Bilet do nieistnienia
Golił się. Kiedy w białej pianie zanurzał twarz, bardziej mu się
podobała, niż kiedy była naga. Postarzałem się w ostatnim roku,
skurczyłem, obwisłem, kiepsko ze mną, pomyślał. Zauważył kiedyś, że
bardzo starym ludziom zaczyna uwyraźniać się szkielet, a głowa ujawnia
kształt czaszki.
- To już pewnie mój przypadek - mruknął sam do siebie. - Ale jeszcze
mogę się golić, golę się, więc jestem!
Nadal był w szlafroku, ostatnio chodził w nim przez cały dzień, z wielkim trudem zasiadł w fotelu, żeby czytać nekrologi. Kiedyś nie było
tygodnia, by nie umarł jakiś znajomy, bliski lub daleki, choćby ktoś,
komu kiedyś uścisnął rękę. Teraz już nikt mu nie umiera, bo wszyscy
umarli.
Stukanie do drzwi, niespodziewane, bo kto puka z pominięciem domofonu?
Nikt ostatnio nie puka.
- Kto tam, do licha? - mruknął, chwycił chodzik i podreptał do drzwi. -
Kto puka? - zawołał.
- Posłaniec z biletem.
- Jakim biletem?
- Pan otworzy, pan się dowie.
Spojrzał przez judasza, tracił wzrok, więc niewiele zobaczył, tyle co
nic.
- A pan nie złodziej? - zapytał trochę przymilnie.
- Jestem urzędnikiem państwowym - odparł głos, bardzo godnie, urzędowo.
Był prawie przekonany, ale z natury nieufny, więc zwlekał z decyzją.
- A może pan wetknąć przesyłkę pod wycieraczkę? Wyjmę za jakiś czas,
nikt nie ukradnie.
- Musi pan pokwitować.
- Muszę, nie muszę, jak nie będę chciał pokwitować, to nie pokwituję.
- Ja muszę wręczyć panu przesyłkę, to ważna sprawa.
Nadal uważał, że całe to najście jest podejrzane. Jest metoda na
wnuczka, to może i jest na bilet. Jakiś bilet, jaki bilet, polecone
wrzucają mu do skrzynki. Ale słyszał, że listy z urzędu skarbowego
trzeba odebrać osobiście.
- A to nie urząd skarbowy? - zapytał z obawą, bo bał się urzędu
skarbowego.
- Urząd, ale nie skarbowy - odparł głos.
Znowu spojrzał przez judasza, ale nic nie zobaczył.
- No trudno, ryzyk-fizyk - mruczał do siebie. - Zabije, nie zabije,
ryzyk-fizyk. - Otworzył ostrożnie drzwi.
Stał w nich osobnik jakby bez płci, a co najdziwniejsze - bez twarzy. Po
raz pierwszy widział istotę ludzką bez twarzy.
- Pan podpisze - powiedział zdumiewający osobnik i podsunął mu urzędowy
papier.
Podpisał i wziął z ręki osobliwego urzędnika zalakowaną kopertę. Nie
wiedział, że są jeszcze takie przesyłki z czerwonym lakiem. To musi być
jakaś poważna sprawa, byle nic złego, a da Bóg, że coś dobrego. Pożegnał
posłańca i poczłapał do fotela. Zasiadł w nim i wrócił do przeglądania
nekrologów. Udawał, że go nie obchodzi, co jest w kopercie, bawił się
przesyłką jak kot myszą. Niby ważna, ale nie na tyle, by się do niej od
razu dobrać. Dzięki temu, że zwlekał, sprawa zrobiła się ekscytująca.
Podreptał, by zaparzyć sobie melisę, wrócił z parującym kubkiem, co nie
było łatwe z chodzikiem, ale dał radę i nic się nie wylało. Usiadł,
jęknął, bo zabolał go kręgosłup, i zabrał się za kopertę. Żadnych
nadruków, żadnej informacji, tylko ten lakowy stempel. Z trudem odczytał
początek napisu na laku: "Urząd do spraw..." - nie mógł jednak odczytać,
do jakich spraw, coś jakby z końcówką "...cznych". W każdym razie ważne,
że nie urząd skarbowy.
Rozerwał z trudem kopertę, trochę mu było żal eleganckiego stempla z laku. W środku rzeczywiście był bilet, a na nim jak byk napis: "Bilet do
nieistnienia". Ozdobny papier, nigdy jeszcze nie widział tak osobliwego
papieru, na górze listu nadruk: "Urząd do spraw Ostatecznych". Poczuł
falę gorąca, jakby ktoś go oblał parującą jeszcze melisą. Co za dureń,
po co odebrałem tę przesyłkę, to już po mnie, pomyślał.
Nazajutrz znalazła go w fotelu córka, miał pogodny wyraz twarzy, jakby
został zaskoczony przez śmierć, ten wyraz oblicza zdarza się czasami u zmarłych.
Mama
Moja mama zmieniła się w dziecko, a ja w jej ojca. I nie wiadomo, kiedy
to się stało. Jest dzieckiem rozpuszczonym i nieznośnym. Nie jestem
dobrym ojcem. Czasami wołam do niej w rozpaczy:
- Ja nie jestem twoim ojcem! Zrozum to!
Ona wtedy zastanawia się i przez moment chyba rozumie, że nastąpiła
jakaś zdumiewająca zamiana i że to nie jest naturalna kolej rzeczy. To
jednak tylko chwila, która zaraz mija. I mama całą sobą rozsiada się w swoim starczym dzieciństwie i wypełnia je po brzegi.
Przywiozłem mamie obiad. Zagląda podejrzliwie do słoików, zupy ogórkowej
nie lubi, mięso pewnie będzie za twarde.
- Czemu nie ma jakiegoś ciastka? - pyta.
- Przecież masz cukrzycę.
- Na coś trzeba umrzeć. - Ona na to.
Chcę, żeby moja mama umarła, nie daję sobie z nią rady, ale ona jest
niemal zupełnie zdrowa, zdrowsza ode mnie. Ma tylko starczą cukrzycę.
Dożyje stu lat, a ja, osiemdziesięciolatek, sam ledwie powłóczący nogami
i zgięty w pół, będę jej zmieniał pieluszki. Nie będę. Jeśli nie umrze
szybko i naturalnie, popełnię samobójstwo.
- Czy pani Kazia była sprzątać? - Dziwię się, bo w mieszkaniu panuje
wielki bałagan.
- Nie była, zwolniłam babę, jest niechlujna.
Załamuję ręce, mama z żadną ze sprzątaczek nie wytrzymuje dłużej niż
miesiąc, one z mamą też nie wytrzymują.
- Nie mam siły, mamo, nie mam siły, zlituj się ty nade mną!
- Musisz mieć siłę, synku. Jestem twoją matką. A! I oddaj mi moją kartę
bankomatową.
Rzeczywiście, zabrałem jej, wypłacała codziennie pieniądze i ogołociła
konto. Mama lubi robić prezenty. Sprzątaczkom płacę ze swoich pieniędzy.
Dla niej to nie problem, jestem przecież jej zamożnym ojcem.
Dzwoni komórka mamy. Mama odbiera i od razu wiem, że to jakiś jej
kolejny amant. Mama ma niezwykle bogate życie uczuciowe i erotyczne,
zmienia facetów równie często, jak sprzątaczki. Kiedyś dałbym się zabić,
że ludzie w tym wieku nie mają już życia erotycznego. Nic bardziej
mylnego. Nigdy nie miałem tylu kobiet, ilu mama miała facetów, od kiedy
została wdową. Moim zdaniem ojciec umarł, bo już nie był w stanie z nią
wytrzymać. Widziałem, że był szczęśliwy, gdy umierał.
Mama umawia się na randkę, ma inny głos, taki słodki. Słyszę, że to
jakaś zupełnie świeża znajomość. Zaprasza do domu faceta, którego na
oczy nie widziała. Ktoś ją zaciuka i będzie z głowy, myśli jej syn, a zarazem ojciec, którym też jestem.
- Mamo, odwołaj to spotkanie, albo, od biedy, umawiaj się z nieznajomym
w kawiarni, a nie w domu.
- Będę się umawiała z kim zechcę i gdzie chcę! - mówi stanowczo. -
Ciężko mi wychodzić z domu z tą moją chorą nogą, a kawiarnie kosztują.
- A skąd go znasz?
- Z Internetu. - Mama była księgową i, niestety, dobrze sobie radzi w sieci. - Nie ma pieniędzy na moim koncie - skarży się. - Nawet jak pójdę
do banku, to mówią, że nie ma.
- Bo wycyckałaś konto do dna - tłumaczę.
- Pożyczysz mi trochę kasy? - pyta przymilnie.
- Nie pożyczę, bo zaraz wszystko wydasz.
- To pożyczę w banku albo wezmę gdzieś chwilówkę.
- I jak to spłacisz?
- Sprzedam coś.
Mama sprzedała już ze swojego mieszkania wszystko, co mogła sprzedać,
między innymi mój ulubiony obraz przedwojennego malarza, przedstawiający
pastuszka i gęsi. Bardzo liczyłem, że go odziedziczę. Jednak już wiem,
że po mamie odziedziczę tylko długi.
- Poza tym muszę mieć większą kasę. - Upiera się. - Chcę zrobić
malowanie mieszkania, zobacz, jakie brudne są ściany. Wstyd mi, gdy
przyjmuję gości.
- Mamo, na Boga, co ty gadasz, one wytrzymają jeszcze kilka lat. Myśmy
dłużej nie malowali mieszkania niż ty.
- Bo jesteście oboje niechluje.
- Nie będę remontował twojego mieszkania! - Tracę cierpliwość i krzyczę.
- Wiem, ty byś chciał, żebym umarła.
To prawda, chciałbym, nawet myślę, że chętnie bym ją udusił własnymi
rękami. Wyobrażam sobie, że chwytam oburącz jej chudą szyję, cienką i pomarszczoną jak szyja indyka, i duszę, duszę. Czuję, że zaraz to
zrobię, więc żeby tego nie zrobić, muszę natychmiast uciec z tego
mieszkania, gdzie pachnie szaleństwem.
- Wychodzę mamo, mam dosyć - mówię i zbieram się gwałtownie, to
ucieczka.
- Jest zimno, czemu nie masz szalika? - pyta mama już przyjaznym,
opiekuńczym tonem. - Tam wisi szal po ojcu, weź go... Mam nadzieję, że
włożyłeś dzisiaj kalesony? - Mama patrzy na mnie badawczo, jakby chciała
zaraz to sprawdzić.
- Nienawidzę kalesonów! - wołam.
Przez całe moje zimowe dzieciństwo mama upokarzała mnie kalesonami. Ale
czuję, że w jakimś sensie sytuacja wróciła do normy, już nie jestem jej
ojcem, ale nie jestem też jej dorosłym synem, jestem znowu małym
chłopcem, a ona nadopiekuńczą, upierdliwą matką. Kręci mi się od tego
wszystkiego w głowie. Uciekam bez słowa z mieszkania, biegnę po schodach
i biegnie ze mną mały chłopiec i młody chłopak, biegną ze mną moje różne
wersje i dopiero uderzenie mrozu po wyjściu z bramy zlepia je w jedno i znowu jestem sobą.
Przypływ
Pochylał się nad klawiaturą, ale jej nie dotykał, zacierał tylko ręce,
jakby chciał wykrzesać z nich ogień. Podpisał umowę na książkę, zbiór
krótkich opowiadań. Napisał trzy z wielkim trudem, niemal w męce. A teraz od tygodnia nie miał pomysłu na kolejne. Straciłem talent,
pomyślał, o ile kiedykolwiek go miałem, a przecież chyba miałem, skoro
od lat wydaję z powodzeniem książki. Ale teraz worek z pomysłami zdawał
się być pusty.
Pisząc, korzystał ze swojego życia, teraz zdawało mu się, że zjadł już
całą swoją przeszłość, czyli pół wieku i trzy miesiące. Przyszłość zbyt
wolno zmienia się w przeszłość i nie niesie żadnych atrakcji. On za dużo
siedzi w domu, żona jest domatorką, nie lubi się ruszać, a samemu ruszać
mu się nie chce. Gdzieś wyjechać, nawet polecieć, narozrabiać, dać komuś
w gębę, jest cały szereg osób, którym miałby ochotę przyłożyć. Albo iść
do więzienia, byle na krótko. Albo udać się do prostytutki, nigdy nie
był. Prostytutka - okropne słowo, lepiej brzmi: do panienki lekkich
obyczajów, najlepiej ładnej i młodej, i nie za drogiej, i czułej.
Opowiedziałaby mu o swoim życiu i miałby temat, może nawet na powieść.
Umarłbym ze wstydu, pomyślał.
Był nieśmiały. Pewnie z powodu tej nieśmiałości żył cicho, jakby zaszyty
w sobie, ale z tego zaszycia podglądał uważnie świat. Miał wyobraźnię,
zawsze miał jej wiele, za wiele, to zapewne z powodu wyobraźni źle
sypia, można nawet powiedzieć, że cierpi na bezsenność. A nie uznaje
pastylek nasennych, boi się uzależnienia, otumanienia, przeformatowania
mózgu. Ma kolegę, który łyka je całe życie i żyje z powodzeniem,
piastując kierownicze stanowisko w dużej firmie. Ale jego to nie
przekonuje. Każdy mózg jest trochę inny, on ma bardzo czuły.
Czasami wydaje mu się, że ta pustka, której jest coraz więcej wokół,
powstała, bo nie mają dzieci. Dziecko to świetny temat dla artysty,
inspiruje, rozbudza uczucia i emocje. Ludzie, którzy nie mają dzieci,
dziwaczeją z wiekiem i stają się egoistami.
- Taki będzie nasz los - mruknął do siebie.
- Co mówisz? - zapytała żona. Weszła do jego pracowni, by zawołać go na
obiad. W sobotę zawsze ona robi obiad, a on w niedzielę.
- Taki będzie nasz los - powtórzył.
- Nasz los? Jaki będzie?
- Taki będzie, jaki będzie. Jakiś inny, niż sądzimy, jeśli cokolwiek
sądzimy na temat przyszłości.
- Przyszłość zawsze niepewna, ubezpiecz się! - Żona pracuje w firmie
ubezpieczeniowej, która ma takie hasło na swoich reklamach, przytoczyła
je chyba ironicznie, ale nie był tego pewien.
Jedli obiad i rozmawiali o obrzydlistwach polskiej polityki, polityki w ogóle. To był bezpieczny temat, zgadzali się tu w pełni.
- Nie idzie mi pisanie - poskarżył się, ale dopiero przy rybie. Był sum,
z ryb suma lubił najbardziej.
- Zawsze mówisz, że ci nie idzie, a potem wydajesz kolejne książki.
- Jeszcze chyba nigdy nie było tak źle jak teraz, mam poczucie
katastrofy, coś się naprawdę skończyło.
- To już chyba też słyszałam. - Uśmiechnęła się. - Czego ci brakuje?
- Wrażeń, żyję zbyt spokojnie.
- Sam mawiasz, że do pisania potrzebny ci spokój.
Tak rzeczywiście mawiał. Nie wiedział, co odpowiedzieć, pewnie dlatego
zwierzył się:
- Wiesz, czasami zdaje mi się, że to brak dzieci sprawia, że coraz
bardziej pusto wokół. Smutno i pusto. - Wiedział, że wkracza na
zaminowany teren, ale coś go tam pchało.
Zmieniła się na twarzy, ale nie powiedziała nawet słowa. Skończyli więc
drugie danie w milczeniu. Obwiniała go o to, że nie mają dzieci, za mało
się starał, ani się obejrzeli, a było już za późno. In vitro nie
pomogło. Chciała potem adoptować dziecko, ale on się nie zgodził.
Myślał, że to wina żony, jakiś jej defekt - pierwsza partnerka zaszła z nim w ciążę, to była wpadka, usunęła ją, ale miał dowód, że jego
plemniki są w porządku, może nawet są za bardzo żywotne. Żona nie
wiedziała o tym zdarzeniu. Kilka razy był blisko, żeby jej powiedzieć o tamtej ciąży, gdy nadaremnie starali się o dziecko, te starania były
upokarzające. Ale nie chciał jej upokarzać dodatkowo, a seks
prokreacyjny zmienił się w jakiś rodzaj fizjoterapii.
Na deser były truskawki z bitą śmietaną.
- A kiedy Marina przyjdzie sprzątać? - zapytał, wyjadając najpierw bitą
śmietanę. - Sklepowa, czy sama robiłaś?
- Z Lidla - odparła. - Marina nie będzie już u nas sprzątać, opuściła
się, a bierze coraz więcej.
- Jak mogłaś podjąć taką decyzję bez konsultacji ze mną?
- Sprzątanie było zawsze na mojej głowie.
- Ale mieszkanie jest wspólne! - Czuł złość, lubił Ukrainkę, podobała mu
się, działała na niego erotycznie i było w niej światło, niewielu jest
takich ludzi. Żona nie miała prawa sama decydować.
Jak o nią walczy, pomyślała. To tylko potwierdziło jej podejrzenia, że
iskrzy między nim a tą Ukrainką, więc decyzja, aby ją zwolnić, była
przezorna. Męża uważała za safandułę w sprawach erotycznych, ale
wiedziała, że wszedł w niebezpieczny wiek, kiedy mężczyzna zaczyna czuć,
że już wypada z erotycznej gry i chce udowodnić, że to jeszcze nie ten
czas.
- Połowa mieszkania należy do mnie, zawezwę ją, aby sprzątała moją część
z moją pracownią włączenie. Twoją część może omijać. To nieodwołalna
decyzja.
Mówi tak, jakby był prezydentem, pomyślała, ale ona też była twarda.
- Nie chcę jej w swoim mieszkaniu, poza tym mam wrażenie, że zniknęło
kilka par srebrnych sztućców.
Uparta jak zawsze, pomyślał, nie znosił jej oślego uporu. A te sztućce
na pewno sama gdzieś zapodziała.
- To jeszcze podejrzewasz Marinę o kradzieże? Tylko tego brakowało,
bzdura... - Kłótnia rozkręciła się na dobre. Już dawno tak się nie
kłócili.
- I jakby mało było nieszczęść, to przez twoje ułomne plemniki nie mamy
dzieci! - wykrzyczała, kiedy burza osiągnęła punkt kulminacyjny.
- Co, moje plemniki?! To twoje narządy są ułomne! Zawsze byłaś życiowym
nieudacznikiem, dlatego pracujesz w tej żałosnej firmie
ubezpieczeniowej, a Monika kiedyś zaszła ze mną w ciążę!
Co ja gadam, do czego ona mnie doprowadziła, pomyślał. Chciał się
wycofać z tego, co powiedział, ale było już za późno.
Chwyciła duży kuchenny nóż i skoczyła ku niemu.
To jest temat, pomyślał. Zasłonił się krzesłem. Rzuciła nóż na podłogę.
Poczuł nagły przypływ emocji, podczas takiego przypływu zwykle rodzą się
tematy. Ruszył więc pośpiesznie do pracowni.
Taniec
Depresja spadła na niego jak głaz z pochmurnego nieba. Wszystko było za
mgłą. Ona też, daleka niczym latarnia morska. Nie rozumiała nic z tego,
co się dzieje. Ludzie, którzy nigdy nie mieli depresji, nie wiedzieli,
co czuł, ona także. Siedziała w pięknej, jasnej ramie swojej twarzy, jej
oczy lśniły niby dwa niebieskozielone owady. Wstał gwałtownie, jakby
chciał przewrócić stół, i zaczął chodzić tam i z powrotem, niepokój
szamotał się w nim, obłąkany drapieżnik w zamkniętej klatce. Widział, że
jest przerażona, stał się dla niej kimś obcym. Nie ma w niej oparcia.
Jest zupełnie sam i znikąd ratunku. Napad lęku minął, niepokój tylko
szemrał wartkim strumieniem, ale to można było wytrzymać. Położył się na
łóżku, przykrył kołdrą, a kołdra była przyjazna i czuła jak matka.
Zaczął sobie przypominać, jak kochali się tydzień temu. To była tylko
chwila, od razu zasypana wszystkimi trudnościami i niemożliwościami, tym
całym upiornym kłębowiskiem problemów i dramatów, które zdawało mu się,
że go dotyczą. Wiedział, że myśli przez filtr depresji, ale ta wiedza
nie przynosiła ulgi. Niepokój wygnał go z łóżka, ale zaraz położył się
ponownie.
Czytała książkę, udając, że nie zwraca na niego uwagi. Ale on wiedział,
że śledzi go spod zmrużonych powiek. Pomyślał, że to rodzaj zdrady.
Śledzi go niczym wroga i boi się. Wstał, za oknem dzień zdawał się
przerażająco blady i mdły. Sprawdził pocztę i Messengera, liczył na
jakąś dobrą nowinę, ale nie było żadnego listu, żadnej wiadomości.
Wszyscy go opuścili. Sam chciałby opuścić siebie i odejść, tak ucieka
się od wypadku, by nie być świadkiem makabry, ale to niemożliwe. Był
zanurzony w sobie głęboko, po uszy, jak w kleistej substancji, i wtedy
przyszła myśl: nie istnieć. To byłaby taka ulga. Nieistnienie... o ileż
jest lepsze od bólu istnienia. Marzył, by nie istnieć. Spojrzał na nią
ukradkiem, czytała książkę, nawet uśmiechnęła się podczas lektury. Czemu
ona uśmiecha się do książki, kiedy on tak cierpi? Ona nie wie, co się w nim dzieje. Nie ma empatii. Trochę ją usprawiedliwiał, trudno zrozumieć,
co się w nim dzieje. Sam miałby problem, żeby opisać, czego doświadczał.
To była plątanina lęku, dyskomfortu, paniki, bólu bez powodu, jakby
bolały go wszystkie zęby duszy. Ten ból szukał sobie punktów zaczepienia
i chwytał się codziennych problemów, spraw niezałatwionych, a co kiedyś
było małą obawą, teraz stało się dramatem nie do rozwiązania.
Nagle uświadomił sobie, że ten ciężar, który dźwiga, to własna trumna, z nią się kładzie, z nią drepcze po mieszkaniu. Taniec śmierci.
- Zatańcz ze mną - powiedział nagle. Spojrzała na niego zdziwiona.
Wstała, podeszła i przytuliła się. Wsadził nos w jej szyję i zaciągnął
się nią całym sobą. Zaczęli tańczyć przytuleni do siebie.
Włos łonowy
Znalazł go na prześcieradle, kiedy ścielił łóżko. Włos łonowy. Ni to
jasny, ni ciemny, taki rudawy i oczywiście zakręcony, jak to włos
łonowy. One zawsze są zalotnie podkręcone. Tego dnia pracował w domu,
żona pojechała do pracy. Był więc sam z tym niezwykłym odkryciem. Żona
nie ma takich włosów, ma czarne, on też czarne, zresztą ona ostatnio
starannie się goli, on bardzo lubi, gdy jest tam ostrzyżona. Ostrożnie
wziął włos w dwa place i zaniósł do biurka, otworzył szufladę i wyjął
lupę. Oglądał uważnie - ewidentnie jasny, a nawet rudawy. Ściągnął
spodnie i zaczął lustrować swoje intymne owłosienie, robił to długo i starannie, z natury był metodyczny, nie znalazł żadnego jasnego ani
rudego, wszystkie były jednolicie czarne. Tydzień temu żona wymieniała
prześcieradło na nowe, dobrze to pamiętał, bo nie lubi nowej pościeli,
woli, gdy jest trochę zużyta, pomięta i nie pachnie praniem. Więc
obecność tego włosa to świeża sprawa. W tym tygodniu dwa dni spędził w delegacji, nie spał w domu.
To się musiało stać podczas jego nieobecności. To, czyli co? W tej
chwili poczuł, jakby ktoś wylał na niego kubeł gorącej wody. Do świątyni
ich małżeństwa zakradł się ktoś obcy i zostawił włos na prześcieradle,
koronny dowód zbrodni. Bo czym jest zdrada dokonana w małżeńskim łóżku,
jeśli nie zbrodnią. Miewał kiedyś różne podejrzenia wobec żony, był z natury zazdrosny, a takie zazdrosne natury lubią się zadręczać
podejrzeniami nawet bez powodu. Nie ma powodu? To bez znaczenia, powód
zawsze się znajdzie.
Człowiek jest słabą istotą, on sam nie jest zbyt silny i sobie samemu za
bardzo nie ufa. Jak więc ufać innym? Zdradził żonę dwa razy, takie
chwile słabości, było, minęło. Poszedł na powrót do łóżka i dokładnie
przejrzał całą pościel. Niczego podejrzanego nie znalazł. Usiadł w fotelu i poczuł, że rozsiada się w nim niepokój i szczelnie go wypełnia.
Taka historia. I jak każdy, komu przydarzy się wielkie nieszczęście,
pomyślał: dlaczego właśnie mnie coś takiego musiało spotkać? Obruszył
się niedawno, gdy kolega powiedział, że w każdej kobiecie mieszka
dziwka, a okazuje się, że to szczera prawda. Co to za samiec? Lustrował
wszystkich wspólnych znajomych, żaden nie był rudawy. Czyli to ktoś,
kogo on nie zna, nie ma tak wielu rudych na świecie. Robili to w ich
małżeńskim łóżku, w głowie się nie mieści. Wstał i zaczął chodzić
nerwowo po mieszkaniu, coś gadał do siebie, wymachiwał rękami. Ostatnio
życie seksualne nie najlepiej im się układało. Już wiadomo czemu. W ich
małżeńskim łóżku jest jeszcze jakiś osobnik. Brzydki, wredny typ z rudymi włosami i ze sterczącym, monstrualnym kutasem. A może już lepiej,
żeby był przystojny. Nie, tak też niedobrze. Wypełniał wyobraźnię
różnymi męskimi osobnikami, którzy dobierali się do jego żony. Robili to
na wiele sposobów, czasami bardzo wyrafinowany. Straszny widok. Widok
nie do zniesienia. Zawył z bólu.
Dowiem się, kto to. Dowiem się i zabiję, pomyślał. A przecież nie był
typem mordercy, nawet pająka nie zabije, chociaż brzydzi się pająków, a trochę się też ich boi. To głównie jej wina, to ją powinien zabić, ach,
zabić to przesada, powinna dostać po pysku. Nigdy nie uderzył kobiety i chyba nie był w stanie. Nie był złym człowiekiem, sam uważał się za
dobrego, ale znalazł się w strasznej sytuacji, a w takiej sytuacji nawet
dobrzy ludzie robią czasami złe rzeczy. Najpierw trzeba ją przesłuchać.
Uzyskać przyznanie się do winy. Będzie musiała powiedzieć, kto to jest i od kiedy trwa ten proceder. W ich małżeńskim łóżku, co za bezczelność,
żeby chociaż gdzie indziej! Znowu zaczął chodzić tam i z powrotem po
mieszkaniu.
Chwycił za telefon i zadzwonił. Jej głos brzmiał tak niewinnie,
serdecznie, swojsko, że nie powiedział tego, co chciał powiedzieć. A chciał powiedzieć, że wszystko wie i ona ma natychmiast się przyznać i powiedzieć mu, kto to jest. Zapytał tylko, kiedy wraca do domu. Za dwie
godziny. Jak wytrzymać przez te dwie godziny z takim poruszeniem
zmysłów?
Żona przywiozła obiad z indyjskiej restauracji. Lubił to aromatyczne
jedzenie. Był już trochę spokojniejszy. Może to wszystko jakieś
nieporozumienie? Ale w żaden sposób nie mógł sobie wyobrazić, jak taki
włos mógł zawędrować na prześcieradło. Czasami można znaleźć włosy
łonowe w dziwnych miejscach, pałętają się to tu, to tam, zdarzyło mu się
znaleźć jeden w książce z biblioteki, ale nie wypożyczał ostatnio żadnej
książki. Żona też nie. Taki włos można przywlec z miasta, przyczepi się
drań do ubrania jak rzep, ale skąd on na prześcieradle? Przecież w ubraniach nie kładą się do łóżka. Co za sytuacja, niemożliwa sytuacja!
Ożeż kurwa, ale się porobiło!
- Co taki nieswój jesteś? - zapytała żona, podając indyjskie danie
otulone orientalnym zapachem. Tak lubił ten zapach!
Na fali lepszego nastroju - potrafi go wywołać perspektywa jedzenia
tego, co się lubi - postanowił nie pytać prosto z mostu. Trzeba
poczekać, poobserwować, a szydło na pewno wyjdzie z worka. Gdyby tak
można było zamontować kamerę w sypialni i podsłuch w samochodzie. Gdy
będzie okazja, przetrzepie komórkę żony. Na pewno wymieniają esemesy.
Trzeba to zaplanować jak wojnę. Wojnę totalną. Wojnę hybrydową. Wojnę
partyzancką. Wiele wojen.
- Co się z tobą dzieje, masz wypieki na twarzy, dziwnie się zachowujesz,
może masz gorączkę? - dopytywała się żona.
- Mam ekscytujące zadanie w pracy - skłamał, a pomyślał, że ona wygląda
zupełnie niewinnie, doskonale niewinnie, i właśnie ten niewinny wygląd
jest podejrzany, gra takie niewiniątko.
Podziękował za obiad, poszedł do biurka, wsunął włos do małej koperty.
Schował kopertę i szkło do szuflady. Przed nim trudny tydzień, może
nawet tygodnie, ale on miał coś z kota, potrafił długo czekać na
zdobycz.
Minął tydzień. I nic, żadnych tropów, znaków, śladów, wszystkie drogi
prowadziły donikąd. W jej komórce niczego nie znalazł.
Był późny wieczór, ona już czekała, wziął prysznic i poszedł do
sypialni. Siedziała na łóżku ze zmienioną twarzą, z tą twarzą i bez
makijażu wyglądała o wiele starzej.
- Musimy porozmawiać - powiedziała grobowym głosem.
Serce zabiło mu mocniej, zaraz przyzna się do zdrady, powie, że się
zakochała, a z nimi koniec. Przed oczyma zamigotały mu czerwone plamy.
Jej głos był mocny, natarczywy i zaczepny.
- Dzisiaj znalazłam coś w łóżku, włos łonowy, taki jasny, czy tam rudy,
więc nie twój i nie mój, poza tym ja się golę, więc to jakiejś kobiety.
Bywałeś ostatnio sam w domu, chciałam, żebyś mi łaskawie wyjaśnił, jak
on się znalazł w naszym łóżku! No jak? Mów!
Pistolet
Jutro kończy dziewięćdziesiąt lat. Osiemdziesiątki się wstydził, a z dziewięćdziesiątki będzie dumny, jeśli dożyje. Tylko jednego dnia mu
brakuje, ale jeden dzień w tym wieku to bywa dużo. Dzieci i wnuki, i prawnuki daleko, wszyscy żyją za granicą, reszta rodziny wymarła.
Znajomi polegli na wojnie, jaką czas toczy z ludźmi. Rok temu odszedł
jego przyjaciel, trzymał się dzielnie, aż tu pewnej nocy zasnął i już
się nie obudził. Umrzeć podczas snu to wielki przywilej. Gdyby można
było zamówić taki sen, który zamieni się w sen wieczny, bez wahania by
sobie zamówił. Wcześniej zjadłby sutą kolację, popił piwem, którego mu
lekarz zabrania. I do widzenia. A właściwie nie do widzenia, tylko
żegnam was. Bo tam, po drugiej stronie niczego nie ma, jeszcze tego by
brakowało, żeby tam coś było. Więc żegnajcie kretyni politycy, wszyscy
głupcy, idioci, dorobkiewicze biorący udział w wyścigu szczurów, nie
wiecie, że to wszystko nic niewarte. Najlepiej nic nie mieć, im mniej
się ma, tym mniej się zostawia. Kiedyś zazdrościł ludziom wielu rzeczy,
teraz zazdrości tylko młodości, nawet brzydkim młodym, głupim młodym i biednym młodym, tylko młodym chorym nie zazdrości, bo co to za młodość z chorobą? Jeszcze gorsza niż starość z chorobą, w starości zawsze jakieś
choroby się znajdą i one nawet przystają do poważnego wieku, co to za
starość bez chorób?
Czasami tak sobie roi, że mógłby w finale zrobić coś dla ludzkości i zabić jakiegoś łajdaka. Czy to nie dziwne, że starzy, którzy są już na
granicy życia i śmierci, nigdy nie poświęcają tej swojej małej,
malutkiej cząstki życia, która im została, by dokonać czegoś wielkiego
dla ludzkości. Co z tego, że starzec dostałby dożywocie. Jaka śmieszna
to kara dla kogoś, kto i tak zaraz odejdzie. Ale stary człowiek, po
pierwsze ma za mało energii, a żeby zabić, trzeba jej sporo, a po drugie
już nie wierzy, że można świat poprawić. Jednego łajdaka więcej, jednego
mniej, co to zmieni? Samobójstwa wśród starców też są rzadkością. Im
człowiek starszy, tym bardziej kurczowo trzyma się życia uschniętymi
patykami rąk, już na nic innego nie ma siły. Żałosny widok. Bardzo stary
człowiek jest innym gatunkiem, jak innym jest małe dziecko. Jeśli
starzec za swego życia był łajdakiem, jego łajdactwo zmalało na starość
i jest jak nerkowy kamyczek, prawie tak samo wygląda kamyczek
szlachetnej dobroci. Wszystko, co dobre i złe, kurczy się i maleje na
starość.
Pokrzątał się po mieszkaniu i wyjął z szuflady pistolet. Należał kiedyś
do klubu strzeleckiego. Trzymał ten pistolet na bandytów, najpierw bał
się napadu, ograbiono sąsiada, a w miarę upływu lat zaczął liczyć, że
przydarzy mu się napad, a on im wtedy pokaże, gdzie raki zimują. Czasami
wyjmował pistolet, odbezpieczał i celował w karafki w kredensie albo w wazon na stoliku, żeby nie wyjść z wprawy. Na sylwestra, gdy huczały
fajerwerki, naprawdę wystrzelił z balkonu w niebo, by sprawdzić, czy
mechanizm działa.
- Wybiłem oko Księżycowi - powiedział do siebie. Usiadł w fotelu i sprawdził, czy w magazynku są naboje. Miał jeszcze zapas w pudełku.
- Jestem gotowy - mruknął. - Tak - postanowił - skończę z sobą po
wojskowemu, tylko potrzebny jakiś pretekst i pożytek, inaczej głupio tak
na goło i wesoło palnąć sobie w łeb.
Nazajutrz były jego dziewięćdziesiąte urodziny. Pani Jadzia wiedziała o nich i posprzątała mu mieszkanie starannie jak nigdy i ugotowała na
obiad to, co lubił najbardziej, po czym sobie poszła.
- W moim wieku już nie smakują kobiety, ale kotlety jak najbardziej -
mruczał, jedząc schabowego. Zadzwonił domofon.
- Kogo niesie? - zapytał niezbyt grzecznie.
- Jesteśmy z gazowni. - Głos był niepewny. - Sprawdzamy liczniki i instalację gazową.
Tu was mam, pomyślał. W naszym domu nie ma gazu, wszystko na prąd.
Napad. Wpuści złodziei do domu, ciekawe, co z tego wyniknie. Uchylił
lekko drzwi od mieszkania i, pojękując, usiadł w fotelu, który uprzednio
z trudem i pośpiesznie przesunął tak, by stał przodem do drzwi. Wszystko
jak na filmie, pomyślał. Może to moja ostatnia rola. Pod udo wcisnął
pistolet.
Jeden był młody, drugi starszawy, weszli przez uchylone drzwi ostrożnie,
tak jak koty wchodzą do nieznanego mieszkania. Zamknęli za sobą
skwapliwie drzwi.
- Pan sam mieszka, panie starszy? - zapytał podstępnie młodszy.
- A sam, jak ten palec - odparł tak niby wesoło.
- Sprawdzamy instalację gazową - powiedział starszy.
- Macie dokumenty? - zapytał krótko, po wojskowemu.
Nie odpowiedzieli, tylko rozglądali się po mieszkaniu.
- To mów staruszku, gdzie trzymasz biżuterię - zawołał starszy, niby
wesoło, a zarazem groźnie.
- Kasę i biżuterię trzymam w banku, palanty jebane! - Wyciągnął pistolet
i zawołał chrapliwie: - Ręce do góry! - Patrzyli na niego, jakby zmienił
się w egzotyczne zwierzę, w krokodyla lub hipopotama.
- Żarty sobie robisz, dziadku, straszysz nas zabawką - zawołał swawolnie
starszy.
Strzelił do wazonu. Nigdy go nie lubił, wazon rozsypał się w drobny mak,
a mieszkanie zadrżało od huku. Pocisk przy okazji narobił szkód w kuchni, ale to nieważne. Nie żal mu było kuchni, kuchni też nie lubił. A jak napad, to napad, muszą być jakieś szkody. Dawno już tak dobrze się
nie bawiłem, pomyślał. Intruzi podnieśli ręce.
- Co pan, kurwa, wyprawiasz! - zawołał starszy.
- Jak trafiłem w wazonik, to wceluję i w japę, i po japie... Odwrócić się
tyłem, raz, dwa, liczę do pięciu i strzelam.
Młodszy odwrócił się, starszy wahał się, w końcu też to zrobił.
- A teraz zadzwonimy na policję - powiedział, wybierając sto dwanaście.
- Napad, oszustwo na gazowników, mam ich na muszce. Nie, nie na wnuczka,
na gaz. - Podał adres.
- My prawdziwi, z gazowni, zaszło nieporozumienie, to był taki żart -
przekonywał gorączkowo młody.
- Znam takich gazowników, a jak jesteście tacy uczciwi, to nie musicie
się bać policji...
Ale ich zażyłem, ledwie zdążył to pomyśleć, gdy młodszy rzucił się do
drzwi, ale upadł, trafiony w ramię. Starszego dla nauki postrzelił w nogę.
- To jesteście, kochani, ugotowani - powiedział i znowu wykręcił sto
dwanaście, tym razem, żeby wezwać pogotowie.
Jaki piękny i pożyteczny urodzinowy koniec, teraz mogę umierać,
pomyślał. A wszystkie przeżyte lata, równo dziewięćdziesiąt, zmieniły
się nagle w małą, malutką czarną kropkę.
To chyba jest kropka na końcu powieści - z tą myślą strzelił sobie w głowę. Nawet gdyby chciał, nie mógł spudłować.