Biskup - Lilith
29.90 zł
22.43 zł
(11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Czułam wściekłość. Ten stan towarzyszył mi już od jakiegoś czasu - zbyt długiego, bo mogłabym chyba mierzyć go miesiącami. Wiele się na to złożyło, ale jakoś czułam, że czynniki zewnętrzne nie były prawdziwą przyczyną mojego rozjątrzenia. Nie miałam nawet pewności, czy wściekłość była dominującą emocją, którą czułam. Na pewno niejedyną.
Moja matka wróciła właśnie po latach do Finlandii ze swojej ukochanej świątyni Hare Kryszna i bez przerwy grała mi na nerwach. Chciała mnie zwerbować do swojej szkoły. Miałabym więc niby opuścić wydział teologiczny i zacząć studiować na wyższej szkole Bhaktiwedanta, bo tam, mówiła, otrzymałabym o niebo lepsze wykształcenie. W duchu teologii wisznuizmu.
Wykrzyczałam matce, że nie mam zamiaru już nigdy w życiu chodzić do świątyni, smarować się gliną i pościć. Ani tym bardziej rozmyślać nad znaczeniem i różnorodnością swoich wcieleń. Na tym przez lata polegało przecież moje życie - po tym, jak dopiero co rozwiedziona matka ni stąd, ni zowąd doznała oświecenia i - zafascynowana ruchem Hare Kryszna - wyjechała ze swoją trzynastoletnią córką do Indii.
Ale matka nie była moim jedynym problemem - a już na pewno nie największym. Byłam na nią zła już od wielu lat, nie było to więc nic nowego. Istniały ważniejsze powody tego złego samopoczucia.
Wszyscy moi znajomi kończyli studia i zaczynali pracę. Ponieważ studiowałam teologię, wielu z nich rozpoczynało karierę jako pastor albo pastorka, ale tyle samo znajdowało pracę w innych branżach. Ja sama należałam do grona tych drugich. Teoretycznie. Tak naprawdę byłam zbyt zajęta pieprzeniem się i piciem. To dlatego studia zajęły mi więcej czasu, niż powinny. Weźmy taką Marię, która była ze mną na pierwszym roku - za chwilę będzie bronić doktoratu, a przecież w dodatku pisała pracę, mieszkając w Laponii.
A ja w wieku dwudziestu ośmiu lat wciąż pracuję nad magisterką. No dobrze, "pracuję" to może za dużo powiedziane. Niech będzie - dopiero zaczynam.
I jeszcze te śluby! Jednego lata uczestniczyłam w trzech ceremoniach, a jeśli wziąć pod uwagę także ślub Marii, który odbył się zeszłej jesieni, to w ciągu roku było ich wszystkich aż cztery! Wspomniany ślub Marii był mi zresztą wyjątkowo nie w smak, bo to właśnie jej tak zawzięcie i do znudzenia tłumaczyłam, jak wielki i idiotyczny popełnia błąd, wyjeżdżając do Laponii z powodu faceta, którego poznała przed zaledwie dwoma tygodniami.
Widocznie się myliłam. Maria była rozanielona, a mnie aż mdliło na widok tych czułych spojrzeń i ciągłego obściskiwania, którego ona i jej mąż Tuomas chyba nie potrafili przerwać. Ani na chwilę. Inne młode pary zachowywały się podobnie, ale gdyby ktoś zorganizował zawody w obściskiwaniu, to Maria i Tuomas niewątpliwie znaleźliby się na podium.
Już wystarczy! Mózg zaczął mi podsuwać sprośne obrazy, gdy tylko o nich pomyślałam. U nas wszystko dobrze, dużo seksu, jest świetnie i w ogóle wspaniale. Przynajmniej pozornie tak to wyglądało. Ale pomyślałam sobie, że Bóg raczy wiedzieć, jakie sceny psychicznej i fizycznej przemocy wszystkie te pary zamiatały pod dywan. A potem przypomniałam sobie jeszcze, że połowa małżeństw się rozpada. Ha! Nieraz, kiedy ciąg moich myśli dochodził do tego punktu, dzwoniłam do jednego ze swoich kolegów, z którymi się niezobowiązująco pieprzyłam. Albo szukałam sobie nowego faceta na Tinderze.
Przedwczoraj prawie się popłakałam, kiedy po namiętnej nocy spędzonej ze mną gość wrócił do domu, do żony. Gdy go o to spytałam, nie potrafił nawet powiedzieć, dlaczego ją zdradza. W końcu przyznał, że po prostu się trochę nudził, a poza tym nigdy nie układało im się zbyt dobrze w łóżku.
Czułam się żałośnie, a potem wezbrała we mnie złość, bo nie mogłam powstrzymać łez. Nie zamierzałam się mazać! A już na pewno nie dlatego, że po raz kolejny moje życie okazywało się bardziej jałowe niż życie niektórych koleżanek. Zacisnęłam zęby i przypomniałam sobie samej, że mimo wszystko o wiele lepiej jest być samotną, ale świadomą kobietą, niż łatwowierną żoną niewiernego męża. Tłumaczyłam sobie, że czułam się tak źle z dość oczywistego powodu. Przyjaciele wyjeżdżali, podczas gdy ja tkwiłam w miejscu z niedokończoną magisterką, cały czas imając się kiepskich robót w charakterze stażystki w parafiach i małych firmach.
A przecież Doris była kiedyś naprawdę cool. I to przez całkiem długi czas.
Kiedy udało mi się wyrwać spod skrzydeł matki, przebrnęłam przez ostatnie egzaminy gimnazjalne i ukończyłam liceum dla dorosłych. Było to trudne i czułam się wtedy bardzo samotna, ale dzięki temu dostałam się na teologię. Poszłam na te studia, żeby badać idiotyczne próby wytłumaczenia sobie świata za pomocą czegoś większego od nas. Przynajmniej z takim krytycznym nastawieniem je zaczynałam. Przed nikim bym się nie przyznała, że w którymś momencie mój stosunek do wiary uległ znacznej zmianie. Nie przeszkadzało mi to jednak w imprezowaniu do upadłego, uprawianiu przygodnego seksu i szaleństwach na koncertach.
Teraz nie czułam się już cool. Wręcz przeciwnie. Byłam strasznym przegrywem. Bez studiów, porządnej pracy, faceta ani rodziny. O rodzinie, szczerze mówiąc, nawet nie śmiałam marzyć, ale przecież mogłabym, gdyby tylko...
Nie chciałam teraz tego roztrząsać, więc skierowałam swoje myśli z powrotem na tematy związane ze studiami. Na szczęście niedługo będę miała zebrane wszystkie materiały do magisterki. Siedziałam w pociągu w drodze do trzydziestej drugiej i tym samym ostatniej osoby, z którą musiałam przeprowadzić wywiad. Tą osobą był świeżo upieczony biskup Turku, Volter Helakorpi. Gdyby nie wykształcenie teologiczne taka poganka jak ja w życiu by nie wiedziała, jaka jest różnica między arcybiskupem a biskupem archidiecezji. Chodzi oczywiście o to, że w archidiecezji Turku jest dwóch biskupów. Jest ten najważniejszy, najpiękniejszy i najwielmożniejszy arcybiskup oraz dodatkowo jeden z dziewięciu zwyczajnych, czyli Volter Helakorpi. No, może oficjalnie Kościół nie przedstawia swoich biskupów w taki sposób jak ja, ale ja prawie wszystko robię przecież inaczej.
Niezależnie od tego, jakie zdanie miało się o biskupach, trzeba było przyznać, że Helakorpi wiele dokonał. Miał tylko trzydzieści osiem lat, a został mianowany biskupem. Poważnie się zastanawiałam, jak nieżonatemu, znanemu ze swojej otwartości pastorowi udało się wspiąć na tak wysokie stanowisko.
Chociaż współczesny Kościół luterański dąży do odnowy, to prowadzi dość zachowawczą politykę, jest ostrożny w wydawaniu opinii i mocno podzielony. Z kolei Volter Helakorpi był człowiekiem, który otwarcie popierał małżeństwa osób tej samej płci czy prawo do aborcji. Uważał też, że to nic złego, jeśli para chce ze sobą zamieszkać jeszcze przed ślubem w celu przetestowania związku. To tylko niektóre z jego opinii.
W moim obecnym stanie myślenie o Volterze Helakorpim nie wpływało zbyt dobrze na samoocenę. Człowiek był ode mnie zaledwie dziesięć lat starszy, a już był biskupem. Biskupem, do cholery.
Wskazano mi adres przy ulicy Aurakatu w centrum Turku, z czego wywnioskowałam, że Helakorpi nie mieszkał w rezydencji i że miałam przeprowadzić z nim wywiad w jego własnym mieszkaniu. Z tego, co wiedziałam, przy ulicy Aurakatu nie mieścił się żaden budynek związany z Kościołem. Wysiadłam na dworcu głównym i sprawdziłam na Google Maps, że jeśli skieruję się na Puolalanmäki, to znajdę się przy muzeum sztuki i tym samym pod domem Helakorpiego już za kilka minut.
Na wywiad specjalnie ubrałam się prowokacyjnie. Tematem mojej pracy magisterskiej było życie erotyczne nieżonatych pastorów i niezamężnych pastorek. Zawsze ciekawiło mnie, jak moi rozmówcy zareagują na minispódniczkę lub obcisłe dżinsy w połączeniu z głębokim dekoltem. Nie miałam zamiaru opisywać tych reakcji, ale odnajdowałam w ich obserwacji jakąś perwersyjną rozrywkę. Może po prostu lubiłam się droczyć.
Tym razem wystroiłam się jeszcze bardziej niż zwykle. Spięłam półdługie blond włosy w kok i włożyłam kolczyki ozdobione rdzawoczerwonymi kamieniami. Kupiłam je na urlopie na Wyspach Kanaryjskich. Do tego ubrałam się w tę samą sukienkę, w której byłam na ślubie Marii. Swoim krojem bardzo przypominała strój Marilyn Monroe z tej znanej sceny, w której wiatr podwiewa jej białą zwiewną kreację. Moja sukienka była czerwona i sięgała przed kolano. Miała plisowaną dolną część, a dekolt prawie tak głęboki, jak w legendarnej wersji. Plecy miały ładne, przyciągające wzrok wycięcie w kształcie litery V. Pogoda na początku sierpnia była tak wspaniała, że nie potrzebowałam żadnego dodatkowego okrycia.
Zazwyczaj pastorzy i pastorki byli przeraźliwie poprawni i nudni. Na moje stroje mężczyźni co najwyżej rzucali przelotne spojrzenie. Pamiętam krytyczny wzrok jednej pastorki, ale i ona szybko zmieniła wyraz twarzy na neutralny. Moi rozmówcy byli też irytująco przyzwoici i cnotliwi, jeśli oczywiście uznamy, że mówili prawdę. Spotykali się na randki tylko z innymi pracownikami lub członkami parafii. Były to, ma się rozumieć, czysto niewinne spotkania. Kilka osób przyznało, że znalazło sobie towarzystwo na takim czy innym wyjeździe służbowym albo że uprawiało z kimś seks bez zamiaru podtrzymywania znajomości. Byli też i tacy, którzy spotykali się z kimś na poważnie i dlatego prowadzili życie erotyczne, jednak nie byli jeszcze zaręczeni, nie mówiąc już o ślubie. Tylko jedna sympatyczna kobieta przyznała, ku mojemu rozbawieniu, że korzystała z Tindera - kiedy potrzeby cielesne brały górę, wyjeżdżała gdzieś daleko i na wszelki wypadek wymyślała jakiś inny zawód.
Poprawiłam torbę od laptopa na ramieniu i szłam dalej, szukając właściwego adresu. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie przesadziłam z tym strojem. Wyglądałam rzeczywiście tak, jakbym wybierała się na wesele albo do klubu - na pewno nie na rozmowę z biskupem!
Niewykluczone, że to za sprawą zdjęcia Voltera Helakorpiego - podpowiedział mi cichy głosik. Potrząsnęłam głową, żeby odgonić natrętną myśl. Głos umilkł na moment, lecz za chwilę usłyszałam go ponownie. Gapiłaś się na to zdjęcie jak zahipnotyzowana. Dość tego! Uciszyłam nieznośne podszepty i stanowczo przyspieszyłam kroku. Rzeczywiście, fotografia była bardzo korzystna. Ale co z tego?
Ten facet był przecież pastorem. Nie. Biskupem! Nie było mowy, żebym zainteresowała się kimś tak gorliwie religijnym, nawet gdyby był najprzystojniejszym mężczyzną na świecie.
To, że Helakorpi w ogóle zgodził się na wywiad, było dla mnie ogromną niespodzianką. Podejrzewam, że to dzięki zagwarantowanej anonimowości. Ze względu na delikatność tematu w pracy dyplomowej nie podawałam nazwisk moich rozmówców i być może to właśnie skłoniło nowoczesnego biskupa do udziału w badaniu.
Szłam dalej w swoich czerwonych zamszowych ośmiocentymetrowych szpilkach, które wyhaczyłam na pchlim targu. Minęłam w końcu muzeum sztuki i zbliżałam się już do mieszkania Helakorpiego. Znajdowało się ono w starym secesyjnym budynku w kolorze ochry, zdobionym mnóstwem przeróżnych detali. Przeszło mi przez myśl, że biskupi chyba całkiem nieźle zarabiają.
Mój wzrok spoczął na biegnącej w dół aż do rynku i centrum handlowego ulicy Aurakatu. Na samym jej środku, w odległości jakichś stu metrów ode mnie, stał postawny mężczyzna. Nie miałam wątpliwości, kto to taki. Jego ciemne włosy miały tak chłodny odcień, że wydawały się prawie grafitowe. Były dość długie i lekko falowały na wietrze, co świetnie współgrało z ciemnymi grubymi brwiami i czarnym okryciem. Do tego mężczyzna miał na sobie fioletową koszulę, koloratkę i krzyż zawieszony na długim złotym łańcuchu.
Dotarło do mnie, że z jakiegoś powodu mocniej ściskam torebkę i stoję jak zamurowana, nie mogąc się ruszyć z miejsca. Mężczyzna zbliżał się z każdym krokiem. Po upływie chwili podniósł zagubione spojrzenie i mnie zauważył. Uśmiechnął się tak, że aż odwróciłam wzrok - miałam wrażenie, że jego uśmiech poraził mnie jak słońce.
No dobrze. Musiałam to przyznać. Biskup Volter Helakorpi prezentował się znakomicie. Miałam słabość do mężczyzn w jego typie. W dodatku te pełne usta i seksowny dołek w policzku, który pojawił się wraz z uśmiechem. Nos też niczego sobie - prosty, długi i taki... męski. Duży. Przypomniało mi się, co podobno idzie w parze z wielkością nosa.
Kiedy dzieliło nas już tylko kilkadziesiąt metrów, Helakorpi przyspieszył kroku i zawołał:
- Sorry! Powinienem już być w domu, ale prowadziłem spotkanie dla personelu i jeden starszy... hmm... pracownik... miał dużo do powiedzenia.
Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że niski, aksamitny głos Helakorpiego wywołał gorące wibracje w moim podbrzuszu. Uczucie zapłonęło z taką intensywnością, że nie byłam pewna, czy kiedykolwiek wcześniej doświadczyłam czegoś podobnego. Przecież nie zaliczałam się do świętoszek, miałam bogate i udane życie seksualne, ale ten Volter Helakorpi... Mężczyzna podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
- Och! Ale skąd pan wie, kim jestem? - zapytałam, wciąż oszołomiona, gapiąc się w te jego szare oczy o idealnym migdałowym kształcie. Zauważyłam, że z bliska można w nich było dostrzec ciemne obwódki i małe zieloniutkie plamki.
Prawie szmaragdowe. W kolorze leśnego mchu... Co ty pleciesz?! Sprowadziłam się szybko na ziemię. Bez przesady. Wzięłam głęboki oddech.
Duża, ciepła dłoń objęła moją i poczułam, że znów brakuje mi tchu, tym razem z innego powodu. Chociaż jestem dość wysoka - nawet bez szpilek mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu - to w tamtej chwili poczułam się jak miniaturowa laleczka. Mężczyzna musiał mierzyć chyba dwa metry, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie, patrząc na jego imponującą sylwetkę.
- Doris Vuoti. Tylko jedna taka jest na Fejsie. I wygląda właśnie tak jak pani.
Na Fejsie? Czyżby Volter Helakorpi spędzał czas na Fejsie? Przeglądając moje fotki? Zauważyłam, że wzrok mężczyzny (biskupa!) ześlizgnął się z mojej twarzy. Chyba nie patrzy na moje ciało? To przecież niemożliwe. A może tylko rzuca okiem na sukienkę? Ogarnęła mnie jakaś dziwna panika i poczułam napływającą falę gorąca. Chyba pierwszy raz w życiu nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa.
Kiedy tak stałam jak wryta, niezdolna do wyduszenia z siebie słowa, Helakorpi ponownie spojrzał mi w oczy i nachylił się lekko w moim kierunku.
- A może się mylę? - zapytał ciepło i spokojnie puścił moją dłoń, muskając ją przy tym leciutko od nadgarstka aż po opuszki palców.
Było to bardzo przyjemne. Zdecydowanie za bardzo.
- Nie, nie myli się pan. Bardzo miło mi pana poznać. Fajnie, że... że znalazł pan dla mnie czas.
- Zainteresował mnie temat pani pracy. Życie seksualne pastorów stanu wolnego. A to dopiero! Przecież o takim zjawisku nie powinno być nawet mowy, nieprawdaż?
Volter Helakorpi uniósł brwi. Ten ironiczny wyraz twarzy w połączeniu z bardzo jasną skórą i współgrającymi ze sobą odcieniami fioletu i czerni nadały mu jakby mefistofelicznego charakteru. Już otwierałam usta, żeby coś odpowiedzieć, ale wydobył się z nich jedynie głupiutki, dziewczęcy chichot. Rany boskie! Wyszłam na idiotkę, zanim jeszcze przeszliśmy do właściwej rozmowy. Postanowiłam wziąć się w garść i odpowiedziałam już nieco śmielej:
- Badania naukowe potwierdzają jednak, że jest to fakt. Być może Kościół nie patrzy na to przychylnie, ale...
- Kościół to ludzie, a ludzie są różni. Są i tacy, którzy nie wierzą, że Jezus narodził się z dziewicy. Wyobraża sobie pani?
Powiedział to przesadnie przerażonym głosem, teatralnie otwierając oczy. Wtedy się roześmiałam.
- A pan w to wierzy? - zapytałam i zmrużyłam oczy, mając nadzieję, że wyglądam trochę wyzywająco.
- Nie wierzę. Nie rozpowiadam o tym dookoła, ale i nie kłamię, gdy ktoś wprost mnie o to pyta.
- Dlaczego mi pan o tym mówi? Przecież mogłabym zacząć rozsiewać o panu plotki.
- Spytała pani wprost. I jest mi obojętne, czy ma pani zamiar opowiadać o tym jako ciekawostkę w jakimś barze. Arcybiskup wie doskonale o moich przekonaniach. A uprzedzając pani kolejne pytanie: wyznaję swoją wiarę w takiej formie, w jakiej zostało to napisane.
- Jak to "w barze"? - rzuciłam słabym głosem, kiedy Helakorpi dotknął dłonią moich pleców, drugą zaś wskazując na wejście do starego budynku.
- Pani profil nie jest co prawda publiczny, ale wiele zdjęć już tak. Dość często właśnie z barów. Albo jakichś imprez.
Poczułam naraz złość i zakłopotanie.
Złość na to, że ktoś, ot tak, przypiął mi łatkę. Było to przykre, choć prawdę mówiąc, facet się nie mylił. Dużo imprezowałam. Oczywiście, nie licząc ostatnich sześciu miesięcy, podczas których byłam skupiona na pracy magisterskiej, ślubach znajomych i pieprzeniu się. A zakłopotanie? Cóż, poczułam je z tego samego powodu. Zostałam przejrzana na wylot, oceniona i momentalnie zaszufladkowana.
- Zdjęcia na Facebooku nie mówią wszystkiego o moim życiu - bąknęłam tylko, maszerując obok Voltera Helakorpiego w stronę drzwi wiodących do klatki.
Mężczyzna odwrócił głowę i napotkałam jego ciekawe, szare spojrzenie.
- Wcale tak nie uważam. Mówię tylko o tym, co zobaczyłem. Przepraszam, jeśli panią uraziłem.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Poczułam za to żar wibrujący w moim ciele i rozprzestrzeniający się w nim jak bujna roślinność na wiosnę. Głos Helakorpiego był sam w sobie nieziemski. A kiedy w wypowiadanych słowach usłyszałam bijące z nich ciepło i szczerą skruchę, poczułam się tak, jakbym otrzymała potężną dawkę opium.
- Nic się nie stało - powiedziałam cicho. - Jestem może trochę przewrażliwiona.
Opium dla ludu. Tak Marks nazywał religię. Volter Helakorpi był więc chodzącą składnicą opium. Nagle przestało mnie dziwić, jakim sposobem tak młody ksiądz mógł zostać biskupem.
Weszliśmy po starych, szerokich schodach na trzecie piętro. Mężczyzna otworzył pierwsze drzwi po prawej stronie. Weszłam do środka i przez chwilę mój wzrok błądził po wnętrzu. Hol był przestronny i wysoki. Szybko policzyłam, że znajdowało się w nim pięcioro drzwi do innych pomieszczeń - jedne naprzeciwko wejścia i dwoje po każdej stronie korytarza. Zerknęłam do pierwszego pokoju po prawej stronie. Był to duży gabinet, w którym od razu rzucał się w oczy stojak na ubrania. Wisiały na nim szaty liturgiczne, a także nakrycie głowy oraz laska, czyli pastorał. W zwyczajnych okolicznościach takie symbole władzy mogłyby mnie co najwyżej rozbawić, ale w tamtej chwili wyobraziłam sobie Voltera Helakorpiego w majestatycznym czarno-srebrnym stroju. Bez wątpienia wyglądał w nim zjawiskowo.
- Piękne szaty - wybąkałam onieśmielona, bo rzeczywiście nigdy wcześniej nie widziałam niczego podobnego.
Helakorpi ze zdziwieniem odwrócił głowę w moją stronę i zapytał:
- Chciałaby je pani obejrzeć? Moi parafianie byli ich ciekawi. Zwykle nie trzymam szat w domu, ale wczoraj wieczorem nie zdążyłem odnieść ich do kapituły katedralnej.
- Parafianie? - zdziwiłam się. - Chyba nie odwiedzają pana tutaj, w domu?
Helakorpi uśmiechnął się lekko i wzruszył silnymi ramionami.
- Jak już mówiłem, niezbyt często przedmioty te są u mnie w domu. Zwłaszcza po oficjalnych uroczystościach. Większość z moich gości to wierni z mojej poprzedniej parafii, których znam od dawna. Ale tak, prawie zawsze ktoś się tu kręci. Czasami ludzie chcą po prostu pogadać o trudnych sprawach. Łatwiej to przychodzi, jak się dobrze zna swojego księdza. A ja nie umiem odmawiać, zwłaszcza że nie mam obowiązków rodzinnych.
Skierował się do gabinetu, a ja poszłam wraz z nim. Na stole leżała nosząca ślady częstego użytkowania Biblia. Zauważyłam, że na półkach znajdowało się więcej egzemplarzy. Nie brakowało także innych książek. Wystrój pokoju był nowoczesny, ale przytulny. Na parapecie stało kilka roślin doniczkowych, których nazw nie znałam, a na ścianie wisiała stara mapa, która, jak mi się wydawało, przedstawiała Helsinki.
Kiedy zbliżyłam się do biskupich szat, zamarłam z wrażenia. Ciemnofioletowa stuła, czarna mitra z pięknym srebrnym krzyżem oraz srebrna krzywaśń i głęboka czerń drewna, z którego wykonana była sama laska - wszystko to naprawdę robiło wrażenie.
- Czy to drewno jest pomalowane, czy może...
- Hebanowe. Jestem trochę próżny, jeśli chodzi o kwestie stylu. Skoro tak czy siak ktoś musiał specjalnie dla mnie zrobić taką laskę, to wolałem zamówić przyzwoitą, a nie byle jaki pomalowany brzozowy kijek.
Z trudem powstrzymałam swoje zgoła nieprzyzwoite myśli o robieniu laski.
- A czy specjalnie trzyma pan te cenne przedmioty na widoku? Czyżby to właśnie z próżności? - zapytałam z przekorą.
W końcu odzyskałam mowę. Częściowo pewnie dlatego, że stałam odwrócona plecami do biskupa Helakorpiego.
- Nie. Wczoraj odprawiałem wieczorne nabożeństwo i przyniosłem szaty do domu, bo od razu po mszy odwiedził mnie kapelan szpitalny. A wiszą tutaj, bo nie na miejscu wydaje mi się włożenie ich do szafy, razem z wszystkimi zwyczajnymi ubraniami.
W jego słowach nie było ani cienia urazy czy złości. Przemawiał miękkim, przepełnionym szczerością głosem. Trochę mnie to zawstydziło. Nie mogłam się jednak oprzeć i odparłam:
- Ale przecież wczoraj była niedziela. Jakież to nabożeństwo odprawiał pan wieczorem...?
- Kapelan szpitalny pracuje wtedy, kiedy dostanie wezwanie, i zwykle spotyka się w pracy ze smutkiem, chorobą i śmiercią. Kiedy wiem, że stan psychiczny podlegających mi pastorów nie jest dobry i chcą ze mną porozmawiać, to nie każę im czekać do następnego dnia roboczego.
Nagle zdałam sobie sprawę, że być może powinnam była okazywać biskupowi więcej szacunku.
- Panie Helakorpi... a może powinnam raczej zwracać się do pana "proszę księdza" albo "Wasza Ekscelencjo"... - wydukałam niezręcznie.
Helakorpi założył ręce na plecach, wyprostował się, prezentując swój okazały wzrost, spojrzał na mnie z góry i przeszył świdrującym spojrzeniem. Poczułam się nieswojo. Biskup wzbudzał we mnie respekt, może nawet strach, ale przede wszystkim całkowicie niezgodne z normami obyczajowymi podniecenie. Miałam wrażenie, że bulgotało we mnie morze lawy.
- No proszę, nie wie pani? A myślałem, że studiuje pani teologię. Zostańmy przy "biskupie Helakorpim" - odparł mężczyzna jedwabistym głosem, w którym wyczułam tym razem złośliwość. Z lekkim niezadowoleniem zacisnął usta.
Ta odpowiedź zbiła mnie z tropu. Musiałam jednak przyznać, że nie miałam pojęcia o etykiecie w kwestii zwracania się do biskupów, dlatego tylko pokiwałam głową.
- Oczywiście. Przepraszam, biskupie.
Helakorpi zakołysał się na piętach. Za chwilę zatrzęsły się jego szerokie ramiona, a on sam wybuchnął śmiechem.
- Szkoda, że nie mogła pani zobaczyć swojej miny! Wyglądała pani jak mała, niegrzeczna dziewczynka skarcona przez nauczyciela - zażartował.
Wypuściłam głośno powietrze z płuc i spojrzałam na biskupa spode łba.
- Moje pytanie było całkowicie adekwatne do sytuacji, w której się znajdujemy - odparłam oschle.
W moim głosie zadźwięczała lekka chrypka, w kontraście do aksamitnego tonu Voltera Helakorpi. A jego śmiech działał na mnie jak zanurzenie się w ciepłej, zmysłowej kąpieli.
- "Biskup Helakorpi". Tak nazywa mnie tylko pewna dziewięćdziesięciojednoletnia staruszka o imieniu Sanelma. - Mężczyzna parsknął śmiechem. - No i dziennikarze.
- W takim razie jak powinnam się do pana... - zaczęłam znowu, wciąż nieco poirytowana, ale w duchu rozbawiona zaistniałą sytuacją.
- Volter. Po prostu Volter. A czy ja też mogę mówić pani po imieniu, Doris? Czy jednak powinienem zostać przy "pani Vuoti"?
W żaden sposób nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- No, ostatecznie może być Doris. Ale jak już się obronię, to będę reagować jedynie na "pani magister Vuoti".
- Och, dobrze wiedzieć. Nie sądziłem, że po twojej obronie pozostaniemy w kontakcie.
W mojej głowie ponownie zagościła pustka.
- No... - zaczęłam niezdarnie - może się okazać, że wciąż będę potrzebować pewnych informacji...
- A jakichże to informacji możesz wciąż potrzebować, kiedy praca będzie już gotowa, a ty będziesz panią magister? - Volter sprawiał wrażenie bardzo zaciekawionego.
- Kto wie, może zacznę doktorat! - wypaliłam.
- Podejrzewasz, że ja i moi koledzy po fachu skrywamy aż tyle nieprzyzwoitych tajemnic, że da się z tego zebrać materiał na doktorat? - Volter wybuchł śmiechem.
Nie wierzyłam własnym uszom. Żaden pastor nie rozmawiał ze mną wcześniej w taki sposób. A co dopiero biskup! Biskup, na Boga! Próbowałam odzyskać panowanie nad sobą i z powrotem wejść w swoją profesjonalną rolę.
- Nigdy się tego nie dowiem, jeśli nie przeprowadzę z tobą rozmowy, na którą się umówiliśmy. Oczywiście będzie ona poufna. Wiem, że nie jest to łatwy temat dla duchownych, tym bardziej dla osoby na tak wysokim stanowisku.
- No tak. Raczej nie chciałbym, żeby ktoś się dowiedział o naszej rozmowie. Choć, co muszę przyznać, nie mam powodów do wstydu. Jestem człowiekiem. Bycie pastorem czy biskupem traktuję jako swój zawód, ale powtarzam, w pierwszej kolejności jestem po prostu człowiekiem. W Kościele jest jednak wiele osób, które traktują te sprawy zero-jedynkowo. A mnie zależy na szacunku wiernych.
Rozejrzałam się i zapytałam:
- Gdzie w takim razie porozmawiamy?
- Chodźmy do salonu i poznajmy się trochę lepiej. Napijesz się kawy albo herbaty? A może...
Volter wyszedł z pokoju na korytarz. Podążałam za nim i odpowiedziałam:
- Wody. Wystarczy mi woda. Bardzo tu gorąco.
W tym samym czasie Volter rozpiął czarny płaszcz i powiesił go na wieszaku.
- To prawda. Poczekaj na mnie, proszę, w salonie. To ten ostatni pokój po lewej stronie.
Wskazał mi właściwe drzwi, a sam poszedł do kuchni, która znajdowała się za pierwszymi drzwiami po lewej stronie korytarza. Weszłam do pięknego, wysokiego pokoju. Z podziwem spoglądałam na cudowną podłogę i z ulgą rozsiadłam się na miękkiej narożnej kanapie w kolorze piasku. Salon był urządzony dość minimalistycznie, ale i tu znalazło się miejsce na kilka roślinek i regał z książkami - nieco mniejszy tylko niż w gabinecie. Przy dwóch ścianach stały dębowe stoliki, nad którymi zawieszono czarno-białe grafiki.
Przynajmniej dwie prace Penttiego Kaskipuro. Ziemniaki i Grzyby. Sprawy przyziemne. Nie znam się jakoś szczególnie na sztuce, ale czasem chodzę na wystawy. Po śmierci Kaskipuro wybrałam się do galerii, żeby podziwiać jego dzieła - przepełnione prostotą, ale jakże piękne!
Na stoliku znajdującym się naprzeciwko kanapy stał duży telewizor. Z rozbawieniem zauważyłam kontroler do PlayStation. Czyżby Volter grał w Fortnite, GTA, a może w jakąś grę o tematyce religijnej? Moje pełne rozbawienia domysły przerwały odgłosy z kuchni i dźwięk telefonu.
Volter odebrał i do moich uszu dobiegły skrawki rozmowy. Ze sformułowań "nie do wiary", "kompletnie niedopuszczalne" oraz "musimy porozmawiać" wywnioskowałam, że wydarzyło się coś szczególnego. Ogarnęła mnie nieprzezwyciężona ciekawość. Zakradłam się na korytarz i stanęłam pomiędzy salonem a kuchnią. Zobaczyłam kawałek fioletowej koszuli Voltera. Biskup zbliżał się do przedpokoju. Jego głos dobiegał z gabinetu.
Cofnęłam się i zauważyłam, że w pokoju naprzeciwko salonu znajdowało się łóżko. A więc to sypialnia. Przemknęłam jednak w stronę gabinetu, skąd dobiegały dźwięki. Ku mojemu rozczarowaniu akurat wtedy, gdy dotarłam do drzwi, Volter mruknął:
- Dobra. Zajmę się tym. Cześć.
Zajrzałam do pokoju. Myślę, że moje oczy musiały się powiększyć do rozmiaru talerzyków deserowych, jak w kreskówce, jeszcze zanim przekazały zarejestrowany obraz do mózgu. W czasie rozmowy telefonicznej Volter zdjął koszulę. Stał teraz przodem do biurka, a moim oczom ukazał się widok jego potężnych pleców. Patrząc na niego, czułam się jak wygłodniała wilczyca. Umięśnione, szerokie barki i ramiona wyglądały o wiele bardziej imponująco bez skrawka materiału. Patrzyłam z zapartym tchem na mięśnie poruszające się pod jasną skórą, kiedy ze złością rzucił telefon na stół, a drugą rękę oparł na biodrze.
Pragnę tego mężczyzny, usłyszałam w głowie znajomy głos.
Nie tylko w głowie. Całe moje ciało zdawało się robić wszystko, co mogło, żeby rzucić się na Voltera Helakorpiego i opleść go jak wąż boa.
- Kurwa. Ja pierdolę! - usłyszałam ponownie Voltera i zobaczyłam, jak z wściekłością kopie biurko.
Te słowa jeszcze bardziej na mnie podziałały. Ogarnęła mnie jakaś dzika żądza. Złapałam się framugi i spróbowałam głęboko oddychać.
Musiałam zejść na ziemię. Przypomniałam sobie, że nie mam w zwyczaju uprawiać seksu z pastorami. Ani w ogóle z ludźmi religijnymi. Zresztą Volter nie sprawiał wrażenia kogoś, kto miałby rzucić się w miłosny wir ze studentką teologii przeprowadzającą badania naukowe.
Uświadomienie sobie tych faktów nie pomogło mi doprowadzić się do porządku. Tak naprawdę fakty ulatywały z mojej głowy tak szybko, jak się w niej pojawiały. Zdecydowałam, że się ujawnię, zanim - nie daj Boże - zemdleję. To by dopiero było.
- Czy coś się stało? Przepraszam, ale nie mogłam nie usłyszeć...
Volter się odwrócił i ujrzał mnie stojącą z otwartymi ustami. Zmarszczone brwi i zaciśnięte usta sprawiły, że wyglądał jeszcze seksowniej, jeśli to w ogóle możliwe. Przeniosłam grzeszny, bezwstydny wzrok z rozrzuconych w nieładzie brązowych włosów na klatkę piersiową i brzuch mężczyzny. Przełknęłam ślinę. Nikt nie miał prawa wyglądać tak... potężnie, tak epatować męskością, pomyślałam słabo.
Zawstydzało mnie to, że nie byłam w stanie oderwać od niego wzroku i że tak wisiałam oparta o framugę. Wstydziłam się, ale nie przestawałam. Wpatrywałam się, podniecona, w biskupa Helakorpiego.
Mężczyzna też patrzył na mnie przez chwilę intensywnym, badawczym wzrokiem, lecz zaraz odwrócił głowę i powiedział jakby znużony:
- Pojawił się problem. Pijany pastor. Muszę się tym zająć.
- Oczywiście - odparłam lekko zachrypniętym głosem i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że w jakiś sposób znalazłam się w środku gabinetu.
Volter zbliżył się do mnie i mruknął oschle, patrząc w drugą stronę:
- Przepraszam za ten niestosowny strój. Moja szafa jest w sypialni.
- Nic nie szkodzi! - odparłam. Następnie stało się coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. Moja dłoń, jakby zupełnie niezależnie od mojej woli, znalazła się na klatce piersiowej mężczyzny.
Boże, cóż to było za uczucie. Twarde mięśnie. Ciepła skóra. Szorstkie, ciemne włosy. Czułam pod palcami iskierki, tak jakby Volter Helakorpi był cały naelektryzowany. I nagle, niespodziewanie, obudziłam się z tego snu na jawie. Wzdrygnęłam się i w tym samym czasie spostrzegłam, że i on zrobił to samo. Myślę, że nigdy w życiu nie oblałam się tak gwałtownym i ciemnym rumieńcem.
- Przepraszam! - wykrzyknęłam żałośnie i oparłam winną, gorącą dłoń na równie rozpalonym biodrze.
Wcześniejsze poczucie zażenowania nie mogło się równać temu, co odczuwałam w tej chwili. Chciałam zniknąć. Teleportować się do najdalszej części wszechświata. Pożądanie, które mną owładnęło, było pod każdym względem niestosowne i nie mogłam zrozumieć, dlaczego mu się nie oparłam.
- Nie mam w zwyczaju... Nie chciałam... - zaczęłam, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Ukryłam twarz w dłoniach. - Ja pierdolę.
- Wcale nie posądzam cię o złe zamiary - usłyszałam w odpowiedzi.
Czyżbym wychwyciła w jego głosie nutkę rozbawienia? Zebrałam się w sobie, by ponownie spojrzeć na Voltera.
Ostrożnie. Musiałam się skupić, żeby patrzeć tylko na twarz. Patrzył na mnie jakby łobuzersko i pytająco.
- Oczywiście, nie miałam żadnych niestosownych zamiarów - odrzekłam, chociaż było oczywiste, że moje ciało pragnęło robić różne niestosowne rzeczy z ciałem stojącego przede mną mężczyzny.
Volter westchnął i przeciągnął dłonią po włosach.
- Inny pastor jedzie się tym zająć, ale... to nie jest pierwszy raz. Zdarzało się już wcześniej. Sprawa dotyczy kogoś z mojej poprzedniej parafii. Obawiam się, że wyląduje w kapitule.
- Rozumiem. Pójdę już sobie. Może po prostu uda nam się przeprowadzić tę rozmowę przez telefon? Podróż nie jest taka tania...
- Ależ nie! - wykrzyknął Volter.
Miałam wrażenie, że jego też zadziwiła ta gwałtowna reakcja. Przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć, po czym zaproponował:
- Poczekaj tu na mnie. Zajmie mi to parę godzin. Muszę porozmawiać z tym człowiekiem, a potem skontaktować się z kim trzeba, ale wrócę i... - Przerwał i chwilę zastanawiał się, co dalej powiedzieć. - Nie mam na jutro żadnych planów, których nie dałoby się przełożyć. Możesz więc zrobić ze mną wywiad. A jeśli będziesz miała ochotę, możesz mi towarzyszyć, kiedy pojadę do kościoła na Varissuo.
Po części dlatego, że powrót do Helsinek z pustymi rękami wcale mi się nie uśmiechał, a po części z powodu stanu silnego zauroczenia, w jakim się znalazłam, odpowiedziałam:
- Och, chętnie zostanę, jeśli to nie problem. Musiałabym tylko pójść do sklepu, żeby kupić kilka rzeczy. Nie przygotowałam się na nocowanie. Jednak nie jestem pewna co do tego wydarzenia kościelnego. Nie należę do Kościoła.
Volter uśmiechnął się kpiąco.
- Będzie tam dużo osób, które nie należą do Kościoła.
- W takim razie zgoda - odparłam. Nie chciałam mu odmawiać.
- Dam ci klucze i wszystko, czego możesz potrzebować. Tylko najpierw się ubiorę - dodał z błyskiem w oku.
Nic już więcej nie powiedziałam. Wróciłam do salonu i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić, żeby zaciągnąć go do łóżka. Próbowałam odegnać od siebie te myśli, ale nie mogłam się powstrzymać. Miałam się za rozsądną osobę, lecz widocznie resztki rozsądku spłonęły na popiół w ogniu żądzy, która mnie ogarnęła. Chociaż raz... Usiadłam na kanapie i patrzyłam w swoje ciemne odbicie w ekranie telewizora, snując nierokujące nadziei scenariusze.
A może to była jakaś nowa, dziwna perwersja. Może chodziło o tabu, o zjedzenie zakazanego owocu. Ach, gdybym choć raz przespała się z Volterem, z pewnością umiałabym lepiej ocenić, o co mi w tym wszystkim chodzi. Mogłabym porównać seks z nim do seksu z innymi facetami. Ale czy on w ogóle chciałby pójść ze mną do łóżka? Tak naprawdę nie dawał mi żadnych sygnałów. Na dodatek prawie odskoczył, kiedy go dotknęłam.
Zza drzwi dobiegły odgłosy kroków. Popatrzyłam na Voltera, delikatnie przygryzając usta. Miał na sobie lekką, błękitną lnianą koszulę. Nie zapiął ostatnich guzików. Do tego cienkie czarne spodnie. Widocznie źle zinterpretował moje spojrzenie, gdyż powiedział:
- Spędziłem dziewięć długich upalnych godzin w sutannie. Chyba na dzisiaj wystarczy.
- Och, no pewnie. Wcale się nie dziwię. Zagapiłam się, bo świetnie wyglądasz.
Czy ja naprawdę powiedziałam to na głos?
Usta i oczy Voltera otworzyły się ze zdziwienia. I wtedy to zauważyłam. To taksujące spojrzenie, o które podejrzewałam go już w pierwszych sekundach naszego spotkania na ulicy. Teraz wcale się z nim nie krył. Nie odwróciłam wzroku, kiedy popatrzył mi w oczy, a następnie opuścił spojrzenie na ramiona, piersi... Biodra, odkryte kolana, łydki, kostki.
O Boże. Czułam ogromne podniecenie. Miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a moja rozpalona cipka wybuchnie. Mimowolnie napierałam dłońmi o brzegi kanapy. Ścisnęłam kolana. Nie mogłam się powstrzymać. Delikatnymi okrężnymi ruchami ocierałam się o siedzenie. Pragnęłam rozkoszy. On to zauważył - zatrzymał przez chwilę wzrok na moich udach i zapytał głosem tak głębokim, że chciałam w nim utonąć:
- Czy to nieodłączna część twoich badań? Testowanie i kuszenie rozmówców? A może to swego rodzaju egzamin moralny?
Zamarłam. Następnie potrząsnęłam głową i zawołałam:
- Absolutnie nie! Nie! Po prostu... Ach, do cholery! Nie powinnam była nic mówić. Ale nie będę odwoływać swoich słów. Byłoby to niezgodne z prawdą. - Wypowiedziałam to tak zdecydowanym i mocnym głosem, że wyobrażałam sobie, jak moje słowa opadają ciemną zasłoną na cały pokój.
Volter tylko się roześmiał.
- No cóż, w takim razie wypada mi chyba tylko podziękować.
Nie ciągnął tej rozmowy. Podał mi hasło do wi-fi, przekazał zapasowe klucze i obiecał wrócić za parę godzin. Kiedy wyszedł, objęłam głowę dłońmi i próbowałam uspokoić rozpaczliwe myśli. Za kogo on mnie uważał, jeśli założył, że wystawiam go na próbę? Ach! Przecież tylko powiedziałam mu komplement. Czy to coś złego? Zresztą nie ma wątpliwości, że to sam Volter Helakorpi przekroczył granice grzeczności, taksując mnie od stóp do głów swoim szarym spojrzeniem. Więcej niż raz. Czy może rzucał mi w ten sposób wyzwanie, w odpowiedzi na mój komentarz dotyczący jego wyglądu? Czyżby biskupi umieli grać w tego typu gierki?
Biskup. Jęknęłam głośno. Wstydziłabym się zaczynać nawet z organistą, a co dopiero z biskupem! Chyba oszalałam. Maria umarłaby ze śmiechu, gdyby się dowiedziała.
Opanowałam złość i skierowałam się do drzwi wyjściowych. Nie miałam zbyt wiele pieniędzy, ale musiałam pójść na zakupy. A na mojej liście było coś więcej niż tylko szczoteczka do zębów.
Rozdział 2
Kilka godzin później siedziałam przed laptopem, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie miałam żadnych tekstów źródłowych, których czytaniem mogłabym się zająć. A zresztą i tak nie umiałabym się na nich skupić. Nie zauważyłam w apartamencie łóżka dla gości, dlatego postanowiłam założyć nową sukienkę i biustonosz, które dopiero co kupiłam w nadziei na to, że się przydadzą. Zwłaszcza ten biustonosz - piękny, wykonany z czerwonej prześwitującej koronki. Na mocnych ramiączkach, które unosiły średniej wielkości, przyjemnie krągłe piersi. Stan konta bankowego ucierpiałby wystarczająco od tego jednego zakupu, ale zdecydowałam się także na majtki do kompletu. Jeśli chodzi o stosunek ceny do ilości materiału, jaka została użyta do ich uszycia, to był on skandaliczny. Stringi prześwitywały, podobnie jak stanik, i tylko bezwstydnie malutki materiałowy trójkąt zasłaniał cipkę. Majteczki trzymały się na biodrach jedynie dzięki subtelnym sznureczkom.
Miałam oczywiście zapisany numer do Voltera, ale nie chciałam przeszkadzać mu w pracy. Założyłam czerwony top na cieniutkich ramiączkach - widocznie czerwony był tego dnia kolorem przewodnim. Kolejny zakup w sklepie z bielizną. Miał piękne koronkowe wykończenie tuż nad pępkiem, ale poza tym wykonano go z przylegającego do ciała materiału.
Zaczęłam fantazjować na temat tego, co mogłoby się wydarzyć w nocy. Na przykład gdybym wstała, żeby pójść do toalety, i zupełnie niespodziewanie spotkała na korytarzu Voltera. Zobaczyłby mnie w tych skąpych czerwonych elementach garderoby i... poczułam znów taki przypływ podniecenia, że opadłam na kanapę i naciągnęłam na siebie leżący obok kocyk. Wystarczy! Nie powinnam posuwać się dalej.
Miałam już dość mężczyzn, którzy dawali mi jedynie fizyczne zaspokojenie...
Nagle się ocknęłam i aż otworzyłam oczy ze zdziwienia. Czy do reszty mi odbiło?
Zamiast się wstydzić, że Volter Helakorpi tak mnie podnieca, ja idę o krok dalej? Próbuję wkroczyć na nieznane mi tereny? Czego niby innego miałabym od niego chcieć, jeśli nie zaspokojenia cielesnej żądzy? No, czego? Porozumienia dusz? Z facetem, który przemawiał z ambony i recytował z pamięci Biblię? Przecież nie miałam z nim nic wspólnego. Zresztą, nie interesowały mnie związki. A przynajmniej nie związki duchowe.
Leżałam na kanapie, wijąc się jak oszalała. Czułam, że wybuchnę, jeśli sobie nie ulżę. Zrobiłam to raz, i za chwilę kolejny. Wyobrażałam sobie silne ciało Voltera nade mną. Złoty krzyż. Jego usta na moich piersiach. Potem na cipce. Wymiętą fioletową stułę opadającą na mój brzuch, podczas gdy on zajęty jest masowaniem moich sutków i lizaniem łechtaczki. Jęczałam i raz za razem gwałtownie łapałam oddech.
Perwersja. Tabu. O co innego mogło chodzić?
W końcu odpłynęłam... Zasnęłam na brzuchu. Wybudził mnie jakiś ruch w salonie. Podniosłam się, zaskoczona, i zrzuciłam z siebie koc.
- Ach, nie śpisz. Przepraszam, że tyle mi zeszło. Zostałem trochę dłużej, żeby porozmawiać z jednym kolegą i...
Volter zapalił lampę znajdującą się koło drzwi i zamilkł. Podniosłam wzrok i ujrzałam go wpatrującego się we mnie jak w hipnozie. Po chwili ruszył w moją stronę - ostrożnie, jak drapieżne zwierzę. Włożył ręce do kieszeni i zbliżał się do mnie, nie odrywając wzroku.
Wtedy zdałam sobie sprawę, jaki widok ukazał się jego oczom. Siedziałam na kolanach, z piętami podciągniętymi pod pośladki. Cienki, krótki top na ramiączkach, przez który, jestem tego pewna, prześwitywały twarde sutki. Nagi brzuch, biodra i uda, a jeśli tylko zobaczyłby mnie z tyłu...
Właśnie tak się stało. Kiedy doszedł do kanapy, podniósł rękę. Przez chwilę gładził mnie po włosach, po czym dotknął ramienia. Zakręciło mi się w głowie i nie mogłam złapać oddechu. Mężczyzna cały czas milczał, ale gdy tylko dotarł do drugiego końca sofy znajdującego się za moimi plecami, usłyszałam jak głośno wypuszcza powietrze z płuc. Moje plecy mimowolnie wygięły się w łuk. Wypięłam pośladki i przymknęłam oczy.
Ach, niech on mnie dotknie, modliłam się w myślach. Niech mnie dotyka. Niech... Usłyszałam ciche kroki. Okrążył kanapę i stanął tuż obok mnie, po drugiej stronie oparcia.
Jego duża dłoń znów wylądowała na mojej głowie, ale teraz nie poprzestała na delikatnym dotyku. Palce Voltera zatopiły się w moich włosach. Przebiegł mnie dreszcz i poczułam, że mam gęsią skórkę. Jęknęłam. Dłoń objęła moją szyję i lekko ją ścisnęła. Usłyszałam wypowiadane niskim głosem słowa.
- ...I nie wódź nas na pokuszenie... ale nas zbaw... zbaw... zbaw...
Czy on naprawdę się modlił? O co? Byłam już rozpalona do granic możliwości, a widok modlącego się przede mną Voltera nakręcił mnie jeszcze bardziej. Jeszcze mocniej wygięłam plecy, rozchyliłam usta i przeniosłam na niego wzrok.
Mężczyzna wypowiedział ostatnie słowa, patrząc mi prosto w oczy.
- ...ode złego.
Miał rozszerzone źrenice, jak narkoman, i byłam pewna, że moje wyglądają tak samo.
- Podnieś się i chodź bliżej. Plecami do mnie.
Miałam wrażenie, że wypowiedział te słowa po chwili, która trwała wieczność. Poklepał dłonią oparcie kanapy na znak, że mam na nim usiąść.
Za żadne skarby bym mu nie odmówiła. Podziękowałam sobie w myślach za regularne ćwiczenie jogi, bo to dzięki nim udało mi się zgrabnie wstać i odwrócić. Pozwoliłam mu popatrzeć przez kilka długich sekund na jędrne pośladki i usiadłam na oparciu.
- Cofnij się - powiedział niskim, aksamitnym głosem.
Przycisnęłam dłonie do oparcia i odsunęłam się. I jeszcze troszeczkę. A potem cała się naprężyłam. Wygięłam tułów do przodu, wcisnęłam palce w oparcie i wypięłam tyłek. Zastygłam w tej pozycji, tak, by mógł z łatwością wsunąć mi od tyłu dłoń między nogi, gdyby tylko chciał. A wiedziałam, że tego chciał.
Nic się nie wydarzyło, ale czułam go za swoimi plecami. Tak blisko, że zadrżałam. Tak blisko, że temperatura jego ciała parzyła moją skórę. Tak blisko, że jeszcze chwila, a byłabym się na niego rzuciła. Moimi myślami rządził chaos.
W końcu przysunął się w moją stronę o ostatni dzielący nas krok. Przylgnął brzuchem i klatką piersiową do moich pleców i jedną ręką objął mnie w talii. Ach, jak wspaniałe to było uczucie. Sam dotyk. Pochylił głowę, tak że poczułam ruch jego warg na swojej skroni, kiedy wyszeptał mi do ucha:
- Często się tak bawisz. Przyznaj się.
Wodził dłonią po moim nagim brzuchu. Czułam, jak jego tułów coraz mocniej przylega do moich pleców. Jak jego wilgotne usta zbliżają się do mojego ucha. Poczułam jego język.
W moim ciele szalał huragan żądzy, który całkowicie zagłuszył resztki zdrowego rozsądku. Miałam nawet problem ze zrozumieniem jego pytania. O co mu chodziło? Próbowałam się skupić, ale na nic się to zdawało, kiedy czułam, jak mężczyzna się o mnie ociera. Jednak w końcu dotarł do mnie sens jego słów. Postanowiłam podjąć wyzwanie i kontynuować jego grę.
- A ty nie? - zapytałam drżącym głosem.
Cisza.
- Twoje ruchy... Tak nie robią grzeczni chłopcy... Och...
Moje słowa zamieniły się w cichutkie pojękiwanie. Odchyliłam głowę i zdawało mi się, że Volter znów szepcze coś do siebie. Odsunął ramiączko czerwonej koszulki i ścisnął moją nagą pierś. Kciukiem i palcem wskazującym złapał za sutek i zaczął się nim bawić. Moje myśli przesłoniła ciemnoczerwona zasłona rozkoszy.
Ach. Ach. Ach. Ach!
- Nie. Nieczęsto. A przynajmniej niezbyt często. Na pewno nie w Turku. Ani nawet nie w Finlandii - wyszeptał mężczyzna.
Drugą ręką błądził już po moich biodrach i pośladkach, podczas gdy ta pierwsza wciąż pieściła moje piersi. Palce wciąż zaciskały się na sutkach, tak że w końcu poczułam, jak fale przyjemności zalewają całe moje ciało, promieniując od piersi we wszystkie możliwe kierunki, docierając do ociekającej żądzą cipki. Poczułam napięcie pomiędzy pośladkami - to on pociągnął za stringi. Jęknęłam.
- Nigdy nie widziałem takich skąpych majtek. Jeśli w ogóle można to nazwać majtkami - wyszeptał mi do ucha.
Prężyłam wygłodniałe ciało i wypinałam pośladki tak, że nie wiem, jak udało mi się zachować równowagę. Delikatnie rozszerzyłam uda. Przymknęłam oczy i powiedziałam:
- Dotykaj mnie. Jestem gotowa. Gotowa na ciebie.
Volter przestał pieścić moje piersi. Lewym przedramieniem przycisnął mnie mocniej do siebie, obejmując brzuch i dłonią opierając się na moim prawym barku. Prawą dłoń wsunął mi między nogi. Zajęczałam jak zwierzę. Czułam, jak jego ręka z łatwością ślizga się pomiędzy moimi udami. Wiedziałam, że jestem tak mokra, że moje soki pewnie kapią na podłogę.
To było niesamowite. Po prostu nie do opisania.
Lubiłam seks i miałam wiele różnych doświadczeń, ale nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. Wielka dłoń delikatnie pocierała maleńki, kompletnie przemoczony skrawek materiału. Wydawałam z siebie stłumione okrzyki i czułam, jak pod powiekami wzbierają mi łzy. Było mi tak dobrze.
Zbyt dobrze. Najlepiej na świecie.
- Ależ mokra dziewczynka.
Ledwo docierały do mnie jego słowa, chociaż dobiegały z ust znajdujących się tuż przy moim uchu.
- Ja... myślałam o tobie. Dużo. Myślałam o tobie, kiedy robiłam sobie dobrze... Ale to dla mnie za mało... Za mało... - ostatnie słowa wypowiedziałam prawie bezgłośnie.
- Ćśśś...
Volter wsunął gładko dwa palce pod mokry materiał i włożył je do ciasnej, wilgotnej dziurki. Sapnął, kiedy moje pośladki zadrżały pod wpływem tego nowego dotyku. Masował delikatnie nabrzmiałe, odkryte wargi sromowe i zaczął rytmicznie przesuwać jednym palcem od łechtaczki, aż do odbytu i z powrotem. Palce ciągnęły materiał majtek, co sprawiało, że czułam jednocześnie przeogromną rozkosz, ale i ból. Palec Voltera okrążał łechtaczkę, stamtąd sunął w kierunku gorącego centrum, następnie do odbytu i wracał z powrotem do łechtaczki. I znowu, i znowu.
Nie zmieniał rytmu. Moje ciało się do niego dostosowało. Unosiłam pośladki, jęczałam i zmierzałam w kierunku orgazmu. Wiedziałam, że będzie wyjątkowy. Kiedy mężczyzna ponownie dotknął mojej łechtaczki, poczułam, jak cała cipka nabrzmiewa i przez ciało przechodzi prąd. Z mojego gardła wydostał się charczący okrzyk. Czułam, jak palec Voltera wchodzi we mnie i zaczyna mocno pchać. Opadałam z sił, ale on napierał na wewnętrzne ścianki pochwy. Byłam na skraju wytrzymania. Aż w końcu poczułam, że całe moje ciało wypełnia się światłem.
Zaciśnięte usta na moim karku, gorąca, szeroka klatka piersiowa oparta o moje plecy, palec we mnie. Pieścił moją cipkę tak, że orgazm zdawał się trwać wiecznie. Czułam się jak marionetka, z którą Volter mógł zrobić wszystko, na co miał ochotę. W końcu włożył we mnie jeszcze jeden palec - głębiej - i wyszeptał mi do ucha:
- No już. Dobra dziewczynka. A teraz pójdziemy spać.
- Nie! - Nie chciałam, żeby to się skończyło.
Właśnie przeżyłam największy orgazm w swoim życiu, ale wiedziałam, że mogłabym szczytować jeszcze bardziej, gdybym poczuła go w sobie całego. Gdyby mnie po prostu zerżnął.
- Właśnie tak - odpowiedział miękko.
Odsunął się ode mnie. Kiedy spojrzałam przez ramię, zauważyłam, że wpatruje się w swoje palce, wciąż mokre od moich soków.
- To była próba - powiedział, podnosząc na mnie wzrok.
Wciąż jeszcze byłam w innym świecie i nie docierały do mnie jego słowa. Zauważyłam za to, że jego rozporek prawie eksplodował. Miałam więc dowód na to, że Volter jest tak samo podniecony jak ja. Zdał sobie sprawę, że nie mogę oderwać wzroku od jego krocza.
- Pokuszenie i próba. Ale ja nie uprawiam przygodnego seksu. Nigdy - zaznaczył cierpko.
Wiedziałam jednak, że mówił to do siebie, a nie do mnie, sam siebie próbował do tego przekonać.
- O swoim życiu seksualnym opowiem ci jutro - dodał.
- Volter... - wyszeptałam. - Przecież właśnie uprawialiśmy seks. Co za różnica, czy pieprzyłeś mnie ręką, czy...
- Dobranoc, Doris. Zostawię ci pościel na krześle przy drzwiach.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł.
***
Całą noc śniły mi się sceny pełne powyginanych ciał, tak że rano obudziłam się fizycznie zmęczona. Wieczorem wzięłam szybki prysznic, krótkie spodenki zostawiłam buntowniczo na podłodze, a potem zanurzyłam się w pościeli i próbowałam zasnąć. Nie było to łatwe - nie mogłam zapomnieć, do czego doszło pomiędzy mną i Volterem.
Wierciłam się na kanapie jeszcze bardziej niespokojnie, niż zanim on wrócił do domu, zastanawiając się łakomie, w jaki sposób dobrać się do spodni biskupa i zaciągnąć go do łóżka. Nie obchodziło mnie już ani trochę to, że mężczyzna był wierzący, a co więcej, sprawował ważną funkcję kościelną. Nie obchodziło mnie też to, że według niego nie uprawiał seksu w Finlandii. Ani nawet to, że - według niego - wystawiałam go na próbę.
Przyrzekłam sobie, że w takim razie biskup tej próby nie przetrwa. Uwiodłam niejednego mężczyznę. Co prawda żaden z nich nie nosił koloratki ani wielkiego krzyża. Wątpiłam jednak, żeby pastor okazał się bardziej odporny na moje sztuczki.
Moich uszu zaczęły dobiegać odgłosy z kuchni, a potem dźwięk zbliżających się kroków. Szybkim ruchem ściągnęłam z siebie koszulkę. Przykrywałam się kołdrą w chwili, kiedy Volter pojawił się w drzwiach, ubrany w czarne spodnie i biały podkoszulek. Zdążył zobaczyć moje nagie piersi i brzuch, zanim zniknęły pod pościelą. Poczułam drżenie serca i całego ciała, ale powiedziałam całkiem niewinnie:
- Och, przepraszam. Było mi w nocy tak gorąco...
Zerknął na podłogę, na której leżały rozrzucone stringi i top. Zauważyłam błysk w jego oku, a na ustach pojawił się lekki uśmiech.
- Może i jestem księdzem, ale na pewno nie jestem głupi - odrzekł. - Chodź na śniadanie. I załatwmy to, co mamy zrobić. Zapraszam w ubraniach.
Poczułam się jak strofowane dziecko, ale szybko odegnałam od siebie niewygodne myśli. To był pojedynek, a w pojedynku nie wolno okazywać słabości. Założyłam śliczny czerwony stanik, sukienkę i nieco bardziej codzienne czerwone majtki, które też kupiłam poprzedniego dnia. Z zadowoleniem włożyłam stringi i top do torebki - one już wykonały swoją robotę.
Volter wystawił na stół po trochu wszystkiego: chleb, ser i wędlinę, jogurt, owoce i płatki.
- Częstuj się. Ja już jadłem. Jeśli nie masz nic przeciwko, to trochę teraz popracuję. Za pół godziny wyjeżdżam na Varissuo, możesz do mnie dołączyć, jeśli wciąż masz na to ochotę.
Powiedział to szybko i beznamiętnie, wcale na mnie nie patrząc. Mój waleczny nastrój nieco osłabł i zrobiło mi się przykro. Wczoraj, zanim doszło do nocnego szaleństwa, był taki ciepły i miły.
- Dlaczego jesteś na mnie zły? Przecież... to ty mnie wczoraj dotykałeś, a nie ja ciebie - wyrwało mi się, zanim się zastanowiłam, czy powinnam to powiedzieć.
- To nieprawda. Ty zaczęłaś. W gabinecie. A to twoje małe przedstawienie przed chwilą też niespecjalnie przekonuje mnie o twojej niewinności.
Po tych słowach miejsce smutku zajęła wściekłość. Roześmiałam się zgryźliwie.
- No proszę! Typowe kościelne dyrdymały. To ja wychodzę na dziwkę, chociaż tylko ledwo cię musnęłam. A to, że ty dotykałeś mnie w zupełnie inny sposób, wcale się nie liczy!
Volter w końcu podniósł na mnie wzrok i powiedział powoli, lekko zdenerwowanym głosem:
- Doris, nie uważam cię za dziwkę. Jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, ale obracamy się w zupełnie innych kręgach. To, co wczoraj zrobiłem, było niewłaściwe. Przepra...
- Ani mi się waż przepraszać! - przerwałam mu w pół słowa i uderzyłam w stół łyżką, którą trzymałam w dłoni.
Usta mu drgnęły i przemówił spokojniej niż wcześniej:
- Dobrze, teraz zjedz. Po śniadaniu zabieram swoją prowokującą badaczkę ateistkę na spotkanie w domu parafialnym.
- Nie jestem ateistką! - wykrzyknęłam jeszcze, kiedy znikał za drzwiami.
Nie skomentowałam tego, że nazwał mnie swoją ateistką. Zaczęłam się za to zastanawiać, skąd też mężczyzna wiedział cokolwiek o moich kręgach.
***
W salce domu parafialnego rozbrzmiewała istna kakofonia dźwięków. Ludzie rozmawiali ze sobą w różnych językach, śmiali się i przekrzykiwali. Było tam też sporo Finów, ale oni - jak to Finowie - siedzieli przy stole, a odgłosy ich cichych rozmów były zagłuszane przez egzotycznie brzmiące słowa w innych językach.
Szłam przez całą salkę za wciśniętym w biskupi strój Volterem, ściskając dłonie niezliczonych ludzi. Volter przedstawiał mnie po prostu jako badaczkę, ale zauważyłam, że ciekawe spojrzenia wielu osób (zwłaszcza Finów) zatrzymywały się na mnie nieco dłużej, niż wynikałoby to ze sposobu, w jaki mnie prezentował. Była to niewątpliwie zasługa mojej czerwonej sukienki.
Zbliżyliśmy się do stołu z jedzeniem. Spotkanie było zorganizowane dla niezamożnych ludzi, którzy mogli się tutaj posilić. Volter powiedział mi, że zanim jeszcze został biskupem, pełnił funkcję proboszcza na Varissuo. Lawirowaliśmy pomiędzy zastawionymi stołami i zatrzymywaliśmy się prawie przy każdej osobie. Chociaż wielu obcokrajowców nie mówiło prawie wcale po fińsku, to każdy starał się w jakiś sposób wyrazić swoje zadowolenie i wdzięczność. Często padały z ich ust słowa takie jak "bardzo dobzie", "dziękuja", "piąkny dzień" i tym podobne.
- Jednym z powodów, dla których zostałem wybrany na biskupa, było to, że w czasie mojego probostwa do parafii przybyło sporo nowych wiernych. Większość z nich to obcokrajowcy, ale pojawiło się także wielu rodowitych Finów. Zapewne wiesz równie dobrze jak ja, że Kościół jest przesiąknięty polityką. Głosowali na mnie jednak zarówno postępowi, jak i konserwatywni członkowie kapituły. Byli to w większości świeccy. Oczywiście nie mówię tu o laestadianach.
Roześmiałam się, co sprawiło, że Volter odwrócił się w moją stronę i przez chwilę jego szare i moje zielone oczy patrzyły na siebie intensywnie. Świat się zatrzymał. Nie słyszałam już żadnego hałasu i oślepłam na wszystko inne. Zupełnie nieświadoma swoich ruchów, złapałam Voltera za rękę. Ocknęłam się, kiedy poczułam jego długie palce w swojej dłoni, i z zawstydzeniem odskoczyłam jak oparzona. To już drugi raz, kiedy zrobiłam coś podobnego. Chciałam jak najszybciej wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji i zaczęłam trajkotać.
- Laestadianie chyba nie popierają twojego stanowiska wobec związków homoseksualnych.
- Oni nie popierają ani jednego mojego stanowiska. A przynajmniej żadnego, o którym wiedzą. - Zachichotał.
Kiedy tak staliśmy, ja wstrzymując oddech i starając się ignorować znajome motylki w brzuchu, ktoś krzyknął:
- Volter! Już myślałam, że się nie zjawisz, dopóki nie zobaczyłam cię między stołami.
Te słowa skierowała do biskupa kobieta ubrana w ciemnoniebieski T-shirt i dżinsową spódnicę do kolan. Była niska i szczupła, krótkie ciemne włosy miała ścięte na boba. Wyglądała ślicznie. Mój doświadczony wzrok od razu wyłapał, jak uśmiechała się do Voltera, i byłam pewna, że zauważyła go już wcześniej. Przede wszystkim dlatego, że Voltera trudno było nie dostrzec. Podeszła do niego, bo po prostu nie mogła już wytrzymać i chciała z nim porozmawiać.
O co ci chodzi? To nie twoja sprawa! - skarciłam się w myślach. Mimo że chciałam zaciągnąć Voltera do łóżka, to przecież nie powinno mnie interesować, że...
- Dzięki jeszcze raz za wczoraj. Może trochę zbyt długo nam zeszło. Ale czasem tak dobrze jest porozmawiać z kimś, kto nas doskonale rozumie.
Wydawało mi się, że policzki nieznajomej kobiety lekko się zaczerwieniły.
Ach tak! Czyli to dlatego wrócił wczoraj tak późno. Czy jego palce wylądowały nie tylko w mojej cipce? Och, oby nie! Czułam, jak wrze we mnie krew i zwężają mi się oczy. No proszę, a niby życie erotyczne Voltera było mi całkowicie obojętne.
Nie chciałam stać dłużej tuż za nim. Bezceremonialnie odepchnęłam kilka osób stojących mi na drodze i już po chwili znalazłam się obok Voltera i nieznajomej kobiety. Uśmiechnęłam się szeroko, zadowolona, że umalowałam usta czerwoną szminką i rozpuściłam włosy.
- Hej! Nazywam się Doris Vuoti. Wczoraj mieliśmy z Volterem pracować nad pewnym projektem naukowym. Nie starczyło nam czasu, więc zostałam u niego na noc. Ale mam nadzieję, że dzięki waszej wczorajszej rozmowie udało się zażegnać problem. - Uśmiechnęłam się najuprzejmiej, jak potrafiłam, i wyprostowałam dumnie.
A może raczej wypięłam pierś. Kobieta spojrzała na mnie i nie miałam wątpliwości, że lekko zmrużyła oczy. Nie umknęło mojej uwadze również to, że drgnęła, kiedy wspomniałam o moim nocowaniu u Voltera. I dobrze. Bardzo dobrze.
Stałam przez chwilę z wyciągniętą ręką naprzeciwko ciemnowłosej nieznajomej, która najpierw bacznie mi się przyglądała, po czym uścisnęła mi dłoń.
- Jenni Autio. I... no tak, bardzo mi to pomogło. Mam oczywiście na myśli rozmowę.
Kobieta zwolniła uścisk i dodała:
- Prawdę mówiąc, teraz też chciałabym coś przegadać...
- Dzisiaj już nie zdążymy - przerwałam jej bezceremonialnie.
Zdziwiło mnie, że z taką łatwością rzuciłam ten komentarz i że mój uśmiech mógłby ochłodzić koło podbiegunowe.
- Daj spokój, Doris - zareagował Volter, kładąc rękę na moim ramieniu. - Porozmawiajmy chwilę przy tamtym stole. Potem muszę jeszcze wpaść na próbę chóru, a następnie rzeczywiście będę dostępny tylko dla Doris.
Byłam prawie pewna, że zauważyłam błysk satysfakcji w oku Jenni, kiedy wraz z Volterem oddalała się najwolniej, jak potrafiła, aby porozmawiać o czymś przy stole. Zacisnęłam usta i nagle postanowiłam, że będę uczestniczyć w uroczystości po swojemu. Złapałam jakieś wolne krzesło i przystawiłam je obok czarnej kobiety, wokół której kręciło się dwoje małych dzieci.
Okazało się, że są z Ghany. Matka mówiła wesoło i głośno po angielsku, do którego raz po raz wplatała fińskie słowa. Było to bardzo zabawne. Zaczęłam wypytywać o ich życie. Po chwili do rozmowy dołączyła para Irakijczyków i kilku Finów. Dużo gadałam i śmiałam się głośniej i częściej, niż rzeczywiście miałam na to ochotę, zerkając co rusz w stronę Voltera i Jenni.
Siedzieli przy stole z jedzeniem. Jenni opowiadała o czymś z przejęciem, ściskając ręką nadgarstek Voltera. Złoty krzyż zwisał godnie z jego szyi. Mężczyzna pokiwał głową i jakby w roztargnieniu rozglądał się na boki. A potem znów odwrócił wzrok w jej stronę i coś powiedział. Albo o coś zapytał.
Jenni wzruszyła ramionami, a w tym samym czasie wzrok Voltera zatrzymał się na mnie. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, więc mu pomachałam. Następnie zarzuciłam włosy do tyłu. Specjalnie. Wiedziałam, że mu się podobają. Wciąż na mnie patrzył, aż zrobiło mi się gorąco. Zmusiłam się do odwrócenia wzroku. Ponownie dołączyłam do dyskusji.
Nie mam pojęcia, po jakim czasie Volter do mnie podszedł i położył mi dłoń na ramieniu.
- Będziemy się zbierać - powiedział rzeczowo.
Kiedy odwróciłam głowę, zobaczyłam Jenni wciąż u jego boku. Może i kobieta była pastorką i powinna panować nad emocjami, ale nie miałam wątpliwości co do jej niezadowolenia. Powiedziałam jeszcze parę słów do swojego towarzystwa i usłyszałam słowa Voltera:
- Sama widzisz. To nie takie trudne. Po prostu podchodzisz do ludzi i z nimi rozmawiasz.
Czułam, jak satysfakcja zaczyna napełniać każdą komórkę mojego ciała. A więc Volter radzi Jenni zachowywać się w określony sposób i podaje mnie za przykład. Wyprostowałam się, żeby wyłapać jej odpowiedź.
- Tak, oczywiście. Po prostu nie jestem tak energiczna, jak Doris - usłyszałam.
Uczucie zwycięstwa już na dobre zaczęło krążyć w moich żyłach.
Zaraz po tym przeszliśmy do innego pomieszczenia, gdzie odbywała się próba chóru dziecięcego. Nie szło im najlepiej, jeśli chodzi o samo śpiewanie, ale trzeba przyznać, że dzieciaki miały w sobie dużo zapału. Kiedy dyrygent zauważył naszą obecność, przedstawił dzieciom Voltera, a on mnie. Już po chwili otoczyła nas grupka dzieci. Jakaś rezolutna sześciolatka zapytała śmiało:
- Można dotknąć tego wisiorka? Chyba jest drogi.
Volter się uśmiechnął i wyciągnął krzyż, tak żeby dziewczynka mogła go potrzymać. Odezwał się miłym głosem:
- Tak, jest dość drogi. To symbol. Czyli taki znak. Ja jestem biskupem, a znakiem biskupów jest właśnie ten wisiorek.
Obserwowałam gesty Voltera, skupiony wzrok dziewczynki, kiedy delikatnie dotykała krzyża, i jakoś niespodziewanie w mojej głowie pojawił się obraz Voltera i zupełnie innej dziewczynki. Dziewczynki o jasnych włosach, jak moje, i o szarych oczach Voltera, która zadawała pytania swojemu tacie. Nie wiedziałam, czy przełknęłam ślinę z przerażenia, czy też z tęsknoty, ale w tamtym momencie miałam ochotę uderzyć się z całej siły patelnią w głowę. Natychmiast.
- Kto to jest biskup? - zapytała inna dziewuszka.
Volter popatrzył na nią i wyjaśnił:
- Nikt szczególny. Chodzicie na chór przy parafii Świętej Katarzyny. Ale wiecie na pewno, że w Finlandii jest bardzo dużo innych parafii. W sumie trzysta siedemdziesiąt osiem. Każdą parafią zarządza jeden pastor. Ale jest ich tak dużo, że dzielą się one na grupy, które nazywamy diecezjami. I każdą diecezją zarządza specjalnie wybrany pastor, którego nazywamy właśnie biskupem. Jesteśmy teraz w diecezji Turku, w której to ja jestem biskupem.
Byłam pełna podziwu dla Voltera, który w tak prosty sposób tłumaczył dzieciom strukturę Kościoła. Nie miałam pewności, ile dzieci z tego rzeczywiście zrozumiały, ale wszystkie były wpatrzone w Voltera jak w obrazek.
- A czy biskupem może zostać dziewczynka? - zapytała pierwsza, wciąż trzymając w rączce krzyż Voltera i patrząc wyzywająco na swoją koleżankę.
Roześmiałam się w duchu. Wyglądało na to, że Volter Helakorpi budził podobne emocje we wszystkich kobietach, bez względu na ich wiek.
- No pewnie. A dlaczegóż by nie? - odparł.
- Rodzice mówią, że kobieta nie może być pastorką - powiedziała dziewczynka.
Voltera nie wyprowadziło to z równowagi.
- No tak. Niektórzy są tego zdania, ale ja uważam inaczej. Ty sama kiedyś zdecydujesz, co myślisz na ten temat.
Jakaś mała dziewczynka o brązowych włosach wyszeptała w moją stronę:
- Ma pani piękną sukienkę! Wybiera się pani na bal?
Przez moment się zawstydziłam i przypomniało mi się, że sama zdałam sobie wcześniej sprawę, że ubrałam się trochę zbyt efektownie jak na spotkanie z biskupem. Zdecydowałam jednak, że obrócę to w żart.
- Nie. Po prostu zakochałam się w Volterze i dlatego włożyłam najładniejszą sukienkę, jaką miałam w szafie! - odpowiedziałam i mrugnęłam znacząco.
Wszystkie dzieci zaczęły chichotać i jedno z nich zapytało:
- Całowaliście się?
Teatralnie pokręciłam głową na znak zaprzeczenia.
- Niestety nie. On nie pozwala mi dać sobie buziaka. Taki z niego ważniak.
- Ależ ta pani Doris lubi żartować! - wtrącił Volter, po czym postanowił mnie przedstawić. - To badaczka. Zajmuje się różnymi sprawami związanymi z religią. Odwiedziła dzisiaj ze mną najbardziej interesującą parafię, a wieczorem będziemy jeszcze razem pracować.
- Co będziecie robić? - zapytał jakiś chłopiec.
Nie zdążyłam nawet otworzyć ust, kiedy Volter odparł:
- Tak jak mówiłem, panią Doris interesują różne rzeczy związane z religią i to, co myślą na te tematy pastorzy. Będziemy dziś rozmawiać o tych przemyśleniach.
Oczywiście, tylko rozmawiać, pomyślałam rozbawiona. Rozumiałam, że dzieciom w tym wieku nie należy wyjawiać więcej na temat moich badań, a już zwłaszcza tego, że Volter jest ich częścią. Ten zaś oddalił się już, żeby porozmawiać chwilę z dyrygentem i paroma innymi pracownikami parafii.
Obserwowałam go z boku. Zachwycało mnie to, że zawsze potrafił się dopasować do swojego rozmówcy. Był autentyczny i prawdziwy, ale zmieniał wyraz twarzy i gesty w zależności od tego, z kim rozmawiał. Czasem był więc bardziej powściągliwy, innym razem pozwalał sobie na więcej żartów. Zawsze jednak był czarujący.
Szalenie czarujący.
Chociaż Volter był zajęty pracą i nie zwracał na mnie uwagi, to jego urok działał na mnie tak, że miałam ochotę zaciągnąć go do najbliższego składziku na graty albo jakiegoś ciemnej komórki i błagać, żeby mnie przeleciał. Tak po prostu.
Ciekawe, co by na to powiedział biskup Helakorpi.
Rozdział 3
Kiedy znaleźliśmy się z powrotem w jego mieszkaniu, Volter wyjął z lodówki mrożoną herbatę.
- Chcesz? - zaproponował, rozpinając czarny płaszcz i koloratkę.
- Chcę - odparłam spragniona, chociaż wcale nie miałam na myśli herbaty.
Volter rozpiął górne guziki koszuli, a ja zastanawiałam się, z czego była uszyta. Wyglądała na jedwabną, a wielkie ciało mężczyzny prezentowało się w niej szalenie seksownie.
- Czy to jedwab?
Volter odwrócił się, napotkał moje spojrzenie i odparł nieco zakłopotany:
- Tak. Naturalny, oddychający materiał. Zapłaciłem za nią z własnej kieszeni. I tak prawie wszystkie ubrania muszę mieć szyte na miarę, więc stawiam raczej na wygodę i unikam sztucznych materiałów.
- Na wygodę i... próżność? Znowu. A czy próżność to nie to samo co pycha? Jeden z siedmiu grzechów głównych - powiedziałam zaczepnie, zbliżając się do Voltera.
Mężczyzna uśmiechnął się i rozpiął czwarty guzik. Łakomie przełknęłam ślinę i powiedziałam z naciskiem:
- Chcę podkreślić, że ten dotyk nic nie znaczy.
Kłamałam tak, że mój nos powinien mierzyć już co najmniej metr, ale po prostu musiałam dotknąć tego fioletowego jedwabiu. Musnęłam palcami łopatki mężczyzny, a następnie prowadziłam dłoń po jego szerokich barkach, w stronę klatki piersiowej. Powoli i ostrożnie. Mój wzrok śledził ruchy dłoni. Rozpięta koszula odkrywała owłosienie oraz złoty łańcuszek, który muskał bok mojej dłoni. Czułam oddech Voltera i widziałam, jak jego pierś unosi się i opada.
Miałam ochotę rozpiąć więcej guzików. Włożyć dłoń pod koszulę. Zacisnąć palce i... Poczułam, że powoli tracę kontakt z rzeczywistością, więc w ostatniej chwili szybko odsunęłam rękę. Stwierdziłam szorstko:
- Myślę, że ta koszula to przesada.
- Mam nadzieję, że te okazjonalne napady ekstrawagancji nie sprawią, że zostanę skazany na wieczne potępienie. Ale skoro jesteśmy przy tym temacie, to, jak myślisz, Doris, czym ty grzeszysz najczęściej? Jeśli w ogóle możemy użyć tych słów w twoim przypadku. No ale załóżmy, że należysz do Kościoła i jesteś wierząca.
Rozpustą. Zdecydowanie.
Być może Volter rzucił to pytanie ot tak, ale jego oczy patrzyły na mnie poważnie. Mogłabym odpowiedzieć mu wprost, zdecydowałam jednak, że postąpię ostrożnie - a jednocześnie tak, żeby nie pozostawić żadnych wątpliwości. Delikatnie zwilżyłam usta językiem i odpowiedziałam równie lekko jak on:
- Myślę, że jesteś wystarczająco inteligentny, żeby się domyślić.
Volter zamrugał z niedowierzaniem, po czym uniósł ręce, założył je za szyję i zaśmiał się gromko.
- Jesteś niemożliwa. Idź do salonu, ja też za chwilę przyjdę z herbatą.
Zrzuciłam z nóg buty na obcasach i zadowolona pomaszerowałam boso do salonu. Zadowolona, bo widocznie Volterowi spodobała się moja odpowiedź. I dlatego, że byłam niemożliwa. Podobało mi się brzmienie tego słowa.
Podejrzewałam, że Volter nie grzeszył jakoś specjalnie podczas tych wypadów za granicę, o których wspominał. Może miał parę stałych kochanek, z którymi uprawiał nudny seks w pozycji misjonarskiej. Pod kołdrą i po ciemku. A potem przypomniałam sobie wydarzenia z poprzedniej nocy. Przecież jakoś musiał się tego wszystkiego nauczyć! A może to ja wyzwoliłam w nim tę dzikość? Delektowałam się tą myślą - schlebiała mi. Kto by pomyślał, że mogłam obudzić w biskupie Helakorpim takie perwersyjne skłonności.
Wyłowiłam z torebki laptopa, dyktafon i umowę o zachowaniu poufności. Kiedy Volter wszedł do pokoju, byłam gotowa. Niewiele zresztą potrzebowałam. Podałam mężczyźnie umowę.
Volter postawił duże szklanki z mrożona herbatą na stoliku, wziął kartki i usiadł wygodnie w fotelu znajdującym się po przekątnej naprzeciwko mnie. Szybko przeleciał wzrokiem treść umowy i przyznał z lekkim zdziwieniem:
- Wygląda bardzo profesjonalnie. Jakby była napisana przez prawnika.
- Wykonuję wiele prac dorywczych, bo jeszcze nie skończyłam studiów. Jedna z nich to wsparcie obsługi klienta w kancelarii. Pewien prawnik pomógł mi więc w napisaniu tej umowy. Jest w niej paragraf, że zrobię transkrypcję tekstową naszej rozmowy i nikomu nigdy nie pokażę nagrania. Mogę cię zapewnić, że tak właśnie będzie.
- A co zrobisz z nagraniami? Skasujesz je?
- Tak - odpowiedziałam szybko.
Nie byłam wcale taka pewna, czy od razu zdobędę się na wykasowanie rozmowy z Volterem, zwłaszcza mając świadomość, że nigdy więcej go nie spotkam. Byłam idiotką i dobrze o tym wiedziałam. Volter odchylił się w fotelu i zaczął się bawić łańcuszkiem.
- No dobrze, więc zaczynaj - powiedział zachęcająco i ścisnął krzyż w dłoni.
Usiadłam w rogu kanapy, żeby znaleźć się bliżej niego, i włączyłam dyktafon.
- Ty zacznij. Po prostu opowiadaj. Czy chodziłeś na randki, spotykałeś się z kimś? Jeśli tak, to czy łączyło się to z seksem? Jak teraz realizujesz swoją seksualność? Robisz coś, co musisz ukrywać? Opowiedz mi wszystko.
Volter wpatrywał się w sufit. Na jego twarz z wolna wypływał uśmiech. Z jakiegoś powodu ten wyraz twarzy mi się nie spodobał, ale jednocześnie bardzo mnie podniecał. Kiedy się tak zastanawiał i... wspominał, okręcał złoty łańcuszek wokół dłoni. Ciasno.
- Nie wiem, czy to należy do obszaru twoich badań, ale podczas studiów miałem kilka relacji. I tak. Uprawiałem seks. Przez pewien czas mieszkałem nawet z dziewczyną. Są tacy, zwykle wychowani w tak zwanych dobrych domach, którzy idą na teologię i od początku są święci. Ale ja pochodzę z rodziny świeckiej. Matka pracowała jako sekretarka, a ojciec był geodetą. Nie mieli problemów z pracą, ale każdego dnia po powrocie do domu upijali się piwem, winem albo ginem z tonikiem. Pili do nocy. Nikt mnie nigdy nie bił ani na mnie nie wrzeszczał, nic z tych rzeczy. Po prostu nie zwracali na mnie uwagi. Jakby mnie nie było. Tak się właśnie czułem. Matka i ojciec nie należeli do Kościoła, bo nie chcieli płacić podatków. Zresztą nie sądzę, żeby w cokolwiek wierzyli. Ale ja chciałem mieć konfirmację, tak jak wszyscy znajomi. Zaczęło się chyba na jednym obozie. Poczułem się tam tak... dobrze. Jakby w końcu znalazł się ktoś, kogo obchodzę. Ten obozowy ksiądz był i nadal jest naprawdę świetnym gościem. Jego praktyczne nauczanie miłości do bliźniego zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Nie chodziłem na religię w szkole, więc wszystko, czego dowiedziałem się na tym wyjeździe, było dla mnie całkowicie nowe. Kiedy więc zdecydowałem się rozpocząć studia teologiczne, wcale nie uważałem seksu za straszny grzech, jeśli uprawiałem go z osobą, na której mi zależało. Chociaż oczywiście znałem stanowisko konserwatystów. Zresztą na początku studiów nie byłem jeszcze do końca pewien swojej wiary. Nie wiedziałem, czy chcę być pastorem. Religia mnie po prostu zafascynowała, zaprosiła do zgłębiania swoich tajników.
Słuchałam opowieści Voltera z otwartymi ustami i bijącym sercem. Chociaż nasze pochodzenie było różne, czułam, że łączyło nas coś ważnego. Ja także byłam niewidzialnym dzieckiem. Nigdy tak naprawdę nie istniałam dla mojego ojca, ponieważ nie robił dla mnie nic poza płaceniem alimentów lub dawaniem pieniędzy. Za to matka... była oddana o wiele ciekawszym sprawom niż wychowywanie dziecka.
- A te dziewczyny w czasie studiów... Czy one były wierzące? Myślisz, że mógłbyś być w związku z kobietą, która nie wierzy w to co ty? Oczywiście zakładając, że osoby, z którymi się spotykałeś, były kobietami.
Volter spojrzał na mnie z rozbawieniem i zaczął odplątywać złoty łańcuszek.
- Nigdy nie doświadczyłem związku z mężczyzną. Nie dlatego, że uważam to za coś złego. Po prostu nie pociągają mnie przedstawiciele mojej płci. A odpowiadając na twoje pierwsze pytanie: nie. Nie wszystkie były wierzące. Ale nauczyło mnie to, że trudno jest być w związku, w którym jedna osoba nie rozumie wiary drugiej. Nie chciałem słuchać żartów i kpin z mojej modlitwy. Albo z tego, że chodzę do kościoła.
- Dlaczego ktokolwiek miałby z tego kpić? - zdziwiłam się.
Sama miałam nieco podejrzliwy stosunek do pobożnych wierzących, ponieważ z mojego doświadczenia wynikało, że łatwo przychodziło im krytykowanie ludzi o innym stylu życia. Byłam jednak przekonana, że nie mam prawa komentować czyjejś wiary.
- A w ilu związkach ty byłaś? - zapytał Volter uszczypliwie.
Nieco zawstydzona tym pytaniem podwinęłam nogi i odpowiedziałam:
- W ani jednym na poważnie. Nastoletniego randkowania nie zaliczam oczywiście do tej kategorii.
Volter pokiwał głową, uśmiechając się, jak gdyby chciał powiedzieć: "Zgadłem!". Zamiast tego powiedział jednak:
- No tak. Związek to skomplikowana sprawa. Kiedy minie pierwsze zauroczenie, ludzie mają w zwyczaju mówić sobie w złości różne okropne rzeczy. A ja nie zamierzam słuchać drwin z najważniejszych dla mnie spraw, zwłaszcza po moich doświadczeniach z dzieciństwa.
- Jak to się stało, że zostałeś pastorem? - zmieniłam temat.
- Chyba jestem idealistą. Chciałem zmienić Kościół. Wiem, że rządzą nim wciąż konserwatywne kręgi, ale ja wierzę w zmiany. A one wciąż następują. Może powoli, ale niezaprzeczalnie. Nawet fakt, że zostałem biskupem, jest tego potwierdzeniem, prawda? - dodał ironicznie.
- Ale jesteś przecież taki młody. Jak to się stało, że zdążyłeś...
Volter rozpiął złoty łańcuszek, przerzucił krzyż na grzbiet dłoni i zaczął owijać łańcuszek wokół niej. Skojarzyło mi się to z katolickimi różańcami. Trudno mi było oderwać wzrok od jego rąk. Kiedy w końcu spojrzałam mu w twarz, zdałam sobie sprawę, że i on mi się przygląda. I to jak!
Oczy mu płonęły. Oblizał wargi. Wszystkie myśli uleciały mi z głowy. Musiałam się pozbierać. Skrzyżowałam ręce na piersiach i westchnęłam głęboko. Powietrze wydobywające się z moich ust było gorące jak ogień. Zakręciło mi się w głowie. To wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Volter odwrócił wzrok.
Kiedy już ochłonęłam, na szczęście unikając zawału, mogłam sobie dopisać punkt - tę rundę zdecydowanie wygrałam ja. Volter może mówić, co chce, ale i tak to pewne, że mnie pragnie. Jego spojrzenie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Pragnął mnie piekielnie. Tak jak ja jego.
Z rozmyślań wyrwało mnie odchrząknięcie Voltera. Postanowił odpowiedzieć na moje pytanie:
- Ukończyłem teologię w wieku dwudziestu trzech lat. Już w liceum dużo czytałem. Po studiach zacząłem się doktoryzować. Zostałem proboszczem, gdy miałem dwadzieścia dziewięć lat. Zdążyłem więc poznać trudy tej pracy.
- Dwadzieścia dziewięć lat - powtórzyłam, nie wiedząc, co myśleć. Podziw walczył we mnie z zażenowaniem związanym z brakiem własnych osiągnięć.
- A ty? Ile masz lat? - zapytał Volter i za chwilę spróbował sam odgadnąć. - Dwadzieścia pięć?
- Dwadzieścia osiem - przyznałam zawstydzona. - Trochę czasu mi zleciało w tych barach.
Volter szczerze się roześmiał. Wydawało mi się, że jego śmiech zawibrował w mojej piersi.
- Może i mnie by się to przydało. Teraz nie mogę już sobie pójść na piwo bez obawy, że ktoś mnie rozpozna i zacznie snuć domysły. Ale na studiach znacznie chętniej sięgałem po alkohol.
- Przejmujesz się tym? Tymi domysłami? - spytałam bez zastanowienia.
- Cóż, nie jakoś strasznie, ale też nie chcę sam się prosić o kłopoty. Oczywiście, czasami zdarza mi się wypić, ale nie za dużo. Praktycznie zawsze jestem w pracy i oczekuje się ode mnie określonego zachowania. Na szczęście abstynencja nie stanowi dla mnie żadnego problemu.
No proszę, jakiż on cnotliwy, pomyślałam. W seksie wcale się taki nie wydawał. Wręcz przeciwnie. Nawet jeśli nie miał wielu partnerek seksualnych, to poprzedniej nocy wykazał się prawdziwą zręcznością, znajomością sztuki uwodzenia i... determinacją. Poczułam wibracje w udach na samo wspomnienie. Zaczęłam nerwowo pocierać uda rękami.
- Seks - rzuciłam. - Jak to wyglądało, kiedy byłeś pastorem, i jak wygląda teraz, gdy jesteś biskupem?
- Pieprzę się tylko za granicą.
Oderwałam wzrok od swoich ud i przeniosłam go na Voltera. Zaskoczyło mnie, że powiedział to tak bez ceregieli, a teraz jeszcze ironicznie się uśmiechał.
- Chyba mogę z tobą rozmawiać otwarcie, prawda? - dodał. - Nie wchodzę w romanse. Nie kocham się w żadnej ze swoich kobiet. Lubię je, szanuję, ale...
Wstrzymałam oddech. Kobiet? Kobiet! Czyżbym się przesłyszała? Moje naiwne wyobrażenie o tym, jak to rozbudziłam dziką stronę Voltera, właśnie runęło z hukiem. Zdołałam jednak usłyszeć swój własny głos:
- Lubisz je. A więc... masz wiele kochanek... gdzieś za granicą?
Wydawało mi się, że oczy Voltera stały się jakby ciemniejsze niż wcześniej. Na ustach pojawił się mały, złośliwy uśmieszek. Dłoń wciąż ciasno oplatał złoty łańcuszek. Co rusz w oknie migotało odbicie krzyża w słonecznym blasku.
- Zwykle nie spotykam się z dwoma partnerkami naraz. To zwyczajne kobiety. Czy raczej takie, które mi się podobają i z którymi dobrze się spędza czas. Ale zdarzało się też, że jednocześnie randkowałem z dwiema. Niczego nigdy nie ukrywam. Mówię wprost, że nie warto mieć wobec mnie żadnych oczekiwań i że spotykam się z innymi. Czasem mówię to, nawet gdy tak nie jest. To ułatwia sprawę.
Sama nie do końca wiedziałam, dlaczego tak się zdenerwowałam. Bardzo chciałam powiedzieć coś sensownego, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
- Ale czy ich nie ciekawi... a ty... nie boisz się o swoją reputację, mimo wszystko? - wydusiłam w końcu.
Volter uśmiechnął się złośliwie.
- Protestantki. Tych unikam. Swojej własnej kasty. Jesteśmy zbyt surowi i bezwzględni wobec partnerów i siebie samych. Lubię katoliczki. Albo żydówki. Hiszpańska se?orita ma gdzieś to, kim jestem. W najgorszym wypadku ją to podnieca. Jest też typ wykształconych, inteligentnych kobiet, których religia w ogóle nie obchodzi i które nie są zainteresowane związkiem, bo przeszkadzałby im w karierze. W takich lekkich znajomościach nie ma więc znaczenia, czy jestem wierzący, czy nie.
Otworzyłam usta, lecz nic nie powiedziałam. Wyglądało na to, że Volter dopiero się rozgrzewał. Ja za to już od paru minut czułam się tak, jakbym wylądowała w jakimś wielkim piecu. I muszę przyznać, że sama nie byłam do końca pewna, dlaczego aż tak mi gorąco. Z pożądania, gniewu, urazy czy oszołomienia? Kotłowało się we mnie coś jeszcze, czego nie mogłam rozpoznać. Se?orita? No ja pierdolę!
- Nie przyznaję się tak od razu do swojego zawodu i pozycji. Zabieram kobietę na kolację albo drinka. Jeśli między nami zaiskrzy i jest fajnie, to spotykamy się też następnego dnia. No i wtedy powoli zaczynam się ujawniać.
Głos mi drżał, kiedy zapytałam:
- Ale czy nie boisz się, że...
- Że któraś wpadnie na pomysł, żeby sprzedać o mnie newsa do jakiegoś szmatławca? Niezbyt. Potrafię kłamać, jeśli trzeba. Poza tym przecież nie robię niczego zdrożnego, nie mam całego haremu. Cóż by mogło się stać? Powiedziałbym, że byłem w związku, z którego nic nie wyszło. Taka byłaby oficjalna wersja. Przecież Kościół luterański nie wymaga od duchownych celibatu.
Oficjalna wersja. Jeszcze chwila i będę musiała zbierać szczękę z podłogi.
- W takim razie... Z iloma kobietami utrzymywałeś relacje od momentu, w którym zostałeś pastorem?
Volter pochylił się w moją stronę z niemal przerażającym błyskiem w oczach. Patrzyłam na niego tak, jakby właśnie miał mi zaprezentować jakiś oszałamiający trik na trapezie, albo przejść nad wodospadem Niagara po linie.
- Już jako zwykły pastor miałem kilka związków, tutaj, w Finlandii. Ale nigdy nie uprawiałem seksu z żadną parafianką. W sumie tych związków było może siedem. Potem raz zrobiłem coś ryzykownego: poszedłem do łóżka z dziewczyną zaproszoną na wesele pary, której wcześniej udzielałem ślubu. Na szczęście nie była to panna młoda. Po tym incydencie zdecydowałem się zmienić strategię. Licząc od tego momentu, przez okres pełnienia funkcji proboszcza i biskupa... Niech pomyślę...
Mężczyzna wpatrywał się w trzymany w dłoni krzyż. Byłam w szoku - ileż było tych kobiet, skoro musiał je zliczać w takim skupieniu?
- Jedenaście.
- Jedenaście... - powtórzyłam wolno.
Jedenaście plus siedem wspomnianych wcześniej dawało razem osiemnaście. A jeśli miał jeszcze jakieś dziewczyny w czasie studiów, jak sam wspominał, to... Wielkie nieba! Biskup Volter Helakorpi pieprzył średnio zdecydowanie więcej kobiet niż przeciętny facet. A nawet przeciętny ateista.
Próbowałam zachować profesjonalizm.
- Jak długo trwają zwykle twoje związki? I jak często spotykasz się ze swoimi... hmm... kochankami?
- Czy ty przypadkiem nie potrzebujesz przerwy? - zapytał z przekąsem. W jego głosie rozbrzmiewała pewność siebie, a w oku zobaczyłam szelmowski błysk.
- Drwisz ze mnie? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, na co on podniósł ręce do góry w geście poddania się i pokręcił głową.
- Nie! Ależ oczywiście, że nie. Po prostu wglądasz na zszokowaną - odrzekł, po czym zaczął na powrót bawić się łańcuszkiem.
Uniosłam głowę i odparłam śmiało:
- Miałam co najmniej trzydziestu partnerów. Nie może więc być mowy o żadnym szoku.
Pierwsza część była prawdą, druga - niekoniecznie. Z jakiegoś powodu byłam zszokowana. W dodatku czułam, jak ponownie wzbiera me mnie to gorące uczucie - nieznane, a jednocześnie przykre. Mieszanka nienawiści, pożądania, rozczarowania i dezaprobaty.
Dezaprobaty. Bez przesady. Nigdy nie czułam dezaprobaty, chyba że w stosunku do religijnego lub politycznego fundamentalizmu.
- Och. A więc nie tylko bary stały na przeszkodzie, żeby szybciej skończyć studia. No ale przynajmniej znalazłaś idealny temat - zażartował.
