ROZDZIAŁ 2
PIERWSZE SPOTKANIE
grudzień 2000
Teraz, kiedy kontaktowaliśmy się regularnie, pomysł osobistego spotkania był już tylko kwestią czasu. Ustaliliśmy więc, że zjemy razem obiad na początku grudnia 2000 roku. Jak zwykle byłam trochę ostrożna, dlatego zależało mi, żebyśmy spotkali się za dnia, w miejscu publicznym, w otoczeniu innych ludzi. Nie byłam głupia i nie zamierzałam ryzykować – w końcu miałam już za sobą randkę z potencjalnym seryjnym mordercą i nie chciałam po raz drugi popełnić tego samego błędu! Jak do tej pory wymieniliśmy tylko numery telefonów. Will nie znał mojego adresu zamieszkania ani żadnych innych personaliów.
Spędziłam trochę czasu, przygotowując się do tej pierwszej randki. Myślałam o tym, że może ona otworzyć przede mną zupełnie nowe możliwości, ale także przynieść potencjalne rozczarowanie, jeżeli Will okaże się innym mężczyzną niż ten, którego poznałam w sieci. Czułam z nim taką bliskość i łączył nas taki magnetyzm, że niemal bałam się zepsuć to spotkaniem „w realu”. Nie byłam przekonana, czy Willowi spodoba się mój pomysł na niego. Wiodłam szczęśliwe życie. Byłam bezpieczna i znalazłam miejsce, w którym czułam się dobrze. Zakochanie się w mężczyźnie mogło zburzyć to poczucie bezpieczeństwa, a jednak perspektywa odnalezienia szczęścia i kogoś, dzięki komu znowu mogłabym poczuć się jak kobieta, była nie do odparcia. Przygotowałam się więc do wyjścia, a potem przebrałam się po raz drugi – i trzeci – aż w końcu, jak nietrudno się domyślić, wróciłam do pierwszego stroju.
Punktualnie o czasie zjawiłam się w jego luksusowym biurze przy St Andrews Square. Recepcja znajdowała się na pierwszym piętrze, więc pojechałam windą. Z drzwi wychodziło się wprost do wielkiej, otwartej i nowocześnie urządzonej poczekalni z wysokim stropem i obitymi skórą, rzeźbionymi fotelami. Na ścianach wisiały dwa czy trzy ogromne telewizory, ustawione na CNN News, a za wielkim biurkiem siedziała samotna dziewczyna. Był to dosyć imponujący widok.
Podeszłam do biurka.
– Dzień dobry – przywitałam się, tak pewnie, jak tylko potrafiłam. – Jestem umówiona na spotkanie z Willem Allenem.
Recepcjonistka zrobiła zdziwioną minę, sprawdziła coś w komputerze i powiedziała:
– Nie pracuje tu nikt o nazwisku Will Allen.
Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że trafiłam pod właściwy adres, więc podałam dziewczynie krótki rysopis Allena.
– Nie, na pewno tu pracuje. Proszę sprawdzić jeszcze raz, dobrze? To taki wysoki gość, Amerykanin o nieco egzotycznych korzeniach.
– Aha, chodzi pani pewnie o Willa Jordana – stwierdziła recepcjonistka. – Przekażę mu, że pani przyszła.
Usiadłam i czekałam, zastanawiając się nad innym nazwiskiem Willa. Jak to możliwe? Z maili wynikało wyraźnie, że mam do czynienia z Willem Allenem. Może bał się podawać w sieci swoje prawdziwe nazwisko? Jeżeli tak było, to by wyjaśniało, dlaczego nie znalazłam w internecie żadnych informacji na jego temat.
Drzwi otwierały się i zamykały kilkakrotnie, a mnie serce podjeżdżało do gardła, ale on się nie zjawiał. W końcu drzwi otworzyły się po raz kolejny i wyszedł z nich Will Allen.
Ruszył w moją stronę z promiennym uśmiechem, ukazując garnitur śnieżnobiałych zębów. Natychmiast zwróciłam uwagę na jego opanowanie i pewność siebie, a także na jego wzrost, oliwkową karnację i wysportowaną sylwetkę. Nawet te staroświeckie okulary, które miał na nosie, nie były w stanie popsuć jego atrakcyjnego wyglądu. Oto, w końcu, miałam go przed sobą – z krwi i kości.
Wymieniliśmy uśmiechy. Will podał mi dłoń pewnym gestem, nienachalnie ją uścisnął, a kiedy wstałam, pocałował mnie delikatnie w policzek i przywitał się.
– Idziemy? – spytał.
Weszliśmy do windy, zjechaliśmy na dół, po czym ruszyliśmy do pobliskiej restauracji na obiad.
– Naprawdę nazywasz się Jordan, a nie Allen? – spytałam od razu.
– Och, Allen to moje drugie imię – odparł bez wahania, nie odwróciwszy wzroku.
W restauracji spędziliśmy sympatyczne dwie godziny. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat przeczytanych książek, ze szczególnym uwzględnieniem TheCelestine Prophecy. Autor opisuje w niej ludzi związanych ze sobą cielesną i emocjonalną energią. Twierdzi, że gdy dwoje ludzi jest blisko siebie, da się wyczuć tę energię i to ona sprawia, że między nimi rodzi się więź. Zadałam Willowi pytanie, czy uważa, że taką energię da się też wyczuć za pośrednictwem maila. Oboje byliśmy przekonani, że taki magnetyzm powstał między nami – chociaż przeczyło to racjonalnemu myśleniu. Will sprawiał wrażenie, jakby raził go grom. Później przez całą naszą znajomość twierdził, że to właśnie w tym momencie zakochał się we mnie – to była ta chwila, w której uświadomił sobie, że znalazł bratnią duszę.
Zgodnie z tym, co napisał mi w mailu, mierzył około sto osiemdziesięciu centymetrów i był wspaniale zbudowany; jego ciało było pozbawione choćby grama zbędnego tłuszczu. Opisał mi pokrótce swoje korzenie – miał dwóch białych dziadków; jedna z jego babć była rdzenną Indianką, w żyłach drugiej zaś płynęła krew afrykańska i karaibska. Obaj jego dziadkowie wyprzedzili swoją epokę, łamiąc obowiązujące normy społeczne i żeniąc się z kobietami innej rasy. Dodał też, że jedyną rzeczą, jaką odziedziczył po swoich indiańskich przodkach, była nietolerancja alkoholu.
Will nie miał prawie w ogóle zarostu, ale przyznał, że ostatnio próbuje zapuścić wąsik, z czego jest bardzo dumny. Mnie to kojarzyło się raczej z meszkiem na twarzy chłopca w okresie dojrzewania, ale Will wytłumaczył, że nigdy wcześniej nie musiał się golić, z powodu niskiego poziomu testosteronu, czego winą była świnka, którą przeszedł w dzieciństwie (później, kiedy po raz pierwszy poszliśmy do łóżka, odkryłam, że Will nie ma też włosów na klatce piersiowej). Widać było, że perspektywa zapuszczenia brody jest dla niego niezwykle ekscytująca, ale póki co trudno było mówić o jakimkolwiek zaroście. Ten entuzjazm wydał mi się uroczy, chociaż było mi go trochę szkoda.
Rozmowa była ożywiona i pełna ekspresji. Will słuchał uważnie, co mam do powiedzenia, poza tym wiele nas łączyło – to, w co wierzyliśmy i co czytaliśmy. Przede mną siedział odnoszący sukcesy, atrakcyjny, interesujący, a przy tym normalny facet, który wydawał się mną zainteresowany. A mimo to, miałam pewne opory. Powiedziałam mu, że prowadzę udane życie i że jeśli chciałby dzielić je ze mną, musiałby wnieść do niego coś więcej, co nie będzie łatwym zadaniem. Will odpowiedział, że rozumie, a potem roześmiał się i stwierdził, że musi się zastanowić, jak tego dokonać!
Po obiedzie odprowadził mnie do samochodu, trzymając mnie pod ramię, a kiedy się zatrzymaliśmy, żeby się pożegnać, pocałował mnie delikatnie w usta. Zauważyłam, jakie ma miękkie wargi, i nie miałam wątpliwości, że gdybym nachyliła się bardziej w jego stronę, Will pocałowałby mnie mocniej i dłużej. Mimo to nie zdecydowałam się na ten krok. Pożegnałam się i odjechałam.
Kilka godzin później Will przysłał mi maila, w którym napisał, że dopiero niedawno udało mu się zapanować nad bijącym w szaleńczym tempie sercem i że prawdę mówiąc, trudno jest mu utrzymać stopy na ziemi.
