Rozdział 1: Ekonomia vs. Egzoszkielet
Dźwięk dzwonka na przerwę w Technikum Ekonomicznym im. Ignacego Daszyńskiego był bardziej obietnicą wolności niż wezwaniem. Dla Macieja Maciejowskiego, rocznik trzeci, specjalizacja Rachunkowość, dzwonek oznaczał minutową przerwę przed najcięższą walką dnia: prezentacją.
Maciejos poprawił węzeł swojego granatowego krawata, który irytująco gryzł w opuchniętą lewą stronę szyi. Koszula, choć wyprasowana, zdawała się uciskać mięśnie barków, które wolałyby opierać się o twardą matę, niż o oparcie krzesła. Musiał wyglądać schludnie - taki był szkolny regulamin. Musiał też wyglądać... normalnie.
Dotknął delikatnie kciukiem miejsca tuż pod lewym okiem. Było ledwo widoczne, ale dotkliwe. Fioletowa smuga, pamiątka ze wczorajszego sparingu z nowym, zbyt agresywnym partnerem. Rano, zanim wyszedł, pożyczył od młodszej siostry korektor do twarzy. Czując jego lepkość, czuł się jak oszust.
"Nie wolno ci się teraz zdekoncentrować, Maciejos. Teraz liczą się tylko liczby" - szepnął do siebie, siadając na krześle w sali 212.
Nauczycielka Finansów Przedsiębiorstw, pani Irena Kopeć, czekała, opierając się o biurko. Miała spojrzenie, które potrafiło sklasyfikować ucznia w skali od "zyskowny" do "strata".
"Dobrze, Maciejowski. Proszę o prezentację na temat analizy kosztów stałych i zmiennych w fikcyjnym przedsiębiorstwie" - rzuciła tonem, który sugerował, że Maciejos jest aktywem wysokiego ryzyka.
Maciejos podszedł do tablicy. W świecie finansów, podobnie jak w MMA, strategia zaczynała się od bilansu.
"Dzień dobry. Moje przedsiębiorstwo, Firma X - Usługi Kurierskie, w ostatnim kwartale osiągnęło..."
Maciej zaczął mówić o stawkach amortyzacyjnych i marży zysku, ale jego myśli uciekały. Jego umysł przeliczał co innego. Koszty stałe to stałe opłaty za wynajem sali treningowej Gryfu, które zaraz miały ich zniszczyć. Koszty zmienne to kontuzje, które uniemożliwiają trening. A inwestycja? Inwestycja to był jego czas, pot i nadzieja, że walka na Stoczni uratuje to wszystko.
"...zatem kluczową rolę odgrywa tu redukcja kosztów stałych," powiedział, wskazując na wykres. "Każda niepotrzebna strata pieniędzy to strzał w kolano dla płynności finansowej."
Nagle, jeden z uczniów z końca sali, Jacek, parsknął śmiechem.
"Coś śmiesznego, Jacku?" - głos pani Kopeć był ostry jak brzytwa.
"Nie, proszę pani, tylko... Maciejos, z całym szacunkiem, ale wygląda pan, jakbyś pan z tym $\text{przedsiębiorstwem kurierskim}$ walczył. Co to za plama?"
Jacek wskazał palcem na lewą stronę twarzy Maciejosa. Korektor, który miał ukryć ślad ciosu, stopił się pod wpływem stresu i ciepła sali, tworząc jasnoróżową plamę. Maciejos poczuł, jak czerwieni się mu twarz. Wszyscy spojrzeli.
Wtedy odezwał się drugi głos. Spokojny, inteligentny i stanowczy.
"Jacek, to jest analiza kosztów, a nie analiza wyglądu. Uważam, że Maciej dobrze wyjaśnił problem marży. Zresztą," - dodała, a jej spojrzenie stało się zimne - "każdy z nas ma jakieś koszty zmienne."
To była Lena Krawczyk. Siedziała w pierwszym rzędzie, cicha, ale jej interwencja była jak celny cios. Maciejos spojrzał na nią z wdzięcznością. Lena, w przeciwieństwie do reszty klasy, miała w oczach ciekawość, a nie osąd. Widziała coś więcej niż tylko niezręczność.
Pani Kopeć ucięła temat ostrym spojrzeniem. "Dziękuję, Leni. Masz rację. Maciejowski, usiądź. Zatem, przechodząc do sedna..."
Maciejos wrócił na miejsce, czując pulsowanie pod okiem, które już nie bolało tak bardzo, jak wstyd. Usiadł obok Leny. Zanim nauczycielka zaczęła następny temat, Maciejos usłyszał cichy szept:
"Walka z amortyzacją to jedno," powiedziała Lena, nie patrząc na niego. "Ale jeśli masz problem z utrzymaniem płynności fizycznej, to też mogę pomóc. Widziałam te wzory, które próbowaliście robić. Jesteś dobry w logice, Maciej. Tylko nie masz na to czasu."
W jej słowach nie było złośliwości, a czysta, analityczna obserwacja. Uderzyło go to mocniej niż cios Błażeja. Wiedziała, że jego problemem jest czas. Wiedziała, że ma sekret.
"Spotkajmy się jutro po lekcjach," dodała cicho. "Pomożesz mi z tymi moimi kosztami zmiennymi - w zamian za to nauczę cię, jak zarządzać czasem. W porządku?"
Maciejos skinął głową, niezdolny do mówienia. Wiedział, że właśnie podpisał nową, nieoczekiwaną umowę. Umowę, w której stawką było coś więcej niż tylko zdanie egzaminów.
Tego popołudnia, kiedy Maciejos zrzucił krawat i włożył bandaże, wiedział, że musi wygrać nie tylko dla klubu, ale i po to, by udowodnić Leni - analityczce i sojuszniczce - że jego ryzykowne inwestycje mają sens.
Rozdział 2: Zapach Potu i Oleju
Zrzucenie niewygodnej koszuli i krawata było dla Maciejosa jak wyjście z pancerza. Teczka z książkami do Rachunkowości wylądowała w szafce. Wymienił gładkie półbuty na sprane sportowe, a elegancki styl Technikum Ekonomicznego na zniszczoną koszulkę i spodenki. Z Macieja, który uczył się o podatku VAT, znowu stał się Maciejos - gotowy do walki.
Klub Gryf mieścił się w starej, betonowej hali w przemysłowej części miasta, tuż obok opuszczonej fabryki. Powietrze było ciężkie, przesiąknięte mieszanką potu, gumy i kurzu. Sufit był wysoki, a oświetlenie surowe. Nie było tu miejsca na luksus; była tylko praca.
Głównym punktem sali była czarna, kwadratowa mata, na której leżały rzucone rękawice. Na ścianach wisiały potężne worki treningowe, pokryte śladami setek ciosów. Maciejos, wciągając powietrze, poczuł znajome ukojenie. Tu, w tym fizycznym świecie, zasady były proste: im więcej wkładasz, tym więcej zyskujesz. Kalkulacja była bezpośrednia.
Wszedł do sali, gdzie już czekali inni członkowie sekcji MMA. Przywitał się z kilkoma starszymi kolegami, ale jego wzrok natychmiast padł na postać trenera.
Paweł "Kastet" Kowalski, były bokser wagi półciężkiej, był szefem i sercem $\text{Gryfu}$. Miał ponad pięćdziesiąt lat, twarz naznaczoną bliznami i zmęczone, ale bystre oczy. Trzymał w ręku stary, podniszczony plik dokumentów. Wyglądał na wyjątkowo zmartwionego.
"Maciejos! Cieszę się, że jesteś. I co? Wypadki na biurku, czy co?" - Paweł wskazał brodą na zamazaną plamę pod okiem Maciejosa.
"Mały wypadek na wczorajszym sparingu, Trenerze. Nowy kolega miał za dużo pary." Maciejos zbył to uśmiechem.
"Dobra. Ale wiesz, że za dwa tygodnie jest ważenie. Musisz oszczędzać te aktywa na walkę, a nie na treningi. Dziś robimy ostry interwał i pracę na klinczu. Potrzebuję, żebyś był gotowy na trzy rundy w pełnym gazie."
Trening był morderczy. Sześć minut pracy na worku, sześć minut ćwiczeń siłowych, i natychmiast, bez przerwy, walka. Maciejos czuł, jak jego płuca się palą. Myśli o analizie finansowej natychmiast znikały, zastąpione instynktem i koniecznością. Całkowite przeciwieństwo Technikum Ekonomicznego, gdzie najważniejsza była bierna kontrola. Tutaj najważniejsza była aktywna kontrola.
Podczas krótkiej przerwy na wodę, kiedy zawodnicy chwytali powietrze, Paweł odchrząknął, stukając palcami w plik dokumentów. Napięcie w sali wzrosło.
"Dobra, chłopaki. Mam złe wiadomości." Paweł odłożył papiery na podniszczony stół. "Jak wiecie, czynsz za halę wzrósł nam w tym kwartale o trzydzieści procent. To jest kwota, która nas zabija."
W sali zaległa cisza. Gryf nie był klubem komercyjnym. Trzymał się na opłatach od rodziców i niewielkich dotacjach.
"Jeśli do końca miesiąca nie znajdziemy dziesięciu tysięcy złotych, zamykają nam ten przybytek. Przepadnie nam hala, przepadnie sprzęt. Koniec $\text{Gryfu}$."
Maciejos poczuł uścisk w żołądku. Ta hala była jego jedyną ucieczką.
"Ale jest światełko w tunelu," ciągnął Paweł. "W tym roku, Bitwa o Stocznię - lokalny turniej amatorski - zorganizowała największą nagrodę pieniężną w historii. Dwudzieścia tysięcy dla zwycięzcy w kategorii półśredniej. To dwukrotnie więcej, niż potrzebujemy."
Wszyscy spojrzeli na Maciejosa, który był jedyną nadzieją klubu w tej kategorii.
"I dlatego, Maciejos," Paweł spojrzał na niego twardo, "chcę, żebyś tam zawalczył. Oficjalnie. To jest nasza inwestycja ostatniej szansy."
Maciejos czuł, jak jego serce wali o żebra. Dwadzieścia tysięcy. Potrzebował tej walki. Nie tylko dla klubu. Potrzebował udowodnić, że jego drugie życie ma sens i wartość.
"Dobra, Trenerze," powiedział Maciejos, z determinacją zaciskając dłoń w pięść. "Wchodzę w to. Bilans musi się zgadzać."
Paweł uśmiechnął się lekko. "Wiedziałem. A teraz, Maciejos, do roboty! Zrób mi ten klincz tak, żebyś Błażeja udusił swoimi obliczeniami."
Maciejos wrócił na matę, z nową, palącą motywacją. Cel był jasny, a stawka - maksymalna. Musiał wygrać, by ocalić swój azyl, zanim Lena - jego nowa sojuszniczka w świecie liczb - odkryje, jak bardzo ryzykuje w świecie ciosów.
Rozdział 4: Ryzyko jest Rynkowe
Wieczorny trening zaczynał się od techniki. Maciejos, choć zmęczony, czuł się psychicznie silniejszy po spotkaniu z Leną. Jej słowa o klinczu - eliminowaniu dystrakcji - dziwnie pasowały do rad trenera Pawła.
"Maciejos, zrób mi to przełożenie z podwójnym podchwytem! Mocniej!" - Paweł stał nad nim, jego głos dudnił w pustej hali.
Maciejos, pracując w parze, wyobrażał sobie, że jego partner to nie kolega z klubu, a nieprzewidziane koszty stałe. Próbował je kontrolować, zamykać w klinczu, uniemożliwić ruch. Czuł, że jego logika ekonomiczna przenika do jego stylu walki, czyniąc go bardziej precyzyjnym.
Po godzinie morderczych ćwiczeń technicznych, Paweł zarządził zbiórkę.
"Dobra, chłopaki. Czas minął. Dziś jest deadline." Paweł wyciągnął kartę zgłoszeniową do turnieju Bitwa o Stocznię "Ktokolwiek chce się zapisać, musi to zrobić teraz. Nagroda to dwadzieścia tysięcy złotych. To jest kasa, która uratuje $\text{Gryf}$."
Wszyscy spojrzeli na Maciejosa. Był najlepszy w swojej kategorii wagowej.
Maciejos bez wahania podszedł do trenera. "Wpisuj mnie, Trenerze. Półśrednia."
"Wiedziałem," uśmiechnął się Paweł. "Ale pamiętaj, Maciejos. To nie jest już sparing w klubie. To jest rynek. Rynek brutalny. Czasami ryzykujesz wszystko i nie dostajesz nic. Musisz być gotowy na każdą ewentualność."
Paweł, wypełniając dokumenty, podniósł wzrok. "Maciejos, kto cię obchodzi, tego nie ma. Ale musisz wiedzieć o jednym gościu, który też się zgłosił. Nazywa się Błażej Łopaciński."
