Bipolarna - Luiza Komušar

Kup ebooka

22.21 zł
18.43 zł (25,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hipomaniakalny lot

Wyruszasz na ekspedycję

boso,

uchem do Ziemi,

delektujesz się każdym dźwiękiem.

Ciekawska i chciwa,

spragniona emocji

pożerasz otoczenie.

A głowa Twoja -

odurzona,

błądząc wysoko

ponad chmurami,

gubi szyję.

Nigdy nie będąc pewną

prognozy pogody,

ryzykujesz;

nieustannie,

ten jeden

kolejny

raz.

W miejsce źrenic

spadające gwiazdy.

Zjeżdżasz,

pod prąd

ku szczytowi tęczy.

Przędza Twoja

wyczerpana,

napięta,

pod ciężarem Twoich marzeń -

pęka;

upuszczając Cię

w nudne,

nijakie,

wyblakłe

i mroczne

...

Gdzie wszystko gaśnie.

A Ty -

już nie protestujesz,

już nie krzyczysz.

Spadasz

w ciszy.

Mierząc odległość

szacujesz obrażenia,

w obawie

że się nie pozbierasz.

Tytułem nieobjęte

Na wakacjach

zdrowy rozsądek -

urlop wziął na żądanie.

W sercu lato.

To na moje zawołanie

świat do życia

budzi wiosna.

Na spacer

zakładam

- kurtkę?

Nie, skrzydła!

Smakuję barwy tęczy,

dotykam dźwięku światła,

dostrzegam zapach jednorożca,

i na własnej skórze słyszę

oddech Boga.

Węszę jego myśli

i w lot pojmuję

sens wszystkosci.

Płynę z myśli orszakiem

jak ławica nieuchwytnych;

doskonałych w swym bycie -

myślotworach moich.

Ja jedna,

ja sama -

władam sercami,

jednoczę religie,

niczym anioł;

niosę miłość i ukojenie.

Ja sama.

i moja hipo...

czy to już mania?

Odbicia manii

Rychło w poranek

w rytm tylko sobie znanych

wyliczanek

skaczesz na skakance szaleństwa.

Towarzystwo zabaw znika,

co przez palce Ci umyka.

Oślepiona własnym blaskiem

w samotności Ty dalej -

hop-sa-sa.

Lustro nieopodal

służy Ci odbiciem.

Przeglądasz się,

by ponownie

westchnąć z zachwytem.

Z lustra w oczy zaglądają:

anielica,

Afrodyta,

jednocząca religie kochanica.

Ty jedna -

odbić wiele.

Każde z Góry dane,

z dumą przez Ciebie odebrane.

Nie śpisz.

Nie jesz.

Nie przestajesz.

Oszalejesz?

Ależ skąd?!

Na przestrogi

lejesz!

Brodząc po kostki

w zbytkach mocy,

jak ta ćma wabiona światłem

zachodzisz do bram piekła.

Nie pukasz.

Odważnym ruchem otwierasz wrota,

z wiarą, że się nie poparzysz.

Nawet nie zauważysz

a wnet jak pochodnia

żywcem się palisz,

wraz z Tobą na stosie

lądują przegrane

idee i misje

od samego Boga Ci dane.

Bipolarna

Dziś jestem

w słońca promieniach skąpanym

Ikarem.

Jutro

rozbitkiem,

o którego uderzają fale.

Dziś otwartą dłonią

muskam promienie;

aby jutro zgładzona

przejść w zapomnienie.

Dziś:

- Hej Cheruby, Serafinowie!

ścielcie drogę,

idę na spotkanie z Bogiem!

kawę wypijemy,

pogadamy,

jak równy z równym

stare czasy powspominamy.

Jutro:

- Hejże! Gdzieś był rozumie?

by powiedzieć

że rozmawiać z Bogiem

nie umiem...

czyś zapomniał

że słońce parzy;

że nie wszystko prawdą

chodź na jawie się marzy?

Dziś zabłysnę

jak Gwiazda Polarna

jutro zgasnę

zmęczona

niezdarna -

Bipolarna.

Wczoraj -

błyszczało

setkami szkieł kolorowych,

barwiło oczy tęczą;

muskało policzki

bańkami mydlanymi.

Dzisiaj -

w nicości tonie;

szarością wyblakłych wspomnień

ocieka.

Szczęście do reszty strawione.

Pacjentka w zakrwawionej halce

W czterech ścianach

przytulnego gabinetu,

na kozetce -

Ona.

Schludnie ubrana,

umalowana,

cierpliwie wyczekująca

swoich czterdziestu pięciu minut -

Ona.

Terapeuta

terapeutycznym głosem

rozpoczyna sesję.

Od historii pobocznej

do fabuły właściwej;

od jednej terapeutycznej anegdoty

do drugiej mniej udanej anegdoty;

od uśmieszku

do uśmiechu;

od teraźniejszości

do wspomnień młodości;

od jednej łzy

do łez potoku;

od chusteczki

aż po pusty po nich kartonik;

od błahej myśli

do innej mniej pogodnej myśli;

od wspomnienia

do tego co wyparte.

jak po nitce do kłębka

aż do rany,

która od początku spotkania

krwawiła jej halkę.

Diagnoza: trauma.

Sposób leczenia: upierdliwie długi i bolesny.

Rokowania: bliżej nieznane.

Koniec sesji.

Z otwarcie krwawiącą raną,

w splamionej sukience -

Ona.

Rozdygotana,

rozgrzebana

jak grób

w oczekiwaniu na ekshumację -

Ona.

Z niepewnym

"Do widzenia"

nie wiedząca czy wróci -

pacjentka w zakrwawionej halce.

Odchodzę

Odchodzę.

Mknąc alejami melancholii

przemykam pod krużgankami rozpaczy,

Maszeruję grzecznie pod osłoną cieni.

Czuję jej obecność -

próbuje wtłoczyć się w pustkę

po swej milszej poprzedniczce.

Odchodzę,

nerwowo zerkając na zegarek.

"Może w porę?"

Za późno!

Zastąpiła mi drogę.

Szkaradna wyciąga do mnie ręce

by w zamian za duszę

zaoferować mi w okup -

Muzę.

Złapana w ślepy zaułek,

sama pomagam jej

w kruszeniu

na ślepo posklejanych

odłamków serca.

I wtedy,

niby na pocieszenie,

w swej mrocznej odmianie

przychodzi -

Muza;

by strugą krwi spłynąć

po stalówce

na Bogu ducha winną -

wyczekującą lekkiego wiersza

kartkę.

By napisać-

"Odeszła".

Walka z depresją

Ot tak -

znikąd,

niespodziewanie

wiruje nad Tobą

różowy płatek wiśni.

Muskając czule

zmrożony

po długiej zimie

policzek.

Oczy,

nie pytając Cię

o zdanie,

iskrzą się

dziecięcym śmiechem.

Serce podskoczyło -

sprężnie

niczym wiosenna gałązka,

pod ciężarem skowronka.

I mimo że policzki zimne,

zimne stopy

i dłonie