Wpatrywałam się w błyszczące szare oczy. Ten człowiek nie mógł być tym samym, którego spotkałam wczoraj, myślałam. Albo tym, który dopiero co odwiedził dom parafialny. To niemożliwe. A jednak wyglądał tak samo. To samo ogromne ciało, te same ciemnoszare włosy, te same fascynujące męskie rysy, ten sam wciągający, miękki głos. Próbowałam zebrać myśli. Wyprostowałam się.
- Wróćmy do tematu - powiedziałam nieco wyniośle i ponowiłam pytanie. - Jak długo...? Jak często?
- To zależy. Lubię podróżować, ale nie mogę pozwolić sobie na wiele. Tak więc dość często po czterech lub pięciu spotkaniach, na przykład w czasie długich weekendów albo urlopu, okazuje się, że odległość jest jednak zbyt duża. Na przykład kobieta wchodzi w inny związek, co oznacza koniec naszego. Ale zdarzało się też, że i ja z Hiszpanii jechałem prosto do Francji i zmieniałem... towarzystwo.
Oczy Voltera błyszczały jak węgielki i lekko przechylił głowę. Był nieprawdopodobny, myślałam, po czym z ust wydobyło się coś zupełnie głupiego:
- Czyli wolisz ciemne.
- Co to ma niby znaczyć? - Volter uniósł brwi.
- Przecież są ciemne. Hiszpanki, Francuzki... - odpowiedziałam, tłumacząc się i próbując brzmieć rzeczowo, a nie gorzko.
- Hmm... No tak. Ale miałem też jedną naprawdę ładną blondyneczkę z południowych Niemiec. Muszę przyznać, że była bardzo... milutka. - Volter delektował się własnymi słowami, mrużąc oczy i przeciągając się.
Nie potrafiłam tego dłużej znieść.
- Jak możesz?! - spytałam oburzona. - Jak możesz jednocześnie sprawować funkcję biskupa Kościoła ewangelicko-luterańskiego i opowiadać o pieprzeniu, blondyneczkach i zmienianiu towarzystwa?! Jak jakiś... rozpustnik!
Zapadła cisza, podczas której słychać było tylko mój ciężki oddech. Policzki mnie paliły. Nie umiałam powiedzieć, co właściwie tak mnie dręczyło. Z zainteresowaniem wysłuchałam kiedyś przygód pewnej kapłanki, które niewiele się różniły od opowieści Voltera, ale z jakiejś przyczyny tylko jego słowa działały na mnie jak płachta na byka.
- A więc to tak? Widzę, że obudziła się w tobie protestantka z krwi i kości. Najwyraźniej zawsze tam w tobie siedziała. Tacy już jesteśmy, my, Finowie. Nieważne, czy chodzimy do kościoła, czy nie. - Nie przestawał ze mnie drwić.
Wstałam z kanapy. Wiedziałam tylko jedno - nienawidziłam tych wszystkich blondyneczek i se?orit Voltera. Nienawidziłam też idiotki Jenni, która strzelała oczami do przystojnego biskupa. I nienawidziłam jego samego - za to, że tak mnie sprowokował.
Volter spojrzał na mnie ze zdziwieniem, gdy odwróciłam się w jego stronę. Wyciągnąłem ręce, które za chwilę opadły na pokryte fioletowym jedwabiem ramiona, i popchnęłam go lekko. Mięśnie pod cienką tkaniną nie poddałyby się, gdyby nie chciały. Ale zrobiły to i mężczyzna wcisnął się w oparcie fotela. Wdrapałam się na kolana Voltera, szarpnęłam go za włosy, o czym przez cały czas marzyłam, i chwyciłam jego lewy nadgarstek.
Mężczyzna obserwował mnie bacznie, gdy uniosłam jego rękę i zbliżyłam ją do swojej twarzy. Pocałowałam duży, złoty krzyż spoczywający na grzbiecie jego dłoni i zaczęłam zmysłowo rozwijać łańcuszek. Rozwinęłam go do końca, rozpięłam zamek z tyłu sukienki i powiesiłam sobie krzyż na szyi. Góra sukienki opadła, odsłaniając piękny czerwony stanik. Wzrok mężczyzny przesuwał się po moim ciele... napotkał mój wzrok... i z powrotem spoczął na moich piersiach. Coś, co boleśnie i brutalnie pulsowało wewnątrz mnie, kazało mi zacisnąć palce wokół szyi biskupa.
- Czy jakaś se?orita kiedykolwiek cię tak potraktowała? Albo ta milutka Niemka?
Poczułam ciężar biżuterii na brzuchu i chłodny łańcuszek między piersiami. Pochyliłam się w stronę Voltera. Wpatrywał się w moje piersi i biżuterię. Potem potrząsnął głową.
- Czy tak się zachowuje typowa protestantka? - dopytywałam.
Mężczyzna ponownie pokręcił głową. Podniósł rękę i odchylił stanik tak, że moje piersi były całkowicie odsłonięte. Przycisnął kciuk do sterczącego sutka i zaczął go lekko masować. Chciałam krzyczeć. Złapałam go za włosy obiema rękami i pocałowałam. Przycisnęłam język do pełnych, ale zamkniętych ust mężczyzny i spojrzałam na niego wyzywająco. Poczułam, jak Volter szarpnął oba paski stanika, a jego dłonie zacisnęły się na moich nagich piersiach. Jęknęłam w usta mężczyzny i usłyszałam swoje własne mruczenie:
- Proszę. Pozwól mi się pocałować. Chociaż raz.
Usta Voltera się rozchyliły, a ja natychmiast skorzystałam z okazji. Mój język wsunął się pomiędzy ciepłe, wilgotne wargi tak, że poczułam przyjemne mrowienie, a kiedy napotkałam język, który zaczął napierać na mój, z gardła wydobyło mi się głębokie, ciężkie westchnienie. Niebo. Usta Voltera były niebem na ziemi i nigdy nie chciałam ich opuszczać.
Kiedy nasze języki ocierały się o siebie, zaczęłam powoli kołysać biodrami. Wyciągnęłam dłonie z jego włosów i zaczęłam rozpinać mu koszulę. Kiedy nareszcie dotknęłam palcami nagiej, ciepłej skóry i zrzuciłam koszulę Voltera z ramion, mężczyzna zaczął mi się poddawać.
Złapał mnie w pasie tak mocno, że wydobył się ze mnie krótki, radosny okrzyk, a potem Volter pociągnął mnie za włosy. Przycisnął usta do moich ust i całował mnie namiętnie. Pozwoliłam swoim dłoniom wędrować po jego silnym, nagim torsie. Całowałam go łapczywie i niecierpliwie, schodząc ustami w dół po jego szorstkiej brodzie, kierując się w stronę szyi i karku.
Kiedy przycisnęłam rozchylone usta do szyi Voltera, on opuścił głowę i zaczął ssać moje piersi.
Jęknęłam z rozkoszy. Moje ciało pożerał ogień. Nie mogłam oderwać się od jego szyi. Całowałam ją chciwie, zupełnie bez wstydu. Używałam ust i zębów, przyciskałam język do skóry i zaczynałam od nowa. Nigdy tak nie robiłam i nigdy nie było mi tak dobrze.
I wtedy zadzwonił jego telefon. Ignorowaliśmy dźwięk dzwonka przez wiele sekund, aż w końcu mężczyzna podniósł głowę, gwałtownie dysząc. Przez chwilę patrzyłam w jego zamglone szare oczy. Wyglądało to tak, jakby Volter powoli wybudzał się z jakiegoś zaklęcia. Odsunął się szybko, odepchnął mnie i sięgnął po leżącą na stole słuchawkę.
- To Jenni. Ma teraz trochę problemów...
Z trudnością usiadłam z powrotem na kanapie. Wciąż kręciło mi się w głowie i nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co właśnie się wydarzyło, ale aż kipiała we mnie wściekłość. Miałam gdzieś, czego chciała Jenni. Rozgryzłam ją. Byłam pewna, że te wszystkie problemy, o których wspomniał Volter, były w większości zmyślone i stanowiły świetny pretekst do częstych spotkań z biskupem. Rozsiadłam się wygodniej i oparłam plecy, wciąż nie zakrywając nagich piersi. Po prostu patrzyłam na Voltera z nieukrywaną satysfakcją. Podobały mi się ślady szminki na jego ustach i policzku, lekko opuchnięte wargi, rozchełstana koszula i ogromna malinka na szyi.
Czy kiedykolwiek wcześniej ktoś mu taką zrobił? Nawet nie słuchałam, o czym mówił Volter. Wciąż byłam pod wrażeniem naszych pocałunków i nie umiałam się na niczym skupić - a już na pewno nie na "problemach" jakiejś żałosnej Jenni.
Rozmowa się zakończyła, zanim jeszcze do mojej głowy zawitała jakakolwiek racjonalna myśl. Volter odwrócił na mnie wzrok i od razu zauważyłam, że wilgotna mgła w jego oczach zamieniła się w stalowoszary cień.
- Poproszę mój krzyż - odezwał się mężczyzna stanowczym, bezkompromisowym głosem.
- Podejdź tu i sam go sobie weź - odrzekłam, jakbym nie zauważyła w Volterze żadnej zmiany.
Mężczyzna zmarszczył brwi, a jego usta się zacisnęły. Podwinął rękawy koszuli, a ja wyobrażałam sobie, jak głosi proroctwa dotyczące sądu ostatecznego. Wyprostował się i stanął przede mną w całej okazałości, w tej swojej seksownie rozpiętej koszuli, i mocno szarpnął za łańcuszek wiszący na mojej szyi. Nie spodziewał się chyba, że łańcuszek się zaplątał, więc szarpnął jeszcze raz, z dziwnym, zrezygnowanym wyrazem twarzy. A wtedy gruby łańcuszek pękł.
Czułam, jak zimny metal wyślizgnął się z mojej dłoni. Volter już trzymał łańcuszek w swojej. Przez chwilę wpatrywał się w krzyż, potem we mnie, a w końcu warknął:
- Ubieraj się. Koniec wywiadu. Na resztę pytań dotyczących moich interpretacji Biblii albo wyrzutów sumienia odpowiem e-mailowo.
Sprawiał wrażenie naprawdę wściekłego. Zaskoczyło mnie to, chociaż wcale nie tak łatwo mnie było czymś zaskoczyć. Szybko zapięłam stanik, poprawiłam sukienkę i spróbowałam raz jeszcze:
- To był tylko pocałunek, Volter. Pocałunek. Robiłeś o wiele gorsze rzeczy...
Mężczyzna zacisnął usta i rzucił:
- Muszę iść. W parafii Jenni...
Usłyszałam, jak mój własny głos odbił się echem w pokoju.
- Jenni! Ta baba ostrzy sobie na ciebie pazury i nigdy nie odpuści. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę! Dopóki jesteś singlem, zawsze znajdzie wymówkę, żeby się z tobą spotkać. A może nawet wtedy, kiedy już będziesz zajęty!
Volter oparł dłonie na biodrach i zagrzmiał:
- Może CHCĘ, żeby ostrzyła sobie na mnie pazury!
Wstałam na równe nogi i wskazałam na niego palcem.
- Jeśli tego chcesz, to znaczy, że daleko ci do przykładnego duchownego! Chcesz jej, tak? Chociaż nie więcej niż pięć minut temu wkładałeś mi język do gardła i lizałeś cycki.
Volter jakby trochę się zmieszał, ale nie opuścił hardego wzroku.
Zaczął mówić miękkim, lekko gorzkim głosem, wciąż przepełnionym gniewem:
- Dobrze wiem, że nie jestem idealny. Jak każdy człowiek. A wiesz, dlaczego rozmawiam z tobą w taki, a nie inny sposób? Bo przypominasz mi moich rodziców! Wódka, seks, niezobowiązujące relacje, poszukiwanie własnej przyjemności! Jak tylko wyjedziesz, od razu stanę się bardziej przykładny.
Byłam wstrząśnięta. Moje płuca wypełniło coś, co uniemożliwiało mi oddychanie. Czułam się, jakby ktoś podał mi truciznę i jeszcze na dodatek kopnął w brzuch. Nie płakałam przez ostatnich dziesięć lat, ale teraz poczułam przerażający ucisk w klatce piersiowej, a oczy bolały, gdy próbowałam powstrzymać łzy.
- Doris... - zaczął Volter.
Jakby nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co powiedział. Nie mogłam zostać, nie byłam w stanie usłyszeć ani słowa więcej. Na szczęście miałam ze sobą tylko jedną torbę. Szybko wepchnęłam do środka laptopa i dyktafon i warknąłem stłumionym głosem:
- Pierdol się, Volter. I tę swoją uroczą Jenni! Może w końcu się na tobie pozna. Tak jak i twoi parafianie. W razie czego Joe Blasco poratuje cię korektorem.
Pospieszyłem do korytarza, zanim Volter zdążył cokolwiek powiedzieć, ale szybko mnie dogonił. Nie było to trudne, bo miałam nogi jak z waty - czułam, jakby stopy urosły mi nagle o kilka numerów. Usłyszałam głos mężczyzny za moimi plecami, miękki i prawie... zdesperowany.
- Doris. Nie rozstawajmy się w złości. Nie odchodź. Popełniłem błąd. Nie powinienem był tak mówić. Porozmawiajmy. Wiesz, że to, co się między nami wydarzyło...
- Tak. Wiem. Było milutko - rzuciłam zduszonym, wściekłym głosem. - Ale nic poza tym. Tak? To chciałeś powiedzieć? Więc lepiej nic nie mów. Nie mamy o czym rozmawiać. Ale przynajmniej to wszystko, co padło z twoich ust na mój temat, było szczere. Dziękuję za to. Udanego życia z Jenni!
- Doris... - szepnął.
Czułam, jak podchodzi bliżej. Ale ja byłam już przy drzwiach. Przekręciłem zamek i wyszłam, zanim mężczyzna zdążył cokolwiek zrobić. Zbiegłam po schodach, prawie nie patrząc pod nogi, przebiegłam przez dziedziniec i minęłam muzeum sztuki, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dopiero gdy znalazłem się na Humalistonkatu, stanęłam na środku chodnika i zamknęłam oczy.
Czułam, jak wzbierają mi łzy, ale nie potrafiłam się rozpłakać.
Nie wiem, ile czasu tak stałam pośród zabieganych ludzi, ale na pewno wystarczająco długo, aby w końcu pozwolić sobie na płacz. Szloch ugrzązł mi w gardle. Poszłam na dworzec. Im szybciej znajdę się jak najdalej od dawnej stolicy Finlandii i Voltera Helakorpiego, tym lepiej.
Rozdział 4
Nie napisałam do Voltera ani razu, nie zadałam mu więc wszystkich pytań, które planowałam zadać. Moja praca magisterska wyszła niestety o wiele nudniejsza bez opisu bezwstydnego życia seksualnego biskupa z Turku, ale chyba tak było lepiej. W podróży powrotnej do Helsinek wylałam z siebie tyle łez, że wystarczyłoby ich na zapełnienie jeziora.
Wbrew temu, co myśleli sobie Volter i inni ludzie, wcale nie byłam radosną i beztroską ateistką.
Kiedyś próbowałam taka być, ale nie potrafiłam. Sama do końca nie wiedziałam, jaka jestem. W najgorszych chwilach mojego życia, kiedy odczuwałam okropną pustkę, często opadał na mnie nagle ciepły koc pocieszenia, jakby niewidzialna ręka zamykała mnie w swoim schronieniu. Kiedyś zobaczyłam tajemnicze światło w oknie, które nie mogło pochodzić od żadnego samochodu ani innego obiektu fizycznego. Światło padało na mnie jak żółta, ciepła kula przez kilka minut, a potem stopniowo znikało, zabierając ze sobą mój gniew i uczucie beznadziei.
Parę lat temu próbowałam się modlić. Nie byłam przywiązana do żadnej konkretnej religii, ale miałam pewność co do istnienia jakiejś siły wyższej. Nie wiedziałam, czy ktoś rzeczywiście mnie wysłuchuje, lecz i tak kierowałam swoje myśli ku górze, zadawałam pytania i pokładałam w tym nadzieję. Zachwycałam się nauką głoszoną przez Jezusa - tak prostą, a zarazem niemożliwą do zrealizowania przez człowieka.
Miłuj swojego wroga. Traktuj bliźniego tak, jak sam chciałbyś być traktowany. Nie martw się - bądź jak ptaki na niebie1.
Nienawidziłam za to ślęczenia nad doktrynami, dyskutowania o nich i głoszenia Słowa Bożego. Nienawidziłam nietolerancji wynikającej z interpretacji księgi, która została napisana przez ludzi żyjących ponad dwa tysiące lat temu. Osobiście uważałam, że nawet jeśli ewangelista czy prorok pisał pod wpływem boskiego natchnienia, to mimo wszystko przenosił do tekstu kontekst historyczny i kulturowy, w którym żył.
Wydawało mi się, że byłam nieszczęśliwa, kiedy wyjeżdżałam na spotkanie z Volterem, ale kilka tygodni po powrocie do Helsinek wiedziałam, że wcześniej nie miałam pojęcia o prawdziwym smutku.
Nie mogłam wyrzucić Voltera ze swojej głowy. Śniłam o nim, wciąż oczekiwałam na telefon, pisałam e-maile, których nigdy nie wysyłałam, i wyobrażałam go sobie z Jenni. Ta ostatnia myśl zawsze doprowadzała mnie do wściekłości i w końcu zdałam sobie sprawę, że to dziwne, obrzydliwe uczucie, które mnie dręczyło, to była zazdrość. Byłam zazdrosna. Po raz pierwszy w życiu.
Przypominałam sobie z bólem serca, jak Volter mnie ocenił. Alkohol, seks, duchowe zobojętnienie, ciągłe poszukiwanie uciech. Tak naprawdę z większością tych oskarżeń mogłabym się nawet zgodzić... Było mi jednak przykro, że Volter, uznawszy mnie za pustą kobietę, pochopnie mnie zaszufladkował, nie próbując ze mną porozmawiać. Trudno mi było wyzbyć się tej urazy. Próbowałem o niej zapomnieć, tłumaczyłam sobie słowa Voltera, nawet modliłam się o spokój ducha, ale nic nie pomogło. Zastanawiałam się parę razy, czy nie powinnam zadzwonić do Marii albo mojej drugiej dobrej przyjaciółki, Leny, żeby wyżalić się ze swojej samotności i smutku. Tak trudno było mi to znieść.
Za każdy razem jednak tchórzyłam.
W końcu byłam Doris. A Doris pieprzyła się z facetami, zmieniała ich jak rękawiczki, imprezowała i żyła chwilą. Doris nie przejmowała się drobnymi przeciwnościami losu, niczego nie żałowała, a co najważniejsze, i było to absolutnie pewne - nie zatapiała się w marzeniach o jednym mężczyźnie po zaledwie paru dniach od pierwszego spotkania. Nie było więc mowy, bym przyznała się komukolwiek, że nie potrafię wybić sobie z głowy jakiegoś faceta. Trudno było mi przyznać się do tego przed samą sobą. W dodatku ten facet był przecież biskupem.
Aż pewnego czwartkowego wieczoru zadzwonił telefon.
Gdy zobaczyłam to imię na wyświetlaczu, byłam w szoku i nie wiedziałam, co zrobić. Po kilku sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka. I dobrze, pomyślałam. Jeśli chce mnie przeprosić, to może po prostu nagrać wiadomość.
Niestety, Volter nie zamierzał mi zostawiać żadnych wiadomości. Postanowił zadzwonić jeszcze raz, a potem kolejny. Za trzecim razem nie wytrzymałam i nacisnęłam zielony przycisk. Przyłożyłam telefon do ucha, nie wydobywając z siebie żadnego dźwięku.
- Doris? Jesteś tam? - usłyszałam miękki głos.
Poczułam, jak zalewa mnie znajoma fala gorąca. Nie odpowiedziałam od razu, bo nie wiedziałem, jak najrozsądniej byłoby zacząć. Wybrałam więc najprostsze wyjście.
- Jestem.
- Przyjechałem do Helsinek. Przemawiałem na zjeździe ekumenicznym, było wielu gości z całej Europy. Pomyślałem, że... moglibyśmy się spotkać.
- Gratuluję - bąknęłam. - Po co mielibyśmy się spotykać?
Nastąpiła cisza, a po niej krótkie westchnienie.
- Żałuję, że tak się rozstaliśmy.
- Sam to sprowokowałeś - zauważyłam chłodno.
- Zdenerwowałem się. Zdarza mi się pod wpływem emocji mówić rzeczy, których nie powinienem mówić.
- Pokazałeś tym samym, co naprawdę o mnie myślisz, chociaż wcale mnie nie znasz. Typowe dla fanatyków religijnych. Co tam u Jenni?
Po drugiej stronie znowu zapadła cisza, ale po chwili Volter odpowiedział:
- Chyba zasłużyłem sobie na te gorzkie słowa. Jenni ma się dobrze.
- Tutaj nie możesz przyjść.
Chociaż dobiegałam trzydziestki, wciąż mieszkałam w akademiku. Nie chciałam, żeby Volter zobaczył moją ciasną klitkę.
- Pomyślałem o późnym obiedzie. Jest już trzecia. Zarezerwowałem stolik na szóstą w restauracji Saslik - poinformował, z jakiegoś powodu nieco zakłopotany.
Obiad z Volterem? Ten pomysł bardzo mi się spodobał. Świetnie.
Głos z tyłu głowy podpowiadał mi, że nie powinnam się z nim spotykać. Ach, gdyby tak ktoś mógł mną potrząsnąć! Czułam, jak powoli mięknę. Próbowałam jednak zachować pozory i odpowiedziałam twardo:
- Masz tupet. Rezerwujesz stolik, z góry założywszy, że się zgodzę - wysiliłam się na jak najostrzejszy ton.
- Niczego nie zakładałem. Co najwyżej miałem nadzieję - wyznał Volter tym samym ciepłym głosem, który usłyszałam podczas pierwszego spotkania.
Zdawałam sobie sprawę, że nie mam żadnych szans w walce z tą pokusą. Ale nie miałam zamiaru tak szybko chować pazurów.
- Ostrzegam, że nie zamówię niczego tańszego od niedźwiedzia - odrzekłam wyzywająco.
Zaśmiał się. Ja też nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, kiedy w uszach poczułam przyjemne łaskotanie.
- Dziękuję za ostrzeżenie. Przyjechać po ciebie?
- Nie. Przyjadę autobusem, mam stąd bardzo dobre połączenie do centrum. Spotkamy się w Sasliku czy gdzieś indziej?
- Nocuję w hotelu Lilla Roberts. Zanim coś powiesz...
- Tak, tak. Sam zapłaciłeś za nocleg. Nie musisz się tłumaczyć - przerwałam. - Naprawdę jesteś próżny.
- Może i jestem. Ale to chyba zrozumiałe.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Wyjaśnię ci, kiedy się zobaczymy. Spotkajmy się wpół do szóstej w hotelowym barze. Stamtąd jest już bardzo blisko do restauracji.
***
Pojawiłam się w umówionym miejscu dwadzieścia pięć po piątej i z radością zamówiłam kieliszek szampana. Nie miałam najmniejszego zamiaru za niego zapłacić. Sączyłam wyrafinowany, cudownie musujący napój, zerkając na rąbek czarnej skórzanej sukienki. Była bez rękawów, z dekoltem w łódkę i świetnie dopasowywała się do kształtu mojego ciała. Miałam sporo obcisłych ubrań, ale ta kiecka była wyjątkowo ciasna. Oddała mi ją bogata koleżanka, która nosiła mniejszy rozmiar. Z tego samego powodu sukienka była na mnie trochę za krótka. Niezbyt często ją wkładałam. Tego dnia także miałam wątpliwości co do jej wyboru, ale ostatecznie uznałam, że wspaniale podkreśla moją figurę. Może i Volterowi nie podobało się moje zachowanie, lecz z pewnością nie można było tego powiedzieć o moim ciele. Miałam ochotę trochę się z nim podroczyć.
Rzadko wybierałam czarne ubrania, więc dla równowagi postanowiłam ożywić ogólne wrażenie za pomocą czerwonej szminki. Włosy upięłam w luźny kok, który delikatnie opadał na kark. Kilka kosmyków naturalnie osłaniało mi twarz. Wyglądałam dobrze. Seksownie.
Pod sukienką miałam też czarny stanik, stringi i pas do pończoch. Wmawiałam sobie uparcie, że do takiej sukienki pasuje po prostu wyjątkowa bielizna. Saslik to droga restauracja, wymagająca odpowiedniego stroju. Sama prawie uwierzyłem w swoje wyjaśnienia. Musiałem wziąć też ze sobą jakieś nakrycie, bo pod koniec sierpnia po upale nie było już ani śladu. Na krześle obok mnie wisiał więc krótki zielony płaszczyk.
Ze zdenerwowania zdążyłam już wypić prawie połowę swojego szampana, kiedy zobaczyłam Voltera. Poczułam silny, prawie bolesny ucisk w żołądku. Jednak nawet to nieprzyjemne doznanie nie powstrzymało mnie od łakomego, niecierpliwego pożerania mężczyzny wzrokiem.
Volter musiał chyba pójść do fryzjera, bo miał krótsze włosy. Ubrany był w krótką ciemnoszarą kurtkę, dobrze dopasowane granatowe dżinsy i koszulę w tym samym kolorze. Nie zapiął kilku ostatnich guzików.
Musiałam przyznać, że świetnie wyglądał w szarościach i granatach. Tego samego zdania była chyba zerkająca w jego stronę młodziutka kelnerka. Zastanawiałam się, czy widziała go wcześniej w oficjalnym stroju. Wstałam z krzesła, bo chciałam, żeby Volter mógł zobaczyć sukienkę. Odpowiedni strój, pomyślałam autoironicznie. Po tym wszystkim, co usłyszałam z jego ust, nie miałam jednak zamiaru być dla niego miła.
Wygładziłam krótką skórzaną sukienkę i patrzyłam na zbliżającego się mężczyznę. Machnął ręką, kiedy mnie zauważył. A potem się zatrzymał, żeby lepiej mi się przyjrzeć. Oczy Voltera zdawały się dotykać moich ramion, piersi, bioder, nóg... a ja stałam w miejscu jak żona Lota, próbując utrzymać zmysły w ryzach. Po chwili mężczyzna jakby się ocknął i spojrzał mi w oczy z lekkim zakłopotaniem.
- Cześć. Długo czekasz? Mogłaś powiedzieć, że już jesteś. Zaprosiłbym cię do pokoju - powiedział i ku mojemu zdziwieniu przytulił mnie.
Moje ręce odruchowo powędrowały do szyi mężczyzny, policzki przycisnęły się do jego szerokiej klatki piersiowej, a gdy owładnęła mną namiętność, dostrzegłam spojrzenie kelnerki. Zazdrość. Ha! Volter Helakorpi sam był grzesznikiem i wywoływał grzeszne myśli u innych ludzi. Nie tylko u mnie.
- Przepraszam - wyszeptał.
Wiedziałam, że jeszcze chwila, a znowu stracę nad sobą kontrolę. Wydostałam się z uścisku i powiedziałam:
- Ściąłeś włosy.
Volter wciąż obejmował mnie w talii, a na jego usta wpełzł uśmiech.
- Czy to przytyk? Tak to zabrzmiało - powiedział.
- Być może. Podobały mi się twoje długie włosy.
Volter opuścił ręce i westchnął.
- Dlaczego nasze rozmowy zawsze prowadzą do... - Przełknął ślinę. - Ładnie dziś wyglądasz. I naprawdę, naprawdę przepraszam.
- Pierwszą część pokuty możesz odbyć przy barze. Nie zapłaciłam za to. - Ujęłam kieliszek i wskazałam na ladę.
Zmrużył oczy. Widziałam, że jest rozbawiony.
- Założę się, że nie zamówiłaś byle czego.
- To szampan.
- Jeszcze trochę i okaże się, że w jeden wieczór wydam na ciebie więcej niż na jakąkolwiek inną kobietę. - Nie oszczędził mi złośliwości.
Nagle zdałam sobie sprawę, dlaczego Volter mówi do mnie w taki sposób. Alkohol. Mężczyzna chyba też to sobie uświadomił i położył rękę na moim ramieniu.
- Porozmawiamy w restauracji. Przy tobie zawsze wygaduję głupoty.
Kiwnęłam głową. Czułam, że roztapiam się jak kawałek masła pozostawiony w cieple. Kiedy szliśmy, Volter wypytywał mnie o postępy w pisaniu pracy, o to, gdzie mieszkałam i co robiłam przez ostatnie dwa i pół tygodnia. Skłamałam, że oprócz pisania spotykałam się ze znajomymi i byłam na paru imprezach. Nie miałam zamiaru się przyznawać, że całymi dniami rozmyślałam o nim i o tym, do czego między nami doszło. Powiedziałam za to zgodnie z prawdą, że mieszkam w dzielnicy Viikki i że moje mieszkanie jest tak malutkie i skromne, że nie lubię tam nikogo zapraszać.
- Myślisz, że obchodzą mnie twoje warunki mieszkaniowe?
- No wiesz, zbliżam się do trzydziestki. Niektórzy w tym wieku mają już dom - odpowiedziałam rozdrażniona.
Akurat wchodziliśmy do restauracji, kiedy Volter zapytał poważnie:
- Czy to ma dla ciebie znaczenie? Dom? Albo mieszkanie? Mam na myśli ich fizyczne posiadanie.
Najpierw tylko wzruszyłam ramionami, lecz po chwili wyznałam mu coś, czym do tej pory nie podzieliłam się z nikim innym.
- Moi rodzicie rozwiedli się, kiedy miałam dwanaście lat. I do tego momentu miałam dom. Nie było to nic szczególnego, zwyczajna szeregówka. Po rozwodzie matka wstąpiła do ruchu Hare Kryszna i zabrała mnie ze sobą do świątyni. Tam mieszkałyśmy. Nienawidziłam tego miejsca i uciekłam stamtąd, jak tylko stałam się pełnoletnia. Chciałabym mieć dom, który będę lubić, w którym po prostu będzie mi dobrze. Może to być nawet kawalerka. Teraz też mieszkam w kawalerce, jednak umeblowanie mieszkań studenckich nie pokrywa się zbytnio z moją wizją prawdziwego domu.
Podeszła do nas kelnerka, więc Volter nie zdążył mi odpowiedzieć. Wskazano nam stolik w przyjemnym kącie. W restauracji nie było tłumu. Podziwiałam bogatą kolorystykę wnętrza, witraże i ciężkie tkaniny. Westchnęłam tęsknie i powiedziałam:
- Gdyby było mnie na to stać, też powiesiłabym w swoim domu aksamitne zasłony. Takie ciężkie, rozsuwane na dwie strony za pomocą sznurka. Zielone. Albo bordowe. Pasowałyby do twojego mieszkania.
Podniosłam wzrok na Voltera i poczułam, że zaczynam się czerwienić. Oby sobie nie pomyślał, że planuję przenieść się na Aurakatu! Volter spojrzał na mnie w zamyśleniu, po czym powiedział:
- Doskonale cię rozumiem. Całe dzieciństwo spędziłem w całkiem sporym mieszkaniu, w dobrze sytuowanej rodzinie, ale nie mam z tego czasu żadnych dobrych wspomnień. Chata była wiecznie pełna pustych butelek, śmieci i dymu. Sprzątało się tam może raz na trzy miesiące, kiedy już naprawdę nie dało się wytrzymać, a jeszcze rzadziej zmieniało się pościel. To mieszkanie przy Aurakatu wynająłem już jako proboszcz, chociaż było dla mnie wtedy bardzo drogie. Ale tak strasznie mi się spodobało, że nie mogłem się zadowolić niczym innym. Pierwszy raz w życiu poczułem się gdzieś jak w domu. Wiesz, chyba też dlatego potrafię z tobą tak otwarcie rozmawiać. Od początku czułem przez skórę, że jesteś taka jak ja. Może. Dorastałem w trudnych warunkach i chyba... chyba mogłoby coś między nami być. Chociaż oczywiście nie powinno.
Zerknęłam na menu i energicznie skinęłam głową. Z trudnością powstrzymywałam silne emocje, jak zwykle rozbuchane, kiedy przebywałam z Volterem. Kiedy się okazało, że mężczyzna czuje się ze mną silnie związany, poczułam się jeszcze niezręczniej. Starałam się pamiętać o tym, że prawdopodobnie już nigdy więcej się nie spotkamy. W mojej głowie panował kompletny chaos. Czy powinnam coś zrobić? Spróbować coś zaproponować - choćby to była tylko przyjaźń? Czy jednak lepiej dać sobie spokój, mimo że wydawało się to najgorszą opcją?
- Pielmieni z mięsem niedźwiedzia - powiedziałam lekko. - I bliny. Z kawiorem. A do tego jeszcze kotlet de volaille. Może to nudny wybór, ale jaki pyszny! I... zdążymy zamówić ten zapiekany deser lodowy? Napisali, że trzeba dać znać wcześniej.
Popatrzyłam na Voltera, który skrzywił się żartobliwie.
- A ja byłem pewien, że już jadłaś i zadowolisz się barszczem. Specjalnie tak późno zadzwoniłem - powiedział z przesadnym dramatyzmem. - Jesteś pewna, że wszystko w porządku? - dodał poważnie.
Przeklęłam w myślach tę jego cholerną intuicję. Postanowiłam być szczera i raz na zawsze zamknąć mu usta.
- Pytasz, czy wszystko w porządku. Pomyślmy. A więc, mój drogi, wciąż czuję urazę po tym, co powiedziałeś u siebie w domu. Byłam pewna, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. Nie powstrzymało mnie to od wyobrażania sobie ciebie w moim łóżku. Nie wiem, co o tym myśleć. Poza tym drażni mnie, że w ramach przeprosin zaprosiłeś mnie do drogiej restauracji. Myślisz, że mnie nakarmisz i po sprawie? Podsumowując: nie, nic nie jest w porządku.
Byłam przyzwyczajona do nazywania rzeczy po imieniu, ale tym razem z każdym zdaniem coraz bardziej trzęsły mi się ręce ze zdenerwowania. Odłożyłam kartę na stół i próbowałam uspokoić dłonie na kolanach. Z twarzy Voltera wyczytałam, że nie spodziewał się usłyszeć tego, co miałam mu do powiedzenia. Powoli wypuszczał powietrze z płuc. Już miał się odezwać, kiedy wróciła do nas kelnerka. Volter poprosił o wszystko, co wymieniłam. Dla siebie zamówił to samo, z wyjątkiem dania głównego - wolał szczupaka.
- Wino? Wódka? - zapytał.
- Jedno i drugie - odparłam.
Skinął głową i oparł się wygodniej o krzesło.
- Nie mogę. Nie mogę zacząć się z tobą spotykać i nie ma to żadnego związku z tym, co wtedy powiedziałem. Ale mam propozycję...
- Nie jestem pusta! - Poczułam, że muszę się wytłumaczyć. - Nie myślę tylko o wyglądzie, luksusie i seksie. Tak przykro było to usłyszeć od kogoś takiego jak ty...
- To była najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek powiedziałem drugiej osobie. - Volter przerwał mój wywód. - Nie musisz mi tego tłumaczyć. Wiem, że nie miałem racji. Chodzi po prostu o to, że ty... jakoś tak... sprawiasz mimowolnie, że wychodzi ze mnie coś, czego nie umiem jeszcze nazwać. Wstydzę się tego, ale nie wiem nawet dobrze, co to jest. Tak jakbym na chwilę stawał się innym człowiekiem.
Nie słuchałam go. Pragnęłam tylko dokończyć wcześniejszą myśl. Powiedzieć na głos to, czego nigdy nikomu nie mówiłam.
- I nie jestem ateistką. Już ci to mówiłam, ale powiem jeszcze raz, bo chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiał. Nie należę do żadnego Kościoła, ale wierzę w Boga. Nie potrafię tego wyjaśnić i nie sądzę, żeby ktoś inny mógł. Po prostu to czuję. Czasem silniej, czasem słabiej. Nie rozumiem, dlaczego na świecie musi być tyle zła, i nawet nie próbuję tego pojąć. Wiem tylko, że znajduję pocieszenie dzięki wierze i modlitwie. I że bardzo cenię nauki Jezusa.
Z jakiegoś powodu Volter pobladł i odwrócił wzrok.
- Jak ty to robisz, że za każdym razem udaje ci się mnie zaskoczyć? Głupio mi, że z góry cię oceniłem. Nie postępuję w ten sposób nawet z alkoholikami i narkomanami, którzy szukają u mnie pomocy.
- To dlatego, że mnie pożądasz. - Zdobyłam się na lodowaty ton, chociaż było mi gorąco.
Nie miałam co do tego wątpliwości. Volter, poruszony, pocierał palcem wskazującym skórę pomiędzy brwiami. Kelnerka przyniosła butelkę francuskiego wina i dwa kieliszki wódki.
- Wypijmy... Za co? - zapytałam, biorąc jeden z nich do ręki.
Volter wciąż wpatrywał się jak zahipnotyzowany w znajdujący się przed nim pusty talerz.
- Za udawanie - wymamrotał.
- Za udawanie - powtórzyłam lekko i jednym haustem opróżniłam kieliszek.
Mężczyzna zrobił to samo.
- Jeśli chodzi o propozycję, o której wspomniałem... Mój doktorat dotyczył pozycji kobiet w Kościele. Pomyślałem, że może... może chciałabyś, żebym został promotorem twojej pracy magisterskiej?
Popatrzyłam w niespokojne szare oczy. Teraz zrozumiałam, co miał na myśli, kiedy wznosił toast za udawanie.
- Jaki to ma związek z życiem seksualnym pastorów? - zapytałam cierpko, chociaż znałam już odpowiedź.
Moje myśli zaczynały się rozpędzać. Skoro Volter chciał zostać moim promotorem, to znaczy, że wcale nie miał zamiaru zakończyć naszej znajomości. Postanowiłam nie być dla niego już tak surowa.
- Płeć odgrywa ogromną rolę w Biblii. To nie przypadek, że Kościół jest tak patriarchalny. A kiedy mówimy o płci, to przecież zawsze mówimy też o seksualności. Te wszystkie grzesznice w Biblii... przecież doskonale wiesz, o czym mówię. Czyż nie stanowiłoby to doskonałego tła dla twoich badań?
- Skąd wiesz, że nie wzięłam już tego wszystkiego pod uwagę? - spytałam i odetchnęłam z ulgą, kiedy przyniesiono pielmieni.
- Wiem, kto jest twoją obecną promotorką.
- Skąd?
Volter sprawiał wrażenie urażonego.
- Sprawdziłem. Studiowałem na tym samym wydziale, znam go od podszewki. Tarja ma świetne przemyślenia dotyczące reformy Kościoła i zna się jak mało kto na różnych tendencjach w chrześcijaństwie. Ale egzegetyka nie jest jej mocną stroną. A moją jest.
Poczułam ogromną satysfakcję, kiedy dotarło do mnie, że Volter tak dokładnie zlustrował moją promotorkę i zrobił to za moimi plecami. Mógł mnie o nią po prostu zapytać. Zamiast tego poświęcił sporo czasu, żeby znaleźć tę lukę... dzięki której moglibyśmy się spotykać bez obaw, że ktoś mógłby nas podejrzewać o coś niestosownego. Musiałam to skomentować.
- Nieźle to sobie wymyśliłeś.
Uśmiechnął się zarozumiale.
- Ale to prawda, że jestem jednym z najlepszych egze...
- Dałbyś już spokój! - zawołałam, po czym chciwie włożyłam jeden pierożek do ust.
Po chwili wydałam z siebie bardzo nieelegancki odgłos i wyplułam zaskakująco gorącą kulkę z powrotem do bulionu. Usłyszałam z trudem powstrzymywany chichot dobiegający z naprzeciwka, który zaraz przerodził się w beztroski, głośny śmiech.
- Och, zamknij się! - powiedziałam, sama śmiejąc się do rozpuku. Łyknęłam wina.
- A wracając do tematu... Oczywiście decyzja należy do ciebie - odrzekł Volter.
- Dobrze wiesz, jaka będzie moja decyzja. - Pomachałam w jego stronę łyżką.
- Masz zamiar znowu uderzyć w stół, tak jak ostatnio? Może teraz czymś większym. Na przykład talerzem. - Uśmiechnął się filuternie.
- Zwykle nie rzucam talerzami. Jeśli już, to książkami, papierami... Tylko raz na pierwszy ogień poszedł wazon.
Volter westchnął tęsknie. Czyżby chciał to zobaczyć?
- Co powiesz na to, żebyśmy spotykali się w tygodniu lub w weekendy, wtedy kiedy akurat będę miał czas? Nie mam nic przeciwko twojemu studenckiemu mieszkaniu.
- A może to ja mogłabym przyjeżdżać do Turku? Czy to nie problem? Jenni nie będzie miała nic przeciwko? - dodałam zaczepnie.
Volter wyglądał tak, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał, co mnie lekko poirytowało.
- Nie. Raczej nie. Przecież nie będziemy robić nic złego.
Ależ będziemy, mój drogi.
- Chyba byłoby ci to nawet na rękę, prawda? Mam na myśli moje wizyty w Turku.
- Hmm... Rzeczywiście. W takim razie mogłabyś przyjechać nawet jutro. Akurat mam wolny dzień.
Kiwnęłam głową i patrzyłam mu w oczy.
- Zaczniemy od dokończenia naszej przerwanej rozmowy - odrzekłam i tym razem podmuchałam pierożek, zanim włożyłam go do ust. Coś mi się przypomniało. - Czy to oznacza, że już nie jestem dla ciebie żadną pokusą?
Zadałam to pytanie ze szczerej ciekawości i czekałam na odpowiedź z lekką trwogą. Nie odpowiedział od razu. Przez chwilę grzebał łyżką w bulionie z pielmieni, aż w końcu odrzekł:
- Chciałbym być silniejszy od moich pierwotnych instynktów. Poza tym między mną i Jenni... nawiązała się nić porozumienia... Nie nazwałbym tego związkiem, ale dużo rozmawialiśmy i...
Wypiłam jednym haustem całą lampkę wina. Miałam ochotę rzucić w niego kieliszkiem. Volter zachowywał się tak, jakby sam nie wiedział, czego chce. Oczywiście mógł sobie tłumaczyć wyrzutami sumienia cały ten wysiłek, który podjął, żeby się ze mną spotkać i zorganizować kolejne spotkania. Ale ja wiedziałam swoje. Zresztą, nie dostrzegłam ani cienia żalu czy skruchy w jego oczach. Widziałam za to, jak chciwie spogląda na moje ciało. Tego chciał! Ach, że też akurat teraz musiała napatoczyć się ta głupia Jenni.
Z hukiem odstawiłam kieliszek. Wyciągnęłam rękę w kierunku jego lewej dłoni spoczywającej na obrusie i lekko przycisnęłam koniuszki palców do jego paznokci. Volter wydawał się niespokojny. Spojrzał na nasze palce, ale nie cofnął ręki. Przesunęłam opuszkami wzdłuż jego palców, a potem zaczęłam napierać. Powoli. Czułam, jak krew pulsuje mi w udach, jakbym robiła coś o wiele bardziej zdrożnego. Jak rozchylają mi się usta... Jak oddech przyspiesza... Moje palce wbiły się między palce Voltera - tak daleko i mocno, jak to tylko możliwe. Volter nie rozluźnił uścisku. Patrzył na mnie z blaskiem w oczach. Na moją twarz, włosy, usta i na drugą dłoń, którą odgarnęłam za ucho niesforny kosmyk.
- To dobrze - powiedziałam powoli.
- Ale... co? - zapytał niepewnie.
- Że nie nazwałbyś tego związkiem.
Zabrałam rękę i zjadłam kolejny pierożek. Volter słowem się nie odezwał.
***
Kiedy wychodziliśmy z restauracji, byłam pewna, że przytyłam co najmniej pięć kilo, ale dzięki winu i paru kieliszkom wódki i tak czułam się lekko. A może to za sprawą towarzystwa? Po moim niespodziewanym przedstawieniu Volter zaczął opowiadać o rolach płciowych i seksualności w różnych epokach oraz o tym, jaki to miało wpływ na Biblię i jej wersje. Mówił też o funkcji kobiet w Kościele pierwszych chrześcijan. Musiałam przyznać, że zaproponowana przez niego perspektywa rzeczywiście tworzyła fascynujące tło dla moich badań.
Opowiedziałam mu o nich. Potem zmieniliśmy temat i - winię za to wódkę - zwierzyłam mu się z przykrością, że od jakiegoś czasu dręczy mnie uczucie strasznej pustki.
- Kryzys trzydziestolatki? - zapytał Volter. - Czyżbyś została ostatnią imprezowiczką w gronie swoich znajomych, którzy pozakładali rodziny?
- Może coś w tym jest... Choć przecież nigdy nie wyobrażałam sobie z utęsknieniem wicia rodzinnego gniazdka.
- A ja tak. I popatrz na mnie. Trzydziestoośmioletni facet, wciąż samotny.
Miałam ochotę spytać, czy Jenni była jego ostatnią deską ratunku, ale się powstrzymałam. Nie chciałam go złościć. Zwłaszcza teraz, kiedy w końcu udało nam się szczerze i otwarcie porozmawiać. Zamiast tego zażartowałam na temat swojego przejedzenia:
- Ledwo idę! Chyba będziesz musiał znaleźć jakąś taczkę i dowieźć mnie do przystanku!
Nie odpowiedział. Przyglądał mi się tylko uważnie, jakby naprawdę zastanawiał się, jak może mi pomóc w rozwiązaniu problemu wzdętego brzucha. Kiedy zatrzymaliśmy się przed wejściem do hotelu Lilla Roberts, założyłam ręce na piersiach i uśmiechnęłam się do niego. Czas się pożegnać. Nie chciałam się jeszcze rozstawać, ale wiedziałam, że nie powinnam posuwać się dalej.
- Chciałabyś chwilkę odpocząć? Możesz pójść ze mną do pokoju. - Głos Voltera był napięty jak struna, ale nie wyczułam w nim udawanej grzeczności. Jedynie niepewność, którą ja sama przez cały czas także miałam w sobie.
- Och. Nie chciałabym, żebyś pomyślał, że... - zaczęłam ostrożnie.
- To ja proponuję - przerwał. Miałam wrażenie, że jego oczy się przyciemniły, a duże ciało jakby naprężyło.
Bez słowa skierowałam się w stronę ruchomych drzwi i weszłam do holu. Zadrżałam, gdy zobaczyłam go kątem oka, idącego tuż za mną. Weszłam do windy i prawie podskoczyłam, gdy Volter niechcący dotknął mnie ramieniem, zbliżając kartę do czytnika.
Nie wiem, na którym piętrze wysiedliśmy. Nie pamiętam numeru pokoju, za którym zamknęliśmy drzwi.
Odwróciłam się w jego stronę i szybko zrzuciłam z nóg czarne szpilki. Mężczyzna chwycił lekko brzegi mojej kurtki i zdjął ją ze mnie prawie pieszczotliwym ruchem. Bicie mojego serca było szybsze niż stukot dzięcioła. Całą siłę swego umysłu skupiłam na tym, aby się wycofać i znaleźć drogę do kanapy.
W końcu mi się to udało. Opadłam na sofę i oparłam plecy na podłokietniku. Pod ugięte w kolanach nogi włożyłam poduszki, a ramię położyłam na miękkim oparciu. Chciałam powiedzieć coś sensownego. Mój wzrok zatrzymał się na dużym stole jadalnym i fotelach stojących obok kanapy.
- Pozwól, że zgadnę. To nie jest pokój w klasie standard.
Volter wciąż stał przy drzwiach z moją kurtką w dłoniach i patrzył na mnie tak, że nie potrafiłam nic wyczytać w jego spojrzeniu.
- Przyznałem już, że mam słabość do komfortowych warunków. Teraz, kiedy w końcu mam pieniądze, zdarza mi się czasami być rozrzutnym. I tak, zdaję sobie sprawę, że wiele indyjskich czy afrykańskich dzieci...
- Daj spokój, Volter - przerwałam mu. - Tylko się z tobą droczę. Tak naprawdę lubię to w tobie. Bo to takie... ludzkie - dodałam, całkowicie zgodnie z prawdą.
Volter był zachwycającą mieszanką słabego człowieka i silnej, ambitnej jednostki, która starała się jak najlepiej realizować swoje przekonania - pomimo błędów i potknięć. I był uczciwy. Przynajmniej przez większość czasu. Przynajmniej wtedy, gdy nie udawał, że zależy mu jedynie na byciu promotorem mojej pracy magisterskiej.
- Wstydzę się tego. Przepraszam za ten i inne moje grzechy w modlitwie, a potem ponownie je popełniam. Mogłem przekazać równowartość ceny tego pokoju na cele charytatywne. Chociaż i tak staram się zrekompensować swoją słabość darowiznami...
Mężczyzna się zbliżył, ale nie byłam pewna, gdzie chce usiąść. Podszedł do łóżka, zatrzymał się i zmienił kierunek. Podszedł do stołu, położył na nim moją kurtkę, rzucił swoją marynarkę na oparcie krzesła i odwrócił się plecami do mnie, by spojrzeć przez okno. W końcu odwrócił się powoli i podszedł do kanapy. Do mnie. Popatrzył przez chwilę na stojący obok kanapy fotel, ale w końcu odwrócił się do mnie i zapytał głosem tak głębokim, że miałam ochotę się w nim zatopić:
- Zmieszczę się?
Bez słowa kiwnęłam głową na znak zgody i podciągnęłam nogi, żeby zrobić mu więcej miejsca. Volter wyjątkowo gładko jak na tak dużego mężczyznę usadowił się na drugim końcu kanapy. Oparł łokcie na kolanach i ujął podbródek w dłonie. Patrzyłam, jak opadają mu powieki spowite ciemnymi rzęsami, prawie całkowicie zakrywając mu oczy, kiedy zdawał się bezmyślnie wpatrywać w dywan. Jeden z mięśni twarzy drgnął.
- Chciałabyś pewnie dokończyć naszą rozmowę, ale nie masz dyktafonu...
- Mam bardzo dobrą pamięć - zapewniłam. - Miej tylko na uwadze, że tym razem musisz od razu wyjaśnić, o co chodzi, jeśli zauważysz, że czegoś nie zrozumiałam.
Spojrzałam na jego profil. Wysokie czoło, duży nos, usta, które były dla mnie niedostępne, i ta broda, dumnie wysunięta broda.
- A więc kontynuujmy. Powiedz, żałujesz tych związków? - zadałam pierwsze pytanie.
Nagle zrozumiałam, że im więcej pytań mu zadam, tym dłużej będę mogła zostać w jego pokoju. Usiadłam wygodniej i zaczęłam gorączkowo myśleć nad kolejnymi pytaniami. Szybko, potrzebuję ich dużo, już!
- I tak, i nie - odrzekł. - Wcale nie jestem rozpustnikiem, jak mnie nazwałaś. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, trochę to wszystko podkoloryzowałem, bo chciałem się z tobą poprzekomarzać. Może kiedyś tak było, tuż po rozpadzie długoletniego związku. Tej samej jesieni zostałem pastorem i byłem kompletnie zagubiony. Jestem istotą cielesną i mam normalne potrzeby. Możliwe, że... silniejsze niż przeciętny mężczyzna. Nie chcę nikogo krzywdzić, a gdybym związał się z kimś z Finlandii, prawdopodobnie tak właśnie by się stało. Dlatego te znajomości były przelotne. Ale myślę, że te kobiety... że nie mają do mnie o to żalu.
Byłam pewna, że się mylił. Już dawno temu, dzięki wielu rozmowom z koleżankami, zrozumiałam, że mężczyźni są beznadziejni w interpretowaniu naszych zachowań. Mężczyzna o takiej charyzmie i wyglądzie jak Volter bez wątpienia budził w większości kobiet nadzieję o poważnym związku. Tym bardziej jeśli wylądowali razem w łóżku. Może i nie było już w nich goryczy, ale na pewno sprawił im ogromną przykrość. I zawód.
- Zaakceptowałem już to, jaki jestem. Modlę się o wybaczenie moich czynów i o siłę, by oprzeć się pokusie. Czasem pytam Boga, dlaczego nie mogę znaleźć żony, dlaczego nie potrafię być bardziej przykładnym pastorem i biskupem.
- Pod wieloma względami jesteś wzorem do naśladowania. Obserwowałam cię na obiedzie dla potrzebujących. Jesteś taki oddany swoim parafianom. Zależy ci na ludziach. Naprawdę tak myślę - wyszeptałam cicho. Odchrząknęłam i dodałam: - Według Biblii jest wiele rodzajów grzechu. Chyba te wynikające z normalnej ludzkiej seksualności nie są największymi ze wszystkich. Z tego, co mówisz, wynika, że nie masz w zwyczaju uwodzić niewinnych kobiet ani też nie dajesz im do zrozumienia, że masz wobec nich inne zamiary niż w rzeczywistości...
- Tak, jednak z drugiej strony nigdy nie mam pewności, czy niechcący kogoś nie... - Volter odwrócił głowę w moją stronę i zamilkł. Jego oczy przesunęły się po mnie, a potem ze świstem wypuścił powietrze. Miałam wrażenie, że zobaczyłam w oczach mężczyzny zielone iskierki, a szarość w jego oczach zaczęła się przeobrażać w gęstą, duszącą mgłę.
- Co ci się stało? O co chodzi?
Jego zachowanie mnie przestraszyło, ale byłam też nieznośnie podniecona. To ostatnie uczucie towarzyszyło mi przez cały czas, kiedy przebywałam z Volterem, jednak teraz było jeszcze intensywniejsze.
- Widzę... - powiedział głucho.
- Co takiego? - ponowiłam pytanie. A potem zrozumiałam.
Wzrok Voltera ślizgał się po moich łydkach... kolanach... udach... Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, że podczas siadania sukienka musiała podwinąć mi się aż do bioder, całkowicie odkrywając nogi. Zesztywniałam i nie byłam w stanie się poruszyć. Czy Volter myślał, że usiadłam tak specjalnie? Czy on pomyślał... Wstałam gwałtownie i zapewniłam:
- Posłuchaj, to wyszło niechcący. Nie zrobiłam tego celowo.
Swoją wielką ręką dotknął mojego lewego uda... Zsunął się po nim i lekko ścisnął kolano okryte cienką, przezroczystą pończochą. Rozsunął mi nogi. Na moje czoło wystąpiły kropelki potu, kiedy obserwowałam, jak mężczyzna podciąga brzeg sukienki. Volter sunął ręką od kolan w górę, aż w końcu gładził opuszkami palców wrażliwą skórę moich pośladków.
- Co wyszło niechcący? - zapytał miękko, ale stanowczo.
- To, że odsłoniłam... Nie chciałam...
- W takim razie po co ubrałaś się w takie coś? Nosisz taką bieliznę na co dzień?
Potrząsnęłam głową, oniemiała, podczas gdy palce Voltera wędrowały po wewnętrznej stronie mojego uda. Mimowolnie rozszerzyłam nogi i zobaczyłam, że Volter przybliża się do mnie całym ciałem, bezwstydnie zaglądając mi pod sukienkę.
- Możliwe, że... Miałam nadzieję, że... - zaczęłam stłumionym głosem. - Ale sama w to nie wierzyłam, nie zamierzałam... - Koniec zdania zagłuszyło głębokie westchnienie.
Volter zaczął pieścić skórę moich ud tuż przy krawędziach pończoch.
- Tylko raz. Zróbmy to raz i o tym zapomnijmy. Jeśli tylko potrafisz dotrzymać tajemnicy.
Wpatrywałam się w napięte mięśnie jego twarzy, w jego szeroko otwarte oczy. Skinęłam głową.
- Wiem już, jak smakujesz - wymruczał cicho, ponownie opuszczając wzrok na uda.
Poczułam, jak delikatnie dotyka tkaniny opinającej moje krocze.
- Co? - byłam o krok od omdlenia.
- Wiem, jak smakujesz - powiedział głosem przepełnionym pasją.
Pokój zawirował w moich oczach, a fala przyjemności przepłynęła przez moje żyły, gdy kontynuował.
- Wtedy, kiedy cię dotykałem. Nie mogłem się powstrzymać i zlizałem z palców twoje soki. Dopiero straszne uczucie wstydu zmusiło mnie do umycia rąk. Ale to nic nie dało, choćbym nie wiem jak je szorował. A teraz... Teraz mam zamiar smakować cię tak, żeby na zawsze zapamiętać każdy twój aromat.
1 Wszystkie cytaty biblijne wykorzystane w tekście pochodzą z wydania: Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza, wyd. 1, 2018, https://www.bible.com/pl/versions/2095-snp-biblia-to-jest-pismo-swiete-starego-i-nowego-przymierza-wydanie-pierwsze-2018.
Rozdział 5
Wpatrywałam się w poruszające się usta Voltera i nie mogłam uwierzyć w słowa, które z nich padały. Wiedział, jak smakuję? Komórki w moim mózgu eksplodowały, kiedy wyobraziłam sobie mężczyznę oblizującego palce po wyjściu z salonu. Jak je liże, ssie, wkłada do ust... a potem ze złością myje ręce. Bo na pewno był zły. Może to dlatego później wybuchł...
Nie miałam czasu na dalsze rozmyślania, bo popchnął mnie na kanapę. Usadowił się nade mną tak, że kolano okryte ciemnymi dżinsami dotknęło mojego krocza, a stopa drugiej nogi stała oparta o podłogę. Złapał mnie za biodra i szarpnął do dołu. Moje ciało zsunęło się z pozycji półsiedzącej do półleżącej, a moje krocze mocno przyciskało się do kolana mężczyzny. Czułam się bezbronna i to mnie podniecało. Położyłam mu ręce na ramionach. Volter pochylił się bliżej i zdążyłam zobaczyć znajome zielone iskry w jego szarych oczach, w tym rozgorączkowanym i zdeterminowanym spojrzeniu. Już za moment poczułam gorący oddech na szyi.
Drżałam bezradnie. Mocno ściskałam udami jego kolano i czułam, jak pożądanie wtłacza się w moje ciało i zaczyna wypełniać każdą komórkę mojego ciała. Myślałam, że jeszcze chwila, a rozpadnę się na kawałki. Szumiało mi w uszach i ledwo usłyszałam, jak szepce:
- Teraz się na tobie zemszczę. Wiem, że to nie po chrześcijańsku, ale...
Nagle poczułam na szyi jego zęby. Dłonie jeszcze mocniej zacisnęły się wokół talii, kolana wciąż napierały na krocze. Było mi wszystko jedno, co zamierzał ze mną zrobić - byle tylko nie przestawał. Odchyliłam głowę, całkowicie poddając się przyjemności, którą sprawiał mi mężczyzna, gryząc i całując moją szyję. Prawie oszalałam z rozkoszy i zaczęłam się wić, ale żelazny uścisk powstrzymywał moje ruchy.
Potem Volter zaczął ssać. Mocno. Zrozumiałam, że robi mi dokładnie to samo, co jeszcze niedawno ja robiłam jemu. Zatopiłam jedną dłoń w jego włosach, lekko za nie ciągnąc, a drugą przesuwałam po jego silnych plecach. Mężczyzna gryzł tak, że czułam ból, następnie znowu ssał i lizał, i gryzł ponownie. Mój oddech był płytki i szybki. Byłam rozpalona i szczęśliwa.
Nie przeszkadzałoby mi, gdyby Volter pokrył całe moje ciało malinkami. Byłoby to wręcz cudowne, pomyślałam tęsknie i mocno zakołysałam biodrami. Uda na moment oderwały się od napierającego na nie kolana, którego ucisk poczułam ponownie już po sekundzie. Westchnęłam, kiedy moje ciało przeszły dreszcze rozkoszy, mające swoje źródło w szyi i w cipce.
- Nie masz pojęcia, jaki kłopot mi tym sprawiłaś - warknął.
Ledwo zrozumiałam, co do mnie mówił. Podniósł głowę i zobaczyłam jego zmarszczone brwi, rozszerzone źrenice i tęczówki zamglone z podniecenia.
- Po tym wszystkim byłem skazany na koszulki polo, mimo upału. I te zaskoczone spojrzenia. Dopóki nie przypomniałem sobie imienia, które wymówiłaś przed wyjściem. Joe Blasco. Kupiłem korektor.
Mimo wszystko się roześmiałam.
- Bawi cię to? - zapytał.
Spojrzałam na niego spod przymkniętych powiek i lekko przekręciłam głowę.
- Troszeczkę. - I przycisnęłam jego głowę z powrotem do swojej szyi.
Przeczesywałam palcami jego ciemnoszare włosy i wyszeptałam do ucha:
- Dla mnie to żadna zemsta. Nie jestem pastorką. Ani biskupką... Mogę mieć dziesięć malinek i nikomu nic do tego. A tobie zrobię dziś nową - zagroziłam. Byłam pewna, że prawa strona mojej szyi była już cała fioletowoczerwona.
- W takim razie sprawię, że do końca życia będziesz się modlić o więcej.
- Nie będę o nic błagać.
- Już błagasz...
Dłoń Voltera błądziła po moim karku. W końcu znalazł zamek skórzanej sukienki. Rozpiął ją ostrym szarpnięciem. Jego oczom ukazał się półprzezroczysty czarny biustonosz. Niemal brutalnie pociągnął sukienkę w dół, aż zatrzymała się na biodrach. Uniosłam pośladki i rozebrał mnie do końca. Teraz miałam na sobie samą bieliznę. Stanik, stringi, podwiązki, pończochy. Ciało napięte z pożądania. Następnie rozkazał cicho głosem nieznoszącym sprzeciwu:
- Odwróć się. Szybko. Uklęknij. Chcę cię widzieć taką, jak tego wieczoru w Turku, kiedy wszedłem do pokoju.
Odwróciłam się. Wszystkie moje kończyny drżały, a całe ciało napełniło się oczekiwaniem, które czułam wszędzie: w cebulkach włosów, koniuszkach palców, za gałkami ocznymi, w kolanach, w napiętej szyi. Uklękłam, tak jak prosił, i odgięłam się do tyłu. Rozszerzyłam uda. Bardzo delikatnie. I spojrzałam za siebie.
- Czy tak? - wydyszałam półgłosem.
Nie odpowiedział. Przycisnął uda do moich pośladków, tak że całe moje ciało drgnęło. Dłonie wędrowały od moich żeber w dół. Nagle szarpnął pas do pończoch, mocno go napiął i puścił, tak że cienki naprężony kawałek materiału z trzaskiem uderzył mnie w skórę. Następnie Volter rozpiął haftki stanika. Seksowny element garderoby opadł mi na nadgarstki i poczułam, jak ciężkie i twarde są moje piersi. Volter łapczywie je ścisnął, a z moich ust wydobył się błagalny jęk.
- Volter...
- Co?! - Jego głos zabrzmiał jak uderzenie biczem.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Ręce mężczyzny przebiegały wzdłuż moich pleców, czułam je też na pośladkach i udach. Rozpiął podwiązki i zdecydowanym ruchem zsunął mi stringi do kolan. Wstrzymałam oddech i poczułam ból w płucach. Moja skóra płonęła pod wpływem jego dotyku. Chciałam krzyczeć. Mocno zamknęłam oczy i kompulsywnie zaciskałam dłonie w pięści.
- Kiedy na ciebie patrzę, zaczynam rozumieć, co mieli na myśli najstarsi ojcowie Kościoła - powiedział, po czym w końcu przesunął palcami po mojej odsłoniętej, mokrej cipce.
Jęknęłam z rozkoszy pod wpływem tego długo wyczekiwanego dotyku. Poczułam, że mimowolnie zaczynam się kołysać. Drobinki potu zwilżyły mi linię włosów i desperacko próbowałam zrozumieć, co Volter do mnie mówił. Usta mężczyzny dotknęły moich włosów, gdy wymamrotał:
- Że z kobietami należy się obchodzić bardzo ostrożnie.
Chwycił mnie mocno za kok, szarpnął i wychrypiał do ucha:
- Bo kobiety wodzą na pokuszenie, a mężczyźni nie mogą im się oprzeć.
Żądza wstrząsnęła mną tak gwałtownie, że straciłam równowagę i opadłam plecami na jego klatkę piersiową. Roześmiał się. Aksamitny, niski, złośliwy śmiech. Znowu zaczął pieścić moje piersi, a ja zadrżałam, gdy poczułam, że jedną ręką rozpina koszulę.
- Twoim zakazanym owocem jest ta przeklęta praca magisterska. Złapałem haczyk... A potem, gdy zobaczyłem zdjęcia, przepadłem do reszty. Piękna blondynka o niesamowitych nogach, dużych oczach i intrygującym uśmiechu.
Jego słowa tak mnie podniecały, że czułam ból. Ciężko sapnęłam i oparłam dłonie na podłokietnikach. Tułów uniósł się lekko, a pośladki jeszcze mocniej naparły na uda Voltera. Usłyszałam, jak westchnął, a potem zapytał niemal ze złością:
- Bierzesz tabletki? Nie spodziewałem się, że będę potrzebował kondomów. W tej chwili i tak jest mi wszystko jedno, ale...
- Tak, biorę - odpowiedziałam.
Chyba mu ulżyło.
Złapał mnie zachłannie za uda. Po chwili zaś puścił, a ja usłyszałam upragniony dźwięk rozpinanego paska i rozporka.
Palec mężczyzny wślizgnął się lekko między moje napięte, śliskie wargi sromowe, a ja przycisnęłam się do niego, sycząc jak kot. Przesuwał dłonią po wewnętrznej stronie moich ud, lekko je szczypiąc, i zapytał niskim głosem, w którym dało się słyszeć napięcie:
- Zawsze jesteś taka mokra? Że człowiek aż traci zmysły?
- Nie zawsze - odpowiedziałam i zacisnęłam powieki tak mocno, że aż mnie zapiekły.
Ponownie zbliżył usta do ucha.
- Czy to oznacza, że coś mnie odróżnia od pozostałych trzydziestu?
Wydobył się ze mnie zwierzęcy skowyt, kiedy Volter znów musnął moją cipkę jednym palcem. Gdybym była przy zdrowych zmysłach, zdecydowanie bym temu zaprzeczyła. I odpowiedziała, że cieknie ze mnie jak z zepsutego kranu za każdym razem, gdy dotyka mnie jakikolwiek mężczyzna. Ale w tamtej chwili zdecydowanie nie byłam przy zdrowych zmysłach.
- Tak! Błagam, nie przestawaj!
Volter wstał. Słyszałam, jak zdejmuje spodnie. W końcu, na Boga!
- Modlisz się, Doris?
Gdybym była przy zdrowych zmysłach, zdecydowanie bym temu zaprzeczyła.
- Tak - jęknęłam i przygryzłam wargę, gdy palec mężczyzny wrócił i zaczął okrążać moją łechtaczkę.
Nagle Volter cofnął się, mocnym szarpnięciem za biodra przyciągnął mnie do siebie i poczułam na swoich wargach sromowych jego nabrzmiałego kutasa. Ślizgał się rytmicznie od odbytu aż do łechtaczki, drażniąc ją tak, że wyłam jak pies. Nie mogłam już dłużej tego wytrzymać. Nadstawiłam mu swoją dziurkę, tak bardzo chciałam, żeby w końcu we mnie wszedł. Czekałam.
Aż wreszcie poczułam, jak powoli się we mnie wpycha... Czułam się jak w niebie, chociaż wiedziałam, że trafię za to do piekła. Niech więc pieprzy mnie mocno, skoro już i tak jestem skazana na potępienie! Chciałam poczuć go w sobie całego... Volter się jednak nie spieszył.
Ponownie złapał mnie za piersi i wysyczał:
- Nie masz pojęcia, jak wspaniale wyglądasz.
A ja chciałam wyglądać jeszcze lepiej. Specjalnie dla niego. Tak, żeby nie mógł się już dłużej powstrzymywać. Rozszerzyłam uda, jeszcze mocniej wypięłam pośladki i wygięłam plecy w łuk.
Podziałało.
Volter wymamrotał coś niezrozumiałego i wepchnął we mnie swojego długiego, grubego kutasa. Oczy zaszły mi łzami z rozkoszy. Cały pokój zawibrował pod wpływem mojego przeciągłego jęku. Byłam oszołomiona szczęściem i chyba nadal nie do końca wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Volter był we mnie. Być może zaledwie na chwilę, ale miałam go w sobie i tylko to się liczyło. To uczucie było w rzeczywistości tysiąc razy wspanialsze niż w najbardziej wyuzdanych fantazjach.
Zmieniliśmy pozycję. Nie byłam już teraz całkiem na czworakach. Stałam na kolanach, a on trzymał mnie od tyłu. Wchodził we mnie powoli, wpychał się we mnie i ściskał biodra z miażdżącą siłą. Za każdym razem, kiedy był głęboko, zatrzymywał się i jedną ręką pieścił moje sutki. Czułam jego usta i oddech na ramionach, szyi, skroniach. Napierałam na niego, wściekle zniecierpliwiona. Chciałam, żeby pieprzył mnie jeszcze mocniej. Zrozumiał. Chwycił mnie za barki i zwiększył tempo, podczas gdy ja rytmicznie poruszałam biodrami. Pieprzyliśmy się z taką siłą, że za każdym razem, kiedy się we mnie wbijał, całe moje ciało się trzęsło.
Wtedy niejasno zdałam sobie sprawę, że to koniec. Już nigdy więcej nie doświadczę lepszego seksu. Nie w tym wszechświecie. Ani nawet poza jego granicami.
Wielkie ciało Voltera napierało na moje plecy, jego oddech szumiał mi w uszach. Mężczyzna jedną ręką zaczął masować moją łechtaczkę, a w środku wciąż czułam rytmicznie posuwającego mnie kutasa. Wtedy eksplodowałam. W jednej chwili zapaliły się we mnie wszystkie światła na świecie i zawyły wszystkie syreny. Przeleciały nade mną dziesiątki bombowców i wszystkie trafiły w swój cel.
Krzyczałam głośno i długo. Wiłam się jak oszalała, próbując uwolnić się z jego objęć. Moja cipka drżała z bólu i zmęczenia.
Ciało też było wycieńczone. Opadłam na podłokietnik, ale Volter złapał mnie z powrotem i przycisnął do swojej piersi, pieprząc mnie coraz bardziej zaciekle.
- Nie. Nie. Nie... - powtarzał jak zdesperowany i nie byłam pewna, co miał na myśli. Czy czuł wyrzuty sumienia? A może coś mu się nie podobało? A może...
- NIE! - ryknął, wpychając kutasa po raz ostatni, najgłębiej, jak się dało, tak, że prawie mnie rozerwał.
Z jego gardła wydobył się mroczny, surowy skowyt. Ja zaś poczułam, że znowu szczytuję... Ach, czyli o to mu chodziło. Chciał mi dać drugi orgazm i powstrzymywał się przed dojściem zbyt szybko. Nasze ciała kołysały się we wzajemnym uścisku.
- Ależ tak... - rzuciłam szeptem przez ramię.
Volter położył rękę na moich włosach, zbliżył wargi do moich ust i namiętnie pocałował. Tylko tego potrzebowałam do pełni szczęścia.
Przeniósł mnie na łóżko. Nie uświadomiłam sobie jeszcze, że zaczęła się nowa runda, kiedy nagle usta Voltera zaczęły pieścić moje piersi, a jego dłoń znów znalazła się między moimi nogami. Dwa zręczne palce wbiły się we mnie, a on namiętnie mnie pocałował. Rozpłakałam się z ekstazy.
Wtedy to sobie uświadomiłam.
***
Obudziłam się z samego rana i leniwie obserwowałam, jak blade promienie światła przebijają się przez wąski pasek pomiędzy zasłonami. Położyłam się na boku, opierając głowę na ramieniu Voltera i zahaczając udem o jego udo. W tej samej pozycji zasnęłam poprzedniej nocy, zaraz po tym, jak padłam po szalonym ostatnim orgazmie osiągniętym w pozycji na jeźdźca. Nie wiem, ile razy uprawialiśmy seks tamtej nocy, ale z całą pewnością ustanowiłam osobisty rekord pod względem liczby i jakości orgazmów.
Delikatnie potarłam policzek o cudownie ciepłą pierś mężczyzny i zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Nie byłam bojaźliwa, ale tym razem poczułam trwogę. A co, jeśli Volter obudzi się przepełniony wstydem i odrazą i natychmiast mnie odrzuci? Co, jeśli przyjdzie mi się pożegnać z jego cudownym pomysłem na zostanie moim promotorem? Zresztą, nawet jeśli mielibyśmy nadal utrzymywać kontakt z tej okazji... nie wyobrażałam sobie, żeby ta noc miała się już nigdy więcej nie powtórzyć.
Chciałam spędzić z nim każdą noc swojego życia. I każdy dzień.
Nie przeszkadzały mi już nawet fioletowa koszula, złoty krzyż, szaty liturgiczne i pastorał i jego srebrna krzywaśń. Tak naprawdę mogłabym nawet wstąpić do Kościoła, gdyby tylko Volter mnie zechciał. To była jedyna przeszkoda.
Ale nie chciał. Powiedział, że między nim a Jenni była nić porozumienia. Cokolwiek miało to znaczyć.
Tak naprawdę doskonale rozumiałam jego położenie. Jak na biskupa Volter był wyjątkowo młody, nieustępliwy, szczery i otwarcie sprzeciwiał się sposobowi, w jaki interpretowano Biblię w konserwatywnych kręgach. I to wielokrotnie. Jednak pełniona funkcja wymagała od niego wiarygodności i swego rodzaju zewnętrznej integralności. Potrzebował czegoś, co zrównoważyłoby jego nowoczesne poglądy w staroświeckim Kościele. Ślub z nieskazitelną, miłą i piękną pastorką byłby idealnym posunięciem. Oczywiście nie znałam Jenni, ale przeczuwałam, że była moim totalnym przeciwieństwem. Byliby świetną parą. I widocznie to rozważali, skoro tyle rozmawiali, pomyślałam z żalem.
Telefon Voltera cicho zawibrował. Sprawdziłam godzinę - dochodziła szósta. Wtuliłam się mocniej w mężczyznę i głęboko wciągnęłam powietrze, starając się zapamiętać zapach Voltera. Zamknęłam oczy. Niestety, moje serce nie było tak wyrozumiałe, jak umysł.
Dlaczego musiało mi się to przydarzyć? Czy nie czułam się już wystarczająco wyobcowana i przegrana? Czy nie doświadczyłam wystarczająco dużo przykrości w życiu?
Ktoś mógł zapytać, jak to możliwe, że zaledwie po kilku dniach znajomości wiedziałam, że kocham Voltera. Ale ja naprawdę to wiedziałam. Może po prostu dlatego, że już wcześniej zdarzało mi się miewać podobnego rodzaju uczucie pewności i jak do tej pory nigdy mnie ono nie zawiodło. Towarzyszyło mi wtedy, kiedy zdecydowałam się opuścić ruch Kryszny. Kiedy wpatrywałam się w nadprzyrodzone światło z okna i zrozumiałam, że Bóg istnieje. Ta pewność wewnątrz mnie oznaczała, że niedługo moje życie się zmieni.
Volter Helakorpi. Było w nim wszystko, z czego zawsze się śmiałam - i wcale nie mam tu na myśli kościelnych zasad, tylko... miłość. Nigdy nie wierzyłam w jej istnienie. Teraz jednak nie miałam wątpliwości, że chociaż spędziłam z Volterem zaledwie kilka dni, to będzie on powodem mojego cierpienia do końca życia. Aż do śmierci.
Telefon Voltera znów zawibrował i rozbudziła się we mnie ciekawość. Z jakiegoż to powodu ktoś wypisuje do biskupa o szóstej rano? Próbowałam oprzeć się pokusie, ale w tym akurat nigdy nie byłam zbyt dobra. Sięgnęłam po telefon i nacisnąłem przycisk z boku, aby móc zobaczyć komunikaty pojawiające się na wyświetlaczu.
Idę na spotkanie z seniorami. Ciekawe, co też dzisiaj wymyśli Ritva. (Buźka: przewracająca oczami)
Wracasz dzisiaj do domu?
Może obiad u Ciebie? Mam przepis na wspaniały sos pomidorowy z gorgonzolą do makaronu.
Wiem, że nie powinnam była tego robić. Czytać tych wiadomości. Curiosity killed the cat. Teraz wiedziałam znacznie więcej o tym całym porozumieniu między Jenni a Volterem - i było to o wiele za dużo. Ach, muszę się z tego jakoś wykaraskać. Ja byłam tylko pokusą, której ulegał. To Jenni była kobietą, z którą gotował i żartował. Nie było dla mnie miejsca...
Zacisnęłam zęby, zmuszając się, by o niczym nie myśleć, i wyślizgnęłam się z łóżka. Chodziłam na palcach, cichutko ściągając ubrania z kanapy. Nie zawracałam sobie głowy pończochami - po prostu wepchnęłam je do torebki. Przez chwilę bezradnie wpatrywałam się w śpiącego Voltera. Kołdra zarzucona na biodra, jego profil w przyćmionym świetle poranka, rozrzucone na poduszce puszyste włosy i... ugryzienie na szyi. Mężczyzna wyglądał uroczo. Ugryzienie - nie.
To już nawet nie było zabawne. Raczej podkreślało, jak niewłaściwym wyborem byłam dla Voltera. Pod każdym względem.
Z trudem przełknęłam ślinę i podeszłam do drzwi. Spojrzałam na niego po raz ostatni. Być może naprawdę ostatni. Promowanie magisterki było przecież tylko wymówką. Udawaniem, jak sam powiedział. Bezradnie oparłam się o drzwi. Telefon ponownie zawibrował i mężczyzna się poruszył. Nacisnęłam więc na klamkę, uchyliłam drzwi na tyle, by się zmieścić, i wybiegłam.
***
Nie przypominam sobie, żebym płakała więcej niż dwa razy w życiu, oczywiście nie licząc okresu niemowlęctwa. Pierwszy raz był wtedy, kiedy razem z mamą dopiero co przeprowadziłyśmy się z domu do świątyni Kryszny. Nikogo tam nie znałam, wszystko wydawało mi się obce. Dlatego płakałam. Drugi raz zdarzył się tuż po rozpoczęciu studiów na teologii. Byłam głupia i od razu dołączyłam do grupy radykalnych ateistów.
Kilka dziewczyn miało bogatych rodziców i chodziło na zajęcia z jeździectwa. Któregoś razu zabrały ze stajni trochę obornika. Założyliśmy maski Guya Fawkesa i rozrzuciliśmy całe to łajno w głównej katedrze w Helsinkach. Potem wysmarowaliśmy gównem ściany synagogi. Na koniec odwiedziliśmy świątynię Ruchu świętych w dniach ostatnich czy też, jak powiedziała nasza prowodyrka Anniina, pieprzonych walniętych mormonów. Tam zrzucaliśmy gówno na ludzi.
Prawda jest taka, że nie byłam w stanie tego zrobić. To znaczy rzucać gównem. Po prostu stanęłam z boku i zamarłam. I to przeze mnie zostaliśmy złapani. Przerażeni ludzie, mimo zamieszania, zauważyli wysoką kobietę, która stała w masce jak wryta. Nie pozwolili mi uciec. Ktoś inny złapał Teę. Policja zjawiła się po kilku minutach.
Nie płakałam podczas przesłuchań ani podczas śledztwa. Dopiero gdy usłyszałam wyrok - kilka miesięcy warunkowego pozbawienia wolności i kolosalna grzywna, opłacona przez nieznajomego, którego nazywałam ojcem.
Wielokrotnie czytałam wyrok w swoim mieszkaniu i zawsze zatrzymywałam się w tym samym miejscu. Obraza uczuć religijnych. Zastanawiałam się, co złego zrobili mi luteranie, żydzi czy pieprzeni walnięci mormoni. Dlaczego uznałam swoje własne przekonania za bardziej wartościowe? Co dało mi prawo do bezczeszczenia świętych dla ludzi miejsc odchodami zwierząt? Do rzucania w ludzi gównem? Wydawało się, że nie było to bardzo dalekie od typu radykalizmu, jaki reprezentowali sobą na przykład talibowie.
Wtedy płakałam. Płakałam, wstydziłam się i żałowałam bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wtedy też po raz pierwszy poczułam obecność siły wyższej oraz ukojenie i ulgę, którą zapewniała. Kiedy próbowałam zrozumieć swoje czyny i swój świat, kierowałam na wpół gniewne, a na wpół rozgoryczone pytania gdzieś ku górze.
I czułam się tak, jakby głaskała mnie po głowie wielka, ciepła dłoń. Brakowało mi tego, bo moi rodzice nigdy nie okazywali mi uczuć w taki sposób.
Sprawa była oczywiście nie lada gratką dla prasy. Określano nas mianem uprzywilejowanych ateistek z teologii. Nie uważałam się nigdy za osobę uprzywilejowaną pod jakimkolwiek względem. Mój ateizm również wynikał raczej z buntu wobec matki niż z rzeczywistych przekonań.
Szybko od niego odeszłam, ale nie znalazłam nic innego, czym mogłabym go zastąpić. Z biegiem czasu umocniła się moja wiara w coś większego ode mnie, ale nie doświadczyłam żadnego oświecenia ani odrodzenia religijnego. Chociaż w samotności sporo rozmyślałam o sprawach duchowych, to codzienność wypełniały mi jedynie sprawy doczesne. Mężczyźni, alkohol, imprezy, byle jak zaliczane egzaminy. Ale kiedy moja przyjaciółka Merja w wieku dwudziestu lat wzięła ślub, a potem uciekła od męża po tym, jak ją pobił, wymyśliłam sobie nową wiarę. Czy raczej: niewiarę.
Niewiarę w małżeństwo, w związek partnerski, we wspólne życie. W każdą dłuższą relację. Nie chciałam się już nigdy narażać na jakąkolwiek przemoc fizyczną lub psychiczną, których doświadczyłam, żyjąc wśród społeczności Kryszny. Nasz przewodnik duchowy nieustannie zmuszał dzieci do ciężkiej pracy, bił je, jeśli nie był zadowolony z efektów, i odmawiał nam jedzenia, jeśli spóźniliśmy się choćby minutę. Na szczęście nie spotkała mnie przemoc seksualna, ale gdzie indziej i to nie było rzadkością. Jak w wielu innych wspólnotach - zakonnych czy świeckich.
Moją religią stała się niezależność. Przyznaję, że zdarzało mi się traktować mężczyzn przedmiotowo, a nawet pogardliwie. Wyśmiewałam i obrażałam przyjaciół, którzy się zakochiwali i zakładali rodziny.
Teraz wyglądałam przez okno autobusu i z całej siły powstrzymywałam się od płaczu. Poczułam, jak nieznośnie wzbiera mi w piersi i powoli podchodzi do gardła. Z wilgotnymi oczami liczyłam przystanki autobusowe.
Jeszcze trzy. Już tylko dwa. Ostatni.
Ledwie wysiadłam z autobusu, od razu skierowałam się do akademika. Dzięki Bogu mieszkałam sama, bo rozkleiłam się natychmiast po zamknięciu za sobą drzwi. Dzięki Bogu. Zwyczajne powiedzenie sprawiło, że pomyślałam o Volterze. Płakałam głośno, zanosząc się i chlipiąc. Przytulałam sama siebie ramionami i bezsilnie waliłam głową w drzwi. Ilekroć pomyślałem, że najgorsze już minęło, nadchodziła kolejna fala. Rozbolały mnie mięśnie brzucha, głowę miałam jak balon, twarz mi spuchła i cała się trzęsłam.
Skończyło się na długim, ciepłym prysznicu. Potem położyłam się na twardym łóżku, naciągnęłam na siebie kołdrę i postanowiłam spróbować zasnąć. Nie minęło piętnaście minut, kiedy zadzwonił telefon. Spod opuchniętych powiek zdołałam zobaczyć na wyświetlaczu nazwisko Voltera. Nie odebrałam. Zadzwonił ponownie.
A potem jeszcze raz. Dzwonił bez przerwy. Nie chciałam odbierać, ale odczytywałam i odsłuchiwałam wiadomości.
Dlaczego zniknęłaś?
Dokąd poszłaś?
Wszystko w porządku?
Głos Voltera był jak miód na moje uszy. Kusiło mnie, żeby mu się poddać. Chociaż troszeczkę. W końcu ta ucieczka bez pożegnania była dość niegrzeczna. I to już drugi raz! Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że był on częściowo odpowiedzialny za mój odwrót przed ponad dwoma tygodniami.
Poza tym nigdy nie spotkałam mężczyzny, który zadzwoniłby do mnie prawie trzydzieści razy w ciągu kilku godzin. Oznaczało to jeden telefon co dwie minuty. Chyba naprawdę był zaniepokojony. I miał gdzieś, czy uznam go za nieznośnego desperata.
To dlatego, że wiedział. Wiedział, że tak o nim nie pomyślę. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, a zwłaszcza po ostatniej nocy... Inteligentny i pewny siebie człowiek z łatwością doszedł do właściwych wniosków.
Telefon milczał przez kilka minut. Wtedy poczułam, że muszę oddzwonić. Ach, jaka ze mnie idiotka! Przestraszyłam się, że Volter się znudzi, zdenerwuje i podda. Tak naprawdę obojgu nam wyszłoby to na dobre. Przecież sama już wcześniej zdecydowałam, że tak będzie najlepiej.
Wmawiałam sobie, że dzwonię tylko po to, żeby się nie martwił. Odebrał natychmiast.
- Gdzie ty jesteś, do diabła?! - ryknął do słuchawki.
- W domu. Chyba mam prawo...
- Nie pier... Nie wymądrzaj mi się tu! Ustaliliśmy przecież, że dziś dokończymy wywiad. Co więcej, nawet nie tknęliśmy pytań związanych z interpretacją Biblii.
Czułam się jak dzieciak w szkółce niedzielnej, który dostał burę za złe sprawowanie. Nie przyjęłam tego najlepiej.
- Wsadź sobie w dupę teksty na temat mojej magisterki! Przecież oboje dobrze wiemy, że to tylko pretekst!
Volter zamilkł. Ze słuchawki dochodziły jakieś szmery i urywki rozmów. Prawdopodobnie zszedł na śniadanie.
- To nie był tylko pretekst - warknął.
Hałas w tle umilkł.
- No dobrze - dodał - może rzeczywiście w głębi duszy chciałem, żeby do czegoś między nami doszło. Ale wcale nie miałem zamiaru... Nie chciałem... Boże, po prostu tak wyszło. Chciałem cię zobaczyć.
Volter znalazł jakieś zaciszne miejsce i czekał na moją odpowiedź.
- Dlaczego? - spytałam w końcu.
- Bo cię lubię. Nie wiem jeszcze dlaczego. A jeśli chodzi o twoją pracę magisterską, to, mówię szczerze, uważam, że to bardzo ciekawy temat, i chciałbym się z nim zająć. Zbyt mało jest badań w tym zakresie.
- Ach, w zakresie popularności niezobowiązującego seksu wśród duchownych? Temat opracowany przez osobę znaną z luźnego podejścia do związków i nienależącą do Kościoła. Co sobie o tobie pomyślą, jeśli wyjdzie na jaw, że jesteś promotorem tej pracy?
- Wcale nie mówię o seksie bez zobowiązań! Ewentualnie tak, ale w szerszym kontekście. Spojrzenia na duchownych jak na ludzi. A więc w kontekście ludzkiej natury, ludzkich potrzeb... Nie sądzę, żeby luźne związki były dobre... Mogą przynieść więcej bólu niż radości...
- Kim byłam dla ciebie ostatniej nocy? To była jedna noc. Seks bez zobowiązań! - warknęłam.
- To było coś więcej niż tylko seks bez zobowiązań. Było cudownie. I dobrze o tym wiesz. Ale nie możemy tego powtórzyć - odrzekł, po czym dodał: - I nie obchodzi mnie nic a nic, co ktoś sobie pomyśli. Nie rozumiem, co jest niewłaściwego w byciu promotorem pracy magisterskiej. A teraz zbieraj się z Viiki czy gdzie tam teraz przebywasz, i zasuwaj na dworzec kolejowy. Za godzinę wyjeżdżamy do Turku, tak jak się umawialiśmy. Albo powiem Tarji, że odrzuciłaś moją propozycję, gdyż kierowały tobą uprzedzenia na tle religijnym.
Zatkało mnie ze zdziwienia. Rzadko kiedy ktoś narzucał mi swoją wolę, ale widocznie Volter był w stanie tego dokonać. Chociaż wciąż byłam poirytowana, to wiedziałam, że jego liczne próby kontaktu i trwająca rozmowa bardzo mnie zmiękczyły. I choć czułam, że nie powinnam tego robić, to bardzo chciałam go posłuchać. Ale ta groźba mnie zaskoczyła. Gdyby ją spełnił, miałabym przechlapane. Tarja na pewno by mu uwierzyła. Możliwe, że nawet zrezygnowałaby z bycia moją promotorką! A jej odmowa mogłaby wpłynąć negatywnie na moją ocenę. Ach, co powinnam zrobić?
- No proszę. Widzę, że wychodzi z ciebie Innocenty III. Czyżbyśmy przenieśli się do średniowiecza? Może zostanę publicznie wyklęta, jeśli nie wykażę się posłuszeństwem? - zadrwiłam. Wciąż była we mnie stara, dobra Doris.
Volter tylko się zaśmiał.
- Moja droga, gdybyśmy byli w średniowieczu, nie otrzymałabyś żadnego ostrzeżenia. Chyba że byłabyś w ciąży, a potem urodziła, uwaga, syna. Chyba że już po urodzeniu syna zeszłabyś na złą drogę i...
- O której odjeżdża ten pociąg? - bez ogródek przerwałem rozważania na temat mojej wyimaginowanej moralności.
Przypomniały mi się nagle wiadomości od Jenni i propozycja wspólnego gotowania.
- I zostanę na noc, żebyśmy zdążyli jak najwięcej zrobić. Nie stać mnie na jeżdżenie w tę i we w tę.
- Możesz zostać. Sofa w moim gabinecie się rozkłada. A za bilety na pociąg zapłacę.
Głos Voltera był pewny i niezachwiany, znów na chwilę uspokoił moją wściekłość spowodowaną przez Jenni. Dopiero maszerując na dworzec z plecakiem na plecach i torbą na ramieniu, zdałam sobie sprawę, że Jenni i tak może przyjść wieczorem. Volter nie obiecał mi przecież, że nie będzie miał życia towarzyskiego poza mną. A co, jeśli Volter i Jenni będą sobie jedli kolację, podczas gdy ja będę musiała się gdzieś podziać?
Opanowałam szalone myśli. Przecież nawet gdyby Jenni przyszła, to Volter na pewno by mnie nie wykluczył. Byłam tego pewna. Chodziło raczej o to, czy potrafiłabym znieść ich gruchanie tuż pod swoim nosem. No, nieważne. Będzie, co będzie. Zresztą, szczerze wątpiłam, czy po poprzedniej nocy Volter będzie miał ochotę na spotkanie z inną kobietą.
Dotarłam na dworzec i stanęłam w miejscu, w którym się umówiliśmy, czyli przed kioskiem R. Miałam zamiar być od tej pory jak najbardziej uprzejma wobec Voltera. Z pewnością mogły mi w tym pomóc jakieś kolorowe pisma - mogłabym udawać, że je czytam, i nie wdawać się z biskupem w żadne rozmowy. Portfel podpowiadał mi, że zdecydowanie nie powinnam wydawać na nie pieniędzy. Próbowałam opanować swoje szalone uczucia. Nie może między nami do niczego dojść. Wszystko skończone.
Ach, chętnie poszłabym teraz do baru i upiła się do nieprzytomności. A potem wróciła do domu z jakimś mężczyzną.
Wspomnienia ostatniej nocy przedarły się przez wszystkie moje mury obronne. Mocne dłonie Voltera na moich udach, jego ogromne ciało nade mną, za mną, pode mną. Jego rozgorączkowane, płonące oczy. Słaby, ale przyjemny uśmiech, za każdym razem, gdy zrobiłam coś niegrzecznego: powiedziałam coś sprośnego albo na przykład kazałam mu włożyć palec do mojego odbytu! I te jego usta. Powinny być zakazane przez prawo, jako w niebie, tak i na ziemi. Bo bez względu na to, czy Volter Helakorpi był biskupem, czy nie, potrafił wygadywać sprośności nie gorzej niż ja, a swoim językiem doprowadzał mnie do orgazmu w zaledwie kilka chwil. A przede wszystkim całował jak anioł i diabeł w jednej osobie.
Bezmyślnie wpatrywałam się w okładki gazet w kiosku, dopóki ktoś nie wyrwał mi ich z rąk.
- Jeśli są tak ciekawe, że świata poza nimi nie widzisz, to prawdopodobnie będziesz ich potrzebować w drodze - usłyszałam rozbawiony głos. - Pozwól, że zapłacę.
- Nie trze... - zaczęłam, jednak po chwili się zreflektowałam. W końcu w pewnym sensie on wymusił na mnie tę podróż. Zresztą, w porównaniu ze mną zarabiał jak Elon Musk! Jeśli chce, to niech płaci. - Właściwie to chciałam jeszcze kupić na drogę coś do jedzenia.
Dopiero wtedy na niego spojrzałam.
Wow. Wyglądał świetnie. Miał na sobie te same granatowe dżinsy, ale tym razem nie włożył kurtki. Ale i tak najbardziej spodobała mi się góra stroju. Jestem pewna, że moje oczy przybrały rozmiar piłeczek tenisowych, kiedy gapiłam się jak urzeczona w czarną koszulkę z długimi rękawami, idealnie przylegającą do umięśnionego tułowia Voltera.
W dodatku na koszulce nadrukowane było logo Slipknota. Zespołu, którego zawsze słuchałam, kiedy byłam wściekła. Albo przy sprzątaniu. Albo wtedy, kiedy chciałam się zmotywować do zrobienia czegoś bardzo trudnego.
Pomyślałam sobie, że teraz też chętnie bym posłuchała Coreya Taylora, tak na cały regulator! Ale Volter? Czy on sobie żartował? Przecież Slipknota oskarżano o satanizm i podżeganie do zabijania. Być może nie tylko ich - możliwe, że z podobnymi zarzutami mierzył się każdy zespół metalowy. A jednak...
- Wszystko w porządku? - roześmiał się.
- Kupiłeś tę koszulkę z mojego powodu, tak? Co niby chciałeś tym udowodnić? - zapytałam.
Mężczyzna spojrzał na mnie z dezaprobatą.
- Po pierwsze: za kogo ty się uważasz? Po drugie: kiedy niby miałem ją kupić? Daj spokój. Wybierzmy lepiej coś do jedzenia.
Podeszłam do stoiska z kanapkami i drożdżówkami. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zerkać ukradkiem na bluzkę.
- Naprawdę słuchasz Slipknota? Czy po prostu chcesz się podlizać młodym parafianom?
- Jezu, kobieto. Skup się lepiej na bułkach. Skąd ci przyszło do głowy, że mógłbym wpaść na taki pomysł? Młodzież od razu wyczuwa fałsz. Nie ma sensu udawać kogoś, kim się nie jest.
- Przede mną udawałeś.
- Jesteś szczególnym przypadkiem. W niejednej dziedzinie.
Serce zabiło mi mocniej, ale szybko przypomniałam sobie, że mnie i Voltera łączą tylko profesjonalne stosunki. Wybrałam kilka słodkich bułeczek.
- I tak - dodał. - Słucham Slipknota. Zacząłem, gdy miałem dwadzieścia parę lat. Mają swoje lata.
- Słuchałeś albumu Iowa?
- Słuchałem też Mate. Feed. Kill. Repeat. Nie mam własnego albumu, bo wypuścili tylko tysiąc egzemplarzy, ale jeden ziomek zgrał mi wszystkie piosenki. Ach, to były czasy... - Westchnął z rozrzewnieniem.
Wzięłam z półki chleb żytni, kanapkę z tuńczykiem, jeszcze parę bułeczek i wodę. Ledwo mi się to wszystko mieściło w ramionach.
- Widzę, że naprawdę zgłodniałaś. Szkoda, że nie zostałaś na śniadanie. Było pyszne.
Wziął ode mnie kilka rzeczy, które capnęłam jakoś bezwiednie, bo znów zagapiłam się na koszulkę. Brakowało na niej dziewięcioramiennej gwiazdy, często umieszczanej obok logo zespołu. Większości osób kojarzyła się oczywiście z pentagramem. Chybabym padła, gdybym zauważyła, że Volter paraduje z takim symbolem na piersi. Wyglądało na to, że musiałam się zmierzyć jedynie z białą, złowrogą czaszką.
- Dlaczego... słuchasz takiej muzyki? Co ci to daje? - Nie odpuszczałam.
Wyłożyliśmy produkty na ladę. Sprzedawca spojrzał ze zdziwieniem na stos bułek, chleba, czekolady i napojów, ale tylko spytał grzecznie:
- Doliczyć torebkę?
- Poproszę - odrzekł Volter, wyjmując kartę z portfela. - Ja też czuję czasem złość - zwrócił się do mnie. - Czasem jestem wręcz wściekły. Czasami jestem zły. Czasami rzeczywistość wydaje mi się mroczna i beznadziejna, a wszystko jest pozbawione sensu. Moim zdaniem teksty tych piosenek są wbrew pozorom poruszające. Często mówią o złym samopoczuciu. Poza tym Corey Taylor to świetny wokalista. Myślę, że... - Urwał, jakby szukał odpowiednich słów. Zapatrzył się przed siebie niewidzącym wzrokiem. - Myślę, że mimo wszystko warto szukać odpowiedzi na swoje potrzeby w Kościele. Dobry trening i Slipknot bardzo mi pomagają, ale na tym etapie życia mogę już z ręką na sercu powiedzieć, że w wierze także znajduję ukojenie. Nie każdy jednak mógłby się pod tym podpisać.
Poruszające. Złe samopoczucie. Wiara.
Już wcześniej zdałam sobie sprawę, że zakochałam się w Volterze, ale teraz zrozumiałam, że moim przeznaczeniem jest każdego dnia zatapiać się coraz głębiej i głębiej w tym uczuciu.
- Jesteś dobrym człowiekiem - szepnęłam. - Nie jesteś obojętny na żadne ludzkie uczucie. Przyznam ci się, że w ogóle nie pomyślałam o żadnej z tych rzeczy, kiedy słuchałam kawałków takich jak Psychosocial albo Disasterpiece.
- I wanna slit your throat and fuck the wound. No, no. Aż tak bardzo kogoś nienawidziłaś? - uśmiechnął się zadziornie.
Z moich ust wyrwał się głuchy okrzyk i rozejrzałam się nerwowo dookoła. A co, jeśli ktoś rozpoznał Voltera i usłyszał, co mówi? On rzeczywiście dobrze znał Slipknota, skoro z taką lekkością rzucał fragmentami piosenek.
- Jednego przewodnika duchowego w świątyni. Za każdym razem, kiedy słyszę tę piosenkę, wyobrażam sobie tego faceta. Myślę, że pomogła mi uwolnić się od nienawiści.
Volter pokiwał głową.
- Dlatego taka muzyka jest po prostu potrzebna. Jezus uczy kochać wszystkich. Ale czy zwykłemu człowiekowi łatwo jest zdobyć się na miłość do tyrana? Wyzyskiwacza? Zabójcy ukochanej osoby? Nie, najpierw czuje tylko wściekłość i nienawiść, którym musi dać ujście, zanim zdobędzie się na wybaczenie i miłość. Zdaję sobie sprawę, jak tanio to brzmi, ale tak właśnie to widzę.
Wręczono mi plastikową torbę napełnioną sama nie wiem czym.
- Nie bądź dla siebie tak surowa. - Odwrócił głowę w moją stronę. - Wcale nie jestem lepszy od ciebie. Ty masz przyjaciół i bliskich, na których ci zależy. Poza tym ja także obserwowałem cię na spotkaniu parafialnym. Nie każdy potrafi zachować taką naturalność w zetknięciu z ludźmi z różnych środowisk. - Uśmiechnął się ciepło. - Zresztą, słuchanie ludzi to moja praca. Słuchanie i odpowiadanie na ich pytania. Kiedy byłem studentem, Slipknot służył mi tylko do wietrzenia głowy z nadmiaru myśli. Cała ta filozofia przyszła o wiele później.
Zdałam sobie sprawę, że ostatnio wcale nie byłam dobrą przyjaciółką. I wbrew temu, co myślał Volter, uważałam się praktycznie za sierotę, chociaż moi rodzice żyli.
- Daj, wezmę to od ciebie. Jeszcze trochę i zaryjesz w ziemi pod ciężarem tego prowiantu! Szczęka już dawno ci opadła, ale to chyba z innego powodu - zażartował.
Wyjął mi torbę z ręki, a gdy nasze spojrzenia ponownie się spotkały, odruchowo pogładziłam policzek mężczyzny. Volter zamrugał i pochylił się w moim kierunku, zupełnie tak, jakby chciał mnie pocałować. Przestrzeń wokół nas zawirowała. Ludzie, zgiełk, kioski, tablice z rozkładami jazdy. Wszystko zniknęło. Miałam wrażenie, że wirujemy pośród nicości. Tylko ja i on.
Ale zanim jego usta dosięgły moich, zesztywniał. Zrobił krok w tył, przejmując kontrolę nad sytuacją.
- Ty też masz ładną bluzkę. Do twarzy ci w zielonym - powiedział uprzejmie, jak gdyby nigdy nic. A potem dodał: - Wieczorem wpadnie Jenni. Może coś razem ugotujemy.
Rozdział 6
Gapiłam się bezmyślnie w ekran laptopa. Nie mogłam się skupić.
Lipstick, eyelash, broke mirror, broken home.
W pociągu zapomniałam o bożym świecie - a już na pewno o swojej magisterce. Wpychałam w siebie muffiny kupione pod wpływem chwilowego zamroczenia i zadręczałam Voltera coraz to bardziej szczegółowymi pytaniami dotyczącymi jego gustu muzycznego. Dowiedziałam się na przykład, że nie lubił seksistowskich i zafiksowanych na pieniądzach raperów, ale podobała mu się twórczość Kanye Westa i Eminema.
Wepchnęłam do ust pół bułeczki naraz i pomyślałam sobie, że najchętniej schrupałabym na deser Voltera. Był naprawdę słodki. Chciał wiedzieć, czy słucham Jacka White'a. Pokręciłam przecząco głową. Znałam najpopularniejsze numery The White Stripes, ale solowa twórczość artysty była mi obca. Volter puścił mi kilka swoich ulubionych kawałków i muszę przyznać, że mi się spodobały. Nawet bardzo.
- A kiedy myślę o tobie, od razu przychodzi mi do głowy ta piosenka. Może tylko jeden fragment nie za bardzo mi do ciebie pasuje. - Podał mi swoje bezprzewodowe słuchawki.
- Bardzo mnie ciekawi, który to fragment - odparłam zaintrygowana.
W moich uszach rozbrzmiała genialna w swej prostocie melodia piosenki Sixteen Saltines. Kiedy dotarliśmy do Turku i rozgościłam się w gabinecie Voltera, wysłuchałam jej jeszcze raz - tym razem od początku do końca - i wyszukałam słowa w internecie.
Lipstick, eyelash, broke mirror, broken home.
Piosenka była o chłopcu lub mężczyźnie, który obsesyjnie myślał o jakiejś dziewczynie. Przynajmniej tyle udało mi się odczytać z tego tekstu, bo był naprawdę pokręcony i sprawiał wrażenie jakiejś zaszyfrowanej wiadomości. Stało się dla mnie zupełnie jasne, że Volter mnie rozgryzł, chociaż nie zdążyłam jeszcze zbyt wiele mu o sobie opowiedzieć. W tych sześciu słowach z piosenki Sixteen Saltines zawarta była cała istota mojego jestestwa.
Lipstick, eyelash... Makijaż był dla mnie maską, pod którą skrywałam prawdziwe oblicze. Broke mirror... Już od dawna widziałam w swoim odbiciu braki i rysy. Broken home... Rozbity dom. Oparłam łokcie na biurku i ukryłam twarz w dłoniach. Volter wyszedł, żeby odwiedzić jednego ze swoich byłych parafian, który cierpiał z powodu śmierci bliskiej osoby. A ja...? Ja także potrzebowałam rozmowy.
Wiedziałam, do kogo zadzwonić. Było mi jednak głupio, bo ostatnimi czasy nie zasługiwałam na miano wzorowej przyjaciółki. Unikałam kontaktu z nią - chyba z obawy, że mnie nie zrozumie. Za to teraz naprawdę potrzebowałam rozmowy i wiedziałam, że mogę zwierzyć się tylko Marii.
Jeszcze chwila, a na powrót zamknęłabym się w swojej skorupie. Zdążyłam jednak wybrać numer do przyjaciółki. Długo nie odbierała. Byłam już gotowa się rozłączyć, kiedy w końcu usłyszałam jej zdyszany głos.
- Hej! Sorry, zostawiłam telefon na dole.
- No tak, zapomniałam, że szanowna pani Vaara ma teraz do swojej dyspozycji setki metrów kwadratowych na dwie osoby. Co wy tam na nich robicie? Bzykacie się codziennie w innym pokoju?
Maria zareagowała na mój przytyk beztroskim śmiechem - zupełnie nie tak, jak oczekiwałoby się od mężatki wychowanej w rodzinie laestadian. Maria już dawno opuściła jednak konserwatywny ruch religijny i można ją było określić mianem kobiety wyzwolonej. Swoją seksualność odkrywała u boku męża.
- Daj spokój, mamy raptem sto dwadzieścia metrów. Słuchaj, skoro dzwonisz, to koniecznie muszę ci coś powiedzieć. Miałam z tym poczekać, ale widzę, że Tuomas nie może utrzymać języka za zębami.
- Jesteś w ciąży - mówiąc to, poczułam nieprzyjemny ścisk w żołądku.
Zazdrosna. Byłam tak cholernie zazdrosna. W końcu przyznałam to sama przed sobą. Od dawna czułam zawiść w stosunku do swoich szczęśliwych przyjaciół. A teraz to uczucie zdawało się silniejsze niż kiedykolwiek, choć przecież nawet nie chciałam być matką!
Pycha. Chciwość. Nieczystość. Zazdrość. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Gniew.
Nieczystość. Nieczystość. Nieczystość.
Od kiedy poznałam Voltera, zdążyłam zaliczyć sześć z siedmiu grzechów głównych. Z czego na pierwsze miejsce wybijała się oczywiście żądza. Udało mi się uniknąć lenistwa.
- Zgadłaś - odrzekła Maria niepewnie, jakby przepraszająco.
- To wspaniała wiadomość! Naprawdę. Moje gratulacje - wybąkałam.
- Nic nie mówiłam, żeby nie zapeszyć. Moja mama kilka razy poroniła i wiesz...
- A więc który to już miesiąc?
- Czwarty. Ale słuchaj dalej, to nie koniec niespodzianek. Będziemy mieć bliźniaki! To dlatego kupiliśmy większe mieszkanie...
- Czwarty miesiąc? Bliźniaki?! I nikt nic jeszcze nie wie?
Zapadła niezręczna cisza.
- To znaczy... Niektórzy już wiedzą. A z tobą ostatnio nie było kontaktu. Poza tym wiem, że nie znosisz Tuomasa i... - Przyjaciółka znowu zamilkła. - Po prostu nie wiedziałam, jak ci to powiedzieć.
Trzeci raz w dorosłym życiu z oczu popłynęły mi łzy. Wytarłam je szybko wierzchem dłoni i wyparowałam ze złością:
- Co ty pieprzysz, Maria? Wiesz, że życzę ci jak najlepiej. I nie mam nic do Tuomasa. Nie podobało mi się to, że całkowicie podporządkowałaś swoje życie facetowi. Ale uważam, że Tuomas jest w porządku. Pasujecie do siebie.
Naprawdę kiepska ze mnie przyjaciółka. Zrozumiałam, że nie jest to najlepszy moment na zwierzanie się Marii z rozterek uczuciowych.
- Przepraszam. Wybacz, że jestem taka...
Musiałam przerwać. Odetchnęłam głęboko i spróbowałam pociągnąć nosem najciszej, jak się da, ale Marię nie tak łatwo oszukać.
- Doris. Czy ty płaczesz? - zdziwiła się.
Kiedy w końcu zdobyłam się na odpowiedź, mój głos był ciężki od płaczu.
- Przepraszam cię, Mario, że byłam taka beznadziejna. Teraz to widzę. Jestem do niczego. Moje życie też jest do bani. Trzeba chyba cudu, prawdziwego cudu, żeby coś się w końcu zmieniło.
- Och... - zaczęła niepewnie. - Powiedz coś więcej. Chodzi o jakiegoś mężczyznę?
Nie mogłam już przestać histerycznie zawodzić. Zdawało mi się, że słyszę myśli Marii: Doris, facet, beznadzieja, płacz. Płacz?
- Tak... Jestem teraz u niego. W Turku.
- W Turku? Znasz kogoś w Turku? - Moja odpowiedź widocznie ją zaskoczyła.
- Teraz już znam.
- No dobrze... Ale skoro jesteś teraz u niego, to może znaczy, że to coś poważniejszego? Może będzie z tego coś dobrego? - zapytała pełna nadziei.
- To mój promotor!
Nie mogłam wyjawić, że Volter brał udział w moim badaniu, gdyż łączyło nas porozumienie o poufności.
- Ale przecież Tarja... - zaczęła znowu. - Zaraz, zaraz. Poczekaj. Turku, teologia... Czy to ktoś z uniwersytetu? Nie wiedziałam, że masz tam znajomości. Chyba że chodzi o jakiegoś doktora z innej uczelni. W każdym razie musi to być co najmniej doktor. Arcybiskup jest doktorem, ale bez przesady... arcybiskup nie może... zresztą, bez przesady, taki staruch... och! Nie może być... Czyżby... Nie, to nie możliwe!
Domyśliła się. Powiedziałam więc za nią.
- Helakorpi.
Zrzuciłam na nas jego nazwisko, jakby to była bomba. Trafiłam. W słuchawce zapadła cisza. Milczenie Marii mnie ogłuszało. W końcu wyszeptała:
- Helakorpi? Volter Helakorpi? Nowy biskup Turku?
- Noo... Tak... - potwierdziłam równie cicho.
- Jesteś teraz u Voltera Helakorpiego? U biskupa? I w dodatku jest promotorem twojej pracy? Tej o seksie?
- Zgadza się.
Maria była w szoku. A może powinnam ten stan określić raczej jako podekscytowanie?
- Ha! Pewnie się domyślasz, co moja rodzina uważa na jego temat - parsknęła śmiechem. - Hańba dla Kościoła! Babcia powiedziała nawet, że to szatan wcielony. Zakradł się nikczemnie w szeregi sprawiedliwych... - parodiowała dramatyczny ton starej świętoszki. Roześmiała się i westchnęła. - A to tylko z powodu jego publicznych wypowiedzi. Nie mają pojęcia, co jeszcze mu siedzi za skórą. Że kieruje magisterką przepełnioną herezjami!
- I słucha Slipknota. Rapu. Jacka White'a.
- Co to było? To pierwsze?
Wywróciłam oczami. Maria znała się tylko na indie popie.
- Zespół metalowy. Ciężkie, mroczne teksty. Brzydkie maski i nawiązania do satanizmu. Jedna z moich ulubionych kapel.
Maria znowu zamilkła.
- A czy on wie? - zapytała poważnie po chwili. - Między wami do czegoś doszło? Całowaliście się albo...
- Doszło do czegoś więcej. I było idealnie. Bosko. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak to jest. I zrozumiałam, że muszę cię przeprosić. Że ci nie wierzyłam. Byłaś taka niedoświadczona i dlatego myślałam, że głupio robisz. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że kiedy człowiek się zakochuje, to po prostu to wie. Zazdroszczę ci...
Maria westchnęła. Nie wiem, czy z przerażenia, czy z rozczulenia. Ulżyło mi, kiedy w końcu jej to wyznałam.
- Ale dlaczego mi zazdrościsz? Moja droga, jeśli udało ci się skłonić biskupa... powtarzam: biskupa... do nieodpowiedniego zachowania, to powiedziałabym, że i on traktuje cię poważnie! Helakorpi jest po prostu nowoczesny, żaden z niego skandalista. Ma dobrą reputację.
Ach, gdybyś wiedziała...
- Łączy go coś z pewną pastorką. A ja jestem... wpadką. Głupim wyskokiem. Na który sobie pozwolił, zanim na poważnie zwiąże się z tamtą.
Oczy znów zaszły mi łzami. Maria westchnęła i powiedziała ostro:
- Ogarnij się! Zawsze mi to powtarzałaś. Ogarnij się i nie wygaduj głupot. Przecież nie zwiąże się z inną, jeśli to z tobą się całuje!
- PIEPRZY! - krzyknęłam zdesperowana. - Całą noc, bez przerwy! Rozumiesz? I to tak, że piękniej się nie dało. Pieprzył mnie bosko!
Marii nic nie mogło zdziwić bardziej od mojego poprzedniego wyznania, że to biskup Helakorpi złamał mi serce. Dodała więc spokojnie:
- No dobrze, czyli się pieprzyliście i było fajnie. To chyba dobrze, co? W takim razie zrób wszystko, co w twojej mocy, żeby odechciało mu się związku z tamtą babą! Tobie akurat nie muszę chyba tłumaczyć, jak to się robi? - Roześmiała się. - Ach, Doris. Biskup. Czyż to nie ironia losu, że akurat tobie trafił się biskup?
- No i co z tego? Nie jestem przecież ateistką! Wiem, że wszyscy tak myślą, ale to nieprawda. - Od płaczu bolała mnie już głowa.
- Ale...
- Po prostu nie lubię opowiadać o swoim życiu duchowym. A Volter nie jest jakimś fanatykiem. To znaczy... jest idealistą, ale...
Umilkłam.
- Jest cudowny. Pod każdym względem. I zasługuje na dobra żonę. Nie taką pijaczkę jak ja...
- Doris! - wykrzyknęła Maria z niedowierzaniem. - Zabraniam ci tak o sobie mówić. Nie poznaję cię! Pamiętasz, co mi zawsze powtarzałaś? Jesteś kobietą fatalną. Uwodzisz mężczyzn, a oni błagają cię o więcej. Ale to "więcej" nigdy nie następuje. Bo ty już uwodzisz następnego...
Uśmiechnęłam się miękko. Przypomniałam sobie, jak po swojemu próbowałam zmusić Marię do zapomnienia o Tuomasie.
- No dobra - odpowiedziałam cicho. - Cholera, muszę sobie kupić jakieś ciuchy. Nie wiem, czy moja visa temu podoła, zwłaszcza po ostatnim nalocie na sklep z bielizną.
- No proszę! Co takiego kupiłaś? - zaciekawiła się Maria.
- Muszę już iść - powiedziałem szybko.
- O nie, moja droga! - zaprotestowała. - Opowiadaj. Widział cię w tej bieliźnie?
- Kiedyś ci opowiem, obiecuję. Jeszcze raz gratuluję. Pozdrów Tuomasa. I dzięki.
Rozłączyłam się. Potem zaśpiewałam sobie w myślach najlepsze kawałki Slipknota i uniosłem brodę. Do diabła z tym ich porozumieniem. Muszę spróbować. I powiem Volterowi wprost, co myślę o tym jego lawirowaniu pomiędzy dwiema kobietami. Nie miał w sobie za grosz przyzwoitości.
***
Volter wrócił do domu dopiero o szóstej, co było mi bardzo na rękę. Zdążyłam przejść się po sklepach i kupić parę letnich ciuchów.
Była już połowa sierpnia i szczerze powiedziawszy, kupowanie letnich ubrań nie miało większego sensu. Trafiłam jednak na tak świetne rzeczy, że po prostu nie mogłam się powstrzymać. Teraz potrzebny był mi tylko jakiś pretekst, żeby móc zdjąć bluzkę z długim rękawem i zaprezentować wspaniale dopasowany jasnozielony top bez ramiączek. Zawsze mogłam powiedzieć, że jest mi gorąco, i nawet nie minęłabym się z prawdą. W pobliżu Voltera było mi zawsze gorąco.
Znalazłam jeszcze pasującą do bluzki turkusową minispódniczkę. Cudownie na mnie leżała. Sama prawie się zarumieniłam, kiedy przyglądałam się swojemu odbiciu w przymierzalni. Z powodu mojego wysokiego wzrostu spódniczka kończyła się zdecydowanie wyżej, niż powinna. Długość dzieląca rąbek spódnicy od moich pośladków wynosiła maksymalnie siedem centymetrów.
Przyglądałam się sobie w lustrze, podziwiając swoje zgrabne, długie nogi, i zastanawiałam się, czy ta spódnica to nie przesada. Lekka przesada, pomyślałam, i pomaszerowałam do kasy.
Sierpniowa pogoda wciąż dopisywała. Nie widziałam przeciwwskazań, aby włożyć swoje nowe ubrania na wieczorne spotkanie w domu u Voltera. Roześmiałam się w myślach, gdy przypomniałam sobie rozciągnięte spodnie od piżamy, w których zazwyczaj spędzałam wieczory.
Kiedy Volter wrócił do domu, siedziałam grzecznie przed komputerem i sumiennie robiłam notatki. Chciałam na gorąco spisać ulotne refleksje, które zrodziły się w mojej głowie podczas ostatnich rozmów z Volterem - oczywiście tych dotyczących mojej pracy. Chciałam też zrobić użytek z jego bogatej biblioteczki. Mężczyzna ciągle rzucał nazwiskami badaczy i tytułami przeróżnych książek. W końcu miałam czas je posprawdzać.
Gdy usłyszałam, że drzwi się otwierają, przestraszyłam się, że może zobaczę w nich Jenni. Na szczęście Volter przyszedł sam.
- Przepraszam, że znowu tak późno...
Wstałam od komputera i podeszłam do drzwi, żeby się przywitać. Na razie miałam na sobie dżinsy i niezaprzeczalnie uroczą różową koszulkę, ale i tak zauważyłam, jak omiótł mnie spojrzeniem. Byłam zdzirą. Stop. Byłam doświadczoną, dorosłą kobietą i miało to swoje plusy. Jenni raczej nie potrafiłaby wyłapać takiego przelotnego spojrzenia.
Wspięłam się na palce i pocałowałam Voltera w policzek. Od tej chwili miałam zamiar o niego walczyć.
- Nie masz za co przepraszać. Przecież to twoja praca.
Pozwoliłam swojej dłoni przejechać delikatnie po jego piersi. Znowu miał na sobie tę fioletową koszulę. Mało komu pasował ten kolor, ale Volterowi było w nim do twarzy. Podobnie jak w długim łańcuszku, na którym wisiał krzyż. Wzięłam go do ręki i uśmiechnęłam się do mężczyzny. Moje zachowanie chyba go lekko oszołomiło, bo nic nie powiedział.
- Ile masz wzrostu? - Już dawno chciałam zadać mu to pytanie. - Wcale nie jestem taka niska, mam metr siedemdziesiąt pięć. Ale przy tobie czuję się jak krasnoludek!
Utkwił we mnie wzrok. Wydawało mi się, że ciemnoszare obwódki źrenic były grubsze niż zwykle. Pochylił się, zanurzył wielką dłoń w moich włosach, tuż nad karkiem, i poczułam jego wargi na policzku. Przez chwilę myślałam, że ma zamiar zrobić coś jeszcze, bo jakby się zawahał.
O tak, bluzka z długim rękawem zdecydowanie nie jest mi potrzebna!
Volter jakby się zreflektował i zrobił krok do tyłu.
- Dwa metry i pięć centymetrów. Tak naprawdę to utrapienie, z ubraniami i nie tylko. Wszystko jest na mnie za małe, za ciasne i za krótkie.
- A Jenni? Nie jest dla ciebie w takim razie za mała? - wyrwało mi się niecne pytanie.
Volter zamarł i spojrzał na mnie zimno.
- Wartości człowieka nie mierzy się w centymetrach.
- Zapraszasz ją tutaj na wspólne romantyczne gotowanie, ale czy ona wie, że pomidory będzie kroić twoja kochanka?
Założył ręce do tyłu, wyprostował plecy i wpatrywał się we mnie ze złością, może nawet wyniośle.
- Nie patrz tak na mnie. Wiesz, że mam rację - dodałam i skrzyżowałam ręce na piersi.
- Nie jesteś moją kochanką - odparł głucho.
- To kim dla ciebie jestem? Przypadkową partnerką seksualną? - zapytałam cierpko.
- Nie jesteś też przypadkowa. Od początku było wiadomo, że do tego dojdzie. Ale to nie czyni nas kochankami... Nic by z tego nie wyszło. Chociaż było...
- Idealnie - dokończyłam. Czułam wściekłość, ale ucisk pożądania i tak przeszył mój brzuch.
- Idealnie - powtórzył ledwo słyszalnym głosem.
Powietrze wokół nas zgęstniało od niewypowiedzianych wyznań i uczuć.
- Mimo wszystko, Volter, nie każdy ma taki tupet jak ty. Ta wspólna kolacja to naprawdę niesłychany pomysł.
Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie.
- Co masz na myśli?
- Zamierzasz spędzić wieczór z dwiema kobietami, z których jedna nie ma zielonego pojęcia, że z drugą poszedłeś do łóżka!
- Między mną a Jenni do niczego jeszcze...
- Tak, wiem - przerwałam mu. - Jeszcze nie doszło. Jest między wami nić porozumienia. Tylko czy oby na pewno ustaliliście kwestię bzykania się z innymi? Założę się, że nie.
Wróciłam do gabinetu i przez chwilę szumiało mi w uszach ze złości. Volter stał jak wryty w przedpokoju. I dobrze.
Pół godziny później zapukał do moich drzwi, chociaż były otwarte na oścież. Odwróciłam się, by na niego spojrzeć. Przebrał się w luźne, ciemnozielone spodnie i białą koszulkę. Dosłownie pożarłam go wzrokiem.
- Chyba masz rację - powiedział. - To był kiepski pomysł. Może w takim razie... hmm... może nie wychodź, kiedy przyjdzie Jenni. Dobrze? Oczywiście możesz nałożyć sobie jedzenia... trochę później, jak już opuścimy kuchnię...
Ja i mój długi język. Boże, jaka jestem głupia! Oczywiście, że to mnie próbował zepchnąć na drugi plan. O nie. Teraz tak łatwo się mnie nie pozbędzie.
Nie odezwałam się ani słowem. Wstałam z krzesła i podeszłam do Voltera. Staliśmy twarzą w twarz. Popatrzyłam na niego lodowatym wzrokiem i po prostu zamknęłam mu drzwi przed nosem.
***
Zaczęłam się przygotowywać, gdy tylko usłyszałam, że poszedł do siebie, do sypialni. Najpierw wzięłam prysznic, a potem cicho się ubrałam. Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, podbiegłam do wąskiego lustra znajdującego się w gabinecie i szybko zerknęłam, jak wyglądam. Uznałam, że przypominam wściekłą amazonkę. Diabelsko atrakcyjną amazonkę. Letnia opalenizna dodawała mi blasku i świetnie komponowała się z piękną zielenią bluzki.
Nagle obcisłe ubrania, odkryte ramiona i miniówka przestały mi się wydawać przesadzone. Podjęłam decyzję o niezasłanianiu się jakąkolwiek narzutką, w chwili kiedy Volter mnie odtrącił. Nie zrezygnowałam też z makijażu. Eyelash, lipstick. Ciemnobrązowy cień na powiekach i błyszczyk w kolorze koralowej czerwieni. Włożyłam też piękny srebrny naszyjnik z aniołkiem. Pośrodku miał zielony kamyk. Długi łańcuszek sprawiał, że aniołek chował się zalotnie pomiędzy piersiami.
Nie byłam pewna, co zrobić z włosami, w końcu spięłam je po prostu klamrą. Przypomniało mi się, jak tamtej nocy w Helsinkach Volter gorączkowo rozpuszczał mi włosy, zupełnie jakby czekał na ten moment tysiące lat. I jak zanurzał w nich dłonie, jak całował po szyi...
Chciałam trochę odczekać, tak żeby nikt kompletnie się nie spodziewał mojego natarcia. Z kuchni dobiegały stłumione odgłosy przygotowań, śmiech Jenni, muzyka. Czego oni, do cholery, słuchają? Czy to Enya? Serio? Strasznie mnie to rozbawiło. Ciekawe, czy Volter już puścił jej Slipknota. Wątpię. Coś czułam, że Enya nie pojawiła się Volterowi w propozycjach na Spotify.
Po upływie pół godziny, kiedy z kuchni zaczął dobiegać brzęk naczyń, postanowiłam się ujawnić. Uchyliłam najciszej, jak się dało, drzwi gabinetu i kołysząc biodrami, weszłam do kuchni. Pierwsza zobaczyła mnie Jenni. Volter był zbyt zajęty krojeniem czegoś. Chyba cebuli. Ha! Zaraz dam mu o wiele lepszy powód do płaczu.
- O... Cześć... - bąknęła zdziwiona. Nawet nie starała się udawać, że ucieszyła się na mój widok.
Wyprostowała się, taksując mnie wzrokiem. No proszę. Kobiecy instynkt uaktywnił się nawet u cnotliwej Jenni. Ja też przypatrzyłam się oceniająco jej stylizacji. Gustowny jasnoniebieski sweterek i jeansy. Całkiem ładnie. I, szczerze mówiąc, o klasę bardziej odpowiednio niż ja. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Zamyślony Volter dopiero teraz podniósł głowę znad cebuli. Patrzył na mnie, osłupiały, nie mogąc powstrzymać się od pożerania mnie wzrokiem. Wodził nim po odkrytych ramionach, po bluzce, pod którą nie miałam stanika, po nogach, których prawie wcale nie zakrywała króciutka spódniczka.
W napięciu wstrzymałam oddech, czekając, aż mężczyzna oderwie ode mnie wzrok.
- Myślałem, że się uczysz - wycedził zimno.
- Nie mam jak. Brakuje mi literatury źródłowej, przecież dobrze o tym wiesz - odrzekłam.
Spojrzałam ma Jenni i uśmiechnęłam się do niej szeroko.
- Czegóż ten Volter nie wymyśli! Ubzdurał sobie, że to zbyt niestosowne spędzać wieczór z dwiema kobietami naraz, i poprosił, żebym wam nie towarzyszyła. Ale przemyślałam to sobie i uważam, że przecież nie ma w tym nic złego. No i, jeśli mam być szczera, jestem strasznie głodna. Mogę wam pomóc, całkiem niezła ze mnie kucharka albo chociaż pomoc kuchenna.
Mój głos brzmiał pewnie i chociaż wewnątrz cała drżałam, nie dałam tego po sobie poznać. Roześmiałam się dźwięcznie i podeszłam bliżej. Do tej pory stałam w drzwiach.
Usta Jenni i Voltera prawie równocześnie się otworzyły, a po chwili zamknęły. Prawdopodobnie z innych powodów. Jenni wyglądała tak, jakby wciąż nie mogła zdecydować, co o tym wszystkim myśleć. O tym, że Volter nie pozwolił mi do nich dołączyć. Zastanawiało ją zapewne, dlaczego tego nie chciał, i czy to dobrze, czy źle. Volter za to był po prostu wściekły. Wściekły i zażenowany. Nie miałam całkowitej pewności co do źródła złości, ale doskonale wiedziałam, skąd brał się wstyd. Okłamał Jenni. I wiedział, że niezbyt dobrze to wszystko wyglądało.
- No tak, muszę przyznać, że trochę się zdziwiłam, kiedy Volter powiedział, że ma gości. - Jenni zaśmiała się sztucznie. Nie umiała kłamać.
- Dziś rano sama jeszcze nie wiedziałam, że tu przyjadę. Ale Volter mnie zmusił. Pewnie najlepiej wiesz, jaki on jest, kiedy się uprze! Nie ma zmiłuj! - Udałam, że patrzę na niego z przerażeniem, po czym się roześmiałam.
Jenni patrzyła na mnie jak na wariatkę. Czyżby podejrzewała, że blefuję?
- Doris przesadza. Do niczego jej nie zmuszałem - wysyczał Volter i wbił nóż w cebulę tak mocno, że odkrojony kawałek spadł i potoczył się po podłodze.
- Twierdzisz, że nie kazałeś mi "zasuwać na dworzec kolejowy"? Że mi nie groziłeś?
Jenni patrzyła na Voltera, wytrzeszczając oczy, jakby co najmniej wyrosła mu jedna głowa. Albo i dwie. Widocznie biskup Helakorpi był dla innych o wiele milszy niż dla mnie.
Volter wbił nóż w deskę do krojenia, oparł się nadgarstkami o blat i odetchnął głęboko.
- Chodziło o twoją pracę magisterską.
- Ale przecież wcale nie musisz aż tak się angażować w moją magisterkę. Sam zaproponowałeś, że zostaniesz moim promotorem - odparłam.
Atmosfera wokół nas zgęstniała. Jenni patrzyła to na mnie, to na Voltera, i było jasne, że nie wierzy własnym uszom. Volter stał w miejscu jak zamurowany i tylko jego oczy rzucały we mnie śmiercionośne pociski. Nie ugięłam się pod jego nienawistnym spojrzeniem. Poczułam, że dopiero się rozkręcam.
- Co więcej... - zaczęłam znowu.
- Do salonu. Ale już - przerwał mi cicho, głosem zimnym jak sztylet.
Jenni popatrzyła na niego z niedowierzaniem i cofnęła się o krok. Widocznie słabo znała szanownego biskupa, skoro tak ją zszokowało to zachowanie, pomyślałam, po czym skierowałam się salonu, ponętnie kołysząc biodrami.
- Daj spokój, przecież to żadna tajemnica! - rzuciłam.
Weszłam do salonu i to, co tam zobaczyłam, wyprowadziło mnie z równowagi. Romantyczny półmrok, butelka czerwonego wina, dwa kieliszki, a to wszystko spowite zawodzeniem Enyi.
- Co ty wyprawiasz? - usłyszałam za sobą ciche warknięcie.
Odwróciłam się i ujrzałam przed sobą jego zmarszczone brwi i wysunięty podbródek. Oparłam jedną rękę na biodrze. Wzrok Voltera natychmiast powędrował za nią.
- Nie, nie. Co ty wyprawiasz? - odparłam, groźnie zbliżając palec wskazujący drugiej ręki do jego twarzy.
- Intymny półmrok, wino dla dwojga, tandetna romantyczna muzyczka, której na pewno nie znosisz. Miałeś zamiar zaciągnąć Jenni do łóżka tuż przed moim nosem?
Mimo słabego światła dało się zauważyć, że poczerwieniał.
- Bredzisz! Jenni nie jest kobietą, która... - urwał.
Zabolało tak, jakby rzucił we mnie kamieniem. Zaczął jeszcze raz.
- Ustaliliśmy, że tak będzie lepiej.
- MY niczego, kurwa, nie ustaliliśmy! - wrzasnęłam.
Jenni musiała to usłyszeć.
- Uważaj na słowa! Zresztą sama powiedziałaś, że to byłoby niewłaściwe. - Podszedł do mnie niepokojąco blisko.
- A to, co zrobiłeś, było w takim razie właściwe? Co za różnica, idioto, czy siedzę w kuchni, czy w gabinecie? Naprawdę nie rozumiesz, na czym polega niewłaściwość tej sytuacji?
- Powiedziałem ci już, żebyś uważała na słowa!
- Nie masz mi więc nic do powiedzenia? Widocznie czujesz się winny i...
Volter zrobił ostatni krok do przodu. Staliśmy teraz tuż obok siebie. Czułam jego ciężki gorący oddech, kiedy rozpuścił mi włosy. Poczułam satysfakcję i ciągnęłam z walącym sercem:
- Wyobrażasz sobie, chuju, że po tym całym jebanym przedstawieniu będziesz się ze mną pieprzyć?
Klęłam jak szewc. Prowokacyjnie. Wyraz twarzy mężczyzny nie zwiastował niczego dobrego, kiedy ten wycedził:
- Niczego sobie nie wyobrażam. Ja to wiem. I chyba już czas umyć tę twoją brudną mordkę.
Przyciągnął mnie do siebie za nadgarstek, łapczywie wsuwając drugą rękę pod spódniczkę i łapiąc mocno za tyłek. Wielkie nieba... Ten mężczyzna nie miał za grosz wstydu, łomotało mi w głowie. Zacisnęłam usta. Zbliżył twarz do mojej twarzy, zanurzył rękę we włosach i nie bacząc na moją zaciętą minę, pocałował mnie.
Nie mogłam mu się oprzeć. Jego usta czule pieściły moje wargi, pomimo ostrych słów, jakie przed chwilą z nich padły. Był w nim taki spokój, że powoli zapominałam o swoim wzburzeniu.
Moje usta miękły z każdą sekundą. Volter przejeżdżał czubkiem języka wzdłuż linii moich zaciśniętych ust, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że nie są już wcale tak bardzo zaciśnięte. Opuściły mnie ostatki zdroworozsądkowych myśli - nie byłabym w stanie wychwycić ich nawet za pomocą teleskopu. W końcu westchnęłam i rozchyliłam wargi, a jego język od razu wsunął się do środka i naparł na moje zęby.
Nie miałam wyboru. Poddałam mu się. Jeszcze mocniej uchyliłam usta, zacisnęłam powieki i wsunęłam dłoń pod białą koszulkę. Chciałam dotykać tych mocnych, umięśnionych pleców. Ciepłej, zdrowej skóry. Przywierałam całym ciałem do jego ciała. Nasze splecione języki wykonywały powolny, sensualny taniec. Drżałam z podniecenia. Uczucia nagromadzone podczas tego ciężkiego, długiego dnia, w końcu znalazły ujście.
Drżałam od stóp do głów. Chwyciłam mężczyznę za włosy. Volter jęknął cicho, uniósł moją łydkę i przycisnął ją do swojego uda, nie przerywając ani na chwilę pocałunku. Następnie wsunął mi dłoń między pośladki. Całowałam go, zdyszana, i jęczałam, i całowałam jeszcze mocniej, wodząc rękami po tym cudownym, dużym męskim ciele. Ocierałam się o twardość, którą czułam na wysokości brzucha...
- Volter? Doris?
Głos zdawał się dobiegać z daleka... stamtąd, gdzie pozostawiliśmy swoje rozumy. Głos Jenni podziałał na Voltera jak kubeł zimnej wody. Volter podniósł głowę. Chyba nigdy nie wyglądał bardziej apetycznie. Zamglone oczy, wilgotne usta, lekko zaczerwienione od mojego błyszczyka. Zmierzwione włosy, podciągnięta koszulka. I ten szybki, niespokojny oddech.
- Jenni. - Volter wytarł usta wierzchem dłoni i próbował zebrać się w sobie. - Wracajmy tam i dokończmy tę pieprzoną kolację.
- Och, czyżby brud przeszedł z moich ust na twoje? - spytałam, z trudem łapiąc oddech.
Nie mogłam znaleźć spinki do włosów. I paru innych rzeczy.
- Chwileczkę! Już idziemy! - krzyknął.
Ujął moją dłoń i przypiął klamrę do moich palców. Nagle poczułam wdzięczność dla otaczającej nas muzyki Enyi. Gdyby nie ona, Jenni musiałaby usłyszeć, co się między nami wydarzyło. Chyba że podeszła do drzwi... Być nie miałam wstydu, ale i tak poczucie winy zaciążyło mi na sercu. Poczułam szczerą nadzieję, że Jenni nas nie zobaczyła. Spojrzałam na Voltera z powrotem zakładającego koszulkę.
- Czy moje usta...?
- Idź się ogarnąć - odparł.
- Ty też - rzuciłam słodko i pospieszyłam do gabinetu.
- Idę do łazienki! - krzyknął Volter.
Moim ciałem wciąż wstrząsały dreszcze, ale głowa zaczynała się powoli uspokajać. A przed nami jeszcze kolacja we troje. Trzymajcie mnie.
Rozdział 7
Siedzieliśmy przy małym stole w kuchni w pozornie miłej atmosferze. Z naciskiem na słowo pozornie.
Wcześniej drżącymi rękami kroiłam papryki, nienaturalnie dźwięcznym głosem chwaliłam zapach sosu i dygotałam raz za razem, gdy Volter przechodził koło mnie, przeciskał się przede mną lub lekko odsuwał na bok, łapiąc za biodra, żeby sięgnąć po pietruszkę. Oczywiście robił to wszystko specjalnie.
Jenni dyrygowała przygotowaniem sosu, ale miałam wrażenie, że jej plecy są jakby bardziej wyprostowane, a głos poważniejszy niż wcześniej. Może to z powodu muzyki. Volter nagle, nie pytając nas o zdanie, zmienił repertuar. Rozbawiło mnie to, ale nie dałam tego po sobie poznać. Akurat leciało coś seksownego, nieco leniwego i chyba amerykańskiego. Jakby... blues? A może country?
Robiliśmy makaron, więc przygotowanie nie trwało długo - choć trzeba przyznać, że sos pomidorowy Jenni zrobiła sama, od początku do końca. Było w nim dużo pysznej gorgonzoli. A kiedy usiedliśmy przy stole, w końcu udało mi się rozpoznać jedną piosenkę. Cocaine.
- Czy to Clapton? Brzmi jakoś inaczej - spytałam, podnosząc wzrok na Voltera. Znów zobaczyłam w jego oczach znajome zielone przebłyski.
- Nie. To J.J. Cale. Autor i pierwszy wykonawca tej piosenki.
Jenni wyprostowała się jeszcze bardziej i przez chwilę żuła w milczeniu. Widać było, że coś ją frapuje. Po chwili rzuciła:
- Nie wydaje się wam, że ta piosenka promuje narkotyki? Nie rozumiem, dlaczego ci się podoba.
Volter przeniósł spojrzenie na Jenni i odpowiedział bez zająknięcia:
- A ja nie rozumiem, dlaczego miałaby mi się nie podobać. Jest świetna. No i fakt, mówi o uzależnieniu od narkotyków. Wokalista bez przerwy powtarza to słowo: cocaine. Mogłoby się wydawać, że się nim zachwyca. Choć, moim zdaniem, to także piosenka o przymusie. Beznadziei. Chorobie. Ale nie martw się, nie mam zamiaru puszczać jej młodym.
Miałam ochotę się uśmiechnąć, ale zachowałam kamienną twarz. Jenni odkaszlnęła i upiła łyk wina.
- No tak, oczywiście... Wcale cię o to nie podejrzewałam... - bąknęła i uśmiechnęła się niezręcznie.
- Przepyszne jedzenie! - próbowałam jakoś rozładować atmosferę.
The sexy things you do... Baby, baby, baby... Wyłapałam słowa następnej piosenki i zerknęłam na Voltera.
Jego oczy lśniły zmysłowo pod ciężkimi, leniwie przymkniętymi powiekami. Pięknie ukształtowane usta powoli przeżuwały jedzenie i jakby się do czegoś przygotowywały. Jak to możliwe, że jedzenie wygląda tak... seksownie? Nagle poczułam bosą stopę Voltera na swojej skórze. Dotykał nią delikatnie wierzchu mojej stopy i palców... jakby od niechcenia okrążał kostki...
Bezwstydny. Bezwstydny, bezwstydny mężczyzna.
- Czy mogłabym dostać przepis? - zaszczebiotałam.
- Znalazłam go w książce kucharskiej. Jeśli chcesz, mogę ci wysłać w wiadomości - odpowiedziała Jenni zimnym, rzeczowym głosem.
Zakręciło mi się w głowie. Wystukałam w telefonie fragmenty tekstu piosenki i imię Cale. Poczułam, jak stopa Voltera wędruje do mojej łydki. Mój oddech zaczął przyspieszać. Wtedy znalazłam ten kawałek.
Ride me high. Tak jak myślałam. Seks w czystej postaci.
Telefon wypadł mi z rąk. A potem, chyba instynktownie, wsunęłam drugą stopę w szeroką nogawkę spodni Voltera. Długimi, powolnymi ruchami głaskałam łydkę tej nogi, która do tej pory nie była zaangażowana w naszą grę. Robiłam to delikatnie, samymi końcami palców. Westchnęłam. Na jego twarzy zakwitł ledwie widoczny uśmiech. Podjechał stopą pomiędzy moje kolana i zaczął gładzić ich wewnętrzną stronę. Upuściłam widelec. Wtedy Jenni wstała.
Podnieśliśmy gwałtownie głowy, jakby wybudzeni z transu. Zrobiło mi się trochę głupio, ale niczego nie żałowałam. Ani trochę.
- Niezbyt dobrze się czuję - oświadczyła. - Chyba już pójdę. Odprowadzisz mnie do przedpokoju, Volterze?
Wbiłam wzrok w talerz. Ze zdziwieniem dostrzegłam, że jest pusty. Tak jak i talerz Jenni.
- Och, a tiramisu? Specjalnie wstąpiłem do cukierni... - wychrypiał Volter takim głosem, jakby całą noc palił cygara i pił whisky.
- Wiesz, jakoś nie mam ochoty.
Jej spokojny głos lekko się załamał. Kiedy odwróciła głowę w stronę korytarza, zauważyłam malujące się na jej twarzy rozczarowanie. I urazę. Zawstydziłam się, ale z drugiej strony nie mogłam powstrzymać rosnącego uczucia triumfu. Volter zabrał stopę z mojej nogi.
- Okej. Poczekaj chwilę.
Mężczyzna pozbierał talerze ze stołu. Kiedy Jenni oznajmiła, że idzie do łazienki, odetchnął z ulgą i wrzucił naczynia do zlewu. Oparł się przodem o blat i rzucił szeptem:
- Marsz do salonu.
Pomimo doboru słów jego głos nie brzmiał nieprzyjaźnie ani gniewnie. Czułam, że Volter mi się poddał. I doskonale wiedziałam, dlaczego odprawia mnie do salonu. Był tak podniecony, że musiał ukryć widoczne zgrubienie przy rozporku. To dlatego oparł się o blat. Najwyraźniej bał się, że znowu zrobię coś nieoczekiwanego. Bez słowa wstałam od stołu i na miękkich nogach poszłam, dokąd mi kazał. Nie mogłam jednak oprzeć się słabości i stanęłam przy drzwiach, żeby podsłuchiwać.
Minęła chwila, nim Jenni wyszła z łazienki. Zaraz potem moich uszu dobiegły strzępki rozmowy.
- ...niekomfortowo, kiedy... mam wrażenie, że ciebie... coś...
- Bardzo mi przykro... dziwna sytuacja... nie chciałem zranić... nie łączy...
Poczułam wzbierającą we mnie złość. Jak to nic nie łączy? Nawet gdybyśmy mieli już nigdy w życiu nie uprawiać seksu, to nie mógł zaprzeczyć, że mnie pragnie. I że zdarzyło mu się pieprzyć mnie przez całą noc. I że praktycznie zmusił mnie do przyjazdu do Turku. Taka relacja nie podpada pod kategorię, którą można by scharakteryzować frazą "nic nas nie łączy".
Część ostatniej wypowiedzi Jenni słyszałam dość dobrze, bo uniosła głos. Za chwilę jednak ponownie go ściszyła.
- Volter... mimo wszystko nie jest małą dziewczynką. A to, jak ty... sam się tym zajmij... pomyśl... nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie, skąd ten strój...
Nie udało mi się wyłapać odpowiedzi Voltera. Odważyłam się zerknąć na korytarz przez uchylone drzwi i zobaczyłam, jak się przytulają. Jenni wyszeptała mu coś do ucha na pożegnanie. Volter popatrzył przed siebie i wtedy mnie przyłapał. Bezczelnie patrzył mi w oczy, wciąż obejmując obróconą tyłem do mnie Jenni. Po chwili zwolnił uścisk.
- Zobaczymy się w środę na spotkaniu? Moglibyśmy... porozmawiać dłużej, jeśli masz ochotę - powiedział.
Jenni wymruczała coś w odpowiedzi. Drzwi wejściowe się otworzyły i za chwilę na powrót zamknęły. Zostaliśmy sami. Moje oczekiwanie zaczęło przeradzać się w zniecierpliwienie. To z kolei zamieniło się w gorączkowe pożądanie, którego nie mogłam długo powstrzymywać. Słyszałam, jak Volter wraca do kuchni. Wciąż stałam w drzwiach do salonu - miałam wrażenie, że moje nogi wrosły w podłogę.
- Możesz już chyba przestać się ukrywać - usłyszałam.
Wolałabym, żeby przyszedł do salonu, w którym panował przyjemny półmrok. Jakoś nie miałam ochoty na rozmowę w jasno oświetlonej kuchni. Volter próbował jednak zachowywać pozory. Kiedy wróciłam do kuchni, zapytał cierpko:
- Zadowolona?
Wciąż dźwięczało mi w uszach to, co powiedział Jenni, że nic nas nie łączy. Dlatego odparłam krnąbrnie:
- A żebyś wiedział!
- Czy odwiedziny Jenni naprawdę były dla ciebie takim koszmarem, że musiałaś...
Głos Voltera był pełen wyrzutu i frustracji, co jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło. Nie miałam zamiaru wypierać się tego, że umyślnie prowokowałam go swoim strojem. Ale mimo wszystko to on mnie pocałował tuż pod nosem Jenni. To on zaczął niegrzeczną zabawę pod stołem. To on włączył muzykę kojarzącą się z niczym innym, jak tylko z gorącym seksem.
- Były. Musiałam - wyszeptałam głosem ostrym jak nóż. W moich oczach płonął ogień. - Nienawidzę cię za to, że tak to wszystko zorganizowałeś. Tuż po tym, kiedy spędziliśmy razem noc! Co z tego, że to była tylko jedna jedyna noc? Nie pomyślałeś, jak będę się czuła, kiedy następnego wieczoru umówisz się z inną? Ach, drogi biskupie! To ty powinieneś się wstydzić!
Gdyby ktokolwiek z moich znajomych był świadkiem tego wybuchu, musiałby uznać, że to nie ja, tylko moja zaginiona siostra bliźniaczka. Albo inna szalona kobieta do złudzenia przypominająca Doris. Bo prawdziwa Doris nie mogła być tak zazdrosna i zraniona. Czułam, że nie jestem sobą, od chwili, kiedy poznałam tego przeklętego mężczyznę.
Zauważyłam, że dotknęły go moje słowa.
- Kto tutaj cokolwiek organizował? Oskarżyłaś mnie o igranie z dwiema kobietami naraz, a kiedy próbowałem naprawić sytuację i postąpić właściwie, wparowałaś tutaj jak...
Myślałam, że eksploduję. Miałam mroczki przed oczami. Wrzasnęłam z całych sił:
- Gdybyś chciał postąpić właściwie, zostawiłbyś mnie w spokoju! Dlaczego nie możesz zostawić mnie w spokoju? Nie trzeba było do mnie dzwonić, a potem zmuszać do patrzenia, jak spędzasz wieczór z uroczą pastorką. Ach, no tak, przecież nas nic nie łączy. Ciekawe tylko, jakim cudem przed kilkoma minutami twoja stopa znalazła się na moim udzie! Potrafisz mi to wyjaśnić?
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Wbił wzrok w podłogę. Opadła na nas zasłona bolesnej ciszy.
- Nie powinienem był tego mówić. Ale to taka delikatna sytuacja i... ja nie planowałem niczego romantycznego...
Z bezsilnej wściekłości gorzko roześmiałam mu się prosto w twarz. Czułam, że dłużej nie wytrzymam. Chciałam coś zniszczyć, zmiażdżyć, potłuc! Ale najbardziej miałam ochotę podejść i go spoliczkować.
Zamiast tego, patrząc na mężczyznę wyzywająco, wzięłam do ręki kieliszek i wlałam sobie jego zawartość do gardła. Następnie uniosłam szkło wysoko i spektakularnie upuściłam je na podłogę, wciąż nie spuszczając wzroku. W chwili gdy szkło uderzyło o podłogę, zapytałam głośno:
- A więc po co to romantyczne światło w salonie? Po co ta kusząca butelka wina?
Zmrużył oczy.
- Przytulna atmosfera nie musi oznaczać tylko jednego.
- Przestań w końcu kłamać! Bez przerwy wszystkich okłamujesz: mnie, Jenni i samego siebie. I Tarję! Kto wie kogo jeszcze!
Przełknął ślinę i zamknął oczy. Kiedy je otworzył, trzymałam już w rękach garnek z makaronem. Zanim się zorientował, co mam zamiar zrobić, zdążyłam obrócić garnek do góry nogami. Tagliatelle z pomidorami i serem pacnęły na ziemię, a garnek odbił się od podłogi z głośnym hukiem. Kopnęłam go z całej siły. Kiedy złapałam dzbanek z wodą, Volter zdążył już otrząsnąć się ze zdumienia i podszedł do mnie.
- Ty to posprzątasz - wycedził.
- Nie! A wiesz dlaczego? Bo ten bajzel to metafora sytuacji, w którą nas uwikłałeś. I którą ty sam powinieneś naprawić!
Oblałam go resztką wody i upuściłam dzbanek na podłogę.
- O kur...! - krzyknął Volter, unosząc jedną nogę.
Wyglądało na to, że dzbanek trafił go w palec. Nie byłam pewna. Wiedziałam za to, że Volter miał w oczach błyskawice. Zbliżył się do mnie, złapał za biodra i z łatwością posadził na blacie kuchennym. Odchyliłam się ze zdziwieniem, ale on od razu objął mnie jedną ręką i przyciskając palce do mojego karku, przyciągnął do siebie.
Jego druga ręka wylądowała na moim kolanie i szarpnęła. Rozszerzyłam uda i pozwoliłam mu zbliżyć się jeszcze bardziej. Chciałam zerwać z niego tę białą mokrą koszulkę. Pomógł mi i sam się rozebrał. Wtedy zaczęłam wyrzucać z siebie całą wściekłość, bijąc go w ten wielki, męski, całkowicie nagi tors. Za chwilę mężczyzna przyciągnął mnie do siebie tak mocno, że moja twarz wcisnęła się w jego szyję. Jedna ręka znów powędrowała do moich bioder, podczas gdy druga wciąż przytrzymywała mnie za szyję. Po chwili zaczął podciągać króciutką spódniczkę i wymamrotał:
- Kupiłaś to dzisiaj. Specjalnie.
- To prawda - przyznałam.
- Myślisz, że potrzebujesz takich fatałaszków, żeby doprowadzić mnie do szaleństwa?
Zamknęłam oczy i całowałam słodką, czystą skórę mężczyzny.
- Nie mogłam przecież wejść nago. Zresztą... chyba podziałało.
Volter się roześmiał i zadarł spódniczkę do końca. Wbiłam paznokcie w jego plecy. Poczułam, jak wsuwa palce w moje majtki... Uniósł mnie na sekundę i szybkim, wprawnym ruchem ściągnął je ze mnie. Bielizna wylądowała na podłodze, tuż obok makaronu i odłamków szkła.
- Masz zamiar przelecieć mnie tu i teraz? - zapytałam podniecona.
Byłam już taka mokra... Siedziałam na blacie z rozłożonymi nogami, bez majtek, i mimowolnie ocierałam się o napierające na mnie krocze Voltera. Materiał spodni był miękki i delikatny, ale to, co skrywał, było jego zupełnym przeciwieństwem.
- Właśnie to mam zamiar zrobić. Taka kara spotyka niegrzeczne dziewczynki - odrzekł i jednym mocnym ruchem ściągnął mi top do dołu, aż do pasa.
- I kto tu niby jest niegrzeczny... - odparłam. Chciałam dodać coś więcej, ale nie byłam w stanie, kiedy poczułam jego dłoń na swoim brzuchu. Odchylił się nieco, żeby na mnie popatrzeć. Zobaczył moje błyszczące od żądzy oczy, lekko przygryzione, nabrzmiałe usta i piersi, które z powodu podniecenia sprawiały wrażenie przynajmniej o rozmiar większych. Jego ręka powędrowała właśnie do nich. Lekko pieścił moje sutki, tak że z moich ust wydobył się mimowolny jęk. Wtedy zaczął powoli zsuwać dłoń po moim ciele, aż w końcu zatrzymał się na cipce.
- Dlaczego wszystko zgoliłaś? - zapytał odurzony.
Pieścił delikatnymi ruchami wilgotne fałdki, ślizgał się po nich, drażnił łechtaczkę, ale nie wkładał palców do środka. Odchyliłam głowę. Chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie.
- Tak jest lepiej... Seks oralny...
Volter przygryzł usta, kiedy jego palec skupił się na wewnętrznych wargach sromowych. Były tak bezwstydnie wilgotne. Poczułam nagłą rozkosz wybuchającą w cipce jak bomba i rozchodzącą się po całym ciele niczym rakiety. Pocałowałam go łapczywie w usta i przygryzłam dolną wargę.
- A czy teraz nie jest ci wyjątkowo dobrze?
- Cudownie. Lepiej... Lepiej niż kiedykolwiek - westchnęłam i zacisnęłam uda na jego biodrach.
- Lepiej niż podczas sabotowania dzisiejszego wieczoru? - szepnął mi do ucha.
- Tak - jęknęłam. - Ale nie byłoby mnie teraz tutaj... gdybym nie spróbowała - dodałam.
Volter się roześmiał.
- Masz rację. Byłabyś za to w moim łóżku.
Niespodziewane wyznanie sprawiło, że z mojej głowy uleciała wszelka zdolność logicznego myślenia. Mężczyzna przycisnął mnie do siebie tak, że nasze ciała stały się jednym. Wdychałam jego zapach. Poczułam wielkiego penisa przejeżdżającego pomiędzy moimi pośladkami. Drażnił nim wejście do cipki. Myślałam, że oszaleję. Byłam taka gotowa! Miałam wrażenie, że czuję na sobie dotyk anioła.
- Nie rozumiem tego... Nie rozumiem, dlaczego... - zaczął Volter niepewnie, ale nie dokończył zdania.
Oddychał ciężko. Złapał mnie za drugie udo, przycisnął ramieniem do siebie i wepchnął we mnie swojego kutasa. Mocno i szybko. Z jego ust wydobył się charczący, nieokiełznany odgłos. Czułam, jak moja cipka się zaciska. Wydawałam z siebie niekontrolowane okrzyki. Podniosłam głowę, żeby na niego spojrzeć.
Wyglądał jak dzikie zwierzę. Twarz zastygła mu w nieokrzesanym grymasie. Zaciskał zęby... Z oczu strzelały mu iskry. Nie zatrzymał się ani na chwilę, żeby mnie wygodniej posadzić, pogłaskać, o coś zapytać. Nie musiał. Objął mnie za to silnym uściskiem i wczepił palce we włosy. Kiedy mnie pieprzył, robił to szybko, gniewnie, opętańczo. Właśnie tak, jak tego pragnęłam. Tak, jak potrzebowałam.
Z głębi mych trzewi wydobyło się długie, przepełnione ulgą westchnięcie. Odbiło się echem w całej kuchni. Moje łydki okrążały jego ciało... Nie mogłam oderwać wzroku od jego szarych oczu. Nie było w nich nic oprócz pierwotnej żądzy i zwierzęcego przymusu. Złapałam go za ciemnoszare włosy, zawisłam na jego ciele i zamknęłam powieki. Każde pchnięcie przybliżało moje ciało do niebiańskiego szczytowania i sprawiało, że żądałam więcej. Jęcząc, błagając, krzycząc. Wpijałam się w jego plecy. Nie byłam w stanie nic powiedzieć.
Ciekło już ze mnie tak, że czułam soki spływające po pośladkach.
- Kontroluj tę swoją małą cipkę! - wycharczał.
Kręciło mi się w głowie od tego wszystkiego, co się wydarzyło od rana. Nagle zaczęło mi się wydawać, że Volter nie jest żadnym duchownym, tylko diabłem wcielonym. Kolejne pchnięcia sprawiały, że odpływałam coraz dalej od rzeczywistości, krzycząc tak, jakby obdzierano mnie ze skóry.
Moja cipka zaciskała się na wielkim kutasie i doiła go jak opętana. Czułam, jak przechodzą mnie dreszcze po same koniuszki palców. Orgazm zrzucał gniewne bomby na całe ciało. Omiotła mnie mgła rozkoszy, w której chciałam się zatopić i usnąć. Moja głowa opadła na jego szyję. Czułam, jak po policzkach spływają mi łzy. Kompletnie się rozkleiłam. Poczułam, jak Volter przyciska mnie do siebie z całych sił, jak jeszcze mocniej ciągnie mnie za włosy.
Poczułam jego usta na swoich ustach - słodki, gniewny pocałunek sprawił, że zaczęłam płakać jeszcze mocniej niż przedtem. Zabrał mnie dokądś, chyba do sypialni. Traciłam kontakt z rzeczywistością. Równie dobrze moglibyśmy poruszać się w zaczarowanym labiryncie. Jednak kiedy położył mnie na swoim łóżku, wiedziałam doskonale, że znalazłam się w miejscu, którego nigdy w życiu nie chciałabym opuścić.
Położył się na mnie. Poczułam jego oddech na policzku. Ciężar wielkiego ciała przygniatał mnie rozkosznie. On także drżał. Po jakimś czasie zszedł ze mnie i ułożył się na boku. Przyciągnął mnie do siebie. Pogładziłam jego policzek i oplotłam go udami. W mojej głowie pojawiło się pytanie, które musiałam zadać.
- Czy przespałeś się już z Jenni? - Na pewno wyczuł w moim głosie zazdrość. Roześmiał się.
- Nie. Przecież znasz moje zasady.
- Zasady? A czy przypadkiem w ostatnich dniach nie ustaliłeś żadnych nowych?
- Jeśli już, to tylko z twojego powodu.
Kolejne pytanie nie dawało mi spokoju. Musiałam je zadać.
- Jest ci wstyd?
Głębokie westchnięcie.
- Chyba powinno. Myślałem, że jedna noc rozwiąże problem. Wmawiałem sobie, że potem będę w stanie utrzymywać z tobą relacje o charakterze wyłącznie platonicznym. Powinienem jednak zdać sobie sprawę już dzisiaj rano, że to niemożliwe. Groziłem ci. To nie w moim stylu. Ale chyba bardziej wstyd mi za to, co mi wytknęłaś. Nie powinienem był zapraszać Jenni. Nie w takich okolicznościach.
Odsunęłam się trochę, po czym pochyliłam głowę i pocałowałam jego piękne, pełne usta. Volter mnie przyciągnął i posadził na sobie. Kiedy siadałam na nim okrakiem, spostrzegłam, że w coś się intensywnie wpatruje. Na ścianie wisiał duży krucyfiks. Wyglądał na zabytkowy i z pewnością został kupiony gdzieś za granicą. Na twarzy Voltera malowała się niepewność. Powiedział powoli, nie odrywając wzroku od ukrzyżowanego Jezusa:
- Nie wstydzę się tego, że uprawiam seks. Wstyd mi jednak za to, jak zachowuję się w twojej obecności. Robię rzeczy, których nie powinienem robić i które są zupełnie nie w moim stylu. Na przykład ten pocałunek przed kolacją. Albo dobór muzyki. I to, jak do ciebie mówiłem, kiedy się kochaliśmy. Jakbym... nie był sobą.
Czułam dokładnie to samo. Też miałam wrażenie, że dzieje się ze mną coś dziwnego.
- Może jakiś czart próbuje cię zwieść na manowce? Tam, w kuchni, było w tobie coś diabolicznego - zażartowałam.
Wcale się nie uśmiechnął.
- Mam nadzieję, że to nie to - odrzekł z powagą. - Bo jeśli tak, to marny ze mnie przykład walki ze złem. Zresztą ja przecież nawet nie walczę. Tylko udaję.
Volter znów popatrzył na krucyfiks. Wyglądał na tak zafrasowanego, że próbowałam odwołać swój nietrafiony żart.
- Podobało mi się to. Ten pocałunek przeniósł mnie w inny świat. A muzyka i flirt... dzięki nim poczułam się wyjątkowa. I to, jak do mnie mówiłeś... Kocham to - wyszeptałam cicho tuż przy jego ustach.
Nic nie odpowiedział. Pocałował mnie za to powoli, jakby niepewnie. Delikatnie gładził mnie po plecach.
- Przy tobie jestem nieostrożny - powiedział cicho.
- To dobrze. Może to zdrowa odmiana? Ja lubię być nieostrożna - westchnęłam, po czym dodałam, przepełniona nadzieją pomieszaną z lękiem: - Ile kobiet spało w tym łóżku?
Zaśmiał się cierpko.
- Ani jedna. Kupiłem je parę lat temu na aukcji we Włoszech.
- Z kimś wtedy randkowałeś?
- Tak.
Patrzył na mnie poważnie. Przełożył mnie z powrotem na bok i ujął moje dłonie.
- Doris.
- Tak? - zapytałam, przeczuwając, że za chwilę powie coś smutnego.
- Może moglibyśmy spróbować, ale... wiara jest w moim życiu najważniejsza. I ciężko pracowałem, żeby być tu, gdzie jestem. Może źle to zabrzmi, jednak czuję, że ucieleśniam inne pokolenie, inny sposób myślenia niż wielu starszych ode mnie pastorów i biskupów. Może to znów próżność. Ale czuję, że w wielu sprawach to ja mam rację. Ludzie do mnie przychodzą, chcą ze mną rozmawiać. Wiedzą, że ich zrozumiem.
- Tak... - nie zdołałam odrzec nic więcej.
Wiedziałam, co powie. Ścisnął moje dłonie i patrzył na mnie tak intensywnie, że zielone punkciki w jego oczach zdawały się błyszczeć.
- Świadomie robię różne rzeczy, które wstrząsają Kościołem, ale przecież nie chodzi mi o to, by go wyburzyć. Chcę jedynie mieć na niego wpływ. Za to ty... Ty wpływasz na mnie, i to tak bardzo, że nie mogę sobie z tym poradzić. Może dlatego zaprosiłem tutaj Jenni. Chciałem w końcu zdać sobie sprawę, że jej towarzystwo jest dla mnie dobre. Że obudzę się z tego dziwnego... szaleństwa. Jednak, jak widać, to nie takie proste. Co mam więc zrobić? Gdybym się teraz z tobą związał, zostałbym skazany bez sądu. Nie należysz do Kościoła, nie jesteś chrześcijanką, no i twoje zwyczaje... Nie są tajemnicą.
- Jakie zwyczaje? - Nie potrafiłam chyba ukryć przerażenia.
Czy on wiedział o rzucaniu gównem?
- Cóż, jesteś znana z bogatego życia seksualnego. Uprawiałaś seks z kilkoma pracownikami mojego wydziału. Otwarcie kpisz z instytucji małżeństwa. Rozgłaszasz, że problem przeludnienia świata mógłby zostać rozwiązany poprzez sterylizację kobiet i zaprzestanie rozmnażania. Że zwolnienie Kościoła z obowiązku odprowadzania podatku dochodowego powinno zostać zniesione. Że wierzący irytują, bo uważają się za lepszych od innych.
Bezradnie otworzyłam usta. Wszystko to było zgodne prawdą. Nic dziwnego, że wszyscy wiedzieli o moim wybujałym życiu erotycznym, skoro ciągle o nim opowiadałam - zwłaszcza pod wpływem alkoholu. Zresztą, na trzeźwo także. Ale jeśli chodzi o te przytoczone poglądy, to nie wygłaszałam ich publicznie już od paru lat.
- Kto...
- Jeden proboszcz i jeden ksiądz mi opowiedzieli. Nie wypytywałem o ciebie, dopóki nie napisałaś do mnie w sprawie pracy magisterskiej. Sama widzisz, jak bardzo się od siebie różnimy.
Chciałam powiedzieć coś na swoja obronę. Nie miałam zamiaru kłamać, zwłaszcza że karty już zostały rozdane.
- Niektórzy wierzący naprawdę uważają się za lepszych od innych. Oczywiście nie wszyscy. Ale niektórzy tak. Podobnie jak zwolennicy różnych partii twierdzą czasem, że tylko oni mają rację. Jeśli zaś chodzi o opodatkowanie, to wiem, że Kościół robi wiele dobrego dla ludzi w trudnej sytuacji materialnej, i trochę złagodziłam swój pogląd na tę kwestię. Zmieniłam też zdanie na temat małżeństwa i posiadania dzieci. Zrozumiałam, że właśnie to prawdziwie uszczęśliwia ludzi. Miłość i dzieci. Zrozumiałam, że przemawiała przeze mnie zazdrość.
Wiedziałam, że nie ma już dla mnie nadziei, ale podniosłam wzrok na Voltera i powiedziałam poważnie:
- Dołączę do Kościoła. Może nie jestem przekonana, że wiara chrześcijańska jest tą jedyną właściwą, ale...
- To nie o to chodzi. Nie chcę, żebyś dołączyła do Kościoła bez prawdziwego przekonania o słuszności swojej decyzji. Chodzi raczej o to, jak bym wyglądał, gdybym nagle zaczął pokazywać się z tobą publicznie. Być może zaprzepaściłbym w ten sposób szansę na osiągnięcie celów, do których dążę w Kościele.
Miałam wrażenie, że usta wypełniają mi się kwasem, kiedy odrzekłam:
- Już zacząłeś.
Obrócił mnie na plecy, a potem na drugi bok. Przytulił się do mnie od tyłu.
- Rozumiesz mnie? - wyszeptał, chowając twarz w moich włosach.
Tak bardzo chciało mi się płakać. Przełknęłam łzy i odpowiedziałam:
- Tak... Ale... Daj mi chociaż kilka dni.
- Dam ci tyle czasu, ile potrzeba, bym kierował twoją pracą. Może tak naprawdę łączy nas tylko fizyczny pociąg, który się wypali...
- Nie - odpowiedziałam z niezbitą pewnością.
Głosem godnym kogoś, kto właśnie się nawrócił.
- Możliwe, że jednak tak. A gdyby nawet tak nie było, to i tak brakuje między nami równowagi... A to sprawia, że czuję się przy tobie pijany. Nie panuję nad tym, co robię i mówię...
Zamknęłam oczy i wyszeptałam:
- Przepraszam, że jest mi z tym tak dobrze. Tak dobrze. Mimo braku... równowagi.
***
Następnego ranka uśmiechnęłam się do siebie, kiedy tuż po otwarciu oczu ujrzałam śpiącego mężczyznę. Z przyjemnością gładziłam palcami jego klatkę piersiową i pozwoliłam łydce przesuwać się leniwie po jego udzie.
Może Volter myślał, że jedyną receptą na wyleczenie się ze mnie jest po prostu zaspokajanie żądzy, aż do skutku? Przez chwilę rozkoszowałam się tą myślą, ale zaraz pojawił się w mojej głowie cichy, cyniczny głos rozsądku. Ostro rozerwał cieplutką, słodką banieczkę, w której było mi tak dobrze. Całkiem możliwe, że ma rację.
Poczułam, jak zaciska mi się gardło. Może naprawdę uda mu się ze mnie wyleczyć. Kto wie, może nawet wcześniej, niż przewidywał? Może będzie miał mnie dość, zanim skończymy pracę nad moją magisterką? Przecież to, że byłam tak zadziwiająca pewna trwałości swoich uczuć, wcale nie oznaczało, że i on doświadczał tego samego.
Może była to kara dla mnie przygotowana przez jakąś istotę wyższą?
Przypomniałam sobie kilku mężczyzn, którzy próbowali utrzymywać ze mną dłuższą relację po spędzeniu razem jednej nocy. Jacy wydawali mi się żałośni. Nie byłam dla nich zbyt miła. Nigdy żadnego celowo nie obraziłam, ale kiedy telefony, wiadomości i zaproszenia na randki stawały się zbyt upierdliwe, wprost oznajmiałam, co myślę o spotykaniu się na poważnie.
Spanikowałam i poczułam, że muszę obudzić Voltera. Pogładziłam szorstki od zarostu policzek, wpatrywałam się wyczekująco w zamknięte oczy i w końcu go pocałowałam. Najpierw w policzek, potem w usta.
Mężczyzna poruszył się i powoli rozchylił powieki i wargi.
- Łasa z ciebie dziewczynka - szepnął z uśmiechem, wciąż zaspany, i delikatnie ścisnął moją pierś.
Poczułam ulgę. Volter wsunął kolana między moje uda i wyszeptał mi coś do ucha. Coś jakby jedyna? A może raczej jeszcze raz? Chciałam ustalić, co powiedział, ale kiedy usta Voltera przybliżyły się do moich, a jego ręka zaczęła przesuwać się po moim udzie, semantyka wydała mi się nagle o wiele mniej istotna.
Wodził ustami po moim ciele i robił to inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Niemal z czcią. Wsunął język w moje krocze i pieścił piersi dłońmi, a kiedy bezradnie jęknęłam i pociągnęłam go delikatnie za ciemnoszare włosy, wstał i wszedł we mnie tak czule, że połączyły się nie tylko nasze ciała, ale i dusze.
Wstrząsały mną dreszcze, gdy pożądanie, miłość i smutek połączyły się w jedno. Przywarłam całym ciałem do Voltera i wypowiedziałam słowa, które nigdy nie powinny paść. Wystrzeliły jednak z moich ust, nieproszone - słowa z książki, którą czytałam tylko wtedy, gdy wymagały tego ode mnie studia.
Miłość bowiem jest mocna jak śmierć, namiętność nieugięta niczym świat umarłych. Jej żar to żar ognia, to płomień Pana. Wielkie wody nie ugaszą miłości ani strumienie jej nie zaleją.
Z głębi moich trzewi wydobył się płytki, mroczny, zduszony krzyk. Miałam wrażenie, że oplata mnie jakaś sieć, która zaciska się i uniemożliwia oddychanie. Orgazm spłynął na mnie z siłą wodospadu. Zalała mnie fala spełnienia. Nigdy wcześniej nie czułam takiej jedności z drugą osobą i tego czegoś... o czym wiedziałam, że istnieje, ale czego nie potrafiłam doświadczyć. Moje ciało tańczyło jeszcze chwilę pod ciałem Voltera, domagając się odpowiedzi.
W końcu ją otrzymało. Volter gwałtownie wytrysnął we mnie, jedną ręką ściskając moje udo, a drugą włosy. Jego długi krzyk ślizgał się i wirował po pokoju, aż przeobraził się w głośne westchnienie. Poczułam wilgoć na policzkach, a potem na szyi, gdy Volter przycisnął do niej twarz. Wtedy zrozumiałam, że z nas dwojga to on był bardziej zagubiony.
Kiedy otrząsnął się z pierwszego szoku, obrócił się do mnie i próbując potajemnie otrzeć łzy, powiedział ochryple:
- Może powinniśmy się zająć twoją pracą magisterską. Jutro nie będę miał czasu.
Pierwszy raz w życiu uprawiałam seks z miłości i próbowałam się po tym pozbierać. W przeciwieństwie do Voltera wcale nie starałam się ukryć łez.
- Dobrze, zajmiemy się magisterką, a jutro pójdziesz do pracy. Ale nic nie zmieni faktu, że właśnie się ze mną kochałeś.
Odwróciłam głowę i popatrzyłam w jego wilgotne oczy i usta, które chyba chciały coś powiedzieć.
- Przestań - poprosił zduszonym głosem.
Przesunęłam spojrzenie na krucyfiks.
- Nie będę tego powtarzać. Ale jeśli ten symbol na ścianie coś dla ciebie znaczy, to nie możesz się dłużej oszukiwać. Bo ten gość naprawdę wiedział, czym jest miłość. Jeśli była tylko jedna rzecz, na której się znał, to była to właśnie miłość. Po prostu.
Rozdział 8
Poszłam do łazienki. Kiedy zakręcałam wodę pod prysznicem, Volter wciąż jeszcze leżał w łóżku. Miałam nadzieję, że do mnie dołączy i przynajmniej przytuli, ale nie zrobił tego. Dałam mu na to całkiem sporo czasu. Wystarczy.
Opatuliłam się dużym, czarnym ręcznikiem. Kiedy ubierałam się w gabinecie, usłyszałam dźwięk puszczanej wody. Poczułam chęć ucieczki, tak jak ostatnio. Zostałam jednak. Przynajmniej na razie. Stwierdziłam, że skoro tu jestem, powinnam skorzystać przynajmniej z jego pomocy w pisaniu pracy. Chciałam też przed odejściem powiedzieć mu kilka słów, które przyszły mi do głowy, kiedy stałam pod prysznicem.
Właśnie wlewałam sobie kawy do dużego kubka, kiedy usłyszałam za sobą kroki Voltera. Spokojnie dolałam mleka. Nie żałowałam też cukru. Nie dzisiaj.
- Na co masz ochotę? - zapytał grzecznie. Otworzył szafkę i zaczął wyliczać: - Mam płatki, chleb, w lodówce jest jogurt...
- Nie jestem głodna.
Dopiero teraz omiotłam podłogę wzrokiem i zdałam sobie sprawę, że cały wczorajszy bałagan zniknął. Volter musiał tutaj posprzątać w nocy albo nad ranem. Sprzątnął swój bajzel.
- A może lubisz owsiankę?
- Nie. Poza tym zwykle nie jem śniadania - odparłam.
- Mówi się, że to niezdrowo - mruknął.
- Podobno. Co nie zmienia faktu, że jestem zdrowa jak ryba. Nie obchodzi mnie zbytnio, co się mówi. - Przytyk w jego stronę wyrwał mi się jakoś nieplanowanie.
Czułam, że gromadzi się we mnie uraza i niezadowolenie, które trudno było mi zatrzymać dla siebie. Zerknęłam na Voltera. Wydawał się bardzo zmęczony. Pewnie w dużej mierze dlatego, że nie pospaliśmy zbyt długo - znowu. Ale odbijające się na jego twarzy i w ruchach wyczerpanie musiało wynikać z czegoś jeszcze. Nie mogło być spowodowane jedynie dwiema nocami przepełnionymi boskim seksem. Zbliżył dłoń do twarzy i przetarł oczy.
- Próbowałem wczoraj wyjaśnić...
- A ja cię wysłuchałam. Cóż mogę ci powiedzieć? Rozumiem - odpowiedziałam spokojnie. Spokoju jednak nie czułam. - Usiądę już do komputera. Smacznego.
Dość szybko udało mi się dobrze wejść w rytm pracy. Jakieś pół godziny później Volter do mnie dołączył. Z trudem powstrzymywałam się, by co chwilę na niego nie zerkać. Miał na sobie jasne dżinsy i biały podkoszulek bez rękawów. Wyglądał bardzo seksownie. Ubrania wspaniale opinały jego umięśnione ciało. Wydawało mi się, że od czasu do czasu on też mi się przyglądał. Czułam na sobie jego wzrok. Na twarzy, szyi, piersiach. Wszędzie. Nawet na palcach.
Zadawałam mu rzeczowe pytania, a on odpowiadał jak automat. Rozmawialiśmy o historii Biblii, różnicach w tłumaczeniach, wyborach tekstów...
- Do dziś uważa się, że związek małżeński przedstawia się w Biblii jako idealny sposób na życie. Prawda jest jednak taka, że jest tam również wiele fragmentów reprezentujących nieco inny punkt widzenia. Niektóre dałoby się zinterpretować tak, że małżeństwa należy unikać. Jeśli chciałabyś znaleźć w Biblii jedno stanowisko na temat tego, w jaki sposób człowiek powinien realizować swoje potrzeby seksualne, to, niestety, będziesz skazana na porażkę - stwierdził na koniec. - Mogłabyś napisać o tym we wstępie - poradził i wziął Biblię do ręki.
- Oczywiście zamierzałam napisać o idei małżeństwa przedstawianej w Piśmie Świętym, ale... no cóż, nie jestem może najlotniejszą studentką. Oczywiście mam jakąś wzmiankę o poligamii, ale jeśli jest coś jeszcze...
- Przede wszystkim musisz w swojej pracy podkreślić to, że teksty, które weszły w skład Biblii, były pisane w różnych czasach i w różnych kontekstach kulturowych. Spróbuj dobrze to ująć. Zerknę później na te fragmenty i ci doradzę - powiedział Volter nieco cieplejszym głosem.
Spojrzałam na zegarek. Nie zdawałam sobie sprawy, że prowadziliśmy tę grzeczną, kontrolowaną rozmowę już od czterech godzin. W kuchni poczułam, że Volter jakby zamknął się w sobie. Bez trudu ciągnął jednak dyskusję dotyczącą moich badań. Pomyślałam, że był naprawdę wyjątkową osobą. Potrafił odłożyć swoje uczucia na bok i w mig wejść w konkretną rolę. Dlatego był takim dobrym pastorem. A teraz na dodatek promotorem mojej pracy magisterskiej.
Zapisałam pliki, w których robiłam notatki, i zamknęłam komputer. To by było na tyle.
- Zrobiło się późno - rzekłam cicho.
- Może pójdziemy coś zjeść? Ja zapraszam.
- Chyba będzie lepiej, jeśli wrócę do domu - powiedziałam łamiącym się głosem.
- Doris, nie musisz jeszcze wyjeżdżać. Wiesz o tym.
- Wiem. Ale chyba nie mam dziś na to siły.
Zapadła niezręczna cisza. W końcu przerwał ją Volter:
- Wiesz, jak nazywa się po angielsku goniec w szachach?
Zdziwiła mnie ta zmiana tematu. Volter wbijał wzrok w trzymaną w rękach Biblię, a kiedy nie odpowiadałam, powiedział głucho:
- Bishop. Biskup. Nie jest to jakoś wyjątkowo silna figura. Porusza się tylko po skosie...
Nie rozumiałam, co chce przez to powiedzieć, ale wyczytałam z jego twarzy, że nie ma zbyt optymistycznych przemyśleń.
- Znam ruchy gońca - odparłam.
- Pomyśl tylko, Doris. Nawet najzwyklejszy pionek, najmniej warta figura na całej szachownicy, może czasem zagrozić królowej. Królowej, która może się poruszać, gdzie chce. Najpotężniejszej figurze. Ale nie goniec. To ja nim jestem, Doris. A ty jesteś królową. Zakres ruchów dozwolonych dla mnie jest o wiele mniejszy niż tych, które przysługują tobie. Tobie i innym.
- Nie grywam w szachy, ale wiem, że wymagają logicznego myślenia. Coś w sam raz dla polityka takiego jak ty.
- Nie jestem politykiem, jestem...
- Biskupem - dokończyłam ostro. - Jednak sposób, w jaki stawiasz sprawy, nadawałby się do przemówienia politycznego. Skoro jestem królową, to wychodzę. Wracam do domu.
Volter wstał szybko i stanął przy drzwiach, co oznaczało, że musiałam się z nim minąć.
- Nie wychodź w złości tak jak ostatnio. Proszę.
Wbiłam wzrok w starą drewnianą podłogę i odetchnęłam głęboko.
- Nie jestem zła. Jestem nieszczęśliwa. Nieszczęśliwa i przerażona. Boję się, że odtrącisz mnie tylko dlatego, że w oczach twoich kościelnych znajomych coś jest ze mną nie tak. Chociaż wiedzą na mój temat tak niewiele. Zresztą, przecież tu nawet nie o mnie chodzi, tylko o twoje priorytety.
Ostatnie słowa zabrzmiały gorzko. Widziałam, jak Volter drgnął na dźwięk słowa "priorytety". Odszedł od drzwi, pobladły, i powiedział:
- Z nikim innym nie przeżyłem tego, co z tobą.
- Wiem - odrzekłam. Nie zdołałam powiedzieć nic więcej.
***
Nigdy wcześniej nie wpadła z takim zapałem w ferwor nauki. Całe dnie spędzałam w bibliotece, wyciszony telefon trzymając w plecaku. Odnajdowałam jakąś perwersyjną przyjemność w tych lekkich torturach. Ja, zwykle pozbawiona przesadnej samokontroli, uczyłam się jej w chwili przeżywania największej tragedii mojego życia.
Bo tym właśnie był dla mnie Volter. Świątynia Kryszny i moi żałośni rodzice nawet nie mogli się z nim równać. Płakałam ze wstydu każdej nocy, czytając wiadomości od Voltera. W ciągu dnia zużywałam ogromne pokłady silnej woli, aby ich nie otwierać. Nie było w tych wiadomościach nic ciekawego. Tylko literatura źródłowa, pytania związane z tytułem mojej pracy magisterskiej i zaledwie od czasu do czasu rzucone: Co u ciebie?
Kiedy na początku tygodnia Volter zasugerował, żebyśmy spotkali się ponownie w weekend, stwierdziłam, że nie jestem jeszcze na to gotowa. Wiedziałam, że po pewnym czasie uda mi się przyjąć rolę wyłącznie studentki, jeśli będzie to jedyna szansa na spotkanie z Volterem. Potrzebowałam jednak trochę więcej czasu po tym wszystkim, co się wydarzyło. Okłamałam Voltera, że w weekend odwiedza mnie przyjaciółka. Pomyślałam, że przecież on okłamuje mnie o wiele bardziej niż ja jego, więc moje własne legowisko nie było wielkim grzechem. Odpowiedź zajęła mu dwie godziny.
Może w takim razie porozmawiamy online?
Odpisałam, że mam już bardzo dużo planów i że chciałabym mieć też czas na przeczytanie ostatniej wersji mojej pracy magisterskiej i przemyślenie, czego jeszcze w niej brakuje. Zastanawiałam się, czy nie zaprosić mojej przyjaciółki Heli na piwo. A może powinnam umówić się z jakimś facetem? Albo zaprosić kogoś do siebie? Zrezygnowałam jednak z pomysłu uprawiania przygodnego seksu, bo na samą myśl o tym przebiegł mi po plecach dreszcz obrzydzenia. Może kiedyś przyjdzie czas i na to...
Heli z radością przyjęła zaproszenie na piwko. Ustaliłyśmy, że wpadnie po mnie około szóstej i razem pójdziemy do baru. Odetchnęłam z ulgą - przynajmniej jedna noc upłynie w przyjemnym gwarze, z dala od uporczywych myśli o Volterze.
Kiedy w piątek wróciłam do domu z biblioteki, postanowiłam ubrać się tak, by wyglądać wyjątkowo atrakcyjnie. Równie atrakcyjnie jak w czarnej skórzanej mini. Tej nie byłam jednak w stanie włożyć.
Kto wie, może spotkam dziś kogoś, kto zastąpi mi Voltera? Nigdy nie wierzyłam, że każdy człowiek ma gdzieś na świecie swoją drugą połówkę. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że Volter nie jest moją jedyną opcją. A już na pewno nie najlepszą. Muszę o tym pamiętać - pomyślałam.
Oczywiście nie nastawiałam się, że akurat tego wieczoru poznam kogoś interesującego, ale mogłem przynajmniej spróbować poflirtować. Byłam tak przybita, że niewinny flirt może postawiłby mnie na nogi. Piwo lub wino, flirt i babskie rozmowy. Wieczór zapowiadał się świetnie.
Nie mogłam się go doczekać, więc przygotowania rozpoczęłam już o piątej. Postanowiłam zostawić rozpuszczone włosy. Wysuszyłam je, żeby pięknie opadały mi na łopatki. Potem włożyłam czerwoną minispódniczkę. Nie była aż tak krótka jak mój nowy niebieski nabytek, ale równie ładnie podkreślała kształty i kokieteryjnie odsłaniała uda. Na górę włożyłam kupiony w Turku odważny czerwony stanik, a na to szyfonową koszulę bez rękawów. Po obu stronach miała ładne falbanki i była lekko prześwitująca. Wyglądało to bardzo kusząco.
Pomyślałam, że jeśli wypiję wystarczająco dużo, z łatwością zaciągnę kogoś do łóżka. Wiedziałam, że seks po pijaku nie był najlepszym pomysłem, ale może... Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Ktoś naciskał go uparcie. Raz, drugi, trzeci... Czyżby Heli coś się stało? A może już jest podpita? Podeszłam z uśmiechem, żeby otworzyć.
- Co ty, do cholery...
Głos uwiązł mi w gardle, kiedy w drzwiach zobaczyłam Voltera. Wszedł pewnie do środka i zamknął za sobą. Włosy w nieładzie, ciemnozielona tweedowa marynarka, czarna koszulka polo pod spodem... Ciemnozielone spodnie. Wyglądał jak akademicki bóg seksu.
Bardzo podniecająco. Bardzo.
Spojrzałam mu w oczy. Były zmęczone. Na szczęce miał widoczny zarost, jakby od kilku dni nie zawracał sobie głowy goleniem. Zaciśnięte ze złości usta układały się w cieniutką linię.
- No i gdzie ta twoja przyjaciółka? Chyba nie wysłałaś jej samej na miasto?
- Skąd znasz mój adres? - zapytałam ostro.
- Myślisz, że znalezienie twojego adresu stanowiło dla mnie jakikolwiek problem?
- To moje poufne dane. Jeśli to Tarja, to...
- Jestem twoim promotorem. Może chciałem wysłać ci coś pocztą? Na przykład jakąś książkę. Wystarczyło powiedzieć, że akurat nie odbierasz telefonu. Co zresztą jest prawdą! No, gdzie ta koleżanka? - dopytywał Volter, rozglądając się po mojej malutkiej kawalerce.
Wydawała mi się teraz jeszcze mniejsza niż w rzeczywistości. Zrobiłam krok do tyłu i postanowiłam grać na zwłokę.
- Nie ma jej, akurat wyszła...
- Tak? Musiała wyjść na chwilę właśnie teraz, kiedy ty jesteś już całkiem gotowa? Powinna być teraz tutaj, ubierać się i malować. Chyba że ta przyjaciółka to tak naprawdę jakiś nowy facet - warknął.
Wybuchła we mnie wściekłość, która za chwilę popłynęła w moich żyłach. Aż zahuczało mi w głowie.
- Jak śmiesz?! - wrzasnęłam.
Volter nawet tego nie słyszał. Jak gdyby nigdy nic odsunął mnie na bok i przemaszerował przez środek mojego małego mieszkania. Nie było tu wiele do zobaczenia. Studio z aneksem kuchennym i małą łazienką. Dla każdego przy zdrowych zmysłach było oczywiste, że nie znajdzie tu nikogo oprócz mnie. Żadnych walizek, dodatkowych ubrań, podwójnych naczyń na blacie. Volter nie był jednak usatysfakcjonowany. Dopadł do drzwi łazienki, otworzył je i odwrócił się, by spojrzeć na mnie oskarżycielsko. Byłam w szoku.
- Wychodzi z ciebie jakiś pieprzony gestapowiec! Co z tobą nie tak?
- Nikt do ciebie nie przyjechał! - Nadal nie zwracał uwagi na to, co mówię.
Skrzyżowałam ramiona na piersiach.
- Nie! I co z tego? Właśnie wychodzę, żeby się trochę zabawić, i nie mam ochoty na akademickie dyskusje z biskupami. A zwłaszcza jednym, który chodzi w obsranych spodniach z powodu jakichś starych plotek! Bo chyba zdajesz sobie sprawę, że właśnie to odróżnia cię najbardziej od innych jaśnie wielmożnych ekscelencji?
Volter stanął jak wryty. Zacisnął dłonie w pięści. Twarz mu pociemniała.
- Doskonale zdaję sobie sprawę ze swojej pozycji - syknął.
Nawet nie drgnęłam.
- Pozycja. Znowu to samo. Świetna pozycja. Ważna pozycja. Niezastąpiona. Wiesz co, chyba jesteś typem kaznodziei, którego najlepiej określa słowo obłudny. Można byłoby też powiedzieć o tobie: nie wszystko złoto, co się świeci. Grasz takiego ciepłego i wyrozumiałego pasterza, ale ostatecznie i tak najbardziej interesuje cię twoja pozycja! I może jeszcze te miłe kobiety za granicą, których miewasz, jak sam mówiłeś, dziesiątki!
Przerwałam swoją tyradę, gdy Volter zbliżył się do mnie, robiąc jeden duży krok przez całe mieszkanie. Nie dotknął mnie, ale podszedł tak blisko, że instynktownie się cofnęłam, aż wpadłam na ścianę. Obiema rękami złapał mnie za nadgarstki, które uniósł i przycisnął do ściany. Pochylił głowę, by spojrzeć mi w twarz. Czułam, że lekko się trzęsie.
- Idziesz na randkę. Nie okłamuj mnie. Ubrałaś się tak, że nie mam co do tego żadnych wątpliwości...
Volter wydawał się tak wściekły, że nie zdziwiłabym się, gdyby zapaliła mu się czupryna. Z kolei złość buzująca w moich żyłach powoli zaczęła słabnąć. Moją głowę wypełniła kobieca mieszanka przyjemności, miłości i pożądania.
A więc Volter myślał, że ukrywam tu mężczyznę. Albo że mam zamiar się z kimś spotkać. Był zazdrosny. Tak szalenie zazdrosny, że przyjechał tu z Turku, chociaż nawet nie miał pewności, czy jestem w domu. Mimo że nie udało mu się dziś do mnie dodzwonić. To prawda - tego ranka odrzuciłam jego połączenie.
Starałam się zachować klasę. Przynajmniej na pozór. Skupiłam się na gorzkich chwilach minionego weekendu, starając się zapomnieć o tych najwspanialszych. Odparłam:
- Jesteś szalony. Co cię, do diabła, obchodzi, czy idę na randkę? Dałeś mi przecież jasno do zrozumienia, że nie możesz się ze mną związać. Więc może poszłam za twoją radą i zauważyłam pionka, któremu dzięki sprytowi udało się dotrzeć do królowej! - blefowałam.
- No i dobrze! W takim razie życzę wam szczęścia!
Wpatrywaliśmy się w siebie bez tchu, rozwścieczeni do granic możliwości. Nie wiem, które z nas poruszyło się pierwsze. Było to jednak nieuniknione. Nagromadzone między nami namiętność, wściekłość i tęsknota musiały w końcu eksplodować.
Łapczywie wypełniłam całą dłoń jego włosami, a drugą ręką przyciągnęłam go do siebie, chwytając za kurtkę. Volter wymamrotał coś niezrozumiałego. Palce jego jednej ręki także zatopiły się w moich włosach, drugą zaś zachłannie ogarniał moje pośladki. Całowaliśmy się pożądliwie. Z całą mocą przylgnęłam plecami do ściany. Nasze zęby uderzały o siebie, a kiedy mocniej rozchyliłam usta, Volter dosłownie zaczął mnie pożerać. Powoli nakierował mnie w stronę kanapy. W końcu lekko mnie na nią rzucił.
Odetchnęłam i patrzyłam zamglonym wzrokiem, jak Volter przede mną klęka.
- Powiedz prawdę. Jest ktoś inny?
Już nie wyglądał na zdenerwowanego. Wydawał się taki opuszczony. Odpowiedziałam to samo co wcześniej. Po prostu to wyszeptałam.
- Jesteś szalony.
Kiedy mina mężczyzny nie uległa żadnej zmianie, pochyliłam się i ujęłam jego twarz w dłonie, gładząc policzki kciukami. Musiałam zamrugać, bo do oczu znów napłynęły mi łzy. Kto to widział tak płakać! I to z powodu faceta. Żałosne.
- Myślałam, że jesteś tak inteligentny i starannie wykształcony, że lepiej się nie da. Czy kilka dni temu dałam ci odczuć, że mam zamiar spotykać się z jakimś innym? - zapytałam.
- Wiem tylko, że nie chciałaś spotkać się ze mną. Nawet online. W dodatku ta głupia wymówka z przyjaciółką... I twój beztroski stosunek do seksu... Naprawdę się dziwisz, że zadałem to pytanie?
- No tak. Czyli uznałeś, że jestem jak Maria Magdalena. Złamane serce nie byłoby żadną przeszkodą, żeby rzucić się w ramiona drugiemu mężczyźnie.
Volter zamrugał, a moje serce napełniło się szczęściem, gdy zobaczyłam w jego oczach ulgę.
- Jako teolożka na pewno dobrze wiesz, że reputacja Marii Magdaleny została celowo nadszarpnięta. - Posłał mi kpiący uśmiech i rozpiął górny guzik mojej koszuli.
- Mojej reputacji nikt nie musiał nadszarpywać. Wszystko, co o mnie mówią, jest prawdą. W waszych kręgach porównuje się mnie pewnie do jakiejś babilońskiej dziwki.
Przyłożył dłoń do mojego policzka. Druga ręka wciąż mocowała się z koszulą.
- Tęskniłem - wyszeptał Volter i pochylił się lekko, żeby znów całować moje czoło, usta, brodę...
Przycisnęłam czoło do jego czoła.
- Ja też. Ale nie mam zamiaru być twoim przelotnym romansem - powiedziałam głosem pełnym emocji.
Volter nic nie odpowiedział. Tylko kiwnął głową, patrząc na mnie poważnie. Poczułam przypływ nadziei. Mężczyźnie udało się odpiąć drugi guzik.
- To koszula Volter, nie żadna skomplikowana zagadka logiczna. Kiedy w końcu uda ci się ją rozpiąć?
Zauważyłam, że jego spojrzenie nie było już tak poważne, a pokój wypełnił się naszym śmiechem. Nagle poczułam trzask. Widocznie Volterowi znudziła się ta upierdliwa walka z guziczkami i najzwyczajniej w świecie rozpiął koszulę siłą.
- No nie! Wiesz, ile ona kosztowała?
- Kupię ci dziesięć ładniejszych, obiecuję. Och, Boże Przenajświętszy! To ten stanik. Wciąż nie mogę zapomnieć widoku mojego krzyża na jego tle... I to w nim jechałaś imprezować? No, no, bardzo niewinnie! - Wcale nie był z tego zadowolony.
Zerwałam tweedową kurtkę z ramion Voltera i wyjaśniłam drżącym głosem:
- Po prostu pasował kolorem do reszty stroju.
- Chciałbym, żebyś nigdy nikomu się w nim nie pokazywała.
- O ile mi wiadomo, to nie jestem twoją...
Mężczyzna zsunął ramiączka stanika. Pieścił jedną pierś dłonią, drugą zaś całował i ssał. Nie odrywając ust od mojego ciała, podniósł mnie z łatwością i położył na łóżku.
- Ile ono ma szerokości? Pięćdziesiąt centymetrów? - zapytał drwiąco.
- Sto dwadzieścia - odpowiedziałam półprzytomnie. Pozwoliłam swoim dłoniom błądzić po jego plecach.
- Prawie trafiłem - odparł. Usadowił się wygodnie na łóżku i podciągnął moją spódnicę.
Zmarszczył brwi, tak że utworzyły jedną groźną kreskę, kiedy zobaczył pończochy na moich udach. Wiedziałam, jak bardzo spodobał mu się ten widok. I wiedziałam też, że był wściekły na samą myśl, że miałabym tańczyć w klubie w tak seksownej bieliźnie. Tylko ja byłam świadoma, że nie miał żadnego powodu do obaw.
- Nie noś takich rzeczy, chyba że...
- Czy w naszej relacji coś się zmieniło? Czy przypadkiem coś mi umknęło? - zapytałam cierpko.
- Zmieniło się - powiedział wprost i schylił się, żeby pocałować nagi kawałek skóry tuż nad pończochą.
Rozchylił moje uda i całował ich wewnętrzną część, tuż przy gorącym, pulsującym kroczu. Straciłam poczucie miejsca i czasu. Pieścił rękami moje piersi, a językiem zbliżał się do... do...
Coś zadzwoniło. Chciałam zignorować ten dźwięk. Podciągnęłam biodra w kierunku twarzy Voltera. Ponowny dzwonek.
- Chyba ktoś dzwoni do drzwi - mruknął i pociągnął zębami za brzeg stringów, kupionych specjalnie dla niego.
Wystarczyło, że przez cieniutki materiał poczułam jego oddech na wargach sromowych. Znów zaczynałam odpływać. I znów zadzwonił ten przeklęty dzwonek. Ach, no tak! Heli!
- Poczekaj... To moja koleżanka. Miałyśmy razem wyjść na piwo.
Nie zdążyłam nic więcej zrobić, bo mnie uprzedził. Podniósł się z ogromnym trudem z tego zbyt małego dla nas dwojga łóżka, zrobił parę kroków i już był przy drzwiach. Naprędce obciągnęłam spódnicę i poprawiłam bluzkę. Kiedy podeszłam do drzwi, Volter już tłumaczył coś Heli, której oczy przypominały dwa wielkie brązowe spodki. Widziałam, że patrzy na mężczyznę z podziwem. Ten zaś odwrócił głowę w moją stronę i spojrzał znacząco. Musiałam się mocno powstrzymywać, żeby nie parsknąć śmiechem. Na twarzy miał rozmazane ślady mojej szminki. Mój wygląd też mógł świadczyć tylko o jednym.
- Jak by to powiedzieć... - zaczęłam. - Volter wpadł na chwilę bez zapowiedzi.
Heli przewróciła oczami. Wiedziałam jednak, że także powstrzymuje śmiech. Volter się wycofał, zdążył jednak rzucić mi szeptem:
- Pośpiesz się.
Kiedy tylko zniknął z przedpokoju, Heli wybuchła:
- Ja pierdolę, Doris! Kto to taki? Skąd wytrzasnęłaś tego seksownego olbrzyma?
Heli nie studiowała razem ze mną na wydziale. Prawdopodobnie nie miała nawet pojęcia, ilu biskupów jest w Finlandii.
- Wiesz... To skomplikowane - odpowiedziałam.
- Nie widzę tutaj nic skomplikowanego, moja droga. To twoja najnowsza zdobycz?
- Nie! To nie tak... - zaczęłam się głupio plątać. - Słuchaj, opowiem ci wszystko innym razem. Dziś już nie uda mi się wyjść. Pasuję. Sorry.
- Co ty powiesz! Ha, ha! No nic. Rozumiem. Sanna i Valtteri mieli ochotę do nas dołączyć, więc pójdę z nimi. A ty zostań tutaj ze swoim Goliatem. Mam nadzieję, że jakoś się tu zmieści.
- Poradzimy sobie. - Roześmiałam się. Heli spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
Musiałam chyba wyglądać na... szczęśliwą. Nie był to mój normalny stan. Pożegnałam się pospiesznie, zamknęłam za nią drzwi i wróciłam do pokoju. Coś się zmieniło! Volter zdążył zrobić małe przemeblowanie. Przesunął kanapę do kąta, wyniósł stolik kawowy do kuchni, a na podłodze rozłożył materac z łóżka oraz wszystkie poduszki, które leżały na sofie. Kiedy patrzyłam na to wszystko oszołomiona, mężczyzna uśmiechnął się do mnie i oznajmił:
- Teraz brakuje tu tylko ciebie.
Podbiegłam do niego i zarzuciłam mu ręce na szyję.
- I ciebie - wyszeptałam mu prosto do ucha. - Na golasa, proszę!
Volter nie powiedział już ani słowa. Z zadziwiająca lekkością opadliśmy na materac i poduszki. Ściągnęłam z niego marynarkę, a mężczyzna jednym mocnym szarpnięciem zdjął koszulkę. Za chwilę znalazł się nade mną.
To było takie niedoskonałe i tak idealne jednocześnie... Nie umiałam tego wyjaśnić. Ciała ponownie wypełniły się eksplodującym pożądaniem i szczęściem. Volter bardzo szybko odnalazł właściwą drogę pod moją spódnicą. Jak na biskupa miał naprawdę wprawne ruchy!
Nie wiedziałam, gdzie się podziały strzępy mojej koszuli i stanika, nie miałam pojęcia, w którym momencie Volter ściągnął ze mnie spódnicę i sam się rozebrał. Byłam zdyszana i przeszczęśliwa, a jedyne, co mnie obchodziło, to duże dłonie i gorące usta na moim ciele. Dłonie, które niecierpliwie rozkładały mi uda, palce łapczywie zsuwające majtki i dotykające mokrych fałdek, i te usta, bezwstydnie mamroczące sprośności, obcałowujące moje piersi i twarz.
Potem znowu poczułam palce Voltera na moich udach. Chwycił mnie za pośladki i rozłożył moje uda tak szeroko, jak to tylko możliwe. Wielka postać mężczyzny majaczyła nade mną. Znów zobaczyłam znajomy dziki błysk w jego oczach. Przez chwilę drażnił penisem wejście do krainy rozkoszy, aż w końcu wbił go we mnie tak bezlitośnie mocno, że aż krzyknęłam. Ciężkie ciało Voltera przycisnęło się do mnie. Jedną ręką trzymał mnie mocno za włosy i na początku nie wykonywał żadnych ruchów. Wiłam się pod nim, poruszając biodrami i wyginając plecy do tyłu.
- Mocniej. Mocniej! O mój Boże, Volter, błagam, pieprz mnie. Mocno!
W końcu z gardła Voltera wydobył się zwierzęcy, zachrypnięty skowyt i mężczyzna zabrał się do roboty. Złapał mnie jeszcze mocniej za włosy, tak że teraz leżałam z odchyloną głową i plecami wygiętymi w łuk. I zaczął mnie pieprzyć. Mocno i szybko. A ja właśnie tego chciałam - ostrego rżnięcia. Wyobrażałam sobie, że to sam Szatan posuwa mnie rytmicznie swoim nabrzmiałym, ogromnym kutasem. Te zdrożne myśli podniecały mnie jeszcze bardziej. I byłam w siódmym niebie.
Za każdym razem, kiedy we mnie wchodził, czułam to w całym ciele, w cebulce każdego włosa. Moja ciasna, nienasycona cipka zaciskała się na nim rytmicznie, za każdym razem coraz mocniej. Wiedziałam, że mu się to podoba. Czułam, jak go w sobie zasysam. Było mi tak dobrze, że punkt kulminacyjny nastąpił bardzo szybko. Szczytowałam długo i intensywnie. Moje krzyki brzmiały nieludzko. Wbijałam paznokcie w plecy Voltera i wiłam się jak dzikie zwierzę. Kiedy miałam orgazm, ostre pchnięcia sprawiały mi ból, ale wcale nie chciałam, żeby przestawał. Było w tym coś szalonego.
Volter nie wytrzymał o wiele dłużej. Wkrótce oparł się rękami o moje łydki i wbił się we mnie po raz ostatni, jęcząc jak zraniony byk. Opadł na mnie, trzęsąc się i oddychając ciężko.
Nie odzywaliśmy się do siebie przez całą wieczność. Przemówiły tylko nasze ręce. Głaskały, masowały i pieściły. Usta Voltera badały każdy centymetr kwadratowy mojej twarzy. Wreszcie natrafiły na moje usta. Wtedy zapytał szeptem:
- Czy nadal chciałabyś spróbować?
- Czego? - spytałam nieprzytomnie. Jeszcze nie wróciłam do świata żywych.
- Mnie. Myślę, że musimy się odważyć. Przeraża mnie to, ale chcę spróbować.
Poczułam ogromną ulgę i radość. Oczywiście, że tego chciałam!
- Myślisz, że zdołasz... że sobie poradzisz...
- Mam prawo się spotykać, z kimkolwiek zechcę. Chcę sobie poradzić. Wszystko powinno się udać, jeśli będziemy ostrożni. Jeśli będziemy iść naprzód małymi krokami.
Podobało mi się to podejście. Wiedziałem, że nie od razu zdobędziemy przychylne spojrzenia. Nie obchodziło mnie to, ale zależało mi na Volterze. Nie chciałam, żeby przeze mnie cierpiał. Byłam więc skłonna zgodzić się na wszystko. Byleby tylko móc z nim być.
- Dobrze. Kroczek po kroczku.
Pocałował mnie czule i ułożył się na boku. Objął mnie od tyłu i powolnym, spokojnym ruchem ściągnął mi majtki i pończochy. A potem przykrył nas kocem.
***
Westchnęłam z satysfakcją, kiedy skończyliśmy się kochać po raz drugi. Volter przyciągnął mnie mocniej do siebie i zaczął wypytywać o rodzinę i doświadczenia związane z ruchem Hare Kryszna. Nie lubiłam tych tematów, ale odpowiadałam na jego pytania.
- Powiedziałeś mi któregoś razu, że jako dziecko czułeś się niewidzialny - zaczęłam. - Wtedy zdałam sobie sprawę, że ja czułam się tak samo. Moi rodzice co prawda nie pili alkoholu, ale mieli inne problemy. Ojciec zawsze dbał wyłącznie o swoją pracę. A kiedy w końcu się rozwiedli i matka dołączyła do ruchu Kryszny, ona także przestała się mną interesować. Zależało jej już tylko na tym, żeby medytować, wzrastać duchowo i tak dalej. Ale to też byłoby do zniesienia, gdybyśmy nie wyjechały do Indii. To było najgorsze. Wszystkie dzieciaki wychowywały się tam razem i tak naprawdę bardzo rzadko miałam kontakt z mamą. Poza tym na początku nie rozumiałam języka i nikogo nie znałam. Było mi bardzo smutno. W dodatku często nas tam bili, za najmniejszy błąd można było zarobić kopniaka. Zdarzyło się kilka razy, że chciałam im dogodzić i wyszorować coś do czysta, przez co przegapiłam porę posiłku. A nawet najmniejsze spóźnienie skutkowało pójściem spać bez kolacji.
- To stąd ten ateizm? Z potrzeby buntu wobec matki?
Delikatnie gładziłam jego ramię, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Chyba tak - odparłam. Próbowałam być ateistką. W pewnym momencie naprawdę się starałam.
Zawahałam się, czy powinnam opowiedzieć mu o swoim wyroku. Zdecydowałam, że to zrobię, ale jeszcze nie teraz. To temat na dłuższą rozmowę, a tego dnia nie miałam już na nią siły.
- Ale mi to nie wychodziło - ciągnęłam. - Kilka sytuacji sprawiło, że nie mam wyboru. Muszę wierzyć.
Opowiedziałam mu, co przeżyłam, a on w tym czasie dotykał mojego brzucha. Kiedy skończyłam, stwierdził:
- Z mojego doświadczenia wynika, że Bóg w jakiś sposób objawia się tym, którzy dużo przeszli. Są oczywiście i tacy, którym wiara przychodzi łatwo. Jednak ci, którzy mają jakieś życiowe trudności, często potrzebują znaku. To nie jest takie proste. Rzadko jest tak, że na przykład alkoholik nagle zdaje sobie sprawę, że Jesus rules, i postanawia wytrzeźwieć. Proces odnajdywania wiary jest zwykle pełen rozpaczy, poczucia beznadziei, bezsensu... Ale jednak dochodzi czasem do jakiegoś przebudzenia. Zawsze bardzo przeżywam, kiedy ktoś dzieli się ze mną tymi doświadczeniami. Nauczyłem się jednak od tego dystansować. Kiedyś sam przeżyłem coś podobnego, lecz reakcja znajomych nie była dobra. Wyśmiali mnie i przez długi czas byłem obiektem drwin.
- Zrezygnowałeś wtedy z wiary? - zapytałam z zainteresowaniem. Przepełniło mnie współczucie dla młodego, zagubionego Voltera.
- Tak, próbowałem zrezygnować. Chciałem być taki jak wszyscy, ale nadal modliłem się w samotności i przepraszałem Boga za tchórzostwo. Długo to trwało, jeszcze na początku studiów teologicznych nie przyznawałem się, że jestem wierzący. W mojej rodzinie nikt nie wierzył. Ten temat w ogóle nie istniał. Byłem zagubiony i zły, bo nie wiedziałem, kim jestem. Nie wiedziałem, czy wolę być naukowcem, czy księdzem.
- No i słuchałeś Slipknota. Tak jak ja. Choć oczywiście ja zaczęłam słuchać ich trochę później.
- Nadal ich słucham. I mam cudowną młodą kochankę.
Całował mnie po szyi i pieścił piersi. Westchnęłam i odwróciłam się, żeby móc spojrzeć mu w oczy.
- Czy to, że jestem młodsza, ma dla ciebie znaczenie?
- Nie, nie myślę o tym. Jesteś młodsza o jakieś dziesięć lat, to nie tak dużo. Chociaż dopiero kończysz pracę magisterską. No, w tym wieku...
- Och, zamknij się - warknęłam, choć wiedziałam, że tylko się droczy.
Wzięłam do ręki jego penisa. Jęknął.
- Dlaczego zdecydowałeś się na kapłaństwo? - zapytałam zaciekawiona... i trochę podniecona.
Volter spojrzał na mnie karcąco i odpowiedział na pytanie:
- Serio? Pytasz o punkt zwrotny w moim życiu duchowym, trzymając w dłoni mojego fiuta? - Odsunął moją rękę i mruknął: - Są jakieś granice.
Zachichotałam, na co Volter zareagował zmarszczeniem brwi. Po chwili jednak czule ugryzł mnie w szyję.
- W którymś momencie zrozumiałem, że jest tyle typów wierzących, ile typów ludzi w ogóle. Nigdy nie polubię konserwatystów. Proszę, nie mów tego nikomu. To fanatycy. Sami wszystko wiedzą najlepiej. Potępiają ludzi, którzy nikomu nie wyrządzają krzywdy i chcą żyć własnym życiem. A ja uważam, że nikt nie ma prawa osądzać innych, jeśli nie jest sędzią. A to zupełnie inna sprawa. Tak, ja też czasem się wściekam na Boga, kiedy spotykam zaniedbane, wykorzystane dzieci albo ludzi, którzy przeżyli horror wojny i nie funkcjonują już prawidłowo. Ale moim zadaniem nie jest zrozumieć, tylko wysłuchać. Dlatego nie muszę nikogo oceniać. Spotkałem kiedyś pedofila. W pierwszej chwili chciałem dać mu w mordę, ale zamiast tego wysłuchałem jego spowiedzi. Opowiedział o swojej szokującej, chorej obsesji, o wstręcie do samego siebie i o wstydzie. W końcu sam doszedł do punktu, w którym zdał sobie sprawę, że musi się zgłosić po pomoc, i zrobił to.
- A potem zostałeś buntownikiem.
Volter znów zmarszczył brwi. Pogładziłam je i dodałam:
- Cóż poradzić, mój drogi. Taką masz reputację.
- No dobrze. Czasem puszczają mi nerwy. Wiesz, dlaczego ta otwarta dyskusja jest tak trudna? W Kościele są setki tysięcy starszych ludzi, którzy boją się wszystkiego, co nowe i inne. I zwykle to oni właśnie są gorliwymi wiernymi i aktywnymi parafianami. To dzięki nim Kościół żyje. Ale poza nimi w Finlandii jest też mnóstwo ludzi, którzy z jakiegoś powodu należą do Kościoła, jednak nic w nim nie robią. Przypominają sobie o pastorze przy okazji chrztu, ślubu i pogrzebu. Chciałbym wiedzieć o nich więcej. Dlaczego są członkami tej organizacji? Do czego Kościół jest im potrzebny poza ceremoniami?
- Jesteś idealistą. I na pewno głosisz świetne kazania. Bo to naprawdę dobre pytania - wyszeptałam czule, po czym moja dłoń znowu znalazła jego penisa.
- Słodzisz mi! Po prostu chcesz mnie znowu wykorzystać - powiedział przesadnie surowym głosem.
- Nieprawda - odrzekłam całkiem szczerze. - Wcale ci nie słodzę. Ale muszę przyznać, że byłabym szczęśliwsza, gdyby... - Poczułam, jak jego penis zaczyna twardnieć w mojej dłoni. - Pozwól, że się poprawię. Jestem całkowicie szczęśliwa - dodałam z satysfakcją.
- Ty mała zdziro - wyszeptał.
Zwiększyłam nacisk, tak że Volter zaczął cicho jęczeć. A potem znowu mnie pocałował.
Rozdział 9
Siedziałam w katedrze w Turku - po lewej stronie, w czwartym rzędzie. Zajęłam miejsce najbliżej, jak się dało, bo był to pierwszy raz, kiedy przyszłam popatrzeć na Voltera odprawiającego mszę. Wyszedł do kościoła znacznie wcześniej niż ja, żeby się przygotować. Tego dnia miał także wyświęcić nowych księży. Weszłam w chwili, gdy msza się już zaczynała.
Spędziłam w Turku cały tydzień. Przyjechaliśmy tu razem, po pamiętnej nocy spędzonej u mnie. Sama to zaproponowałam, bo w maleńkiej kawalerce ledwo się mieściliśmy. Żal mi było zwłaszcza Voltera. Na pewno nie mógł się wyspać na niewielkim materacu, na którym nie mieściły mu się nogi.
Pisanie magisterki szło mi teraz bardzo dobrze. Miałam świetne tempo, a przede wszystkim wymagającego i zdeterminowanego promotora, który umiał zarządzać czasem i udzielać konstruktywnych informacji zwrotnych. Co prawda nie przebierał w słowach. Czasem po usłyszeniu jego uwag z trzaskiem zamykałam laptopa. Wtedy jednak surowy promotor podchodził, opierał się o biurko i namiętnie mnie całował. A jeśli była taka potrzeba, tłumaczył mi słodko na ucho, o co mu chodziło. Volter umiał motywować. Nie chciał iść ze mną do łóżka, dopóki nie skończyłam zaplanowanej na dany dzień pracy.
Ten człowiek był jak Houdini. Gdyby brakowało mu pieniędzy, mógłby zacząć sprzedawać wszystkim moim znajomym bilety na przedstawienie pod tytułem Jak oswoić Doris Vuoti. Był jedynym mężczyzną, który potrafił sprawić, że zapominałam języka w gębie - a to za sprawą tego, co mówił, jak całował oraz jak sobie radził w łóżku. Gdyby dokonał tego wszystkiego chociaż raz, byłoby to już nie lada osiągnięciem. On jednak wprawiał mnie w ten stan wielokrotnie! Punktem kulminacyjnym przedstawienia mógłby być pocałunek i to, jak znikałam z tego świata na długi czas, kiedy tylko poczułam przy sobie ciało Voltera i jego usta na moich wargach.
Całowaliśmy się po każdej krytycznej informacji zwrotnej, której mi udzielał. Potem, kiedy już wracałam na ziemię, byłam gotowa ponownie przemyśleć naszą poprzednią dyskusję i przyznać, że Volter mógł mieć rację. Nie zawsze jednak poddawałam się bez walki. W takiej sytuacji byłam proszona o uargumentowanie stanowiska. Ostatecznie przyznawałam swojemu promotorowi rację.
Kilka razy w tygodniu jeździłam do Helsinek. Biblioteka uniwersytecka w Turku była równie dobrze wyposażona, więc to nie dlatego potrzebowałam tak częstych wycieczek do mojego miasta.
Teraz patrzyłam z zachwytem na ambonę i zastanawiałam się, jak to możliwe, że udało mi się wzbudzić zainteresowanie tego mężczyzny. Volter, ubrany w dostojne szaty, wyglądał jak książę. Jego dźwięczny, donośny głos z pewnością poradziłby sobie bez mikrofonu. Słuchałam go jak urzeczona, jak gdybym była świeżo upieczoną konwertytką.
Mówił o miłości. Cytował z pamięci słowa Jezusa i przypominał, że kiedy faryzeusze zatapiali się w interpretacjach tekstów religijnych, on nakazywał po prostu kochać. Wszystkich bez wyjątku, nawet wrogów i przestępców. Zadrżałam, gdy usłyszałam słowo przestępca. Muszę mu w końcu opowiedzieć o wyroku, pomyślałam.
Słuchałam, jak Volter opowiadał, że oczekuje od swoich pastorów otwartości na różnorodność i reagowania na cierpienie wszystkich ludzi. Mówił o uprzedzeniach i o tym, że musimy umieć je rozpoznawać - zarówno u siebie, jak i u innych. Mówił, że ktoś, kto nie był członkiem Kościoła i nawet nie słyszał o Jezusie, mógł być bardzo blisko Boga. Stwierdził, że odnalezienie związku z Bogiem i zrozumienie nauk Jezusa jest ważniejsze niż próba wykazania się znajomością zasad wymyślonych przez ludzi. Grzmiał, że różne formy relacji międzyludzkich, częstotliwość uczęszczania do kościoła czy przeszłość danej osoby nie są miernikiem wiary ani tego, czy człowiek jest dobrym chrześcijaninem. Wystarczy, że przestrzegasz prostych nauk Jezusa, starasz się postępować właściwie i ufasz Bogu, tłumaczył. Przyznał, że on także miewał chwile zwątpienia i zdarzało mu się zadawać sobie samemu trudne pytania oraz kwestionować nauki Kościoła. To naturalne, przekonywał.
Zastanawiałam się, jak wielki grzech popełniam, pożądając mężczyzny stojącego na ambonie. Nieraz przepraszałam Boga za swoje myśli, ale wiedziałam też, że kocham Voltera na poziomie duchowym. Poza tym chyba nigdy wcześniej nie modliłam się tyle co teraz. Volter zmuszał mnie do myślenia, konfrontował z uprzedzeniami, zawstydzał, zachęcał do otwierania się na innych ludzi. Niewątpliwie miał na mnie dobry wpływ.
Po zakończeniu kazania i wyświęceniu księży zaczęłam się lekko niecierpliwić. Nabożeństwo miało się wkrótce skończyć i chciałam zobaczyć Voltera z bliska. Była to jedyna sposobność, żeby móc podziwiać go ubranego w piękne szaty. Nie paradował w nich przecież po domu - niestety. Kiedy ludzie zaczęli powoli wychodzić z kościoła, ja pospieszyłam w kierunku zakrystii.
Było to dość spore pomieszczenie, przynajmniej w porównaniu z zakrystiami w innych kościołach. Tego dnia sprawiało jednak wrażenie wyjątkowo zatłoczonego. Panował w nim zgiełk - kręcili się tu dopiero co wyświęceni młodzi duchowni, cztery osoby asystujące przy nabożeństwie oraz kilku innych pracowników parafialnych. Volter zdjął nakrycie głowy i szukał miejsca, gdzie mógłby na chwilę odłożyć laskę. Kiedy w końcu zdecydował się oprzeć ją o ścianę, jego wzrok przypadkiem natknął się na mnie.
Miałam na sobie stosowną, ale bardzo kobiecą niebieskozieloną bluzeczkę i proste, szare spodnie z szerokimi nogawkami. Kiedy Volter na mnie spojrzał, poczułam się jednak tak, jakbym znów była ubrana w czarną skórzaną mini. Czy raczej... rozebrana. Mężczyzna skinął na mnie głową, zachęcając do wejścia.
A więc weszłam. Niemal biegiem. Byłam tak zaaferowana, że niechcący popchnęłam młodziutką pastorkę. Na szczęście nic jej się nie stało.
- Wyglądasz oszałamiająco - szepnęłam mu do ucha, kiedy w końcu udało mi się podejść wystarczająco blisko.
Skarcił mnie spojrzeniem, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu zadowolenia.
- Ten strój to coś więcej niż ładny łaszek. To symbol - powiedział.
- Dajże już spokój. Dobrze wiem, że przykładasz dużą wagę do ubrań. Poza tym sam jesteś symbolem. Przynajmniej dla mnie. Symbolem seksu. Zresztą pewnie nie tylko dla mnie...
- Ćśś... - uciszył mnie i rozejrzał się dookoła.
Rzeczywiście, niektórzy patrzyli na nas z zaciekawieniem, ale nikt nie znajdował się wystarczająco blisko, żeby móc nas usłyszeć. Volter zdjął szatę liturgiczną i odwiesił ją na wieszak. Miał na sobie jeszcze stułę i albę. Wyglądał cudownie.
- Wyjdziemy na chwilę na dwór? Strasznie tu gorąco - zaproponował niewinnie.
Złapał mnie za łokieć i wyprowadził na zewnątrz.
- To ty wyglądasz oszałamiająco. I jak dostojnie! Mówię serio. Nie wierzyłem własnym oczom, kiedy zobaczyłem cię w ławce. - Przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
Tutaj, w centrum Turku, ubrany w albę.
- Jesteś najbardziej niepoprawnym pastorem, jakiego znam.
Przejechał językiem pomiędzy moimi wargami i odpowiedział tuż przy moich ustach:
- Niemożliwe. Przynajmniej z punktu widzenia historii. Nawet papieże miewali kochanki. Celowo użyłem liczby mnogiej! A na nich ciążył przecież w dodatku nakaz celibatu!
Powoli włożył mi język do ust. Westchnęłam z przyjemności. Za chwilę jednak odepchnął mnie od siebie i kiedy otworzyłam oczy, w drzwiach kościoła ujrzałam tę samą kobietę, na którą wpadłam kilka minut wcześniej.
Jej mina mówiła wszystko. Szok. W najczystszej postaci.
- Przyszłam tylko powiedzieć, że już się zbieramy. Pertti nas podwiezie - oznajmiła chłodno i popatrzyła na mnie tak, jakby wyrosły mi rogi.
- Spoko - odrzekł Volter i uśmiechnął się do niej tak naturalnie i przyjaźnie, że chyba sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.
Czyżby poprzednia scena się jej przywidziała?
- Idziesz z nami? - zwrócił się do mnie. - Nie musisz. Nie będzie browarów ani wina, ale na pewno będzie można coś przekąsić. No i posłuchać muzyki gospel.
Poczułam się urażona.
- Uważasz, że nie umiem się bawić bez alkoholu? Myślę, że dam radę, o ile ktoś nie będzie próbował mnie nawracać.
***
Na przyjęciu dla nowo wyświęconych księży nie czułam się zbyt komfortowo. Miałam wrażenie, że wszyscy mi się przyglądają. Jakaś starsza kobieta bardzo długo rozmawiała z Volterem, a on nie chciał mi potem powiedzieć, co było tematem tej konwersacji. Miałam przeczucie, że dotyczyła mnie. Ponieważ jednak Volter sprawiał wrażenie, jakby ta wymiana zdań w ogóle go nie obeszła, ja także postanowiłam dłużej o niej nie myśleć.
Powoli przygotowywałam się do wyznania mu swojego sekretu. Chciałam w końcu opowiedzieć o wyroku. Przerażało mnie to, ale nie mogłam już dłużej niczego ukrywać. Wierzyłam też, że jego reakcja nie będzie przesadnie odbiegała od tego, co zalecał swoimi wiernym z ambony. Zrozumienie i przebaczenie. Bałam się mimo wszystko, że przełknie to z trudem. Publicznie upokorzenie innych ludzi było zdecydowanie większym przewinieniem niż na przykład palenie marihuany. Po którą zresztą też sięgnęłam - raz, w Polsce. Może przy okazji powinnam przyznać się i do tego?
Zawsze kiedy miałam okazję do wyznania swojej tajemnicy, w ostatniej chwili tchórzyłam. W końcu minął miesiąc od mojego ostatniego przyjazdu do Turku, a ja nadal się na to nie zdobyłam. Dlaczego było to takie trudne? Przecież to przeszłość!
Od czasu do czasu chodziłam na wydarzenia, które organizował Volter. Dobrze się na nich bawiłam, choć muszę przyznać, że z początku nie byłam do nich pozytywnie nastawiona. Poznałam tam jednak wielu zwyczajnych ludzi, w różnym wieku. Miło mi się z nimi rozmawiało. Z ciekawością słuchałam ich opowieści o przeszłości, śmiałam się, jadłam i piłam kawę. Raz zdarzyło się nawet, że chór skłonił mnie do zaśpiewania piosenki Marka Haavista Paha vaanii, czyli "Diabeł kusi". Zastanawiałam się jednak, czy zebrani uczestnicy spotkania nie uważają mnie samej za tytułowego bohatera tego kawałka...
Powodem był chłód bijący od wielu pracowników parafii. Zdecydowanie się ode mnie dystansowali. To prawda, że nikt nie był wobec mnie niegrzeczny ani nie powiedział mi niczego wprost. Prawdopodobnie powstrzymywało ich to, że przychodziłam na spotkania razem z Volterem. Często jednak czułam na sobie wzrok dezaprobaty. Nie zdziwiłoby mnie, gdybym doświadczyła podobnego traktowania ze strony Jenni. Jej akurat nie spotykałam zbyt często, a kiedy kilka razy na siebie wpadłyśmy, przywitała się ze mną całkiem obojętnie.
Nie przejmowałam się jednak zbytnio, że widocznie nie byłam najpopularniejszą osobą w diecezji, bo poza tym wszystko układało się wspaniale. Dni mijały nam beztrosko. Oglądaliśmy filmy, słuchaliśmy muzyki, graliśmy w szachy, chociaż ledwo znaliśmy zasady, spacerowaliśmy brzegiem rzeki Aura w jesiennym słońcu, piliśmy piwo w Hunter's Inn i bez przerwy się kochaliśmy: na łóżku, na kanapie, przy biurku.
Pewnego wieczoru Volter rzucił mi wyzwanie. Wylegiwaliśmy się akurat na kanapie w salonie, kiedy kazał mi się ze sobą podzielić moim ulubionym fragmentem Biblii. Wyrecytowałam z pamięci werset Pieśni nad Pieśniami - ten sam, który przypomniał mi się pewnej pamiętnej nocy. Zdumiał się, kiedy wyznałam, że to od zawsze mój ulubiony fragment. Pełen miłości, piękny i poetycki, a jednocześnie tak... ludzki.
- A więc w głębi duszy zawsze byłaś romantyczką - powiedział, uśmiechając się ciepło.
Nawet nie próbowałam się tłumaczyć. Może rzeczywiście nią byłam. Wcześniej rzuciłabym pewnie, że to po prostu jedyne miejsce w Biblii, w którym otwarcie mówi się o seksie. Jednak zacytowany przeze mnie krótki fragment wcale nie był o seksie. Był o miłości.
Za chwilę wyrecytowałam jeszcze jeden ustęp. Tym razem z Księgi Kaznodziei. Nie znałam tekstu na pamięć, więc przeczytałam go na głos.
Lepiej dwóm niż jednemu. Bo łatwiej im w trudzie. Jeśli jeden upadnie, drugi go podniesie. Nad samotnym natomiast nikt się nie pochyli! Gdy leżą dwie osoby, jedna drugą grzeje. A człowiek samotny? Musi liczyć na siebie. Ponadto jeśli jednego może ktoś pokonać, dwóm łatwiej się ostać - a sznur potrójny nie tak łatwo się zerwie.
- Udało ci się znaleźć chyba najbardziej optymistyczny fragment z tej księgi - powiedział, głaszcząc mnie po policzku.
- Zawsze byłam... samotna. I zastanawiałam się, jak by to było mieć kogoś na tym świecie. Kogoś, kto byłby przy mnie na dobre i na złe - wyznałam.
Pierwszy raz w życiu powiedziałam to na głos.
Kiedy byłam młodsza, wcale nie chodziło mi o związek, tylko o normalną rodzinę. Wyobrażałam sobie, jak by to było, gdybym miała zwyczajną mamę. Tatę. Może rodzeństwo. Ale teraz chodziło mi tylko o Voltera. W tym momencie cytował różne piękne fragmenty z Księgi Przysłów i Psalmów.
- To bardzo ważny fragment dla wszystkich teologów i duchownych. Z Kazania na górze. Tak naprawdę całe Kazanie jest mi wyjątkowo bliskie, ale ten fragment jest wyjątkowy. Zawsze staram się postępować w zgodzie z tymi słowami.
Przestańcie osądzać, abyście nie zostali osądzeni. Bo normy, według których sądzicie, odniosą i do was, a miarą, którą stosujecie, odmierzą również wam.
Poczułam, że zakochuję się w Volterze jeszcze bardziej. O ile było to w ogóle możliwe. Pokłady miłości, które miałam w sobie zarezerwowane tylko dla niego, były chyba nieskończone.
Biblia wysunęła mi się z ręki i upadła na dywan, gdy Volter położył mnie na kanapie, zdjął szorty i bluzkę, które miałam na sobie, i zanurkował pomiędzy moje nogi. Całował mnie i pieścił językiem, jednocześnie ściskając piersi, tak że wygięłam plecy w łuk i pociągnęłam go za włosy. Czas stanął w miejscu. Volter położył się na mnie i poczułam na sobie słodki ciężar jego ciała. Przytrzymywał moje ręce nad głową i wchodził we mnie powoli, aż jego pchnięcia wypełniły mnie pożądaniem i szczęściem tak ekstremalnym, że eksplodowałam.
Później wiele razy wracałam myślami do tej chwili. Któregoś dnia, kiedy tak wspominałam po raz kolejny wydarzenia tego cudownego wieczoru, prawie się spóźniłam na wykład Voltera. Archidiecezja zorganizowała seminarium poświęcone różnym współczesnym zagadnieniom - między innymi wielokulturowości. Miałam nadzieję, że nikt nie zwróci na mnie uwagi, jeśli wślizgnę się niespostrzeżenie do sali.
Wydarzenie zorganizowano w domu parafialnym w centrum miasta, więc z łatwością mogłam się tam dostać na piechotę. Miałam na sobie sprawdzone już w podobnej sytuacji szare spodnie i bluzkę z czarnym kwiatowym nadrukiem na czerwonym tle. Nie spinałam włosów. Kiedy dotarłam na miejsce, okazało się, że sala była zapełniona prawie po brzegi. Tylko w pierwszym rzędzie zostało kilka wolnych miejsc.
Volter już zaczął. Słuchałam go z lekkim roztargnieniem. Mówił o wyzwaniach związanych z obcowaniem z ludźmi, którzy pochodzą z różnych kręgów kulturowych, podczas gdy ja przyglądałam się z rozmarzeniem jego szerokim ramionom i ciemnoszarym włosom, rozkoszując się dźwiękiem aksamitnego głosu wychodzącego z jego ust.
Obok mnie siedziała para ludzi - mężczyzna i kobieta. Nie zwracałam na nich uwagi, dopóki nie usłyszałam, że rozmawiają o czymś z wielkim poruszeniem. Wydawało mi się, że z ust mężczyzny padło słowo niemoralne, odwróciłem więc głowę z ciekawości. W tym samym czasie mężczyzna wstał, chociaż Volter nie skończył przemawiać.
- Czy chciałby pan zadać jakieś pytanie? - zapytał grzecznie.
- W rzeczy samej - odpowiedział chłodno chudy, na oko pięćdziesięcioletni facet. Nie czekał na zachętę Voltera, tylko kontynuował, wskazując na mnie placem: - Co robi tutaj ta kobieta? O ile wiem, seminarium zostało zorganizowane dla pracowników parafii, a pani Doris Vuoti nie należy do Kościoła. Wręcz przeciwnie. Jest do niego wrogo nastawiona. Wiem, że już kilka osób rozmawiało z biskupem na ten temat. Czy biskup zdaje sobie sprawę, z kim ma do czynienia?
Wzrok Voltera powędrował w moim kierunku, ale już za chwilę wrócił z powrotem na mężczyznę.
- Nasze opinie na różne tematy mogą się zmieniać. Być może w przeszłości Doris powiedziała lub zrobiła coś, co...
- Coś powiedziała i zrobiła! Ha! Dobre sobie. Przecież ona publicznie i otwarcie negowała ideę małżeństwa i rodziny. Zachowywała się jak kobieta lekkich obyczajów i... - Facet się zacietrzewił.
- Nie jesteśmy w sądzie! - przerwał mu Volter. - Być może Doris zjawiła się tu, nie otrzymawszy wcześniej zaproszenia. Nie ma w tym jednak nic złego, jeśli jest zainteresowana sprawami...
- Zainteresowana! - mężczyzna nie pozwolił Volterowi dokończyć zdania. - Być może jest zainteresowana obrzuceniem nas zwierzęcymi odchodami? A może nawet ludzkimi, kto wie! Bo to właśnie należy do zainteresowań pani Doris. Bezczeszczenie miejsc świętych. I nie są to czcze słowa, bo kilka lat temu została za to nawet skazana. Czy znajduje biskup na to jakieś wytłumaczenie?
Na sali zawrzało, a ja zamarłam. Wiedziałam, że wszystkie spojrzenia są skupione na mnie. Powinnam była to przewidzieć, myślałam gorączkowo. Przecież część młodych pastorów studiowała w Helsinkach w tym samym czasie co ja. Właśnie wtedy, kiedy zadawałam się z Anniiną. Być może nie byłam wtedy aż tak rozpoznawalna jak ona albo Tina, ale na pewno część studentów wiedziała, że brałam udział w tym sławnym wybryku.
Miałam wrażenie, że moje wnętrzności zamieniły się w lodowate, ostre sople. Spojrzałam na Voltera, który stał przed zgromadzeniem około stu pięćdziesięciu osób czekających na jego reakcję.
I wtedy to zobaczyłam. On wiedział. Nie mogłam być pewna, od jak dawna wiedział ani skąd, ale nie wyglądał na ani trochę zdziwionego. Jego pobladła twarz wyrażała napięcie.
Ogarnął mnie straszny wstyd. Myślałam, że zwymiotuję. Dotarło do mnie bowiem, jak trudne musiało być dla niego udźwignięcie tych informacji. Na pewno cierpiał. Przeze mnie.
Minęła chwila, zanim Volter zdobył się na odpowiedź. W końcu udało mu się odezwać rzeczowym tonem:
- Doris otrzymała wyrok i odbyła pokutę. Ludzie popełniają błędy. Kłamią, kradną, a nawet zabijają. A jednak każdy ma szansę na zbawienie.
- Na zbawienie? Nie wygląda na to, żeby ta pani jakoś szczególnie dążyła do zbawienia. Nie należy przecież do Kościoła, jest arogancka i...
- Dość - odrzekł zimno Volter. - To nie jest odpowiednie miejsce na zajmowanie się tą sprawą. Nawet jeśli kwestia mojego związku z Doris powinna zostać omówiona, to na pewno nie na tym forum.
Na sali ucichło. Wiedziałam, że nie mogę tam zostać ani chwili dłużej i rozpraszać wszystkich, a zwłaszcza Voltera, swoją obecnością. Wycofałam się do holu na miękkich nogach, starając się patrzeć prosto przed siebie.
Wróciłam do jego mieszkania. Próbowałam uspokoić myśli, ale zwłaszcza jedna wciąż nie dawała mi spokoju. Dlaczego Volter nie powiedział, że wie o tej godnej pożałowania sprawie?
Usiadłam na kanapie w salonie i czekałam. Nie trwało to długo. Zaledwie pół godziny później usłyszałam trzaśnięcie drzwiami. Wstrzymałam oddech. To nie był dobry znak.
Nie usłyszałam jednak żadnych kroków dobiegających z przedpokoju. Postanowiłam więc sama wyjść Volterowi naprzeciw. Stał oparty o frontowe drzwi. Wyglądał na zmęczonego i wściekłego.
Ostrożnie podeszłam bliżej.
- Przepraszam. Czuję się okropnie. Powinnam była... - zaczęłam. - Dlaczego nie powiedziałeś, że wiesz o wszystkim? - dodałam szeptem.
- Bo miałem nadzieję, że sama mi o tym powiesz. Czekałem. Myślałem, że tak to działa w związku. Postawiłaś mnie jednak w bardzo trudnej sytuacji. Pomyśl, co by było, gdybym nie dowiedział się o tym wszystkim od arcybiskupa. Stałbym tam dzisiaj przed zgromadzonymi jak kompletny idiota!
Szczerze mówiąc, byłam pewna, że Volter wybrnąłby z tej sytuacji w taki czy inny sposób, ale to nie była pora na odpieranie jego argumentów. Piekły mnie policzki i czułam, jak skręca mi się żołądek. Powiedziałam drżącym głosem:
- Od tamtej pory minęło tyle czasu... Wtedy dopiero co dostałam się na studia. Pamiętasz, mówiłam ci, że próbowałam być ateistką.
- Mimo wszystko z czystej przyzwoitości wypada wspomnieć o tym, że kiedyś dostało się wyrok za rzucanie gównem w kościele, jeśli chce się związać z duchownym!
- Niczym nigdy w nikogo nie rzucałam!
- Jak mam ci teraz uwierzyć? Skąd mam wiedzieć, jak długo zamierzałaś to przede mną ukrywać? Zresztą, co z tego, jeśli brałaś w tym wszystkim udział tylko dla towarzystwa? Przecież wiesz, kim jestem! Chyba nie możesz być aż tak głupia, żeby nie mieć świadomości, że ludzie wciąż kojarzą cię z tą sytuacją i w końcu ktoś mi o niej doniesie. Zresztą już od dawna różni życzliwi ostrzegali mnie przed tobą. Tydzień temu sam arcybiskup spytał mnie wprost, czy jesteśmy razem. A to dlatego, że ktoś powiedział mu o tym pocałunku przed kościołem. I przy okazji o twoich wyczynach sprzed paru lat. Widocznie po święceniach cały zastęp świeżo upieczonych pastorów plotkował na nasz temat. Wszyscy myśleli, że ja wiem. Ale nie. Musiałem się dowiedzieć od arcybiskupa. Informacja z pierwszej ręki.
Zaśmiał się gorzko.
- Volter... To był największy błąd w moim życiu...
Podeszłam bliżej i odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Wpatrywał się we mnie zimno i wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu.
- Powiedz, Doris, czego ty tak naprawdę ode mnie chcesz. Może całkiem dobrze się bawisz, obserwując upadek pastora? Ba, biskupa! Może właśnie o to ci chodziło? Chciałaś mnie uwieść. Stroiłaś się w te kuse sukienki, flirtowałaś i kusiłaś. A może umówiłaś się z jakimś plotkarskim szmatławcem, co? Możesz teraz sprzedać komuś gorący materiał o upadłym biskupie! Opowiadać wszystkim dookoła, że pozwoliłem ci włożyć na szyję mój krzyż!
- Przestań! - Nie mogłam tego znieść. - Przecież ja cię kocham! Doskonale o tym wiesz. Po prostu się wstydziłam. Musisz mi uwierzyć... - Załkałam.
Volter skrzyżował ramiona i przechylił głowę, jakby nie dosłyszał, co mówię.
- Wielka miłość, Bóg, modlitwa, nadprzyrodzone doświadczenia... Dobrze wiesz, jakiej karty użyć w odpowiednim momencie. Ile osób przede mną słuchało tych twoich historyjek? Czy może jestem pierwszym naiwnym, który nabrał się na wszystkie sztuczki? Cały czas mnie zwodziłaś. A wszystko po to, żeby móc się pochwalić, że zaliczyłaś biskupa. Ty dziwko!
Nie byłam w stanie tego słuchać. Czułam, że kolejne słowo przesiąknięte tym okropnym jadem mnie zabije.
- Sam nie wierzysz w to, co mówisz. Bałam się! Po prostu się bałam, że mi nie uwierzysz.
I przycisnęłam usta do jego ust, zanurzyłam dłonie w jego włosach, przylgnęłam do niego całym ciałem w nadziei, że zrozumie... On jednak stał niewzruszony jak posąg. Do oczu napłynęły mi łzy wściekłości i smutku. Poddałam się.
W chwili gdy chciałam się od niego odsunąć, on złapał mnie za włosy, przyciągnął do siebie i przycisnął mocno do drzwi.
Ściągnął spodnie i włożył mi rękę w majtki. Nie byłam pewna, czy bardziej mnie to ucieszyło, czy zawstydziło. Byłam podniecona, co on od razu zauważył. Nic nie mogłam na to poradzić, że jego bezceremonialne, nieokrzesane zachowanie tak mnie rozochociło. Momentalnie zrobiłam się mokra, choć czułam, że nie powinnam.
- Jesteś cała mokra, szmato. Mogę sobie tylko wyobrażać, z iloma facetami się pieprzyłaś, skoro twoja cipka jest stale gotowa.
Wstrzymałam oddech. Nie wiedziałam, jak zareagować na te pogardliwe słowa.
- To nie tak... Nieprawda... Tylko ty... - wybąkałam.
- Tylko ja. Jasne - przedrzeźniał mnie. Miał mnie za nic. Był okrutny. Włożył we mnie głęboko jeden palec. Drugą ręką złapał mnie za szyję.
- Ani słowa więcej - syknął. - Chcesz, żebym cię pierdolił tu i teraz czy nie? Może chcesz, żebym założył szaty liturgiczne? Wiem, że to lubisz, suko. A może chcesz robić zdjęcia? Wcale bym się nie zdziwił.
Zamknęłam oczy i próbowałem zrozumieć jego słowa. Czułam tylko wstyd i pożądanie - tak silne, że z trudem jęknęłam:
- Rób ze mną, co chcesz. Mów, co chcesz. Bierz mnie. Ale ja nie kłamię. Przysięgam, że...
Wtedy złapał mnie mocno za biodra i pośladki, podniósł i oparł o drzwi. Naparł na mnie całym ciałem, tak że poczułam jego twardego penisa. Jedwabista tkanina, z której wykonana była jego sutanna, muskała mnie delikatnie. Kiedy poczułam zimny ciężar krzyża na brzuchu, instynktownie odskoczyłam. Zerwał go więc z szyi i rzucił na podłogę. Jestem bezbożną dziwką. Po raz kolejny zalała mnie fala upokorzenia i podniecenia.
Wszedł we mnie tylko troszeczkę, a ja wydałam zduszony okrzyk. Oparł mnie jeszcze mocniej o ścianę, złapał mocno za włosy i dyszał ciężko z otwartymi ustami tuż przy moich ustach. Zawładnęła mną piekielna żądza. Nie obchodziło mnie ani trochę, że tak mnie obrażał. Chciałam po prostu, żeby mnie pieprzył. Chciałam zostać ukarana. Niech mnie ukarze... Niech mnie pieprzy...
- Chcesz tego, suko? Pewnie wolałabyś w katedrze. Albo przynajmniej w jakiejś kaplicy. Chciałabyś szczytować na ołtarzu... Przyznaj się... - sapał prosto w moje usta i wszedł we mnie odrobinę głębiej. Drażnił się ze mną. To była moja kara.
Wulgarne słowa dzwoniły mi w uszach. Przygryzłam usta. Napięłam mięśnie, marząc o tym, żeby moja cipka go wessała. W końcu wszedł we mnie z całą mocą. Słyszałam jego ciężki oddech i czułam, jak jego wielki kutas mnie rozpiera... Pociemniało mi w oczach. Wchodził we mnie głęboko i do końca, po czym wychodził całkowicie... I wchodził znowu.
Ugryzł mnie w szyję, aż jęknęłam z bolesnej przyjemności. Trzymał mnie za uda w żelaznym uścisku. Uderzałam pośladkami o drzwi przy każdym głębokim pchnięciu. Bolało mnie całe ciało, ale było mi tak dobrze, że czułam zawroty głowy. Moje ciało całkowicie poddawało się wszystkiemu, co robił Volter. Wiedziałam, że przestawał nad sobą panować.
- Chcesz, żeby w całym budynku usłyszeli, jak cię pierdolę? - wycharczał.
- Chcę! - krzyknęłam.
I wtedy zaczął mnie posuwać jak nigdy wcześniej. Mocno, agresywnie, szybko. Zaciskałam zęby. Wbijałam paznokcie w jego skórę. Krzyczałam... I zaczęłam szczytować...
Moje ciało eksplodowało niczym porażone prądem o napięciu miliona woltów. Płonęłam niczym wiedźma na stosie. Czułam silne skurcze. Moja zmęczona cipka zaciskała się na nim i, nasycona, ostatkami sił wypychała go na zewnątrz. Błagałam go, żeby już przestał. Powtarzałam jego imię, wykrzykując je tak, że mój głos na pewno przeniknął przez ściany apartamentu. W końcu i on wydał z siebie zwycięski ryk. Poczułam, jak się we mnie spuszcza...
Nie miałam pojęcia, jak długo staliśmy tak objęci w korytarzu. W końcu opadliśmy na podłogę. Przytulił mnie opiekuńczo. Oddychał ciężko, miał zamknięte oczy. Po jakimś czasie wyszeptał drżącym głosem:
- Ach, Doris, przepraszam. Nie wiem, co we mnie wstąpiło.
Uniosłam głowę spoczywającą na jego piersi. Zobaczyłam, że z kącika oczu spłynęła mu łza.
- Byłeś zszokowany i zły. Rozumiem to. Twoje słowa mnie zraniły, ale... nie zgwałciłeś mnie. Przecież wiesz, że tego chciałam.
Na twarzy Voltera pojawił się zmęczony, nieszczęśliwy uśmiech. Zamrugał.
- Ja... mam wrażenie, że puściły mi dzisiaj hamulce. Powiedziałem o wiele za dużo. Nie tylko o twoim wyroku... Nie powinienem...
- Naprawdę myślisz, że chciałam cię wystawić na pośmiewisko? - zapytałam rozżalona.
- Przeszło mi to przez chwilę przez myśl. Ale tak naprawdę wiem, że... po tym, co między nami zaszło... - Nie dokończył. Głośno przełknął ślinę. - Chodźmy już do sypialni. Jeśli nadal chcesz spać ze mną w jednym łóżku.
***
Obudziłam się około szóstej rano. Moje ciało było przepełnione uczuciem szczęścia i satysfakcji, ale w głębi serca czułam niepokój. Spędziliśmy całą noc przytuleni, jednak w uścisku Voltera wyczuwałam bezsilność. Gładził mnie po włosach w zamyśleniu.
Otworzyłam oczy i odwróciłam się twarzą do niego. Ręka mężczyzny przesunęła się na moje ramiona, a następnie spoczęła na talii.
- Przez całą noc nie zmrużyłem oka. Próbowałem to sobie jakoś poukładać - powiedział cicho. - Nie wiem, co z tym zrobić. Szczerze mówiąc, jestem tym wszystkim bardzo rozczarowany.
W jego głosie słychać było urazę. Próbowałam wziąć głęboki oddech. Nagle wydało mi się to bardzo trudne.
- Czy wszyscy... o tym wiedzą? - zapytałam cienkim głosem.
- No cóż, nawet jeśli jeszcze nie wiedzą, to już wkrótce się dowiedzą. - odparł. - Dziwi mnie, że do tej pory nikt nie pisnął ani słówkiem. Zapewne albo nie chcieli się wtrącać, albo zakładali, że o wszystkim wiem. Też bym pewnie tak myślał na ich miejscu.
Nic nie odpowiedziałam. Patrzyłam na niego, nie mogąc wydusić ani słowa.
- Powinnaś była się spodziewać, że takie rzeczy nie tak łatwo ulegają zapomnieniu. W archidiecezji jest wiele osób, które studiowały w Helsinkach za twoich czasów. Po części dlatego tak mnie wczoraj poniosło. Wszyscy wiedzieli, nikt nic nie pisnął, a potem nagle wyciągają tę sprawę na ważnym wydarzeniu - mówił wzburzony. Po chwili dodał już nieco spokojniejszym tonem: - Musisz wiedzieć, że bardzo trudno mi zrozumieć czyn, którego się dopuściłaś. Uznałaś, że jesteś lepsza niż inni, że masz prawo do poniżenia drugiego człowieka. Człowieka, który myśli inaczej niż ty. To okrutne. W dodatku próbowałaś to ukryć, tak jakby te wydarzenia dało się wymazać. Nie, moja droga. One są częścią twojej historii.
Wytarłam oczy. Usiłowałam powstrzymać strumień łez, ale nie było to łatwe.
- Chciałam ci o tym powiedzieć. Naprawdę miałam taki zamiar. Zawsze znalazł się jakiś powód, żeby chociaż trochę odłożyć to w czasie, bo tak bardzo się bałam i wstydziłam. Wiedziałam, że mnie potępisz. Nie chciałam cię stracić.
Popatrzyłam na niego ostrożnie i wyznałam:
- Wtedy... po tym wszystkim... po raz pierwszy w życiu doświadczyłam obecności siły wyższej. Do tej pory zawsze czułam się okropnie. Byłam zagubiona i wiecznie wściekła. Myślę, że cierpiałam też na depresję. Czasem miałam ochotę się po prostu poddać. Ale po tym wszystkim poczułam się tak, jakbym narodziła się na nowo. Jakbym wybudziła się z kilkuletniego kaca! Nagle miałam siłę, żeby ruszyć do przodu. Zaczęłam się lepiej uczyć i poznałam kilku wspaniałych przyjaciół. Życie stało się jakby bardziej znośne. Nie znaczy to, że się nawróciłam, ale przestałam kpić z wierzących, przynajmniej publicznie. A potem spotkałam ciebie...
Volter wysłuchał mnie uważnie, po czym zapytał:
- Co by było, gdybym wczoraj usłyszał te zarzuty pod twoim adresem po raz pierwszy w życiu? Jak bym zareagował? Myślałaś o tym?
Poczułam się tak maleńka i nic nieznacząca jak ziarenko piasku.
- Nie... Nie pomyślałam o tym - zdołałam wyszeptać. - Chyba miałam nadzieję, że jeśli ja sama będę milczeć, to wszystko pójdzie w zapomnienie. Robiłam przecież później wiele innych skandalicznych rzeczy... Piłam, uprawiałam przygodny seks... Chyba miałam nadzieję, że to wszystko przykryje wcześniejsze wydarzenia.
- Słuchaj... Muszę ci powiedzieć coś jeszcze - rzekł Volter. - Chciałbym, żebyś wiedziała, że te słowa, które padły wczoraj z moich ust... Ja... Tak naprawdę wcale tak o tobie nie myślę. Przepraszam. Żałuję, że mi nie zaufałaś i nie powiedziałaś o wszystkim, to prawda. Ale wyrok został wydany i odbyłaś już karę. Nie ma powodu, żebyś cierpiała jeszcze bardziej - ciągnął. Umilkł na chwilę, po czym dodał: - Od początku wiedziałem, że związek z tobą może być wyzwaniem dla mojej kariery. Teraz tym bardziej nie wiem... - Umilkł.
Wstrzymałam oddech. Strach wprawiał moje myśli w tornado.
- Czego nie wiesz? - zapytałam.
- Nie wiem, czy chcę pracować w takim miejscu jak to. Gdzie w okrutny sposób obmawia się nieznajomą osobę i nikt się temu nie sprzeciwia. Gdzie moje życie prywatne jest tematem pogaduszek. Nie wiem, czy nadal jestem w stanie zaakceptować to, że muszę się ze wszystkiego tłumaczyć. Z drugiej strony... nie wiem też, czy jestem w stanie przejść obojętnie wobec faktu, że moja partnerka ukryła przede mną tak ważną sprawę. Jaką mogę mieć pewność, że niczego już nie zatajasz? - spytał rozżalony.
Ach... Gdybym wiedziała, że Volter cierpi o wiele bardziej dlatego, że nie podzieliłam się z nim swoją przeszłością, niż z powodu tego, co ta przeszłość skrywała... Czułam się fatalnie. Nie zdałam egzaminu z zaufania. Co ja sobie wyobrażałam? Naprawdę myślałam, że ta sprawa nie ujrzy światła dziennego?
Bardzo nie chciałam zadawać tego pytania. Wiedziałam jednak, że powinnam:
- Czy chcesz, żebym odeszła?
Popatrzył na mnie smutno, zagubiony.
- Nie wiem, czego chcę. Myślałem o tym przez całą noc, ale nie doszedłem do żadnych wniosków. Muszę dać sobie więcej czasu i podjąć ważne decyzje. Dotyczące nie tylko nas, ale także całej mojej przyszłości.
Próbowałam zachować spokój. Volter musiał pomyśleć. To jeszcze nic nie znaczyło. Z mojego gardła wydobył się jednak jęk wyrażający rezygnację i żal:
- Przepraszam! Przepraszam, że ci nie powiedziałam. Nie zostawiaj mnie, Volter. Nie wiem, co bez ciebie zrobię.
Dawna ja byłaby pewnie zniesmaczona. Zapewne brzmiałam żałośnie, zachowując się tak, jakby moje życie miało zależeć od jakiegoś mężczyzny. Jednak w tym momencie nic mnie to nie obchodziło. Byłam zdesperowana. Jedyne, czego pragnęłam, to Volter.
- Przysięgam, że nie mam żadnych innych sekretów. Raz zapaliłam marihuanę za granicą, ale żaden ksiądz tego nie widział. Jeśli chcesz, mogę ci opowiedzieć każdy szczegół z mojego życia uczuciowego, choć, szczerze mówiąc, nie mam zbyt wiele do powiedzenia. To był zawsze tylko seks. Kocham ciebie i tylko ciebie. I wiem, że nigdy nie przestanę cię kochać...
Położyłam dłoń na jego ramieniu, a on ujął ją delikatnie w swoją dłoń.
- Wiem. I myślę... wiem... że na pewno nigdy cię nie zapomnę. Ale teraz nie mogę podjąć żadnej decyzji. Nie myślę jasno. Muszę się zdystansować.
Zamarłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Pamiętasz, jak mówiłem, że jestem jak goniec na szachownicy? - zapytał nagle.
- Tak - odparłam głucho, patrząc mu smutno w oczy.
Wyglądał na nieszczęśliwego. Czy to moja wina?
- Teraz myślę, że wcale nie jestem gońcem z ograniczoną możliwością ruchów. Sam nie wiem, kim jestem. Chyba zaszachowanym królem.
Rozdział 10
Jeszcze tego samego ranka opuściłam mieszkanie Voltera. Nie płakałam. Chyba wciąż nie dowierzałam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Czułam, że łzy przyjdą później. Wiedziałam, że nie będę w stanie tłumić w sobie zbyt długo negatywnych emocji.
Szybko pozbierałam swoje rzeczy, podziękowałam Volterowi za pomoc w pisaniu pracy magisterskiej, po raz setny go przeprosiłam i próbowałam uniknąć jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. To ostatnie mi się jednak nie udało. Volter przytulił mnie mocno na pożegnanie i po raz ostatni czule pocałował. Zabolało mnie to jak cholera.
Nie chciałam jechać do domu. Wiedziałam, że nie powinnam być teraz sama. Jeszcze nie, jeszcze nie teraz. Nie miałam zbyt wielu przyjaciół. Mogłabym zadzwonić do Leny, na pewno by mnie przyjęła. Nie chciałam jednak zwalać się jej na głowę - Lena miała dwoje małych dzieci i być może sama potrzebowała wsparcia. Pozostawała mi więc tylko jedna opcja.
Zadzwoniłam z pociągu. Wydawało mi się, że brzmię całkiem normalnie, ale Maria od razu wyczuła, że coś jest nie tak.
- Oczywiście, że możesz przyjechać - powiedziała. - Ale co się stało? Pisałyśmy parę dni temu i wszystko było w porządku.
- Już nie jest. Volter mnie rzucił. To znaczy... Jeszcze mnie nie rzucił, ale powiedział, że musi sobie wszystko przemyśleć. Nie brzmi to za dobrze, co?
- Pokłóciliście się?
- Niezupełnie. Po prostu... Od początku było wiadomo, że nie jestem najlepszą partią. Przeze mnie ucierpiała jego kariera. I to bardzo. W dodatku... Próbowałam ukryć przed nim ten cholerny wyrok za obrazę uczuć religijnych. W końcu ktoś inny mu o tym powiedział, a on zdecydował się tego ze mną nie konfrontować. Bo czekał, aż sama mu powiem. A ja chciałam to zrobić! Tylko... nie zdążyłam. Jakiś wredny typ poruszył ten temat przy ludziach, na pełnej sali. Volter akurat miał wykład. Mówię ci... to było okropne. Naprawdę chciałam mu o tym powiedzieć, ale nie wiedziałam jak...
No i się zaczęło. Rozryczałam się na dobre. Maria pozwoliła mi się wypłakać do słuchawki, ale po chwili przerwała nędzne zawodzenie:
- Pojedziesz pociągiem prosto na lotnisko. Słyszysz? I kupisz bilet na pierwszy lot do Laponii. Masz ze sobą walizkę, więc rzeczy ci wystarczy. W razie czego coś ci pożyczę, nosimy ten sam rozmiar. Na lotnisko, Doris.
Byłam wdzięczna Marii za to przejęcie kontroli. Cieszyłam się, że jest ktoś, kto mówi mi, co mam robić. Zgodziłam się na wszystko i podziękowałam przyjaciółce.
W Helsinkach przesiadłam się do pociągu podmiejskiej linii kolejowej i pojechałam na lotnisko. Kupiłam pierwszy bilet do Rovaniemi - na szczęście moja karta kredytowa nie odmówiła współpracy. W samolocie trochę się uspokoiłam. Maria i Tuomas odebrali mnie z lotniska. Od razu rzuciło mi się w oczy, że włosy mężczyzny były tego samego koloru, co włosy Voltera - może tylko o odcień jaśniejsze. Maria wyglądała na bardzo zaniepokojoną i od razu podbiegła, żeby mnie przytulić. Poza tym widać jednak było, że u niej wszystko w porządku. Promieniała.
- Jedźmy szybko do domu i tam porozmawiajmy. Napijemy się wina. To znaczy ty się napijesz. Ja nie mogę z oczywistych powodów, a Tuomas musi jeszcze podjechać do pracy. Ma wielu klientów, w tym roku jesień nie poskąpiła pięknych kolorów.
Tuomas prowadził własny biznes. Zajmował się organizowaniem podróży po Laponii, zabierał turystów na łowienie ryb w przerębli czy na wycieczki do wioski Świętego Mikołaja.
- Nie mogę się doczekać, aż porozmawiamy - odpowiedziałam. Nie chciałam jednak, żeby wszystko kręciło się tylko wokół mnie. - Pokaż no ten brzuszek! - dodałam już bardziej w swoim stylu.
- Jeszcze nie jest taki duży...
- Przecież jesteś już w piątym miesiącu! A może nawet w szóstym? W dodatku z bliźniakami. Na pewno coś widać.
- Widać, widać - powiedział z dumą Tuomas. Przyciągnął Marię do siebie i szepnął jej coś na ucho.
Chyba coś sprośnego, bo parsknęła śmiechem.
Poczułam ukłucie zazdrości. Cieszyłam się, że mogłam spuścić wzrok, bo Maria rozpięła kurtkę. Rzeczywiście odznaczał się już delikatnie zaokrąglony brzuszek. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Cieszyłam się szczęściem przyjaciółki, ale... ja też bardzo chciałabym być w ciąży... Z Volterem.
Kompletnie oszalałam! Przecież poznałam go zaledwie przed kilkoma tygodniami. Jak to możliwe, że teraz marzyłam o jego dziecku?
- Chodźmy już na to wino - powiedziałam.
Maria i Tuomas mieszkali w nowoczesnym szarym bliźniaku położonym całkiem blisko centrum Rovaniemi. W samochodzie rozmawialiśmy o tym, co u nich. Maria kończyła doktorat, biznes Tuomasa się kręcił. Głównie to oni mówili, więc nie musiałam się silić na zadawanie pytań. Podejrzewałam, że Maria wprowadziła męża w moją sytuację, bo i on o nic mnie nie pytał.
Kiedy weszliśmy do domu, Maria od razu zaparzyła nam kawy. Może uznała, że nie powinnam się upijać w takim stanie. Opowiedziałam jej z grubsza, co się wydarzyło. Potem trochę bardziej szczegółowo. A potem jeszcze bardziej. Mówiłam o naszych potyczkach słownych, o moich ucieczkach, szachowych metaforach, kłótniach, a wreszcie także o chwilach uniesienia. Nawet opowiedziane pokrótce brzmiały gorąco i namiętnie. Brwi Marii unosiły się coraz wyżej i wyżej, a kiedy skończyłam opowiadać, roześmiała się z niedowierzaniem.
- Wow! Nie wiedziałam, że Helakorpi ma taki temperament. Nie wiem, czy powinnam to teraz mówić, ale wydaje mi się, że pasujecie do siebie. I chyba dobrze mu zrobiło te parę tygodni z tobą, kiedy w końcu mógł powiedzieć komuś na głos, co naprawdę myśli. I tak pozwala sobie publicznie na dość odważne wypowiedzi, ale mimo wszystko musi się przecież powstrzymywać.
Po chwili zastanowienia dodała jeszcze dobitniej:
- A z tą całą Jenni nic nie wyszło, widzisz? Wiedziałam, że tak będzie. Nie pasuje do niego taka szara myszka.
- A ty i Tuomas? - zapytałam. - Też się różnicie. On jest porywczy, a ty taka ciepła i delikatna. Sama mówiłaś.
- Rzeczywiście, może taka byłam. Zwłaszcza w stosunku do innych. Ale on akurat potrafi podnieść mi ciśnienie. Nie mogę go znieść, kiedy jest zmęczony i w złym humorze. O wszystko potrafi się przyczepić. Niedawno oświadczył przy stole, że chyba będziemy musieli zacząć zamawiać catering, bo rozgotowałam makaron. Zabrałam mu talerz sprzed nosa i wyrzuciłam wszystko do kosza. Tak się składa, że ja nie lubię niedogotowanego jedzenia, ale on, jeśli chce, może jeść makaron nawet na sucho. I wiesz, co zrobił? Tylko się roześmiał. Obrócił to w żart. Uwielbiam go za to.
Na jej twarzy pojawił się błogi uśmiech. Pewnie przypomniała sobie coś jeszcze, co wydarzyło się tamtego popołudnia.
- Dzięki niemu czuję, że żyję. Czasem się sprzeczamy, ale zawsze wynika z tego coś dobrego. Teraz to on gotuje makaron. Z zegarkiem w ręku. A moją porcję trzyma w wodzie trochę dłużej.
Uśmiechnęłam się. Dobrze wiedziałam, jak uparta potrafiła być Maria. Poczułam rozrzewnienie. Jak to wspaniale, że miałam taką przyjaciółkę! Postanowiłam zwierzyć się jej z ostatniej, najtrudniejszej rzeczy.
- Volter chce sobie wszystko przemyśleć. Wszystko, to znaczy nas i swoją karierę. Mam wielką nadzieję, że nie skreśli mnie ze swojego życia. Ja... powiedziałam mu, że go kocham.
- Ty? Powiedziałaś mu, że...?
- Tak. Tak naprawdę powiedziałam to już wcześniej, ale nie tak bezpośrednio. Powinien był się jednak domyślić. No a teraz rzuciłam to zupełnie wprost.
- I co on na to?
- Nic. Oświadczył, że nigdy mnie nie zapomni - stwierdziłam gorzko. - Co to ma niby znaczyć?
To była nasza jedyna dłuższa rozmowa. Potem czasami oglądaliśmy razem telewizję i jedliśmy wspólne posiłki, ale prawie cały czas siedziałam zamknięta w pokoju gościnnym, udając, że piszę pracę.
Tak naprawdę nic nie robiłam. Leżałam w łóżku i bezmyślnie przeglądałam głupie strony internetowe. Jedyną rzeczą, którą robiłam regularnie i celowo, było sprawdzanie wiadomości archidiecezjalnych z Turku. Często oglądałam też zdjęcia Voltera. Płakałam. Zaczęłam tracić motywację do wykonywania najprostszych czynności. Nie chciało mi się jeść ani myć. Czułam się beznadziejnie, jakbym znów znalazła się w świątyni Kryszny.
Maria coraz częściej do mnie zaglądała, ale zbywałam ją jakimiś wymówkami. Mówiłam, że boli mnie głowa. Albo gardło. Że mnie mdli. Co jakiś czas przychodziłam do salonu i napotykałam zaniepokojone spojrzenie Tuomasa. Musiałam wyglądać jak siedem nieszczęść w brudnym dresie, z przetłuszczonymi włosami.
Po niecałych dwóch tygodniach zaczęłam wypisywać maile do Voltera. Opowiadałam, jak za nim tęsknię i że go kocham. Że nie jestem w stanie posunąć się do przodu z pracą magisterską. Że Rovaniemi to całkiem ładne miasto. Że byłam na stoku narciarskim z przyjaciółką, bo mnie zmusiła. Że spodobał mi się serial Ray Donovan. Pytałam, czy oglądał Gambit królowej. Ten o grze w szachy. Codziennie wysyłałam jakąś wiadomość. Czasem coś zupełnie bez znaczenia, ale było to lepsze niż całkowita cisza.
Choć tak naprawdę cisza była absolutna. Nie odpowiedział mi na żadną wiadomość. To był tylko mój monolog...
A potem jakoś przypadkiem natknęłam się na Biblię. Leżała na regale w salonie. Przypomniało mi się, że kiedyś, dawno temu, dostałam od kogoś pocztówkę z cytatem, który wywarł na mnie duże wrażenie. Był to cytat z Księgi Izajasza. Udało mi się go odnaleźć.
Gdyż jak deszcz i śnieg spadają z nieba i już tam nie wracają, ale nawadniają ziemię, czynią ją urodzajną i kwitnącą, dają siewcy ziarno, a jedzącemu chleb, tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust. Nie wraca do Mnie próżno, lecz wykonuje to, czego pragnę, i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem.
Wysłałam ten fragment Volterowi. Na koniec dopisałam: Nie rezygnuj. Twoje słowa trafiają do ludzi.
Po trzech tygodniach Maria stanęła w drzwiach mojego pokoju z butelką wina.
- Przyszłam cię poinformować, że od jutra zaczynamy razem wychodzić z domu. Codziennie. Nie uznaję żadnego sprzeciwu. Co więcej, od jutra zaczynasz normalnie jeść. A teraz wypijesz przynajmniej trzy pełne kieliszki i opowiesz mi, co się dzieje. Jeśli uznam, że to konieczne, zabieram cię do lekarza.
Wypiłam. Wypłakałam się. Wytłumaczyłam. Na koniec opowiedziałam jej nawet o mailach. Ulżyło mi. Kiedy Maria zostawiła mnie samą, wysłałam Volterowi ostatnią wiadomość. Kilka wersów z piosenki Slipknota - Duality:
I push my fingers into my eyes
It's the only thing that slowly stops the ache
But it's made of all the things I have to take
Jesus, it never ends, it works it's way inside
If the pain goes on, I'm not gonna make it.
Następnego ranka obudziłam się z głową ciężką od kaca. Przypomniało mi się, że wysłałam Volterowi te rozpaczliwie smutne słowa piosenki. Miałam nadzieję, że może zapomniałam kliknąć Wyślij. Niestety, wiadomość została dostarczona. Zrobiło mi się strasznie wstyd. Napisałam szybko:
Byłam pijana. Nie przejmuj się tą poprzednią wiadomością. Nie będę ci już więcej przeszkadzać.
Koniec. Westchnęłam i zeszłam do kuchni. Maria popatrzyła na mnie poważnie.
- Musisz coś zjeść. Coś normalnego. Jestem pewna, że schudłaś w ostatnim czasie co najmniej pięć kilo. A potem pójdziemy na spacer.
Żułam beznamiętnie kawałek grzanki, który popijałam jogurtem. Nie miałam apetytu, a w dodatku wciąż dokuczał mi kac. Powiedziałam Marii, że muszę w końcu wziąć prysznic. Nie miałam ochoty na spacer, ale obiecałam, że wieczorem pójdę z nią do kina. Przez chwilę dotrzymałam jej jeszcze towarzystwa, udając, że czytam, po czym podreptałam z powrotem do swojego pokoju. Próbowałam obejrzeć odcinek serialu na HBO, ale nie mogłam się skupić. Zdecydowałam, że doczekam do wieczoru, gapiąc się w sufit.
Film miał się zacząć o dwudziestej. Nie wiedziałam nawet, co wybrała Maria - było mi wszystko jedno. Właśnie miałam wstać, znaleźć jakieś ubrania i wziąć prysznic, kiedy usłyszałam głosy dobiegające z dołu. To pewnie sąsiedzi albo znajomi Tuomasa, pomyślałam. Postanowiłam poczekać, aż Maria grzecznie się z nimi pożegna.
Przysiadłam na łóżku i spojrzałam na swoje paznokcie i skórki. Zawsze je obgryzałam, kiedy byłam w złym stanie. Zamyśliłam się i dlatego nie usłyszałam kroków. Ktoś wchodził po schodach. Po chwili zobaczyłam w drzwiach głowę Marii.
Stała przez moment, nie wiedząc, co powiedzieć. O co jej chodziło?
- Słuchaj... Volter tu jest. Powiedziałam mu, że nie wpuszczę go do ciebie, dopóki się nie dowiem, czy masz ochotę go zobaczyć. Ale wydaje mi się, że nie za bardzo go to obchodzi. Sprawia wrażenie zdeterminowanego. Więc... no, wiesz. Nie mam zamiaru się z nim siłować. Ten facet jest potężny.
- Volter? - Nie wierzyłam własnym uszom. Powoli docierał do mnie sens słów wypowiedzianych przez Marię. Wpadłam w panikę. - Nie ma mowy! Spójrz tylko na mnie! Nie może mnie zobaczyć w takim stanie! Cholera jasna! Przeczytał moją ostatnią wiadomość i przyjechał. Kurwa! Ucieknę przez okno. Macie drabinę?
Trajkotałam jak najęta. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Szanse na ucieczkę były jednak marne, bo zauważyłam już, że za plecami Marii wyrasta znajoma postać. Delikatnym, ale stanowczym ruchem Volter odsunął moją przyjaciółkę na bok i wszedł do pokoju.
Wstałam. Czułam, jak ożywają wszystkie wnętrzności. Miałam ochotę rzucić mu się w ramiona, ale się powstrzymałam. Popatrzyłam na niego niepewnie. Był bardzo blady.
- Przepraszam. Nie chciałam cię wystraszyć. Nie powinnam była wysyłać tej wiadomości. Nic mi nie jest - powiedziałam.
Podszedł bliżej.
- Jakiej wiadomości? - zapytał cicho.
- Jak to jakiej? Tego głupiego maila! - odpowiedziałam żałośnie. Czułam się jak kompletna idiotka.
- Nie sprawdzałem ostatnio skrzynki. Jestem na urlopie.
Odwrócił głowę i włożył ręce do kieszeni ciemnych dżinsów. Miał na sobie obcisłą czarną bluzkę, która świetnie podkreślała jego sylwetkę. Patrzyłam na niego tęsknie.
- Byłem u ciebie parę dni temu, ale oczywiście nikogo nie zastałem. Nie śmiałem dzwonić... Już nie pierwszy raz się rozstawaliśmy z mojego powodu. Ale zmartwiłem się, kiedy nie otwierałaś mi drzwi przez kilka dni z rzędu. Przypomniało mi się wtedy, że przyjaźnisz się z Leną. Kojarzę ją, więc do niej zadzwoniłem. Powiedziała, że jesteś tutaj. Poprosiłem, żeby nie wspominała ci o naszej rozmowie. Widocznie posłuchała. No i przyjechałem.
- Aż tutaj? - zapytałam z niedowierzaniem. - Przyjechałeś aż tutaj, do Rovaniemi?
- Dużo ostatnio jeździłem. Po całej Finlandii. Byłem w Joensuu, w Varkaus, Kristiinankaupunki, Tornio... Wróciłem na południe, ale ciebie tam nie było. Więc wyjechałem znowu.
Podszedł bliżej i mocno mnie przytulił. Usiedliśmy na brzegu łóżka. Czułam ciepło jego ciała tuż obok mojego. Napawało mnie to spokojem, którego tak bardzo ostatnio pragnęłam.
- Och, kochanie... - patrzył na mnie zmartwiony. - Czy wszystko w porządku? Wyglądasz na chorą.
Nie wytrzymałam. Przypadłam twarzą do jego piersi i wybuchłam histerycznym płaczem. Obejmował mnie mocno jednym ramieniem. Dłonią drugiej ręki gładził mnie po włosach.
- Błagam, nie zostawiaj mnie samej - zawodziłam. - Nie opuszczaj mnie. Zadzwoń do mnie czasem. Napisz wiadomość...
Nie panowałam nad sobą.
- Wybacz mi, że taka jestem. Nie chcę, żebyś przeze mnie cierpiał. Chcę, żebyś był szczęśliwy. Ale czasem napisz do mnie...
Powtarzałam w kółko te same słowa.
- Od czasu do czasu. Jedna wiadomość. Kilka słów przez telefon. A jeśli będziesz w Helsinkach, możemy pójść coś zjeść. Błagam, nie odcinaj się ode mnie zupełnie...
Trzęsłam się od płaczu w jego ramionach. Z moich ust płynął nieprzerwany potok słów.
- Trudno... tak całkiem bez ciebie. Samej. Chociaż słówko. I... i... kiedy spotkasz tę właściwą kobietę, którą pokochasz... nie będę stawać wam na drodze. Ale nie traćmy kontaktu.
Chociaż płakałam i histeryzowałam, w głębi duszy czułam spokój. Bo Volter trzymał mnie w ramionach, a jego uścisk nie słabł - wręcz przeciwnie, z każdą minutą stawał się coraz mocniejszy.
- Mogę przeczytać tę wiadomość? - zapytał.
Chwyciłam go za bluzkę i pokręciłam głową.
- Proszę, nie. Byłam pijana. Przeczytaj pozostałe, ale...
- Pozostałe? - zapytał zdziwiony.
- Są krótkie. Nic... ważnego. Nie chciałam ci przeszkadzać. Ja tylko... Po prostu...
Chciałam to powiedzieć po raz ostatni:
- Po prostu bez ciebie było mi tak cholernie trudno...
Mężczyzna wyjął telefon z kieszeni.
- Nie mogę uwierzyć, że najważniejsze maile w moim życiu przyszły do mnie akurat wtedy, kiedy po raz pierwszy zmieniłem ustawienia skrzynki i usunąłem powiadomienia.
Zaczął czytać i zamilkł. Wiedziałam, że już nie zdołam mu w tym przeszkodzić, więc przytuliłam się jeszcze mocniej i wyszeptałam:
- Naprawdę nie chciałam ci przeszkadzać. Nie chciałam być natrętna. Wybacz...
- Doris - przerwał i pocałował mnie lekko w czubek głowy. - Buzia na kłódkę, kochanie.
Czekałam w napięciu, aż skończy czytać wiadomości. Czułam, że on też był spięty. Wdychałam głęboko jego zapach, żeby zapamiętać go na zawsze. Bo co, jeśli mężczyzna za chwilę mnie odepchnie? Co on tu w ogóle robił, skoro wcale nie przeczytał wcześniej moich wiadomości? Dlaczego przyjechał? Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na te pytania. Po prostu czekałam, aż skończy czytać. Poczułam lekkie drżenie. Volter się trząsł. Co go tak śmieszyło? Czy to dobry znak?
Wtedy usłyszałam ciężkie westchnienie i zobaczyłam, jak telefon wypada mu z ręki na podłogę. Mężczyzna płakał. Byłam tak zdziwiona, że z tego wszystkiego sama przestałam chlipać. Próbowałam go uspokoić:
- Nie chciałam ci sprawić przykrości. Ja tylko próbowałam nawiązać z tobą kontakt. To nic ważnego. Nie bierz sobie tych wiadomości do serca.
Szloch Voltera powoli słabł.
- Ach, kochanie. Przestań już, proszę - powiedział.
Kochanie.
Zwrócił się do mnie w ten sposób już kilka razy. Czekałam, aż się uspokoi. W końcu zaczął mówić:
- Byłaś taka odważna. O wiele bardziej niż ja. Nazwałaś mnie raz buntownikiem, ale przez cały ten czas byłem zwykłym tchórzem. Po prostu tchórzem.
Pogładziłam go po plecach. Chciałam, żeby mówił dalej.
- Kiedy odeszłaś, a ja wróciłem do pracy... straciłem całą motywację. Jakbym przestał cokolwiek czuć, współczuć... Nie miałem ochoty nikogo wysłuchiwać. Próbowałem się modlić, skupić na obowiązkach. Przez jakiś czas udawałem, że wszystko jest w porządku. Wiesz, że jestem w tym dobry. Aż któregoś razu przy jakiejś okazji ktoś o tobie wspomniał. Powiedziałem, że odeszłaś. I wtedy ten ktoś stwierdził, że całe szczęście, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Myślałem, że dam mu w mordę. Po tej nic nieznaczącej rozmowie poszedłem do kurii i poprosiłem o urlop. - Odetchnął głęboko, po czym zaśmiał się cierpko i dodał: - Wszystkim wyjdzie to na dobre! Wszystkim, czyli komu? Przecież nawet w archidiecezji nikt nigdy nie zasugerował, że nie powinniśmy być razem. Nasz związek przeszkadzał tylko tym upierdliwym świętoszkom. A ja, tchórz, zamiast się im postawić, zwróciłem się przeciwko tobie. Mimo że po tak krótkim okresie znajomości zdecydowałaś się otworzyć przede mną jak przed nikim innym, wyjawiłaś mi swoje sekrety, zaufałaś mi. Zostawiłaś dla siebie tylko jedną rzecz. Tę, o której i tak się dowiedziałem. I ubzdurałem sobie, że mam prawo poddać cię egzaminowi, oczekiwać od ciebie, że zaufasz mi jeszcze bardziej i wyjawisz mi swoją największą tajemnicę. Tak, jakbym sam nie mógł zacząć tej trudnej rozmowy, skoro tak bardzo mi na tym zależało! Wiem, jak bardzo żałujesz i wstydzisz się swoich czynów. Wiedziałem o tym już tego ranka, kiedy odepchnąłem cię od siebie. Znowu.
- Nie bądź dla siebie zbyt surowy... To nie była błahostka - szepnęłam.
- Wszyscy popełniamy błędy i niektóre z nich są bardzo poważne w skutkach. Kiedyś dałem rozgrzeszenie mordercy. A tobie nie potrafiłem wybaczyć, bo nie wyznałaś mi jednego grzechu.
- Nie chciałam zrujnować ci życia... Nie chciałam - powiedziałam płaczliwie i przytuliłam go mocno.
- Nie zrobiłaś niczego złego, Doris. Posłuchaj... - odezwał się miękko. - Popatrz na mnie. Proszę.
Podniosłam głowę. Volter otarł łzy z moich policzków i stwierdził stanowczo:
- Cały czas miałaś rację. Ten gość, który wisi na ścianie w mojej sypialni, wie wszystko o miłości... Myślałem, że ja też. Jak bardzo się jednak myliłem. Zakochałem się w tobie tej nocy, którą spędziliśmy u ciebie, ale nie chciałem tego przyznać przed samym sobą. I... popełniłem straszny błąd, myśląc, że mogę oczekiwać od ciebie postępowania zgodnego z moimi oczekiwaniami. Osądziłem cię, bo niewystarczająco mi zaufałaś. Chociaż tak naprawdę zaufałaś mi prawie bezgranicznie! Przecież praktycznie porzuciłaś swoje wcześniejsze życie, przeprowadziłaś się do mnie i dostosowałaś do moich zwyczajów. Przepraszam, że tego nie doceniłem.
- To nic... Moje wcześniejsze zwyczaje nie były wiele warte - powiedziałam.
- Ani moje - odparł i pocałował mnie w policzek. - Wykreowałem sobie w głowie idealne życie, w którym było miejsce na idealną żonę, idealne dzieci i wspaniałą karierę. Nie spodziewałem się, że zakocham się w dziewczynie, która wywróci to życie do góry nogami. Nie potrafiłem tego zaakceptować, walczyłem z własnymi uczuciami. W imię czego? Przypodobania się starym prykom? Dopiero teraz zrozumiałem, że potrzebuję właśnie ciebie. Potrzebuję w moim życiu kobiety, przy której nie muszę uważać na słowa. Takiej, która mnie rozumie. I która nie zawaha się potłuc paru talerzy, kiedy się wścieknie, ani zerwać ze mnie koszuli w szale namiętności. Potrzebuję prawdziwej osoby. Takiej, która potrafi prawdziwie kochać.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Łzy wzruszenia płynęły mi z oczu strumieniami.
- Dodam tylko, że to nie ja zrywałam z ciebie ubrania. Jesteś mi winien dziesięć bluzek, pamiętasz? - zażartowałam, wciąż pociągając nosem.
- Wybaczysz mi? Jeszcze ten jeden raz... I wrócisz ze mną do domu, teraz już na zawsze?
Brzmiało to cudownie. Do domu. Nie chciałam jednak zareagować zbyt entuzjastycznie.
- A co z Kościołem? Nie chcę, żeby przeze mnie ucierpiała twoja kariera. Albo żebyś ucierpiał ty.
- Uwierz mi. Mam grubą skórę. Kocham cię, Doris. Od teraz, jeśli ktoś cię obrazi, to tak, jakby obraził mnie. A jeśli posuną się za daleko, to odejdę. Chyba że oni pierwsi mnie wywalą.
- Raczej nie mogą tego zrobić.
- Kto wie - odpowiedział ze śmiechem. - Chyba jeszcze nie zdarzył się podobny przypadek. Może dojdą do wniosku, że przynoszę hańbę Kościołowi, szalejąc za taką poganką.
- Dołączę do Kościoła - obiecałam.
- Nie musisz. Nie chcę, żebyś zrobiła to wbrew sobie.
- A co, jeśli marzy mi się ślub kościelny? - spytałam drżącym głosem.
- Nie pamiętam, żebym ci się oświadczał - droczył się ze mną.
- Przecież nie możemy żyć bez końca w grzechu. Jesteś biskupem. Sam kiedyś powiedziałeś, że są jakieś granice. Załatwmy to więc jak należy.
- Konkubinat nie jest już uznawany za taki straszny grzech.
- Ach tak? Chcesz mi powiedzieć, że w ciągu niecałego miesiąca w Kościele luterańskim zaszły radykalne zmiany i wszyscy podskoczą z radości na wieść o tym, że biskup Helakorpi zamieszka z Doris Vuoti?
- Dzięki Bogu za to cudowne ozdrowienie - mruknął czule i pocałował mnie w usta.
Był to długi i piękny pocałunek. Z początku całował mnie miękko i namiętnie, ale wkrótce stał się bardziej natarczywy. Oboje dotykaliśmy się łapczywie, a nasze języki wirowały w cudownym tańcu. Kiedy zaczął całować mnie po szyi, wyszeptałam gorąco:
- Byłam chora ze smutku i tęsknoty...
- Ja też - odpowiedział. - Więc zróbmy to. Weźmy ślub. Kocham cię i wierzę, że moja miłość do ciebie jest właśnie taka, jak ta z twojego ulubionego fragmentu Pieśni nad Pieśniami. Mimo że jesteś uparta, wybuchowa i nosisz zdecydowanie zbyt skąpą bieliznę.
- Jesteś niemożliwy. I takiego cię kocham. Ale nie kłam. Wiem doskonale, że bielizna jest z pewnością argumentem za, a nie przeciw. Muszę sprawić jej sobie więcej, zanim któregoś dnia stracisz panowanie nad sobą i przestaniesz przynosić do domu biskupią wypłatę. Zanim wylądujemy gdzieś w Sawonii. Albo tutaj, w Laponii. Jak najdalej od arcybiskupstwa.
- Ty za to właśnie kończysz studia. Musimy pomyśleć o twojej karierze. Nie nawiązałaś jakichś kontaktów w sądzie podczas tych wszystkich rozpraw? - Nie pozostawał mi dłużny.
Ze śmiechu dostałam czkawki.
- Chyba nadawałabym się lepiej na menedżerkę jakiegoś zespołu rockowego. A może nawet Slipknota!
- Powinnaś przy okazji dostać od nich medal dla najwierniejszej fanki. - Uśmiechnął się. Po chwili dodał: - Dawno nie słuchałem tyle Slipknota i w ogóle metalu co w ostatnim czasie. Miałem na tapecie Duality i kilka innych płyt, ale wałkowałem przede wszystkim Before I Forget... Byłem w parszywym nastroju. Pomyślałem sobie, że może pomogłoby mi czytanie Biblii. Ale nie znalazłem ani jednego fragmentu na potwierdzenie tego, że dobrze zrobiłem, pozwalając odejść najukochańszej osobie. Ani takiego, który by potwierdził, że nie mogę ci wybaczyć. W głębi duszy wiedziałem, jaka jest prawda. Wiedziałem to wszystko bez czytania Biblii. Ale potrzebowałem czasu, żeby w pełni zrozumieć swoje położenie.
Byłam szczęśliwa, że odzyskałam Voltera. Bałam się jednak całkowicie mu zaufać. Nie chciałam przeżyć kolejnego rozczarowania.
- Jesteś pewien, że nie zmienisz zdania? - zapytałam. - Nie wiem, czy poradziłabym sobie z następnym rozstaniem...
Popatrzył mi głęboko w oczy. Widziałam spokój i pewność w szarych tęczówkach. Zielone plamki iskrzyły się niepokornie.
- Nie przyjechałbym tu, gdybym nie był pewien, że cię potrzebuję. Próbowałem sobie wmówić, że jest inaczej, ale nie mam już siły, żeby dłużej się oszukiwać. Poza tym nawet jeśli spełni się najczarniejszy ze scenariuszy i nie będę mógł dłużej być biskupem czy nawet pastorem, to jestem pewien, że znajdzie się dla mnie miejsce na którymś wydziale teologicznym. Albo na jakiejś socjologii. Gdziekolwiek!
Ucieszyła mnie jego odpowiedź. Przewróciłam Voltera na plecy i wdrapałam się na niego. Spojrzałam z góry na ukochanego mężczyznę i znowu zachciało mi się płakać. Tym razem z radości. Coś przyszło mi do głowy.
- Widziałam tu w jednym sklepie z biżuterią przepiękne obrączki zrobione z lapońskiego złota. Zwłaszcza jeden model bardzo mi się spodobał. Taki z dwoma diamentami...
Volter udał, że nie zrozumiał aluzji.
- Nie potrzebuję żadnych diamentów - odpowiedział, po czym zmrużył oczy i zapytał, przyglądając się mi bacznie: - Co robiłaś w sklepie z biżuterią? I z kim?
- Poszłam tam z pewnym mężczyzną - odparłam zaczepnie.
Brwi Voltera niebezpiecznie się zmarszczyły.
- Zdążyłaś już się kimś pocieszyć i naciągnąć jakiegoś frajera na...
- Z Tuomasem! - wykrzyknęłam. Może powinnam się obrazić, ale tak naprawdę rozśmieszył mnie jego pokaz zazdrości. - Mężem Marii. Mojej przyjaciółki. Jesteśmy u nich w domu. Coś ci świta?
Zrobiło mu się głupio.
- Tuomas nie znosi, kiedy Maria wychodzi z domu bez obrączki. Tylko że Marii w ciąży spuchły palce... Tuomas uparł się więc, że powiększą jej obrączkę. Co jest oczywiście bardzo zabawne, bo nie wiem, kto niby miałby podrywać jego ciężarną żonę.
- Tuomas ma całkowitą rację - powiedział Volter. - Jak to facet.
Po chwili dodał przekornie:
- Teraz, kiedy otrząsnąłem się z pierwszego szoku po twoich oświadczynach...
- Wcale ci się nie oświadczyłam!
- Jesteś pewna?
- Tylko podzieliłam się z tobą racjonalnymi obserwacjami.
- No tak. Tymi na temat ślubu kościelnego. - Nie przestawał mi dokuczać. - Ale jestem tego samego zdania. Muszę cię zaobrączkować, zanim uprzedzi mnie jakiś Tuomas. Chodźmy jutro do tego sklepu.
- I bardzo dobrze. Niech wszystkie Jenni na świecie wiedzą, że ten egzemplarz - dźgnęłam go palcem w pierś - jest off limits. Ty za to nie masz powodów do niepokoju. Nigdy wcześniej nie miałam najmniejszej ochoty się z nikim wiązać. Jesteś jedyny. Wyjątkowy.
Ostatnie słowa wypowiedziałam cicho i czule, gładząc Voltera po twarzy. Właśnie zbliżałam się, żeby go pocałować, kiedy naszych uszu dobiegło pukanie. Zobaczyłam głowę Marii w uchylonych drzwiach. Uśmiech rozjaśnił jej twarz, kiedy zobaczyła nas leżących w ciasnym uścisku.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałam się tylko upewnić, że nie idziecie z nami do kina.
Volter przekręcił mnie na plecy i położył mi rękę na brzuchu na znak, bym nie wstawała. Sam zaś podniósł się i odpowiedział:
- Wybacz, że tak wtargnąłem do waszego domu. Jeśli nie masz nic przeciwko, to na dzisiejszy wieczór i noc chciałbym zarezerwować Doris tylko dla siebie. Oczywiście możemy przenieść się do hotelu, to żaden problem.
- Ależ nie! Oczywiście, że nie mam nic przeciwko. Zostańcie tutaj. No i... Chcę tylko powiedzieć, że bardzo, bardzo się cieszę. Mam wrażenie, że chyba się dogadaliście i wszystko się między wami ułożyło.
- Ułożyło się - potwierdziłam z uśmiechem.
- Doris mi się oświadczyła - dodał Volter.
- Wcale nie!
- A właśnie że tak. Możesz być pewna, że mój drużba opowie tę historię na weselu.
- Jeśli zdąży przed tobą. Coś mi mówi, że nie wytrzymasz do wesela i będziesz o tym paplał na prawo i lewo!
Maria roześmiała się szczerze i radośnie. Wiedziałam, że naprawdę cieszy się moim szczęściem.
- Okej, to my już pójdziemy - powiedziała. - Bawcie się dobrze!
***
Długo się zastanawiałam, jak przekonać Voltera, że moja chęć przystąpienia do Kościoła była szczera i nie chodziło wyłącznie o formalności. Miałam kilku znajomych, którzy należeli do Kościoła, dlatego że chrześcijaństwo było dla nich kulturowo najbliższą i najbardziej zrozumiałą religią. No i wierzyli w Boga. Ponieważ sama bardzo ceniłam nauki Jezusa, w końcu uznałam, że przynależność do Kościoła będzie dla mnie naturalnym krokiem naprzód, mimo że nigdy nie doświadczyłam tak głębokiego przebudzenia jak Volter.
Powiedziałam mu, że chciałam walczyć z nim ramię w ramię o Kościół, który sobie wyobraził: otwarty na zmiany i tolerancyjny. Oczywiście musiałam przystąpić do konfirmacji, ale okazało się to o wiele mniej skomplikowane, niż mi się wcześniej wydawało.
Z początku wątpiłam w stałość uczuć Voltera. Nie do końca wierzyłam, że będzie umiał mnie kochać mimo moich wad. Postanowiłam mu jednak zaufać. Czy miałam inny wybór? Moja miłość do Voltera była absolutna. Kochałam go całą duszą, sercem i ciałem.
Po ogłoszeniu zaręczyn plotki na nasz temat urosły do tego stopnia, że postanowiłam napisać list otwarty do archidiecezji z przeprosinami za moje bezmyślne działania z przeszłości. Dodałam też akapit o moim obecnym związku z Kościołem i religią (nie wdając się w zbędne szczegóły). Raz wspomniano o nas w gazecie porannej, a potem jeszcze w paru innych. Pewnego dnia Volter wrócił z pracy trochę zirytowany. Zanim pocałował mnie na powitanie i zaprowadził do sypialni, usłyszałam, jak mamrocze pod nosem coś o zakutych łbach. Dopiero kiedy arcybiskup wydał w naszej sprawie oświadczenie, w którym poparł zaręczyny i podkreślił zaangażowanie Voltera w sprawy Kościoła, zamieszanie nieco ucichło, a emocje opadły.
Wzięliśmy ślub w domu przy ulicy Aurakatu. Udało mi się kupić szmaragdowe ciężkie zamszowe zasłony. Nie miałam najmniejszego zamiaru zwierzać się komukolwiek z tego, że wybrałam ten kolor, bo kojarzył mi się z iskierkami w oczach Voltera. Twierdziłam po prostu, że przydałoby się ożywić salon jakimś kolorem. Odcień zielonego bardzo pasował.
Ślub odbył się drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, a udzielił go nam ten sam pastor, który lata temu był obecny przy sakramencie konfirmacji Voltera. Był to przyjazny, ciepły staruszek. Miałam na sobie jaskrawoczerwoną suknię z głębokim dekoltem i długimi rękawami. Niektórzy myśleli, że wybrałam ten kolor ze względu na święta. Dla mnie i Voltera było jednak oczywiste, że czerwień symbolizowała uwodzicielską bieliznę, którą kupiłam zaledwie kilka godzin po naszym pierwszym spotkaniu. Co więcej, pod suknią miałam czerwony gorset i te same stringi, które tak bardzo spodobały się Volterowi pierwszej nocy, że próbował uwolnić się od ich czaru za pomocą modlitwy.
Ogromnie żałowałam, że Volter nie włożył do ślubu swoich biskupich szat, chociaż bardzo go o to prosiłam. Zamiast tego miał na sobie czarną, dopasowaną kamizelkę, czarną koszulę oraz bordowy krawat i poszetkę. Nasze stroje świetnie ze sobą współgrały. Volter wyglądał tak seksownie, że musiałam stoczyć ze sobą trudną walkę, żeby się na niego nie rzucić. Lena powiedziała mi potem, że założyły się z Marią, o której godzinie pożegnam się z gośćmi, żeby móc zostać z nim sam na sam. Próbowały to oszacować na podstawie wygłodniałych spojrzeń, jakie rzucałam w stronę swego dopiero co poślubionego męża. Maria mogła się w końcu trochę zabawić - niedawno urodziła synka i córeczkę. To był jej pierwszy wolny wieczór.
Nie mogłam się doczekać nocy poślubnej. Volter nakazał mi jednak uzbroić się w cierpliwość.
- W końcu mogę poznać twoich przyjaciół - powiedział. - Jeśli jeszcze raz przypadkowo trącisz mnie tyłkiem, to posadzę cię na tym krześle i każę ci na nim siedzieć do samego końca. Chociaż sam marzę tylko o tym, żeby zaciągnąć cię teraz do toalety w celu... skonsumowania małżeństwa.
Nieco później tej samej nocy nasze małżeństwo zostało skonsumowane jeszcze wiele razy, choć dopiero za trzecim zdołaliśmy się całkiem rozebrać.
W styczniu broniłam swojej pracy magisterskiej. Dostałam najwyższą ocenę, pierwszy raz w swojej studenckiej karierze. Praca została opublikowana i wywołała niemały zamęt. Gazety prześcigały się w domysłach, kim był ten tajemniczy pastor, który miał kochanki za granicą.
Nie wiedzieli, że jego zwyczaje zdążyły już ulec ogromnej zmianie.
Starannie wycinaliśmy te artykuły i wkładaliśmy do teczki, w której zbieraliśmy przeróżne materiały związane z naszym związkiem. Na przykład artykuł o szachach i o tym, jak ważna jest rolna pionka. Albo rachunek z Saslika i Lilli Roberts. Zdjęcie Marilyn w białej sukience. Przepis na makaron od Jenni. Mój ukochany fragment Pieśni nad Pieśniami. Słowa piosenek Slipknota, Jacka White'a i J.J. Cale'a. I wiele innych pamiątek.
Teczka bardzo szybko się zapełniała i ani się obejrzeliśmy, kiedy nadszedł czas na kupienie drugiej. I trzeciej. Po jakimś czasie teczki zajmowały już całą półkę w gabinecie Voltera. Kilka lat później wzbudziły zainteresowanie naszych dwóch córeczek.
Wydawało mi się nieprawdopodobne, że ja, wcześniej tak negatywnie nastawiona do życia, zdołałam prawie całkowicie wyzbyć się cynizmu. Dzieliłam swój dom z mężczyzną, który wierzył w lepsze jutro. Nasze teczki przynosiły mi radość, ale tak naprawdę były tylko zewnętrznym znakiem naszej wspólnej podróży. Najważniejsze zaś były korzenie, które każde z nas zapuściło dzięki sile miłości. Te korzenie przeplatały się ze sobą mocniej i mocniej tak, że w końcu nie dało się już rozróżnić, do kogo pierwotnie należały. Byliśmy jednością.