Biografia niepełna i bez przymiotnika - Barbara Płoszyńska

Kup ebooka

16.15 zł
13.40 zł (13,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jasiek i konwalie

Ta drobna dziewczyna z niesfornymi blond kosmykami wokół głowy miała zniewalający uśmiech, ale jakby nie zdawała sobie z tego sprawy. Z powodu swojej nieśmiałości nie miała zbyt wielu wielbicieli. Tworzyła przyjemne dla oka tło - tylko tło. Nie stała w pierwszym rzędzie, wolała oglądać świat z boku.

On też nie od razu chciał się z nią umówić. Nieco ją to zdziwiło, bo niczym zewnętrznie nie przyciągał i była pewna... że się podoba temu przygarbionemu, blademu, szczupłemu chłopakowi. Nie oszołomił jej właściwie nigdy, a jednak on musiał ją zapamiętać, bo na następną wędrówkę przyszedł z jaśkiem.

To był rześki, wiosenny czas. Przy drogach kwitły tarniny, ziemia pachniała, a nad polami śpiewały skowronki. Dobrze było iść ze studencką grupą przed siebie, zostawić codzienne biedy gdzieś daleko w mieście. Chłopak, choć niepozorny, był jednak bardzo oryginalny, taki nienowocześnie uczciwy. Nic wokół niego nie było fałszywe, czy choć dwuznaczne - czarne było czarne, a białe białe. Tylko on pomyślał, że jasiek się przyda, bo trudno spać na twardej, zimnej, drewnianej podłodze w wiejskiej szkole po trudach całodziennej wędrówki. Jasiek był lekki, ale wypełniał dużą część plecaka. Nieporęczna poduszeczka zabrana była specjalnie dla dziewczyny. Zdziwiło ją to i wzruszyło. Potem też zawstydziło, kiedy po długim marszu wyciągnęła się wreszcie gdzieś na podłodze, a chłopak bezceremonialnie zdjął jej buty i skarpetki, po czym zaczął masować jej zmęczone nogi. Nawet nie protestowała, bo zrobił to tak zdecydowanie, jakby to było coś oczywistego. Zaopiekował się nią i to było ważne.

Długo się nie widzieli, aż kiedyś spotkali się na ulicy w styczniowe przedpołudnie. On szedł do szpitala - na operację. Był sam w obcym mieście. Zwyczajnie się bał, co go czeka. Zrobiło jej się żal chłopaka. Odprowadziła go, a potem odwiedzała, bo przecież nie miał nikogo. Bolało go i dlatego przynosiła mu konwalie, jasne i czyste - naturalne jak on sam. Pięknie pachniały. I tak już zostali razem.