Rekomendacje
Książka Bruce'a Liptona to wzorcowe kompendium nowej biologii i wszystkich jej implikacji. To wspaniała praca, niesłychanie wnikliwa, a jej lektura to czysta przyjemność. Ogrom bezcennej nowej wiedzy, godny
encyklopedii, podany jest tu w sposób błyskotliwy i zarazem prosty. Z jej stron wyłania się prawdziwa rewolucja w myśleniu i pojmowaniu, która
może odmienić świat.
- Dr Joseph Chilton Pearce, autor książek Magical Child i
Evolution's End
Cudownie napisana Biologia przekonań Bruce'a Liptona to tak bardzo
potrzebna odtrutka na materializm, którym do cna przesiąknięte jest
współczesne społeczeństwo. Pogląd, że DNA przesądza o rozwoju życia od
początku do końca, z powodzeniem znajduje zastosowanie w inżynierii
genetycznej. Jednocześnie uwidaczniają się ujemne strony tego
stanowiska. Biologia przekonań zawiera przegląd pionierskich badań z ostatniego ćwierćwiecza w dziedzinie epigenetyki, uznanej w 2004 r.
przez "The Wall Street Science Journal" za nową ważną dyscyplinę
naukową. Styl autora sprawia, że czyta się ją łatwo i przyjemnie.
- Dr Karl H. Pribram, professor emeritus, Stanford University
Bruce Lipton to geniusz. Jego przełomowe spostrzeżenia dostarczają nam
narzędzi, dzięki którym możemy znów zapanować nad swoim życiem. Polecam
tę książkę każdemu, kto dojrzał do tego, aby wziąć pełną
odpowiedzialność za siebie i przyszłość naszej planety.
- LeVar Burton, aktor i reżyser
Książka Bruce'a Liptona rzuca nowe światło na interakcję między
biologicznymi organizmami a środowiskiem, a także na wpływ myśli,
postrzegania i podświadomości na potencjał uzdrowicielski ciała. Oparte
na źródłach naukowych wyjaśnienia i przykłady czynią z niej ożywczą
lekturę obowiązkową dla studentów biologii, medycyny i nauk społecznych,
a przejrzystość wywodów sprawia, że z powodzeniem mogą po nią sięgnąć
szerokie kręgi odbiorców.
- Carl Cleveland III, dyrektor Cleveland Chiropractic College
Rewolucyjne spostrzeżenia Bruce'a Liptona odsłaniają brakujące
powiązania między biologią, psychologią i duchowością. Jeśli pragniecie
zrozumieć najgłębsze tajniki życia, ta książka będzie jedną z najważniejszych, jaką kiedykolwiek przeczytacie.
- Dennis Perman, współzałożyciel The Master's Circle
Przedmowa
Przedmowa
"Gdybym mógł
wybrać, to kim chciałbym być?". Swego czasu długo się nad tym
zastanawiałem. Miałem swoistą obsesję na punkcie tożsamości, gdyż
chciałem być kimś innym, nieważne kim, byle nie sobą. Specjalizowałem
się w biologii komórki - cytologii, byłem ceniony jako naukowiec i wykładowca na uczelni medycznej, lecz osiągnięcia na polu zawodowym nie
mogły przysłonić faktu, że moje życie osobiste okazało się porażką. Im
usilniej starałem się w nim zaznać szczęścia i zadowolenia, tym bardziej
byłem nieszczęśliwy i niezadowolony. W końcu przemyślałem sprawę i postanowiłem pogodzić się z tym, że szczęście po prostu nie jest mi
dane. Uznałem, że dostałem od losu kiepskie karty i nie ma sensu z tym
walczyć. Que sera sera.
Fatalizm i rezygnacja spadły ze mnie w jednej przełomowej chwili
jesienią 1985 roku. Porzuciłem stanowisko profesora na Uniwersytecie
Wisconsin i przyjąłem propozycję pracy na uczelni medycznej na
Karaibach. Oddalony od akademickiego świata, miałem sposobność wyjścia
poza sztywne ramy poglądów panujących w środowisku naukowym. Mogłem
spojrzeć z dystansu na to, w co wierzą uczeni zamknięci w swych wieżach
z kości słoniowej. W swoim odosobnieniu na szmaragdowej wysepce na
lazurowych wodach Morza Karaibskiego doświadczyłem objawienia, które
wstrząsnęło moimi przekonaniami o istocie życia i bezpowrotnie obaliło
moją naukową wiarę.
Oświecenia doznałem podczas przeglądania wyników swoich dotychczasowych
badań nad mechanizmami różnych procesów zachodzących w komórkach.
Uświadomiłem sobie nagle, że życiem komórki steruje środowisko za
pośrednictwem sygnałów chemicznych i energetycznych, a geny mają w tym
tylko niewielki udział. Geny to nic innego jak molekularne matryce
wykorzystywane do budowy komórek, tkanek i narządów. Środowisko odgrywa
rolę "inżyniera", który je odczytuje i uruchamia. To ono, w ostatecznym
rozrachunku, przesądza o charakterze życia komórki. Procesy życiowe
wprawia w ruch "świadomość" środowiska, jaką przejawia każda pojedyncza
komórka.
Jako cytolog zdawałem sobie sprawę, że to odkrycie pociąga za sobą
doniosłe następstwa, całkowitą zmianę w sposobie postrzegania życia w ogóle. W swojej pracy naukowej poświęciłem się badaniu komórek, ponieważ
zawsze uważałem i nadal uważam, że im lepiej poznamy działanie
pojedynczej komórki, tym lepiej zrozumiemy, jak funkcjonuje społeczność
komórek tworzących nasze ciało. Jeśli świadomość środowiska ma wpływ na
pojedyncze komórki, musi również wpływać na cały ludzki organizm
składający się z 50 bilionów komórek. Tak jak w przypadku pojedynczej
komórki, charakter naszego życia określają nie geny, lecz reakcje na
sygnały środowiskowe.
Z jednej strony, to odmienne spojrzenie na istotę życia stało się dla
mnie punktem zwrotnym. Od niemal dwudziestu lat wpajałem studentom
medycyny Naczelny Dogmat - wiarę w to, że życiem sterują geny. Z drugiej
jednak strony, nie mogę powiedzieć, że spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Nigdy nie byłem do końca przekonany o słuszności
determinizmu genetycznego. Moje wątpliwości po części miały źródło w finansowanych przez rząd badaniach, jakie prowadziłem nad klonowaniem
komórek macierzystych. Choć musiałem się wyrwać ze środowiska naukowego,
żeby sobie to w pełni uświadomić, wyniki moich badań w tamtym czasie (w 1985 roku) jednoznacznie wskazywały na to, że zasady genetycznego
determinizmu, uznawane w biologii za święte, obarczone są zasadniczym
błędem.
Mój nowy wgląd w istotę życia potwierdzał to, co wcześniej podpowiadały
badania nad komórkami macierzystymi. Co więcej, uświadomiłem sobie, że
podważał jeszcze jeden dogmat powszechnie przyjmowany w tamtych czasach
w środowisku naukowym - wiarę w to, że wyłącznie medycyna alopatyczna
zasługuje na nauczanie na wydziałach lekarskich. Nowe rozumienie natury
życia uznaje należną rolę środowiska i płynącej z niego energii, przez
co umożliwia pogodzenie nauki i medycyny konwencjonalnej z medycyną
alternatywną i wiedzą duchową, dawną i współczesną.
Odkrycie to okazało się dla mnie ważne również w wymiarze indywidualnym,
gdyż uświadomiłem sobie, że sam wpędziłem się w swój godny pożałowania
stan - wierzyłem bowiem, że pisane jest mi szczególnie nieudane życie
osobiste. Nie ulega wątpliwości, że ludzie potrafią uporczywie i z wielkim zamiłowaniem obstawać przy błędnych przekonaniach,
ultraracjonalni naukowcy nie stanowią tu żadnego wyjątku. Świetnie
rozwinięty ludzki układ nerwowy i stosunkowo dużych rozmiarów mózg
świadczą o tym, że nasza świadomość jest o wiele bardziej skomplikowana
niż ta, jaką wykazuje pojedyncza komórka. W przeciwieństwie bowiem do
komórki, której świadomość jest raczej odruchowa w swej istocie, my
możemy wybrać sobie sposób postrzegania środowiska, o ile zaprzęgniemy
do tego swój wyjątkowy umysł.
Świadomość, że zmieniając przekonania, mogę nadać nowy kształt własnemu
życiu, napełniła mnie otuchą. Gdy pojąłem, że istnieje oparta na
naukowych podstawach metoda, dzięki której będę mógł się przeobrazić z odwiecznej "ofiary losu" we "współtwórcę" swego przeznaczenia, od razu
poczułem przypływ energii.
Minęło trzydzieści lat od tamtej pamiętnej magicznej chwili na Karaibach
i dziesięć lat od pierwszego wydania Biologii przekonań. Badania
naukowe przeprowadzone w tym czasie, zwłaszcza w ostatnim
dziesięcioleciu, potwierdziły to, co uświadomiłem sobie trzy dekady
temu. Żyjemy w niezwykłych czasach, ponieważ na naszych oczach nauka
obala stare mity i kwestionuje wiarę, na której zasadza się współczesna
cywilizacja. Wiarę w to, że jesteśmy kruchymi, biochemicznymi maszynami,
którymi zawiadują geny, wypiera rozumienie, że jesteśmy potężnymi
twórcami swojego życia oraz świata, w którym żyjemy.
Czasy istotnie się zmieniają, dlatego tak cieszy mnie obecne wznowienie
Biologii przekonań, które ukazuje się w okrągłą dziesiątą rocznicę
pierwszego wydania z 2005 roku1. Myślałem nawet, żeby zmienić
tytuł na Biologia przekonań i nadziei, lecz pozostałem przy
oryginalnym, Biology of Belief, ze względu na podobieństwo dźwiękowe
między biology i belief. Niemniej, w tym trudnym okresie przemian,
pomimo natłoku złowieszczych doniesień prasowych i telewizyjnych,
nadzieja mnie nie opuszcza.
Tak, jestem pełen nadziei, ponieważ moje odczyty na temat Biologii
przekonań, która ukazała się w trzydziestu pięciu krajach, przyciągają
rosnące w ogromnym tempie rzesze słuchaczy i budzą coraz żywszy
oddźwięk.
