WSTĘP
WSTĘP
Prawdopodobnie żadne z ludów tubylczych, które zetknęły się z ekspansją
przybyszów z Europy, nie walczyły bardziej zawzięcie w obronie swojej
ziemi i stylu życia, niż indiańskie plemiona Ameryki Północnej.
Ostatecznie przewaga liczebna i techniczna białego człowieka pozwoliła
podbić ziemie Indian, jednak odwaga i determinacja, z jaką rodowici
mieszkańcy Ameryki bronili swej niezależności uczyniła z nich bohaterów,
którzy, choć pokonani, zyskali sławę, nie mniejszą od swoich zwycięzców.
W warunkach Ameryki Północnej różnica dwóch kultur spowodowała, że
teoria asymilacji różnych ras i narodów nie sprawdziła się. Wynikiem
tego był długotrwały konflikt, przez polityków zwany "problemem
indiańskim", a przez historyków i wojskowych, "cyklem wojen
indiańskich". Jego terenem były zarówno lasy i pola wschodnich obszarów
USA, jak i równiny, góry oraz pustynie Dzikiego Zachodu (Wild West).
"Zanim można było zasiedlić Zachód, trzeba go było najpierw zdobyć" -
napisał na początku lat 90-tych XIX w. późniejszy prezydent Stanów
Zjednoczonych, Theodore Roosevelt, nawiązując do ogłoszonego w 1890 r.
przez amerykańskie Biuro Badania Ludności zakończenia okresu zasiedlania
zachodnich połaci kraju. Słowa te, jak żadne inne, najtrafniej oddają
rzeczywistość tamtych czasów.
Przez większą część XIX w. Indianie stanowili główną przeszkodę dla
pochodu Amerykanów na tereny leżące za rzeką Missisipi. Wiele plemion
toczyło desperackie wojny w obronie swych ziem przed wdzierającymi się
na nie osadnikami, górnikami, łowcami bizonów i hodowcami bydła. Po
olbrzymiej ilości walk, w których tysiące białych i czerwonoskórych
straciło życie, zdobycie Zachodu stało się faktem.
Historia odnotowuje niewiele bardziej dramatycznych wydarzeń, niż
starcia białych z Indianami na zachodzie Stanów Zjednoczonych w drugiej
połowie XIX wieku. Teatr działań wojennych był ogromny i niezwykle
zróżnicowany. Walki toczyły się na obszarach od Minnesoty do wybrzeży
Oceany Spokojnego i od Kanady do granic Meksyku. Głównym narzędziem
pochodu cywilizacji białego człowieka na zachód była armia. To właśnie
wojsku zostawiono do wykonania brudną robotę, jaka pozostała po
nieudolnych, a często wręcz nieuczciwych działaniach cywilów,
przedstawicieli rządu, misjonarzy, osadników i poszukiwaczy złota.
W pewnym sensie scenariusz tych działań był z góry zaprogramowany. Rząd
zawierał z poszczególnymi plemionami traktaty (w sumie USA zawarły ich
ponad 370), w których przyrzekał zagwarantowanie prawa Indian do pewnego
terytorium i utrzymanie z funduszy rządowych, w zamian zaś Indianie
oddawali część swojej ziemi i przyrzekali powstrzymywać się od napadania
na białych poza wyznaczonym obszarem. Stan względnego pokoju utrzymywał
się do chwili, kiedy na terenach pozostawionych Indianom nie znaleziono
bogactw naturalnych lub gwałtowny napływ imigrantów nie zmusił władz do
przekazania ziemi Indian pod osadnictwo (chciwych i nietolerancyjnych
cywilów trudno było przekonać, że jakiś teren nadający się do górnictwa
lub zasiedlenia, nawet prawnie pozostawiony do wyłącznego użytku Indian,
miałby leżeć odłogiem). Żądania górników i rosnąca liczba nowych
osadników prowadziły do wywierania presji na Indian żeby w wyniku nowych
traktatów rezygnowali ze swoich najlepszych ziem pozostawionych im we
wcześniejszych porozumieniach z Wielkim Białym Ojcem (prezydentem) z Waszyngtonu.
Jawna niesprawiedliwość, nieuczciwe lub wręcz nieudolne działania ludzi
odpowiedzialnych za sprawy indiańskie, brak funduszy na pomoc
żywnościową dla Indian, wywoływały niezadowolenie plemion, które często
przeradzało się w otwarty konflikt zbrojny. Wówczas do akcji wkraczała
armia, co prawda nieliczna i źle wyszkolona, ale mająca wystarczające
środki do walki przeciwko rolniczym i koczowniczym ludom żyjącym na
etapie wspólnoty pierwotnej. Tylko w okresie od 1865 r. do 1891 r.
(oficjalnie zakończony został wówczas okres wojen indiańskich), od
Montany do Teksasu, i od Kansas po Kalifornię i Oregon, w wojnach z Indianami stoczono 1065 bitew i potyczek. Zginęło w nich i odniosło rany
2571 żołnierzy amerykańskich i cywilów ze służb pomocniczych
(zwiadowców, taborytów, woźniców, poganiaczy mułów itd.) oraz ponad 5500
Indian.
Ostatnią większą wojną indiańską, która kosztowała armię Stanów
Zjednoczonych więcej niż dziesiątą część wszystkich strat poniesionych w walkach toczonych z Indianami w drugiej połowie XIX w., była wojna z plemieniem Nez Perce (Przekłute Nosy). W 1877 r. to mało znane, pokojowe
i postępowe plemię żyjące w Oregonie i Idaho, w odpowiedzi na złamanie
traktatu i zamiar osiedlenia go w niegościnnym rezerwacie wkroczyło na
ścieżkę wojenną.
Wojna z plemieniem Nez Perce była jedną z najsmutniejszych i najmniej
potrzebnych ze wszystkich wojen indiańskich. Przez 70 lat, od czasu
spotkania z uczestnikami słynnej wyprawy badawczej Lewisa i Clarka
(1804-1806), Indianie Nez Perce żyli w pokoju z białymi i szczycili się
tym, że nigdy nie przelali krwi białego człowieka. W latach 1855 i 1863
dwukrotnie zawierali z rządem amerykańskim traktaty, na mocy których
oddali Stanom Zjednoczonym większość swych ziem plemiennych, zatrzymując
sobie tylko niewielki rezerwat w Idaho i kilka urodzajnych dolin w dorzeczu rzeki Snake i Salmon w Oregonie i Idaho, gdzie obfitość trawy
pozwalała wypasać stada bydła i koni. W 1875 r. administracja prezydenta
Ulissesa S. Granta, pod naciskiem spragnionych nowych ziem mieszkańców
Oregonu, pozbawiła plemię Nez Perce prawa do terenów, które znajdowały
się poza obszarem rezerwatu. Dla Indian nie było w tym nic nowego. W przeszłości parokrotnie zmuszeni byli oddawać ziemię, robili to jednak w sposób pokojowy. Tym razem stało się inaczej. Kilku wodzów plemienia
stanowczo odmówiło oddania reszty swej ziemi pod osadnictwo białych i postanowiło bronić praw do plemiennego terytorium, na którym spoczywały
prochy ich przodków i pasły się stada zwierząt, jedynego bogactwa
plemienia.
Dopóki w 1877 r. nie pokonano potężnych Sjuksów i ich sojuszników z północnych prerii, Szejenów i Arapahów, plemię Nez Perce pozostawiono w spokoju. Klęska 7 pułku kawalerii pod dowództwem ppłk. George'a Custera
w słynnej bitwie na rzeką Little Bighorn w Montanie (25-26 czerwiec 1876
r.) wzburzyła amerykańską opinię publiczną, a dowództwo armii i mieszkańców Zachodu pozbawiła resztek sentymentów wobec Indian. Wkrótce
potem armia otrzymała rozkaz aby otoczyć buntujących się Nez Perce i w razie potrzeby przesiedlić ich do rezerwatu siłą. W rezultacie doszło do
wojny, która przerodziła się w desperacki pochód prawie 800 indiańskich
mężczyzn, kobiet i dzieci w kierunku granicy kanadyjskiej. Ścigani przez
oddziały wojska i setki cywilnych ochotników Indianie Nez Perce,
plemienia piętnastokrotnie mniejszego od słynnych Sjuksów, w ciągu 3
miesięcy przebyli 2500 kilometrów. Przedzierając się przez w większości
wrogie i niegościnne terytorium Idaho, Wyoming i Montany, odpierali i częstokroć bili na głowę dużo liczniejsze siły wroga uzbrojone w najnowocześniejszą broń i mające do dyspozycji nowoczesne środki
techniczne.
Waleczny odwrót plemienia Nez Perce uznany został za arcydzieło
strategii wojennej Indian północnoamerykańskich. Prasa amerykańska
chętnie porównywała go do biblijnej ucieczki Żydów z Egiptu lub słynnego
odwrotu 10 tysięcy zaciężnych Greków pod wodzą Ksenofonta po bitwie pod
Kunaksą w 401 r. p.n.e. opisanego w dziele Anabasis. Nawet jeśli
opinie te były przesadzone, przedsięwzięcie to nie może się równać z żadnym innym, nie tylko w historii wojen indiańskich, ale i w dziejach
wszystkich wojen nowożytnych.
Choć wojna plemienia Nez Perce, tak jak większość walk toczonych przez
czerwonoskórych z białymi, zakończyła się klęską Indian, cała Ameryka
była pod wrażeniem ich postawy. Najwyżsi dowódcy amerykańscy, weterani
wojny secesyjnej i licznych kampanii przeciwko Indianom, chwalili Nez
Perce za umiejętność w walce i odwagę, opisując ich jako
najodważniejszych ludzi i najlepszych strzelców ze wszystkich Indian.
Znany z elokwencji i prawości charakteru wódz plemienia Nez Perce,
Heinmot Tooyalaktet, zwany przez Amerykanów Wodzem Józefem (Chief
Joseph), uznany został przez nieskorych przecież do wyrażania swej
sympatii do Indian generałów amerykańskich, za jednego z najwybitniejszych wodzów w historii Ameryki. To zaszczytne miano
pozwoliło Józefowi i innym wodzom Nez Perce, którzy prowadzili swój lud
w wojnie 1877 r., wejść do grona najbardziej znanych przywódców
indiańskich, a wydarzenia, których bohaterami się stali, uczynić jednym
z najsłynniejszych epizodów w historii Stanów Zjednoczonych.
WYPRAWA LEWISA I CLARKA (1804-1806)
WYPRAWA LEWISA I CLARKA (1804-1806)
Wczesna historia Stanów Zjednoczonych jest przede wszystkim historią
migracji Amerykanów na Zachód w poszukiwaniu ziemi i bogactw.
Termin "Zachód" w warunkach amerykańskich oznacza nie tylko geograficzną
nazwę strony świata, ale cały złożony problem polityczno-społeczny
związany z ekspansją i podbojem wnętrza kontynentu. Kolonizacja Zachodu
różniła się w tym czasie od kolonizacji obszarów zamorskich przez inne
wielkie mocarstwa. Główną siłą akcji kolonizacyjnej nie było wojsko,
którego w istocie w Stanach Zjednoczonych było niewiele, lecz odkrywcy,
traperzy, osadnicy i awanturnicy, a główną siła napędową ekspansji -
miraż bogactwa i szczęścia na Zachodzie. Na tej pożywce zrodziła się
legenda Dzikiego Zachodu. Jej początek sięga pierwszych lat XIX wieku.
Po zakończeniu wojny o niepodległość władze amerykańskie zaczęły się z całą bezwzględnością domagać od Indian mieszkających na terenach
pomiędzy Appalachami a Missisipi, w większości sojuszników pokonanej
Anglii, cesji tych ziem na rzecz zwycięskiej Unii. Prawną podstawę
ekspansji poza granice Appalachów stworzyły trzy akty Kongresu z lat
1784, 1785 i 1787. Określały one zasady pomiarów i sprzedaży ziem
leżących na zachodnich rubieżach kraju. Regulowały także podstawy
organizacji politycznej nowych terytoriów i kryteria, po spełnieniu
których mogły się one stać w przyszłości pełnoprawnymi stanami Unii.
Głównym autorem tego systemu był wybitny polityk amerykański, faktyczny
twórca Deklaracji Niepodległości i jeden z założycieli Stanów
Zjednoczonych, Thomas Jefferson (1743-1826).
Stosując na przemian politykę siły i dyplomacji (tylko w latach
1784-1796 podpisano 15 traktatów oddających tereny indiańskie) około
roku 1800 Stany Zjednoczone doprowadziły swą zachodnią granicę do
Missisipi. Tam kończyła się cywilizacja, a zaczynała ogromna, dzika i niezbadana kraina zwana Luizjaną (Louisiana), przejęta swego czasu od
Francji przez Hiszpanię. O krainie tej Amerykanie mieli bardzo mgliste
wyobrażenie, nikt nie znał jej geografii, bogactw i występujących w niej
zagrożeń. Tajemniczość terenów leżących na zachód od Missisipi rozpalała
wyobraźnię pierwszych pionierów. Rozległe prerie i wznoszące się za nimi
góry, zamieszkałe tylko przez bliżej nieznane plemiona Indian, stawały
się przedmiotem spekulacji i mitów. "Te góry - pisał jeden z wczesnych
entuzjastów Zachodu - przewyższają wszystko, co istnieje w innych
częściach świata. W przyszłości może się okazać, że zawierają większe
bogactwa niż Indie i pozostałe kraje Wschodu (...)"1. Oczami
wyobraźni widziano tam bramę do ziem, które miały spełnić wymarzoną
wizję Ameryki agrarnej, zasobnej i bezpiecznej. Ziem będących krainą
szczęśliwości i azylem dla wszystkich, którzy szukają prawdziwej
wolności, przygody, bogactwa i swobód religijnych. "Na zachód od tych
gór będzie można znaleźć jeziora, rzeki i kraje pełne wszystkiego, co
niezbędne do życia w luksusie, gdzie przyszłe pokolenia będą miały swój
upragniony raj"2. Wszystkie te przepowiednie były oparte na
spekulacjach, nikt bowiem nie znał prawdy o tych ziemiach.
Brak wiarygodnych informacji o ogromnych obszarach rozciągających się
poza Missisipi był tylko jedną z przyczyn blokujących dalszą ekspansję
na zachód. Drugą, znacznie poważniejszą, stanowił fakt, że pomiędzy
Stanami Zjednoczonymi a wybrzeżem Pacyfiku rozciągał się pas terytorium
należących do obcego mocarstwa. Ziemie Unii były ograniczone do regionu
położonego na wschód od Missisipi, a w szczególności do wybrzeży
Atlantyku. Pośrodku kontynentu leżała Luizjana, niby wciąż należąca do
Hiszpanii, ale będąca już z powrotem w posiadaniu Francji. Obejmowała
ona ziemie położone na zachód w dorzeczu Missisipi, w tym niemal
wszystkie środkowe równiny, aż po Góry Skaliste. Na południowy zachód od
Luizjany rozciągały się tereny Kalifornii, Teksasu i Meksyku,
pozostające pod władzą Hiszpanii od ponad dwóch wieków. Na północnym
zachodzie, poza pasmem Gór Skalistych, leżała kraina zwana Oregonem,
penetrowana przez białych łowców futer i handlarzy, ale zupełnie nie
zasiedlona. Do tej deszczowej, skalistej i zalesionej krainy swoje
pretensje zgłaszały Hiszpania, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.
Pierwsze opisy ziem Oregonu pochodziły od europejskich żeglarzy, którzy
docierali do zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej pod koniec XVIII w. i od traperów z kanadyjskich kompanii futrzarskich. Hiszpański kapitan Don
Juan Perez już w roku 1774 dopłynął do wyspy Vancouver i Królowej
Charlotty. W 1788 r. słynny angielski żeglarz James Cook, odbywający
wyprawę dookoła świata, z dwoma małymi statkami "Discovery" i "Resolution", mocno uszkodzonymi podczas sztormu, zawinął do zatoki
Nootka Sound, gdzie został gościnnie przyjęty przez Indian z plemienia
Nutka.
W końcu XVIII w. obok Hiszpanów, Brytyjczyków, a także Rosjan z Alaski
zaczęli się tu pojawiać i Amerykanie. 12 maja 1792 r. jeden z nich,
kapitan Robert Gray, odkrył ujście wielkiej rzeki, której nadał miano
Kolumbia, od nazwy dowodzonego przez siebie statku "Columbia". Gray
wpłynął około 20 mil w głąb Kolumbii, odbył kilka spotkań z mieszkającymi tam Indianami i sporządził pierwszą mapę ujścia rzeki do
oceanu. Odpływając wziął symbolicznie odkryte ziemie w posiadanie Stanów
Zjednoczonych.
W październiku 1792 r. u ujścia Kolumbii pojawił się angielski żeglarz
George Vancouver (1758-1798), uczestnik wyprawy Jamesa Cooka dookoła
świata w latach 1772-1774. Wyposażony w najnowocześniejsze przyrządy
nawigacyjne, mając doskonale wyszkoloną załogę, Vancouver na statku
"Discovery" przez trzy lata, od 1791 do 1794 r., badał
północno-zachodnie wybrzeże Ameryki w poszukiwaniu drogi wodnej łączącej
Pacyfik ze wschodnią częścią kontynentu. Wykorzystując kopię mapy Graya
zdobytą w hiszpańskiej faktorii Nootka Sound w dzisiejszej Brytyjskiej
Kolumbii, Vancouver wysłał jednego ze swoich oficerów, por. Williama R.
Broughtona, w głąb Kolumbii na niewielkim statku "Chatham". Broughton
posunął się prawie 100 mil w głąb rzeki, aż do miejsca położonego
naprzeciw dzisiejszego miasta Portland w Oregonie, które nazwał Point
Vancouver. Na wschód od niego Anglicy dostrzegli majestatyczny szczyt,
któremu nadali nazwę Mount Hood. Broughton błędnie ocenił, że pojedynczy
łańcuch górski, z którego wyrastała Góra Hooda stanowi kontynentalny
dział wód, za którym rozciągają się równiny Luizjany. Wynikiem wyprawy
Vancouvera była wspaniała mapa północno-zachodniego wybrzeża Ameryki
Płn. oraz praca p.t. "Wyprawa odkrywcza do Północnego Pacyfiku i dookoła
świata", która ukazała się drukiem w Anglii w 1798 roku.
W tym samym mniej więcej czasie podróż z głębi kontynentu do wybrzeży
Pacyfiku odbył Szkot, Alexander Mackenzie (1763-1820). W latach
1788-1796 dowodził on placówką handlową w kanadyjskim forcie Chipewyan
nad jeziorem Athabaska w dzisiejszej prowincji Alberta. Działając w imieniu Północno-Zachodniej Kompanii Futrzarskiej (North-West Fur
Company) Mackenzie przeprowadził szlakami wytyczonymi przez Indian
kilka wypraw badawczych w kierunku zachodniego wybrzeża. W 1789 r.
dotarł do Oceanu Arktycznego, a cztery lata później przebił się przez
wertepy górskie i 22 lipca 1793 r. w krainie Indian Bella Coola dotarł
do Pacyfiku. W ten sposób, jako pierwszy Europejczyk, osiągnął wybrzeże
Oceanu Spokojnego na północ od Meksyku, docierając tam ze wschodu. W 1801 r. Mackenzie powrócił do Anglii by opublikować swoje dzieło "Podróż
z Montrealu, Rzeką Św. Wawrzyńca, przez kontynent północnoamerykański",
w którym z chronologiczną dokładnością opisał swoje osiągnięcia w eksploracji zachodniej Kanady. Już jako uznany odkrywca (za swoje
zasługi otrzymał od króla Jerzego III tytuł szlachecki) i polityk stał
się gorącym orędownikiem rozciągnięcia przez Wielką Brytanię kontroli
nad północno-zachodnim wybrzeżem Oceanu Spokojnego.
Osiągnięcia Brytyjczyków w eksploracji zachodniego wybrzeża Pacyfiku
poważnie zaniepokoiły Amerykanów. Thomas Jefferson, podówczas
wiceprezydent USA, dowiedział się o wyprawie Mackenziego w 1797 r., choć
skądinąd wiadomo, że zapoznał się dokładnie z jej przebiegiem dopiero w 1802 roku. Już wcześniej zelektryzowały Jeffersona raporty Vancouvera i Broughtona o możliwości nawigacji po wodach Kolumbii i o rzekomym dziale
kontynentalnym. Kiedy w 1801 r. Jefferson został zaprzysiężony na
prezydenta nikt lepiej od niego nie dostrzegał trudności w dalszej
ekspansji na zachód. Nikt też bardziej od niego nie był zdecydowany by
je pokonać.
Docierające do Waszyngtonu wieści o usilnych zabiegach Alexandra
Mackenzie, który rekomendował rządowi brytyjskiemu podjęcie wysiłków w celu zapewnienia Anglii panowania nad zachodnią częścią kontynentu,
skłoniły Jeffersona do działania. W końcu 1802 r. prezydent rozpoczął
przygotowania do zorganizowania wyprawy badawczej na północny zachód. 18
stycznia 1803 r. Jefferson skierował do Kongresu tajny wniosek o wyasygnowanie 2500 dolarów na zorganizowanie ekspedycji. Kongres
zaakceptował wniosek prezydenta i wyraził zgodę na powołanie Oddziału
Odkrywców (Corps of Discovery) w składzie jeden oficer i 12 żołnierzy,
którzy mieli stanowić trzon ekspedycji.
Na wiosnę 1803 r. Jefferson zwrócił się z prośbą do swojego osobistego
sekretarza, kpt. Meriwethera Lewisa (1774-1809), o zorganizowanie
wyprawy na zachód, której celem miało być znalezienie drogi wodnej ze
wschodu do wybrzeża Pacyfiku i potwierdzenie prawa Stanów Zjednoczonych
do Oregonu, z powołaniem się na roszczenia zgłoszone do tego terytorium
przez kpt. Roberta Graya w 1792 roku. Szczęśliwie dla Jeffersona
realizacji jego planów ekspansji pomogły nieoczekiwanie wydarzenia w Europie.
W 1762 r. Francja przekazała Luizjanę Hiszpanii, nie chcąc dopuścić do
jej przejęcia przez Wielką Brytanię po zakończeniu wojny siedmioletniej
(1756-1763). W październiku 1800 r. Luizjana powróciła do napoleońskiej
Francji w wyniku tajnego traktatu zawartego w San Ildefonso. Wraz z Luizjaną wracał do Francji ważny port w Nowym Orleanie z bogatym
zapleczem handlowym, nowe plany imperialne związane z Ameryką i nadzieje
na odbicie Kanady z rąk Brytyjczyków. Gdy wiadomość o tym posunięciu
dotarła do Waszyngtonu, Stany Zjednoczone uznały to za zagrożenie swoich
żywotnych interesów handlowych (przez port w Nowym Orleanie wychodziło
prawie 40 procent produkcji amerykańskiej). Administracja hiszpańska w Nowym Orleanie zapewniała Amerykanom strefę wolnocłową i wiele
przywilejów. Francuzi nie ukrywali, że wolny handel amerykański przez
Nowy Orlean nie będzie dłużej tolerowany. Znaczna część opinii
publicznej w USA uznała to za dostateczny powód do walki o ujście
Missisipi i zaczęła się domagać wojny.
Jefferson, chcąc uniknąć wojny z Francją, podjął kompromisową próbę
wynegocjowania zakupu Nowego Orleanu od Francji. Skutek tych działań
okazał się zupełnie niespodziewany. Amerykańscy negocjatorzy wysłani do
Paryża dowiedzieli się, że wobec strat poniesionych przez armię
francuską podczas tłumienia murzyńskiego powstania na Santo Domingo
(Haiti), oraz wobec prawdopodobieństwa nowej wojny w Europie, Napoleon
zdecydował się na rezygnację z planów imperialnych w Ameryce i postanowił sprzedać całą Luizjanę. Po dwóch tygodniach spierania się o cenę delegacja amerykańska podpisała traktat o kupnie Luizjany 30
kwietnia 1803 roku. Stany Zjednoczone miały zapłacić 15 milionów
dolarów, pokryć zalegające roszczenia Amerykanów wobec Francji oraz
przyznać mieszkańcom tych ziem obywatelstwo amerykańskie (w sumie koszt
zakupu Luizjany wyniósł 23 213 567 dolarów). Za jednym pociągnięciem
pióra USA powiększyły się o obszar liczący 2 145 000 km2 (828 000 mil2), płacąc nieco ponad 4 centy za akr ziemi.
Był to jeden z najkorzystniejszych interesów w historii handlu
międzynarodowego. W przyszłości na tym terytorium miało powstać 15
nowych stanów o obszarze sześciokrotnie większym od obszaru 13
stanów-założycieli Unii.
Jefferson zdawał sobie sprawę, że podjęta przez niego decyzja zakupu
Luizjany (Louisiana Purchase) przekraczała jego uprawnienia,
konstytucja nie dawała bowiem władzom federalnym prawa do podejmowania
decyzji w sprawie zakupu nowych terytoriów. Wszelkie opory ustępowały
jednak wobec szansy, którą niosła ze sobą Luizjana. Jefferson, który
wzrokiem wizjonera sięgał dalej, ku wybrzeżom Pacyfiku, podjął wszelkie
działania, aby przekonać Kongres o słuszności swej decyzji.
Jednocześnie z działaniami politycznymi prezydent robił wszystko, aby
jak najszybciej wysłać na zachód ekspedycję Lewisa. "Kapitan Lewis jest
odważny, mądry i przezorny" - napisał o swoim protegowanym na wiosnę
1803 roku. "Jest nawykły do lasów i zna obyczaje i charaktery Indian.
Nie ma wprawdzie regularnego wykształcenia, ale posiada niezwykły dar
obserwowania natury i dlatego chętnie zwróci uwagę na wszystkie jej nowe
fragmenty, jakie napotka na swej drodze"3.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił Lewis było zaproszenie do wzięcia udziału w wyprawie swego przyjaciela z wojska, kpt. Williama Clarka (1770-1838).
Clark, genialny rudowłosy Wirgińczyk, z wcześniejszej służby w armii na
zachodzie (walczył m.in. w słynnej bitwie z Indianami pod Fallen Timbers
w 1794 r.) wyniósł doskonałą znajomość pogranicza i Indian, a przy tym
był znakomitym geografem i miał duże doświadczenie w nawigacji po wodach
śródlądowych. Kiedy Lewis zwrócił się do Clarka o uczestnictwo, nie
kryjąc przed nim niebezpieczeństw i trudów, ten odpowiedział mu z entuzjazmem: "Jest to olbrzymie przedsięwzięcie, (...) z licznymi
trudnościami, ale, mój Przyjacielu, mogę Cię zapewnić, że nie ma na
świecie drugiego, ja Ty człowieka, z którym pragnąłbym podjąć i dzielić
trudy takiej wyprawy"4.
Ekspedycja została zaplanowana z dużą dokładnością. Lewis i Clark mieli
się udać najpierw ku nieznanym źródłom Missouri, przekroczyć Góry
Skaliste i kontynentalny dział wód, a następnie spłynąć nurtem prawie
legendarnej wówczas Kolumbii do wybrzeży Pacyfiku. Po drodze mieli
dokonywać pomiarów geograficznych, badać naturę przemierzanych obszarów,
poznać ich mieszkańców oraz wytyczyć nowe szlaki i sporządzić mapy
nieznanych do tej pory części kontynentu, które ułatwiłyby przyszłą
ekspansję i handel.
Na początek Lewis zlecił budowę w Pittsburghu dużego, liczącego 55 stóp
(17 m) statku rzecznego typu keelboat (amerykański rodzaj galara) z przybudówką w kształcie drewnianej chaty, zaopatrzonego w maszt z czworokątnym żaglem i jedenaście par wioseł. Uczył się jednocześnie
zasad dokonywania pomiarów geograficznych i przestudiował plany
przygotowane na użytek ekspedycji przez kartografa Nicholasa Kinga,
który wykorzystał w tym celu angielskie mapy dolnego biegu Kolumbii
opracowane przez Broughtona dla George'a Vancouvera w 1792 roku. Miało
to w poważny sposób wpłynąć na czas trwania i przebieg wyprawy, błędnie
uznano bowiem, że po dotarciu do źródeł Missouri wystarczy przekroczyć
jedno pasmo górskie, by dotrzeć do zlewiska Kolumbii i spłynąć nią do
oceanu.
Ratyfikacja traktatu z Francją w sprawie zakupu Luizjany i przeprowadzenie go przez Kongres zajęła Jefferssonowi kilka miesięcy. W końcu jednak Kongres zaakceptował zakup i 4 lipca 1803 r. można było
ogłosić oficjalną wiadomość o dokonanej transakcji.
31 sierpnia Lewis opuścił Pittsburgh i popłynął w dół rzeki Ohio. W końcu października w Clarksville, na Terytorium Indiana, dołączył do
niego Clark z kilkoma ludźmi. 7 grudnia cała 19-osobowa załoga dopłynęła
w pobliże St. Louis, gdzie na lewym brzegu Missisipi, nieco powyżej
miasta, rozbito obóz zimowy Camp Wood. Tutaj, w ciągu zimowych miesięcy
na przełomie lat 1803/1804, kompletowano skład ekspedycji,
przygotowywano sprzęt i zapasy, zbierano dodatkowe informacje przed
dalszą podróżą.
Dobierając uczestników wyprawy Lewis szukał "dobrych myśliwych,
odważnych, zdrowych, nieżonatych mężczyzn, nawykłych do lasów i zdolnych
znosić niewygody w dostatecznym stopniu"5. Ostatecznie wybrał
14 żołnierzy-ochotników, 9 tęgich drwali z Kentucky, dwóch francuskich
przewoźników i półkrwi francuskiego trapera, który miał służyć jako
tłumacz, tropiciel i przewodnik. Clark zabrał ze sobą swego murzyńskiego
służącego, Yorka, a Lewis wielkiego czarnego psa rasy nowofunlandzkiej,
który wabił się Scannon. Razem z obydwoma dowódcami wyprawa liczyła 45
osób.
Wiosną 1804 r. wszystko było gotowe do drogi. W deszczowy poniedziałek,
14 maja, mała flotylla, w skład której oprócz statku wchodziły dwie
mniejsze 13-metrowe łodzie wiosłowe, opuściła Camp Wood i popłynęła na
zachód w górę Missouri. Na pokładzie galara wieziono ponad 10 ton
zapasów przeznaczonych dla uczestników wyprawy i na prezenty dla Indian.
Żółte, zamulone wody Missouri przerażały nienawykłych do dzikiej rzeki
podróżników. Po niedawnych wiosennych roztopach Missouri płynęła
szerokim nurtem. Mętna woda zakrywała przed wzrokiem ludzi naturalne
pułapki czające się w głębi. Na każdym kroku roiło się od zdradliwych
dziur, mielizn i zakoli. Kapryśna Missouri, która w pamięci uczestników
wyprawy zyskała sobie miano "diabelskiej rzeki", w wielu miejscach
zmieniała swe koryto, tak, że niełatwo było natrafić na główny nurt.
Tylko dzięki pomocy francuskich przewoźników, którzy dobrze znali
okolice i doświadczeniu Clarka udało się uniknąć poważniejszych
kłopotów. Największe problemy sprawiał wartki, trudny do przewidzenia
nurt, wiosenne burze i stale zmieniający się kierunek wiatru. W tych
warunkach żagiel na statku nie na wiele mógł się przydać, a wioseł można
było używać tylko na spokojniejszej wodzie. Podróżnicy niejednokrotnie
musieli wysiadać na brzeg i ciągnąć statek i łodzie na linach pod prąd.
Nie było to łatwe. W wielu miejscach woda tworzyła zdradliwe wiry i wymywała w mulistym dnie głębokie doły, w których zapadali się idący
brzegiem ludzie. Gdzie indziej zatopione drzewa tworzyły niebezpieczne
podwodne zapory, które trzeba było obchodzić lub pokonywać przy pomocy
siekier. Postęp można było osiągnąć tylko dzięki wyczerpującej pracy
wszystkich uczestników ekspedycji. W takich warunkach szybkość z jaką
się poruszano nie przekraczała 9 mil (14,5 km) dziennie. Jakby nie dość
kłopotów z rzeką, wkrótce ludzi dopadł letni skwar i roje komarów
unoszące się na wodą. Dopiero kiedy rzeka skręciła na północ południowy
wiatr ułatwił dalszą podróż. Szybkość wzrosła do około 20 mil dziennie.
Podczas gdy Clark i większość ludzi zajęci byli nawigacją, Lewis z towarzyszącym mu Scannonem podążał brzegiem dokonując obserwacji,
polując, zbierając nieznane okazy roślin i robiąc notatki w swoim
dzienniku.
Dzień 4 lipca podróżnicy uczcili w pobliżu ujścia rzeki Platte
wystrzałem armatnim i dodatkową porcją whisky. 30 lipca ekspedycja
napotkała pierwszych Indian. Cztery dni później w miejscu nazwanym przez
odkrywców Council Bluffs (Iowa) Lewis i Clark odbyli pierwszą naradę z wodzami plemion Oto i Missouri. Spotkanie miało pokojowy przebieg. Biali
wręczyli Indianom zaproszenie do Waszyngtonu i obdarowali ich medalami
pokoju, amerykańskimi flagami i innymi drobiazgami6.
20 sierpnia, koło dzisiejszego Sioux City w Iowa, wyprawa poniosła
pierwszą i jak się okazało, jedyną ofiarę. Prawdopodobnie w wyniku
pęknięcia wyrostka robaczkowego zmarł sierżant Charles Floyd. Na jego
cześć Lewis i Clark nazwali pobliskie wzgórza Floyd's Bluffs, a płynącą
opodal rzekę Floyd's River.
30 sierpnia doszło do przyjaznego spotkania ze Sjuksami Yankton
(Nakota)7. Kilka dni później Amerykanie po raz pierwszy
zobaczyli pieski preriowe. Z wielkim trudem udało się schwytać jednego
osobnika, aby przesłać go wraz z innymi nieznanymi okazami fauny i flory
prezydentowi Jeffersonowi.
25 września, w pobliżu ujścia rzeki Bad (Dakota Południowa) omal nie
doszło do tragicznego w skutkach starcia z 1000-osobową grupą Sjuksów
Teton (Lakota). "Dzielnie wyglądający" - jak ich opisywał Lewis -
pobratymcy Yanktonów nie chcieli zrazu przepuścić ekspedycji przez swoje
terytorium, żądając oddania w zamian jednej łodzi. Tylko pewność siebie
Lewisa, który nie dał się zastraszyć agresywną postawą Indian, i delikatne negocjacje z wodzem Czarnym Bizonem, poparte paru łykami
whisky i drobnymi prezentami, rozładowały napięcie. Amerykanie pozostali
w obozie Sjuksów trzy dni, starając się poznać ich zwyczaje i nawiązać
pierwsze kontakty handlowe.
Przez kilka następnych tygodni wyprawa płynęła w górę Missouri przez
półpustynne obszary Dakoty. 14 października przekroczyła obecną granicę
Dakoty Południowej i Dakoty Północnej. Dziesięć dni później napotkano
wioski prowadzących półosiadły tryb życia plemion Mandan i Hidatsa. W dolinie Missouri, w sąsiedztwie ujścia rzeki Knife leżało pięć dużych
stałych osiedli indiańskich składających się z solidnie zbudowanych
okrągłych ziemianek (budowano je w ten sposób, że rusztowanie z drewnianych bali pokrywano grubą warstwą ziemi). Dwa z owych osiedli
zamieszkiwali Mandanowie, trzy pozostałe sprzymierzeni z nimi
Hidatsowie.
Przyjazne przyjęcie, jakie zgotowali białym podróżnikom Indianie znad
rzeki Knife sprawiło, że 26 października, 1600 mil od punktu wyjścia,
Lewis i Clark zdecydowali się rozbić stały obóz i przeczekać w nim
nadchodzącą zimę. Na miejsce przyszłego obozowiska wybrano plażę na
wschodnim brzegu Missouri, 5 lub 6 mil na południe od należącej do
Mandanów wioski Roophate i 2 do 3 mil od drugiej wioski Mandanów,
noszącej nazwę Matootonha, położonej po przeciwnej stronie rzeki.
Amerykanie czuli się bezpiecznie w sąsiedztwie przyjaznych Mandanów i Hidatsów, ich wioski często jednak odwiedzali handlujący z nimi
Sjuksowie, Assiniboini, Szejenowie i Wrony, ludy bitne i wojownicze,
przed którymi należało się mieć na baczności. 3 listopada rozpoczęto
więc prace nad budową umocnionego obozu, który nazwano Fort Mandan. Po
trzech tygodniach schronienie było gotowe. Była to prymitywna trójkątna
palisada o wysokości 18 stóp (5,5 m) z dwoma rzędami drewnianych chatek
stykających się w jednym rogu i czymś w rodzaju bastionu naprzeciwko
bramy wejściowej.
Fort Mandan stał na przecięciu ważnych granicznych szlaków handlowych.
Docierali tu przedstawiciele licznych indiańskich plemion z północnych
prerii, hiszpańscy i francuscy handlarze z Luizjany, a także traperzy i kupcy z kanadyjskich kompanii futrzarskich. Mimo niesprzyjającej aury i oddalenia od cywilizacji przez całą zimę w forcie Mandan trwał ożywiony
ruch. Lewis i Clark pracowicie nawiązywali kontakty ze wszystkimi
przybyszami i skrzętnie zbierali wszystkie informacje o ziemiach
leżących na zachodzie i zamieszkujących je plemionach Indian.
Wśród wielu osób odwiedzających obóz Amerykanów największe
zainteresowanie Lewisa i Clarka wzbudził kanadyjski traper i handlarz,
Touissaint Charbonneau, który zgodził się wziąć udział w dalszej
wyprawie jako tłumacz i znawca Indian. Charbonneau, poliglota władający
kilkoma narzeczami indiańskimi, od wielu lat handlował z plemionami znad
górnej Missouri i miał wśród nich wielu przyjaciół. Na około rok przed
przybyciem Lewisa i Clarka odkupił i zgodnie z panującym zwyczajem
poślubił dwie dziewczęta z plemienia Szoszonów, znajdujące się w niewoli
u Hidatsów. Jednej z nich, znanej pod imieniem Sakakawea, czyli Kobieta
Ptak, warto poświęcić nieco więcej uwagi, stała się bowiem jedną z kilku
Indianek, które przeszły do historii Stanów Zjednoczonych.
Sakakawea (Sacagawea, Sacajawea) urodziła się około 1787 r. w dolinie
Lehmi (Idaho) w jednej z grup wschodniego odłamu plemienia Szoszonów.
Jako młoda dziewczyna obozowała ze swoją grupą w miejscu zwanym obecnie
Three Forks (Widły Trzech Rzek), gdzie trzy mniejsze dopływy zbiegają
się dając początek rzece Missouri. Latem 1799 lub 1800 r. obóz jej
plemienia został napadnięty przez wojowników Hidatsa, którzy najeżdżali
bliższych i dalszych sąsiadów w rejonie Gór Skalistych. Sakakawea, wraz
z kilkoma innymi dziećmi Szoszonów, została porwana, a potem adoptowana
przez Hidatsów. Przez kilka lat mieszkała w jednej z ich osad nad górną
Missouri, gdzie spotkał ją przebywający wśród Indian Charbonneau. Zimą
1803/1804 r. Sakakawea, wraz z inną branką ze swego plemienia, Kobietą
Wydrą, została żoną Charbonneau. Kiedy Kanadyjczyk, zachęcony
perspektywą znacznego wynagrodzenia, zgodził się towarzyszyć Lewisowi i Clarkowi w dalszej podróży na zachód, dziewczyna zaoferowała swoją pomoc
w dotarciu do krainy Szoszonów i znalezieniu przejścia przez Góry
Skaliste. Mimo, że Sakakawea była chora i spodziewała się dziecka, obaj
odkrywcy uznali, że młoda Indianka może być bardzo przydatna wyprawie
jako tłumacz i gwarancja bezpieczeństwa wśród zachodnich Indian (jak
napisał Clark w swoim dzienniku: "Kobieta w grupie mężczyzn jest oznaką
pokoju"). Troskliwie leczona przez Clarka, 11 lutego 1805 r. Sakakawea
urodziła zdrowego chłopca, któremu nadano imiona Jean Baptiste (Clark
nazywał go pieszczotliwie Little Pomp - "Mały Ważniak").
W marcu lód na Missouri zaczął puszczać i rzeka znów stała się żeglowna.
W pierwszych dniach kwietnia Lewis i Clark odesłali do St. Louis
keelboat z załogą. Na jego pokładzie, oprócz listów do rodzin,
odpłynęły przeznaczone dla prezydenta Jeffersona mapy, raporty, wyroby
sztuki indiańskiej oraz liczne egzemplarze fauny i flory zebrane w dotychczasowej drodze8. 7 kwietnia pozostała część ekspedycji w liczbie 33 osób (obaj dowódcy, trzech sierżantów, 23 szeregowych oraz
pięcioro cywili: Charbonneau, Sakakawea, Jean Baptiste, York oraz
myśliwy imieniem George Drouillard) wyruszyła w dalszą drogę na zachód w dwóch łodziach i sześciu czółnach-dłubankach, wydrążonych podczas
przerwy zimowej z wielkich pni amerykańskiej topoli. Dopiero teraz
zaczęła się prawdziwa praca odkrywcza. "Mieliśmy spenetrować kraj
szeroki na co najmniej 2000 mil, którego nie tknęła nigdy stopa
cywilizowanego człowieka. Sami musieliśmy się przekonać, czy czeka nas
tam dobre, czy złe (...)" - zanotował w dzienniku Lewis9.
27 kwietnia ekspedycja przekroczyła dzisiejszą granicę Montany. Lewis ze
Scannonem i Drouillard jak zwykle szli brzegiem szukając śladów Indian i zwierzyny. 29 kwietnia upolowali wielkiego niedźwiedzia grizzli,
liczącego 2,6 metra długości i 1,8 metra obwodu w piersiach (potrzeba
było aż 10 kul, żeby powalić ogromne zwierzę). Był to pierwszy w historii okaz tego zwierzęcia, jaki poddano badaniom naukowym.
8 maja mała flotylla odkrywców minęła ujście rzeki Milk. Teren zaczął
się wznosić utrudniając nawigację. Dowódców dezorientowały liczne
dopływy Missouri płynące z różnych kierunków. 2 czerwca wyprawa dotarła
do zbiegu Missouri z rzeką Marias i zatrzymała się w rozwidleniu obu
rzek, nie wiedząc, która z nich stanowi dalszą drogę do Pacyfiku. Po
tygodniu badań, kierując się bardziej wyczuciem niż pewnością, obaj
dowódcy wybrali kurs na południe (jak się okazało była to trafna decyzja
pozwalająca dotrzeć do źródeł Missouri). Chcąc zmniejszyć obciążenie
przed wejściem w góry, przed wyruszeniem ukryto jedną z większych łodzi
wraz z częścią zapasów na drogę powrotną.
Właściwy kurs został potwierdzony w połowie czerwca, kiedy wyprawa
dotarła do wielkich wodospadów Great Falls na rzece Missouri, o których
wspominali Indianie we wioskach Mandanów. Badając przeszkodę Lewis
odkrył, że za pierwszym wodospadem znajduje się ciąg czterech mniejszych
kaskad wodnych uniemożliwiających dalszą nawigację. Ominięcie całego
szeregu wodospadów wymagało przetransportowania łodzi i bagaży lądem na
odcinku 18 mil. Pozostawiwszy ciężką pirogę w ukryciu u stóp wielkiego
wodospadu, pozostałe czółna i zapasy przewieziono na prymitywnie
skleconych wozach wykonanych ze ściętych drzew (kiedy wiał sprzyjający
wiatr, na masztach łódek przemyślnie rozpinano żagle, ułatwiając w ten
sposób pracę ludziom ciągnącym ciężkie wozy). Budowa wozów i transport
czółen zajęła członkom ekspedycji cały miesiąc. Pozwoliła jednak
myśliwym zgromadzić dużą ilość prowiantu, na który składały się głównie:
suszone mięso, ryby i sporządzony indiańskim sposobem pożywny
pemmikan, czyli sproszkowane mięso zmieszane z tłuszczem zwierzęcym i suszonymi jagodami.
13 lipca przewiezione z trudem czółna ponownie spuszczono na wodę tuż
powyżej ostatniego wodospadu. Sześć dni później wyprawa dotarła do Gór
Skalistych, wpływając do gigantycznego skalnego kanionu o stromych
zboczach piętrzących się na wysokość 400 metrów, który Lewis nazwał
Bramą w Góry Skaliste. 20 lipca podróżnicy dostrzegli nad szczytami gór
sygnały dymne, znak, że wyprawa została odkryta przez Indian, którzy w ten sposób ostrzegali się przed zbliżaniem obcych ludzi. Po dalszych
dwóch dniach podróży Sakakawea po raz pierwszy od opuszczenia fortu
Mandan zaczęła rozpoznawać otoczenie. "Indianka poznaje kraj i zapewnia
nas, że to wody nad którymi żyją jej pobratymcy i że niedaleko stąd już
do rozwidlenia trzech rzek" - zanotował tego dnia Lewis. "Ta wiadomość
podniosła nas wszystkich na duchu (...)"10.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki