Biskup - Lilith

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Czu­łam wście­kłość. Ten stan to­wa­rzy­szył mi już od ja­kie­goś czasu - zbyt dłu­giego, bo mo­gła­bym chyba mie­rzyć go mie­sią­cami. Wiele się na to zło­żyło, ale ja­koś czu­łam, że czyn­niki ze­wnętrzne nie były praw­dziwą przy­czyną mo­jego roz­ją­trze­nia. Nie mia­łam na­wet pew­no­ści, czy wście­kłość była do­mi­nu­jącą emo­cją, którą czu­łam. Na pewno nie­je­dyną.

Moja matka wró­ciła wła­śnie po la­tach do Fin­lan­dii ze swo­jej uko­cha­nej świą­tyni Hare Kryszna i bez prze­rwy grała mi na ner­wach. Chciała mnie zwer­bo­wać do swo­jej szkoły. Mia­ła­bym więc niby opu­ścić wy­dział teo­lo­giczny i za­cząć stu­dio­wać na wyż­szej szkole Bhak­ti­we­danta, bo tam, mó­wiła, otrzy­ma­ła­bym o niebo lep­sze wy­kształ­ce­nie. W du­chu teo­lo­gii wisz­nu­izmu.

Wy­krzy­cza­łam matce, że nie mam za­miaru już ni­gdy w ży­ciu cho­dzić do świą­tyni, sma­ro­wać się gliną i po­ścić. Ani tym bar­dziej roz­my­ślać nad zna­cze­niem i róż­no­rod­no­ścią swo­ich wcie­leń. Na tym przez lata po­le­gało prze­cież moje ży­cie - po tym, jak do­piero co roz­wie­dziona matka ni stąd, ni zo­wąd do­znała oświe­ce­nia i - za­fa­scy­no­wana ru­chem Hare Kryszna - wy­je­chała ze swoją trzy­na­sto­let­nią córką do In­dii.

Ale matka nie była moim je­dy­nym pro­ble­mem - a już na pewno nie naj­więk­szym. By­łam na nią zła już od wielu lat, nie było to więc nic no­wego. Ist­niały waż­niej­sze po­wody tego złego sa­mo­po­czu­cia.

Wszy­scy moi zna­jomi koń­czyli stu­dia i za­czy­nali pracę. Po­nie­waż stu­dio­wa­łam teo­lo­gię, wielu z nich roz­po­czy­nało ka­rierę jako pa­stor albo pa­storka, ale tyle samo znaj­do­wało pracę w in­nych bran­żach. Ja sama na­le­ża­łam do grona tych dru­gich. Teo­re­tycz­nie. Tak na­prawdę by­łam zbyt za­jęta pie­prze­niem się i pi­ciem. To dla­tego stu­dia za­jęły mi wię­cej czasu, niż po­winny. Weźmy taką Ma­rię, która była ze mną na pierw­szym roku - za chwilę bę­dzie bro­nić dok­to­ratu, a prze­cież w do­datku pi­sała pracę, miesz­ka­jąc w La­po­nii.

A ja w wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat wciąż pra­cuję nad ma­gi­sterką. No do­brze, "pra­cuję" to może za dużo po­wie­dziane. Niech bę­dzie - do­piero za­czy­nam.

I jesz­cze te śluby! Jed­nego lata uczest­ni­czy­łam w trzech ce­re­mo­niach, a je­śli wziąć pod uwagę także ślub Ma­rii, który od­był się ze­szłej je­sieni, to w ciągu roku było ich wszyst­kich aż cztery! Wspo­mniany ślub Ma­rii był mi zresztą wy­jąt­kowo nie w smak, bo to wła­śnie jej tak za­wzię­cie i do znu­dze­nia tłu­ma­czy­łam, jak wielki i idio­tyczny po­peł­nia błąd, wy­jeż­dża­jąc do La­po­nii z po­wodu fa­ceta, któ­rego po­znała przed za­le­d­wie dwoma ty­go­dniami.

Wi­docz­nie się my­li­łam. Ma­ria była roz­anie­lona, a mnie aż mdliło na wi­dok tych czu­łych spoj­rzeń i cią­głego ob­ści­ski­wa­nia, któ­rego ona i jej mąż Tu­omas chyba nie po­tra­fili prze­rwać. Ani na chwilę. Inne młode pary za­cho­wy­wały się po­dob­nie, ale gdyby ktoś zor­ga­ni­zo­wał za­wody w ob­ści­ski­wa­niu, to Ma­ria i Tu­omas nie­wąt­pli­wie zna­leź­liby się na po­dium.

Już wy­star­czy! Mózg za­czął mi pod­su­wać spro­śne ob­razy, gdy tylko o nich po­my­śla­łam. U nas wszystko do­brze, dużo seksu, jest świet­nie i w ogóle wspa­niale. Przy­naj­mniej po­zor­nie tak to wy­glą­dało. Ale po­my­śla­łam so­bie, że Bóg ra­czy wie­dzieć, ja­kie sceny psy­chicz­nej i fi­zycz­nej prze­mocy wszyst­kie te pary za­mia­tały pod dy­wan. A po­tem przy­po­mnia­łam so­bie jesz­cze, że po­łowa mał­żeństw się roz­pada. Ha! Nie­raz, kiedy ciąg mo­ich my­śli do­cho­dził do tego punktu, dzwo­ni­łam do jed­nego ze swo­ich ko­le­gów, z któ­rymi się nie­zo­bo­wią­zu­jąco pie­przy­łam. Albo szu­ka­łam so­bie no­wego fa­ceta na Tin­de­rze.

Przed­wczo­raj pra­wie się po­pła­ka­łam, kiedy po na­mięt­nej nocy spę­dzo­nej ze mną gość wró­cił do domu, do żony. Gdy go o to spy­ta­łam, nie po­tra­fił na­wet po­wie­dzieć, dla­czego ją zdra­dza. W końcu przy­znał, że po pro­stu się tro­chę nu­dził, a poza tym ni­gdy nie ukła­dało im się zbyt do­brze w łóżku.

Czu­łam się ża­ło­śnie, a po­tem wez­brała we mnie złość, bo nie mo­głam po­wstrzy­mać łez. Nie za­mie­rza­łam się ma­zać! A już na pewno nie dla­tego, że po raz ko­lejny moje ży­cie oka­zy­wało się bar­dziej ja­łowe niż ży­cie nie­któ­rych ko­le­ża­nek. Za­ci­snę­łam zęby i przy­po­mnia­łam so­bie sa­mej, że mimo wszystko o wiele le­piej jest być sa­motną, ale świa­domą ko­bietą, niż ła­two­wierną żoną nie­wier­nego męża. Tłu­ma­czy­łam so­bie, że czu­łam się tak źle z dość oczy­wi­stego po­wodu. Przy­ja­ciele wy­jeż­dżali, pod­czas gdy ja tkwi­łam w miej­scu z nie­do­koń­czoną ma­gi­sterką, cały czas ima­jąc się kiep­skich ro­bót w cha­rak­te­rze sta­żystki w pa­ra­fiach i ma­łych fir­mach.

A prze­cież Do­ris była kie­dyś na­prawdę cool. I to przez cał­kiem długi czas.

Kiedy udało mi się wy­rwać spod skrzy­deł matki, prze­brnę­łam przez ostat­nie eg­za­miny gim­na­zjalne i ukoń­czy­łam li­ceum dla do­ro­słych. Było to trudne i czu­łam się wtedy bar­dzo sa­motna, ale dzięki temu do­sta­łam się na teo­lo­gię. Po­szłam na te stu­dia, żeby ba­dać idio­tyczne próby wy­tłu­ma­cze­nia so­bie świata za po­mocą cze­goś więk­szego od nas. Przy­naj­mniej z ta­kim kry­tycz­nym na­sta­wie­niem je za­czy­na­łam. Przed ni­kim bym się nie przy­znała, że w któ­rymś mo­men­cie mój sto­su­nek do wiary uległ znacz­nej zmia­nie. Nie prze­szka­dzało mi to jed­nak w im­pre­zo­wa­niu do upa­dłego, upra­wia­niu przy­god­nego seksu i sza­leń­stwach na kon­cer­tach.

Te­raz nie czu­łam się już cool. Wręcz prze­ciw­nie. By­łam strasz­nym prze­gry­wem. Bez stu­diów, po­rząd­nej pracy, fa­ceta ani ro­dziny. O ro­dzi­nie, szcze­rze mó­wiąc, na­wet nie śmia­łam ma­rzyć, ale prze­cież mo­gła­bym, gdyby tylko...

Nie chcia­łam te­raz tego roz­trzą­sać, więc skie­ro­wa­łam swoje my­śli z po­wro­tem na te­maty zwią­zane ze stu­diami. Na szczę­ście nie­długo będę miała ze­brane wszyst­kie ma­te­riały do ma­gi­sterki. Sie­dzia­łam w po­ciągu w dro­dze do trzy­dzie­stej dru­giej i tym sa­mym ostat­niej osoby, z którą mu­sia­łam prze­pro­wa­dzić wy­wiad. Tą osobą był świeżo upie­czony bi­skup Turku, Vol­ter He­la­korpi. Gdyby nie wy­kształ­ce­nie teo­lo­giczne taka po­ganka jak ja w ży­ciu by nie wie­działa, jaka jest róż­nica mię­dzy ar­cy­bi­sku­pem a bi­sku­pem ar­chi­die­ce­zji. Cho­dzi oczy­wi­ście o to, że w ar­chi­die­ce­zji Turku jest dwóch bi­sku­pów. Jest ten naj­waż­niej­szy, naj­pięk­niej­szy i naj­wiel­moż­niej­szy ar­cy­bi­skup oraz do­dat­kowo je­den z dzie­wię­ciu zwy­czaj­nych, czyli Vol­ter He­la­korpi. No, może ofi­cjal­nie Ko­ściół nie przed­sta­wia swo­ich bi­sku­pów w taki spo­sób jak ja, ale ja pra­wie wszystko ro­bię prze­cież ina­czej.

Nie­za­leż­nie od tego, ja­kie zda­nie miało się o bi­sku­pach, trzeba było przy­znać, że He­la­korpi wiele do­ko­nał. Miał tylko trzy­dzie­ści osiem lat, a zo­stał mia­no­wany bi­sku­pem. Po­waż­nie się za­sta­na­wia­łam, jak nie­żo­na­temu, zna­nemu ze swo­jej otwar­to­ści pa­sto­rowi udało się wspiąć na tak wy­so­kie sta­no­wi­sko.

Cho­ciaż współ­cze­sny Ko­ściół lu­te­rań­ski dąży do od­nowy, to pro­wa­dzi dość za­cho­waw­czą po­li­tykę, jest ostrożny w wy­da­wa­niu opi­nii i mocno po­dzie­lony. Z ko­lei Vol­ter He­la­korpi był czło­wie­kiem, który otwar­cie po­pie­rał mał­żeń­stwa osób tej sa­mej płci czy prawo do abor­cji. Uwa­żał też, że to nic złego, je­śli para chce ze sobą za­miesz­kać jesz­cze przed ślu­bem w celu prze­te­sto­wa­nia związku. To tylko nie­które z jego opi­nii.

W moim obec­nym sta­nie my­śle­nie o Vol­te­rze He­la­kor­pim nie wpły­wało zbyt do­brze na sa­mo­ocenę. Czło­wiek był ode mnie za­le­d­wie dzie­sięć lat star­szy, a już był bi­sku­pem. Bi­sku­pem, do cho­lery.

Wska­zano mi ad­res przy ulicy Au­ra­katu w cen­trum Turku, z czego wy­wnio­sko­wa­łam, że He­la­korpi nie miesz­kał w re­zy­den­cji i że mia­łam prze­pro­wa­dzić z nim wy­wiad w jego wła­snym miesz­ka­niu. Z tego, co wie­dzia­łam, przy ulicy Au­ra­katu nie mie­ścił się ża­den bu­dy­nek zwią­zany z Ko­ścio­łem. Wy­sia­dłam na dworcu głów­nym i spraw­dzi­łam na Go­ogle Maps, że je­śli skie­ruję się na Pu­ola­lan­mäki, to znajdę się przy mu­zeum sztuki i tym sa­mym pod do­mem He­la­kor­piego już za kilka mi­nut.

Na wy­wiad spe­cjal­nie ubra­łam się pro­wo­ka­cyj­nie. Te­ma­tem mo­jej pracy ma­gi­ster­skiej było ży­cie ero­tyczne nie­żo­na­tych pa­sto­rów i nie­za­męż­nych pa­sto­rek. Za­wsze cie­ka­wiło mnie, jak moi roz­mówcy za­re­agują na mi­ni­spód­niczkę lub ob­ci­słe dżinsy w po­łą­cze­niu z głę­bo­kim de­kol­tem. Nie mia­łam za­miaru opi­sy­wać tych re­ak­cji, ale od­naj­do­wa­łam w ich ob­ser­wa­cji ja­kąś per­wer­syjną roz­rywkę. Może po pro­stu lu­bi­łam się dro­czyć.

Tym ra­zem wy­stro­iłam się jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle. Spię­łam pół­dłu­gie blond włosy w kok i wło­ży­łam kol­czyki ozdo­bione rdza­wo­czer­wo­nymi ka­mie­niami. Ku­pi­łam je na urlo­pie na Wy­spach Ka­na­ryj­skich. Do tego ubra­łam się w tę samą su­kienkę, w któ­rej by­łam na ślu­bie Ma­rii. Swoim kro­jem bar­dzo przy­po­mi­nała strój Ma­ri­lyn Mon­roe z tej zna­nej sceny, w któ­rej wiatr pod­wiewa jej białą zwiewną kre­ację. Moja su­kienka była czer­wona i się­gała przed ko­lano. Miała pli­so­waną dolną część, a de­kolt pra­wie tak głę­boki, jak w le­gen­dar­nej wer­sji. Plecy miały ładne, przy­cią­ga­jące wzrok wy­cię­cie w kształ­cie li­tery V. Po­goda na po­czątku sierp­nia była tak wspa­niała, że nie po­trze­bo­wa­łam żad­nego do­dat­ko­wego okry­cia.

Za­zwy­czaj pa­sto­rzy i pa­storki byli prze­raź­li­wie po­prawni i nudni. Na moje stroje męż­czyźni co naj­wy­żej rzu­cali prze­lotne spoj­rze­nie. Pa­mię­tam kry­tyczny wzrok jed­nej pa­storki, ale i ona szybko zmie­niła wy­raz twa­rzy na neu­tralny. Moi roz­mówcy byli też iry­tu­jąco przy­zwo­ici i cno­tliwi, je­śli oczy­wi­ście uznamy, że mó­wili prawdę. Spo­ty­kali się na randki tylko z in­nymi pra­cow­ni­kami lub człon­kami pa­ra­fii. Były to, ma się ro­zu­mieć, czy­sto nie­winne spo­tka­nia. Kilka osób przy­znało, że zna­la­zło so­bie to­wa­rzy­stwo na ta­kim czy in­nym wy­jeź­dzie służ­bo­wym albo że upra­wiało z kimś seks bez za­miaru pod­trzy­my­wa­nia zna­jo­mo­ści. Byli też i tacy, któ­rzy spo­ty­kali się z kimś na po­waż­nie i dla­tego pro­wa­dzili ży­cie ero­tyczne, jed­nak nie byli jesz­cze za­rę­czeni, nie mó­wiąc już o ślu­bie. Tylko jedna sym­pa­tyczna ko­bieta przy­znała, ku mo­jemu roz­ba­wie­niu, że ko­rzy­stała z Tin­dera - kiedy po­trzeby cie­le­sne brały górę, wy­jeż­dżała gdzieś da­leko i na wszelki wy­pa­dek wy­my­ślała ja­kiś inny za­wód.

Po­pra­wi­łam torbę od lap­topa na ra­mie­niu i szłam da­lej, szu­ka­jąc wła­ści­wego ad­resu. Za­sta­na­wia­łam się, czy przy­pad­kiem nie prze­sa­dzi­łam z tym stro­jem. Wy­glą­da­łam rze­czy­wi­ście tak, jak­bym wy­bie­rała się na we­sele albo do klubu - na pewno nie na roz­mowę z bi­sku­pem!

Nie­wy­klu­czone, że to za sprawą zdję­cia Vol­tera He­la­kor­piego - pod­po­wie­dział mi ci­chy gło­sik. Po­trzą­snę­łam głową, żeby od­go­nić na­trętną myśl. Głos umilkł na mo­ment, lecz za chwilę usły­sza­łam go po­now­nie. Ga­pi­łaś się na to zdję­cie jak za­hip­no­ty­zo­wana. Dość tego! Uci­szy­łam nie­zno­śne pod­szepty i sta­now­czo przy­spie­szy­łam kroku. Rze­czy­wi­ście, fo­to­gra­fia była bar­dzo ko­rzystna. Ale co z tego?

Ten fa­cet był prze­cież pa­sto­rem. Nie. Bi­sku­pem! Nie było mowy, że­bym za­in­te­re­so­wała się kimś tak gor­li­wie re­li­gij­nym, na­wet gdyby był naj­przy­stoj­niej­szym męż­czy­zną na świe­cie.

To, że He­la­korpi w ogóle zgo­dził się na wy­wiad, było dla mnie ogromną nie­spo­dzianką. Po­dej­rze­wam, że to dzięki za­gwa­ran­to­wa­nej ano­ni­mo­wo­ści. Ze względu na de­li­kat­ność te­matu w pracy dy­plo­mo­wej nie po­da­wa­łam na­zwisk mo­ich roz­mów­ców i być może to wła­śnie skło­niło no­wo­cze­snego bi­skupa do udziału w ba­da­niu.

Szłam da­lej w swo­ich czer­wo­nych za­mszo­wych ośmio­cen­ty­me­tro­wych szpil­kach, które wy­ha­czy­łam na pchlim targu. Mi­nę­łam w końcu mu­zeum sztuki i zbli­ża­łam się już do miesz­ka­nia He­la­kor­piego. Znaj­do­wało się ono w sta­rym se­ce­syj­nym bu­dynku w ko­lo­rze ochry, zdo­bio­nym mnó­stwem prze­róż­nych de­tali. Prze­szło mi przez myśl, że bi­skupi chyba cał­kiem nie­źle za­ra­biają.

Mój wzrok spo­czął na bie­gną­cej w dół aż do rynku i cen­trum han­dlo­wego ulicy Au­ra­katu. Na sa­mym jej środku, w od­le­gło­ści ja­kichś stu me­trów ode mnie, stał po­stawny męż­czy­zna. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, kto to taki. Jego ciemne włosy miały tak chłodny od­cień, że wy­da­wały się pra­wie gra­fi­towe. Były dość dłu­gie i lekko fa­lo­wały na wie­trze, co świet­nie współ­grało z ciem­nymi gru­bymi brwiami i czar­nym okry­ciem. Do tego męż­czy­zna miał na so­bie fio­le­tową ko­szulę, ko­lo­ratkę i krzyż za­wie­szony na dłu­gim zło­tym łań­cu­chu.

Do­tarło do mnie, że z ja­kie­goś po­wodu moc­niej ści­skam to­rebkę i stoję jak za­mu­ro­wana, nie mo­gąc się ru­szyć z miej­sca. Męż­czy­zna zbli­żał się z każ­dym kro­kiem. Po upły­wie chwili pod­niósł za­gu­bione spoj­rze­nie i mnie za­uwa­żył. Uśmiech­nął się tak, że aż od­wró­ci­łam wzrok - mia­łam wra­że­nie, że jego uśmiech po­ra­ził mnie jak słońce.

No do­brze. Mu­sia­łam to przy­znać. Bi­skup Vol­ter He­la­korpi pre­zen­to­wał się zna­ko­mi­cie. Mia­łam sła­bość do męż­czyzn w jego ty­pie. W do­datku te pełne usta i sek­sowny do­łek w po­liczku, który po­ja­wił się wraz z uśmie­chem. Nos też ni­czego so­bie - pro­sty, długi i taki... mę­ski. Duży. Przy­po­mniało mi się, co po­dobno idzie w pa­rze z wiel­ko­ścią nosa.

Kiedy dzie­liło nas już tylko kil­ka­dzie­siąt me­trów, He­la­korpi przy­spie­szył kroku i za­wo­łał:

- Sorry! Po­wi­nie­nem już być w domu, ale pro­wa­dzi­łem spo­tka­nie dla per­so­nelu i je­den star­szy... hmm... pra­cow­nik... miał dużo do po­wie­dze­nia.

Z prze­ra­że­niem zda­łam so­bie sprawę, że ni­ski, ak­sa­mitny głos He­la­kor­piego wy­wo­łał go­rące wi­bra­cje w moim pod­brzu­szu. Uczu­cie za­pło­nęło z taką in­ten­syw­no­ścią, że nie by­łam pewna, czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej do­świad­czy­łam cze­goś po­dob­nego. Prze­cież nie za­li­cza­łam się do świę­to­szek, mia­łam bo­gate i udane ży­cie sek­su­alne, ale ten Vol­ter He­la­korpi... Męż­czy­zna pod­szedł do mnie i wy­cią­gnął rękę.

- Och! Ale skąd pan wie, kim je­stem? - za­py­ta­łam, wciąż oszo­ło­miona, ga­piąc się w te jego szare oczy o ide­al­nym mig­da­ło­wym kształ­cie. Za­uwa­ży­łam, że z bli­ska można w nich było do­strzec ciemne ob­wódki i małe zie­lo­niut­kie plamki.

Pra­wie szma­rag­dowe. W ko­lo­rze le­śnego mchu... Co ty ple­ciesz?! Spro­wa­dzi­łam się szybko na zie­mię. Bez prze­sady. Wzię­łam głę­boki od­dech.

Duża, cie­pła dłoń ob­jęła moją i po­czu­łam, że znów bra­kuje mi tchu, tym ra­zem z in­nego po­wodu. Cho­ciaż je­stem dość wy­soka - na­wet bez szpi­lek mam metr sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu - to w tam­tej chwili po­czu­łam się jak mi­nia­tu­rowa la­leczka. Męż­czy­zna mu­siał mie­rzyć chyba dwa me­try, a przy­naj­mniej ta­kie od­no­si­łam wra­że­nie, pa­trząc na jego im­po­nu­jącą syl­wetkę.

- Do­ris Vu­oti. Tylko jedna taka jest na Fej­sie. I wy­gląda wła­śnie tak jak pani.

Na Fej­sie? Czyżby Vol­ter He­la­korpi spę­dzał czas na Fej­sie? Prze­glą­da­jąc moje fotki? Za­uwa­ży­łam, że wzrok męż­czy­zny (bi­skupa!) ze­śli­zgnął się z mo­jej twa­rzy. Chyba nie pa­trzy na moje ciało? To prze­cież nie­moż­liwe. A może tylko rzuca okiem na su­kienkę? Ogar­nęła mnie ja­kaś dziwna pa­nika i po­czu­łam na­pły­wa­jącą falę go­rąca. Chyba pierw­szy raz w ży­ciu nie by­łam w sta­nie wy­do­być z sie­bie słowa.

Kiedy tak sta­łam jak wryta, nie­zdolna do wy­du­sze­nia z sie­bie słowa, He­la­korpi po­now­nie spoj­rzał mi w oczy i na­chy­lił się lekko w moim kie­runku.

- A może się mylę? - za­py­tał cie­pło i spo­koj­nie pu­ścił moją dłoń, mu­ska­jąc ją przy tym le­ciutko od nad­garstka aż po opuszki pal­ców.

Było to bar­dzo przy­jemne. Zde­cy­do­wa­nie za bar­dzo.

- Nie, nie myli się pan. Bar­dzo miło mi pana po­znać. Faj­nie, że... że zna­lazł pan dla mnie czas.

- Za­in­te­re­so­wał mnie te­mat pani pracy. Ży­cie sek­su­alne pa­sto­rów stanu wol­nego. A to do­piero! Prze­cież o ta­kim zja­wi­sku nie po­winno być na­wet mowy, nie­praw­daż?

Vol­ter He­la­korpi uniósł brwi. Ten iro­niczny wy­raz twa­rzy w po­łą­cze­niu z bar­dzo ja­sną skórą i współ­gra­ją­cymi ze sobą od­cie­niami fio­letu i czerni nadały mu jakby me­fi­sto­fe­licz­nego cha­rak­teru. Już otwie­ra­łam usta, żeby coś od­po­wie­dzieć, ale wy­do­był się z nich je­dy­nie głu­piutki, dziew­częcy chi­chot. Rany bo­skie! Wy­szłam na idiotkę, za­nim jesz­cze prze­szli­śmy do wła­ści­wej roz­mowy. Po­sta­no­wi­łam wziąć się w garść i od­po­wie­dzia­łam już nieco śmie­lej:

- Ba­da­nia na­ukowe po­twier­dzają jed­nak, że jest to fakt. Być może Ko­ściół nie pa­trzy na to przy­chyl­nie, ale...

- Ko­ściół to lu­dzie, a lu­dzie są różni. Są i tacy, któ­rzy nie wie­rzą, że Je­zus na­ro­dził się z dzie­wicy. Wy­obraża so­bie pani?

Po­wie­dział to prze­sad­nie prze­ra­żo­nym gło­sem, te­atral­nie otwie­ra­jąc oczy. Wtedy się ro­ze­śmia­łam.

- A pan w to wie­rzy? - za­py­ta­łam i zmru­ży­łam oczy, ma­jąc na­dzieję, że wy­glą­dam tro­chę wy­zy­wa­jąco.

- Nie wie­rzę. Nie roz­po­wia­dam o tym do­okoła, ale i nie kła­mię, gdy ktoś wprost mnie o to pyta.

- Dla­czego mi pan o tym mówi? Prze­cież mo­gła­bym za­cząć roz­sie­wać o panu plotki.

- Spy­tała pani wprost. I jest mi obo­jętne, czy ma pani za­miar opo­wia­dać o tym jako cie­ka­wostkę w ja­kimś ba­rze. Ar­cy­bi­skup wie do­sko­nale o mo­ich prze­ko­na­niach. A uprze­dza­jąc pani ko­lejne py­ta­nie: wy­znaję swoją wiarę w ta­kiej for­mie, w ja­kiej zo­stało to na­pi­sane.

- Jak to "w ba­rze"? - rzu­ci­łam sła­bym gło­sem, kiedy He­la­korpi do­tknął dło­nią mo­ich ple­ców, drugą zaś wska­zu­jąc na wej­ście do sta­rego bu­dynku.

- Pani pro­fil nie jest co prawda pu­bliczny, ale wiele zdjęć już tak. Dość czę­sto wła­śnie z ba­rów. Albo ja­kichś im­prez.

Po­czu­łam na­raz złość i za­kło­po­ta­nie.

Złość na to, że ktoś, ot tak, przy­piął mi łatkę. Było to przy­kre, choć prawdę mó­wiąc, fa­cet się nie my­lił. Dużo im­pre­zo­wa­łam. Oczy­wi­ście, nie li­cząc ostat­nich sze­ściu mie­sięcy, pod­czas któ­rych by­łam sku­piona na pracy ma­gi­ster­skiej, ślu­bach zna­jo­mych i pie­prze­niu się. A za­kło­po­ta­nie? Cóż, po­czu­łam je z tego sa­mego po­wodu. Zo­sta­łam przej­rzana na wy­lot, oce­niona i mo­men­tal­nie za­szu­flad­ko­wana.

- Zdję­cia na Fa­ce­bo­oku nie mó­wią wszyst­kiego o moim ży­ciu - bąk­nę­łam tylko, ma­sze­ru­jąc obok Vol­tera He­la­kor­piego w stronę drzwi wio­dą­cych do klatki.

Męż­czy­zna od­wró­cił głowę i na­po­tka­łam jego cie­kawe, szare spoj­rze­nie.

- Wcale tak nie uwa­żam. Mó­wię tylko o tym, co zo­ba­czy­łem. Prze­pra­szam, je­śli pa­nią ura­zi­łem.

Nie wie­dzia­łam, co na to od­po­wie­dzieć. Po­czu­łam za to żar wi­bru­jący w moim ciele i roz­prze­strze­nia­jący się w nim jak bujna ro­ślin­ność na wio­snę. Głos He­la­kor­piego był sam w so­bie nie­ziem­ski. A kiedy w wy­po­wia­da­nych sło­wach usły­sza­łam bi­jące z nich cie­pło i szczerą skru­chę, po­czu­łam się tak, jak­bym otrzy­mała po­tężną dawkę opium.

- Nic się nie stało - po­wie­dzia­łam ci­cho. - Je­stem może tro­chę prze­wraż­li­wiona.

Opium dla ludu. Tak Marks na­zy­wał re­li­gię. Vol­ter He­la­korpi był więc cho­dzącą skład­nicą opium. Na­gle prze­stało mnie dzi­wić, ja­kim spo­so­bem tak młody ksiądz mógł zo­stać bi­sku­pem.

We­szli­śmy po sta­rych, sze­ro­kich scho­dach na trze­cie pię­tro. Męż­czy­zna otwo­rzył pierw­sze drzwi po pra­wej stro­nie. We­szłam do środka i przez chwilę mój wzrok błą­dził po wnę­trzu. Hol był prze­stronny i wy­soki. Szybko po­li­czy­łam, że znaj­do­wało się w nim pię­cioro drzwi do in­nych po­miesz­czeń - jedne na­prze­ciwko wej­ścia i dwoje po każ­dej stro­nie ko­ry­ta­rza. Zer­k­nę­łam do pierw­szego po­koju po pra­wej stro­nie. Był to duży ga­bi­net, w któ­rym od razu rzu­cał się w oczy sto­jak na ubra­nia. Wi­siały na nim szaty li­tur­giczne, a także na­kry­cie głowy oraz la­ska, czyli pa­sto­rał. W zwy­czaj­nych oko­licz­no­ściach ta­kie sym­bole wła­dzy mo­głyby mnie co naj­wy­żej roz­ba­wić, ale w tam­tej chwili wy­obra­zi­łam so­bie Vol­tera He­la­kor­piego w ma­je­sta­tycz­nym czarno-srebr­nym stroju. Bez wąt­pie­nia wy­glą­dał w nim zja­wi­skowo.

- Piękne szaty - wy­bą­ka­łam onie­śmie­lona, bo rze­czy­wi­ście ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam ni­czego po­dob­nego.

He­la­korpi ze zdzi­wie­niem od­wró­cił głowę w moją stronę i za­py­tał:

- Chcia­łaby je pani obej­rzeć? Moi pa­ra­fia­nie byli ich cie­kawi. Zwy­kle nie trzy­mam szat w domu, ale wczo­raj wie­czo­rem nie zdą­ży­łem od­nieść ich do ka­pi­tuły ka­te­dral­nej.

- Pa­ra­fia­nie? - zdzi­wi­łam się. - Chyba nie od­wie­dzają pana tu­taj, w domu?

He­la­korpi uśmiech­nął się lekko i wzru­szył sil­nymi ra­mio­nami.

- Jak już mó­wi­łem, nie­zbyt czę­sto przed­mioty te są u mnie w domu. Zwłasz­cza po ofi­cjal­nych uro­czy­sto­ściach. Więk­szość z mo­ich go­ści to wierni z mo­jej po­przed­niej pa­ra­fii, któ­rych znam od dawna. Ale tak, pra­wie za­wsze ktoś się tu kręci. Cza­sami lu­dzie chcą po pro­stu po­ga­dać o trud­nych spra­wach. Ła­twiej to przy­cho­dzi, jak się do­brze zna swo­jego księ­dza. A ja nie umiem od­ma­wiać, zwłasz­cza że nie mam obo­wiąz­ków ro­dzin­nych.

Skie­ro­wał się do ga­bi­netu, a ja po­szłam wraz z nim. Na stole le­żała no­sząca ślady czę­stego użyt­ko­wa­nia Bi­blia. Za­uwa­ży­łam, że na pół­kach znaj­do­wało się wię­cej eg­zem­pla­rzy. Nie bra­ko­wało także in­nych ksią­żek. Wy­strój po­koju był no­wo­cze­sny, ale przy­tulny. Na pa­ra­pe­cie stało kilka ro­ślin do­nicz­ko­wych, któ­rych nazw nie zna­łam, a na ścia­nie wi­siała stara mapa, która, jak mi się wy­da­wało, przed­sta­wiała Hel­sinki.

Kiedy zbli­ży­łam się do bi­sku­pich szat, za­mar­łam z wra­że­nia. Ciem­no­fio­le­towa stuła, czarna mi­tra z pięk­nym srebr­nym krzy­żem oraz srebrna krzy­waśń i głę­boka czerń drewna, z któ­rego wy­ko­nana była sama la­ska - wszystko to na­prawdę ro­biło wra­że­nie.

- Czy to drewno jest po­ma­lo­wane, czy może...

- He­ba­nowe. Je­stem tro­chę próżny, je­śli cho­dzi o kwe­stie stylu. Skoro tak czy siak ktoś mu­siał spe­cjal­nie dla mnie zro­bić taką la­skę, to wo­la­łem za­mó­wić przy­zwo­itą, a nie byle jaki po­ma­lo­wany brzo­zowy ki­jek.

Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam swoje zgoła nie­przy­zwo­ite my­śli o ro­bie­niu la­ski.

- A czy spe­cjal­nie trzyma pan te cenne przed­mioty na wi­doku? Czyżby to wła­śnie z próż­no­ści? - za­py­ta­łam z prze­korą.

W końcu od­zy­ska­łam mowę. Czę­ściowo pew­nie dla­tego, że sta­łam od­wró­cona ple­cami do bi­skupa He­la­kor­piego.

- Nie. Wczo­raj od­pra­wia­łem wie­czorne na­bo­żeń­stwo i przy­nio­słem szaty do domu, bo od razu po mszy od­wie­dził mnie ka­pe­lan szpi­talny. A wi­szą tu­taj, bo nie na miej­scu wy­daje mi się wło­że­nie ich do szafy, ra­zem z wszyst­kimi zwy­czaj­nymi ubra­niami.

W jego sło­wach nie było ani cie­nia urazy czy zło­ści. Prze­ma­wiał mięk­kim, prze­peł­nio­nym szcze­ro­ścią gło­sem. Tro­chę mnie to za­wsty­dziło. Nie mo­głam się jed­nak oprzeć i od­par­łam:

- Ale prze­cież wczo­raj była nie­dziela. Ja­kież to na­bo­żeń­stwo od­pra­wiał pan wie­czo­rem...?

- Ka­pe­lan szpi­talny pra­cuje wtedy, kiedy do­sta­nie we­zwa­nie, i zwy­kle spo­tyka się w pracy ze smut­kiem, cho­robą i śmier­cią. Kiedy wiem, że stan psy­chiczny pod­le­ga­ją­cych mi pa­sto­rów nie jest do­bry i chcą ze mną po­roz­ma­wiać, to nie każę im cze­kać do na­stęp­nego dnia ro­bo­czego.

Na­gle zda­łam so­bie sprawę, że być może po­win­nam była oka­zy­wać bi­sku­powi wię­cej sza­cunku.

- Pa­nie He­la­korpi... a może po­win­nam ra­czej zwra­cać się do pana "pro­szę księ­dza" albo "Wa­sza Eks­ce­len­cjo"... - wy­du­ka­łam nie­zręcz­nie.

He­la­korpi za­ło­żył ręce na ple­cach, wy­pro­sto­wał się, pre­zen­tu­jąc swój oka­zały wzrost, spoj­rzał na mnie z góry i prze­szył świ­dru­ją­cym spoj­rze­niem. Po­czu­łam się nie­swojo. Bi­skup wzbu­dzał we mnie re­spekt, może na­wet strach, ale przede wszyst­kim cał­ko­wi­cie nie­zgodne z nor­mami oby­cza­jo­wymi pod­nie­ce­nie. Mia­łam wra­że­nie, że bul­go­tało we mnie mo­rze lawy.

- No pro­szę, nie wie pani? A my­śla­łem, że stu­diuje pani teo­lo­gię. Zo­stańmy przy "bi­sku­pie He­la­kor­pim" - od­parł męż­czy­zna je­dwa­bi­stym gło­sem, w któ­rym wy­czu­łam tym ra­zem zło­śli­wość. Z lek­kim nie­za­do­wo­le­niem za­ci­snął usta.

Ta od­po­wiedź zbiła mnie z tropu. Mu­sia­łam jed­nak przy­znać, że nie mia­łam po­ję­cia o ety­kie­cie w kwe­stii zwra­ca­nia się do bi­sku­pów, dla­tego tylko po­ki­wa­łam głową.

- Oczy­wi­ście. Prze­pra­szam, bi­sku­pie.

He­la­korpi za­ko­ły­sał się na pię­tach. Za chwilę za­trzę­sły się jego sze­ro­kie ra­miona, a on sam wy­buch­nął śmie­chem.

- Szkoda, że nie mo­gła pani zo­ba­czyć swo­jej miny! Wy­glą­dała pani jak mała, nie­grzeczna dziew­czynka skar­cona przez na­uczy­ciela - za­żar­to­wał.

Wy­pu­ści­łam gło­śno po­wie­trze z płuc i spoj­rza­łam na bi­skupa spode łba.

- Moje py­ta­nie było cał­ko­wi­cie ade­kwatne do sy­tu­acji, w któ­rej się znaj­du­jemy - od­par­łam oschle.

W moim gło­sie za­dźwię­czała lekka chrypka, w kon­tra­ście do ak­sa­mit­nego tonu Vol­tera He­la­korpi. A jego śmiech dzia­łał na mnie jak za­nu­rze­nie się w cie­płej, zmy­sło­wej ką­pieli.

- "Bi­skup He­la­korpi". Tak na­zywa mnie tylko pewna dzie­więć­dzie­się­cio­jed­no­let­nia sta­ruszka o imie­niu Sa­nelma. - Męż­czy­zna par­sk­nął śmie­chem. - No i dzien­ni­ka­rze.

- W ta­kim ra­zie jak po­win­nam się do pana... - za­czę­łam znowu, wciąż nieco po­iry­to­wana, ale w du­chu roz­ba­wiona za­ist­niałą sy­tu­acją.

- Vol­ter. Po pro­stu Vol­ter. A czy ja też mogę mó­wić pani po imie­niu, Do­ris? Czy jed­nak po­wi­nie­nem zo­stać przy "pani Vu­oti"?

W ża­den spo­sób nie mo­głam po­wstrzy­mać uśmie­chu.

- No, osta­tecz­nie może być Do­ris. Ale jak już się obro­nię, to będę re­ago­wać je­dy­nie na "pani ma­gi­ster Vu­oti".

- Och, do­brze wie­dzieć. Nie są­dzi­łem, że po two­jej obro­nie po­zo­sta­niemy w kon­tak­cie.

W mo­jej gło­wie po­now­nie za­go­ściła pustka.

- No... - za­czę­łam nie­zdar­nie - może się oka­zać, że wciąż będę po­trze­bo­wać pew­nych in­for­ma­cji...

- A ja­kichże to in­for­ma­cji mo­żesz wciąż po­trze­bo­wać, kiedy praca bę­dzie już go­towa, a ty bę­dziesz pa­nią ma­gi­ster? - Vol­ter spra­wiał wra­że­nie bar­dzo za­cie­ka­wio­nego.

- Kto wie, może za­cznę dok­to­rat! - wy­pa­li­łam.

- Po­dej­rze­wasz, że ja i moi ko­le­dzy po fa­chu skry­wamy aż tyle nie­przy­zwo­itych ta­jem­nic, że da się z tego ze­brać ma­te­riał na dok­to­rat? - Vol­ter wy­buchł śmie­chem.

Nie wie­rzy­łam wła­snym uszom. Ża­den pa­stor nie roz­ma­wiał ze mną wcze­śniej w taki spo­sób. A co do­piero bi­skup! Bi­skup, na Boga! Pró­bo­wa­łam od­zy­skać pa­no­wa­nie nad sobą i z po­wro­tem wejść w swoją pro­fe­sjo­nalną rolę.

- Ni­gdy się tego nie do­wiem, je­śli nie prze­pro­wa­dzę z tobą roz­mowy, na którą się umó­wi­li­śmy. Oczy­wi­ście bę­dzie ona po­ufna. Wiem, że nie jest to ła­twy te­mat dla du­chow­nych, tym bar­dziej dla osoby na tak wy­so­kim sta­no­wi­sku.

- No tak. Ra­czej nie chciał­bym, żeby ktoś się do­wie­dział o na­szej roz­mo­wie. Choć, co mu­szę przy­znać, nie mam po­wo­dów do wstydu. Je­stem czło­wie­kiem. By­cie pa­sto­rem czy bi­sku­pem trak­tuję jako swój za­wód, ale po­wta­rzam, w pierw­szej ko­lej­no­ści je­stem po pro­stu czło­wie­kiem. W Ko­ściele jest jed­nak wiele osób, które trak­tują te sprawy zero-je­dyn­kowo. A mnie za­leży na sza­cunku wier­nych.

Ro­zej­rza­łam się i za­py­ta­łam:

- Gdzie w ta­kim ra­zie po­roz­ma­wiamy?

- Chodźmy do sa­lonu i po­znajmy się tro­chę le­piej. Na­pi­jesz się kawy albo her­baty? A może...

Vol­ter wy­szedł z po­koju na ko­ry­tarz. Po­dą­ża­łam za nim i od­po­wie­dzia­łam:

- Wody. Wy­star­czy mi woda. Bar­dzo tu go­rąco.

W tym sa­mym cza­sie Vol­ter roz­piął czarny płaszcz i po­wie­sił go na wie­szaku.

- To prawda. Po­cze­kaj na mnie, pro­szę, w sa­lo­nie. To ten ostatni po­kój po le­wej stro­nie.

Wska­zał mi wła­ściwe drzwi, a sam po­szedł do kuchni, która znaj­do­wała się za pierw­szymi drzwiami po le­wej stro­nie ko­ry­ta­rza. We­szłam do pięk­nego, wy­so­kiego po­koju. Z po­dzi­wem spo­glą­da­łam na cu­downą pod­łogę i z ulgą roz­sia­dłam się na mięk­kiej na­roż­nej ka­na­pie w ko­lo­rze pia­sku. Sa­lon był urzą­dzony dość mi­ni­ma­li­stycz­nie, ale i tu zna­la­zło się miej­sce na kilka ro­śli­nek i re­gał z książ­kami - nieco mniej­szy tylko niż w ga­bi­ne­cie. Przy dwóch ścia­nach stały dę­bowe sto­liki, nad któ­rymi za­wie­szono czarno-białe gra­fiki.

Przy­naj­mniej dwie prace Pent­tiego Ka­ski­puro. Ziem­niaki i Grzyby. Sprawy przy­ziemne. Nie znam się ja­koś szcze­gól­nie na sztuce, ale cza­sem cho­dzę na wy­stawy. Po śmierci Ka­ski­puro wy­bra­łam się do ga­le­rii, żeby po­dzi­wiać jego dzieła - prze­peł­nione pro­stotą, ale jakże piękne!

Na sto­liku znaj­du­ją­cym się na­prze­ciwko ka­napy stał duży te­le­wi­zor. Z roz­ba­wie­niem za­uwa­ży­łam kon­tro­ler do Play­Sta­tion. Czyżby Vol­ter grał w Fort­nite, GTA, a może w ja­kąś grę o te­ma­tyce re­li­gij­nej? Moje pełne roz­ba­wie­nia do­my­sły prze­rwały od­głosy z kuchni i dźwięk te­le­fonu.

Vol­ter ode­brał i do mo­ich uszu do­bie­gły skrawki roz­mowy. Ze sfor­mu­ło­wań "nie do wiary", "kom­plet­nie nie­do­pusz­czalne" oraz "mu­simy po­roz­ma­wiać" wy­wnio­sko­wa­łam, że wy­da­rzyło się coś szcze­gól­nego. Ogar­nęła mnie nie­prze­zwy­cię­żona cie­ka­wość. Za­kra­dłam się na ko­ry­tarz i sta­nę­łam po­mię­dzy sa­lo­nem a kuch­nią. Zo­ba­czy­łam ka­wa­łek fio­le­to­wej ko­szuli Vol­tera. Bi­skup zbli­żał się do przed­po­koju. Jego głos do­bie­gał z ga­bi­netu.

Cof­nę­łam się i za­uwa­ży­łam, że w po­koju na­prze­ciwko sa­lonu znaj­do­wało się łóżko. A więc to sy­pial­nia. Prze­mknę­łam jed­nak w stronę ga­bi­netu, skąd do­bie­gały dźwięki. Ku mo­jemu roz­cza­ro­wa­niu aku­rat wtedy, gdy do­tar­łam do drzwi, Vol­ter mruk­nął:

- Do­bra. Zajmę się tym. Cześć.

Zaj­rza­łam do po­koju. My­ślę, że moje oczy mu­siały się po­więk­szyć do roz­miaru ta­le­rzy­ków de­se­ro­wych, jak w kre­skówce, jesz­cze za­nim prze­ka­zały za­re­je­stro­wany ob­raz do mó­zgu. W cza­sie roz­mowy te­le­fo­nicz­nej Vol­ter zdjął ko­szulę. Stał te­raz przo­dem do biurka, a moim oczom uka­zał się wi­dok jego po­tęż­nych ple­ców. Pa­trząc na niego, czu­łam się jak wy­głod­niała wil­czyca. Umię­śnione, sze­ro­kie barki i ra­miona wy­glą­dały o wiele bar­dziej im­po­nu­jąco bez skrawka ma­te­riału. Pa­trzy­łam z za­par­tym tchem na mię­śnie po­ru­sza­jące się pod ja­sną skórą, kiedy ze zło­ścią rzu­cił te­le­fon na stół, a drugą rękę oparł na bio­drze.

Pra­gnę tego męż­czy­zny, usły­sza­łam w gło­wie zna­jomy głos.

Nie tylko w gło­wie. Całe moje ciało zda­wało się ro­bić wszystko, co mo­gło, żeby rzu­cić się na Vol­tera He­la­kor­piego i opleść go jak wąż boa.

- Kurwa. Ja pier­dolę! - usły­sza­łam po­now­nie Vol­tera i zo­ba­czy­łam, jak z wście­kło­ścią ko­pie biurko.

Te słowa jesz­cze bar­dziej na mnie po­dzia­łały. Ogar­nęła mnie ja­kaś dzika żą­dza. Zła­pa­łam się fra­mugi i spró­bo­wa­łam głę­boko od­dy­chać.

Mu­sia­łam zejść na zie­mię. Przy­po­mnia­łam so­bie, że nie mam w zwy­czaju upra­wiać seksu z pa­sto­rami. Ani w ogóle z ludźmi re­li­gij­nymi. Zresztą Vol­ter nie spra­wiał wra­że­nia ko­goś, kto miałby rzu­cić się w mi­ło­sny wir ze stu­dentką teo­lo­gii prze­pro­wa­dza­jącą ba­da­nia na­ukowe.

Uświa­do­mie­nie so­bie tych fak­tów nie po­mo­gło mi do­pro­wa­dzić się do po­rządku. Tak na­prawdę fakty ula­ty­wały z mo­jej głowy tak szybko, jak się w niej po­ja­wiały. Zde­cy­do­wa­łam, że się ujaw­nię, za­nim - nie daj Boże - ze­mdleję. To by do­piero było.

- Czy coś się stało? Prze­pra­szam, ale nie mo­głam nie usły­szeć...

Vol­ter się od­wró­cił i uj­rzał mnie sto­jącą z otwar­tymi ustami. Zmarsz­czone brwi i za­ci­śnięte usta spra­wiły, że wy­glą­dał jesz­cze sek­sow­niej, je­śli to w ogóle moż­liwe. Prze­nio­słam grzeszny, bez­wstydny wzrok z roz­rzu­co­nych w nie­ła­dzie brą­zo­wych wło­sów na klatkę pier­siową i brzuch męż­czy­zny. Prze­łknę­łam ślinę. Nikt nie miał prawa wy­glą­dać tak... po­tęż­nie, tak epa­to­wać mę­sko­ścią, po­my­śla­łam słabo.

Za­wsty­dzało mnie to, że nie by­łam w sta­nie ode­rwać od niego wzroku i że tak wi­sia­łam oparta o fra­mugę. Wsty­dzi­łam się, ale nie prze­sta­wa­łam. Wpa­try­wa­łam się, pod­nie­cona, w bi­skupa He­la­kor­piego.

Męż­czy­zna też pa­trzył na mnie przez chwilę in­ten­syw­nym, ba­daw­czym wzro­kiem, lecz za­raz od­wró­cił głowę i po­wie­dział jakby znu­żony:

- Po­ja­wił się pro­blem. Pi­jany pa­stor. Mu­szę się tym za­jąć.

- Oczy­wi­ście - od­par­łam lekko za­chryp­nię­tym gło­sem i do­piero wtedy zda­łam so­bie sprawę, że w ja­kiś spo­sób zna­la­złam się w środku ga­bi­netu.

Vol­ter zbli­żył się do mnie i mruk­nął oschle, pa­trząc w drugą stronę:

- Prze­pra­szam za ten nie­sto­sowny strój. Moja szafa jest w sy­pialni.

- Nic nie szko­dzi! - od­par­łam. Na­stęp­nie stało się coś, czego nie po­tra­fię wy­tłu­ma­czyć. Moja dłoń, jakby zu­peł­nie nie­za­leż­nie od mo­jej woli, zna­la­zła się na klatce pier­sio­wej męż­czy­zny.

Boże, cóż to było za uczu­cie. Twarde mię­śnie. Cie­pła skóra. Szorst­kie, ciemne włosy. Czu­łam pod pal­cami iskierki, tak jakby Vol­ter He­la­korpi był cały na­elek­try­zo­wany. I na­gle, nie­spo­dzie­wa­nie, obu­dzi­łam się z tego snu na ja­wie. Wzdry­gnę­łam się i w tym sa­mym cza­sie spo­strze­głam, że i on zro­bił to samo. My­ślę, że ni­gdy w ży­ciu nie ob­la­łam się tak gwał­tow­nym i ciem­nym ru­mień­cem.

- Prze­pra­szam! - wy­krzyk­nę­łam ża­ło­śnie i opar­łam winną, go­rącą dłoń na rów­nie roz­pa­lo­nym bio­drze.

Wcze­śniej­sze po­czu­cie za­że­no­wa­nia nie mo­gło się rów­nać temu, co od­czu­wa­łam w tej chwili. Chcia­łam znik­nąć. Te­le­por­to­wać się do naj­dal­szej czę­ści wszech­świata. Po­żą­da­nie, które mną owład­nęło, było pod każ­dym wzglę­dem nie­sto­sowne i nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­czego mu się nie opar­łam.

- Nie mam w zwy­czaju... Nie chcia­łam... - za­czę­łam, ale słowa ugrzę­zły mi w gar­dle. Ukry­łam twarz w dło­niach. - Ja pier­dolę.

- Wcale nie po­są­dzam cię o złe za­miary - usły­sza­łam w od­po­wie­dzi.

Czyż­bym wy­chwy­ciła w jego gło­sie nutkę roz­ba­wie­nia? Ze­bra­łam się w so­bie, by po­now­nie spoj­rzeć na Vol­tera.

Ostroż­nie. Mu­sia­łam się sku­pić, żeby pa­trzeć tylko na twarz. Pa­trzył na mnie jakby ło­bu­zer­sko i py­ta­jąco.

- Oczy­wi­ście, nie mia­łam żad­nych nie­sto­sow­nych za­mia­rów - od­rze­kłam, cho­ciaż było oczy­wi­ste, że moje ciało pra­gnęło ro­bić różne nie­sto­sowne rze­czy z cia­łem sto­ją­cego przede mną męż­czy­zny.

Vol­ter wes­tchnął i prze­cią­gnął dło­nią po wło­sach.

- Inny pa­stor je­dzie się tym za­jąć, ale... to nie jest pierw­szy raz. Zda­rzało się już wcze­śniej. Sprawa do­ty­czy ko­goś z mo­jej po­przed­niej pa­ra­fii. Oba­wiam się, że wy­lą­duje w ka­pi­tule.

- Ro­zu­miem. Pójdę już so­bie. Może po pro­stu uda nam się prze­pro­wa­dzić tę roz­mowę przez te­le­fon? Po­dróż nie jest taka ta­nia...

- Ależ nie! - wy­krzyk­nął Vol­ter.

Mia­łam wra­że­nie, że jego też za­dzi­wiła ta gwał­towna re­ak­cja. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, co po­wie­dzieć, po czym za­pro­po­no­wał:

- Po­cze­kaj tu na mnie. Zaj­mie mi to parę go­dzin. Mu­szę po­roz­ma­wiać z tym czło­wie­kiem, a po­tem skon­tak­to­wać się z kim trzeba, ale wrócę i... - Prze­rwał i chwilę za­sta­na­wiał się, co da­lej po­wie­dzieć. - Nie mam na ju­tro żad­nych pla­nów, któ­rych nie da­łoby się prze­ło­żyć. Mo­żesz więc zro­bić ze mną wy­wiad. A je­śli bę­dziesz miała ochotę, mo­żesz mi to­wa­rzy­szyć, kiedy po­jadę do ko­ścioła na Va­ris­suo.

Po czę­ści dla­tego, że po­wrót do Hel­si­nek z pu­stymi rę­kami wcale mi się nie uśmie­chał, a po czę­ści z po­wodu stanu sil­nego za­uro­cze­nia, w ja­kim się zna­la­złam, od­po­wie­dzia­łam:

- Och, chęt­nie zo­stanę, je­śli to nie pro­blem. Mu­sia­ła­bym tylko pójść do sklepu, żeby ku­pić kilka rze­czy. Nie przy­go­to­wa­łam się na no­co­wa­nie. Jed­nak nie je­stem pewna co do tego wy­da­rze­nia ko­ściel­nego. Nie na­leżę do Ko­ścioła.

Vol­ter uśmiech­nął się kpiąco.

- Bę­dzie tam dużo osób, które nie na­leżą do Ko­ścioła.

- W ta­kim ra­zie zgoda - od­par­łam. Nie chcia­łam mu od­ma­wiać.

- Dam ci klu­cze i wszystko, czego mo­żesz po­trze­bo­wać. Tylko naj­pierw się ubiorę - do­dał z bły­skiem w oku.

Nic już wię­cej nie po­wie­dzia­łam. Wró­ci­łam do sa­lonu i za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co zro­bić, żeby za­cią­gnąć go do łóżka. Pró­bo­wa­łam ode­gnać od sie­bie te my­śli, ale nie mo­głam się po­wstrzy­mać. Mia­łam się za roz­sądną osobę, lecz wi­docz­nie resztki roz­sądku spło­nęły na po­piół w ogniu żą­dzy, która mnie ogar­nęła. Cho­ciaż raz... Usia­dłam na ka­na­pie i pa­trzy­łam w swoje ciemne od­bi­cie w ekra­nie te­le­wi­zora, snu­jąc nie­ro­ku­jące na­dziei sce­na­riu­sze.

A może to była ja­kaś nowa, dziwna per­wer­sja. Może cho­dziło o tabu, o zje­dze­nie za­ka­za­nego owocu. Ach, gdy­bym choć raz prze­spała się z Vol­te­rem, z pew­no­ścią umia­ła­bym le­piej oce­nić, o co mi w tym wszyst­kim cho­dzi. Mo­gła­bym po­rów­nać seks z nim do seksu z in­nymi fa­ce­tami. Ale czy on w ogóle chciałby pójść ze mną do łóżka? Tak na­prawdę nie da­wał mi żad­nych sy­gna­łów. Na do­da­tek pra­wie od­sko­czył, kiedy go do­tknę­łam.

Zza drzwi do­bie­gły od­głosy kro­ków. Po­pa­trzy­łam na Vol­tera, de­li­kat­nie przy­gry­za­jąc usta. Miał na so­bie lekką, błę­kitną lnianą ko­szulę. Nie za­piął ostat­nich gu­zi­ków. Do tego cien­kie czarne spodnie. Wi­docz­nie źle zin­ter­pre­to­wał moje spoj­rze­nie, gdyż po­wie­dział:

- Spę­dzi­łem dzie­więć dłu­gich upal­nych go­dzin w su­tan­nie. Chyba na dzi­siaj wy­star­czy.

- Och, no pew­nie. Wcale się nie dzi­wię. Za­ga­pi­łam się, bo świet­nie wy­glą­dasz.

Czy ja na­prawdę po­wie­dzia­łam to na głos?

Usta i oczy Vol­tera otwo­rzyły się ze zdzi­wie­nia. I wtedy to za­uwa­ży­łam. To tak­su­jące spoj­rze­nie, o które po­dej­rze­wa­łam go już w pierw­szych se­kun­dach na­szego spo­tka­nia na ulicy. Te­raz wcale się z nim nie krył. Nie od­wró­ci­łam wzroku, kiedy po­pa­trzył mi w oczy, a na­stęp­nie opu­ścił spoj­rze­nie na ra­miona, piersi... Bio­dra, od­kryte ko­lana, łydki, kostki.

O Boże. Czu­łam ogromne pod­nie­ce­nie. Mia­łam wra­że­nie, że jesz­cze chwila, a moja roz­pa­lona cipka wy­buch­nie. Mi­mo­wol­nie na­pie­ra­łam dłońmi o brzegi ka­napy. Ści­snę­łam ko­lana. Nie mo­głam się po­wstrzy­mać. De­li­kat­nymi okręż­nymi ru­chami ocie­ra­łam się o sie­dze­nie. Pra­gnę­łam roz­ko­szy. On to za­uwa­żył - za­trzy­mał przez chwilę wzrok na mo­ich udach i za­py­tał gło­sem tak głę­bo­kim, że chcia­łam w nim uto­nąć:

- Czy to nie­od­łączna część two­ich ba­dań? Te­sto­wa­nie i ku­sze­nie roz­mów­ców? A może to swego ro­dzaju eg­za­min mo­ralny?

Za­mar­łam. Na­stęp­nie po­trzą­snę­łam głową i za­wo­ła­łam:

- Ab­so­lut­nie nie! Nie! Po pro­stu... Ach, do cho­lery! Nie po­win­nam była nic mó­wić. Ale nie będę od­wo­ły­wać swo­ich słów. By­łoby to nie­zgodne z prawdą. - Wy­po­wie­dzia­łam to tak zde­cy­do­wa­nym i moc­nym gło­sem, że wy­obra­ża­łam so­bie, jak moje słowa opa­dają ciemną za­słoną na cały po­kój.

Vol­ter tylko się ro­ze­śmiał.

- No cóż, w ta­kim ra­zie wy­pada mi chyba tylko po­dzię­ko­wać.

Nie cią­gnął tej roz­mowy. Po­dał mi ha­sło do wi-fi, prze­ka­zał za­pa­sowe klu­cze i obie­cał wró­cić za parę go­dzin. Kiedy wy­szedł, ob­ję­łam głowę dłońmi i pró­bo­wa­łam uspo­koić roz­pacz­liwe my­śli. Za kogo on mnie uwa­żał, je­śli za­ło­żył, że wy­sta­wiam go na próbę? Ach! Prze­cież tylko po­wie­dzia­łam mu kom­ple­ment. Czy to coś złego? Zresztą nie ma wąt­pli­wo­ści, że to sam Vol­ter He­la­korpi prze­kro­czył gra­nice grzecz­no­ści, tak­su­jąc mnie od stóp do głów swoim sza­rym spoj­rze­niem. Wię­cej niż raz. Czy może rzu­cał mi w ten spo­sób wy­zwa­nie, w od­po­wie­dzi na mój ko­men­tarz do­ty­czący jego wy­glądu? Czyżby bi­skupi umieli grać w tego typu gierki?

Bi­skup. Jęk­nę­łam gło­śno. Wsty­dzi­ła­bym się za­czy­nać na­wet z or­ga­ni­stą, a co do­piero z bi­sku­pem! Chyba osza­la­łam. Ma­ria umar­łaby ze śmie­chu, gdyby się do­wie­działa.

Opa­no­wa­łam złość i skie­ro­wa­łam się do drzwi wyj­ścio­wych. Nie mia­łam zbyt wiele pie­nię­dzy, ale mu­sia­łam pójść na za­kupy. A na mo­jej li­ście było coś wię­cej niż tylko szczo­teczka do zę­bów.

Roz­dział 2

Kilka go­dzin póź­niej sie­dzia­łam przed lap­to­pem, nie bar­dzo wie­dząc, co ze sobą zro­bić. Nie mia­łam żad­nych tek­stów źró­dło­wych, któ­rych czy­ta­niem mo­gła­bym się za­jąć. A zresztą i tak nie umia­ła­bym się na nich sku­pić. Nie za­uwa­ży­łam w apar­ta­men­cie łóżka dla go­ści, dla­tego po­sta­no­wi­łam za­ło­żyć nową su­kienkę i biu­sto­nosz, które do­piero co ku­pi­łam w na­dziei na to, że się przy­da­dzą. Zwłasz­cza ten biu­sto­nosz - piękny, wy­ko­nany z czer­wo­nej prze­świ­tu­ją­cej ko­ronki. Na moc­nych ra­miącz­kach, które uno­siły śred­niej wiel­ko­ści, przy­jem­nie krą­głe piersi. Stan konta ban­ko­wego ucier­piałby wy­star­cza­jąco od tego jed­nego za­kupu, ale zde­cy­do­wa­łam się także na majtki do kom­pletu. Je­śli cho­dzi o sto­su­nek ceny do ilo­ści ma­te­riału, jaka zo­stała użyta do ich uszy­cia, to był on skan­da­liczny. Stringi prze­świ­ty­wały, po­dob­nie jak sta­nik, i tylko bez­wstyd­nie ma­lutki ma­te­ria­łowy trój­kąt za­sła­niał cipkę. Maj­teczki trzy­mały się na bio­drach je­dy­nie dzięki sub­tel­nym sznu­recz­kom.

Mia­łam oczy­wi­ście za­pi­sany nu­mer do Vol­tera, ale nie chcia­łam prze­szka­dzać mu w pracy. Za­ło­ży­łam czer­wony top na cie­niut­kich ra­miącz­kach - wi­docz­nie czer­wony był tego dnia ko­lo­rem prze­wod­nim. Ko­lejny za­kup w skle­pie z bie­li­zną. Miał piękne ko­ron­kowe wy­koń­cze­nie tuż nad pęp­kiem, ale poza tym wy­ko­nano go z przy­le­ga­ją­cego do ciała ma­te­riału.

Za­czę­łam fan­ta­zjo­wać na te­mat tego, co mo­głoby się wy­da­rzyć w nocy. Na przy­kład gdy­bym wstała, żeby pójść do to­a­lety, i zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie spo­tkała na ko­ry­ta­rzu Vol­tera. Zo­ba­czyłby mnie w tych ską­pych czer­wo­nych ele­men­tach gar­de­roby i... po­czu­łam znów taki przy­pływ pod­nie­ce­nia, że opa­dłam na ka­napę i na­cią­gnę­łam na sie­bie le­żący obok ko­cyk. Wy­star­czy! Nie po­win­nam po­su­wać się da­lej.

Mia­łam już dość męż­czyzn, któ­rzy da­wali mi je­dy­nie fi­zyczne za­spo­ko­je­nie...

Na­gle się ock­nę­łam i aż otwo­rzy­łam oczy ze zdzi­wie­nia. Czy do reszty mi od­biło?

Za­miast się wsty­dzić, że Vol­ter He­la­korpi tak mnie pod­nieca, ja idę o krok da­lej? Pró­buję wkro­czyć na nie­znane mi te­reny? Czego niby in­nego mia­ła­bym od niego chcieć, je­śli nie za­spo­ko­je­nia cie­le­snej żą­dzy? No, czego? Po­ro­zu­mie­nia dusz? Z fa­ce­tem, który prze­ma­wiał z am­bony i re­cy­to­wał z pa­mięci Bi­blię? Prze­cież nie mia­łam z nim nic wspól­nego. Zresztą, nie in­te­re­so­wały mnie związki. A przy­naj­mniej nie związki du­chowe.

Le­ża­łam na ka­na­pie, wi­jąc się jak osza­lała. Czu­łam, że wy­buchnę, je­śli so­bie nie ulżę. Zro­bi­łam to raz, i za chwilę ko­lejny. Wy­obra­ża­łam so­bie silne ciało Vol­tera nade mną. Złoty krzyż. Jego usta na mo­ich pier­siach. Po­tem na cipce. Wy­miętą fio­le­tową stułę opa­da­jącą na mój brzuch, pod­czas gdy on za­jęty jest ma­so­wa­niem mo­ich sut­ków i li­za­niem łech­taczki. Ję­cza­łam i raz za ra­zem gwał­tow­nie ła­pa­łam od­dech.

Per­wer­sja. Tabu. O co in­nego mo­gło cho­dzić?

W końcu od­pły­nę­łam... Za­snę­łam na brzu­chu. Wy­bu­dził mnie ja­kiś ruch w sa­lo­nie. Pod­nio­słam się, za­sko­czona, i zrzu­ci­łam z sie­bie koc.

- Ach, nie śpisz. Prze­pra­szam, że tyle mi ze­szło. Zo­sta­łem tro­chę dłu­żej, żeby po­roz­ma­wiać z jed­nym ko­legą i...

Vol­ter za­pa­lił lampę znaj­du­jącą się koło drzwi i za­milkł. Pod­nio­słam wzrok i uj­rza­łam go wpa­tru­ją­cego się we mnie jak w hip­no­zie. Po chwili ru­szył w moją stronę - ostroż­nie, jak dra­pieżne zwie­rzę. Wło­żył ręce do kie­szeni i zbli­żał się do mnie, nie od­ry­wa­jąc wzroku.

Wtedy zda­łam so­bie sprawę, jaki wi­dok uka­zał się jego oczom. Sie­dzia­łam na ko­la­nach, z pię­tami pod­cią­gnię­tymi pod po­śladki. Cienki, krótki top na ra­miącz­kach, przez który, je­stem tego pewna, prze­świ­ty­wały twarde sutki. Nagi brzuch, bio­dra i uda, a je­śli tylko zo­ba­czyłby mnie z tyłu...

Wła­śnie tak się stało. Kiedy do­szedł do ka­napy, pod­niósł rękę. Przez chwilę gła­dził mnie po wło­sach, po czym do­tknął ra­mie­nia. Za­krę­ciło mi się w gło­wie i nie mo­głam zła­pać od­de­chu. Męż­czy­zna cały czas mil­czał, ale gdy tylko do­tarł do dru­giego końca sofy znaj­du­ją­cego się za mo­imi ple­cami, usły­sza­łam jak gło­śno wy­pusz­cza po­wie­trze z płuc. Moje plecy mi­mo­wol­nie wy­gięły się w łuk. Wy­pię­łam po­śladki i przy­mknę­łam oczy.

Ach, niech on mnie do­tknie, mo­dli­łam się w my­ślach. Niech mnie do­tyka. Niech... Usły­sza­łam ci­che kroki. Okrą­żył ka­napę i sta­nął tuż obok mnie, po dru­giej stro­nie opar­cia.

Jego duża dłoń znów wy­lą­do­wała na mo­jej gło­wie, ale te­raz nie po­prze­stała na de­li­kat­nym do­tyku. Palce Vol­tera za­to­piły się w mo­ich wło­sach. Prze­biegł mnie dreszcz i po­czu­łam, że mam gę­sią skórkę. Jęk­nę­łam. Dłoń ob­jęła moją szyję i lekko ją ści­snęła. Usły­sza­łam wy­po­wia­dane ni­skim gło­sem słowa.

- ...I nie wódź nas na po­ku­sze­nie... ale nas zbaw... zbaw... zbaw...

Czy on na­prawdę się mo­dlił? O co? By­łam już roz­pa­lona do gra­nic moż­li­wo­ści, a wi­dok mo­dlą­cego się przede mną Vol­tera na­krę­cił mnie jesz­cze bar­dziej. Jesz­cze moc­niej wy­gię­łam plecy, roz­chy­li­łam usta i prze­nio­słam na niego wzrok.

Męż­czy­zna wy­po­wie­dział ostat­nie słowa, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

- ...ode złego.

Miał roz­sze­rzone źre­nice, jak nar­ko­man, i by­łam pewna, że moje wy­glą­dają tak samo.

- Pod­nieś się i chodź bli­żej. Ple­cami do mnie.

Mia­łam wra­że­nie, że wy­po­wie­dział te słowa po chwili, która trwała wiecz­ność. Po­kle­pał dło­nią opar­cie ka­napy na znak, że mam na nim usiąść.

Za żadne skarby bym mu nie od­mó­wiła. Po­dzię­ko­wa­łam so­bie w my­ślach za re­gu­larne ćwi­cze­nie jogi, bo to dzięki nim udało mi się zgrab­nie wstać i od­wró­cić. Po­zwo­li­łam mu po­pa­trzeć przez kilka dłu­gich se­kund na jędrne po­śladki i usia­dłam na opar­ciu.

- Cof­nij się - po­wie­dział ni­skim, ak­sa­mit­nym gło­sem.

Przy­ci­snę­łam dło­nie do opar­cia i od­su­nę­łam się. I jesz­cze tro­szeczkę. A po­tem cała się na­prę­ży­łam. Wy­gię­łam tu­łów do przodu, wci­snę­łam palce w opar­cie i wy­pię­łam ty­łek. Za­sty­głam w tej po­zy­cji, tak, by mógł z ła­two­ścią wsu­nąć mi od tyłu dłoń mię­dzy nogi, gdyby tylko chciał. A wie­dzia­łam, że tego chciał.

Nic się nie wy­da­rzyło, ale czu­łam go za swo­imi ple­cami. Tak bli­sko, że za­drża­łam. Tak bli­sko, że tem­pe­ra­tura jego ciała pa­rzyła moją skórę. Tak bli­sko, że jesz­cze chwila, a by­ła­bym się na niego rzu­ciła. Mo­imi my­ślami rzą­dził chaos.

W końcu przy­su­nął się w moją stronę o ostatni dzie­lący nas krok. Przy­lgnął brzu­chem i klatką pier­siową do mo­ich ple­ców i jedną ręką ob­jął mnie w ta­lii. Ach, jak wspa­niałe to było uczu­cie. Sam do­tyk. Po­chy­lił głowę, tak że po­czu­łam ruch jego warg na swo­jej skroni, kiedy wy­szep­tał mi do ucha:

- Czę­sto się tak ba­wisz. Przy­znaj się.

Wo­dził dło­nią po moim na­gim brzu­chu. Czu­łam, jak jego tu­łów co­raz moc­niej przy­lega do mo­ich ple­ców. Jak jego wil­gotne usta zbli­żają się do mo­jego ucha. Po­czu­łam jego ję­zyk.

W moim ciele sza­lał hu­ra­gan żą­dzy, który cał­ko­wi­cie za­głu­szył resztki zdro­wego roz­sądku. Mia­łam na­wet pro­blem ze zro­zu­mie­niem jego py­ta­nia. O co mu cho­dziło? Pró­bo­wa­łam się sku­pić, ale na nic się to zda­wało, kiedy czu­łam, jak męż­czy­zna się o mnie ociera. Jed­nak w końcu do­tarł do mnie sens jego słów. Po­sta­no­wi­łam pod­jąć wy­zwa­nie i kon­ty­nu­ować jego grę.

- A ty nie? - za­py­ta­łam drżą­cym gło­sem.

Ci­sza.

- Twoje ru­chy... Tak nie ro­bią grzeczni chłopcy... Och...

Moje słowa za­mie­niły się w ci­chut­kie po­ję­ki­wa­nie. Od­chy­li­łam głowę i zda­wało mi się, że Vol­ter znów szep­cze coś do sie­bie. Od­su­nął ra­miączko czer­wo­nej ko­szulki i ści­snął moją nagą pierś. Kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym zła­pał za su­tek i za­czął się nim ba­wić. Moje my­śli prze­sło­niła ciem­no­czer­wona za­słona roz­ko­szy.

Ach. Ach. Ach. Ach!

- Nie. Nie­czę­sto. A przy­naj­mniej nie­zbyt czę­sto. Na pewno nie w Turku. Ani na­wet nie w Fin­lan­dii - wy­szep­tał męż­czy­zna.

Drugą ręką błą­dził już po mo­ich bio­drach i po­ślad­kach, pod­czas gdy ta pierw­sza wciąż pie­ściła moje piersi. Palce wciąż za­ci­skały się na sut­kach, tak że w końcu po­czu­łam, jak fale przy­jem­no­ści za­le­wają całe moje ciało, pro­mie­niu­jąc od piersi we wszyst­kie moż­liwe kie­runki, do­cie­ra­jąc do ocie­ka­ją­cej żą­dzą cipki. Po­czu­łam na­pię­cie po­mię­dzy po­ślad­kami - to on po­cią­gnął za stringi. Jęk­nę­łam.

- Ni­gdy nie wi­dzia­łem ta­kich ską­pych maj­tek. Je­śli w ogóle można to na­zwać majt­kami - wy­szep­tał mi do ucha.

Prę­ży­łam wy­głod­niałe ciało i wy­pi­na­łam po­śladki tak, że nie wiem, jak udało mi się za­cho­wać rów­no­wagę. De­li­kat­nie roz­sze­rzy­łam uda. Przy­mknę­łam oczy i po­wie­dzia­łam:

- Do­ty­kaj mnie. Je­stem go­towa. Go­towa na cie­bie.

Vol­ter prze­stał pie­ścić moje piersi. Le­wym przed­ra­mie­niem przy­ci­snął mnie moc­niej do sie­bie, obej­mu­jąc brzuch i dło­nią opie­ra­jąc się na moim pra­wym barku. Prawą dłoń wsu­nął mi mię­dzy nogi. Za­ję­cza­łam jak zwie­rzę. Czu­łam, jak jego ręka z ła­two­ścią śli­zga się po­mię­dzy mo­imi udami. Wie­dzia­łam, że je­stem tak mo­kra, że moje soki pew­nie ka­pią na pod­łogę.

To było nie­sa­mo­wite. Po pro­stu nie do opi­sa­nia.

Lu­bi­łam seks i mia­łam wiele róż­nych do­świad­czeń, ale ni­gdy wcze­śniej nie prze­ży­łam cze­goś ta­kiego. Wielka dłoń de­li­kat­nie po­cie­rała ma­leńki, kom­plet­nie prze­mo­czony skra­wek ma­te­riału. Wy­da­wa­łam z sie­bie stłu­mione okrzyki i czu­łam, jak pod po­wie­kami wzbie­rają mi łzy. Było mi tak do­brze.

Zbyt do­brze. Naj­le­piej na świe­cie.

- Ależ mo­kra dziew­czynka.

Le­dwo do­cie­rały do mnie jego słowa, cho­ciaż do­bie­gały z ust znaj­du­ją­cych się tuż przy moim uchu.

- Ja... my­śla­łam o to­bie. Dużo. My­śla­łam o to­bie, kiedy ro­bi­łam so­bie do­brze... Ale to dla mnie za mało... Za mało... - ostat­nie słowa wy­po­wie­dzia­łam pra­wie bez­gło­śnie.

- Ćśśś...

Vol­ter wsu­nął gładko dwa palce pod mo­kry ma­te­riał i wło­żył je do cia­snej, wil­got­nej dziurki. Sap­nął, kiedy moje po­śladki za­drżały pod wpły­wem tego no­wego do­tyku. Ma­so­wał de­li­kat­nie na­brzmiałe, od­kryte wargi sro­mowe i za­czął ryt­micz­nie prze­su­wać jed­nym pal­cem od łech­taczki, aż do od­bytu i z po­wro­tem. Palce cią­gnęły ma­te­riał maj­tek, co spra­wiało, że czu­łam jed­no­cze­śnie prze­ogromną roz­kosz, ale i ból. Pa­lec Vol­tera okrą­żał łech­taczkę, stam­tąd su­nął w kie­runku go­rą­cego cen­trum, na­stęp­nie do od­bytu i wra­cał z po­wro­tem do łech­taczki. I znowu, i znowu.

Nie zmie­niał rytmu. Moje ciało się do niego do­sto­so­wało. Uno­si­łam po­śladki, ję­cza­łam i zmie­rza­łam w kie­runku or­ga­zmu. Wie­dzia­łam, że bę­dzie wy­jąt­kowy. Kiedy męż­czy­zna po­now­nie do­tknął mo­jej łech­taczki, po­czu­łam, jak cała cipka na­brzmiewa i przez ciało prze­cho­dzi prąd. Z mo­jego gar­dła wy­do­stał się char­czący okrzyk. Czu­łam, jak pa­lec Vol­tera wcho­dzi we mnie i za­czyna mocno pchać. Opa­da­łam z sił, ale on na­pie­rał na we­wnętrzne ścianki po­chwy. By­łam na skraju wy­trzy­ma­nia. Aż w końcu po­czu­łam, że całe moje ciało wy­peł­nia się świa­tłem.

Za­ci­śnięte usta na moim karku, go­rąca, sze­roka klatka pier­siowa oparta o moje plecy, pa­lec we mnie. Pie­ścił moją cipkę tak, że or­gazm zda­wał się trwać wiecz­nie. Czu­łam się jak ma­rio­netka, z którą Vol­ter mógł zro­bić wszystko, na co miał ochotę. W końcu wło­żył we mnie jesz­cze je­den pa­lec - głę­biej - i wy­szep­tał mi do ucha:

- No już. Do­bra dziew­czynka. A te­raz pój­dziemy spać.

- Nie! - Nie chcia­łam, żeby to się skoń­czyło.

Wła­śnie prze­ży­łam naj­więk­szy or­gazm w swoim ży­ciu, ale wie­dzia­łam, że mo­gła­bym szczy­to­wać jesz­cze bar­dziej, gdy­bym po­czuła go w so­bie ca­łego. Gdyby mnie po pro­stu ze­rżnął.

- Wła­śnie tak - od­po­wie­dział miękko.

Od­su­nął się ode mnie. Kiedy spoj­rza­łam przez ra­mię, za­uwa­ży­łam, że wpa­truje się w swoje palce, wciąż mo­kre od mo­ich so­ków.

- To była próba - po­wie­dział, pod­no­sząc na mnie wzrok.

Wciąż jesz­cze by­łam w in­nym świe­cie i nie do­cie­rały do mnie jego słowa. Za­uwa­ży­łam za to, że jego roz­po­rek pra­wie eks­plo­do­wał. Mia­łam więc do­wód na to, że Vol­ter jest tak samo pod­nie­cony jak ja. Zdał so­bie sprawę, że nie mogę ode­rwać wzroku od jego kro­cza.

- Po­ku­sze­nie i próba. Ale ja nie upra­wiam przy­god­nego seksu. Ni­gdy - za­zna­czył cierpko.

Wie­dzia­łam jed­nak, że mó­wił to do sie­bie, a nie do mnie, sam sie­bie pró­bo­wał do tego prze­ko­nać.

- O swoim ży­ciu sek­su­al­nym opo­wiem ci ju­tro - do­dał.

- Vol­ter... - wy­szep­ta­łam. - Prze­cież wła­śnie upra­wia­li­śmy seks. Co za róż­nica, czy pie­przy­łeś mnie ręką, czy...

- Do­bra­noc, Do­ris. Zo­sta­wię ci po­ściel na krze­śle przy drzwiach.

Od­wró­cił się na pię­cie i wy­szedł.

***

Całą noc śniły mi się sceny pełne po­wy­gi­na­nych ciał, tak że rano obu­dzi­łam się fi­zycz­nie zmę­czona. Wie­czo­rem wzię­łam szybki prysz­nic, krót­kie spodenki zo­sta­wi­łam bun­tow­ni­czo na pod­ło­dze, a po­tem za­nu­rzy­łam się w po­ścieli i pró­bo­wa­łam za­snąć. Nie było to ła­twe - nie mo­głam za­po­mnieć, do czego do­szło po­mię­dzy mną i Vol­te­rem.

Wier­ci­łam się na ka­na­pie jesz­cze bar­dziej nie­spo­koj­nie, niż za­nim on wró­cił do domu, za­sta­na­wia­jąc się ła­ko­mie, w jaki spo­sób do­brać się do spodni bi­skupa i za­cią­gnąć go do łóżka. Nie ob­cho­dziło mnie już ani tro­chę to, że męż­czy­zna był wie­rzący, a co wię­cej, spra­wo­wał ważną funk­cję ko­ścielną. Nie ob­cho­dziło mnie też to, że we­dług niego nie upra­wiał seksu w Fin­lan­dii. Ani na­wet to, że - we­dług niego - wy­sta­wia­łam go na próbę.

Przy­rze­kłam so­bie, że w ta­kim ra­zie bi­skup tej próby nie prze­trwa. Uwio­dłam nie­jed­nego męż­czy­znę. Co prawda ża­den z nich nie no­sił ko­lo­ratki ani wiel­kiego krzyża. Wąt­pi­łam jed­nak, żeby pa­stor oka­zał się bar­dziej od­porny na moje sztuczki.

Mo­ich uszu za­częły do­bie­gać od­głosy z kuchni, a po­tem dźwięk zbli­ża­ją­cych się kro­ków. Szyb­kim ru­chem ścią­gnę­łam z sie­bie ko­szulkę. Przy­kry­wa­łam się koł­drą w chwili, kiedy Vol­ter po­ja­wił się w drzwiach, ubrany w czarne spodnie i biały pod­ko­szu­lek. Zdą­żył zo­ba­czyć moje na­gie piersi i brzuch, za­nim znik­nęły pod po­ścielą. Po­czu­łam drże­nie serca i ca­łego ciała, ale po­wie­dzia­łam cał­kiem nie­win­nie:

- Och, prze­pra­szam. Było mi w nocy tak go­rąco...

Zer­k­nął na pod­łogę, na któ­rej le­żały roz­rzu­cone stringi i top. Za­uwa­ży­łam błysk w jego oku, a na ustach po­ja­wił się lekki uśmiech.

- Może i je­stem księ­dzem, ale na pewno nie je­stem głupi - od­rzekł. - Chodź na śnia­da­nie. I za­ła­twmy to, co mamy zro­bić. Za­pra­szam w ubra­niach.

Po­czu­łam się jak stro­fo­wane dziecko, ale szybko ode­gna­łam od sie­bie nie­wy­godne my­śli. To był po­je­dy­nek, a w po­je­dynku nie wolno oka­zy­wać sła­bo­ści. Za­ło­ży­łam śliczny czer­wony sta­nik, su­kienkę i nieco bar­dziej co­dzienne czer­wone majtki, które też ku­pi­łam po­przed­niego dnia. Z za­do­wo­le­niem wło­ży­łam stringi i top do to­rebki - one już wy­ko­nały swoją ro­botę.

Vol­ter wy­sta­wił na stół po tro­chu wszyst­kiego: chleb, ser i wę­dlinę, jo­gurt, owoce i płatki.

- Czę­stuj się. Ja już ja­dłem. Je­śli nie masz nic prze­ciwko, to tro­chę te­raz po­pra­cuję. Za pół go­dziny wy­jeż­dżam na Va­ris­suo, mo­żesz do mnie do­łą­czyć, je­śli wciąż masz na to ochotę.

Po­wie­dział to szybko i bez­na­mięt­nie, wcale na mnie nie pa­trząc. Mój wa­leczny na­strój nieco osłabł i zro­biło mi się przy­kro. Wczo­raj, za­nim do­szło do noc­nego sza­leń­stwa, był taki cie­pły i miły.

- Dla­czego je­steś na mnie zły? Prze­cież... to ty mnie wczo­raj do­ty­ka­łeś, a nie ja cie­bie - wy­rwało mi się, za­nim się za­sta­no­wi­łam, czy po­win­nam to po­wie­dzieć.

- To nie­prawda. Ty za­czę­łaś. W ga­bi­ne­cie. A to twoje małe przed­sta­wie­nie przed chwilą też nie­spe­cjal­nie prze­ko­nuje mnie o two­jej nie­win­no­ści.

Po tych sło­wach miej­sce smutku za­jęła wście­kłość. Ro­ze­śmia­łam się zgryź­li­wie.

- No pro­szę! Ty­powe ko­ścielne dyr­dy­mały. To ja wy­cho­dzę na dziwkę, cho­ciaż tylko le­dwo cię mu­snę­łam. A to, że ty do­ty­ka­łeś mnie w zu­peł­nie inny spo­sób, wcale się nie li­czy!

Vol­ter w końcu pod­niósł na mnie wzrok i po­wie­dział po­woli, lekko zde­ner­wo­wa­nym gło­sem:

- Do­ris, nie uwa­żam cię za dziwkę. Je­steś bar­dzo atrak­cyjną ko­bietą, ale ob­ra­camy się w zu­peł­nie in­nych krę­gach. To, co wczo­raj zro­bi­łem, było nie­wła­ściwe. Prze­pra...

- Ani mi się waż prze­pra­szać! - prze­rwa­łam mu w pół słowa i ude­rzy­łam w stół łyżką, którą trzy­ma­łam w dłoni.

Usta mu drgnęły i prze­mó­wił spo­koj­niej niż wcze­śniej:

- Do­brze, te­raz zjedz. Po śnia­da­niu za­bie­ram swoją pro­wo­ku­jącą ba­daczkę ate­istkę na spo­tka­nie w domu pa­ra­fial­nym.

- Nie je­stem ate­istką! - wy­krzyk­nę­łam jesz­cze, kiedy zni­kał za drzwiami.

Nie sko­men­to­wa­łam tego, że na­zwał mnie swoją ate­istką. Za­czę­łam się za to za­sta­na­wiać, skąd też męż­czy­zna wie­dział co­kol­wiek o mo­ich krę­gach.

***

W salce domu pa­ra­fial­nego roz­brzmie­wała istna ka­ko­fo­nia dźwię­ków. Lu­dzie roz­ma­wiali ze sobą w róż­nych ję­zy­kach, śmiali się i prze­krzy­ki­wali. Było tam też sporo Fi­nów, ale oni - jak to Fi­no­wie - sie­dzieli przy stole, a od­głosy ich ci­chych roz­mów były za­głu­szane przez eg­zo­tycz­nie brzmiące słowa w in­nych ję­zy­kach.

Szłam przez całą salkę za wci­śnię­tym w bi­skupi strój Vol­te­rem, ści­ska­jąc dło­nie nie­zli­czo­nych lu­dzi. Vol­ter przed­sta­wiał mnie po pro­stu jako ba­daczkę, ale za­uwa­ży­łam, że cie­kawe spoj­rze­nia wielu osób (zwłasz­cza Fi­nów) za­trzy­my­wały się na mnie nieco dłu­żej, niż wy­ni­ka­łoby to ze spo­sobu, w jaki mnie pre­zen­to­wał. Była to nie­wąt­pli­wie za­sługa mo­jej czer­wo­nej su­kienki.

Zbli­ży­li­śmy się do stołu z je­dze­niem. Spo­tka­nie było zor­ga­ni­zo­wane dla nie­za­moż­nych lu­dzi, któ­rzy mo­gli się tu­taj po­si­lić. Vol­ter po­wie­dział mi, że za­nim jesz­cze zo­stał bi­sku­pem, peł­nił funk­cję pro­bosz­cza na Va­ris­suo. La­wi­ro­wa­li­śmy po­mię­dzy za­sta­wio­nymi sto­łami i za­trzy­my­wa­li­śmy się pra­wie przy każ­dej oso­bie. Cho­ciaż wielu ob­co­kra­jow­ców nie mó­wiło pra­wie wcale po fiń­sku, to każdy sta­rał się w ja­kiś spo­sób wy­ra­zić swoje za­do­wo­le­nie i wdzięcz­ność. Czę­sto pa­dały z ich ust słowa ta­kie jak "bar­dzo do­bzie", "dzię­kuja", "piąkny dzień" i tym po­dobne.

- Jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych zo­sta­łem wy­brany na bi­skupa, było to, że w cza­sie mo­jego pro­bo­stwa do pa­ra­fii przy­było sporo no­wych wier­nych. Więk­szość z nich to ob­co­kra­jowcy, ale po­ja­wiło się także wielu ro­do­wi­tych Fi­nów. Za­pewne wiesz rów­nie do­brze jak ja, że Ko­ściół jest prze­siąk­nięty po­li­tyką. Gło­so­wali na mnie jed­nak za­równo po­stę­powi, jak i kon­ser­wa­tywni człon­ko­wie ka­pi­tuły. Byli to w więk­szo­ści świeccy. Oczy­wi­ście nie mó­wię tu o la­esta­dia­nach.

Ro­ze­śmia­łam się, co spra­wiło, że Vol­ter od­wró­cił się w moją stronę i przez chwilę jego szare i moje zie­lone oczy pa­trzyły na sie­bie in­ten­syw­nie. Świat się za­trzy­mał. Nie sły­sza­łam już żad­nego ha­łasu i ośle­płam na wszystko inne. Zu­peł­nie nie­świa­doma swo­ich ru­chów, zła­pa­łam Vol­tera za rękę. Ock­nę­łam się, kiedy po­czu­łam jego dłu­gie palce w swo­jej dłoni, i z za­wsty­dze­niem od­sko­czy­łam jak opa­rzona. To już drugi raz, kiedy zro­bi­łam coś po­dob­nego. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej wy­brnąć z tej nie­zręcz­nej sy­tu­acji i za­czę­łam traj­ko­tać.

- La­esta­dia­nie chyba nie po­pie­rają two­jego sta­no­wi­ska wo­bec związ­ków ho­mo­sek­su­al­nych.

- Oni nie po­pie­rają ani jed­nego mo­jego sta­no­wi­ska. A przy­naj­mniej żad­nego, o któ­rym wie­dzą. - Za­chi­cho­tał.

Kiedy tak sta­li­śmy, ja wstrzy­mu­jąc od­dech i sta­ra­jąc się igno­ro­wać zna­jome mo­tylki w brzu­chu, ktoś krzyk­nął:

- Vol­ter! Już my­śla­łam, że się nie zja­wisz, do­póki nie zo­ba­czy­łam cię mię­dzy sto­łami.

Te słowa skie­ro­wała do bi­skupa ko­bieta ubrana w ciem­no­nie­bie­ski T-shirt i dżin­sową spód­nicę do ko­lan. Była ni­ska i szczu­pła, krót­kie ciemne włosy miała ścięte na boba. Wy­glą­dała ślicz­nie. Mój do­świad­czony wzrok od razu wy­ła­pał, jak uśmie­chała się do Vol­tera, i by­łam pewna, że za­uwa­żyła go już wcze­śniej. Przede wszyst­kim dla­tego, że Vol­tera trudno było nie do­strzec. Po­de­szła do niego, bo po pro­stu nie mo­gła już wy­trzy­mać i chciała z nim po­roz­ma­wiać.

O co ci cho­dzi? To nie twoja sprawa! - skar­ci­łam się w my­ślach. Mimo że chcia­łam za­cią­gnąć Vol­tera do łóżka, to prze­cież nie po­winno mnie in­te­re­so­wać, że...

- Dzięki jesz­cze raz za wczo­raj. Może tro­chę zbyt długo nam ze­szło. Ale cza­sem tak do­brze jest po­roz­ma­wiać z kimś, kto nas do­sko­nale ro­zu­mie.

Wy­da­wało mi się, że po­liczki nie­zna­jo­mej ko­biety lekko się za­czer­wie­niły.

Ach tak! Czyli to dla­tego wró­cił wczo­raj tak późno. Czy jego palce wy­lą­do­wały nie tylko w mo­jej cipce? Och, oby nie! Czu­łam, jak wrze we mnie krew i zwę­żają mi się oczy. No pro­szę, a niby ży­cie ero­tyczne Vol­tera było mi cał­ko­wi­cie obo­jętne.

Nie chcia­łam stać dłu­żej tuż za nim. Bez­ce­re­mo­nial­nie ode­pchnę­łam kilka osób sto­ją­cych mi na dro­dze i już po chwili zna­la­złam się obok Vol­tera i nie­zna­jo­mej ko­biety. Uśmiech­nę­łam się sze­roko, za­do­wo­lona, że uma­lo­wa­łam usta czer­woną szminką i roz­pu­ści­łam włosy.

- Hej! Na­zy­wam się Do­ris Vu­oti. Wczo­raj mie­li­śmy z Vol­te­rem pra­co­wać nad pew­nym pro­jek­tem na­uko­wym. Nie star­czyło nam czasu, więc zo­sta­łam u niego na noc. Ale mam na­dzieję, że dzięki wa­szej wczo­raj­szej roz­mo­wie udało się za­że­gnać pro­blem. - Uśmiech­nę­łam się naj­uprzej­miej, jak po­tra­fi­łam, i wy­pro­sto­wa­łam dum­nie.

A może ra­czej wy­pię­łam pierś. Ko­bieta spoj­rzała na mnie i nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że lekko zmru­żyła oczy. Nie umknęło mo­jej uwa­dze rów­nież to, że drgnęła, kiedy wspo­mnia­łam o moim no­co­wa­niu u Vol­tera. I do­brze. Bar­dzo do­brze.

Sta­łam przez chwilę z wy­cią­gniętą ręką na­prze­ciwko ciem­no­wło­sej nie­zna­jo­mej, która naj­pierw bacz­nie mi się przy­glą­dała, po czym uści­snęła mi dłoń.

- Jenni Au­tio. I... no tak, bar­dzo mi to po­mo­gło. Mam oczy­wi­ście na my­śli roz­mowę.

Ko­bieta zwol­niła uścisk i do­dała:

- Prawdę mó­wiąc, te­raz też chcia­ła­bym coś prze­ga­dać...

- Dzi­siaj już nie zdą­żymy - prze­rwa­łam jej bez­ce­re­mo­nial­nie.

Zdzi­wiło mnie, że z taką ła­two­ścią rzu­ci­łam ten ko­men­tarz i że mój uśmiech mógłby ochło­dzić koło pod­bie­gu­nowe.

- Daj spo­kój, Do­ris - za­re­ago­wał Vol­ter, kła­dąc rękę na moim ra­mie­niu. - Po­roz­ma­wiajmy chwilę przy tam­tym stole. Po­tem mu­szę jesz­cze wpaść na próbę chóru, a na­stęp­nie rze­czy­wi­ście będę do­stępny tylko dla Do­ris.

By­łam pra­wie pewna, że za­uwa­ży­łam błysk sa­tys­fak­cji w oku Jenni, kiedy wraz z Vol­te­rem od­da­lała się naj­wol­niej, jak po­tra­fiła, aby po­roz­ma­wiać o czymś przy stole. Za­ci­snę­łam usta i na­gle po­sta­no­wi­łam, że będę uczest­ni­czyć w uro­czy­sto­ści po swo­jemu. Zła­pa­łam ja­kieś wolne krze­sło i przy­sta­wi­łam je obok czar­nej ko­biety, wo­kół któ­rej krę­ciło się dwoje ma­łych dzieci.

Oka­zało się, że są z Ghany. Matka mó­wiła we­soło i gło­śno po an­giel­sku, do któ­rego raz po raz wpla­tała fiń­skie słowa. Było to bar­dzo za­bawne. Za­czę­łam wy­py­ty­wać o ich ży­cie. Po chwili do roz­mowy do­łą­czyła para Ira­kij­czy­ków i kilku Fi­nów. Dużo ga­da­łam i śmia­łam się gło­śniej i czę­ściej, niż rze­czy­wi­ście mia­łam na to ochotę, zer­ka­jąc co rusz w stronę Vol­tera i Jenni.

Sie­dzieli przy stole z je­dze­niem. Jenni opo­wia­dała o czymś z prze­ję­ciem, ści­ska­jąc ręką nad­gar­stek Vol­tera. Złoty krzyż zwi­sał god­nie z jego szyi. Męż­czy­zna po­ki­wał głową i jakby w roz­tar­gnie­niu roz­glą­dał się na boki. A po­tem znów od­wró­cił wzrok w jej stronę i coś po­wie­dział. Albo o coś za­py­tał.

Jenni wzru­szyła ra­mio­nami, a w tym sa­mym cza­sie wzrok Vol­tera za­trzy­mał się na mnie. Wpa­try­wał się we mnie przez chwilę, więc mu po­ma­cha­łam. Na­stęp­nie za­rzu­ci­łam włosy do tyłu. Spe­cjal­nie. Wie­dzia­łam, że mu się po­do­bają. Wciąż na mnie pa­trzył, aż zro­biło mi się go­rąco. Zmu­si­łam się do od­wró­ce­nia wzroku. Po­now­nie do­łą­czy­łam do dys­ku­sji.

Nie mam po­ję­cia, po ja­kim cza­sie Vol­ter do mnie pod­szedł i po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu.

- Bę­dziemy się zbie­rać - po­wie­dział rze­czowo.

Kiedy od­wró­ci­łam głowę, zo­ba­czy­łam Jenni wciąż u jego boku. Może i ko­bieta była pa­storką i po­winna pa­no­wać nad emo­cjami, ale nie mia­łam wąt­pli­wo­ści co do jej nie­za­do­wo­le­nia. Po­wie­dzia­łam jesz­cze parę słów do swo­jego to­wa­rzy­stwa i usły­sza­łam słowa Vol­tera:

- Sama wi­dzisz. To nie ta­kie trudne. Po pro­stu pod­cho­dzisz do lu­dzi i z nimi roz­ma­wiasz.

Czu­łam, jak sa­tys­fak­cja za­czyna na­peł­niać każdą ko­mórkę mo­jego ciała. A więc Vol­ter ra­dzi Jenni za­cho­wy­wać się w okre­ślony spo­sób i po­daje mnie za przy­kład. Wy­pro­sto­wa­łam się, żeby wy­ła­pać jej od­po­wiedź.

- Tak, oczy­wi­ście. Po pro­stu nie je­stem tak ener­giczna, jak Do­ris - usły­sza­łam.

Uczu­cie zwy­cię­stwa już na do­bre za­częło krą­żyć w mo­ich ży­łach.

Za­raz po tym prze­szli­śmy do in­nego po­miesz­cze­nia, gdzie od­by­wała się próba chóru dzie­cię­cego. Nie szło im naj­le­piej, je­śli cho­dzi o samo śpie­wa­nie, ale trzeba przy­znać, że dzie­ciaki miały w so­bie dużo za­pału. Kiedy dy­ry­gent za­uwa­żył na­szą obec­ność, przed­sta­wił dzie­ciom Vol­tera, a on mnie. Już po chwili oto­czyła nas grupka dzieci. Ja­kaś re­zo­lutna sze­ścio­latka za­py­tała śmiało:

- Można do­tknąć tego wi­siorka? Chyba jest drogi.

Vol­ter się uśmiech­nął i wy­cią­gnął krzyż, tak żeby dziew­czynka mo­gła go po­trzy­mać. Ode­zwał się mi­łym gło­sem:

- Tak, jest dość drogi. To sym­bol. Czyli taki znak. Ja je­stem bi­sku­pem, a zna­kiem bi­sku­pów jest wła­śnie ten wi­sio­rek.

Ob­ser­wo­wa­łam ge­sty Vol­tera, sku­piony wzrok dziew­czynki, kiedy de­li­kat­nie do­ty­kała krzyża, i ja­koś nie­spo­dzie­wa­nie w mo­jej gło­wie po­ja­wił się ob­raz Vol­tera i zu­peł­nie in­nej dziew­czynki. Dziew­czynki o ja­snych wło­sach, jak moje, i o sza­rych oczach Vol­tera, która za­da­wała py­ta­nia swo­jemu ta­cie. Nie wie­dzia­łam, czy prze­łknę­łam ślinę z prze­ra­że­nia, czy też z tę­sk­noty, ale w tam­tym mo­men­cie mia­łam ochotę ude­rzyć się z ca­łej siły pa­tel­nią w głowę. Na­tych­miast.

- Kto to jest bi­skup? - za­py­tała inna dzie­wuszka.

Vol­ter po­pa­trzył na nią i wy­ja­śnił:

- Nikt szcze­gólny. Cho­dzi­cie na chór przy pa­ra­fii Świę­tej Ka­ta­rzyny. Ale wie­cie na pewno, że w Fin­lan­dii jest bar­dzo dużo in­nych pa­ra­fii. W su­mie trzy­sta sie­dem­dzie­siąt osiem. Każdą pa­ra­fią za­rzą­dza je­den pa­stor. Ale jest ich tak dużo, że dzielą się one na grupy, które na­zy­wamy die­ce­zjami. I każdą die­ce­zją za­rzą­dza spe­cjal­nie wy­brany pa­stor, któ­rego na­zy­wamy wła­śnie bi­sku­pem. Je­ste­śmy te­raz w die­ce­zji Turku, w któ­rej to ja je­stem bi­sku­pem.

By­łam pełna po­dziwu dla Vol­tera, który w tak pro­sty spo­sób tłu­ma­czył dzie­ciom struk­turę Ko­ścioła. Nie mia­łam pew­no­ści, ile dzieci z tego rze­czy­wi­ście zro­zu­miały, ale wszyst­kie były wpa­trzone w Vol­tera jak w ob­ra­zek.

- A czy bi­sku­pem może zo­stać dziew­czynka? - za­py­tała pierw­sza, wciąż trzy­ma­jąc w rączce krzyż Vol­tera i pa­trząc wy­zy­wa­jąco na swoją ko­le­żankę.

Ro­ze­śmia­łam się w du­chu. Wy­glą­dało na to, że Vol­ter He­la­korpi bu­dził po­dobne emo­cje we wszyst­kich ko­bie­tach, bez względu na ich wiek.

- No pew­nie. A dla­cze­góż by nie? - od­parł.

- Ro­dzice mó­wią, że ko­bieta nie może być pa­storką - po­wie­działa dziew­czynka.

Vol­tera nie wy­pro­wa­dziło to z rów­no­wagi.

- No tak. Nie­któ­rzy są tego zda­nia, ale ja uwa­żam ina­czej. Ty sama kie­dyś zde­cy­du­jesz, co my­ślisz na ten te­mat.

Ja­kaś mała dziew­czynka o brą­zo­wych wło­sach wy­szep­tała w moją stronę:

- Ma pani piękną su­kienkę! Wy­biera się pani na bal?

Przez mo­ment się za­wsty­dzi­łam i przy­po­mniało mi się, że sama zda­łam so­bie wcze­śniej sprawę, że ubra­łam się tro­chę zbyt efek­tow­nie jak na spo­tka­nie z bi­sku­pem. Zde­cy­do­wa­łam jed­nak, że ob­rócę to w żart.

- Nie. Po pro­stu za­ko­cha­łam się w Vol­te­rze i dla­tego wło­ży­łam naj­ład­niej­szą su­kienkę, jaką mia­łam w sza­fie! - od­po­wie­dzia­łam i mru­gnę­łam zna­cząco.

Wszyst­kie dzieci za­częły chi­cho­tać i jedno z nich za­py­tało:

- Ca­ło­wa­li­ście się?

Te­atral­nie po­krę­ci­łam głową na znak za­prze­cze­nia.

- Nie­stety nie. On nie po­zwala mi dać so­bie bu­ziaka. Taki z niego waż­niak.

- Ależ ta pani Do­ris lubi żar­to­wać! - wtrą­cił Vol­ter, po czym po­sta­no­wił mnie przed­sta­wić. - To ba­daczka. Zaj­muje się róż­nymi spra­wami zwią­za­nymi z re­li­gią. Od­wie­dziła dzi­siaj ze mną naj­bar­dziej in­te­re­su­jącą pa­ra­fię, a wie­czo­rem bę­dziemy jesz­cze ra­zem pra­co­wać.

- Co bę­dzie­cie ro­bić? - za­py­tał ja­kiś chło­piec.

Nie zdą­ży­łam na­wet otwo­rzyć ust, kiedy Vol­ter od­parł:

- Tak jak mó­wi­łem, pa­nią Do­ris in­te­re­sują różne rze­czy zwią­zane z re­li­gią i to, co my­ślą na te te­maty pa­sto­rzy. Bę­dziemy dziś roz­ma­wiać o tych prze­my­śle­niach.

Oczy­wi­ście, tylko roz­ma­wiać, po­my­śla­łam roz­ba­wiona. Ro­zu­mia­łam, że dzie­ciom w tym wieku nie na­leży wy­ja­wiać wię­cej na te­mat mo­ich ba­dań, a już zwłasz­cza tego, że Vol­ter jest ich czę­ścią. Ten zaś od­da­lił się już, żeby po­roz­ma­wiać chwilę z dy­ry­gen­tem i pa­roma in­nymi pra­cow­ni­kami pa­ra­fii.

Ob­ser­wo­wa­łam go z boku. Za­chwy­cało mnie to, że za­wsze po­tra­fił się do­pa­so­wać do swo­jego roz­mówcy. Był au­ten­tyczny i praw­dziwy, ale zmie­niał wy­raz twa­rzy i ge­sty w za­leż­no­ści od tego, z kim roz­ma­wiał. Cza­sem był więc bar­dziej po­wścią­gliwy, in­nym ra­zem po­zwa­lał so­bie na wię­cej żar­tów. Za­wsze jed­nak był cza­ru­jący.

Sza­le­nie cza­ru­jący.

Cho­ciaż Vol­ter był za­jęty pracą i nie zwra­cał na mnie uwagi, to jego urok dzia­łał na mnie tak, że mia­łam ochotę za­cią­gnąć go do naj­bliż­szego skła­dziku na graty albo ja­kie­goś ciem­nej ko­mórki i bła­gać, żeby mnie prze­le­ciał. Tak po pro­stu.

Cie­kawe, co by na to po­wie­dział bi­skup He­la­korpi.

Roz­dział 3

Kiedy zna­leź­li­śmy się z po­wro­tem w jego miesz­ka­niu, Vol­ter wy­jął z lo­dówki mro­żoną her­batę.

- Chcesz? - za­pro­po­no­wał, roz­pi­na­jąc czarny płaszcz i ko­lo­ratkę.

- Chcę - od­par­łam spra­gniona, cho­ciaż wcale nie mia­łam na my­śli her­baty.

Vol­ter roz­piął górne gu­ziki ko­szuli, a ja za­sta­na­wia­łam się, z czego była uszyta. Wy­glą­dała na je­dwabną, a wiel­kie ciało męż­czy­zny pre­zen­to­wało się w niej sza­le­nie sek­sow­nie.

- Czy to je­dwab?

Vol­ter od­wró­cił się, na­po­tkał moje spoj­rze­nie i od­parł nieco za­kło­po­tany:

- Tak. Na­tu­ralny, od­dy­cha­jący ma­te­riał. Za­pła­ci­łem za nią z wła­snej kie­szeni. I tak pra­wie wszyst­kie ubra­nia mu­szę mieć szyte na miarę, więc sta­wiam ra­czej na wy­godę i uni­kam sztucz­nych ma­te­ria­łów.

- Na wy­godę i... próż­ność? Znowu. A czy próż­ność to nie to samo co py­cha? Je­den z sied­miu grze­chów głów­nych - po­wie­dzia­łam za­czep­nie, zbli­ża­jąc się do Vol­tera.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się i roz­piął czwarty gu­zik. Ła­ko­mie prze­łknę­łam ślinę i po­wie­dzia­łam z na­ci­skiem:

- Chcę pod­kre­ślić, że ten do­tyk nic nie zna­czy.

Kła­ma­łam tak, że mój nos po­wi­nien mie­rzyć już co naj­mniej metr, ale po pro­stu mu­sia­łam do­tknąć tego fio­le­to­wego je­dwa­biu. Mu­snę­łam pal­cami ło­patki męż­czy­zny, a na­stęp­nie pro­wa­dzi­łam dłoń po jego sze­ro­kich bar­kach, w stronę klatki pier­sio­wej. Po­woli i ostroż­nie. Mój wzrok śle­dził ru­chy dłoni. Roz­pięta ko­szula od­kry­wała owło­sie­nie oraz złoty łań­cu­szek, który mu­skał bok mo­jej dłoni. Czu­łam od­dech Vol­tera i wi­dzia­łam, jak jego pierś unosi się i opada.

Mia­łam ochotę roz­piąć wię­cej gu­zi­ków. Wło­żyć dłoń pod ko­szulę. Za­ci­snąć palce i... Po­czu­łam, że po­woli tracę kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, więc w ostat­niej chwili szybko od­su­nę­łam rękę. Stwier­dzi­łam szorstko:

- My­ślę, że ta ko­szula to prze­sada.

- Mam na­dzieję, że te oka­zjo­nalne na­pady eks­tra­wa­gan­cji nie spra­wią, że zo­stanę ska­zany na wieczne po­tę­pie­nie. Ale skoro je­ste­śmy przy tym te­ma­cie, to, jak my­ślisz, Do­ris, czym ty grze­szysz naj­czę­ściej? Je­śli w ogóle mo­żemy użyć tych słów w twoim przy­padku. No ale za­łóżmy, że na­le­żysz do Ko­ścioła i je­steś wie­rząca.

Roz­pu­stą. Zde­cy­do­wa­nie.

Być może Vol­ter rzu­cił to py­ta­nie ot tak, ale jego oczy pa­trzyły na mnie po­waż­nie. Mo­gła­bym od­po­wie­dzieć mu wprost, zde­cy­do­wa­łam jed­nak, że po­stą­pię ostroż­nie - a jed­no­cze­śnie tak, żeby nie po­zo­sta­wić żad­nych wąt­pli­wo­ści. De­li­kat­nie zwil­ży­łam usta ję­zy­kiem i od­po­wie­dzia­łam rów­nie lekko jak on:

- My­ślę, że je­steś wy­star­cza­jąco in­te­li­gentny, żeby się do­my­ślić.

Vol­ter za­mru­gał z nie­do­wie­rza­niem, po czym uniósł ręce, za­ło­żył je za szyję i za­śmiał się gromko.

- Je­steś nie­moż­liwa. Idź do sa­lonu, ja też za chwilę przyjdę z her­batą.

Zrzu­ci­łam z nóg buty na ob­ca­sach i za­do­wo­lona po­ma­sze­ro­wa­łam boso do sa­lonu. Za­do­wo­lona, bo wi­docz­nie Vol­te­rowi spodo­bała się moja od­po­wiedź. I dla­tego, że by­łam nie­moż­liwa. Po­do­bało mi się brzmie­nie tego słowa.

Po­dej­rze­wa­łam, że Vol­ter nie grze­szył ja­koś spe­cjal­nie pod­czas tych wy­pa­dów za gra­nicę, o któ­rych wspo­mi­nał. Może miał parę sta­łych ko­cha­nek, z któ­rymi upra­wiał nudny seks w po­zy­cji mi­sjo­nar­skiej. Pod koł­drą i po ciemku. A po­tem przy­po­mnia­łam so­bie wy­da­rze­nia z po­przed­niej nocy. Prze­cież ja­koś mu­siał się tego wszyst­kiego na­uczyć! A może to ja wy­zwo­li­łam w nim tę dzi­kość? De­lek­to­wa­łam się tą my­ślą - schle­biała mi. Kto by po­my­ślał, że mo­głam obu­dzić w bi­sku­pie He­la­kor­pim ta­kie per­wer­syjne skłon­no­ści.

Wy­ło­wi­łam z to­rebki lap­topa, dyk­ta­fon i umowę o za­cho­wa­niu po­uf­no­ści. Kiedy Vol­ter wszedł do po­koju, by­łam go­towa. Nie­wiele zresztą po­trze­bo­wa­łam. Po­da­łam męż­czyź­nie umowę.

Vol­ter po­sta­wił duże szklanki z mro­żona her­batą na sto­liku, wziął kartki i usiadł wy­god­nie w fo­telu znaj­du­ją­cym się po prze­kąt­nej na­prze­ciwko mnie. Szybko prze­le­ciał wzro­kiem treść umowy i przy­znał z lek­kim zdzi­wie­niem:

- Wy­gląda bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie. Jakby była na­pi­sana przez praw­nika.

- Wy­ko­nuję wiele prac do­ryw­czych, bo jesz­cze nie skoń­czy­łam stu­diów. Jedna z nich to wspar­cie ob­sługi klienta w kan­ce­la­rii. Pe­wien praw­nik po­mógł mi więc w na­pi­sa­niu tej umowy. Jest w niej pa­ra­graf, że zro­bię trans­kryp­cję tek­stową na­szej roz­mowy i ni­komu ni­gdy nie po­każę na­gra­nia. Mogę cię za­pew­nić, że tak wła­śnie bę­dzie.

- A co zro­bisz z na­gra­niami? Ska­su­jesz je?

- Tak - od­po­wie­dzia­łam szybko.

Nie by­łam wcale taka pewna, czy od razu zdo­będę się na wy­ka­so­wa­nie roz­mowy z Vol­te­rem, zwłasz­cza ma­jąc świa­do­mość, że ni­gdy wię­cej go nie spo­tkam. By­łam idiotką i do­brze o tym wie­dzia­łam. Vol­ter od­chy­lił się w fo­telu i za­czął się ba­wić łań­cusz­kiem.

- No do­brze, więc za­czy­naj - po­wie­dział za­chę­ca­jąco i ści­snął krzyż w dłoni.

Usia­dłam w rogu ka­napy, żeby zna­leźć się bli­żej niego, i włą­czy­łam dyk­ta­fon.

- Ty za­cznij. Po pro­stu opo­wia­daj. Czy cho­dzi­łeś na randki, spo­ty­ka­łeś się z kimś? Je­śli tak, to czy łą­czyło się to z sek­sem? Jak te­raz re­ali­zu­jesz swoją sek­su­al­ność? Ro­bisz coś, co mu­sisz ukry­wać? Opo­wiedz mi wszystko.

Vol­ter wpa­try­wał się w su­fit. Na jego twarz z wolna wy­pły­wał uśmiech. Z ja­kie­goś po­wodu ten wy­raz twa­rzy mi się nie spodo­bał, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo mnie pod­nie­cał. Kiedy się tak za­sta­na­wiał i... wspo­mi­nał, okrę­cał złoty łań­cu­szek wo­kół dłoni. Cia­sno.

- Nie wiem, czy to na­leży do ob­szaru two­ich ba­dań, ale pod­czas stu­diów mia­łem kilka re­la­cji. I tak. Upra­wia­łem seks. Przez pe­wien czas miesz­ka­łem na­wet z dziew­czyną. Są tacy, zwy­kle wy­cho­wani w tak zwa­nych do­brych do­mach, któ­rzy idą na teo­lo­gię i od po­czątku są święci. Ale ja po­cho­dzę z ro­dziny świec­kiej. Matka pra­co­wała jako se­kre­tarka, a oj­ciec był geo­detą. Nie mieli pro­ble­mów z pracą, ale każ­dego dnia po po­wro­cie do domu upi­jali się pi­wem, wi­nem albo gi­nem z to­ni­kiem. Pili do nocy. Nikt mnie ni­gdy nie bił ani na mnie nie wrzesz­czał, nic z tych rze­czy. Po pro­stu nie zwra­cali na mnie uwagi. Jakby mnie nie było. Tak się wła­śnie czu­łem. Matka i oj­ciec nie na­le­żeli do Ko­ścioła, bo nie chcieli pła­cić po­dat­ków. Zresztą nie są­dzę, żeby w co­kol­wiek wie­rzyli. Ale ja chcia­łem mieć kon­fir­ma­cję, tak jak wszy­scy zna­jomi. Za­częło się chyba na jed­nym obo­zie. Po­czu­łem się tam tak... do­brze. Jakby w końcu zna­lazł się ktoś, kogo ob­cho­dzę. Ten obo­zowy ksiądz był i na­dal jest na­prawdę świet­nym go­ściem. Jego prak­tyczne na­ucza­nie mi­ło­ści do bliź­niego zro­biło na mnie wiel­kie wra­że­nie. Nie cho­dzi­łem na re­li­gię w szkole, więc wszystko, czego do­wie­dzia­łem się na tym wy­jeź­dzie, było dla mnie cał­ko­wi­cie nowe. Kiedy więc zde­cy­do­wa­łem się roz­po­cząć stu­dia teo­lo­giczne, wcale nie uwa­ża­łem seksu za straszny grzech, je­śli upra­wia­łem go z osobą, na któ­rej mi za­le­żało. Cho­ciaż oczy­wi­ście zna­łem sta­no­wi­sko kon­ser­wa­ty­stów. Zresztą na po­czątku stu­diów nie by­łem jesz­cze do końca pe­wien swo­jej wiary. Nie wie­dzia­łem, czy chcę być pa­sto­rem. Re­li­gia mnie po pro­stu za­fa­scy­no­wała, za­pro­siła do zgłę­bia­nia swo­ich taj­ni­ków.

Słu­cha­łam opo­wie­ści Vol­tera z otwar­tymi ustami i bi­ją­cym ser­cem. Cho­ciaż na­sze po­cho­dze­nie było różne, czu­łam, że łą­czyło nas coś waż­nego. Ja także by­łam nie­wi­dzial­nym dziec­kiem. Ni­gdy tak na­prawdę nie ist­nia­łam dla mo­jego ojca, po­nie­waż nie ro­bił dla mnie nic poza pła­ce­niem ali­men­tów lub da­wa­niem pie­nię­dzy. Za to matka... była od­dana o wiele cie­kaw­szym spra­wom niż wy­cho­wy­wa­nie dziecka.

- A te dziew­czyny w cza­sie stu­diów... Czy one były wie­rzące? My­ślisz, że mógł­byś być w związku z ko­bietą, która nie wie­rzy w to co ty? Oczy­wi­ście za­kła­da­jąc, że osoby, z któ­rymi się spo­ty­ka­łeś, były ko­bie­tami.

Vol­ter spoj­rzał na mnie z roz­ba­wie­niem i za­czął od­plą­ty­wać złoty łań­cu­szek.

- Ni­gdy nie do­świad­czy­łem związku z męż­czy­zną. Nie dla­tego, że uwa­żam to za coś złego. Po pro­stu nie po­cią­gają mnie przed­sta­wi­ciele mo­jej płci. A od­po­wia­da­jąc na twoje pierw­sze py­ta­nie: nie. Nie wszyst­kie były wie­rzące. Ale na­uczyło mnie to, że trudno jest być w związku, w któ­rym jedna osoba nie ro­zu­mie wiary dru­giej. Nie chcia­łem słu­chać żar­tów i kpin z mo­jej mo­dli­twy. Albo z tego, że cho­dzę do ko­ścioła.

- Dla­czego kto­kol­wiek miałby z tego kpić? - zdzi­wi­łam się.

Sama mia­łam nieco po­dejrz­liwy sto­su­nek do po­boż­nych wie­rzą­cych, po­nie­waż z mo­jego do­świad­cze­nia wy­ni­kało, że ła­two przy­cho­dziło im kry­ty­ko­wa­nie lu­dzi o in­nym stylu ży­cia. By­łam jed­nak prze­ko­nana, że nie mam prawa ko­men­to­wać czy­jejś wiary.

- A w ilu związ­kach ty by­łaś? - za­py­tał Vol­ter uszczy­pli­wie.

Nieco za­wsty­dzona tym py­ta­niem pod­wi­nę­łam nogi i od­po­wie­dzia­łam:

- W ani jed­nym na po­waż­nie. Na­sto­let­niego rand­ko­wa­nia nie za­li­czam oczy­wi­ście do tej ka­te­go­rii.

Vol­ter po­ki­wał głową, uśmie­cha­jąc się, jak gdyby chciał po­wie­dzieć: "Zga­dłem!". Za­miast tego po­wie­dział jed­nak:

- No tak. Zwią­zek to skom­pli­ko­wana sprawa. Kiedy mi­nie pierw­sze za­uro­cze­nie, lu­dzie mają w zwy­czaju mó­wić so­bie w zło­ści różne okropne rze­czy. A ja nie za­mie­rzam słu­chać drwin z naj­waż­niej­szych dla mnie spraw, zwłasz­cza po mo­ich do­świad­cze­niach z dzie­ciń­stwa.

- Jak to się stało, że zo­sta­łeś pa­sto­rem? - zmie­ni­łam te­mat.

- Chyba je­stem ide­ali­stą. Chcia­łem zmie­nić Ko­ściół. Wiem, że rzą­dzą nim wciąż kon­ser­wa­tywne kręgi, ale ja wie­rzę w zmiany. A one wciąż na­stę­pują. Może po­woli, ale nie­za­prze­czal­nie. Na­wet fakt, że zo­sta­łem bi­sku­pem, jest tego po­twier­dze­niem, prawda? - do­dał iro­nicz­nie.

- Ale je­steś prze­cież taki młody. Jak to się stało, że zdą­ży­łeś...

Vol­ter roz­piął złoty łań­cu­szek, prze­rzu­cił krzyż na grzbiet dłoni i za­czął owi­jać łań­cu­szek wo­kół niej. Sko­ja­rzyło mi się to z ka­to­lic­kimi ró­żań­cami. Trudno mi było ode­rwać wzrok od jego rąk. Kiedy w końcu spoj­rza­łam mu w twarz, zda­łam so­bie sprawę, że i on mi się przy­gląda. I to jak!

Oczy mu pło­nęły. Ob­li­zał wargi. Wszyst­kie my­śli ule­ciały mi z głowy. Mu­sia­łam się po­zbie­rać. Skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­siach i wes­tchnę­łam głę­boko. Po­wie­trze wy­do­by­wa­jące się z mo­ich ust było go­rące jak ogień. Za­krę­ciło mi się w gło­wie. To wszystko trwało za­le­d­wie kilka se­kund. Vol­ter od­wró­cił wzrok.

Kiedy już ochło­nę­łam, na szczę­ście uni­ka­jąc za­wału, mo­głam so­bie do­pi­sać punkt - tę rundę zde­cy­do­wa­nie wy­gra­łam ja. Vol­ter może mó­wić, co chce, ale i tak to pewne, że mnie pra­gnie. Jego spoj­rze­nie wy­ra­żało wię­cej niż ty­siąc słów. Pra­gnął mnie pie­kiel­nie. Tak jak ja jego.

Z roz­my­ślań wy­rwało mnie od­chrząk­nię­cie Vol­tera. Po­sta­no­wił od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie:

- Ukoń­czy­łem teo­lo­gię w wieku dwu­dzie­stu trzech lat. Już w li­ceum dużo czy­ta­łem. Po stu­diach za­czą­łem się dok­to­ry­zo­wać. Zo­sta­łem pro­bosz­czem, gdy mia­łem dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Zdą­ży­łem więc po­znać trudy tej pracy.

- Dwa­dzie­ścia dzie­więć lat - po­wtó­rzy­łam, nie wie­dząc, co my­śleć. Po­dziw wal­czył we mnie z za­że­no­wa­niem zwią­za­nym z bra­kiem wła­snych osią­gnięć.

- A ty? Ile masz lat? - za­py­tał Vol­ter i za chwilę spró­bo­wał sam od­gad­nąć. - Dwa­dzie­ścia pięć?

- Dwa­dzie­ścia osiem - przy­zna­łam za­wsty­dzona. - Tro­chę czasu mi zle­ciało w tych ba­rach.

Vol­ter szcze­rze się ro­ze­śmiał. Wy­da­wało mi się, że jego śmiech za­wi­bro­wał w mo­jej piersi.

- Może i mnie by się to przy­dało. Te­raz nie mogę już so­bie pójść na piwo bez obawy, że ktoś mnie roz­po­zna i za­cznie snuć do­my­sły. Ale na stu­diach znacz­nie chęt­niej się­ga­łem po al­ko­hol.

- Przej­mu­jesz się tym? Tymi do­my­słami? - spy­ta­łam bez za­sta­no­wie­nia.

- Cóż, nie ja­koś strasz­nie, ale też nie chcę sam się pro­sić o kło­poty. Oczy­wi­ście, cza­sami zda­rza mi się wy­pić, ale nie za dużo. Prak­tycz­nie za­wsze je­stem w pracy i ocze­kuje się ode mnie okre­ślo­nego za­cho­wa­nia. Na szczę­ście abs­ty­nen­cja nie sta­nowi dla mnie żad­nego pro­blemu.

No pro­szę, ja­kiż on cno­tliwy, po­my­śla­łam. W sek­sie wcale się taki nie wy­da­wał. Wręcz prze­ciw­nie. Na­wet je­śli nie miał wielu part­ne­rek sek­su­al­nych, to po­przed­niej nocy wy­ka­zał się praw­dziwą zręcz­no­ścią, zna­jo­mo­ścią sztuki uwo­dze­nia i... de­ter­mi­na­cją. Po­czu­łam wi­bra­cje w udach na samo wspo­mnie­nie. Za­czę­łam ner­wowo po­cie­rać uda rę­kami.

- Seks - rzu­ci­łam. - Jak to wy­glą­dało, kiedy by­łeś pa­sto­rem, i jak wy­gląda te­raz, gdy je­steś bi­sku­pem?

- Pie­przę się tylko za gra­nicą.

Ode­rwa­łam wzrok od swo­ich ud i prze­nio­słam go na Vol­tera. Za­sko­czyło mnie, że po­wie­dział to tak bez ce­re­gieli, a te­raz jesz­cze iro­nicz­nie się uśmie­chał.

- Chyba mogę z tobą roz­ma­wiać otwar­cie, prawda? - do­dał. - Nie wcho­dzę w ro­manse. Nie ko­cham się w żad­nej ze swo­ich ko­biet. Lu­bię je, sza­nuję, ale...

Wstrzy­ma­łam od­dech. Ko­biet? Ko­biet! Czyż­bym się prze­sły­szała? Moje na­iwne wy­obra­że­nie o tym, jak to roz­bu­dzi­łam dziką stronę Vol­tera, wła­śnie ru­nęło z hu­kiem. Zdo­ła­łam jed­nak usły­szeć swój wła­sny głos:

- Lu­bisz je. A więc... masz wiele ko­cha­nek... gdzieś za gra­nicą?

Wy­da­wało mi się, że oczy Vol­tera stały się jakby ciem­niej­sze niż wcze­śniej. Na ustach po­ja­wił się mały, zło­śliwy uśmie­szek. Dłoń wciąż cia­sno opla­tał złoty łań­cu­szek. Co rusz w oknie mi­go­tało od­bi­cie krzyża w sło­necz­nym bla­sku.

- Zwy­kle nie spo­ty­kam się z dwoma part­ner­kami na­raz. To zwy­czajne ko­biety. Czy ra­czej ta­kie, które mi się po­do­bają i z któ­rymi do­brze się spę­dza czas. Ale zda­rzało się też, że jed­no­cze­śnie rand­ko­wa­łem z dwiema. Ni­czego ni­gdy nie ukry­wam. Mó­wię wprost, że nie warto mieć wo­bec mnie żad­nych ocze­ki­wań i że spo­ty­kam się z in­nymi. Cza­sem mó­wię to, na­wet gdy tak nie jest. To uła­twia sprawę.

Sama nie do końca wie­dzia­łam, dla­czego tak się zde­ner­wo­wa­łam. Bar­dzo chcia­łam po­wie­dzieć coś sen­sow­nego, ale nic nie przy­cho­dziło mi do głowy.

- Ale czy ich nie cie­kawi... a ty... nie bo­isz się o swoją re­pu­ta­cję, mimo wszystko? - wy­du­si­łam w końcu.

Vol­ter uśmiech­nął się zło­śli­wie.

- Pro­te­stantki. Tych uni­kam. Swo­jej wła­snej ka­sty. Je­ste­śmy zbyt su­rowi i bez­względni wo­bec part­ne­rów i sie­bie sa­mych. Lu­bię ka­to­liczki. Albo ży­dówki. Hisz­pań­ska se­?o­rita ma gdzieś to, kim je­stem. W naj­gor­szym wy­padku ją to pod­nieca. Jest też typ wy­kształ­co­nych, in­te­li­gent­nych ko­biet, któ­rych re­li­gia w ogóle nie ob­cho­dzi i które nie są za­in­te­re­so­wane związ­kiem, bo prze­szka­dzałby im w ka­rie­rze. W ta­kich lek­kich zna­jo­mo­ściach nie ma więc zna­cze­nia, czy je­stem wie­rzący, czy nie.

Otwo­rzy­łam usta, lecz nic nie po­wie­dzia­łam. Wy­glą­dało na to, że Vol­ter do­piero się roz­grze­wał. Ja za to już od paru mi­nut czu­łam się tak, jak­bym wy­lą­do­wała w ja­kimś wiel­kim piecu. I mu­szę przy­znać, że sama nie by­łam do końca pewna, dla­czego aż tak mi go­rąco. Z po­żą­da­nia, gniewu, urazy czy oszo­ło­mie­nia? Ko­tło­wało się we mnie coś jesz­cze, czego nie mo­głam roz­po­znać. Se­?o­rita? No ja pier­dolę!

- Nie przy­znaję się tak od razu do swo­jego za­wodu i po­zy­cji. Za­bie­ram ko­bietę na ko­la­cję albo drinka. Je­śli mię­dzy nami za­iskrzy i jest faj­nie, to spo­ty­kamy się też na­stęp­nego dnia. No i wtedy po­woli za­czy­nam się ujaw­niać.

Głos mi drżał, kiedy za­py­ta­łam:

- Ale czy nie bo­isz się, że...

- Że któ­raś wpad­nie na po­mysł, żeby sprze­dać o mnie newsa do ja­kie­goś szma­tławca? Nie­zbyt. Po­tra­fię kła­mać, je­śli trzeba. Poza tym prze­cież nie ro­bię ni­czego zdroż­nego, nie mam ca­łego ha­remu. Cóż by mo­gło się stać? Po­wie­dział­bym, że by­łem w związku, z któ­rego nic nie wy­szło. Taka by­łaby ofi­cjalna wer­sja. Prze­cież Ko­ściół lu­te­rań­ski nie wy­maga od du­chow­nych ce­li­batu.

Ofi­cjalna wer­sja. Jesz­cze chwila i będę mu­siała zbie­rać szczękę z pod­łogi.

- W ta­kim ra­zie... Z iloma ko­bie­tami utrzy­my­wa­łeś re­la­cje od mo­mentu, w któ­rym zo­sta­łeś pa­sto­rem?

Vol­ter po­chy­lił się w moją stronę z nie­mal prze­ra­ża­ją­cym bły­skiem w oczach. Pa­trzy­łam na niego tak, jakby wła­śnie miał mi za­pre­zen­to­wać ja­kiś osza­ła­mia­jący trik na tra­pe­zie, albo przejść nad wo­do­spa­dem Nia­gara po li­nie.

- Już jako zwy­kły pa­stor mia­łem kilka związ­ków, tu­taj, w Fin­lan­dii. Ale ni­gdy nie upra­wia­łem seksu z żadną pa­ra­fianką. W su­mie tych związ­ków było może sie­dem. Po­tem raz zro­bi­łem coś ry­zy­kow­nego: po­sze­dłem do łóżka z dziew­czyną za­pro­szoną na we­sele pary, któ­rej wcze­śniej udzie­la­łem ślubu. Na szczę­ście nie była to panna młoda. Po tym in­cy­den­cie zde­cy­do­wa­łem się zmie­nić stra­te­gię. Li­cząc od tego mo­mentu, przez okres peł­nie­nia funk­cji pro­bosz­cza i bi­skupa... Niech po­my­ślę...

Męż­czy­zna wpa­try­wał się w trzy­many w dłoni krzyż. By­łam w szoku - ileż było tych ko­biet, skoro mu­siał je zli­czać w ta­kim sku­pie­niu?

- Je­de­na­ście.

- Je­de­na­ście... - po­wtó­rzy­łam wolno.

Je­de­na­ście plus sie­dem wspo­mnia­nych wcze­śniej da­wało ra­zem osiem­na­ście. A je­śli miał jesz­cze ja­kieś dziew­czyny w cza­sie stu­diów, jak sam wspo­mi­nał, to... Wiel­kie nieba! Bi­skup Vol­ter He­la­korpi pie­przył śred­nio zde­cy­do­wa­nie wię­cej ko­biet niż prze­ciętny fa­cet. A na­wet prze­ciętny ate­ista.

Pró­bo­wa­łam za­cho­wać pro­fe­sjo­na­lizm.

- Jak długo trwają zwy­kle twoje związki? I jak czę­sto spo­ty­kasz się ze swo­imi... hmm... ko­chan­kami?

- Czy ty przy­pad­kiem nie po­trze­bu­jesz prze­rwy? - za­py­tał z prze­ką­sem. W jego gło­sie roz­brzmie­wała pew­ność sie­bie, a w oku zo­ba­czy­łam szel­mow­ski błysk.

- Drwisz ze mnie? - od­po­wie­dzia­łam py­ta­niem na py­ta­nie, na co on pod­niósł ręce do góry w ge­ście pod­da­nia się i po­krę­cił głową.

- Nie! Ależ oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu wglą­dasz na zszo­ko­waną - od­rzekł, po czym za­czął na po­wrót ba­wić się łań­cusz­kiem.

Unio­słam głowę i od­par­łam śmiało:

- Mia­łam co naj­mniej trzy­dzie­stu part­ne­rów. Nie może więc być mowy o żad­nym szoku.

Pierw­sza część była prawdą, druga - nie­ko­niecz­nie. Z ja­kie­goś po­wodu by­łam zszo­ko­wana. W do­datku czu­łam, jak po­now­nie wzbiera me mnie to go­rące uczu­cie - nie­znane, a jed­no­cze­śnie przy­kre. Mie­szanka nie­na­wi­ści, po­żą­da­nia, roz­cza­ro­wa­nia i dez­apro­baty.

Dez­apro­baty. Bez prze­sady. Ni­gdy nie czu­łam dez­apro­baty, chyba że w sto­sunku do re­li­gij­nego lub po­li­tycz­nego fun­da­men­ta­li­zmu.

- Och. A więc nie tylko bary stały na prze­szko­dzie, żeby szyb­ciej skoń­czyć stu­dia. No ale przy­naj­mniej zna­la­złaś ide­alny te­mat - za­żar­to­wał.

Wpa­try­wa­łam się w błysz­czące szare oczy. Ten czło­wiek nie mógł być tym sa­mym, któ­rego spo­tka­łam wczo­raj, my­śla­łam. Albo tym, który do­piero co od­wie­dził dom pa­ra­fialny. To nie­moż­liwe. A jed­nak wy­glą­dał tak samo. To samo ogromne ciało, te same ciem­no­szare włosy, te same fa­scy­nu­jące mę­skie rysy, ten sam wcią­ga­jący, miękki głos. Pró­bo­wa­łam ze­brać my­śli. Wy­pro­sto­wa­łam się.

- Wróćmy do te­matu - po­wie­dzia­łam nieco wy­nio­śle i po­no­wi­łam py­ta­nie. - Jak długo...? Jak czę­sto?

- To za­leży. Lu­bię po­dró­żo­wać, ale nie mogę po­zwo­lić so­bie na wiele. Tak więc dość czę­sto po czte­rech lub pię­ciu spo­tka­niach, na przy­kład w cza­sie dłu­gich week­en­dów albo urlopu, oka­zuje się, że od­le­głość jest jed­nak zbyt duża. Na przy­kład ko­bieta wcho­dzi w inny zwią­zek, co ozna­cza ko­niec na­szego. Ale zda­rzało się też, że i ja z Hisz­pa­nii je­cha­łem pro­sto do Fran­cji i zmie­nia­łem... to­wa­rzy­stwo.

Oczy Vol­tera błysz­czały jak wę­gielki i lekko prze­chy­lił głowę. Był nie­praw­do­po­dobny, my­śla­łam, po czym z ust wy­do­było się coś zu­peł­nie głu­piego:

- Czyli wo­lisz ciemne.

- Co to ma niby zna­czyć? - Vol­ter uniósł brwi.

- Prze­cież są ciemne. Hisz­panki, Fran­cuzki... - od­po­wie­dzia­łam, tłu­ma­cząc się i pró­bu­jąc brzmieć rze­czowo, a nie gorzko.

- Hmm... No tak. Ale mia­łem też jedną na­prawdę ładną blon­dy­neczkę z po­łu­dnio­wych Nie­miec. Mu­szę przy­znać, że była bar­dzo... mi­lutka. - Vol­ter de­lek­to­wał się wła­snymi sło­wami, mru­żąc oczy i prze­cią­ga­jąc się.

Nie po­tra­fi­łam tego dłu­żej znieść.

- Jak mo­żesz?! - spy­ta­łam obu­rzona. - Jak mo­żesz jed­no­cze­śnie spra­wo­wać funk­cję bi­skupa Ko­ścioła ewan­ge­licko-lu­te­rań­skiego i opo­wia­dać o pie­prze­niu, blon­dy­necz­kach i zmie­nia­niu to­wa­rzy­stwa?! Jak ja­kiś... roz­pust­nik!

Za­pa­dła ci­sza, pod­czas któ­rej sły­chać było tylko mój ciężki od­dech. Po­liczki mnie pa­liły. Nie umia­łam po­wie­dzieć, co wła­ści­wie tak mnie drę­czyło. Z za­in­te­re­so­wa­niem wy­słu­cha­łam kie­dyś przy­gód pew­nej ka­płanki, które nie­wiele się róż­niły od opo­wie­ści Vol­tera, ale z ja­kiejś przy­czyny tylko jego słowa dzia­łały na mnie jak płachta na byka.

- A więc to tak? Wi­dzę, że obu­dziła się w to­bie pro­te­stantka z krwi i ko­ści. Naj­wy­raź­niej za­wsze tam w to­bie sie­działa. Tacy już je­ste­śmy, my, Fi­no­wie. Nie­ważne, czy cho­dzimy do ko­ścioła, czy nie. - Nie prze­sta­wał ze mnie drwić.

Wsta­łam z ka­napy. Wie­dzia­łam tylko jedno - nie­na­wi­dzi­łam tych wszyst­kich blon­dy­ne­czek i se­?o­rit Vol­tera. Nie­na­wi­dzi­łam też idiotki Jenni, która strze­lała oczami do przy­stoj­nego bi­skupa. I nie­na­wi­dzi­łam jego sa­mego - za to, że tak mnie spro­wo­ko­wał.

Vol­ter spoj­rzał na mnie ze zdzi­wie­niem, gdy od­wró­ci­łam się w jego stronę. Wy­cią­gną­łem ręce, które za chwilę opa­dły na po­kryte fio­le­to­wym je­dwa­biem ra­miona, i po­pchnę­łam go lekko. Mię­śnie pod cienką tka­niną nie pod­da­łyby się, gdyby nie chciały. Ale zro­biły to i męż­czy­zna wci­snął się w opar­cie fo­tela. Wdra­pa­łam się na ko­lana Vol­tera, szarp­nę­łam go za włosy, o czym przez cały czas ma­rzy­łam, i chwy­ci­łam jego lewy nad­gar­stek.

Męż­czy­zna ob­ser­wo­wał mnie bacz­nie, gdy unio­słam jego rękę i zbli­ży­łam ją do swo­jej twa­rzy. Po­ca­ło­wa­łam duży, złoty krzyż spo­czy­wa­jący na grzbie­cie jego dłoni i za­czę­łam zmy­słowo roz­wi­jać łań­cu­szek. Roz­wi­nę­łam go do końca, roz­pię­łam za­mek z tyłu su­kienki i po­wie­si­łam so­bie krzyż na szyi. Góra su­kienki opa­dła, od­sła­nia­jąc piękny czer­wony sta­nik. Wzrok męż­czy­zny prze­su­wał się po moim ciele... na­po­tkał mój wzrok... i z po­wro­tem spo­czął na mo­ich pier­siach. Coś, co bo­le­śnie i bru­tal­nie pul­so­wało we­wnątrz mnie, ka­zało mi za­ci­snąć palce wo­kół szyi bi­skupa.

- Czy ja­kaś se­?o­rita kie­dy­kol­wiek cię tak po­trak­to­wała? Albo ta mi­lutka Niemka?

Po­czu­łam cię­żar bi­żu­te­rii na brzu­chu i chłodny łań­cu­szek mię­dzy pier­siami. Po­chy­li­łam się w stronę Vol­tera. Wpa­try­wał się w moje piersi i bi­żu­te­rię. Po­tem po­trzą­snął głową.

- Czy tak się za­cho­wuje ty­powa pro­te­stantka? - do­py­ty­wa­łam.

Męż­czy­zna po­now­nie po­krę­cił głową. Pod­niósł rękę i od­chy­lił sta­nik tak, że moje piersi były cał­ko­wi­cie od­sło­nięte. Przy­ci­snął kciuk do ster­czą­cego sutka i za­czął go lekko ma­so­wać. Chcia­łam krzy­czeć. Zła­pa­łam go za włosy obiema rę­kami i po­ca­ło­wa­łam. Przy­ci­snę­łam ję­zyk do peł­nych, ale za­mknię­tych ust męż­czy­zny i spoj­rza­łam na niego wy­zy­wa­jąco. Po­czu­łam, jak Vol­ter szarp­nął oba pa­ski sta­nika, a jego dło­nie za­ci­snęły się na mo­ich na­gich pier­siach. Jęk­nę­łam w usta męż­czy­zny i usły­sza­łam swoje wła­sne mru­cze­nie:

- Pro­szę. Po­zwól mi się po­ca­ło­wać. Cho­ciaż raz.

Usta Vol­tera się roz­chy­liły, a ja na­tych­miast sko­rzy­sta­łam z oka­zji. Mój ję­zyk wsu­nął się po­mię­dzy cie­płe, wil­gotne wargi tak, że po­czu­łam przy­jemne mro­wie­nie, a kiedy na­po­tka­łam ję­zyk, który za­czął na­pie­rać na mój, z gar­dła wy­do­było mi się głę­bo­kie, cięż­kie wes­tchnie­nie. Niebo. Usta Vol­tera były nie­bem na ziemi i ni­gdy nie chcia­łam ich opusz­czać.

Kiedy na­sze ję­zyki ocie­rały się o sie­bie, za­czę­łam po­woli ko­ły­sać bio­drami. Wy­cią­gnę­łam dło­nie z jego wło­sów i za­czę­łam roz­pi­nać mu ko­szulę. Kiedy na­resz­cie do­tknę­łam pal­cami na­giej, cie­płej skóry i zrzu­ci­łam ko­szulę Vol­tera z ra­mion, męż­czy­zna za­czął mi się pod­da­wać.

Zła­pał mnie w pa­sie tak mocno, że wy­do­był się ze mnie krótki, ra­do­sny okrzyk, a po­tem Vol­ter po­cią­gnął mnie za włosy. Przy­ci­snął usta do mo­ich ust i ca­ło­wał mnie na­mięt­nie. Po­zwo­li­łam swoim dło­niom wę­dro­wać po jego sil­nym, na­gim tor­sie. Ca­ło­wa­łam go łap­czy­wie i nie­cier­pli­wie, scho­dząc ustami w dół po jego szorst­kiej bro­dzie, kie­ru­jąc się w stronę szyi i karku.

Kiedy przy­ci­snę­łam roz­chy­lone usta do szyi Vol­tera, on opu­ścił głowę i za­czął ssać moje piersi.

Jęk­nę­łam z roz­ko­szy. Moje ciało po­że­rał ogień. Nie mo­głam ode­rwać się od jego szyi. Ca­ło­wa­łam ją chci­wie, zu­peł­nie bez wstydu. Uży­wa­łam ust i zę­bów, przy­ci­ska­łam ję­zyk do skóry i za­czy­na­łam od nowa. Ni­gdy tak nie ro­bi­łam i ni­gdy nie było mi tak do­brze.

I wtedy za­dzwo­nił jego te­le­fon. Igno­ro­wa­li­śmy dźwięk dzwonka przez wiele se­kund, aż w końcu męż­czy­zna pod­niósł głowę, gwał­tow­nie dy­sząc. Przez chwilę pa­trzy­łam w jego za­mglone szare oczy. Wy­glą­dało to tak, jakby Vol­ter po­woli wy­bu­dzał się z ja­kie­goś za­klę­cia. Od­su­nął się szybko, ode­pchnął mnie i się­gnął po le­żącą na stole słu­chawkę.

- To Jenni. Ma te­raz tro­chę pro­ble­mów...

Z trud­no­ścią usia­dłam z po­wro­tem na ka­na­pie. Wciąż krę­ciło mi się w gło­wie i nie do końca zda­wa­łam so­bie sprawę z tego, co wła­śnie się wy­da­rzyło, ale aż ki­piała we mnie wście­kłość. Mia­łam gdzieś, czego chciała Jenni. Roz­gry­złam ją. By­łam pewna, że te wszyst­kie pro­blemy, o któ­rych wspo­mniał Vol­ter, były w więk­szo­ści zmy­ślone i sta­no­wiły świetny pre­tekst do czę­stych spo­tkań z bi­sku­pem. Roz­sia­dłam się wy­god­niej i opar­łam plecy, wciąż nie za­kry­wa­jąc na­gich piersi. Po pro­stu pa­trzy­łam na Vol­tera z nie­ukry­waną sa­tys­fak­cją. Po­do­bały mi się ślady szminki na jego ustach i po­liczku, lekko opuch­nięte wargi, roz­cheł­stana ko­szula i ogromna ma­linka na szyi.

Czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej ktoś mu taką zro­bił? Na­wet nie słu­cha­łam, o czym mó­wił Vol­ter. Wciąż by­łam pod wra­że­niem na­szych po­ca­łun­ków i nie umia­łam się na ni­czym sku­pić - a już na pewno nie na "pro­ble­mach" ja­kiejś ża­ło­snej Jenni.

Roz­mowa się za­koń­czyła, za­nim jesz­cze do mo­jej głowy za­wi­tała ja­ka­kol­wiek ra­cjo­nalna myśl. Vol­ter od­wró­cił na mnie wzrok i od razu za­uwa­ży­łam, że wil­gotna mgła w jego oczach za­mie­niła się w sta­lo­wo­szary cień.

- Po­pro­szę mój krzyż - ode­zwał się męż­czy­zna sta­now­czym, bez­kom­pro­mi­so­wym gło­sem.

- Po­dejdź tu i sam go so­bie weź - od­rze­kłam, jak­bym nie za­uwa­żyła w Vol­te­rze żad­nej zmiany.

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi, a jego usta się za­ci­snęły. Pod­wi­nął rę­kawy ko­szuli, a ja wy­obra­ża­łam so­bie, jak głosi pro­roc­twa do­ty­czące sądu osta­tecz­nego. Wy­pro­sto­wał się i sta­nął przede mną w ca­łej oka­za­ło­ści, w tej swo­jej sek­sow­nie roz­pię­tej ko­szuli, i mocno szarp­nął za łań­cu­szek wi­szący na mo­jej szyi. Nie spo­dzie­wał się chyba, że łań­cu­szek się za­plą­tał, więc szarp­nął jesz­cze raz, z dziw­nym, zre­zy­gno­wa­nym wy­ra­zem twa­rzy. A wtedy gruby łań­cu­szek pękł.

Czu­łam, jak zimny me­tal wy­śli­zgnął się z mo­jej dłoni. Vol­ter już trzy­mał łań­cu­szek w swo­jej. Przez chwilę wpa­try­wał się w krzyż, po­tem we mnie, a w końcu wark­nął:

- Ubie­raj się. Ko­niec wy­wiadu. Na resztę py­tań do­ty­czą­cych mo­ich in­ter­pre­ta­cji Bi­blii albo wy­rzu­tów su­mie­nia od­po­wiem e-ma­ilowo.

Spra­wiał wra­że­nie na­prawdę wście­kłego. Za­sko­czyło mnie to, cho­ciaż wcale nie tak ła­two mnie było czymś za­sko­czyć. Szybko za­pię­łam sta­nik, po­pra­wi­łam su­kienkę i spró­bo­wa­łam raz jesz­cze:

- To był tylko po­ca­łu­nek, Vol­ter. Po­ca­łu­nek. Ro­bi­łeś o wiele gor­sze rze­czy...

Męż­czy­zna za­ci­snął usta i rzu­cił:

- Mu­szę iść. W pa­ra­fii Jenni...

Usły­sza­łam, jak mój wła­sny głos od­bił się echem w po­koju.

- Jenni! Ta baba ostrzy so­bie na cie­bie pa­zury i ni­gdy nie od­pu­ści. Chyba zda­jesz so­bie z tego sprawę! Do­póki je­steś sin­glem, za­wsze znaj­dzie wy­mówkę, żeby się z tobą spo­tkać. A może na­wet wtedy, kiedy już bę­dziesz za­jęty!

Vol­ter oparł dło­nie na bio­drach i za­grzmiał:

- Może CHCĘ, żeby ostrzyła so­bie na mnie pa­zury!

Wsta­łam na równe nogi i wska­za­łam na niego pal­cem.

- Je­śli tego chcesz, to zna­czy, że da­leko ci do przy­kład­nego du­chow­nego! Chcesz jej, tak? Cho­ciaż nie wię­cej niż pięć mi­nut temu wkła­da­łeś mi ję­zyk do gar­dła i li­za­łeś cycki.

Vol­ter jakby tro­chę się zmie­szał, ale nie opu­ścił har­dego wzroku.

Za­czął mó­wić mięk­kim, lekko gorz­kim gło­sem, wciąż prze­peł­nio­nym gnie­wem:

- Do­brze wiem, że nie je­stem ide­alny. Jak każdy czło­wiek. A wiesz, dla­czego roz­ma­wiam z tobą w taki, a nie inny spo­sób? Bo przy­po­mi­nasz mi mo­ich ro­dzi­ców! Wódka, seks, nie­zo­bo­wią­zu­jące re­la­cje, po­szu­ki­wa­nie wła­snej przy­jem­no­ści! Jak tylko wy­je­dziesz, od razu stanę się bar­dziej przy­kładny.

By­łam wstrzą­śnięta. Moje płuca wy­peł­niło coś, co unie­moż­li­wiało mi od­dy­cha­nie. Czu­łam się, jakby ktoś po­dał mi tru­ci­znę i jesz­cze na do­da­tek kop­nął w brzuch. Nie pła­ka­łam przez ostat­nich dzie­sięć lat, ale te­raz po­czu­łam prze­ra­ża­jący ucisk w klatce pier­sio­wej, a oczy bo­lały, gdy pró­bo­wa­łam po­wstrzy­mać łzy.

- Do­ris... - za­czął Vol­ter.

Jakby na­wet nie zda­wał so­bie sprawy z tego, co po­wie­dział. Nie mo­głam zo­stać, nie by­łam w sta­nie usły­szeć ani słowa wię­cej. Na szczę­ście mia­łam ze sobą tylko jedną torbę. Szybko we­pchnę­łam do środka lap­topa i dyk­ta­fon i wark­ną­łem stłu­mio­nym gło­sem:

- Pier­dol się, Vol­ter. I tę swoją uro­czą Jenni! Może w końcu się na to­bie po­zna. Tak jak i twoi pa­ra­fia­nie. W ra­zie czego Joe Bla­sco po­ra­tuje cię ko­rek­to­rem.

Po­spie­szy­łem do ko­ry­ta­rza, za­nim Vol­ter zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, ale szybko mnie do­go­nił. Nie było to trudne, bo mia­łam nogi jak z waty - czu­łam, jakby stopy uro­sły mi na­gle o kilka nu­me­rów. Usły­sza­łam głos męż­czy­zny za mo­imi ple­cami, miękki i pra­wie... zde­spe­ro­wany.

- Do­ris. Nie roz­sta­wajmy się w zło­ści. Nie od­chodź. Po­peł­ni­łem błąd. Nie po­wi­nie­nem był tak mó­wić. Po­roz­ma­wiajmy. Wiesz, że to, co się mię­dzy nami wy­da­rzyło...

- Tak. Wiem. Było mi­lutko - rzu­ci­łam zdu­szo­nym, wście­kłym gło­sem. - Ale nic poza tym. Tak? To chcia­łeś po­wie­dzieć? Więc le­piej nic nie mów. Nie mamy o czym roz­ma­wiać. Ale przy­naj­mniej to wszystko, co pa­dło z two­ich ust na mój te­mat, było szczere. Dzię­kuję za to. Uda­nego ży­cia z Jenni!

- Do­ris... - szep­nął.

Czu­łam, jak pod­cho­dzi bli­żej. Ale ja by­łam już przy drzwiach. Prze­krę­ci­łem za­mek i wy­szłam, za­nim męż­czy­zna zdą­żył co­kol­wiek zro­bić. Zbie­głam po scho­dach, pra­wie nie pa­trząc pod nogi, prze­bie­głam przez dzie­dzi­niec i mi­nę­łam mu­zeum sztuki, na­wet nie zda­jąc so­bie z tego sprawy. Do­piero gdy zna­la­złem się na Hu­ma­li­ston­katu, sta­nę­łam na środku chod­nika i za­mknę­łam oczy.

Czu­łam, jak wzbie­rają mi łzy, ale nie po­tra­fi­łam się roz­pła­kać.

Nie wiem, ile czasu tak sta­łam po­śród za­bie­ga­nych lu­dzi, ale na pewno wy­star­cza­jąco długo, aby w końcu po­zwo­lić so­bie na płacz. Szloch ugrzązł mi w gar­dle. Po­szłam na dwo­rzec. Im szyb­ciej znajdę się jak naj­da­lej od daw­nej sto­licy Fin­lan­dii i Vol­tera He­la­kor­piego, tym le­piej.

Roz­dział 4

Nie na­pi­sa­łam do Vol­tera ani razu, nie za­da­łam mu więc wszyst­kich py­tań, które pla­no­wa­łam za­dać. Moja praca ma­gi­ster­ska wy­szła nie­stety o wiele nud­niej­sza bez opisu bez­wstyd­nego ży­cia sek­su­al­nego bi­skupa z Turku, ale chyba tak było le­piej. W po­dróży po­wrot­nej do Hel­si­nek wy­la­łam z sie­bie tyle łez, że wy­star­czy­łoby ich na za­peł­nie­nie je­ziora.

Wbrew temu, co my­śleli so­bie Vol­ter i inni lu­dzie, wcale nie by­łam ra­do­sną i bez­tro­ską ate­istką.

Kie­dyś pró­bo­wa­łam taka być, ale nie po­tra­fi­łam. Sama do końca nie wie­dzia­łam, jaka je­stem. W naj­gor­szych chwi­lach mo­jego ży­cia, kiedy od­czu­wa­łam okropną pustkę, czę­sto opa­dał na mnie na­gle cie­pły koc po­cie­sze­nia, jakby nie­wi­dzialna ręka za­my­kała mnie w swoim schro­nie­niu. Kie­dyś zo­ba­czy­łam ta­jem­ni­cze świa­tło w oknie, które nie mo­gło po­cho­dzić od żad­nego sa­mo­chodu ani in­nego obiektu fi­zycz­nego. Świa­tło pa­dało na mnie jak żółta, cie­pła kula przez kilka mi­nut, a po­tem stop­niowo zni­kało, za­bie­ra­jąc ze sobą mój gniew i uczu­cie bez­na­dziei.

Parę lat temu pró­bo­wa­łam się mo­dlić. Nie by­łam przy­wią­zana do żad­nej kon­kret­nej re­li­gii, ale mia­łam pew­ność co do ist­nie­nia ja­kiejś siły wyż­szej. Nie wie­dzia­łam, czy ktoś rze­czy­wi­ście mnie wy­słu­chuje, lecz i tak kie­ro­wa­łam swoje my­śli ku gó­rze, za­da­wa­łam py­ta­nia i po­kła­da­łam w tym na­dzieję. Za­chwy­ca­łam się na­uką gło­szoną przez Je­zusa - tak pro­stą, a za­ra­zem nie­moż­liwą do zre­ali­zo­wa­nia przez czło­wieka.

Mi­łuj swo­jego wroga. Trak­tuj bliź­niego tak, jak sam chciał­byś być trak­to­wany. Nie martw się - bądź jak ptaki na nie­bie1.

Nie­na­wi­dzi­łam za to ślę­cze­nia nad dok­try­nami, dys­ku­to­wa­nia o nich i gło­sze­nia Słowa Bo­żego. Nie­na­wi­dzi­łam nie­to­le­ran­cji wy­ni­ka­ją­cej z in­ter­pre­ta­cji księgi, która zo­stała na­pi­sana przez lu­dzi ży­ją­cych po­nad dwa ty­siące lat temu. Oso­bi­ście uwa­ża­łam, że na­wet je­śli ewan­ge­li­sta czy pro­rok pi­sał pod wpły­wem bo­skiego na­tchnie­nia, to mimo wszystko prze­no­sił do tek­stu kon­tekst hi­sto­ryczny i kul­tu­rowy, w któ­rym żył.

Wy­da­wało mi się, że by­łam nie­szczę­śliwa, kiedy wy­jeż­dża­łam na spo­tka­nie z Vol­te­rem, ale kilka ty­go­dni po po­wro­cie do Hel­si­nek wie­dzia­łam, że wcze­śniej nie mia­łam po­ję­cia o praw­dzi­wym smutku.

Nie mo­głam wy­rzu­cić Vol­tera ze swo­jej głowy. Śni­łam o nim, wciąż ocze­ki­wa­łam na te­le­fon, pi­sa­łam e-ma­ile, któ­rych ni­gdy nie wy­sy­ła­łam, i wy­obra­ża­łam go so­bie z Jenni. Ta ostat­nia myśl za­wsze do­pro­wa­dzała mnie do wście­kło­ści i w końcu zda­łam so­bie sprawę, że to dziwne, obrzy­dliwe uczu­cie, które mnie drę­czyło, to była za­zdrość. By­łam za­zdro­sna. Po raz pierw­szy w ży­ciu.

Przy­po­mi­na­łam so­bie z bó­lem serca, jak Vol­ter mnie oce­nił. Al­ko­hol, seks, du­chowe zo­bo­jęt­nie­nie, cią­głe po­szu­ki­wa­nie uciech. Tak na­prawdę z więk­szo­ścią tych oskar­żeń mo­gła­bym się na­wet zgo­dzić... Było mi jed­nak przy­kro, że Vol­ter, uznaw­szy mnie za pu­stą ko­bietę, po­chop­nie mnie za­szu­flad­ko­wał, nie pró­bu­jąc ze mną po­roz­ma­wiać. Trudno mi było wy­zbyć się tej urazy. Pró­bo­wa­łem o niej za­po­mnieć, tłu­ma­czy­łam so­bie słowa Vol­tera, na­wet mo­dli­łam się o spo­kój du­cha, ale nic nie po­mo­gło. Za­sta­na­wia­łam się parę razy, czy nie po­win­nam za­dzwo­nić do Ma­rii albo mo­jej dru­giej do­brej przy­ja­ciółki, Leny, żeby wy­ża­lić się ze swo­jej sa­mot­no­ści i smutku. Tak trudno było mi to znieść.

Za każdy ra­zem jed­nak tchó­rzy­łam.

W końcu by­łam Do­ris. A Do­ris pie­przyła się z fa­ce­tami, zmie­niała ich jak rę­ka­wiczki, im­pre­zo­wała i żyła chwilą. Do­ris nie przej­mo­wała się drob­nymi prze­ciw­no­ściami losu, ni­czego nie ża­ło­wała, a co naj­waż­niej­sze, i było to ab­so­lut­nie pewne - nie za­ta­piała się w ma­rze­niach o jed­nym męż­czyź­nie po za­le­d­wie paru dniach od pierw­szego spo­tka­nia. Nie było więc mowy, bym przy­znała się ko­mu­kol­wiek, że nie po­tra­fię wy­bić so­bie z głowy ja­kie­goś fa­ceta. Trudno było mi przy­znać się do tego przed samą sobą. W do­datku ten fa­cet był prze­cież bi­sku­pem.

Aż pew­nego czwart­ko­wego wie­czoru za­dzwo­nił te­le­fon.

Gdy zo­ba­czy­łam to imię na wy­świe­tla­czu, by­łam w szoku i nie wie­dzia­łam, co zro­bić. Po kilku sy­gna­łach włą­czyła się au­to­ma­tyczna se­kre­tarka. I do­brze, po­my­śla­łam. Je­śli chce mnie prze­pro­sić, to może po pro­stu na­grać wia­do­mość.

Nie­stety, Vol­ter nie za­mie­rzał mi zo­sta­wiać żad­nych wia­do­mo­ści. Po­sta­no­wił za­dzwo­nić jesz­cze raz, a po­tem ko­lejny. Za trze­cim ra­zem nie wy­trzy­ma­łam i na­ci­snę­łam zie­lony przy­cisk. Przy­ło­ży­łam te­le­fon do ucha, nie wy­do­by­wa­jąc z sie­bie żad­nego dźwięku.

- Do­ris? Je­steś tam? - usły­sza­łam miękki głos.

Po­czu­łam, jak za­lewa mnie zna­joma fala go­rąca. Nie od­po­wie­dzia­łam od razu, bo nie wie­dzia­łem, jak naj­roz­sąd­niej by­łoby za­cząć. Wy­bra­łam więc naj­prost­sze wyj­ście.

- Je­stem.

- Przy­je­cha­łem do Hel­si­nek. Prze­ma­wia­łem na zjeź­dzie eku­me­nicz­nym, było wielu go­ści z ca­łej Eu­ropy. Po­my­śla­łem, że... mo­gli­by­śmy się spo­tkać.

- Gra­tu­luję - bąk­nę­łam. - Po co mie­li­by­śmy się spo­ty­kać?

Na­stą­piła ci­sza, a po niej krót­kie wes­tchnie­nie.

- Ża­łuję, że tak się roz­sta­li­śmy.

- Sam to spro­wo­ko­wa­łeś - za­uwa­ży­łam chłodno.

- Zde­ner­wo­wa­łem się. Zda­rza mi się pod wpły­wem emo­cji mó­wić rze­czy, któ­rych nie po­wi­nie­nem mó­wić.

- Po­ka­za­łeś tym sa­mym, co na­prawdę o mnie my­ślisz, cho­ciaż wcale mnie nie znasz. Ty­powe dla fa­na­ty­ków re­li­gij­nych. Co tam u Jenni?

Po dru­giej stro­nie znowu za­pa­dła ci­sza, ale po chwili Vol­ter od­po­wie­dział:

- Chyba za­słu­ży­łem so­bie na te gorz­kie słowa. Jenni ma się do­brze.

- Tu­taj nie mo­żesz przyjść.

Cho­ciaż do­bie­ga­łam trzy­dziestki, wciąż miesz­ka­łam w aka­de­miku. Nie chcia­łam, żeby Vol­ter zo­ba­czył moją cia­sną klitkę.

- Po­my­śla­łem o póź­nym obie­dzie. Jest już trze­cia. Za­re­zer­wo­wa­łem sto­lik na szó­stą w re­stau­ra­cji Sa­slik - po­in­for­mo­wał, z ja­kie­goś po­wodu nieco za­kło­po­tany.

Obiad z Vol­te­rem? Ten po­mysł bar­dzo mi się spodo­bał. Świet­nie.

Głos z tyłu głowy pod­po­wia­dał mi, że nie po­win­nam się z nim spo­ty­kać. Ach, gdyby tak ktoś mógł mną po­trzą­snąć! Czu­łam, jak po­woli mięknę. Pró­bo­wa­łam jed­nak za­cho­wać po­zory i od­po­wie­dzia­łam twardo:

- Masz tu­pet. Re­zer­wu­jesz sto­lik, z góry za­ło­żyw­szy, że się zgo­dzę - wy­si­li­łam się na jak naj­ostrzej­szy ton.

- Ni­czego nie za­kła­da­łem. Co naj­wy­żej mia­łem na­dzieję - wy­znał Vol­ter tym sa­mym cie­płym gło­sem, który usły­sza­łam pod­czas pierw­szego spo­tka­nia.

Zda­wa­łam so­bie sprawę, że nie mam żad­nych szans w walce z tą po­kusą. Ale nie mia­łam za­miaru tak szybko cho­wać pa­zu­rów.

- Ostrze­gam, że nie za­mó­wię ni­czego tań­szego od niedź­wie­dzia - od­rze­kłam wy­zy­wa­jąco.

Za­śmiał się. Ja też nie mo­głam po­wstrzy­mać się od uśmie­chu, kiedy w uszach po­czu­łam przy­jemne ła­sko­ta­nie.

- Dzię­kuję za ostrze­że­nie. Przy­je­chać po cie­bie?

- Nie. Przy­jadę au­to­bu­sem, mam stąd bar­dzo do­bre po­łą­cze­nie do cen­trum. Spo­tkamy się w Sa­sliku czy gdzieś in­dziej?

- No­cuję w ho­telu Lilla Ro­berts. Za­nim coś po­wiesz...

- Tak, tak. Sam za­pła­ci­łeś za noc­leg. Nie mu­sisz się tłu­ma­czyć - prze­rwa­łam. - Na­prawdę je­steś próżny.

- Może i je­stem. Ale to chyba zro­zu­miałe.

- Co chcesz przez to po­wie­dzieć?

- Wy­ja­śnię ci, kiedy się zo­ba­czymy. Spo­tkajmy się wpół do szó­stej w ho­te­lo­wym ba­rze. Stam­tąd jest już bar­dzo bli­sko do re­stau­ra­cji.

***

Po­ja­wi­łam się w umó­wio­nym miej­scu dwa­dzie­ścia pięć po pią­tej i z ra­do­ścią za­mó­wi­łam kie­li­szek szam­pana. Nie mia­łam naj­mniej­szego za­miaru za niego za­pła­cić. Są­czy­łam wy­ra­fi­no­wany, cu­dow­nie mu­su­jący na­pój, zer­ka­jąc na rą­bek czar­nej skó­rza­nej su­kienki. Była bez rę­ka­wów, z de­kol­tem w łódkę i świet­nie do­pa­so­wy­wała się do kształtu mo­jego ciała. Mia­łam sporo ob­ci­słych ubrań, ale ta kiecka była wy­jąt­kowo cia­sna. Od­dała mi ją bo­gata ko­le­żanka, która no­siła mniej­szy roz­miar. Z tego sa­mego po­wodu su­kienka była na mnie tro­chę za krótka. Nie­zbyt czę­sto ją wkła­da­łam. Tego dnia także mia­łam wąt­pli­wo­ści co do jej wy­boru, ale osta­tecz­nie uzna­łam, że wspa­niale pod­kre­śla moją fi­gurę. Może i Vol­te­rowi nie po­do­bało się moje za­cho­wa­nie, lecz z pew­no­ścią nie można było tego po­wie­dzieć o moim ciele. Mia­łam ochotę tro­chę się z nim po­dro­czyć.

Rzadko wy­bie­ra­łam czarne ubra­nia, więc dla rów­no­wagi po­sta­no­wi­łam oży­wić ogólne wra­że­nie za po­mocą czer­wo­nej szminki. Włosy upię­łam w luźny kok, który de­li­kat­nie opa­dał na kark. Kilka ko­smy­ków na­tu­ral­nie osła­niało mi twarz. Wy­glą­da­łam do­brze. Sek­sow­nie.

Pod su­kienką mia­łam też czarny sta­nik, stringi i pas do poń­czoch. Wma­wia­łam so­bie upar­cie, że do ta­kiej su­kienki pa­suje po pro­stu wy­jąt­kowa bie­li­zna. Sa­slik to droga re­stau­ra­cja, wy­ma­ga­jąca od­po­wied­niego stroju. Sama pra­wie uwie­rzy­łem w swoje wy­ja­śnie­nia. Mu­sia­łem wziąć też ze sobą ja­kieś na­kry­cie, bo pod ko­niec sierp­nia po upale nie było już ani śladu. Na krze­śle obok mnie wi­siał więc krótki zie­lony płasz­czyk.

Ze zde­ner­wo­wa­nia zdą­ży­łam już wy­pić pra­wie po­łowę swo­jego szam­pana, kiedy zo­ba­czy­łam Vol­tera. Po­czu­łam silny, pra­wie bo­le­sny ucisk w żo­łądku. Jed­nak na­wet to nie­przy­jemne do­zna­nie nie po­wstrzy­mało mnie od ła­ko­mego, nie­cier­pli­wego po­że­ra­nia męż­czy­zny wzro­kiem.

Vol­ter mu­siał chyba pójść do fry­zjera, bo miał krót­sze włosy. Ubrany był w krótką ciem­no­szarą kurtkę, do­brze do­pa­so­wane gra­na­towe dżinsy i ko­szulę w tym sa­mym ko­lo­rze. Nie za­piął kilku ostat­nich gu­zi­ków.

Mu­sia­łam przy­znać, że świet­nie wy­glą­dał w sza­ro­ściach i gra­na­tach. Tego sa­mego zda­nia była chyba zer­ka­jąca w jego stronę mło­dziutka kel­nerka. Za­sta­na­wia­łam się, czy wi­działa go wcze­śniej w ofi­cjal­nym stroju. Wsta­łam z krze­sła, bo chcia­łam, żeby Vol­ter mógł zo­ba­czyć su­kienkę. Od­po­wiedni strój, po­my­śla­łam au­to­iro­nicz­nie. Po tym wszyst­kim, co usły­sza­łam z jego ust, nie mia­łam jed­nak za­miaru być dla niego miła.

Wy­gła­dzi­łam krótką skó­rzaną su­kienkę i pa­trzy­łam na zbli­ża­ją­cego się męż­czy­znę. Mach­nął ręką, kiedy mnie za­uwa­żył. A po­tem się za­trzy­mał, żeby le­piej mi się przyj­rzeć. Oczy Vol­tera zda­wały się do­ty­kać mo­ich ra­mion, piersi, bio­der, nóg... a ja sta­łam w miej­scu jak żona Lota, pró­bu­jąc utrzy­mać zmy­sły w ry­zach. Po chwili męż­czy­zna jakby się ock­nął i spoj­rzał mi w oczy z lek­kim za­kło­po­ta­niem.

- Cześć. Długo cze­kasz? Mo­głaś po­wie­dzieć, że już je­steś. Za­pro­sił­bym cię do po­koju - po­wie­dział i ku mo­jemu zdzi­wie­niu przy­tu­lił mnie.

Moje ręce od­ru­chowo po­wę­dro­wały do szyi męż­czy­zny, po­liczki przy­ci­snęły się do jego sze­ro­kiej klatki pier­sio­wej, a gdy owład­nęła mną na­mięt­ność, do­strze­głam spoj­rze­nie kel­nerki. Za­zdrość. Ha! Vol­ter He­la­korpi sam był grzesz­ni­kiem i wy­wo­ły­wał grzeszne my­śli u in­nych lu­dzi. Nie tylko u mnie.

- Prze­pra­szam - wy­szep­tał.

Wie­dzia­łam, że jesz­cze chwila, a znowu stracę nad sobą kon­trolę. Wy­do­sta­łam się z uści­sku i po­wie­dzia­łam:

- Ścią­łeś włosy.

Vol­ter wciąż obej­mo­wał mnie w ta­lii, a na jego usta wpełzł uśmiech.

- Czy to przy­tyk? Tak to za­brzmiało - po­wie­dział.

- Być może. Po­do­bały mi się twoje dłu­gie włosy.

Vol­ter opu­ścił ręce i wes­tchnął.

- Dla­czego na­sze roz­mowy za­wsze pro­wa­dzą do... - Prze­łknął ślinę. - Ład­nie dziś wy­glą­dasz. I na­prawdę, na­prawdę prze­pra­szam.

- Pierw­szą część po­kuty mo­żesz od­być przy ba­rze. Nie za­pła­ci­łam za to. - Uję­łam kie­li­szek i wska­za­łam na ladę.

Zmru­żył oczy. Wi­dzia­łam, że jest roz­ba­wiony.

- Za­łożę się, że nie za­mó­wi­łaś byle czego.

- To szam­pan.

- Jesz­cze tro­chę i okaże się, że w je­den wie­czór wy­dam na cie­bie wię­cej niż na ja­ką­kol­wiek inną ko­bietę. - Nie oszczę­dził mi zło­śli­wo­ści.

Na­gle zda­łam so­bie sprawę, dla­czego Vol­ter mówi do mnie w taki spo­sób. Al­ko­hol. Męż­czy­zna chyba też to so­bie uświa­do­mił i po­ło­żył rękę na moim ra­mie­niu.

- Po­roz­ma­wiamy w re­stau­ra­cji. Przy to­bie za­wsze wy­ga­duję głu­poty.

Kiw­nę­łam głową. Czu­łam, że roz­ta­piam się jak ka­wa­łek ma­sła po­zo­sta­wiony w cie­ple. Kiedy szli­śmy, Vol­ter wy­py­ty­wał mnie o po­stępy w pi­sa­niu pracy, o to, gdzie miesz­ka­łam i co ro­bi­łam przez ostat­nie dwa i pół ty­go­dnia. Skła­ma­łam, że oprócz pi­sa­nia spo­ty­ka­łam się ze zna­jo­mymi i by­łam na paru im­pre­zach. Nie mia­łam za­miaru się przy­zna­wać, że ca­łymi dniami roz­my­śla­łam o nim i o tym, do czego mię­dzy nami do­szło. Po­wie­dzia­łam za to zgod­nie z prawdą, że miesz­kam w dziel­nicy Viikki i że moje miesz­ka­nie jest tak ma­lut­kie i skromne, że nie lu­bię tam ni­kogo za­pra­szać.

- My­ślisz, że ob­cho­dzą mnie twoje wa­runki miesz­ka­niowe?

- No wiesz, zbli­żam się do trzy­dziestki. Nie­któ­rzy w tym wieku mają już dom - od­po­wie­dzia­łam roz­draż­niona.

Aku­rat wcho­dzi­li­śmy do re­stau­ra­cji, kiedy Vol­ter za­py­tał po­waż­nie:

- Czy to ma dla cie­bie zna­cze­nie? Dom? Albo miesz­ka­nie? Mam na my­śli ich fi­zyczne po­sia­da­nie.

Naj­pierw tylko wzru­szy­łam ra­mio­nami, lecz po chwili wy­zna­łam mu coś, czym do tej pory nie po­dzie­li­łam się z ni­kim in­nym.

- Moi ro­dzi­cie roz­wie­dli się, kiedy mia­łam dwa­na­ście lat. I do tego mo­mentu mia­łam dom. Nie było to nic szcze­gól­nego, zwy­czajna sze­re­gówka. Po roz­wo­dzie matka wstą­piła do ru­chu Hare Kryszna i za­brała mnie ze sobą do świą­tyni. Tam miesz­ka­ły­śmy. Nie­na­wi­dzi­łam tego miej­sca i ucie­kłam stam­tąd, jak tylko sta­łam się peł­no­let­nia. Chcia­ła­bym mieć dom, który będę lu­bić, w któ­rym po pro­stu bę­dzie mi do­brze. Może to być na­wet ka­wa­lerka. Te­raz też miesz­kam w ka­wa­lerce, jed­nak ume­blo­wa­nie miesz­kań stu­denc­kich nie po­krywa się zbyt­nio z moją wi­zją praw­dzi­wego domu.

Po­de­szła do nas kel­nerka, więc Vol­ter nie zdą­żył mi od­po­wie­dzieć. Wska­zano nam sto­lik w przy­jem­nym ką­cie. W re­stau­ra­cji nie było tłumu. Po­dzi­wia­łam bo­gatą ko­lo­ry­stykę wnę­trza, wi­traże i cięż­kie tka­niny. Wes­tchnę­łam tę­sk­nie i po­wie­dzia­łam:

- Gdyby było mnie na to stać, też po­wie­si­ła­bym w swoim domu ak­sa­mitne za­słony. Ta­kie cięż­kie, roz­su­wane na dwie strony za po­mocą sznurka. Zie­lone. Albo bor­dowe. Pa­so­wa­łyby do two­jego miesz­ka­nia.

Pod­nio­słam wzrok na Vol­tera i po­czu­łam, że za­czy­nam się czer­wie­nić. Oby so­bie nie po­my­ślał, że pla­nuję prze­nieść się na Au­ra­katu! Vol­ter spoj­rzał na mnie w za­my­śle­niu, po czym po­wie­dział:

- Do­sko­nale cię ro­zu­miem. Całe dzie­ciń­stwo spę­dzi­łem w cał­kiem spo­rym miesz­ka­niu, w do­brze sy­tu­owa­nej ro­dzi­nie, ale nie mam z tego czasu żad­nych do­brych wspo­mnień. Chata była wiecz­nie pełna pu­stych bu­te­lek, śmieci i dymu. Sprzą­tało się tam może raz na trzy mie­siące, kiedy już na­prawdę nie dało się wy­trzy­mać, a jesz­cze rza­dziej zmie­niało się po­ściel. To miesz­ka­nie przy Au­ra­katu wy­na­ją­łem już jako pro­boszcz, cho­ciaż było dla mnie wtedy bar­dzo dro­gie. Ale tak strasz­nie mi się spodo­bało, że nie mo­głem się za­do­wo­lić ni­czym in­nym. Pierw­szy raz w ży­ciu po­czu­łem się gdzieś jak w domu. Wiesz, chyba też dla­tego po­tra­fię z tobą tak otwar­cie roz­ma­wiać. Od po­czątku czu­łem przez skórę, że je­steś taka jak ja. Może. Do­ra­sta­łem w trud­nych wa­run­kach i chyba... chyba mo­głoby coś mię­dzy nami być. Cho­ciaż oczy­wi­ście nie po­winno.

Zer­k­nę­łam na menu i ener­gicz­nie ski­nę­łam głową. Z trud­no­ścią po­wstrzy­my­wa­łam silne emo­cje, jak zwy­kle roz­bu­chane, kiedy prze­by­wa­łam z Vol­te­rem. Kiedy się oka­zało, że męż­czy­zna czuje się ze mną sil­nie zwią­zany, po­czu­łam się jesz­cze nie­zręcz­niej. Sta­ra­łam się pa­mię­tać o tym, że praw­do­po­dob­nie już ni­gdy wię­cej się nie spo­tkamy. W mo­jej gło­wie pa­no­wał kom­pletny chaos. Czy po­win­nam coś zro­bić? Spró­bo­wać coś za­pro­po­no­wać - choćby to była tylko przy­jaźń? Czy jed­nak le­piej dać so­bie spo­kój, mimo że wy­da­wało się to naj­gor­szą opcją?

- Piel­mieni z mię­sem niedź­wie­dzia - po­wie­dzia­łam lekko. - I bliny. Z ka­wio­rem. A do tego jesz­cze ko­tlet de vo­la­ille. Może to nudny wy­bór, ale jaki pyszny! I... zdą­żymy za­mó­wić ten za­pie­kany de­ser lo­dowy? Na­pi­sali, że trzeba dać znać wcze­śniej.

Po­pa­trzy­łam na Vol­tera, który skrzy­wił się żar­to­bli­wie.

- A ja by­łem pe­wien, że już ja­dłaś i za­do­wo­lisz się barsz­czem. Spe­cjal­nie tak późno za­dzwo­ni­łem - po­wie­dział z prze­sad­nym dra­ma­ty­zmem. - Je­steś pewna, że wszystko w po­rządku? - do­dał po­waż­nie.

Prze­klę­łam w my­ślach tę jego cho­lerną in­tu­icję. Po­sta­no­wi­łam być szczera i raz na za­wsze za­mknąć mu usta.

- Py­tasz, czy wszystko w po­rządku. Po­myślmy. A więc, mój drogi, wciąż czuję urazę po tym, co po­wie­dzia­łeś u sie­bie w domu. By­łam pewna, że już ni­gdy wię­cej się nie zo­ba­czymy. Nie po­wstrzy­mało mnie to od wy­obra­ża­nia so­bie cie­bie w moim łóżku. Nie wiem, co o tym my­śleć. Poza tym drażni mnie, że w ra­mach prze­pro­sin za­pro­si­łeś mnie do dro­giej re­stau­ra­cji. My­ślisz, że mnie na­kar­misz i po spra­wie? Pod­su­mo­wu­jąc: nie, nic nie jest w po­rządku.

By­łam przy­zwy­cza­jona do na­zy­wa­nia rze­czy po imie­niu, ale tym ra­zem z każ­dym zda­niem co­raz bar­dziej trzę­sły mi się ręce ze zde­ner­wo­wa­nia. Odło­ży­łam kartę na stół i pró­bo­wa­łam uspo­koić dło­nie na ko­la­nach. Z twa­rzy Vol­tera wy­czy­ta­łam, że nie spo­dzie­wał się usły­szeć tego, co mia­łam mu do po­wie­dze­nia. Po­woli wy­pusz­czał po­wie­trze z płuc. Już miał się ode­zwać, kiedy wró­ciła do nas kel­nerka. Vol­ter po­pro­sił o wszystko, co wy­mie­ni­łam. Dla sie­bie za­mó­wił to samo, z wy­jąt­kiem da­nia głów­nego - wo­lał szczu­paka.

- Wino? Wódka? - za­py­tał.

- Jedno i dru­gie - od­par­łam.

Ski­nął głową i oparł się wy­god­niej o krze­sło.

- Nie mogę. Nie mogę za­cząć się z tobą spo­ty­kać i nie ma to żad­nego związku z tym, co wtedy po­wie­dzia­łem. Ale mam pro­po­zy­cję...

- Nie je­stem pu­sta! - Po­czu­łam, że mu­szę się wy­tłu­ma­czyć. - Nie my­ślę tylko o wy­glą­dzie, luk­su­sie i sek­sie. Tak przy­kro było to usły­szeć od ko­goś ta­kiego jak ty...

- To była naj­głup­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek po­wie­dzia­łem dru­giej oso­bie. - Vol­ter prze­rwał mój wy­wód. - Nie mu­sisz mi tego tłu­ma­czyć. Wiem, że nie mia­łem ra­cji. Cho­dzi po pro­stu o to, że ty... ja­koś tak... spra­wiasz mi­mo­wol­nie, że wy­cho­dzi ze mnie coś, czego nie umiem jesz­cze na­zwać. Wsty­dzę się tego, ale nie wiem na­wet do­brze, co to jest. Tak jak­bym na chwilę sta­wał się in­nym czło­wie­kiem.

Nie słu­cha­łam go. Pra­gnę­łam tylko do­koń­czyć wcze­śniej­szą myśl. Po­wie­dzieć na głos to, czego ni­gdy ni­komu nie mó­wi­łam.

- I nie je­stem ate­istką. Już ci to mó­wi­łam, ale po­wiem jesz­cze raz, bo chcę, że­byś mnie do­brze zro­zu­miał. Nie na­leżę do żad­nego Ko­ścioła, ale wie­rzę w Boga. Nie po­tra­fię tego wy­ja­śnić i nie są­dzę, żeby ktoś inny mógł. Po pro­stu to czuję. Cza­sem sil­niej, cza­sem sła­biej. Nie ro­zu­miem, dla­czego na świe­cie musi być tyle zła, i na­wet nie pró­buję tego po­jąć. Wiem tylko, że znaj­duję po­cie­sze­nie dzięki wie­rze i mo­dli­twie. I że bar­dzo ce­nię na­uki Je­zusa.

Z ja­kie­goś po­wodu Vol­ter po­bladł i od­wró­cił wzrok.

- Jak ty to ro­bisz, że za każ­dym ra­zem udaje ci się mnie za­sko­czyć? Głu­pio mi, że z góry cię oce­ni­łem. Nie po­stę­puję w ten spo­sób na­wet z al­ko­ho­li­kami i nar­ko­ma­nami, któ­rzy szu­kają u mnie po­mocy.

- To dla­tego, że mnie po­żą­dasz. - Zdo­by­łam się na lo­do­waty ton, cho­ciaż było mi go­rąco.

Nie mia­łam co do tego wąt­pli­wo­ści. Vol­ter, po­ru­szony, po­cie­rał pal­cem wska­zu­ją­cym skórę po­mię­dzy brwiami. Kel­nerka przy­nio­sła bu­telkę fran­cu­skiego wina i dwa kie­liszki wódki.

- Wy­pijmy... Za co? - za­py­ta­łam, bio­rąc je­den z nich do ręki.

Vol­ter wciąż wpa­try­wał się jak za­hip­no­ty­zo­wany w znaj­du­jący się przed nim pu­sty ta­lerz.

- Za uda­wa­nie - wy­mam­ro­tał.

- Za uda­wa­nie - po­wtó­rzy­łam lekko i jed­nym hau­stem opróż­ni­łam kie­li­szek.

Męż­czy­zna zro­bił to samo.

- Je­śli cho­dzi o pro­po­zy­cję, o któ­rej wspo­mnia­łem... Mój dok­to­rat do­ty­czył po­zy­cji ko­biet w Ko­ściele. Po­my­śla­łem, że może... może chcia­ła­byś, że­bym zo­stał pro­mo­to­rem two­jej pracy ma­gi­ster­skiej?

Po­pa­trzy­łam w nie­spo­kojne szare oczy. Te­raz zro­zu­mia­łam, co miał na my­śli, kiedy wzno­sił to­ast za uda­wa­nie.

- Jaki to ma zwią­zek z ży­ciem sek­su­al­nym pa­sto­rów? - za­py­ta­łam cierpko, cho­ciaż zna­łam już od­po­wiedź.

Moje my­śli za­czy­nały się roz­pę­dzać. Skoro Vol­ter chciał zo­stać moim pro­mo­to­rem, to zna­czy, że wcale nie miał za­miaru za­koń­czyć na­szej zna­jo­mo­ści. Po­sta­no­wi­łam nie być dla niego już tak su­rowa.

- Płeć od­grywa ogromną rolę w Bi­blii. To nie przy­pa­dek, że Ko­ściół jest tak pa­triar­chalny. A kiedy mó­wimy o płci, to prze­cież za­wsze mó­wimy też o sek­su­al­no­ści. Te wszyst­kie grzesz­nice w Bi­blii... prze­cież do­sko­nale wiesz, o czym mó­wię. Czyż nie sta­no­wi­łoby to do­sko­na­łego tła dla two­ich ba­dań?

- Skąd wiesz, że nie wzię­łam już tego wszyst­kiego pod uwagę? - spy­ta­łam i ode­tchnę­łam z ulgą, kiedy przy­nie­siono piel­mieni.

- Wiem, kto jest twoją obecną pro­mo­torką.

- Skąd?

Vol­ter spra­wiał wra­że­nie ura­żo­nego.

- Spraw­dzi­łem. Stu­dio­wa­łem na tym sa­mym wy­dziale, znam go od pod­szewki. Tarja ma świetne prze­my­śle­nia do­ty­czące re­formy Ko­ścioła i zna się jak mało kto na róż­nych ten­den­cjach w chrze­ści­jań­stwie. Ale eg­ze­ge­tyka nie jest jej mocną stroną. A moją jest.

Po­czu­łam ogromną sa­tys­fak­cję, kiedy do­tarło do mnie, że Vol­ter tak do­kład­nie zlu­stro­wał moją pro­mo­torkę i zro­bił to za mo­imi ple­cami. Mógł mnie o nią po pro­stu za­py­tać. Za­miast tego po­świę­cił sporo czasu, żeby zna­leźć tę lukę... dzięki któ­rej mo­gli­by­śmy się spo­ty­kać bez obaw, że ktoś mógłby nas po­dej­rze­wać o coś nie­sto­sow­nego. Mu­sia­łam to sko­men­to­wać.

- Nie­źle to so­bie wy­my­śli­łeś.

Uśmiech­nął się za­ro­zu­miale.

- Ale to prawda, że je­stem jed­nym z naj­lep­szych egze...

- Dał­byś już spo­kój! - za­wo­ła­łam, po czym chci­wie wło­ży­łam je­den pie­ro­żek do ust.

Po chwili wy­da­łam z sie­bie bar­dzo nie­ele­gancki od­głos i wy­plu­łam za­ska­ku­jąco go­rącą kulkę z po­wro­tem do bu­lionu. Usły­sza­łam z tru­dem po­wstrzy­my­wany chi­chot do­bie­ga­jący z na­prze­ciwka, który za­raz prze­ro­dził się w bez­tro­ski, gło­śny śmiech.

- Och, za­mknij się! - po­wie­dzia­łam, sama śmie­jąc się do roz­puku. Łyk­nę­łam wina.

- A wra­ca­jąc do te­matu... Oczy­wi­ście de­cy­zja na­leży do cie­bie - od­rzekł Vol­ter.

- Do­brze wiesz, jaka bę­dzie moja de­cy­zja. - Po­ma­cha­łam w jego stronę łyżką.

- Masz za­miar znowu ude­rzyć w stół, tak jak ostat­nio? Może te­raz czymś więk­szym. Na przy­kład ta­le­rzem. - Uśmiech­nął się fi­lu­ter­nie.

- Zwy­kle nie rzu­cam ta­le­rzami. Je­śli już, to książ­kami, pa­pie­rami... Tylko raz na pierw­szy ogień po­szedł wa­zon.

Vol­ter wes­tchnął tę­sk­nie. Czyżby chciał to zo­ba­czyć?

- Co po­wiesz na to, że­by­śmy spo­ty­kali się w ty­go­dniu lub w week­endy, wtedy kiedy aku­rat będę miał czas? Nie mam nic prze­ciwko two­jemu stu­denc­kiemu miesz­ka­niu.

- A może to ja mo­gła­bym przy­jeż­dżać do Turku? Czy to nie pro­blem? Jenni nie bę­dzie miała nic prze­ciwko? - do­da­łam za­czep­nie.

Vol­ter wy­glą­dał tak, jakby na­prawdę się nad tym za­sta­na­wiał, co mnie lekko po­iry­to­wało.

- Nie. Ra­czej nie. Prze­cież nie bę­dziemy ro­bić nic złego.

Ależ bę­dziemy, mój drogi.

- Chyba by­łoby ci to na­wet na rękę, prawda? Mam na my­śli moje wi­zyty w Turku.

- Hmm... Rze­czy­wi­ście. W ta­kim ra­zie mo­gła­byś przy­je­chać na­wet ju­tro. Aku­rat mam wolny dzień.

Kiw­nę­łam głową i pa­trzy­łam mu w oczy.

- Za­czniemy od do­koń­cze­nia na­szej prze­rwa­nej roz­mowy - od­rze­kłam i tym ra­zem po­dmu­cha­łam pie­ro­żek, za­nim wło­ży­łam go do ust. Coś mi się przy­po­mniało. - Czy to ozna­cza, że już nie je­stem dla cie­bie żadną po­kusą?

Za­da­łam to py­ta­nie ze szcze­rej cie­ka­wo­ści i cze­ka­łam na od­po­wiedź z lekką trwogą. Nie od­po­wie­dział od razu. Przez chwilę grze­bał łyżką w bu­lio­nie z piel­mieni, aż w końcu od­rzekł:

- Chciał­bym być sil­niej­szy od mo­ich pier­wot­nych in­stynk­tów. Poza tym mię­dzy mną i Jenni... na­wią­zała się nić po­ro­zu­mie­nia... Nie na­zwał­bym tego związ­kiem, ale dużo roz­ma­wia­li­śmy i...

Wy­pi­łam jed­nym hau­stem całą lampkę wina. Mia­łam ochotę rzu­cić w niego kie­lisz­kiem. Vol­ter za­cho­wy­wał się tak, jakby sam nie wie­dział, czego chce. Oczy­wi­ście mógł so­bie tłu­ma­czyć wy­rzu­tami su­mie­nia cały ten wy­si­łek, który pod­jął, żeby się ze mną spo­tkać i zor­ga­ni­zo­wać ko­lejne spo­tka­nia. Ale ja wie­dzia­łam swoje. Zresztą, nie do­strze­głam ani cie­nia żalu czy skru­chy w jego oczach. Wi­dzia­łam za to, jak chci­wie spo­gląda na moje ciało. Tego chciał! Ach, że też aku­rat te­raz mu­siała na­pa­to­czyć się ta głu­pia Jenni.

Z hu­kiem od­sta­wi­łam kie­li­szek. Wy­cią­gnę­łam rękę w kie­runku jego le­wej dłoni spo­czy­wa­ją­cej na ob­ru­sie i lekko przy­ci­snę­łam ko­niuszki pal­ców do jego pa­znokci. Vol­ter wy­da­wał się nie­spo­kojny. Spoj­rzał na na­sze palce, ale nie cof­nął ręki. Prze­su­nę­łam opusz­kami wzdłuż jego pal­ców, a po­tem za­czę­łam na­pie­rać. Po­woli. Czu­łam, jak krew pul­suje mi w udach, jak­bym ro­biła coś o wiele bar­dziej zdroż­nego. Jak roz­chy­lają mi się usta... Jak od­dech przy­spie­sza... Moje palce wbiły się mię­dzy palce Vol­tera - tak da­leko i mocno, jak to tylko moż­liwe. Vol­ter nie roz­luź­nił uści­sku. Pa­trzył na mnie z bla­skiem w oczach. Na moją twarz, włosy, usta i na drugą dłoń, którą od­gar­nę­łam za ucho nie­sforny ko­smyk.

- To do­brze - po­wie­dzia­łam po­woli.

- Ale... co? - za­py­tał nie­pew­nie.

- Że nie na­zwał­byś tego związ­kiem.

Za­bra­łam rękę i zja­dłam ko­lejny pie­ro­żek. Vol­ter sło­wem się nie ode­zwał.

***

Kiedy wy­cho­dzi­li­śmy z re­stau­ra­cji, by­łam pewna, że przy­ty­łam co naj­mniej pięć kilo, ale dzięki winu i paru kie­lisz­kom wódki i tak czu­łam się lekko. A może to za sprawą to­wa­rzy­stwa? Po moim nie­spo­dzie­wa­nym przed­sta­wie­niu Vol­ter za­czął opo­wia­dać o ro­lach płcio­wych i sek­su­al­no­ści w róż­nych epo­kach oraz o tym, jaki to miało wpływ na Bi­blię i jej wer­sje. Mó­wił też o funk­cji ko­biet w Ko­ściele pierw­szych chrze­ści­jan. Mu­sia­łam przy­znać, że za­pro­po­no­wana przez niego per­spek­tywa rze­czy­wi­ście two­rzyła fa­scy­nu­jące tło dla mo­ich ba­dań.

Opo­wie­dzia­łam mu o nich. Po­tem zmie­ni­li­śmy te­mat i - wi­nię za to wódkę - zwie­rzy­łam mu się z przy­kro­ścią, że od ja­kie­goś czasu drę­czy mnie uczu­cie strasz­nej pustki.

- Kry­zys trzy­dzie­sto­latki? - za­py­tał Vol­ter. - Czyż­byś zo­stała ostat­nią im­pre­zo­wiczką w gro­nie swo­ich zna­jo­mych, któ­rzy po­za­kła­dali ro­dziny?

- Może coś w tym jest... Choć prze­cież ni­gdy nie wy­obra­ża­łam so­bie z utę­sk­nie­niem wi­cia ro­dzin­nego gniazdka.

- A ja tak. I po­patrz na mnie. Trzy­dzie­sto­ośmio­letni fa­cet, wciąż sa­motny.

Mia­łam ochotę spy­tać, czy Jenni była jego ostat­nią de­ską ra­tunku, ale się po­wstrzy­ma­łam. Nie chcia­łam go zło­ścić. Zwłasz­cza te­raz, kiedy w końcu udało nam się szcze­rze i otwar­cie po­roz­ma­wiać. Za­miast tego za­żar­to­wa­łam na te­mat swo­jego prze­je­dze­nia:

- Le­dwo idę! Chyba bę­dziesz mu­siał zna­leźć ja­kąś taczkę i do­wieźć mnie do przy­stanku!

Nie od­po­wie­dział. Przy­glą­dał mi się tylko uważ­nie, jakby na­prawdę za­sta­na­wiał się, jak może mi po­móc w roz­wią­za­niu pro­blemu wzdę­tego brzu­cha. Kiedy za­trzy­ma­li­śmy się przed wej­ściem do ho­telu Lilla Ro­berts, za­ło­ży­łam ręce na pier­siach i uśmiech­nę­łam się do niego. Czas się po­że­gnać. Nie chcia­łam się jesz­cze roz­sta­wać, ale wie­dzia­łam, że nie po­win­nam po­su­wać się da­lej.

- Chcia­ła­byś chwilkę od­po­cząć? Mo­żesz pójść ze mną do po­koju. - Głos Vol­tera był na­pięty jak struna, ale nie wy­czu­łam w nim uda­wa­nej grzecz­no­ści. Je­dy­nie nie­pew­ność, którą ja sama przez cały czas także mia­łam w so­bie.

- Och. Nie chcia­ła­bym, że­byś po­my­ślał, że... - za­czę­łam ostroż­nie.

- To ja pro­po­nuję - prze­rwał. Mia­łam wra­że­nie, że jego oczy się przy­ciem­niły, a duże ciało jakby na­prę­żyło.

Bez słowa skie­ro­wa­łam się w stronę ru­cho­mych drzwi i we­szłam do holu. Za­drża­łam, gdy zo­ba­czy­łam go ką­tem oka, idą­cego tuż za mną. We­szłam do windy i pra­wie pod­sko­czy­łam, gdy Vol­ter nie­chcący do­tknął mnie ra­mie­niem, zbli­ża­jąc kartę do czyt­nika.

Nie wiem, na któ­rym pię­trze wy­sie­dli­śmy. Nie pa­mię­tam nu­meru po­koju, za któ­rym za­mknę­li­śmy drzwi.

Od­wró­ci­łam się w jego stronę i szybko zrzu­ci­łam z nóg czarne szpilki. Męż­czy­zna chwy­cił lekko brzegi mo­jej kurtki i zdjął ją ze mnie pra­wie piesz­czo­tli­wym ru­chem. Bi­cie mo­jego serca było szyb­sze niż stu­kot dzię­cioła. Całą siłę swego umy­słu sku­pi­łam na tym, aby się wy­co­fać i zna­leźć drogę do ka­napy.

W końcu mi się to udało. Opa­dłam na sofę i opar­łam plecy na pod­ło­kiet­niku. Pod ugięte w ko­la­nach nogi wło­ży­łam po­duszki, a ra­mię po­ło­ży­łam na mięk­kim opar­ciu. Chcia­łam po­wie­dzieć coś sen­sow­nego. Mój wzrok za­trzy­mał się na du­żym stole ja­dal­nym i fo­te­lach sto­ją­cych obok ka­napy.

- Po­zwól, że zgadnę. To nie jest po­kój w kla­sie stan­dard.

Vol­ter wciąż stał przy drzwiach z moją kurtką w dło­niach i pa­trzył na mnie tak, że nie po­tra­fi­łam nic wy­czy­tać w jego spoj­rze­niu.

- Przy­zna­łem już, że mam sła­bość do kom­for­to­wych wa­run­ków. Te­raz, kiedy w końcu mam pie­nią­dze, zda­rza mi się cza­sami być roz­rzut­nym. I tak, zdaję so­bie sprawę, że wiele in­dyj­skich czy afry­kań­skich dzieci...

- Daj spo­kój, Vol­ter - prze­rwa­łam mu. - Tylko się z tobą dro­czę. Tak na­prawdę lu­bię to w to­bie. Bo to ta­kie... ludz­kie - do­da­łam, cał­ko­wi­cie zgod­nie z prawdą.

Vol­ter był za­chwy­ca­jącą mie­szanką sła­bego czło­wieka i sil­nej, am­bit­nej jed­nostki, która sta­rała się jak naj­le­piej re­ali­zo­wać swoje prze­ko­na­nia - po­mimo błę­dów i po­tknięć. I był uczciwy. Przy­naj­mniej przez więk­szość czasu. Przy­naj­mniej wtedy, gdy nie uda­wał, że za­leży mu je­dy­nie na by­ciu pro­mo­to­rem mo­jej pracy ma­gi­ster­skiej.

- Wsty­dzę się tego. Prze­pra­szam za ten i inne moje grze­chy w mo­dli­twie, a po­tem po­now­nie je po­peł­niam. Mo­głem prze­ka­zać rów­no­war­tość ceny tego po­koju na cele cha­ry­ta­tywne. Cho­ciaż i tak sta­ram się zre­kom­pen­so­wać swoją sła­bość da­ro­wi­znami...

Męż­czy­zna się zbli­żył, ale nie by­łam pewna, gdzie chce usiąść. Pod­szedł do łóżka, za­trzy­mał się i zmie­nił kie­ru­nek. Pod­szedł do stołu, po­ło­żył na nim moją kurtkę, rzu­cił swoją ma­ry­narkę na opar­cie krze­sła i od­wró­cił się ple­cami do mnie, by spoj­rzeć przez okno. W końcu od­wró­cił się po­woli i pod­szedł do ka­napy. Do mnie. Po­pa­trzył przez chwilę na sto­jący obok ka­napy fo­tel, ale w końcu od­wró­cił się do mnie i za­py­tał gło­sem tak głę­bo­kim, że mia­łam ochotę się w nim za­to­pić:

- Zmiesz­czę się?

Bez słowa kiw­nę­łam głową na znak zgody i pod­cią­gnę­łam nogi, żeby zro­bić mu wię­cej miej­sca. Vol­ter wy­jąt­kowo gładko jak na tak du­żego męż­czy­znę usa­do­wił się na dru­gim końcu ka­napy. Oparł łok­cie na ko­la­nach i ujął pod­bró­dek w dło­nie. Pa­trzy­łam, jak opa­dają mu po­wieki spo­wite ciem­nymi rzę­sami, pra­wie cał­ko­wi­cie za­kry­wa­jąc mu oczy, kiedy zda­wał się bez­myśl­nie wpa­try­wać w dy­wan. Je­den z mię­śni twa­rzy drgnął.

- Chcia­ła­byś pew­nie do­koń­czyć na­szą roz­mowę, ale nie masz dyk­ta­fonu...

- Mam bar­dzo do­brą pa­mięć - za­pew­ni­łam. - Miej tylko na uwa­dze, że tym ra­zem mu­sisz od razu wy­ja­śnić, o co cho­dzi, je­śli za­uwa­żysz, że cze­goś nie zro­zu­mia­łam.

Spoj­rza­łam na jego pro­fil. Wy­so­kie czoło, duży nos, usta, które były dla mnie nie­do­stępne, i ta broda, dum­nie wy­su­nięta broda.

- A więc kon­ty­nu­ujmy. Po­wiedz, ża­łu­jesz tych związ­ków? - za­da­łam pierw­sze py­ta­nie.

Na­gle zro­zu­mia­łam, że im wię­cej py­tań mu za­dam, tym dłu­żej będę mo­gła zo­stać w jego po­koju. Usia­dłam wy­god­niej i za­czę­łam go­rącz­kowo my­śleć nad ko­lej­nymi py­ta­niami. Szybko, po­trze­buję ich dużo, już!

- I tak, i nie - od­rzekł. - Wcale nie je­stem roz­pust­ni­kiem, jak mnie na­zwa­łaś. Kiedy ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy, tro­chę to wszystko pod­ko­lo­ry­zo­wa­łem, bo chcia­łem się z tobą po­prze­ko­ma­rzać. Może kie­dyś tak było, tuż po roz­pa­dzie dłu­go­let­niego związku. Tej sa­mej je­sieni zo­sta­łem pa­sto­rem i by­łem kom­plet­nie za­gu­biony. Je­stem istotą cie­le­sną i mam nor­malne po­trzeby. Moż­liwe, że... sil­niej­sze niż prze­ciętny męż­czy­zna. Nie chcę ni­kogo krzyw­dzić, a gdy­bym zwią­zał się z kimś z Fin­lan­dii, praw­do­po­dob­nie tak wła­śnie by się stało. Dla­tego te zna­jo­mo­ści były prze­lotne. Ale my­ślę, że te ko­biety... że nie mają do mnie o to żalu.

By­łam pewna, że się my­lił. Już dawno temu, dzięki wielu roz­mo­wom z ko­le­żan­kami, zro­zu­mia­łam, że męż­czyźni są bez­na­dziejni w in­ter­pre­to­wa­niu na­szych za­cho­wań. Męż­czy­zna o ta­kiej cha­ry­zmie i wy­glą­dzie jak Vol­ter bez wąt­pie­nia bu­dził w więk­szo­ści ko­biet na­dzieję o po­waż­nym związku. Tym bar­dziej je­śli wy­lą­do­wali ra­zem w łóżku. Może i nie było już w nich go­ry­czy, ale na pewno spra­wił im ogromną przy­krość. I za­wód.

- Za­ak­cep­to­wa­łem już to, jaki je­stem. Mo­dlę się o wy­ba­cze­nie mo­ich czy­nów i o siłę, by oprzeć się po­ku­sie. Cza­sem py­tam Boga, dla­czego nie mogę zna­leźć żony, dla­czego nie po­tra­fię być bar­dziej przy­kład­nym pa­sto­rem i bi­sku­pem.

- Pod wie­loma wzglę­dami je­steś wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. Ob­ser­wo­wa­łam cię na obie­dzie dla po­trze­bu­ją­cych. Je­steś taki od­dany swoim pa­ra­fia­nom. Za­leży ci na lu­dziach. Na­prawdę tak my­ślę - wy­szep­ta­łam ci­cho. Od­chrząk­nę­łam i do­da­łam: - We­dług Bi­blii jest wiele ro­dza­jów grze­chu. Chyba te wy­ni­ka­jące z nor­mal­nej ludz­kiej sek­su­al­no­ści nie są naj­więk­szymi ze wszyst­kich. Z tego, co mó­wisz, wy­nika, że nie masz w zwy­czaju uwo­dzić nie­win­nych ko­biet ani też nie da­jesz im do zro­zu­mie­nia, że masz wo­bec nich inne za­miary niż w rze­czy­wi­sto­ści...

- Tak, jed­nak z dru­giej strony ni­gdy nie mam pew­no­ści, czy nie­chcący ko­goś nie... - Vol­ter od­wró­cił głowę w moją stronę i za­milkł. Jego oczy prze­su­nęły się po mnie, a po­tem ze świ­stem wy­pu­ścił po­wie­trze. Mia­łam wra­że­nie, że zo­ba­czy­łam w oczach męż­czy­zny zie­lone iskierki, a sza­rość w jego oczach za­częła się prze­obra­żać w gę­stą, du­szącą mgłę.

- Co ci się stało? O co cho­dzi?

Jego za­cho­wa­nie mnie prze­stra­szyło, ale by­łam też nie­zno­śnie pod­nie­cona. To ostat­nie uczu­cie to­wa­rzy­szyło mi przez cały czas, kiedy prze­by­wa­łam z Vol­te­rem, jed­nak te­raz było jesz­cze in­ten­syw­niej­sze.

- Wi­dzę... - po­wie­dział głu­cho.

- Co ta­kiego? - po­no­wi­łam py­ta­nie. A po­tem zro­zu­mia­łam.

Wzrok Vol­tera śli­zgał się po mo­ich łyd­kach... ko­la­nach... udach... Wtedy do­piero zda­łam so­bie sprawę, że pod­czas sia­da­nia su­kienka mu­siała pod­wi­nąć mi się aż do bio­der, cał­ko­wi­cie od­kry­wa­jąc nogi. Ze­sztyw­nia­łam i nie by­łam w sta­nie się po­ru­szyć. Czy Vol­ter my­ślał, że usia­dłam tak spe­cjal­nie? Czy on po­my­ślał... Wsta­łam gwał­tow­nie i za­pew­ni­łam:

- Po­słu­chaj, to wy­szło nie­chcący. Nie zro­bi­łam tego ce­lowo.

Swoją wielką ręką do­tknął mo­jego le­wego uda... Zsu­nął się po nim i lekko ści­snął ko­lano okryte cienką, prze­zro­czy­stą poń­czo­chą. Roz­su­nął mi nogi. Na moje czoło wy­stą­piły kro­pelki potu, kiedy ob­ser­wo­wa­łam, jak męż­czy­zna pod­ciąga brzeg su­kienki. Vol­ter su­nął ręką od ko­lan w górę, aż w końcu gła­dził opusz­kami pal­ców wraż­liwą skórę mo­ich po­ślad­ków.

- Co wy­szło nie­chcący? - za­py­tał miękko, ale sta­now­czo.

- To, że od­sło­ni­łam... Nie chcia­łam...

- W ta­kim ra­zie po co ubra­łaś się w ta­kie coś? No­sisz taką bie­li­znę na co dzień?

Po­trzą­snę­łam głową, onie­miała, pod­czas gdy palce Vol­tera wę­dro­wały po we­wnętrz­nej stro­nie mo­jego uda. Mi­mo­wol­nie roz­sze­rzy­łam nogi i zo­ba­czy­łam, że Vol­ter przy­bliża się do mnie ca­łym cia­łem, bez­wstyd­nie za­glą­da­jąc mi pod su­kienkę.

- Moż­liwe, że... Mia­łam na­dzieję, że... - za­czę­łam stłu­mio­nym gło­sem. - Ale sama w to nie wie­rzy­łam, nie za­mie­rza­łam... - Ko­niec zda­nia za­głu­szyło głę­bo­kie wes­tchnie­nie.

Vol­ter za­czął pie­ścić skórę mo­ich ud tuż przy kra­wę­dziach poń­czoch.

- Tylko raz. Zróbmy to raz i o tym za­po­mnijmy. Je­śli tylko po­tra­fisz do­trzy­mać ta­jem­nicy.

Wpa­try­wa­łam się w na­pięte mię­śnie jego twa­rzy, w jego sze­roko otwarte oczy. Ski­nę­łam głową.

- Wiem już, jak sma­ku­jesz - wy­mru­czał ci­cho, po­now­nie opusz­cza­jąc wzrok na uda.

Po­czu­łam, jak de­li­kat­nie do­tyka tka­niny opi­na­ją­cej moje kro­cze.

- Co? - by­łam o krok od omdle­nia.

- Wiem, jak sma­ku­jesz - po­wie­dział gło­sem prze­peł­nio­nym pa­sją.

Po­kój za­wi­ro­wał w mo­ich oczach, a fala przy­jem­no­ści prze­pły­nęła przez moje żyły, gdy kon­ty­nu­ował.

- Wtedy, kiedy cię do­ty­ka­łem. Nie mo­głem się po­wstrzy­mać i zli­za­łem z pal­ców twoje soki. Do­piero straszne uczu­cie wstydu zmu­siło mnie do umy­cia rąk. Ale to nic nie dało, choć­bym nie wiem jak je szo­ro­wał. A te­raz... Te­raz mam za­miar sma­ko­wać cię tak, żeby na za­wsze za­pa­mię­tać każdy twój aro­mat.

1 Wszyst­kie cy­taty bi­blijne wy­ko­rzy­stane w tek­ście po­cho­dzą z wy­da­nia: Bi­blia, to jest Pi­smo Święte Sta­rego i No­wego Przy­mie­rza, wyd. 1, 2018, https://www.bi­ble.com/pl/ver­sions/2095-snp-bi­blia-to-jest-pi­smo-swiete-sta­rego-i-no­wego-przy­mie­rza-wy­da­nie-pierw­sze-2018.

Roz­dział 5

Wpa­try­wa­łam się w po­ru­sza­jące się usta Vol­tera i nie mo­głam uwie­rzyć w słowa, które z nich pa­dały. Wie­dział, jak sma­kuję? Ko­mórki w moim mó­zgu eks­plo­do­wały, kiedy wy­obra­zi­łam so­bie męż­czy­znę ob­li­zu­ją­cego palce po wyj­ściu z sa­lonu. Jak je liże, ssie, wkłada do ust... a po­tem ze zło­ścią myje ręce. Bo na pewno był zły. Może to dla­tego póź­niej wy­buchł...

Nie mia­łam czasu na dal­sze roz­my­śla­nia, bo po­pchnął mnie na ka­napę. Usa­do­wił się nade mną tak, że ko­lano okryte ciem­nymi dżin­sami do­tknęło mo­jego kro­cza, a stopa dru­giej nogi stała oparta o pod­łogę. Zła­pał mnie za bio­dra i szarp­nął do dołu. Moje ciało zsu­nęło się z po­zy­cji pół­sie­dzą­cej do pół­le­żą­cej, a moje kro­cze mocno przy­ci­skało się do ko­lana męż­czy­zny. Czu­łam się bez­bronna i to mnie pod­nie­cało. Po­ło­ży­łam mu ręce na ra­mio­nach. Vol­ter po­chy­lił się bli­żej i zdą­ży­łam zo­ba­czyć zna­jome zie­lone iskry w jego sza­rych oczach, w tym roz­go­rącz­ko­wa­nym i zde­ter­mi­no­wa­nym spoj­rze­niu. Już za mo­ment po­czu­łam go­rący od­dech na szyi.

Drża­łam bez­rad­nie. Mocno ści­ska­łam udami jego ko­lano i czu­łam, jak po­żą­da­nie wtła­cza się w moje ciało i za­czyna wy­peł­niać każdą ko­mórkę mo­jego ciała. My­śla­łam, że jesz­cze chwila, a roz­padnę się na ka­wałki. Szu­miało mi w uszach i le­dwo usły­sza­łam, jak szepce:

- Te­raz się na to­bie ze­msz­czę. Wiem, że to nie po chrze­ści­jań­sku, ale...

Na­gle po­czu­łam na szyi jego zęby. Dło­nie jesz­cze moc­niej za­ci­snęły się wo­kół ta­lii, ko­lana wciąż na­pie­rały na kro­cze. Było mi wszystko jedno, co za­mie­rzał ze mną zro­bić - byle tylko nie prze­sta­wał. Od­chy­li­łam głowę, cał­ko­wi­cie pod­da­jąc się przy­jem­no­ści, którą spra­wiał mi męż­czy­zna, gry­ząc i ca­łu­jąc moją szyję. Pra­wie osza­la­łam z roz­ko­szy i za­czę­łam się wić, ale że­la­zny uścisk po­wstrzy­my­wał moje ru­chy.

Po­tem Vol­ter za­czął ssać. Mocno. Zro­zu­mia­łam, że robi mi do­kład­nie to samo, co jesz­cze nie­dawno ja ro­bi­łam jemu. Za­to­pi­łam jedną dłoń w jego wło­sach, lekko za nie cią­gnąc, a drugą prze­su­wa­łam po jego sil­nych ple­cach. Męż­czy­zna gryzł tak, że czu­łam ból, na­stęp­nie znowu ssał i li­zał, i gryzł po­now­nie. Mój od­dech był płytki i szybki. By­łam roz­pa­lona i szczę­śliwa.

Nie prze­szka­dza­łoby mi, gdyby Vol­ter po­krył całe moje ciało ma­lin­kami. By­łoby to wręcz cu­downe, po­my­śla­łam tę­sk­nie i mocno za­ko­ły­sa­łam bio­drami. Uda na mo­ment ode­rwały się od na­pie­ra­ją­cego na nie ko­lana, któ­rego ucisk po­czu­łam po­now­nie już po se­kun­dzie. Wes­tchnę­łam, kiedy moje ciało prze­szły dresz­cze roz­ko­szy, ma­jące swoje źró­dło w szyi i w cipce.

- Nie masz po­ję­cia, jaki kło­pot mi tym spra­wi­łaś - wark­nął.

Le­dwo zro­zu­mia­łam, co do mnie mó­wił. Pod­niósł głowę i zo­ba­czy­łam jego zmarsz­czone brwi, roz­sze­rzone źre­nice i tę­czówki za­mglone z pod­nie­ce­nia.

- Po tym wszyst­kim by­łem ska­zany na ko­szulki polo, mimo upału. I te za­sko­czone spoj­rze­nia. Do­póki nie przy­po­mnia­łem so­bie imie­nia, które wy­mó­wi­łaś przed wyj­ściem. Joe Bla­sco. Ku­pi­łem ko­rek­tor.

Mimo wszystko się ro­ze­śmia­łam.

- Bawi cię to? - za­py­tał.

Spoj­rza­łam na niego spod przy­mknię­tych po­wiek i lekko prze­krę­ci­łam głowę.

- Tro­szeczkę. - I przy­ci­snę­łam jego głowę z po­wro­tem do swo­jej szyi.

Prze­cze­sy­wa­łam pal­cami jego ciem­no­szare włosy i wy­szep­ta­łam do ucha:

- Dla mnie to żadna ze­msta. Nie je­stem pa­storką. Ani bi­skupką... Mogę mieć dzie­sięć ma­li­nek i ni­komu nic do tego. A to­bie zro­bię dziś nową - za­gro­zi­łam. By­łam pewna, że prawa strona mo­jej szyi była już cała fio­le­to­wo­czer­wona.

- W ta­kim ra­zie spra­wię, że do końca ży­cia bę­dziesz się mo­dlić o wię­cej.

- Nie będę o nic bła­gać.

- Już bła­gasz...

Dłoń Vol­tera błą­dziła po moim karku. W końcu zna­lazł za­mek skó­rza­nej su­kienki. Roz­piął ją ostrym szarp­nię­ciem. Jego oczom uka­zał się pół­prze­zro­czy­sty czarny biu­sto­nosz. Nie­mal bru­tal­nie po­cią­gnął su­kienkę w dół, aż za­trzy­mała się na bio­drach. Unio­słam po­śladki i ro­ze­brał mnie do końca. Te­raz mia­łam na so­bie samą bie­li­znę. Sta­nik, stringi, pod­wiązki, poń­czo­chy. Ciało na­pięte z po­żą­da­nia. Na­stęp­nie roz­ka­zał ci­cho gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu:

- Od­wróć się. Szybko. Uklęk­nij. Chcę cię wi­dzieć taką, jak tego wie­czoru w Turku, kiedy wsze­dłem do po­koju.

Od­wró­ci­łam się. Wszyst­kie moje koń­czyny drżały, a całe ciało na­peł­niło się ocze­ki­wa­niem, które czu­łam wszę­dzie: w ce­bul­kach wło­sów, ko­niusz­kach pal­ców, za gał­kami ocznymi, w ko­la­nach, w na­pię­tej szyi. Uklę­kłam, tak jak pro­sił, i od­gię­łam się do tyłu. Roz­sze­rzy­łam uda. Bar­dzo de­li­kat­nie. I spoj­rza­łam za sie­bie.

- Czy tak? - wy­dy­sza­łam pół­gło­sem.

Nie od­po­wie­dział. Przy­ci­snął uda do mo­ich po­ślad­ków, tak że całe moje ciało drgnęło. Dło­nie wę­dro­wały od mo­ich że­ber w dół. Na­gle szarp­nął pas do poń­czoch, mocno go na­piął i pu­ścił, tak że cienki na­prę­żony ka­wa­łek ma­te­riału z trza­skiem ude­rzył mnie w skórę. Na­stęp­nie Vol­ter roz­piął ha­ftki sta­nika. Sek­sowny ele­ment gar­de­roby opadł mi na nad­garstki i po­czu­łam, jak cięż­kie i twarde są moje piersi. Vol­ter łap­czy­wie je ści­snął, a z mo­ich ust wy­do­był się bła­galny jęk.

- Vol­ter...

- Co?! - Jego głos za­brzmiał jak ude­rze­nie bi­czem.

Nie wie­dzia­łam, co od­po­wie­dzieć. Ręce męż­czy­zny prze­bie­gały wzdłuż mo­ich ple­ców, czu­łam je też na po­ślad­kach i udach. Roz­piął pod­wiązki i zde­cy­do­wa­nym ru­chem zsu­nął mi stringi do ko­lan. Wstrzy­ma­łam od­dech i po­czu­łam ból w płu­cach. Moja skóra pło­nęła pod wpły­wem jego do­tyku. Chcia­łam krzy­czeć. Mocno za­mknę­łam oczy i kom­pul­syw­nie za­ci­ska­łam dło­nie w pię­ści.

- Kiedy na cie­bie pa­trzę, za­czy­nam ro­zu­mieć, co mieli na my­śli naj­starsi oj­co­wie Ko­ścioła - po­wie­dział, po czym w końcu prze­su­nął pal­cami po mo­jej od­sło­nię­tej, mo­krej cipce.

Jęk­nę­łam z roz­ko­szy pod wpły­wem tego długo wy­cze­ki­wa­nego do­tyku. Po­czu­łam, że mi­mo­wol­nie za­czy­nam się ko­ły­sać. Dro­binki potu zwil­żyły mi li­nię wło­sów i de­spe­racko pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, co Vol­ter do mnie mó­wił. Usta męż­czy­zny do­tknęły mo­ich wło­sów, gdy wy­mam­ro­tał:

- Że z ko­bie­tami na­leży się ob­cho­dzić bar­dzo ostroż­nie.

Chwy­cił mnie mocno za kok, szarp­nął i wy­chry­piał do ucha:

- Bo ko­biety wo­dzą na po­ku­sze­nie, a męż­czyźni nie mogą im się oprzeć.

Żą­dza wstrzą­snęła mną tak gwał­tow­nie, że stra­ci­łam rów­no­wagę i opa­dłam ple­cami na jego klatkę pier­siową. Ro­ze­śmiał się. Ak­sa­mitny, ni­ski, zło­śliwy śmiech. Znowu za­czął pie­ścić moje piersi, a ja za­drża­łam, gdy po­czu­łam, że jedną ręką roz­pina ko­szulę.

- Twoim za­ka­za­nym owo­cem jest ta prze­klęta praca ma­gi­ster­ska. Zła­pa­łem ha­czyk... A po­tem, gdy zo­ba­czy­łem zdję­cia, prze­pa­dłem do reszty. Piękna blon­dynka o nie­sa­mo­wi­tych no­gach, du­żych oczach i in­try­gu­ją­cym uśmie­chu.

Jego słowa tak mnie pod­nie­cały, że czu­łam ból. Ciężko sap­nę­łam i opar­łam dło­nie na pod­ło­kiet­ni­kach. Tu­łów uniósł się lekko, a po­śladki jesz­cze moc­niej na­parły na uda Vol­tera. Usły­sza­łam, jak wes­tchnął, a po­tem za­py­tał nie­mal ze zło­ścią:

- Bie­rzesz ta­bletki? Nie spo­dzie­wa­łem się, że będę po­trze­bo­wał kon­do­mów. W tej chwili i tak jest mi wszystko jedno, ale...

- Tak, biorę - od­po­wie­dzia­łam.

Chyba mu ulżyło.

Zła­pał mnie za­chłan­nie za uda. Po chwili zaś pu­ścił, a ja usły­sza­łam upra­gniony dźwięk roz­pi­na­nego pa­ska i roz­porka.

Pa­lec męż­czy­zny wśli­zgnął się lekko mię­dzy moje na­pięte, śli­skie wargi sro­mowe, a ja przy­ci­snę­łam się do niego, sy­cząc jak kot. Prze­su­wał dło­nią po we­wnętrz­nej stro­nie mo­ich ud, lekko je szczy­piąc, i za­py­tał ni­skim gło­sem, w któ­rym dało się sły­szeć na­pię­cie:

- Za­wsze je­steś taka mo­kra? Że czło­wiek aż traci zmy­sły?

- Nie za­wsze - od­po­wie­dzia­łam i za­ci­snę­łam po­wieki tak mocno, że aż mnie za­pie­kły.

Po­now­nie zbli­żył usta do ucha.

- Czy to ozna­cza, że coś mnie od­róż­nia od po­zo­sta­łych trzy­dzie­stu?

Wy­do­był się ze mnie zwie­rzęcy sko­wyt, kiedy Vol­ter znów mu­snął moją cipkę jed­nym pal­cem. Gdy­bym była przy zdro­wych zmy­słach, zde­cy­do­wa­nie bym temu za­prze­czyła. I od­po­wie­działa, że ciek­nie ze mnie jak z ze­psu­tego kranu za każ­dym ra­zem, gdy do­tyka mnie ja­ki­kol­wiek męż­czy­zna. Ale w tam­tej chwili zde­cy­do­wa­nie nie by­łam przy zdro­wych zmy­słach.

- Tak! Bła­gam, nie prze­sta­waj!

Vol­ter wstał. Sły­sza­łam, jak zdej­muje spodnie. W końcu, na Boga!

- Mo­dlisz się, Do­ris?

Gdy­bym była przy zdro­wych zmy­słach, zde­cy­do­wa­nie bym temu za­prze­czyła.

- Tak - jęk­nę­łam i przy­gry­złam wargę, gdy pa­lec męż­czy­zny wró­cił i za­czął okrą­żać moją łech­taczkę.

Na­gle Vol­ter cof­nął się, moc­nym szarp­nię­ciem za bio­dra przy­cią­gnął mnie do sie­bie i po­czu­łam na swo­ich war­gach sro­mo­wych jego na­brzmia­łego ku­tasa. Śli­zgał się ryt­micz­nie od od­bytu aż do łech­taczki, draż­niąc ją tak, że wy­łam jak pies. Nie mo­głam już dłu­żej tego wy­trzy­mać. Nad­sta­wi­łam mu swoją dziurkę, tak bar­dzo chcia­łam, żeby w końcu we mnie wszedł. Cze­ka­łam.

Aż wresz­cie po­czu­łam, jak po­woli się we mnie wpy­cha... Czu­łam się jak w nie­bie, cho­ciaż wie­dzia­łam, że tra­fię za to do pie­kła. Niech więc pie­przy mnie mocno, skoro już i tak je­stem ska­zana na po­tę­pie­nie! Chcia­łam po­czuć go w so­bie ca­łego... Vol­ter się jed­nak nie spie­szył.

Po­now­nie zła­pał mnie za piersi i wy­sy­czał:

- Nie masz po­ję­cia, jak wspa­niale wy­glą­dasz.

A ja chcia­łam wy­glą­dać jesz­cze le­piej. Spe­cjal­nie dla niego. Tak, żeby nie mógł się już dłu­żej po­wstrzy­my­wać. Roz­sze­rzy­łam uda, jesz­cze moc­niej wy­pię­łam po­śladki i wy­gię­łam plecy w łuk.

Po­dzia­łało.

Vol­ter wy­mam­ro­tał coś nie­zro­zu­mia­łego i we­pchnął we mnie swo­jego dłu­giego, gru­bego ku­tasa. Oczy za­szły mi łzami z roz­ko­szy. Cały po­kój za­wi­bro­wał pod wpły­wem mo­jego prze­cią­głego jęku. By­łam oszo­ło­miona szczę­ściem i chyba na­dal nie do końca wie­rzy­łam, że to się dzieje na­prawdę. Vol­ter był we mnie. Być może za­le­d­wie na chwilę, ale mia­łam go w so­bie i tylko to się li­czyło. To uczu­cie było w rze­czy­wi­sto­ści ty­siąc razy wspa­nial­sze niż w naj­bar­dziej wy­uz­da­nych fan­ta­zjach.

Zmie­ni­li­śmy po­zy­cję. Nie by­łam już te­raz cał­kiem na czwo­ra­kach. Sta­łam na ko­la­nach, a on trzy­mał mnie od tyłu. Wcho­dził we mnie po­woli, wpy­chał się we mnie i ści­skał bio­dra z miaż­dżącą siłą. Za każ­dym ra­zem, kiedy był głę­boko, za­trzy­my­wał się i jedną ręką pie­ścił moje sutki. Czu­łam jego usta i od­dech na ra­mio­nach, szyi, skro­niach. Na­pie­ra­łam na niego, wście­kle znie­cier­pli­wiona. Chcia­łam, żeby pie­przył mnie jesz­cze moc­niej. Zro­zu­miał. Chwy­cił mnie za barki i zwięk­szył tempo, pod­czas gdy ja ryt­micz­nie po­ru­sza­łam bio­drami. Pie­przy­li­śmy się z taką siłą, że za każ­dym ra­zem, kiedy się we mnie wbi­jał, całe moje ciało się trzę­sło.

Wtedy nie­ja­sno zda­łam so­bie sprawę, że to ko­niec. Już ni­gdy wię­cej nie do­świad­czę lep­szego seksu. Nie w tym wszech­świe­cie. Ani na­wet poza jego gra­ni­cami.

Wiel­kie ciało Vol­tera na­pie­rało na moje plecy, jego od­dech szu­miał mi w uszach. Męż­czy­zna jedną ręką za­czął ma­so­wać moją łech­taczkę, a w środku wciąż czu­łam ryt­micz­nie po­su­wa­ją­cego mnie ku­tasa. Wtedy eks­plo­do­wa­łam. W jed­nej chwili za­pa­liły się we mnie wszyst­kie świa­tła na świe­cie i za­wyły wszyst­kie sy­reny. Prze­le­ciały nade mną dzie­siątki bom­bow­ców i wszyst­kie tra­fiły w swój cel.

Krzy­cza­łam gło­śno i długo. Wi­łam się jak osza­lała, pró­bu­jąc uwol­nić się z jego ob­jęć. Moja cipka drżała z bólu i zmę­cze­nia.

Ciało też było wy­cień­czone. Opa­dłam na pod­ło­kiet­nik, ale Vol­ter zła­pał mnie z po­wro­tem i przy­ci­snął do swo­jej piersi, pie­prząc mnie co­raz bar­dziej za­cie­kle.

- Nie. Nie. Nie... - po­wta­rzał jak zde­spe­ro­wany i nie by­łam pewna, co miał na my­śli. Czy czuł wy­rzuty su­mie­nia? A może coś mu się nie po­do­bało? A może...

- NIE! - ryk­nął, wpy­cha­jąc ku­tasa po raz ostatni, naj­głę­biej, jak się dało, tak, że pra­wie mnie ro­ze­rwał.

Z jego gar­dła wy­do­był się mroczny, su­rowy sko­wyt. Ja zaś po­czu­łam, że znowu szczy­tuję... Ach, czyli o to mu cho­dziło. Chciał mi dać drugi or­gazm i po­wstrzy­my­wał się przed doj­ściem zbyt szybko. Na­sze ciała ko­ły­sały się we wza­jem­nym uści­sku.

- Ależ tak... - rzu­ci­łam szep­tem przez ra­mię.

Vol­ter po­ło­żył rękę na mo­ich wło­sach, zbli­żył wargi do mo­ich ust i na­mięt­nie po­ca­ło­wał. Tylko tego po­trze­bo­wa­łam do pełni szczę­ścia.

Prze­niósł mnie na łóżko. Nie uświa­do­mi­łam so­bie jesz­cze, że za­częła się nowa runda, kiedy na­gle usta Vol­tera za­częły pie­ścić moje piersi, a jego dłoń znów zna­la­zła się mię­dzy mo­imi no­gami. Dwa zręczne palce wbiły się we mnie, a on na­mięt­nie mnie po­ca­ło­wał. Roz­pła­ka­łam się z eks­tazy.

Wtedy to so­bie uświa­do­mi­łam.

***

Obu­dzi­łam się z sa­mego rana i le­ni­wie ob­ser­wo­wa­łam, jak blade pro­mie­nie świa­tła prze­bi­jają się przez wą­ski pa­sek po­mię­dzy za­sło­nami. Po­ło­ży­łam się na boku, opie­ra­jąc głowę na ra­mie­niu Vol­tera i za­ha­cza­jąc udem o jego udo. W tej sa­mej po­zy­cji za­snę­łam po­przed­niej nocy, za­raz po tym, jak pa­dłam po sza­lo­nym ostat­nim or­ga­zmie osią­gnię­tym w po­zy­cji na jeźdźca. Nie wiem, ile razy upra­wia­li­śmy seks tam­tej nocy, ale z całą pew­no­ścią usta­no­wi­łam oso­bi­sty re­kord pod wzglę­dem liczby i ja­ko­ści or­ga­zmów.

De­li­kat­nie po­tar­łam po­li­czek o cu­dow­nie cie­płą pierś męż­czy­zny i za­sta­na­wia­łam się, co po­win­nam zro­bić. Nie by­łam bo­jaź­liwa, ale tym ra­zem po­czu­łam trwogę. A co, je­śli Vol­ter obu­dzi się prze­peł­niony wsty­dem i od­razą i na­tych­miast mnie od­rzuci? Co, je­śli przyj­dzie mi się po­że­gnać z jego cu­dow­nym po­my­słem na zo­sta­nie moim pro­mo­to­rem? Zresztą, na­wet je­śli mie­li­by­śmy na­dal utrzy­my­wać kon­takt z tej oka­zji... nie wy­obra­ża­łam so­bie, żeby ta noc miała się już ni­gdy wię­cej nie po­wtó­rzyć.

Chcia­łam spę­dzić z nim każdą noc swo­jego ży­cia. I każdy dzień.

Nie prze­szka­dzały mi już na­wet fio­le­towa ko­szula, złoty krzyż, szaty li­tur­giczne i pa­sto­rał i jego srebrna krzy­waśń. Tak na­prawdę mo­gła­bym na­wet wstą­pić do Ko­ścioła, gdyby tylko Vol­ter mnie ze­chciał. To była je­dyna prze­szkoda.

Ale nie chciał. Po­wie­dział, że mię­dzy nim a Jenni była nić po­ro­zu­mie­nia. Co­kol­wiek miało to zna­czyć.

Tak na­prawdę do­sko­nale ro­zu­mia­łam jego po­ło­że­nie. Jak na bi­skupa Vol­ter był wy­jąt­kowo młody, nie­ustę­pliwy, szczery i otwar­cie sprze­ci­wiał się spo­so­bowi, w jaki in­ter­pre­to­wano Bi­blię w kon­ser­wa­tyw­nych krę­gach. I to wie­lo­krot­nie. Jed­nak peł­niona funk­cja wy­ma­gała od niego wia­ry­god­no­ści i swego ro­dzaju ze­wnętrz­nej in­te­gral­no­ści. Po­trze­bo­wał cze­goś, co zrów­no­wa­ży­łoby jego no­wo­cze­sne po­glądy w sta­ro­świec­kim Ko­ściele. Ślub z nie­ska­zi­telną, miłą i piękną pa­storką byłby ide­al­nym po­su­nię­ciem. Oczy­wi­ście nie zna­łam Jenni, ale prze­czu­wa­łam, że była moim to­tal­nym prze­ci­wień­stwem. By­liby świetną parą. I wi­docz­nie to roz­wa­żali, skoro tyle roz­ma­wiali, po­my­śla­łam z ża­lem.

Te­le­fon Vol­tera ci­cho za­wi­bro­wał. Spraw­dzi­łam go­dzinę - do­cho­dziła szó­sta. Wtu­li­łam się moc­niej w męż­czy­znę i głę­boko wcią­gnę­łam po­wie­trze, sta­ra­jąc się za­pa­mię­tać za­pach Vol­tera. Za­mknę­łam oczy. Nie­stety, moje serce nie było tak wy­ro­zu­miałe, jak umysł.

Dla­czego mu­siało mi się to przy­da­rzyć? Czy nie czu­łam się już wy­star­cza­jąco wy­ob­co­wana i prze­grana? Czy nie do­świad­czy­łam wy­star­cza­jąco dużo przy­kro­ści w ży­ciu?

Ktoś mógł za­py­tać, jak to moż­liwe, że za­le­d­wie po kilku dniach zna­jo­mo­ści wie­dzia­łam, że ko­cham Vol­tera. Ale ja na­prawdę to wie­dzia­łam. Może po pro­stu dla­tego, że już wcze­śniej zda­rzało mi się mie­wać po­dob­nego ro­dzaju uczu­cie pew­no­ści i jak do tej pory ni­gdy mnie ono nie za­wio­dło. To­wa­rzy­szyło mi wtedy, kiedy zde­cy­do­wa­łam się opu­ścić ruch Kryszny. Kiedy wpa­try­wa­łam się w nad­przy­ro­dzone świa­tło z okna i zro­zu­mia­łam, że Bóg ist­nieje. Ta pew­ność we­wnątrz mnie ozna­czała, że nie­długo moje ży­cie się zmieni.

Vol­ter He­la­korpi. Było w nim wszystko, z czego za­wsze się śmia­łam - i wcale nie mam tu na my­śli ko­ściel­nych za­sad, tylko... mi­łość. Ni­gdy nie wie­rzy­łam w jej ist­nie­nie. Te­raz jed­nak nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że cho­ciaż spę­dzi­łam z Vol­te­rem za­le­d­wie kilka dni, to bę­dzie on po­wo­dem mo­jego cier­pie­nia do końca ży­cia. Aż do śmierci.

Te­le­fon Vol­tera znów za­wi­bro­wał i roz­bu­dziła się we mnie cie­ka­wość. Z ja­kie­goż to po­wodu ktoś wy­pi­suje do bi­skupa o szó­stej rano? Pró­bo­wa­łam oprzeć się po­ku­sie, ale w tym aku­rat ni­gdy nie by­łam zbyt do­bra. Się­gnę­łam po te­le­fon i na­ci­sną­łem przy­cisk z boku, aby móc zo­ba­czyć ko­mu­ni­katy po­ja­wia­jące się na wy­świe­tla­czu.

Idę na spo­tka­nie z se­nio­rami. Cie­kawe, co też dzi­siaj wy­my­śli Ri­tva. (Buźka: prze­wra­ca­jąca oczami)

Wra­casz dzi­siaj do domu?

Może obiad u Cie­bie? Mam prze­pis na wspa­niały sos po­mi­do­rowy z gor­gon­zolą do ma­ka­ronu.

Wiem, że nie po­win­nam była tego ro­bić. Czy­tać tych wia­do­mo­ści. Cu­rio­sity kil­led the cat. Te­raz wie­dzia­łam znacz­nie wię­cej o tym ca­łym po­ro­zu­mie­niu mię­dzy Jenni a Vol­te­rem - i było to o wiele za dużo. Ach, mu­szę się z tego ja­koś wy­ka­ra­skać. Ja by­łam tylko po­kusą, któ­rej ule­gał. To Jenni była ko­bietą, z którą go­to­wał i żar­to­wał. Nie było dla mnie miej­sca...

Za­ci­snę­łam zęby, zmu­sza­jąc się, by o ni­czym nie my­śleć, i wy­śli­zgnę­łam się z łóżka. Cho­dzi­łam na pal­cach, ci­chutko ścią­ga­jąc ubra­nia z ka­napy. Nie za­wra­ca­łam so­bie głowy poń­czo­chami - po pro­stu we­pchnę­łam je do to­rebki. Przez chwilę bez­rad­nie wpa­try­wa­łam się w śpią­cego Vol­tera. Koł­dra za­rzu­cona na bio­dra, jego pro­fil w przy­ćmio­nym świe­tle po­ranka, roz­rzu­cone na po­duszce pu­szy­ste włosy i... ugry­zie­nie na szyi. Męż­czy­zna wy­glą­dał uro­czo. Ugry­zie­nie - nie.

To już na­wet nie było za­bawne. Ra­czej pod­kre­ślało, jak nie­wła­ści­wym wy­bo­rem by­łam dla Vol­tera. Pod każ­dym wzglę­dem.

Z tru­dem prze­łknę­łam ślinę i po­de­szłam do drzwi. Spoj­rza­łam na niego po raz ostatni. Być może na­prawdę ostatni. Pro­mo­wa­nie ma­gi­sterki było prze­cież tylko wy­mówką. Uda­wa­niem, jak sam po­wie­dział. Bez­rad­nie opar­łam się o drzwi. Te­le­fon po­now­nie za­wi­bro­wał i męż­czy­zna się po­ru­szył. Na­ci­snę­łam więc na klamkę, uchy­li­łam drzwi na tyle, by się zmie­ścić, i wy­bie­głam.

***

Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­bym pła­kała wię­cej niż dwa razy w ży­ciu, oczy­wi­ście nie li­cząc okresu nie­mow­lęc­twa. Pierw­szy raz był wtedy, kiedy ra­zem z mamą do­piero co prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się z domu do świą­tyni Kryszny. Ni­kogo tam nie zna­łam, wszystko wy­da­wało mi się obce. Dla­tego pła­ka­łam. Drugi raz zda­rzył się tuż po roz­po­czę­ciu stu­diów na teo­lo­gii. By­łam głu­pia i od razu do­łą­czy­łam do grupy ra­dy­kal­nych ate­istów.

Kilka dziew­czyn miało bo­ga­tych ro­dzi­ców i cho­dziło na za­ję­cia z jeź­dziec­twa. Któ­re­goś razu za­brały ze stajni tro­chę obor­nika. Za­ło­ży­li­śmy ma­ski Guya Faw­kesa i roz­rzu­ci­li­śmy całe to łajno w głów­nej ka­te­drze w Hel­sin­kach. Po­tem wy­sma­ro­wa­li­śmy gów­nem ściany sy­na­gogi. Na ko­niec od­wie­dzi­li­śmy świą­ty­nię Ru­chu świę­tych w dniach ostat­nich czy też, jak po­wie­działa na­sza pro­wo­dyrka An­niina, pie­przo­nych wal­nię­tych mor­mo­nów. Tam zrzu­ca­li­śmy gówno na lu­dzi.

Prawda jest taka, że nie by­łam w sta­nie tego zro­bić. To zna­czy rzu­cać gów­nem. Po pro­stu sta­nę­łam z boku i za­mar­łam. I to przeze mnie zo­sta­li­śmy zła­pani. Prze­ra­żeni lu­dzie, mimo za­mie­sza­nia, za­uwa­żyli wy­soką ko­bietę, która stała w ma­sce jak wryta. Nie po­zwo­lili mi uciec. Ktoś inny zła­pał Teę. Po­li­cja zja­wiła się po kilku mi­nu­tach.

Nie pła­ka­łam pod­czas prze­słu­chań ani pod­czas śledz­twa. Do­piero gdy usły­sza­łam wy­rok - kilka mie­sięcy wa­run­ko­wego po­zba­wie­nia wol­no­ści i ko­lo­salna grzywna, opła­cona przez nie­zna­jo­mego, któ­rego na­zy­wa­łam oj­cem.

Wie­lo­krot­nie czy­ta­łam wy­rok w swoim miesz­ka­niu i za­wsze za­trzy­my­wa­łam się w tym sa­mym miej­scu. Ob­raza uczuć re­li­gij­nych. Za­sta­na­wia­łam się, co złego zro­bili mi lu­te­ra­nie, ży­dzi czy pie­przeni wal­nięci mor­moni. Dla­czego uzna­łam swoje wła­sne prze­ko­na­nia za bar­dziej war­to­ściowe? Co dało mi prawo do bez­czesz­cze­nia świę­tych dla lu­dzi miejsc od­cho­dami zwie­rząt? Do rzu­ca­nia w lu­dzi gów­nem? Wy­da­wało się, że nie było to bar­dzo da­le­kie od typu ra­dy­ka­li­zmu, jaki re­pre­zen­to­wali sobą na przy­kład ta­li­bo­wie.

Wtedy pła­ka­łam. Pła­ka­łam, wsty­dzi­łam się i ża­ło­wa­łam bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Wtedy też po raz pierw­szy po­czu­łam obec­ność siły wyż­szej oraz uko­je­nie i ulgę, którą za­pew­niała. Kiedy pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć swoje czyny i swój świat, kie­ro­wa­łam na wpół gniewne, a na wpół roz­go­ry­czone py­ta­nia gdzieś ku gó­rze.

I czu­łam się tak, jakby gła­skała mnie po gło­wie wielka, cie­pła dłoń. Bra­ko­wało mi tego, bo moi ro­dzice ni­gdy nie oka­zy­wali mi uczuć w taki spo­sób.

Sprawa była oczy­wi­ście nie lada gratką dla prasy. Okre­ślano nas mia­nem uprzy­wi­le­jo­wa­nych ate­istek z teo­lo­gii. Nie uwa­ża­łam się ni­gdy za osobę uprzy­wi­le­jo­waną pod ja­kim­kol­wiek wzglę­dem. Mój ate­izm rów­nież wy­ni­kał ra­czej z buntu wo­bec matki niż z rze­czy­wi­stych prze­ko­nań.

Szybko od niego ode­szłam, ale nie zna­la­złam nic in­nego, czym mo­gła­bym go za­stą­pić. Z bie­giem czasu umoc­niła się moja wiara w coś więk­szego ode mnie, ale nie do­świad­czy­łam żad­nego oświe­ce­nia ani od­ro­dze­nia re­li­gij­nego. Cho­ciaż w sa­mot­no­ści sporo roz­my­śla­łam o spra­wach du­cho­wych, to co­dzien­ność wy­peł­niały mi je­dy­nie sprawy do­cze­sne. Męż­czyźni, al­ko­hol, im­prezy, byle jak za­li­czane eg­za­miny. Ale kiedy moja przy­ja­ciółka Merja w wieku dwu­dzie­stu lat wzięła ślub, a po­tem ucie­kła od męża po tym, jak ją po­bił, wy­my­śli­łam so­bie nową wiarę. Czy ra­czej: nie­wiarę.

Nie­wiarę w mał­żeń­stwo, w zwią­zek part­ner­ski, we wspólne ży­cie. W każdą dłuż­szą re­la­cję. Nie chcia­łam się już ni­gdy na­ra­żać na ja­ką­kol­wiek prze­moc fi­zyczną lub psy­chiczną, któ­rych do­świad­czy­łam, ży­jąc wśród spo­łecz­no­ści Kryszny. Nasz prze­wod­nik du­chowy nie­ustan­nie zmu­szał dzieci do cięż­kiej pracy, bił je, je­śli nie był za­do­wo­lony z efek­tów, i od­ma­wiał nam je­dze­nia, je­śli spóź­ni­li­śmy się choćby mi­nutę. Na szczę­ście nie spo­tkała mnie prze­moc sek­su­alna, ale gdzie in­dziej i to nie było rzad­ko­ścią. Jak w wielu in­nych wspól­no­tach - za­kon­nych czy świec­kich.

Moją re­li­gią stała się nie­za­leż­ność. Przy­znaję, że zda­rzało mi się trak­to­wać męż­czyzn przed­mio­towo, a na­wet po­gar­dli­wie. Wy­śmie­wa­łam i ob­ra­ża­łam przy­ja­ciół, któ­rzy się za­ko­chi­wali i za­kła­dali ro­dziny.

Te­raz wy­glą­da­łam przez okno au­to­busu i z ca­łej siły po­wstrzy­my­wa­łam się od pła­czu. Po­czu­łam, jak nie­zno­śnie wzbiera mi w piersi i po­woli pod­cho­dzi do gar­dła. Z wil­got­nymi oczami li­czy­łam przy­stanki au­to­bu­sowe.

Jesz­cze trzy. Już tylko dwa. Ostatni.

Le­d­wie wy­sia­dłam z au­to­busu, od razu skie­ro­wa­łam się do aka­de­mika. Dzięki Bogu miesz­ka­łam sama, bo roz­kle­iłam się na­tych­miast po za­mknię­ciu za sobą drzwi. Dzięki Bogu. Zwy­czajne po­wie­dze­nie spra­wiło, że po­my­śla­łam o Vol­te­rze. Pła­ka­łam gło­śno, za­no­sząc się i chli­piąc. Przy­tu­la­łam sama sie­bie ra­mio­nami i bez­sil­nie wa­li­łam głową w drzwi. Ile­kroć po­my­śla­łem, że naj­gor­sze już mi­nęło, nad­cho­dziła ko­lejna fala. Roz­bo­lały mnie mię­śnie brzu­cha, głowę mia­łam jak ba­lon, twarz mi spu­chła i cała się trzę­słam.

Skoń­czyło się na dłu­gim, cie­płym prysz­nicu. Po­tem po­ło­ży­łam się na twar­dym łóżku, na­cią­gnę­łam na sie­bie koł­drę i po­sta­no­wi­łam spró­bo­wać za­snąć. Nie mi­nęło pięt­na­ście mi­nut, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon. Spod opuch­nię­tych po­wiek zdo­ła­łam zo­ba­czyć na wy­świe­tla­czu na­zwi­sko Vol­tera. Nie ode­bra­łam. Za­dzwo­nił po­now­nie.

A po­tem jesz­cze raz. Dzwo­nił bez prze­rwy. Nie chcia­łam od­bie­rać, ale od­czy­ty­wa­łam i od­słu­chi­wa­łam wia­do­mo­ści.

Dla­czego znik­nę­łaś?

Do­kąd po­szłaś?

Wszystko w po­rządku?

Głos Vol­tera był jak miód na moje uszy. Ku­siło mnie, żeby mu się pod­dać. Cho­ciaż tro­szeczkę. W końcu ta ucieczka bez po­że­gna­nia była dość nie­grzeczna. I to już drugi raz! Oczy­wi­ście zda­wa­łam so­bie sprawę, że był on czę­ściowo od­po­wie­dzialny za mój od­wrót przed po­nad dwoma ty­go­dniami.

Poza tym ni­gdy nie spo­tka­łam męż­czy­zny, który za­dzwo­niłby do mnie pra­wie trzy­dzie­ści razy w ciągu kilku go­dzin. Ozna­czało to je­den te­le­fon co dwie mi­nuty. Chyba na­prawdę był za­nie­po­ko­jony. I miał gdzieś, czy uznam go za nie­zno­śnego de­spe­rata.

To dla­tego, że wie­dział. Wie­dział, że tak o nim nie po­my­ślę. Po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzyło, a zwłasz­cza po ostat­niej nocy... In­te­li­gentny i pewny sie­bie czło­wiek z ła­two­ścią do­szedł do wła­ści­wych wnio­sków.

Te­le­fon mil­czał przez kilka mi­nut. Wtedy po­czu­łam, że mu­szę od­dzwo­nić. Ach, jaka ze mnie idiotka! Prze­stra­szy­łam się, że Vol­ter się znu­dzi, zde­ner­wuje i podda. Tak na­prawdę obojgu nam wy­szłoby to na do­bre. Prze­cież sama już wcze­śniej zde­cy­do­wa­łam, że tak bę­dzie naj­le­piej.

Wma­wia­łam so­bie, że dzwo­nię tylko po to, żeby się nie mar­twił. Ode­brał na­tych­miast.

- Gdzie ty je­steś, do dia­bła?! - ryk­nął do słu­chawki.

- W domu. Chyba mam prawo...

- Nie pier... Nie wy­mą­drzaj mi się tu! Usta­li­li­śmy prze­cież, że dziś do­koń­czymy wy­wiad. Co wię­cej, na­wet nie tknę­li­śmy py­tań zwią­za­nych z in­ter­pre­ta­cją Bi­blii.

Czu­łam się jak dzie­ciak w szkółce nie­dziel­nej, który do­stał burę za złe spra­wo­wa­nie. Nie przy­ję­łam tego naj­le­piej.

- Wsadź so­bie w dupę tek­sty na te­mat mo­jej ma­gi­sterki! Prze­cież oboje do­brze wiemy, że to tylko pre­tekst!

Vol­ter za­milkł. Ze słu­chawki do­cho­dziły ja­kieś szmery i urywki roz­mów. Praw­do­po­dob­nie zszedł na śnia­da­nie.

- To nie był tylko pre­tekst - wark­nął.

Ha­łas w tle umilkł.

- No do­brze - do­dał - może rze­czy­wi­ście w głębi du­szy chcia­łem, żeby do cze­goś mię­dzy nami do­szło. Ale wcale nie mia­łem za­miaru... Nie chcia­łem... Boże, po pro­stu tak wy­szło. Chcia­łem cię zo­ba­czyć.

Vol­ter zna­lazł ja­kieś za­ciszne miej­sce i cze­kał na moją od­po­wiedź.

- Dla­czego? - spy­ta­łam w końcu.

- Bo cię lu­bię. Nie wiem jesz­cze dla­czego. A je­śli cho­dzi o twoją pracę ma­gi­ster­ską, to, mó­wię szcze­rze, uwa­żam, że to bar­dzo cie­kawy te­mat, i chciał­bym się z nim za­jąć. Zbyt mało jest ba­dań w tym za­kre­sie.

- Ach, w za­kre­sie po­pu­lar­no­ści nie­zo­bo­wią­zu­ją­cego seksu wśród du­chow­nych? Te­mat opra­co­wany przez osobę znaną z luź­nego po­dej­ścia do związ­ków i nie­na­le­żącą do Ko­ścioła. Co so­bie o to­bie po­my­ślą, je­śli wyj­dzie na jaw, że je­steś pro­mo­to­rem tej pracy?

- Wcale nie mó­wię o sek­sie bez zo­bo­wią­zań! Ewen­tu­al­nie tak, ale w szer­szym kon­tek­ście. Spoj­rze­nia na du­chow­nych jak na lu­dzi. A więc w kon­tek­ście ludz­kiej na­tury, ludz­kich po­trzeb... Nie są­dzę, żeby luźne związki były do­bre... Mogą przy­nieść wię­cej bólu niż ra­do­ści...

- Kim by­łam dla cie­bie ostat­niej nocy? To była jedna noc. Seks bez zo­bo­wią­zań! - wark­nę­łam.

- To było coś wię­cej niż tylko seks bez zo­bo­wią­zań. Było cu­dow­nie. I do­brze o tym wiesz. Ale nie mo­żemy tego po­wtó­rzyć - od­rzekł, po czym do­dał: - I nie ob­cho­dzi mnie nic a nic, co ktoś so­bie po­my­śli. Nie ro­zu­miem, co jest nie­wła­ści­wego w by­ciu pro­mo­to­rem pracy ma­gi­ster­skiej. A te­raz zbie­raj się z Viiki czy gdzie tam te­raz prze­by­wasz, i za­su­waj na dwo­rzec ko­le­jowy. Za go­dzinę wy­jeż­dżamy do Turku, tak jak się uma­wia­li­śmy. Albo po­wiem Tarji, że od­rzu­ci­łaś moją pro­po­zy­cję, gdyż kie­ro­wały tobą uprze­dze­nia na tle re­li­gij­nym.

Za­tkało mnie ze zdzi­wie­nia. Rzadko kiedy ktoś na­rzu­cał mi swoją wolę, ale wi­docz­nie Vol­ter był w sta­nie tego do­ko­nać. Cho­ciaż wciąż by­łam po­iry­to­wana, to wie­dzia­łam, że jego liczne próby kon­taktu i trwa­jąca roz­mowa bar­dzo mnie zmięk­czyły. I choć czu­łam, że nie po­win­nam tego ro­bić, to bar­dzo chcia­łam go po­słu­chać. Ale ta groźba mnie za­sko­czyła. Gdyby ją speł­nił, mia­ła­bym prze­chla­pane. Tarja na pewno by mu uwie­rzyła. Moż­liwe, że na­wet zre­zy­gno­wa­łaby z by­cia moją pro­mo­torką! A jej od­mowa mo­głaby wpły­nąć ne­ga­tyw­nie na moją ocenę. Ach, co po­win­nam zro­bić?

- No pro­szę. Wi­dzę, że wy­cho­dzi z cie­bie In­no­centy III. Czyż­by­śmy prze­nie­śli się do śre­dnio­wie­cza? Może zo­stanę pu­blicz­nie wy­klęta, je­śli nie wy­każę się po­słu­szeń­stwem? - za­drwi­łam. Wciąż była we mnie stara, do­bra Do­ris.

Vol­ter tylko się za­śmiał.

- Moja droga, gdy­by­śmy byli w śre­dnio­wie­czu, nie otrzy­ma­ła­byś żad­nego ostrze­że­nia. Chyba że by­ła­byś w ciąży, a po­tem uro­dziła, uwaga, syna. Chyba że już po uro­dze­niu syna ze­szła­byś na złą drogę i...

- O któ­rej od­jeż­dża ten po­ciąg? - bez ogró­dek prze­rwa­łem roz­wa­ża­nia na te­mat mo­jej wy­ima­gi­no­wa­nej mo­ral­no­ści.

Przy­po­mniały mi się na­gle wia­do­mo­ści od Jenni i pro­po­zy­cja wspól­nego go­to­wa­nia.

- I zo­stanę na noc, że­by­śmy zdą­żyli jak naj­wię­cej zro­bić. Nie stać mnie na jeż­dże­nie w tę i we w tę.

- Mo­żesz zo­stać. Sofa w moim ga­bi­ne­cie się roz­kłada. A za bi­lety na po­ciąg za­płacę.

Głos Vol­tera był pewny i nie­za­chwiany, znów na chwilę uspo­koił moją wście­kłość spo­wo­do­waną przez Jenni. Do­piero ma­sze­ru­jąc na dwo­rzec z ple­ca­kiem na ple­cach i torbą na ra­mie­niu, zda­łam so­bie sprawę, że Jenni i tak może przyjść wie­czo­rem. Vol­ter nie obie­cał mi prze­cież, że nie bę­dzie miał ży­cia to­wa­rzy­skiego poza mną. A co, je­śli Vol­ter i Jenni będą so­bie je­dli ko­la­cję, pod­czas gdy ja będę mu­siała się gdzieś po­dziać?

Opa­no­wa­łam sza­lone my­śli. Prze­cież na­wet gdyby Jenni przy­szła, to Vol­ter na pewno by mnie nie wy­klu­czył. By­łam tego pewna. Cho­dziło ra­czej o to, czy po­tra­fi­ła­bym znieść ich gru­cha­nie tuż pod swoim no­sem. No, nie­ważne. Bę­dzie, co bę­dzie. Zresztą, szcze­rze wąt­pi­łam, czy po po­przed­niej nocy Vol­ter bę­dzie miał ochotę na spo­tka­nie z inną ko­bietą.

Do­tar­łam na dwo­rzec i sta­nę­łam w miej­scu, w któ­rym się umó­wi­li­śmy, czyli przed kio­skiem R. Mia­łam za­miar być od tej pory jak naj­bar­dziej uprzejma wo­bec Vol­tera. Z pew­no­ścią mo­gły mi w tym po­móc ja­kieś ko­lo­rowe pi­sma - mo­gła­bym uda­wać, że je czy­tam, i nie wda­wać się z bi­sku­pem w żadne roz­mowy. Port­fel pod­po­wia­dał mi, że zde­cy­do­wa­nie nie po­win­nam wy­da­wać na nie pie­nię­dzy. Pró­bo­wa­łam opa­no­wać swoje sza­lone uczu­cia. Nie może mię­dzy nami do ni­czego dojść. Wszystko skoń­czone.

Ach, chęt­nie po­szła­bym te­raz do baru i upiła się do nie­przy­tom­no­ści. A po­tem wró­ciła do domu z ja­kimś męż­czy­zną.

Wspo­mnie­nia ostat­niej nocy przedarły się przez wszyst­kie moje mury obronne. Mocne dło­nie Vol­tera na mo­ich udach, jego ogromne ciało nade mną, za mną, pode mną. Jego roz­go­rącz­ko­wane, pło­nące oczy. Słaby, ale przy­jemny uśmiech, za każ­dym ra­zem, gdy zro­bi­łam coś nie­grzecz­nego: po­wie­dzia­łam coś spro­śnego albo na przy­kład ka­za­łam mu wło­żyć pa­lec do mo­jego od­bytu! I te jego usta. Po­winny być za­ka­zane przez prawo, jako w nie­bie, tak i na ziemi. Bo bez względu na to, czy Vol­ter He­la­korpi był bi­sku­pem, czy nie, po­tra­fił wy­ga­dy­wać spro­śno­ści nie go­rzej niż ja, a swoim ję­zy­kiem do­pro­wa­dzał mnie do or­ga­zmu w za­le­d­wie kilka chwil. A przede wszyst­kim ca­ło­wał jak anioł i dia­beł w jed­nej oso­bie.

Bez­myśl­nie wpa­try­wa­łam się w okładki ga­zet w kio­sku, do­póki ktoś nie wy­rwał mi ich z rąk.

- Je­śli są tak cie­kawe, że świata poza nimi nie wi­dzisz, to praw­do­po­dob­nie bę­dziesz ich po­trze­bo­wać w dro­dze - usły­sza­łam roz­ba­wiony głos. - Po­zwól, że za­płacę.

- Nie trze... - za­czę­łam, jed­nak po chwili się zre­flek­to­wa­łam. W końcu w pew­nym sen­sie on wy­mu­sił na mnie tę po­dróż. Zresztą, w po­rów­na­niu ze mną za­ra­biał jak Elon Musk! Je­śli chce, to niech płaci. - Wła­ści­wie to chcia­łam jesz­cze ku­pić na drogę coś do je­dze­nia.

Do­piero wtedy na niego spoj­rza­łam.

Wow. Wy­glą­dał świet­nie. Miał na so­bie te same gra­na­towe dżinsy, ale tym ra­zem nie wło­żył kurtki. Ale i tak naj­bar­dziej spodo­bała mi się góra stroju. Je­stem pewna, że moje oczy przy­brały roz­miar pi­łe­czek te­ni­so­wych, kiedy ga­pi­łam się jak urze­czona w czarną ko­szulkę z dłu­gimi rę­ka­wami, ide­al­nie przy­le­ga­jącą do umię­śnio­nego tu­ło­wia Vol­tera.

W do­datku na ko­szulce na­dru­ko­wane było logo Slipk­nota. Ze­społu, któ­rego za­wsze słu­cha­łam, kiedy by­łam wście­kła. Albo przy sprzą­ta­niu. Albo wtedy, kiedy chcia­łam się zmo­ty­wo­wać do zro­bie­nia cze­goś bar­dzo trud­nego.

Po­my­śla­łam so­bie, że te­raz też chęt­nie bym po­słu­chała Co­reya Tay­lora, tak na cały re­gu­la­tor! Ale Vol­ter? Czy on so­bie żar­to­wał? Prze­cież Slipk­nota oskar­żano o sa­ta­nizm i pod­że­ga­nie do za­bi­ja­nia. Być może nie tylko ich - moż­liwe, że z po­dob­nymi za­rzu­tami mie­rzył się każdy ze­spół me­ta­lowy. A jed­nak...

- Wszystko w po­rządku? - ro­ze­śmiał się.

- Ku­pi­łeś tę ko­szulkę z mo­jego po­wodu, tak? Co niby chcia­łeś tym udo­wod­nić? - za­py­ta­łam.

Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie z dez­apro­batą.

- Po pierw­sze: za kogo ty się uwa­żasz? Po dru­gie: kiedy niby mia­łem ją ku­pić? Daj spo­kój. Wy­bierzmy le­piej coś do je­dze­nia.

Po­de­szłam do sto­iska z ka­nap­kami i droż­dżów­kami. Nie mo­głam się po­wstrzy­mać, żeby nie zer­kać ukrad­kiem na bluzkę.

- Na­prawdę słu­chasz Slipk­nota? Czy po pro­stu chcesz się pod­li­zać mło­dym pa­ra­fia­nom?

- Jezu, ko­bieto. Skup się le­piej na buł­kach. Skąd ci przy­szło do głowy, że mógł­bym wpaść na taki po­mysł? Mło­dzież od razu wy­czuwa fałsz. Nie ma sensu uda­wać ko­goś, kim się nie jest.

- Przede mną uda­wa­łeś.

- Je­steś szcze­gól­nym przy­pad­kiem. W nie­jed­nej dzie­dzi­nie.

Serce za­biło mi moc­niej, ale szybko przy­po­mnia­łam so­bie, że mnie i Vol­tera łą­czą tylko pro­fe­sjo­nalne sto­sunki. Wy­bra­łam kilka słod­kich bu­łe­czek.

- I tak - do­dał. - Słu­cham Slipk­nota. Za­czą­łem, gdy mia­łem dwa­dzie­ścia parę lat. Mają swoje lata.

- Słu­cha­łeś al­bumu Iowa?

- Słu­cha­łem też Mate. Feed. Kill. Re­peat. Nie mam wła­snego al­bumu, bo wy­pu­ścili tylko ty­siąc eg­zem­pla­rzy, ale je­den zio­mek zgrał mi wszyst­kie pio­senki. Ach, to były czasy... - Wes­tchnął z roz­rzew­nie­niem.

Wzię­łam z półki chleb żytni, ka­napkę z tuń­czy­kiem, jesz­cze parę bu­łe­czek i wodę. Le­dwo mi się to wszystko mie­ściło w ra­mio­nach.

- Wi­dzę, że na­prawdę zgłod­nia­łaś. Szkoda, że nie zo­sta­łaś na śnia­da­nie. Było pyszne.

Wziął ode mnie kilka rze­czy, które cap­nę­łam ja­koś bez­wied­nie, bo znów za­ga­pi­łam się na ko­szulkę. Bra­ko­wało na niej dzie­wię­cio­ra­mien­nej gwiazdy, czę­sto umiesz­cza­nej obok logo ze­społu. Więk­szo­ści osób ko­ja­rzyła się oczy­wi­ście z pen­ta­gra­mem. Chy­ba­bym pa­dła, gdy­bym za­uwa­żyła, że Vol­ter pa­ra­duje z ta­kim sym­bo­lem na piersi. Wy­glą­dało na to, że mu­sia­łam się zmie­rzyć je­dy­nie z białą, zło­wrogą czaszką.

- Dla­czego... słu­chasz ta­kiej mu­zyki? Co ci to daje? - Nie od­pusz­cza­łam.

Wy­ło­ży­li­śmy pro­dukty na ladę. Sprze­dawca spoj­rzał ze zdzi­wie­niem na stos bu­łek, chleba, cze­ko­lady i na­po­jów, ale tylko spy­tał grzecz­nie:

- Do­li­czyć to­rebkę?

- Po­pro­szę - od­rzekł Vol­ter, wyj­mu­jąc kartę z port­fela. - Ja też czuję cza­sem złość - zwró­cił się do mnie. - Cza­sem je­stem wręcz wście­kły. Cza­sami je­stem zły. Cza­sami rze­czy­wi­stość wy­daje mi się mroczna i bez­na­dziejna, a wszystko jest po­zba­wione sensu. Moim zda­niem tek­sty tych pio­se­nek są wbrew po­zo­rom po­ru­sza­jące. Czę­sto mó­wią o złym sa­mo­po­czu­ciu. Poza tym Co­rey Tay­lor to świetny wo­ka­li­sta. My­ślę, że... - Urwał, jakby szu­kał od­po­wied­nich słów. Za­pa­trzył się przed sie­bie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. - My­ślę, że mimo wszystko warto szu­kać od­po­wie­dzi na swoje po­trzeby w Ko­ściele. Do­bry tre­ning i Slipk­not bar­dzo mi po­ma­gają, ale na tym eta­pie ży­cia mogę już z ręką na sercu po­wie­dzieć, że w wie­rze także znaj­duję uko­je­nie. Nie każdy jed­nak mógłby się pod tym pod­pi­sać.

Po­ru­sza­jące. Złe sa­mo­po­czu­cie. Wiara.

Już wcze­śniej zda­łam so­bie sprawę, że za­ko­cha­łam się w Vol­te­rze, ale te­raz zro­zu­mia­łam, że moim prze­zna­cze­niem jest każ­dego dnia za­ta­piać się co­raz głę­biej i głę­biej w tym uczu­ciu.

- Je­steś do­brym czło­wie­kiem - szep­nę­łam. - Nie je­steś obo­jętny na żadne ludz­kie uczu­cie. Przy­znam ci się, że w ogóle nie po­my­śla­łam o żad­nej z tych rze­czy, kiedy słu­cha­łam ka­wał­ków ta­kich jak Psy­cho­so­cial albo Di­sa­ster­piece.

- I wanna slit your throat and fuck the wo­und. No, no. Aż tak bar­dzo ko­goś nie­na­wi­dzi­łaś? - uśmiech­nął się za­dzior­nie.

Z mo­ich ust wy­rwał się głu­chy okrzyk i ro­zej­rza­łam się ner­wowo do­okoła. A co, je­śli ktoś roz­po­znał Vol­tera i usły­szał, co mówi? On rze­czy­wi­ście do­brze znał Slipk­nota, skoro z taką lek­ko­ścią rzu­cał frag­men­tami pio­se­nek.

- Jed­nego prze­wod­nika du­cho­wego w świą­tyni. Za każ­dym ra­zem, kiedy sły­szę tę pio­senkę, wy­obra­żam so­bie tego fa­ceta. My­ślę, że po­mo­gła mi uwol­nić się od nie­na­wi­ści.

Vol­ter po­ki­wał głową.

- Dla­tego taka mu­zyka jest po pro­stu po­trzebna. Je­zus uczy ko­chać wszyst­kich. Ale czy zwy­kłemu czło­wie­kowi ła­two jest zdo­być się na mi­łość do ty­rana? Wy­zy­ski­wa­cza? Za­bójcy uko­cha­nej osoby? Nie, naj­pierw czuje tylko wście­kłość i nie­na­wiść, któ­rym musi dać uj­ście, za­nim zdo­bę­dzie się na wy­ba­cze­nie i mi­łość. Zdaję so­bie sprawę, jak ta­nio to brzmi, ale tak wła­śnie to wi­dzę.

Wrę­czono mi pla­sti­kową torbę na­peł­nioną sama nie wiem czym.

- Nie bądź dla sie­bie tak su­rowa. - Od­wró­cił głowę w moją stronę. - Wcale nie je­stem lep­szy od cie­bie. Ty masz przy­ja­ciół i bli­skich, na któ­rych ci za­leży. Poza tym ja także ob­ser­wo­wa­łem cię na spo­tka­niu pa­ra­fial­nym. Nie każdy po­trafi za­cho­wać taką na­tu­ral­ność w ze­tknię­ciu z ludźmi z róż­nych śro­do­wisk. - Uśmiech­nął się cie­pło. - Zresztą, słu­cha­nie lu­dzi to moja praca. Słu­cha­nie i od­po­wia­da­nie na ich py­ta­nia. Kiedy by­łem stu­den­tem, Slipk­not słu­żył mi tylko do wie­trze­nia głowy z nad­miaru my­śli. Cała ta fi­lo­zo­fia przy­szła o wiele póź­niej.

Zda­łam so­bie sprawę, że ostat­nio wcale nie by­łam do­brą przy­ja­ciółką. I wbrew temu, co my­ślał Vol­ter, uwa­ża­łam się prak­tycz­nie za sie­rotę, cho­ciaż moi ro­dzice żyli.

- Daj, we­zmę to od cie­bie. Jesz­cze tro­chę i za­ry­jesz w ziemi pod cię­ża­rem tego pro­wiantu! Szczęka już dawno ci opa­dła, ale to chyba z in­nego po­wodu - za­żar­to­wał.

Wy­jął mi torbę z ręki, a gdy na­sze spoj­rze­nia po­now­nie się spo­tkały, od­ru­chowo po­gła­dzi­łam po­li­czek męż­czy­zny. Vol­ter za­mru­gał i po­chy­lił się w moim kie­runku, zu­peł­nie tak, jakby chciał mnie po­ca­ło­wać. Prze­strzeń wo­kół nas za­wi­ro­wała. Lu­dzie, zgiełk, kio­ski, ta­blice z roz­kła­dami jazdy. Wszystko znik­nęło. Mia­łam wra­że­nie, że wi­ru­jemy po­śród ni­co­ści. Tylko ja i on.

Ale za­nim jego usta do­się­gły mo­ich, ze­sztyw­niał. Zro­bił krok w tył, przej­mu­jąc kon­trolę nad sy­tu­acją.

- Ty też masz ładną bluzkę. Do twa­rzy ci w zie­lo­nym - po­wie­dział uprzej­mie, jak gdyby ni­gdy nic. A po­tem do­dał: - Wie­czo­rem wpad­nie Jenni. Może coś ra­zem ugo­tu­jemy.

Roz­dział 6

Ga­pi­łam się bez­myśl­nie w ekran lap­topa. Nie mo­głam się sku­pić.

Lip­stick, ey­elash, broke mir­ror, bro­ken home.

W po­ciągu za­po­mnia­łam o bo­żym świe­cie - a już na pewno o swo­jej ma­gi­sterce. Wpy­cha­łam w sie­bie muf­finy ku­pione pod wpły­wem chwi­lo­wego za­mro­cze­nia i za­drę­cza­łam Vol­tera co­raz to bar­dziej szcze­gó­ło­wymi py­ta­niami do­ty­czą­cymi jego gu­stu mu­zycz­nego. Do­wie­dzia­łam się na przy­kład, że nie lu­bił sek­si­stow­skich i za­fik­so­wa­nych na pie­nią­dzach ra­pe­rów, ale po­do­bała mu się twór­czość Ka­nye We­sta i Emi­nema.

We­pchnę­łam do ust pół bu­łeczki na­raz i po­my­śla­łam so­bie, że naj­chęt­niej schru­pa­ła­bym na de­ser Vol­tera. Był na­prawdę słodki. Chciał wie­dzieć, czy słu­cham Jacka White'a. Po­krę­ci­łam prze­cząco głową. Zna­łam naj­po­pu­lar­niej­sze nu­mery The White Stri­pes, ale so­lowa twór­czość ar­ty­sty była mi obca. Vol­ter pu­ścił mi kilka swo­ich ulu­bio­nych ka­wał­ków i mu­szę przy­znać, że mi się spodo­bały. Na­wet bar­dzo.

- A kiedy my­ślę o to­bie, od razu przy­cho­dzi mi do głowy ta pio­senka. Może tylko je­den frag­ment nie za bar­dzo mi do cie­bie pa­suje. - Po­dał mi swoje bez­prze­wo­dowe słu­chawki.

- Bar­dzo mnie cie­kawi, który to frag­ment - od­par­łam za­in­try­go­wana.

W mo­ich uszach roz­brzmiała ge­nialna w swej pro­sto­cie me­lo­dia pio­senki Si­xteen Sal­ti­nes. Kiedy do­tar­li­śmy do Turku i roz­go­ści­łam się w ga­bi­ne­cie Vol­tera, wy­słu­cha­łam jej jesz­cze raz - tym ra­zem od po­czątku do końca - i wy­szu­ka­łam słowa w in­ter­ne­cie.

Lip­stick, ey­elash, broke mir­ror, bro­ken home.

Pio­senka była o chłopcu lub męż­czyź­nie, który ob­se­syj­nie my­ślał o ja­kiejś dziew­czy­nie. Przy­naj­mniej tyle udało mi się od­czy­tać z tego tek­stu, bo był na­prawdę po­krę­cony i spra­wiał wra­że­nie ja­kiejś za­szy­fro­wa­nej wia­do­mo­ści. Stało się dla mnie zu­peł­nie ja­sne, że Vol­ter mnie roz­gryzł, cho­ciaż nie zdą­ży­łam jesz­cze zbyt wiele mu o so­bie opo­wie­dzieć. W tych sze­ściu sło­wach z pio­senki Si­xteen Sal­ti­nes za­warta była cała istota mo­jego je­ste­stwa.

Lip­stick, ey­elash... Ma­ki­jaż był dla mnie ma­ską, pod którą skry­wa­łam praw­dziwe ob­li­cze. Broke mir­ror... Już od dawna wi­dzia­łam w swoim od­bi­ciu braki i rysy. Bro­ken home... Roz­bity dom. Opar­łam łok­cie na biurku i ukry­łam twarz w dło­niach. Vol­ter wy­szedł, żeby od­wie­dzić jed­nego ze swo­ich by­łych pa­ra­fian, który cier­piał z po­wodu śmierci bli­skiej osoby. A ja...? Ja także po­trze­bo­wa­łam roz­mowy.

Wie­dzia­łam, do kogo za­dzwo­nić. Było mi jed­nak głu­pio, bo ostat­nimi czasy nie za­słu­gi­wa­łam na miano wzo­ro­wej przy­ja­ciółki. Uni­ka­łam kon­taktu z nią - chyba z obawy, że mnie nie zro­zu­mie. Za to te­raz na­prawdę po­trze­bo­wa­łam roz­mowy i wie­dzia­łam, że mogę zwie­rzyć się tylko Ma­rii.

Jesz­cze chwila, a na po­wrót za­mknę­ła­bym się w swo­jej sko­ru­pie. Zdą­ży­łam jed­nak wy­brać nu­mer do przy­ja­ciółki. Długo nie od­bie­rała. By­łam już go­towa się roz­łą­czyć, kiedy w końcu usły­sza­łam jej zdy­szany głos.

- Hej! Sorry, zo­sta­wi­łam te­le­fon na dole.

- No tak, za­po­mnia­łam, że sza­nowna pani Va­ara ma te­raz do swo­jej dys­po­zy­cji setki me­trów kwa­dra­to­wych na dwie osoby. Co wy tam na nich ro­bi­cie? Bzy­ka­cie się co­dzien­nie w in­nym po­koju?

Ma­ria za­re­ago­wała na mój przy­tyk bez­tro­skim śmie­chem - zu­peł­nie nie tak, jak ocze­ki­wa­łoby się od mę­żatki wy­cho­wa­nej w ro­dzi­nie la­esta­dian. Ma­ria już dawno opu­ściła jed­nak kon­ser­wa­tywny ruch re­li­gijny i można ją było okre­ślić mia­nem ko­biety wy­zwo­lo­nej. Swoją sek­su­al­ność od­kry­wała u boku męża.

- Daj spo­kój, mamy rap­tem sto dwa­dzie­ścia me­trów. Słu­chaj, skoro dzwo­nisz, to ko­niecz­nie mu­szę ci coś po­wie­dzieć. Mia­łam z tym po­cze­kać, ale wi­dzę, że Tu­omas nie może utrzy­mać ję­zyka za zę­bami.

- Je­steś w ciąży - mó­wiąc to, po­czu­łam nie­przy­jemny ścisk w żo­łądku.

Za­zdro­sna. By­łam tak cho­ler­nie za­zdro­sna. W końcu przy­zna­łam to sama przed sobą. Od dawna czu­łam za­wiść w sto­sunku do swo­ich szczę­śli­wych przy­ja­ciół. A te­raz to uczu­cie zda­wało się sil­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek, choć prze­cież na­wet nie chcia­łam być matką!

Py­cha. Chci­wość. Nie­czy­stość. Za­zdrość. Nie­umiar­ko­wa­nie w je­dze­niu i pi­ciu. Gniew.

Nie­czy­stość. Nie­czy­stość. Nie­czy­stość.

Od kiedy po­zna­łam Vol­tera, zdą­ży­łam za­li­czyć sześć z sied­miu grze­chów głów­nych. Z czego na pierw­sze miej­sce wy­bi­jała się oczy­wi­ście żą­dza. Udało mi się unik­nąć le­ni­stwa.

- Zga­dłaś - od­rze­kła Ma­ria nie­pew­nie, jakby prze­pra­sza­jąco.

- To wspa­niała wia­do­mość! Na­prawdę. Moje gra­tu­la­cje - wy­bą­ka­łam.

- Nic nie mó­wi­łam, żeby nie za­pe­szyć. Moja mama kilka razy po­ro­niła i wiesz...

- A więc który to już mie­siąc?

- Czwarty. Ale słu­chaj da­lej, to nie ko­niec nie­spo­dzia­nek. Bę­dziemy mieć bliź­niaki! To dla­tego ku­pi­li­śmy więk­sze miesz­ka­nie...

- Czwarty mie­siąc? Bliź­niaki?! I nikt nic jesz­cze nie wie?

Za­pa­dła nie­zręczna ci­sza.

- To zna­czy... Nie­któ­rzy już wie­dzą. A z tobą ostat­nio nie było kon­taktu. Poza tym wiem, że nie zno­sisz Tu­omasa i... - Przy­ja­ciółka znowu za­mil­kła. - Po pro­stu nie wie­dzia­łam, jak ci to po­wie­dzieć.

Trzeci raz w do­ro­słym ży­ciu z oczu po­pły­nęły mi łzy. Wy­tar­łam je szybko wierz­chem dłoni i wy­pa­ro­wa­łam ze zło­ścią:

- Co ty pie­przysz, Ma­ria? Wiesz, że ży­czę ci jak naj­le­piej. I nie mam nic do Tu­omasa. Nie po­do­bało mi się to, że cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wa­łaś swoje ży­cie fa­ce­towi. Ale uwa­żam, że Tu­omas jest w po­rządku. Pa­su­je­cie do sie­bie.

Na­prawdę kiep­ska ze mnie przy­ja­ciółka. Zro­zu­mia­łam, że nie jest to naj­lep­szy mo­ment na zwie­rza­nie się Ma­rii z roz­te­rek uczu­cio­wych.

- Prze­pra­szam. Wy­bacz, że je­stem taka...

Mu­sia­łam prze­rwać. Ode­tchnę­łam głę­boko i spró­bo­wa­łam po­cią­gnąć no­sem naj­ci­szej, jak się da, ale Ma­rię nie tak ła­two oszu­kać.

- Do­ris. Czy ty pła­czesz? - zdzi­wiła się.

Kiedy w końcu zdo­by­łam się na od­po­wiedź, mój głos był ciężki od pła­czu.

- Prze­pra­szam cię, Ma­rio, że by­łam taka bez­na­dziejna. Te­raz to wi­dzę. Je­stem do ni­czego. Moje ży­cie też jest do bani. Trzeba chyba cudu, praw­dzi­wego cudu, żeby coś się w końcu zmie­niło.

- Och... - za­częła nie­pew­nie. - Po­wiedz coś wię­cej. Cho­dzi o ja­kie­goś męż­czy­znę?

Nie mo­głam już prze­stać hi­ste­rycz­nie za­wo­dzić. Zda­wało mi się, że sły­szę my­śli Ma­rii: Do­ris, fa­cet, bez­na­dzieja, płacz. Płacz?

- Tak... Je­stem te­raz u niego. W Turku.

- W Turku? Znasz ko­goś w Turku? - Moja od­po­wiedź wi­docz­nie ją za­sko­czyła.

- Te­raz już znam.

- No do­brze... Ale skoro je­steś te­raz u niego, to może zna­czy, że to coś po­waż­niej­szego? Może bę­dzie z tego coś do­brego? - za­py­tała pełna na­dziei.

- To mój pro­mo­tor!

Nie mo­głam wy­ja­wić, że Vol­ter brał udział w moim ba­da­niu, gdyż łą­czyło nas po­ro­zu­mie­nie o po­uf­no­ści.

- Ale prze­cież Tarja... - za­częła znowu. - Za­raz, za­raz. Po­cze­kaj. Turku, teo­lo­gia... Czy to ktoś z uni­wer­sy­tetu? Nie wie­dzia­łam, że masz tam zna­jo­mo­ści. Chyba że cho­dzi o ja­kie­goś dok­tora z in­nej uczelni. W każ­dym ra­zie musi to być co naj­mniej dok­tor. Ar­cy­bi­skup jest dok­to­rem, ale bez prze­sady... ar­cy­bi­skup nie może... zresztą, bez prze­sady, taki sta­ruch... och! Nie może być... Czyżby... Nie, to nie moż­liwe!

Do­my­śliła się. Po­wie­dzia­łam więc za nią.

- He­la­korpi.

Zrzu­ci­łam na nas jego na­zwi­sko, jakby to była bomba. Tra­fi­łam. W słu­chawce za­pa­dła ci­sza. Mil­cze­nie Ma­rii mnie ogłu­szało. W końcu wy­szep­tała:

- He­la­korpi? Vol­ter He­la­korpi? Nowy bi­skup Turku?

- Noo... Tak... - po­twier­dzi­łam rów­nie ci­cho.

- Je­steś te­raz u Vol­tera He­la­kor­piego? U bi­skupa? I w do­datku jest pro­mo­to­rem two­jej pracy? Tej o sek­sie?

- Zga­dza się.

Ma­ria była w szoku. A może po­win­nam ten stan okre­ślić ra­czej jako pod­eks­cy­to­wa­nie?

- Ha! Pew­nie się do­my­ślasz, co moja ro­dzina uważa na jego te­mat - par­sk­nęła śmie­chem. - Hańba dla Ko­ścioła! Bab­cia po­wie­działa na­wet, że to sza­tan wcie­lony. Za­kradł się nik­czem­nie w sze­regi spra­wie­dli­wych... - pa­ro­dio­wała dra­ma­tyczny ton sta­rej świę­toszki. Ro­ze­śmiała się i wes­tchnęła. - A to tylko z po­wodu jego pu­blicz­nych wy­po­wie­dzi. Nie mają po­ję­cia, co jesz­cze mu sie­dzi za skórą. Że kie­ruje ma­gi­sterką prze­peł­nioną he­re­zjami!

- I słu­cha Slipk­nota. Rapu. Jacka White'a.

- Co to było? To pierw­sze?

Wy­wró­ci­łam oczami. Ma­ria znała się tylko na in­die po­pie.

- Ze­spół me­ta­lowy. Cięż­kie, mroczne tek­sty. Brzyd­kie ma­ski i na­wią­za­nia do sa­ta­ni­zmu. Jedna z mo­ich ulu­bio­nych ka­pel.

Ma­ria znowu za­mil­kła.

- A czy on wie? - za­py­tała po­waż­nie po chwili. - Mię­dzy wami do cze­goś do­szło? Ca­ło­wa­li­ście się albo...

- Do­szło do cze­goś wię­cej. I było ide­al­nie. Bo­sko. Pierw­szy raz w ży­ciu zo­ba­czy­łam, jak to jest. I zro­zu­mia­łam, że mu­szę cię prze­pro­sić. Że ci nie wie­rzy­łam. By­łaś taka nie­do­świad­czona i dla­tego my­śla­łam, że głu­pio ro­bisz. Do­piero te­raz zda­łam so­bie sprawę, że kiedy czło­wiek się za­ko­chuje, to po pro­stu to wie. Za­zdrosz­czę ci...

Ma­ria wes­tchnęła. Nie wiem, czy z prze­ra­że­nia, czy z roz­czu­le­nia. Ulżyło mi, kiedy w końcu jej to wy­zna­łam.

- Ale dla­czego mi za­zdro­ścisz? Moja droga, je­śli udało ci się skło­nić bi­skupa... po­wta­rzam: bi­skupa... do nie­od­po­wied­niego za­cho­wa­nia, to po­wie­dzia­ła­bym, że i on trak­tuje cię po­waż­nie! He­la­korpi jest po pro­stu no­wo­cze­sny, ża­den z niego skan­da­li­sta. Ma do­brą re­pu­ta­cję.

Ach, gdy­byś wie­działa...

- Łą­czy go coś z pewną pa­storką. A ja je­stem... wpadką. Głu­pim wy­sko­kiem. Na który so­bie po­zwo­lił, za­nim na po­waż­nie zwiąże się z tamtą.

Oczy znów za­szły mi łzami. Ma­ria wes­tchnęła i po­wie­działa ostro:

- Ogar­nij się! Za­wsze mi to po­wta­rza­łaś. Ogar­nij się i nie wy­ga­duj głu­pot. Prze­cież nie zwiąże się z inną, je­śli to z tobą się ca­łuje!

- PIE­PRZY! - krzyk­nę­łam zde­spe­ro­wana. - Całą noc, bez prze­rwy! Ro­zu­miesz? I to tak, że pięk­niej się nie dało. Pie­przył mnie bo­sko!

Ma­rii nic nie mo­gło zdzi­wić bar­dziej od mo­jego po­przed­niego wy­zna­nia, że to bi­skup He­la­korpi zła­mał mi serce. Do­dała więc spo­koj­nie:

- No do­brze, czyli się pie­przy­li­ście i było faj­nie. To chyba do­brze, co? W ta­kim ra­zie zrób wszystko, co w two­jej mocy, żeby ode­chciało mu się związku z tamtą babą! To­bie aku­rat nie mu­szę chyba tłu­ma­czyć, jak to się robi? - Ro­ze­śmiała się. - Ach, Do­ris. Bi­skup. Czyż to nie iro­nia losu, że aku­rat to­bie tra­fił się bi­skup?

- No i co z tego? Nie je­stem prze­cież ate­istką! Wiem, że wszy­scy tak my­ślą, ale to nie­prawda. - Od pła­czu bo­lała mnie już głowa.

- Ale...

- Po pro­stu nie lu­bię opo­wia­dać o swoim ży­ciu du­cho­wym. A Vol­ter nie jest ja­kimś fa­na­ty­kiem. To zna­czy... jest ide­ali­stą, ale...

Umil­kłam.

- Jest cu­downy. Pod każ­dym wzglę­dem. I za­słu­guje na do­bra żonę. Nie taką pi­jaczkę jak ja...

- Do­ris! - wy­krzyk­nęła Ma­ria z nie­do­wie­rza­niem. - Za­bra­niam ci tak o so­bie mó­wić. Nie po­znaję cię! Pa­mię­tasz, co mi za­wsze po­wta­rza­łaś? Je­steś ko­bietą fa­talną. Uwo­dzisz męż­czyzn, a oni bła­gają cię o wię­cej. Ale to "wię­cej" ni­gdy nie na­stę­puje. Bo ty już uwo­dzisz na­stęp­nego...

Uśmiech­nę­łam się miękko. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak po swo­jemu pró­bo­wa­łam zmu­sić Ma­rię do za­po­mnie­nia o Tu­oma­sie.

- No do­bra - od­po­wie­dzia­łam ci­cho. - Cho­lera, mu­szę so­bie ku­pić ja­kieś ciu­chy. Nie wiem, czy moja visa temu po­doła, zwłasz­cza po ostat­nim na­lo­cie na sklep z bie­li­zną.

- No pro­szę! Co ta­kiego ku­pi­łaś? - za­cie­ka­wiła się Ma­ria.

- Mu­szę już iść - po­wie­dzia­łem szybko.

- O nie, moja droga! - za­pro­te­sto­wała. - Opo­wia­daj. Wi­dział cię w tej bie­liź­nie?

- Kie­dyś ci opo­wiem, obie­cuję. Jesz­cze raz gra­tu­luję. Po­zdrów Tu­omasa. I dzięki.

Roz­łą­czy­łam się. Po­tem za­śpie­wa­łam so­bie w my­ślach naj­lep­sze ka­wałki Slipk­nota i unio­słem brodę. Do dia­bła z tym ich po­ro­zu­mie­niem. Mu­szę spró­bo­wać. I po­wiem Vol­te­rowi wprost, co my­ślę o tym jego la­wi­ro­wa­niu po­mię­dzy dwiema ko­bie­tami. Nie miał w so­bie za grosz przy­zwo­ito­ści.

***

Vol­ter wró­cił do domu do­piero o szó­stej, co było mi bar­dzo na rękę. Zdą­ży­łam przejść się po skle­pach i ku­pić parę let­nich ciu­chów.

Była już po­łowa sierp­nia i szcze­rze po­wie­dziaw­szy, ku­po­wa­nie let­nich ubrań nie miało więk­szego sensu. Tra­fi­łam jed­nak na tak świetne rze­czy, że po pro­stu nie mo­głam się po­wstrzy­mać. Te­raz po­trzebny był mi tylko ja­kiś pre­tekst, żeby móc zdjąć bluzkę z dłu­gim rę­ka­wem i za­pre­zen­to­wać wspa­niale do­pa­so­wany ja­sno­zie­lony top bez ra­mią­czek. Za­wsze mo­głam po­wie­dzieć, że jest mi go­rąco, i na­wet nie mi­nę­ła­bym się z prawdą. W po­bliżu Vol­tera było mi za­wsze go­rąco.

Zna­la­złam jesz­cze pa­su­jącą do bluzki tur­ku­sową mi­ni­spód­niczkę. Cu­dow­nie na mnie le­żała. Sama pra­wie się za­ru­mie­ni­łam, kiedy przy­glą­da­łam się swo­jemu od­bi­ciu w przy­mie­rzalni. Z po­wodu mo­jego wy­so­kiego wzro­stu spód­niczka koń­czyła się zde­cy­do­wa­nie wy­żej, niż po­winna. Dłu­gość dzie­ląca rą­bek spód­nicy od mo­ich po­ślad­ków wy­no­siła mak­sy­mal­nie sie­dem cen­ty­me­trów.

Przy­glą­da­łam się so­bie w lu­strze, po­dzi­wia­jąc swoje zgrabne, dłu­gie nogi, i za­sta­na­wia­łam się, czy ta spód­nica to nie prze­sada. Lekka prze­sada, po­my­śla­łam, i po­ma­sze­ro­wa­łam do kasy.

Sierp­niowa po­goda wciąż do­pi­sy­wała. Nie wi­dzia­łam prze­ciw­wska­zań, aby wło­żyć swoje nowe ubra­nia na wie­czorne spo­tka­nie w domu u Vol­tera. Ro­ze­śmia­łam się w my­ślach, gdy przy­po­mnia­łam so­bie roz­cią­gnięte spodnie od pi­żamy, w któ­rych za­zwy­czaj spę­dza­łam wie­czory.

Kiedy Vol­ter wró­cił do domu, sie­dzia­łam grzecz­nie przed kom­pu­te­rem i su­mien­nie ro­bi­łam no­tatki. Chcia­łam na go­rąco spi­sać ulotne re­flek­sje, które zro­dziły się w mo­jej gło­wie pod­czas ostat­nich roz­mów z Vol­te­rem - oczy­wi­ście tych do­ty­czą­cych mo­jej pracy. Chcia­łam też zro­bić uży­tek z jego bo­ga­tej bi­blio­teczki. Męż­czy­zna cią­gle rzu­cał na­zwi­skami ba­da­czy i ty­tu­łami prze­róż­nych ksią­żek. W końcu mia­łam czas je po­spraw­dzać.

Gdy usły­sza­łam, że drzwi się otwie­rają, prze­stra­szy­łam się, że może zo­ba­czę w nich Jenni. Na szczę­ście Vol­ter przy­szedł sam.

- Prze­pra­szam, że znowu tak późno...

Wsta­łam od kom­pu­tera i po­de­szłam do drzwi, żeby się przy­wi­tać. Na ra­zie mia­łam na so­bie dżinsy i nie­za­prze­czal­nie uro­czą ró­żową ko­szulkę, ale i tak za­uwa­ży­łam, jak omiótł mnie spoj­rze­niem. By­łam zdzirą. Stop. By­łam do­świad­czoną, do­ro­słą ko­bietą i miało to swoje plusy. Jenni ra­czej nie po­tra­fi­łaby wy­ła­pać ta­kiego prze­lot­nego spoj­rze­nia.

Wspię­łam się na palce i po­ca­ło­wa­łam Vol­tera w po­li­czek. Od tej chwili mia­łam za­miar o niego wal­czyć.

- Nie masz za co prze­pra­szać. Prze­cież to twoja praca.

Po­zwo­li­łam swo­jej dłoni prze­je­chać de­li­kat­nie po jego piersi. Znowu miał na so­bie tę fio­le­tową ko­szulę. Mało komu pa­so­wał ten ko­lor, ale Vol­te­rowi było w nim do twa­rzy. Po­dob­nie jak w dłu­gim łań­cuszku, na któ­rym wi­siał krzyż. Wzię­łam go do ręki i uśmiech­nę­łam się do męż­czy­zny. Moje za­cho­wa­nie chyba go lekko oszo­ło­miło, bo nic nie po­wie­dział.

- Ile masz wzro­stu? - Już dawno chcia­łam za­dać mu to py­ta­nie. - Wcale nie je­stem taka ni­ska, mam metr sie­dem­dzie­siąt pięć. Ale przy to­bie czuję się jak kra­sno­lu­dek!

Utkwił we mnie wzrok. Wy­da­wało mi się, że ciem­no­szare ob­wódki źre­nic były grub­sze niż zwy­kle. Po­chy­lił się, za­nu­rzył wielką dłoń w mo­ich wło­sach, tuż nad kar­kiem, i po­czu­łam jego wargi na po­liczku. Przez chwilę my­śla­łam, że ma za­miar zro­bić coś jesz­cze, bo jakby się za­wa­hał.

O tak, bluzka z dłu­gim rę­ka­wem zde­cy­do­wa­nie nie jest mi po­trzebna!

Vol­ter jakby się zre­flek­to­wał i zro­bił krok do tyłu.

- Dwa me­try i pięć cen­ty­me­trów. Tak na­prawdę to utra­pie­nie, z ubra­niami i nie tylko. Wszystko jest na mnie za małe, za cia­sne i za krót­kie.

- A Jenni? Nie jest dla cie­bie w ta­kim ra­zie za mała? - wy­rwało mi się nie­cne py­ta­nie.

Vol­ter za­marł i spoj­rzał na mnie zimno.

- War­to­ści czło­wieka nie mie­rzy się w cen­ty­me­trach.

- Za­pra­szasz ją tu­taj na wspólne ro­man­tyczne go­to­wa­nie, ale czy ona wie, że po­mi­dory bę­dzie kroić twoja ko­chanka?

Za­ło­żył ręce do tyłu, wy­pro­sto­wał plecy i wpa­try­wał się we mnie ze zło­ścią, może na­wet wy­nio­śle.

- Nie patrz tak na mnie. Wiesz, że mam ra­cję - do­da­łam i skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi.

- Nie je­steś moją ko­chanką - od­parł głu­cho.

- To kim dla cie­bie je­stem? Przy­pad­kową part­nerką sek­su­alną? - za­py­ta­łam cierpko.

- Nie je­steś też przy­pad­kowa. Od po­czątku było wia­domo, że do tego doj­dzie. Ale to nie czyni nas ko­chan­kami... Nic by z tego nie wy­szło. Cho­ciaż było...

- Ide­al­nie - do­koń­czy­łam. Czu­łam wście­kłość, ale ucisk po­żą­da­nia i tak prze­szył mój brzuch.

- Ide­al­nie - po­wtó­rzył le­dwo sły­szal­nym gło­sem.

Po­wie­trze wo­kół nas zgęst­niało od nie­wy­po­wie­dzia­nych wy­znań i uczuć.

- Mimo wszystko, Vol­ter, nie każdy ma taki tu­pet jak ty. Ta wspólna ko­la­cja to na­prawdę nie­sły­chany po­mysł.

Jego oczy zwę­ziły się nie­bez­piecz­nie.

- Co masz na my­śli?

- Za­mie­rzasz spę­dzić wie­czór z dwiema ko­bie­tami, z któ­rych jedna nie ma zie­lo­nego po­ję­cia, że z drugą po­sze­dłeś do łóżka!

- Mię­dzy mną a Jenni do ni­czego jesz­cze...

- Tak, wiem - prze­rwa­łam mu. - Jesz­cze nie do­szło. Jest mię­dzy wami nić po­ro­zu­mie­nia. Tylko czy oby na pewno usta­li­li­ście kwe­stię bzy­ka­nia się z in­nymi? Za­łożę się, że nie.

Wró­ci­łam do ga­bi­netu i przez chwilę szu­miało mi w uszach ze zło­ści. Vol­ter stał jak wryty w przed­po­koju. I do­brze.

Pół go­dziny póź­niej za­pu­kał do mo­ich drzwi, cho­ciaż były otwarte na oścież. Od­wró­ci­łam się, by na niego spoj­rzeć. Prze­brał się w luźne, ciem­no­zie­lone spodnie i białą ko­szulkę. Do­słow­nie po­żar­łam go wzro­kiem.

- Chyba masz ra­cję - po­wie­dział. - To był kiep­ski po­mysł. Może w ta­kim ra­zie... hmm... może nie wy­chodź, kiedy przyj­dzie Jenni. Do­brze? Oczy­wi­ście mo­żesz na­ło­żyć so­bie je­dze­nia... tro­chę póź­niej, jak już opu­ścimy kuch­nię...

Ja i mój długi ję­zyk. Boże, jaka je­stem głu­pia! Oczy­wi­ście, że to mnie pró­bo­wał ze­pchnąć na drugi plan. O nie. Te­raz tak ła­two się mnie nie po­zbę­dzie.

Nie ode­zwa­łam się ani sło­wem. Wsta­łam z krze­sła i po­de­szłam do Vol­tera. Sta­li­śmy twa­rzą w twarz. Po­pa­trzy­łam na niego lo­do­wa­tym wzro­kiem i po pro­stu za­mknę­łam mu drzwi przed no­sem.

***

Za­czę­łam się przy­go­to­wy­wać, gdy tylko usły­sza­łam, że po­szedł do sie­bie, do sy­pialni. Naj­pierw wzię­łam prysz­nic, a po­tem ci­cho się ubra­łam. Kiedy usły­sza­łam dzwo­nek do drzwi, pod­bie­głam do wą­skiego lu­stra znaj­du­ją­cego się w ga­bi­ne­cie i szybko zer­k­nę­łam, jak wy­glą­dam. Uzna­łam, że przy­po­mi­nam wście­kłą ama­zonkę. Dia­bel­sko atrak­cyjną ama­zonkę. Let­nia opa­le­ni­zna do­da­wała mi bla­sku i świet­nie kom­po­no­wała się z piękną zie­le­nią bluzki.

Na­gle ob­ci­słe ubra­nia, od­kryte ra­miona i mi­niówka prze­stały mi się wy­da­wać prze­sa­dzone. Pod­ję­łam de­cy­zję o nie­za­sła­nia­niu się ja­ką­kol­wiek na­rzutką, w chwili kiedy Vol­ter mnie od­trą­cił. Nie zre­zy­gno­wa­łam też z ma­ki­jażu. Ey­elash, lip­stick. Ciem­no­brą­zowy cień na po­wie­kach i błysz­czyk w ko­lo­rze ko­ra­lo­wej czer­wieni. Wło­ży­łam też piękny srebrny na­szyj­nik z anioł­kiem. Po­środku miał zie­lony ka­myk. Długi łań­cu­szek spra­wiał, że anio­łek cho­wał się za­lot­nie po­mię­dzy pier­siami.

Nie by­łam pewna, co zro­bić z wło­sami, w końcu spię­łam je po pro­stu klamrą. Przy­po­mniało mi się, jak tam­tej nocy w Hel­sin­kach Vol­ter go­rącz­kowo roz­pusz­czał mi włosy, zu­peł­nie jakby cze­kał na ten mo­ment ty­siące lat. I jak za­nu­rzał w nich dło­nie, jak ca­ło­wał po szyi...

Chcia­łam tro­chę od­cze­kać, tak żeby nikt kom­plet­nie się nie spo­dzie­wał mo­jego na­tar­cia. Z kuchni do­bie­gały stłu­mione od­głosy przy­go­to­wań, śmiech Jenni, mu­zyka. Czego oni, do cho­lery, słu­chają? Czy to Enya? Se­rio? Strasz­nie mnie to roz­ba­wiło. Cie­kawe, czy Vol­ter już pu­ścił jej Slipk­nota. Wąt­pię. Coś czu­łam, że Enya nie po­ja­wiła się Vol­te­rowi w pro­po­zy­cjach na Spo­tify.

Po upły­wie pół go­dziny, kiedy z kuchni za­czął do­bie­gać brzęk na­czyń, po­sta­no­wi­łam się ujaw­nić. Uchy­li­łam naj­ci­szej, jak się dało, drzwi ga­bi­netu i ko­ły­sząc bio­drami, we­szłam do kuchni. Pierw­sza zo­ba­czyła mnie Jenni. Vol­ter był zbyt za­jęty kro­je­niem cze­goś. Chyba ce­buli. Ha! Za­raz dam mu o wiele lep­szy po­wód do pła­czu.

- O... Cześć... - bąk­nęła zdzi­wiona. Na­wet nie sta­rała się uda­wać, że ucie­szyła się na mój wi­dok.

Wy­pro­sto­wała się, tak­su­jąc mnie wzro­kiem. No pro­szę. Ko­biecy in­stynkt uak­tyw­nił się na­wet u cno­tli­wej Jenni. Ja też przy­pa­trzy­łam się oce­nia­jąco jej sty­li­za­cji. Gu­stowny ja­sno­nie­bie­ski swe­te­rek i je­ansy. Cał­kiem ład­nie. I, szcze­rze mó­wiąc, o klasę bar­dziej od­po­wied­nio niż ja. Nie miało to jed­nak żad­nego zna­cze­nia. Za­my­ślony Vol­ter do­piero te­raz pod­niósł głowę znad ce­buli. Pa­trzył na mnie, osłu­piały, nie mo­gąc po­wstrzy­mać się od po­że­ra­nia mnie wzro­kiem. Wo­dził nim po od­kry­tych ra­mio­nach, po bluzce, pod którą nie mia­łam sta­nika, po no­gach, któ­rych pra­wie wcale nie za­kry­wała kró­ciutka spód­niczka.

W na­pię­ciu wstrzy­ma­łam od­dech, cze­ka­jąc, aż męż­czy­zna ode­rwie ode mnie wzrok.

- My­śla­łem, że się uczysz - wy­ce­dził zimno.

- Nie mam jak. Bra­kuje mi li­te­ra­tury źró­dło­wej, prze­cież do­brze o tym wiesz - od­rze­kłam.

Spoj­rza­łam ma Jenni i uśmiech­nę­łam się do niej sze­roko.

- Cze­góż ten Vol­ter nie wy­my­śli! Ubz­du­rał so­bie, że to zbyt nie­sto­sowne spę­dzać wie­czór z dwiema ko­bie­tami na­raz, i po­pro­sił, że­bym wam nie to­wa­rzy­szyła. Ale prze­my­śla­łam to so­bie i uwa­żam, że prze­cież nie ma w tym nic złego. No i, je­śli mam być szczera, je­stem strasz­nie głodna. Mogę wam po­móc, cał­kiem nie­zła ze mnie ku­charka albo cho­ciaż po­moc ku­chenna.

Mój głos brzmiał pew­nie i cho­ciaż we­wnątrz cała drża­łam, nie da­łam tego po so­bie po­znać. Ro­ze­śmia­łam się dźwięcz­nie i po­de­szłam bli­żej. Do tej pory sta­łam w drzwiach.

Usta Jenni i Vol­tera pra­wie rów­no­cze­śnie się otwo­rzyły, a po chwili za­mknęły. Praw­do­po­dob­nie z in­nych po­wo­dów. Jenni wy­glą­dała tak, jakby wciąż nie mo­gła zde­cy­do­wać, co o tym wszyst­kim my­śleć. O tym, że Vol­ter nie po­zwo­lił mi do nich do­łą­czyć. Za­sta­na­wiało ją za­pewne, dla­czego tego nie chciał, i czy to do­brze, czy źle. Vol­ter za to był po pro­stu wście­kły. Wście­kły i za­że­no­wany. Nie mia­łam cał­ko­wi­tej pew­no­ści co do źró­dła zło­ści, ale do­sko­nale wie­dzia­łam, skąd brał się wstyd. Okła­mał Jenni. I wie­dział, że nie­zbyt do­brze to wszystko wy­glą­dało.

- No tak, mu­szę przy­znać, że tro­chę się zdzi­wi­łam, kiedy Vol­ter po­wie­dział, że ma go­ści. - Jenni za­śmiała się sztucz­nie. Nie umiała kła­mać.

- Dziś rano sama jesz­cze nie wie­dzia­łam, że tu przy­jadę. Ale Vol­ter mnie zmu­sił. Pew­nie naj­le­piej wiesz, jaki on jest, kiedy się uprze! Nie ma zmi­łuj! - Uda­łam, że pa­trzę na niego z prze­ra­że­niem, po czym się ro­ze­śmia­łam.

Jenni pa­trzyła na mnie jak na wa­riatkę. Czyżby po­dej­rze­wała, że ble­fuję?

- Do­ris prze­sa­dza. Do ni­czego jej nie zmu­sza­łem - wy­sy­czał Vol­ter i wbił nóż w ce­bulę tak mocno, że od­kro­jony ka­wa­łek spadł i po­to­czył się po pod­ło­dze.

- Twier­dzisz, że nie ka­za­łeś mi "za­su­wać na dwo­rzec ko­le­jowy"? Że mi nie gro­zi­łeś?

Jenni pa­trzyła na Vol­tera, wy­trzesz­cza­jąc oczy, jakby co naj­mniej wy­ro­sła mu jedna głowa. Albo i dwie. Wi­docz­nie bi­skup He­la­korpi był dla in­nych o wiele mil­szy niż dla mnie.

Vol­ter wbił nóż w de­skę do kro­je­nia, oparł się nad­garst­kami o blat i ode­tchnął głę­boko.

- Cho­dziło o twoją pracę ma­gi­ster­ską.

- Ale prze­cież wcale nie mu­sisz aż tak się an­ga­żo­wać w moją ma­gi­sterkę. Sam za­pro­po­no­wa­łeś, że zo­sta­niesz moim pro­mo­to­rem - od­par­łam.

At­mos­fera wo­kół nas zgęst­niała. Jenni pa­trzyła to na mnie, to na Vol­tera, i było ja­sne, że nie wie­rzy wła­snym uszom. Vol­ter stał w miej­scu jak za­mu­ro­wany i tylko jego oczy rzu­cały we mnie śmier­cio­no­śne po­ci­ski. Nie ugię­łam się pod jego nie­na­wist­nym spoj­rze­niem. Po­czu­łam, że do­piero się roz­krę­cam.

- Co wię­cej... - za­czę­łam znowu.

- Do sa­lonu. Ale już - prze­rwał mi ci­cho, gło­sem zim­nym jak szty­let.

Jenni po­pa­trzyła na niego z nie­do­wie­rza­niem i cof­nęła się o krok. Wi­docz­nie słabo znała sza­now­nego bi­skupa, skoro tak ją zszo­ko­wało to za­cho­wa­nie, po­my­śla­łam, po czym skie­ro­wa­łam się sa­lonu, po­nęt­nie ko­ły­sząc bio­drami.

- Daj spo­kój, prze­cież to żadna ta­jem­nica! - rzu­ci­łam.

We­szłam do sa­lonu i to, co tam zo­ba­czy­łam, wy­pro­wa­dziło mnie z rów­no­wagi. Ro­man­tyczny pół­mrok, bu­telka czer­wo­nego wina, dwa kie­liszki, a to wszystko spo­wite za­wo­dze­niem Enyi.

- Co ty wy­pra­wiasz? - usły­sza­łam za sobą ci­che wark­nię­cie.

Od­wró­ci­łam się i uj­rza­łam przed sobą jego zmarsz­czone brwi i wy­su­nięty pod­bró­dek. Opar­łam jedną rękę na bio­drze. Wzrok Vol­tera na­tych­miast po­wę­dro­wał za nią.

- Nie, nie. Co ty wy­pra­wiasz? - od­par­łam, groź­nie zbli­ża­jąc pa­lec wska­zu­jący dru­giej ręki do jego twa­rzy.

- In­tymny pół­mrok, wino dla dwojga, tan­detna ro­man­tyczna mu­zyczka, któ­rej na pewno nie zno­sisz. Mia­łeś za­miar za­cią­gnąć Jenni do łóżka tuż przed moim no­sem?

Mimo sła­bego świa­tła dało się za­uwa­żyć, że po­czer­wie­niał.

- Bre­dzisz! Jenni nie jest ko­bietą, która... - urwał.

Za­bo­lało tak, jakby rzu­cił we mnie ka­mie­niem. Za­czął jesz­cze raz.

- Usta­li­li­śmy, że tak bę­dzie le­piej.

- MY ni­czego, kurwa, nie usta­li­li­śmy! - wrza­snę­łam.

Jenni mu­siała to usły­szeć.

- Uwa­żaj na słowa! Zresztą sama po­wie­dzia­łaś, że to by­łoby nie­wła­ściwe. - Pod­szedł do mnie nie­po­ko­jąco bli­sko.

- A to, co zro­bi­łeś, było w ta­kim ra­zie wła­ściwe? Co za róż­nica, idioto, czy sie­dzę w kuchni, czy w ga­bi­ne­cie? Na­prawdę nie ro­zu­miesz, na czym po­lega nie­wła­ści­wość tej sy­tu­acji?

- Po­wie­dzia­łem ci już, że­byś uwa­żała na słowa!

- Nie masz mi więc nic do po­wie­dze­nia? Wi­docz­nie czu­jesz się winny i...

Vol­ter zro­bił ostatni krok do przodu. Sta­li­śmy te­raz tuż obok sie­bie. Czu­łam jego ciężki go­rący od­dech, kiedy roz­pu­ścił mi włosy. Po­czu­łam sa­tys­fak­cję i cią­gnę­łam z wa­lą­cym ser­cem:

- Wy­obra­żasz so­bie, chuju, że po tym ca­łym je­ba­nym przed­sta­wie­niu bę­dziesz się ze mną pie­przyć?

Klę­łam jak szewc. Pro­wo­ka­cyj­nie. Wy­raz twa­rzy męż­czy­zny nie zwia­sto­wał ni­czego do­brego, kiedy ten wy­ce­dził:

- Ni­czego so­bie nie wy­obra­żam. Ja to wiem. I chyba już czas umyć tę twoją brudną mordkę.

Przy­cią­gnął mnie do sie­bie za nad­gar­stek, łap­czy­wie wsu­wa­jąc drugą rękę pod spód­niczkę i ła­piąc mocno za ty­łek. Wiel­kie nieba... Ten męż­czy­zna nie miał za grosz wstydu, ło­mo­tało mi w gło­wie. Za­ci­snę­łam usta. Zbli­żył twarz do mo­jej twa­rzy, za­nu­rzył rękę we wło­sach i nie ba­cząc na moją za­ciętą minę, po­ca­ło­wał mnie.

Nie mo­głam mu się oprzeć. Jego usta czule pie­ściły moje wargi, po­mimo ostrych słów, ja­kie przed chwilą z nich pa­dły. Był w nim taki spo­kój, że po­woli za­po­mi­na­łam o swoim wzbu­rze­niu.

Moje usta mię­kły z każdą se­kundą. Vol­ter prze­jeż­dżał czub­kiem ję­zyka wzdłuż li­nii mo­ich za­ci­śnię­tych ust, aż w końcu zda­łam so­bie sprawę, że nie są już wcale tak bar­dzo za­ci­śnięte. Opu­ściły mnie ostatki zdro­wo­roz­sąd­ko­wych my­śli - nie by­ła­bym w sta­nie wy­chwy­cić ich na­wet za po­mocą te­le­skopu. W końcu wes­tchnę­łam i roz­chy­li­łam wargi, a jego ję­zyk od razu wsu­nął się do środka i na­parł na moje zęby.

Nie mia­łam wy­boru. Pod­da­łam mu się. Jesz­cze moc­niej uchy­li­łam usta, za­ci­snę­łam po­wieki i wsu­nę­łam dłoń pod białą ko­szulkę. Chcia­łam do­ty­kać tych moc­nych, umię­śnio­nych ple­ców. Cie­płej, zdro­wej skóry. Przy­wie­ra­łam ca­łym cia­łem do jego ciała. Na­sze sple­cione ję­zyki wy­ko­ny­wały po­wolny, sen­su­alny ta­niec. Drża­łam z pod­nie­ce­nia. Uczu­cia na­gro­ma­dzone pod­czas tego cięż­kiego, dłu­giego dnia, w końcu zna­la­zły uj­ście.

Drża­łam od stóp do głów. Chwy­ci­łam męż­czy­znę za włosy. Vol­ter jęk­nął ci­cho, uniósł moją łydkę i przy­ci­snął ją do swo­jego uda, nie prze­ry­wa­jąc ani na chwilę po­ca­łunku. Na­stęp­nie wsu­nął mi dłoń mię­dzy po­śladki. Ca­ło­wa­łam go, zdy­szana, i ję­cza­łam, i ca­ło­wa­łam jesz­cze moc­niej, wo­dząc rę­kami po tym cu­dow­nym, du­żym mę­skim ciele. Ocie­ra­łam się o twar­dość, którą czu­łam na wy­so­ko­ści brzu­cha...

- Vol­ter? Do­ris?

Głos zda­wał się do­bie­gać z da­leka... stam­tąd, gdzie po­zo­sta­wi­li­śmy swoje ro­zumy. Głos Jenni po­dzia­łał na Vol­tera jak ku­beł zim­nej wody. Vol­ter pod­niósł głowę. Chyba ni­gdy nie wy­glą­dał bar­dziej ape­tycz­nie. Za­mglone oczy, wil­gotne usta, lekko za­czer­wie­nione od mo­jego błysz­czyka. Zmierz­wione włosy, pod­cią­gnięta ko­szulka. I ten szybki, nie­spo­kojny od­dech.

- Jenni. - Vol­ter wy­tarł usta wierz­chem dłoni i pró­bo­wał ze­brać się w so­bie. - Wra­cajmy tam i do­kończmy tę pie­przoną ko­la­cję.

- Och, czyżby brud prze­szedł z mo­ich ust na twoje? - spy­ta­łam, z tru­dem ła­piąc od­dech.

Nie mo­głam zna­leźć spinki do wło­sów. I paru in­nych rze­czy.

- Chwi­leczkę! Już idziemy! - krzyk­nął.

Ujął moją dłoń i przy­piął klamrę do mo­ich pal­ców. Na­gle po­czu­łam wdzięcz­ność dla ota­cza­ją­cej nas mu­zyki Enyi. Gdyby nie ona, Jenni mu­sia­łaby usły­szeć, co się mię­dzy nami wy­da­rzyło. Chyba że po­de­szła do drzwi... Być nie mia­łam wstydu, ale i tak po­czu­cie winy za­cią­żyło mi na sercu. Po­czu­łam szczerą na­dzieję, że Jenni nas nie zo­ba­czyła. Spoj­rza­łam na Vol­tera z po­wro­tem za­kła­da­ją­cego ko­szulkę.

- Czy moje usta...?

- Idź się ogar­nąć - od­parł.

- Ty też - rzu­ci­łam słodko i po­spie­szy­łam do ga­bi­netu.

- Idę do ła­zienki! - krzyk­nął Vol­ter.

Moim cia­łem wciąż wstrzą­sały dresz­cze, ale głowa za­czy­nała się po­woli uspo­ka­jać. A przed nami jesz­cze ko­la­cja we troje. Trzy­maj­cie mnie.

Roz­dział 7

Sie­dzie­li­śmy przy ma­łym stole w kuchni w po­zor­nie mi­łej at­mos­fe­rze. Z na­ci­skiem na słowo po­zor­nie.

Wcze­śniej drżą­cymi rę­kami kro­iłam pa­pryki, nie­na­tu­ral­nie dźwięcz­nym gło­sem chwa­li­łam za­pach sosu i dy­go­ta­łam raz za ra­zem, gdy Vol­ter prze­cho­dził koło mnie, prze­ci­skał się przede mną lub lekko od­su­wał na bok, ła­piąc za bio­dra, żeby się­gnąć po pie­truszkę. Oczy­wi­ście ro­bił to wszystko spe­cjal­nie.

Jenni dy­ry­go­wała przy­go­to­wa­niem sosu, ale mia­łam wra­że­nie, że jej plecy są jakby bar­dziej wy­pro­sto­wane, a głos po­waż­niej­szy niż wcze­śniej. Może to z po­wodu mu­zyki. Vol­ter na­gle, nie py­ta­jąc nas o zda­nie, zmie­nił re­per­tuar. Roz­ba­wiło mnie to, ale nie da­łam tego po so­bie po­znać. Aku­rat le­ciało coś sek­sow­nego, nieco le­ni­wego i chyba ame­ry­kań­skiego. Jakby... blues? A może co­un­try?

Ro­bi­li­śmy ma­ka­ron, więc przy­go­to­wa­nie nie trwało długo - choć trzeba przy­znać, że sos po­mi­do­rowy Jenni zro­biła sama, od po­czątku do końca. Było w nim dużo pysz­nej gor­gon­zoli. A kiedy usie­dli­śmy przy stole, w końcu udało mi się roz­po­znać jedną pio­senkę. Co­ca­ine.

- Czy to Clap­ton? Brzmi ja­koś ina­czej - spy­ta­łam, pod­no­sząc wzrok na Vol­tera. Znów zo­ba­czy­łam w jego oczach zna­jome zie­lone prze­bły­ski.

- Nie. To J.J. Cale. Au­tor i pierw­szy wy­ko­nawca tej pio­senki.

Jenni wy­pro­sto­wała się jesz­cze bar­dziej i przez chwilę żuła w mil­cze­niu. Wi­dać było, że coś ją fra­puje. Po chwili rzu­ciła:

- Nie wy­daje się wam, że ta pio­senka pro­muje nar­ko­tyki? Nie ro­zu­miem, dla­czego ci się po­doba.

Vol­ter prze­niósł spoj­rze­nie na Jenni i od­po­wie­dział bez za­jąk­nię­cia:

- A ja nie ro­zu­miem, dla­czego mia­łaby mi się nie po­do­bać. Jest świetna. No i fakt, mówi o uza­leż­nie­niu od nar­ko­ty­ków. Wo­ka­li­sta bez prze­rwy po­wta­rza to słowo: co­ca­ine. Mo­głoby się wy­da­wać, że się nim za­chwyca. Choć, moim zda­niem, to także pio­senka o przy­mu­sie. Bez­na­dziei. Cho­ro­bie. Ale nie martw się, nie mam za­miaru pusz­czać jej mło­dym.

Mia­łam ochotę się uśmiech­nąć, ale za­cho­wa­łam ka­mienną twarz. Jenni od­kaszl­nęła i upiła łyk wina.

- No tak, oczy­wi­ście... Wcale cię o to nie po­dej­rze­wa­łam... - bąk­nęła i uśmiech­nęła się nie­zręcz­nie.

- Prze­pyszne je­dze­nie! - pró­bo­wa­łam ja­koś roz­ła­do­wać at­mos­ferę.

The sexy things you do... Baby, baby, baby... Wy­ła­pa­łam słowa na­stęp­nej pio­senki i zer­k­nę­łam na Vol­tera.

Jego oczy lśniły zmy­słowo pod cięż­kimi, le­ni­wie przy­mknię­tymi po­wie­kami. Pięk­nie ukształ­to­wane usta po­woli prze­żu­wały je­dze­nie i jakby się do cze­goś przy­go­to­wy­wały. Jak to moż­liwe, że je­dze­nie wy­gląda tak... sek­sow­nie? Na­gle po­czu­łam bosą stopę Vol­tera na swo­jej skó­rze. Do­ty­kał nią de­li­kat­nie wierz­chu mo­jej stopy i pal­ców... jakby od nie­chce­nia okrą­żał kostki...

Bez­wstydny. Bez­wstydny, bez­wstydny męż­czy­zna.

- Czy mo­gła­bym do­stać prze­pis? - za­szcze­bio­ta­łam.

- Zna­la­złam go w książce ku­char­skiej. Je­śli chcesz, mogę ci wy­słać w wia­do­mo­ści - od­po­wie­działa Jenni zim­nym, rze­czo­wym gło­sem.

Za­krę­ciło mi się w gło­wie. Wy­stu­ka­łam w te­le­fo­nie frag­menty tek­stu pio­senki i imię Cale. Po­czu­łam, jak stopa Vol­tera wę­druje do mo­jej łydki. Mój od­dech za­czął przy­spie­szać. Wtedy zna­la­złam ten ka­wa­łek.

Ride me high. Tak jak my­śla­łam. Seks w czy­stej po­staci.

Te­le­fon wy­padł mi z rąk. A po­tem, chyba in­stynk­tow­nie, wsu­nę­łam drugą stopę w sze­roką no­gawkę spodni Vol­tera. Dłu­gimi, po­wol­nymi ru­chami gła­ska­łam łydkę tej nogi, która do tej pory nie była za­an­ga­żo­wana w na­szą grę. Ro­bi­łam to de­li­kat­nie, sa­mymi koń­cami pal­ców. Wes­tchnę­łam. Na jego twa­rzy za­kwitł le­d­wie wi­doczny uśmiech. Pod­je­chał stopą po­mię­dzy moje ko­lana i za­czął gła­dzić ich we­wnętrzną stronę. Upu­ści­łam wi­de­lec. Wtedy Jenni wstała.

Pod­nie­śli­śmy gwał­tow­nie głowy, jakby wy­bu­dzeni z transu. Zro­biło mi się tro­chę głu­pio, ale ni­czego nie ża­ło­wa­łam. Ani tro­chę.

- Nie­zbyt do­brze się czuję - oświad­czyła. - Chyba już pójdę. Od­pro­wa­dzisz mnie do przed­po­koju, Vol­te­rze?

Wbi­łam wzrok w ta­lerz. Ze zdzi­wie­niem do­strze­głam, że jest pu­sty. Tak jak i ta­lerz Jenni.

- Och, a ti­ra­misu? Spe­cjal­nie wstą­pi­łem do cu­kierni... - wy­chry­piał Vol­ter ta­kim gło­sem, jakby całą noc pa­lił cy­gara i pił whi­sky.

- Wiesz, ja­koś nie mam ochoty.

Jej spo­kojny głos lekko się za­ła­mał. Kiedy od­wró­ciła głowę w stronę ko­ry­ta­rza, za­uwa­ży­łam ma­lu­jące się na jej twa­rzy roz­cza­ro­wa­nie. I urazę. Za­wsty­dzi­łam się, ale z dru­giej strony nie mo­głam po­wstrzy­mać ro­sną­cego uczu­cia triumfu. Vol­ter za­brał stopę z mo­jej nogi.

- Okej. Po­cze­kaj chwilę.

Męż­czy­zna po­zbie­rał ta­le­rze ze stołu. Kiedy Jenni oznaj­miła, że idzie do ła­zienki, ode­tchnął z ulgą i wrzu­cił na­czy­nia do zlewu. Oparł się przo­dem o blat i rzu­cił szep­tem:

- Marsz do sa­lonu.

Po­mimo do­boru słów jego głos nie brzmiał nie­przy­jaź­nie ani gniew­nie. Czu­łam, że Vol­ter mi się pod­dał. I do­sko­nale wie­dzia­łam, dla­czego od­pra­wia mnie do sa­lonu. Był tak pod­nie­cony, że mu­siał ukryć wi­doczne zgru­bie­nie przy roz­porku. To dla­tego oparł się o blat. Naj­wy­raź­niej bał się, że znowu zro­bię coś nie­ocze­ki­wa­nego. Bez słowa wsta­łam od stołu i na mięk­kich no­gach po­szłam, do­kąd mi ka­zał. Nie mo­głam jed­nak oprzeć się sła­bo­ści i sta­nę­łam przy drzwiach, żeby pod­słu­chi­wać.

Mi­nęła chwila, nim Jenni wy­szła z ła­zienki. Za­raz po­tem mo­ich uszu do­bie­gły strzępki roz­mowy.

- ...nie­kom­for­towo, kiedy... mam wra­że­nie, że cie­bie... coś...

- Bar­dzo mi przy­kro... dziwna sy­tu­acja... nie chcia­łem zra­nić... nie łą­czy...

Po­czu­łam wzbie­ra­jącą we mnie złość. Jak to nic nie łą­czy? Na­wet gdy­by­śmy mieli już ni­gdy w ży­ciu nie upra­wiać seksu, to nie mógł za­prze­czyć, że mnie pra­gnie. I że zda­rzyło mu się pie­przyć mnie przez całą noc. I że prak­tycz­nie zmu­sił mnie do przy­jazdu do Turku. Taka re­la­cja nie pod­pada pod ka­te­go­rię, którą można by scha­rak­te­ry­zo­wać frazą "nic nas nie łą­czy".

Część ostat­niej wy­po­wie­dzi Jenni sły­sza­łam dość do­brze, bo unio­sła głos. Za chwilę jed­nak po­now­nie go ści­szyła.

- Vol­ter... mimo wszystko nie jest małą dziew­czynką. A to, jak ty... sam się tym zaj­mij... po­myśl... nie je­stem w sta­nie wy­tłu­ma­czyć so­bie, skąd ten strój...

Nie udało mi się wy­ła­pać od­po­wie­dzi Vol­tera. Od­wa­ży­łam się zer­k­nąć na ko­ry­tarz przez uchy­lone drzwi i zo­ba­czy­łam, jak się przy­tu­lają. Jenni wy­szep­tała mu coś do ucha na po­że­gna­nie. Vol­ter po­pa­trzył przed sie­bie i wtedy mnie przy­ła­pał. Bez­czel­nie pa­trzył mi w oczy, wciąż obej­mu­jąc ob­ró­coną ty­łem do mnie Jenni. Po chwili zwol­nił uścisk.

- Zo­ba­czymy się w środę na spo­tka­niu? Mo­gli­by­śmy... po­roz­ma­wiać dłu­żej, je­śli masz ochotę - po­wie­dział.

Jenni wy­mru­czała coś w od­po­wie­dzi. Drzwi wej­ściowe się otwo­rzyły i za chwilę na po­wrót za­mknęły. Zo­sta­li­śmy sami. Moje ocze­ki­wa­nie za­częło prze­ra­dzać się w znie­cier­pli­wie­nie. To z ko­lei za­mie­niło się w go­rącz­kowe po­żą­da­nie, któ­rego nie mo­głam długo po­wstrzy­my­wać. Sły­sza­łam, jak Vol­ter wraca do kuchni. Wciąż sta­łam w drzwiach do sa­lonu - mia­łam wra­że­nie, że moje nogi wro­sły w pod­łogę.

- Mo­żesz już chyba prze­stać się ukry­wać - usły­sza­łam.

Wo­la­ła­bym, żeby przy­szedł do sa­lonu, w któ­rym pa­no­wał przy­jemny pół­mrok. Ja­koś nie mia­łam ochoty na roz­mowę w ja­sno oświe­tlo­nej kuchni. Vol­ter pró­bo­wał jed­nak za­cho­wy­wać po­zory. Kiedy wró­ci­łam do kuchni, za­py­tał cierpko:

- Za­do­wo­lona?

Wciąż dźwię­czało mi w uszach to, co po­wie­dział Jenni, że nic nas nie łą­czy. Dla­tego od­par­łam krnąbr­nie:

- A że­byś wie­dział!

- Czy od­wie­dziny Jenni na­prawdę były dla cie­bie ta­kim kosz­ma­rem, że mu­sia­łaś...

Głos Vol­tera był pe­łen wy­rzutu i fru­stra­cji, co jesz­cze bar­dziej mnie roz­wście­czyło. Nie mia­łam za­miaru wy­pie­rać się tego, że umyśl­nie pro­wo­ko­wa­łam go swoim stro­jem. Ale mimo wszystko to on mnie po­ca­ło­wał tuż pod no­sem Jenni. To on za­czął nie­grzeczną za­bawę pod sto­łem. To on włą­czył mu­zykę ko­ja­rzącą się z ni­czym in­nym, jak tylko z go­rą­cym sek­sem.

- Były. Mu­sia­łam - wy­szep­ta­łam gło­sem ostrym jak nóż. W mo­ich oczach pło­nął ogień. - Nie­na­wi­dzę cię za to, że tak to wszystko zor­ga­ni­zo­wa­łeś. Tuż po tym, kiedy spę­dzi­li­śmy ra­zem noc! Co z tego, że to była tylko jedna je­dyna noc? Nie po­my­śla­łeś, jak będę się czuła, kiedy na­stęp­nego wie­czoru umó­wisz się z inną? Ach, drogi bi­sku­pie! To ty po­wi­nie­neś się wsty­dzić!

Gdyby kto­kol­wiek z mo­ich zna­jo­mych był świad­kiem tego wy­bu­chu, mu­siałby uznać, że to nie ja, tylko moja za­gi­niona sio­stra bliź­niaczka. Albo inna sza­lona ko­bieta do złu­dze­nia przy­po­mi­na­jąca Do­ris. Bo praw­dziwa Do­ris nie mo­gła być tak za­zdro­sna i zra­niona. Czu­łam, że nie je­stem sobą, od chwili, kiedy po­zna­łam tego prze­klę­tego męż­czy­znę.

Za­uwa­ży­łam, że do­tknęły go moje słowa.

- Kto tu­taj co­kol­wiek or­ga­ni­zo­wał? Oskar­ży­łaś mnie o igra­nie z dwiema ko­bie­tami na­raz, a kiedy pró­bo­wa­łem na­pra­wić sy­tu­ację i po­stą­pić wła­ści­wie, wpa­ro­wa­łaś tu­taj jak...

My­śla­łam, że eks­plo­duję. Mia­łam mroczki przed oczami. Wrza­snę­łam z ca­łych sił:

- Gdy­byś chciał po­stą­pić wła­ści­wie, zo­sta­wił­byś mnie w spo­koju! Dla­czego nie mo­żesz zo­sta­wić mnie w spo­koju? Nie trzeba było do mnie dzwo­nić, a po­tem zmu­szać do pa­trze­nia, jak spę­dzasz wie­czór z uro­czą pa­storką. Ach, no tak, prze­cież nas nic nie łą­czy. Cie­kawe tylko, ja­kim cu­dem przed kil­koma mi­nu­tami twoja stopa zna­la­zła się na moim udzie! Po­tra­fisz mi to wy­ja­śnić?

Nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć. Wbił wzrok w pod­łogę. Opa­dła na nas za­słona bo­le­snej ci­szy.

- Nie po­wi­nie­nem był tego mó­wić. Ale to taka de­li­katna sy­tu­acja i... ja nie pla­no­wa­łem ni­czego ro­man­tycz­nego...

Z bez­sil­nej wście­kło­ści gorzko ro­ze­śmia­łam mu się pro­sto w twarz. Czu­łam, że dłu­żej nie wy­trzy­mam. Chcia­łam coś znisz­czyć, zmiaż­dżyć, po­tłuc! Ale naj­bar­dziej mia­łam ochotę po­dejść i go spo­licz­ko­wać.

Za­miast tego, pa­trząc na męż­czy­znę wy­zy­wa­jąco, wzię­łam do ręki kie­li­szek i wla­łam so­bie jego za­war­tość do gar­dła. Na­stęp­nie unio­słam szkło wy­soko i spek­ta­ku­lar­nie upu­ści­łam je na pod­łogę, wciąż nie spusz­cza­jąc wzroku. W chwili gdy szkło ude­rzyło o pod­łogę, za­py­ta­łam gło­śno:

- A więc po co to ro­man­tyczne świa­tło w sa­lo­nie? Po co ta ku­sząca bu­telka wina?

Zmru­żył oczy.

- Przy­tulna at­mos­fera nie musi ozna­czać tylko jed­nego.

- Prze­stań w końcu kła­mać! Bez prze­rwy wszyst­kich okła­mu­jesz: mnie, Jenni i sa­mego sie­bie. I Tarję! Kto wie kogo jesz­cze!

Prze­łknął ślinę i za­mknął oczy. Kiedy je otwo­rzył, trzy­ma­łam już w rę­kach gar­nek z ma­ka­ro­nem. Za­nim się zo­rien­to­wał, co mam za­miar zro­bić, zdą­ży­łam ob­ró­cić gar­nek do góry no­gami. Ta­glia­telle z po­mi­do­rami i se­rem pac­nęły na zie­mię, a gar­nek od­bił się od pod­łogi z gło­śnym hu­kiem. Kop­nę­łam go z ca­łej siły. Kiedy zła­pa­łam dzba­nek z wodą, Vol­ter zdą­żył już otrzą­snąć się ze zdu­mie­nia i pod­szedł do mnie.

- Ty to po­sprzą­tasz - wy­ce­dził.

- Nie! A wiesz dla­czego? Bo ten baj­zel to me­ta­fora sy­tu­acji, w którą nas uwi­kła­łeś. I którą ty sam po­wi­nie­neś na­pra­wić!

Ob­la­łam go resztką wody i upu­ści­łam dzba­nek na pod­łogę.

- O kur...! - krzyk­nął Vol­ter, uno­sząc jedną nogę.

Wy­glą­dało na to, że dzba­nek tra­fił go w pa­lec. Nie by­łam pewna. Wie­dzia­łam za to, że Vol­ter miał w oczach bły­ska­wice. Zbli­żył się do mnie, zła­pał za bio­dra i z ła­two­ścią po­sa­dził na bla­cie ku­chen­nym. Od­chy­li­łam się ze zdzi­wie­niem, ale on od razu ob­jął mnie jedną ręką i przy­ci­ska­jąc palce do mo­jego karku, przy­cią­gnął do sie­bie.

Jego druga ręka wy­lą­do­wała na moim ko­la­nie i szarp­nęła. Roz­sze­rzy­łam uda i po­zwo­li­łam mu zbli­żyć się jesz­cze bar­dziej. Chcia­łam ze­rwać z niego tę białą mo­krą ko­szulkę. Po­mógł mi i sam się ro­ze­brał. Wtedy za­czę­łam wy­rzu­cać z sie­bie całą wście­kłość, bi­jąc go w ten wielki, mę­ski, cał­ko­wi­cie nagi tors. Za chwilę męż­czy­zna przy­cią­gnął mnie do sie­bie tak mocno, że moja twarz wci­snęła się w jego szyję. Jedna ręka znów po­wę­dro­wała do mo­ich bio­der, pod­czas gdy druga wciąż przy­trzy­my­wała mnie za szyję. Po chwili za­czął pod­cią­gać kró­ciutką spód­niczkę i wy­mam­ro­tał:

- Ku­pi­łaś to dzi­siaj. Spe­cjal­nie.

- To prawda - przy­zna­łam.

- My­ślisz, że po­trze­bu­jesz ta­kich fa­ta­łasz­ków, żeby do­pro­wa­dzić mnie do sza­leń­stwa?

Za­mknę­łam oczy i ca­ło­wa­łam słodką, czy­stą skórę męż­czy­zny.

- Nie mo­głam prze­cież wejść nago. Zresztą... chyba po­dzia­łało.

Vol­ter się ro­ze­śmiał i za­darł spód­niczkę do końca. Wbi­łam pa­znok­cie w jego plecy. Po­czu­łam, jak wsuwa palce w moje majtki... Uniósł mnie na se­kundę i szyb­kim, wpraw­nym ru­chem ścią­gnął je ze mnie. Bie­li­zna wy­lą­do­wała na pod­ło­dze, tuż obok ma­ka­ronu i odłam­ków szkła.

- Masz za­miar prze­le­cieć mnie tu i te­raz? - za­py­ta­łam pod­nie­cona.

By­łam już taka mo­kra... Sie­dzia­łam na bla­cie z roz­ło­żo­nymi no­gami, bez maj­tek, i mi­mo­wol­nie ocie­ra­łam się o na­pie­ra­jące na mnie kro­cze Vol­tera. Ma­te­riał spodni był miękki i de­li­katny, ale to, co skry­wał, było jego zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem.

- Wła­śnie to mam za­miar zro­bić. Taka kara spo­tyka nie­grzeczne dziew­czynki - od­rzekł i jed­nym moc­nym ru­chem ścią­gnął mi top do dołu, aż do pasa.

- I kto tu niby jest nie­grzeczny... - od­par­łam. Chcia­łam do­dać coś wię­cej, ale nie by­łam w sta­nie, kiedy po­czu­łam jego dłoń na swoim brzu­chu. Od­chy­lił się nieco, żeby na mnie po­pa­trzeć. Zo­ba­czył moje błysz­czące od żą­dzy oczy, lekko przy­gry­zione, na­brzmiałe usta i piersi, które z po­wodu pod­nie­ce­nia spra­wiały wra­że­nie przy­naj­mniej o roz­miar więk­szych. Jego ręka po­wę­dro­wała wła­śnie do nich. Lekko pie­ścił moje sutki, tak że z mo­ich ust wy­do­był się mi­mo­wolny jęk. Wtedy za­czął po­woli zsu­wać dłoń po moim ciele, aż w końcu za­trzy­mał się na cipce.

- Dla­czego wszystko zgo­li­łaś? - za­py­tał odu­rzony.

Pie­ścił de­li­kat­nymi ru­chami wil­gotne fałdki, śli­zgał się po nich, draż­nił łech­taczkę, ale nie wkła­dał pal­ców do środka. Od­chy­li­łam głowę. Chcia­łam, żeby ta chwila trwała wiecz­nie.

- Tak jest le­piej... Seks oralny...

Vol­ter przy­gryzł usta, kiedy jego pa­lec sku­pił się na we­wnętrz­nych war­gach sro­mo­wych. Były tak bez­wstyd­nie wil­gotne. Po­czu­łam na­głą roz­kosz wy­bu­cha­jącą w cipce jak bomba i roz­cho­dzącą się po ca­łym ciele ni­czym ra­kiety. Po­ca­ło­wa­łam go łap­czy­wie w usta i przy­gry­złam dolną wargę.

- A czy te­raz nie jest ci wy­jąt­kowo do­brze?

- Cu­dow­nie. Le­piej... Le­piej niż kie­dy­kol­wiek - wes­tchnę­łam i za­ci­snę­łam uda na jego bio­drach.

- Le­piej niż pod­czas sa­bo­to­wa­nia dzi­siej­szego wie­czoru? - szep­nął mi do ucha.

- Tak - jęk­nę­łam. - Ale nie by­łoby mnie te­raz tu­taj... gdy­bym nie spró­bo­wała - do­da­łam.

Vol­ter się ro­ze­śmiał.

- Masz ra­cję. By­ła­byś za to w moim łóżku.

Nie­spo­dzie­wane wy­zna­nie spra­wiło, że z mo­jej głowy ule­ciała wszelka zdol­ność lo­gicz­nego my­śle­nia. Męż­czy­zna przy­ci­snął mnie do sie­bie tak, że na­sze ciała stały się jed­nym. Wdy­cha­łam jego za­pach. Po­czu­łam wiel­kiego pe­nisa prze­jeż­dża­ją­cego po­mię­dzy mo­imi po­ślad­kami. Draż­nił nim wej­ście do cipki. My­śla­łam, że osza­leję. By­łam taka go­towa! Mia­łam wra­że­nie, że czuję na so­bie do­tyk anioła.

- Nie ro­zu­miem tego... Nie ro­zu­miem, dla­czego... - za­czął Vol­ter nie­pew­nie, ale nie do­koń­czył zda­nia.

Od­dy­chał ciężko. Zła­pał mnie za dru­gie udo, przy­ci­snął ra­mie­niem do sie­bie i we­pchnął we mnie swo­jego ku­tasa. Mocno i szybko. Z jego ust wy­do­był się char­czący, nie­okieł­znany od­głos. Czu­łam, jak moja cipka się za­ci­ska. Wy­da­wa­łam z sie­bie nie­kon­tro­lo­wane okrzyki. Pod­nio­słam głowę, żeby na niego spoj­rzeć.

Wy­glą­dał jak dzi­kie zwie­rzę. Twarz za­sty­gła mu w nie­okrze­sa­nym gry­ma­sie. Za­ci­skał zęby... Z oczu strze­lały mu iskry. Nie za­trzy­mał się ani na chwilę, żeby mnie wy­god­niej po­sa­dzić, po­gła­skać, o coś za­py­tać. Nie mu­siał. Ob­jął mnie za to sil­nym uści­skiem i wcze­pił palce we włosy. Kiedy mnie pie­przył, ro­bił to szybko, gniew­nie, opę­tań­czo. Wła­śnie tak, jak tego pra­gnę­łam. Tak, jak po­trze­bo­wa­łam.

Z głębi mych trzewi wy­do­było się dłu­gie, prze­peł­nione ulgą wes­tchnię­cie. Od­biło się echem w ca­łej kuchni. Moje łydki okrą­żały jego ciało... Nie mo­głam ode­rwać wzroku od jego sza­rych oczu. Nie było w nich nic oprócz pier­wot­nej żą­dzy i zwie­rzę­cego przy­musu. Zła­pa­łam go za ciem­no­szare włosy, za­wi­słam na jego ciele i za­mknę­łam po­wieki. Każde pchnię­cie przy­bli­żało moje ciało do nie­biań­skiego szczy­to­wa­nia i spra­wiało, że żą­da­łam wię­cej. Ję­cząc, bła­ga­jąc, krzy­cząc. Wpi­ja­łam się w jego plecy. Nie by­łam w sta­nie nic po­wie­dzieć.

Cie­kło już ze mnie tak, że czu­łam soki spły­wa­jące po po­ślad­kach.

- Kon­tro­luj tę swoją małą cipkę! - wy­char­czał.

Krę­ciło mi się w gło­wie od tego wszyst­kiego, co się wy­da­rzyło od rana. Na­gle za­częło mi się wy­da­wać, że Vol­ter nie jest żad­nym du­chow­nym, tylko dia­błem wcie­lo­nym. Ko­lejne pchnię­cia spra­wiały, że od­pły­wa­łam co­raz da­lej od rze­czy­wi­sto­ści, krzy­cząc tak, jakby ob­dzie­rano mnie ze skóry.

Moja cipka za­ci­skała się na wiel­kim ku­ta­sie i do­iła go jak opę­tana. Czu­łam, jak prze­cho­dzą mnie dresz­cze po same ko­niuszki pal­ców. Or­gazm zrzu­cał gniewne bomby na całe ciało. Omio­tła mnie mgła roz­ko­szy, w któ­rej chcia­łam się za­to­pić i usnąć. Moja głowa opa­dła na jego szyję. Czu­łam, jak po po­licz­kach spły­wają mi łzy. Kom­plet­nie się roz­kle­iłam. Po­czu­łam, jak Vol­ter przy­ci­ska mnie do sie­bie z ca­łych sił, jak jesz­cze moc­niej cią­gnie mnie za włosy.

Po­czu­łam jego usta na swo­ich ustach - słodki, gniewny po­ca­łu­nek spra­wił, że za­czę­łam pła­kać jesz­cze moc­niej niż przed­tem. Za­brał mnie do­kądś, chyba do sy­pialni. Tra­ci­łam kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Rów­nie do­brze mo­gli­by­śmy po­ru­szać się w za­cza­ro­wa­nym la­bi­ryn­cie. Jed­nak kiedy po­ło­żył mnie na swoim łóżku, wie­dzia­łam do­sko­nale, że zna­la­złam się w miej­scu, któ­rego ni­gdy w ży­ciu nie chcia­ła­bym opu­ścić.

Po­ło­żył się na mnie. Po­czu­łam jego od­dech na po­liczku. Cię­żar wiel­kiego ciała przy­gnia­tał mnie roz­kosz­nie. On także drżał. Po ja­kimś cza­sie zszedł ze mnie i uło­żył się na boku. Przy­cią­gnął mnie do sie­bie. Po­gła­dzi­łam jego po­li­czek i oplo­tłam go udami. W mo­jej gło­wie po­ja­wiło się py­ta­nie, które mu­sia­łam za­dać.

- Czy prze­spa­łeś się już z Jenni? - Na pewno wy­czuł w moim gło­sie za­zdrość. Ro­ze­śmiał się.

- Nie. Prze­cież znasz moje za­sady.

- Za­sady? A czy przy­pad­kiem w ostat­nich dniach nie usta­li­łeś żad­nych no­wych?

- Je­śli już, to tylko z two­jego po­wodu.

Ko­lejne py­ta­nie nie da­wało mi spo­koju. Mu­sia­łam je za­dać.

- Jest ci wstyd?

Głę­bo­kie wes­tchnię­cie.

- Chyba po­winno. My­śla­łem, że jedna noc roz­wiąże pro­blem. Wma­wia­łem so­bie, że po­tem będę w sta­nie utrzy­my­wać z tobą re­la­cje o cha­rak­te­rze wy­łącz­nie pla­to­nicz­nym. Po­wi­nie­nem jed­nak zdać so­bie sprawę już dzi­siaj rano, że to nie­moż­liwe. Gro­zi­łem ci. To nie w moim stylu. Ale chyba bar­dziej wstyd mi za to, co mi wy­tknę­łaś. Nie po­wi­nie­nem był za­pra­szać Jenni. Nie w ta­kich oko­licz­no­ściach.

Od­su­nę­łam się tro­chę, po czym po­chy­li­łam głowę i po­ca­ło­wa­łam jego piękne, pełne usta. Vol­ter mnie przy­cią­gnął i po­sa­dził na so­bie. Kiedy sia­da­łam na nim okra­kiem, spo­strze­głam, że w coś się in­ten­syw­nie wpa­truje. Na ścia­nie wi­siał duży kru­cy­fiks. Wy­glą­dał na za­byt­kowy i z pew­no­ścią zo­stał ku­piony gdzieś za gra­nicą. Na twa­rzy Vol­tera ma­lo­wała się nie­pew­ność. Po­wie­dział po­woli, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ukrzy­żo­wa­nego Je­zusa:

- Nie wsty­dzę się tego, że upra­wiam seks. Wstyd mi jed­nak za to, jak za­cho­wuję się w two­jej obec­no­ści. Ro­bię rze­czy, któ­rych nie po­wi­nie­nem ro­bić i które są zu­peł­nie nie w moim stylu. Na przy­kład ten po­ca­łu­nek przed ko­la­cją. Albo do­bór mu­zyki. I to, jak do cie­bie mó­wi­łem, kiedy się ko­cha­li­śmy. Jak­bym... nie był sobą.

Czu­łam do­kład­nie to samo. Też mia­łam wra­że­nie, że dzieje się ze mną coś dziw­nego.

- Może ja­kiś czart pró­buje cię zwieść na ma­nowce? Tam, w kuchni, było w to­bie coś dia­bo­licz­nego - za­żar­to­wa­łam.

Wcale się nie uśmiech­nął.

- Mam na­dzieję, że to nie to - od­rzekł z po­wagą. - Bo je­śli tak, to marny ze mnie przy­kład walki ze złem. Zresztą ja prze­cież na­wet nie wal­czę. Tylko udaję.

Vol­ter znów po­pa­trzył na kru­cy­fiks. Wy­glą­dał na tak za­fra­so­wa­nego, że pró­bo­wa­łam od­wo­łać swój nie­tra­fiony żart.

- Po­do­bało mi się to. Ten po­ca­łu­nek prze­niósł mnie w inny świat. A mu­zyka i flirt... dzięki nim po­czu­łam się wy­jąt­kowa. I to, jak do mnie mó­wi­łeś... Ko­cham to - wy­szep­ta­łam ci­cho tuż przy jego ustach.

Nic nie od­po­wie­dział. Po­ca­ło­wał mnie za to po­woli, jakby nie­pew­nie. De­li­kat­nie gła­dził mnie po ple­cach.

- Przy to­bie je­stem nie­ostrożny - po­wie­dział ci­cho.

- To do­brze. Może to zdrowa od­miana? Ja lu­bię być nie­ostrożna - wes­tchnę­łam, po czym do­da­łam, prze­peł­niona na­dzieją po­mie­szaną z lę­kiem: - Ile ko­biet spało w tym łóżku?

Za­śmiał się cierpko.

- Ani jedna. Ku­pi­łem je parę lat temu na au­kcji we Wło­szech.

- Z kimś wtedy rand­ko­wa­łeś?

- Tak.

Pa­trzył na mnie po­waż­nie. Prze­ło­żył mnie z po­wro­tem na bok i ujął moje dło­nie.

- Do­ris.

- Tak? - za­py­ta­łam, prze­czu­wa­jąc, że za chwilę po­wie coś smut­nego.

- Może mo­gli­by­śmy spró­bo­wać, ale... wiara jest w moim ży­ciu naj­waż­niej­sza. I ciężko pra­co­wa­łem, żeby być tu, gdzie je­stem. Może źle to za­brzmi, jed­nak czuję, że ucie­le­śniam inne po­ko­le­nie, inny spo­sób my­śle­nia niż wielu star­szych ode mnie pa­sto­rów i bi­sku­pów. Może to znów próż­ność. Ale czuję, że w wielu spra­wach to ja mam ra­cję. Lu­dzie do mnie przy­cho­dzą, chcą ze mną roz­ma­wiać. Wie­dzą, że ich zro­zu­miem.

- Tak... - nie zdo­ła­łam od­rzec nic wię­cej.

Wie­dzia­łam, co po­wie. Ści­snął moje dło­nie i pa­trzył na mnie tak in­ten­syw­nie, że zie­lone punk­ciki w jego oczach zda­wały się błysz­czeć.

- Świa­do­mie ro­bię różne rze­czy, które wstrzą­sają Ko­ścio­łem, ale prze­cież nie cho­dzi mi o to, by go wy­bu­rzyć. Chcę je­dy­nie mieć na niego wpływ. Za to ty... Ty wpły­wasz na mnie, i to tak bar­dzo, że nie mogę so­bie z tym po­ra­dzić. Może dla­tego za­pro­si­łem tu­taj Jenni. Chcia­łem w końcu zdać so­bie sprawę, że jej to­wa­rzy­stwo jest dla mnie do­bre. Że obu­dzę się z tego dziw­nego... sza­leń­stwa. Jed­nak, jak wi­dać, to nie ta­kie pro­ste. Co mam więc zro­bić? Gdy­bym się te­raz z tobą zwią­zał, zo­stał­bym ska­zany bez sądu. Nie na­le­żysz do Ko­ścioła, nie je­steś chrze­ści­janką, no i twoje zwy­czaje... Nie są ta­jem­nicą.

- Ja­kie zwy­czaje? - Nie po­tra­fi­łam chyba ukryć prze­ra­że­nia.

Czy on wie­dział o rzu­ca­niu gów­nem?

- Cóż, je­steś znana z bo­ga­tego ży­cia sek­su­al­nego. Upra­wia­łaś seks z kil­koma pra­cow­ni­kami mo­jego wy­działu. Otwar­cie kpisz z in­sty­tu­cji mał­żeń­stwa. Roz­gła­szasz, że pro­blem prze­lud­nie­nia świata mógłby zo­stać roz­wią­zany po­przez ste­ry­li­za­cję ko­biet i za­prze­sta­nie roz­mna­ża­nia. Że zwol­nie­nie Ko­ścioła z obo­wiązku od­pro­wa­dza­nia po­datku do­cho­do­wego po­winno zo­stać znie­sione. Że wie­rzący iry­tują, bo uwa­żają się za lep­szych od in­nych.

Bez­rad­nie otwo­rzy­łam usta. Wszystko to było zgodne prawdą. Nic dziw­nego, że wszy­scy wie­dzieli o moim wy­bu­ja­łym ży­ciu ero­tycz­nym, skoro cią­gle o nim opo­wia­da­łam - zwłasz­cza pod wpły­wem al­ko­holu. Zresztą, na trzeźwo także. Ale je­śli cho­dzi o te przy­to­czone po­glądy, to nie wy­gła­sza­łam ich pu­blicz­nie już od paru lat.

- Kto...

- Je­den pro­boszcz i je­den ksiądz mi opo­wie­dzieli. Nie wy­py­ty­wa­łem o cie­bie, do­póki nie na­pi­sa­łaś do mnie w spra­wie pracy ma­gi­ster­skiej. Sama wi­dzisz, jak bar­dzo się od sie­bie róż­nimy.

Chcia­łam po­wie­dzieć coś na swoja obronę. Nie mia­łam za­miaru kła­mać, zwłasz­cza że karty już zo­stały roz­dane.

- Nie­któ­rzy wie­rzący na­prawdę uwa­żają się za lep­szych od in­nych. Oczy­wi­ście nie wszy­scy. Ale nie­któ­rzy tak. Po­dob­nie jak zwo­len­nicy róż­nych par­tii twier­dzą cza­sem, że tylko oni mają ra­cję. Je­śli zaś cho­dzi o opo­dat­ko­wa­nie, to wiem, że Ko­ściół robi wiele do­brego dla lu­dzi w trud­nej sy­tu­acji ma­te­rial­nej, i tro­chę zła­go­dzi­łam swój po­gląd na tę kwe­stię. Zmie­ni­łam też zda­nie na te­mat mał­żeń­stwa i po­sia­da­nia dzieci. Zro­zu­mia­łam, że wła­śnie to praw­dzi­wie uszczę­śli­wia lu­dzi. Mi­łość i dzieci. Zro­zu­mia­łam, że prze­ma­wiała przeze mnie za­zdrość.

Wie­dzia­łam, że nie ma już dla mnie na­dziei, ale pod­nio­słam wzrok na Vol­tera i po­wie­dzia­łam po­waż­nie:

- Do­łą­czę do Ko­ścioła. Może nie je­stem prze­ko­nana, że wiara chrze­ści­jań­ska jest tą je­dyną wła­ściwą, ale...

- To nie o to cho­dzi. Nie chcę, że­byś do­łą­czyła do Ko­ścioła bez praw­dzi­wego prze­ko­na­nia o słusz­no­ści swo­jej de­cy­zji. Cho­dzi ra­czej o to, jak bym wy­glą­dał, gdy­bym na­gle za­czął po­ka­zy­wać się z tobą pu­blicz­nie. Być może za­prze­pa­ścił­bym w ten spo­sób szansę na osią­gnię­cie ce­lów, do któ­rych dążę w Ko­ściele.

Mia­łam wra­że­nie, że usta wy­peł­niają mi się kwa­sem, kiedy od­rze­kłam:

- Już za­czą­łeś.

Ob­ró­cił mnie na plecy, a po­tem na drugi bok. Przy­tu­lił się do mnie od tyłu.

- Ro­zu­miesz mnie? - wy­szep­tał, cho­wa­jąc twarz w mo­ich wło­sach.

Tak bar­dzo chciało mi się pła­kać. Prze­łknę­łam łzy i od­po­wie­dzia­łam:

- Tak... Ale... Daj mi cho­ciaż kilka dni.

- Dam ci tyle czasu, ile po­trzeba, bym kie­ro­wał twoją pracą. Może tak na­prawdę łą­czy nas tylko fi­zyczny po­ciąg, który się wy­pali...

- Nie - od­po­wie­dzia­łam z nie­zbitą pew­no­ścią.

Gło­sem god­nym ko­goś, kto wła­śnie się na­wró­cił.

- Moż­liwe, że jed­nak tak. A gdyby na­wet tak nie było, to i tak bra­kuje mię­dzy nami rów­no­wagi... A to spra­wia, że czuję się przy to­bie pi­jany. Nie pa­nuję nad tym, co ro­bię i mó­wię...

Za­mknę­łam oczy i wy­szep­ta­łam:

- Prze­pra­szam, że jest mi z tym tak do­brze. Tak do­brze. Mimo braku... rów­no­wagi.

***

Na­stęp­nego ranka uśmiech­nę­łam się do sie­bie, kiedy tuż po otwar­ciu oczu uj­rza­łam śpią­cego męż­czy­znę. Z przy­jem­no­ścią gła­dzi­łam pal­cami jego klatkę pier­siową i po­zwo­li­łam łydce prze­su­wać się le­ni­wie po jego udzie.

Może Vol­ter my­ślał, że je­dyną re­ceptą na wy­le­cze­nie się ze mnie jest po pro­stu za­spo­ka­ja­nie żą­dzy, aż do skutku? Przez chwilę roz­ko­szo­wa­łam się tą my­ślą, ale za­raz po­ja­wił się w mo­jej gło­wie ci­chy, cy­niczny głos roz­sądku. Ostro ro­ze­rwał cie­plutką, słodką ba­nieczkę, w któ­rej było mi tak do­brze. Cał­kiem moż­liwe, że ma ra­cję.

Po­czu­łam, jak za­ci­ska mi się gar­dło. Może na­prawdę uda mu się ze mnie wy­le­czyć. Kto wie, może na­wet wcze­śniej, niż prze­wi­dy­wał? Może bę­dzie miał mnie dość, za­nim skoń­czymy pracę nad moją ma­gi­sterką? Prze­cież to, że by­łam tak za­dzi­wia­jąca pewna trwa­ło­ści swo­ich uczuć, wcale nie ozna­czało, że i on do­świad­czał tego sa­mego.

Może była to kara dla mnie przy­go­to­wana przez ja­kąś istotę wyż­szą?

Przy­po­mnia­łam so­bie kilku męż­czyzn, któ­rzy pró­bo­wali utrzy­my­wać ze mną dłuż­szą re­la­cję po spę­dze­niu ra­zem jed­nej nocy. Jacy wy­da­wali mi się ża­ło­śni. Nie by­łam dla nich zbyt miła. Ni­gdy żad­nego ce­lowo nie ob­ra­zi­łam, ale kiedy te­le­fony, wia­do­mo­ści i za­pro­sze­nia na randki sta­wały się zbyt upier­dliwe, wprost oznaj­mia­łam, co my­ślę o spo­ty­ka­niu się na po­waż­nie.

Spa­ni­ko­wa­łam i po­czu­łam, że mu­szę obu­dzić Vol­tera. Po­gła­dzi­łam szorstki od za­ro­stu po­li­czek, wpa­try­wa­łam się wy­cze­ku­jąco w za­mknięte oczy i w końcu go po­ca­ło­wa­łam. Naj­pierw w po­li­czek, po­tem w usta.

Męż­czy­zna po­ru­szył się i po­woli roz­chy­lił po­wieki i wargi.

- Łasa z cie­bie dziew­czynka - szep­nął z uśmie­chem, wciąż za­spany, i de­li­kat­nie ści­snął moją pierś.

Po­czu­łam ulgę. Vol­ter wsu­nął ko­lana mię­dzy moje uda i wy­szep­tał mi coś do ucha. Coś jakby je­dyna? A może ra­czej jesz­cze raz? Chcia­łam usta­lić, co po­wie­dział, ale kiedy usta Vol­tera przy­bli­żyły się do mo­ich, a jego ręka za­częła prze­su­wać się po moim udzie, se­man­tyka wy­dała mi się na­gle o wiele mniej istotna.

Wo­dził ustami po moim ciele i ro­bił to ina­czej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Nie­mal z czcią. Wsu­nął ję­zyk w moje kro­cze i pie­ścił piersi dłońmi, a kiedy bez­rad­nie jęk­nę­łam i po­cią­gnę­łam go de­li­kat­nie za ciem­no­szare włosy, wstał i wszedł we mnie tak czule, że po­łą­czyły się nie tylko na­sze ciała, ale i du­sze.

Wstrzą­sały mną dresz­cze, gdy po­żą­da­nie, mi­łość i smu­tek po­łą­czyły się w jedno. Przy­war­łam ca­łym cia­łem do Vol­tera i wy­po­wie­dzia­łam słowa, które ni­gdy nie po­winny paść. Wy­strze­liły jed­nak z mo­ich ust, nie­pro­szone - słowa z książki, którą czy­ta­łam tylko wtedy, gdy wy­ma­gały tego ode mnie stu­dia.

Mi­łość bo­wiem jest mocna jak śmierć, na­mięt­ność nie­ugięta ni­czym świat umar­łych. Jej żar to żar ognia, to pło­mień Pana. Wiel­kie wody nie uga­szą mi­ło­ści ani stru­mie­nie jej nie za­leją.

Z głębi mo­ich trzewi wy­do­był się płytki, mroczny, zdu­szony krzyk. Mia­łam wra­że­nie, że oplata mnie ja­kaś sieć, która za­ci­ska się i unie­moż­li­wia od­dy­cha­nie. Or­gazm spły­nął na mnie z siłą wo­do­spadu. Za­lała mnie fala speł­nie­nia. Ni­gdy wcze­śniej nie czu­łam ta­kiej jed­no­ści z drugą osobą i tego cze­goś... o czym wie­dzia­łam, że ist­nieje, ale czego nie po­tra­fi­łam do­świad­czyć. Moje ciało tań­czyło jesz­cze chwilę pod cia­łem Vol­tera, do­ma­ga­jąc się od­po­wie­dzi.

W końcu ją otrzy­mało. Vol­ter gwał­tow­nie wy­try­snął we mnie, jedną ręką ści­ska­jąc moje udo, a drugą włosy. Jego długi krzyk śli­zgał się i wi­ro­wał po po­koju, aż prze­obra­ził się w gło­śne wes­tchnie­nie. Po­czu­łam wil­goć na po­licz­kach, a po­tem na szyi, gdy Vol­ter przy­ci­snął do niej twarz. Wtedy zro­zu­mia­łam, że z nas dwojga to on był bar­dziej za­gu­biony.

Kiedy otrzą­snął się z pierw­szego szoku, ob­ró­cił się do mnie i pró­bu­jąc po­ta­jem­nie otrzeć łzy, po­wie­dział ochry­ple:

- Może po­win­ni­śmy się za­jąć twoją pracą ma­gi­ster­ską. Ju­tro nie będę miał czasu.

Pierw­szy raz w ży­ciu upra­wia­łam seks z mi­ło­ści i pró­bo­wa­łam się po tym po­zbie­rać. W prze­ci­wień­stwie do Vol­tera wcale nie sta­ra­łam się ukryć łez.

- Do­brze, zaj­miemy się ma­gi­sterką, a ju­tro pój­dziesz do pracy. Ale nic nie zmieni faktu, że wła­śnie się ze mną ko­cha­łeś.

Od­wró­ci­łam głowę i po­pa­trzy­łam w jego wil­gotne oczy i usta, które chyba chciały coś po­wie­dzieć.

- Prze­stań - po­pro­sił zdu­szo­nym gło­sem.

Prze­su­nę­łam spoj­rze­nie na kru­cy­fiks.

- Nie będę tego po­wta­rzać. Ale je­śli ten sym­bol na ścia­nie coś dla cie­bie zna­czy, to nie mo­żesz się dłu­żej oszu­ki­wać. Bo ten gość na­prawdę wie­dział, czym jest mi­łość. Je­śli była tylko jedna rzecz, na któ­rej się znał, to była to wła­śnie mi­łość. Po pro­stu.

Roz­dział 8

Po­szłam do ła­zienki. Kiedy za­krę­ca­łam wodę pod prysz­ni­cem, Vol­ter wciąż jesz­cze le­żał w łóżku. Mia­łam na­dzieję, że do mnie do­łą­czy i przy­naj­mniej przy­tuli, ale nie zro­bił tego. Da­łam mu na to cał­kiem sporo czasu. Wy­star­czy.

Opa­tu­li­łam się du­żym, czar­nym ręcz­ni­kiem. Kiedy ubie­ra­łam się w ga­bi­ne­cie, usły­sza­łam dźwięk pusz­cza­nej wody. Po­czu­łam chęć ucieczki, tak jak ostat­nio. Zo­sta­łam jed­nak. Przy­naj­mniej na ra­zie. Stwier­dzi­łam, że skoro tu je­stem, po­win­nam sko­rzy­stać przy­naj­mniej z jego po­mocy w pi­sa­niu pracy. Chcia­łam też przed odej­ściem po­wie­dzieć mu kilka słów, które przy­szły mi do głowy, kiedy sta­łam pod prysz­ni­cem.

Wła­śnie wle­wa­łam so­bie kawy do du­żego kubka, kiedy usły­sza­łam za sobą kroki Vol­tera. Spo­koj­nie do­la­łam mleka. Nie ża­ło­wa­łam też cu­kru. Nie dzi­siaj.

- Na co masz ochotę? - za­py­tał grzecz­nie. Otwo­rzył szafkę i za­czął wy­li­czać: - Mam płatki, chleb, w lo­dówce jest jo­gurt...

- Nie je­stem głodna.

Do­piero te­raz omio­tłam pod­łogę wzro­kiem i zda­łam so­bie sprawę, że cały wczo­raj­szy ba­ła­gan znik­nął. Vol­ter mu­siał tu­taj po­sprzą­tać w nocy albo nad ra­nem. Sprząt­nął swój baj­zel.

- A może lu­bisz owsiankę?

- Nie. Poza tym zwy­kle nie jem śnia­da­nia - od­par­łam.

- Mówi się, że to nie­zdrowo - mruk­nął.

- Po­dobno. Co nie zmie­nia faktu, że je­stem zdrowa jak ryba. Nie ob­cho­dzi mnie zbyt­nio, co się mówi. - Przy­tyk w jego stronę wy­rwał mi się ja­koś nie­pla­no­wa­nie.

Czu­łam, że gro­ma­dzi się we mnie uraza i nie­za­do­wo­le­nie, które trudno było mi za­trzy­mać dla sie­bie. Zer­k­nę­łam na Vol­tera. Wy­da­wał się bar­dzo zmę­czony. Pew­nie w du­żej mie­rze dla­tego, że nie po­spa­li­śmy zbyt długo - znowu. Ale od­bi­ja­jące się na jego twa­rzy i w ru­chach wy­czer­pa­nie mu­siało wy­ni­kać z cze­goś jesz­cze. Nie mo­gło być spo­wo­do­wane je­dy­nie dwiema no­cami prze­peł­nio­nymi bo­skim sek­sem. Zbli­żył dłoń do twa­rzy i prze­tarł oczy.

- Pró­bo­wa­łem wczo­raj wy­ja­śnić...

- A ja cię wy­słu­cha­łam. Cóż mogę ci po­wie­dzieć? Ro­zu­miem - od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nie. Spo­koju jed­nak nie czu­łam. - Usiądę już do kom­pu­tera. Smacz­nego.

Dość szybko udało mi się do­brze wejść w rytm pracy. Ja­kieś pół go­dziny póź­niej Vol­ter do mnie do­łą­czył. Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­łam się, by co chwilę na niego nie zer­kać. Miał na so­bie ja­sne dżinsy i biały pod­ko­szu­lek bez rę­ka­wów. Wy­glą­dał bar­dzo sek­sow­nie. Ubra­nia wspa­niale opi­nały jego umię­śnione ciało. Wy­da­wało mi się, że od czasu do czasu on też mi się przy­glą­dał. Czu­łam na so­bie jego wzrok. Na twa­rzy, szyi, pier­siach. Wszę­dzie. Na­wet na pal­cach.

Za­da­wa­łam mu rze­czowe py­ta­nia, a on od­po­wia­dał jak au­to­mat. Roz­ma­wia­li­śmy o hi­sto­rii Bi­blii, róż­ni­cach w tłu­ma­cze­niach, wy­bo­rach tek­stów...

- Do dziś uważa się, że zwią­zek mał­żeń­ski przed­sta­wia się w Bi­blii jako ide­alny spo­sób na ży­cie. Prawda jest jed­nak taka, że jest tam rów­nież wiele frag­men­tów re­pre­zen­tu­ją­cych nieco inny punkt wi­dze­nia. Nie­które da­łoby się zin­ter­pre­to­wać tak, że mał­żeń­stwa na­leży uni­kać. Je­śli chcia­ła­byś zna­leźć w Bi­blii jedno sta­no­wi­sko na te­mat tego, w jaki spo­sób czło­wiek po­wi­nien re­ali­zo­wać swoje po­trzeby sek­su­alne, to, nie­stety, bę­dziesz ska­zana na po­rażkę - stwier­dził na ko­niec. - Mo­gła­byś na­pi­sać o tym we wstę­pie - po­ra­dził i wziął Bi­blię do ręki.

- Oczy­wi­ście za­mie­rza­łam na­pi­sać o idei mał­żeń­stwa przed­sta­wia­nej w Pi­śmie Świę­tym, ale... no cóż, nie je­stem może naj­lot­niej­szą stu­dentką. Oczy­wi­ście mam ja­kąś wzmiankę o po­li­ga­mii, ale je­śli jest coś jesz­cze...

- Przede wszyst­kim mu­sisz w swo­jej pracy pod­kre­ślić to, że tek­sty, które we­szły w skład Bi­blii, były pi­sane w róż­nych cza­sach i w róż­nych kon­tek­stach kul­tu­ro­wych. Spró­buj do­brze to ująć. Zer­knę póź­niej na te frag­menty i ci do­ra­dzę - po­wie­dział Vol­ter nieco cie­plej­szym gło­sem.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Nie zda­wa­łam so­bie sprawy, że pro­wa­dzi­li­śmy tę grzeczną, kon­tro­lo­waną roz­mowę już od czte­rech go­dzin. W kuchni po­czu­łam, że Vol­ter jakby za­mknął się w so­bie. Bez trudu cią­gnął jed­nak dys­ku­sję do­ty­czącą mo­ich ba­dań. Po­my­śla­łam, że był na­prawdę wy­jąt­kową osobą. Po­tra­fił odło­żyć swoje uczu­cia na bok i w mig wejść w kon­kretną rolę. Dla­tego był ta­kim do­brym pa­sto­rem. A te­raz na do­da­tek pro­mo­to­rem mo­jej pracy ma­gi­ster­skiej.

Za­pi­sa­łam pliki, w któ­rych ro­bi­łam no­tatki, i za­mknę­łam kom­pu­ter. To by było na tyle.

- Zro­biło się późno - rze­kłam ci­cho.

- Może pój­dziemy coś zjeść? Ja za­pra­szam.

- Chyba bę­dzie le­piej, je­śli wrócę do domu - po­wie­dzia­łam ła­mią­cym się gło­sem.

- Do­ris, nie mu­sisz jesz­cze wy­jeż­dżać. Wiesz o tym.

- Wiem. Ale chyba nie mam dziś na to siły.

Za­pa­dła nie­zręczna ci­sza. W końcu prze­rwał ją Vol­ter:

- Wiesz, jak na­zywa się po an­giel­sku go­niec w sza­chach?

Zdzi­wiła mnie ta zmiana te­matu. Vol­ter wbi­jał wzrok w trzy­maną w rę­kach Bi­blię, a kiedy nie od­po­wia­da­łam, po­wie­dział głu­cho:

- Bi­shop. Bi­skup. Nie jest to ja­koś wy­jąt­kowo silna fi­gura. Po­ru­sza się tylko po sko­sie...

Nie ro­zu­mia­łam, co chce przez to po­wie­dzieć, ale wy­czy­ta­łam z jego twa­rzy, że nie ma zbyt opty­mi­stycz­nych prze­my­śleń.

- Znam ru­chy gońca - od­par­łam.

- Po­myśl tylko, Do­ris. Na­wet naj­zwy­klej­szy pio­nek, naj­mniej warta fi­gura na ca­łej sza­chow­nicy, może cza­sem za­gro­zić kró­lo­wej. Kró­lo­wej, która może się po­ru­szać, gdzie chce. Naj­po­tęż­niej­szej fi­gu­rze. Ale nie go­niec. To ja nim je­stem, Do­ris. A ty je­steś kró­lową. Za­kres ru­chów do­zwo­lo­nych dla mnie jest o wiele mniej­szy niż tych, które przy­słu­gują to­bie. To­bie i in­nym.

- Nie gry­wam w sza­chy, ale wiem, że wy­ma­gają lo­gicz­nego my­śle­nia. Coś w sam raz dla po­li­tyka ta­kiego jak ty.

- Nie je­stem po­li­ty­kiem, je­stem...

- Bi­sku­pem - do­koń­czy­łam ostro. - Jed­nak spo­sób, w jaki sta­wiasz sprawy, nada­wałby się do prze­mó­wie­nia po­li­tycz­nego. Skoro je­stem kró­lową, to wy­cho­dzę. Wra­cam do domu.

Vol­ter wstał szybko i sta­nął przy drzwiach, co ozna­czało, że mu­sia­łam się z nim mi­nąć.

- Nie wy­chodź w zło­ści tak jak ostat­nio. Pro­szę.

Wbi­łam wzrok w starą drew­nianą pod­łogę i ode­tchnę­łam głę­boko.

- Nie je­stem zła. Je­stem nie­szczę­śliwa. Nie­szczę­śliwa i prze­ra­żona. Boję się, że od­trą­cisz mnie tylko dla­tego, że w oczach two­ich ko­ściel­nych zna­jo­mych coś jest ze mną nie tak. Cho­ciaż wie­dzą na mój te­mat tak nie­wiele. Zresztą, prze­cież tu na­wet nie o mnie cho­dzi, tylko o twoje prio­ry­tety.

Ostat­nie słowa za­brzmiały gorzko. Wi­dzia­łam, jak Vol­ter drgnął na dźwięk słowa "prio­ry­tety". Od­szedł od drzwi, po­bla­dły, i po­wie­dział:

- Z ni­kim in­nym nie prze­ży­łem tego, co z tobą.

- Wiem - od­rze­kłam. Nie zdo­ła­łam po­wie­dzieć nic wię­cej.

***

Ni­gdy wcze­śniej nie wpa­dła z ta­kim za­pa­łem w fer­wor na­uki. Całe dnie spę­dza­łam w bi­blio­tece, wy­ci­szony te­le­fon trzy­ma­jąc w ple­caku. Od­naj­do­wa­łam ja­kąś per­wer­syjną przy­jem­ność w tych lek­kich tor­tu­rach. Ja, zwy­kle po­zba­wiona prze­sad­nej sa­mo­kon­troli, uczy­łam się jej w chwili prze­ży­wa­nia naj­więk­szej tra­ge­dii mo­jego ży­cia.

Bo tym wła­śnie był dla mnie Vol­ter. Świą­ty­nia Kryszny i moi ża­ło­śni ro­dzice na­wet nie mo­gli się z nim rów­nać. Pła­ka­łam ze wstydu każ­dej nocy, czy­ta­jąc wia­do­mo­ści od Vol­tera. W ciągu dnia zu­ży­wa­łam ogromne po­kłady sil­nej woli, aby ich nie otwie­rać. Nie było w tych wia­do­mo­ściach nic cie­ka­wego. Tylko li­te­ra­tura źró­dłowa, py­ta­nia zwią­zane z ty­tu­łem mo­jej pracy ma­gi­ster­skiej i za­le­d­wie od czasu do czasu rzu­cone: Co u cie­bie?

Kiedy na po­czątku ty­go­dnia Vol­ter za­su­ge­ro­wał, że­by­śmy spo­tkali się po­now­nie w week­end, stwier­dzi­łam, że nie je­stem jesz­cze na to go­towa. Wie­dzia­łam, że po pew­nym cza­sie uda mi się przy­jąć rolę wy­łącz­nie stu­dentki, je­śli bę­dzie to je­dyna szansa na spo­tka­nie z Vol­te­rem. Po­trze­bo­wa­łam jed­nak tro­chę wię­cej czasu po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzyło. Okła­ma­łam Vol­tera, że w week­end od­wie­dza mnie przy­ja­ciółka. Po­my­śla­łam, że prze­cież on okła­muje mnie o wiele bar­dziej niż ja jego, więc moje wła­sne le­go­wi­sko nie było wiel­kim grze­chem. Od­po­wiedź za­jęła mu dwie go­dziny.

Może w ta­kim ra­zie po­roz­ma­wiamy on­line?

Od­pi­sa­łam, że mam już bar­dzo dużo pla­nów i że chcia­ła­bym mieć też czas na prze­czy­ta­nie ostat­niej wer­sji mo­jej pracy ma­gi­ster­skiej i prze­my­śle­nie, czego jesz­cze w niej bra­kuje. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie za­pro­sić mo­jej przy­ja­ciółki Heli na piwo. A może po­win­nam umó­wić się z ja­kimś fa­ce­tem? Albo za­pro­sić ko­goś do sie­bie? Zre­zy­gno­wa­łam jed­nak z po­my­słu upra­wia­nia przy­god­nego seksu, bo na samą myśl o tym prze­biegł mi po ple­cach dreszcz obrzy­dze­nia. Może kie­dyś przyj­dzie czas i na to...

Heli z ra­do­ścią przy­jęła za­pro­sze­nie na piwko. Usta­li­ły­śmy, że wpad­nie po mnie około szó­stej i ra­zem pój­dziemy do baru. Ode­tchnę­łam z ulgą - przy­naj­mniej jedna noc upły­nie w przy­jem­nym gwa­rze, z dala od upo­rczy­wych my­śli o Vol­te­rze.

Kiedy w pią­tek wró­ci­łam do domu z bi­blio­teki, po­sta­no­wi­łam ubrać się tak, by wy­glą­dać wy­jąt­kowo atrak­cyj­nie. Rów­nie atrak­cyj­nie jak w czar­nej skó­rza­nej mini. Tej nie by­łam jed­nak w sta­nie wło­żyć.

Kto wie, może spo­tkam dziś ko­goś, kto za­stąpi mi Vol­tera? Ni­gdy nie wie­rzy­łam, że każdy czło­wiek ma gdzieś na świe­cie swoją drugą po­łówkę. Do­sko­nale zda­wa­łam so­bie sprawę z tego, że Vol­ter nie jest moją je­dyną opcją. A już na pewno nie naj­lep­szą. Mu­szę o tym pa­mię­tać - po­my­śla­łam.

Oczy­wi­ście nie na­sta­wia­łam się, że aku­rat tego wie­czoru po­znam ko­goś in­te­re­su­ją­cego, ale mo­głem przy­naj­mniej spró­bo­wać po­flir­to­wać. By­łam tak przy­bita, że nie­winny flirt może po­sta­wiłby mnie na nogi. Piwo lub wino, flirt i bab­skie roz­mowy. Wie­czór za­po­wia­dał się świet­nie.

Nie mo­głam się go do­cze­kać, więc przy­go­to­wa­nia roz­po­czę­łam już o pią­tej. Po­sta­no­wi­łam zo­sta­wić roz­pusz­czone włosy. Wy­su­szy­łam je, żeby pięk­nie opa­dały mi na ło­patki. Po­tem wło­ży­łam czer­woną mi­ni­spód­niczkę. Nie była aż tak krótka jak mój nowy nie­bie­ski na­by­tek, ale rów­nie ład­nie pod­kre­ślała kształty i ko­kie­te­ryj­nie od­sła­niała uda. Na górę wło­ży­łam ku­piony w Turku od­ważny czer­wony sta­nik, a na to szy­fo­nową ko­szulę bez rę­ka­wów. Po obu stro­nach miała ładne fal­banki i była lekko prze­świ­tu­jąca. Wy­glą­dało to bar­dzo ku­sząco.

Po­my­śla­łam, że je­śli wy­piję wy­star­cza­jąco dużo, z ła­two­ścią za­cią­gnę ko­goś do łóżka. Wie­dzia­łam, że seks po pi­jaku nie był naj­lep­szym po­my­słem, ale może... Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie dzwo­nek do drzwi. Ktoś na­ci­skał go upar­cie. Raz, drugi, trzeci... Czyżby Heli coś się stało? A może już jest pod­pita? Po­de­szłam z uśmie­chem, żeby otwo­rzyć.

- Co ty, do cho­lery...

Głos uwiązł mi w gar­dle, kiedy w drzwiach zo­ba­czy­łam Vol­tera. Wszedł pew­nie do środka i za­mknął za sobą. Włosy w nie­ła­dzie, ciem­no­zie­lona twe­edowa ma­ry­narka, czarna ko­szulka polo pod spodem... Ciem­no­zie­lone spodnie. Wy­glą­dał jak aka­de­micki bóg seksu.

Bar­dzo pod­nie­ca­jąco. Bar­dzo.

Spoj­rza­łam mu w oczy. Były zmę­czone. Na szczęce miał wi­doczny za­rost, jakby od kilku dni nie za­wra­cał so­bie głowy go­le­niem. Za­ci­śnięte ze zło­ści usta ukła­dały się w cie­niutką li­nię.

- No i gdzie ta twoja przy­ja­ciółka? Chyba nie wy­sła­łaś jej sa­mej na mia­sto?

- Skąd znasz mój ad­res? - za­py­ta­łam ostro.

- My­ślisz, że zna­le­zie­nie two­jego ad­resu sta­no­wiło dla mnie ja­ki­kol­wiek pro­blem?

- To moje po­ufne dane. Je­śli to Tarja, to...

- Je­stem twoim pro­mo­to­rem. Może chcia­łem wy­słać ci coś pocztą? Na przy­kład ja­kąś książkę. Wy­star­czyło po­wie­dzieć, że aku­rat nie od­bie­rasz te­le­fonu. Co zresztą jest prawdą! No, gdzie ta ko­le­żanka? - do­py­ty­wał Vol­ter, roz­glą­da­jąc się po mo­jej ma­lut­kiej ka­wa­lerce.

Wy­da­wała mi się te­raz jesz­cze mniej­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści. Zro­bi­łam krok do tyłu i po­sta­no­wi­łam grać na zwłokę.

- Nie ma jej, aku­rat wy­szła...

- Tak? Mu­siała wyjść na chwilę wła­śnie te­raz, kiedy ty je­steś już cał­kiem go­towa? Po­winna być te­raz tu­taj, ubie­rać się i ma­lo­wać. Chyba że ta przy­ja­ciółka to tak na­prawdę ja­kiś nowy fa­cet - wark­nął.

Wy­bu­chła we mnie wście­kłość, która za chwilę po­pły­nęła w mo­ich ży­łach. Aż za­hu­czało mi w gło­wie.

- Jak śmiesz?! - wrza­snę­łam.

Vol­ter na­wet tego nie sły­szał. Jak gdyby ni­gdy nic od­su­nął mnie na bok i prze­ma­sze­ro­wał przez śro­dek mo­jego ma­łego miesz­ka­nia. Nie było tu wiele do zo­ba­cze­nia. Stu­dio z anek­sem ku­chen­nym i małą ła­zienką. Dla każ­dego przy zdro­wych zmy­słach było oczy­wi­ste, że nie znaj­dzie tu ni­kogo oprócz mnie. Żad­nych wa­li­zek, do­dat­ko­wych ubrań, po­dwój­nych na­czyń na bla­cie. Vol­ter nie był jed­nak usa­tys­fak­cjo­no­wany. Do­padł do drzwi ła­zienki, otwo­rzył je i od­wró­cił się, by spoj­rzeć na mnie oskar­ży­ciel­sko. By­łam w szoku.

- Wy­cho­dzi z cie­bie ja­kiś pie­przony ge­sta­po­wiec! Co z tobą nie tak?

- Nikt do cie­bie nie przy­je­chał! - Na­dal nie zwra­cał uwagi na to, co mó­wię.

Skrzy­żo­wa­łam ra­miona na pier­siach.

- Nie! I co z tego? Wła­śnie wy­cho­dzę, żeby się tro­chę za­ba­wić, i nie mam ochoty na aka­de­mic­kie dys­ku­sje z bi­sku­pami. A zwłasz­cza jed­nym, który cho­dzi w ob­sra­nych spodniach z po­wodu ja­kichś sta­rych plo­tek! Bo chyba zda­jesz so­bie sprawę, że wła­śnie to od­róż­nia cię naj­bar­dziej od in­nych ja­śnie wiel­moż­nych eks­ce­len­cji?

Vol­ter sta­nął jak wryty. Za­ci­snął dło­nie w pię­ści. Twarz mu po­ciem­niała.

- Do­sko­nale zdaję so­bie sprawę ze swo­jej po­zy­cji - syk­nął.

Na­wet nie drgnę­łam.

- Po­zy­cja. Znowu to samo. Świetna po­zy­cja. Ważna po­zy­cja. Nie­za­stą­piona. Wiesz co, chyba je­steś ty­pem ka­zno­dziei, któ­rego naj­le­piej okre­śla słowo ob­łudny. Można by­łoby też po­wie­dzieć o to­bie: nie wszystko złoto, co się świeci. Grasz ta­kiego cie­płego i wy­ro­zu­mia­łego pa­ste­rza, ale osta­tecz­nie i tak naj­bar­dziej in­te­re­suje cię twoja po­zy­cja! I może jesz­cze te miłe ko­biety za gra­nicą, któ­rych mie­wasz, jak sam mó­wi­łeś, dzie­siątki!

Prze­rwa­łam swoją ty­radę, gdy Vol­ter zbli­żył się do mnie, ro­biąc je­den duży krok przez całe miesz­ka­nie. Nie do­tknął mnie, ale pod­szedł tak bli­sko, że in­stynk­tow­nie się cof­nę­łam, aż wpa­dłam na ścianę. Obiema rę­kami zła­pał mnie za nad­garstki, które uniósł i przy­ci­snął do ściany. Po­chy­lił głowę, by spoj­rzeć mi w twarz. Czu­łam, że lekko się trzę­sie.

- Idziesz na randkę. Nie okła­muj mnie. Ubra­łaś się tak, że nie mam co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści...

Vol­ter wy­da­wał się tak wście­kły, że nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby za­pa­liła mu się czu­pryna. Z ko­lei złość bu­zu­jąca w mo­ich ży­łach po­woli za­częła słab­nąć. Moją głowę wy­peł­niła ko­bieca mie­szanka przy­jem­no­ści, mi­ło­ści i po­żą­da­nia.

A więc Vol­ter my­ślał, że ukry­wam tu męż­czy­znę. Albo że mam za­miar się z kimś spo­tkać. Był za­zdro­sny. Tak sza­le­nie za­zdro­sny, że przy­je­chał tu z Turku, cho­ciaż na­wet nie miał pew­no­ści, czy je­stem w domu. Mimo że nie udało mu się dziś do mnie do­dzwo­nić. To prawda - tego ranka od­rzu­ci­łam jego po­łą­cze­nie.

Sta­ra­łam się za­cho­wać klasę. Przy­naj­mniej na po­zór. Sku­pi­łam się na gorz­kich chwi­lach mi­nio­nego week­endu, sta­ra­jąc się za­po­mnieć o tych naj­wspa­nial­szych. Od­par­łam:

- Je­steś sza­lony. Co cię, do dia­bła, ob­cho­dzi, czy idę na randkę? Da­łeś mi prze­cież ja­sno do zro­zu­mie­nia, że nie mo­żesz się ze mną zwią­zać. Więc może po­szłam za twoją radą i za­uwa­ży­łam pionka, któ­remu dzięki spry­towi udało się do­trzeć do kró­lo­wej! - ble­fo­wa­łam.

- No i do­brze! W ta­kim ra­zie ży­czę wam szczę­ścia!

Wpa­try­wa­li­śmy się w sie­bie bez tchu, roz­wście­czeni do gra­nic moż­li­wo­ści. Nie wiem, które z nas po­ru­szyło się pierw­sze. Było to jed­nak nie­unik­nione. Na­gro­ma­dzone mię­dzy nami na­mięt­ność, wście­kłość i tę­sk­nota mu­siały w końcu eks­plo­do­wać.

Łap­czy­wie wy­peł­ni­łam całą dłoń jego wło­sami, a drugą ręką przy­cią­gnę­łam go do sie­bie, chwy­ta­jąc za kurtkę. Vol­ter wy­mam­ro­tał coś nie­zro­zu­mia­łego. Palce jego jed­nej ręki także za­to­piły się w mo­ich wło­sach, drugą zaś za­chłan­nie ogar­niał moje po­śladki. Ca­ło­wa­li­śmy się po­żą­dli­wie. Z całą mocą przy­lgnę­łam ple­cami do ściany. Na­sze zęby ude­rzały o sie­bie, a kiedy moc­niej roz­chy­li­łam usta, Vol­ter do­słow­nie za­czął mnie po­że­rać. Po­woli na­kie­ro­wał mnie w stronę ka­napy. W końcu lekko mnie na nią rzu­cił.

Ode­tchnę­łam i pa­trzy­łam za­mglo­nym wzro­kiem, jak Vol­ter przede mną klęka.

- Po­wiedz prawdę. Jest ktoś inny?

Już nie wy­glą­dał na zde­ner­wo­wa­nego. Wy­da­wał się taki opusz­czony. Od­po­wie­dzia­łam to samo co wcze­śniej. Po pro­stu to wy­szep­ta­łam.

- Je­steś sza­lony.

Kiedy mina męż­czy­zny nie ule­gła żad­nej zmia­nie, po­chy­li­łam się i uję­łam jego twarz w dło­nie, gła­dząc po­liczki kciu­kami. Mu­sia­łam za­mru­gać, bo do oczu znów na­pły­nęły mi łzy. Kto to wi­dział tak pła­kać! I to z po­wodu fa­ceta. Ża­ło­sne.

- My­śla­łam, że je­steś tak in­te­li­gentny i sta­ran­nie wy­kształ­cony, że le­piej się nie da. Czy kilka dni temu da­łam ci od­czuć, że mam za­miar spo­ty­kać się z ja­kimś in­nym? - za­py­ta­łam.

- Wiem tylko, że nie chcia­łaś spo­tkać się ze mną. Na­wet on­line. W do­datku ta głu­pia wy­mówka z przy­ja­ciółką... I twój bez­tro­ski sto­su­nek do seksu... Na­prawdę się dzi­wisz, że za­da­łem to py­ta­nie?

- No tak. Czyli uzna­łeś, że je­stem jak Ma­ria Mag­da­lena. Zła­mane serce nie by­łoby żadną prze­szkodą, żeby rzu­cić się w ra­miona dru­giemu męż­czyź­nie.

Vol­ter za­mru­gał, a moje serce na­peł­niło się szczę­ściem, gdy zo­ba­czy­łam w jego oczach ulgę.

- Jako teo­lożka na pewno do­brze wiesz, że re­pu­ta­cja Ma­rii Mag­da­leny zo­stała ce­lowo nad­szarp­nięta. - Po­słał mi kpiący uśmiech i roz­piął górny gu­zik mo­jej ko­szuli.

- Mo­jej re­pu­ta­cji nikt nie mu­siał nad­szar­py­wać. Wszystko, co o mnie mó­wią, jest prawdą. W wa­szych krę­gach po­rów­nuje się mnie pew­nie do ja­kiejś ba­bi­loń­skiej dziwki.

Przy­ło­żył dłoń do mo­jego po­liczka. Druga ręka wciąż mo­co­wała się z ko­szulą.

- Tę­sk­ni­łem - wy­szep­tał Vol­ter i po­chy­lił się lekko, żeby znów ca­ło­wać moje czoło, usta, brodę...

Przy­ci­snę­łam czoło do jego czoła.

- Ja też. Ale nie mam za­miaru być twoim prze­lot­nym ro­man­sem - po­wie­dzia­łam gło­sem peł­nym emo­cji.

Vol­ter nic nie od­po­wie­dział. Tylko kiw­nął głową, pa­trząc na mnie po­waż­nie. Po­czu­łam przy­pływ na­dziei. Męż­czyź­nie udało się od­piąć drugi gu­zik.

- To ko­szula Vol­ter, nie żadna skom­pli­ko­wana za­gadka lo­giczna. Kiedy w końcu uda ci się ją roz­piąć?

Za­uwa­ży­łam, że jego spoj­rze­nie nie było już tak po­ważne, a po­kój wy­peł­nił się na­szym śmie­chem. Na­gle po­czu­łam trzask. Wi­docz­nie Vol­te­rowi znu­dziła się ta upier­dliwa walka z gu­zicz­kami i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie roz­piął ko­szulę siłą.

- No nie! Wiesz, ile ona kosz­to­wała?

- Ku­pię ci dzie­sięć ład­niej­szych, obie­cuję. Och, Boże Prze­naj­święt­szy! To ten sta­nik. Wciąż nie mogę za­po­mnieć wi­doku mo­jego krzyża na jego tle... I to w nim je­cha­łaś im­pre­zo­wać? No, no, bar­dzo nie­win­nie! - Wcale nie był z tego za­do­wo­lony.

Ze­rwa­łam twe­edową kurtkę z ra­mion Vol­tera i wy­ja­śni­łam drżą­cym gło­sem:

- Po pro­stu pa­so­wał ko­lo­rem do reszty stroju.

- Chciał­bym, że­byś ni­gdy ni­komu się w nim nie po­ka­zy­wała.

- O ile mi wia­domo, to nie je­stem twoją...

Męż­czy­zna zsu­nął ra­miączka sta­nika. Pie­ścił jedną pierś dło­nią, drugą zaś ca­ło­wał i ssał. Nie od­ry­wa­jąc ust od mo­jego ciała, pod­niósł mnie z ła­two­ścią i po­ło­żył na łóżku.

- Ile ono ma sze­ro­ko­ści? Pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów? - za­py­tał drwiąco.

- Sto dwa­dzie­ścia - od­po­wie­dzia­łam pół­przy­tom­nie. Po­zwo­li­łam swoim dło­niom błą­dzić po jego ple­cach.

- Pra­wie tra­fi­łem - od­parł. Usa­do­wił się wy­god­nie na łóżku i pod­cią­gnął moją spód­nicę.

Zmarsz­czył brwi, tak że utwo­rzyły jedną groźną kre­skę, kiedy zo­ba­czył poń­czo­chy na mo­ich udach. Wie­dzia­łam, jak bar­dzo spodo­bał mu się ten wi­dok. I wie­dzia­łam też, że był wście­kły na samą myśl, że mia­ła­bym tań­czyć w klu­bie w tak sek­sow­nej bie­liź­nie. Tylko ja by­łam świa­doma, że nie miał żad­nego po­wodu do obaw.

- Nie noś ta­kich rze­czy, chyba że...

- Czy w na­szej re­la­cji coś się zmie­niło? Czy przy­pad­kiem coś mi umknęło? - za­py­ta­łam cierpko.

- Zmie­niło się - po­wie­dział wprost i schy­lił się, żeby po­ca­ło­wać nagi ka­wa­łek skóry tuż nad poń­czo­chą.

Roz­chy­lił moje uda i ca­ło­wał ich we­wnętrzną część, tuż przy go­rą­cym, pul­su­ją­cym kro­czu. Stra­ci­łam po­czu­cie miej­sca i czasu. Pie­ścił rę­kami moje piersi, a ję­zy­kiem zbli­żał się do... do...

Coś za­dzwo­niło. Chcia­łam zi­gno­ro­wać ten dźwięk. Pod­cią­gnę­łam bio­dra w kie­runku twa­rzy Vol­tera. Po­nowny dzwo­nek.

- Chyba ktoś dzwoni do drzwi - mruk­nął i po­cią­gnął zę­bami za brzeg strin­gów, ku­pio­nych spe­cjal­nie dla niego.

Wy­star­czyło, że przez cie­niutki ma­te­riał po­czu­łam jego od­dech na war­gach sro­mo­wych. Znów za­czy­na­łam od­pły­wać. I znów za­dzwo­nił ten prze­klęty dzwo­nek. Ach, no tak! Heli!

- Po­cze­kaj... To moja ko­le­żanka. Mia­ły­śmy ra­zem wyjść na piwo.

Nie zdą­ży­łam nic wię­cej zro­bić, bo mnie uprze­dził. Pod­niósł się z ogrom­nym tru­dem z tego zbyt ma­łego dla nas dwojga łóżka, zro­bił parę kro­ków i już był przy drzwiach. Na­prędce ob­cią­gnę­łam spód­nicę i po­pra­wi­łam bluzkę. Kiedy po­de­szłam do drzwi, Vol­ter już tłu­ma­czył coś Heli, któ­rej oczy przy­po­mi­nały dwa wiel­kie brą­zowe spodki. Wi­dzia­łam, że pa­trzy na męż­czy­znę z po­dzi­wem. Ten zaś od­wró­cił głowę w moją stronę i spoj­rzał zna­cząco. Mu­sia­łam się mocno po­wstrzy­my­wać, żeby nie par­sk­nąć śmie­chem. Na twa­rzy miał roz­ma­zane ślady mo­jej szminki. Mój wy­gląd też mógł świad­czyć tylko o jed­nym.

