WPROWADZENIE DO LEKTURY BIOGRAPHIA LITERARIA COLERIDGE'A
Prolog: 16 kwietnia 1816 roku
Było słoneczne, wtorkowe popołudnie, jeden z tych dni, kiedy nawet w Londynie da się żyć; a tym bardziej w Highgate. Przed Moreton House przy South Grove na Highgate Hill, dwupiętrową rezydencję zbudowaną za czasów Jerzego I, na tyle komfortową, że jakiś czas wcześniej mieszkał w niej nawet pruski ambasador, zajechała dwukółka, w której siedziało dwóch mężczyzn. Pierwszy wysiadł trzydziestoczteroletni doktor James Gillman, człowiek młody, a już stateczny i odpowiedzialny, pater familias, adept sztuki Eskulapa, ze schludnie przystrzyżonymi bokobrodami. Obszedł pojazd i otworzył drzwiczki z drugiej strony, by ułatwić wyjście drugiemu pasażerowi. Był nim czterdziestotrzyletni, korpulentny jegomość o przedwcześnie posiwiałych, krótko przystrzyżonych włosach, nieco nabrzmiałej twarzy i zamglonym spojrzeniu1. Starał się trzymać dziarsko, ale łatwo było spostrzec, że daleko mu do bycia w dobrej formie. W drzwiach domu ukazał się służący, który pośpieszył, by zabrać bagaże gościa. W holu powitała przybysza pani domu, Anne Gillman. Doktorowa przyjęła go z praktyczną, konkretną opiekuńczością, z jaką rozumna kobieta zajmuje się dżentelmenem, który znalazł się w opłakanym stanie, z czujnością, z jaką rozumna kobieta wpuszcza za próg swego domu mężczyznę, którego nałóg jest jej znany, a także z krztą całkowicie niewinnego snobizmu, z jakim rozumna kobieta gości w swym domu osobę znaną publicznie.
Opieka medyczna we własnym domu, jaką zaoferował poecie młody lekarz, była Coleridge'owi bardzo potrzebna, bo jego stan fizyczny i psychiczny szybko pogarszał się od powrotu do Londynu (przez poprzednie dwa lata mieszkał głównie w Bristolu). Być może jednak nie zdecydowałby się przyjąć zaproszenia Jamesa Gillmana, którego znał zaledwie od tygodnia, gdyby nie wydarzenia sprzed kilku dni. W środę 10 kwietnia Coleridge był z wizytą u lorda Byrona w jego domu przy Picadilly. Byron słyszał o jego wierszach napisanych pod wpływem opium i był ich ciekaw. Coleridge mówił o nich niechętnie, nie miał zamiaru prezentować ich na spotkaniach salonowych ani tym bardziej drukować. Dotychczas tylko najbliższy krąg jego przyjaciół znał te utwory. Niemniej Byronowi udało się prośbą i groźbą nakłonić starszego kolegę do wyrecytowania Christabel i Kubilaj-chana w zebranym towarzystwie. Na słuchaczach zrobiły one tak duże wrażenie, że Byron umówił spotkanie Coleridge'a ze swoim wydawcą, Johnem Murrayem. Coleridge znał się z nim już od dwóch lat, wstępnie umawiali się na przełożenie przez Coleridge'a Fausta Goethego, ale nic z tego nie wyszło2. Tym razem jednak dogadali się: Murray miał wydać trzy poematy napisane pod wpływem opium (oprócz dwóch wspomnianych także Męczarnie snu) - ukażą się one już w czerwcu - i wypłacić mu godziwe honorarium 80 funtów. Dzięki temu wpływowi gotówki Coleridge wiedział, że nie będzie darmozjadem w domu doktora Gillmana, przynajmniej na początku, przez jakiś czas. Nazajutrz, w sobotę 13 kwietnia, napisał list do medyka, że przyjmuje jego zaproszenie3. We wtorek przeprowadził się do jego domu.
Zamknąwszy za sobą drzwi swego nowego pokoju, poeta zaczął z wolna rozpakowywać się. Otworzył niewielką paczuszkę z książkami (prowadząc wędrowny tryb życia, nie mógł sobie pozwolić na wożenie ze sobą całej biblioteki), a następnie położył na biurku stos wydrukowanych arkuszy, luźnych, nieoprawionych kart dzieła, nad którym właśnie pracował: redagował, uzupełniał cytaty, dodawał przypisy. Na karcie tytułowej wydruku widniał napis: "BIOGRAPHIA LITERARIA, czyli Szkice literackie, albo Moje literackie życie i poglądy". Następnie usiadł za biurkiem i przez chwilę wpatrywał się w wiosenną zieleń w Highgate za oknem. Widok z okna to rzecz o pierwszorzędnym znaczeniu dla umysłu.
***
Doktor Gillman pozostał gospodarzem i przyjacielem Coleridge'a do końca życia poety. Jako opiekun medyczny wykazał się skutecznością. O całkowitym odstawieniu opium przez pisarza nie było mowy, uzależnienie było już zbyt głębokie, ale udało się ograniczyć dawki i pilnować ich przestrzegania na tyle, by Coleridge był w stanie prowadzić aktywną działalność pisarską i wykładową. Mieszkając z doktorem Gillmanem i pod jego kuratelą, ukończył Biografię literacką, przygotował do druku zbiór poezji Liście Sybillińskie, napisał Świeckie kazania, przygotowywał wykłady z historii literatury i historii filozofii, które wygłaszał w różnych londyńskich salach odczytowych. Nieco później doktorostwo Gillmanowie i Coleridge przenieśli się do większego, czteropiętrowego domu przy The Grove 3. Ten dom stał się ostatnim ze słynnych miejsc pobytu poety, który stał się znany jako "mędrzec z Highgate". Tu odwiedzali go liczni wielbiciele, m.in. Thomas De Quincey, Thomas Carlyle i Ralph Waldo Emerson4. W 1838 roku, dwa lata po śmierci poety, James Gillman wydał jego biografię The Life of Samuel Taylor Coleridge5.
Powstanie i kompozycja utworu
Większa część Biographia literaria powstała wiosną i latem 1815 roku, w Bristolu. Coleridge mieszkał tam od 1813 roku w domu swych przyjaciół, państwa Morganów. Tekst dyktował ich synowi, młodemu Johnowi Morganowi, a następnie sam sczytywał, poprawiał i uzupełniał materiał. Dokładniej rzecz biorąc, początkowo pracował nad dwiema różnymi książkami: pierwsza z nich miała określać jego stosunek do Williama Wordswortha, z którym opinia publiczna łączyła go niemal automatycznie. Bezpośrednim tego powodem było ukazanie się w 1815 roku dwutomowego wydania Poems Wordswortha, zawierającego zarówno jego wcześniejsze poezje, jak i sporo nowych utworów. Wordsworth zwykł był wykładać swój program poetycki w przedmowach do swych tomów poezji. Tak było w przypadku przedmów do pierwszego (1798) i drugiego, rozszerzonego wydania (1800) Ballad lirycznych, tak było i w tym przypadku. Przeczytawszy przedmowę Wordswortha do dwutomowego wydania Poems z 1815 roku, Coleridge postanowił napisać swoisty protokół rozbieżności. Chciał pokazać, że owszem, niegdyś łączyła ich przyjaźń (która w 1810 roku faktycznie została zerwana, o czym będzie tu jeszcze mowa), ale ich poglądy na zasady twórczości poetyckiej nie tyle rozeszły się, co nigdy nie były zbieżne; tym bardziej odmienny był charakter ich twórczości. Przy czym podstawowym tekstem programowym Wordswortha, do którego odnosił się w tym protokole rozbieżności, nie była ta nowa przedmowa z 1815 roku, ale przedmowa do drugiego, rozszerzonego wydania Ballad lirycznych z 1800 roku (patrz rozdziały 17 i 18 w tym tomie).
W tym samym czasie Coleridge zaczął pisać esej, w którym zamierzał przedstawić swoje stanowisko filozoficzne. W największym skrócie można scharakteryzować je jako odrzucenie asocjacjonistycznej filozofii umysłu (głównie nowożytnej tradycji asocjacjonizmu brytyjskiego) na rzecz transcendentalnej koncepcji podmiotu i myślenia, głównie w duchu Kanta i Schellinga. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że jednoczesne pisanie dwóch książek na dwa tak różne tematy nie jest najmądrzejsze i uznał za stosowne połączyć napisane już partie w jednym dziele. Pytanie, czy łączenie w całość dwóch tak heterogenicznych wątków w jedną całość jest mądrzejszym rozwiązaniem, pozostaje otwarte do dziś wśród czytelników Coleridge'a. Niemniej tak właśnie należy tłumaczyć dziwny, na pierwszy rzut oka kompletnie niespójny dobór materiału do tej książki.
We wrześniu 1815 roku poeta przekazał bristolskiemu wydawcy, Johnowi Gutchowi, rękopis obejmujący rozdziały 1-22. W jednym z przypisów do rozdziału 12 wspomina o artykule z "The Monthly Review", przeczytanym "dziś rano (16 września 1815 roku)". Przypis ten musiał być dodany niemal w ostatniej chwili, bo Coleridge wysłał manuskrypt do wydawcy trzy dni później. Uznał dzieło za skończone i przystąpił do pracy nad dramatem Zapolya. Po wydrukowaniu arkuszy papieru, ale przed oprawieniem ich, okazało się, że materiału jest za dużo na jeden tom (ze względu na ówczesne możliwości introligatorskie), a trochę za mało na dwa tomy. Gdyby podzielić plik kartek na dwa równe stosy, podział na dwa tomy wypadłby po rozdziale 11; drugi wolumin rozpoczynałby się dużym rozdziałem 12. Ze względów merytorycznych byłoby to kompletnie bezsensowne. Rozdziały 5-13, zwane "rozdziałami filozoficznymi", stanowiły na tyle zwarty blok, że jedyny dopuszczalny podział na dwa tomy przypadał między rozdziałami 13 a 14, gdzie kończą się wywody filozoficzne, a narracja wraca do wątku Wordswortha, przerwanego pod koniec rozdziału 4. Ten jedyny merytorycznie sensowny podział Biografii literackiej powodował jednak dysproporcję objętościową: tom pierwszy był o 150 stron dłuższy od drugiego. Dobry obyczaj wymagał wyrównania ich zawartości. Coleridge i Gutch nie mogli dogadać się w tej sprawie. Zaczęli wzajemnie się obwiniać, narastały nieporozumienia i pretensje. Skończyło się to przejęciem książki przez innego wydawcę. Londyńskie wydawnictwo Gale & Fenner odkupiło od Gutcha wydrukowane arkusze Biografii literackiej. Materiały były zresztą w kiepskim stanie. Nakład miał wynosić 750 egzemplarzy, ale po skompletowaniu i uporządkowaniu wydruków brakowało po kilkanaście egzemplarzy każdego tomu (za co nabywcy potrącili odpowiednią sumkę z zafakturowanej kwoty).
Pozostał problem wypełnienia 150 stron drugiego tomu jakąś watą. Coleridge naradzał się w tej sprawie z przyjaciółmi, pomysłów było kilka. Rozważano użycie w charakterze zapychacza jednego z dwóch dzieł ukończonych już po Biografii literackiej, w 1816 roku, w domu doktorostwa Gillmanów: dramatu Zapolya lub Podręcznika męża stanu6. Coleridge odrzucił obie możliwości. Gale i Fenner wydali Zapolyę nieco później w osobnym tomie, a Podręcznik męża stanu ukazał się w 1817 roku. W końcu Coleridge zdecydował się umieścić po rozdziale 22 trzy Listy Satyrana, zawierające relację z podróży do Niemiec w 1798 roku. Opublikował je już wcześniej, w wydawanym przez siebie czasopiśmie "The Friend", w 1809 roku. Jako rozdział 23 zamieścił krytykę sztuki Charlesa Roberta Maturina Bertram. Pierwotnie recenzja ta została wydrukowana w "The Courier" w dwóch częściach, 28 sierpnia i 11 września 1816 roku. Ostatni rozdział Biographia literaria zawiera obronę wspomnianego Podręcznika męża stanu przed atakami Williama Hazlitta na łamach "Edinburgh Review" (recenzje z września i grudnia 1816 roku).
Coleridge pracował nad tym tekstem jeszcze na początku 1817 roku. W przypisie do rozdziału 10 wspomina o przemówieniu lorda Grenville w Izbie Lordów z dnia 5 lutego 1817 roku (data nie jest podana, ale ustalono ją na podstawie opisu treści przemówienia). Wiosną gotowy tekst - wydruki od Gutcha z odręcznymi poprawkami i dopiskami Coleridge'a - był już w wydawnictwie Gale & Fenner. Biographia literaria została wydana w lipcu 1817 roku, w dwóch tomach.
Znając historię powstania tego dzieła, łatwo zrekonstruować jego kompozycję w najogólniejszym zarysie. Tom pierwszy zawiera wprowadzenie autobiograficzno-problemowe (rozdziały 1-4) oraz rozdziały filozoficzne (rozdziały 5-13). Jego kulminacją jest rozdział 13, w którym Coleridge wprowadza swą słynną tezę: rozróżnienie między fantazją a wyobraźnią. Tom drugi zawiera szkice na tematy literackie, przede wszystkim opis stosunku Coleridge'a do twórczości i poglądów na poezję jego przyjaciela Wordswortha (rozdziały 14-22). Właściwy tekst książki kończy się na rozdziale 22. Listy Satyrana oraz rozdziały 23 i 24 to nieco wymuszone dodatki, zawierające opis podróży do Niemiec, krytykę Bertrama Maturina oraz odparcie krytyki Podręcznika męża stanu.
Od asocjacjonizmu do transcendentalizmu
Solidne przygotowanie filozoficzne Coleridge wyniósł już z college'u. Od ósmego roku życia chodził do Christ's Hospital College w Horsham (West Sussex), elitarnej szkoły publicznej z dużymi tradycjami. Placówka ta została założona w XVI wieku przez Edwarda VI Tudora i od tego czasu wydała - i nadal wydaje - wielu wybitnych alumnów. Coleridge mógł uczyć się w Christ's Hospital, ponieważ otrzymał stypendium na pierwszy rok nauki jako sierota po pastorze Kościoła anglikańskiego, a w następnych latach otrzymywał stypendium za wyniki w nauce. Wspomnienia z okresu szkolnego zamieścił w pierwszym rozdziale Biografii literackiej, więc tutaj powiedzmy tylko tyle, że kiedy cytuje Plotyna po grecku, a Spinozę i Leibniza po łacinie (i to prawdopodobnie z pamięci), to jest to wiedza, którą wyniósł zapewne z tego college'u.
W latach 1791-1794 studiował w Jesus College na uniwersytecie w Cambridge. Nie zdobył jednak stopnia akademickiego, przerwał studia pod wpływem Robert Southeya, który wciągnął go w zupełnie inną działalność7. Dla jego filozoficznego rozwoju w tym okresie najważniejsze było to, że wszedł wówczas w krąg zgromadzonych w tym college'u unitarian i sam nawrócił się na unitarianizm. Jedną z najważniejszych książek, które czytano w tym kręgu, były Observations on Man, his Frame, his Duty, and his Expectations Davida Hartleya. Sam Hartley studiował właśnie w Jesus College siedemdziesiąt lat wcześniej (uzyskał stopień Bachelor of Arts w 1726 r., a Master of Arts w 1729 r.). W czasach studiów Coleridge'a największym zwolennikiem teorii Hartleya i zarazem przywódcą angielskich unitarian był Joseph Priestley, odkrywca tlenu.
Dzieło Davida Hartleya ukazało się w dwóch tomach, w 1749 roku. Była to ambitna próba opisania człowieka na trzech płaszczyznach: anatomiczno-fizjologicznej ("his Frame"), moralnej ("his Duty") i religijnej ("his Expectations"). Najmocniej zarysowana została pierwsza z tych płaszczyzn (w tomie pierwszym), a dwie kolejne - ufundowane na niej (w tomie drugim). Hartley był praktykującym (z powodzeniem) lekarzem; jego punktem wyjścia była praca ze skalpelem, a nie z ideami. Do historii medycyny przeszedł jako ten, kto ostatecznie wykazał, że nerwy nie są rurkami o mikroskopijnym przekroju, w których bodźce miałyby być przenoszone za pomocą eteru, ani sznurkami, w których bodźce byłyby przenoszone za pomocą pociągnięć (jak sądził jeszcze Kartezjusz), tylko wypełnionymi włóknami. Jak zatem przenoszone są bodźce? Na wyjaśnienie, że miałyby być przenoszone za pomocą impulsów elektrycznych było oczywiście za wcześnie (jesteśmy jeszcze przed Galvanim). Hartley przyjął więc, że nerwy przenoszą impresje za pomocą wibracji i wibracyjek (vibratiuncles). Tę koncepcję neurologiczną łączył z filozofią umysłu Locke'a, od którego przejął koncepcje tabula rasa oraz kojarzenia (asocjacji) idei (Locke wprowadził to pojęcie w XXXIII rozdziale drugiej księgi Rozważań dotyczących rozumu ludzkiego). Wibracje nerwów mogą być wzbudzane albo przez bodźce zewnętrzne, albo przez zmiany stanów wewnętrznych ciała ludzkiego (np. zmiany temperatury ciała). Mentalnym odpowiednikiem wibracji nerwów są idee:
Człowiek składa się z dwóch części: ciała i umysłu.
Pierwsze podlega naszym zmysłom i badaniom tak samo, jak wszystkie inne części zewnętrznego i materialnego świata.
Drugi jest substancją, siłą sprawczą (agent), zasadą itd., do której odnosimy nasze wrażenia, idee, przyjemności, bóle i poruszenia kierowane wolą.
Wrażenia (sensations) to te wewnętrzne uczucia umysłowe, które powstają wskutek doznań (impressions) wywoływanych przez przedmioty zewnętrze w pewnych częściach naszych ciał.
Wszystkie nasze uczucia wewnętrzne można nazwać ideami. Niektóre z nich zdają się pojawiać w naszym umyśle same z siebie, inne nasuwają się za sprawą słów, jeszcze inne powstają w inny sposób. Wielu autorów przez idee rozumie wrażenia; ja jednak zawsze będę używał tych słów w znaczeniach, które tu im przypisałem.
Idee, które przypominają wrażenia, będą zwane ideami wrażeniowymi (ideas of sensation); wszystkie pozostałe natomiast będą zwane ideami intelektualnymi.
W toku niniejszych obserwacji okaże się, że idee wrażeniowe są elementami, z których składają się pozostałe. Stąd idee wrażeniowe można określić jako proste, a [idee] intelektualne jako złożone8.
Idee złożone powstają więc wskutek kojarzenia idei prostych, wrażeniowych. Hartley miał ambicje sformułować ogólne prawa asocjacji idei, które byłyby dla psychologii tym, czym Newtonowskie prawa ciążenia dla fizyki. Skojarzenia wyjaśniał współwystępowaniem czasowym pewnych wibracji nerwów i utrwalaniem ich w pamięci. Następnie wystarczy, aby wywołane zostało tylko jedno z drgań, by uruchomić całą wiązkę skojarzonych z nim (utrwalonych neuronalnie) idei. Hartleyowska asocjacja idei miała charakter równie deterministyczny, jak Newtonowska grawitacja. Nie pozostawiała miejsca na wolną wolę. Niemniej sam Hartley daleki był od wyciągania z tego radykalnych wniosków. Drugi tom swego dzieła poświęcił na dowodzenie, że to, iż idee moralne i religijne zostały wytworzone tak jak wszystkie inne, to jest drogą asocjacji prostych idei wrażeniowych, w niczym nie umniejsza ich wartości i doniosłości9.
Głównym rzecznikiem asocjacjonizmu w czasach młodości Coleridge'a był wspomniany już Joseph Priestley, który w 1775 roku opublikował Hartley's Theory of the Human Mind on the Principle of the Association of Ideas. Podobnie jak jego poprzednik, również i Priestley uważał, że materializm i determinizm w żaden sposób nie stoją w sprzeczności z moralnością i religią. Przeciwnie, teoria asocjacji pozwoli w naukowy sposób pokazać, skąd biorą się idee religijne, moralne, i z naukową ścisłością dowiedzie, że należy postępować zgodnie z nimi. Zdecydowanie odcinał się od ateistycznych bądź sceptycznych wniosków, jakie z materializmu wyciągali francuscy les philosophes. Odcinał się także od radykalnego sceptycyzmu i religii naturalnej Hume'a. Z kolei filozofem bliskim Priestleyowi, a później także Coleridge'owi (także po zerwaniu przez Coleridge'a z asocjacjonizmem), był Spinoza, wskazujący, jak łączyć determinizm z etyką i swoistą odmianą religijności. W przypadku Priestleya oznaczało to wiarę unitariańską, która w 1774 roku przybrała w Wielkiej Brytanii postać zorganizowanej grupy wyznaniowej (jej założycielem był przyjaciel Priestleya, Theophilus Lindsey). Tę dwutorowość myśli Priestleya trafnie uchwycił Kant:
Jeśli natomiast zapytacie Priestleya, hołdującego zasadom wyłącznie empirycznego używania rozumu i niechętnego wszelkiej transcendentnej spekulacji, jakie powody skłoniły go do zburzenia takich dwu filarów wszelkiej religii, jak wolność i nieśmiertelność naszej duszy - nadzieja na życie przyszłe jest u niego jedynie oczekiwaniem [por. Hartleyowskie expectations - BD] na cud przebudzenia - to on, który sam jest pobożnym i gorliwym nauczycielem religii, nie mógłby nic innego odpowiedzieć, jak tylko to, że jest to interes rozumu, który traci na tym, że się chce pewne przedmioty wyjąć spod praw przyrody materialnej, jedynych [praw], które dokładnie znamy i możemy określić. Wydawałoby się niesłuszne okrzyczeć człowieka, który umiał połączyć swe paradoksalne twierdzenia z celami religii, i zadać ból człowiekowi dobrze myślącemu, dlatego że nie umie odnaleźć swej drogi, gdy zabłąkał się [zszedłszy] z pola nauk przyrodniczych10.
Od 1780 roku Priestley mieszkał w Birmingham i tam zgromadził krąg swoich zwolenników, więc z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że ów birminghamski "miłośnik wolności", którego Coleridge tak barwnie opisuje w rozdziale 10, był jednym z jego unitariańskich i antypittowskich towarzyszy. Tyle że sam Priestley był już wtedy (w 1796 roku) za oceanem.
Drugim znanym rzecznikiem asocjacjonizmu w czasach Coleridge'a, również wspominanym w Biographia literaria, był James Mackintosh, również z wykształcenia lekarz (studiował medycynę na uniwersytecie w Edynburgu), z pochodzenia Szkot, ale od 1788 roku działający w Londynie.
Coleridge stał się zagorzałym zwolennikiem asocjacjonizmu. Teoria ta odpowiadała bowiem na pytania, które go nurtowały: wedle jakich zasadach jedne myśli następują w umyśle ludzkim po drugich? Jak pracuje wyobraźnia ludzka, a w szczególności wyobraźnia poety, kojarzącego idee, zanim zacznie kojarzyć słowa? Kiedy 19 września 1796 roku urodził się pierworodny syn Coleridge'a (w Clevedon, hrabstwo Somerset), poeta dał mu na imię "Hartley". To o nim pisał w wierszu Mróz o północy:
Wszyscy mieszkańcy mej chaty Śpią, samotności mię oddali, która Sprzyja zawiłym rozmyślaniom. Tylko Tu przy mnie dziecko me uśpione leży W kołysce, takie ciche11.
Nadawanie dzieciom imion na cześć idoli (nie tylko filozoficznych) było wówczas w modzie. Przypomnijmy, że Fichte i Hegel dali swoim synom na imię "Immanuel". Immanuel Fichte był dokładnie cztery miesiące starszy od Hartleya Coleridge'a. Natomiast drugi syn Coleridge'a, urodzony w 1798 roku w Nether Stowey (hrabstwo Somerset), dostał na imię Berkeley12. Na pewno nie można wyciągać z tego faktu zbyt daleko posuniętych wniosków, niemniej może to być symptom tego, że zmiana poglądów filozoficznych Coleridge'a, jego odchodzenie od asocjacjonizmu i przesuwanie się na pozycje idealizmu, zaczęła się jeszcze przed wyjazdem do Niemiec. Niemniej do przełomu w jego stanowisku filozoficznym doszło niewątpliwie dopiero podczas pobytu w Getyndze.
A było tak: po ukazaniu się w 1798 roku pierwszego wydania Ballad lirycznych, które natychmiast zdobyły ogromną popularność, Coleridge zyskał ważnych wielbicieli (a dokładniej mówiąc: sponsorów strategicznych) w osobach braci Josiaha i Thomasa Wedgwoodów. Pod ich kierownictwem firma założona przez ich ojca, Josiaha starszego, była już istnym imperium porcelany i ceramiki artystycznej. Firma, która ukształtowała gust kilku pokoleń Anglików, okazała się jednym z pierwszych tak spektakularnych połączeń sztuki i biznesu. Wedgwoodowie13 byli też przywódcami ruchu abolicjonistycznego, aktywistami na rzecz zniesienia niewolnictwa w Imperium Brytyjskim, odgrywali ważną rolę w środowiskach intelektualistów brytyjskich, byli też mecenasami sztuki. Bracia Wedgwoodowie, aby ułatwić młodemu autorowi Rymów o sędziwym marynarzu tworzenie w warunkach wolnych od trosk materialnych, ufundowali mu dożywotnie stypendium w wysokości 150 funtów rocznie. Po pierwszej wypłacie Coleridge wybrał się we wrześniu 1798 roku w podróż do Niemiec, w towarzystwie Williama Wordswortha i jego siostry Dorothy.
Opis rejsu z Yarmouth do Hamburga, pobytu w Hamburgu oraz spotkania obu młodych poetów angielskich ze starym Klopstockiem znajdziemy w tym tomie, w Listach Satyrana. Potem drogi przyjaciół rozeszły się. Wordsworthowie pojechali do Goslaru, po czym w następnym roku wrócili do domu. Wordsworth nie czuł się dobrze w Niemczech, nigdy nie nauczył się niemieckiego i nie napisał podczas tego wyjazdu nic, czego nie mógłby napisać nie ruszając się z Anglii. Natomiast Coleridge pojechał do Ratzeburga koło Lubeki i tam zafundował sobie intensywny kurs języka niemieckiego. (Na tym kończy się relacja w Listach Satyrana). Efekty były tak zadowalające, że mógł sobie pozwolić na wyjazd na studia do Getyngi. Był to okres niezwykle owocny dla Coleridge'a, który w pełni otworzył się na kulturę niemiecką i się w nią zanurzył. Więcej na ten temat przeczytamy w rozdziale 10: czyich wykładów słuchał, z kim się zaprzyjaźnił (jego ówcześni koledzy wkrótce sami zaczęli zajmować katedry uniwersytetów niemieckich), jakie książki czytał. Przedstawia angielskiemu czytelnikowi historię literatury niemieckiej na podstawie swoich lektur, od gockiej Biblii Wulfili po Klopstocka i Lessinga. Nas jednak interesuje teraz to, co przyswoił sobie z najnowszej filozofii niemieckiej. Zapoznał się ze sporem o panteizm, którym żyła niemiecka publiczność literacka kilkanaście lat wcześniej; cytuje fragment z Briefe über die Lehre des Spinoza Jacobiego. Jego wypowiedzi na temat Spinozy i Lessinga świadczą o tym, że to z nimi sympatyzował w tym sporze, a nie z Jacobim. Dokładnie w momencie, gdy Coleridge przybył do Niemiec, rozgorzał spór o ateizm, zakończony wyrzuceniem Fichtego z uniwersytetu w Jenie (rozdział 9). Wydaje się, że w tym z kolei sporze filozoficznym Coleridge był raczej po stronie Jacobiego niż Fichtego. W każdym razie Fichtego zdecydowanie nie lubił. W niniejszym dziele zamieścił kilka raczej obojętnych zdań o Wissenschaftslehre, a koncepcję Ja i nie-Ja wyśmiał w satyrycznym wierszyku. Za prawowitego spadkobiercę Kanta uważał Schellinga.
Otóż to: Kant i Schelling to dwa największe odkrycia Coleridge'a podczas pobytu w Getyndze. Ale co konkretnie? Jako główne dzieła Kanta wymienia w rozdziale 9 Krytykę czystego rozumu, Krytykę władzy sądzenia, Metafizyczne podstawy przyrodoznawstwa oraz Religię w obrębie samego rozumu. Rzuca się w oczy brak drugiej Krytyki; znał ją oczywiście, ale nie cenił, wręcz odrzucał, o czym będzie jeszcze mowa. W niniejszym dziele wzmiankuje o imperatywie kategorycznym tylko w kontekście filozofii Fichtego. Odnosi się do fragmentów na temat transcendentalnej jedności apercepcji. Od Kanta przejął rozróżnienie władz umysłu na wnioskującą, posługującą się ideami, niezależną od doświadczenia oraz moralnie prawodawczą die Vernunft (reason) oraz kategoryzujący dane empiryczne der Verstand (understanding), który w dziedzinie moralności może wypowiadać się co najwyżej na temat środków, ale nie o celach14. Od Kanta przejął także utożsamienie rozumu z wolą - czystego rozumu teoretycznego z wolą jako praktycznym użytkiem rozumu; do tego dodawał wszakże trzecią władzę, którą utożsamiał z tamtymi dwiema - religię15. Nie pisze wprawdzie o Kantowskiej koncepcji die Einbildungskraft w pierwszej i trzeciej Krytyce, ale musiała ona w jakiś sposób przyczynić się do jego koncepcji wyobraźni (choć z drugiej strony nie można tu mówić o bezpośrednim przełożeniu; wrócimy jeszcze do tego). Jeśli chodzi o pomniejsze pisma Kanta, to korzystał z drugiego tomu Vermischte Schriften, Halle 1799. Z tego wydania cytuje fragmenty Jedynej możliwej podstawy dowodu na istnienie Boga (we wspomnianym tomie Vermischte Schriften na s. 55-246) oraz O formie i zasadach świata zmysłowego i intelligibilnego (tamże, s. 435-566). Natomiast Schelling to dla Coleridge'a przede wszystkim System idealizmu transcendentalnego (1798). Ponadto cytuje w Biografii literackiej fragment Abhandlungen zur Erläuterung des Idealismus der Wissenschaftslehre (1796-1797) we własnym tłumaczeniu.
W Biographia literaria Coleridge stawia filozofii dwa warunki formalne. Po pierwsze, musi ona posługiwać się terminami technicznymi, ale powinno ich być jak najmniej. Ich wprowadzenie powinno być dobrze przemyślane i uzasadnione. Język filozofii ma być różny zarówno od języka potocznego czy literatury pięknej, jak i od hermetycznego żargonu. Po drugie, filozofia powinna przybierać formę systemu, to jest zbioru tez powiązanych ze sobą i opartych na wspólnej podstawie. Owa podstawa to nic innego jak Grundsatz, którym zarówno u niemieckich transcendentalistów, jak i u Coleridge'a jest samoświadomość (ze względu na podmiotowo-przedmiotowy charakter zjawisk, którymi zajmuje się filozofia). Z niej właśnie wyprowadza Coleridge rozważania na temat relacji między podmiotem a przedmiotem, między filozofią transcendentalną a filozofią przyrody, nadając im w rozdziale 12 formę dziesięciu tez. Przekonanie, że filozofia przyjmuje pełną postać dopiero jako system, wygląda na wpływ Systemu idealizmu transcendentalnego Schellinga.
Z uwagi na Coleridge'owską koncepcję wyobraźni warto dodać, że ważną lekturą był dlań Versuch über die Einbildungskraft Johanna Gebharda Ehrenreicha Maassa (1792, Coleridge korzystał z wydania drugiego z 1797 r.). Maass był od 1791 roku profesorem nadzwyczajnym, a od 1798 roku profesorem zwyczajnym na wydziale filozofii uniwersytetu w Halle i zajmował się głównie psychologią. Oprócz eseju o wyobraźni napisał m.in. Versuch über die Leidenschaften (1805-1807) i Versuch über die Gefühle und Affekte (1811).
Po powrocie do Anglii poeta miał bardzo ograniczone możliwości śledzenia tego, co działo się we współczesnej filozofii niemieckiej - a działo się przecież bardzo dużo. W gruncie rzeczy pozostał w kręgu niemieckich lektur z 1799 roku. Pisząc Biografię literacką w latach 1815-1816 nie był już więc na bieżąco. Z tekstów powstałych w międzyczasie cytuje tylko Darlegung des wahren Verhältnisses der Naturphilosophie zu der verbesserten Fichteschen Lehre Schellinga (1806), która to rozprawa, jak sam mówi, wpadła mu w ręce przypadkowo. O Philosophie der Kunst czy o Filozoficznych badaniach nad istotą ludzkiej wolności i sprawami z tym związanymi Schellinga nie ma nawet wzmianki. Znamienne, że ani razu w Biografii literackiej nie pada nazwisko Hegla. Z perspektywy roku 1799 jest to zrozumiałe (nawet jeśli było się wtedy z Getyndze). Z perspektywy roku 1816 można to tłumaczyć zarówno przyczynami osobistymi, subiektywnymi, jak i historycznymi (przez większość tego okresu trwała blokada kontynentalna, która znacznie ograniczała przepływ książek i idei między wyspami a kontynentem).
Coleridge był więc jednym z pierwszych Anglików, którzy czytali Kanta16 i prawie na pewno pierwszym Anglikiem, który czytał Fichtego i Schellinga, niemal na gorąco, gdy tylko ich pierwsze książki pojawiały się w niemieckich księgarniach. (Przypomnijmy, że pierwszy pełny przekład Krytyki czystego rozumu na język angielski ukaże się dopiero w 1838 roku, a tłumaczem będzie niejaki Francis Haywood, kupiec z Liverpoolu, kantysta-amator). Dla ówczesnego angielskiej publiczności literackiej teksty i wykłady Coleridge'a pełniły więc najzwyczajniej w świecie funkcję informacyjną. Czytelnicy i słuchacze Coleridge'a dowiadywali się od niego, co dzieje się we współczesnej filozofii niemieckiej. Dzięki tłumaczonym przezeń fragmentom tekstów filozoficznych mieli pierwszą okazję poczytać Kanta i Schellinga.
Jako uzupełnienie tego, co Coleridge sądził na temat niemieckich idealistów transcendentalnych, przytoczmy jeszcze dwa fragmenty jego listów. Fragment pierwszy pochodzi z listu do lekarza Josepha Henry'ego Greena z 13 grudnia 1817 roku (rok wydania Biographia literaria). Zwróćmy uwagę, że to, co Coleridge pisze w prywatnym liście, stawia w nieco innym świetle to, co pisze w niniejszym dziele dla publiczności:
Moje poglądy na temat filozofów niemieckich nie różnią się bardzo od Twoich; jest u nich wiele rzeczy niezrozumiałych dla mnie, a jeszcze więcej niezadowalających. Dokonuję jednak rozróżnienia. Odrzucam Kantowską zasadę stoicką jako fałszywą, nienaturalną, a nawet niemoralną, gdy w Krytyce praktycznego rozumu traktuje on uczucia jako coś obojętnego (adiaphora) etycznie i przekonuje nas, że człowiek, który z niechęcią, bez umiłowania cnoty działa cnotliwie dlatego i tylko dlatego, że jest to jego obowiązkiem, bardziej godzien jest naszego szacunku niż ten, u którego uczucia przychodzą w sukurs jego sumieniu i są z nim zgodne. Wynikałoby z tego bowiem ni mniej, ni więcej, że to rzeczy, a nie przedmioty woli moralnej lub znajdujące się pod jej kontrolą, są niezbędne do nadania jej właściwego kierunku praktycznego. Innymi słowy, to wywróciłoby jego własny system. Podobnie, jego uwagi na temat modlitwy w Religii w obrębie samego rozumu są prostackie, wręcz wulgarne; tyleż powierzchowne pod względem psychologii, co niskie pod względem smaku. Pomijając wszakże te wyjątki, żywię wielki szacunek dla Immanuela Kanta z całego serca swego i z całej duszy swojej; uważam go za jedynego filozofa dla wszystkich ludzi posiadających władzę myślenia. Nie potrafię wyobrazić sobie wolnego zawodu lub zajęcia, w którym korzyści z cierpliwego studiowania jego dzieł nie byłyby nieobliczalnie wielkie - oczyszczające, pokrzepiające i bezpośrednio odżywcze.
Fichte w swym systemie moralnym jest zaledwie karykaturą Kanta, a raczej Zenonem, w kapucy, habicie i włosiennicy kartuza. Jego metafizyka nie ostała się; ma on jednak tę zasługę, że przygotował grunt i położył kamień węgielny pod filozofię dynamiczną, zastępując rzeczy [same w sobie] - aktami. Der einführen Actionen statt der Dinge an sich. Co do Natur-philosophen, którzy traktują o fizycznej dynamice i przeciwstawiają się systemowi mechaniki korpuskularnej, to bardzo wysoko cenię niektóre części ich systemu jako solidne i naukowe - metafizykę jakości, która jest dla mojego rozumu nie mniej oczywista niż metafizyka ilości, czyli geometria itd.; natomiast pozostałą, większą część [ich systemu] uważam za tymczasową, eksperymentalną, wysoce użyteczną dla chemików, zoologów i fizjologów, niekrępującą umysłu, a pobudzającą jego władze inwencji. Muszę przy tym podkreślić, że ograniczam te uwagi tylko do dzieł Schellinga i H. Steffensa. Jeśli chodzi o teologię i teantropozofię Schellinga, owe teleskopowe gwiazdy i mgławice to zbyt wiele, by "uchwyciło je moje oko" (NB. ta katachreza jest Drydena, nie moja). Krótko mówiąc, w dużej mierze gotów jestem wierzyć, że zarówno on sam, jak i jego przyjaciel Franz Baader tylko w połowie są poważni, i że rozsnuwają zasłonę nie po to, by ukryć twarz, lecz jej brak. Schelling jest zbyt ambitny, za bardzo pragnie zostać Wielkim Mistrzem allein-selig Philosophie, by był całkowicie wiarygodny jako filozof. Jest wszakże człowiekiem wielkiego geniuszu; i jakkolwiek niezadowalające są jego konkluzje, nie sposób, czytając go, nie stać się bystrzejszym lub lepszym. O pozostałych - wyjąwszy Jacobiego, który jest rapsodystą, doskonałym w zdaniach pisanych małymi kapitalikami - nie wiem nic albo zbyt mało, by wyrobić sobie zdanie. Moje poglądy ukształtowały się, zanim jeszcze zapoznałem się ze szkołami Fichtego i Schellinga, są więc od nich całkowicie niezależne, chociaż wy-znaję i przy-znaję, że zawdzięczam im rozwój moich myśli. Sądzę jednakże, że byłbym bardziej użyteczny, gdybym mógł rozwijać je samodzielnie, bez wiedzy o tej zbieżności17.
Fragment drugi pochodzi z listu do bratanka, Johna Taylora Coleridge'a, z dnia 8 kwietnia 1825 roku:
Co do trzech schematów filozofii, Kanta, Fichtego i Schellinga (tak różniących się od siebie jak filozofie Arystotelesa, Zenona i Plotyna, choć wszystkie razem są wtłaczane w pojęcie "filozofii kantowskiej" w rozmowach Anglików), to miałbym wielką trudność ze wskazaniem tej jednej, od której różnię się najbardziej; natomiast z łatwością mogę wskazać, którego z tych trzech ludzi darzę największą estymą. Otóż z pewnością najbardziej cenię Immanuela Kanta; ale nie jako metafizyka, lecz jako logika, który ukończył i usystematyzował to, co lord Bacon śmiało zaprojektował i luźno naszkicował w swym zbiorze aforyzmów Novum Organum. W Krytyce czystego rozumu Kanta jest więcej niż jeden fundamentalny błąd, ale największa usterka znajduje się na stronie tytułowej. Wiele korzyści przyniosłaby temu dziełu zmiana tytułu na Dociekania na temat konstytucji i granic ludzkiego intelektu (An Inquisition respecting the Constitution and Limits of the Human Understanding)18. Mogę nie tylko uczciwie stwierdzić, ale też zadowalająco dowieść przez odesłanie do mych rękopisów (listów, notatek na marginesach w książkach, których nie miałem u siebie, odkąd wyruszyłem z Anglii do Hamburga itd.), że wszystkie składniki, wszystkie różniczki, jak powiadają algebraicy, moich obecnych poglądów istniały już we mnie, zanim w ogóle zobaczyłem książki niemieckich metafizyków późniejszych niż Wolff i Leibniz, albo zanim mógłbym je przeczytać, gdybym je w ogóle miał. Ale co z tego? Muszę zadowolić się tym, że pozostanę już niemieckim transcendentalistą19.
Z biegiem czasu (już po napisaniu Biographia literaria) Coleridge coraz bardziej dystansował się wobec niemieckich filozofów, coraz bardziej wytykał słabe punkty ich stanowisk, żeby podkreślić, że jest myślicielem oryginalnym, a nie tylko angielskim uczniem Kanta i Schellinga20.
Udostępnienie angielskim czytelnikom idei i fragmentów tekstów niemieckich idealistów transcendentalnych jest niewątpliwą zasługą Coleridge'a, ale z pewnością krzywdzące byłoby sprowadzanie jego myśli do adaptacji wybranych wątków z dzieł współczesnych filozofów niemieckich. Określenie go jako angielskiego przedstawiciela niemieckiej filozofii klasycznej, jakkolwiek ładnie by brzmiało, byłoby zbyt wąskie. Przede wszystkim, idealizm transcendentalny był dlań głównym, ale nie jedynym źródłem inspiracji filozoficznej po odrzuceniu asocjacjonizmu. Z kart Biographia literaria dowiadujemy się, że poeta w Getyndze odkrył także mistyków niemieckich (zachwyca się zwłaszcza Jakubem Böhmem), których zestawia ze znanymi mu już wcześniej mistykami angielskimi. Pobyt w Niemczech wpłynął też na pogłębienie jego wiedzy o panteizmie (zachwyca się Lessingiem nie tylko jako poetą i krytykiem literackim, ale także jako spinozjanistą). Panteizm - zarówno wersji Spinozy, jak i Giordana Bruna - był kolejnym ważnym źródłem inspiracji dla naszego autora. Ogólnie trzeba stwierdzić, że nie sposób zrozumieć jego drogi filozoficznej w oderwaniu od jego drogi religijnej. Filozofia Coleridge'a zawsze jest w jakimś stopniu filozofią religii. W sumie zatem jest to raczej eklektyczna składanka kilku wpływów niż prosta adaptacja i próba przeszczepiania na rodzimy grunt jednego tylko, nowego nurtu filozoficznego.
Trzeba też mieć tu na względzie związek filozofii z literaturą. Poeta uzasadniał połączenie dwóch rozpoczętych dzieł - rozprawy filozoficznej i rozprawy krytycznoliterackiej - w jedno dzieło pod tytułem Biographia literaria tym, że filozoficznie wyprowadzone rozróżnienie władz wyobraźni i fantazji posłuży wyjaśnieniu jego poglądów na poezję, krytykę literacką oraz na twórczość i poglądy Wordswortha. Do tego mają zmierzać wywody filozoficzne w pierwszym tomie dzieła. Tyle że wywody te są niekonkluzywne. Owszem, mamy w rozdziale 12 próbę zbudowania systemu idealizmu transcendentalnego na wzór systemu Schellingiańskiego. Owszem, tom pierwszy kończy się definicjami fantazji i wyobraźni w rozdziale 13. Ta definicyjna konkluzja nie wynika jednak z przesłanek w postaci zarysu systemu. Coleridge w pewnym momencie przerywa wywody i przytacza list przyjaciela (nie podaje nazwiska nadawcy, ale prawdopodobnie był to bristolski wydawca Joseph Cottle), który sugeruje mu, aby szczegółowe wyprowadzenie głównej tezy filozoficznej odłożył na później, a póki co przeszedł do kwestii, które bardziej zainteresują czytelnika, czyli do kwestii związanych z poezją. Tak też postąpił nasz autor. Jego najsłynniejsza teza filozoficzna nie wynika więc wprost z tego, co wyczytał u niemieckich idealistów transcendentalnych, a w każdym razie nie zostało to jasno pokazane. Coleridge podaje definicje fantazji i wyobraźni na wiarę, zapowiadając napisanie filozoficznego traktatu, w którym wyprowadzi je krok po kroku. Na kartach Biografii literackiej kilkakrotnie zapowiada traktat, który miał być zatytułowany Logozofia, czyli o twórczym Logosie działającym w Bogu i człowieku; ostatecznie jednak nie stworzył tej rozprawy.
Wpływ niemieckiego idealizmu transcendentalnego spowodował u Coleridge'a rewizję wcześniejszych poglądów na asocjacjonistyczną filozofię umysłu. Od jej krytyki zaczyna więc swoje wywody filozoficzne w tym dziele, poświęcając krytyce Hartleya rozdziały 5-7. W czasie pisania Biografii literackiej, a więc prawie siedemdziesiąt lat po opublikowaniu Observations on Man Hartleya, koncepcja "wibracji i wibracyjek" jako anatomicznego wytłumaczenia przenoszenia idei (impulsów) we włóknach nerwowych była już przestarzała. W ciągu tych siedmiu dekad medycyna rozwinęła się. Przede wszystkim do lamusa odchodziła już teoria eteru, która jeszcze dla Hartleya stanowiła ważny składnik eksplikacji naukowej. Z drugiej strony szybko rozwijała się teoria elektryczności, choć do wyjaśniania impulsów nerwowych w kategoriach impulsów elektrycznych wciąż jeszcze brakowało kilku kroków. Niemniej współcześni Coleridge'owi obrońcy poglądów Hartleya - z Jamesem Mackintoshem na czele - musieli oddzielać anachroniczną już anatomię Hartleya od wciąż aktualnej psychologii opartej na prawach asocjacji. Atak Coleridge'a na filozofię Hartleya polegał na twierdzeniu, że postępują niekonsekwentnie. Każda filozofia mechanistyczna (materializm, determinizm) musi koniecznie mieć zaplecze w aktualnej teorii naukowej. Odesłanie danej teorii naukowej do lamusa oznacza także koniec danego systemu materialistycznego. A że teorie naukowe zmieniają się w zawrotnym tempie... no cóż, tym gorzej dla filozofii mechanistycznej. Na początku rozdziału 6 Coleridge przedstawia kwestię kluczową dla sformułowania swojego programu filozoficznego: jak jest możliwa filozofia inna niż mechanistyczna i materialistyczna? Nie znaczy to oczywiście, że autor Biografii literackiej był obojętnie czy nawet wrogo nastawiony do rozwoju do nauk przyrodniczych. Nie, Coleridge to nie Blake. Do kręgu przyjaciół Coleridge'a należał np. Humphry Davy, późniejszy odkrywca sodu i potasu, zwolennik Priestleya i krytyk Lavoisiera (a także poeta), którego Coleridge i Southey poznali w okresie działalności wywrotowej w Bristolu. Biesiady Davy'ego, Coleridge'a i Southeya były (a nawet musiały być) bardzo wesołe, bowiem młody chemik raczył swoich starszych kolegów gazem rozweselającym (podtlenkiem azotu), nieco wcześniej odkrytym przez Priestleya. Przyjaźń ta przetrwała długie lata i w późniejszym okresie słynny już profesor Davy udzielał lekcji chemii młodemu Hartleyowi Coleridge'owi.
Krytykę asocjacjonizmu w Biografii literackiej należy odczytywać przede wszystkim jako swoisty "spór fakultetów" między filozofią a naukami przyrodniczymi. Filozofia nie może być wtórna wobec nauki, jak było jeszcze w oświeceniowym modelu Hartleyowskim. Jeśli filozofia ma mieć w ogóle sens, to musi być dziedziną autonomiczną. Chodzi o rozgraniczenie kompetencji. Nauki przyrodnicze mogą i powinny objaśniać działanie ciał, ale działanie umysłu mogą wyjaśniać tylko do pewnego stopnia. W gruncie rzeczy teoria asocjacjonizmu - czy w ogóle mechanistyczna i materialistyczna teoria umysłu - jest dla Coleridge'a nie tyle błędna, ile raczej za wąska. Może tłumaczyć najprostsze zjawiska umysłowe, ale nie wytłumaczy wolnej woli czy twórczej wyobraźni; nie wytłumaczy podmiotowości człowieka. Aby wyjaśnić wyższe zjawiska umysłowe, trzeba mówić językiem Logosu, a nie językiem wibracji i wibracyjek we włóknach nerwowych. I tu chyba właśnie (a nie np. w rozważaniach Kanta na temat die Einbildungskraft) należy doszukiwać się źródeł tezy o rozróżnieniu fantazji i wyobraźni - w doświadczeniu konfrontacji dwóch języków filozoficznych: filozofii redukowalnej do nauk przyrodniczych oraz filozofii autonomicznej względem nauk przyrodniczych. Za każdą z nich stoją pewne racje; Coleridge opowiada się za tą drugą, ale nie może odmówić słuszności i tej pierwszej - tyle że tylko we właściwej jej dziedzinie, w odniesieniu do właściwego jej zakresu zjawisk. Zapleczem filozoficznym pojęcia fantazji byłby więc asocjacjonizm, zapleczem filozoficznym wyobraźni - idealizm transcendentalny.
Trzeba dodać, że Coleridge jest nieuczciwy w krytyce Hartleya; zapędza się w niej za daleko. Hartley i Priestley starali się godzić mechanistyczną i deterministyczną filozofię umysłu z ideami moralnymi i religijnymi. Niezależnie od tego, czy jest to możliwe, czy nie, wrzucanie ich do jednego worka z La Mettrie, Condillakiem i innymi ateistycznymi, a w najlepszym razie areligijnymi les philosophes francuskiego Oświecenia, jak czyni Coleridge, jest po prostu fałszowaniem ich stanowiska. Znamienny jest też stosunek poety do Hume'a. Czy można nie lubić Hume'a? Można nie lubić Hume'a. Coleridge nie lubił Hume'a. I to jeszcze bardzo mało powiedziane. Zestawienie Hartleya z Hume'em również ma być inwektywą pod adresem autora Observations on Man (zauważmy, że dzieło to ukazało się w tym samym roku, co Traktat o naturze ludzkiej szkockiego filozofa). W istocie zestawienie z Hume'em jest jedną z najgorszych obelg w repertuarze poety. Jednym z najgłośniejszych fragmentów Biographia literaria stało się zakończenie rozdziału 5, gdzie Coleridge oskarża Hume'a o to, że jego koncepcja asocjacji idei jest ordynarnym plagiatem z komentarzy św. Tomasza z Akwinu do Parva Naturalia Arystotelesa. Wielbiciele Hume'a ostro replikowali na to pomówienie (faktycznie niesłuszne, a co najmniej naciągane) na łamach "Blackwood's Edinburgh Magazine". James Mackintosh wyjaśniał, na czym polegało przekłamanie Coleridge'a. Nie wpłynęło to jednak na zmianę stosunku autora Kubilaj-chana do Hume'a. W napisanym tuż po Biographia literaria Podręczniku męża stanu charakteryzuje go jako "szkockiego filozofa, który poświęcił całe swoje życie próbie podważenia religii chrześcijańskiej, a swój ostatni oddech zmarnował na wyrażenie żalu, że nie zdołał jej przeżyć (...) pozbawionego serca sofistę, który na naszej wyspie był prekursorem filozofii ateistycznej, we Francji przenikającej jadem naturalne pragnienie prawdy i zamieniającej je w hydrofobię dzikiego i bezdomnego sceptycyzmu, (...) Eliasza tego ducha Antychrysta, który..."21 itd.
***
Wpływ Coleridge'a jako filozofa na publiczność brytyjską był nieporównanie mniejszy niż jego wpływ jako poety i krytyka literackiego. Owszem, miał Coleridge swoich wielbicieli i popularyzatorów, takich jak Thomas De Quincey22 czy Thomas Carlyle, ale z pewnością nie był to nurt dominujący w myśli brytyjskiej. Dobrze charakteryzuje tę sytuację esej Johna Stuarta Milla o filozofii Coleridge'a, opublikowany w marcu 1840 r. w "London and Westminster Review"23. Mill zestawia ze sobą dwie wielkie osobowości filozoficzne, które ukształtowały jego epokę myśli: Benthama i Coleridge'a. "Coleridge powiadał, że każdy rodzi się albo platonikiem, albo arystotelikiem; podobnie można stwierdzić, że każdy współczesny Anglik jest przez implikację albo benthamistą, albo coleridgianinem; że wyznaje poglądy na temat ludzkich spraw, które mogą być oparte albo na zasadach Benthama, albo na zasadach Coleridge'a"24. Mill opowiada się oczywiście po stronie Benthama (i stojącej za nim tradycji Locke'a i Hartleya), ale zarazem stwierdza, że jeśli czyjaś filozofia może w ogóle stanowić alternatywę dla utylitaryzmu, to właśnie filozofia Coleridge'a. Doktrynę coleridge'owską, a raczej "niemiecko-coleridge'owską" (Germano-Coleridgian) Mill uznaje przede wszystkim za reakcję na oświeceniową filozofię XVIII wieku: "Jest ona ontologiczna, bo tamta była eksperymentalna; konserwatywna, bo tamta była innowacyjna; religijna, bo tamta była bezbożna; konkretna i historyczna, bo tamta była abstrakcyjna i metafizyczna; poetycka, bo tamta była przyziemna i prozaiczna"25. Następnie przedstawia argumenty przeciwko "najwyższym uogólnieniom filozoficznym" systemu niemiecko-coleridge'owskiego, a potem przeciw jej konserwatywnym "konsekwencjom praktycznym" (głównie krytyka eseju O konstytucji Kościoła i państwa). Niemniej jest to poważna, filozoficzna polemika, w której John Stuart Mill traktuje Coleridge'a jak równorzędnego przeciwnika.
Coleridge wywarł też wpływ na twórcę transcendentalizmu amerykańskiego, Ralpha Waldo Emersona. Podczas swej podróży po Anglii w latach trzydziestych nie omieszkał on odwiedzić Coleridge'a w domu Gillmanów w Highgate. (Niedługo po przypłynięciu do Europy, na początku 1833 roku, Emerson poznał w Rzymie Johna Stuarta Milla, i to właśnie on powiedział mu, z kim warto zawrzeć znajomość w Anglii). Spotkanie to miało miejsce 5 sierpnia 1833 roku. Spędzili razem godzinę i był to "raczej spektakl niż konwersacja"26. Następnie Emerson scharakteryzował Coleridge'a następująco:
Coleridge, umysł katolicki, spragniony idei, przebiegający wzrokiem wszystkie czasy w poszukiwaniu największych bardów i mędrców, który napisał i wygłosił jedyne w swoim czasie opinie krytyczne najwyższej klasy, jest jednym z tych, którzy chronią Anglię przed zarzutem, że nie potrafi ona już docenić wybornego intelektu, który niegdyś wyspa ta rodziła. Ale niedole jego życia, próby na wielu polach i nieadekwatne do nich osiągnięcia, niezdolność do stworzenia choćby jednego arcydzieła zdają się znakiem końca pewnej ery. Nawet w jego osobie było zbyt wiele z tradycyjnego Anglika, by być filozofem; poszedł więc na kompromisy. Jak Burke dążył do wyidealizowania państwa angielskiego, tak Coleridge "zawęził swój umysł", próbując pogodzić gotyckie rządy i dogmaty Kościoła anglikańskiego z wiecznymi ideami. Niemniej o Coleridge'u i o żyjącej w ukryciu, milczącej mniejszości, z rzadka wypowiadającej się w publicznej krytyce, częściej zaś w rozmowach prywatnych, można powiedzieć, że w Niemczech i Ameryce ten najlepszy z umysłów dzisiejszej Anglii jest należycie doceniany. Najpewniejszym symptomem upadku narodowego jest to, że bramini nie potrafią już czytać ani rozumieć filozofii bramińskiej27.
Na koniec przytoczmy fragment poematu satyrycznego Common Sense Charlesa Hughesa Terrota, wydanego w 1819 roku, a więc dwa lata po Biographia literaria. W utworze tym zostali przedstawieni w krzywym zwierciadle współcześni pisarze brytyjscy. Coleridge'owi poświęcony jest następujący fragment28:
Nasz Coleridge jest dość spokojnym dewiantem.
Karmi się opium, zajmuje się Kantem.
Już pierwsze grozi wszak mózgu urazem.
Któż zniesie opium i Kanta zarazem?
O Christabeli śpiewał w pełni chwały
Poemat osobliwy i wspaniały,
Lecz jaki miał być sens tego utworu,
Tego nie dociekł nikt z komentatorów.
Śnił także koszmar o Kubilaj-chanie,
A potem ugrzązł w Metropolitanie29.
Wskoczył na beczkę, długo i donośnie
Kazania świeckie głosił publiczności.
Aż wreszcie skończył z opiumową zmorą,
Łagodne wpływy Kanta górę biorą
I wieść po mieście poszła w tym sezonie:
Poeta będzie wykładał w Koronie30.
Poezja jako filozofia języka, filozofia umysłu i filozofia religii
W podręcznikach i encyklopediach Coleridge i Wordsworth są scharakteryzowani za pomocą dwóch formułek. Po pierwsze: poeci romantyczni, inicjatorzy angielskiego czy wręcz europejskiego romantyzmu. Po drugie: razem z Robertem Southeyem stworzyli Szkołę Poetów Jezior. Oba określenia wymagają sprostowania.
Po pierwsze. Słowo "romantyczny" pada w Biografii literackiej zaledwie pięciokrotnie. Na początku rozdziału 14 Coleridge wspomina współpracę z Wordsworthem przy Balladach lirycznych: "zgodziliśmy się przy tym, że ja będę starał się pisać o osobach i zdarzeniach nadnaturalnych albo przynajmniej romantycznych [podkreślenie moje - BD], czerpiąc jednak dla nich z wewnętrznej naszej natury ludzkie właściwości i dostateczny pozór prawdy, aby owe cienie wyobraźni mogły na chwilę pozyskać u czytelnika takie zawieszenie niewiary, jakie stanowi wiarę poetycką"31. W rozdziale 23, czyli w krytyce Bertrama Maturina, celem jego ataku staje się "Kotzebue i cały ów pomiot kotzebiański (dramaturdzy, autorzy romantyczni czy autorzy romantycznych dramatów)"32. Romantyzm był więc dla Coleridge'a zjawiskiem zbliżonym do gotycyzmu. Coleridge przyznaje (trudno byłoby mu się wyprzeć), że dawniej korzystał z tego rodzaju chwytów. Pisząc Biografię literacką odcina się jednak od romantyzmu i gotycyzmu, przede wszystkim w reakcji na plagę niemieckich dramatów romantycznych, zaśmiecających sceny angielskich teatrów. Złości go, że styl Kotzebuego znajduje naśladowców wśród młodych twórców brytyjskich, takich jak Charles Robert Maturin. Zarazem przyznaje, że w gruncie rzeczy Anglicy sami są sobie winni. To oni stworzyli i wyeksportowali do Niemiec gotycyzm, gdzie stał się on romantyzmem, a następnie wrócił rykoszetem na ich wyspę. Tyle na temat romantyzmu.
Po drugie. Określenie "Poeci Jezior" ("Poeci Krainy Jezior", "Szkoła Jezior", "Szkoła Poetów Jezior") wzięło się stąd, że, jak wiadomo, trzej zaprzyjaźnieni poeci faktycznie przez jakiś czas mieszkali w Lake District w hrabstwie Cumberland. Coleridge zamieszkał w Greta Hall w Keswick 24 lipca 1800 roku. Niespełna dwa miesiące później, 14 września, przyszedł tam na świat jego trzeci syn Derwent (również znaczące imię, od pobliskiego jeziora Derwentwater), a 23 grudnia 1802 roku - córka Sara. We wrześniu 1803 roku do Greta Hall wprowadzili się szwagrostwo Southeyowie. Wordsworth był poetą Krainy Jezior niejako od urodzenia, bo przyszedł na świat właśnie w hrabstwie Cumberland, ale w ścisłym tego słowa znaczeniu stał się nim dopiero w 1799 roku, gdy po powrocie z Niemiec zamieszkał wraz z siostrą Dorothy w Dove Cottage w pobliskim Grasmere. Rodziny trzech poetów początkowo pozostawały w bardzo przyjacielskich stosunkach. Wujek William napisał wiersz Triada, w którym sportretował trzy dziewczynki: swoją córkę Dorę, Sarę Coleridge oraz Edith Southey. Łatwo też można wyobrazić sobie wujka Roberta, jak deklamuje im swój słynny wiersz Złotowłosa i trzy małe misie, który wszedł do klasyki literatury dziecięcej. Później już nie było tak słodko. Wordsworthowie mieszkali w Dove Cottage do 1808 roku (w 1809 roku wprowadził się tam Thomas De Quincey). Coleridge wyprowadził się z Greta Hall do Londynu 10 października 1810 roku, zaś po raz ostatni odwiedził Keswick w lutym i marcu 1812 roku. Zresztą nawet tych dziesięciu lat nie przemieszkał w całości w Krainie Jezior, ponieważ w międzyczasie spędził dwa lata w podróży, na Malcie, Sycylii i w Rzymie (1804-1806, patrz rozdział 10).
Coleridge wprost odrzucił określenie "poeci Krainy Jezior". W przypisie do rozdziału 3 pisze, że zostało ono wymyślone przez jego arcywroga Francisa Jeffreya. W 1810 roku redaktor naczelny "Edinburgh Review" przybył do Keswick i dopiero po tej wizycie zaczął posługiwać się określeniem "Szkoła Poetów Jezior", nadając mu zdecydowanie pejoratywny charakter. Niekoniecznie musimy wierzyć Coleridge'owi; nie udało się bowiem znaleźć takiej frazy w artykułach Jeffrey'a. Niemniej dwa fakty są pewne: po pierwsze, "Edinburgh Review" zamieszczał krytyczne, niekiedy wręcz miażdżące recenzje kolejnych publikacji Coleridge'a, Wordswortha i Southeya; po drugie, określanie ich jako "Poetów Jezior" po jakimś czasie rozpowszechniło się zarówno wśród ich zwolenników, jak i wrogów. Kiedy Thomas De Quincey w latach 1834-1840 publikował w "Tait's Edinburgh Magazine" ich eseistyczne portrety zatytułowane Recollecions of the Lake Poets, sprawa była już przesądzona. Tak oto Coleridge, Wordsworth i Southey zostali "Szkołą Poetów Jezior" i są nimi po dziś dzień we wszystkich podręcznikach i encyklopediach. A co sądził o tym określeniu Coleridge? "Dowiedział się on wówczas [Francis Jeffrey podczas wizyty w Keswick - BD], jaki szereg zbiegów okoliczności sprawił, że pan Wordsworth, pan Southey i ja zostaliśmy sąsiadami, i jak bardzo nieuzasadnione jest przekonanie, jakobyśmy uważali się za przedstawicieli jakiejś wspólnej szkoły, innej niż szkoła dobrego wyczucia wspieranego uznanymi z dawien dawna wzorcami z najlepszych okresów Grecji, Rzymu, Włoch i Anglii"33. Tyle na temat Szkoły Poetów Jezior.
Odrzuciwszy te dwa pojęcia-wytrychy, spróbujmy opowiedzieć teraz historię relacji Coleridge'a z Wordsworthem w takim zakresie, w jakim jest to potrzebne do zrozumienia relacji zamieszczonej w Biografii literackiej oraz związków między poglądami Coleridge'a na poezję i krytykę literacką z jego poglądami filozoficznymi.
Poznali się w sierpniu 1795 roku, ale nie od początku między nimi zaiskrzyło. Bliższa przyjaźń rozwinęła się dopiero w latach 1797-1798, gdy obaj mieszkali w hrabstwie Somerset, sąsiadując ze sobą o kilka mil. Coleridge mieszkał we wsi Stowey (obecnie Nether Stowey), Wordsworth - w Alfoxton House. W 1798 roku ukazało się pierwsze wydanie Ballad lirycznych. Ten przełomowy zbiór wierszy uchodzi za wspólne dzieło Wordswortha i Coleridge'a, efekt długich rozmów podczas spacerów po wiejskich ścieżkach Somerset County. Przyjrzyjmy się jednak bliżej tej sprawie. W pierwszym wydaniu z 1798 roku znalazło się 19 wierszy Wordswortha i tylko 4 utwory Coleridge'a. Wordsworth napisał przedmowę, w której zawarł program literacki tego zbioru. Miała to być poezja eksperymentalna; eksperyment miał polegać na wprowadzeniu do poezji języka średnich i niskich klas społecznych. Poezja tamtej chwili, epoki klasycystycznych epigonów Pope'a, piszących językiem skrajnie skonwencjonalizowanym, potrzebowała takiego odświeżenia - stąd natychmiastowy i oszałamiający sukces Ballad lirycznych. Ballady Wordswortha to w istocie gawędy wieśniaków z Somerset (autentyczne lub stylizacje), ujęte w formę metryczną i stroficzną. Wpisują się w tradycję ballady, ożywioną w poprzednim pokoleniu przez antologię Reliques of the Ancient English Poetry pod redakcją biskupa Thomasa Percy'ego (1765), a wkrótce po Balladach lirycznych wzbogaconą przez kolejną epokową kolekcję: Minstrelsy of the Scottish Border, zbiór ballad szkockich pod redakcją sir Waltera Scotta (1802). Ballady Wordswortha jak najbardziej realizują program poetycki przedstawiony przez niego samego w przedmowie. Z czterema utworami Coleridge'a jest zupełnie inaczej. Przede wszystkim: żaden z nich nie jest balladą, a na pewno nie balladą liryczną w znaczeniu Wordsworthowskim. Dwa z nich to fragmenty dramatu Osorio, nad którym Coleridge pracował w tym okresie: The Foster-Mother's Tale oraz Loch34. Utwór trzeci to Słowik z podtytułem Wiersz będący jakby rozmową (A Conversational Poem), będący wzorcem tzw. wierszy konwersacyjnych - formy stanowiącej później specjalność Coleridge'a35. Wordsworth w pewnym sensie miał pecha, bo ostatni, czwarty wiersz, podrzucony mu przez przyjaciela do zbioru Ballad lirycznych, okazał się genialnym arcydziełem, jednym z nieśmiertelnych utworów z samego wierzchołka Parnasu poezji angielskiej, i przyćmił wszystko inne, co znalazło się w tym tomie, a przy tym w ogóle nie pasował do Wordsworthowskiego programu poetyckiego. Chodzi oczywiście o Rime of the Ancient Mariner36. To też eksperyment poetycki, ale zupełnie innego rodzaju. Coleridge nie imituje tu języka prostych ludzi ze wsi, tylko po trosze naśladuje język poematów średniowiecznych, a w gruncie rzeczy konstruuje sztuczny język na potrzeby tego utworu. Język ten był tak niezrozumiały dla ówczesnych czytelników, że w późniejszych wydaniach Coleridge dodał na marginesach glosy wyjaśniające, o co chodzi w kolejnych strofach.
Dla następnego pokolenia pisarzy angielskich Sędziwy marynarz stał się wręcz wzorem literatury romantycznej - niezależnie od tego, co sam Coleridge sądził o tak zwanym romantyzmie. Dokładnie w tym samym czasie, w którym powstawała Biographia literaria, młodziutka Mary Godwinówna (wkrótce pani Shelley) pisała Frankensteina. Rama narracyjna tej powieści, rozgrywająca się w scenerii lodowego, arktycznego oceanu, jest wprost inspirowana poematem Coleridge'a:
Jadę w niezbadane strony - pisze kapitan Walton, narrator powieści - do "krainy mgły i śniegu", ale nie zabiję albatrosa, nie powinnaś więc lękać się o moje bezpieczeństwo ani o to, że mógłbym wrócić do Ciebie zbolały i złamany jak "stary marynarz". Zapewne uśmiechniesz się na tę aluzję, ale wyjawię Ci pewien sekret. Często przypisywałem moje przywiązanie i gorący entuzjazm dla niebezpiecznych tajemnic oceanu temu właśnie utworowi najbardziej fantastycznego ze współczesnych poetów37.
W kulminacyjnym momencie powieści, gdy Wiktor Frankenstein powołuje do życia swe Stworzenie, dokonawszy tego aktu kreacji deklamuje wersy z Sędziwego marynarza.
Opowieść o starym marynarzu, albatrosie, upiornym statku, grzechu i odkupieniu, stała się jednym z tych nieśmiertelnych utworów, które odrywają się od twórczości swego autora, od stylu swej epoki, od kontekstu literackiego i historycznego, i zaczynają żyć swoim własnym, ponadczasowym życiem. Napisano niezliczone jej interpretacje jako alegorii religijnej, egzystencjalnej, metafizycznej i Bóg wie jakiej jeszcze. Kanon wizualizacji tego poematu wyznaczył raz na zawsze cykl 40 grafik in quarto i 3 w mniejszym formacie Gustava Doré z 1870 roku, wykorzystywanych jako ilustracje interpretacji muzycznych czy aktorskich (a warto posłuchać recytacji Orsona Wellesa czy Iana McKellena). O sławie i żywotności tego wiersza świadczą nie tylko akademickie rozprawy i eseje krytycznoliterackie, lecz również jego obecność w kulturze masowej i popularnej. Dziesiątki tysięcy - bez przesady! - nowych wielbicieli przysporzyło Coleridge'owi nagranie Rime of the Ancient Mariner na płycie Iron Maiden Powerslave z 1984 roku. Uczniowie, którzy - delikatnie mówiąc - na ogół nie pałali serdeczną miłością do lekcji angielskiego, potrafili z pamięci deklamować obszerne fragmenty tego arcydzieła, wprawiając swoich belfrów w stan głębokiego szoku. "Skąd ty to znasz, chłopcze?" - "Bo to, panie psorze, na kasecie Iron Maiden było". Z nowszych interpretacji pozycją obowiązkową dla wielbicieli Coleridge'a jest album Rime of the Ancient Mariner The Tiger Lillies z 2012 roku - fantastyczny, jak wszystko, co robią Tygrysie Lilie.
Warto jednak zwrócić uwagę, że w Biographia literaria Coleridge wspomina o tym utworze zaledwie kilkakrotnie, i to mimochodem. Można odnieść wrażenie, że niechętnie przyznaje się do sławy, jaką zdobył ten poemat. Najprościej wytłumaczyć to tak, że dwudziestopięcioletni autor Sędziwego marynarza sięgał po chwyty z repertuaru, który później nazwano romantycznym, natomiast czterdziestokilkuletni autor Biografii literackiej był już im niechętny w ogólności.
Wracając do Ballad lirycznych: w 1800 roku ukazało się ich drugie, dwutomowe wydanie (Lyrical Ballads with Other Poems), w którym Wordsworth zwiększył liczbę swoich utworów do 55 ballad i dodał jeden utwór Coleridge'a - Miłość38 z 1799 roku. Ponadto pierwsze wydanie z 1798 roku było opublikowane anonimowo, natomiast począwszy od wydania z 1800 roku na stronie tytułowej widnieje "by William Wordsworth". Nazwisko Coleridge'a nie jest wymienione ani na stronie tytułowej, ani wewnątrz książki, przy jego utworach39. Wordsworth dodał też w drugim wydaniu nową, dużą przedmowę programową, z którą Coleridge polemizuje w rozdziałach 17, 18 i 19 Biographia literaria. To właśnie najważniejsza z literackiego punktu widzenia część tej książki - protokół rozbieżności między dwoma wielkimi poetami.
Obaj zgadzali się co do tego, że trzeba odrzucić formę i język klasycyzmu Pope'a i jego epigonów i zastąpić je nową formą i nowym językiem. Ale właściwie dlaczego mamy je odrzucać? Coleridge odpowiada: ponieważ tok myślenia i wysłowienia (diction) w poezji Pope'owskiej jest mechanicznie pokawałkowany. Utwory klasycystyczne to zlepki dystychów, z których każdy musi być zakończony efektowną, najlepiej dowcipną puentą. Ale nie tak myślimy. Myślenie nie składa się z osobnych, gładkich całostek, lecz samo jest całością złożoną z łańcucha asocjacji (stąd zainteresowanie teorią Hartleya). Myślenie jest ciągłym procesem skojarzeń i to właśnie trzeba oddać w wierszu.
Tradycja ballady była Coleridge'owi raczej obojętna. Zdecydowanie nie wierzył on też w - ściśle wiążącą się z narodzinami romantyzmu - koncepcję ludu (Herderowski Volk, w tym przypadku raczej folk), który przechowuje w swych przekazach (folklore) autentyczną, nieskażoną mądrość wspólnotową. Spośród poetów pracujących na roli cenił tylko Burnsa. Na podstawie swych erudycyjnych lektur wyrobił sobie przekonanie, że język ludu w najlepszym razie adaptuje tyle, ile tylko lud jest w stanie zaadaptować z języka ludzi wykształconych. Twierdzi, że język ludu znacznie ulepszył się od czasów reformacji dzięki rozpowszechnieniu piśmiennictwa i dostępu do literatury. Nie tam, nie w mądrości "gawiedzi, która wierzy głęboko", należy więc szukać inspiracji, jak robi to Wordsworth. Zatem gdzie?
Odpowiedź brzmi: w Logosie. Coleridge jest przekonany, że dobre myślenie i dobre wysławianie się (stosowne do dobrego myślenia) jest czymś powszechnym, uniwersalnym, ponadczasowym, ponadjęzykowym. Na najogólniejszym poziomie chodzi o to samo w poezji greckiej, łacińskiej, włoskiej, angielskiej czy niemieckiej. Zasady wynikające z konieczności dostosowania się poety do konkretnego języka, czasu, konwencji itd. są wtórne, lecz właśnie absolutyzowanie ich prowadzi do takich głupstw jak dzielenie historii literatury na epoki, czy, co gorsza, na szkoły (np. szkoła Poetów Jezior). Jako przykład Coleridge podaje zasadę trzech jedności: to jedna z tych zasad wtórnych, wypracowanych przez tragików greckich z uwagi na ówczesne potrzeby i uwarunkowania historyczne. Absolutyzowanie tej zasady jako samego sedna twórczości Greków doprowadziło do bezsensownego sporu o klasycyzm, w którym obie strony nie miały racji: klasycyści - broniąc wtórnej zasady uznanej za podstawową, ich przeciwnicy - przejmując błąd tych pierwszych za ustaloną przesłankę i w konsekwencji całkowicie odwracając się od dorobku tragików greckich. Logos jest też wyrażalny. Coleridge'owi zdecydowanie bliżej więc do tego, "aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" niż do "język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie".
Zatem w zakresie kultury, ducha, języka, literatury Coleridge uznaje wszelkie partykularyzmy - ludowe, narodowe, koloryt regionalny, wiejski, środowiskowy itd. - za zjawiska wtórne. W opisie myślenia i mówienia (diction, w znaczeniu: ubierania myśli w słowa, wysławiania się) jest zdecydowanym uniwersalistą, przy czym jego uniwersalizm jest próbą swoistego połączenia uniwersalizmu Logosu św. Jana Ewangelisty z uniwersalizmem rozumu i racjonalności Immanuela Kanta.
Logos działa zawsze i wszędzie tak samo. Jak? Aby scharakteryzować Coleridge'owską koncepcję pozwolimy sobie skorzystać z możliwości, jakie daje język polski, a którymi angielski poeta oczywiście nie dysponował: Logos w Bogu działa stwórczo, w człowieku genialnym - twórczo, a w człowieku utalentowanym - odtwórczo. O jego działaniu boskim nie dowiemy się nic z Biografii literackiej - miała być o tym mowa we wspomnianej Logozofii, która nigdy nie powstała. Rozróżnienie między talentem a geniuszem znajduje się w rozdziale 240. Coleridge nigdy nie używa tych pojęć w odniesieniu do ludzi. Mówi raczej o man of genius lub talented man - człowieku genialnym (obdarzonym geniuszem) lub utalentowanym (dysponującym talentem)41. Nie miejsce tu, by rozwijać szerokie historyczne tło tych pojęć, zwłaszcza pojęcia "geniuszu" - roli, jaką odegrało ono np. w XVIII-wiecznym sporze o Shakespeare'a czy w Kantowskiej Krytyce władzy sądzenia. Dość powiedzieć, że chodzi o wprowadzenie do filozofii umysłu elementu aktywnego i twórczego po stronie podmiotowej. Myślenie nie polega tylko na biernym przekazywaniu bodźców i wykonywaniu mechanicznych operacji na otrzymanych z zewnątrz ideach, jak było w koncepcjach Locke'a, Hartleya, Hume'a czy francuskich sensualistów. Oprócz kojarzenia idei występuje w umyśle władza, dzięki której to podmiot ma inicjatywę. Na określenie tej władzy Coleridge ukuwa grecki neologizm: władza esemplastyczna. Jest to władza wytwarzania pewnej całości (jedności, totalności) własną mocą. Logos w Bogu polega na stworzeniu świata jako całości, w której każda część ma rację bytu tylko przez relację do totalności. Logos w człowieku polega na tworzeniu dzieł (w różnych dziedzinach ludzkiej działalności, ale w szczególności dzieł sztuki), w których wszystkie części mają sens tylko poprzez relację do całości, czyli formy. Gdyby zaś szukać jakiegoś zakorzenionego językowo pojęcia na określenie owej władzy samorzutnego wytwarzania całości w umyśle ludzkim, to będzie nim "wyobraźnia".
To zaś, w jakiej formie literackiej będzie realizować się owa oryginalnie stworzona całość, której podporządkowane są wszystkie jej części składowe, jest sprawą drugorzędną. Może to być i ballada, o ile spełni powyższy warunek, a ponadto jeśli myśli w niej wyrażone nie będą pospolite, a wyrażenia - kolokwialne, żargonowe czy gwarowe. Jak najbardziej może być oda - zarówno Coleridge, jak i Wordsworth chętnie sięgali po tę formę poetycką. Najbliższa Coleridge'owi była jednak wielka tradycja sonetu angielskiego. W Biographia literaria cytuje sonety lub fragmenty sonetów Shakespeare'a, Miltona, George'a Herberta, Thomasa Gray'a, oczywiście także swoich i Wordswortha. Najważniejszą lekturą formacyjną w okresie nauki w college'u był cykl czternastu sonetów wielebnego Williama Lisle Bowlesa (1789), o czym pisze w rozdziale 1 niniejszego dzieła. Sonet - czy to w odmianie petrarkowskiej, shakespeare'owskiej, spenserowskiej, czy też w którejś z mniej znanych odmian, np. barnfieldowskiej - z samej swej natury jest formą absolutnie porządkującą wszystkie swe elementy. Sonet jest mikrokosmosem. Bodaj nie sposób nawet wyobrazić sobie sonetu, który nie spełniałby warunków Coleridge'owskiej definicji wiersza, podanej w rozdziale 1442. Sam Coleridge napisał 48 sonetów. Wordsworth - 523.
***
W okresie, gdy Coleridge i Wordsworth mieszkali w Krainie Jezior, nie było już między nimi takiej współpracy jak w okresie somerseckim, gdy Wordsworth komponował Ballady liryczne, a Coleridge wnosił swój wkład do tego tomu. Każdy z nich miał już wyraźnie określoną, własną drogę. Natomiast owszem, prowadzili wówczas dialog poetycki, podsumowany przez Coleridge'a w wierszu konwersacyjnym Do Williama Wordswortha43 (styczeń 1807 roku). Także na płaszczyźnie osobistej narastały nieporozumienia i pod koniec pierwszej dekady XIX wieku nie tylko przyjaźń, ale w ogóle kontakty między poetami uległy zerwaniu. Nic więc dziwnego, że tak złościło Coleridge'a łączenie go na dobre i na złe z Wordsworthem, przypieczętowane przez etykietkę "Poetów Jezior", wymyśloną przez Francisa Jeffreya. Odczarowaniu tego wizerunku służy w dużej mierze drugi tom Biographia literaria.
Opium dla klasy średniej
Dużą część życia Coleridge'a strawiły dwa nałogi: opium i politykowanie. Osiągnąwszy wiek średni, poeta coraz częściej słyszał zarzut, że roztrwonił swój talent, że zrobił dużo mniej niż mógł (jego polemikę z tymi głosami odnajdujemy również na kartach tej książki). Opinię tę przytaczał m.in. Zygmunt Kubiak w przedmowie do swoich przekładów i bywa ona powtarzana do dziś. Przekonanie, że "Coleridge napisał mało", jest jednak fałszywe. Dzieła zebrane, wydane w latach 1969-2002 pod kierunkiem prof. Kathleen Coburn z Uniwersytetu w Toronto, liczą 16 tomów, niektóre z nich są podzielone na dwa lub więcej części, w sumie 34 książki. Ale nie w ilości rzecz. Na zarzut zmarnowania życia i roztrwonienia talentu Coleridge nie mógł bądź nie chciał odpowiedzieć: "to przez opium". Miał do tego uzależnienia zupełnie inny stosunek niż De Quincey, który Wyznaniami angielskiego opiumisty zapoczątkował europejską literaturę uzależnień. Nazwa tego narkotyku w ogóle w Biografii literackiej nie pada. Coleridge wolał odpowiedzieć: to przez politykowanie, dziennikarstwo, bawienie się w wydawcę gazet, różne zajęcia ulotne. Poświęcił im więc również znaczną część tych szkiców. Bowiem właśnie w czasach Coleridge'a polityka stała się opium dla klasy średniej.
Kiedy Coleridge miał siedemnaście lat, mieszkańcy Paryża zdobyli Bastylię. Kiedy w wieku czterdziestu trzech lat pisał Biographia literaria, Bonaparte został pokonany pod Waterloo, po raz drugi i ostatni zmuszony do abdykacji, a Kongres Wiedeński ustalał nowy porządek Europy. O samej rewolucji francuskiej nie ma mowy w Biografii literackiej. Coleridge wprost stwierdza, że na jej temat nie ma do powiedzenia nic, czego nie napisałby już wcześniej Burke. Jest to pewną przesadą, bo Burke mógł obserwować i opisać tylko jej początki, natomiast Coleridge był świadkiem całego jej przebiegu i dalszych konsekwencji, aż po obalenie reżimu Napoleona i początki ustanawiania nowego, XIX-wiecznego porządku europejskiego. O Napoleonie jest trochę anegdot i złośliwości. Przede wszystkim jednak z książki tej sporo możemy wyczytać o postawach w społeczeństwie brytyjskim w tym okresie. Zanim jednak zaczniemy rekonstruować ten wątek - jedna ważna uwaga: Coleridge pisze Biographia literaria jako dojrzała osobowość intelektualna, myśliciel w wieku średnim, który lisią kitą zaciera drogę, którą doszedł do swych dojrzałych poglądów filozoficznych, religijnych, politycznych, literackich. Dlatego jego sprawozdania w Biografii literackiej na temat własnych poglądów z wcześniejszych okresów należy bezwzględnie konfrontować z oryginalnymi tekstami z tychże okresów.
Rewolucję francuską popierali w Wielkiej Brytanii nie tylko wolnomyśliciele, tacy jak Thomas Paine, ale też dysydenci religijni, w tym główni zwolennicy asocjacjonistycznej filozofii umysłu, których wpływowi uległ poeta w czasie studiów w Cambridge. W lipcu 1791 roku, po tym, jak Priestley z przyjaciółmi świętował publicznie najpierw osiemnastą rocznicę Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych, a dziesięć dni później drugą rocznicę zdobycia Bastylii, doszło do wybuchu "słusznego gniewu ludu". Był to akt starannie wyreżyserowanej spontaniczności. Podczas "Priestley Riots" hołota spaliła dom uczonego w Birmingham. Chemik zbiegł do Hackney, gdzie opublikował An Appeal to the Public on the Subject of the Riots in Birmingham (Apel do publiczności w sprawie zamieszek w Birmingham). Atmosfera jednak wciąż się zagęszczała, aż w końcu w 1794 roku Priestley, pod presją rządu i "publiczności", zdecydował się wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Osiadł w Pensylwanii, gdzie ostatnie lata życia poświęcił krzewieniu Kościoła unitariańskiego.
Również James Mackintosh opowiedział się za rewolucją. W odpowiedzi na Rozważania... Burke'a opublikował w kwietniu 1791 roku Vindiciae Gallicae: A Defence of the French Revolution and its English Admirers, broszurę polityczną równie wpływową jak Rights of Man Thomasa Paine'a. Przebieg wydarzeń we Francji w następnych miesiącach zmusił go jednak do skorygowania poglądów. Pod wpływem terroru jakobińskiego Mackintosh zdystansował się od rewolucji francuskiej i pogodził z Burkiem. Spędzili nawet wspólnie Boże Narodzenie 1796 roku w domu Burke'a w Beaconsfield, w dżentelmeńskiej atmosferze (choć podobno Burke nie do końca wierzył w nawrócenie Mackintosha). Warto dodać, że w 1822 roku James Mackintosh został lordem rektorem Uniwersytetu w Glasgow, następcą na tym stanowisku arcywroga Coleridge'a, Francisa Jeffreya.
W 1794 roku rząd Williama Pitta młodszego przeforsował w Parlamencie zawieszenie Habeas Corpus Act, fundamentalnej ustawy o nietykalności osobistej. W roku następnym w życie weszły Ustawa o Zdradzie (Treason Act) i Ustawa o Wywrotowych Zgromadzeniach (Seditious Meetings Act), zwane przez antypittystów Ustawami Kneblującymi (Gagging Acts). Pod koniec 1794 roku miały miejsce procesy o zdradę (Treason Trials), w których skazano trzech aktywistów środowisk radykalnych, oskarżonych o nawoływanie do rewolucji w Wielkiej Brytanii (Thomas Paine został oskarżony i skazany już dwa lata wcześniej, wkrótce po opublikowaniu Rights of Man). Ograniczenie swobód osobistych i wprowadzenie ustawodawstwa przypominającego stan wojenny lub wyjątkowy, w połączeniu z narastającymi obawami przed inwazją ze strony rewolucyjnego sąsiada, spowodowało narastanie w Wielkiej Brytanii atmosfery powszechnej nieufności, podejrzliwości, donosicielstwa, wzajemnego szpiegowania się z urzędu i z inicjatywy prywatnej, rozwój mentalności oblężonej twierdzy, pogłębianie się podziałów politycznych w coraz bardziej skłóconym społeczeństwie.
W tymże 1794 roku młody Coleridge zaprzyjaźnił się w Bristolu z dwoma radykałami, zwolennikami rewolucji francuskiej: Robertem Southeyem i Robertem Lovellem. Trzej młodzi poeci wspólnie napisali dramat Upadek Robespierre'a, wkrótce po zgilotynowaniu przywódcy jakobinów. Dokładniej rzecz biorąc, chronologia była następująca: Coleridge i Southey poznali się w czerwcu, Robespierre stracił głowę 28 lipca, dramat powstał w sierpniu, a wydany został we wrześniu, w niezłym nakładzie 500 egzemplarzy. Wedle pierwotnej umowy Coleridge miał napisać akt pierwszy, Southey - akt drugi, Lovell - akt trzeci. Fragment napisany przez Lovella był jednak tak słaby, że Southey przerobił go po swojemu i w istocie to on jest autorem aktów drugiego i trzeciego. To jednak niewiele pomogło sztuce. Całość jest tak słaba, że nawet najwięksi wielbiciele Coleridge'a nie są w stanie jej bronić i bodaj nigdy jej nie wystawiono. W całej Biografii literackiej Coleridge ani razu nie wspomina o tym utworze.
Być może pod wpływem Priestleya, który działał już w Pensylwanii (Coleridge korespondował z nim, mieli też wspólnych znajomych), trzej młodzi radykałowie wpadli na pomysł wyjechania do Ameryki i założenia kolonii nad rzeką Susquehanna, właśnie w Pensylwanii. Miała to być utopijna komuna, w której panowałby ustrój nazwany przez nich pantisokracją - wszyscy mieliby jednakowy udział w rządzeniu. Przez jakiś czas przyjaciele bawili się w projektowanie ustroju tego falansteru. Miało tam nie być własności prywatnej (aspheterism), a wszyscy mieszkańcy komuny mieli tworzyć jedną wielką rodzinę; dlatego trzej poeci w krótkich odstępach czasu poślubili trzy siostry Frickerówny: Lovell - Mary, Coleridge - Sarę, a Southey - Edith. Wyjazd za ocean odkładali jednak z braku funduszy na zakup ziemi oraz z powodu niejasnego przeczucia, że mogą nie do końca poradzić sobie z życiem pionierów w amerykańskich lasach. W roku następnym sprawa rozeszła się po kościach. Jedyną trwałą pozostałością tego utopijnego projektu było bezsensowne małżeństwo Coleridge'a, od początku nieudane, które rozpadło się po kilkunastu latach. Natomiast literackim śladem tej idei jest sonet Pantisokracja44. W całej Biografii literackiej pojęcie "pantisokracja" nie pada ani razu.
W grudniu 1794 i w styczniu 1795 roku Coleridge opublikował w "Morning Chronicle" cykl Sonnets of Eminent Characters (Sonety o wybitnych postaciach). Polscy czytelnicy najlepiej znają sonet o Kościuszce, bowiem przetłumaczyli go (niejako obowiązkowo) zarówno Stanisław Kryński, jak i Zygmunt Kubiak45. Warto jednak spojrzeć na ten cykl jako całość. Pierwszy z tych sonetów jest apologią Thomasa Erskine'a, wigowskiego adwokata, który bronił oskarżonych we wspomnianych procesach o zdradę. W sonecie drugim Wolność we własnej osobie przemawia do Edmunda Burke'a. Zaczyna od nazwania go "synem geniuszu", zaraz potem jednak karci go za to, że bierze rządową pensję. Czytając peany na cześć Burke'a w Biographia literaria, warto przeczytać i ten sonet, aby przekonać się, co Coleridge myślał o autorze Rozważań o rewolucji dwadzieścia lat wcześniej. W sonecie trzecim, dedykowanym Priestleyowi, mowa jest o wspomnianych zamieszkach birminghamskich i o emigracji słynnego chemika i dysydenta za ocean. Bohaterem sonetu czwartego jest kolejny bojownik wolności, La Fayette, w owym czasie osadzony w austriackim wiezieniu. Sonet piąty to ten o Kościuszce, napisany wkrótce po bitwie pod Maciejowicami. Antybohaterem w tym cyklu sonetów jest niewątpliwie premier William Pitt młodszy, któremu poświęcony jest sonet szósty. Wolność jest tu Chrystusem, Pitt - najpierw Judaszem Iskariotą, składającym na jej ustach zdradziecki pocałunek, a następnie legionistą przebijającym włócznią bok ukrzyżowanej Wolności. Sonet siódmy nie dotyczy spraw politycznych, ale warto o nim wspomnieć, ponieważ jego bohaterem jest wielebny William Lisle Bowles, o którym Coleridge dużo pisze w rozdziale 1 Biographia literaria - literacki idol Coleridge'a z czasów nauki w college'u. Sonet ósmy jest poświęcony słynnej aktorce Sarze Siddons. W sonecie dziewiątym Coleridge chwali Williama Godwina za jego Political Justice. Niemniej już wtedy stosunki między nimi były dwuznaczne, bo - akceptując poglądy polityczne Godwina, które można określić jako anarcho-utylitarystyczne - Coleridge nie mógł zgodzić się na jego wolnomyślicielstwo w sprawach religijnych czy wręcz ateizm. Rzecz jasna, wraz z ewolucją stanowiska politycznego Coleridge'a w stronę konserwatyzmu, również jego stosunek do poglądów politycznych Godwina uległ zmianie. Sonet dziesiąty jest skierowany do Southeya, a jedenasty do Richarda Sheridana, dyrektora Drury Lane Theatre, o którym będzie jeszcze mowa. Sheridan był bowiem nie tylko człowiekiem teatru, ale też aktywnym politykiem wigowskim46. Ostatni, dwunasty sonet był przeznaczony do druku w "Morning Chronicle" 31 stycznia 1795 roku, ale nie ukazał się. Był adresowany do hrabiego Charlesa Stanhope'a, "po przeczytaniu jego ostatniego protestu w Izbie Lordów". Przemowy lorda hrabiego obywatela Stanhope'a w Izbie Lordów w obronie rewolucji francuskiej i przeciw interwencji brytyjskiej po drugiej stronie Kanału spotkały się z tak głębokim brakiem zrozumienia, że Stanhope zyskał przydomek "mniejszości jednoosobowej" (minority of one). W tym zestawie nazwisk rzuca się w oczy brak Thomasa Paine'a, ale nie musi to być znaczące. Ten cykl nie był zamknięty, Coleridge zapowiadał napisanie kolejnych sonetów do lub o wybitnych współczesnych, ale zapowiedzi tej nie zrealizował. Poza tym łatwo sobie wyobrazić, że o Painie miałby do powiedzenia coś podobnego jak o Godwinie: jego poglądy polityczne z Rights of Man wychwalałby z entuzjazmem, natomiast wolnomyślicielstwo w sprawach religii z Age of Reason byłoby dlań nie do przyjęcia. - W samej swej treści Sonnets of Eminent Characters dwudziestodwuletniego Coleridge'a nie zawierają oczywiście szczegółowych argumentów czy wywodów politycznych, a jedynie żarliwe wyrazy aprobaty lub dezaprobaty poszczególnych postaci, niemniej sam dobór bohaterów i antybohaterów tworzy wyraźną mapę sympatii i antypatii politycznych młodego poety, lokując go może nie wśród radykałów, ale na pewno wśród sympatyków rewolucji i przeciwników rządu Pitta.
Najważniejszym wyrazem przekonań politycznych poety w tym okresie było wydawane przezeń czasopismo "The Watchman". Od marca do maja 1796 roku ukazało się dziesięć numerów, w cyklu ośmiodniowym, żeby uniknąć podatków (tygodniki były opodatkowane). Motto tej ośmiodniówki było parafrazą wersetu z Ewangelii wg Św. Jana (J 8,32): "Niech wszyscy poznają prawdę, a prawda nas wyzwoli!" ("That all may know the truth and that the truth may make us free!"). Pismo zawierało m.in. relacje z obrad parlamentu, komentarze do wydarzeń krajowych i zagranicznych, polemiki m.in. z Godwinem i Burkiem, listy od czytelników (podpisywane np. "Phocion" itp.), wiersze (głównie sonety) oraz fragmenty dłuższych utworów poetyckich m.in. Joanny d'Arc Southeya oraz Religious Musings (Dumań religijnych) Coleridge'a. Z poloniców warto wymienić Coleridge'owy przekład na angielski Ad Lyram Sarbiewskiego (nr 2 z 9 marca 1796 r.), dwie notatki o sytuacji w Polsce po trzecim rozbiorze (nr 3 z 17 marca 1796 r. i nr 5 z 2 kwietnia 1796 r.) oraz szkic do biografii Kościuszki (nr 10 z 13 maja 1796 r.). Najsłynniejszym tekstem opublikowanym w "The Watchman" był pamflet przeciwko postom, wydrukowany w numerze 2 (podczas Wielkiego Postu). Tekst ten już na starcie zniechęcił wielu potencjalnych czytelników pisma. W rozdziale 10 Biographia literaria Coleridge z humorem opisuje swoje niezdarne próby zbierania funduszy na wydawanie tego periodyku. Coleridge-torys nie mógł przemilczeć tego radykalno-rewolucyjnego epizodu sprzed dwudziestu lat (choćby dlatego, że antyjakobińscy lustratorzy wciąż mu to pamiętali), lecz za pomocą żartobliwego tonu stara się pomniejszyć znaczenie "Watchmana" i zbyć go jako wybryk młodości.
Zniechęcony klapą tego przedsięwzięcia, Coleridge potrzebował odpoczynku i wyciszenia. Przyjął więc zaproszenie Thomasa Poole'a, by zamieszkać w hrabstwie Somerset. Poole, z zawodu garbarz, od kilku lat prowadził akcję agitacyjną, propagując poglądy w stylu Thomasa Paine'a. Był typowym przykładem postaci, która organizuje wokół siebie życie intelektualne swoich czasów, jest animatorem i inspiratorem. Southey i Coleridge zawarli znajomość z nim w 1794 roku. Poole napisał artykuł przeciwko niewolnictwu do "The Watchman" (nr 4 z 25 marca 1796 r.). Pod koniec 1796 roku Coleridge, wraz z żoną i trzymiesięcznym synkiem Hartleyem, zamieszkał w domu znanym dziś jako Coleridge Cottage w Nether Stowey (wówczas Stowey, rodzinnej miejscowości Poole'a). Intencją Poole'a było gromadzenie wokół siebie radykałów, niespokojnych duchów. Tymczasem właśnie tam, podczas prawie dwuletniego pobytu na wsi w hrabstwie Somerset dokonała się przemiana poglądów politycznych młodego poety z rewolucjonisty w torysa. Wpłynęła na to zmiana otoczenia, wpłynęła też zmiana przyjaźni. W grudniu 1795 roku Southey wyjechał do Portugalii, by studiować historię i kulturę tego kraju (nie brał więc udziału w wydawaniu "The Watchman"). W efekcie napisał cenioną pracę History of Brazil. Drogi Southeya i Coleridge'a miały zejść się ponownie dopiero w 1799 roku, w Krainie Jezior. Tymczasem jednak miejsce gorączkowego, rozpolitykowanego Southeya zajął stonowany, zdystansowany wobec wydarzeń politycznych (choć z pewnością nie obojętny wobec nich) William Wordsworth, również ściągnięty do Somerset przez Thomasa Poole'a.
Mimo wycofania się na wieś, poeci nie mogli nie zostać dotknięci zaogniającymi się nastrojami politycznymi w kraju. W 1797 roku powstało czasopismo polityczno-satyryczne "Anti-Jacobin", stawiające pod pręgierzem Brytyjczyków, którzy sprzyjali rewolucji francuskiej, mogli sprzyjać rewolucji francuskiej albo mogli być podejrzewani o sprzyjanie rewolucji francuskiej. Przy czym mianem "jakobinów" określano wtedy nie zwolenników Robespierre'a i Saint-Justa, bo takowych na Wyspach nie było, ale zwolenników Paine'owskich praw człowieka, reformy ustrojowej, przeciwników rządów Pitta i w ogóle dysydentów wszelkiej maści. Southey, Coleridge i Wordsworth znaleźli się oczywiście na celowniku "Anti-Jacobina". Coleridge starał się więc usilnie demonstrować, że jakobinem nie jest i nigdy nie był.
W kulminacyjnym momencie tej nagonki, przypominającej Red Scare, często spotykano figurę dżentelmena cieszącego się zaufaniem rządu, zawodowo zajmującego się obserwowaniem dżentelmenów niecieszących się zaufaniem rządu. W rozdziale 10 Coleridge opisuje, jak podczas pobytu w Stowey on sam i Wordsworth stali się obiektami zawodowego zainteresowania takiego pracownika ministerialnego. Home Office od dawna miało na oku krąg znajomych Toma Poole'a, więc przydzielenie dwóm poetom takiego opiekuna nie było spowodowane donosem nadgorliwego sąsiada (w każdym razie nie wyłącznie tym), jak sugeruje Coleridge. Przytacza tę anegdotę, by podkreślić, że w wyniku tego badania zostali całkowicie oczyszczeni z wszelkich zarzutów i podejrzeń przez zawodowca w tej dziedzinie. Dobrym uzupełnieniem tego fragmentu Biographia literaria może być lektura ody Francja47, napisanej w lutym 1798 roku i będącej palinodią (odszczekaniem) wcześniejszych prorewolucyjnych poglądów oraz wiersza Lęki w samotności, napisanego w kwietniu 1798 roku, "gdy obawiano się inwazji"48. A obawiano się jej tym bardziej, że akty poparcia dla idei rewolucyjnych również wśród samych Brytyjczyków przybierały coraz radykalniejsze formy. W 1797 roku wybuchły bunty angielskich marynarzy, którzy opanowali okręty Royal Navy na kotwicowiskach w Nore i Spithead pod hasłami praw człowieka. Literackie echo tych powstań odnajdujemy w późniejszym o niemal stulecie Billym Buddzie Hermana Melville'a.
Do zmiany poglądów Coleridge'a na rewolucję francuską, niezależnie od wszystkich innych okoliczności, walnie przyczyniło się i to, że przez całe życie po prostu szczerze nie znosił Francji i Francuzów w jakiejkolwiek postaci. Dziś taką postawę nazwalibyśmy "frankofobią", on nazywał to "antygallikanizmem". Na kartach Biographia literaria znajdziemy wizerunki Francuzów jak ze skeczów Monty Pythona. Ralph Waldo Emerson wspomina w The English Traits, że Coleridge podczas swych londyńskich wykładów głośno dziękował Stwórcy za to, że ustrzegł go przed umiejętnością powiedzenia choćby jednego zdania po francusku49. Wygląda na to, że dla Francuzów Coleridge robił wyjątek od swego uniwersalizmu Logosu.
Wedle narracji przedstawionej w Biographia literaria największym nieszczęściem politycznym dla społeczeństwa brytyjskiego w minionym ćwierćwieczu była wewnętrzna niezgoda, ów duch partyjniactwa (party spirit) panujący w ostatniej dekadzie XVIII wieku, o którym Coleridge pisał już w "The Friend", zaś największym sukcesem, wręcz cudem politycznym - zgoda narodowa, jaka nastała po pokoju w Amiens (1802), a przerodziła się w powszechny entuzjazm, podzielany przez zwolenników wszystkich głównych stronnictw politycznych, gdy korpus Wellingtona wyruszył na Półwysep Iberyjski, by wspierać portugalskich i hiszpańskich partyzantów w walce z francuskimi okupantami (1807). Wykazanie, że narracja Coleridge'a o cudzie zgody narodowej nie do końca ma pokrycie w faktach, należy raczej do historyka niż do historyka idei.
Brytyjska klasa średnia zapłaciła wysokie koszty gospodarcze i społeczne tych zmagań. Najpierw Nelson, a potem Wellington bili francuskich agresorów na morzu, w wojnie partyzanckiej i w otwartej bitwie, ale blokada kontynentalna biła jednakowo w obie strony konfliktu. Nie był to jedyny przypadek w historii, kiedy o wyniku wojny miały zadecydować nie tylko pola bitew, ale również to, który z rządów będzie w stanie dłużej zaciskać pasa swojemu społeczeństwu. Wojny napoleońskie kosztowały Wielką Brytanię 831 mln funtów. Pod ich koniec dług publiczny wynosił 697 mln funtów - dwa razy więcej niż roczny PKB! Rząd Pitta radził sobie z tymi obciążeniami, podnosząc podatki, o czym Coleridge wspomina w jednym z Listów Satyrana. (Sytuacja gospodarcza Francji była jeszcze gorsza; coraz większy głód pieniądza popychał Bonapartego do wzniecania coraz bardziej desperackich konfliktów). Pod koniec wojen napoleońskich frustracja społeczna sięgnęła zenitu. 11 maja 1812 roku, w holu Izby Gmin został zastrzelony premier Spencer Perceval. Był to jedyny przypadek zamordowania urzędującego premiera w całej historii Wielkiej Brytanii. Zabójcą był niejaki John Bellingham, jeden z tysięcy brytyjskich kupców zrujnowanych przez wojny napoleońskie. Perceval, zwolennik twardego kontynuowania walki aż do ostatecznego zwycięstwa, od początku swego urzędowania miał nikłe zaplecze polityczne i właściwie żadnego poparcia społecznego. Nie popierał go nikt albo prawie nikt - oprócz Coleridge'a, który chwali się tym w rozdziale 10 niniejszego dzieła.
Publicystykę polityczną Coleridge'a na łamach "The Morning Post" i "The Courier" możemy tu pominąć, bo i w Biographia literaria jest ona zaledwie wzmiankowana. Trzeba natomiast nieco więcej powiedzieć o drugiej nieudanej próbie wydawania czasopisma przez Coleridge'a - o tygodniku "The Friend". Od czerwca 1809 roku do marca 1810 roku ukazało się 27 numerów tego pisma. Autorem prawie całej zawartości tygodnika był sam Coleridge. W przeciwieństwie do "Watchmana", "The Friend" nie zawierał krótkich komentarzy do bieżących wydarzeń politycznych, sprawozdań parlamentarnych czy wypisów z prasy krajowej i zagranicznej, ale dłuższe eseje, m.in. O głoszeniu prawdy i wiążącej się z tym, właściwie pojętej wolności prasy, O zasadach filozofii politycznej (esej poprzedzony tłumaczeniem fragmentu Traktatu politycznego Spinozy), O błędach ducha partyjniactwa, czyli Przeciwieństwa się spotykają; Pospolity błąd dotyczący podatków i opodatkowania; O prawie narodów itp.; ponadto: Listy Satyrana (w Biografii literackiej przedrukował trzy z nich, ale w "The Friend" jest ich więcej, m.in. opis Bożego Narodzenia 1798 roku w Ratzeburgu), wiersze swoje (Lęki w samotności, Hymn przed wschodem słońca w dolinie Chamouni) i Wordswortha (Oda o przeczuciu nieśmiertelności...), sporo wierszy barokowego poety włoskiego Gabriello Chiabrery we własnym tłumaczeniu, przykłady mądrości rabinackich z Miszny oraz szkice do biografii admirała sir Alexandra Balla (Coleridge był jego sekretarzem podczas pobytu na Malcie w 1804 roku), prawdziwego dżentelmena w mundurze Royal Navy, uwielbianego przez Maltańczyków za sposób bycia, a przez Brytyjczyków - za ocalenie Malty przed francuską inwazją. Eseje z "The Friend" są, obok Biographia literaria, najwspanialszymi osiągnięciami prozy Coleridge'a. Poeta był świadom ich dużej wartości i żałował, że nie miały szansy dotrzeć do większej liczby czytelników, ze względu na bardzo ograniczoną (wyłącznie subskrypcyjną) dystrybucję tego czasopisma; robił więc, co mógł, aby dać im drugie życie. W 1812 roku udało mu się doprowadzić do książkowego wydania tych esejów, a w 1818 roku ukazała się rozszerzona, trzytomowa edycja (w Biografii literackiej wspomina, że pracuje nad nią); zadedykował ją swoim przyjaciołom, doktorostwu Jamesowi i Annie Gillmanom. Ponadto w niniejszym dziele zamieścił kilkanaście dłuższych cytatów z tych esejów.
Poglądy polityczne (a właściwie polityczno-religijne) Coleridge'a w okresie pisania Biographia literaria najlepiej ilustruje esej Podręcznik męża stanu, czyli Biblia jako najlepszy przewodnik po politycznych umiejętnościach i zdolnościach przewidywania. Jak już wspomniano, został on napisany w 1816 roku, opublikowany jeszcze przed Biografią literacką i skrytykowany w "Edinburgh Review" przez Williama Hazlitta. Dlatego w ostatecznej redakcji niniejszego dzieła Coleridge postanowił zawrzeć odparcie zarzutów pod adresem Podręcznika męża stanu. W eseju tym, napisanym w konwencji kazania i zapowiadającym nieco późniejsze Świeckie kazania, poeta - syn pastora, brat pastora50, sam niedoszły pastor, mający osobowość świeckiego kaznodziei, co widać w jego esejach pisanych w formie kazania i co dostrzegali słuchacze jego wykładów51 - Coleridge poświęca zaskakująco dużo energii, by przekonać czytelnika do tezy, która chyba nie wymaga specjalnego przekonywania: że Biblia ma sens nie tylko historyczny, ale też uniwersalny (ponadczasowy i ponadlokalny); że mówi nie tylko o wydarzeniach przeszłych, ale można też wyciągnąć z niej nauki w odniesieniu do wydarzeń teraźniejszych i nadchodzących w najbliższej przyszłości w dziedzinie polityki. Co ważne jednak, jej sens jest nie tylko uniwersalny, ale też konkretny. Tak rozumianej prawdzie Biblii Coleridge przeciwstawia doktryny oświecenia i rewolucji francuskiej, które nie mogą być uznane, ponieważ są: a) nowe (a więc nie są ponadczasowe, nie są uniwersalne, zaś prawda musi być uniwersalna; pojęcie "nowej prawdy" jest wewnętrznie sprzeczne); b) abstrakcyjne. Coleridge'owska koncepcja prawdy uniwersalnej, a zarazem konkretnej, aż prosi się o zestawienie jej z Heglowską koncepcją konkretnej totalności ducha absolutnego oraz krytyką abstrakcyjności uniwersalizmu oświeceniowego. Rozwinięcie tej paraleli odłóżmy jednak na inną okazję. Nie należy spodziewać się, że Coleridge wyciąga jakieś szczegółowe nauki z tekstu Biblii. Podręcznik męża stanu nie jest podręcznikiem w takim rozumieniu jak np. Książę Machiavellego (nawiasem mówiąc, Coleridge bardzo cenił florenckiego myśliciela). Miejsca, w których próbuje on osiągnąć taki poziom szczegółowości, należą do najsłabszych w tym tekście, np. gdy twierdzi, że rewolucja francuska została wyprorokowana w Księdze Izajasza, a jej przebieg można wyczytać z odpowiednich wersetów tej księgi52. Koncept zaiste przedni, ale złóżmy to na karb stylistyki kazania.
Warto zwrócić na pewną figurę, występującą zarówno w Biographia literaria, jak i w Podręczniku męża stanu - figurę czytającej publiczności (Reading Public). Jest to czytelnik masowy, który woli przeczytać recenzję książki w popularnym magazynie kulturalnym niż samą książkę (choćby dlatego, że nie ma na to czasu; zarazem jednak chce być poinformowany o tym, "co nowego w kulturze"); czytelnik, którego smak i władza sądzenia są ukształtowane przez wątpliwej jakości krytyków literackich publikujących swe recenzje w tychże magazynach kulturalnych. (Inna rzecz, że zaliczenie do grona miernych krytyków Francisa Jeffreya czy Williama Hazlitta było zwykłą stronniczością i niesprawiedliwością; w każdym razie Hazlitt należy do autorów wzbudzających u czytelnika niesłabnące uczucie rozkoszy). Czytająca publiczność i recenzenci tworzą naturalny sojusz. Ze szkoły lichych nauczycieli-recenzentów wychodzą jeszcze lichsi uczniowie-czytelnicy masowi. Nie mając kompetencji do oceniania wytworów intelektu, czytająca publiczność rości sobie prawo do bycia pierwszą i ostatnią instancją ich osądu. Coleridge wpisuje się tu w długi poczet krytyków kultury umasowionej, mechanicznie reprodukowanej i skomercjalizowanej. Co ważne, dotyczy to nie tylko kultury literackiej, ale także - będącej w gruncie rzeczy jej częścią, o czym często się zapomina - kultury politycznej. Inaczej mówiąc: czytająca publiczność jest figurą niebezpieczną nie tylko dla dobrego smaku literackiego, ale i dla dobra publicznego. Coleridge zdaje sobie sprawę z tego, że oświeceniowy projekt powszechnej oświaty (edukacji narodowej) był zarazem projektem emancypacji politycznej mas. Przeciwstawiając mu się w drugim, politycznym aspekcie, pokazuje zarazem jego fiasko w aspekcie pierwszym, oświatowym. O fiasku tym świadczą zjawiska, takie jak grafomania, powszechne nieuctwo, a w najlepszym razie niedouczenie, rządy recenzentów czy poddanie książek prawom popytu i podaży.
Negatywnej figurze czytającej publiczności Coleridge przeciwstawia (w Podręczniku męża stanu, ale wątek ten jest już zasygnalizowany w Biografii literackiej, w rozdziale 11) figurę kleru. Pojęcie to należy tu rozumieć nie jako ogół ludzi pracujących w instytucjach religijnych, ale jako ogół ludzi potrafiących czytać i pisać w pełnym tego słowa znaczeniu, to znaczy ze zrozumieniem. Coleridge w drugiej dekadzie XIX wieku stwierdza, że w nowoczesnym społeczeństwie wzrasta liczba osób formalnie umiejących czytać i pisać, ale nie wzrasta liczba osób umiejących czytać i pisać w pełnym tego słowa znaczeniu, to znaczy ze zrozumieniem i z szacunkiem do tego, co czyta. W istocie w każdym społeczeństwie jest tylko pewna grupa ludzi potrafiących opanować trudną sztukę czytania i pisania, wymagającą długich studiów, skupienia, a także pewnej dozy talentu. Właśnie ten stan nazywa Coleridge "klerem", nawiązując tyleż do sytuacji z wieków średnich, gdy kler był jedynym stanem społecznym, którego członkowie potrafili czytać i pisać, co i do bliskich związków (nie tylko etymologicznych) między figurami kleryka i klerka (klerk jako nowoczesny kleryk). Coleridge pisze ad clerum, a nie do czytającej publiczności; stąd też forma kazania, jaką nadaje Podręcznikowi męża stanu i napisanym wkrótce potem Świeckim kazaniom.
Różnica między czytającą publicznością a klerem w powyższym znaczeniu nie jest jednak różnicą tylko ilościową. Coleridge wykonuje kolejną woltę znaczeniową, niejako przywracającą podstawowy sens pojęciu "kler". Otóż starannie wykształcony stan kleryków-klerków, zdaniem poety, nigdy nie popadnie w błędy, które stały się udziałem filozofii XVIII-wiecznej. Umiejętność czytania i pisania w pełnym tego słowa znaczeniu, ze zrozumieniem, nigdy nie doprowadzi do poglądów materialistycznych, mechanistycznych, deterministycznych, ateistycznych, jakobińskich, ani nawet demokratycznych czy utylitarystycznych. Wszystko to są herezje, które wyznawać może tylko niedouczona czytająca publiczność. Starannie wykształcony kleryk-klerk będzie, zdaniem starego Coleridge'a, mocą samego swego etosu stać na straży wiary i tradycyjnego porządku społecznego.
***
Przemiana osobowości intelektualnej Coleridge'a od czasów studenckich do napisania Biografii literackiej zachodziła więc równolegle na kilku płaszczyznach. W filozofii Coleridge przeszedł drogę od Hartleyowskiego asocjacjonizmu do własnej odmiany transcendentalizmu; w religii - od unitarianizmu do trynitaryzmu i do takiej odmiany anglikanizmu, która stosunkowo najbardziej przypominała katolicyzm; w polityce - od pantisokracji i agitacji radykalno-reformatorskiej w "The Watchman" do twardego toryzmu. Portret człowieka myślącego nie przypomina portretu malarskiego, statycznie utrwalającego pewną pozę, pewien moment; zawsze jest obrazem myśli w ruchu. Portret Coleridge'a uda nam się uchwycić tylko wtedy, gdy uświadomimy sobie, że przemiany w każdej z tych głównych dziedzin myślenia wpływały na siebie i warunkowały się wzajemnie, tworząc jeden strumień intelektualny, płynący w jednym kierunku, ale złożony z kilku nurtów. A przy tym wszystkim Coleridge powtarza w Biografii literackiej, że przez wszystkie te lata pozostawał wierny stałym, niezmiennym zasadom.
Dziś w teatrze
Dwudziesty trzeci rozdział Biographia literaria zawiera krytykę sztuki Charlesa Roberta Maturina Bertram, czyli Zamek Świętego Aldobranda, a także uwagi Coleridge'a na temat aktualnego stanu teatrów angielskich, zgubnego wpływu dramatu niemieckiego w stylu Kotzebuego itp. W związku z tym warto powiedzieć parę słów o związkach poety z teatrem.
O pierwszej próbie sił Coleridge'a jako dramaturga, czyli o Upadku Robespierre'a, była już mowa. Sztuka ta była tak udana jak próby krzewienia cnoty za pomocą gilotyny. Inaczej rzecz ma się z Osoriem, tragedią napisaną w 1797 roku, w owym niezwykle urodzajnym roku spędzonym w Stowey w hrabstwie Somerset, kiedy to Coleridge napisał m.in. Rymy o sędziwym marynarzu. Akcja Osoria toczy się w XVI-wiecznej Grenadzie, za czasów Filipa II. Wątek Świętej Inkwizycji gorliwie tropiącej i prześladującej morysków (potajemnie praktykujących islam pomimo urzędowego nakazu powszechnej konwersji na chrześcijaństwo) uważa się za aluzję do politycznych polowań na czarownice owego czasu, do (słusznych lub niesłusznych) oskarżeń o sympatie prorewolucyjne i/lub projakobińskie oraz związanych z tym nieprzyjemnych konsekwencji. Coleridge sięgnął też po chwyty z repertuaru opowieści gotyckiej (czary, jaskinie, lochy, widma). Podjął grę z modną i popularną konwencją, o której skądinąd nie miał szczególnie wysokiego zdania; niejako spróbował sił w ówczesnej popkulturze. Pisał Osoria z myślą o wystawieniu w teatrze Drury Lane, ale tekst został odrzucony przez Richarda Brinsleya Sheridana, który od 1776 roku był dyrektorem tej sceny (przejął ją z rąk Davida Garricka) i jest uważany za twórcę jej Złotego Wieku. To była pierwsza (chyba niezasłużona) porażka Coleridge'a w dziedzinie teatru. Do wydanych rok później Ballad lirycznych włączył dwa fragmenty Osoria: The Foster-Mother's Tale (Opowieść Piastunki) i Loch.
Kiedy w 1812 roku ponownie otwarto Drury Lane Theatre po katastrofalnym pożarze z 24 lutego 1809 roku, już bez Sheridana (pożar teatru doprowadził go bowiem do bankructwa), Coleridge ponownie zaproponował tej scenie Osoria - i tym razem dramat został przyjęty. Na potrzeby tej inscenizacji Coleridge przerobił tekst sprzed piętnastu lat: zmienił tytuł na Remorse (Skrucha), zmienił imiona bohaterów na bardziej chwytliwe lub bardziej zgodne z aktualnymi modami, dokonał też innych retuszy. Zwraca się uwagę na podobieństwo niektórych scen i wątków Remorse do utworów Schillera, zwłaszcza Zbójców i niedokończonej powieści Spirytualista. Możliwe, że Coleridge wyretuszował też (jako coraz bardziej stanowczy konserwatysta) te fragmenty wcześniejszej wersji, które były zbyt otwartą krytyką atmosfery lęków i nagonek antyrewolucyjnych z ostatnich lat XVIII wieku. Remorse miała premierę w Drury Lane w styczniu 1813 roku i okazała się wielkim sukcesem. Coleridge pisze o tym wydarzeniu w rozdziale 10 Biografii literackiej. W tymże roku była grana dwadzieścia razy i miała trzy wydania książkowe. Nie sposób więc twierdzić, że Coleridge nie umiał pisać dla sceny, choć genialnym dramaturgiem też nie był. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że widownia nowego budynku Drury Lane Theatre, otwartego w 1812 roku i działającego do dziś, liczy nieco ponad trzy tysiące miejsc, i jeśli przyjmiemy, że podczas każdego z tych dwudziestu wieczorów większość miejsc musiała być zajęta, to uświadomimy sobie potęgę oddziaływania ówczesnego teatru (zwłaszcza jeśli porównamy to z nakładami ówczesnej prasy, mającej jeszcze przed sobą przekroczenie progu naprawdę masowych nakładów). Remorse obejrzało w ciągu kilku miesięcy, od stycznia do maja 1813 r., kilkadziesiąt tysięcy widzów; nie tylko londyńska śmietanka literacko-salonowa, ale też liczna klasa średnia. Teatr był środkiem masowego przekazu, zanim stała się nim prasa.
Nic dziwnego, że po takim sukcesie scenicznym Coleridge, po ukończeniu Biografii literackiej (to jest jej korpusu, rozdziałów 1-22), wziął się do pisania kolejnego dramatu - Zapolyi. Wreszcie chciał napisać dramat dojrzały, integralny, nie przeróbkę tekstu z poprzedniego okresu, w którym żywił inne przekonania, ale utwór sceniczny oparty od początku do końca na aktualnych poglądach filozoficznych, religijnych, politycznych, moralnych i artystycznych. Akcja Zapolyi toczy się w baśniowej Ilirii, mającej z realną krainą nad Adriatykiem tyle wspólnego, co Szekspirowskie Czechy, Ateny czy Las Ardeński z oryginalnymi lokacjami. I właśnie baśnie Shakespeare'a, Opowieść zimową, Jak wam się podoba czy nawet Burzę, najbardziej przypomina Zapolya. Grupa bohaterów spędza czas na pastoralnym, pozaczasowym odludziu, na które została wypędzona (lub na które dobrowolnie usunęła się) z wielkiego świata, świata politycznego, miejskiego i historycznego przez niegodziwego uzurpatora. Niesprawiedliwa tyrania zostanie jednak w końcu obalona. Ze względu na czas powstania sztuki i z uwagi na poglądy polityczne Coleridge'a dopatrywano się w historii upadku tyrana Emeryka analogii do rozgrywającego się właśnie ostatniego aktu upadku Napoleona.
Po ukończeniu Zapolyi Coleridge zaproponował tę sztukę Drury Lane. Tym razem teatr odrzucił jego propozycję, natomiast zakupił sztukę Bertram młodszego o dziesięć lat Charlesa Roberta Maturina, którego twórczość zwróciła uwagę sir Waltera Scotta i lorda Byrona. Dzięki protekcji tych dwóch gwiazd literackich debiutancka sztuka Maturina miała premierę w Drury Lane w 1816 roku, z samym Edmundem Keanem w roli tytułowej. Była grana przez dwadzieścia dwa wieczory, co było ogromnym sukcesem. Dziś jest niemal kompletnie zapomniana (a raczej byłaby - gdyby nie krytyka Coleridge'a w tym dziele), a Charles Maturin przeszedł do historii literatury przede wszystkim jako autor gotyckiej powieści Melmoth the Wanderer (1820), która w XIX wieku zrobiła międzynarodową karierę i do dziś jest absolutnym klasykiem literatury grozy (ale do tej pory, o dziwo, nie doczekała się polskiego przekładu). Coleridge najpierw opublikował krytykę Bertrama anonimowo w "The Courier", w sierpniu i wrześniu 1816 roku, jakby sondując reakcje czytelników; po tej próbie zdecydował się zamieścić ją w Biografii literackiej. Ton tego tekstu jest zaskakująco ostry i napastliwy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że poeta z powodu najpospolitszej zawiści popełnił ten sam grzech napastliwego (i pierwotnie anonimowego) paszkwilanctwa, który we wcześniejszych rozdziałach wytykał zoilom napadającym na twórczość jego własną oraz jego przyjaciół.
Gdyby jednak do tego tylko sprowadzała się treść tego rozdziału, to nie byłby on interesujący. Dużo ważniejsze jest to, że w krytyce Bertrama Coleridge rozwinął drugą swoją słynną koncepcję - zawieszenia niewiary (suspension of disbelief). Pojęcie to wprowadził już wcześniej (nawiasem mówiąc, w całym tym dziele to słynne pojęcie pada tylko raz, na początku tomu drugiego), ale dopiero tutaj opisuje je szczegółowo na przykładzie figury Don Juana, w wersji z dramatu Thomasa Shadwella The Libertine. My wiemy, że taka kombinacja cech jak w postaci Don Juana nie tylko nigdy nie występowała, ale też nigdy wystąpić nie mogła. Niemniej godzimy się nie tylko na nieprawdę, ale też na nieprawdopodobieństwo, aby osiągnąć określony cel artystyczny i moralny, niemożliwy do osiągnięcia za pomocą innych środków. Coleridge'owska zasada zawieszenia niewiary jest wyzwaniem rzuconym Arystotelesowskiej zasadzie, że poezja jest bardziej filozoficzna od historii, bo historia pokazuje tylko to, co się faktycznie zdarzyło, a poezja - to, co zdarzyć się mogło i może. Natomiast Coleridge zaleca pokazywanie tego, co nie tylko nie zdarzyło się, ale nawet zdarzyć się nie może. Ze względu na zasadę zawieszenia niewiary uchodzi więc za jednego z pierwszych (o ile nie pierwszego) nowoczesnego teoretyka fikcji literackiej, a także za intelektualnego patrona literatury fantastycznej.
Wprawdzie jeszcze w 1817 roku Zapolya została wystawiona przez konkurencyjny, choć mniej prestiżowy Surrey Threatre (i była tam grana z powodzeniem) oraz została wydrukowana przez to samo wydawnictwo Gale & Fenner, które wydało Biografię literacką (do której pierwotnie Zapolya miała nawet wejść jako wypełniacz tomu drugiego), niemniej to kolejne rozczarowanie ostatecznie zniechęciło Coleridge'a do teatru i więcej prób dramatopisarskich już nie podejmował.
Epilog: Coleridge po polsku
Dawniejsze przekłady wierszy Coleridge'a na język polski (m.in. Stanisława Koźmiana i Jana Kasprowicza) mają wartość tylko historyczną. Właściwie dopiero w drugiej połowie XX wieku jego poezja została udanie i w szerszym, reprezentatywnym wyborze przybliżona polskim czytelnikom. Było to zasługą dwóch wybitnych tłumaczy: Stanisława Kryńskiego i Zygmunta Kubiaka. Pierwszy z nich opracował antologię Angielscy "Poeci Jezior" (Ossolineum, Wrocław 1963) z obszernym wyborem wierszy Wordswortha, Coleridge'a i Southeya. Drugi wydał Poezje wybrane Coleridge'a (PIW, Warszawa 1987) oraz Aforyzmy (PIW, Warszawa 1975). Pojedyncze wiersze angielskiego poety tłumaczyli Czesław Miłosz i Stanisław Barańczak. Jeśli chodzi o prozę Coleridge'a, to w antologii Manifesty romantyzmu 1790-1830. Anglia, Niemcy, Francja pod redakcją Aliny Kowalczykowej ukazały się dwa fragmenty wykładów Coleridge'a z 1818 roku (Ogólny charakter literatury i sztuki gotyckiej oraz Sny, widziadła, alchemicy, osobowość złego ducha, identyczność cielesna) oraz esej O poezji, czyli sztuce, inspirowany esejem Schellinga Über das Verhältnis der bildenden Künste zu der Natur z 1807 roku. Wszystkie trzy teksty przełożyła Janina Kamionkowa. Ostatnio pojawiło się też zainteresowanie Coleridge'em jako konserwatystą. Świadczy o tym wydanie przez Ośrodek Myśli Politycznej wyboru późnych pism politycznych O konstytucji Kościoła i państwa w przekładzie Jakuba Czernika i z przedmową Piotra Musiewicza (Kraków 2017). Tom ten zawiera, oprócz tytułowego eseju, także omawiany powyżej i cytowany Podręcznik męża stanu oraz fragment Świeckich kazań.
Jeśli chodzi o Biographia literaria, to dwukrotnie przełożono już na polski jej fragmenty, które uchodzą za kluczowe dla poglądów angielskiego myśliciela na teorię wiersza, poezji i literatury. W antologii Stefanii Skwarczyńskiej Teoria badań literackich za granicą, tom 1, część 1, ukazały się fragmenty rozdziałów 14, 17 i 18 w przekładzie Marii Kaliskiej. Natomiast w numerze "Literatury na Świecie" 9-10/2012, obok czterech wierszy w przekładzie Adama Pomorskiego: Hymn przed wschodem słońca w Chamouni, W mroźną noc, Pamiątka i Kubilaj-chan, znalazły się rozdziały 14 i 17 Biographia literaria w przekładzie Mikołaja Wiśniewskiego.
Niniejszy przekład jest pierwszym polskim tłumaczeniem całej Biografii literackiej. Podstawą przekładu było krytyczne wydanie pod redakcją naukową prof. Adama Robertsa (Edinburgh University Press, 2014), wykładowcy klasycznej literatury angielskiej na Uniwersytecie Londyńskim i autora kilkunastu powieści science fiction. Wszystkie przypisy gwiazdkowe pochodzą do Coleridge'a, wszystkie przypisy liczbowe - ode mnie lub od redaktorów tomu. Wszystkie cytaty nieopatrzone adresem bibliograficznym (zarówno wiersze, jak i proza) podaję we własnym przekładzie.
Serdecznie dziękuję osobom, które znacznie przyczyniły się do ulepszenia tego przekładu: dr. Mateuszowi Falkowskiemu za zainicjowanie tego przedsięwzięcia translatorskiego i za liczne uwagi redaktorskie, dr. Łukaszowi Kołoczkowi za naukowe opracowanie cytatów z greki oraz dr. Andrzejowi Stefańczykowi za naukowe opracowanie cytatów z łaciny.
Bartosz Działoszyński
Lipiec 2019 r.