Rozdział 3
Jo na pewno nie mogła powiedzieć, że podczas swojej pierwszej nocy w nowym miejscu spała dobrze. Była za bardzo rozemocjonowana tym, co ją czeka i zastanawiała się, czy dogada się ze swoim nowym szefem. W jej głowie przyjął postać jej byłego kierownika i wyglądał trochę jak ktoś pomiędzy Hitlerem a księciem Karolem. Wow, niezłe połączenie...
Koło ósmej postanowiła wreszcie wstać. Była kompletnie wycieńczona po nieprzespanej nocy. Najpierw zaparzyła sobie kawy, pozwalając innym skorzystać z łazienki. Uznała, że tak będzie też sprawiedliwie: to ona była tu przecież nowa. Gdy przestąpiła próg kuchni po odświeżającym prysznicu, wszyscy już skończyli jeść śniadanie i wyjść, zostawiając po sobie w zlewie brudne gary. Podobnie jak to robiła w poprzedniej pracy, Jo napuściła wody do zlewu i po prostu umyła wszystkie naczynia.
Gdy wreszcie wyszła przed budynek, wciąż nie było tam nikogo z mieszkańców domu. Ale Agnes pokazała jej przecież poprzedniego wieczoru, co gdzie się znajduje, więc Jo wiedziała, w którym dokładnie miejscu była zbiórka. Przeszła się więc spacerkiem żwirową drogą, którą oświetlały pierwsze promienie słońca.
Po dotarciu na miejsce, zobaczyła jakiegoś mężczyznę, który nonszalancko oparł się o drzewo, głośno przegryzając jabłko. Mężczyzna zmierzył wzrokiem Jo z góry na dół, a następnie wytarł sobie rękawem ściekający mu z kącików ust sok.
Rany, ale był przystojny! Jo próbowała oderwać wzrok od jego niebieskich oczu, ale patrzył na nią w tak przeszywający sposób, że po prostu zaparło jej dech w piersiach. Musiała wytężyć wszystkie siły, żeby odwrócić od niego wzrok. Mężczyzna ponownie swobodnie uniósł dłoń z jabłkiem, żeby je ugryźć. Kontynuował w milczeniu przeżuwanie, jakby również na coś czekał.
- Już się bałam, że się spóźniałam - wyznała Jo, z niepewnym uśmiechem na twarzy. - Wszyscy mi powtarzali, że ten facet, znaczy szef ogrodu, ponoć nie cierpi, gdy ktoś się spóźnia.
Mężczyzna wciąż przeżuwał jabłko, co powoli zaczynało irytować Jo, która zawsze zaczynała wygadywać głupoty, gdy tylko atmosfera robiła się nerwowa.
- Podobno dość wredny z niego typ. Zna go pan?
Facet skinął głową. Przynajmniej tyle.
- I co? Faktycznie jest taki straszny, jak mówią?
Mężczyzna wziął zamach ręką i wyrzucił ogryzek do ogrodu, a potem odepchnął się od drzewa i zaczął iść w kierunku Jo.
- A co takiego o nim mówią?
Właściwie Jo powinna potraktować to pytanie jak ostrzeżenie. Ale ona była tak spięta, że po prostu zaczęła trajkotać dalej.
- No, za plecami nazywają go Scary Man, to chyba mówi wszystko na jego temat. Tak poza tym jestem Jo, nowa stażystka - powiedziała, wyciągając do niego dłoń, co zignorował i po prostu przeszedł obok niej.
- No to proszę ze mną, Jo, pokażę pani, na czym będzie polegało pani pierwsze zadanie.
- Yyy... a nie powinniśmy zaczekać na innych i na samego szefa? - zapytała niepewnie. - Kim pan w ogóle jest?
Odwrócił się w jej stronę z kamienną twarzą.
- Scary Man. A pani przyszła na miejsce zbiórki zdecydowanie za późno.
Cholera! A mogła trzymać język za zębami. Jo pospieszyła za mężczyzną.
- Przepraszam!
- Za spóźnienie czy za słowa prawdy?
- Za to i za to - dodała niepewnym głosem, idąc za nim.
Mężczyzna zatrzymał się przed niewielkim budynkiem.
- Po pierwsze wiem, jaką mam reputację, a po drugie obowiązuje tu jedna zasada: kto przychodzi za późno, dostaje karę. Posprząta dziś pani chlew z gnoju. Tę pracę zawsze dostaje ostatni. Pewnie koledzy i koleżanki akurat o tym zapomnieli panią poinformować.
Ach, to dlatego tak szybko uciekli z kuchni, nie umywszy po sobie naczyń. Mężczyzna popatrzył sceptycznie na jej ubranie.
- To jest pani strój roboczy?
Jo miała na sobie dżinsy, wełniany sweter, kamizelkę i półbuty.
- Coś z nim nie tak?
- Nic, jeżeli zamierza pani zaraz po pracy wyrzucić buty na śmietnik. - Kierownik wskazał dłonią na główny budynek. - Proszę pójść do pani Douglas i zgłosić jej, że potrzebuje pani pakietu dla żółtodziobów. Po powrocie zajmie się pani gnojem. Wyrzuci go pani za budynkiem. Tam też pani znajdzie taczkę, łopatę i widły. Siano może pani przewieźć taczką z tamtego budynku. Życzę dobrej zabawy!
Wyglądało na to, że skończył z nią rozmawiać, bo po tych słowach odwrócił się i odszedł.
Jo patrzyła za nim osłupiałym wzrokiem. Ten facet naprawdę zasługiwał na swoje przezwisko. Nie mogąc otrząsnąć się z osłupienia, Jo udała się do głównego budynku. Ponieważ wciąż niezbyt dobrze orientowała się w terenie, najpierw zabłądziła i trochę trwało, zanim wreszcie udało jej się odnaleźć administratorkę.
- Ach, skoro już tu pani jest, to może mi pani od razu podać swoje dane osobowe i pokazać dyplom, nie będzie pani wtedy musiała tu przychodzić jeszcze raz.
Jo odwróciła się i spojrzała w stronę ogrodu, jakby kierownik miał tam na nią czyhać za rogiem.
- No nie wiem, trochę się spóźniłam, więc pan Scarman i tak już był na mnie zły...
Pani Douglas uśmiechnęła się do Jo.
- Duncan Scarman też jest tylko pracownikiem. Nawet jeżeli czasami zachowuje się tak, jakby do niego należał cały ośrodek. Niech pani ze mną przejdzie do biura, załatwimy wszystkie formalności.
- Ale nie zabrałam ze sobą dyplomu. Nie miałam pojęcia, że mi się tu do czegoś przyda.
Jo nie sądziła, że dyplom ukończenia szkoły kucharskiej mógł być jej tu potrzebny.
- W takim razie proszę kogoś poprosić o przysłanie go na nasz adres.
Dwadzieścia minut później Jo wróciła do chlewu, taszcząc ze sobą gumiaki, parę butów roboczych, dwa swetry, trzy pary spodni roboczych i dwa T-shirty.
- Nawet pani jeszcze nie zaczęła? - krzyknął do niej kierownik, wychodząc z chlewu. Właśnie przyszedł sprawdzić, jak sobie radziła z pracą.
- Proszę nie wyładowywać swojej złości na mnie, tylko na swojej szefowej. Poprosiła mnie o dopełnienie formalności. - Ci ludzie powoli zaczynali jej działać na nerwy.
Jo starannie złożyła ubrania na parapecie, ściągnęła buty i założyła gumiaki. Minęła Duncana, nawet na niego nie spoglądając, i weszła do chlewu.
Duncan poszedł za nią.
- Eee, lepiej...
Odwróciła się do niego z wściekłością.
- Jeszcze nawet nie zaczęłam, więc nie mogłam jeszcze zrobić niczego źle. Nie trzeba skończyć żadnych szkół, żeby sobie poradzić z wyrzuceniem gnoju. Nie ma pan do roboty nic innego, jak tylko mnie nadzorować?
Zaskoczony Duncan zrobił krok do tyłu.
Jo rozejrzała się wokół i zobaczyła w chlewie pięć macior i jednego wieprza. Chwyciła za taczkę i widły, otworzyła furtkę zrobioną z prętów i weszła do środka.
Duncan obserwował w napięciu, co się zaraz wydarzy. Znał Heriberta i chciał tylko ostrzec Jo. Ale nie można pomóc komuś, kto nie chce słuchać rad. Postanowił poczekać z uśmieszkiem na to, co się zaraz stanie. Heribert go nie zawiódł. Ledwo zauważył, że ktoś wszedł na jego teren, odwrócił głowę i zaczął biec w kierunku Jo. Wystraszona kobieta krzyknęła i w pierwszym odruchu chciała stamtąd uciec, ale gdy tylko dotarł do niej głośny śmiech Duncana, zatrzymała się w miejscu.
- Niech się pani lepiej pospieszy z tą gnojówką. Nawiasem mówiąc, wieprz nic pani nie zrobi, chciałby się tylko z panią pobawić.
Jo spojrzała wieprzkowi prosto w oczy i ten zatrzymał się tuż przed nią. Na całe szczęście jego nastrój do zabawy nie udzielił się pozostałym świniom, które nie ruszyły się z miejsca.
- Dobra świnka!
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby mu mówić, jak będzie smakował. Tak w ogóle to nazywa się Heribert. - Nie dało się nie usłyszeć w głosie Duncana rozbawienia.
Jo wyciągnęła dłoń w stronę wieprza, żeby ją powąchał, a potem pogłaskała go ostrożnie po szczecinie na policzku. Zwierzę było całkiem spore, sięgało jej aż do bioder.
Heribert zbliżył się do niej jeszcze bardziej i potarł głową jej uda, a po chwili runął z impetem na ziemię, żeby pozwolić jej się pogłaskać po brzuchu.
- Gdy pani skończy te pieszczoty, to proszę mnie znaleźć. Pokażę pani, co jeszcze jest do zrobienia. No i będzie się pani sprzątało stanowczo łatwiej po zapędzeniu świń na wybieg... Fakt, nie trzeba mieć żadnych dyplomów, żeby tu pracować, wystarczy trochę pomyśleć, zanim się coś zrobi, ale najwidoczniej nie każdy to potrafi.
Po tych słowach Duncan opuścił chlew. Wyglądał na nieco zawiedzionego, że Heribert nie wystraszył nowej stażystki na tyle, by wybiegła stamtąd z krzykiem. Zazwyczaj tak to właśnie wyglądało w przypadku nowych stażystek i praktykantek, ale najwidoczniej nie wszystkich. Pewnie nie tak łatwo ją było zastraszyć ze względu na wiek, była chyba starsza od pozostałych stażystów. Nawet on sam nie zdołał wzbudzić w niej strachu...
Tuż przed południem Jo doprowadziła swoje zadanie do końca. Zmieniła buty i wyruszyła na poszukiwanie innych. Po drodze minęła niewielki las, w którym rosły jakieś niebieskie kwiaty, na widok których przystanęła ze zdumieniem. Gdy usłyszała za sobą czyjeś kroki, odwróciła się i zobaczyła za sobą swojego szefa.
- Ale tu piękne! Co to za kwiaty?
Spojrzał na nią osłupiałym wzrokiem.
- Nie wie pani?
- A pytałabym, gdybym wiedziała?
- To hiacyntowce. Każde dziecko u nas to wie.
- U nas nie rosną. Jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknych kwiatów!
Duncan uśmiechnął się.
- Tak, kwitną zawsze pod koniec marca i praktycznie same rosną. Ale faktycznie potrzeba wielu cebulek i kilku lat, żeby mógł z nich powstać taki dywan.
- Być może to trochę głupie pytanie, tym bardziej że przyszłam dziś trochę spóźniona, ale czy mogłabym zrobić sobie przerwę obiadową już teraz? Muszę jeszcze kupić parę rzeczy, a przyjechałam tu ze Szwajcarii wczoraj wieczorem, więc nie zdążyłam jeszcze zrobić zakupów.
- Całkiem nieźle sobie pani poradziła ze sprzątaniem chlewu, więc proszę jechać. Ale proszę przyjść na miejsce zbiórki punktualnie o wpół do drugiej.
- A mogę pożyczyć rower z szopy z narzędziami?
Duncan spojrzał na nią ze zdumieniem. - Nie ma pani prawa jazdy?
- Mam, ale ostatni raz prowadziłam samochód jakieś dziesięć lat temu. Mieszkałam w centrum miasta, więc nie miałam dotąd potrzeby kupować dla siebie auta.
Duncan skinął głową. Lalunia z miasta, tylko tego mu brakowało.
- Niech pani zrobi zakupy i stawi się punktualnie na miejscu.
Jo natychmiast pobiegła do szopy, gdzie znalazła stary rower. Pewnie stał dość długo nieużywany, bo niestety w jego kołach w ogóle nie było powietrza. Miała nadzieję, że dętki nie okażą się dziurawe. Na skrzynce obok zobaczyła pompkę, która była stara i brudna, ale na całe szczęście działała.
Z szopy wróciła najpierw do swojego pokoju po portfel. Po objaśnieniu przez Marie drogi do wioski Jo natychmiast wyruszyła. Przez dłuższy czas była jedynym uczestnikiem ruchu drogowego. Gdy nagle z naprzeciwka wyjechał jakiś samochód, natychmiast zaczął na nią trąbić. Idiota! Sekundę później uświadomiła sobie, że jechała po niewłaściwej stronie. Po kolejnym kwadransie dotarła do pierwszych domów, a zaraz potem znalazła sklep.
Po zakupach wyruszyła z kanapką w dłoni w powrotną drogę. Wciąż miała na sobie rękawiczki ogrodnicze. Choć świeciło słońce, powietrze marcowe wciąż jeszcze było dość chłodne. Pola wciąż miały nieciekawy brązowo-szary kolor, a wiosna nie zaczęła się jeszcze zupełnie. Mimo to Jo była zachwycona okolicą, miała wrażenie, jakby pierwszy raz w życiu widziała wokół siebie tyle nieba. Czuła się, jakby wreszcie mogła oddychać pełną piersią. Wszystkie jej zmartwienia zdawały się rozpływać w tym krystalicznie czystym powietrzu. Choć hotel znajdował się na skraju Highlands, droga wiodąca do wioski prowadziła po dość płaskim terenie.
Jo była tak zatopiona w delektowaniu się jazdą, że o mało nie minęła zakrętu do hotelu. Parsknęła śmiechem na samo wyobrażenie, że mogłaby się znowu spóźnić. Jej szef chyba by się wściekł! A tego nie chciała, więc zjawiła się na miejscu zbiórki pięć minut przed czasem jako druga z jego podwładnych.
- Umyłaś dziś rano wszystkie naczynia. Dzięki!
- Mogliście mi powiedzieć, że ostatniemu przypada w udziale sprzątanie chlewu.
Agnes zachichotała.
- Sorki, wszyscy przez to musieliśmy przejść.
Jo zdążyła już założyć ubranie i buty robocze, które nie należały do najwygodniejszych. Po chwili na miejscu zjawiły się również pozostałe osoby i punktualnie co do sekundy sam kierownik ogrodu. Podzielił ich na dwie grupy i polecił Jo przyciąć i nawieźć hortensje, które rosły w nieco oddalonej i zacienionej części ogrodu.
Audrey, która była uczennicą, dostała polecenie pokazać Jo, gdzie znajduje się nawóz, a potem pomóc Liz w sklepie. Udały się razem do szopy, w której mieścił się magazyn, i załadowały tam na taczkę worek nawozu, po czym skierowały się do ogrodu z hortensjami. Gdy zatrzymały się przed brązowymi łodygami, Jo spojrzała pytająco na Audrey.
- Ile mam je przyciąć?
Audrey spojrzała na Jo.
- Nie wiesz?! To hortensje Annabelle, najlepiej tak na wysokość dłoni od ziemi. Ale o szczegóły zapytaj najlepiej pana Scarmana.
- Nie, nie, poradzę sobie. A gdzie mam potem wyrzucić poodcinane gałęzie?
Audrey wskazała Jo drogę do kompostowni i sieczkarni.
- Wszystko jasne, już zaczynam. Dzięki, Audrey.
Praca paliła się Jo w rękach, więc wkrótce uwinęła się z podcinaniem hortensji w pierwszej grządce. Przeczytała na opakowaniu, ile nawozu potrzebują rośliny i jak go wprowadzić do gleby. Nie sprawiło jej to żadnych problemów, wszystko szło jak po maśle.
Dumna ze swojego dzieła odwróciła się w stronę kolejnej grządki. Nucąc pod nosem, przycięła kolejne kwiaty, użyźniła ziemię i wyruszyła z taczką do kompostowni, żeby zutylizować ścięte gałęzie. Po powrocie zobaczyła, że Duncan stoi i przypatruje się grządce kwiatów, które podcięła jako ostatnie. Gdy ją usłyszał, odwrócił się do niej. Zobaczyła, że jego oczy płoną gniewem.
- Czy pani oszalała?!
Jo dostrzegła kątem oka, że zbliża się do nich jakiś starszy mężczyzna, sądząc po ubraniu, był również ogrodnikiem.
- Ale o co panu chodzi?! Przecież zrobiłam to, co pan mówił! Podcięłam hortensje i podlałam je nawozem zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
- Nie podcięła pani hortensji, tylko je pani zrujnowała!
- Ale...
Duncan machnął jej wskazującym palcem pod samym nosem.
- Tu nie ma miejsca na żadne ale! Gdzie pani dotąd odbywała praktyki? Na farmie? Najwidoczniej nauczyła się tam pani tylko sprzątać gówno!
- W domu seniora, ale to nie ma nic do rzeczy.
Skonsternowany mężczyzna zaniemówił na chwilę. Przez głowę przeszła mu tylko myśl, że ten dom musiał być dość spory, skoro był tam także ogród, w którym na dodatek ogrodnicy mogli odbywać praktyki. Ale w Szwajcarii, skąd przybyła ta szalona kobieta, pewnie niektóre rzeczy wyglądają inaczej niż w jego kraju.
- Audrey powiedziała, że Annabelle trzeba przycinać na wysokość dłoni od ziemi.
- Ale te kwiaty to nie są hortensje Annabelle - wskazał na grządkę za sobą. - Jak można być tak ślepym, żeby nie rozpoznać, że to hortensje ogrodowe, którym przycina się same kwiaty? Przecież to podstawowa wiedza ogrodnicza, tego się uczy w pierwszej klasie! Ale pewnie pani o tym zapomniała, bo chodziła do szkoły dziesiątki lat temu.
- Jeżeli pije pan do mojego wieku, to pan chyba też nie ma dwudziestu lat.
- Duncanie, daj spokój, ja się tym zajmę - wtrącił się starszy ogrodnik przysłuchujący się dotąd z pewnym rozbawieniem tej dyskusji, zanim Duncan nie stracił ostatecznie panowania nad sobą. - Wykopiemy te hortensje i przesadzimy je do doniczek, a ty pójdziesz do sklepu i zamówisz nowe kwiaty.
- Odejmę to z pani wynagrodzenia!
- Którego i tak nie dostanę, bo przecież jestem tylko stażystką zarabiającą na swój nocleg. A może zechce mnie pan stąd za karę wykwaterować na jedną noc?
Duncan zrobił krok w jej kierunku, ale starszy mężczyzna uniósł dłoń i położył ją na klatce kierownika.
- Proszę, odejdź stąd i uspokój się, Duncanie!
Rozzłoszczony mężczyzna rzucił Jo ostatnie przeszywające spojrzenie.
- Jeszcze z panią nie skończyłem! Do końca pobytu będzie pani sprzątać chlew.
- Z przyjemnością! Przynajmniej spędzę ten czas w miłym towarzystwie.
Parskając ze złości, Duncan odwrócił się i odszedł.
Jo westchnęła, gdy oddalił się na tyle, że nie mógł jej już usłyszeć. Nie zorientowała się wcześniej, że kolana jej się trzęsą, ale teraz po prostu musiała sobie usiąść.
- No to ładnie narobiłam...
Ogrodnik roześmiał się serdecznie i usiadł na ławce obok niej.
- Szczerze mówiąc, dawno się tak dobrze nie bawiłem.
- Cieszę się, że przynajmniej panu dostarczyłam rozrywki, skoro i tak się tu do niczego nie nadaję. No ale przecież powinien trochę sprecyzować swoje polecenie. Nie może wychodzić z założenia, że potrafię przycinać hortensje.
- Skoro skończyła pani szkołę ogrodniczą, to właściwie powinna pani to wiedzieć.
- Że co? - Jo spojrzała osłupiałym wzrokiem na mężczyznę.
- Co panią tak dziwi? Nie skończyła pani szkoły ogrodniczej? - zapytał ze zdumieniem.
Jo pokręciła głową.
- Przecież w ogłoszeniu nie było żadnej informacji o wymogu posiadania dyplomu ze szkoły ogrodniczej. Pani Douglas wspominała tylko o tym, że trzeba mieć ukończoną szkołę, ale nie wspominała, jaką. Myślałam, że chodzi o wiek stażystów. Poza tym było tam wyraźnie napisane, że stażyści zostaną wprowadzeni w sztukę pielęgnacji profesjonalnych ogrodów.
- Nie rozumiem. - Mężczyzna podrapał się po brodzie. - Zazwyczaj podajemy w ogłoszeniach informację, że chodzi nam o roczny staż po ukończeniu szkoły ogrodniczej.
Jo zakryła nagle usta dłonią, bo zrozumiała, w jaki sposób doszło do tego nieporozumienia. Po chwili podniosła swój wzrok na ogrodnika z poczuciem winy.
- Zanim znalazłam to ogłoszenie w gazecie, wylałam na nią kawę. Dlatego mogłam zobaczyć tylko część ogłoszenia...
- A w jakiej branży pani pracowała wcześniej?
- Byłam kucharką.
Mężczyzna zaśmiał się ponownie.
- Proszę mi wybaczyć, ale ta sytuacja jest dość komiczna. Nie przedstawiłem się jeszcze. Nazywam się Seamus Scarman.
- Jo Müller. - Jo uścisnęła dłoń, którą mężczyzna do niej wyciągnął. - Jest pan ojcem tego... tego... - Nie wiedziała, jak dokończyć, żeby starszy mężczyzna nie poczuł się urażony.
- Nie, jego wujkiem. Niech mu pani nie bierze za złe tej reakcji, przecież nie mógł wiedzieć, że nie ma pani bladego pojęcia o ogrodnictwie.
- Niech to szlag, jeżeli to wyjdzie na jaw, pewnie natychmiast mnie stąd wyrzuci.
- A byłoby to takie straszne?
Jo podparła łokcie na kolanach i ukryła twarz w dłoniach. Po chwili westchnęła.
- No cóż, miałam nadzieję, że będę tu mogła trochę odetchnąć po ostatnich wydarzeniach w moim życiu... Niedawno dostałam wypowiedzenie w pracy w domu seniora, a na domiar złego po powrocie do domu zastałam mojego chłopaka w łóżku z inną. Spakowałam swoje ubrania do walizki i wróciłam do rodziców. Teraz nie pozostanie mi nic innego, jak wrócić do nich po raz kolejny z podkulonym ogonem. A nie da się ukryć, że osiągnęłam już pewien wiek, w którym ludzie zazwyczaj radzą sobie sami z problemami.
- Nie musi pani tego od razu zdradzać Duncanowi - stwierdził Seamus ze zrozumieniem. - Potrafi sobie pani poradzić z każdą pracą, udowodniła to pani już dziś rano. Porozmawiam z Duncanem i postaram się, żeby przydzielono mi panią do pomocy. Zadbam o to, żeby pani nie popełniła kolejnych błędów.
- Ale to pana krewny, nie powinien mu pan wyznać prawdy?
- Teoretycznie tak, ale przecież nikomu pani nie zaszkodzi, jeżeli nie będzie pani popełniać kolejnych błędów.
- No ale pani Douglas chciała zobaczyć mój dyplom. Teraz już rozumiem dlaczego.
- A co jej pani powiedziała?
- Prawdę. Że został w Szwajcarii. Nie sądziłam, że będzie mi tu potrzeby mój dyplom z gastronomika.
Seamus uśmiechnął się pod nosem.
- To niech pani spróbuje grać na zwłokę, Jane w końcu o tym zapomni. A teraz zabierzmy się lepiej do roboty, zanim Duncan postanowi wyrzucić nas oboje.
Seamus pokazał jej, jak wyjmować hortensje z ziemi, a potem poprosił ją o przyniesienie kwaśnej ziemi do przesadzenia kwiatów. Potem razem zanieśli doniczki do szklarni, żeby mróz nie zaszkodził sadzonkom.
Ledwo umieścili ostatnią donicę w bezpiecznym miejscu i wrócił do nich Duncan. Nie zaszczycił Jo nawet jednym spojrzeniem, rozmawiał tylko ze swoim wujkiem. Wyglądało na to, że udało mu się zdobyć w dwóch centrach ogrodniczych nowe hortensje, po które musiał teraz pojechać. Choć z ich sadzeniem musieli poczekać do końca kwietnia, Duncan nie chciał ryzykować, że ktoś mu je sprzątnie sprzed nosa.
- Dobrze, zaraz tu skończymy i pojadę z tobą.
Duncan skinął głową i opuścił ich, by zająć się swoją pracą.
Jo wróciła wieczorem do pokoju kompletnie wyczerpana. Tym razem była szczęśliwa, że każdy zaszył się z jedzeniem w swoim pokoju i nie musiała z nikim rozmawiać.
- Możesz powiedzieć pozostałym mieszkańcom, że spokojnie mogą od jutra myć swoje naczynia - zwróciła się do Agnes przed wyjściem z kuchni. - Sprzątaniem chlewu w najbliższym czasie będę zajmować się tylko ja.
- Już słyszałam, że trochę dziś spaprałaś sprawę. Ale nie zasłużyłaś sobie na codzienną pracę w gnoju.
- Ach, to akurat tak bardzo mi nie przeszkadza. Lubię zwierzęta, niezależnie od gatunku. Dobrej nocy, ja sama też się już położę spać.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.