Imię uderzyło Maciejosa z siłą prostego sierpowego. Błażej Łopaciński. Maciejos słyszał o nim. Był to syn lokalnego dewelopera, uczeń prywatnego liceum, który trenował w najlepszym, najdroższym klubie w mieście - Elita. Elita miała nowe maty, najlepszych trenerów i własne fizjoterapie. Był to symbol wszystkiego, czego Maciejos i Gryfnie mieli: nieograniczonego kapitału.
"Błażej to mały gnojek," warknął jeden ze starszych kolegów. "Trenuje w luksusie, ale jest brutalny."
Paweł potrząsnął głową. "Ma dobry background. Trenuje od dziecka. Ma czystą siłę. I co gorsza, Błażej ma pieniądze. On nie musi walczyć o czynsz za salę. On walczy o reputację. A to czyni go nieprzewidywalnym."
Maciejos poczuł, jak determinacja miesza się z frustracją. Błażej był jego kontrastem absolutnym - w walkach, w finansach, w życiu.
"Zatem mamy zderzenie światów, Trenerze," odparł Maciejos. "On ma kapitał. Ja mam strategię i motywację. W ekonomii to drugie często wygrywa."
"Obyś miał rację, młody ekonomisto," mruknął Paweł. "Ale teraz idź. Masz jeszcze godzinę na obwodówkę. Czas na inwestycję w wytrzymałość."
Maciejos, czując ciężar odpowiedzialności na swoich barkach, ruszył do ćwiczeń. Miał tylko dwa tygodnie na to, by jego skromny kapitał umiejętności pokonał ogromne zasoby Błażeja.
Gdy wracał późnym wieczorem do domu, na przystanku autobusowym zauważył znajomą, arogancką postać. Stał tam Błażej Łopaciński, rozmawiając głośno przez telefon. Był ubrany w drogi dres z logiem $\text{Gladius}$, a na jego ramieniu wisiała elegancka torba treningowa, lśniąca nowością.
Maciejos, czekając w cieniu, usłyszał wyraźnie:
"...Tak, stary. To tylko zabawa. Ten turniej to kicha, ale stary mnie przekonał, że to dobry PR przed poważną walką. A nagroda? Cóż, wydam ją na weekend w Zakopanem. Nie, żaden z nich mnie nie obchodzi. No, może jakiś Maciejowski z jakiegoś klubu dla biedoty. Łatwa kasa."
Błażej, nie zauważając Maciejosa, roześmiał się. Kiedy wsiadł do czarnego, sportowego samochodu, który po niego podjechał, Maciejos poczuł palące upokorzenie.
Dla Błażeja ta walka była dodatkowym dochodem, luksusowym wydatkiem. Dla Maciejosa - być albo nie być.
Maciejos pomaszerował do domu. Musiał zjeść, zmieścić w harmonogramie Leny naukę i jeszcze zmusić się do snu. Wiedział, że nie może pokonać Błażeja siłą. Musi go pokonać chłodną, ekonomiczną taktyką.
"Zobaczymy, kto jest łatwą kasą," szepnął do siebie, zaciśniętą pięścią dotykając miejsca pod okiem.
Rozdział 3: Kalkulacje Zbliżenia
Spotkanie z Leną następnego popołudnia odbyło się w bibliotece Technikum im. Ignacego Daszyńskiego. Maciejos czuł się tam równie nieswojo, jak w ringu przed gongiem. Była to strefa czystej wiedzy, gdzie jego mięśnie nie miały żadnej przewagi.
Lena czekała przy stoliku, otoczona plikami kartek i podręcznikiem do Rachunkowości Zarządczej. Miała na sobie elegancki, ale prosty sweter i okulary, które dodawały jej skupienia. Wyglądała jak sztab kryzysowy złożony z jednej osoby.
"Cześć, Maciej. Miło mi, że przyszedłeś" - powiedziała, jej głos był rzeczowy, pozbawiony sentymentów. "Zacznijmy od twojego bilansu czasu. Zgodziłeś się pomóc mi z moimi "kosztami zmiennymi", czyli ze zrozumieniem kilku zawiłych wzorów, a ja w zamian nauczę cię, jak zarządzać zasobami."
Maciejos usiadł. "Wzory są proste, Leni. To logika. Tylko... nie miałem kiedy ich przeanalizować."
"Właśnie. Czas to pieniądz, a ty go marnotrawisz." Lena przesunęła w jego stronę arkusz papieru. "Zacznijmy od harmonogramu. Wczoraj mówiłeś, że pracujesz po szkole. Gdzie dokładnie?"
Maciejos zawahał się. Nie mógł powiedzieć: "Moje drugie życie to 4 godziny dziennie brutalnego treningu, po którym nie jestem w stanie trzymać długopisu."
"Eee... mam praktyki. W firmie kurierskiej, wiesz, pakowanie, logistyka..." - skłamał, wykorzystując na nowo motyw z prezentacji. Było to kłamstwo niepewne, ale spójne.
Lena uniosła brew, co było jej jedynym znakiem sceptycyzmu. "W firmie kurierskiej. Rozumiem. Zatem wpiszmy: 15:00-19:00 - Logistyka i Pakowanie. A potem?"
"Potem... jem, myję się i próbuję się uczyć."
Lena szybko wypełniła rubryki, tworząc diagram kołowy jego dnia.
"Widzisz?" - wskazała na wykres. "Masz trzy godziny dziennie na naukę i sen, zanim wpadniesz w debet energetyczny. To jest nie do utrzymania. Ryzyko porażki jest zbyt wysokie."
Maciejos patrzył na diagram. Wizualna reprezentacja jego beznadziejnej sytuacji była zaskakująco klarowna. Wykres krzyczał: Jesteś skazany na niepowodzenie.
"Więc co proponujesz?" - zapytał Maciejos.
"Proponuję optymalizację kosztów stałych." Lena zaczęła kreślić. "Musisz mieć stałe bloki do nauki, kiedy jesteś najbardziej wydajny, bez względu na zmęczenie. I musisz zastosować technikę klinczu."
"Klinczu?" Maciejos mimowolnie się wyprostował.
Lena uśmiechnęła się lekko. To był pierwszy raz, kiedy Maciejos widział na jej twarzy coś, co nie było kalkulacją.
"To termin z zarządzania czasem. Chodzi o to, żeby eliminować dystrakcje i zmuszać się do maksymalnej koncentracji w krótkim, intensywnym bloku czasu. Jak walka. Nie marnujesz energii na uniki, tylko idziesz po cel."
Maciejos był pod wrażeniem. Widziała podobieństwa w jego logice, nawet jeśli nie znała jego prawdziwego świata.
Następnie przyszła kolej na "koszty zmienne" Leny - skomplikowane równania związane z amortyzacją i rzepływami pieniężnymi Kiedy Maciejos w końcu skupił się na liczbach, okazało się, że ma do nich intuicję. Potrafił instynktownie przewidzieć, dokąd zmierza równanie.
"Wow, Maciej. Szybko łapiesz," przyznała Lena. "Jesteś... zaskakująco dobry w logice finansowej, jak na kogoś, kto ciągle wygląda, jakby go pogryzł rynek akcji."
Maciejos poczuł ciepło na policzkach. "To po prostu... twarde dane, Leni. Wiesz, albo masz zysk, albo masz stratę. W MMA jest tak samo. Nie ma miejsca na może."
"Właśnie. To mi się podoba," Lena zamknęła podręcznik. "Będę twoim analitykiem zasobów. Ale musisz mi ufać i zawsze dotrzymywać słowa."
Maciejos skinął głową. Zgodził się na zasady audytu.
Kiedy wychodzili z biblioteki, Maciejos poczuł dziwne, podwójne zadowolenie. Z jednej strony miał Lenę u boku, a jej obecność koiła jego niepokój. Z drugiej, miał teraz plan, który musiał naruszyć już za kilka godzin, kiedy zamiast do biurka, ruszy do Gryfu na kolejną brutalną sesję.
"Do zobaczenia jutro, Maciej," powiedziała Lena. "I pamiętaj: żadnych nieplanowanych wydatków energetycznych."
Maciejos uśmiechnął się krzywo. Właśnie obiecał jej zerowe ryzyko, podczas gdy jego następne dwadzieścia dni miało być jednym wielkim, niekontrolowanym spekulacyjnym hazardem na ringu.
Rozdział 7: Pozabilansowe Korzyści
Zgodnie z "okresem karencji" narzuconym przez Pawła i systemem ostrzegawczym Leny, Maciejos musiał odpuścić matę na kilka dni. Kolano, smarowane końską maścią i owinięte stabilizatorem pod szkolnymi spodniami, rwało tępym bólem przy każdym kroku, ale Maciejos zaciskał zęby.
Lena, widząc jego fatalne wyniki w audycie energetycznym, podjęła decyzję.
- Dzisiaj żadnej rachunkowości - oznajmiła, gdy spotkali się po lekcjach przed budynkiem szkoły. - Twój umysł jest zbyt przeciążony, żeby przyjmować dane. Idziemy na spacer. Traktuj to jako restrukturyzację zasobów.
Maciejos chciał zaprotestować, wspomnieć o "pracy kurierskiej", ale spojrzenie Leny było nieubłagane. Poszli w stronę parku, z dala od szarych murów Technikum im. Daszyńskiego. Szli powoli, co Maciejosowi było bardzo na rękę.
- Dlaczego to robisz, Maciej? - zapytała nagle, zatrzymując się przy moście nad kanałem. - Widzę, jak się spalasz. Masz osiemnaście lat, a niesiesz na barkach ciężar, jakbyś zarządzał holdingiem w upadłości. Ta praca... te nadgodziny. To naprawdę tylko kwestia pieniędzy?
Maciejos oparł się o barierkę, patrząc na mętną wodę. Chciał jej powiedzieć wszystko. O zapachu gumy na sali, o strachu przed zamknięciem jedynego miejsca, w którym czuł się kimś więcej niż tylko numerem w dzienniku. O tym, że walka z Błażejem z Elity to dla niego sposób na odzyskanie godności.
- Czasami... - zaczął ostrożnie - inwestycja wymaga poświęceń, których nie da się wpisać w prostą tabelkę. Boisz się, że jeśli teraz odpuścisz, to już nigdy nie dostaniesz drugiej szansy na taki zwrot z inwestycji.
Lena podeszła bliżej. Poczuł zapach jej perfum - delikatny, cytrusowy, stanowiący całkowite przeciwieństwo woni linimentu i potu, do której przywykł.
- Wiesz, co jest najczęstszym błędem młodych inwestorów? - zapytała cicho, patrząc mu prosto w oczy. - Myślą, że muszą zaryzykować wszystko naraz. A prawda jest taka, że najważniejszym aktywem jest bezpieczeństwo. Jeśli ty się rozpadniesz, Maciej, żadne pieniądze i żadna praca nie będą miały znaczenia.
Położyła dłoń na jego ramieniu. Maciejos poczuł przeszywający dreszcz - nie był to ból kolana, ale coś zupełnie nowego. Coś, czego nie potrafił skalkulować. Przez chwilę świat MMA i turnieju "Bitwa o Stocznię" wydał się nierealny, odległy o lata świetlne.
- Masz kogoś, komu możesz ufać? - dodała, ściszając głos. - Poza mną i twoimi tabelkami?
- Mam trenera. Ale on widzi we mnie zawodnika. Rodzice... oni widzą we mnie przyszłego księgowego. Tylko ty... - zawahał się - ty widzisz, że coś się nie zgadza w obliczeniach.
Lena uśmiechnęła się, a ten uśmiech był dla Maciejosa cenniejszy niż jakakolwiek nagroda finansowa. Przez następną godzinę nie rozmawiali o szkole ani o pracy. Lena opowiadała mu o swojej pasji do fotografii analogowej, o tym, jak lubi wywoływać zdjęcia w ciemni, czekając, aż obraz powoli wyłoni się z nicości.
- To jak z nauką albo treningiem - zauważył Maciejos. - Długo czekasz na efekt, a potem nagle wszystko staje się jasne.
W drodze powrotnej, gdy słońce zaczęło chować się za blokowiskami, Maciejos poczuł, że jego Poziom Niebieski (satysfakcja) po raz pierwszy od tygodni poszybował w górę. Jednak gdy tylko Lena go pożegnała, a on został sam na przystanku, rzeczywistość uderzyła go ze zdwojoną siłą.
Wyjął telefon. Dostał powiadomienie z grupy klubu Gryf. Zdjęcie nowej maty w klubie Elita - lśniącej, niebieskiej, z wielkim logo. Pod spodem podpis: "Oni mają to, my mamy tylko tydzień na cud. Maciejos, jak noga?"
Schował telefon do kieszeni. Spacer z Leną był piękną dywidendą