- Jak by to po­wie­dzieć... - za­czę­łam. - Vol­ter wpadł na chwilę bez za­po­wie­dzi.

Heli prze­wró­ciła oczami. Wie­dzia­łam jed­nak, że także po­wstrzy­muje śmiech. Vol­ter się wy­co­fał, zdą­żył jed­nak rzu­cić mi szep­tem:

- Po­śpiesz się.

Kiedy tylko znik­nął z przed­po­koju, Heli wy­bu­chła:

- Ja pier­dolę, Do­ris! Kto to taki? Skąd wy­trza­snę­łaś tego sek­sow­nego ol­brzyma?

Heli nie stu­dio­wała ra­zem ze mną na wy­dziale. Praw­do­po­dob­nie nie miała na­wet po­ję­cia, ilu bi­sku­pów jest w Fin­lan­dii.

- Wiesz... To skom­pli­ko­wane - od­po­wie­dzia­łam.

- Nie wi­dzę tu­taj nic skom­pli­ko­wa­nego, moja droga. To twoja naj­now­sza zdo­bycz?

- Nie! To nie tak... - za­czę­łam się głu­pio plą­tać. - Słu­chaj, opo­wiem ci wszystko in­nym ra­zem. Dziś już nie uda mi się wyjść. Pa­suję. Sorry.

- Co ty po­wiesz! Ha, ha! No nic. Ro­zu­miem. Sanna i Valt­teri mieli ochotę do nas do­łą­czyć, więc pójdę z nimi. A ty zo­stań tu­taj ze swoim Go­lia­tem. Mam na­dzieję, że ja­koś się tu zmie­ści.

- Po­ra­dzimy so­bie. - Ro­ze­śmia­łam się. Heli spoj­rzała na mnie ze zdzi­wie­niem.

Mu­sia­łam chyba wy­glą­dać na... szczę­śliwą. Nie był to mój nor­malny stan. Po­że­gna­łam się po­spiesz­nie, za­mknę­łam za nią drzwi i wró­ci­łam do po­koju. Coś się zmie­niło! Vol­ter zdą­żył zro­bić małe prze­me­blo­wa­nie. Prze­su­nął ka­napę do kąta, wy­niósł sto­lik ka­wowy do kuchni, a na pod­ło­dze roz­ło­żył ma­te­rac z łóżka oraz wszyst­kie po­duszki, które le­żały na so­fie. Kiedy pa­trzy­łam na to wszystko oszo­ło­miona, męż­czy­zna uśmiech­nął się do mnie i oznaj­mił:

- Te­raz bra­kuje tu tylko cie­bie.

Pod­bie­głam do niego i za­rzu­ci­łam mu ręce na szyję.

- I cie­bie - wy­szep­ta­łam mu pro­sto do ucha. - Na go­lasa, pro­szę!

Vol­ter nie po­wie­dział już ani słowa. Z za­dzi­wia­jąca lek­ko­ścią opa­dli­śmy na ma­te­rac i po­duszki. Ścią­gnę­łam z niego ma­ry­narkę, a męż­czy­zna jed­nym moc­nym szarp­nię­ciem zdjął ko­szulkę. Za chwilę zna­lazł się nade mną.

To było ta­kie nie­do­sko­nałe i tak ide­alne jed­no­cze­śnie... Nie umia­łam tego wy­ja­śnić. Ciała po­now­nie wy­peł­niły się eks­plo­du­ją­cym po­żą­da­niem i szczę­ściem. Vol­ter bar­dzo szybko od­na­lazł wła­ściwą drogę pod moją spód­nicą. Jak na bi­skupa miał na­prawdę wprawne ru­chy!

Nie wie­dzia­łam, gdzie się po­działy strzępy mo­jej ko­szuli i sta­nika, nie mia­łam po­ję­cia, w któ­rym mo­men­cie Vol­ter ścią­gnął ze mnie spód­nicę i sam się ro­ze­brał. By­łam zdy­szana i prze­szczę­śliwa, a je­dyne, co mnie ob­cho­dziło, to duże dło­nie i go­rące usta na moim ciele. Dło­nie, które nie­cier­pli­wie roz­kła­dały mi uda, palce łap­czy­wie zsu­wa­jące majtki i do­ty­ka­jące mo­krych fał­dek, i te usta, bez­wstyd­nie mam­ro­czące spro­śno­ści, ob­ca­ło­wu­jące moje piersi i twarz.

Po­tem znowu po­czu­łam palce Vol­tera na mo­ich udach. Chwy­cił mnie za po­śladki i roz­ło­żył moje uda tak sze­roko, jak to tylko moż­liwe. Wielka po­stać męż­czy­zny ma­ja­czyła nade mną. Znów zo­ba­czy­łam zna­jomy dziki błysk w jego oczach. Przez chwilę draż­nił pe­ni­sem wej­ście do kra­iny roz­ko­szy, aż w końcu wbił go we mnie tak bez­li­to­śnie mocno, że aż krzyk­nę­łam. Cięż­kie ciało Vol­tera przy­ci­snęło się do mnie. Jedną ręką trzy­mał mnie mocno za włosy i na po­czątku nie wy­ko­ny­wał żad­nych ru­chów. Wi­łam się pod nim, po­ru­sza­jąc bio­drami i wy­gi­na­jąc plecy do tyłu.

- Moc­niej. Moc­niej! O mój Boże, Vol­ter, bła­gam, pieprz mnie. Mocno!

W końcu z gar­dła Vol­tera wy­do­był się zwie­rzęcy, za­chryp­nięty sko­wyt i męż­czy­zna za­brał się do ro­boty. Zła­pał mnie jesz­cze moc­niej za włosy, tak że te­raz le­ża­łam z od­chy­loną głową i ple­cami wy­gię­tymi w łuk. I za­czął mnie pie­przyć. Mocno i szybko. A ja wła­śnie tego chcia­łam - ostrego rżnię­cia. Wy­obra­ża­łam so­bie, że to sam Sza­tan po­suwa mnie ryt­micz­nie swoim na­brzmia­łym, ogrom­nym ku­ta­sem. Te zdrożne my­śli pod­nie­cały mnie jesz­cze bar­dziej. I by­łam w siód­mym nie­bie.

Za każ­dym ra­zem, kiedy we mnie wcho­dził, czu­łam to w ca­łym ciele, w ce­bulce każ­dego włosa. Moja cia­sna, nie­na­sy­cona cipka za­ci­skała się na nim ryt­micz­nie, za każ­dym ra­zem co­raz moc­niej. Wie­dzia­łam, że mu się to po­doba. Czu­łam, jak go w so­bie za­sy­sam. Było mi tak do­brze, że punkt kul­mi­na­cyjny na­stą­pił bar­dzo szybko. Szczy­to­wa­łam długo i in­ten­syw­nie. Moje krzyki brzmiały nie­ludzko. Wbi­ja­łam pa­znok­cie w plecy Vol­tera i wi­łam się jak dzi­kie zwie­rzę. Kiedy mia­łam or­gazm, ostre pchnię­cia spra­wiały mi ból, ale wcale nie chcia­łam, żeby prze­sta­wał. Było w tym coś sza­lo­nego.

Vol­ter nie wy­trzy­mał o wiele dłu­żej. Wkrótce oparł się rę­kami o moje łydki i wbił się we mnie po raz ostatni, ję­cząc jak zra­niony byk. Opadł na mnie, trzę­sąc się i od­dy­cha­jąc ciężko.

Nie od­zy­wa­li­śmy się do sie­bie przez całą wiecz­ność. Prze­mó­wiły tylko na­sze ręce. Gła­skały, ma­so­wały i pie­ściły. Usta Vol­tera ba­dały każdy cen­ty­metr kwa­dra­towy mo­jej twa­rzy. Wresz­cie na­tra­fiły na moje usta. Wtedy za­py­tał szep­tem:

- Czy na­dal chcia­ła­byś spró­bo­wać?

- Czego? - spy­ta­łam nie­przy­tom­nie. Jesz­cze nie wró­ci­łam do świata ży­wych.

- Mnie. My­ślę, że mu­simy się od­wa­żyć. Prze­raża mnie to, ale chcę spró­bo­wać.

Po­czu­łam ogromną ulgę i ra­dość. Oczy­wi­ście, że tego chcia­łam!

- My­ślisz, że zdo­łasz... że so­bie po­ra­dzisz...

- Mam prawo się spo­ty­kać, z kim­kol­wiek ze­chcę. Chcę so­bie po­ra­dzić. Wszystko po­winno się udać, je­śli bę­dziemy ostrożni. Je­śli bę­dziemy iść na­przód ma­łymi kro­kami.

Po­do­bało mi się to po­dej­ście. Wie­dzia­łem, że nie od razu zdo­bę­dziemy przy­chylne spoj­rze­nia. Nie ob­cho­dziło mnie to, ale za­le­żało mi na Vol­te­rze. Nie chcia­łam, żeby przeze mnie cier­piał. By­łam więc skłonna zgo­dzić się na wszystko. By­leby tylko móc z nim być.

- Do­brze. Kro­czek po kroczku.

Po­ca­ło­wał mnie czule i uło­żył się na boku. Ob­jął mnie od tyłu i po­wol­nym, spo­koj­nym ru­chem ścią­gnął mi majtki i poń­czo­chy. A po­tem przy­krył nas ko­cem.

***

Wes­tchnę­łam z sa­tys­fak­cją, kiedy skoń­czy­li­śmy się ko­chać po raz drugi. Vol­ter przy­cią­gnął mnie moc­niej do sie­bie i za­czął wy­py­ty­wać o ro­dzinę i do­świad­cze­nia zwią­zane z ru­chem Hare Kryszna. Nie lu­bi­łam tych te­ma­tów, ale od­po­wia­da­łam na jego py­ta­nia.

- Po­wie­dzia­łeś mi któ­re­goś razu, że jako dziecko czu­łeś się nie­wi­dzialny - za­czę­łam. - Wtedy zda­łam so­bie sprawę, że ja czu­łam się tak samo. Moi ro­dzice co prawda nie pili al­ko­holu, ale mieli inne pro­blemy. Oj­ciec za­wsze dbał wy­łącz­nie o swoją pracę. A kiedy w końcu się roz­wie­dli i matka do­łą­czyła do ru­chu Kryszny, ona także prze­stała się mną in­te­re­so­wać. Za­le­żało jej już tylko na tym, żeby me­dy­to­wać, wzra­stać du­chowo i tak da­lej. Ale to też by­łoby do znie­sie­nia, gdy­by­śmy nie wy­je­chały do In­dii. To było naj­gor­sze. Wszyst­kie dzie­ciaki wy­cho­wy­wały się tam ra­zem i tak na­prawdę bar­dzo rzadko mia­łam kon­takt z mamą. Poza tym na po­czątku nie ro­zu­mia­łam ję­zyka i ni­kogo nie zna­łam. Było mi bar­dzo smutno. W do­datku czę­sto nas tam bili, za naj­mniej­szy błąd można było za­ro­bić kop­niaka. Zda­rzyło się kilka razy, że chcia­łam im do­go­dzić i wy­szo­ro­wać coś do czy­sta, przez co prze­ga­pi­łam porę po­siłku. A na­wet naj­mniej­sze spóź­nie­nie skut­ko­wało pój­ściem spać bez ko­la­cji.

- To stąd ten ate­izm? Z po­trzeby buntu wo­bec matki?

De­li­kat­nie gła­dzi­łam jego ra­mię, za­sta­na­wia­jąc się nad od­po­wie­dzią.

- Chyba tak - od­par­łam. Pró­bo­wa­łam być ate­istką. W pew­nym mo­men­cie na­prawdę się sta­ra­łam.

Za­wa­ha­łam się, czy po­win­nam opo­wie­dzieć mu o swoim wy­roku. Zde­cy­do­wa­łam, że to zro­bię, ale jesz­cze nie te­raz. To te­mat na dłuż­szą roz­mowę, a tego dnia nie mia­łam już na nią siły.

- Ale mi to nie wy­cho­dziło - cią­gnę­łam. - Kilka sy­tu­acji spra­wiło, że nie mam wy­boru. Mu­szę wie­rzyć.

Opo­wie­dzia­łam mu, co prze­ży­łam, a on w tym cza­sie do­ty­kał mo­jego brzu­cha. Kiedy skoń­czy­łam, stwier­dził:

- Z mo­jego do­świad­cze­nia wy­nika, że Bóg w ja­kiś spo­sób ob­ja­wia się tym, któ­rzy dużo prze­szli. Są oczy­wi­ście i tacy, któ­rym wiara przy­cho­dzi ła­two. Jed­nak ci, któ­rzy mają ja­kieś ży­ciowe trud­no­ści, czę­sto po­trze­bują znaku. To nie jest ta­kie pro­ste. Rzadko jest tak, że na przy­kład al­ko­ho­lik na­gle zdaje so­bie sprawę, że Je­sus ru­les, i po­sta­na­wia wy­trzeź­wieć. Pro­ces od­naj­dy­wa­nia wiary jest zwy­kle pe­łen roz­pa­czy, po­czu­cia bez­na­dziei, bez­sensu... Ale jed­nak do­cho­dzi cza­sem do ja­kie­goś prze­bu­dze­nia. Za­wsze bar­dzo prze­ży­wam, kiedy ktoś dzieli się ze mną tymi do­świad­cze­niami. Na­uczy­łem się jed­nak od tego dy­stan­so­wać. Kie­dyś sam prze­ży­łem coś po­dob­nego, lecz re­ak­cja zna­jo­mych nie była do­bra. Wy­śmiali mnie i przez długi czas by­łem obiek­tem drwin.

- Zre­zy­gno­wa­łeś wtedy z wiary? - za­py­ta­łam z za­in­te­re­so­wa­niem. Prze­peł­niło mnie współ­czu­cie dla mło­dego, za­gu­bio­nego Vol­tera.

- Tak, pró­bo­wa­łem zre­zy­gno­wać. Chcia­łem być taki jak wszy­scy, ale na­dal mo­dli­łem się w sa­mot­no­ści i prze­pra­sza­łem Boga za tchó­rzo­stwo. Długo to trwało, jesz­cze na po­czątku stu­diów teo­lo­gicz­nych nie przy­zna­wa­łem się, że je­stem wie­rzący. W mo­jej ro­dzi­nie nikt nie wie­rzył. Ten te­mat w ogóle nie ist­niał. By­łem za­gu­biony i zły, bo nie wie­dzia­łem, kim je­stem. Nie wie­dzia­łem, czy wolę być na­ukow­cem, czy księ­dzem.

- No i słu­cha­łeś Slipk­nota. Tak jak ja. Choć oczy­wi­ście ja za­czę­łam słu­chać ich tro­chę póź­niej.

- Na­dal ich słu­cham. I mam cu­downą młodą ko­chankę.

Ca­ło­wał mnie po szyi i pie­ścił piersi. Wes­tchnę­łam i od­wró­ci­łam się, żeby móc spoj­rzeć mu w oczy.

- Czy to, że je­stem młod­sza, ma dla cie­bie zna­cze­nie?

- Nie, nie my­ślę o tym. Je­steś młod­sza o ja­kieś dzie­sięć lat, to nie tak dużo. Cho­ciaż do­piero koń­czysz pracę ma­gi­ster­ską. No, w tym wieku...

- Och, za­mknij się - wark­nę­łam, choć wie­dzia­łam, że tylko się dro­czy.

Wzię­łam do ręki jego pe­nisa. Jęk­nął.

- Dla­czego zde­cy­do­wa­łeś się na ka­płań­stwo? - za­py­ta­łam za­cie­ka­wiona... i tro­chę pod­nie­cona.

Vol­ter spoj­rzał na mnie kar­cąco i od­po­wie­dział na py­ta­nie:

- Se­rio? Py­tasz o punkt zwrotny w moim ży­ciu du­cho­wym, trzy­ma­jąc w dłoni mo­jego fiuta? - Od­su­nął moją rękę i mruk­nął: - Są ja­kieś gra­nice.

Za­chi­cho­ta­łam, na co Vol­ter za­re­ago­wał zmarsz­cze­niem brwi. Po chwili jed­nak czule ugryzł mnie w szyję.

- W któ­rymś mo­men­cie zro­zu­mia­łem, że jest tyle ty­pów wie­rzą­cych, ile ty­pów lu­dzi w ogóle. Ni­gdy nie po­lu­bię kon­ser­wa­ty­stów. Pro­szę, nie mów tego ni­komu. To fa­na­tycy. Sami wszystko wie­dzą naj­le­piej. Po­tę­piają lu­dzi, któ­rzy ni­komu nie wy­rzą­dzają krzywdy i chcą żyć wła­snym ży­ciem. A ja uwa­żam, że nikt nie ma prawa osą­dzać in­nych, je­śli nie jest sę­dzią. A to zu­peł­nie inna sprawa. Tak, ja też cza­sem się wście­kam na Boga, kiedy spo­ty­kam za­nie­dbane, wy­ko­rzy­stane dzieci albo lu­dzi, któ­rzy prze­żyli hor­ror wojny i nie funk­cjo­nują już pra­wi­dłowo. Ale moim za­da­niem nie jest zro­zu­mieć, tylko wy­słu­chać. Dla­tego nie mu­szę ni­kogo oce­niać. Spo­tka­łem kie­dyś pe­do­fila. W pierw­szej chwili chcia­łem dać mu w mordę, ale za­miast tego wy­słu­cha­łem jego spo­wie­dzi. Opo­wie­dział o swo­jej szo­ku­ją­cej, cho­rej ob­se­sji, o wstrę­cie do sa­mego sie­bie i o wsty­dzie. W końcu sam do­szedł do punktu, w któ­rym zdał so­bie sprawę, że musi się zgło­sić po po­moc, i zro­bił to.

- A po­tem zo­sta­łeś bun­tow­ni­kiem.

Vol­ter znów zmarsz­czył brwi. Po­gła­dzi­łam je i do­da­łam:

- Cóż po­ra­dzić, mój drogi. Taką masz re­pu­ta­cję.

- No do­brze. Cza­sem pusz­czają mi nerwy. Wiesz, dla­czego ta otwarta dys­ku­sja jest tak trudna? W Ko­ściele są setki ty­sięcy star­szych lu­dzi, któ­rzy boją się wszyst­kiego, co nowe i inne. I zwy­kle to oni wła­śnie są gor­li­wymi wier­nymi i ak­tyw­nymi pa­ra­fia­nami. To dzięki nim Ko­ściół żyje. Ale poza nimi w Fin­lan­dii jest też mnó­stwo lu­dzi, któ­rzy z ja­kie­goś po­wodu na­leżą do Ko­ścioła, jed­nak nic w nim nie ro­bią. Przy­po­mi­nają so­bie o pa­sto­rze przy oka­zji chrztu, ślubu i po­grzebu. Chciał­bym wie­dzieć o nich wię­cej. Dla­czego są człon­kami tej or­ga­ni­za­cji? Do czego Ko­ściół jest im po­trzebny poza ce­re­mo­niami?

- Je­steś ide­ali­stą. I na pewno gło­sisz świetne ka­za­nia. Bo to na­prawdę do­bre py­ta­nia - wy­szep­ta­łam czule, po czym moja dłoń znowu zna­la­zła jego pe­nisa.

- Sło­dzisz mi! Po pro­stu chcesz mnie znowu wy­ko­rzy­stać - po­wie­dział prze­sad­nie su­ro­wym gło­sem.

- Nie­prawda - od­rze­kłam cał­kiem szcze­rze. - Wcale ci nie sło­dzę. Ale mu­szę przy­znać, że by­ła­bym szczę­śliw­sza, gdyby... - Po­czu­łam, jak jego pe­nis za­czyna tward­nieć w mo­jej dłoni. - Po­zwól, że się po­pra­wię. Je­stem cał­ko­wi­cie szczę­śliwa - do­da­łam z sa­tys­fak­cją.

- Ty mała zdziro - wy­szep­tał.

Zwięk­szy­łam na­cisk, tak że Vol­ter za­czął ci­cho ję­czeć. A po­tem znowu mnie po­ca­ło­wał.

Roz­dział 9

Sie­dzia­łam w ka­te­drze w Turku - po le­wej stro­nie, w czwar­tym rzę­dzie. Za­ję­łam miej­sce naj­bli­żej, jak się dało, bo był to pierw­szy raz, kiedy przy­szłam po­pa­trzeć na Vol­tera od­pra­wia­ją­cego mszę. Wy­szedł do ko­ścioła znacz­nie wcze­śniej niż ja, żeby się przy­go­to­wać. Tego dnia miał także wy­świę­cić no­wych księży. We­szłam w chwili, gdy msza się już za­czy­nała.

Spę­dzi­łam w Turku cały ty­dzień. Przy­je­cha­li­śmy tu ra­zem, po pa­mięt­nej nocy spę­dzo­nej u mnie. Sama to za­pro­po­no­wa­łam, bo w ma­leń­kiej ka­wa­lerce le­dwo się mie­ści­li­śmy. Żal mi było zwłasz­cza Vol­tera. Na pewno nie mógł się wy­spać na nie­wiel­kim ma­te­racu, na któ­rym nie mie­ściły mu się nogi.

Pi­sa­nie ma­gi­sterki szło mi te­raz bar­dzo do­brze. Mia­łam świetne tempo, a przede wszyst­kim wy­ma­ga­ją­cego i zde­ter­mi­no­wa­nego pro­mo­tora, który umiał za­rzą­dzać cza­sem i udzie­lać kon­struk­tyw­nych in­for­ma­cji zwrot­nych. Co prawda nie prze­bie­rał w sło­wach. Cza­sem po usły­sze­niu jego uwag z trza­skiem za­my­ka­łam lap­topa. Wtedy jed­nak su­rowy pro­mo­tor pod­cho­dził, opie­rał się o biurko i na­mięt­nie mnie ca­ło­wał. A je­śli była taka po­trzeba, tłu­ma­czył mi słodko na ucho, o co mu cho­dziło. Vol­ter umiał mo­ty­wo­wać. Nie chciał iść ze mną do łóżka, do­póki nie skoń­czy­łam za­pla­no­wa­nej na dany dzień pracy.

Ten czło­wiek był jak Ho­udini. Gdyby bra­ko­wało mu pie­nię­dzy, mógłby za­cząć sprze­da­wać wszyst­kim moim zna­jo­mym bi­lety na przed­sta­wie­nie pod ty­tu­łem Jak oswoić Do­ris Vu­oti. Był je­dy­nym męż­czy­zną, który po­tra­fił spra­wić, że za­po­mi­na­łam ję­zyka w gę­bie - a to za sprawą tego, co mó­wił, jak ca­ło­wał oraz jak so­bie ra­dził w łóżku. Gdyby do­ko­nał tego wszyst­kiego cho­ciaż raz, by­łoby to już nie lada osią­gnię­ciem. On jed­nak wpra­wiał mnie w ten stan wie­lo­krot­nie! Punk­tem kul­mi­na­cyj­nym przed­sta­wie­nia mógłby być po­ca­łu­nek i to, jak zni­ka­łam z tego świata na długi czas, kiedy tylko po­czu­łam przy so­bie ciało Vol­tera i jego usta na mo­ich war­gach.

Ca­ło­wa­li­śmy się po każ­dej kry­tycz­nej in­for­ma­cji zwrot­nej, któ­rej mi udzie­lał. Po­tem, kiedy już wra­ca­łam na zie­mię, by­łam go­towa po­now­nie prze­my­śleć na­szą po­przed­nią dys­ku­sję i przy­znać, że Vol­ter mógł mieć ra­cję. Nie za­wsze jed­nak pod­da­wa­łam się bez walki. W ta­kiej sy­tu­acji by­łam pro­szona o uar­gu­men­to­wa­nie sta­no­wi­ska. Osta­tecz­nie przy­zna­wa­łam swo­jemu pro­mo­to­rowi ra­cję.

Kilka razy w ty­go­dniu jeź­dzi­łam do Hel­si­nek. Bi­blio­teka uni­wer­sy­tecka w Turku była rów­nie do­brze wy­po­sa­żona, więc to nie dla­tego po­trze­bo­wa­łam tak czę­stych wy­cie­czek do mo­jego mia­sta.

Te­raz pa­trzy­łam z za­chwy­tem na am­bonę i za­sta­na­wia­łam się, jak to moż­liwe, że udało mi się wzbu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie tego męż­czy­zny. Vol­ter, ubrany w do­stojne szaty, wy­glą­dał jak książę. Jego dźwięczny, do­no­śny głos z pew­no­ścią po­ra­dziłby so­bie bez mi­kro­fonu. Słu­cha­łam go jak urze­czona, jak gdy­bym była świeżo upie­czoną kon­wer­tytką.

Mó­wił o mi­ło­ści. Cy­to­wał z pa­mięci słowa Je­zusa i przy­po­mi­nał, że kiedy fa­ry­ze­usze za­ta­piali się w in­ter­pre­ta­cjach tek­stów re­li­gij­nych, on na­ka­zy­wał po pro­stu ko­chać. Wszyst­kich bez wy­jątku, na­wet wro­gów i prze­stęp­ców. Za­drża­łam, gdy usły­sza­łam słowo prze­stępca. Mu­szę mu w końcu opo­wie­dzieć o wy­roku, po­my­śla­łam.

Słu­cha­łam, jak Vol­ter opo­wia­dał, że ocze­kuje od swo­ich pa­sto­rów otwar­to­ści na róż­no­rod­ność i re­ago­wa­nia na cier­pie­nie wszyst­kich lu­dzi. Mó­wił o uprze­dze­niach i o tym, że mu­simy umieć je roz­po­zna­wać - za­równo u sie­bie, jak i u in­nych. Mó­wił, że ktoś, kto nie był człon­kiem Ko­ścioła i na­wet nie sły­szał o Je­zu­sie, mógł być bar­dzo bli­sko Boga. Stwier­dził, że od­na­le­zie­nie związku z Bo­giem i zro­zu­mie­nie nauk Je­zusa jest waż­niej­sze niż próba wy­ka­za­nia się zna­jo­mo­ścią za­sad wy­my­ślo­nych przez lu­dzi. Grzmiał, że różne formy re­la­cji mię­dzy­ludz­kich, czę­sto­tli­wość uczęsz­cza­nia do ko­ścioła czy prze­szłość da­nej osoby nie są mier­ni­kiem wiary ani tego, czy czło­wiek jest do­brym chrze­ści­ja­ni­nem. Wy­star­czy, że prze­strze­gasz pro­stych nauk Je­zusa, sta­rasz się po­stę­po­wać wła­ści­wie i ufasz Bogu, tłu­ma­czył. Przy­znał, że on także mie­wał chwile zwąt­pie­nia i zda­rzało mu się za­da­wać so­bie sa­memu trudne py­ta­nia oraz kwe­stio­no­wać na­uki Ko­ścioła. To na­tu­ralne, prze­ko­ny­wał.

Za­sta­na­wia­łam się, jak wielki grzech po­peł­niam, po­żą­da­jąc męż­czy­zny sto­ją­cego na am­bo­nie. Nie­raz prze­pra­sza­łam Boga za swoje my­śli, ale wie­dzia­łam też, że ko­cham Vol­tera na po­zio­mie du­cho­wym. Poza tym chyba ni­gdy wcze­śniej nie mo­dli­łam się tyle co te­raz. Vol­ter zmu­szał mnie do my­śle­nia, kon­fron­to­wał z uprze­dze­niami, za­wsty­dzał, za­chę­cał do otwie­ra­nia się na in­nych lu­dzi. Nie­wąt­pli­wie miał na mnie do­bry wpływ.

Po za­koń­cze­niu ka­za­nia i wy­świę­ce­niu księży za­czę­łam się lekko nie­cier­pli­wić. Na­bo­żeń­stwo miało się wkrótce skoń­czyć i chcia­łam zo­ba­czyć Vol­tera z bli­ska. Była to je­dyna spo­sob­ność, żeby móc po­dzi­wiać go ubra­nego w piękne szaty. Nie pa­ra­do­wał w nich prze­cież po domu - nie­stety. Kiedy lu­dzie za­częli po­woli wy­cho­dzić z ko­ścioła, ja po­spie­szy­łam w kie­runku za­kry­stii.

Było to dość spore po­miesz­cze­nie, przy­naj­mniej w po­rów­na­niu z za­kry­stiami w in­nych ko­ścio­łach. Tego dnia spra­wiało jed­nak wra­że­nie wy­jąt­kowo za­tło­czo­nego. Pa­no­wał w nim zgiełk - krę­cili się tu do­piero co wy­świę­ceni mło­dzi du­chowni, cztery osoby asy­stu­jące przy na­bo­żeń­stwie oraz kilku in­nych pra­cow­ni­ków pa­ra­fial­nych. Vol­ter zdjął na­kry­cie głowy i szu­kał miej­sca, gdzie mógłby na chwilę odło­żyć la­skę. Kiedy w końcu zde­cy­do­wał się oprzeć ją o ścianę, jego wzrok przy­pad­kiem na­tknął się na mnie.

Mia­łam na so­bie sto­sowną, ale bar­dzo ko­biecą nie­bie­sko­zie­loną blu­zeczkę i pro­ste, szare spodnie z sze­ro­kimi no­gaw­kami. Kiedy Vol­ter na mnie spoj­rzał, po­czu­łam się jed­nak tak, jak­bym znów była ubrana w czarną skó­rzaną mini. Czy ra­czej... ro­ze­brana. Męż­czy­zna ski­nął na mnie głową, za­chę­ca­jąc do wej­ścia.

A więc we­szłam. Nie­mal bie­giem. By­łam tak za­afe­ro­wana, że nie­chcący po­pchnę­łam mło­dziutką pa­storkę. Na szczę­ście nic jej się nie stało.

- Wy­glą­dasz osza­ła­mia­jąco - szep­nę­łam mu do ucha, kiedy w końcu udało mi się po­dejść wy­star­cza­jąco bli­sko.

Skar­cił mnie spoj­rze­niem, ale nie mógł po­wstrzy­mać uśmie­chu za­do­wo­le­nia.

- Ten strój to coś wię­cej niż ładny ła­szek. To sym­bol - po­wie­dział.

- Dajże już spo­kój. Do­brze wiem, że przy­kła­dasz dużą wagę do ubrań. Poza tym sam je­steś sym­bo­lem. Przy­naj­mniej dla mnie. Sym­bo­lem seksu. Zresztą pew­nie nie tylko dla mnie...

- Ćśś... - uci­szył mnie i ro­zej­rzał się do­okoła.

Rze­czy­wi­ście, nie­któ­rzy pa­trzyli na nas z za­cie­ka­wie­niem, ale nikt nie znaj­do­wał się wy­star­cza­jąco bli­sko, żeby móc nas usły­szeć. Vol­ter zdjął szatę li­tur­giczną i od­wie­sił ją na wie­szak. Miał na so­bie jesz­cze stułę i albę. Wy­glą­dał cu­dow­nie.

- Wyj­dziemy na chwilę na dwór? Strasz­nie tu go­rąco - za­pro­po­no­wał nie­win­nie.

Zła­pał mnie za ło­kieć i wy­pro­wa­dził na ze­wnątrz.

- To ty wy­glą­dasz osza­ła­mia­jąco. I jak do­stoj­nie! Mó­wię se­rio. Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom, kiedy zo­ba­czy­łem cię w ławce. - Przy­cią­gnął mnie do sie­bie i po­ca­ło­wał.

Tu­taj, w cen­trum Turku, ubrany w albę.

- Je­steś naj­bar­dziej nie­po­praw­nym pa­sto­rem, ja­kiego znam.

Prze­je­chał ję­zy­kiem po­mię­dzy mo­imi war­gami i od­po­wie­dział tuż przy mo­ich ustach:

- Nie­moż­liwe. Przy­naj­mniej z punktu wi­dze­nia hi­sto­rii. Na­wet pa­pieże mie­wali ko­chanki. Ce­lowo uży­łem liczby mno­giej! A na nich cią­żył prze­cież w do­datku na­kaz ce­li­batu!

Po­woli wło­żył mi ję­zyk do ust. Wes­tchnę­łam z przy­jem­no­ści. Za chwilę jed­nak ode­pchnął mnie od sie­bie i kiedy otwo­rzy­łam oczy, w drzwiach ko­ścioła uj­rza­łam tę samą ko­bietę, na którą wpa­dłam kilka mi­nut wcze­śniej.

Jej mina mó­wiła wszystko. Szok. W naj­czyst­szej po­staci.

- Przy­szłam tylko po­wie­dzieć, że już się zbie­ramy. Pertti nas pod­wie­zie - oznaj­miła chłodno i po­pa­trzyła na mnie tak, jakby wy­ro­sły mi rogi.

- Spoko - od­rzekł Vol­ter i uśmiech­nął się do niej tak na­tu­ral­nie i przy­jaź­nie, że chyba sama nie wie­działa, co o tym wszyst­kim my­śleć.

Czyżby po­przed­nia scena się jej przy­wi­działa?

- Idziesz z nami? - zwró­cił się do mnie. - Nie mu­sisz. Nie bę­dzie bro­wa­rów ani wina, ale na pewno bę­dzie można coś prze­ką­sić. No i po­słu­chać mu­zyki go­spel.

Po­czu­łam się ura­żona.

- Uwa­żasz, że nie umiem się ba­wić bez al­ko­holu? My­ślę, że dam radę, o ile ktoś nie bę­dzie pró­bo­wał mnie na­wra­cać.

***

Na przy­ję­ciu dla nowo wy­świę­co­nych księży nie czu­łam się zbyt kom­for­towo. Mia­łam wra­że­nie, że wszy­scy mi się przy­glą­dają. Ja­kaś star­sza ko­bieta bar­dzo długo roz­ma­wiała z Vol­te­rem, a on nie chciał mi po­tem po­wie­dzieć, co było te­ma­tem tej kon­wer­sa­cji. Mia­łam prze­czu­cie, że do­ty­czyła mnie. Po­nie­waż jed­nak Vol­ter spra­wiał wra­że­nie, jakby ta wy­miana zdań w ogóle go nie obe­szła, ja także po­sta­no­wi­łam dłu­żej o niej nie my­śleć.

Po­woli przy­go­to­wy­wa­łam się do wy­zna­nia mu swo­jego se­kretu. Chcia­łam w końcu opo­wie­dzieć o wy­roku. Prze­ra­żało mnie to, ale nie mo­głam już dłu­żej ni­czego ukry­wać. Wie­rzy­łam też, że jego re­ak­cja nie bę­dzie prze­sad­nie od­bie­gała od tego, co za­le­cał swo­imi wier­nym z am­bony. Zro­zu­mie­nie i prze­ba­cze­nie. Ba­łam się mimo wszystko, że prze­łknie to z tru­dem. Pu­blicz­nie upo­ko­rze­nie in­nych lu­dzi było zde­cy­do­wa­nie więk­szym prze­wi­nie­niem niż na przy­kład pa­le­nie ma­ri­hu­any. Po którą zresztą też się­gnę­łam - raz, w Pol­sce. Może przy oka­zji po­win­nam przy­znać się i do tego?

Za­wsze kiedy mia­łam oka­zję do wy­zna­nia swo­jej ta­jem­nicy, w ostat­niej chwili tchó­rzy­łam. W końcu mi­nął mie­siąc od mo­jego ostat­niego przy­jazdu do Turku, a ja na­dal się na to nie zdo­by­łam. Dla­czego było to ta­kie trudne? Prze­cież to prze­szłość!

Od czasu do czasu cho­dzi­łam na wy­da­rze­nia, które or­ga­ni­zo­wał Vol­ter. Do­brze się na nich ba­wi­łam, choć mu­szę przy­znać, że z po­czątku nie by­łam do nich po­zy­tyw­nie na­sta­wiona. Po­zna­łam tam jed­nak wielu zwy­czaj­nych lu­dzi, w róż­nym wieku. Miło mi się z nimi roz­ma­wiało. Z cie­ka­wo­ścią słu­cha­łam ich opo­wie­ści o prze­szło­ści, śmia­łam się, ja­dłam i pi­łam kawę. Raz zda­rzyło się na­wet, że chór skło­nił mnie do za­śpie­wa­nia pio­senki Marka Ha­avi­sta Paha va­anii, czyli "Dia­beł kusi". Za­sta­na­wia­łam się jed­nak, czy ze­brani uczest­nicy spo­tka­nia nie uwa­żają mnie sa­mej za ty­tu­ło­wego bo­ha­tera tego ka­wałka...

Po­wo­dem był chłód bi­jący od wielu pra­cow­ni­ków pa­ra­fii. Zde­cy­do­wa­nie się ode mnie dy­stan­so­wali. To prawda, że nikt nie był wo­bec mnie nie­grzeczny ani nie po­wie­dział mi ni­czego wprost. Praw­do­po­dob­nie po­wstrzy­my­wało ich to, że przy­cho­dzi­łam na spo­tka­nia ra­zem z Vol­te­rem. Czę­sto jed­nak czu­łam na so­bie wzrok dez­apro­baty. Nie zdzi­wi­łoby mnie, gdy­bym do­świad­czyła po­dob­nego trak­to­wa­nia ze strony Jenni. Jej aku­rat nie spo­ty­ka­łam zbyt czę­sto, a kiedy kilka razy na sie­bie wpa­dły­śmy, przy­wi­tała się ze mną cał­kiem obo­jęt­nie.

Nie przej­mo­wa­łam się jed­nak zbyt­nio, że wi­docz­nie nie by­łam naj­po­pu­lar­niej­szą osobą w die­ce­zji, bo poza tym wszystko ukła­dało się wspa­niale. Dni mi­jały nam bez­tro­sko. Oglą­da­li­śmy filmy, słu­cha­li­śmy mu­zyki, gra­li­śmy w sza­chy, cho­ciaż le­dwo zna­li­śmy za­sady, spa­ce­ro­wa­li­śmy brze­giem rzeki Aura w je­sien­nym słońcu, pi­li­śmy piwo w Hun­ter's Inn i bez prze­rwy się ko­cha­li­śmy: na łóżku, na ka­na­pie, przy biurku.

Pew­nego wie­czoru Vol­ter rzu­cił mi wy­zwa­nie. Wy­le­gi­wa­li­śmy się aku­rat na ka­na­pie w sa­lo­nie, kiedy ka­zał mi się ze sobą po­dzie­lić moim ulu­bio­nym frag­men­tem Bi­blii. Wy­re­cy­to­wa­łam z pa­mięci wer­set Pie­śni nad Pie­śniami - ten sam, który przy­po­mniał mi się pew­nej pa­mięt­nej nocy. Zdu­miał się, kiedy wy­zna­łam, że to od za­wsze mój ulu­biony frag­ment. Pe­łen mi­ło­ści, piękny i po­etycki, a jed­no­cze­śnie tak... ludzki.

- A więc w głębi du­szy za­wsze by­łaś ro­man­tyczką - po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się cie­pło.

Na­wet nie pró­bo­wa­łam się tłu­ma­czyć. Może rze­czy­wi­ście nią by­łam. Wcze­śniej rzu­ci­ła­bym pew­nie, że to po pro­stu je­dyne miej­sce w Bi­blii, w któ­rym otwar­cie mówi się o sek­sie. Jed­nak za­cy­to­wany przeze mnie krótki frag­ment wcale nie był o sek­sie. Był o mi­ło­ści.

Za chwilę wy­re­cy­to­wa­łam jesz­cze je­den ustęp. Tym ra­zem z Księgi Ka­zno­dziei. Nie zna­łam tek­stu na pa­mięć, więc prze­czy­ta­łam go na głos.

Le­piej dwóm niż jed­nemu. Bo ła­twiej im w tru­dzie. Je­śli je­den upad­nie, drugi go pod­nie­sie. Nad sa­mot­nym na­to­miast nikt się nie po­chyli! Gdy leżą dwie osoby, jedna drugą grzeje. A czło­wiek sa­motny? Musi li­czyć na sie­bie. Po­nadto je­śli jed­nego może ktoś po­ko­nać, dwóm ła­twiej się ostać - a sznur po­trójny nie tak ła­two się ze­rwie.

- Udało ci się zna­leźć chyba naj­bar­dziej opty­mi­styczny frag­ment z tej księgi - po­wie­dział, głasz­cząc mnie po po­liczku.

- Za­wsze by­łam... sa­motna. I za­sta­na­wia­łam się, jak by to było mieć ko­goś na tym świe­cie. Ko­goś, kto byłby przy mnie na do­bre i na złe - wy­zna­łam.

Pierw­szy raz w ży­ciu po­wie­dzia­łam to na głos.

Kiedy by­łam młod­sza, wcale nie cho­dziło mi o zwią­zek, tylko o nor­malną ro­dzinę. Wy­obra­ża­łam so­bie, jak by to było, gdy­bym miała zwy­czajną mamę. Tatę. Może ro­dzeń­stwo. Ale te­raz cho­dziło mi tylko o Vol­tera. W tym mo­men­cie cy­to­wał różne piękne frag­menty z Księgi Przy­słów i Psal­mów.

- To bar­dzo ważny frag­ment dla wszyst­kich teo­lo­gów i du­chow­nych. Z Ka­za­nia na gó­rze. Tak na­prawdę całe Ka­za­nie jest mi wy­jąt­kowo bli­skie, ale ten frag­ment jest wy­jąt­kowy. Za­wsze sta­ram się po­stę­po­wać w zgo­dzie z tymi sło­wami.

Prze­stań­cie osą­dzać, aby­ście nie zo­stali osą­dzeni. Bo normy, we­dług któ­rych są­dzi­cie, od­niosą i do was, a miarą, którą sto­su­je­cie, od­mie­rzą rów­nież wam.

Po­czu­łam, że za­ko­chuję się w Vol­te­rze jesz­cze bar­dziej. O ile było to w ogóle moż­liwe. Po­kłady mi­ło­ści, które mia­łam w so­bie za­re­zer­wo­wane tylko dla niego, były chyba nie­skoń­czone.

Bi­blia wy­su­nęła mi się z ręki i upa­dła na dy­wan, gdy Vol­ter po­ło­żył mnie na ka­na­pie, zdjął szorty i bluzkę, które mia­łam na so­bie, i za­nur­ko­wał po­mię­dzy moje nogi. Ca­ło­wał mnie i pie­ścił ję­zy­kiem, jed­no­cze­śnie ści­ska­jąc piersi, tak że wy­gię­łam plecy w łuk i po­cią­gnę­łam go za włosy. Czas sta­nął w miej­scu. Vol­ter po­ło­żył się na mnie i po­czu­łam na so­bie słodki cię­żar jego ciała. Przy­trzy­my­wał moje ręce nad głową i wcho­dził we mnie po­woli, aż jego pchnię­cia wy­peł­niły mnie po­żą­da­niem i szczę­ściem tak eks­tre­mal­nym, że eks­plo­do­wa­łam.

Póź­niej wiele razy wra­ca­łam my­ślami do tej chwili. Któ­re­goś dnia, kiedy tak wspo­mi­na­łam po raz ko­lejny wy­da­rze­nia tego cu­dow­nego wie­czoru, pra­wie się spóź­ni­łam na wy­kład Vol­tera. Ar­chi­die­ce­zja zor­ga­ni­zo­wała se­mi­na­rium po­świę­cone róż­nym współ­cze­snym za­gad­nie­niom - mię­dzy in­nymi wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści. Mia­łam na­dzieję, że nikt nie zwróci na mnie uwagi, je­śli wśli­zgnę się nie­spo­strze­że­nie do sali.

Wy­da­rze­nie zor­ga­ni­zo­wano w domu pa­ra­fial­nym w cen­trum mia­sta, więc z ła­two­ścią mo­głam się tam do­stać na pie­chotę. Mia­łam na so­bie spraw­dzone już w po­dob­nej sy­tu­acji szare spodnie i bluzkę z czar­nym kwia­to­wym na­dru­kiem na czer­wo­nym tle. Nie spi­na­łam wło­sów. Kiedy do­tar­łam na miej­sce, oka­zało się, że sala była za­peł­niona pra­wie po brzegi. Tylko w pierw­szym rzę­dzie zo­stało kilka wol­nych miejsc.

Vol­ter już za­czął. Słu­cha­łam go z lek­kim roz­tar­gnie­niem. Mó­wił o wy­zwa­niach zwią­za­nych z ob­co­wa­niem z ludźmi, któ­rzy po­cho­dzą z róż­nych krę­gów kul­tu­ro­wych, pod­czas gdy ja przy­glą­da­łam się z roz­ma­rze­niem jego sze­ro­kim ra­mio­nom i ciem­no­sza­rym wło­som, roz­ko­szu­jąc się dźwię­kiem ak­sa­mit­nego głosu wy­cho­dzą­cego z jego ust.

Obok mnie sie­działa para lu­dzi - męż­czy­zna i ko­bieta. Nie zwra­ca­łam na nich uwagi, do­póki nie usły­sza­łam, że roz­ma­wiają o czymś z wiel­kim po­ru­sze­niem. Wy­da­wało mi się, że z ust męż­czy­zny pa­dło słowo nie­mo­ralne, od­wró­ci­łem więc głowę z cie­ka­wo­ści. W tym sa­mym cza­sie męż­czy­zna wstał, cho­ciaż Vol­ter nie skoń­czył prze­ma­wiać.

- Czy chciałby pan za­dać ja­kieś py­ta­nie? - za­py­tał grzecz­nie.

- W rze­czy sa­mej - od­po­wie­dział chłodno chudy, na oko pięć­dzie­się­cio­letni fa­cet. Nie cze­kał na za­chętę Vol­tera, tylko kon­ty­nu­ował, wska­zu­jąc na mnie pla­cem: - Co robi tu­taj ta ko­bieta? O ile wiem, se­mi­na­rium zo­stało zor­ga­ni­zo­wane dla pra­cow­ni­ków pa­ra­fii, a pani Do­ris Vu­oti nie na­leży do Ko­ścioła. Wręcz prze­ciw­nie. Jest do niego wrogo na­sta­wiona. Wiem, że już kilka osób roz­ma­wiało z bi­sku­pem na ten te­mat. Czy bi­skup zdaje so­bie sprawę, z kim ma do czy­nie­nia?

Wzrok Vol­tera po­wę­dro­wał w moim kie­runku, ale już za chwilę wró­cił z po­wro­tem na męż­czy­znę.

- Na­sze opi­nie na różne te­maty mogą się zmie­niać. Być może w prze­szło­ści Do­ris po­wie­działa lub zro­biła coś, co...

- Coś po­wie­działa i zro­biła! Ha! Do­bre so­bie. Prze­cież ona pu­blicz­nie i otwar­cie ne­go­wała ideę mał­żeń­stwa i ro­dziny. Za­cho­wy­wała się jak ko­bieta lek­kich oby­cza­jów i... - Fa­cet się za­cie­trze­wił.

- Nie je­ste­śmy w są­dzie! - prze­rwał mu Vol­ter. - Być może Do­ris zja­wiła się tu, nie otrzy­maw­szy wcze­śniej za­pro­sze­nia. Nie ma w tym jed­nak nic złego, je­śli jest za­in­te­re­so­wana spra­wami...

- Za­in­te­re­so­wana! - męż­czy­zna nie po­zwo­lił Vol­te­rowi do­koń­czyć zda­nia. - Być może jest za­in­te­re­so­wana ob­rzu­ce­niem nas zwie­rzę­cymi od­cho­dami? A może na­wet ludz­kimi, kto wie! Bo to wła­śnie na­leży do za­in­te­re­so­wań pani Do­ris. Bez­czesz­cze­nie miejsc świę­tych. I nie są to czcze słowa, bo kilka lat temu zo­stała za to na­wet ska­zana. Czy znaj­duje bi­skup na to ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie?

Na sali za­wrzało, a ja za­mar­łam. Wie­dzia­łam, że wszyst­kie spoj­rze­nia są sku­pione na mnie. Po­win­nam była to prze­wi­dzieć, my­śla­łam go­rącz­kowo. Prze­cież część mło­dych pa­sto­rów stu­dio­wała w Hel­sin­kach w tym sa­mym cza­sie co ja. Wła­śnie wtedy, kiedy za­da­wa­łam się z An­niiną. Być może nie by­łam wtedy aż tak roz­po­zna­walna jak ona albo Tina, ale na pewno część stu­den­tów wie­działa, że bra­łam udział w tym sław­nym wy­bryku.

Mia­łam wra­że­nie, że moje wnętrz­no­ści za­mie­niły się w lo­do­wate, ostre so­ple. Spoj­rza­łam na Vol­tera, który stał przed zgro­ma­dze­niem około stu pięć­dzie­się­ciu osób cze­ka­ją­cych na jego re­ak­cję.

I wtedy to zo­ba­czy­łam. On wie­dział. Nie mo­głam być pewna, od jak dawna wie­dział ani skąd, ale nie wy­glą­dał na ani tro­chę zdzi­wio­nego. Jego po­bla­dła twarz wy­ra­żała na­pię­cie.

Ogar­nął mnie straszny wstyd. My­śla­łam, że zwy­mio­tuję. Do­tarło do mnie bo­wiem, jak trudne mu­siało być dla niego udźwi­gnię­cie tych in­for­ma­cji. Na pewno cier­piał. Przeze mnie.

Mi­nęła chwila, za­nim Vol­ter zdo­był się na od­po­wiedź. W końcu udało mu się ode­zwać rze­czo­wym to­nem:

- Do­ris otrzy­mała wy­rok i od­była po­kutę. Lu­dzie po­peł­niają błędy. Kła­mią, kradną, a na­wet za­bi­jają. A jed­nak każdy ma szansę na zba­wie­nie.

- Na zba­wie­nie? Nie wy­gląda na to, żeby ta pani ja­koś szcze­gól­nie dą­żyła do zba­wie­nia. Nie na­leży prze­cież do Ko­ścioła, jest aro­gancka i...

- Dość - od­rzekł zimno Vol­ter. - To nie jest od­po­wied­nie miej­sce na zaj­mo­wa­nie się tą sprawą. Na­wet je­śli kwe­stia mo­jego związku z Do­ris po­winna zo­stać omó­wiona, to na pewno nie na tym fo­rum.

Na sali uci­chło. Wie­dzia­łam, że nie mogę tam zo­stać ani chwili dłu­żej i roz­pra­szać wszyst­kich, a zwłasz­cza Vol­tera, swoją obec­no­ścią. Wy­co­fa­łam się do holu na mięk­kich no­gach, sta­ra­jąc się pa­trzeć pro­sto przed sie­bie.

Wró­ci­łam do jego miesz­ka­nia. Pró­bo­wa­łam uspo­koić my­śli, ale zwłasz­cza jedna wciąż nie da­wała mi spo­koju. Dla­czego Vol­ter nie po­wie­dział, że wie o tej god­nej po­ża­ło­wa­nia spra­wie?

Usia­dłam na ka­na­pie w sa­lo­nie i cze­ka­łam. Nie trwało to długo. Za­le­d­wie pół go­dziny póź­niej usły­sza­łam trza­śnię­cie drzwiami. Wstrzy­ma­łam od­dech. To nie był do­bry znak.

Nie usły­sza­łam jed­nak żad­nych kro­ków do­bie­ga­ją­cych z przed­po­koju. Po­sta­no­wi­łam więc sama wyjść Vol­te­rowi na­prze­ciw. Stał oparty o fron­towe drzwi. Wy­glą­dał na zmę­czo­nego i wście­kłego.

Ostroż­nie po­de­szłam bli­żej.

- Prze­pra­szam. Czuję się okrop­nie. Po­win­nam była... - za­czę­łam. - Dla­czego nie po­wie­dzia­łeś, że wiesz o wszyst­kim? - do­da­łam szep­tem.

- Bo mia­łem na­dzieję, że sama mi o tym po­wiesz. Cze­ka­łem. My­śla­łem, że tak to działa w związku. Po­sta­wi­łaś mnie jed­nak w bar­dzo trud­nej sy­tu­acji. Po­myśl, co by było, gdy­bym nie do­wie­dział się o tym wszyst­kim od ar­cy­bi­skupa. Stał­bym tam dzi­siaj przed zgro­ma­dzo­nymi jak kom­pletny idiota!

Szcze­rze mó­wiąc, by­łam pewna, że Vol­ter wy­brnąłby z tej sy­tu­acji w taki czy inny spo­sób, ale to nie była pora na od­pie­ra­nie jego ar­gu­men­tów. Pie­kły mnie po­liczki i czu­łam, jak skręca mi się żo­łą­dek. Po­wie­dzia­łam drżą­cym gło­sem:

- Od tam­tej pory mi­nęło tyle czasu... Wtedy do­piero co do­sta­łam się na stu­dia. Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci, że pró­bo­wa­łam być ate­istką.

- Mimo wszystko z czy­stej przy­zwo­ito­ści wy­pada wspo­mnieć o tym, że kie­dyś do­stało się wy­rok za rzu­ca­nie gów­nem w ko­ściele, je­śli chce się zwią­zać z du­chow­nym!

- Ni­czym ni­gdy w ni­kogo nie rzu­ca­łam!

- Jak mam ci te­raz uwie­rzyć? Skąd mam wie­dzieć, jak długo za­mie­rza­łaś to przede mną ukry­wać? Zresztą, co z tego, je­śli bra­łaś w tym wszyst­kim udział tylko dla to­wa­rzy­stwa? Prze­cież wiesz, kim je­stem! Chyba nie mo­żesz być aż tak głu­pia, żeby nie mieć świa­do­mo­ści, że lu­dzie wciąż ko­ja­rzą cię z tą sy­tu­acją i w końcu ktoś mi o niej do­nie­sie. Zresztą już od dawna różni życz­liwi ostrze­gali mnie przed tobą. Ty­dzień temu sam ar­cy­bi­skup spy­tał mnie wprost, czy je­ste­śmy ra­zem. A to dla­tego, że ktoś po­wie­dział mu o tym po­ca­łunku przed ko­ścio­łem. I przy oka­zji o two­ich wy­czy­nach sprzed paru lat. Wi­docz­nie po świę­ce­niach cały za­stęp świeżo upie­czo­nych pa­sto­rów plot­ko­wał na nasz te­mat. Wszy­scy my­śleli, że ja wiem. Ale nie. Mu­sia­łem się do­wie­dzieć od ar­cy­bi­skupa. In­for­ma­cja z pierw­szej ręki.

Za­śmiał się gorzko.

- Vol­ter... To był naj­więk­szy błąd w moim ży­ciu...

Po­de­szłam bli­żej i od­wa­ży­łam się spoj­rzeć mu w oczy. Wpa­try­wał się we mnie zimno i wy­krzy­wił usta w po­gar­dli­wym uśmie­chu.

- Po­wiedz, Do­ris, czego ty tak na­prawdę ode mnie chcesz. Może cał­kiem do­brze się ba­wisz, ob­ser­wu­jąc upa­dek pa­stora? Ba, bi­skupa! Może wła­śnie o to ci cho­dziło? Chcia­łaś mnie uwieść. Stro­iłaś się w te kuse su­kienki, flir­to­wa­łaś i ku­si­łaś. A może umó­wi­łaś się z ja­kimś plot­kar­skim szma­tław­cem, co? Mo­żesz te­raz sprze­dać ko­muś go­rący ma­te­riał o upa­dłym bi­sku­pie! Opo­wia­dać wszyst­kim do­okoła, że po­zwo­li­łem ci wło­żyć na szyję mój krzyż!

- Prze­stań! - Nie mo­głam tego znieść. - Prze­cież ja cię ko­cham! Do­sko­nale o tym wiesz. Po pro­stu się wsty­dzi­łam. Mu­sisz mi uwie­rzyć... - Za­łka­łam.

Vol­ter skrzy­żo­wał ra­miona i prze­chy­lił głowę, jakby nie do­sły­szał, co mó­wię.

- Wielka mi­łość, Bóg, mo­dli­twa, nad­przy­ro­dzone do­świad­cze­nia... Do­brze wiesz, ja­kiej karty użyć w od­po­wied­nim mo­men­cie. Ile osób przede mną słu­chało tych two­ich hi­sto­ry­jek? Czy może je­stem pierw­szym na­iw­nym, który na­brał się na wszyst­kie sztuczki? Cały czas mnie zwo­dzi­łaś. A wszystko po to, żeby móc się po­chwa­lić, że za­li­czy­łaś bi­skupa. Ty dziwko!

Nie by­łam w sta­nie tego słu­chać. Czu­łam, że ko­lejne słowo prze­siąk­nięte tym okrop­nym ja­dem mnie za­bije.

- Sam nie wie­rzysz w to, co mó­wisz. Ba­łam się! Po pro­stu się ba­łam, że mi nie uwie­rzysz.

I przy­ci­snę­łam usta do jego ust, za­nu­rzy­łam dło­nie w jego wło­sach, przy­lgnę­łam do niego ca­łym cia­łem w na­dziei, że zro­zu­mie... On jed­nak stał nie­wzru­szony jak po­sąg. Do oczu na­pły­nęły mi łzy wście­kło­ści i smutku. Pod­da­łam się.

W chwili gdy chcia­łam się od niego od­su­nąć, on zła­pał mnie za włosy, przy­cią­gnął do sie­bie i przy­ci­snął mocno do drzwi.

Ścią­gnął spodnie i wło­żył mi rękę w majtki. Nie by­łam pewna, czy bar­dziej mnie to ucie­szyło, czy za­wsty­dziło. By­łam pod­nie­cona, co on od razu za­uwa­żył. Nic nie mo­głam na to po­ra­dzić, że jego bez­ce­re­mo­nialne, nie­okrze­sane za­cho­wa­nie tak mnie roz­ocho­ciło. Mo­men­tal­nie zro­bi­łam się mo­kra, choć czu­łam, że nie po­win­nam.

- Je­steś cała mo­kra, szmato. Mogę so­bie tylko wy­obra­żać, z iloma fa­ce­tami się pie­przy­łaś, skoro twoja cipka jest stale go­towa.

Wstrzy­ma­łam od­dech. Nie wie­dzia­łam, jak za­re­ago­wać na te po­gar­dliwe słowa.

- To nie tak... Nie­prawda... Tylko ty... - wy­bą­ka­łam.

- Tylko ja. Ja­sne - prze­drzeź­niał mnie. Miał mnie za nic. Był okrutny. Wło­żył we mnie głę­boko je­den pa­lec. Drugą ręką zła­pał mnie za szyję.

- Ani słowa wię­cej - syk­nął. - Chcesz, że­bym cię pier­do­lił tu i te­raz czy nie? Może chcesz, że­bym za­ło­żył szaty li­tur­giczne? Wiem, że to lu­bisz, suko. A może chcesz ro­bić zdję­cia? Wcale bym się nie zdzi­wił.

Za­mknę­łam oczy i pró­bo­wa­łem zro­zu­mieć jego słowa. Czu­łam tylko wstyd i po­żą­da­nie - tak silne, że z tru­dem jęk­nę­łam:

- Rób ze mną, co chcesz. Mów, co chcesz. Bierz mnie. Ale ja nie kła­mię. Przy­się­gam, że...

Wtedy zła­pał mnie mocno za bio­dra i po­śladki, pod­niósł i oparł o drzwi. Na­parł na mnie ca­łym cia­łem, tak że po­czu­łam jego twar­dego pe­nisa. Je­dwa­bi­sta tka­nina, z któ­rej wy­ko­nana była jego su­tanna, mu­skała mnie de­li­kat­nie. Kiedy po­czu­łam zimny cię­żar krzyża na brzu­chu, in­stynk­tow­nie od­sko­czy­łam. Ze­rwał go więc z szyi i rzu­cił na pod­łogę. Je­stem bez­bożną dziwką. Po raz ko­lejny za­lała mnie fala upo­ko­rze­nia i pod­nie­ce­nia.

Wszedł we mnie tylko tro­szeczkę, a ja wy­da­łam zdu­szony okrzyk. Oparł mnie jesz­cze moc­niej o ścianę, zła­pał mocno za włosy i dy­szał ciężko z otwar­tymi ustami tuż przy mo­ich ustach. Za­wład­nęła mną pie­kielna żą­dza. Nie ob­cho­dziło mnie ani tro­chę, że tak mnie ob­ra­żał. Chcia­łam po pro­stu, żeby mnie pie­przył. Chcia­łam zo­stać uka­rana. Niech mnie uka­rze... Niech mnie pie­przy...

- Chcesz tego, suko? Pew­nie wo­la­ła­byś w ka­te­drze. Albo przy­naj­mniej w ja­kiejś ka­plicy. Chcia­ła­byś szczy­to­wać na oł­ta­rzu... Przy­znaj się... - sa­pał pro­sto w moje usta i wszedł we mnie odro­binę głę­biej. Draż­nił się ze mną. To była moja kara.

Wul­garne słowa dzwo­niły mi w uszach. Przy­gry­złam usta. Na­pię­łam mię­śnie, ma­rząc o tym, żeby moja cipka go we­ssała. W końcu wszedł we mnie z całą mocą. Sły­sza­łam jego ciężki od­dech i czu­łam, jak jego wielki ku­tas mnie roz­piera... Po­ciem­niało mi w oczach. Wcho­dził we mnie głę­boko i do końca, po czym wy­cho­dził cał­ko­wi­cie... I wcho­dził znowu.

Ugryzł mnie w szyję, aż jęk­nę­łam z bo­le­snej przy­jem­no­ści. Trzy­mał mnie za uda w że­la­znym uści­sku. Ude­rza­łam po­ślad­kami o drzwi przy każ­dym głę­bo­kim pchnię­ciu. Bo­lało mnie całe ciało, ale było mi tak do­brze, że czu­łam za­wroty głowy. Moje ciało cał­ko­wi­cie pod­da­wało się wszyst­kiemu, co ro­bił Vol­ter. Wie­dzia­łam, że prze­sta­wał nad sobą pa­no­wać.

- Chcesz, żeby w ca­łym bu­dynku usły­szeli, jak cię pier­dolę? - wy­char­czał.

- Chcę! - krzyk­nę­łam.

I wtedy za­czął mnie po­su­wać jak ni­gdy wcze­śniej. Mocno, agre­syw­nie, szybko. Za­ci­ska­łam zęby. Wbi­ja­łam pa­znok­cie w jego skórę. Krzy­cza­łam... I za­czę­łam szczy­to­wać...

Moje ciało eks­plo­do­wało ni­czym po­ra­żone prą­dem o na­pię­ciu mi­liona wol­tów. Pło­nę­łam ni­czym wiedźma na sto­sie. Czu­łam silne skur­cze. Moja zmę­czona cipka za­ci­skała się na nim i, na­sy­cona, ostat­kami sił wy­py­chała go na ze­wnątrz. Bła­ga­łam go, żeby już prze­stał. Po­wta­rza­łam jego imię, wy­krzy­ku­jąc je tak, że mój głos na pewno prze­nik­nął przez ściany apar­ta­mentu. W końcu i on wy­dał z sie­bie zwy­cię­ski ryk. Po­czu­łam, jak się we mnie spusz­cza...

Nie mia­łam po­ję­cia, jak długo sta­li­śmy tak ob­jęci w ko­ry­ta­rzu. W końcu opa­dli­śmy na pod­łogę. Przy­tu­lił mnie opie­kuń­czo. Od­dy­chał ciężko, miał za­mknięte oczy. Po ja­kimś cza­sie wy­szep­tał drżą­cym gło­sem:

- Ach, Do­ris, prze­pra­szam. Nie wiem, co we mnie wstą­piło.

Unio­słam głowę spo­czy­wa­jącą na jego piersi. Zo­ba­czy­łam, że z ką­cika oczu spły­nęła mu łza.

- By­łeś zszo­ko­wany i zły. Ro­zu­miem to. Twoje słowa mnie zra­niły, ale... nie zgwał­ci­łeś mnie. Prze­cież wiesz, że tego chcia­łam.

Na twa­rzy Vol­tera po­ja­wił się zmę­czony, nie­szczę­śliwy uśmiech. Za­mru­gał.

- Ja... mam wra­że­nie, że pu­ściły mi dzi­siaj ha­mulce. Po­wie­dzia­łem o wiele za dużo. Nie tylko o twoim wy­roku... Nie po­wi­nie­nem...

- Na­prawdę my­ślisz, że chcia­łam cię wy­sta­wić na po­śmie­wi­sko? - za­py­ta­łam roz­ża­lona.

- Prze­szło mi to przez chwilę przez myśl. Ale tak na­prawdę wiem, że... po tym, co mię­dzy nami za­szło... - Nie do­koń­czył. Gło­śno prze­łknął ślinę. - Chodźmy już do sy­pialni. Je­śli na­dal chcesz spać ze mną w jed­nym łóżku.

***

Obu­dzi­łam się około szó­stej rano. Moje ciało było prze­peł­nione uczu­ciem szczę­ścia i sa­tys­fak­cji, ale w głębi serca czu­łam nie­po­kój. Spę­dzi­li­śmy całą noc przy­tu­leni, jed­nak w uści­sku Vol­tera wy­czu­wa­łam bez­sil­ność. Gła­dził mnie po wło­sach w za­my­śle­niu.

Otwo­rzy­łam oczy i od­wró­ci­łam się twa­rzą do niego. Ręka męż­czy­zny prze­su­nęła się na moje ra­miona, a na­stęp­nie spo­częła na ta­lii.

- Przez całą noc nie zmru­ży­łem oka. Pró­bo­wa­łem to so­bie ja­koś po­ukła­dać - po­wie­dział ci­cho. - Nie wiem, co z tym zro­bić. Szcze­rze mó­wiąc, je­stem tym wszyst­kim bar­dzo roz­cza­ro­wany.

W jego gło­sie sły­chać było urazę. Pró­bo­wa­łam wziąć głę­boki od­dech. Na­gle wy­dało mi się to bar­dzo trudne.

- Czy wszy­scy... o tym wie­dzą? - za­py­ta­łam cien­kim gło­sem.

- No cóż, na­wet je­śli jesz­cze nie wie­dzą, to już wkrótce się do­wie­dzą. - od­parł. - Dziwi mnie, że do tej pory nikt nie pi­snął ani słów­kiem. Za­pewne albo nie chcieli się wtrą­cać, albo za­kła­dali, że o wszyst­kim wiem. Też bym pew­nie tak my­ślał na ich miej­scu.

Nic nie od­po­wie­dzia­łam. Pa­trzy­łam na niego, nie mo­gąc wy­du­sić ani słowa.

- Po­win­naś była się spo­dzie­wać, że ta­kie rze­czy nie tak ła­two ule­gają za­po­mnie­niu. W ar­chi­die­ce­zji jest wiele osób, które stu­dio­wały w Hel­sin­kach za two­ich cza­sów. Po czę­ści dla­tego tak mnie wczo­raj po­nio­sło. Wszy­scy wie­dzieli, nikt nic nie pi­snął, a po­tem na­gle wy­cią­gają tę sprawę na waż­nym wy­da­rze­niu - mó­wił wzbu­rzony. Po chwili do­dał już nieco spo­koj­niej­szym to­nem: - Mu­sisz wie­dzieć, że bar­dzo trudno mi zro­zu­mieć czyn, któ­rego się do­pu­ści­łaś. Uzna­łaś, że je­steś lep­sza niż inni, że masz prawo do po­ni­że­nia dru­giego czło­wieka. Czło­wieka, który my­śli ina­czej niż ty. To okrutne. W do­datku pró­bo­wa­łaś to ukryć, tak jakby te wy­da­rze­nia dało się wy­ma­zać. Nie, moja droga. One są czę­ścią two­jej hi­sto­rii.

Wy­tar­łam oczy. Usi­ło­wa­łam po­wstrzy­mać stru­mień łez, ale nie było to ła­twe.

- Chcia­łam ci o tym po­wie­dzieć. Na­prawdę mia­łam taki za­miar. Za­wsze zna­lazł się ja­kiś po­wód, żeby cho­ciaż tro­chę odło­żyć to w cza­sie, bo tak bar­dzo się ba­łam i wsty­dzi­łam. Wie­dzia­łam, że mnie po­tę­pisz. Nie chcia­łam cię stra­cić.

Po­pa­trzy­łam na niego ostroż­nie i wy­zna­łam:

- Wtedy... po tym wszyst­kim... po raz pierw­szy w ży­ciu do­świad­czy­łam obec­no­ści siły wyż­szej. Do tej pory za­wsze czu­łam się okrop­nie. By­łam za­gu­biona i wiecz­nie wście­kła. My­ślę, że cier­pia­łam też na de­pre­sję. Cza­sem mia­łam ochotę się po pro­stu pod­dać. Ale po tym wszyst­kim po­czu­łam się tak, jak­bym na­ro­dziła się na nowo. Jak­bym wy­bu­dziła się z kil­ku­let­niego kaca! Na­gle mia­łam siłę, żeby ru­szyć do przodu. Za­czę­łam się le­piej uczyć i po­zna­łam kilku wspa­nia­łych przy­ja­ciół. Ży­cie stało się jakby bar­dziej zno­śne. Nie zna­czy to, że się na­wró­ci­łam, ale prze­sta­łam kpić z wie­rzą­cych, przy­naj­mniej pu­blicz­nie. A po­tem spo­tka­łam cie­bie...

Vol­ter wy­słu­chał mnie uważ­nie, po czym za­py­tał:

- Co by było, gdy­bym wczo­raj usły­szał te za­rzuty pod twoim ad­re­sem po raz pierw­szy w ży­ciu? Jak bym za­re­ago­wał? My­śla­łaś o tym?

Po­czu­łam się tak ma­leńka i nic nie­zna­cząca jak zia­renko pia­sku.

- Nie... Nie po­my­śla­łam o tym - zdo­ła­łam wy­szep­tać. - Chyba mia­łam na­dzieję, że je­śli ja sama będę mil­czeć, to wszystko pój­dzie w za­po­mnie­nie. Ro­bi­łam prze­cież póź­niej wiele in­nych skan­da­licz­nych rze­czy... Pi­łam, upra­wia­łam przy­godny seks... Chyba mia­łam na­dzieję, że to wszystko przy­kryje wcze­śniej­sze wy­da­rze­nia.

- Słu­chaj... Mu­szę ci po­wie­dzieć coś jesz­cze - rzekł Vol­ter. - Chciał­bym, że­byś wie­działa, że te słowa, które pa­dły wczo­raj z mo­ich ust... Ja... Tak na­prawdę wcale tak o to­bie nie my­ślę. Prze­pra­szam. Ża­łuję, że mi nie za­ufa­łaś i nie po­wie­dzia­łaś o wszyst­kim, to prawda. Ale wy­rok zo­stał wy­dany i od­by­łaś już karę. Nie ma po­wodu, że­byś cier­piała jesz­cze bar­dziej - cią­gnął. Umilkł na chwilę, po czym do­dał: - Od po­czątku wie­dzia­łem, że zwią­zek z tobą może być wy­zwa­niem dla mo­jej ka­riery. Te­raz tym bar­dziej nie wiem... - Umilkł.

Wstrzy­ma­łam od­dech. Strach wpra­wiał moje my­śli w tor­nado.

- Czego nie wiesz? - za­py­ta­łam.

- Nie wiem, czy chcę pra­co­wać w ta­kim miej­scu jak to. Gdzie w okrutny spo­sób ob­ma­wia się nie­zna­jomą osobę i nikt się temu nie sprze­ci­wia. Gdzie moje ży­cie pry­watne jest te­ma­tem po­ga­du­szek. Nie wiem, czy na­dal je­stem w sta­nie za­ak­cep­to­wać to, że mu­szę się ze wszyst­kiego tłu­ma­czyć. Z dru­giej strony... nie wiem też, czy je­stem w sta­nie przejść obo­jęt­nie wo­bec faktu, że moja part­nerka ukryła przede mną tak ważną sprawę. Jaką mogę mieć pew­ność, że ni­czego już nie za­ta­jasz? - spy­tał roz­ża­lony.

Ach... Gdy­bym wie­działa, że Vol­ter cierpi o wiele bar­dziej dla­tego, że nie po­dzie­li­łam się z nim swoją prze­szło­ścią, niż z po­wodu tego, co ta prze­szłość skry­wała... Czu­łam się fa­tal­nie. Nie zda­łam eg­za­minu z za­ufa­nia. Co ja so­bie wy­obra­ża­łam? Na­prawdę my­śla­łam, że ta sprawa nie uj­rzy świa­tła dzien­nego?

Bar­dzo nie chcia­łam za­da­wać tego py­ta­nia. Wie­dzia­łam jed­nak, że po­win­nam:

- Czy chcesz, że­bym ode­szła?

Po­pa­trzył na mnie smutno, za­gu­biony.

- Nie wiem, czego chcę. My­śla­łem o tym przez całą noc, ale nie do­sze­dłem do żad­nych wnio­sków. Mu­szę dać so­bie wię­cej czasu i pod­jąć ważne de­cy­zje. Do­ty­czące nie tylko nas, ale także ca­łej mo­jej przy­szło­ści.

Pró­bo­wa­łam za­cho­wać spo­kój. Vol­ter mu­siał po­my­śleć. To jesz­cze nic nie zna­czyło. Z mo­jego gar­dła wy­do­był się jed­nak jęk wy­ra­ża­jący re­zy­gna­cję i żal:

- Prze­pra­szam! Prze­pra­szam, że ci nie po­wie­dzia­łam. Nie zo­sta­wiaj mnie, Vol­ter. Nie wiem, co bez cie­bie zro­bię.

Dawna ja by­łaby pew­nie znie­sma­czona. Za­pewne brzmia­łam ża­ło­śnie, za­cho­wu­jąc się tak, jakby moje ży­cie miało za­le­żeć od ja­kie­goś męż­czy­zny. Jed­nak w tym mo­men­cie nic mnie to nie ob­cho­dziło. By­łam zde­spe­ro­wana. Je­dyne, czego pra­gnę­łam, to Vol­ter.

- Przy­się­gam, że nie mam żad­nych in­nych se­kre­tów. Raz za­pa­li­łam ma­ri­hu­anę za gra­nicą, ale ża­den ksiądz tego nie wi­dział. Je­śli chcesz, mogę ci opo­wie­dzieć każdy szcze­gół z mo­jego ży­cia uczu­cio­wego, choć, szcze­rze mó­wiąc, nie mam zbyt wiele do po­wie­dze­nia. To był za­wsze tylko seks. Ko­cham cie­bie i tylko cie­bie. I wiem, że ni­gdy nie prze­stanę cię ko­chać...

Po­ło­ży­łam dłoń na jego ra­mie­niu, a on ujął ją de­li­kat­nie w swoją dłoń.

- Wiem. I my­ślę... wiem... że na pewno ni­gdy cię nie za­po­mnę. Ale te­raz nie mogę pod­jąć żad­nej de­cy­zji. Nie my­ślę ja­sno. Mu­szę się zdy­stan­so­wać.

Za­mar­łam. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć.

- Pa­mię­tasz, jak mó­wi­łem, że je­stem jak go­niec na sza­chow­nicy? - za­py­tał na­gle.

- Tak - od­par­łam głu­cho, pa­trząc mu smutno w oczy.

Wy­glą­dał na nie­szczę­śli­wego. Czy to moja wina?

- Te­raz my­ślę, że wcale nie je­stem goń­cem z ogra­ni­czoną moż­li­wo­ścią ru­chów. Sam nie wiem, kim je­stem. Chyba za­sza­cho­wa­nym kró­lem.

Roz­dział 10

Jesz­cze tego sa­mego ranka opu­ści­łam miesz­ka­nie Vol­tera. Nie pła­ka­łam. Chyba wciąż nie do­wie­rza­łam, że to wszystko dzieje się na­prawdę. Czu­łam, że łzy przyjdą póź­niej. Wie­dzia­łam, że nie będę w sta­nie tłu­mić w so­bie zbyt długo ne­ga­tyw­nych emo­cji.

Szybko po­zbie­ra­łam swoje rze­czy, po­dzię­ko­wa­łam Vol­te­rowi za po­moc w pi­sa­niu pracy ma­gi­ster­skiej, po raz setny go prze­pro­si­łam i pró­bo­wa­łam unik­nąć ja­kie­go­kol­wiek fi­zycz­nego kon­taktu. To ostat­nie mi się jed­nak nie udało. Vol­ter przy­tu­lił mnie mocno na po­że­gna­nie i po raz ostatni czule po­ca­ło­wał. Za­bo­lało mnie to jak cho­lera.

Nie chcia­łam je­chać do domu. Wie­dzia­łam, że nie po­win­nam być te­raz sama. Jesz­cze nie, jesz­cze nie te­raz. Nie mia­łam zbyt wielu przy­ja­ciół. Mo­gła­bym za­dzwo­nić do Leny, na pewno by mnie przy­jęła. Nie chcia­łam jed­nak zwa­lać się jej na głowę - Lena miała dwoje ma­łych dzieci i być może sama po­trze­bo­wała wspar­cia. Po­zo­sta­wała mi więc tylko jedna opcja.

Za­dzwo­ni­łam z po­ciągu. Wy­da­wało mi się, że brzmię cał­kiem nor­mal­nie, ale Ma­ria od razu wy­czuła, że coś jest nie tak.

- Oczy­wi­ście, że mo­żesz przy­je­chać - po­wie­działa. - Ale co się stało? Pi­sa­ły­śmy parę dni temu i wszystko było w po­rządku.

- Już nie jest. Vol­ter mnie rzu­cił. To zna­czy... Jesz­cze mnie nie rzu­cił, ale po­wie­dział, że musi so­bie wszystko prze­my­śleć. Nie brzmi to za do­brze, co?

- Po­kłó­ci­li­ście się?

- Nie­zu­peł­nie. Po pro­stu... Od po­czątku było wia­domo, że nie je­stem naj­lep­szą par­tią. Przeze mnie ucier­piała jego ka­riera. I to bar­dzo. W do­datku... Pró­bo­wa­łam ukryć przed nim ten cho­lerny wy­rok za ob­razę uczuć re­li­gij­nych. W końcu ktoś inny mu o tym po­wie­dział, a on zde­cy­do­wał się tego ze mną nie kon­fron­to­wać. Bo cze­kał, aż sama mu po­wiem. A ja chcia­łam to zro­bić! Tylko... nie zdą­ży­łam. Ja­kiś wredny typ po­ru­szył ten te­mat przy lu­dziach, na peł­nej sali. Vol­ter aku­rat miał wy­kład. Mó­wię ci... to było okropne. Na­prawdę chcia­łam mu o tym po­wie­dzieć, ale nie wie­dzia­łam jak...

No i się za­częło. Roz­ry­cza­łam się na do­bre. Ma­ria po­zwo­liła mi się wy­pła­kać do słu­chawki, ale po chwili prze­rwała nędzne za­wo­dze­nie:

- Po­je­dziesz po­cią­giem pro­sto na lot­ni­sko. Sły­szysz? I ku­pisz bi­let na pierw­szy lot do La­po­nii. Masz ze sobą wa­lizkę, więc rze­czy ci wy­star­czy. W ra­zie czego coś ci po­ży­czę, no­simy ten sam roz­miar. Na lot­ni­sko, Do­ris.

By­łam wdzięczna Ma­rii za to prze­ję­cie kon­troli. Cie­szy­łam się, że jest ktoś, kto mówi mi, co mam ro­bić. Zgo­dzi­łam się na wszystko i po­dzię­ko­wa­łam przy­ja­ciółce.

W Hel­sin­kach prze­sia­dłam się do po­ciągu pod­miej­skiej li­nii ko­le­jo­wej i po­je­cha­łam na lot­ni­sko. Ku­pi­łam pierw­szy bi­let do Ro­va­niemi - na szczę­ście moja karta kre­dy­towa nie od­mó­wiła współ­pracy. W sa­mo­lo­cie tro­chę się uspo­ko­iłam. Ma­ria i Tu­omas ode­brali mnie z lot­ni­ska. Od razu rzu­ciło mi się w oczy, że włosy męż­czy­zny były tego sa­mego ko­loru, co włosy Vol­tera - może tylko o od­cień ja­śniej­sze. Ma­ria wy­glą­dała na bar­dzo za­nie­po­ko­joną i od razu pod­bie­gła, żeby mnie przy­tu­lić. Poza tym wi­dać jed­nak było, że u niej wszystko w po­rządku. Pro­mie­niała.

- Jedźmy szybko do domu i tam po­roz­ma­wiajmy. Na­pi­jemy się wina. To zna­czy ty się na­pi­jesz. Ja nie mogę z oczy­wi­stych po­wo­dów, a Tu­omas musi jesz­cze pod­je­chać do pracy. Ma wielu klien­tów, w tym roku je­sień nie po­ską­piła pięk­nych ko­lo­rów.

Tu­omas pro­wa­dził wła­sny biz­nes. Zaj­mo­wał się or­ga­ni­zo­wa­niem po­dróży po La­po­nii, za­bie­rał tu­ry­stów na ło­wie­nie ryb w prze­rę­bli czy na wy­cieczki do wio­ski Świę­tego Mi­ko­łaja.

- Nie mogę się do­cze­kać, aż po­roz­ma­wiamy - od­po­wie­dzia­łam. Nie chcia­łam jed­nak, żeby wszystko krę­ciło się tylko wo­kół mnie. - Po­każ no ten brzu­szek! - do­da­łam już bar­dziej w swoim stylu.

- Jesz­cze nie jest taki duży...

- Prze­cież je­steś już w pią­tym mie­siącu! A może na­wet w szó­stym? W do­datku z bliź­nia­kami. Na pewno coś wi­dać.

- Wi­dać, wi­dać - po­wie­dział z dumą Tu­omas. Przy­cią­gnął Ma­rię do sie­bie i szep­nął jej coś na ucho.

Chyba coś spro­śnego, bo par­sk­nęła śmie­chem.

Po­czu­łam ukłu­cie za­zdro­ści. Cie­szy­łam się, że mo­głam spu­ścić wzrok, bo Ma­ria roz­pięła kurtkę. Rze­czy­wi­ście od­zna­czał się już de­li­kat­nie za­okrą­glony brzu­szek. Nie mo­głam ode­rwać od niego wzroku. Cie­szy­łam się szczę­ściem przy­ja­ciółki, ale... ja też bar­dzo chcia­ła­bym być w ciąży... Z Vol­te­rem.

Kom­plet­nie osza­la­łam! Prze­cież po­zna­łam go za­le­d­wie przed kil­koma ty­go­dniami. Jak to moż­liwe, że te­raz ma­rzy­łam o jego dziecku?

- Chodźmy już na to wino - po­wie­dzia­łam.

Ma­ria i Tu­omas miesz­kali w no­wo­cze­snym sza­rym bliź­niaku po­ło­żo­nym cał­kiem bli­sko cen­trum Ro­va­niemi. W sa­mo­cho­dzie roz­ma­wia­li­śmy o tym, co u nich. Ma­ria koń­czyła dok­to­rat, biz­nes Tu­omasa się krę­cił. Głów­nie to oni mó­wili, więc nie mu­sia­łam się si­lić na za­da­wa­nie py­tań. Po­dej­rze­wa­łam, że Ma­ria wpro­wa­dziła męża w moją sy­tu­ację, bo i on o nic mnie nie py­tał.

Kiedy we­szli­śmy do domu, Ma­ria od razu za­pa­rzyła nam kawy. Może uznała, że nie po­win­nam się upi­jać w ta­kim sta­nie. Opo­wie­dzia­łam jej z grub­sza, co się wy­da­rzyło. Po­tem tro­chę bar­dziej szcze­gó­łowo. A po­tem jesz­cze bar­dziej. Mó­wi­łam o na­szych po­tycz­kach słow­nych, o mo­ich uciecz­kach, sza­cho­wych me­ta­fo­rach, kłót­niach, a wresz­cie także o chwi­lach unie­sie­nia. Na­wet opo­wie­dziane po­krótce brzmiały go­rąco i na­mięt­nie. Brwi Ma­rii uno­siły się co­raz wy­żej i wy­żej, a kiedy skoń­czy­łam opo­wia­dać, ro­ze­śmiała się z nie­do­wie­rza­niem.

- Wow! Nie wie­dzia­łam, że He­la­korpi ma taki tem­pe­ra­ment. Nie wiem, czy po­win­nam to te­raz mó­wić, ale wy­daje mi się, że pa­su­je­cie do sie­bie. I chyba do­brze mu zro­biło te parę ty­go­dni z tobą, kiedy w końcu mógł po­wie­dzieć ko­muś na głos, co na­prawdę my­śli. I tak po­zwala so­bie pu­blicz­nie na dość od­ważne wy­po­wie­dzi, ale mimo wszystko musi się prze­cież po­wstrzy­my­wać.

Po chwili za­sta­no­wie­nia do­dała jesz­cze do­bit­niej:

- A z tą całą Jenni nic nie wy­szło, wi­dzisz? Wie­dzia­łam, że tak bę­dzie. Nie pa­suje do niego taka szara myszka.

- A ty i Tu­omas? - za­py­ta­łam. - Też się róż­ni­cie. On jest po­ryw­czy, a ty taka cie­pła i de­li­katna. Sama mó­wi­łaś.

- Rze­czy­wi­ście, może taka by­łam. Zwłasz­cza w sto­sunku do in­nych. Ale on aku­rat po­trafi pod­nieść mi ci­śnie­nie. Nie mogę go znieść, kiedy jest zmę­czony i w złym hu­mo­rze. O wszystko po­trafi się przy­cze­pić. Nie­dawno oświad­czył przy stole, że chyba bę­dziemy mu­sieli za­cząć za­ma­wiać ca­te­ring, bo roz­go­to­wa­łam ma­ka­ron. Za­bra­łam mu ta­lerz sprzed nosa i wy­rzu­ci­łam wszystko do ko­sza. Tak się składa, że ja nie lu­bię nie­do­go­to­wa­nego je­dze­nia, ale on, je­śli chce, może jeść ma­ka­ron na­wet na su­cho. I wiesz, co zro­bił? Tylko się ro­ze­śmiał. Ob­ró­cił to w żart. Uwiel­biam go za to.

Na jej twa­rzy po­ja­wił się błogi uśmiech. Pew­nie przy­po­mniała so­bie coś jesz­cze, co wy­da­rzyło się tam­tego po­po­łu­dnia.

- Dzięki niemu czuję, że żyję. Cza­sem się sprze­czamy, ale za­wsze wy­nika z tego coś do­brego. Te­raz to on go­tuje ma­ka­ron. Z ze­gar­kiem w ręku. A moją por­cję trzyma w wo­dzie tro­chę dłu­żej.

Uśmiech­nę­łam się. Do­brze wie­dzia­łam, jak uparta po­tra­fiła być Ma­ria. Po­czu­łam roz­rzew­nie­nie. Jak to wspa­niale, że mia­łam taką przy­ja­ciółkę! Po­sta­no­wi­łam zwie­rzyć się jej z ostat­niej, naj­trud­niej­szej rze­czy.

- Vol­ter chce so­bie wszystko prze­my­śleć. Wszystko, to zna­czy nas i swoją ka­rierę. Mam wielką na­dzieję, że nie skre­śli mnie ze swo­jego ży­cia. Ja... po­wie­dzia­łam mu, że go ko­cham.

- Ty? Po­wie­dzia­łaś mu, że...?

- Tak. Tak na­prawdę po­wie­dzia­łam to już wcze­śniej, ale nie tak bez­po­śred­nio. Po­wi­nien był się jed­nak do­my­ślić. No a te­raz rzu­ci­łam to zu­peł­nie wprost.

- I co on na to?

- Nic. Oświad­czył, że ni­gdy mnie nie za­po­mni - stwier­dzi­łam gorzko. - Co to ma niby zna­czyć?

To była na­sza je­dyna dłuż­sza roz­mowa. Po­tem cza­sami oglą­da­li­śmy ra­zem te­le­wi­zję i je­dli­śmy wspólne po­siłki, ale pra­wie cały czas sie­dzia­łam za­mknięta w po­koju go­ścin­nym, uda­jąc, że pi­szę pracę.

Tak na­prawdę nic nie ro­bi­łam. Le­ża­łam w łóżku i bez­myśl­nie prze­glą­da­łam głu­pie strony in­ter­ne­towe. Je­dyną rze­czą, którą ro­bi­łam re­gu­lar­nie i ce­lowo, było spraw­dza­nie wia­do­mo­ści ar­chi­die­ce­zjal­nych z Turku. Czę­sto oglą­da­łam też zdję­cia Vol­tera. Pła­ka­łam. Za­czę­łam tra­cić mo­ty­wa­cję do wy­ko­ny­wa­nia naj­prost­szych czyn­no­ści. Nie chciało mi się jeść ani myć. Czu­łam się bez­na­dziej­nie, jak­bym znów zna­la­zła się w świą­tyni Kryszny.

Ma­ria co­raz czę­ściej do mnie za­glą­dała, ale zby­wa­łam ją ja­ki­miś wy­mów­kami. Mó­wi­łam, że boli mnie głowa. Albo gar­dło. Że mnie mdli. Co ja­kiś czas przy­cho­dzi­łam do sa­lonu i na­po­ty­ka­łam za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nie Tu­omasa. Mu­sia­łam wy­glą­dać jak sie­dem nie­szczęść w brud­nym dre­sie, z prze­tłusz­czo­nymi wło­sami.

Po nie­ca­łych dwóch ty­go­dniach za­czę­łam wy­pi­sy­wać ma­ile do Vol­tera. Opo­wia­da­łam, jak za nim tę­sk­nię i że go ko­cham. Że nie je­stem w sta­nie po­su­nąć się do przodu z pracą ma­gi­ster­ską. Że Ro­va­niemi to cał­kiem ładne mia­sto. Że by­łam na stoku nar­ciar­skim z przy­ja­ciółką, bo mnie zmu­siła. Że spodo­bał mi się se­rial Ray Do­no­van. Py­ta­łam, czy oglą­dał Gam­bit kró­lo­wej. Ten o grze w sza­chy. Co­dzien­nie wy­sy­ła­łam ja­kąś wia­do­mość. Cza­sem coś zu­peł­nie bez zna­cze­nia, ale było to lep­sze niż cał­ko­wita ci­sza.

Choć tak na­prawdę ci­sza była ab­so­lutna. Nie od­po­wie­dział mi na żadną wia­do­mość. To był tylko mój mo­no­log...

A po­tem ja­koś przy­pad­kiem na­tknę­łam się na Bi­blię. Le­żała na re­gale w sa­lo­nie. Przy­po­mniało mi się, że kie­dyś, dawno temu, do­sta­łam od ko­goś pocz­tówkę z cy­ta­tem, który wy­warł na mnie duże wra­że­nie. Był to cy­tat z Księgi Iza­ja­sza. Udało mi się go od­na­leźć.

Gdyż jak deszcz i śnieg spa­dają z nieba i już tam nie wra­cają, ale na­wad­niają zie­mię, czy­nią ją uro­dzajną i kwit­nącą, dają siewcy ziarno, a je­dzą­cemu chleb, tak jest z moim sło­wem, które wy­cho­dzi z mo­ich ust. Nie wraca do Mnie próżno, lecz wy­ko­nuje to, czego pra­gnę, i speł­nia po­myśl­nie to, z czym je wy­sła­łem.

Wy­sła­łam ten frag­ment Vol­te­rowi. Na ko­niec do­pi­sa­łam: Nie re­zy­gnuj. Twoje słowa tra­fiają do lu­dzi.

Po trzech ty­go­dniach Ma­ria sta­nęła w drzwiach mo­jego po­koju z bu­telką wina.

- Przy­szłam cię po­in­for­mo­wać, że od ju­tra za­czy­namy ra­zem wy­cho­dzić z domu. Co­dzien­nie. Nie uznaję żad­nego sprze­ciwu. Co wię­cej, od ju­tra za­czy­nasz nor­mal­nie jeść. A te­raz wy­pi­jesz przy­naj­mniej trzy pełne kie­liszki i opo­wiesz mi, co się dzieje. Je­śli uznam, że to ko­nieczne, za­bie­ram cię do le­ka­rza.

Wy­pi­łam. Wy­pła­ka­łam się. Wy­tłu­ma­czy­łam. Na ko­niec opo­wie­dzia­łam jej na­wet o ma­ilach. Ulżyło mi. Kiedy Ma­ria zo­sta­wiła mnie samą, wy­sła­łam Vol­te­rowi ostat­nią wia­do­mość. Kilka wer­sów z pio­senki Slipk­nota - Du­ality:

I push my fin­gers into my eyes

It's the only thing that slowly stops the ache

But it's made of all the things I have to take

Je­sus, it ne­ver ends, it works it's way in­side

If the pain goes on, I'm not gonna make it.

Na­stęp­nego ranka obu­dzi­łam się z głową ciężką od kaca. Przy­po­mniało mi się, że wy­sła­łam Vol­te­rowi te roz­pacz­li­wie smutne słowa pio­senki. Mia­łam na­dzieję, że może za­po­mnia­łam klik­nąć Wy­ślij. Nie­stety, wia­do­mość zo­stała do­star­czona. Zro­biło mi się strasz­nie wstyd. Na­pi­sa­łam szybko:

By­łam pi­jana. Nie przej­muj się tą po­przed­nią wia­do­mo­ścią. Nie będę ci już wię­cej prze­szka­dzać.

Ko­niec. Wes­tchnę­łam i ze­szłam do kuchni. Ma­ria po­pa­trzyła na mnie po­waż­nie.

- Mu­sisz coś zjeść. Coś nor­mal­nego. Je­stem pewna, że schu­dłaś w ostat­nim cza­sie co naj­mniej pięć kilo. A po­tem pój­dziemy na spa­cer.

Żu­łam bez­na­mięt­nie ka­wa­łek grzanki, który po­pi­ja­łam jo­gur­tem. Nie mia­łam ape­tytu, a w do­datku wciąż do­ku­czał mi kac. Po­wie­dzia­łam Ma­rii, że mu­szę w końcu wziąć prysz­nic. Nie mia­łam ochoty na spa­cer, ale obie­ca­łam, że wie­czo­rem pójdę z nią do kina. Przez chwilę do­trzy­ma­łam jej jesz­cze to­wa­rzy­stwa, uda­jąc, że czy­tam, po czym po­drep­ta­łam z po­wro­tem do swo­jego po­koju. Pró­bo­wa­łam obej­rzeć od­ci­nek se­rialu na HBO, ale nie mo­głam się sku­pić. Zde­cy­do­wa­łam, że do­cze­kam do wie­czoru, ga­piąc się w su­fit.

Film miał się za­cząć o dwu­dzie­stej. Nie wie­dzia­łam na­wet, co wy­brała Ma­ria - było mi wszystko jedno. Wła­śnie mia­łam wstać, zna­leźć ja­kieś ubra­nia i wziąć prysz­nic, kiedy usły­sza­łam głosy do­bie­ga­jące z dołu. To pew­nie są­sie­dzi albo zna­jomi Tu­omasa, po­my­śla­łam. Po­sta­no­wi­łam po­cze­kać, aż Ma­ria grzecz­nie się z nimi po­że­gna.

Przy­sia­dłam na łóżku i spoj­rza­łam na swoje pa­znok­cie i skórki. Za­wsze je ob­gry­za­łam, kiedy by­łam w złym sta­nie. Za­my­śli­łam się i dla­tego nie usły­sza­łam kro­ków. Ktoś wcho­dził po scho­dach. Po chwili zo­ba­czy­łam w drzwiach głowę Ma­rii.

Stała przez mo­ment, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć. O co jej cho­dziło?

- Słu­chaj... Vol­ter tu jest. Po­wie­dzia­łam mu, że nie wpusz­czę go do cie­bie, do­póki się nie do­wiem, czy masz ochotę go zo­ba­czyć. Ale wy­daje mi się, że nie za bar­dzo go to ob­cho­dzi. Spra­wia wra­że­nie zde­ter­mi­no­wa­nego. Więc... no, wiesz. Nie mam za­miaru się z nim si­ło­wać. Ten fa­cet jest po­tężny.

- Vol­ter? - Nie wie­rzy­łam wła­snym uszom. Po­woli do­cie­rał do mnie sens słów wy­po­wie­dzia­nych przez Ma­rię. Wpa­dłam w pa­nikę. - Nie ma mowy! Spójrz tylko na mnie! Nie może mnie zo­ba­czyć w ta­kim sta­nie! Cho­lera ja­sna! Prze­czy­tał moją ostat­nią wia­do­mość i przy­je­chał. Kurwa! Ucieknę przez okno. Ma­cie dra­binę?

Traj­ko­ta­łam jak na­jęta. Nie wie­dzia­łam, co ze sobą zro­bić. Szanse na ucieczkę były jed­nak marne, bo za­uwa­ży­łam już, że za ple­cami Ma­rii wy­ra­sta zna­joma po­stać. De­li­kat­nym, ale sta­now­czym ru­chem Vol­ter od­su­nął moją przy­ja­ciółkę na bok i wszedł do po­koju.

Wsta­łam. Czu­łam, jak oży­wają wszyst­kie wnętrz­no­ści. Mia­łam ochotę rzu­cić mu się w ra­miona, ale się po­wstrzy­ma­łam. Po­pa­trzy­łam na niego nie­pew­nie. Był bar­dzo blady.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam cię wy­stra­szyć. Nie po­win­nam była wy­sy­łać tej wia­do­mo­ści. Nic mi nie jest - po­wie­dzia­łam.

Pod­szedł bli­żej.

- Ja­kiej wia­do­mo­ści? - za­py­tał ci­cho.

- Jak to ja­kiej? Tego głu­piego ma­ila! - od­po­wie­dzia­łam ża­ło­śnie. Czu­łam się jak kom­pletna idiotka.

- Nie spraw­dza­łem ostat­nio skrzynki. Je­stem na urlo­pie.

Od­wró­cił głowę i wło­żył ręce do kie­szeni ciem­nych dżin­sów. Miał na so­bie ob­ci­słą czarną bluzkę, która świet­nie pod­kre­ślała jego syl­wetkę. Pa­trzy­łam na niego tę­sk­nie.

- By­łem u cie­bie parę dni temu, ale oczy­wi­ście ni­kogo nie za­sta­łem. Nie śmia­łem dzwo­nić... Już nie pierw­szy raz się roz­sta­wa­li­śmy z mo­jego po­wodu. Ale zmar­twi­łem się, kiedy nie otwie­ra­łaś mi drzwi przez kilka dni z rzędu. Przy­po­mniało mi się wtedy, że przy­jaź­nisz się z Leną. Ko­ja­rzę ją, więc do niej za­dzwo­ni­łem. Po­wie­działa, że je­steś tu­taj. Po­pro­si­łem, żeby nie wspo­mi­nała ci o na­szej roz­mo­wie. Wi­docz­nie po­słu­chała. No i przy­je­cha­łem.

- Aż tu­taj? - za­py­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem. - Przy­je­cha­łeś aż tu­taj, do Ro­va­niemi?

- Dużo ostat­nio jeź­dzi­łem. Po ca­łej Fin­lan­dii. By­łem w Jo­en­suu, w Var­kaus, Kri­stii­nan­kau­punki, Tor­nio... Wró­ci­łem na po­łu­dnie, ale cie­bie tam nie było. Więc wy­je­cha­łem znowu.

Pod­szedł bli­żej i mocno mnie przy­tu­lił. Usie­dli­śmy na brzegu łóżka. Czu­łam cie­pło jego ciała tuż obok mo­jego. Na­pa­wało mnie to spo­ko­jem, któ­rego tak bar­dzo ostat­nio pra­gnę­łam.

- Och, ko­cha­nie... - pa­trzył na mnie zmar­twiony. - Czy wszystko w po­rządku? Wy­glą­dasz na chorą.

Nie wy­trzy­ma­łam. Przy­pa­dłam twa­rzą do jego piersi i wy­bu­chłam hi­ste­rycz­nym pła­czem. Obej­mo­wał mnie mocno jed­nym ra­mie­niem. Dło­nią dru­giej ręki gła­dził mnie po wło­sach.

- Bła­gam, nie zo­sta­wiaj mnie sa­mej - za­wo­dzi­łam. - Nie opusz­czaj mnie. Za­dzwoń do mnie cza­sem. Na­pisz wia­do­mość...

Nie pa­no­wa­łam nad sobą.

- Wy­bacz mi, że taka je­stem. Nie chcę, że­byś przeze mnie cier­piał. Chcę, że­byś był szczę­śliwy. Ale cza­sem na­pisz do mnie...

Po­wta­rza­łam w kółko te same słowa.

- Od czasu do czasu. Jedna wia­do­mość. Kilka słów przez te­le­fon. A je­śli bę­dziesz w Hel­sin­kach, mo­żemy pójść coś zjeść. Bła­gam, nie od­ci­naj się ode mnie zu­peł­nie...

Trzę­słam się od pła­czu w jego ra­mio­nach. Z mo­ich ust pły­nął nie­prze­rwany po­tok słów.

- Trudno... tak cał­kiem bez cie­bie. Sa­mej. Cho­ciaż słówko. I... i... kiedy spo­tkasz tę wła­ściwą ko­bietę, którą po­ko­chasz... nie będę sta­wać wam na dro­dze. Ale nie traćmy kon­taktu.

Cho­ciaż pła­ka­łam i hi­ste­ry­zo­wa­łam, w głębi du­szy czu­łam spo­kój. Bo Vol­ter trzy­mał mnie w ra­mio­nach, a jego uścisk nie słabł - wręcz prze­ciw­nie, z każdą mi­nutą sta­wał się co­raz moc­niej­szy.

- Mogę prze­czy­tać tę wia­do­mość? - za­py­tał.

Chwy­ci­łam go za bluzkę i po­krę­ci­łam głową.

- Pro­szę, nie. By­łam pi­jana. Prze­czy­taj po­zo­stałe, ale...

- Po­zo­stałe? - za­py­tał zdzi­wiony.

- Są krót­kie. Nic... waż­nego. Nie chcia­łam ci prze­szka­dzać. Ja tylko... Po pro­stu...

Chcia­łam to po­wie­dzieć po raz ostatni:

- Po pro­stu bez cie­bie było mi tak cho­ler­nie trudno...

Męż­czy­zna wy­jął te­le­fon z kie­szeni.

- Nie mogę uwie­rzyć, że naj­waż­niej­sze ma­ile w moim ży­ciu przy­szły do mnie aku­rat wtedy, kiedy po raz pierw­szy zmie­ni­łem usta­wie­nia skrzynki i usu­ną­łem po­wia­do­mie­nia.

Za­czął czy­tać i za­milkł. Wie­dzia­łam, że już nie zdo­łam mu w tym prze­szko­dzić, więc przy­tu­li­łam się jesz­cze moc­niej i wy­szep­ta­łam:

- Na­prawdę nie chcia­łam ci prze­szka­dzać. Nie chcia­łam być na­trętna. Wy­bacz...

- Do­ris - prze­rwał i po­ca­ło­wał mnie lekko w czu­bek głowy. - Bu­zia na kłódkę, ko­cha­nie.

Cze­ka­łam w na­pię­ciu, aż skoń­czy czy­tać wia­do­mo­ści. Czu­łam, że on też był spięty. Wdy­cha­łam głę­boko jego za­pach, żeby za­pa­mię­tać go na za­wsze. Bo co, je­śli męż­czy­zna za chwilę mnie ode­pchnie? Co on tu w ogóle ro­bił, skoro wcale nie prze­czy­tał wcze­śniej mo­ich wia­do­mo­ści? Dla­czego przy­je­chał? Nie po­tra­fi­łam od­po­wie­dzieć so­bie na te py­ta­nia. Po pro­stu cze­ka­łam, aż skoń­czy czy­tać. Po­czu­łam lek­kie drże­nie. Vol­ter się trząsł. Co go tak śmie­szyło? Czy to do­bry znak?

Wtedy usły­sza­łam cięż­kie wes­tchnie­nie i zo­ba­czy­łam, jak te­le­fon wy­pada mu z ręki na pod­łogę. Męż­czy­zna pła­kał. By­łam tak zdzi­wiona, że z tego wszyst­kiego sama prze­sta­łam chli­pać. Pró­bo­wa­łam go uspo­koić:

- Nie chcia­łam ci spra­wić przy­kro­ści. Ja tylko pró­bo­wa­łam na­wią­zać z tobą kon­takt. To nic waż­nego. Nie bierz so­bie tych wia­do­mo­ści do serca.

Szloch Vol­tera po­woli słabł.

- Ach, ko­cha­nie. Prze­stań już, pro­szę - po­wie­dział.

Ko­cha­nie.

Zwró­cił się do mnie w ten spo­sób już kilka razy. Cze­ka­łam, aż się uspo­koi. W końcu za­czął mó­wić:

- By­łaś taka od­ważna. O wiele bar­dziej niż ja. Na­zwa­łaś mnie raz bun­tow­ni­kiem, ale przez cały ten czas by­łem zwy­kłym tchó­rzem. Po pro­stu tchó­rzem.

Po­gła­dzi­łam go po ple­cach. Chcia­łam, żeby mó­wił da­lej.

- Kiedy ode­szłaś, a ja wró­ci­łem do pracy... stra­ci­łem całą mo­ty­wa­cję. Jak­bym prze­stał co­kol­wiek czuć, współ­czuć... Nie mia­łem ochoty ni­kogo wy­słu­chi­wać. Pró­bo­wa­łem się mo­dlić, sku­pić na obo­wiąz­kach. Przez ja­kiś czas uda­wa­łem, że wszystko jest w po­rządku. Wiesz, że je­stem w tym do­bry. Aż któ­re­goś razu przy ja­kiejś oka­zji ktoś o to­bie wspo­mniał. Po­wie­dzia­łem, że ode­szłaś. I wtedy ten ktoś stwier­dził, że całe szczę­ście, że wszyst­kim to wyj­dzie na do­bre. My­śla­łem, że dam mu w mordę. Po tej nic nie­zna­czą­cej roz­mo­wie po­sze­dłem do ku­rii i po­pro­si­łem o urlop. - Ode­tchnął głę­boko, po czym za­śmiał się cierpko i do­dał: - Wszyst­kim wyj­dzie to na do­bre! Wszyst­kim, czyli komu? Prze­cież na­wet w ar­chi­die­ce­zji nikt ni­gdy nie za­su­ge­ro­wał, że nie po­win­ni­śmy być ra­zem. Nasz zwią­zek prze­szka­dzał tylko tym upier­dli­wym świę­tosz­kom. A ja, tchórz, za­miast się im po­sta­wić, zwró­ci­łem się prze­ciwko to­bie. Mimo że po tak krót­kim okre­sie zna­jo­mo­ści zde­cy­do­wa­łaś się otwo­rzyć przede mną jak przed ni­kim in­nym, wy­ja­wi­łaś mi swoje se­krety, za­ufa­łaś mi. Zo­sta­wi­łaś dla sie­bie tylko jedną rzecz. Tę, o któ­rej i tak się do­wie­dzia­łem. I ubz­du­ra­łem so­bie, że mam prawo pod­dać cię eg­za­mi­nowi, ocze­ki­wać od cie­bie, że za­ufasz mi jesz­cze bar­dziej i wy­ja­wisz mi swoją naj­więk­szą ta­jem­nicę. Tak, jak­bym sam nie mógł za­cząć tej trud­nej roz­mowy, skoro tak bar­dzo mi na tym za­le­żało! Wiem, jak bar­dzo ża­łu­jesz i wsty­dzisz się swo­ich czy­nów. Wie­dzia­łem o tym już tego ranka, kiedy ode­pchną­łem cię od sie­bie. Znowu.

- Nie bądź dla sie­bie zbyt su­rowy... To nie była bła­hostka - szep­nę­łam.

- Wszy­scy po­peł­niamy błędy i nie­które z nich są bar­dzo po­ważne w skut­kach. Kie­dyś da­łem roz­grze­sze­nie mor­dercy. A to­bie nie po­tra­fi­łem wy­ba­czyć, bo nie wy­zna­łaś mi jed­nego grze­chu.

- Nie chcia­łam zruj­no­wać ci ży­cia... Nie chcia­łam - po­wie­dzia­łam płacz­li­wie i przy­tu­li­łam go mocno.

- Nie zro­bi­łaś ni­czego złego, Do­ris. Po­słu­chaj... - ode­zwał się miękko. - Po­patrz na mnie. Pro­szę.

Pod­nio­słam głowę. Vol­ter otarł łzy z mo­ich po­licz­ków i stwier­dził sta­now­czo:

- Cały czas mia­łaś ra­cję. Ten gość, który wisi na ścia­nie w mo­jej sy­pialni, wie wszystko o mi­ło­ści... My­śla­łem, że ja też. Jak bar­dzo się jed­nak my­li­łem. Za­ko­cha­łem się w to­bie tej nocy, którą spę­dzi­li­śmy u cie­bie, ale nie chcia­łem tego przy­znać przed sa­mym sobą. I... po­peł­ni­łem straszny błąd, my­śląc, że mogę ocze­ki­wać od cie­bie po­stę­po­wa­nia zgod­nego z mo­imi ocze­ki­wa­niami. Osą­dzi­łem cię, bo nie­wy­star­cza­jąco mi za­ufa­łaś. Cho­ciaż tak na­prawdę za­ufa­łaś mi pra­wie bez­gra­nicz­nie! Prze­cież prak­tycz­nie po­rzu­ci­łaś swoje wcze­śniej­sze ży­cie, prze­pro­wa­dzi­łaś się do mnie i do­sto­so­wa­łaś do mo­ich zwy­cza­jów. Prze­pra­szam, że tego nie do­ce­ni­łem.

- To nic... Moje wcze­śniej­sze zwy­czaje nie były wiele warte - po­wie­dzia­łam.

- Ani moje - od­parł i po­ca­ło­wał mnie w po­li­czek. - Wy­kre­owa­łem so­bie w gło­wie ide­alne ży­cie, w któ­rym było miej­sce na ide­alną żonę, ide­alne dzieci i wspa­niałą ka­rierę. Nie spo­dzie­wa­łem się, że za­ko­cham się w dziew­czy­nie, która wy­wróci to ży­cie do góry no­gami. Nie po­tra­fi­łem tego za­ak­cep­to­wać, wal­czy­łem z wła­snymi uczu­ciami. W imię czego? Przy­po­do­ba­nia się sta­rym pry­kom? Do­piero te­raz zro­zu­mia­łem, że po­trze­buję wła­śnie cie­bie. Po­trze­buję w moim ży­ciu ko­biety, przy któ­rej nie mu­szę uwa­żać na słowa. Ta­kiej, która mnie ro­zu­mie. I która nie za­waha się po­tłuc paru ta­le­rzy, kiedy się wściek­nie, ani ze­rwać ze mnie ko­szuli w szale na­mięt­no­ści. Po­trze­buję praw­dzi­wej osoby. Ta­kiej, która po­trafi praw­dzi­wie ko­chać.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Łzy wzru­sze­nia pły­nęły mi z oczu stru­mie­niami.

- Do­dam tylko, że to nie ja zry­wa­łam z cie­bie ubra­nia. Je­steś mi wi­nien dzie­sięć blu­zek, pa­mię­tasz? - za­żar­to­wa­łam, wciąż po­cią­ga­jąc no­sem.

- Wy­ba­czysz mi? Jesz­cze ten je­den raz... I wró­cisz ze mną do domu, te­raz już na za­wsze?

Brzmiało to cu­dow­nie. Do domu. Nie chcia­łam jed­nak za­re­ago­wać zbyt en­tu­zja­stycz­nie.

- A co z Ko­ścio­łem? Nie chcę, żeby przeze mnie ucier­piała twoja ka­riera. Albo że­byś ucier­piał ty.

- Uwierz mi. Mam grubą skórę. Ko­cham cię, Do­ris. Od te­raz, je­śli ktoś cię ob­razi, to tak, jakby ob­ra­ził mnie. A je­śli po­suną się za da­leko, to odejdę. Chyba że oni pierwsi mnie wy­walą.

- Ra­czej nie mogą tego zro­bić.

- Kto wie - od­po­wie­dział ze śmie­chem. - Chyba jesz­cze nie zda­rzył się po­dobny przy­pa­dek. Może dojdą do wnio­sku, że przy­no­szę hańbę Ko­ścio­łowi, sza­le­jąc za taką po­ganką.

- Do­łą­czę do Ko­ścioła - obie­ca­łam.

- Nie mu­sisz. Nie chcę, że­byś zro­biła to wbrew so­bie.

- A co, je­śli ma­rzy mi się ślub ko­ścielny? - spy­ta­łam drżą­cym gło­sem.

- Nie pa­mię­tam, że­bym ci się oświad­czał - dro­czył się ze mną.

- Prze­cież nie mo­żemy żyć bez końca w grze­chu. Je­steś bi­sku­pem. Sam kie­dyś po­wie­dzia­łeś, że są ja­kieś gra­nice. Za­ła­twmy to więc jak na­leży.

- Kon­ku­bi­nat nie jest już uzna­wany za taki straszny grzech.

- Ach tak? Chcesz mi po­wie­dzieć, że w ciągu nie­ca­łego mie­siąca w Ko­ściele lu­te­rań­skim za­szły ra­dy­kalne zmiany i wszy­scy pod­sko­czą z ra­do­ści na wieść o tym, że bi­skup He­la­korpi za­mieszka z Do­ris Vu­oti?

- Dzięki Bogu za to cu­downe ozdro­wie­nie - mruk­nął czule i po­ca­ło­wał mnie w usta.

Był to długi i piękny po­ca­łu­nek. Z po­czątku ca­ło­wał mnie miękko i na­mięt­nie, ale wkrótce stał się bar­dziej na­tar­czywy. Oboje do­ty­ka­li­śmy się łap­czy­wie, a na­sze ję­zyki wi­ro­wały w cu­dow­nym tańcu. Kiedy za­czął ca­ło­wać mnie po szyi, wy­szep­ta­łam go­rąco:

- By­łam chora ze smutku i tę­sk­noty...

- Ja też - od­po­wie­dział. - Więc zróbmy to. Weźmy ślub. Ko­cham cię i wie­rzę, że moja mi­łość do cie­bie jest wła­śnie taka, jak ta z two­jego ulu­bio­nego frag­mentu Pie­śni nad Pie­śniami. Mimo że je­steś uparta, wy­bu­chowa i no­sisz zde­cy­do­wa­nie zbyt skąpą bie­li­znę.

- Je­steś nie­moż­liwy. I ta­kiego cię ko­cham. Ale nie kłam. Wiem do­sko­nale, że bie­li­zna jest z pew­no­ścią ar­gu­men­tem za, a nie prze­ciw. Mu­szę spra­wić jej so­bie wię­cej, za­nim któ­re­goś dnia stra­cisz pa­no­wa­nie nad sobą i prze­sta­niesz przy­no­sić do domu bi­sku­pią wy­płatę. Za­nim wy­lą­du­jemy gdzieś w Sa­wo­nii. Albo tu­taj, w La­po­nii. Jak naj­da­lej od ar­cy­bi­skup­stwa.

- Ty za to wła­śnie koń­czysz stu­dia. Mu­simy po­my­śleć o two­jej ka­rie­rze. Nie na­wią­za­łaś ja­kichś kon­tak­tów w są­dzie pod­czas tych wszyst­kich roz­praw? - Nie po­zo­sta­wał mi dłużny.

Ze śmie­chu do­sta­łam czkawki.

- Chyba nada­wa­ła­bym się le­piej na me­ne­dżerkę ja­kie­goś ze­społu roc­ko­wego. A może na­wet Slipk­nota!

- Po­win­naś przy oka­zji do­stać od nich me­dal dla naj­wier­niej­szej fanki. - Uśmiech­nął się. Po chwili do­dał: - Dawno nie słu­cha­łem tyle Slipk­nota i w ogóle me­talu co w ostat­nim cza­sie. Mia­łem na ta­pe­cie Du­ality i kilka in­nych płyt, ale wał­ko­wa­łem przede wszyst­kim Be­fore I For­get... By­łem w par­szy­wym na­stroju. Po­my­śla­łem so­bie, że może po­mo­głoby mi czy­ta­nie Bi­blii. Ale nie zna­la­złem ani jed­nego frag­mentu na po­twier­dze­nie tego, że do­brze zro­bi­łem, po­zwa­la­jąc odejść naj­uko­chań­szej oso­bie. Ani ta­kiego, który by po­twier­dził, że nie mogę ci wy­ba­czyć. W głębi du­szy wie­dzia­łem, jaka jest prawda. Wie­dzia­łem to wszystko bez czy­ta­nia Bi­blii. Ale po­trze­bo­wa­łem czasu, żeby w pełni zro­zu­mieć swoje po­ło­że­nie.

By­łam szczę­śliwa, że od­zy­ska­łam Vol­tera. Ba­łam się jed­nak cał­ko­wi­cie mu za­ufać. Nie chcia­łam prze­żyć ko­lej­nego roz­cza­ro­wa­nia.

- Je­steś pe­wien, że nie zmie­nisz zda­nia? - za­py­ta­łam. - Nie wiem, czy po­ra­dzi­ła­bym so­bie z na­stęp­nym roz­sta­niem...

Po­pa­trzył mi głę­boko w oczy. Wi­dzia­łam spo­kój i pew­ność w sza­rych tę­czów­kach. Zie­lone plamki iskrzyły się nie­po­kor­nie.

- Nie przy­je­chał­bym tu, gdy­bym nie był pe­wien, że cię po­trze­buję. Pró­bo­wa­łem so­bie wmó­wić, że jest ina­czej, ale nie mam już siły, żeby dłu­żej się oszu­ki­wać. Poza tym na­wet je­śli spełni się naj­czar­niej­szy ze sce­na­riu­szy i nie będę mógł dłu­żej być bi­sku­pem czy na­wet pa­sto­rem, to je­stem pe­wien, że znaj­dzie się dla mnie miej­sce na któ­rymś wy­dziale teo­lo­gicz­nym. Albo na ja­kiejś so­cjo­lo­gii. Gdzie­kol­wiek!

Ucie­szyła mnie jego od­po­wiedź. Prze­wró­ci­łam Vol­tera na plecy i wdra­pa­łam się na niego. Spoj­rza­łam z góry na uko­cha­nego męż­czy­znę i znowu za­chciało mi się pła­kać. Tym ra­zem z ra­do­ści. Coś przy­szło mi do głowy.

- Wi­dzia­łam tu w jed­nym skle­pie z bi­żu­te­rią prze­piękne ob­rączki zro­bione z la­poń­skiego złota. Zwłasz­cza je­den mo­del bar­dzo mi się spodo­bał. Taki z dwoma dia­men­tami...

Vol­ter udał, że nie zro­zu­miał alu­zji.

- Nie po­trze­buję żad­nych dia­men­tów - od­po­wie­dział, po czym zmru­żył oczy i za­py­tał, przy­glą­da­jąc się mi bacz­nie: - Co ro­bi­łaś w skle­pie z bi­żu­te­rią? I z kim?

- Po­szłam tam z pew­nym męż­czy­zną - od­par­łam za­czep­nie.

Brwi Vol­tera nie­bez­piecz­nie się zmarsz­czyły.

- Zdą­ży­łaś już się kimś po­cie­szyć i na­cią­gnąć ja­kie­goś fra­jera na...

- Z Tu­oma­sem! - wy­krzyk­nę­łam. Może po­win­nam się ob­ra­zić, ale tak na­prawdę roz­śmie­szył mnie jego po­kaz za­zdro­ści. - Mę­żem Ma­rii. Mo­jej przy­ja­ciółki. Je­ste­śmy u nich w domu. Coś ci świta?

Zro­biło mu się głu­pio.

- Tu­omas nie znosi, kiedy Ma­ria wy­cho­dzi z domu bez ob­rączki. Tylko że Ma­rii w ciąży spu­chły palce... Tu­omas uparł się więc, że po­więk­szą jej ob­rączkę. Co jest oczy­wi­ście bar­dzo za­bawne, bo nie wiem, kto niby miałby pod­ry­wać jego cię­żarną żonę.

- Tu­omas ma cał­ko­witą ra­cję - po­wie­dział Vol­ter. - Jak to fa­cet.

Po chwili do­dał prze­kor­nie:

- Te­raz, kiedy otrzą­sną­łem się z pierw­szego szoku po two­ich oświad­czy­nach...

- Wcale ci się nie oświad­czy­łam!

- Je­steś pewna?

- Tylko po­dzie­li­łam się z tobą ra­cjo­nal­nymi ob­ser­wa­cjami.

- No tak. Tymi na te­mat ślubu ko­ściel­nego. - Nie prze­sta­wał mi do­ku­czać. - Ale je­stem tego sa­mego zda­nia. Mu­szę cię za­ob­rącz­ko­wać, za­nim uprze­dzi mnie ja­kiś Tu­omas. Chodźmy ju­tro do tego sklepu.

- I bar­dzo do­brze. Niech wszyst­kie Jenni na świe­cie wie­dzą, że ten eg­zem­plarz - dźgnę­łam go pal­cem w pierś - jest off li­mits. Ty za to nie masz po­wo­dów do nie­po­koju. Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łam naj­mniej­szej ochoty się z ni­kim wią­zać. Je­steś je­dyny. Wy­jąt­kowy.

Ostat­nie słowa wy­po­wie­dzia­łam ci­cho i czule, gła­dząc Vol­tera po twa­rzy. Wła­śnie zbli­ża­łam się, żeby go po­ca­ło­wać, kiedy na­szych uszu do­bie­gło pu­ka­nie. Zo­ba­czy­łam głowę Ma­rii w uchy­lo­nych drzwiach. Uśmiech roz­ja­śnił jej twarz, kiedy zo­ba­czyła nas le­żą­cych w cia­snym uści­sku.

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. Chcia­łam się tylko upew­nić, że nie idzie­cie z nami do kina.

Vol­ter prze­krę­cił mnie na plecy i po­ło­żył mi rękę na brzu­chu na znak, bym nie wsta­wała. Sam zaś pod­niósł się i od­po­wie­dział:

- Wy­bacz, że tak wtar­gną­łem do wa­szego domu. Je­śli nie masz nic prze­ciwko, to na dzi­siej­szy wie­czór i noc chciał­bym za­re­zer­wo­wać Do­ris tylko dla sie­bie. Oczy­wi­ście mo­żemy prze­nieść się do ho­telu, to ża­den pro­blem.

- Ależ nie! Oczy­wi­ście, że nie mam nic prze­ciwko. Zo­stań­cie tu­taj. No i... Chcę tylko po­wie­dzieć, że bar­dzo, bar­dzo się cie­szę. Mam wra­że­nie, że chyba się do­ga­da­li­ście i wszystko się mię­dzy wami uło­żyło.

- Uło­żyło się - po­twier­dzi­łam z uśmie­chem.

- Do­ris mi się oświad­czyła - do­dał Vol­ter.

- Wcale nie!

- A wła­śnie że tak. Mo­żesz być pewna, że mój drużba opo­wie tę hi­sto­rię na we­selu.

- Je­śli zdąży przed tobą. Coś mi mówi, że nie wy­trzy­masz do we­sela i bę­dziesz o tym pa­plał na prawo i lewo!

Ma­ria ro­ze­śmiała się szcze­rze i ra­do­śnie. Wie­dzia­łam, że na­prawdę cie­szy się moim szczę­ściem.

- Okej, to my już pój­dziemy - po­wie­działa. - Baw­cie się do­brze!

***

Długo się za­sta­na­wia­łam, jak prze­ko­nać Vol­tera, że moja chęć przy­stą­pie­nia do Ko­ścioła była szczera i nie cho­dziło wy­łącz­nie o for­mal­no­ści. Mia­łam kilku zna­jo­mych, któ­rzy na­le­żeli do Ko­ścioła, dla­tego że chrze­ści­jań­stwo było dla nich kul­tu­rowo naj­bliż­szą i naj­bar­dziej zro­zu­miałą re­li­gią. No i wie­rzyli w Boga. Po­nie­waż sama bar­dzo ce­ni­łam na­uki Je­zusa, w końcu uzna­łam, że przy­na­leż­ność do Ko­ścioła bę­dzie dla mnie na­tu­ral­nym kro­kiem na­przód, mimo że ni­gdy nie do­świad­czy­łam tak głę­bo­kiego prze­bu­dze­nia jak Vol­ter.

Po­wie­dzia­łam mu, że chcia­łam wal­czyć z nim ra­mię w ra­mię o Ko­ściół, który so­bie wy­obra­ził: otwarty na zmiany i to­le­ran­cyjny. Oczy­wi­ście mu­sia­łam przy­stą­pić do kon­fir­ma­cji, ale oka­zało się to o wiele mniej skom­pli­ko­wane, niż mi się wcze­śniej wy­da­wało.

Z po­czątku wąt­pi­łam w sta­łość uczuć Vol­tera. Nie do końca wie­rzy­łam, że bę­dzie umiał mnie ko­chać mimo mo­ich wad. Po­sta­no­wi­łam mu jed­nak za­ufać. Czy mia­łam inny wy­bór? Moja mi­łość do Vol­tera była ab­so­lutna. Ko­cha­łam go całą du­szą, ser­cem i cia­łem.

Po ogło­sze­niu za­rę­czyn plotki na nasz te­mat uro­sły do tego stop­nia, że po­sta­no­wi­łam na­pi­sać list otwarty do ar­chi­die­ce­zji z prze­pro­si­nami za moje bez­myślne dzia­ła­nia z prze­szło­ści. Do­da­łam też aka­pit o moim obec­nym związku z Ko­ścio­łem i re­li­gią (nie wda­jąc się w zbędne szcze­góły). Raz wspo­mniano o nas w ga­ze­cie po­ran­nej, a po­tem jesz­cze w paru in­nych. Pew­nego dnia Vol­ter wró­cił z pracy tro­chę zi­ry­to­wany. Za­nim po­ca­ło­wał mnie na po­wi­ta­nie i za­pro­wa­dził do sy­pialni, usły­sza­łam, jak mam­ro­cze pod no­sem coś o za­ku­tych łbach. Do­piero kiedy ar­cy­bi­skup wy­dał w na­szej spra­wie oświad­cze­nie, w któ­rym po­parł za­rę­czyny i pod­kre­ślił za­an­ga­żo­wa­nie Vol­tera w sprawy Ko­ścioła, za­mie­sza­nie nieco uci­chło, a emo­cje opa­dły.

Wzię­li­śmy ślub w domu przy ulicy Au­ra­katu. Udało mi się ku­pić szma­rag­dowe cięż­kie za­mszowe za­słony. Nie mia­łam naj­mniej­szego za­miaru zwie­rzać się ko­mu­kol­wiek z tego, że wy­bra­łam ten ko­lor, bo ko­ja­rzył mi się z iskier­kami w oczach Vol­tera. Twier­dzi­łam po pro­stu, że przy­da­łoby się oży­wić sa­lon ja­kimś ko­lo­rem. Od­cień zie­lo­nego bar­dzo pa­so­wał.

Ślub od­był się dru­giego dnia świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia, a udzie­lił go nam ten sam pa­stor, który lata temu był obecny przy sa­kra­men­cie kon­fir­ma­cji Vol­tera. Był to przy­ja­zny, cie­pły sta­ru­szek. Mia­łam na so­bie ja­skra­wo­czer­woną suk­nię z głę­bo­kim de­kol­tem i dłu­gimi rę­ka­wami. Nie­któ­rzy my­śleli, że wy­bra­łam ten ko­lor ze względu na święta. Dla mnie i Vol­tera było jed­nak oczy­wi­ste, że czer­wień sym­bo­li­zo­wała uwo­dzi­ciel­ską bie­li­znę, którą ku­pi­łam za­le­d­wie kilka go­dzin po na­szym pierw­szym spo­tka­niu. Co wię­cej, pod suk­nią mia­łam czer­wony gor­set i te same stringi, które tak bar­dzo spodo­bały się Vol­te­rowi pierw­szej nocy, że pró­bo­wał uwol­nić się od ich czaru za po­mocą mo­dli­twy.

Ogrom­nie ża­ło­wa­łam, że Vol­ter nie wło­żył do ślubu swo­ich bi­sku­pich szat, cho­ciaż bar­dzo go o to pro­si­łam. Za­miast tego miał na so­bie czarną, do­pa­so­waną ka­mi­zelkę, czarną ko­szulę oraz bor­dowy kra­wat i po­szetkę. Na­sze stroje świet­nie ze sobą współ­grały. Vol­ter wy­glą­dał tak sek­sow­nie, że mu­sia­łam sto­czyć ze sobą trudną walkę, żeby się na niego nie rzu­cić. Lena po­wie­działa mi po­tem, że za­ło­żyły się z Ma­rią, o któ­rej go­dzi­nie po­że­gnam się z go­śćmi, żeby móc zo­stać z nim sam na sam. Pró­bo­wały to osza­co­wać na pod­sta­wie wy­głod­nia­łych spoj­rzeń, ja­kie rzu­ca­łam w stronę swego do­piero co po­ślu­bio­nego męża. Ma­ria mo­gła się w końcu tro­chę za­ba­wić - nie­dawno uro­dziła synka i có­reczkę. To był jej pierw­szy wolny wie­czór.

Nie mo­głam się do­cze­kać nocy po­ślub­nej. Vol­ter na­ka­zał mi jed­nak uzbroić się w cier­pli­wość.

- W końcu mogę po­znać two­ich przy­ja­ciół - po­wie­dział. - Je­śli jesz­cze raz przy­pad­kowo trą­cisz mnie tył­kiem, to po­sa­dzę cię na tym krze­śle i każę ci na nim sie­dzieć do sa­mego końca. Cho­ciaż sam ma­rzę tylko o tym, żeby za­cią­gnąć cię te­raz do to­a­lety w celu... skon­su­mo­wa­nia mał­żeń­stwa.

Nieco póź­niej tej sa­mej nocy na­sze mał­żeń­stwo zo­stało skon­su­mo­wane jesz­cze wiele razy, choć do­piero za trze­cim zdo­ła­li­śmy się cał­kiem ro­ze­brać.

W stycz­niu bro­ni­łam swo­jej pracy ma­gi­ster­skiej. Do­sta­łam naj­wyż­szą ocenę, pierw­szy raz w swo­jej stu­denc­kiej ka­rie­rze. Praca zo­stała opu­bli­ko­wana i wy­wo­łała nie­mały za­męt. Ga­zety prze­ści­gały się w do­my­słach, kim był ten ta­jem­ni­czy pa­stor, który miał ko­chanki za gra­nicą.

Nie wie­dzieli, że jego zwy­czaje zdą­żyły już ulec ogrom­nej zmia­nie.

Sta­ran­nie wy­ci­na­li­śmy te ar­ty­kuły i wkła­da­li­śmy do teczki, w któ­rej zbie­ra­li­śmy prze­różne ma­te­riały zwią­zane z na­szym związ­kiem. Na przy­kład ar­ty­kuł o sza­chach i o tym, jak ważna jest rolna pionka. Albo ra­chu­nek z Sa­slika i Lilli Ro­berts. Zdję­cie Ma­ri­lyn w bia­łej su­kience. Prze­pis na ma­ka­ron od Jenni. Mój uko­chany frag­ment Pie­śni nad Pie­śniami. Słowa pio­se­nek Slipk­nota, Jacka White'a i J.J. Cale'a. I wiele in­nych pa­mią­tek.

Teczka bar­dzo szybko się za­peł­niała i ani się obej­rze­li­śmy, kiedy nad­szedł czas na ku­pie­nie dru­giej. I trze­ciej. Po ja­kimś cza­sie teczki zaj­mo­wały już całą półkę w ga­bi­ne­cie Vol­tera. Kilka lat póź­niej wzbu­dziły za­in­te­re­so­wa­nie na­szych dwóch có­re­czek.

Wy­da­wało mi się nie­praw­do­po­dobne, że ja, wcze­śniej tak ne­ga­tyw­nie na­sta­wiona do ży­cia, zdo­ła­łam pra­wie cał­ko­wi­cie wy­zbyć się cy­ni­zmu. Dzie­li­łam swój dom z męż­czy­zną, który wie­rzył w lep­sze ju­tro. Na­sze teczki przy­no­siły mi ra­dość, ale tak na­prawdę były tylko ze­wnętrz­nym zna­kiem na­szej wspól­nej po­dróży. Naj­waż­niej­sze zaś były ko­rze­nie, które każde z nas za­pu­ściło dzięki sile mi­ło­ści. Te ko­rze­nie prze­pla­tały się ze sobą moc­niej i moc­niej tak, że w końcu nie dało się już roz­róż­nić, do kogo pier­wot­nie na­le­żały. By­li­śmy jed­no­ścią.