Jestem pełen nadziei, ponieważ oprócz laików na moje odczyty przychodzą
przedstawiciele środowisk naukowych i lekarskich, którzy również są
zdania, że biomedycyna musi odejść od swego obecnego nastawienia na
farmakologię, i często wywiązują się między nami ciekawe, gorące
dyskusje.
Jestem pełen nadziei, ponieważ tak wiele osób, z którymi się spotkałem,
rozumie, że w Biologii przekonań nie chodzi tylko o przywrócenie
poczucia sprawczości jednostce, a już na pewno nie chodzi tylko o mnie
samego. Poczułem się zaszczycony, gdy Fundacja Pokoju Goi przyznała mi w 2009 roku nagrodę. Ucieszyło mnie, gdy argumentując decyzję tej
organizacji, jej prezes, Hiroo Saionji, dał jasno do zrozumienia, że
choć beneficjentem jestem ja, w rzeczywistości uhonorowana zostaje "nowa
nauka", którą zarysowałem w swej książce. Stwierdził on, że
przedstawione przeze mnie świadectwa "pogłębiły zrozumienie życia i prawdziwej natury ludzkości, przekonując szerokie kręgi odbiorców o tym,
że mogą sami decydować o swoim życiu i stać się odpowiedzialnymi
budowniczymi wspólnej, harmonijnej przyszłości na tej planecie".
Żywię też szczerą nadzieję, że każdy, kto sięgnie po tę książkę,
uświadomi sobie, że wiele przekonań rządzących jego życiem jest
fałszywych i hamuje jego rozwój. Możecie sami pokierować swoim
jestestwem i wkroczyć na drogę prowadzącą do zdrowia i szczęścia,
możecie stowarzyszyć się z innymi, których spotkacie na tej drodze tak,
aby ludzkość mogła wznieść się na wyższy poziom rozumienia i pokojowego
istnienia.
Jeśli chodzi o mnie, nie opuszcza mnie wdzięczność za tę chwilę
olśnienia doznanego na Karaibach, dzięki której mogłem zacząć wieść
wspaniałe życie, jakim cieszę się obecnie. W ciągu ostatnich dziesięciu
lat podróżowałem po całym świecie, głosząc Nową Biologię, napisałem
kolejne dwie książki, Spontaneous Evolution (2009) i The Honeymoon
Effect (2013), doczekałem się trójki wnucząt, aha - i stuknęła mi
siedemdziesiątka. Zamiast zwalniać tempo z powodu podeszłego wieku,
wciąż działam na wysokich obrotach, czerpiąc energię z udanego życia, z więzi łączących mnie z ludźmi, którym leży na sercu dobro tej planety, z nieustającego miesiąca miodowego, jaki przeżywam z moją ukochaną
Margaret Horton, partnerką życiową i najlepszą przyjaciółką. Tak ją
opisałem, dedykując jej pierwsze wydanie swojej książki, i tak samo
opisuję ją teraz. Krótko mówiąc, wiodę tak bogate i satysfakcjonujące
życie, że przestałem zadawać sobie pytanie: "Gdybym mógł wybrać, to kim
chciałbym być?". Odpowiedź jest oczywista. Chcę być sobą!
1. Dotyczy wydania oryginalnego. [wróć]
Wstęp
Wstęp
Magia komórek
Miałem siedem lat i chodziłem do drugiej
klasy, gdy na lekcji z naszą wychowawczynią, panią Novak, wspiąłem się
na podest, na którym umieszczony był mikroskop. Byłem już dość duży,
żeby sięgnąć do obiektywu. Niestety, za mocno przyciskałem oko i widziałem jedynie plamkę światła. W końcu ochłonąłem na tyle, że dotarło
do mnie polecenie nauczycielki. Posłusznie odsunąłem trochę oko od
okularu i wtedy stało się coś, co raz na zawsze przesądziło o moim
dalszym życiu. W polu widzenia pod mikroskopem ukazał mi się maleńki
pierwotniak - pantofelek. Byłem urzeczony tym widokiem. Wrzawa
dzieciaków jakby przycichła, ulotniły się też szkolne zapachy świeżo
naostrzonych ołówków, nowych kredek świecowych i plastikowych piórników
z wizerunkiem Roya Rogersa. Pochłonął mnie obcy świat tego
jednokomórkowego organizmu, wówczas dla mnie o wiele bardziej
fascynujący niż dzisiejsze filmy z wygenerowanymi komputerowo efektami
specjalnymi.
W naiwności mego dziecięcego umysłu postrzegałem ten twór nie jako
komórkę, lecz jak maluteńką osobę, czującą, myślącą istotę. Ten
mikroskopijny jednokomórkowiec w moich oczach bynajmniej nie snuł się
bez żadnego celu, lecz wypełniał misję, choć nie miałem pojęcia, na czym
miałaby ona polegać. Przyglądałem się, jak pantofelek zwinnie porusza
się w zawiesinie glonów. Śledziłem w skupieniu jego poczynania, gdy
nagle w tę miniaturową przestrzeń wtargnęła wielka nibynóżka
podługowatej ameby.
Niestety, w tej samej chwili moja wizyta w tym lilipucim świecie została
gwałtownie przerwana, ponieważ Glenn, klasowy osiłek, ściągnął mnie z podestu i oświadczył, że teraz on chce popatrzeć przez mikroskop.
Próbowałem zwrócić uwagę pani Novak na nieczyste zagranie Glenna w nadziei, że dzięki temu dostanę w nagrodę dodatkową minutę przy
mikroskopie, lecz do przerwy na lunch zostało już tylko kilka minut i inne stojące w kolejce dzieciaki głośno upominały się o swoje. Po szkole
od razu pobiegłem do domu i wielce zaaferowany, opowiedziałem mamie o swojej przygodzie z mikroskopem. Używając całej siły perswazji, jaką
może dysponować drugoklasista, prosiłem, błagałem, przymilałem się, aż w końcu uległa i kupiła mi mikroskop, a ja spędzałem przy nim długie
godziny, urzeczony obcym światem, jaki ten cud optyki wyczarowywał przed
moimi oczami.
Później, na studiach magisterskich, przestawiłem się na mikroskop
elektronowy. Jego wyższość nad tym zwyczajnym polega na tym, że jest
tysiąc razy potężniejszy. Różnicę między nimi można zilustrować,
zestawiając lunetę obserwacyjną, przez którą po wrzuceniu monety turyści
mogą oglądać ładne widoki, z umieszczonym na orbicie okołoziemskiej
teleskopem Hubble'a, przekazującym obrazy z odległej przestrzeni
kosmicznej. Wejście do pracowni z mikroskopem elektronowym to dla adepta
biologii odpowiednik obrzędu inicjacyjnego. Prowadzą do niej czarne
obrotowe drzwi podobne do tych, które odgradzają ciemnię fotograficzną
od oświetlonych pomieszczeń.
Pamiętam ten pierwszy raz, kiedy wszedłem między skrzydła obrotowych
drzwi i zacząłem je przesuwać. Ciemna przestrzeń wyznaczała granicę
pomiędzy dwoma światami, moim studenckim życiem i przyszłością, w której
poświęcę się badaniom naukowym. Kiedy obrót drzwi dobiegł końca,
pchnąłem skrzydło i wszedłem do dużego, pogrążonego w mroku
pomieszczenia, oświetlonego kilkoma czerwonymi lampami ciemniowymi. Po
chwili, gdy wzrok przystosował się do warunków panujących w sali, moim
oczom ukazał się widok, który wprawił mnie w zachwyt. Światło lamp
ciemniowych odbijało się niesamowitym czerwonym blaskiem od lśniącej
powierzchni kryjącej w sobie zestaw elektromagnetycznych soczewek
potężnej kolumny z chromowanej stali, która wznosiła się pośrodku
pomieszczenia i sięgała aż do sufitu. U podstawy tej kolumny mieścił się
ogromny, podłużny panel sterowniczy, przypominający tablicę przyrządów
boeinga 747, z pokrętłami, podświetlonymi miernikami i różnokolorowymi
diodami wskaźników. U nasady mikroskopu, na wszystkie strony, niczym
korzenie sędziwego dębu, rozchodziły się przypominające macki zwoje
grubych kabli, wężyków i przewodów próżniowych. Po całym pomieszczeniu
niósł się klekot pomp próżniowych i warkot chłodzonych rur opadowych.
Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że trafiłem na mostek kapitański statku
kosmicznego Enterprise. Kapitan Kirk najwyraźniej miał tego dnia
wolne, ponieważ przy panelu siedział jeden z moich wykładowców,
pochłonięty skomplikowaną procedurą wprowadzania preparatu tkankowego do
komory próżniowej, umieszczonej pośrodku stalowej kolumny.
Mijały minuty, a mnie ogarnęło takie samo uczucie jak tego pamiętnego
dnia w szkole, kiedy jako drugoklasista pierwszy raz zobaczyłem pod
mikroskopem komórkę. Na fosforowym ekranie pojawił się zielony
fluoroscencyjny obraz. W plastikowych przegródkach ledwo można było
dostrzec obecność trzydziestokrotnie powiększonych, ciemno zabarwionych
komórek. Powiększenie wzrastało skokowo. Pojawił się obraz powiększonych
kolejno sto, potem tysiąc, wreszcie dziesięć tysięcy razy, a kiedy
przeszliśmy w napęd warp, komórki widoczne na ekranie były ponad sto
tysięcy razy większe niż w rzeczywistości. Naprawdę znalazłem się w świecie Star Treka, tyle że zamiast badać przestrzeń kosmiczną,
penetrowaliśmy przestrzeń wewnętrzną komórki, dokąd "nie dotarł jeszcze
żaden człowiek". W jednej chwili oglądałem maleńką komórkę, a już w następnej zapuszczałem się w głąb jej struktury molekularnej.
Poczucie, że oto znalazłem się na tak daleko wysuniętych przyczółkach
nauki, budziło we mnie dumę. A gdy pozwolono mi siąść za sterami
maszynerii, byłem wręcz wniebowzięty. Położyłem ręce na przyrządach,
szczęśliwy, że mogę "wystartować do lotu" nad nieznanym
wewnątrzkomórkowym światem. Rolę przewodnika odgrywał profesor, który
pokazał mi najważniejsze wyznaczniki tego świata: "Tu widać
mitochondrium, tam aparat Golgiego, za nim por jądrowy; to jest
cząsteczka kolagenu, a to rybosom".
