OD AUTOREK
Kilka prywatnych słów od Małgorzaty Lorenz
Ta książka ma charakter popularyzatorski i ma za zadanie ułatwić zrozumienie Germańskiej Medycyny i 5 Praw Natury. Starałam się przedstawić to zagadnienie jak najprościej, zgodnie z życzeniem doktora Ryke Geerda Hamera, wybitnego lekarza i naukowca, twórcy systematyki przyczyn chorób: "macie mówić o Germańskiej Medycynie tak, aby zrozumiało to dziecko!". Z tego powodu celowo pominęłam wiele specjalistycznych kwestii.
Dzisiaj wiedza odnośnie do Germańskiej Medycyny jest łatwo dostępna. Każdy może ją zgłębiać - sam albo na szkoleniach. Kiedy ja po raz pierwszy spotkałam się z tym zagadnieniem, musiałam pokonać mnóstwo przeszkód i zdobyć wiele szczytów, by móc stwierdzić, że coś na ten temat wiem.
Germańska Medycyna zawitała do mnie w 2007 roku. Wystarczyło kilkanaście minut słuchania o niej, żeby do mnie przemówiła i żebym zapragnęła zgłębić tę wiedzę. Podczas pierwszego szkolenia, w którym brałam udział, nie miałam żadnych pytań do prowadzącej Ewy Leimer, pomimo że ta nauka jest tak odległa od tego, czego uczono nas w szkołach. Od razu wpasowała się w mój system wiedzy, wypełniła istniejące w nim luki. Przekonało mnie to, że zarówno w świecie natury, jak i w ludzkim organizmie nie toczy się żadna walka - że wszystkie procesy są wyłącznie celowe, sensowne i sprzyjające każdej żywej istocie. Zobaczyłam ten porządek, współpracę i proste zasady życiowe, których nam, ludziom, tak dziś brakuje.
Ludzie od zawsze zadawali sobie pytanie: dlaczego chorujemy? Ja zadawałam inne: dlaczego zwierzęta żyjące na wolności, w naturalnych warunkach, nie chorują? Germańska Medycyna szybko dała mi odpowiedź: zwierzęta nie kultywują biologicznych konfliktów. Zapragnęłam więc i ja ich nie kultywować. Podjęłam w życiu wiele ważnych dla mnie i dla mojego zdrowia decyzji. Nie były one rozumiane przez bliskich, znajomych, ale to nie miało znaczenia. Wiedziałam już, że muszę zadbać o swój rewir i o właściwy w nim porządek.
Moją nauczycielką Germańskiej Medycyny była nieżyjąca już dziś Ewa Leimer. Jej partner, Bogusław Bąbol, wspierał ją do końca. Boguś był spolegliwym mężczyzną, zawsze w cieniu Ewy, zawsze z tyłu, dbający o nienaganny przebieg seminariów i spotkań, tych stacjonarnych i tych online. Podczas jednego z seminariów usłyszałam, jak dwaj mężczyźni wyśmiewają się z Bogusia, z jego sposobu bycia, z jego ubioru. Nie mogłam nie zareagować. Powiedziałam do nich: "Myślicie, że wy, elegancko ubrani panowie, wykształceni, elokwentni, jesteście prawdziwymi mężczyznami? Nie rozumiecie w ogóle tego, kim jest prawdziwy mężczyzna. Prawdziwy mężczyzna, właściwy partner rewirowy, dba o rewir, dba o swoją partnerkę. Gdyby nie było Bogusia, nie byłoby Ewy. Bez niego nie zrobiłaby nic". Mężczyźni przeprosili za swoje komentarze. Kilka lat później jedna z par biorących udział w terapii według Germańskiej Medycyny tak celnie określiła zdrowy biologicznie związek: mężczyzna tworzy rewir dla swojej partnerki. Oboje są jak podczas tańczenia tanga - on z dbałością prowadzi swoją pięknie ubraną wybrankę, by mogła bezpiecznie wykonywać te wszystkie figury taneczne, by się nie obijała, nie zderzała z innymi tancerzami. On dba o jej bezpieczeństwo, ona z nim współpracuje i chce kontynuować wspólny taniec.
Ewa Leimer była wymagającą nauczycielką. Żeby sprostać tym wymaganiom, by zrozumieć wiedzę płynącą z Germańskiej Medycyny i móc z nią o niej rozmawiać, przez trzy lata codziennie czytałam skrypt szkoleniowy, jedyny materiał dostępny w języku polskim. Trzy lata, każdego wieczoru, ten sam tekst liczący około 40 stron. Z czasem zaczęłam rozumieć, o co chodzi w Germańskiej Medycynie. Byłam zdeterminowana, kupiłam wszystkie dostępne materiały w języku niemieckim. Nauczyłam się tego języka i byłam w stanie tłumaczyć teksty doktora Hamera.
W tym czasie Ewa Leimer prowadziła seminaria w Polsce. Dwa razy w roku przyjeżdżała tu z Wiednia, a ja jeździłam na wszystkie jej seminaria. Na każdym z trzech stopni szkolenia byłam po kilkanaście razy. Za każdym razem słyszałam coś więcej, jakiś szczegół, dzięki któremu rozumiałam tę wiedzę lepiej. W końcu Ewa zaproponowała mi indywidualną naukę u niej w Wiedniu. Byłam taka szczęśliwa, że znajdę się w samym sercu Germańskiej Medycyny. Tym bardziej że doktor Hamer nadal żył i był z Ewą w stałym kontakcie.
Pierwszy raz pojechałam do Wiednia na 10 dni, ciekawa, jak to będzie wyglądało. Czekałam mnie niespodzianka. Ewa od razu wyznaczyła mi granice swojego rewiru, określając zasady mojego pobytu w jej dwupokojowym mieszkaniu. Spotykałyśmy się o 8.00 rano na śniadaniu, które one przygotowywała, potem były kawa i rozmowy do 10.00. Pierwszego dnia wręczyła mi bilet na komunikację miejską i mapkę Wiednia, mówiąc, że do 14.00 mam spędzać czas sama i wrócić dopiero na obiad. Zaskoczyła mnie tym wtedy, ale teraz doceniam to wyznaczenie granic rewiru - gość nie zakłóca jego funkcjonowania. Na obiad przyjeżdżał Boguś, jedliśmy razem, w dni powszednie posiłek przygotowywała Ewa, a w weekendy szliśmy do restauracji, zawsze tej samej. Po obiedzie rozchodziliśmy się, każde do swoich pokoi, to znaczy ja do swojego, Ewa i Boguś do drugiego, ale Boguś miał w tym saloniku swój mały rewir. Do godziny 18.00, czyli do kolacji, Ewa pracowała, obsługując sprawy doktora Hamera, a ja się uczyłam, tłumaczyłam, oglądałam zdjęcia tomografii komputerowych mózgu. Od kolacji do wieczora rozmawialiśmy - oczywiście o Germańskiej, o Hamerze, o wspólnych planach na przyszłość. Ewa i Boguś wkładali wiele pracy i zaangażowania w to, bym jak najwięcej się nauczyła. Nazywali mnie dziedziczką Germańskiej. Byłam w Wiedniu wiele razy, odwiedzałam tamtejsze galerie sztuki, muzea, poznawałam to piękne miasto samotnie, przemierzając je i wsłuchując się w język niemiecki. Dziś, gdybym miała mieć gości przez kilka dni, postąpiłabym tak jak Ewa - wyznaczyłabym im granice swojego rewiru.
I tak w trójkę - Ewa, Boguś i ja - spędziliśmy kilka lat. W tym czasie opracowałam etologiczne podstawy Germańskiej Medycyny, zyskałam biegłość w prowadzeniu pełnej analizy sytuacji biologicznej organizmu za pomocą zdjęć tomografii komputerowej mózgu. Nauczyłam się widzieć historię dramatycznych przeżyć osób, z którymi nigdy się nie zetknęłam, ukazaną na tych zdjęciach. Przetłumaczyłam prezentację z seminarium z języka polskiego na niemiecki do akceptacji doktora Hamera, poznałam go w rozmowach przez Skype'a, prowadziłam z Ewą newsletter, obsługiwałam korespondencję doktora Hamera, założyłam Koło Sympatyków Germańskiej Medycyny we Wrocławiu. Przygotowałam standardy dla podobnych kół, konspekty, scenariusze i prezentacje.
Miałyśmy z Ewą tę samą pasję, ale różniło nas podejście do "zasięgów" Germańskiej. Ona starała się ograniczyć liczbę osób biorących udział w jej seminariach. Z każdym kandydatem prowadziła rozmowę rekrutacyjną i nie była ona zachęcająca, sprzedażowa. Ewa pragnęła stworzyć grupę osób oddanych Germańskiej, żyjących według jej zasad. Mówiąc dzisiejszym językiem: zasięgi te miały być niszowe. Ja pragnęłam mówić o Germańskiej wszystkim. I w pewnym momencie Krystyna Maciąg, twórczyni konferencji świadomościowych w Sobótce, zaprosiła mnie do wygłoszenia prelekcji. Było to w 2013 roku. Ewa, skonsultowawszy to wcześniej z doktorem Hamerem, się nie zgodziła. W końcu jednak ulegli mojej argumentacji. Musiałam spisać treść swojego wystąpienia, by Ewa mogła je zautoryzować. Ostatecznie powstała 64-stronicowa wersja mojej wypowiedzi, która była wiele razy w szczegółach przez Ewę poprawiana. Przez 30 dni, każdego ranka i wieczora, uczyłam się mojego wystąpienia na pamięć. Wielu słów nie wolno mi było użyć. Nie można było też nagrać tego wystąpienia, a przecież wszystkie prelekcje były nagrywane i udostępniane przez NTV Janusza Zagórskiego. Wszystkie oprócz mojej! Ale i tak byłam szczęśliwa, że moi nauczyciele i mistrzowie zgodzili się na taką nowoczesność. Wyznaczonego dnia pojechałam do Sobótki, powiedziałam, co miałam powiedzieć, i byłam tak zmęczona stresem, że po prelekcji usnęłam na parkingu w samochodzie.
Po tamtej prelekcji Ewa Leimer i doktor Hamer zgodzili się, bym utworzyła we Wrocławiu Koło Sympatyków Germańskiej Medycyny, i poluzowali swoją kontrolę. Z czasem nasze drogi się rozeszły, ponieważ zasadniczo się różniliśmy, jeśli chodziło o poglądy na temat dostępności tej wiedzy. Poszłam swoją drogą, pozostając wierną 5 Prawom Natury.
Momentem zwrotnym w moim życiu było poznanie Krzysztofa, mojego męża. Ja nazywałam się wtedy Paluch, mąż też nazywał się inaczej. Przeprowadziliśmy wiele burzliwych dyskusji na temat Germańskiej Medycyny, a z czasem opracowaliśmy nowatorską metodę prowadzenia pełnej analizy sytuacji biologicznej organizmu - bez zdjęć tomografii komputerowej mózgu, a z wykorzystaniem biorezonansu. Germańska Medycyna i jej etologiczne podstawy oraz wyzwania zdrowotne (fazy wagotonicznej) męża sprawiły, że postanowiliśmy radykalnie odciąć się od przeszłości i zacząć nowe życie. Przeprowadzka z Wrocławia, miasta pełnego biologicznych szyn, na wieś była jednym z elementów tej zmiany. Nasz mentor, Neville Goddard, mówiąc o nowej koncepcji siebie, powiedział: "Twoja nowa koncepcja siebie, nowy TY musisz być tak inny od poprzedniej wersji, że jeśli ktoś na ciebie zawoła na ulicy twoim imieniem, nie odwrócisz się". Zmieniliśmy więc urzędowo swoje nazwiska. Wybraliśmy nazwisko bliskie Germańskiej Medycynie: Lorenz. To nazwisko Konrada Lorenza, austriackiego etologa, pięknie opisującego zachowania zwierząt w rewirach. To właśnie jego książki były podstawą opracowanych przeze mnie "biologicznych kodów zachowania", czyli etologicznych podstaw Germańskiej Medycyny.
Dziś pracujemy razem, ja, Małgorzata Lorenz i mój mąż, Krzysztof Lorenz, jako terapeuci Germańskiej Medycyny. Uprawiamy ziemię zgodnie z prawami natury, prowadząc gospodarstwo permakulturowe. Korzystamy z rozwiązań wypracowanych przez naturę, które każdy może obserwować na terenach dzikich, w lesie, na łące. Każda nasza grządka jest bioróżnorodna, są na niej warzywa, zioła i kwiaty. Każda z nich przypomina małe dzieło sztuki. Szanujemy glebę, która daje życie, i zwierzęta, które są naszymi "pracownikami", zarówno te ze świata mikro, jak i te większe, które zapylają kwiaty w ogrodzie czy są naturalnymi wrogami szkodników. Nasz ogród jest wolny od środków chemicznych. Poznawszy Germańską Medycynę, nie wyobrażamy sobie innej uprawy ziemi. I nieustająco zachwycamy się tym, jak pięknie matka natura to wszystko dla nas przygotowała. Nasze życie jest proste, a swoje relacje układamy według praw rewirowych, co przekłada się na miłość, współpracę i partnerstwo. Codziennie rozmawiamy o Germańskiej Medycynie, jest ona treścią naszego życia. Przyjmujemy klientów terapeutycznych, ja nadal prowadzę szkolenia, dzieląc się swoją wiedzą, doświadczeniem i rozumieniem Germańskiej. Germańska Medycyna wykracza bowiem daleko poza zastosowanie jej w kwestii zdrowia. Daje informacje i wskazówki, jak układać relacje z innymi, jak rozwiązywać życiowe problemy, jakie decyzje podejmować.
Dziękuję Wam, doktorze Hamer, Ewo Leimer, Bogusławie Bąbolu, że zagościliście w moim życiu. Byliście wspaniałymi nauczycielami, wymagającymi i bezkompromisowymi. Dzięki temu ja dziś jestem ekspertką, nauczycielką i terapeutką według Germańskiej Medycyny.
Dziękuję Krystynie Maciąg za zaproszenie na konferencję Powitania Jesieni, co było początkiem naszej wieloletniej współpracy i przyjaźni. To dzięki Krysi Germańska mogła być systematycznie przedstawiana szerszemu gronu. Podczas jednej z konferencji poznałam Jolantę Podsiadłą, wspaniałą dziennikarkę, mistrzynię pióra, nieocenioną rozmówczynię, która użyła właściwych słów, by przybliżyć Wam tajniki Germańskiej Medycyny.
Małgorzata Lorenz
ekspertka, nauczycielka i terapeutka według Germańskiej Medycyny
O MOCACH GERMAŃSKIEJ MEDYCYNY
Jako dziennikarka niejednokrotnie byłam zapraszana, by napisać o jakiejś pięknej książce. Dziś polecam tę, w której mam swój udział. Dlaczego zatem Germańska Medycyna? Ujmując rzecz najprościej: jej wiedza porządkuje nasze życie. Po prostu. Mając choćby jej podstawy, zaczynamy rozumieć swoje zachowania i reakcje w różnych sytuacjach, a także zachowania i reakcje innych. To naprawdę wiele upraszcza. I tak na przykład jednym z kluczowych aspektów Germańskiej jest pojęcie rewiru. Każdy z nas go ma i nikt nie lubi, gdy ktoś przekracza jego granice, wchodzi w zabłoconych butach na nasz bialutki dywanik. A jednak w codziennym życiu na okrągło wparowujemy bez pardonu do czyjegoś rewiru, a inni naruszają granice naszego. I pozwalamy na to, po raz kolejny tłumiąc w sobie uczucie irytacji, złości, bezsilności. No bo przecież: tak trzeba, tak wypada, trudno coś na to poradzić. Ale wcale tak być nie musi. To nasz wybór. I najczęściej jest to wybór pomiędzy zdrowiem a chorobą. Gdy mamy tego świadomość, zaczynamy działać, a jednocześnie rozumiemy, że takie same potrzeby i prawa mają też inni.
Taką wiedzę niesie Germańska Medycyna, która opowiada nie o chorobach, a o biologicznych konfliktach, o tym, dlaczego chorujemy, często na własne życzenie. Nie w tym sensie, że życzymy sobie bólu kolana, utraty słuchu, jakiegoś guza czy stanu depresji. To własne życzenie wynika z tego, że tkwimy w różnych trudnych dla nas sytuacjach i nic z tym nie robimy. Wiedza Germańskiej daje nam zatem wielką moc - uczy nas podejmowania decyzji, a w konsekwencji wybierania zdrowia. I o tym właśnie jest ta książka. Tym samym nie udzielamy w niej porad medycznych - niechaj będzie to jasne. Germańska Medycyna nie rości sobie prawa do leczenia kogokolwiek, nie konkuruje z medycyną akademicką, nie namawia nikogo, by zaprzestał chodzenia do lekarza czy przyjmowania leków. Jej wiedza może natomiast wspierać proces leczenia i pomóc uniknąć nawrotów choroby. Ten wątek często powtarza się w naszych rozmowach i wielu przykładach osób, które trafiły do gabinetu terapeutycznego Małgorzaty Lorenz z konkretną diagnozą. Wówczas istotne jest dotarcie do zdarzenia źródłowego, które wzbudziło biologiczny konflikt. I może być na przykład tak, że jakiś zapach, który towarzyszył danej sytuacji, stał się biologiczną szyną, która wciąż na nowo uruchamia w nas konfliktowe odczucie, choć tamto zdarzenie już dawno nie ma dla nas znaczenia. I doprawdy trzeba wykonać pracę detektywa, aby do tego dojść.
Wiedza Germańskiej umożliwia rozwikłanie różnych zagadek, również tych sprzed wielu, wielu lat. Ideałem byłoby natomiast, by korzystając z niej, zauważać i rozwiązywać swoje biologiczne konflikty na bieżąco. Bo kto z nas nie czuł w swoim życiu złości nie do strawienia, nie powiedział albo nie pomyślał, że nie może czegoś przełknąć, że coś leży mu na wątrobie, że coś mu w jakiejś sytuacji śmierdzi, coś jest dla niego zbyt ciężkie albo że ktoś ładuje się z butami w jego sprawy? To wszystko wskazuje na silne odczucia konfliktowe, bo gdyby takie nie były, nie myślelibyśmy o tym w ten sposób. I jakże często ten nieprzełknięty kęs tkwi w naszym gardle latami, co ma swoje konsekwencje. Z wiedzą Germańskiej łatwiej jest nam zauważać takie subiektywnie trudne dla nas kęsy i reagować od razu, a nie za pięć, piętnaście czy dwadzieścia pięć lat. Rozwiązanie może być dla każdego inne - jedna osoba poczuje, że musi podjąć radykalne kroki, na przykład zmienić pracę, a druga uzna, że jest w stanie zmienić swoje myślenie o danej sytuacji.
O tym wszystkim - i o wielu innych rzeczach - opowiadają rozmowy zamieszczone w tej książce. Małgorzata Lorenz, wybitna znawczyni Germańskiej Medycyny, wprowadza nas w jej świat krok po kroku. I polecam wędrować tą drogą w takiej właśnie kolejności, zwłaszcza jeśli jest to dla kogoś nowa wiedza, bo w każdej z rozmów pojawiają się nowe puzzle. Zaczynamy od prostego konfliktu rozłąki, a kończymy wyzwaniami fazy wagotonicznej, nazywanej też fazą naprawczą lub fazą zdrowienia. W sumie są to dwadzieścia cztery rozmowy. Dwadzieścia jeden z nich ukazało się wcześniej w miesięczniku "Czwarty Wymiar" (podpisywałam się wówczas innym nazwiskiem). W książce są też trzy wcześniej niepublikowane - spoglądamy od strony Germańskiej na trzymane w domach koty i psy, a kończymy wspomnianą fazą naprawczą, wyjaśniając, jak to jest z tym zdrowieniem. Całość tworzy obraz pokazujący, czym jest Germańska Medycyna, a barw przydają mu liczne przykłady, które mogą być dla nas podpowiedzią w różnych sprawach.
Jestem wdzięczna Małgorzacie Lorenz, wspaniałej specjalistce, świetnej rozmówczyni i cudownej kobiecie, że tak hojnie podzieliła się ze mną, a tym samym z Wami, Drodzy Czytelnicy, swoją wiedzą i doświadczeniem. Jestem wdzięczna Krystynie Maciąg, nieocenionej organizatorce Powitań Wiosny i Jesieni w Sobótce, które z czasem zostały przemianowane na Powiew Wolności. Relacjonowałam te konferencje dla "Czwartego Wymiaru", poznałam na nich wielu pięknych ludzi, a wśród nich Małgorzatę i Krzysztofa Lorenzów. Tradycją było, że Małgorzata rozpoczynała swym wykładem niedzielny blok prelekcji o zdrowiu. I za każdym razem w niedzielę o dziewiątej rano sala była pełna. Bo na taki wykład po prostu trzeba było przyjść! Niekiedy Małgorzata i Krzysztof występowali wspólnie, odgrywając różne scenki rodzajowe z biologicznymi konfliktami w tle. I była to poranna joga śmiechu. My, widzowie, śmialiśmy się z samych siebie, bo tak właśnie zachowujemy się w różnych codziennych sytuacjach. I tak zaczęła się moja przygoda z Germańską Medycyną. Któregoś razu poprosiłam Małgorzatę Lorenz o rozmowę. Zaczęło się od jednej, a finalnie powstała książka, która trafia dziś w Wasze ręce.
Osoby ciekawe tego, skąd wywodzi się nazwa Germańska Medycyna i kim był jej twórca doktor Ryke Geerd Hamer, odsyłam do słowniczka zamieszczonego na końcu książki. Podstawowe pojęcia w nim ujęte zostały podane nie alfabetycznie, a w sposób logiczny, porządkujący przekazywaną w kolejnych rozmowach wiedzę.
Zapraszam do lektury!
- Jolanta Podsiadła
dziennikarka, redaktorka i autorka
Tutaj nas spotkacie:
Kanał YouTube o Germańskiej Medycynie:
https://www.youtube.com/@germanska-5PrawNatury
Grupa na Facebooku:
Germańska - praktyka terapeutyczna według 5 Praw Natury
https://www.facebook.com/groups/1510092315926157
Kanał na YouTube o naszym ogrodzie permekulturowym
https://www.youtube.com/@perma-kultura
www.kwantomed.pl
1. Przebieg biologicznego konfliktu (wszystkie pojęcia z nim związane znajdują się w słowniczku na końcu książki)
ROZŁĄKA CHCIANA I NIECHCIANA
Czyli o mechanizmach, jakie uruchamia biologiczny konflikt rozłąki
Na spotkaniu ze znajomymi wysłuchałam opowieści o ich bolączkach. Babcia kolegi przestała go rozpoznawać. On ostatnio ją zaniedbał, ale kiedyś był jej ukochanym wnukiem, a teraz babcia pyta: "A pan to kto?". Z kolei koleżanka godzinami siedzi z synem nad lekcjami, a jemu "nic do głowy nie wchodzi". U innej lekarz zdiagnozował łuszczycę. Czy Germańska Medycyna umie wytłumaczyć, co może być powodem tych problemów?
Choć są one tak różne, z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę powiedzieć, że ich podłożem jest jeden biologiczny konflikt - konflikt rozłąki.
Jeden konflikt? Dla choroby Alzheimera, kłopotów dziecka z nauką i łuszczycy?
Aby to wytłumaczyć, odwołam się do zwierząt żyjących w stadach, w rodzinach. Każdy osobnik ma w nich swoją pozycję, zadania do wykonania, jest bardzo ważny. Zwierzęta potrafią wyczuć, kto w rodzinie jest najsłabszy, i zawsze go chronią. Gdy na przykład układają się do snu, on jest w środku. Tak samo gdy uciekają przed napastnikiem - nie zostawiają najsłabszego na końcu. Rozłąka następuje tylko w sytuacji, gdy jedno z nich zostaje oddzielone od stada (drapieżniki polują w ten sposób, że oddzielają upatrzonego osobnika od rodziny). Dla takiego zwierzęcia sytuacja szybko się rozwiąże, bo albo padnie ono ofiarą napastnika, albo ujdzie z życiem. W tym drugim przypadku uruchamiane są kolejne mechanizmy (poprzednio zwierzę otrzymało wsparcie natury podczas ucieczki), które mają mu pomóc w przeżyciu. Są one dwojakiego rodzaju - pierwszy to "wyłączenie" receptorów czuciowych w skórze, drugi - zaburzenie pamięci krótkotrwałej. Ma to głęboki sens, bo takie zwierzę nie potrafi wrócić po swoich śladach do miejsca, w którym zostało rozłączone ze stadem oraz nie czuje, że zostało samo, że nie ma przy nim jego sióstr i braci. I w tej nieświadomości nie oddala się bardziej, nie błądzi, lecz czeka w jednym miejscu, aż rodzina je znajdzie. A gdy tak się stanie - stado zawsze szuka zaginionego - wszystko wraca do normy.
Czy człowiek doświadcza podobnych biologicznych reakcji?
Według Germańskiej Medycyny jesteśmy bardzo blisko natury i wszystko, co dzieje się w naszym organizmie, ma głęboki biologiczny sens. Zwykle uznajemy, że jesteśmy istotami lepszymi, znajdującymi się na wyższym poziomie rozwoju niż zwierzęta. I oczywiście, nie jesteśmy zwierzętami, różnimy się od nich, ale istnieje wspólny mianownik w biologicznych reakcjach człowieka i zwierzęcia na różne życiowe sytuacje. Zawsze też otrzymujemy wsparcie od matki natury. Jeśli na przykład mamy odczucie, że nie możemy czegoś strawić, jest to sygnał dla organizmu, że natychmiast potrzebna jest pomoc - trzeba poprawić funkcje trawienne. Jeśli czujemy, że jesteśmy czymś przeciążeni i nie dajemy już rady, reaguje mięsień sercowy, który dostał sygnał, że potrzebujemy więcej natlenionej krwi. I Germańska bardzo precyzyjnie opisuje, jak nasze konkretne odczucia, nasze emocje, nasze myśli, zmieniają biologiczne funkcjonowanie organizmu w różnych trudnych sytuacjach. Bardzo ważne jest przy tym pojęcie życiowej trudności. Nie mówimy bowiem tylko o dramatach tego typu, że komuś spalił się dom czy ktoś uległ poważnemu wypadkowi. Trudność życiowa jest często drobną obiektywnie sytuacją. Dlatego chcę mocno podkreślić tę subiektywność odczucia. Na przykład koleżanka w pracy po raz kolejny prosi kogoś, aby coś za nią zrobił. Jego to denerwuje, ale nie potrafi odmówić. Obiektywnie nie jest to dramat, ale może prowadzić do poważnego biologicznego konfliktu. Germańska Medycyna, opisując te konflikty, bazuje na etologii, czyli - mówiąc najprościej - zachowaniach zwierząt. Warto przy tym zauważyć, że zwierzęta żyjące w naturalnych warunkach niemal w ogóle nie chorują, a przynajmniej nie ma doniesień, żeby niedźwiedź, wilk czy sarna miały na przykład nowotwory czy inne guzy. A ludzie mają.
Wynikiem czego, według Germańskiej Medycyny, jest choroba?
Tego, że nie umieliśmy załatwić jakiegoś biologicznego problemu. Ktoś odczuwa na przykład "złość nie do strawienia", nie może strawić swojego szefa, współmałżonka czy teściowej. W tym konflikcie natychmiast reaguje u niego duża krzywizna żołądka albo jelito i za jakiś czas będzie on miał objawy ze strony tych narządów, w najgorszym wypadku może być to guz. Ktoś powie: w takim razie co to za wsparcie ze strony natury! Jednak nie ma tu niekonsekwencji. Organizm dostaje pomoc, żeby poradzić sobie z daną sytuacją, ale ten biologiczny konflikt powinien zostać szybko rozwiązany. Choroba jest wynikiem tego, że człowiek za długo w nim trwa. Zwierzęta szybko rozwiązują swoje biologiczne konflikty i ich organizm wraca do normy. My tego nie robimy. Doktor Hamer, który sformułował 5 Praw Natury, wielokrotnie podkreślał, że powinniśmy uczyć się od zwierząt przede wszystkim tego, by działać, by nie trwać w sytuacjach, które nam nie służą. Młody jelonek, który w określonym miejscu w lesie ledwie uszedł z życiem, uciekając przed wilkiem, nie będzie w to miejsce wracał. Człowiek postępuje inaczej, racjonalizując swoje wybory. Na przykład ktoś doświadcza wielu przykrości w miejscu pracy. Zwierzę nie byłoby długo w takiej sytuacji - albo walczyłoby o swoją pozycję (z konkretnym skutkiem), albo poszukało sobie innego miejsca. Człowiek mówi sobie, że to jednak jest świetna praca, dobrze płatna, i całe lata trwa w konflikcie. Ale jeśli ktoś zna Germańską Medycynę, wie, że czasami nie ma wyjścia, trzeba działać, podejmować trudne decyzje, bo w ten sposób wygrywa się swoje zdrowie i życie.
Zwierzę, które uszło drapieżnikowi, dostaje wsparcie od natury i czeka w jednym miejscu, aż stado je znajdzie. Co dzieje się z człowiekiem w konflikcie rozłąki?
Ma zaburzenia pamięci krótkotrwałej oraz ubytek w tkance naskórka. Objawy te mogą występować jednocześnie lub osobno. W najlżejszym przypadku zaburzenia pamięci krótkotrwałej objawiają się tym, że zapominamy jakiegoś słowa, tracimy wątek w rozmowie, nie pamiętamy, po co przyszliśmy do kuchni. Zapewne każdy z nas niekiedy tego doświadcza. Jeśli konflikt rozłąki jest głęboki lub trwa długo, zauważamy, że mamy trudność w uczeniu się nowych rzeczy, mylimy litery podczas pisania na komputerze (dziś rzadko piszemy ręcznie), nie zapamiętujemy drogi, którą idziemy, trudno nam się odnaleźć w nowych miejscach. A im dłużej trwa taki konflikt, a często trwa latami, tym bardziej doświadczamy tych zaburzeń, ratujemy się zapisywaniem różnych rzeczy na karteczkach, którymi obklejamy mieszkanie. Nazywa się to chorobą Alzheimera. Przypisujemy ją na ogół osobom starszym, co łatwo wytłumaczyć.
Jakie sytuacje prowadzą do tak głębokiego konfliktu?
Dzieje się tak na przykład wówczas, gdy ktoś jest - lub tak się czuje, bo jak mówiłam, chodzi o nasze myśli i odczucia - wyeliminowany z rodziny albo z innej ważnej dla niego społeczności. W przypadku osoby starszej często nakładają się na siebie przejście na emeryturę, wyprowadzka dzieci, potem również coraz słabszy kontakt z dorastającymi wnukami. I babcia albo dziadek, którzy byli kiedyś bardzo ważnymi osobami, tracą znaczenie, a tym samym poczucie własnej wartości. W dodatku umierają przyjaciele, kolejni znajomi i taka osoba czuje się coraz bardziej samotna. I kluczowe jest właśnie to poczucie osamotnienia, że nie mam już przyjaciół, dzieci, a wnuki się mną nie interesują. Jest to tak zwana rozłąka niechciana - pragniemy, aby ktoś był, ale tej osoby czy osób nie ma.
Czasami jest odwrotnie - pragniemy, by kogoś nie było. Czy taka sytuacja to również konflikt rozłąki?
Tak, to druga możliwość, o której mniej się mówi, bo zwykle kojarzymy rozłąkę z niechcianym rozstaniem. A przecież nierzadko jest tak, że ktoś chce rozstania, ale nie może tego zrealizować. Pragnie na przykład, aby nie musieć już chodzić do pracy, nie mieć za ścianą dokuczliwego sąsiada, by małżonek kogoś poznał i odszedł, żeby rodzice czy teściowie nie wtrącali się do jego życia, by dzieci wreszcie się wyprowadziły. Sytuacji, które mogą rodzić konflikt rozłąki, jest bardzo dużo i często są one subiektywne. Bywa, że ktoś mieszka z bliskimi, a jednak czuje się bardzo samotny. Dlatego jeśli mamy problem z pamięcią, zwłaszcza krótkotrwałą, trzeba dociec, w jakich sytuacjach towarzyszy nam poczucie rozłąki. I warto mieć na uwadze, że dotyczy to ludzi w każdym wieku, również dzieci, które przeżywają konflikt rozłąki chcianej lub niechcianej. Rodzice najczęściej nie zdają sobie sprawy, że problemy w nauce mogą mieć taką przyczynę. I zapewne tak właśnie jest w przypadku syna pani koleżanki, który ma problem z zapamiętywaniem nowych rzeczy. Bo to wcale nie muszą być sytuacje dramatyczne, jak rozstanie rodziców. Ze swojego doświadczenia terapeutycznego wiem, że najczęściej są to rzeczy pozornie drobne, związane z relacjami, bardzo subiektywne w odbiorze. Dziecko na przykład nie lubi koleżanki lub kolegi z przedszkola czy szkoły, nie lubi swojej opiekunki lub wychowawczyni, pragnie, aby tej osoby nie było. Taki konflikt, choć nam wydaje się błahy, może być dla dziecka bardzo głęboki, wywoływać w nim silne emocje, przeżywane każdego dnia. Im wcześniej rodzice to zauważą, tym szybciej mogą pomóc dziecku w znalezieniu rozwiązania, które zakończy jego biologiczny konflikt.
Drugim z objawów konfliktu rozłąki są problemy ze skórą. Czy właśnie łuszczyca?
Mogą być one różne. W pierwszej kolejności są to wszelkiego rodzaju przesuszenia spowodowane ubytkami w tkance naskórka. Na przykład mąż odszedł, żona za nim tęskniła i dwa lata trwało, nim uporała się ze swoimi emocjami. Mamy tu do czynienia z jednym konfliktem, który został rozwiązany. Kobieta ta obserwowała różnego rodzaju zmiany związane z ubytkami w naskórku, ale stosowała kremy, które je łagodziły, a z czasem zauważyła, że stan jej skóry się poprawił (wrócił do normy). Ale wyobraźmy sobie, że do naszej firmy co kilka tygodni przyjeżdża z centrali szef, którego bardzo nie lubimy, którego się boimy, ale musimy się z nim spotykać. Przez te dwa, trzy dni jego obecności wchodzimy w aktywność konfliktu rozłąki i wychodzimy z niego, gdy szef wyjeżdża. Po miesiącu sytuacja się powtarza - i tak trwa to latami. Mamy tu do czynienia z powtarzającym się regularnie konfliktem rozłąki. W tym przypadku objawem może być łuszczyca. A moim pierwszym pytaniem do pani koleżanki byłoby: w jakim miejscu ciała pojawiły się u niej zmiany?
Tego nie wiem, bo poskarżyła się krótko, nie wchodząc w szczegóły.
W takim razie podam przykład ze swojej praktyki. Mężczyzna prowadzi firmę w małym miasteczku, cieszy się poważaniem lokalnej społeczności, co jest dla niego ważne. Wśród pracowników ma panią, która nie wykonuje dobrze swoich obowiązków, do emerytury pozostały jej cztery lata. Gdyby ją zwolnił, zostałoby to źle odebrane przez innych. Godzi się więc z jej obecnością w swojej firmie, ale każdego dnia podczas porannej toalety myśli o tym, że chciałby, aby jej nie było. Objawem tych wielu nakładających się na siebie konfliktów rozłąki (w tym przypadku chcianej) jest łuszczyca pojawiająca się na prawej nodze w rejonie piszczeli i grzbietowej części stopy.
Czy to istotne, że na prawej, a nie na lewej nodze?
Zgodnie z wiedzą Germańskiej Medycyny możemy dość precyzyjnie określić sytuację, w której ktoś przeżywa biologiczny konflikt. Ale by to odkryć, trzeba być po trosze detektywem. Zacznijmy zatem od końca. Przychodzi ktoś, kto ma zmiany łuszczycowe na piszczeli prawej nogi. Najpierw sprawdzam, testem klaskania, jego biologiczną ręczność. Jeśli w spontanicznym klaskaniu prawa ręka jest u góry i jest ręką wiodącą, to jesteśmy biologicznie praworęczni (jeśli lewa - leworęczni). Ten ktoś jest praworęczny, a zatem objaw widoczny na jego ciele oznacza, że przeżył biologiczny konflikt z tak zwanym partnerem (gdyby to była jego lewa noga - wskazywałoby to na konflikt z matką lub dzieckiem). Przy czym "partner" to szerokie pojęcie, obejmujące ojca, brata, siostrę, sąsiada, pracownika - praktycznie może to być każdy oprócz matki i dziecka. Wiedząc tyle, idziemy dalej, co w tym przypadku jest dość proste. Każda część ciała ma bowiem przypisaną określoną treść biologicznego konfliktu. Pytam zatem, w jakiej sytuacji ten ktoś odczuwa, że "chciałby kogoś wykopać". A to dlatego, że gdy wyobrazimy sobie taki ruch, widzimy, że właśnie tymi częściami ciała, na których pojawiła się łuszczyca, dotknęlibyśmy tej osoby. I ten mężczyzna od razu kojarzy, że "chodzi o panią X z księgowości".
Źródło konfliktu zostało odkryte. Co dzieje się dalej?
Opracowujemy wspólnie tak zwaną konfliktolizę, czyli możliwy dla danej osoby sposób zakończenia tego konfliktu. Zawsze pytam, co dla niej byłoby rozwiązaniem. Ten człowiek miał już je w głowie (musiał myśleć o tym wcześniej), bo od razu odpowiedział, że może wypłacić tej kobiecie wynagrodzenie za te cztery lata, jakie by jeszcze u niego pracowała. Bo zwykle jest tak, że ludzie wiedzą, czują intuicyjnie, co może zakończyć ich konflikt w taki sposób, by nie generować kolejnego, ale często boją się działania, potrzebują kogoś, kto ich do tego zmotywuje. I ten mężczyzna tak właśnie zrobił, mógł sobie na to pozwolić.
Czy w takiej sytuacji rozstanie jest najlepszym rozwiązaniem?
To jedno z możliwych rozwiązań - jeśli cierpię w relacji z jakąś osobą, kończę ten związek. Jeśli na przykład praca w danym miejscu mi nie służy, mogę ją zmienić, choć bez gwarancji, że gdzie indziej nie będzie podobnie. Dlatego warto rozważyć też inne rozwiązania. Jak mówiłam, biologiczne konflikty są uruchamiane naszymi myślami, naszymi odczuciami. Możemy więc pracować nad tym, by zmienić swoje myśli i odczucia w odniesieniu do danej sytuacji. Jeśli mamy tego świadomość i potrafimy to zrobić, jest to w wielu przypadkach genialne rozwiązanie. Zatem możemy skorzystać i z takiej opcji - wypracować w sobie nowy nawyk mentalny postrzegania danej osoby czy sytuacji. A potem wykazać się cierpliwością, dając organizmowi czas, by wrócił do stanu sprzed konfliktu.
Jakie mogą być inne objawy konfliktu rozłąki?
Może on powodować wiele różnych dolegliwości. Trzeba przy tym zaznaczyć, że nie pojedynczy, krótki konflikt, a trwający przez długi czas lub wiele razy uruchamiany. Obok wspomnianej łuszczycy jego objawami może być na przykład bielactwo, łysienie, różnego rodzaju alergie skórne, neuropatie i polineuropatie (w konflikcie brutalnej rozłąki reaguje nie naskórek, ale okostna) oraz wspomniane problemy z pamięcią krótkotrwałą - z uczeniem się, wypowiadaniem, rozpoznawaniem innych ludzi.
Czy wszystkie skutki biologicznych konfliktów można odwrócić?
Musimy mieć świadomość, że Germańska Medycyna nie jest czarodziejską różdżką. Rozwiązując biologiczne konflikty możemy odwrócić ich skutki, o ile nie został przekroczony pewien punkt krytyczny. I jak powiedziałam, organizm potrzebuje czasu, aby dojść do stanu sprzed konfliktu. W teorii mówi się, że faza zdrowienia trwa mniej więcej tyle, ile byliśmy w konflikcie. Zależy to jednak od tego, jakiego rodzaju był to konflikt. W przypadku rozłąki, gdy objawy dotyczą naskórka, często wystarczy zaledwie kilka czy kilkanaście tygodni. Ale na przykład przy konfliktach dających objawy w obrębie macicy (mogą to być bardzo obfite krwawienia), faza naprawcza trwa zwykle trzy, cztery lata. Dlatego trzeba być cierpliwym. Ważne jest, abyśmy mieli wiedzę, jak funkcjonuje nasz organizm, byli pełni zrozumienia dla samych siebie i tego, co się z nami dzieje, oraz mieli zaufanie, że priorytetem natury jest życie.
Wspaniale jest mieć tego świadomość.
Natura zawsze chce, abyśmy żyli - i daje nam wsparcie w różnych sytuacjach. Kluczowe jest to, by biologiczne konflikty rozwiązywać szybko, jak ma to miejsce w świecie zwierząt, i nie rozpamiętywać w nieskończoność sytuacji, które są już przeszłością. A gdy zauważamy, że coś się w naszym organizmie dzieje, działajmy na rzecz odnalezienia przyczyny tego konfliktu i znalezienia rozwiązania. Jeśli zmiana jest mała, ból jest niewielki, możemy łatwo to wycofać.
Warto też podkreślić, że konflikt rozłąki przeżywamy często "na własne życzenie". Tęsknimy za kimś, za towarzystwem, za wyjściem z domu, ale nic nie robimy. Jeśli tęsknimy za dziećmi czy wnukami, nie czekajmy, aż one do nas zadzwonią. Zainicjujmy ten kontakt, bo tu nie chodzi o ambicję, o to, kto kogo przetrzyma, kto wygra. Tutaj chodzi o nasze zdrowie. A swoje zdrowie możemy wygrać wtedy, gdy będziemy działać, aby być jak najkrócej w aktywności biologicznego konfliktu. I druga strona medalu - pamiętajmy o swoich bliskich. Odwiedźmy babcię czy dziadka, zadzwońmy do rodziców, dbajmy, by czuli, że są dla nas ważni. Nie powodujmy, aby z naszego powodu przeżywali konflikt rozłąki, a potem pytali nas, kim jesteśmy.
WYJĄTKOWA RELACJA
Czyli o biologicznych kodach w relacji matki i dziecka oraz sposobach na uwolnienie się od trudnych emocji
Moja serdeczna przyjaciółka, która ma świetny kontakt z mężem i swoimi dziećmi na progu pełnoletniości, nie potrafi ułożyć sobie relacji z matką. Do dziś wypomina jej, że jako nastolatka musiała na okrągło opiekować się młodszym bratem, co było źródłem jej cierpienia. I wciąż ma o to żal. Czy Germańska może jej jakoś pomóc?
Relacja dziecka z matką i matki z dzieckiem jest z punktu widzenia Germańskiej Medycyny absolutnie wyjątkowa. Wytłumaczenie tego jest proste: biologicznie matka jest dla dziecka gwarantem przeżycia. Nie chodzi tu o rozwiązania wypracowane przez współczesne społeczeństwa, bo w dzisiejszych czasach dziecko przeżyje bez mamy, a o kody natury. I dlatego nawet jeśli jest ono pod opieką najukochańszej babci czy innej bliskiej osoby, może przeżywać biologiczne konflikty, jak choćby konflikt rozłąki, o którym rozmawiałyśmy poprzednio. I objawi się on na przykład zmianami skórnymi na policzkach dziecka, bo gdyby mama była, przytulałoby się nimi do jej piersi. Tak działają mechanizmy biologiczne, które objawiają się różnymi problemami w sferze fizycznej lub psychicznej. Ktoś na przykład ma tik poruszania nogami, jakby szurał nimi po podłodze. Wskazuje to, że jest on w aktywności jednego z dwóch biologicznych konfliktów o podobnej treści - "nie wiem, w jakim kierunku pójść" lub "chciałbym w jakimś kierunku pójść, ale nie idę". Albo inny tik - mrużenie oczu, który pokazuje, że jest coś, czego nie chcemy zobaczyć. W ten sposób Germańska Medycyna potrafi sensownie wytłumaczyć wiele różnych naszych objawów i zachowań. Również to, dlaczego to całkiem naturalne, że matka "wykorzystuje" starsze dziecko czy dzieci do zajmowania się młodszym rodzeństwem.
Tak dzieje się w rodzinach zwierzęcych.
Jak tłumaczyłam poprzednio, Germańska Medycyna bazuje na etologii, czyli nauce o zachowaniach zwierząt. I choć my oczywiście zwierzętami nie jesteśmy, co zawsze podkreślam, to w dużym stopniu funkcjonujemy zgodnie z biologicznymi kodami zachowań. Jeśli zatem spojrzymy na świat zwierząt, to w nim osobniki podporządkowane parze rodzicielskiej zajmują się wychowaniem młodych. Są one nazywane osobnikami beta albo piastunami, co jest pięknym określeniem. Dbają wespół z rodzicami o młodszy miot i są najlepiej przygotowane do przyszłego samodzielnego życia, które wkrótce rozpoczną. I to właśnie one mają największe szanse na to, że rewiry, które zbudują, będą dobrze funkcjonowały w trudnych naturalnych warunkach. Gdy przeniesiemy ten kod zachowania do świata ludzi, działa w nim podobny mechanizm. Z ludzkiego punktu widzenia żal pani koleżanki do mamy, że musiała opiekować się bratem, podczas gdy jej rówieśnicy robili w tym czasie ciekawsze rzeczy, jest całkiem zrozumiały. Ale gdyby pomyślała, że mama nie działała przeciwko niej, że jej postępowanie da się logicznie wytłumaczyć, mogłoby przynieść jej to ulgę. W dodatku ona sama doskonale sobie w życiu poradziła, ma dobrze funkcjonującą rodzinę, co świadczy o tym, że umiała zbudować własny rewir. Jeśli spojrzy na to z takiej perspektywy, być może poczuje do mamy nie żal, a wdzięczność.
Inny przykład - dziewczyny, która przez całe życie czuła emocjonalne odrzucenie przez matkę. Wie przy tym, że z medycznego punktu widzenia jest cudem, lekarze uratowali jej życie, wykonując skomplikowaną operację prenatalną. Jej mama już nie żyje, a ona wciąż zadaje sobie pytanie: Dlaczego mnie nie pokochała?
To są trudne sprawy, ale da się je wytłumaczyć, jeśli znamy biologiczne kody zachowań. Ktoś mówi, tak jak w tym przypadku, że mama go nie kochała albo że go nie chciała, porzuciła. I znowu, gdy przyjrzymy się światu zwierzęcemu, bywają takie sytuacje, że matka odrzuca swoje dziecko lub cały miot. Dzieje się tak na przykład, gdy kotka jest niedożywiona. Albo została wystraszona, przepędzona skądś i przenosząc dzieci w inne miejsce, zgubiła jedno z nich i nie wróciła już po nie. W naturze dzieje się tak dlatego, że matka nie ryzykuje swojego życia, instynktownie wie, że musi przeżyć, by wykarmić pozostałe potomstwo lub mieć kolejne. Gdy takie zachowania mają miejsce w świecie zwierząt, rozumiemy to. Jeśli ludzka matka porzuca swoje dziecko, budzi to bardzo negatywne odczucia. Zachowanie takie ma swoje biologiczne przyczyny. Może być tak jak w przytoczonej przez panią historii - w łonie matki rozwija się dziecko, które nie mogłoby samodzielnie żyć, gdyby nie było współczesnej techniki medycznej. I kobieta ta od samego początku czuje, że to dziecko nie powinno się urodzić, że ona go nie chce. Ona sama nie potrafi tego zrozumieć, ale tak działa natura, a dziecko współodczuwa to razem z matką. I jeśli zostanie ono uratowane, to na poziomie podświadomym może czuć przez całe życie, że matka go nie chciała, czuje się niekochane, odrzucone. W naszym ludzkim świecie, gdzie obowiązują określone normy i wzorce zachowań, są to bardzo trudne sprawy. Jeśli jednak spojrzymy na to z biologicznej perspektywy, łatwiej będzie nam to zrozumieć. Bo rzecz nie w tym, że mama nie chciała właśnie mnie jako konkretnej osoby, ale podlegała określonym naturalnym mechanizmom. Świadomość tego może nam pomóc i pozwolić iść dalej przez życie bez tak ogromnego żalu do niej.
Powiedziała pani, że dziecko od samego początku współodczuwa razem z matką. Czy to zawsze tak działa?
Dziecko od momentu poczęcia współodczuwa konflikty matki i może doświadczać związanych z nimi biologicznych reakcji. Tak dzieje się przez całą ciążę, jak i później, zwykle do siedmiu, a nawet do dziesięciu lat, gdy relacja matki i dziecka jest bardziej zażyła. Czasami to współodczuwanie biologicznych konfliktów matki trwa całe życie, jeśli dziecko, już jako osoba dorosła, nie opuści terytorium/rewiru matki.
Zanim zapytam o malutkie dzieci, mam jeszcze jeden przykład dziecka dorosłego - syna, który nie założył własnej rodziny, mieszka z matką i pomaga jej we wszystkim. I nie może się pogodzić z tym, że mama dużo bardziej poważa jego brata, który dawno temu wyprowadził się z domu, w ogóle się nią nie interesuje i pojawia się tylko z okazji świąt.
W świecie zwierzęcym przychodzi moment, gdy dziecko osiąga taki wiek i poziom umiejętności, że powinno opuścić rodzinę i założyć swój własny rewir. I w większości przypadków tak właśnie się dzieje. Gdy tak się nie stanie, jest ono przeganiane przez matkę, która wie, że jej dziecko jest gotowe, by żyć samodzielnie. Jeśli zostanie ono w dotychczasowej rodzinie, traci w niej swoją pozycję i jest osobnikiem podporządkowanym wszystkim innym. U ludzi mamy tego analogię. Są dorosłe dzieci, których światem wciąż jest ich mama, mimo że mają one trzydzieści, czterdzieści i więcej lat. Radzą się jej w każdej sprawie, kierują się jej zdaniem przy podejmowaniu najdrobniejszej decyzji, są na każde jej skinienie. I taka osoba jest zwykle w tym rewirze na bardzo niskiej pozycji. Często ma o to żal. No bo przecież poświęca mamie całe swoje życie, jest przy niej, a ona mało się z nią liczy, bardziej ceni brata czy siostrę, którzy nie angażują się w jej życie. I to jest właśnie ta sytuacja przeniesiona ze świata zwierząt - ktoś był gotowy, aby odejść i budować swój rewir, ale tego nie zrobił i teraz znajduje się na pozycji całkowitego podporządkowania matce. Zgodnie z kodem natury.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji