Rozdział pierwszy
Bicie się z myślami
29 maja 2024 roku, środa, Głogów
Korytarz zdawał się nie mieć końca. Szła powoli w ciemnościach, bo światło dawno zgasło. Szukała drzwi. Jakichkolwiek, byle tylko wydostać się z tego miejsca, z budynku, którego nie znała. Może to był blok, może biurowiec. Nie wiedziała i nie miała pojęcia, jak się w nim znalazła. Idąc, dotykała palcami ściany po to, żeby się nie zgubić, a trochę dlatego, że był to jedyny stały element w ciemnej przestrzeni. Punkt oparcia? Chyba nie do końca. Tynk na ścianie był nierówny, chropawy. Czuła coś mokrego na opuszkach palców. Poraniła się? To krew? Nie była pewna, bo nie czuła bólu. Zatrzymała się i possała kciuk niczym niemowlę. Słony i lekko żelazisty, czyli jednak krew. Co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejęła. Z palcami na ścianie ruszyła dalej, nie wiedząc, dokąd korytarz ją doprowadzi.
Nagle ściany się skończyły. Siłą rozpędu zrobiła jeszcze jeden krok, a potem się zatrzymała. Nasłuchiwała. Było przerażająco cicho. Trafiła na rozwidlenie korytarza. W którą stronę pójść? Coś w tyle jej głowy szeptało uporczywie, że teraz nie ma już wyboru, że musi iść cały czas do przodu.
- Stało się, nie mogę zawrócić - powiedziała.
Z wyciągniętymi rękami ruszyła przed siebie. O dziwo, nie trafiła na kolejną ścianę, tylko na drzwi, których tak szukała.
- Wreszcie - szepnęła z ulgą.
- Otworzysz, kurwa, wreszcie!
Rozchyliła powieki. Przez chwilę dostrzegała jedynie mgłę. Jednym okiem, bo drugie, zaropiałe, nie chciało się otworzyć. Usłyszała walenie do drzwi, które o mało nie rozsadziło jej czaszki.
- Szlag - wybełkotała jękliwie.
Przetarła poślinionymi palcami powieki. Wzrok wrócił, podobnie jak pamięć, przynajmniej o tyle, o ile. Nie było dobrze. Leżała na podłodze w przedpokoju z adidasem pod głową. Usiadła, lekko nią zakolebało. Wciąż była pijana. Zbierając siły, przysłuchiwała się przytłumionym głosom dochodzącym zza drzwi.
- Co tu się dzieje? Na policję zadzwonię.
- Policja już tu jest.
Parzyszek? Co on tu robi? - myślała gorączkowo, próbując się podnieść. Słabo jej to szło, więc na czworakach dotarła do drzwi i trzymając się klamki, wstała. Odblokowała zamek i uchyliła drzwi. Zobaczyła Lewego, który stał przed żywo gestykulującym mężczyzną. Chciała zawołać do partnera, ale tylko zaniosła się kaszlem. Lewy odwrócił się w jej stronę i szybkim krokiem ruszył w jej kierunku. Wpadł do środka, popychając drzwi. Puściła klamkę, straciła równowagę i po ścianie osunęła się na podłogę.
- Kurwa, Rita, co ty odpierdalasz? - spytał ze złością i trzasnął drzwiami.
Próbowała stanąć i się wytłumaczyć. Nadaremno, bo plątały jej się i nogi, i język. Pokręcił głową, chwycił ją pod pachy i zawlókł do łazienki. Próbowała protestować, ale wciąż nie była w stanie wyartykułować choćby jednego w miarę zrozumiałego słowa. Usadził ją w ubraniu pod prysznicem i puścił zimną wodę. Wrzasnęła.
- Zostawiam cię tutaj. Ogarnij się. Mamy do pogadania.
Po chwilowym szoku poczuła, że woda ją koi. Odrobinę. Myślała, że może już wstać, ale kiedy tylko podniosła się z dna brodzika, szarpnęły nią torsje. Ledwie zdążyła do muszli klozetowej.
Okryta ręcznikiem powlokla się do pokoju. Założyła na siebie pierwszy lepszy T-shirt i spodnie. Przez głowę przeleciała jej absurdalna w tej sytuacji myśl, że od zimnej wody sterczą jej sutki. W sumie - najmniejszy z jej porannych problemów.
W kuchni czekała na nią gorąca kawa. I wyraźnie zirytowany Lewy, który palił, strzepując popiół do słoika z odrobiną wody.
- Tu się nie pali - wycharczała wreszcie w miarę zrozumiale.
Parzyszek tylko skrzywił się i powiedział:
- Co ty nie powiesz? I wytłumacz mi wreszcie, z łaski swojej, co takiego odpierdalasz? Przecież wiesz, jak głównodowodzący jest cięty na pijaństwa.
- Po służbie byłam. No i w domu piłam.
- A ty w ogóle coś pamiętasz z tego, co działo się w nocy? - Lewy jej nie odpuszczał.
Pociągnęła łyk kawy. Mocnej. Znowu poczuła lekkie mdłości. Odetchnęła głębiej kilka razy. Puściło. Co pamiętała? Na pewno najpierw piła wódkę. Rozejrzała się po kuchni. Przy zlewie stała pusta butelka po winie. To musiało ją dobić. Jedenaste przykazanie: nie mieszaj. Czy jakoś tak.
- Widzę, że nie bardzo - kontynuował jej partner. - Koleś, z którym rozmawiałem przed wejściem do twojej chaty, mówił, że łaziłaś po nocy i wyłaś do księżyca.
Faktycznie tak było? Powoli wracały do niej obrazy z ostatniej nocy, niejasne i nieciągłe, zmontowane przez świadomość niczym awangardowy teledysk ze zbyt szybką akcją.
- Masz szczęście, że nie zadzwonił do nas. Więc jeszcze raz, co się stało?
- A jak ty w ogóle do mnie trafiłeś? - spytała, próbując odwlec tłumaczenie się przed Parzyszkiem.
- Bo w policji robię - żachnął się. - Mówiłaś mi przecież, że się przeprowadzasz na tę ulicę, a przed domem stoi twoje auto.
Śledczy roku, pomyślała i na szczęście ugryzła się w język, zanim powiedziała to na głos.
Lewy wrzucił peta do słoika. Syknęło.
- Nooo? - zachęcił ją po raz kolejny. - Mów, co się stało. Bez ściem.
- Miałam załamkę.
Nie skłamać, ale prawdy też nie powiedzieć - najlepsza i właściwie jedyna strategia, którą mogła wykorzystać.
- To akurat zauważyłem. Ale dlaczego?
Znowu upiła łyk kawy, który tym razem wszedł jej gładko.
- Wróciły do mnie takie tam stare, wrocławskie sprawy - zaczęła szyć kłamstwo z strzępów informacji. Widziała, że Lewy już zbiera się, by coś powiedzieć, więc dodała: - Prywatne.
Pokręcił głową. Wyciągnął z paczki papierosa, poobracał go w palcach, a potem odłożył.
- Rita, jesteśmy partnerami, możesz mi mówić o wszystkim.
Partnerami, dobre sobie. Wciąż nie do końca ufała Parzyszkowi, bo zdawała sobie sprawę, że jest egoistą. Wydawało jej się, że on także do końca nie ufa jej. Taki układ.
- Posłuchaj mnie, kobieto nieszczęsna. Robimy ze sobą już prawie rok. I chyba zauważyłaś, że głupi nie jestem. Jest jasne jak słońce, że nikt o zdrowym łbie nie prosi o przeniesienie z Wrocka do Głogowa, więc...
- Miałam swoje powody - próbowała uciąć jego przemowę.
- Oczywiście, ale wiem, że nie chodziło o robotę.
W Ricie od razu się zagotowało.
- Sprawdzałeś mnie? - wywarczała pytanie.
- A to niby takie dziwne? - Patrzył jej prosto w oczy. - Działam z tobą, więc musiałem wiedzieć, czego się spodziewać. Ale spoko luz, nie robiłem tego oficjalnie. Tylko popytałem znajomków.
- Wielkie dzięki, o łaskawco - skomentowała z przekąsem.
- No to mów, co właściwie się stało.
Zastanawiała się, co mu powiedzieć. Czuła, że za chwilę zagarnie ją gigantyczny kac, nie miała siły na kłótnię z Lewym. Musiała mu coś dać. Cokolwiek.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