Moje podniecenie wynikało głównie z tego, że postrzegałem siebie jako
pioniera przemierzającego tereny, których nigdy wcześniej nie oglądało
ludzkie oko. O ile dzięki mikroskopowi optycznemu zyskałem świadomość,
że komórki to myślące istoty, to za sprawą mikroskopu elektronowego
stanąłem "twarzą w twarz" z cząsteczkami, które stanowiły samą podstawę
życia. Zrozumiałem, że w cytoarchitekturze komórki ukryte są wskazówki,
które mogą być pomocne w rozwikłaniu tajemnicy życia.
Na krótką chwilę elektronowe bulaje przemieniły się w magiczną
kryształową kulę; w migotliwym zielonkawym blasku fluorescencyjnego
ekranu ujrzałem swoją przyszłość. Wiedziałem, że zostanę naukowcem i zajmę się biologią komórkową, a w swoich badaniach skupię się na
najdrobniejszych szczegółach struktury komórki, żeby zgłębić sekrety jej
życia. Już na początku studiów magisterskich wpojono nam, że struktura i funkcja organizmu są ze sobą ściśle splecione. Zatem jeśli ustalę
związek między anatomią komórki a jej zachowaniem, zyskam wgląd w naturę
samej Natury. Jako magistrant, później doktorant, a w końcu jako
wykładowca na uczelni medycznej, poświęciłem się bez reszty zgłębianiu
cząsteczkowej struktury komórki, ponieważ to właśnie w anatomii komórki
zapisane są sekrety jej funkcjonowania.
Moje pragnienie odsłonięcia "tajemnic życia" przełożyło się na
działalność naukową, w ramach której badałem komórki ludzkie klonowane w hodowli tkankowej. Od pierwszego spotkania z mikroskopem elektronowym
minęło dziesięć lat. W międzyczasie zostałem profesorem prestiżowej
uczelni medycznej, Wydziału Medycznego Uniwersytetu Wisconsin. Moje
badania nad klonowaniem komórek macierzystych przyniosły mi
międzynarodowy rozgłos, zostałem też doceniony jako wykładowca. Zacząłem
korzystać z potężniejszych mikroskopów elektronowych, które umożliwiały
trójwymiarowe "przejażdżki" w głąb organizmów, a uzyskiwane dzięki nim
obrazy przypominały wizualizacje w tomografii komputerowej. Dawały mi
możliwość bezpośredniego wglądu w strukturę cząsteczkową, odpowiedzialną
za magię życia. Lecz choć narzędzia miałem coraz bardziej wyrafinowane,
moje podejście do obserwowanego świata się nie zmieniło. Wciąż tkwiło we
mnie przekonanie siedmiolatka, że życie każdej z badanych przeze mnie
komórek ma określony cel.
Niestety, nie miałem takiego przekonania w odniesieniu do własnego
życia. Nie wierzyłem w Boga, choć muszę przyznać, że czasami wyobrażałem
sobie jakąś Najwyższą Istotę, która rządzi wszystkim, zdradzając przy
tym wyjątkowo przewrotne poczucie humoru. Byłem przecież tradycyjnym
biologiem, który nie zaprząta sobie głowy kwestią istnienia Boga: życie
to wynik ślepego przypadku, szczęśliwego trafu, czy ściślej mówiąc,
genetycznej loterii. Dewiza naszej profesji od czasów Darwina brzmiała:
"Bóg? A po kiego grzyba nam Bóg!".
Lecz Darwin nie podważał istnienia Boga. Starał się po prostu wykazać,
że życie na Ziemi kształtował przypadek, a nie Boża Opatrzność. W wydanej w 1859 roku rozprawie O pochodzeniu gatunków Darwin dowodził,
że dzieci otrzymują cechy osobnicze od swoich rodziców. Sugerował, że
charakter życia jednostki zdeterminowany jest przez "czynniki
dziedziczne" przekazane jej przez matkę i ojca. Ta myśl natchnęła
zastępy przyszłych uczonych do gorączkowych poszukiwań, do podjęcia prób
rozłożenia życia na jego podstawowe budulce, ponieważ wierzono, że to
właśnie w strukturze komórki można odkryć mechanizm dziedziczenia, który
rządzi przebiegiem życia.
Poszukiwania te zakończyły się z wielkim szumem pięćdziesiąt lat temu,
kiedy James Watson i Francis Crick opisali budowę i funkcję podwójnej
helisy DNA, tworzywa genów. Naukowcy wreszcie natrafili na "dziedziczne
czynniki", o których pisał Darwin w dziewiętnastym wieku, i zrozumieli
zasadę ich działania. Brukowce zwiastowały nastanie nowego wspaniałego
świata inżynierii genetycznej, która obiecywała dzieci z katalogu i leczenie rozmaitych chorób jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Pamiętam dokładnie nagłówki z pierwszych stron gazet, które tego
pamiętnego dnia 1953 roku ogromnymi literami obwieszczały: "ODKRYCIE
TAJEMNICY ŻYCIA".
Upajające się odkryciem Watsona i Cricka brukowce nie były odosobnione,
również biolodzy szybko zostali wyznawcami nowej wiary, której fundament
stanowił gen. Naczelnym Dogmatem biologii molekularnej, pieczołowicie
utrwalonym w podręcznikach, stało się przekonanie, że DNA steruje życiem
organizmu. W toczącej się od dawna debacie nad tym, czy większy wpływ ma
dziedziczenie, czy raczej środowisko, szala przechyliła się zdecydowanie
na korzyść dziedziczenia. Wcześniej uważaliśmy, że DNA odpowiedzialne
jest wyłącznie za cechy fizyczne, teraz zaczęliśmy wierzyć, że geny
sterują również naszymi uczuciami i zachowaniami. Zatem jeśli
przyszedłeś na świat z wadliwym genem odpowiedzialnym za szczęście, nie
masz szans na szczęśliwe życie.
Co gorsza, ja sam sądziłem, że należę do nieszczęśników cierpiących z powodu braku lub mutacji genu szczęśliwości. Niemal słaniałem się na
nogach od nieustannie spadających na mnie emocjonalnych ciosów, które
wysysały ze mnie siły. Mój ojciec toczył długą i bolesną walkę z rakiem.
Ponieważ w ostatnim stadium choroby opiekę nad nim sprawowałem głównie
ja, przez cztery miesiące, co trzy, cztery dni, latałem z Wisconsin do
Nowego Jorku, gdzie mieszkał. Czuwałem więc przy jego łożu śmierci, a jednocześnie, niejako "z doskoku", starałem się prowadzić badania i zajęcia ze studentami, próbowałem też napisać wniosek o przedłużenie
grantu dla Narodowych Instytutów Zdrowia.
Dobijał mnie też rozwód, który nie dość, że wyczerpywał psychicznie, to
jeszcze nadwerężał finanse. Zaspokajanie żądań przedstawicieli prawa
okazało się bardzo kosztowne, więc moje zasoby pieniężne gwałtownie się
kurczyły. Spłukany i bez dachu nad głową, praktycznie żyłem na
walizkach. W końcu wylądowałem w klitce, w obskurnym bloku, dla którego
mieszkańców szczytem marzeń była poprawa warunków bytowych dzięki
przeniesieniu się do przyczepy. Sąsiedzi zza ściany napawali mnie
przerażeniem. Nie minął tydzień, odkąd tam zamieszkałem, gdy ktoś włamał
się do mnie i ukradł wieżę stereo. Po tygodniu do moich drzwi zapukał
czarnoskóry olbrzym, przypominający Bubbę z "Akademii policyjnej".
Trzymając w jednej ręce butelkę piwa, a w drugiej gwóźdź, którego używał
jako wykałaczki, Bubba zwrócił się do mnie z pytaniem, czy mam gdzieś
instrukcję obsługi magnetofonu.
Dno osiągnąłem w dniu, kiedy rzuciłem telefonem w przeszklone drzwi
swojego gabinetu, rozbijając w drobny mak szybę z napisem "Dr Bruce H.
Lipton, profesor anatomii, Wydział Medyczny Uniwersytetu Wisconsin",
wykrzykując przy tym: "Dłużej tego nie wytrzymam!". Do mojego wybuchu
przyczyniła się rozmowa telefoniczna z pracownikiem banku, który
grzecznie, lecz stanowczo oświadczył, że nie może przyznać mi kredytu
hipotecznego. Przypomniała mi się scena z "Czułych słówek", w której
Debra Winger celnie podsumowuje wyrażane przez jej męża nadzieje na
otrzymanie stanowiska profesora: "Nie starcza nam teraz pieniędzy na
opłacenie rachunków. A jeśli dostaniesz to stanowisko, to tak będzie już
zawsze!".
Magia komórek - powtórka z rozrywki
Na szczęście udało mi się wyrwać z tego obłędu, a sprawił to
krótkoterminowy kontrakt z uczelnią medyczną na Karaibach. Oczywiście,
zdawałem sobie sprawę, że nowa praca nie oznacza końca moich problemów,
ale kiedy samolot przedarł się przez pułap chmur wiszących nad Chicago,
ogarnęło mnie uczucie beztroski. Przygryzłem policzek, żeby uśmiech,
jaki pojawił się na mej twarzy, nie przerodził się w głośny śmiech.
Rozpierała mnie radość, jak wtedy, gdy w wieku siedmiu lat odkryłem
pasję życia - magię komórek.
Jeszcze bardziej upojny nastrój ogarnął mnie na pokładzie małego,
sześcioosobowego samolotu lecącego do Montserrat, położonej na Morzu
Karaibskim drobiny lądu, o wymiarach sześć na piętnaście kilometrów.
Jeśli Eden kiedykolwiek istniał, z pewnością przypominał mój nowy dom,
wysepkę wyłaniającą się z migocącego błękitnego morza niczym gigantyczna
bryła szmaragdu. Kiedy wraz z pozostałymi pasażerami wysiadłem z samolotu, na płycie lotniska przywitał mnie odurzający powiew,
przesycony wonią gardenii.
Zgodnie z miejscowym zwyczajem, który skwapliwie przyjąłem, pora zachodu
słońca przeznaczona była na kontemplację i wyciszenie. Już od rana
cieszyłem się na to cudowne świetliste widowisko rozgrywające się na
niebie, godne ukoronowanie każdego dnia. Mieszkałem w domu z oknami
wychodzącymi na zachód, położonym nad kilkunastometrowym urwiskiem przy
samym morzu. Ścieżką biegnącą porośniętym drzewami i paprocią jarem,
zakończonym prześwitem w gęstwinie krzewów jaśminowych, schodziło się na
ustronną plażę. Tam wzbogacałem tradycyjny wieczorny rytuał, zanurzając
się w ciepłej i przejrzystej jak gin wodzie, zmywając z siebie osad
dnia. Pływałem trochę, a potem lepiłem z piasku wygodne siedzisko z oparciem, siadałem i patrzyłem, jak słońce powoli chowa się w wodzie.
Na tej zagubionej na morzu wysepce znalazłem wytchnienie od wyścigu
szczurów, mogłem wreszcie zerwać z oczu ciemną opaskę dogmatycznych
przekonań zachodniej cywilizacji i zobaczyć świat w nowym świetle.
Początkowo myśli zajmowało mi nieustanne roztrząsanie i ocenianie
fiaska, jakim okazało się moje życie. Lecz wkrótce wewnętrzny cenzor
przestał mnie zadręczać i zakończył swój bezlitosny przegląd
czterdziestu lat, jakie spędziłem na tej planecie. Zacząłem na nowo
doświadczać, co znaczy żyć chwilą obecną i smakować ją, przypominać
sobie doznania, którymi cieszyłem się jako beztroskie dziecko, zacząłem
znów czerpać przyjemność z samego faktu, że żyję.
Przebywając na tej rajskiej wysepce, stałem się bardziej ludzki, w dwojakim tego słowa znaczeniu. Stałem się również lepszym specjalistą w swojej dziedzinie - biologii komórkowej, czyli cytologii. Do tej pory
wiedzę oraz naukowe szlify zdobywałem w sterylnych, tchnących martwotą
klasach, salach wykładowych i laboratoriach. Kiedy zanurzyłem się w bogatym ekosystemie Karaibów, zmieniłem swoje spojrzenie na biologię -
przyroda jawiła mi się teraz jako żywy, oddychający, sprzężony układ, a nie zbiorowisko poszczególnych gatunków walczących o miejsce na Ziemi.
Medytacja w ciszy leśnych ustroni oraz podziwianie podwodnych, misternie
inkrustowanych koralowych raf uświadomiły mi zadziwiające wzajemne
powiązanie tamtejszej flory i fauny. Wszystkie gatunki żyją tam w delikatnej, dynamicznej równowadze, nie tylko z innymi gatunkami, ale
również ze swoim środowiskiem. Pieśń, która w tym rajskim ogrodzie
sączyła się do mych uszu, głosiła harmonię życia, a nie odwieczne
zmagania. Nabrałem głębokiego przeświadczenia, że współczesna biologia
nie docenia ważnej roli współpracy w przyrodzie, ponieważ jej
darwinowskie korzenie uwypuklają rywalizację jako zasadę życia.
Kiedy tak odmieniony wróciłem do Wisconsin, moi koledzy na wydziale nie
byli szczęśliwi. Stałem się zagorzałym radykałem - śmiałem podważać
uświęcone prawdy biologii, na których się opierała. Zacząłem nawet
otwarcie krytykować Charlesa Darwina i wątpić w zasadność jego teorii
ewolucji. W oczach innych biologów takie postępowanie z mojej strony
było równoznaczne z nagłą przemianą księdza, który wtargnąwszy do
Watykanu, krzyczy, że papież jest oszustem.
Nie zdziwiłbym się, gdyby koledzy tłumaczyli sobie mój kolejny krok
urazem głowy, doznanym na wyspie w wyniku uderzenia spadającym orzechem
kokosowym: postanowiłem porzucić profesorską posadę i spełniając
młodzieńcze marzenie, przyłączyłem się do zespołu rockowego, z którym
wyjechałem w trasę koncertową. Odkryłem talent Yanniego, który zyskał w końcu zasłużoną sławę, i zająłem się oprawą laserową jego koncertów.
Szybko wyszło jednak na jaw, że dużo lepiej nadaję się do prowadzenia
wykładów i badań naukowych niż do oświetlania rozrywkowych przedstawień.
Przemogłem kryzys wieku średniego, o którym opowiem w jednym z rozdziałów, porzuciłem show-biznes i wróciłem na Karaiby, gdzie znów
miałem uczyć biologii komórkowej.
W swej karierze akademickiej zahaczyłem jeszcze o Wydział Medycyny na
Uniwersytecie Stanforda, który okazał się jej ostatnim przystankiem.
Byłem już wówczas zaprzysięgłym orędownikiem "nowej" biologii.
Odrzuciłem nie tylko darwinowską wersję ewolucji z jej naczelną zasadą
walki o byt, ale również Naczelny Dogmat biologii - twierdzenie, że to
geny sterują życiem. Nie zgadzałem się z nim z jednego zasadniczego
powodu: otóż geny nie mogą się samoczynnie włączać ani wyłączać. Innymi
słowy, geny same się nie ujawniają. Musi pobudzić je do działania jakiś
czynnik występujący w środowisku. Mimo że potwierdzają to pionierskie
badania, zaślepieni dogmatem o wszechmocy genu konserwatywni naukowcy
nie przyjmują ich wyników do wiadomości. Moja jawna krytyka Naczelnego
Dogmatu wyrobiła mi opinię heretyka. Już nie zasługiwałem jedynie na
ekskomunikę - dla takich jak ja szykowano stos!
Kiedy ubiegałem się o posadę na Uniwersytecie Stanforda, poproszono mnie
o wygłoszenie próbnego wykładu. W trakcie prelekcji zarzuciłem
zgromadzonym na sali uczonym, a były wśród nich międzynarodowe sławy
genetyki, że w swym zasklepieniu przypominają religijnych
fundamentalistów; trwają przy Naczelnym Dogmacie, choć dowody
przemawiają przeciwko niemu. Po mym obrazoburczym wystąpieniu na sali
wybuchły gniewne okrzyki. Byłem pewny, że z mojej pracy nici. Tymczasem
przedstawione przeze mnie zasady nowej biologii uznano za ożywcze i obiecujące na tyle, by zaproponować mi stanowisko na uczelni. Zyskałem
poparcie kilku wybitnych uczonych, między innymi kierownika Katedry
Patologii, Klausa Benscha. Dzięki temu mogłem rozwijać swoje koncepcje i stosować je w badaniach nad klonowanymi komórkami ludzkimi. Ku zdumieniu
wielu naukowców z mego otoczenia, doświadczenia w pełni potwierdziły
głoszoną przeze mnie alternatywną wizję biologii. W oparciu o wyniki
tych badań opublikowałem dwa artykuły (Lipton i wsp. 1991, 1992) i porzuciłem życie akademickie, tym razem na dobre.
Odszedłem, gdyż mimo wsparcia, jakie otrzymałem ze strony uczelni,
czułem, że moje przesłanie trafia w próżnię. W świetle badań
podejmowanych przez naukowców w późniejszych latach, moje zastrzeżenia
wobec Naczelnego Dogmatu i nadrzędności genów okazały się jak
najbardziej zasadne. A epigenetyka, nauka badająca mechanizmy, za pomocą
których środowisko wpływa na funkcjonowanie genów, należy dziś do
najprężniej rozwijających się dziedzin wiedzy. Wykazanie istotnej roli
środowiska w regulowaniu aktywności genów było celem moich badań nad
komórką prowadzonych już dwadzieścia lat wcześniej (Lipton 1977a,
1977b), a więc na długo zanim epigenetyka jako gałąź nauki stała się
modna. Choć świadomość ta przynosi mi poniewczasie intelektualną
satysfakcję, wiem, że gdybym pozostał na uczelni i dalej prowadził tam
badania, moi koledzy wciąż zastanawialiby się, czy aby co jakiś czas nie
spada mi na głowę kolejny orzech kokosowy, ponieważ w ciągu ostatniej
dekady moje poglądy coraz bardziej się radykalizowały. Zafascynowanie
nową biologią to nie tylko przygoda intelektualna. Wierzę, że komórki
uczą nas czegoś więcej niż tylko mechanizmów życia - możemy się od nich
również dowiedzieć, jak żyć, aby nasze życie było pełne i bogate.
W hermetycznym środowisku naukowym takie poglądy z pewnością
przyniosłyby mi nagrodę zbzikowanego doktora Dolittle za antropomorfizm,
a ściślej mówiąc za cytomorfizm, głoszenie świadomości komórki, lecz dla
mnie są biologią czystej wody. Choć uważasz się za odrębną jednostkę, z punktu widzenia biologii komórkowej stanowisz zgodną społeczność około
50 bilionów jednokomórkowych obywateli. Niemal wszystkie składające się
na twoje ciało komórki to podobne do ameby twory, które wypracowały
wspólną strategię współdziałania na rzecz swojego przetrwania. W ujęciu
najbardziej podstawowym, ludzka istota to po prostu wynik "zbiorowej
świadomości drobnoustrojowej". Tak jak naród stanowi odbicie cech swych
członków, nasze człowieczeństwo musi odzwierciedlać fundamentalną naturę
komórkowej społeczności.
Czego uczą nas o życiu komórki
Biorąc za wzór społeczność komórek, doszedłem do wniosku, że nie
jesteśmy ofiarami własnych genów - jesteśmy panami swojego losu i mamy
moc budowania życia, w którym panują pokój, szczęście i miłość.
Wypróbowałem to na sobie, odpowiadając niejako na zarzuty słuchaczy mych
wykładów, zdziwionych tym, że te moje prawdy mnie samego nie uczyniły
szczęśliwszym. Mieli rację; zrozumiałem, że powinienem tę świadomość i nowatorską wizję biologii wnieść do codziennego życia. O tym, że mi się
to udało, przekonałem się pewnej słonecznej niedzieli w Nowym Orleanie,
gdy kelnerka w kawiarni powiedziała do mnie: "Kochaniutki, wyglądasz na
najszczęśliwszego człowieka na świecie. Zdradź mi swój sekret, skarbie.
Dlaczego jesteś taki szczęśliwy?". Zaskoczyło mnie jej pytanie i właściwie bez zastanowienia wypaliłem: "Bo jestem w niebie!". Kelnerka
pokiwała głową, mrucząc pod nosem: "Coś takiego", a potem przyjęła ode
mnie zamówienie. Rozszyfrowała mnie. Byłem szczęśliwy jak nigdy
wcześniej w całym swoim życiu.
