięte na pół. Nie są zupełnie niewidzialne, ale ich obecność nie jest też specjalnie dostrzegalna, co sprawia, że ludzie wokół rzucają komentarze typu: "Och, cały czas tu byłeś? Nie zauważyłem". Zarys sylwetki biskwita jest rozmazany, a całe jego istnienie zdaje się niejasne. Podczas spotkania z biskwitem poziomu pierwszego osoby z dobrym wzrokiem mogą odnieść wrażenie, że wygląda jakoś ponuro.
Poziom drugi to połamanie na kawałki. Pięć na dziesięć osób nie jest w stanie dostrzec biskwitów, nawet kiedy stoją obok - ich obecność jest do tego stopnia niewyraźna, a zdolność samoobrony słaba. Często przywodzą na myśl cienie widziane przez matowe szkło. Są tak nieuchwytne, że nawet jeśli człowiek wytęży wzrok, nie zdoła powiedzieć, na co właściwie patrzy. Biskwity na tym poziomie bywają mylone z duchami lub zjawiskami nadprzyrodzonymi. Niekiedy ujawniają swoją obecność za pomocą głosu, co zaskakuje ludzi wokół.
Trzeci poziom to rozbicie w drobny pył. Biskwity są o krok od zniknięcia z tego świata wskutek braku wyczuwalnej obecności. Tak trudno je dostrzec, że wydają się niewidzialne. Wyłapanie wydawanych przez nie dźwięków sprawia trudność nawet mnie. Jak dotąd spotkałem tylko jedną osobę, która osiągnęła ten poziom. Biskwity docierające do stadium trzeciego przez długi czas uważają się za istoty bezużyteczne, a to sprawia, że otoczenie również przestaje się nimi interesować. W efekcie tego osoby, które straciły odwagę, by pokazywać się światu, wpadają w błędne koło jeszcze mocniejszego ukrywania własnej egzystencji.
Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że biskwity same często przeskakują między poziomami. Myślę, że powodem jest to, że w ciągu dnia ich samoocena nieraz spada, by potem znów wzrosnąć. Oczywiście niektórzy ludzie mają na tyle twardą skorupę, że nigdy się nimi nie stają.
Biskwity można spotkać wszędzie, pod każdą postacią. Dzieciak mieszkający nad nami na pewno też się w niego przemienił. Dziwny płacz dobiegający tamtej nocy z góry bez wątpienia miał z tym związek.
Jasne, przyznaję, że sam nie byłem wtedy w najlepszej formie. Nic dziwnego, skoro siedziałem zamknięty w pokoju po nieprzyjemnym zajściu, zanim dotarły do mnie te odgłosy. Chyba każdemu zdarzają się takie dni, co? Kiedy światło słońca zdaje się z człowieka kpić, a własne życie sprawia wrażenie żałosnego i zupełnie nieistotnego.
Wykorzystując ten stan i chwilę słabości, lekarz zmusił mnie do przyznania, że biskwity są jedynie wytworem mojej wyobraźni. Twierdził, że dzięki temu wszystko, co do tej pory tak mnie konsternowało, wkrótce się ułoży. Było to równoznaczne z podważeniem istnienia biskwitów i wywieszeniem białej flagi. Ale po co miałem tkwić w szpitalu, w którym wcale nie wierzy się własnym pacjentom?
Ciągłe krążenie po pokoju najwyraźniej musiało być dla nich uciążliwe, bo lekarz prowadzący, Pan Znachor, zaproponował, że jeśli szczerze opowiem, dlaczego próbowałem bezprawnie wtargnąć do mieszkania sąsiadów, zwoła komisję, która zastanowi się nad wypisaniem mnie z placówki.
Musiałem za wszelką cenę się stamtąd wydostać. Zależało mi, by odkryć, co oznaczał ten przerażający uśmiech, który pojawił się na twarzy mężczyzny, gdy policjanci odwrócili się do niego plecami, a także czemu biskwit nie skorzystał z okazji, by uciec. Jednego byłem pewien: potrzebował pomocy. Jego życie mogło się znajdować w niebezpieczeństwie.
Właśnie dlatego postanowiłem w pośpiechu spisać oświadczenie. Nieważne, że miało ono być przyznaniem się, że nie mam racji.