Will wydawał się zaskoczony intensywnością swoich uczuć do mnie i obawiał się, że ja mogę ich nie podzielać. Potem wrócił do tego, co mówiłam podczas obiadu na temat więzi, i nie przestawał powtarzać, że od samego początku, kiedy wymieniliśmy pierwsze maile, był pewien, że mnie polubi.
Napisał też, że nic nie było w stanie przygotować go na ten moment, kiedy wyszedł z windy. Pomyślał sobie wtedy: „Ona jest jeszcze ładniejsza niż na zdjęciu”. Zakończył swój mail zdaniem, że wciąż czuje na ustach wspomnienie naszego pocałunku i że nie może się doczekać kolejnego spotkania. „Zanim znów się do siebie odezwiemy, życzę ci cudownego weekendu. Wiedz, że jesteś obecna w moich myślach i snach”.
Od tamtej pory wszystko potoczyło się bardzo szybko. Will pisał do mnie codziennie i podchodził do naszego związku z coraz większym entuzjazmem. Ja zaś czułam się przy nim odprężona i chociaż spotkaliśmy się tylko raz, odczuwałam silną więź z tym człowiekiem. Na pewno nie był to typ mężczyzny, przy którym coś mi zagrażało. Wręcz przeciwnie, Will był spokojny, inteligentny i rozsądny.
Kilka dni później na naszą drugą randkę to ja zaprosiłam go na lunch. Will przyjechał do mojego uroczego, starego mieszkania z widokiem na morze, na pierwszym piętrze kamienicy czynszowej w Portobello
1
. Muszę przyznać, że jestem okropną kucharką i pasta, którą dla niego zrobiłam, ledwo nadawała się do jedzenia. Na domiar złego, w trakcie lunchu zadzwonił służbowy telefon Willa, który musiał wyjść do innego pokoju, żeby go odebrać i spędził tam czterdzieści minut. Wrócił ze skruszoną miną, a ja starałam się nie wpaść w złość – w końcu to przecież interesy. Potem rozmawialiśmy już bez przeszkód przez kilka godzin, a ja pokazałam mu trochę zdjęć rodzinnych, w tym także te, na których była moja córka. W końcu przyszedł czas, żeby odebrać Moran – która miała wówczas roczek – ze żłobka. Zanim jednak wyszliśmy z mieszkania, Will pocałował mnie.
Objął mnie w talii i przyciągnął do siebie. Z właściwą sobie stanowczością wpił się w moje usta; znów poczułam tę miękkość, ale tym razem Will był bardziej zdecydowany. Utonęłam w jego ramionach i poczułam, jak uginają się pode mną kolana. Jego pocałunek zburzył mi fryzurę i pozbawił oddechu, budząc za to uczucia, o których dawno zapomniałam.
Will i ja widywaliśmy się od tamtej pory co parę dni i z każdym kolejnym spotkaniem pałaliśmy do siebie coraz bardziej namiętnym uczuciem. W pracy dostałam od niego bukiet wspaniałych czerwonych róż, co wzbudziło wielkie zainteresowanie moich koleżanek – zwłaszcza że nie przyznałam się jeszcze nikomu, iż w moim życiu pojawił się nowy mężczyzna. Will wysyłał mi też romantyczne kartki i wynajdywał różne inne sposoby, żeby bez przerwy dawać mi do zrozumienia, jak szalenie się we mnie zakochał.
Był przy tym niezwykle taktowny i okazywał mi swoje uczucie na tysiące sposobów. Pamiętam, jak kiedyś siedzieliśmy razem w samochodzie, popijając z butelki wodę, i choć widziałam, że Will jest bardzo spragniony, ostatni łyk zostawił dla mnie. Odruchowo otwierał mi drzwi w samochodzie, a gdy szliśmy chodnikiem, trzymał się zewnętrznej strony – moja matka powtarzała, że takie gesty się liczą, pokazują bowiem, że mamy do czynienia z dobrze wychowanym dżentelmenem. Ujmowała mnie ta jego delikatna troskliwość i to, że każdego dnia Will dawał mi odczuć, że o mnie myśli. Wysyłał mi tęskne SMS-y; dzwonił, żeby powiedzieć mi, co koledzy z pracy mówili o jego „tajemniczej dziewczynie”; a także przesyłał mi różne dowcipy i inne rzeczy, o których pomyślał bądź się na nie natknął, a chciał się nimi ze mną podzielić.
Will był zupełnie inni niż wszyscy mężczyźni, z którymi umawiałam się wcześniej. Był inteligentny i wykształcony, a jednocześnie nie przechwalał się swoimi osiągnięciami. Na przykład zauważył u mnie w salonie fortepian i wspomniał mimochodem, że potrafi grać. Ja miałam dyplom z muzyki i odebrałam klasyczne wykształcenie w grze na fortepianie – kiedy miałam jedenaście lat, grałam już koncerty Beethovena. Gdy poprosiłam Willa, żeby dla mnie zagrał, okazało się, że jest w tym dużo lepszy ode mnie. Potrafił bezbłędnie wykonać wiele różnych rodzajów muzycznych, a jednocześnie był wobec siebie bardzo krytyczny, twierdząc, że technicznie jest niezły, ale melodycznie fatalny. Prawda była jednak taka, że radził sobie fantastycznie. Z równym wdziękiem grał też na gitarze i kilku innych instrumentach.
Will był utalentowany także w innych dziedzinach. Mówił biegle w dziewięciu językach, w tym także po hebrajsku, i potrafił przeczytać książkę w zaskakująco szybkim tempie. Jego wiedza na temat komputerów i komunikacji wydawała się oszałamiająca. Will czuł się na tym polu bardzo pewnie; często wspominał o różnych nowinkach ze świata techniki oraz o różnych rzeczach, które można osiągnąć dzięki komputerom. Miał niezwykle techniczny umysł – sprawił, że mój komputer zaczął działać dużo szybciej; zaprojektował też i umieścił w sieci stronę poświęconą mnie i Moran.
Tam gdzie ja lubiłam się przechwalać i bawić się w aktorkę, śmiejąc się z byle czego i dostrzegając zabawne strony życia, Will był cichy, prawie nieśmiały, chociaż nie brakowało mu pewności siebie, pozbawionej jednak arogancji, we wszystkim, co robił. Zajmował się tak wieloma sprawami, podróżował i pracował na całym świecie. Był mężczyzną, którego można było podziwiać: przystojnym, wysportowanym i silnym, bystrym, a przy tym niepopisującym się swoją wiedzą, kreatywnym i zmysłowym, romantycznym i czułym, a jednocześnie nie ckliwym. Wydawał się jakąś anomalią – zupełnie nieznanym dotąd gatunkiem faceta.
Jedyną jego wadą na tym etapie była niepunktualność. Bez przerwy się spóźniał, a czasami w ogóle nie przychodził na umówione spotkanie. Zdarzało się, że znikał na cztery dni, a ja zamartwiałam się o niego. Kiedy tak się działo, trudno mi było się z tym pogodzić. Will przyznał, że dla niego to też jest niełatwe, i starał się mnie informować na bieżąco o swoich poczynaniach. Czasem prowadziło to do kłótni, ale Will zawsze mnie przepraszał i twierdził, że bardzo się stara.
Pewnego razu, niedługo po tym jak poznałam Willa, mój brat zaprosił nas na kolację. Chciał poznać mojego nowego faceta i udało nam się jakoś ustalić pasujący termin. Jednak w ostatniej chwili coś zatrzymało Willa w pracy i musiał odwołać swój udział w tym spotkaniu. Było mi z tego powodu okropnie wstyd, ale przyjęłam to z godnością, robiąc dobrą minę do złej gry. Will, jak zwykle, żarliwie mnie przepraszał i jeszcze tej samej nocy pogodziliśmy się. Will obiecał, że się poprawi, i przekonywał mnie, że wszystko się zmieni, kiedy ludzie zdadzą sobie sprawę, że prowadzi teraz normalne, poukładane życie.
Ta sama sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem gdy mieliśmy wziąć udział w jakiejś imprezie towarzyskiej albo spotkać się z moimi przyjaciółmi. Zaczęto nawet żartować ze mnie i mojego wiecznie nieobecnego chłopaka; złośliwi twierdzili, że go sobie wymyśliłam. Było to dla mnie potwornie krępujące: znalazłam idealnego mężczyznę, ale nie mogłam się nim pochwalić. Will zawsze przysięgał, że to się więcej nie powtórzy.
Ci spośród moich przyjaciół, którym udało się go poznać, byli pod dużym wrażeniem. Polubili go i mówili, że widać bez dwóch zdań, jak bardzo Will jest we mnie zakochany. Gdy byłam z Willem, nie spuszczał ze mnie oczu. W przeciwieństwie do niektórych mężczyzn, nie oglądał się za innymi kobietami; wydawał się ich w ogóle nie zauważać. Sprawiał, że czułam się wyjątkowa.
Byłam świadoma tego, jak obecność nowego mężczyzny w naszym życiu może się odbić na mojej córce, dlatego nie sprowadzałam do domu żadnego z facetów, z którymi się umawiałam. Ale szybko stało się jasne, że tym razem w grę wchodzi poważny związek, więc przedstawiłam Willowi moją córkę. Miałam wrażenie, że przypadli sobie do gustu. Will uwielbiał Moran, a ona też lgnęła do niego. Ponieważ Will był bezpłodny, fakt posiadania przeze mnie dziecka wiele dla niego znaczył. Dużo mówił o Moran i o tym, jak bardzo ją lubi. Poświęcał jej dużo uwagi i entuzjazmu, interesował się losem mojej córki – po prostu idealny mężczyzna.
Żałowałam tylko, że nie możemy spędzać więcej czasu razem; tuż przed świętami Bożego Narodzenia sytuacja zaczęła jednak zmieniać się na korzyść. Will został zaproszony na wielką imprezę w Londynie. Było to oficjalne spotkanie z jego największym klientem, na które trzeba było się wystroić i zatrzymać się w pięciogwiazdkowym hotelu. Will poprosił mnie, żebym pojechała z nim, a ja z ekscytacją przyjęłam jego zaproszenie. Nieczęsto, jeśli w ogóle, miałam okazję gdzieś wyjechać, ładnie się ubrać, pozwolić sobie dogadzać i przez parę dni poczuć się znów jak kobieta, a nie tylko jako mama. Z radością przystałam więc na tę propozycję, zorganizowałam sobie wolne w pracy i poprosiłam moją mamę, żeby zajęła się w tym czasie Moran.
Nie mogłam się doczekać tego wyjazdu. Kiedy nadszedł ów wielki dzień, 23 grudnia 2000 roku, miałam już spakowane walizki, które czekały pod drzwiami. Zarezerwowaliśmy lot o czwartej po południu, a ja przez cały dzień zasypywałam Willa mailami, wyrażając w nich moje podniecenie i przypominając mu, żeby się nie spóźnił, jeśli chce, żebyśmy zdążyli na samolot. Will miał skończyć pracę w porze lunchu, tak żebyśmy mieli jeszcze dużo czasu, ale ja denerwowałam się, że znowu coś mu wypadnie. Czekałam więc i w miarę upływu czasu wysyłałam kolejne SMS-y.
„Tak, tak... cierpliwości, zaraz wracam”. „Już kończę, będę za pół godziny”. Will łgał jak z nut... Wymyślał coraz to nowe wymówki... Jeszcze nie przyjechał, ale był już w drodze... Szukał następnego najbliższego lotu... A potem umilkł zupełnie...
Byłam zniesmaczona i wszystko się we mnie gotowało. Will nie pokazał się ani nie zadzwonił. Wyłączył komórkę. W końcu zrobiłam sobie drinka – właściwie to wypiłam całą butelkę wina – i poszłam do łóżka rozczarowana i zdezorientowana. Było już za późno, żeby odebrać córkę od matki, więc uznałam, że zrobię to jutro przed południem.
Nazajutrz była Wigilia i zanim pojechałam po Moran, odebrałam telefon od Willa, który sprawiał wrażenie wyraźnie skruszonego. Spytał, czy może do mnie wpaść. Stwierdził, że ma mi coś ważnego do powiedzenia, a ja zastanawiałam się, co może być ważniejszego niż ja i cały wysiłek, jaki włożyłam w ten wyjazd, który nie doszedł do skutku. Byłam tak zła, że z trudem mogłam mówić, i zażądałam wyjaśnień.
Will przyjechał i przeprosił mnie. Coś faktycznie zatrzymało go w pracy. Jeden z jego klientów spanikował i zawiesił firmowy system komputerowy, a Will spędził całą noc w jego piwnicy, starając się przytwrócić funkcjonalność sytemu. Nie było tam zasięgu i tak bardzo zaangażował się w tę pracę, że nie miał czasu pomyśleć o innym sposobie, w jaki mógłby się ze mną skontaktować. Nie byłam usatysfakcjonowana tymi wyjaśnieniami.
Potem Will powiedział, że bardzo żałuje, iż ten wyjazd nie doszedł do skutku, gdyż zaplanował coś w czasie jego trwania. Wciąż wściekła, spytałam, co takiego zaplanował. W odpowiedzi Will podarował mi pluszowego misia, który miał zawiązaną wokół szyi wstążkę z diamentowymi pierścionkiem. Will oświadczył mi się.
Byłam w szoku. Stałam w kuchni oparta o kuchenkę gazową, ze skrzyżowanymi rękami i nogami. Musiałam rozłożyć ręce, żeby wziąć misia; wtedy cała moja frustracja i złość zniknęły, a nasza rozmowa potoczyła się w innym kierunku. Zawahałam się, więc Will wyjaśnił mi powody, dla których chciał się ze mną ożenić i skierować nasze życie na zupełnie nowy tor.
Byliśmy ze sobą zaledwie od miesiąca – i oto miałam przed sobą mężczyznę, którego uwielbiałam, a który całkiem stracił dla mnie głowę. To było takie odurzające, ekscytujące i niesłychanie kuszące. Wiedziałam, że ja też go kocham, ale byłam też świadoma, że cztery tygodnie to za krótko, żeby kogoś dobrze poznać. Powiedziałam więc, że się zastanowię, a Will odpowiedział:
– Dobrze, pod warunkiem że gdy będziesz się zastanawiać, włożysz ten pierścionek na palec.
Tak też zrobiłam i w ten sposób zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Ślub był już tylko kwestią czasu.
Will musiał spędzić Boże Narodzenie w pracy. Nie planował tego; miał dołączyć do mnie i mojej rodziny, ale praca znów okazała się ważniejsza i ostatecznie nie przyjechał. Czułam się fatalnie, stając się obiektem żartów z powodu jego nieobecności, i musiałam bronić jego obsesji na punkcie pracy przed moimi bliskimi, gdy w rzeczywistości byłam równie wkurzona jak oni. Chciałam się pochwalić Willem, jednak po raz kolejny nie było mi to dane. Will był bardzo skrytym człowiekiem i doszłam do wniosku, że wzbrania się przed tym spotkaniem, ponieważ napawa go ono jakimś lękiem.
Mimo to, zgodnie z jego prośbą, cały czas nosiłam pierścionek, który mi podarował. Powiedziałam mojej rodzinie, że Will mi się oświadczył, lecz że nie podjęłam jeszcze decyzji i rozważam jego propozycję. Moi bliscy byli szczęśliwi, ale jeszcze bardziej cieszyli się, że nie przystałam na nią pochopnie. Chociaż niemożność przedstawienia Willa mojej rodzinie frustrowała mnie, wiedziałam, że w końcu ta chwila nadejdzie.
W styczniu 2001 roku dowiedziałam się, że moja córka będzie miała rodzeństwo – jej ojciec i jego nowa dziewczyna spodziewali się dziecka. Napisałam o tym Willowi.
Moran będzie miała małego braciszka albo siostrzyczkę.
Zanim wyciągniesz jakieś dziwne wnioski, pozwól, że Ci to wyjaśnię. Linda, dziewczyna Rossa, jest w ciąży. Ciekawa jestem, co się teraz stanie. Obiecałam Lindzie, że pomogę jej się z tym jakoś uporać – biedactwo musi to bardzo przeżywać. Mimo wszystko cieszę się, że Moran będzie mieć rodzeństwo.
Odpowiedź Willa była jednocześnie klarowna i emocjonalna. Ta wiadomość musiała być dla niego szokiem. Przyznał, że na dłuższą chwilę go zaćmiło i był przekonany, że jakimś cudem to ja zaszłam w ciążę.
Zareagował więc na mojego maila do tego stopnia emocjonalnie, że czuł każde uderzenie serca trzepoczącego mu w piersi, a krew, która uderzyła mu do głowy, była niczym rozpędzony pociąg. Jego współpracownicy myśleli, że dostał ataku serca, i kazali mu usiąść. Ale gdy Will odzyskał pełną świadomość i wszyscy wokół przestali panikować, doczytał list do końca i dotarło do niego jego znaczenie.
Nie miałam żadnej wątpliwości, że to Will chciałby dać Moran kolejnego brata albo siostrę. Wyznał mi, że potraktowałby to jak „cudowne błogosławieństwo”, gdyby najpierw mógł kochać się ze mną, a potem czekać do końca miesiąca, by kupić test ciążowy. Oddałby wszystko, żeby móc dzielić ze mną tę chwilę, w której mogłoby się okazać, że przyczynił się do powstania nowego życia, i wyobrażał sobie, jakby się czuł, gdybym nosiła nasze dziecko.
Moja wiadomość musiała poruszyć w nim bardzo wrażliwą strunę, skoro napisał mi: „Przepraszam, obiecałem sobie, że nie będę się tym przejmował, ale trudno nie być w mojej sytuacji zgorzkniałym...”.
Jego mail był długi i przepełniony emocjami; stwierdził w nim, między innymi, że jestem teraz wpleciona w każdą nić jego istnienia. Napisał też: „Mam ogromną nadzieję, że jeśli do tej pory nie odrzuciłaś mnie, nie zrobisz tego już nigdy ani nie będę w twoich oczach gorszym mężczyzną, ponieważ nie jestem do tego zdolny. Wiem, że moje serce by tego nie zniosło... Proszę, nie oceniaj mnie po tej jednej porażce, na którą nie mam żadnego wpływu”.
W tym samym mailu Will zwierzył mi się także z intensywności swoich przeżyć, które towarzyszyły mu, kiedy kochaliśmy się po raz pierwszy. Twierdził, że pozwoliło mu to dotknąć dwóch najbardziej ekstremalnych uczuć, których nigdy wcześniej nie doświadczył: z jednej strony tego, jak bardzo mnie kocha i chce spędzić ze mną resztę życia; z drugiej zaś – podłej frustracji i rozpaczy, o jakie przyprawiała go świadomość, że kiedy w końcu znalazł kobietę, którą pragnie uczynić swoją żoną i matką swoich dzieci, wiedział, że druga część tego snu nigdy się nie ziści. Czuł się tak, jakby całe życie przygotowywał się do poświęcenia, które oznaczało koniec „jego” egzystencji i początek życia, jakie miał w całości dzielić z drugą osobą. Ale bez względu na sny i marzenia, które snuł, nie zmieniało to faktu, że nie może mieć dzieci.
Will zakończył swój mail stwierdzeniem, że moja miłość do niego pozwoliła mu się uporać z bólem, i zapewnił po raz kolejny, że bardzo mnie kocha, tak że topniało mi serce. Pisał, że nie ma słów, które byłyby w stanie wyrazić to, co czuje, ani wystarczająco miejsca w tym mailu, żeby je pomieścić, nawet gdyby takie słowa znalazł: „Autentycznie przeraża mnie próba zrozumienia i zmierzenia głębi moich uczuć do Ciebie, bo nigdy nie przypuszczałem, że jestem do takich uczuć zdolny”.
Potęga emocji w mailach Willa autentycznie mnie rozczulała. Tak bardzo pragnęłam dać mu dziecko; uleczyć cały ten ból, który sięgał tak głęboko, ale wiedziałam, że nie jestem w stanie zmienić natury.
Inną rzeczą, która wyszła w tym czasie na jaw i dała o sobie znać, była opinia Willa na temat niewierności i męskiego umysłu. Rozmawialiśmy dużo o naszych poprzednich związkach – szczególnie o moich, ponieważ Will nie miał ich wielu z racji swojego poświęcenia pracy – i Will powtarzał za każdym razem, że nie potrafi zrozumieć, jak mężczyzna może zostawić kobietę, z którą ma dziecko; uważał, że to „okrutne i szydercze w najgorszy z możliwych sposobów, dodatkowo spotęgowane przez brak szacunku, o którym to świadczy”. Jeśli więc czegoś mogłam być absolutnie pewna, to tego, że niewierność jest wbrew wszystkiemu, co drogie sercu Willa – stanowiła kompletne przeciwieństwo wszystkiego, w co wierzył. Nie miałam żadnych wątpliwości, że związałam się z f monogamistą, lojalnym i z zasadami.