Czytelnicy nastawieni sceptycznie, a takich jest przecież niemało, mogą
słusznie powątpiewać w głoszone przeze mnie przekonanie, że Ziemia to
Niebo. Przecież z religijnego punktu widzenia Niebo to miejsce, w którym
bytują Najwyższa Istota oraz błogosławieni zmarli. Niektórzy pewnie
sobie pomyślą: "Ten facet naprawdę sądzi, że Niebo zawiera w sobie Nowy
Orlean albo jakiekolwiek inne duże miasto istniejące na tym świecie?
Obdarte bezdomne kobiety i dzieci wegetujące w zaułkach; powietrze tak
gęste, że trudno stwierdzić, czy gwiazdy naprawdę świecą na niebie;
rzeki i jeziora tak zanieczyszczone, że przeżyć mogą w nich jedynie
jakieś niewyobrażalne przerażające stwory? Ta Ziemia ma być Niebem?
Tutaj przebywa Najwyższa Istota? I on Ją zna?".
Odpowiedzi na te pytania brzmią twierdząco. Choć gwoli ścisłości muszę
przyznać, że nie znam osobiście całej Najwyższej Istoty, ponieważ nie
znam całej ludzkości. Na Miłość Boską, jest WAS ponad sześć miliardów!
Co więcej, nie znam też tak naprawdę wszystkich przedstawicieli
wielkiego królestwa roślin i zwierząt, a wierzę, że oni również składają
się na Boga.
Jak zawołałby sierżant na musztrze: "Wrrrróć! On twierdzi, że ludzie są
Bogiem?".
No cóż, owszem, tak właśnie twierdzę. Choć nie ja to wymyśliłem.
Napisane jest przecież w Księdze Rodzaju, że zostaliśmy stworzeni na
obraz i podobieństwo Boga. Tak, tak, były zadeklarowany racjonalista
powołuje się teraz na świętych mędrców, Jezusa, Buddę, Rumiego. W moich
poglądach nastąpił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni - porzuciłem
redukcjonistyczne, naukowe spojrzenie na życie i przyjąłem duchowe.
Jesteśmy stworzeni na obraz Boga i jeśli pragniemy poprawić naszą
fizyczną i psychiczną kondycję, musimy w naszym sposobie widzenia
rzeczywistości znów uwzględnić Ducha.
Ponieważ nie jesteśmy bezradnymi biochemicznymi machinami, sprawy nie
rozwiąże łykanie pigułki za każdym razem, kiedy w naszym ciele czy
umyśle coś nie gra. Chirurgia i leki to potężne narzędzia, o ile ich się
nie nadużywa, lecz w myśleniu, że z pomocą farmakologii wszystko da się
w prosty sposób naprawić, tkwi zasadniczy błąd. Ilekroć wprowadzamy do
organizmu lek, żeby przywrócić właściwe działanie procesu A,
nieuchronnie zakłócamy proces B, C czy D. To nie sterowane przez geny
hormony czy neuroprzekaźniki panują nad naszymi ciałami i umysłami - to
nasze przekonania wpływają na nasze ciała i umysły, a więc na to, jak
żyjemy... Och wy, ludzie małej wiary!
Z ciasnej szufladki na wolność i światło
W mojej książce wytyczam granicę, rysując przysłowiową linię na piasku.
Po jednej stronie rozciąga się świat w ujęciu neodarwinistycznym, które
przedstawia życie jako niekończącą się wojnę zwaśnionych, biochemicznych
robotów. Po drugiej znajduje się Nowa Biologia, postrzegająca życie w kategoriach wspólnej wyprawy, której uczestnicy współdziałają ze sobą i potrafią sami się zaprogramować tak, aby wieść życie pełne radości.
Kiedy przejdziemy na tę jasną stronę i zrozumiemy, na czym polega Nowa
Biologia, przestaniemy wreszcie toczyć frakcyjne spory o to, co jest
ważniejsze: dziedziczenie czy środowisko. Pojmiemy bowiem, że w pełni
świadomy umysł wykorzystuje jako swój atut i jedno, i drugie.
Humaniści mogą się obawiać, że w swej książce proponuję zawiły wykład
naukowy, lecz ja im powiadam: Nie lękajcie się. Kiedy pracowałem na
uczelni, męczyłem się w obowiązkowym trzyczęściowym sztywnym garniturze
i ciasno zawiązanym krawacie, cierpiałem katusze podczas niekończących
się zebrań, ale uczenie sprawiało mi ogromną przyjemność. I później,
mimo że porzuciłem karierę akademicką, niejako kontynuowałem pracę
dydaktyczną. Jeździłem po całym świecie z wykładami na temat zasad Nowej
Biologii. Dzięki tym odczytom doszlifowałem umiejętność przedstawiania
trudnych zagadnień naukowych w formie przystępnych prezentacji,
wzbogaconych kolorowymi wykresami, z których sporo zamieściłem również w tej książce.
Rozdział pierwszy poświęcony jest "mądrym" komórkom; poruszam w nim
kwestię, dlaczego i w jaki sposób możemy się od nich wiele dowiedzieć o naszych ciałach i umysłach. W rozdziale drugim przytaczam naukowe dowody
wskazujące na to, że geny nie sterują życiem. Przedstawiam w nim również
najnowsze odkrycia epigenetyki, dynamicznie rozwijającej się dziedziny
biologii, odsłaniającej tajniki mechanizmów, za pomocą których
środowisko oddziałuje na zachowanie komórek bez naruszania kodu
genetycznego. Ta gałąź wiedzy rzuca nowe światło na powstawanie i przebieg takich chorób jak rak czy schizofrenia, ujawniając ich
niezwykle skomplikowany charakter.
Rozdział trzeci traktuje o błonie komórkowej, czyli "skórze" komórki. Z pewnością więcej słyszeliście o jądrze komórki, w której mieści się DNA,
niż o jej błonie. Zaawansowane badania coraz wyraźniej ujawniają jednak
to, co stwierdziłem przed niemal trzydziestu laty: prawdziwym mózgiem
zawiadującym czynnościami komórki jest jej błona. Na podstawie
najnowszych odkryć można sądzić, że ta wiedza przyczyni się do
niebywałego postępu w medycynie.
W rozdziale czwartym zajmuję się oszałamiającymi osiągnięciami fizyki
kwantowej. Jej zdobycze są wprost bezcenne dla zrozumienia istoty chorób
i ich odpowiedniego leczenia. To prawdziwa tragedia, że konserwatywne
środowisko medyczne jeszcze nie wprowadziło fizyki kwantowej do
programów nauczania na wydziałach kształcących przyszłych lekarzy i nie
wykorzystuje jej w swoich badaniach. (Sądząc jednak po odzewie ze strony
moich słuchaczy, wielu przedstawicieli tego środowiska poszukuje nowych
paradygmatów).
W rozdziale piątym wyjaśniam tytuł książki, Biologia przekonań.
Pozytywne myśli znacząco wpływają na zachowanie i geny, ale tylko wtedy,
gdy są one zgodne z wzorcami "wdrukowanymi" w podświadomość. Myśli
negatywne mają równie potężny wpływ. Kiedy zrozumiemy, jak ten zespół
pozytywnych i negatywnych przekonań, czyli nasza wiara, wpływa na naszą
biologię, możemy tę wiedzę wykorzystać w naszym życiu tak, aby cieszyć
się zdrowiem i szczęściem.
Rozdział szósty ujawnia, dlaczego zarówno komórkom, jak i ludziom
potrzebny jest rozwój oraz w jaki sposób strach hamuje ten rozwój, a miłość, przeciwieństwo strachu, mu sprzyja.
Rozdział siódmy skupia się na świadomym wychowywaniu potomstwa. Rodzice
muszą w pełni zdać sobie sprawę z tego, jaką rolę odgrywają w kształtowaniu przekonań dziecka i jaki wpływ te przekonania mają na całe
jego późniejsze życie, a tym samym na dzieje ludzkiej cywilizacji. Ten
rozdział nie jest przeznaczony tylko dla rodziców; każdy z nas był
dzieckiem, a wgląd w to, jak zostaliśmy w dzieciństwie zaprogramowani,
to prawdziwe objawienie!
Z kolei w Epilogu mówię o tym, w jaki sposób za sprawą Nowej Biologii
uświadomiłem sobie konieczność powiązania dziedziny Ducha i dziedziny
Nauki, rzecz kiedyś nie do pomyślenia dla naukowca-agnostyka. Jestem
zaszczycony tym, że "Watkins Mind Body Spirit", czasopismo wydawane
przez najstarszą księgarnię ezoteryczną w Londynie, umieściło mnie na
liście 100 Najbardziej Wpływowych Duchowych Autorytetów żyjących w naszych czasach. Moje nazwisko znalazło się w doborowym towarzystwie,
obok Dalaj Lamy, Desmonda Tutu, Wayne Dyera, Thicha Nhata Hanhy, Deepaka
Chopry, Gregga Bradena i mojego wydawcy, Louise Hay. Jakież to niezwykłe
wyróżnienie dla kogoś, kto kiedyś badał wyłącznie mechanistyczny,
materialny świat!
Czy jesteś gotów rozważyć alternatywę dla wizji świata i człowieka
głoszonej przez współczesną medycynę - istnienie rzeczywistości, w której ludzkie ciało to coś więcej niż tylko biochemiczna machina? Czy
jesteś gotów zaprząc swój podświadomy i świadomy umysł do tworzenia
życia, w którym panują zdrowie, szczęście i miłość, bez pomocy
inżynierii genetycznej i uzależniania się od leków? Nie musisz niczego
kupować ani do niczego się zobowiązywać. Wystarczy, że na chwilę
"odłożysz na półkę" archaiczne przekonania wpojone ci przez świat nauki
i przez media, aby wypróbować nową, porywającą świadomość, jaka wyłania
się z najnowszych pionierskich badań.
Rozdział 1
Rozdział 1
Nauki płynące z szalki Petriego,
czyli pochwała mądrych komórek i mądrych studentów
Kiedy drugiego dnia mojego pobytu na
Karaibach ujrzałem zgromadzoną w sali ponad setkę wyraźnie spiętych
studentów, uprzytomniłem sobie, że nie wszyscy postrzegają tę wysepkę
jako turystyczny raj. Dla nich Montserrat nie było bynajmniej oazą
spokoju - tutaj rozstrzygał się ich los, od uzyskanych wyników zależało
bowiem, czy spełnią marzenie swego życia i zostaną lekarzami.
Geograficznie rzecz biorąc, moi studenci tworzyli spójną grupę,
składającą się głównie z Amerykanów ze Wschodniego Wybrzeża. Lecz pod
względem wieku i koloru skóry mocno się między sobą różnili; znalazł się
wśród nich nawet sześćdziesięciodwuletni emeryt, który bardzo chciał coś
jeszcze w życiu osiągnąć. Mieli za sobą rozmaite doświadczenia: byli
wśród nich nauczyciele szkoły podstawowej, księgowi, muzycy, zakonnica,
a nawet przemytnik narkotyków.
Pomimo tych wszystkich różnic łączyły ich dwie rzeczy. Po pierwsze,
ponieśli porażkę w opartym na ostrej konkurencji procesie naboru na
ograniczoną liczbę miejsc na amerykańskich uczelniach medycznych. Po
drugie, ogromnie zależało im na tym, żeby zostać lekarzami, i nie
zamierzali zmarnować tej być może ostatniej szansy na wykazanie się
swoimi umiejętnościami. Jedni wydali oszczędności całego życia, inni
zapożyczyli się na długie lata, żeby opłacić czesne i pokryć koszty
pobytu na wyspie. Wielu z nich po raz pierwszy w życiu znalazło się w obcym kraju, daleko od domu, rodziny, przyjaciół czy ukochanych. Męczyli
się, znosząc niewygody życia na tutejszym kampusie, lecz żadne
przeszkody i przeciwności nie były w stanie zniechęcić ich do ubiegania
się o dyplom lekarza.
Tak to przynajmniej się przedstawiało do czasu pierwszych zajęć, jakie z nimi przeprowadziłem. Przedmiotu "histologia i biologia komórki" uczyło
ich przede mną trzech różnych wykładowców. Pierwszy zostawił studentów
na lodzie już trzy tygodnie po rozpoczęciu semestru, gdy pod wpływem
problemów osobistych załamał się i prysnął z wyspy. Uczelnia szybko
znalazła odpowiedniego następcę, który próbował ratować sytuację;
niestety, trzy tygodnie później rzucił pracę, ponieważ się rozchorował.
Przez następne dwa tygodnie wykładowca innego przedmiotu w ramach zajęć
z histologii zanudzał studentów na śmierć, czytając im na głos kolejne
rozdziały z podręcznika. W ten sposób uczelnia usiłowała wywiązać się z obowiązku zapewnienia studentom wymaganej liczby godzin zajęć dla danego
kursu, zgodnej z akademickimi kryteriami ustalanymi przez amerykańską
Komisję Egzaminacyjną, żeby jej absolwenci mogli praktykować w Stanach
Zjednoczonych.
Po raz czwarty w trakcie jednego semestru przed znużonymi studentami
stanął nowy wykładowca. Przedstawiłem im swój dorobek akademicki oraz
wyjaśniłem, czego od nich oczekuję. Zaznaczyłem, że choć nie jesteśmy w Stanach, będę wymagał od nich tyle samo co od moich studentów w Wisconsin. Nie powinni oczekiwać taryfy ulgowej, ponieważ żeby uzyskać
dyplom lekarski, wszyscy absolwenci muszą zdać ten sam egzamin, bez
względu na to, gdzie studiowali. Potem wyjąłem z teczki plik powielonych
testów i powiedziałem studentom, że mają okazję sprawdzić swoje
wiadomości. Był środek semestru i powinni do tej pory opanować połowę
wymaganego materiału. Rozdałem kartki z testem, który składał się z dwudziestu pytań, takich samych, jakie otrzymują studenci w Wisconsin na
śródsemestralnym sprawdzianie z histologii.
Przez pierwsze dziesięć minut w sali panowała grobowa cisza. Później
nerwowy niepokój rozprzestrzenił się wśród piszących niczym śmiertelny
wirus ebola. Kiedy minęło dwadzieścia minut przeznaczone na sprawdzian,
całą grupę ogarnęła histeryczna panika. Gdy oficjalnie ogłosiłem koniec
testu, nagromadzone w nich napięcie gwałtownie uszło, powodując wrzawę
setki przemawiających naraz głosów. Uciszyłem studentów i zacząłem
czytać prawidłowe odpowiedzi. Pierwsze pięć czy sześć wywołało ciężkie
westchnienia, a każda kolejna kwitowana była pełnym udręki jękiem.
Najlepszym wynikiem okazało się dziesięć poprawnych odpowiedzi, część
studentów prawidłowo odpowiedziała na siedem pytań, ale większość
zdobyła zaledwie jeden czy dwa punkty.
Zrobiło mi się ich żal. Może to słone wyspiarskie powietrze i tutejsze
aromaty skłoniły mnie do wielkoduszności. W każdym razie, ku własnemu
zdziwieniu, osobiście zobowiązałem się do tego, że wszyscy studenci
podejdą do egzaminu końcowego w pełni przygotowani, o ile sami ze swej
strony dołożą wszelkich możliwych starań. Kiedy dotarło do nich, że
naprawdę zależy mi na tym, żeby im się powiodło, ich zgaszone oczy
zapałały blaskiem.
Czułem się jak trener, który próbuje podbudować morale drużyny przed
rozgrywką finałową. Mówiłem, że moim zdaniem intelektualnie w niczym nie
ustępują studentom, których uczyłem w Stanach. Tłumaczyłem, że w moim
przekonaniu ich koledzy pobierający nauki w kraju po prostu lepiej
opanowali techniki zapamiętywania, co umożliwiło im osiągnięcie lepszych
wyników na egzaminach wstępnych na uczelnie medyczne. Starałem się ich
przekonać, że histologia i cytologia nie są przedmiotami trudnymi i nie
wymagają szczególnie zawiłego rozumowania. Wyjaśniałem, że mimo całego
wyrafinowania, natura w swym działaniu posługuje się w istocie prostymi
zasadami. Obiecałem, że prowadzony przeze mnie kurs nie będzie polegał
na wkuwaniu liczb i faktów - chodzi o to, żeby zrozumieli, jak działają
komórki, a ja postaram się im to wytłumaczyć w prosty sposób, krok po
kroku. Ofiarowałem się, że w razie potrzeby wprowadzę dodatkowe zajęcia
wieczorne, choć rozumiałem, że dla studentów zmęczonych po długim dniu
wypełnionym wykładami i ćwiczeniami w laboratorium będzie to nie lada
wyzwanie. Moja mobilizująca przemowa wyraźnie podniosła ich na duchu.
Kiedy zajęcia się skończyły, opuścili salę w bojowych nastrojach, gotowi
stawić czoła systemowi, który skazywał ich na porażkę.
Po wyjściu studentów uświadomiłem sobie ogrom zadania, jakiego się
podjąłem. Dopadły mnie wątpliwości. Wiedziałem, że spora liczba moich
słuchaczy tak naprawdę nie nadaje się na studia medyczne. A inni, mimo
że zdolni, nie mają odpowiedniego przygotowania, żeby podołać temu
wyzwaniu. Bałem się, że sielanka na wyspie zamieni się w gorączkową,
czasochłonną szarpaninę, która ostatecznie zakończy się porażką
studentów oraz moją jako ich nauczyciela. Zacząłem rozmyślać o mojej
pracy na Uniwersytecie Wisconsin i obowiązki, które chwilowo zarzuciłem,
nagle wydały mi się łatwe. Tam przypadało na mnie tylko osiem godzin
wykładów z około pięćdziesięciu prowadzonych w ramach kursu z histologii
i biologii komórki. W realizację programu zaangażowanych było pięciu
wykładowców z Katedry Anatomii. Oczywiście, musiałem znać materiał ze
wszystkich wykładów, ponieważ byłem też odpowiedzialny za przypisane do
nich zajęcia laboratoryjne. Lecz znać zagadnienia, a prowadzić wykłady
na ich temat, to dwie różne rzeczy!
Miałem cały weekend - piątek, sobotę i niedzielę - na rozmyślanie o tym,
jakiego piwa sobie nawarzyłem. Gdybym w takiej sytuacji znalazł się na
uczelni w Stanach, moja osobowość typu A sprawiłaby, że chodziłbym po
ścianach. Tutaj ze spokojem patrzyłem na słońce chowające się w morzu i w końcu to, co gdzie indziej przyprawiłoby mnie o poważny rozstrój
psychiczny, objawiło się jako czekająca mnie pasjonująca przygoda. Swój
niezaprzeczalny urok miało również to, że po raz pierwszy w mej
akademickiej karierze sam odpowiadałem za tak ważny przedmiot i nie
musiałem dostosowywać się do wymogów i ograniczeń narzucanych przez
kursy prowadzone zespołowo.
Komórki jako miniaturowe osoby
Jak się okazało, czas, jaki poświęciłem na ten kurs histologii i cytologii, był najbardziej ożywczym i intelektualnie najbogatszym
okresem w całej mej karierze naukowej. Miałem wolną rękę, mogłem więc
poprowadzić go tak, jak chciałem. Postanowiłem wypróbować nowy sposób
przedstawiania treści przedmiotowych, zastosować nowe podejście, które
chodziło mi po głowie od dobrych kilku lat. Już dawno urzekła mnie idea,
że komórki to "miniaturowe osoby", a oparcie kursu na tej właśnie
koncepcji ułatwiało zrozumienie ich fizjologii oraz zachowania. Kiedy
układałem jego program, ogarniało mnie coraz większe podniecenie. Pomysł
powiązania biologii człowieka z biologią komórki na nowo rozniecił
naukowy zapał, który po raz pierwszy poczułem w sobie jako siedmiolatek.
Później doświadczałem go w laboratorium badawczym, lecz tłumiły go we
mnie rozmaite obowiązki administracyjne, wiążące się ze stanowiskiem
profesora, niekończące się zebrania oraz uciążliwe dla mnie spotkania
towarzyskie z udziałem kolegów i koleżanek z pracy.
Skłonny byłem dostrzegać podobieństwo między komórką a człowiekiem,
ponieważ lata spędzone przy mikroskopie przekonały mnie, że choć te
ruchliwe drobiny w szalce Petriego pod względem anatomicznym wydają się
proste, wykazują imponującą złożoność i sprawność. Uczyliście się
zapewne w szkole o podstawowych składnikach komórki: jądrze zawierającym
materiał genetyczny, wytwarzających energię mitochondriach, cytoplazmie
i otaczającej to wszystko ochronnej błonie. Lecz choć pozornie proste
pod względem budowy, kryją w sobie skomplikowany świat - mądre komórki
wykorzystują procesy, których naukowcy jeszcze do końca nie zbadali i nie zrozumieli.
Rozważana przeze mnie koncepcja, w myśl której komórki przypominają
miniaturowe ludziki, przez wielu biologów uznana zostałaby za herezję.
Próbę objaśniania natury jakiegoś zjawiska poprzez odniesienie go do
zachowania ludzkiego uważa się za przejaw antropomorfizmu. W oczach
"prawdziwych" uczonych antropomorfizm stanowi ciężkie wykroczenie, a ktoś, kto świadomie stosuje takie podejście w swoich badaniach, zostaje
skazany na ostracyzm.
Ja jednak postanowiłem zerwać z ortodoksyjną nauką, gdyż uznałem, że mam
ku temu słuszny powód. Biolodzy próbują znaleźć naukowe wytłumaczenie
procesów życiowych, obserwując przyrodę i stawiając hipotezy. Następnie
opracowują eksperymenty w celu potwierdzenia swych przypuszczeń. Lecz
już samo postawienie hipotezy i obmyślenie eksperymentu siłą rzeczy
wymaga od naukowców zastanowienia się nad tym, jak zachowuje się komórka
czy jakikolwiek inny żywy organizm. Stosowanie "ludzkich" rozwiązań,
użycie ludzkiego punktu widzenia w rozwiązywaniu tajemnic biologii
automatycznie sprawia, że naukowcy ci popełniają grzech
antropomorfizowania. Bez względu na podejście, biologia zawsze w znacznej mierze opiera się na przypisywaniu przedmiotowi badań cech
ludzkich.
Jestem szczerze przekonany, że potępianie antropomorfizmu to przeżytek,
relikt z epoki średniowiecza, kiedy to władze kościelne stanowczo
odrzucały istnienie bezpośredniego powiązania między ludźmi i innymi
stworzeniami bożymi. Być może sprawdza się to w odniesieniu do prób
upodabniania do ludzi przedmiotów, takich jak żarówka, radio czy
scyzoryk, lecz gdy w grę wchodzą żywe istoty, zarzut antropomorfizmu nie
ma podstaw. Ludzie to wielokomórkowe organizmy i muszą nas łączyć z komórkami podstawowe wzorce zachowań.
Zdaję sobie jednak sprawę, że przyjęcie do wiadomości tej zbieżności
wymaga zasadniczej zmiany postrzegania. Nasze wywodzące się z tradycji
judeo-chrześcijańskiej przekonania każą nam sądzić, że my, ludzie,
jesteśmy istotami myślącymi, powstałymi w wyniku odrębnego procesu,
innego niż ten, który ukształtował rośliny i zwierzęta. Ten pogląd
sprawia, że patrzymy z góry na inne stworzenia i odmawiamy im
inteligencji, zwłaszcza jeśli stoją na niskim szczeblu drabiny
ewolucyjnej.
Nic bardziej mylnego! Zwykle widzimy innych ludzi jako odrębne
jednostki; patrząc w lustro również siebie postrzegamy jako indywidualny
organizm. W pewnym sensie mamy rację, z naszego punktu widzenia tak to
właśnie wygląda. Gdybyśmy jednak spojrzeli na swoje ciało z perspektywy
pojedynczej, składającej się na nie komórki, ukazałby się nam zupełnie
inny obraz. Przestalibyśmy postrzegać siebie jako jednostkę -
zobaczylibyśmy prężną społeczność złożoną z pięćdziesięciu bilionów
pojedynczych komórek.
Kiedy szukałem pomysłu na sposób poprowadzenia kursu, przypomniałem
sobie pewien obrazek z encyklopedii, którą uwielbiałem przeglądać w dzieciństwie. W dziale poświęconym człowiekowi znajdowała się tablica
złożona z siedmiu warstw. Na wszystkich widniały zarysy ludzkiego ciała,
które się dokładnie na siebie nakładały. Na pierwszej planszy
przedstawiona była postać nagiego człowieka. Przewracając kartkę,
zdejmowało się z niego skórę i odsłaniało mięśnie. Dalej natrafiało się
na barwny przekrój ciała. Na następnych planszach odkrywało się kolejno
szkielet, mózg i układ nerwowy, naczynia krwionośne i narządy
wewnętrzne.
Z myślą o moim nowym kursie wyobraziłem sobie podobne tablice wzbogacone
o kilka podobnie nakładających się na siebie ilustracji ze strukturami
komórkowymi. Większość takich struktur określa się mianem organelli; są
to "miniaturowe narządy" komórki zawieszone w galaretowatej cytoplazmie.
Organelle pod względem funkcji stanowią odpowiedniki tkanek i narządów
występujących w naszym ciele. Należą do nich jądro - największe
organellum, oraz aparat Golgiego, mitochondria i wakuole. Tradycyjny
układ treści dla tego kursu zakładał najpierw zaznajomienie studentów ze
strukturami komórkowymi, a dopiero potem przejście do tkanek i narządów
ludzkiego ciała. Ja zaś połączyłem obie części kursu w jedno, aby
podkreślić analogie pomiędzy prostą komórką a tak złożonym organizmem
jak człowiek.
Tłumaczyłem swoim studentom, że procesy zachodzące w ludzkich narządach
są zasadniczo takie same jak biochemiczne mechanizmy wykorzystywane
przez komórkowe organelle. Podkreślałem, że chociaż ludzkie ciało składa
się z bilionów komórek, to nie występuje w nim ani jedna "nowa" funkcja,
która nie ujawniła się już wcześniej na poziomie pojedynczej komórki.
Właściwie każda komórka eukariotyczna (zawierająca jądro) posiada
odpowiednik naszego szkieletu, skóry, mięśni, a także układu nerwowego,
trawiennego, oddechowego, wydalniczego, hormonalnego, krążenia,
rozrodczego, a nawet szczątkowego układu odpornościowego, który wytwarza
przypominające przeciwciała białka ubikwityny.
Uświadomiłem im, że każda komórka to inteligentny twór, który jest w stanie przetrwać samodzielnie. Dowodzą tego doświadczenia, w których
pobrane z organizmów komórki hodowane są w laboratoriach. Już jako
dziecko intuicyjnie domyślałem się, że komórki są mądre i kierują się
celem; poszukują otoczenia, które sprzyja ich przetrwaniu, a unikają
szkodliwego czy wrogiego. Podobnie jak ludzie, odbierają tysiące bodźców
płynących z mikrośrodowiska, w którym żyją, a po przeanalizowaniu danych
wybierają odpowiednie reakcje, przejawiają zachowania, które mają
zapewnić im przetrwanie.
W oparciu o doświadczenia interakcji ze środowiskiem pojedyncze komórki
potrafią uczyć się i zachowywać wspomnienia, które przekazują komórkom
potomnym. Na przykład, kiedy wirus odry atakuje małe dziecko,
niedojrzała komórka układu odpornościowego pobudzana jest do tego, żeby
wytworzyć ochronne białkowe przeciwciało zwalczające wirusa.
Jednocześnie komórka musi stworzyć nowy gen, który w przyszłości będzie
użyty jako matryca w syntezie przeciwciała wirusa odry.
Pierwszy etap procesu powstawania tego genu odbywa się w jądrach
niedojrzałych komórek odpornościowych. Zawierają one sporą liczbę
segmentów DNA, które kodują łańcuchy białek o określonych,
niepowtarzalnych kształtach. Przez losowe zestawianie i zmienianie
kolejności tych segmentów DNA komórki odpornościowe budują szereg
rozmaitych genów, z których każdy odpowiada za białko przeciwciała,
przybierające szczególną, unikatową postać. Z chwilą kiedy niedojrzała
komórka odpornościowa zbuduje białko przeciwciała stanowiące "zbliżony"
fizyczny dopełniacz atakującego wirusa odry, ta komórka zostanie
aktywowana.
Aktywowane komórki wykorzystują niesamowity mechanizm, określany
terminem "dojrzewanie powinowactwa", z pomocą którego potrafią
udoskonalać kształt białka przeciwciała, aż w końcu staje się ono
idealnym dopełniaczem atakującego wirusa (Li i wsp. 2003; Adams i wsp.
2003). Za pomocą procesu zwanego "hipermutacją somatyczną" aktywowane
komórki odpornościowe wielokrotnie powielają wyjściowy gen przeciwciała,
lecz każda otrzymana postać genu jest nieznacznie zmutowana i koduje
nieco inaczej ukształtowane białko. Komórka wybiera ten wariant genu,
który stanowi najlepiej dopasowane przeciwciało. Wybrany wariant genu
poddawany jest dalszej hipermutacji somatycznej w celu "wycyzelowania"
postaci przeciwciała tak, by stało się idealnym dopełniaczem wirusa odry
(Wu i wsp. 2003; Blanden i Steele 1998; Diaz i Casali 2002; Gearhart
2002).
Takie "dopieszczone" pod względem kształtu przeciwciało wiąże się z wirusem, unieszkodliwia patogen i przeznacza go do zniszczenia, chroniąc
organizm dziecka przed wycieńczającymi skutkami odry. Komórka
genetycznie "zapamiętuje" to przeciwciało, toteż kiedy w przyszłości
organizm ponownie zostaje zarażony wirusem odry, potrafi natychmiast
uruchomić ochronną reakcję odpornościową. Ten nowy gen na przeciwciało w trakcie podziału komórkowego może być przekazany kolejnym pokoleniom.
Tak oto komórka nie tylko "poznaje" wirusa odry, ale również zachowuje o nim "pamięć", którą będą dziedziczyły i rozprzestrzeniały komórki
potomne. To zdumiewające osiągnięcie inżynierii genetycznej ma ogromne
znaczenie, ponieważ stanowi przykład wrodzonej "inteligencji" komórek,
pozwalającej im ewoluować (Steele i wsp. 1998).
Początki życia, czyli jak mądre komórki stają się jeszcze mądrzejsze
Mądrość, jaką przejawiają komórki, nie powinna nas dziwić.
Jednokomórkowe organizmy to najstarsze formy życia. Świadectwa w postaci
skamielin wskazują na to, że pojawiły się na naszej planecie sześćset
milionów lat po jej powstaniu. Przez kolejne dwa miliardy siedemset
pięćdziesiąt milionów lat jedynymi stworzeniami na Ziemi były żyjące
oddzielnie organizmy jednokomórkowe: bakterie, algi i amebowate
pierwotniaki.
Mniej więcej siedemset pięćdziesiąt milionów lat temu mądre komórki
stały się jeszcze mądrzejsze; wtedy to pojawiły się pierwsze organizmy
wielokomórkowe, rośliny i zwierzęta. Były one luźnymi skupiskami czy
"koloniami" jednokomórkowców. W ich skład początkowo wchodziły
dziesiątki czy setki komórek, lecz korzyść ewolucyjna, jaką zapewniało
życie w społeczności, doprowadziła do wytworzenia się związków
składających się z milionów, miliardów, a nawet bilionów
współdziałających ze sobą komórek. Choć rozmiary pojedynczej komórki są
mikroskopijne, społeczności wielokomórkowe mogą być ogromne. Biolodzy
dokonali podziału tych złożonych zbiorowości w oparciu o cechy dostępne
ludzkiemu poznaniu. Postrzegamy je jako twory jednostkowe - mysz, psa,
człowieka - lecz w istocie są to wysoce uorganizowane związki milionów
lub bilionów komórek.
Ewolucyjne dążenie do wykształcania większych, coraz bardziej złożonych
społeczności komórek stanowi po prostu odzwierciedlenie biologicznego
nakazu przetrwania. Im organizm jest bardziej świadomy swego otoczenia,
tym większe ma szanse na przetrwanie. Wiążąc się ze sobą, komórki
pomnażają swą świadomość. Gdyby każdej z nich przyporządkować umowną
wartość świadomości Y, wówczas organizm powstały w wyniku ich połączenia
miałby potencjalną świadomość co najmniej równą wartości Y pomnożonej
przez liczbę komórek.
Żeby przetrwać w tak dużych skupiskach, komórki wytworzyły uporządkowane
środowisko wewnętrzne. Złożone z nich społeczności podzieliły się
zadaniami z precyzją i skutecznością, do jakich nadaremno aspirują
tworzone wciąż na nowo schematy organizacyjne, nieodłączny element
funkcjonowania każdej wielkiej korporacji. Wyznaczenie grup
poszczególnych komórek do wykonywania konkretnych zadań okazało się
nader korzystne dla całej społeczności. Różnicowanie i specjalizacja
komórek zachodzi we wczesnym stadium rozwoju organizmów zwierzęcych i roślinnych, u tych pierwszych już na etapie zarodka. Dzięki procesowi
cytologicznej specjalizacji komórki mogą budować określone tkanki i narządy. Z czasem to zjawisko różnicowania się komórek, podziału zadań
między członków społeczności, zostało utrwalone w genach każdej komórki
wchodzącej w jej skład, co w znaczący sposób podniosło sprawność
organizmu i zwiększyło jego zdolność przetrwania.
W organizmach złożonych tylko niewielki procent komórek odpowiada za
odbieranie bodźców płynących z otoczenia i reagowanie na nie. Zajmują
się tym skupiska komórek, które tworzą tkanki i narządy układu
nerwowego. Zadaniem tego układu jest monitorowanie środowiska i koordynowanie działań wszystkich pozostałych komórek w ogromnej
komórkowej społeczności.
Z podziału zadań między poszczególne komórki płynęła jeszcze jedna
korzyść ewolucyjna. Dzięki wydajności, jaką zapewniała specjalizacja,
większa liczba komórek potrzebowała mniej zasobów, żeby przetrwać. Mówi
się, że tam gdzie przeżyje dwóch, trzeci też się wyżywi. Koszt budowy
wolno stojącego domu z czterema pokojami jest dużo wyższy niż koszt
zbudowania czteropokojowego mieszkania w wieżowcu mieszczącym sto takich
apartamentów. Żeby przetrwać, każda komórka wydatkuje pewną ilość
energii. Jeśli dzięki życiu w społeczności uda im się zaoszczędzić
trochę energii, poprawi się ich jakość życia i zwiększą się szanse na
przetrwanie.
W amerykańskim społeczeństwie kapitalistycznym Henry Ford jako jeden z pierwszych zrozumiał, jaką przewagę taktyczną może przynieść
zróżnicowanie działań w ramach wspólnoty, i zastosował tę zasadę,
wprowadzając do swej fabryki samochodów linię montażową. Wcześniej
zespół wszechstronnie wykwalifikowanych fachowców składał jeden samochód
w ciągu jednego lub dwóch tygodni. Ford zmienił organizację pracy w swoim zakładzie tak, aby każdy pracownik wykonywał tylko jedno konkretne
zadanie. Takich wyspecjalizowanych robotników postawił przy taśmie
montażowej, na której przesuwały się składane elementy. Osiągnięta w ten
sposób wydajność pracy pozwoliła Fordowi skrócić czas produkcji jednego
samochodu do dziewięćdziesięciu minut.
Niestety, zbyt chętnie "zapomnieliśmy" o nieodzownej dla ewolucji
współpracy, kiedy Charles Darwin ogłosił całkiem odmienną teorię
tłumaczącą powstanie i rozwój życia. Sto pięćdziesiąt lat temu
stwierdził, że żywe organizmy toczą ze sobą nieustanną walkę o przetrwanie. Według Darwina wojowniczość i skłonność do przemocy nie
tylko leżą w zwierzęcej (ludzkiej) naturze - czynniki te tkwią również u podstaw zmian ewolucyjnych. W końcowym rozdziale swego dzieła O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymaniu się
doskonalszych ras w walce o byt, pisze on, że to "z walki w przyrodzie,
z głodu i śmierci" wynika powstawanie coraz wyższych form życia. Gdy do
tego dodamy pogląd Darwina, że ewolucją rządzi ślepy traf, otrzymamy
obraz świata "kłów i pazurów czerwonych od krwi", jak ujął to poetycko
Tennyson, egzystencji wypełnionej nieustannie toczonymi krwawymi,
bezsensownymi bojami o przetrwanie.
Ewolucja bez pazurów czerwonych od krwi
Choć to Darwin powszechnie uchodzi za twórcę ewolucjonizmu, pierwszym
uczonym, który przedstawił ewolucję jako fakt naukowy, był wybitny
francuski biolog Jean-Baptiste Lamarck (Lamarck 1809, 1914, 1963). Nawet
Ernst Mayr, główny architekt "neodarwinizmu", uwspółcześnionej wersji
teorii Darwina uwzględniającej zdobycze dwudziestowiecznej genetyki
molekularnej, przyznaje, że palma pierwszeństwa należy się Lamarckowi. W swojej znanej książce z 1970 roku Evolution and the Diversity of Life
(Ewolucja a różnorodność życia) na stronie 227 pisze on: "Wydaje mi
się, że Lamarck bardziej zasługuje na miano "twórcy teorii
ewolucji", jak zresztą jest określany przez kilku historyków
francuskich... on pierwszy poświęcił całą książkę na przedstawienie teorii
organicznej ewolucji. On pierwszy ogłosił, że całe królestwo zwierząt
powstało w wyniku ewolucji" (Mayr 1976).
Lamarck ubiegł Darwina, występując ze swą teorią pięćdziesiąt lat
wcześniej, a do tego nie kładł takiego nacisku na brutalną walkę jako
istotny czynnik w procesie ewolucji. Koncepcja Lamarcka wskazywała na
to, że ewolucję napędza raczej "pouczająca" współpraca i interakcja
zachodząca między poszczególnymi organizmami, a także między organizmami
a środowiskiem, która umożliwia formom życia przetrwanie i rozwój w burzliwej, dynamicznej rzeczywistości. Lamarck twierdził, że organizmy
nabywają koniecznych do przeżycia w zmieniającym się środowisku cech
adaptacyjnych, które przekazują swemu potomstwu. Co ciekawe, hipoteza
Lamarcka na temat przebiegu ewolucji jest zgodna z tym, jak współczesna
biologia komórkowa pojmuje przystosowywanie się układu odpornościowego
do zagrożeń płynących z otoczenia, o czym mowa była wcześniej.
Teoria Lamarcka szybko stała się przedmiotem napaści ze strony Kościoła.
Pogląd, że ludzie powstali na drodze ewolucji z niższych form życia,
został uznany za herezję. Lamarcka atakowali też inni uczeni, którzy
jako zagorzali kreacjoniści drwili z jego koncepcji. Do tego, iż Lamarck
popadł w zapomnienie, w największym stopniu przyczynił się August
Weismann, niemiecki uczony zajmujący się biologią rozwoju. Próbował on
doświadczalnie zweryfikować jego teorię mówiącą, że organizmy przekazują
następnemu pokoleniu cechy korzystne dla przetrwania, nabyte na drodze
interakcji ze środowiskiem. W jednym z eksperymentów pozbawił ogonów
samce i samice myszy, a następnie sparzył je ze sobą. Weismann dowodził,
że gdyby Lamarck miał rację, ich młode przyszłyby na świat bez ogonów.
Tak się jednak nie stało. Weismann powtórzył swój eksperyment na
dwudziestu jeden pokoleniach, ale nie doczekał się ani jednej myszy
urodzonej bez ogona. Doszedł więc do wniosku, że lamarckowska teoria
dziedziczenia cech jest błędna.
Wymyślony przez Weismanna eksperyment nie miał szans, aby potwierdzić
prawdziwość teorii Lamarcka. Przede wszystkim, jak podaje autorka
biografii francuskiego uczonego, L. J. Jordanova, Lamarck sugerował, że
zmiany ewolucyjne zachodzą powoli, potrzebują na to "niezwykle dużo
czasu". W swej książce z 1984 roku Jordanova pisze, że jego teoria
opiera się na kilku ważnych przesłankach, między innymi na założeniu, że
"prawidła władające żywymi jestestwami wytworzyły bardziej złożone formy
w trakcie niezwykle długiego czasu" (Jordanova 1984). Prowadzone przez
pięć lat doświadczenia Weismanna obejmowały zbyt krótki okres, żeby
potwierdzić teorię Lamarcka. Ponadto w jego rozumowaniu tkwił
fundamentalny błąd, ponieważ Lamarck bynajmniej nie twierdził, że każda
zmiana w organizmie się przyjmuje - organizmy zachowują cechy i przekazują je potomstwu wtedy, gdy ma im to pomóc w przetrwaniu. A nikt
przecież nie pytał myszy, czy potrzebują ogonów do przeżycia czy nie!
Weismann uznał po prostu, że ogony są myszom zbędne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki