Bill, bohater galaktyki - Harry Harrison

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (20,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Bill w grun­cie rze­czy ni­gdy sobie do końca nie uświa­do­mił, że wszystko zaczęło się od seksu. Gdyby owego ranka słońce nie świe­ciło tak mocno na wypo­le­ro­wa­nym nie­bie Phi­ge­ri­na­donu II i gdyby Bil­lowi nie śmi­gnął śnież­no­biały, barył­ko­waty tyłe­czek kąpią­cej się w stru­mie­niu Ingi-Marii Caly­phy­gii, to zamiast roz­trzą­sać zawiłe pro­blemy róż­nicy płci, przy­ło­żyłby się bar­dziej do pługa i w momen­cie, kiedy na dro­dze roz­brzmiały upojne dźwięki muzyki, znaj­do­wałby się już po dru­giej stro­nie wzgó­rza i nic by nie usły­szał, a jego życie wyglą­da­łoby zupeł­nie, ale to zupeł­nie ina­czej. Tak się jed­nak nie stało, toteż Bill puścił rączki pługa cią­gnię­tego przez robo­muła i zaczął gapić się na drogę.

Widok był zaiste impo­nu­jący. Na czele pochodu szedł robot orkie­stra, wysoki na dwa­na­ście stóp, zna­ko­mi­cie się pre­zen­tu­jący w wiel­kiej futrza­nej cza­pie kry­ją­cej zestaw gło­śni­ków hi-fi. Kro­czył pew­nie na swo­ich zło­tych, podob­nych do kolumn nogach, a jego trzy­dzie­ści ramion rżnęło, szar­pało i naci­skało, co się tylko dało w osza­ła­mia­ją­cej licz­bie instru­men­tów. Wydo­by­wała się z nich dziar­ska woj­skowa muzyka i nawet cham­skie stopy Billa zaczęły się ruszać w drew­nia­nych cho­da­kach, kiedy błysz­czące buty masze­ru­ją­cych za robo­tem żoł­nie­rzy odmie­rzały dono­śnym stu­ko­tem dosko­nale równy rytm. Medale pobrzę­ki­wały na sze­ro­kich pier­siach woja­ków i w sumie był to bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej pod­nio­sły widok, jaki można sobie wyobra­zić. Za żoł­nie­rzami masze­ro­wał sier­żant, wspa­niały w swym pół­pan­ce­rzu, galo­nach, meda­lach, baret­kach, przy szpa­dzie i kró­cicy, prze­cięty nie­mal na pół woj­sko­wym pasem. Jego sta­lowy wzrok spo­czął na gapią­cym się zza płotu Billu; wykro­jone jakby z kawałka bla­chy usta wykrzy­wiły się w przy­ja­ciel­skim uśmie­chu, ski­nął nie­znacz­nie głową i mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo. W chwilę póź­niej mały oddział pomasze­ro­wał dalej, a wraz z nim zaku­rzona horda pod­ska­ku­ją­cych, peł­za­ją­cych czy jadą­cych na kół­kach robo­tów pomoc­ni­czych róż­nej maści. Kiedy i one znik­nęły, Bill prze­lazł z tru­dem przez płot i pognał za nimi co sił w nogach. Zazwy­czaj na Phi­ge­ri­na­do­nie II docho­dziło do co naj­wy­żej dwóch inte­re­su­ją­cych wyda­rzeń na każde cztery lata, toteż nie miał zamiaru stra­cić cze­goś, co zapo­wia­dało się jako trze­cie.

Kiedy zady­szany Bill wpadł na rynek, zebrał się tam już spory tłum przy­słu­chu­jący się pory­wa­ją­cemu kon­cer­towi. Robot orkie­stra rzu­cił się naj­pierw w gąszcz pod­nio­słych tak­tów Gwiezd­nych żoł­nie­rzy w niebo rów­nym kro­kiem, wyrą­bał sobie drogę do Rakie­to­wego grzmotu, aż wresz­cie omal się doszczęt­nie nie zde­mo­lo­wał w pogma­twa­nym ryt­mie W pie­kle sape­rzy dziel­nie kopią dziurę. Ostatni akord zaak­cen­to­wał z takim prze­ję­ciem, że jedna z jego nóg wystrze­liła nagle wysoko w powie­trze, ale została zręcz­nie schwy­tana w locie i robot zakoń­czył popis, balan­su­jąc na jed­nej nodze i wybi­ja­jąc takt ode­rwaną koń­czyną. Po fina­ło­wym, roz­ry­wa­ją­cym bębenki forte na bla­chach robot użył ode­rwa­nej koń­czyny jako wska­zówki, kie­ru­jąc uwagę tłumu na prze­ciw­le­głą stronę pla­cyku, gdzie usta­wiono trój­wy­mia­rowy ekran i budkę z napo­jami orzeź­wia­ją­cymi. Żoł­nie­rze znik­nęli już w knaj­pie i pro­mie­niu­jący ser­decz­nym uśmie­chem sier­żant został sam wśród robo­tów.

- A teraz słu­chaj­cie! Napoje na koszt cesa­rza, a tym­cza­sem, żeby wam się nie nudziło, parę kapi­tal­nych, przy­go­do­wych sce­nek z dale­kich kra­jów! - zawo­łał dono­śnym, twar­dym gło­sem.

Tłum skie­ro­wał się w tamtą stronę, Bill oczy­wi­ście także i tylko paru zgorzk­nia­łych, star­sza­wych osob­ni­ków, od wielu lat sku­tecz­nie uni­ka­ją­cych zaciągu do woj­ska, znik­nęło mię­dzy domami. Napoje chło­dzące ser­wo­wał robot z kur­kiem w miej­scu pępka i nie­wy­czer­pa­nym zapa­sem pla­sty­ko­wych kubecz­ków w bio­drze. Bill pocią­gnął z zado­wo­le­niem sma­ko­wity tru­nek, chło­nąc jed­no­cze­śnie bajeczne przy­gody żoł­nie­rzy z Oddzia­łów Kosmicz­nych, w kolo­rze, z efek­tami dźwię­ko­wymi i sty­mu­lu­ją­cym pod­kła­dem pod­dźwię­ko­wym. Było tam wszystko - bitwa, chwała i śmierć, cho­ciaż ginęli tylko Chin­ge­rzy, jedyną zaś szkodą, jakiej dozna­wali żoł­nie­rze, były este­tyczne, małe ranki na koń­czy­nach, które dawały się bez pro­ble­mów przy­kryć nie­wiel­kimi opa­trun­kami. Bill zajęty był podzi­wia­niem tego wszyst­kiego i nie miał zie­lo­nego poję­cia, że go z kolei podzi­wia rekru­tu­jący nowych żoł­nie­rzy sier­żant Grue, któ­rego małe, świń­skie, pło­nące chci­wo­ścią oczka przy­warły do jego karku.

- To ten! - zare­cho­tał pod nosem, nie­świa­do­mie obli­zu­jąc wargi języ­kiem pokry­tym żół­ta­wym nalo­tem.

Już nie­mal czuł w kie­szeni pre­mię, jaką dosta­nie za tego osiłka. Tłum zebrany na placu skła­dał się głów­nie z pod­sta­rza­łych męż­czyzn, tłu­stych kobiet, dzie­cia­ków i innego nie­na­da­ją­cego się do służby mate­riału. Wyją­tek sta­no­wił ten bar­czy­sty, umię­śniony kęs elek­tro­nicz­nego mięsa armat­niego. Z pre­cy­zją świad­czącą o dużej wpra­wie sier­żant nieco zmniej­szył pod­dźwię­kowy pod­kład i skie­ro­wał w poty­licę swej ofiary wąski stru­mień sty­mu­la­cyjny. Bill aż zadrżał cały, bio­rąc nie­mal udział w roz­gry­wa­ją­cej się przed jego oczami wspa­nia­łej bitwie.

Kiedy prze­brzmiał ostatni akord i ekran zgasł, robot bar­man zało­mo­tał dono­śnie o swoją meta­lową pierś, wykrzy­ku­jąc: "Napoje! Napoje!". Publicz­ność jak stado bara­nów pospie­szyła gro­mad­nie w jego kie­runku, Billa nato­miast zatrzy­mał na miej­scu mocny uchwyt czy­jejś ręki.

- Hej, mam tu coś dla cie­bie - powie­dział sier­żant, wrę­cza­jąc Bil­lowi kubek płynu zawie­ra­ją­cego tak strasz­liwe stę­że­nie środ­ków osła­bia­ją­cych oso­bo­wość, że na dnie naczy­nia zaczęły się two­rzyć ich krysz­tały. - Fajny z cie­bie chło­pak i na moje oko te dupki się do cie­bie nie umy­wają. Myśla­łeś kie­dyś o karie­rze w woj­sku?

- Ja tam sze do tego nie nadaję, szer­żan­cze. - Bill kłap­nął parę razy szczęką i splu­nął, bo coś mu się dziw­nie ciężko mówiło. Nie mógł też zebrać myśli, ale i tak o jego odpor­no­ści dobrze świad­czyło to, że po takiej dawce che­micz­nych i pod­dźwię­ko­wych sty­mu­lan­tów w ogóle jesz­cze trzy­mał się na nogach. - Nie nadaję się. Ja tam chcę być dobry w tym, co lubię. Już pra­wie skoń­czy­łem kore­spon­den­cyjny kurs na ope­ra­tora mecha­nicz­nych roz­trzą­sa­czy obor­nika i...

- Eee, to tro­chę obcia­chowa robota dla takiego bystrego faceta - powie­dział sier­żant, pokle­pu­jąc go kon­tro­l­nie po bicep­sie. Skała. Z tru­dem powstrzy­mał się od odchy­le­nia Bil­lowi wargi i obej­rze­nia mu zębów. Zdąży to zro­bić póź­niej. - Niech to robią ci, co muszą, tu nie masz żad­nej szansy na awans. W woj­sku możesz zajść ho, ho, albo i wyżej. Weź na przy­kład admi­rała Pflun­gera - prze­szedł, jak to się mówi, przez całą dłu­gość dyszy: od sze­re­gowca do wiel­kiego admi­rała. I co ty na to?

- No, to bar­dzo miłe dla pana Pflun­gera, ale dla mnie roz­trzą­sa­nie obor­nika jest jed­nak znacz­nie cie­kaw­sze. O rany... ale mi się chce spać. Chyba gdzieś się położę.

- Naj­pierw zrób mi małą przy­sługę i popatrz na to - prze­rwał mu sier­żant, wska­zu­jąc książkę trzy­maną przez małego robota. - Strój two­rzy czło­wieka, a więk­szość ludzi wsty­dzi­łaby się poka­zać w tym nędz­nym cha­ła­cie, jaki masz na sobie, albo w takich bucio­rach. Czemu masz tak wyglą­dać, skoro możesz tak?

Gruby paluch wska­zał Bil­lowi, gdzie ma patrzeć - na kolo­rową stronę w książce, na któ­rej dzięki cudom tech­niki zasto­so­wa­nej do zwy­rod­nia­łych celów w pysz­nej czer­wieni mun­duru Oddzia­łów Kosmicz­nych poja­wiła się twarz Billa. Sier­żant prze­wra­cał strony i na każ­dej z nich mun­dur był jesz­cze wspa­nial­szy, ozdo­biony insy­gniami coraz to wyż­szej szarży. Ostatni nale­żał do wiel­kiego admi­rała i Bill zamru­gał z nie­do­wie­rza­niem na widok wyzie­ra­ją­cej spod ozdo­bio­nego pysz­nym pió­ro­pu­szem kape­lu­sza twa­rzy, co prawda pokry­tej zmarszcz­kami i z ele­ganc­kim, szpa­ko­wa­tym wąsi­kiem, nie­mniej jed­nak bez wąt­pie­nia jego wła­snej.

- Tak będziesz wyglą­dał, kiedy sta­niesz na szczy­cie dra­biny - wyszep­tał mu do ucha sier­żant. - Pew­nie chciał­byś przy­mie­rzyć mun­dur. Kra­wiec!

Kiedy Bill otwo­rzył usta, żeby zapro­te­sto­wać, sier­żant wetknął w nie mon­stru­al­nych roz­mia­rów cygaro i zanim Bill zdo­łał je wyjąć, pod­je­chał na swych kół­kach kra­wiec, oto­czył go ramie­niem-para­wa­nem i roze­brał do naga.

- Hej! Hej! - rzu­cił Bill.

- To nie będzie bolało - zapew­nił sier­żant, wetknąw­szy za para­wan wielką głowę. Obrzu­cił peł­nym apro­baty spoj­rze­niem umię­śnione kształty Billa, dziab­nął go pal­cem w mię­sień pier­siowy (skała) i cof­nął głowę.

- Aua! - powie­dział Bill, kiedy kra­wiec dźgnął go zimną linijką przy zdej­mo­wa­niu wymia­rów.

Po chwili w pęka­tym brzu­chu robota coś zaszur­go­tało i ze szcze­liny w jego przed­niej ściance poczęła się wyła­niać olśnie­wa­jąco czer­wona bluza. W mgnie­niu oka zna­la­zła się na Billu, złote guziki zostały zapięte, po chwili doszły do tego paradne spodnie i błysz­czące, się­ga­jące kolan buty. Oszo­ło­miony Bill zachwiał się nieco, kiedy para­wan znik­nął, a zamiast niego poja­wiło się samo­bieżne, duże lustro.

- Dziew­czyny wprost sza­leją za mun­du­rami - oznaj­mił sier­żant - i trudno im się dzi­wić.

Wspo­mnie­nie ide­al­nie okrą­głych poślad­ków Ingi-Marii Caly­phy­gii zmą­ciło Bil­lowi na moment ostrość widze­nia, a kiedy ją odzy­skał, stwier­dził, że ści­ska w ręku dłu­go­pis i zabiera się wła­śnie do pod­pi­sa­nia jakie­goś for­mu­la­rza pod­su­nię­tego mu przez sier­żanta.

- Nie - powie­dział, sam nieco zdzi­wiony swoim upo­rem - naprawdę nie chcę. Ope­ra­tor mecha­nicz­nych roz­trzą­sa­czy obor­nika...

- Nie tylko dosta­niesz ten wspa­niały mun­dur i pre­mię, ale lekarz zbada cię zupeł­nie za darmo, a w dodatku cze­kają jesz­cze na cie­bie piękne medale. - Sier­żant otwo­rzył pła­skie pudełko, poka­zu­jąc błysz­czące rządki poukła­da­nych cia­sno odzna­czeń. - To na przy­kład - powie­dział z namasz­cze­niem, przy­pi­na­jąc do sze­ro­kiej piersi Billa coś, co przy­po­mi­nało mały inkru­sto­wany bry­lan­tami obło­czek - jest Hono­rowy Order dla Wstę­pu­ją­cych do Armii, to Cesar­ski Pozła­cany Róg Gra­tu­la­cyjny, to Gwiezdny Krzyż Zwy­cięz­ców, to Cześć i Chwała Mat­kom Pole­głych Boha­te­rów, to zaś Wieczny Róg Obfi­to­ści. Co prawda nic to nie zna­czy, ale ład­nie wygląda i można w tym nosić pre­zer­wa­tywy.

Odstą­pił krok wstecz, by móc w pełni roz­ko­szo­wać się wido­kiem pokry­tej wstąż­kami, kawał­kami metalu i błysz­czą­cymi szkieł­kami piersi Billa.

- Ale ja nie mogę - rzekł Bill. - Dzię­kuję za pro­po­zy­cję, ale...

Sier­żant tylko się uśmiech­nął, przy­go­to­wany na więk­szy nawet opór, i naci­snął guzik na swoim pasie. Guzik ten uru­cho­mił hip­no­tyczną igłę zamon­to­waną w obca­sie rekruc­kiego buta. Nie­od­party impuls szarp­nął rękę Billa, a kiedy dziwna mgła ustą­piła mu z oczu, zoba­czył, że wła­śnie zło­żył pod­pis.

- Ale...

- Witamy w Oddzia­łach Kosmicz­nych! - zagrzmiał sier­żant, waląc go po ple­cach (skała) i wyj­mu­jąc mu dłu­go­pis ze zdrę­twia­łych pal­ców. - Zbiórka! - zary­czał jesz­cze gło­śniej i żoł­nie­rze zaczęli się wysy­py­wać z knajpy.

- Cóżeśta zro­bili z moim synem? - wrza­snęła matka Billa.

Wpa­dła na rynek, jedną ręką trzy­ma­jąc się za pierś, drugą zaś cią­gnąc młod­szego brata Billa, Char­liego. Char­lie roz­be­czał się i zsi­kał w majtki.

- Pani syn służy teraz ku chwale cesa­rza - odparł sier­żant, usta­wia­jąc w sze­reg obwi­słosz­czę­kich i gar­ba­tych rekru­tów.

- Nie! Nie możeta tego zro­bić! - roz­pa­czała matka, rwąc sobie z głowy posi­wiałe włosy. - Jestem biedna wdowa, on jest moja jedyną nadzieją, nie możeta...

- Mamo... - ode­zwał się Bill, ale sier­żant wepchnął go z powro­tem do sze­regu.

- Niech pani będzie dzielna - powie­dział. - Nie może być dla matki więk­szego powodu do dumy. - Wepchnął jej do ręki dużą, świeżo wybitą monetę. - To pre­mia zacią­gowa, cały nowiutki szy­ling cesa­rza. Wiem, że on sam chce, żeby to pani dostała. Bacz­ność!

Ze stu­kiem obca­sów nie­zgrabni rekruci wypro­sto­wali plecy i wypięli piersi. Ku swemu nie­ma­łemu zdu­mie­niu to samo zro­bił Bill.

- W prawo zwrot!

Płyn­nie wyko­nali pole­ce­nie, kie­ro­wani impul­sami hip­no­tycz­nych igieł ukry­tych w obca­sach ich butów.

- Naprzód marsz!

Ruszyli jak jeden mąż, cały czas pod tak ści­słą kon­trolą, że Bill, cho­ciaż pró­bo­wał ze wszyst­kich sił, nie mógł nawet odwró­cić głowy czy poże­gnać matki choćby jed­nym gestem. Została z tyłu i tylko jesz­cze jeden udrę­czony szloch dotarł do niego poprzez grzmot żoł­nier­skiego kroku.

- Zwięk­szyć tempo do 130 - pole­cił sier­żant, spo­glą­da­jąc na zain­sta­lo­wany pod paznok­ciem małego palca cza­so­mierz. - Dzie­sięć mil do lądo­wi­ska, a potem na noc do obozu, chło­paki.

Dyk­tu­jący tempo robot zgod­nie z roz­ka­zem prze­sta­wił metro­nom, nogi poczęły żwa­wiej się poru­szać, a żoł­nie­rze pocić. Kiedy dotarli do lądo­wi­ska, było już pra­wie ciemno. Mun­dury z czer­wo­nego papieru wisiały na nich w strzę­pach, zło­ce­nia starły się z meta­lo­wych guzi­ków, znik­nął powierzch­niowy ładu­nek chro­niący przed kurzem ich cie­niut­kie buty. Byli zeszma­ceni, wykoń­czeni i brudni, i czuli się dokład­nie tak, jak wyglą­dali.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki