Biskup. Nawrócony gangster - Paweł Cwynar

-
Proszę czekać

Pre­lu­dium

PRE­LU­DIUM

Otwo­rzy­łem oczy i szybko odzy­ska­łem świa­do­mość. Spa­łem lek­kim, nie­spo­koj­nym, zry­wa­nym snem. Za oknem sły­chać było szcze­ka­nie owczarka, który bie­gał po "pasie śmierci". Było około trze­ciej w nocy. W sied­mio­oso­bo­wej celi, jed­nej z setek sobie podob­nych wro­cław­skiego wię­zie­nia przy Klecz­kow­skiej, od ścian odbi­jały się cięż­kie mia­rowe odde­chy i pochra­py­wa­nia więź­niów. Tylko ja nie spa­łem. Przez głowę prze­wi­jało mi się tysiące sce­na­riu­szy naj­bliż­szych godzin, jak mam to zro­bić? Wszystko mogło się udać i wszystko mogło lec w gru­zach. Jeden naj­mniej­szy błąd mógł kosz­to­wać mnie życie. Na szali leżało wszystko: moja wol­ność, zdro­wie, przy­szłość, wszystko, co było dla mnie całym świa­tem. W każ­dej chwili mogłem się wyco­fać. Wymy­ślić jaki­kol­wiek powód, ale wie­dzia­łem, że tego nie zro­bię. Za długo pra­co­wa­łem na swoją repu­ta­cję nie­obli­czal­nego, żebym się zawa­hał. Klamka zapa­dła, odwrotu nie było.

Wszystko zaczęło się dużo wcze­śniej, ale zapal­nik odpa­lił dobre dwa tygo­dnie temu.

Kiedy pod mury wię­zie­nia w trzy fury przy­je­chał mój naj­więk­szy wróg ze swoją ekipą, wywo­łał mnie na "lipo" (okno) i przy wszyst­kich odgra­żał się, że wsze­dłem tam, gdzie nie trzeba, dla­tego, kiedy "wykle­pię" (wyjdę), to mnie odpali - komu­ni­kat był jasny, wszy­scy go sły­szeli. Zro­zu­mia­łem, że nie mogę odpu­ścić. Sprawy zaszły za daleko.

To wszystko jed­nak zaczęło się dużo wcze­śniej... nie­mal dwa lata temu. Kon­flikt z mie­siąca na mie­siąc się zaostrzał. On go spro­wo­ko­wał, ale to ja chcia­łem go zakoń­czyć, po swo­jemu, na ostro. Nie szu­ka­łem trze­ciej drogi: ugody, poro­zu­mie­nia, doga­da­nia się, chcia­łem krwi. Poje­cha­łem na "lewych fle­pach" (fał­szy­wych doku­men­tach) do Rosji. Przy­wio­złem faceta, który miał to zro­bić. Nie­stety, mój wróg dowie­dział się o tym. Wszedł w układ z poli­cją. Wie­dział, że wysta­wione są za mną dwa listy goń­cze. Usta­wiał roz­k­miny, na które mnie wzy­wał, i ogła­szał to na mie­ście, następ­nie dawał cynk psom, gdzie i kiedy mogą mnie zawi­nąć.

Roz­czy­ta­łem jego grę i na spo­tka­nie wysła­łem swo­jego wspól­nika. Łapa­cze zawi­nęły go i tłu­kły przez czter­dzie­ści osiem godzin. Wykle­pał z dołka siny, ale nie sprze­dał mojej kry­jówki. Jed­nak co z tego, że nie syp­nął, skoro puścili za nim ogon, który dopro­wa­dził ich do jed­nego z miejsc, gdzie aku­rat prze­by­wa­łem. Ucie­kłem dachami.

Pół roku póź­niej zrywka nie wypa­liła. Zawi­nęli mnie we Wro­cła­wiu, jak wyma­chi­wa­łem nożem sprę­ży­no­wym na ulicy Gwar­nej, wyrów­nu­jąc rachunki. Zro­bili łapankę na dile­rów. Zna­la­złem się w nie­od­po­wied­nim miej­scu o nie­od­po­wied­niej porze. Wyrwa­łem się z pierw­szego kor­donu, jed­nak pości­gowi nie podo­ła­łem.

Zawieźli mnie do wię­zie­nia. Posta­wili wiele zarzu­tów.

Rok póź­niej

Jutro, a w sumie to już dzi­siaj, ma się odbyć roz­prawa sądowa w mie­ście Zło­to­ryja, to około stu kilo­me­trów od Wro­cła­wia. Zapla­no­wa­łem sobie, że to wła­śnie pod­czas tej roz­prawy ucieknę, zerwę się tylko po to, żeby wyrów­nać rachunki. Czy to nie głu­pie? Plan był kar­ko­łomny. Wysko­czyć z ławy oskar­żo­nych, pod­biec do składu sędziow­skiego, wyjąć ukrytą atrapę pisto­letu i przy­sta­wia­jąc ją sędziemu do głowy, uciec, pory­wa­jąc go z sobą.

Pie­szo? Napa­da­jąc na jaki­kol­wiek prze­jeż­dża­jący samo­chód? Z porwa­nym sędzią lub ław­ni­kiem? Tego jesz­cze nie wie­dzia­łem i wie­dzieć nie mogłem. Zresztą, jak mia­łem to zro­bić, skoro wszystko zale­żało od tego, jak poto­czą się zda­rze­nia. Prze­cież kla­wisz mógł zna­leźć pisto­let pod­czas pierw­szego prze­szu­ka­nia tuż za drzwiami celi, co ozna­cza­łoby koniec. Po co więc gdy­bać.

Musia­łem iść na żywioł. Dosto­so­wać się do zda­rzeń. Bły­ska­wicz­nie podej­mo­wać decy­zje. Grać va banque.

Około czwar­tej rano usia­dłem na łóżku. Wyją­łem scho­waną w pudełku po zapał­kach żyletkę. Po cichu roz­pru­łem nią szwy mate­raca, na któ­rym spa­łem, i z jego wnę­trza wyją­łem zawi­nięty w pakuły pisto­let. Na jego widok serce moc­niej mi zabiło. To ja mia­łem zna­leźć się w jed­nym z naj­gło­śniej­szych new­sów dzi­siej­szych wia­do­mo­ści. "Komin" zro­bi­łem z drewna, po to, żeby przy­rządy i bramki czułe na metal go nie wykryły. Stru­ga­łem go dwa tygo­dnie z deski ste­laża, na któ­rym spa­łem. Sta­ran­nie wyko­na­łem wszyst­kie napisy i detale, nawier­ci­łem otwór wylo­towy lufy. Okop­ci­łem na czarno pod­pa­loną gumą z pode­szwy wię­zien­nego laczka. Posma­ro­wa­łem cienką war­stwą mar­ga­ryny, żeby nadać mu lekki połysk imi­tu­jący metal. Był gotowy. Teraz w sno­pie świa­tła wpa­da­ją­cego do celi z latarni świe­cą­cej za zakra­to­wa­nym oknem z dumą przy­glą­da­łem się swo­jemu dziełu. Wyglą­dał bar­dzo natu­ral­nie i groź­nie.

Naj­więk­szym ryzy­kiem całej akcji było to, że atrapa, nawet naj­do­sko­nal­sza, choć była tylko atrapą, w pełni uza­sad­niała uży­cie broni przez poli­cję. Nie mogłem liczyć na pół­środki, przy­sta­wia­jąc sędziemu pisto­let do głowy. Musia­łem być zde­cy­do­wany i w stu pro­cen­tach wia­ry­godny. Łudzi­łem się, że szok i zamie­sza­nie, które nie­wąt­pli­wie powstaną, będą dzia­łały na moją korzyść.

Pocze­ka­łem do godziny pią­tej. Wsta­łem. Ogo­li­łem się, przy­go­to­wa­łem wszyst­kie rze­czy. Wzią­łem z sobą różne akta mojej sprawy. Nie były mi potrzebne, ale wie­dzia­łem, że pod­czas prze­szu­ka­nia zajmą uwagę kla­wi­sza, ponie­waż będzie musiał je prze­kart­ko­wać, żeby spraw­dzić, czy nie ma grypsu. Chcia­łem dać mu jak naj­wię­cej zajęć, by mak­sy­mal­nie odcią­gnąć go od szcze­gó­ło­wego prze­szu­ka­nia mnie. Ze spodni piżamy wyją­łem gumkę.

Przy drzwiach stała kula orto­pe­dyczna, którą poży­czy­łem od kolegi z innej celi. Byłem tydzień wcze­śniej u leka­rza i symu­lo­wa­łem uraz nogi, w któ­rej mam trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trową szynę, pamiątkę po wypadku samo­cho­do­wym. Co prawda lekarz żad­nego sprzętu orto­pe­dycz­nego mi nie zapi­sał, ale liczy­łem, że kla­wisz tego nie spraw­dzi, a poru­sza­nie się o kuli mogłoby uśpić czuj­ność kon­wo­jen­tów.

Wszystko było gotowe. Serce biło mi coraz moc­niej. Sta­ra­łem się nie myśleć, co może się wyda­rzyć, bo to tylko pod­no­siło ciśnie­nie, a ono nie sprzy­jało podej­mo­wa­niu traf­nych decy­zji. Wie­dzia­łem o tym z doświad­cze­nia. Od mało­lata uczy­łem się pano­wa­nia nad emo­cjami w sytu­acjach pod­bram­ko­wych.

Gumką od piżamy prze­pa­sa­łem goły tors na wyso­ko­ści klatki pier­sio­wej. Z przodu za nią wci­sną­łem pisto­let. Z obser­wa­cji wiem, że kla­wi­sze zazwy­czaj w tym miej­scu ni­gdy nie prze­szu­kują. Jed­nak wszystko, co miało dzi­siaj się stać, było lote­rią. Było lato, dla­tego nie mogłem zało­żyć na sie­bie zbyt dużo ciu­chów, żeby zama­sko­wać pisto­let, bo to byłoby podej­rzane. Pod­ko­szu­lek i cienki swe­te­rek to był maks.

Doświad­czeni kla­wi­sze wie­dzieli, że zło­dzieje ubie­rali się na cebulkę z dwóch powo­dów - albo żeby coś ukryć, albo żeby się prę­żyć w sądzie przed uko­chaną sie­dzącą na widowni. Byłem jesz­cze młody, liczy­łem więc, że zali­czy mnie do tej dru­giej kate­go­rii.

Byłem gotowy. Wszy­scy w celi jesz­cze spali. Kilka minut po szó­stej trza­snęły zasuwy odry­glo­wy­wa­nej furty. Zła­pa­łem głę­boki oddech. Drzwi się otwo­rzyły i ku mojemu nie­za­do­wo­le­niu zoba­czy­łem, że stoi w nich "Funia", kla­wisz regu­la­mi­no­wiec. Zaczyna się nie­we­soło, pomy­śla­łem. Kiedy zoba­czył, że pod­pie­ram się na kuli, z miej­sca zapy­tał, czy mam na nią pozwo­le­nie. Skła­ma­łem, że tak. Zmie­rzył mnie nie­uf­nym wzro­kiem. Wie­dzia­łem, że to spraw­dzi.

- Wychodź - powie­dział.

Prze­kro­czy­łem próg celi. Gdyby wtedy ktoś mi powie­dział, jak to wszystko dalej się poto­czy, ni­gdy bym nie uwie­rzył...

Część 1. Dobry dom w "małej Moskwie"

Część 1

Dobry dom w "małej Moskwie"

MAR­CIN KLIM­KOW­SKI: Ile pan ma lat, panie Pawle?

PAWEŁ CWY­NAR: Czter­dzie­ści sie­dem (śmiech). Zaczyna się prze­słu­cha­nie?

Tro­chę tak, ale chyba kilka już w swoim życiu prze­ży­łeś?

Wię­cej niż kilka, nie wiem, czy na szczę­ście, ale więk­szość pamię­tam.

Wró­cimy do nich. Uro­dzi­łeś się w Legnicy, sta­rym pia­stow­skim gro­dzie. To było spe­cy­ficzne mia­sto w cza­sach Peerelu.

Pamię­tam rodzinne mia­sto bar­dzo dobrze. Po pierw­sze, zawsze było ładne, zabyt­kowe. Po dru­gie, jed­nak zruj­no­wane. Całe dzie­ciń­stwo har­co­wa­li­śmy w ruinach. Wyko­py­wa­li­śmy nie­wy­bu­chy, broń, amu­ni­cję i mnó­stwo kości, bawi­li­śmy się bro­nią bez jakie­go­kol­wiek nad­zoru, deto­no­wa­li­śmy ją w ogni­skach. Dzi­siaj dzi­wię się, że w ogóle żyję, bo nie wszyst­kim się udało. Zresztą nie tylko z tego powodu się dzi­wię, ale o tym potem.

A Rosja­nie? Legnica to była "mała Moskwa".

Tak, to było jedyne takie miej­sce w Pol­sce. Rosjan, czy, jak ich nazy­wa­li­śmy, "Ruskich", było kil­ka­dzie­siąt tysięcy. Dla mnie ich obec­ność była zupeł­nie nor­malna, bo innego świata nie zna­łem. Dopiero potem, po latach, dowie­dzia­łem się, że nie wszę­dzie to tak wyglą­dało. Legnica była podzie­lona na strefy. Były zony nie­do­stępne dla nas, Pola­ków, w któ­rych sta­cjo­no­wali żoł­nie­rze. Oczy­wi­ście nie­do­stępne dla doro­słych, ale my, dzie­ciaki i mło­dzież, nie zwra­ca­li­śmy na to uwagi. Jeśli dzie­ciak znał rosyj­ski, mógł wejść do zony na przy­kład po cukierki.

W tej "małej Moskwie" miesz­kali różni Polacy - były śro­do­wi­ska pato­lo­giczne i przy­zwo­ici, nor­malni ludzie. Ty z jakiego domu pocho­dzisz?

Z tak zwa­nego przy­zwo­itego. W moim odczu­ciu ozna­cza to pro­ste rze­czy: było co jeść, był kawa­łek cha­ba­niny raz na jakiś czas. Nawa­lony ojciec nie tłu­cze matki i innych dookoła, wszy­scy mają pracę, czuje się cie­pło i bez­pie­czeń­stwo.

To nie­wiel­kie wyma­ga­nia co do "dobrego domu"...

Wiesz, naoglą­da­łem się potem przez całe życie złych domów, dla­tego wła­śnie tak to widzę. Mój ojciec pra­co­wał na kolei, wcze­śniej chwy­tał się róż­nych prac, jak to za komuny, ale naj­bar­dziej zapa­mię­ta­łem go wła­śnie jako kole­ja­rza. Przy­cho­dził w kole­jar­skim płasz­czu, w czapce; jako dzie­ciak czu­łem przed tym "mun­du­rem" respekt. Patrząc na niego, odczu­wa­łem ogromną dumę. Miał długi czarny płaszcz, sze­roki pas i czapkę z orzeł­kiem, wyglą­dał tro­chę monu­men­tal­nie i dys­tyn­go­wa­nie. Wyobra­ża­łem sobie, że jest kimś waż­nym, i to mi impo­no­wało. Pew­nie nie był, ale ja go wła­śnie tak odbie­ra­łem.

A mama?

Mama pra­co­wała w Naro­do­wym Banku Pol­skim, więc też - jak na tamte czasy - było to zaję­cie pre­sti­żowe. Oboje byli sza­no­wani, mama nawet bar­dziej. Pra­co­wała w banku trzy­dzie­ści lat. Prze­świe­tlono ją z każ­dej strony, musiała być kry­sta­licz­nie uczciwa. Dopiero przeze mnie zaczęła mieć kło­poty.

A dal­sza rodzina?

Mój dzia­dek był peere­low­skim przed­się­biorcą. To nie miało nic wspól­nego z dzi­siej­szym rozu­mie­niem tego słowa. Był "czło­wie­kiem orkie­strą", ukła­dał par­kiety, robił insta­la­cje sani­tarne, hydrau­likę. Bab­cia była córką soł­tysa, to też tak zwana dobra par­tia. A cio­cia pra­co­wała w fir­mie jako asy­stentka, ale była świa­tową kobietą, przy­naj­mniej w moim odczu­ciu, bo dużo czy­tała, dużo opo­wia­dała i prze­żyła sytu­acje, które dzia­łały mi na wyobraź­nię. Moi rodzice pro­wa­dzili dom otwarty, przy­ja­zny, czę­sto odwie­dzali ich zna­jomi. Mie­li­śmy kilka psów i kotów, które wcho­dziły i wycho­dziły, kiedy chciały. Mimo że miesz­ka­li­śmy na par­te­rze, ni­gdy nie zamy­ka­li­śmy drzwi. To były inne czasy, nie było tylu świ­rów i wyko­le­jeń­ców co teraz. Każdy o każ­dym wszystko wie­dział, mimo że nie było inter­netu. Pano­wała zdrow­sza atmos­fera mię­dzy­są­siedzka.

A samo miesz­ka­nie? Klitka w bloku?

W żad­nym wypadku, to było miesz­ka­nie stu­trzy­dzie­sto­me­trowe, w pięk­nej kamie­nicy. Wie­lo­po­ko­jowe, ładne i cie­płe. Ja i sio­stra mie­li­śmy oddzielne pokoje, co w tam­tych cza­sach nie było oczy­wi­ste, a wręcz rzad­kie. Bab­cia zaj­mo­wała się kra­wiec­twem, a więc co chwilę ktoś do nas przy­cho­dził. Pamię­tam te roz­mowy doro­słych, her­batki, cia­steczka. Miesz­ka­li­śmy na kupie, jak to wtedy, ale każde z nas miało swoją prze­strzeń. Moja sio­stra, dzi­siaj jest kate­chetką, kiedy byli­śmy dziećmi, była ze mną bli­sko, ale potem nasze sto­sunki się roz­luź­niły, ze względu na to, jaką wybra­łem drogę. Teraz mamy bar­dzo dobry kon­takt, jest świet­nie wyedu­ko­wana, jest dumą rodziny. W naszym miesz­ka­niu było trzy­na­ście okien, a do sufitu trzy i pół metra, aby utrzy­mać w nim względną tem­pe­ra­turę, musie­li­śmy palić w pię­ciu pie­cach. Od dziecka tasz­czy­łem wia­dra węgla z piw­nicy. Dla odmiany wszy­scy Ruscy miesz­ka­jący w takich samych kamie­ni­cach mieli cen­tralne ogrze­wa­nie opa­lane naszym pol­skim kok­sem i węglem za darmo. Wszyst­kie ich miesz­ka­nia były wyre­mon­to­wane pol­skimi mate­ria­łami za darmo, w każ­dym był tele­fon.

Ojciec nie pró­bo­wał zawró­cić cię z drogi ku prze­pa­ści, bo na taką drogę wsze­dłeś.

Zmarł w 1993 roku. Prawdę mówiąc, mia­łem z nim średni kon­takt. Nie był dla mnie zły czy surowy, ale rodzina miesz­kała na kupie, ojciec musiał więc miesz­kać ze swo­imi teściami, co zawsze go jakoś uwie­rało. Miał dwóch braci w War­sza­wie, skąd pocho­dził, i czę­sto ich odwie­dzał. To byli mocni, rze­telni faceci, któ­rzy nie odsta­wiają nogi, twarde chłopy na swo­ich uli­cach. Ojciec wyby­wał z domu, co umoż­li­wiała mu zresztą praca na kolei. A ja byłem z mamą, dziad­kami, dla­tego nie mia­łem z ojcem kon­taktu emo­cjo­nal­nego. To były inne czasy, ojciec był twardy, ale nie obry­wa­łem od niego zbyt czę­sto, choć parę razy się nale­żało. Pamię­tam, jak w swoim pokoju strze­li­łem w nocy z pisto­letu gazo­wego, wtedy dosta­łem porządny łomot. Ale ojca raczej nie było. Kiedy byłem dziec­kiem, zabie­rał mnie na ryby, grzyby i cza­sami na spa­cery. Uczył twar­dego męskiego życia, ale to nie trwało długo. Zasady były jasne, kiedy coś zro­bi­łem dobrze, pokle­pał po ple­cach, kiedy naroz­ra­bia­łem, co zda­rzało się czę­ściej, obry­wa­łem. Ojciec rzadko był w domu, bo jak nie pra­co­wał, to wyby­wał do zna­jo­mych. Życie z teściami pod jed­nym dachem było dla niego tok­syczne.

Gdy­byś miał to dzie­ciń­stwo spiąć jakimś krót­kim opi­sem...?

To powie­dział­bym, że było szczę­śliwe. Ojca czę­sto nie było, to prawda, mama też bar­dzo ciężko pra­co­wała, także wie­czo­rami, ale byli dziad­ko­wie, zwie­rzęta, cie­pło domowe. Niczego nie bra­ko­wało, było bez­piecz­nie i dobrze. Alko­holu prak­tycz­nie nikt nie pił, co w tam­tych cza­sach było ewe­ne­men­tem. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby ktoś pił - dziad­ko­wie czy mama. Tato pił, ale z braćmi, na wyjaz­dach, ja tego nie widzia­łem. Oni w ogóle mieli bar­dzo mocne głowy, tata i jego bra­cia, zresztą ja też taką potem mia­łem, co oka­zało się dla mnie zgubne. Pół litra to była roz­grzewka...

Ale dla­czego potem stało się to pro­ble­mem?

No bo nie mia­łem z kim gadać! Ja byłem trzeźwy, a kum­ple pijani. Poza tym ci, któ­rzy wypi­jali cztery piwa i mieli dość, na drugi dzień docho­dzili do sie­bie. A ja, po litrze albo pół­tora wódki byłem fizycz­nie zde­mo­lo­wany.

Czyli wzor­ców prze­stęp­czych ani pijac­kich z domu nie wynio­słeś?

W żad­nym wypadku, cho­ciaż pić zaczą­łem dość wcze­śnie. Wtedy nie było nar­ko­ty­ków, a alko­hol był jedy­nym spo­so­bem poka­za­nia, że jest się doro­słym. Ojciec, choć pił rzadko, też był dla mnie pod tym wzglę­dem jakimś wzo­rem. Mógł dużo wypić, ale był inte­li­gentny, sza­no­wany, nie roz­ra­biał. To wytwo­rzyło jakiś wzo­rzec. Skąd alko­hol? Trudno to jed­no­znacz­nie stwier­dzić, w domu rodzin­nym pijań­stwa jako takiego nie było. Dokład­niej mówiąc, ni­gdy nikt nie pił w domu alko­holu, ale ojciec cza­sami przy­cho­dził pijany. A ponie­waż był dla mnie auto­ry­te­tem, to też z pew­no­ścią wywarło na mnie nega­tywny wpływ.

Co masz na myśli, mówiąc, że był inte­li­gentny?

Róż­nił się od ojców moich kole­gów. Bar­dzo dużo czy­tał, wiele wie­dział. Od dziecka kazał mi czy­tać, a potem już nie musiał kazać, bo sam czy­tałem. Pamię­tam, jak wysy­łał mnie do biblio­teki po książki, a kiedy biblio­te­karka mówiła, że tato więk­szość rze­czy już prze­czy­tał, byłem bar­dzo zafa­scy­no­wany. Ni­gdy nie prze­sta­łem czy­tać, nawet w wię­zie­niu, nawet jak już zosta­łem prze­stępcą, jak wsze­dłem w praw­dziwą gang­sterkę. Ojciec potra­fił się wysło­wić, ład­nie pisał, w towa­rzy­stwie miał posłuch, ponie­waż rze­czowo argu­men­to­wał.

Ty byłeś gang­ste­rem inte­lek­tu­ali­stą?

To za dużo powie­dziane, ale na pewno w domu nasiąk­ną­łem upodo­ba­niem do czy­ta­nia. Pod­bie­ra­łem ojcu książki - histo­ryczne, filo­zo­ficzne, powie­ści, kry­mi­nały - i czy­ta­łem je w pokoju przy lampce, co oczy­wi­ście było zabro­nione, bo musia­łem być wyspany do szkoły. Ojciec był też uzdol­niony muzycz­nie, prze­pięk­nie grał na skrzyp­cach, ale potem z tego zre­zy­gno­wał ze względu na pracę. Jak­kol­wiek dziw­nie to zabrzmi, bio­rąc pod uwagę jego pracę, miał arty­styczną duszę, którą czę­ściowo po nim odzie­dzi­czy­łem.

Pochła­nia­łeś wszystko jak leci?

Na początku nie, bo mama dawała mi książki nie­od­po­wied­nie dla mojego wieku i kazała je czy­tać. Część tych "hitów" jej i jej kole­ża­nek to były "flaki z ole­jem", ale dzięki temu oswo­iłem się z czy­ta­niem. Zmu­szany w dzie­ciń­stwie do czy­ta­nia poważ­niej­szych rze­czy, kiedy doro­słem, umia­łem już sam wybie­rać lek­tury. To zresztą miało też inne skutki, potra­fi­łem się wysło­wić ponad swój wiek, argu­men­to­wać logicz­nie, dys­ku­to­wać, mia­łem duży zasób słów.

Na co zmarł twój tata?

To było dziwne. Co prawda nie pił tak, jak ludzie pili w cza­sach komuny, czyli non stop. Raz na jakiś czas robił imprezę ze swo­imi braćmi, pod­czas któ­rej było ostro. Ale wresz­cie doszedł do wnio­sku, że koniec z tym, posta­no­wił więc prze­stać, chciał się zmie­nić. Tylko że ja wów­czas byłem już albo w wię­zie­niu, albo poszu­ki­wany przez poli­cję za poważne prze­stęp­stwa, nie było mnie. Kie­dyś poje­chał na wczasy, takie rege­ne­ra­cyjne, które miały sta­no­wić począ­tek "nowego życia", a ja nie mogłem się z nim spo­tkać ani wcze­śniej, ani póź­niej. O tym, że zmarł, w sumie młodo, dowie­dzia­łem się od osób trze­cich. Nawet nie mogłem być na pogrze­bie. On był już innym czło­wie­kiem, ale i ja byłem innym czło­wie­kiem. Z wielu powo­dów nie spo­tka­li­śmy się przez ostat­nie lata jego życia.

Cmen­tarz był obsta­wiony przez poli­cję, która już wtedy inten­syw­nie poszu­ki­wała mnie za poważne prze­stęp­stwa. Tydzień przed śmier­cią ojca poli­cja trzy razy mnie ści­gała, pod­czas jed­nego pościgu strze­lano do mnie, drugi zakoń­czył się tym, że od dzie­sią­tej rano do dwu­dzie­stej trze­ciej sie­dzia­łem w jezio­rze ukryty w trzci­nach. Pamię­tam, że potem jesz­cze tydzień śmier­dzia­łem mułem. Za trze­cim razem auto, któ­rym jecha­łem, zostało zablo­ko­wane na ulicy jed­no­kie­run­ko­wej, poli­cjanci wysko­czyli z cywil­nego polo­neza, pod­bie­gli do bmw, w któ­rym sie­dzia­łem, nie mogąc dostać się do środka, poprze­bi­jali nożami opony. Ucie­kli­śmy na fel­gach. Moje foto­gra­fie były w gaze­tach, a w radiu powta­rzano ostrze­że­nia przede mną. Byłem pod moc­nym ostrza­łem, musia­łem wyje­chać do Wro­cła­wia, gdzie ukry­wa­łem się ze wspól­ni­kiem poszu­ki­wa­nym za usi­ło­wa­nie zabój­stwa.

Za to, że psy obsta­wiły cmen­tarz pod­czas pogrzebu ojca, zadzwo­ni­łem na poli­cję, do śled­czych, któ­rych zna­łem od dziecka. Powie­dzia­łem, że temu, który pierw­szy do mnie dobie­gnie pod­czas pościgu, sprze­dam kosę. Pamię­tam jak dziś, że wtedy tam­ten poli­cjant powie­dział: "Paweł, nie wygłu­piaj się, staw się na komi­sa­riat, nawet z adwo­ka­tem. Musimy cię ganiać, bo dosta­jemy od (sta­rego) po dupie, bo w Legnicy są napady, a ty jesteś typo­wany jako pierw­szy".

To, że nie pocho­wa­łeś ojca, to była dla cie­bie jakaś trauma?

Wtedy tego tak nie czu­łem, ale dziś wiem, że tak. O wszyst­kim dowie­dzia­łem się z rela­cji sio­stry, ale nie roz­ma­wia­łem z ojcem przez wiele lat. Jako szes­na­sto­la­tek byłem już prze­stępcą, on tego nie akcep­to­wał. Latami nie roz­ma­wia­li­śmy.

A listy?

No wła­śnie nie. Mogli­śmy to robić, ale ja już wtedy widzia­łem sie­bie jako Dona Cor­le­one. Listy? Listy są dla bab, nie dla gang­ste­rów. A ja chcia­łem być gang­ste­rem, nie pisa­łem więc listów do ojca ani w ogóle do nikogo z rodziny. Ojciec prze­stał być dla mnie auto­ry­te­tem, któ­rym był, gdy byłem dziec­kiem. Jako nasto­la­tek byłem już zapa­trzony w ban­dy­tów przez duże "B", z wię­zie­nia, z ulicy i z fil­mów. Wystę­po­wa­łem w innych zawo­dach, a ojca uwa­ża­łem za faceta, który nic nie rozu­mie i któ­rego nie chciał­bym słu­chać.

Kłó­ci­li­ście się?

Nie, nie było nawet potrzeby. Po pro­stu już nie mie­li­śmy ze sobą nic wspól­nego. Po pierw­szym wyroku ode­brał mnie z wię­zie­nia. Jecha­li­śmy do domu zupeł­nie jak obcy ludzie, chyba nawet nie ode­zwa­li­śmy się do sie­bie sło­wem. Ja mia­łem taki pomysł na sie­bie, żeby zostać gang­ste­rem, on tego nie akcep­to­wał. Więź emo­cjo­nalna została kom­plet­nie zerwana.

Nie uprze­dzajmy fak­tów, wróćmy do "małej Moskwy", czyli Legnicy.

Ruscy - ina­czej ich nie nazy­wa­li­śmy - byli wszę­dzie. Ale ja ich lubi­łem. Byli do nas podobni, czu­li­śmy to jako dzie­ciaki, ja tak czu­łem. Oni mieli wieczny pro­blem - zawsze byli przez kogoś cie­mię­żeni: przez komu­ni­stów, wcze­śniej przez carat, są do tego przy­zwy­cza­jeni. Ale na pozio­mie zwy­kłych ludzi są do nas bar­dzo podobni. Usiąść z Ruskim przy stole to jak usiąść z Pola­kiem. Jako dzieci niczym się nie róż­ni­li­śmy. Oni mieli swoje KGB, GRU, a my UB, SB. Był wyraźny podział mię­dzy lud­no­ścią cywilną a kadrą zarzą­dza­jącą. W naszym pol­skim spo­łe­czeń­stwie prze­cież było tak samo. Nie należy zapo­mi­nać, że Rosja skła­dała się wtedy z wielu repu­blik i naro­do­wo­ści. Dla nas wszy­scy oni byli Ruskimi, ale prze­cież wśród nich byli Tata­rzy, Ingu­sze, Litwini, Ukra­ińcy, Kaza­cho­wie, Ormia­nie, Aze­ro­wie, Cze­czeni, Tata­rzy, Basz­ki­rzy, mnó­stwo grup etnicz­nych, reli­gii itd. Wszy­scy jakoś się doga­dy­wa­li­śmy.

Nie trak­to­wa­li­ście ich jako najeźdź­ców? Nie mówiło się o tym?

Nie, dopiero potem, po latach, nabra­łem świa­do­mo­ści, o co cho­dziło, ale jako dzieci w ogóle o tym nie wie­dzie­li­śmy. Bawi­li­śmy się razem na podwór­kach. Młode kacapy - tak też o nich mówi­li­śmy - na swój spo­sób nam impo­no­wały. Byli bar­dzo wyspor­to­wani. Nie było wśród nich mię­cza­ków. Nie kapo­wali, nie robili afery z bójki, zno­sili wszystko twardo, tro­chę jak Polacy.

To były dzieci woj­sko­wych?

Wszy­scy, innych nie było. Byli zdy­scy­pli­no­wani, nasiąk­nięci woj­sko­wym dry­lem. A ja, prze­by­wa­jąc z nimi, też tym nasią­kłem. Mieli swoje zasady, byli posłuszni ojcom, po domach wszę­dzie walały się han­tle i przy­rządy do ćwi­czeń. To mi wów­czas impo­no­wało. Wbrew pozo­rom nie było w tych domach pato­lo­gii, dzia­do­stwa. Bar­dzo mi się to podo­bało.

A wódka?

Woj­skowi, rodzice moich kum­pli z podwórka, pili, ale z umia­rem. To zna­czy pili dużo, codzien­nie nawet, ale tak, żeby rano iść do pracy. Mieli za dużo do stra­ce­nia, bo Legnica była dla nich nie­sa­mo­wi­tym miej­scem, lep­szym niż ojczy­zna. Nawet jak pili, to się kon­tro­lo­wali. Zresztą już po latach nauczyli mnie pić.

Jak to nauczyli?

Rosja­nie piją w spe­cy­ficzny spo­sób. Bar­dzo dużo, bar­dzo długo, ale - ja to tak nazy­wam - mądrze. Z nimi nie ma gada­nia głu­pot, świ­ro­wa­nia. Jak ktoś roz­ra­bia, dostaje w łeb i jest po nim. Trzeba się kon­tro­lo­wać. Rosja­nie piją ina­czej niż Polacy, a dowie­dzia­łem się tego po latach, kiedy byłem w Rosji, już jako ban­dyta w prze­stęp­czych inte­re­sach, no i piłem z ludźmi, któ­rych pozna­łem jesz­cze w Legnicy. Prze­kra­cza­nie gra­nic, przy­sta­wia­nie się do żon albo robie­nie roz­rób jest duszone w zarodku. Dostaje się po pro­stu w cym­bał i jest po spra­wie, nie tak jak u nas, że docho­dzi do awan­tur, które się wymy­kają spod kon­troli.

Nie wie­dzia­łem, że Rosja­nie piją spo­koj­nie!

Tak, bo przy stole kon­tro­lują się nawza­jem. Jeśli komuś odbija, dostaje szajby, zostaje bru­tal­nie uspo­ko­jony. Można tań­czyć, śpie­wać, robić różne rze­czy, ale kiedy ktoś zaczyna roz­ra­biać, ma prze­rą­bane. Jeśli jedna osoba nie da mu rady, to dadzą dwie albo trzy. I wszystko się uspo­kaja. Zwią­zek Radziecki skła­dał się z wielu pod­po­rząd­ko­wa­nych naro­dów o bar­dzo zróż­ni­co­wa­nych kul­tu­rach. Ludzie z dale­kiej pół­nocy lub innych odle­głych zakąt­ków tego naj­więk­szego na świe­cie pań­stwa byli w pew­nym sen­sie dzicy. W wielu miej­scach nie było sądów, mili­cji, admi­ni­stra­cji, tylko lasy i stepy. Ludzie ci byli więc zmu­szeni do prze­strze­ga­nia wła­snych usta­lo­nych wewnętrz­nie kodek­sów.

Tak było w Legnicy?

Dokład­nie tak. Pijani Polacy roz­ra­biali, jeden kop­nął śmiet­nik, drugi rzu­cił butelką. Po alko­holu sta­wali się agre­sywni. A Ruscy, cho­ciaż pili ostro, byli uspo­ka­jani przez swo­ich. Nie roz­ra­biali, choć bywali nie­przy­tomni. Nikt się ich nie bał. Picie Ruskich przy­po­mi­nało mi picie Pola­ków, ale z daw­nych lat. Wtedy, kiedy jesz­cze pano­wały na uli­cach zasady rodem z sub­kul­tur wię­zien­nych. Zasady Ruskich w więk­szo­ści brały się ze zwy­cza­jów panu­ją­cych w danym regio­nie czy repu­blice, ale to też było dobre. Nie wolno zapo­mi­nać, że dla nich Legnica to było Eldo­rado, dla­tego też sta­rali się pil­no­wać, bo za byle wychyłę lądo­wali na Sybe­rii. Chlali, ale roz­ra­biali umiar­ko­wa­nie, bo mia­sto było naszpi­ko­wane KGB i zwy­kłymi patro­lami.

Nawet mło­dzi ludzie?

No wła­śnie nie. Pijani ojco­wie nie bili swo­ich synów, nie wyży­wali się na żonach, tego nie robili. A u Pola­ków to była norma. Ja od dziecka musia­łem być twardy. Ojciec był w pracy, więc ja po szkole szwen­da­łem się z Ruskimi, cho­dzi­łem z nimi po podwór­kach, do bani, widzia­łem, jak żyją. W tych sau­nach pili spi­ry­tus puł­kow­nicy i gene­ra­ło­wie, jedli i bawili się, ale ni­gdy nie byli wobec nas agre­sywni, nie wyży­wali się. Trak­to­wali nas raczej jak powie­trze albo nawet przy­jaź­nie, bo my, łebki, nie sta­no­wi­li­śmy dla nich żad­nego zagro­że­nia. To oczy­wi­ście był w pew­nym sen­sie obraz wykrzy­wiony. Ruscy miesz­ka­jący w Pol­sce byli kadrą wyse­lek­cjo­no­waną i musieli się dobrze zacho­wy­wać, bo jak nie, to pako­wali manatki i Kam­czatka. Nie o to cho­dzi, że ich glo­ry­fi­kuję, w żad­nym wypadku, ale tak wtedy wyglą­dała nasza rze­czy­wi­stość. W szkole uczono, że Rosja­nie byli wyzwo­li­cie­lami. W rosyj­skich szko­łach uczono tego samego. Ich kadra, która sta­cjo­no­wała w Legnicy, była fasa­dowa i taki obraz został mi w pamięci.

Znasz język?

Oczy­wi­ście. I to tak, że Rosja­nin nie pozna, że jestem Pola­kiem. Mam bogate słow­nic­two, znam blu­zgi, slang, wszystko. Nauczy­łem się tego w Legnicy, na ulicy. W szkole zna­łem język lepiej od nauczy­cielki. Jedna nawet wzięła mnie kie­dyś na bok i popro­siła, żebym jej nie popra­wiał, bo jest jej wstyd przed klasą. Już wię­cej tego nie robi­łem.

Pamię­tasz jakichś cha­rak­te­ry­stycz­nych ludzi?

Mia­łem wśród nich mnó­stwo przy­ja­ciół, z nie­któ­rymi utrzy­muję kon­takt do dziś. Mógł­bym sypać imio­nami, bo pozna­łem ich naprawdę wielu. To dla­tego, że byłem odważny i bojowy. Nie bałem się Ruskich, w prze­ci­wień­stwie do moich pol­skich kole­gów, któ­rzy czuli przed nimi lęk. Nam wpa­jano, że Rosja­nie to boha­te­ro­wie, więk­szy brat, spor­towcy i siła­cze. Ow­szem, po czę­ści to była prawda, nie­mal w każ­dym ich domu były sprzęty do ćwi­czeń. Ale ja odkry­łem też drugą prawdę, że oni sza­nują ludzi, któ­rzy potra­fią się posta­wić. Dla­tego moje przy­jaź­nie z nimi i sza­cu­nek, jaki sobie zaskar­bi­łem, były zazwy­czaj poprze­dzone bój­kami. I to sta­ra­łem się prze­ka­zać moim pol­skim kole­gom i przy­ja­cio­łom. W póź­niej­szych latach, kiedy byłem już prze­stępcą i mia­łem do czy­nie­nia z rosyj­sko­ję­zycz­nymi gru­pami, ta wie­dza bar­dzo mi pomo­gła. Oni szybko potra­fili wyczuć, że ktoś pod­kula ogon, i wtedy to wyko­rzy­sty­wali. W ich śro­do­wi­sku nie­do­brze postrze­gane jest pysko­wa­nie. Facet powie raz i działa.

Dla­czego się nie bałeś?

Nie wiem, taki cha­rak­ter, zresztą ni­gdy przez całe życie się nie bałem ani w wię­zie­niu, ani pod­czas gang­ster­skiej dzia­łal­no­ści. Nie myśla­łem o zagro­że­niach albo je lek­ce­wa­ży­łem. W Legnicy jako dzie­ciak nauczy­łem się nazwisk rosyj­skich gene­ra­łów i puł­kow­ni­ków, a Rosja­nie panicz­nie bali się prze­ło­żo­nych. Wcho­dzi­łem więc do ich zony, strefy kom­plet­nie zaka­za­nej, poda­jąc jako swoje nazwi­sko jakiejś wysoko posta­wio­nej osoby, na przy­kład ojca Jury, mojego kum­pla. "Juri­now" - mówi­łem, a straż­nicy sta­wali na bacz­ność i mnie prze­pusz­czali. Robi­łem takie numery nie w jakimś kon­kret­nym celu, ale żeby się spraw­dzić i popi­sać. Młody czło­wiek jest cza­sami za głupi na strach. Naj­pierw działa, potem myśli.

Nie chcia­łeś cze­goś osią­gnąć?

Ani wtedy, ani potem. Robi­łem to dla dresz­czyku emo­cji. Kie­dyś poda­łem się za syna jakie­goś puł­kow­nika i powie­dzia­łem żoł­nie­rzom, żeby prze­wieźli do mojej szkoły stół do ping-ponga. Jako kom­pletny szczyl. Ruski żoł­nierz zadzwo­nił po sze­re­go­wych i powie­dział im, że mają zawieźć stół tam, gdzie ja im każę. No i tak - odwagą i bez­czel­no­ścią - wyrwa­łem od nich ten stół. Takich bra­wu­ro­wych akcji robi­łem zresztą wię­cej, a po każ­dej sta­wa­łem się coraz odważ­niej­szy. Po pew­nym cza­sie mia­łem sta­lowe nerwy, nie było na mnie moc­nych, co zresztą prze­ło­żyło się na moją postawę, kiedy już zosta­łem prze­stępcą. Jak każdy odczu­wa­łem cza­sami lęk, ale od naj­młod­szych lat uczy­łem się nad nim pano­wać.

W sumie piękna mło­dość...

Jak naj­bar­dziej, wcho­dzi­łem, gdzie chcia­łem, robi­łem, co chcia­łem, byłem uwa­żany za kozaka i lubi­łem, że tak mnie postrze­gają. Mia­łem ruskich moc­nych kum­pli i bar­dzo dużo mogłem. Trak­to­wali mnie jak swo­jego, co mi impo­no­wało i podo­bało mi się.

A rodzice? Nie wście­kali się na cie­bie?

W Legnicy Ruscy i Polacy żyli obok sie­bie, w sym­bio­zie. Blok pol­ski, blok ruski, wszystko było razem i rodzice nie zaka­zy­wali nam kon­taktu. A nawet gdyby zaka­zy­wali, to od pew­nego momentu już bym ich nie słu­chał. Część mia­sta była ogro­dzona dru­tem kol­cza­stym i straż­ni­cami, ale i tam mia­łem wstęp. Naj­śmiesz­niej­sze jest to, że kiedy ramię w ramię z ruskimi kum­plami prze­pro­wa­dza­li­śmy jakieś ataki, to naj­czę­ściej na Ruskich.

Rosja­nie mieli lepiej od Pola­ków?

Zde­cy­do­wa­nie. Wszystko mieli za darmo, za wszystko pła­ciło pol­skie pań­stwo. Mieli talony na żyw­ność i na inne rze­czy. I my z nimi han­dlo­wa­li­śmy albo nawet oni nam dawali pewne rze­czy, bo nie byli w sta­nie ich prze­jeść. Jajka, kieł­basę - bra­łem od nich talony, kupo­wa­łem, co chcia­łem, w ruskich skle­pach, no i zano­si­łem do domu albo roz­da­wa­łem. Rosja­nie, gdyby kupo­wali za pie­nią­dze, toby je pew­nie gro­ma­dzili, oszczę­dzali. Ale wszystko mieli "pa tało­nam", na talony, więc je nam dawali. A mnie - do któ­rego mieli zaufa­nie i któ­rego trak­to­wali jak swo­jaka - to już w ogóle.

Lubi­łeś jakieś spe­cy­ficzne rze­czy u Rosjan?

Sło­dy­cze, pyszne i w nie­ogra­ni­czo­nej ilo­ści. A to były lata osiem­dzie­siąte, kiedy w skle­pach nie było dosłow­nie nic. Dobrze się z Ruskimi żyło.

A prze­stęp­czość? Mówiło się, że han­del z Rosja­nami kwitł, że można było w Legnicy wszystko zała­twić, łącz­nie z bro­nią.

Oczy­wi­ście. Prze­stęp­czość to może za duże słowo, ale szwin­dle i szmu­giel były na porządku dzien­nym. Ruscy głów­nie sprze­da­wali żyw­ność, prze­rzu­cali ją przez płoty i mury, a Polacy dawali im w zamian jakieś "świersz­czyki" a la porno, wtedy praw­dzi­wego porno jesz­cze nie było. Albo takie rze­czy z rynku: pla­sti­kowe rze­czy, fajans, takie tam. Dla nas to było nic, ale w takim Kazach­sta­nie to było nie­spo­ty­kane. Oni pła­cili za te gów­niane rze­czy zło­tem, pier­ścion­kami, łań­cusz­kami, kol­czy­kami. Wymie­niali złoto za badzie­wie. Nie­któ­rzy z nich przy­jeż­dżali pro­sto ze ste­pów, byli mało cywi­li­zo­wani, ale złoto mieli. Legnica w swoim cza­sie była naj­więk­szym ryn­kiem złota w Pol­sce. Dopóki nie zmą­drzeli, można było je wyrwać za gro­sze. Do tego bar­dzo dobrze funk­cjo­no­wał rynek oszu­stów na waj­chę, bombę itd. Pro­blem był taki, że oszu­kany Ruski mógł nawet zabić, i co by mu zro­bili? Oni nie pod­le­gali pol­skiemu sądow­nic­twu. Cho­dzi­łem cza­sami do ich wię­zie­nia, widzia­łem, co tam się działo. Zresztą w pol­skich "pusz­kach" za komuny było to samo. Ale o tych rze­czach nie mam dużej wie­dzy, ponie­waż byłem wtedy szczy­lem, to nie był jesz­cze mój kali­ber prze­stęp­czo­ści. Ja byłem wtedy zale­d­wie chu­li­ga­nem.

Nie było to zaka­zane?

Było, ale ludzie i tak ryzy­ko­wali. Legnica była wtedy zamoż­nym mia­stem, przez ten kon­takt z Rosja­nami się boga­ciła. Nawet dzi­siaj na rynku w Legnicy ludzie sprze­dają złoto jesz­cze po Rosja­nach. Nie widzia­łem tego ni­gdzie w Pol­sce. Dla Rosjan złoto nie miało war­to­ści, odda­wali je za wia­traczki albo pla­sti­kowe miski, dzi­siaj nie do pomy­śle­nia. Do tego sprze­da­wali - albo raczej wymie­niali - kawior, wódkę, szam­pana, to, co mieli w nie­ogra­ni­czo­nych ilo­ściach.

Jak sobie radzi­łeś w szkole?

Dość prze­cięt­nie. Nie chciało mi się cho­dzić do szkoły, wagary w latach osiem­dzie­sią­tych były bar­dzo modne. Byłem oczy­tany, dobry, ale nie miało to żad­nego odzwier­cie­dle­nia w oce­nach. Czy­ta­nie roz­wija elo­kwen­cję, dla­tego pytany potra­fi­łem klu­czyć na sate­li­cie dobrej odpo­wie­dzi i jakoś się uda­wało. Jed­nak można było mnie zali­czyć do uczniów sła­bych. To były inne czasy, takie bez­na­dziejne, że wszy­scy w nosie mieli szkołę. Cho­dzi­łem w kratkę, rodzice mnie nie pil­no­wali, ufali, bo byłem prze­cież "taki mądry". Jak sprawa sta­wała na ostrzu noża, to się tro­chę przy­kła­da­łem, a jak się uspo­ko­iło, znów waga­ro­wa­łem. Ale mia­łem zaletę, która dawała mi kom­pletną nie­ty­kal­ność.

Zga­duję, że to był sport.

Wła­śnie tak. Byłem naj­lep­szym spor­tow­cem w szkole. Tre­no­wa­łem czwór­bój lek­ko­atle­tyczny, od małego byłem więc pod opieką nauczy­cieli wuefu. Oni na mnie sta­wiali, prze­ra­biali nawet datę mojego uro­dze­nia, żebym mógł repre­zen­to­wać szkołę w zawo­dach. Byłem w związku z tym nie­ty­kalny. Jeź­dzi­łem na zawody, po lek­cjach tre­no­wa­łem z Ruskimi, nie można mnie było ot tak uka­rać za wagary, bo dla szkoły byłem zbyt cenny. Jesz­cze w szó­stej kla­sie pod­sta­wówki rywa­li­zo­wa­łem z ośmio­kla­si­stami i dawa­łem radę. Byłem niski, bar­dzo szczu­pły, ale zapo­wia­da­łem się na dobrego spor­towca. Bie­ga­łem na sześć­dzie­siąt metrów, biegi prze­ła­jowe, dłu­gie dystanse, rzu­ca­łem oszcze­pem i piłką palan­tową, ska­ka­łem wzwyż, wszystko szło mi łatwo i dobrze. Pew­nie gdyby wtedy zna­lazł mnie jakiś dobry tre­ner, to skoń­czył­bym ina­czej, niż skoń­czy­łem.

Upra­wia­łeś sport, bo lubi­łeś czy bo musia­łeś?

Uwiel­bia­łem to i w rywa­li­za­cji się speł­nia­łem. Tre­no­wa­łem wła­ści­wie bez prze­rwy, w szkole, w domu i z rosyj­skimi kum­plami. W sumie albo tre­no­wa­łem, albo czy­ta­łem książki, nic wię­cej. Zawa­la­łem przed­mioty ści­słe, mate­ma­tykę, che­mię i fizykę, no ale mia­łem to zabez­pie­cze­nie w postaci ochrony nauczy­cieli wuefu. Z kolei z pol­skiego byłem dobry, bo dużo czy­ta­łem, tylko nie wyko­rzy­sty­wa­łem tego, bo się nie uczy­łem. To było prze­śli­zgi­wa­nie się. Pisa­łem dobre wypra­co­wa­nia, spod palca, cho­ciaż nie dawało mi to żad­nej satys­fak­cji. Byłem - wtedy to było nie­dia­gno­zo­wane - dys­lek­ty­kiem i dysor­to­gra­fem. Nawet dobre pisa­nie było więc bez sensu, bo nie było zda­nia bez błędu orto­gra­ficz­nego. Pew­nego dnia polo­nistka zli­to­wała się nade mną i zaczęła mi sta­wiać dwie oceny: za wypra­co­wa­nie i za orto­gra­fię. Pięć i dwa. No i tak zostało do końca pod­sta­wówki. Pamię­tam taką dziwną sytu­ację. Odra­bia­łem lek­cje, pisa­łem opo­wia­da­nie o potwo­rze, który mieszka w piw­nicy. Potwór miał na szyi łań­cuch z meda­lio­nem, gdy ktoś go wkła­dał, sta­wał się tym potwo­rem. Była wtedy u nas zna­joma, która zaj­mo­wała się wró­że­niem. Kobieta ta pode­szła, zaczęła czy­tać opo­wia­da­nie i powie­działa - pamię­tam jak dziś: "Paweł, albo będziesz wiel­kim pisa­rzem, albo będziesz wiel­kim pija­kiem" (śmiech). Moja mama to sły­szała.

Naj­waż­niej­szy był sport. Po szkole tre­no­wa­łem też z kole­gami z klasy, szli­śmy na sta­dion i ćwi­czy­li­śmy. Czę­sto też tre­ner indy­wi­du­al­nie mnie tre­no­wał. Był wuefi­stą z powo­ła­nia i poświę­cał mi wiele czasu. A ja wygry­wa­łem zawody za zawo­dami.

Co się speł­niło?

W sumie obie rze­czy. Przez wiele lat byłem zawo­do­wym pija­kiem, a potem coś pisa­łem. W każ­dym razie ta kobieta wywró­żyła mi przy­szłość.

W wię­zie­niu też pisa­łeś?

Pod­czas pierw­szych wyro­ków nie, dopiero pod­czas ostat­niego, naj­dłuż­szego, kiedy już byłem innym czło­wie­kiem, ksiądz, z któ­rym współ­pra­co­wa­łem, napi­sał w moim imie­niu prośbę do dyrek­tora wię­zie­nia, żebym mógł pisać, no i on się zgo­dził. Dosta­łem kom­pu­ter, ksiądz porę­czył za mnie i zaczą­łem pisać, czyli robi­łem to, co lubi­łem robić jako dzie­ciak. Pisa­łem arty­kuły, które ksiądz wyno­sił na wol­ność i były dru­ko­wane. Oka­zało się, że ludzie lubili te opo­wie­ści, a ja lubi­łem je pisać.

Kolejna stra­cona szansa na przy­zwo­ite życie, po spo­rcie mogło to być pisa­nie...

Było tych szans dużo wię­cej, prze­ko­nasz się.

No ale dla­czego w końcu spor­tow­cem nie zosta­łeś, choć wszystko na to wska­zy­wało?

Bo po pod­sta­wówce posze­dłem do szkoły zawo­do­wej, pewien, że mój spor­towy talent będzie się roz­wi­jał, ale oka­zało się ina­czej. Posze­dłem do szkoły hut­ni­czej, bo w Legnicy była huta. Szkoła miała wysoki poziom, a starsi kole­dzy z podwórka mówili, że jest w porządku, więc się nie waha­łem. Ale kiedy przy­sze­dłem, oka­zało się, że nauczy­ciela wuefu nie inte­re­suje nic, co do tej pory osią­gną­łem. Miał gdzieś moje wyniki, puchary, które zdo­by­łem dla szkoły pod­sta­wo­wej, w ogóle miał mnie w nosie.

Byłeś zawie­dziony, zała­many?

Wię­cej. Wydaje mi się dziś, że to był moment prze­ło­mowy. Wtedy zała­mało się moje życie i posze­dłem zupeł­nie inną drogą.

Czyli temu, że wsze­dłeś na drogę prze­stęp­czo­ści, winien jest wuefi­sta?

Nie, abso­lut­nie nie, ale to był jeden z powo­dów. Drugi zaist­niał odro­binę wcze­śniej.

Czyli?

Ja naprawdę mnó­stwo czasu w pod­sta­wówce poświę­ci­łem spor­towi. Odno­si­łem suk­cesy, zdo­by­wa­łem laury i wpa­dłem - ale zro­zu­mia­łem to dużo póź­niej - w pychę i zaro­zu­mia­łość. Moje ego ogrom­nie uro­sło, było roz­bu­chane do gra­nic. Kiedy nie sta­wa­łem na naj­wyż­szym podium, byłem sfru­stro­wany, w ogóle nie mogłem dać sobie z tym rady. Byłem gwiazdą, dziew­czyny mi wią­zały buty bie­gowe, a nauczy­ciele trak­to­wali zupeł­nie nie­od­po­wied­nio jako nadzieję szkoły. Cały suk­ces był oparty na mnie, cho­ciaż byłem naj­młod­szy, tak młody, że trzeba było fał­szo­wać moją datę uro­dze­nia.

Gwiaz­dor...

Tak, wuefi­sta mówił mi, że beze mnie się nie uda. To było ogromne ciśnie­nie, zupeł­nie wykań­cza­jące. Moje ego rosło i rosło, a ja byłem za mały i za głupi, żeby sta­wić temu opór. Pamię­tam takie zawody, w któ­rych wszy­scy już prze­grali swoje kon­ku­ren­cje i tylko ja mogłem prze­chy­lić szalę zwy­cię­stwa na rzecz szkoły. Od dziecka wal­czy­łem o naj­wyż­szą stawkę, z Ruskimi na innych zawo­dach, po pro­stu nie dopusz­cza­łem moż­li­wo­ści, że mogę prze­grać. W tych waż­nych szkol­nych zawo­dach został tylko skok w dal, a ja byłem bar­dzo dobrym skocz­kiem. Tre­ner mi mówił, że nie muszę sko­czyć naj­da­lej, wystar­czy ileś tam. Pierw­szy skok spa­li­łem, drugi też. Wtedy tre­ner pod­szedł do mnie i powie­dział: "Paweł, słu­chaj, chcesz sko­czyć naj­da­lej, ja to wiem, ale skocz spo­koj­niej, kró­cej, nam to wystar­czy do zwy­cię­stwa". Ale ja nie umia­łem się pod­po­rząd­ko­wać, musia­łem sko­czyć naj­da­lej. I spa­li­łem. Zdo­by­li­śmy dru­gie miej­sce. Na następ­nych zawo­dach bie­gli­śmy prze­łaje, ktoś pod­ciął mnie na star­cie. Pozbie­ra­łem się i dogo­ni­łem stawkę, ale tre­ner nie chciał uwie­rzyć, dla­czego sła­biej mi poszło. Byłem tym zała­many. Innym razem oszu­kał mnie mój naj­więk­szy rywal, który w biegu przez płotki skró­cił sobie trasę. Mój tre­ner winił mnie za prze­graną i nie wie­rzył, że zosta­łem oszu­kany. To wszystko tak bar­dzo mi cią­żyło, że wario­wa­łem ze stresu. Czu­łem się fatal­nie, byłem zała­many. Cała szkoła liczyła na mnie, a ja zawio­dłem, cho­ciaż wcale nie zawio­dłem. To ciśnie­nie było nie do znie­sie­nia.

Dziś uwa­żasz, że byłeś dobrze tre­no­wany?

W żad­nym wypadku. Mia­łem fatal­nych tre­ne­rów, to była rzeź­nia. Sta­wiali na mnie, pod­da­wali ogrom­nej pre­sji, a na doda­tek wyci­skali z mło­dego i chu­dego chło­paka ostat­nie poty. Wtedy nie wie­dzia­łem, że to za dużo. Oni trak­to­wali dziecko jak doro­słego. Byłem jak For­rest Gump: ni­gdy nie cho­dzi­łem, zawsze bie­głem. Nie­ustan­nie. Ale szkoła prze­sa­dziła. Ciśnie­nie wciąż wzra­stało, dosta­łem od szkoły kolce, obcią­że­nie było potworne. Tre­ner przy­szedł do mojej mamy i wyja­śnił, że szkoła na mnie sta­wia, a takie kolce w tam­tych cza­sach były nie­osią­galne. Kolejna ogromna pre­sja i kolejny roz­rost ego.

A w zawo­dówce?

A w zawo­dówce, do któ­rej posze­dłem napu­szony, nała­do­wany emo­cjami, prze­ko­nany, że jestem świetny, przy­go­to­wany spor­towo, z prze­ro­stem ego, oka­zało się, że sport nie ma żad­nego zna­cze­nia. Klapa. Nikogo to nie obcho­dziło, kim byłem, co repre­zen­tuję. Sta­łem się z dnia na dzień nikim, a nie mia­łem z kim o tym poroz­ma­wiać. Nie zwie­rzy­łem się ani rodzi­com, ani sio­strze, ona była dużo młod­sza, i zosta­łem z pro­ble­mem sam jak palec.

To był zwrot?

Tak, wró­ci­łem do domu, szu­ka­łem jakichś roz­wią­zań, jakie­goś pomy­słu na sie­bie. Ale nie mogłem zna­leźć. Ponie­waż mia­łem się już za pra­wie doro­słego, posta­no­wi­łem wsta­wić zamek w drzwiach, żeby rodzice i rodzina mi nie prze­szka­dzali. Powie­dzia­łem im o tym, ale rodzice byli prze­ciwni. Jakoś jed­nak ich prze­ko­na­łem argu­men­tami, że czy­tam dużo, potrze­buję ciszy, spo­koju, kon­tem­pla­cji. Opo­wia­da­łem koco­poły, wkrę­ca­łem ich. Nie mia­łem żad­nego planu, ale pamię­tam, że chcia­łem się odgro­dzić i zna­leźć na sie­bie pomysł. No i wresz­cie rodzice się zgo­dzili.

To był dobry pomysł?

Naj­gor­szy. Byłem zała­many i przy­bity. Zamy­ka­łem drzwi na ten zamek i przez okno wycho­dzi­łem na ulicę. A na ulicy zaczą­łem szu­kać ujścia dla zło­ści i nad­miaru adre­na­liny. To był począ­tek końca.

Część 2. Młody na ulicy

Część 2

Młody na ulicy

Masz już zamek w drzwiach, jesteś zała­many sytu­acją w szkole, sio­stra jest za młoda, żeby z nią poga­dać, to może reli­gia?

W tam­tym cza­sie reli­gia nie dawała mi odpo­wie­dzi. Moja rodzina była reli­gijna, ale tra­dy­cjo­na­li­stycz­nie, nie głę­boko. Co nie­dzielę cho­dzi­li­śmy do kościoła, zosta­li­śmy wycho­wani w sza­cunku do Pana Boga, do reli­gii, ale było to powierz­chowne. Mama była bar­dziej reli­gijna, ale ojciec już mniej. My, tak jak wszy­scy, bez reflek­sji.

Chrze­ści­jań­skie war­to­ści nie miały zna­cze­nia?

Może nie chrze­ści­jań­skie, ale war­to­ści jako takie miały dla mnie ogromne zna­cze­nie, wów­czas i przez całe życie. Byłem wycho­wany w posza­no­wa­niu pew­nych war­to­ści od dziecka - czy to rodzin­nych, czy usta­no­wio­nych przez Ruskich.

Ruskich?

Tak. Bo to prze­cież nie byli tylko Rosja­nie, lecz tygiel dzie­siąt­ków naro­do­wo­ści, kul­tur i reli­gii. Mia­łem kon­takt z Kaza­chami, Mon­go­łami, Ukra­iń­cami, Turk­me­nami; w Legnicy miesz­kało mnó­stwo róż­nych naro­dów ze Wschodu. Oni wszy­scy musieli ze sobą współ­żyć, doga­dy­wać się, koope­ro­wać. Przez lata w Legnicy wypra­co­wali swoje zasady, a ja je przyj­mo­wa­łem, uczy­łem się ich i nasią­ka­łem nimi, bo obco­wa­łem z ludźmi, któ­rzy je wyzna­wali. One poma­gały w mło­dym życiu, a i potem też.

Co to były za zasady? Jak byś je nazwał?

To były zwy­cza­jowe zasady, wyni­ka­jące z obco­wa­nia z innymi ludźmi, ludźmi innych kul­tur i naro­do­wo­ści. To była ogól­nie rozu­miana przy­zwo­itość, tole­ran­cja dla oby­cza­jów i reli­gii. Każdy musiał pod­cho­dzić do innych z sza­cun­kiem albo był wyklu­czany. Jak byłem dzie­cia­kiem, za brak oka­zy­wa­nia sza­cunku innym po pro­stu się obry­wało, i to ostro.

Rodo­wici Rosja­nie nie domi­no­wali nad innymi?

Byli w naj­wyż­szej kaście, bo spra­wo­wali naj­wyż­sze woj­skowe funk­cje i było ich naj­wię­cej, ale sza­cu­nek nale­żał się każ­demu, bez względu na naro­do­wość i pocho­dze­nie, nie tylko im. Nawet bied­niej­sze azja­tyc­kie narody - nazy­wa­li­śmy ich "Cho­cho­łami" - nie były pogar­dzane i miały prawo do swo­jej god­no­ści. W takim duchu - sza­cunku dla odmien­no­ści i tra­dy­cji każ­dego narodu - wzra­sta­łem. Na przy­kład na podwórku nie można się było wywyż­szać, dla­tego że miało się ojca, który był wyż­szy stop­niem albo był Rosja­ni­nem. Za wywyż­sza­nie obry­wało się w łeb i było po spra­wie. Wszy­scy byli­śmy wobec sie­bie równi.

Takie pierw­sze zasady ulicy?

Zde­cy­do­wa­nie. Oczy­wi­ście były one sto­so­wane przez czter­na­sto-, pięt­na­sto­lat­ków według naszych wyobra­żeń o spra­wie­dli­wo­ści. Ale jed­nak były to zasady, swo­isty kodeks postę­po­wa­nia. Ten kodeks, który trudno zde­fi­nio­wać i który nie był prze­cież spi­sany, był pierw­szy w moim życiu. Potem mia­łem ich jesz­cze wiele, był kodeks prze­stęp­czy, wię­zienny czy wresz­cie gang­ster­ski. Ale zawsze był to jakiś kodeks, jakiś zestaw zasad, któ­rym byłem wierny. Jestem czło­wie­kiem zasad.

Nie byłeś gorzej trak­to­wany przez to, że byłeś Pola­kiem?

Nie, ale mia­łem ksywę Pan. A moi kole­dzy to były komu­ni­styczne dzieci, nasiąk­nięte pogardą dla "panów". Zatem ta moja ksywa tro­chę była pod­szyta pogardą, ale tro­chę też zazdro­ścią. "Pan" to był ktoś zarówno zły, jak i lep­szy. Rosja­nie pod­ła­pali to "pano­wa­nie", bo my, doro­śli Polacy, tak się do sie­bie zwra­camy. U dzie­cia­ków jed­nak nie było żad­nego podziału na lep­szych i gor­szych. Polacy, w tym ja, nie byli­śmy gorsi.

Cho­dzi­li­ście do tej samej szkoły?

Nie, Rosja­nie mieli swoje szkoły, my swoje. Ale już mówi­łem, że ja się w swo­jej szkole nudzi­łem, czę­sto więc cho­dzi­łem do nich nie­le­gal­nie, bo byli­śmy zżyci, i sie­dzia­łem na lek­cjach u kum­pli ze Wschodu. Oni zresztą też przy­cho­dzili do mnie, do nas, Pola­ków. Powiedzmy, że ja byłem troszkę bar­dziej zaprzy­jaź­niony z Rosja­nami, bo zna­łem synów puł­kow­ni­ków i gene­ra­łów, ale moi pol­scy kole­dzy też się z nimi bawili. Mnie Rosja­nie brali na polo­wa­nia, już jako dzie­ciak mia­łem w ręku kara­bin, naboje, uczy­łem się strze­lać. Zde­cy­do­wa­nie byłem wyżej w tej mło­dzie­żo­wej hie­rar­chii, co zresztą doda­wało mi pew­no­ści sie­bie, podob­nie jak szkolny sport.

Mam wra­że­nie, że to, jak widzieli cię rodzice, nie było tym, jaki byłeś naprawdę...

Chyba każdy dzie­ciak wtedy, w latach osiem­dzie­sią­tych, roz­ra­biał tak, że rodzice o tym nie wie­dzieli, ale ja zde­cy­do­wa­nie bar­dziej. Cho­dzi­łem po dachach, robi­li­śmy ogni­ska, do któ­rych wrzu­ca­li­śmy nie­wy­bu­chy, było sporo bar­dzo ryzy­kow­nych spraw, które mogły się skoń­czyć tra­gicz­nie. No, ale jakoś prze­trwa­łem. W domu dopro­wa­dzi­łem do eks­plo­zji kuchenki gazo­wej, co skoń­czyło się dla mnie szpi­ta­lem. Wypa­dłem z okna i zawi­słem na szelce na pieńku wbi­tym w zie­mię, nie wie­dząc, czy żyję, czy nie, i drąc się wnie­bo­głosy. Sporo było takich "cudów" prze­trwa­nia (śmiech).

To mru­ga­nie oczami to od mło­dzień­czych przy­gód?

Tro­chę tak, od wybu­chu tej kuchenki. Ale po latach popra­wił mi jeden facet, od któ­rego odzy­ski­wa­łem dług. Chlu­snął mi w twarz roz­pusz­czal­ni­kiem, pra­wie stra­ci­łem wów­czas wzrok. Zostało mru­ga­nie. Po latach dosze­dłem do wnio­sku, że przy­tra­fiło mi się wiele zda­rzeń, w któ­rych moje życie wisiało na wło­sku. Za dzie­ciaka, za mło­dego, a potem nawet wie­lo­krot­nie wię­cej.

Myśla­łeś dla­czego?

Wtedy się nie zasta­na­wia­łem, teraz wie­rzę, że to była inter­wen­cja Boga. Jego pomoc, ale nie dla mnie, bo nie byłem dobrym czło­wie­kiem ani wtedy, ani przez więk­szość życia. Jed­nak wie­rzę, że Bóg miał dla mnie jakiś plan, wciąż ma.

A rodzice mieli plan dla cie­bie?

Teraz mnie to troszkę bawi, ale mama chciała, żebym został księ­dzem. Nie z powodu jakiejś głę­bo­kiej reli­gij­no­ści, ale ona wie­rzyła w edu­ka­cję, w naukę. Księża byli wszech­stron­nie wykształ­ceni, więc umy­śliła sobie, że w ten spo­sób mógł­bym zdo­być edu­ka­cję. No ale mnie nie cią­gnęło do sutanny, wręcz prze­ciw­nie. Wiem, że nie był­bym dobrym księ­dzem. A poza wszyst­kim nie czu­łem powo­ła­nia. Do bycia księ­dzem trzeba dużej pokory i cier­pli­wo­ści, a mnie tego bra­kuje.

Zawio­dłeś mamę?

Przez to, że nie zosta­łem księ­dzem? Nie, ale zawio­dłem ją potem wie­lo­krot­nie, dużo bar­dziej niż tym fak­tem. Pra­wie ją zabi­łem, wybie­ra­jąc jako młody chło­pak drogę prze­stęp­czo­ści. Mia­łem szes­na­ście lat, gdy chcieli mi posta­wić zarzut usi­ło­wa­nia zabój­stwa, a ona pra­co­wała wtedy w banku. To był dopiero zawód, tra­ge­dia. A póź­niej było ich znacz­nie wię­cej. Do dziś pamię­tam, bo miesz­ka­li­śmy przy komen­dzie, jak nasz dziel­ni­cowy cho­dził do mamy z aktówką i poszu­ki­wał mnie do róż­nych spraw, a ona w tym banku go przyj­mo­wała. Kolejny cud, że jej wtedy nie wywa­lili, w końcu miała syna ban­dytę.

Mama nie zerwała z tobą kon­taktu, nie uka­rała cię, nie gro­ziła?

Ni­gdy. Zawsze, mimo że byłem złym czło­wie­kiem, modliła się o mnie, odwie­dzała mnie w popraw­czaku, potem w wię­zie­niu, zawsze wie­rzyła, że się zmie­nię. Ni­gdy wiary w moją prze­mianę nie stra­ciła. Ale przeze mnie prze­szła przez pie­kło. Stop­niowo dowia­dy­wała się od mili­cjan­tów, a potem poli­cjan­tów, o "jej Pawełku", któ­rego w ogóle nie znała. To był dla niej gigan­tyczny szok. Potem pozna­łem wielu chło­pa­ków opusz­czo­nych nawet przez wła­sne matki. Jed­nak życie poka­zało mi, że matki odcho­dzą ostat­nie.

Nie wybie­gajmy w przy­szłość, wróćmy do zamka w drzwiach, który - jak się potem oka­zało - otwo­rzył cię na ban­dy­terkę, a nie zamknął?

Legnica pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych była jed­nym z naj­bar­dziej dotknię­tych prze­stęp­czo­ścią i pato­lo­gią miast w Pol­sce. Było mnó­stwo zło­dziei, pospo­li­tych prze­stęp­ców i osób para­ją­cych się roz­bo­jami. To była "ban­dytka" - ludzie od pry­mi­tyw­nych prze­stępstw. Żad­nych zor­ga­ni­zo­wa­nych grup, zwy­kłe pry­mi­tywy. Domi­no­wały "dzie­siony", czyli roz­boje (para­graf 210 Kodeksu kar­nego), kra­dzieże i wła­ma­nia. Chu­li­ga­nerka sie­działa na osie­dlach, było mnó­stwo mło­dych, któ­rzy bili się, ostro się bili, i potra­fili żyć na ulicy. To były dzieci z rodzin pato­lo­gicz­nych, alko­ho­lo­wych, kom­pletne dno spo­łeczne. Ale nie byli zor­ga­ni­zo­wani, jeśli już, to doraź­nie, do wyko­na­nia "roboty". Legnica nie miała zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści, w prze­ci­wień­stwie do Wro­cła­wia czy Lubina, gdzie jakaś forma orga­ni­za­cji ist­niała. Legnicka ban­dytka była pro­sta, dość biedna, ale twarda.

No i ty w tym wszyst­kim, chło­piec z dobrego domu? Co cię pod­ku­siło?

Wtedy nie zda­wa­łem sobie sprawy, teraz wiem. Byłem szcze­nia­kiem mają­cym się za twar­dziela. Byłem odważny, ani wtedy, ani potem nie czu­łem stra­chu, ani nawet lęku, a jeśli nawet, to pano­wa­łem nad nim. Plus ta szkoła, sport, który oka­zał się wydmuszką, nikogo nie inte­re­so­wały moje w nim suk­cesy. Z ojcem głu­pio mi było gadać, z matką tym bar­dziej. Potrze­bo­wa­łem jakiejś przy­na­leż­no­ści, a tę dawała ulica. Oczy­wi­ście wów­czas nie mia­łem tej świa­do­mo­ści, ona przy­szła dużo póź­niej. W ogóle na pewne reflek­sje zdo­by­łem się po latach, wtedy dzia­ła­łem pod wpły­wem impul­sów, z auto­matu.

Wycho­dzi­łeś na podwórko, na ulicę?

Stop­niowo, byłem zbyt­nim szczu­nem, żeby iść na mia­sto, mia­łem może czter­na­ście, pięt­na­ście lat. To by się źle skoń­czyło. Wycho­dzi­łem wie­czo­rami, przez okno. Zamy­ka­łem pokój na zamek i zaczy­na­łem się włó­czyć. Na podwórku ławki były złą­czone, sie­działy na nich typy, o któ­rych już mówi­łem, no i ja do nich stop­niowo pod­kle­py­wa­łem.

Fascy­no­wali cię?

Bar­dzo, ide­ali­zo­wa­łem ich, przy­glą­da­łem się. Cho­ciaż oczy­wi­ście pod­cho­dzi­łem do nich stop­niowo. Do sta­rych recy­dy­wi­stów, któ­rzy mieli swoje miej­sca, nie mogłem, bobym dostał kopa w dupę i by mnie pogo­nili. Ale pod­cho­dzi­łem do mło­dych łobu­zów i chu­li­ga­nów. Raz, drugi, aż w końcu się jakoś do nich zbli­ży­łem.

Nie bili, nie odrzu­cali?

Oni sami byli w stra­chu przed sta­rymi, krę­cili się wokół nich jak sza­kale, byle tylko zdo­być ich zaufa­nie i cho­ciażby jakąś robotę czy poważ­niej­sze zada­nie. Zaczą­łem z nimi gadać, wku­piać się w ich łaski, co dla w miarę inte­li­gent­nego chło­paka nie było spe­cjal­nie trudne. Szybko oka­zało się, że to "kaj­da­nia­rze", chło­paki z popraw­cza­ków albo po popraw­cza­kach. Łatwo ich było poznać, bo w tam­tych cza­sach więk­szość była ostrzy­żona na łyso.

Dla­czego?

Za karę, ale też żeby mili­cja mogła ich łatwiej namie­rzyć. No i dla higieny. Byli w "kaj­da­no­wie", czyli popraw­czaku, ale cią­gle stam­tąd ucie­kali. Więc strzy­gło się ich, żeby mili­cja na mie­ście wie­działa, kogo ści­gać. Każdy młody czło­wiek ostrzy­żony na łyso był wtedy podej­rzany. Słusz­nie zresztą, bo dzie­więć­dzie­siąt pro­cent mili­cyj­nych "strza­łów", że mają do czy­nie­nia z czło­wiekiem z popraw­czaka, było tra­fione.

Zabawa w poli­cjan­tów i zło­dziei?

Ona trwała non stop. Były naloty na salony gier, na piwiar­nie. Jak widzieli łysego, to od razu wie­dzieli, że pew­nie "zrywka", czyli ucieczka z "kaj­da­nowa".

Zaprzy­jaź­ni­łeś się z nimi na tym podwórku?

Na pewno mi zaim­po­no­wali, wła­śnie oni. Byli twar­dzi, klęli, pili. Byli w moich oczach lepsi od drob­nych pijacz­ków i dzieci z pato­lo­gicz­nych rodzin. Gada­li­śmy, a ja się powoli do nich upo­dab­nia­łem. Dla­czego? Znów wydaje mi się, że dosze­dłem do tego po latach, ale oni też mieli zasady, które sza­no­wali.

Mło­dzi ban­dyci? Zasady etyczne?

To wszystko zależy od punktu widze­nia. Wia­domo, że to byli źli ludzie, ale jed­nak kie­ro­wali się spe­cy­ficz­nym kodek­sem. Innym niż Rosja­nie, któ­rych kodeks wiele dla mnie zna­czył, ale jed­nak. W każ­dym razie mnie to impo­no­wało i było mi potrzebne.

Nie było wśród nich tak, że hulaj dusza, pie­kła nie ma?

Wręcz prze­ciw­nie! Ich kodeks miał mnó­stwo zasad. Pew­nych rze­czy nie wolno było robić, inne trzeba było. Zasady "kaj­da­nia­rze" mieli sztywne i było ich bar­dzo dużo. Nie rozu­mia­łem tych zasad, ale zaczą­łem wypy­ty­wać, a z cza­sem je przej­mo­wać, bo uwa­ża­łem, że są logiczne.

Jakieś przy­kłady?

To były w więk­szo­ści zasady sta­rych recy­dy­wi­stów, które oni - "kaj­da­nia­rze" - przyj­mo­wali, bo w przy­szło­ści sami chcieli być sta­rymi recy­dy­wi­stami. Pro­ste rze­czy. Pijemy tanie wino, "fikoła". Wina nie wolno było posta­wić mię­dzy nogami, bo to było uwła­cza­jące dla kolej­nego piją­cego. Albo na przy­kład nie wolno było iść się odlać zbyt bli­sko, metr czy coś, tylko daleko. To się nie godzi, nie wypada sikać obok piją­cych. A po odla­niu nie wolno było butelki wziąć do ręki, naj­pierw trzeba było w jakiś spo­sób ręce wyczy­ścić - wodą albo o trawę. Ta cała hie­rar­chia, zacho­wa­nie, kodeks, to wszystko zaczęło mi impo­no­wać, chcia­łem być tego czę­ścią.

Nasią­ka­łeś tym jak gąbka?

Bar­dzo szybko, wszyst­kie kolejne rze­czy, które pozna­wa­łem, mi się podo­bały. Kiedy pili­śmy wino, to star­szy "kaj­da­niarz" po otwar­ciu butelki wyle­wał odro­binę "za tych, co nie mogą". Uwa­ża­łem, że to idio­tyzm, wyle­wać wino, ale jak mi wyja­śnił, że to jest por­cja dla sie­dzą­cych w popraw­czaku, to czu­łem się czę­ścią tej chu­li­gań­skiej wspól­noty.

Z recy­dy­wi­stami mie­li­ście wtedy kon­takt?

Nie sta­li­śmy z nimi i nie pili­śmy, nie byli­śmy na ich pozio­mie. Oni "roz­k­mi­niali" poważne rze­czy, oma­wiali kolejne prze­stęp­stwa. Ale część wie­dzy nam prze­ka­zy­wali, trak­tu­jąc nas jako nary­bek. Jak popili, to uczyli nas swo­ich zasad, już poważ­niej­szych. "Mało­laty, pamię­taj­cie, nie wolno bić sta­rych ludzi". Zabra­niali nam tego, tłu­ma­cząc, że prze­cież każdy ma babkę, dziadka, no i ich nie wolno ruszać. Zachę­cali do ban­dy­terki, kra­dzieży i napa­dów, ale tłu­ma­czyli, kogo wolno ruszyć, a kogo nie.

Kto jesz­cze był "chro­niony"?

Osoby nie­peł­no­sprawne, bo ich okra­da­nie przy­no­siło pecha. Taki był zabo­bon. Nie wolno było kraść na cmen­ta­rzach, w kościo­łach, okra­dać księży, bo to pol­skie świę­to­ści. Nie wolno było ruszać kobiet w ciąży. No i główna zasada: nie wolno kapo­wać, czyli dono­sić mili­cji (potem poli­cji), ani się z nią ukła­dać. Wszyst­kie te zasady wbi­jali nam do głowy, a my przyj­mo­wa­li­śmy je za swoje. Z cza­sem tych zasad przy­by­wało, a my chło­nę­li­śmy je jak na wykła­dach. Recy­dywa uczyła, że nie wolno wyco­fy­wać się pod­czas nalo­tów mun­du­ro­wych, nie wolno zosta­wić wspól­ni­ków na pastwę losu, nie wolno się wza­jem­nie okra­dać. Było tego coraz wię­cej i wię­cej.

To był wstęp do wię­zien­nej gryp­serki?

Gryp­so­wa­nie jest tajem­nicą, jego zasad nie wolno zdra­dzać. Kiedy zosta­łem gryp­su­ją­cym, już w wię­zie­niu, też mil­cza­łem na ten temat. W tam­tym cza­sie nas, szcze­nia­ków, recy­dy­wi­ści nie uczyli gryp­serki, bo tego nie wolno im było robić, ale uczyli "nawijki", czyli prze­stęp­czej gadki i pod­sta­wo­wych praw prze­stęp­czego życia. Nawijka to luźna roz­mowa, co innego niż gryp­so­wa­nie, które ma swoje sztywne zasady, a tych - pod­kre­ślam - nie wolno ujaw­niać. Recy­dy­wi­ści uczyli nas tylko tego, czego mogli.

Dla waszego dobra?

Raczej nie, przede wszyst­kim dla swo­jego. Im wię­cej nas nauczyli, tym więk­sza była szansa, że gdy zosta­niemy praw­dzi­wymi prze­stęp­cami, nie będziemy się zacho­wy­wać jak łachu­dry. Że nie donie­siemy, nie zacho­wamy się nie­od­po­wied­nio albo nie spę­kamy w razie nalotu czy jakiejś pod­bram­ko­wej sytu­acji. Cho­dziło o zbu­do­wa­nie w tym narybku zaufa­nia i ambi­cji. Zasada, że nie wolno kraść od swo­ich, dzia­łała na korzyść recy­dy­wi­stów, bo oni wie­dzieli, że jak się upiją na meli­nie, to łebki, czyli my, nie okrad­niemy ich, bo tego nie wolno. Mie­li­śmy to wpa­jane krok po kroku.

Naprawdę prze­strze­ga­li­ście tych zasad?

Nie było wyj­ścia. Sys­tem kar za ich nie­prze­strze­ga­nie, podob­nie jak potem w wię­zie­niu, był bar­dzo roz­bu­do­wany.

Jak długo trwała ta nauka i wcho­dze­nie w śro­do­wi­sko?

Wła­ści­wie bez prze­rwy. Od pew­nego momentu wycho­dzi­łem na podwórko, do kole­gów z popraw­czaka i recy­dy­wi­stów, wła­ści­wie codzien­nie. Całe noce z nimi spę­dza­łem. Wzra­sta­łem w tym śro­do­wi­sku i prze­strze­ga­łem zasad, bo bałem się wyklu­cze­nia z tej grupy, która mnie przy­jęła. Nie wyobra­ża­łem sobie, że mogę z niej zostać usu­nięty.

Zna­la­złeś swój świat?

Tak. Ten świat mnie zaak­cep­to­wał. No i dał mi adre­na­linę, jak się potem oka­zało, coś, od czego byłem uza­leż­niony. Tego potrze­bo­wa­łem, wcze­śniej odnaj­do­wa­łem to w spo­rcie, a jak sport się skoń­czył, musia­łem gdzieś zna­leźć ujście dla tej ener­gii. Ulica była ide­alna. Oni wresz­cie powie­dzieli mi, że się mogę przy­dać, bo "trzeba zaro­bić". Któ­re­goś wie­czora dosta­łem pro­po­zy­cję, czy "piszę się na numer". Nie mia­łem żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki