Big Hole 1877 (edycja limitowana) - Jarosław Wojtczak

Kup ebooka

33.50 zł
27.81 zł (26,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

WSTĘP

Praw­do­po­dob­nie żadne z ludów tubyl­czych, które zetknęły się z eks­pan­sją przy­by­szów z Europy, nie wal­czyły bar­dziej zawzię­cie w obro­nie swo­jej ziemi i stylu życia, niż indiań­skie ple­miona Ame­ryki Pół­noc­nej. Osta­tecz­nie prze­waga liczebna i tech­niczna bia­łego czło­wieka pozwo­liła pod­bić zie­mie Indian, jed­nak odwaga i deter­mi­na­cja, z jaką rodo­wici miesz­kańcy Ame­ryki bro­nili swej nie­za­leż­no­ści uczy­niła z nich boha­te­rów, któ­rzy, choć poko­nani, zyskali sławę, nie mniej­szą od swo­ich zwy­cięz­ców.

W warun­kach Ame­ryki Pół­noc­nej róż­nica dwóch kul­tur spo­wo­do­wała, że teo­ria asy­mi­la­cji róż­nych ras i naro­dów nie spraw­dziła się. Wyni­kiem tego był dłu­go­trwały kon­flikt, przez poli­ty­ków zwany "pro­ble­mem indiań­skim", a przez histo­ry­ków i woj­sko­wych, "cyklem wojen indiań­skich". Jego tere­nem były zarówno lasy i pola wschod­nich obsza­rów USA, jak i rów­niny, góry oraz pusty­nie Dzi­kiego Zachodu (Wild West).

"Zanim można było zasie­dlić Zachód, trzeba go było naj­pierw zdo­być" - napi­sał na początku lat 90-tych XIX w. póź­niej­szy pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, The­odore Roose­velt, nawią­zu­jąc do ogło­szo­nego w 1890 r. przez ame­ry­kań­skie Biuro Bada­nia Lud­no­ści zakoń­cze­nia okresu zasie­dla­nia zachod­nich połaci kraju. Słowa te, jak żadne inne, naj­traf­niej oddają rze­czy­wi­stość tam­tych cza­sów.

Przez więk­szą część XIX w. India­nie sta­no­wili główną prze­szkodę dla pochodu Ame­ry­ka­nów na tereny leżące za rzeką Mis­si­sipi. Wiele ple­mion toczyło despe­rac­kie wojny w obro­nie swych ziem przed wdzie­ra­ją­cymi się na nie osad­ni­kami, gór­ni­kami, łow­cami bizo­nów i hodow­cami bydła. Po olbrzy­miej ilo­ści walk, w któ­rych tysiące bia­łych i czer­wo­no­skó­rych stra­ciło życie, zdo­by­cie Zachodu stało się fak­tem.

Histo­ria odno­to­wuje nie­wiele bar­dziej dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń, niż star­cia bia­łych z India­nami na zacho­dzie Sta­nów Zjed­no­czo­nych w dru­giej poło­wie XIX wieku. Teatr dzia­łań wojen­nych był ogromny i nie­zwy­kle zróż­ni­co­wany. Walki toczyły się na obsza­rach od Min­ne­soty do wybrzeży Oce­any Spo­koj­nego i od Kanady do gra­nic Mek­syku. Głów­nym narzę­dziem pochodu cywi­li­za­cji bia­łego czło­wieka na zachód była armia. To wła­śnie woj­sku zosta­wiono do wyko­na­nia brudną robotę, jaka pozo­stała po nie­udol­nych, a czę­sto wręcz nie­uczci­wych dzia­ła­niach cywi­lów, przed­sta­wi­cieli rządu, misjo­na­rzy, osad­ni­ków i poszu­ki­wa­czy złota.

W pew­nym sen­sie sce­na­riusz tych dzia­łań był z góry zapro­gra­mo­wany. Rząd zawie­rał z poszcze­gól­nymi ple­mio­nami trak­taty (w sumie USA zawarły ich ponad 370), w któ­rych przy­rze­kał zagwa­ran­to­wa­nie prawa Indian do pew­nego tery­to­rium i utrzy­ma­nie z fun­du­szy rzą­do­wych, w zamian zaś India­nie odda­wali część swo­jej ziemi i przy­rze­kali powstrzy­my­wać się od napa­da­nia na bia­łych poza wyzna­czo­nym obsza­rem. Stan względ­nego pokoju utrzy­my­wał się do chwili, kiedy na tere­nach pozo­sta­wio­nych India­nom nie zna­le­ziono bogactw natu­ral­nych lub gwał­towny napływ imi­gran­tów nie zmu­sił władz do prze­ka­za­nia ziemi Indian pod osad­nic­two (chci­wych i nie­to­le­ran­cyj­nych cywi­lów trudno było prze­ko­nać, że jakiś teren nada­jący się do gór­nic­twa lub zasie­dle­nia, nawet praw­nie pozo­sta­wiony do wyłącz­nego użytku Indian, miałby leżeć odło­giem). Żąda­nia gór­ni­ków i rosnąca liczba nowych osad­ni­ków pro­wa­dziły do wywie­ra­nia pre­sji na Indian żeby w wyniku nowych trak­ta­tów rezy­gno­wali ze swo­ich naj­lep­szych ziem pozo­sta­wio­nych im we wcze­śniej­szych poro­zu­mie­niach z Wiel­kim Bia­łym Ojcem (pre­zy­den­tem) z Waszyng­tonu.

Jawna nie­spra­wie­dli­wość, nie­uczciwe lub wręcz nie­udolne dzia­ła­nia ludzi odpo­wie­dzial­nych za sprawy indiań­skie, brak fun­du­szy na pomoc żyw­no­ściową dla Indian, wywo­ły­wały nie­za­do­wo­le­nie ple­mion, które czę­sto prze­ra­dzało się w otwarty kon­flikt zbrojny. Wów­czas do akcji wkra­czała armia, co prawda nie­liczna i źle wyszko­lona, ale mająca wystar­cza­jące środki do walki prze­ciwko rol­ni­czym i koczow­ni­czym ludom żyją­cym na eta­pie wspól­noty pier­wot­nej. Tylko w okre­sie od 1865 r. do 1891 r. (ofi­cjal­nie zakoń­czony został wów­czas okres wojen indiań­skich), od Mon­tany do Tek­sasu, i od Kan­sas po Kali­for­nię i Ore­gon, w woj­nach z India­nami sto­czono 1065 bitew i poty­czek. Zgi­nęło w nich i odnio­sło rany 2571 żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich i cywi­lów ze służb pomoc­ni­czych (zwia­dow­ców, tabo­ry­tów, woź­ni­ców, poga­nia­czy mułów itd.) oraz ponad 5500 Indian.

Ostat­nią więk­szą wojną indiań­ską, która kosz­to­wała armię Sta­nów Zjed­no­czo­nych wię­cej niż dzie­siątą część wszyst­kich strat ponie­sio­nych w wal­kach toczo­nych z India­nami w dru­giej poło­wie XIX w., była wojna z ple­mie­niem Nez Perce (Prze­kłute Nosy). W 1877 r. to mało znane, poko­jowe i postę­powe ple­mię żyjące w Ore­go­nie i Idaho, w odpo­wie­dzi na zła­ma­nie trak­tatu i zamiar osie­dle­nia go w nie­go­ścin­nym rezer­wa­cie wkro­czyło na ścieżkę wojenną.

Wojna z ple­mie­niem Nez Perce była jedną z naj­smut­niej­szych i naj­mniej potrzeb­nych ze wszyst­kich wojen indiań­skich. Przez 70 lat, od czasu spo­tka­nia z uczest­ni­kami słyn­nej wyprawy badaw­czej Lewisa i Clarka (1804-1806), India­nie Nez Perce żyli w pokoju z bia­łymi i szczy­cili się tym, że ni­gdy nie prze­lali krwi bia­łego czło­wieka. W latach 1855 i 1863 dwu­krot­nie zawie­rali z rzą­dem ame­ry­kań­skim trak­taty, na mocy któ­rych oddali Sta­nom Zjed­no­czo­nym więk­szość swych ziem ple­mien­nych, zatrzy­mu­jąc sobie tylko nie­wielki rezer­wat w Idaho i kilka uro­dzaj­nych dolin w dorze­czu rzeki Snake i Sal­mon w Ore­go­nie i Idaho, gdzie obfi­tość trawy pozwa­lała wypa­sać stada bydła i koni. W 1875 r. admi­ni­stra­cja pre­zy­denta Ulis­sesa S. Granta, pod naci­skiem spra­gnio­nych nowych ziem miesz­kań­ców Ore­gonu, pozba­wiła ple­mię Nez Perce prawa do tere­nów, które znaj­do­wały się poza obsza­rem rezer­watu. Dla Indian nie było w tym nic nowego. W prze­szło­ści paro­krot­nie zmu­szeni byli odda­wać zie­mię, robili to jed­nak w spo­sób poko­jowy. Tym razem stało się ina­czej. Kilku wodzów ple­mie­nia sta­now­czo odmó­wiło odda­nia reszty swej ziemi pod osad­nic­two bia­łych i posta­no­wiło bro­nić praw do ple­mien­nego tery­to­rium, na któ­rym spo­czy­wały pro­chy ich przod­ków i pasły się stada zwie­rząt, jedy­nego bogac­twa ple­mie­nia.

Dopóki w 1877 r. nie poko­nano potęż­nych Sjuk­sów i ich sojusz­ni­ków z pół­noc­nych pre­rii, Sze­je­nów i Ara­pa­hów, ple­mię Nez Perce pozo­sta­wiono w spo­koju. Klę­ska 7 pułku kawa­le­rii pod dowódz­twem ppłk. Geo­rge'a Custera w słyn­nej bitwie na rzeką Lit­tle Bighorn w Mon­ta­nie (25-26 czer­wiec 1876 r.) wzbu­rzyła ame­ry­kań­ską opi­nię publiczną, a dowódz­two armii i miesz­kań­ców Zachodu pozba­wiła resz­tek sen­ty­men­tów wobec Indian. Wkrótce potem armia otrzy­mała roz­kaz aby oto­czyć bun­tu­ją­cych się Nez Perce i w razie potrzeby prze­sie­dlić ich do rezer­watu siłą. W rezul­ta­cie doszło do wojny, która prze­ro­dziła się w despe­racki pochód pra­wie 800 indiań­skich męż­czyzn, kobiet i dzieci w kie­runku gra­nicy kana­dyj­skiej. Ści­gani przez oddziały woj­ska i setki cywil­nych ochot­ni­ków India­nie Nez Perce, ple­mie­nia pięt­na­sto­krot­nie mniej­szego od słyn­nych Sjuk­sów, w ciągu 3 mie­sięcy prze­byli 2500 kilo­me­trów. Prze­dzie­ra­jąc się przez w więk­szo­ści wro­gie i nie­go­ścinne tery­to­rium Idaho, Wyoming i Mon­tany, odpie­rali i czę­sto­kroć bili na głowę dużo licz­niej­sze siły wroga uzbro­jone w naj­no­wo­cze­śniej­szą broń i mające do dys­po­zy­cji nowo­cze­sne środki tech­niczne.

Waleczny odwrót ple­mie­nia Nez Perce uznany został za arcy­dzieło stra­te­gii wojen­nej Indian pół­noc­no­ame­ry­kań­skich. Prasa ame­ry­kań­ska chęt­nie porów­ny­wała go do biblij­nej ucieczki Żydów z Egiptu lub słyn­nego odwrotu 10 tysięcy zacięż­nych Gre­ków pod wodzą Kse­no­fonta po bitwie pod Kunaksą w 401 r. p.n.e. opi­sa­nego w dziele Ana­ba­sis. Nawet jeśli opi­nie te były prze­sa­dzone, przed­się­wzię­cie to nie może się rów­nać z żad­nym innym, nie tylko w histo­rii wojen indiań­skich, ale i w dzie­jach wszyst­kich wojen nowo­żyt­nych.

Choć wojna ple­mie­nia Nez Perce, tak jak więk­szość walk toczo­nych przez czer­wo­no­skó­rych z bia­łymi, zakoń­czyła się klę­ską Indian, cała Ame­ryka była pod wra­że­niem ich postawy. Naj­wyżsi dowódcy ame­ry­kań­scy, wete­rani wojny sece­syj­nej i licz­nych kam­pa­nii prze­ciwko India­nom, chwa­lili Nez Perce za umie­jęt­ność w walce i odwagę, opi­su­jąc ich jako naj­od­waż­niej­szych ludzi i naj­lep­szych strzel­ców ze wszyst­kich Indian. Znany z elo­kwen­cji i pra­wo­ści cha­rak­teru wódz ple­mie­nia Nez Perce, Hein­mot Tooy­alak­tet, zwany przez Ame­rykanów Wodzem Józe­fem (Chief Joseph), uznany został przez nie­sko­rych prze­cież do wyra­ża­nia swej sym­pa­tii do Indian gene­ra­łów ame­ry­kań­skich, za jed­nego z naj­wy­bit­niej­szych wodzów w histo­rii Ame­ryki. To zaszczytne miano pozwo­liło Józe­fowi i innym wodzom Nez Perce, któ­rzy pro­wa­dzili swój lud w woj­nie 1877 r., wejść do grona naj­bar­dziej zna­nych przy­wód­ców indiań­skich, a wyda­rze­nia, któ­rych boha­te­rami się stali, uczy­nić jed­nym z naj­słyn­niej­szych epi­zo­dów w histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

WYPRAWA LEWISA I CLARKA (1804-1806)

WYPRAWA LEWISA I CLARKA (1804-1806)

Wcze­sna histo­ria Sta­nów Zjed­no­czo­nych jest przede wszyst­kim histo­rią migra­cji Ame­ry­ka­nów na Zachód w poszu­ki­wa­niu ziemi i bogactw.

Ter­min "Zachód" w warun­kach ame­ry­kań­skich ozna­cza nie tylko geo­gra­ficzną nazwę strony świata, ale cały zło­żony pro­blem poli­tyczno-spo­łeczny zwią­zany z eks­pan­sją i pod­bo­jem wnę­trza kon­ty­nentu. Kolo­ni­za­cja Zachodu róż­niła się w tym cza­sie od kolo­ni­za­cji obsza­rów zamor­skich przez inne wiel­kie mocar­stwa. Główną siłą akcji kolo­ni­za­cyj­nej nie było woj­sko, któ­rego w isto­cie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych było nie­wiele, lecz odkrywcy, tra­pe­rzy, osad­nicy i awan­tur­nicy, a główną siła napę­dową eks­pan­sji - miraż bogac­twa i szczę­ścia na Zacho­dzie. Na tej pożywce zro­dziła się legenda Dzi­kiego Zachodu. Jej począ­tek sięga pierw­szych lat XIX wieku.

Po zakoń­cze­niu wojny o nie­pod­le­głość wła­dze ame­ry­kań­skie zaczęły się z całą bez­względ­no­ścią doma­gać od Indian miesz­ka­ją­cych na tere­nach pomię­dzy Appa­la­chami a Mis­si­sipi, w więk­szo­ści sojusz­ni­ków poko­na­nej Anglii, cesji tych ziem na rzecz zwy­cię­skiej Unii. Prawną pod­stawę eks­pan­sji poza gra­nice Appa­la­chów stwo­rzyły trzy akty Kon­gresu z lat 1784, 1785 i 1787. Okre­ślały one zasady pomia­rów i sprze­daży ziem leżą­cych na zachod­nich rubie­żach kraju. Regu­lo­wały także pod­stawy orga­ni­za­cji poli­tycz­nej nowych tery­to­riów i kry­te­ria, po speł­nie­niu któ­rych mogły się one stać w przy­szło­ści peł­no­praw­nymi sta­nami Unii. Głów­nym auto­rem tego sys­temu był wybitny poli­tyk ame­ry­kań­ski, fak­tyczny twórca Dekla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści i jeden z zało­ży­cieli Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Tho­mas Jef­fer­son (1743-1826).

Sto­su­jąc na prze­mian poli­tykę siły i dyplo­ma­cji (tylko w latach 1784-1796 pod­pi­sano 15 trak­ta­tów odda­ją­cych tereny indiań­skie) około roku 1800 Stany Zjed­no­czone dopro­wa­dziły swą zachod­nią gra­nicę do Mis­si­sipi. Tam koń­czyła się cywi­li­za­cja, a zaczy­nała ogromna, dzika i nie­zba­dana kra­ina zwana Luizjaną (Louisiana), prze­jęta swego czasu od Fran­cji przez Hisz­pa­nię. O kra­inie tej Ame­ry­ka­nie mieli bar­dzo mgli­ste wyobra­że­nie, nikt nie znał jej geo­gra­fii, bogactw i wystę­pu­ją­cych w niej zagro­żeń. Tajem­ni­czość tere­nów leżą­cych na zachód od Mis­si­sipi roz­pa­lała wyobraź­nię pierw­szych pio­nie­rów. Roz­le­głe pre­rie i wzno­szące się za nimi góry, zamiesz­kałe tylko przez bli­żej nie­znane ple­miona Indian, sta­wały się przed­mio­tem spe­ku­la­cji i mitów. "Te góry - pisał jeden z wcze­snych entu­zja­stów Zachodu - prze­wyż­szają wszystko, co ist­nieje w innych czę­ściach świata. W przy­szło­ści może się oka­zać, że zawie­rają więk­sze bogac­twa niż Indie i pozo­stałe kraje Wschodu (...)"1. Oczami wyobraźni widziano tam bramę do ziem, które miały speł­nić wyma­rzoną wizję Ame­ryki agrar­nej, zasob­nej i bez­piecz­nej. Ziem będą­cych kra­iną szczę­śli­wo­ści i azy­lem dla wszyst­kich, któ­rzy szu­kają praw­dzi­wej wol­no­ści, przy­gody, bogac­twa i swo­bód reli­gij­nych. "Na zachód od tych gór będzie można zna­leźć jeziora, rzeki i kraje pełne wszyst­kiego, co nie­zbędne do życia w luk­su­sie, gdzie przy­szłe poko­le­nia będą miały swój upra­gniony raj"2. Wszyst­kie te prze­po­wied­nie były oparte na spe­ku­la­cjach, nikt bowiem nie znał prawdy o tych zie­miach.

Brak wia­ry­god­nych infor­ma­cji o ogrom­nych obsza­rach roz­cią­ga­ją­cych się poza Mis­si­sipi był tylko jedną z przy­czyn blo­ku­ją­cych dal­szą eks­pan­sję na zachód. Drugą, znacz­nie poważ­niej­szą, sta­no­wił fakt, że pomię­dzy Sta­nami Zjed­no­czo­nymi a wybrze­żem Pacy­fiku roz­cią­gał się pas tery­to­rium nale­żą­cych do obcego mocar­stwa. Zie­mie Unii były ogra­ni­czone do regionu poło­żo­nego na wschód od Mis­si­sipi, a w szcze­gól­no­ści do wybrzeży Atlan­tyku. Pośrodku kon­ty­nentu leżała Luizjana, niby wciąż nale­żąca do Hisz­pa­nii, ale będąca już z powro­tem w posia­da­niu Fran­cji. Obej­mo­wała ona zie­mie poło­żone na zachód w dorze­czu Mis­si­sipi, w tym nie­mal wszyst­kie środ­kowe rów­niny, aż po Góry Ska­li­ste. Na połu­dniowy zachód od Luizjany roz­cią­gały się tereny Kali­for­nii, Tek­sasu i Mek­syku, pozo­sta­jące pod wła­dzą Hisz­pa­nii od ponad dwóch wie­ków. Na pół­noc­nym zacho­dzie, poza pasmem Gór Ska­li­stych, leżała kra­ina zwana Ore­go­nem, pene­tro­wana przez bia­łych łow­ców futer i han­dla­rzy, ale zupeł­nie nie zasie­dlona. Do tej desz­czo­wej, ska­li­stej i zale­sio­nej kra­iny swoje pre­ten­sje zgła­szały Hisz­pa­nia, Wielka Bry­ta­nia i Stany Zjed­no­czone.

Pierw­sze opisy ziem Ore­gonu pocho­dziły od euro­pej­skich żegla­rzy, któ­rzy docie­rali do zachod­nich wybrzeży Ame­ryki Pół­noc­nej pod koniec XVIII w. i od tra­pe­rów z kana­dyj­skich kom­pa­nii futrzar­skich. Hisz­pań­ski kapi­tan Don Juan Perez już w roku 1774 dopły­nął do wyspy Van­co­uver i Kró­lo­wej Char­lotty. W 1788 r. słynny angiel­ski żeglarz James Cook, odby­wa­jący wyprawę dookoła świata, z dwoma małymi stat­kami "Disco­very" i "Reso­lu­tion", mocno uszko­dzo­nymi pod­czas sztormu, zawi­nął do zatoki Nootka Sound, gdzie został gościn­nie przy­jęty przez Indian z ple­mie­nia Nutka.

W końcu XVIII w. obok Hisz­pa­nów, Bry­tyj­czy­ków, a także Rosjan z Ala­ski zaczęli się tu poja­wiać i Ame­ry­ka­nie. 12 maja 1792 r. jeden z nich, kapi­tan Robert Gray, odkrył ujście wiel­kiej rzeki, któ­rej nadał miano Kolum­bia, od nazwy dowo­dzo­nego przez sie­bie statku "Colum­bia". Gray wpły­nął około 20 mil w głąb Kolum­bii, odbył kilka spo­tkań z miesz­ka­ją­cymi tam India­nami i spo­rzą­dził pierw­szą mapę ujścia rzeki do oce­anu. Odpły­wa­jąc wziął sym­bo­licz­nie odkryte zie­mie w posia­da­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

W paź­dzier­niku 1792 r. u ujścia Kolum­bii poja­wił się angiel­ski żeglarz Geo­rge Van­co­uver (1758-1798), uczest­nik wyprawy Jamesa Cooka dookoła świata w latach 1772-1774. Wypo­sa­żony w naj­no­wo­cze­śniej­sze przy­rządy nawi­ga­cyjne, mając dosko­nale wyszko­loną załogę, Van­co­uver na statku "Disco­very" przez trzy lata, od 1791 do 1794 r., badał pół­nocno-zachod­nie wybrzeże Ame­ryki w poszu­ki­wa­niu drogi wod­nej łączą­cej Pacy­fik ze wschod­nią czę­ścią kon­ty­nentu. Wyko­rzy­stu­jąc kopię mapy Graya zdo­bytą w hisz­pań­skiej fak­to­rii Nootka Sound w dzi­siej­szej Bry­tyj­skiej Kolum­bii, Van­co­uver wysłał jed­nego ze swo­ich ofi­ce­rów, por. Wil­liama R. Bro­ugh­tona, w głąb Kolum­bii na nie­wiel­kim statku "Cha­tham". Bro­ugh­ton posu­nął się pra­wie 100 mil w głąb rzeki, aż do miej­sca poło­żo­nego naprze­ciw dzi­siej­szego mia­sta Por­t­land w Ore­go­nie, które nazwał Point Van­co­uver. Na wschód od niego Anglicy dostrze­gli maje­sta­tyczny szczyt, któ­remu nadali nazwę Mount Hood. Bro­ugh­ton błęd­nie oce­nił, że poje­dyn­czy łań­cuch gór­ski, z któ­rego wyra­stała Góra Hooda sta­nowi kon­ty­nen­talny dział wód, za któ­rym roz­cią­gają się rów­niny Luizjany. Wyni­kiem wyprawy Van­co­uvera była wspa­niała mapa pół­nocno-zachod­niego wybrzeża Ame­ryki Płn. oraz praca p.t. "Wyprawa odkryw­cza do Pół­noc­nego Pacy­fiku i dookoła świata", która uka­zała się dru­kiem w Anglii w 1798 roku.

W tym samym mniej wię­cej cza­sie podróż z głębi kon­ty­nentu do wybrzeży Pacy­fiku odbył Szkot, Ale­xan­der Mac­ken­zie (1763-1820). W latach 1788-1796 dowo­dził on pla­cówką han­dlową w kana­dyj­skim for­cie Chi­pe­wyan nad jezio­rem Atha­ba­ska w dzi­siej­szej pro­win­cji Alberta. Dzia­ła­jąc w imie­niu Pół­nocno-Zachod­niej Kom­pa­nii Futrzar­skiej (North-West Fur Com­pany) Mac­ken­zie prze­pro­wa­dził szla­kami wyty­czo­nymi przez Indian kilka wypraw badaw­czych w kie­runku zachod­niego wybrzeża. W 1789 r. dotarł do Oce­anu Ark­tycz­nego, a cztery lata póź­niej prze­bił się przez wer­tepy gór­skie i 22 lipca 1793 r. w kra­inie Indian Bella Coola dotarł do Pacy­fiku. W ten spo­sób, jako pierw­szy Euro­pej­czyk, osią­gnął wybrzeże Oce­anu Spo­koj­nego na pół­noc od Mek­syku, docie­ra­jąc tam ze wschodu. W 1801 r. Mac­ken­zie powró­cił do Anglii by opu­bli­ko­wać swoje dzieło "Podróż z Mont­re­alu, Rzeką Św. Waw­rzyńca, przez kon­ty­nent pół­nocnoamerykański", w któ­rym z chro­no­lo­giczną dokład­no­ścią opi­sał swoje osią­gnię­cia w eks­plo­ra­cji zachod­niej Kanady. Już jako uznany odkrywca (za swoje zasługi otrzy­mał od króla Jerzego III tytuł szla­checki) i poli­tyk stał się gorą­cym orę­dow­ni­kiem roz­cią­gnię­cia przez Wielką Bry­ta­nię kon­troli nad pół­nocno-zachod­nim wybrze­żem Oce­anu Spo­koj­nego.

Osią­gnię­cia Bry­tyj­czy­ków w eks­plo­ra­cji zachod­niego wybrzeża Pacy­fiku poważ­nie zanie­po­ko­iły Ame­ry­ka­nów. Tho­mas Jef­fer­son, pod­ów­czas wice­pre­zy­dent USA, dowie­dział się o wypra­wie Mac­ken­ziego w 1797 r., choć skąd­inąd wia­domo, że zapo­znał się dokład­nie z jej prze­bie­giem dopiero w 1802 roku. Już wcze­śniej zelek­try­zo­wały Jef­fer­sona raporty Van­co­uvera i Bro­ugh­tona o moż­li­wo­ści nawi­ga­cji po wodach Kolum­bii i o rze­ko­mym dziale kon­ty­nen­tal­nym. Kiedy w 1801 r. Jef­fer­son został zaprzy­się­żony na pre­zy­denta nikt lepiej od niego nie dostrze­gał trud­no­ści w dal­szej eks­pan­sji na zachód. Nikt też bar­dziej od niego nie był zde­cy­do­wany by je poko­nać.

Docie­ra­jące do Waszyng­tonu wie­ści o usil­nych zabie­gach Ale­xan­dra Mac­ken­zie, który reko­men­do­wał rzą­dowi bry­tyj­skiemu pod­ję­cie wysił­ków w celu zapew­nie­nia Anglii pano­wa­nia nad zachod­nią czę­ścią kon­ty­nentu, skło­niły Jef­fer­sona do dzia­ła­nia. W końcu 1802 r. pre­zy­dent roz­po­czął przy­go­to­wa­nia do zor­ga­ni­zo­wa­nia wyprawy badaw­czej na pół­nocny zachód. 18 stycz­nia 1803 r. Jef­fer­son skie­ro­wał do Kon­gresu tajny wnio­sek o wyasy­gno­wa­nie 2500 dola­rów na zor­ga­ni­zo­wa­nie eks­pe­dy­cji. Kon­gres zaak­cep­to­wał wnio­sek pre­zy­denta i wyra­ził zgodę na powo­ła­nie Oddziału Odkryw­ców (Corps of Disco­very) w skła­dzie jeden ofi­cer i 12 żoł­nie­rzy, któ­rzy mieli sta­no­wić trzon eks­pe­dy­cji.

Na wio­snę 1803 r. Jef­fer­son zwró­cił się z prośbą do swo­jego oso­bi­stego sekre­ta­rza, kpt. Meri­we­thera Lewisa (1774-1809), o zor­ga­ni­zo­wa­nie wyprawy na zachód, któ­rej celem miało być zna­le­zie­nie drogi wod­nej ze wschodu do wybrzeża Pacy­fiku i potwier­dze­nie prawa Sta­nów Zjed­no­czo­nych do Ore­gonu, z powo­ła­niem się na rosz­cze­nia zgło­szone do tego tery­to­rium przez kpt. Roberta Graya w 1792 roku. Szczę­śli­wie dla Jef­fer­sona reali­za­cji jego pla­nów eks­pan­sji pomo­gły nie­ocze­ki­wa­nie wyda­rze­nia w Euro­pie.

W 1762 r. Fran­cja prze­ka­zała Luizjanę Hisz­pa­nii, nie chcąc dopu­ścić do jej prze­ję­cia przez Wielką Bry­ta­nię po zakoń­cze­niu wojny sied­mio­let­niej (1756-1763). W paź­dzier­niku 1800 r. Luizjana powró­ciła do napo­le­oń­skiej Fran­cji w wyniku taj­nego trak­tatu zawar­tego w San Ilde­fonso. Wraz z Luizjaną wra­cał do Fran­cji ważny port w Nowym Orle­anie z boga­tym zaple­czem han­dlo­wym, nowe plany impe­rialne zwią­zane z Ame­ryką i nadzieje na odbi­cie Kanady z rąk Bry­tyj­czy­ków. Gdy wia­do­mość o tym posu­nię­ciu dotarła do Waszyng­tonu, Stany Zjed­no­czone uznały to za zagro­że­nie swo­ich żywot­nych inte­re­sów han­dlo­wych (przez port w Nowym Orle­anie wycho­dziło pra­wie 40 pro­cent pro­duk­cji ame­ry­kań­skiej). Admi­ni­stra­cja hisz­pań­ska w Nowym Orle­anie zapew­niała Ame­ry­ka­nom strefę wol­no­cłową i wiele przy­wi­le­jów. Fran­cuzi nie ukry­wali, że wolny han­del ame­ry­kań­ski przez Nowy Orlean nie będzie dłu­żej tole­ro­wany. Znaczna część opi­nii publicz­nej w USA uznała to za dosta­teczny powód do walki o ujście Mis­si­sipi i zaczęła się doma­gać wojny.

Jef­fer­son, chcąc unik­nąć wojny z Fran­cją, pod­jął kom­pro­mi­sową próbę wyne­go­cjo­wa­nia zakupu Nowego Orle­anu od Fran­cji. Sku­tek tych dzia­łań oka­zał się zupeł­nie nie­spo­dzie­wany. Ame­ry­kań­scy nego­cja­to­rzy wysłani do Paryża dowie­dzieli się, że wobec strat ponie­sio­nych przez armię fran­cu­ską pod­czas tłu­mie­nia murzyń­skiego powsta­nia na Santo Domingo (Haiti), oraz wobec praw­do­po­do­bień­stwa nowej wojny w Euro­pie, Napo­leon zde­cy­do­wał się na rezy­gna­cję z pla­nów impe­rial­nych w Ame­ryce i posta­no­wił sprze­dać całą Luizjanę. Po dwóch tygo­dniach spie­ra­nia się o cenę dele­ga­cja ame­ry­kań­ska pod­pi­sała trak­tat o kup­nie Luizjany 30 kwiet­nia 1803 roku. Stany Zjed­no­czone miały zapła­cić 15 milio­nów dola­rów, pokryć zale­ga­jące rosz­cze­nia Ame­ry­ka­nów wobec Fran­cji oraz przy­znać miesz­kań­com tych ziem oby­wa­tel­stwo ame­ry­kań­skie (w sumie koszt zakupu Luizjany wyniósł 23 213 567 dola­rów). Za jed­nym pocią­gnię­ciem pióra USA powięk­szyły się o obszar liczący 2 145 000 km2 (828 000 mil2), pła­cąc nieco ponad 4 centy za akr ziemi. Był to jeden z naj­ko­rzyst­niej­szych inte­re­sów w histo­rii han­dlu mię­dzy­na­ro­do­wego. W przy­szło­ści na tym tery­to­rium miało powstać 15 nowych sta­nów o obsza­rze sze­ścio­krot­nie więk­szym od obszaru 13 sta­nów-zało­ży­cieli Unii.

Jef­fer­son zda­wał sobie sprawę, że pod­jęta przez niego decy­zja zakupu Luizjany (Louisiana Pur­chase) prze­kra­czała jego upraw­nie­nia, kon­sty­tu­cja nie dawała bowiem wła­dzom fede­ral­nym prawa do podej­mo­wa­nia decy­zji w spra­wie zakupu nowych tery­to­riów. Wszel­kie opory ustę­po­wały jed­nak wobec szansy, którą nio­sła ze sobą Luizjana. Jef­fer­son, który wzro­kiem wizjo­nera się­gał dalej, ku wybrze­żom Pacy­fiku, pod­jął wszel­kie dzia­ła­nia, aby prze­ko­nać Kon­gres o słusz­no­ści swej decy­zji.

Jed­no­cze­śnie z dzia­ła­niami poli­tycz­nymi pre­zy­dent robił wszystko, aby jak naj­szyb­ciej wysłać na zachód eks­pe­dy­cję Lewisa. "Kapi­tan Lewis jest odważny, mądry i prze­zorny" - napi­sał o swoim pro­te­go­wa­nym na wio­snę 1803 roku. "Jest nawy­kły do lasów i zna oby­czaje i cha­rak­tery Indian. Nie ma wpraw­dzie regu­lar­nego wykształ­ce­nia, ale posiada nie­zwy­kły dar obser­wo­wa­nia natury i dla­tego chęt­nie zwróci uwagę na wszyst­kie jej nowe frag­menty, jakie napo­tka na swej dro­dze"3.

Pierw­szą rze­czą, jaką zro­bił Lewis było zapro­sze­nie do wzię­cia udziału w wypra­wie swego przy­ja­ciela z woj­ska, kpt. Wil­liama Clarka (1770-1838). Clark, genialny rudo­włosy Wir­giń­czyk, z wcze­śniej­szej służby w armii na zacho­dzie (wal­czył m.in. w słyn­nej bitwie z India­nami pod Fal­len Tim­bers w 1794 r.) wyniósł dosko­nałą zna­jo­mość pogra­ni­cza i Indian, a przy tym był zna­ko­mi­tym geo­gra­fem i miał duże doświad­cze­nie w nawi­ga­cji po wodach śród­lą­do­wych. Kiedy Lewis zwró­cił się do Clarka o uczest­nic­two, nie kry­jąc przed nim nie­bez­pie­czeństw i tru­dów, ten odpo­wie­dział mu z entu­zja­zmem: "Jest to olbrzy­mie przed­się­wzię­cie, (...) z licz­nymi trud­no­ściami, ale, mój Przy­ja­cielu, mogę Cię zapew­nić, że nie ma na świe­cie dru­giego, ja Ty czło­wieka, z któ­rym pra­gnął­bym pod­jąć i dzie­lić trudy takiej wyprawy"4.

Eks­pe­dy­cja została zapla­no­wana z dużą dokład­no­ścią. Lewis i Clark mieli się udać naj­pierw ku nie­zna­nym źró­dłom Mis­so­uri, prze­kro­czyć Góry Ska­li­ste i kon­ty­nen­talny dział wód, a następ­nie spły­nąć nur­tem pra­wie legen­dar­nej wów­czas Kolum­bii do wybrzeży Pacy­fiku. Po dro­dze mieli doko­ny­wać pomia­rów geo­gra­ficz­nych, badać naturę prze­mie­rza­nych obsza­rów, poznać ich miesz­kań­ców oraz wyty­czyć nowe szlaki i spo­rzą­dzić mapy nie­zna­nych do tej pory czę­ści kon­ty­nentu, które uła­twi­łyby przy­szłą eks­pan­sję i han­del.

Na począ­tek Lewis zle­cił budowę w Pit­ts­bur­ghu dużego, liczą­cego 55 stóp (17 m) statku rzecz­nego typu keel­boat (ame­ry­kań­ski rodzaj galara) z przy­bu­dówką w kształ­cie drew­nia­nej chaty, zaopa­trzo­nego w maszt z czwo­ro­kąt­nym żaglem i jede­na­ście par wio­seł. Uczył się jed­no­cze­śnie zasad doko­ny­wa­nia pomia­rów geo­gra­ficz­nych i prze­stu­dio­wał plany przy­go­to­wane na uży­tek eks­pe­dy­cji przez kar­to­grafa Nicho­lasa Kinga, który wyko­rzy­stał w tym celu angiel­skie mapy dol­nego biegu Kolum­bii opra­co­wane przez Bro­ugh­tona dla Geo­rge'a Van­co­uvera w 1792 roku. Miało to w poważny spo­sób wpły­nąć na czas trwa­nia i prze­bieg wyprawy, błęd­nie uznano bowiem, że po dotar­ciu do źró­deł Mis­so­uri wystar­czy prze­kro­czyć jedno pasmo gór­skie, by dotrzeć do zle­wi­ska Kolum­bii i spły­nąć nią do oce­anu.

Raty­fi­ka­cja trak­tatu z Fran­cją w spra­wie zakupu Luizjany i prze­pro­wa­dze­nie go przez Kon­gres zajęła Jef­fers­so­nowi kilka mie­sięcy. W końcu jed­nak Kon­gres zaak­cep­to­wał zakup i 4 lipca 1803 r. można było ogło­sić ofi­cjalną wia­do­mość o doko­na­nej trans­ak­cji.

31 sierp­nia Lewis opu­ścił Pit­ts­burgh i popły­nął w dół rzeki Ohio. W końcu paź­dzier­nika w Clark­sville, na Tery­to­rium Indiana, dołą­czył do niego Clark z kil­koma ludźmi. 7 grud­nia cała 19-oso­bowa załoga dopły­nęła w pobliże St. Louis, gdzie na lewym brzegu Mis­si­sipi, nieco powy­żej mia­sta, roz­bito obóz zimowy Camp Wood. Tutaj, w ciągu zimo­wych mie­sięcy na prze­ło­mie lat 1803/1804, kom­ple­to­wano skład eks­pe­dy­cji, przy­go­to­wy­wano sprzęt i zapasy, zbie­rano dodat­kowe infor­ma­cje przed dal­szą podróżą.

Dobie­ra­jąc uczest­ni­ków wyprawy Lewis szu­kał "dobrych myśli­wych, odważ­nych, zdro­wych, nie­żo­na­tych męż­czyzn, nawy­kłych do lasów i zdol­nych zno­sić nie­wy­gody w dosta­tecz­nym stop­niu"5. Osta­tecz­nie wybrał 14 żoł­nie­rzy-ochot­ni­ków, 9 tęgich drwali z Ken­tucky, dwóch fran­cu­skich prze­woź­ni­ków i pół­krwi fran­cu­skiego tra­pera, który miał słu­żyć jako tłu­macz, tro­pi­ciel i prze­wod­nik. Clark zabrał ze sobą swego murzyń­skiego słu­żą­cego, Yorka, a Lewis wiel­kiego czar­nego psa rasy nowo­fun­landz­kiej, który wabił się Scan­non. Razem z oby­dwoma dowód­cami wyprawa liczyła 45 osób.

Wio­sną 1804 r. wszystko było gotowe do drogi. W desz­czowy ponie­dzia­łek, 14 maja, mała flo­tylla, w skład któ­rej oprócz statku wcho­dziły dwie mniej­sze 13-metrowe łodzie wio­słowe, opu­ściła Camp Wood i popły­nęła na zachód w górę Mis­so­uri. Na pokła­dzie galara wie­ziono ponad 10 ton zapa­sów prze­zna­czo­nych dla uczest­ni­ków wyprawy i na pre­zenty dla Indian.

Żółte, zamu­lone wody Mis­so­uri prze­ra­żały nie­na­wy­kłych do dzi­kiej rzeki podróż­ni­ków. Po nie­daw­nych wio­sen­nych roz­to­pach Mis­so­uri pły­nęła sze­ro­kim nur­tem. Mętna woda zakry­wała przed wzro­kiem ludzi natu­ralne pułapki cza­jące się w głębi. Na każ­dym kroku roiło się od zdra­dli­wych dziur, mie­lizn i zakoli. Kapry­śna Mis­so­uri, która w pamięci uczest­ni­ków wyprawy zyskała sobie miano "dia­bel­skiej rzeki", w wielu miej­scach zmie­niała swe koryto, tak, że nie­ła­two było natra­fić na główny nurt. Tylko dzięki pomocy fran­cu­skich prze­woź­ni­ków, któ­rzy dobrze znali oko­lice i doświad­cze­niu Clarka udało się unik­nąć poważ­niej­szych kło­po­tów. Naj­więk­sze pro­blemy spra­wiał wartki, trudny do prze­wi­dze­nia nurt, wio­senne burze i stale zmie­nia­jący się kie­ru­nek wia­tru. W tych warun­kach żagiel na statku nie na wiele mógł się przy­dać, a wio­seł można było uży­wać tylko na spo­koj­niej­szej wodzie. Podróż­nicy nie­jed­no­krot­nie musieli wysia­dać na brzeg i cią­gnąć sta­tek i łodzie na linach pod prąd. Nie było to łatwe. W wielu miej­scach woda two­rzyła zdra­dliwe wiry i wymy­wała w muli­stym dnie głę­bo­kie doły, w któ­rych zapa­dali się idący brze­giem ludzie. Gdzie indziej zato­pione drzewa two­rzyły nie­bez­pieczne pod­wodne zapory, które trzeba było obcho­dzić lub poko­ny­wać przy pomocy sie­kier. Postęp można było osią­gnąć tylko dzięki wyczer­pu­ją­cej pracy wszyst­kich uczest­ni­ków eks­pe­dy­cji. W takich warun­kach szyb­kość z jaką się poru­szano nie prze­kra­czała 9 mil (14,5 km) dzien­nie. Jakby nie dość kło­po­tów z rzeką, wkrótce ludzi dopadł letni skwar i roje koma­rów uno­szące się na wodą. Dopiero kiedy rzeka skrę­ciła na pół­noc połu­dniowy wiatr uła­twił dal­szą podróż. Szyb­kość wzro­sła do około 20 mil dzien­nie.

Pod­czas gdy Clark i więk­szość ludzi zajęci byli nawi­ga­cją, Lewis z towa­rzy­szą­cym mu Scan­no­nem podą­żał brze­giem doko­nu­jąc obser­wa­cji, polu­jąc, zbie­ra­jąc nie­znane okazy roślin i robiąc notatki w swoim dzien­niku.

Dzień 4 lipca podróż­nicy uczcili w pobliżu ujścia rzeki Platte wystrza­łem armat­nim i dodat­kową por­cją whi­sky. 30 lipca eks­pe­dy­cja napo­tkała pierw­szych Indian. Cztery dni póź­niej w miej­scu nazwa­nym przez odkryw­ców Coun­cil Bluffs (Iowa) Lewis i Clark odbyli pierw­szą naradę z wodzami ple­mion Oto i Mis­so­uri. Spo­tka­nie miało poko­jowy prze­bieg. Biali wrę­czyli India­nom zapro­sze­nie do Waszyng­tonu i obda­ro­wali ich meda­lami pokoju, ame­ry­kań­skimi fla­gami i innymi dro­bia­zgami6.

20 sierp­nia, koło dzi­siej­szego Sioux City w Iowa, wyprawa ponio­sła pierw­szą i jak się oka­zało, jedyną ofiarę. Praw­do­po­dob­nie w wyniku pęk­nię­cia wyrostka robacz­ko­wego zmarł sier­żant Char­les Floyd. Na jego cześć Lewis i Clark nazwali pobli­skie wzgó­rza Floyd's Bluffs, a pły­nącą opo­dal rzekę Floyd's River.

30 sierp­nia doszło do przy­ja­znego spo­tka­nia ze Sjuk­sami Yank­ton (Nakota)7. Kilka dni póź­niej Ame­ry­ka­nie po raz pierw­szy zoba­czyli pie­ski pre­riowe. Z wiel­kim tru­dem udało się schwy­tać jed­nego osob­nika, aby prze­słać go wraz z innymi nie­zna­nymi oka­zami fauny i flory pre­zy­den­towi Jef­fer­so­nowi.

25 wrze­śnia, w pobliżu ujścia rzeki Bad (Dakota Połu­dniowa) omal nie doszło do tra­gicz­nego w skut­kach star­cia z 1000-oso­bową grupą Sjuk­sów Teton (Lakota). "Dziel­nie wyglą­da­jący" - jak ich opi­sy­wał Lewis - pobra­tymcy Yank­to­nów nie chcieli zrazu prze­pu­ścić eks­pe­dy­cji przez swoje tery­to­rium, żąda­jąc odda­nia w zamian jed­nej łodzi. Tylko pew­ność sie­bie Lewisa, który nie dał się zastra­szyć agre­sywną postawą Indian, i deli­katne nego­cja­cje z wodzem Czar­nym Bizo­nem, poparte paru łykami whi­sky i drob­nymi pre­zen­tami, roz­ła­do­wały napię­cie. Ame­ry­ka­nie pozo­stali w obo­zie Sjuk­sów trzy dni, sta­ra­jąc się poznać ich zwy­czaje i nawią­zać pierw­sze kon­takty han­dlowe.

Przez kilka następ­nych tygo­dni wyprawa pły­nęła w górę Mis­so­uri przez pół­pu­stynne obszary Dakoty. 14 paź­dzier­nika prze­kro­czyła obecną gra­nicę Dakoty Połu­dnio­wej i Dakoty Pół­noc­nej. Dzie­sięć dni póź­niej napo­tkano wio­ski pro­wa­dzą­cych pół­osia­dły tryb życia ple­mion Man­dan i Hidatsa. W doli­nie Mis­so­uri, w sąsiedz­twie ujścia rzeki Knife leżało pięć dużych sta­łych osie­dli indiań­skich skła­da­ją­cych się z solid­nie zbu­do­wa­nych okrą­głych zie­mia­nek (budo­wano je w ten spo­sób, że rusz­to­wa­nie z drew­nia­nych bali pokry­wano grubą war­stwą ziemi). Dwa z owych osie­dli zamiesz­ki­wali Man­danowie, trzy pozo­stałe sprzy­mie­rzeni z nimi Hidat­so­wie.

Przy­ja­zne przy­ję­cie, jakie zgo­to­wali bia­łym podróż­ni­kom India­nie znad rzeki Knife spra­wiło, że 26 paź­dzier­nika, 1600 mil od punktu wyj­ścia, Lewis i Clark zde­cy­do­wali się roz­bić stały obóz i prze­cze­kać w nim nad­cho­dzącą zimę. Na miej­sce przy­szłego obo­zo­wi­ska wybrano plażę na wschod­nim brzegu Mis­so­uri, 5 lub 6 mil na połu­dnie od nale­żą­cej do Man­da­nów wio­ski Roophate i 2 do 3 mil od dru­giej wio­ski Man­da­nów, noszą­cej nazwę Mato­otonha, poło­żo­nej po prze­ciw­nej stro­nie rzeki.

Ame­ry­ka­nie czuli się bez­piecz­nie w sąsiedz­twie przy­ja­znych Man­da­nów i Hidat­sów, ich wio­ski czę­sto jed­nak odwie­dzali han­dlu­jący z nimi Sjuk­so­wie, Assi­ni­bo­ini, Sze­je­no­wie i Wrony, ludy bitne i wojow­ni­cze, przed któ­rymi nale­żało się mieć na bacz­no­ści. 3 listo­pada roz­po­częto więc prace nad budową umoc­nio­nego obozu, który nazwano Fort Man­dan. Po trzech tygo­dniach schro­nie­nie było gotowe. Była to pry­mi­tywna trój­kątna pali­sada o wyso­ko­ści 18 stóp (5,5 m) z dwoma rzę­dami drew­nia­nych cha­tek sty­ka­ją­cych się w jed­nym rogu i czymś w rodzaju bastionu naprze­ciwko bramy wej­ścio­wej.

Fort Man­dan stał na prze­cię­ciu waż­nych gra­nicz­nych szla­ków han­dlo­wych. Docie­rali tu przed­sta­wi­ciele licz­nych indiań­skich ple­mion z pół­noc­nych pre­rii, hisz­pań­scy i fran­cu­scy han­dla­rze z Luizjany, a także tra­pe­rzy i kupcy z kana­dyj­skich kom­pa­nii futrzar­skich. Mimo nie­sprzy­ja­ją­cej aury i odda­le­nia od cywi­li­za­cji przez całą zimę w for­cie Man­dan trwał oży­wiony ruch. Lewis i Clark pra­co­wi­cie nawią­zy­wali kon­takty ze wszyst­kimi przy­by­szami i skrzęt­nie zbie­rali wszyst­kie infor­ma­cje o zie­miach leżą­cych na zacho­dzie i zamiesz­ku­ją­cych je ple­mionach Indian.

Wśród wielu osób odwie­dza­ją­cych obóz Ame­ry­ka­nów naj­więk­sze zain­te­re­so­wa­nie Lewisa i Clarka wzbu­dził kana­dyj­ski tra­per i han­dlarz, Touis­sa­int Char­bon­neau, który zgo­dził się wziąć udział w dal­szej wypra­wie jako tłu­macz i znawca Indian. Char­bon­neau, poli­glota wła­da­jący kil­koma narze­czami indiań­skimi, od wielu lat han­dlo­wał z ple­mio­nami znad gór­nej Mis­so­uri i miał wśród nich wielu przy­ja­ciół. Na około rok przed przy­by­ciem Lewisa i Clarka odku­pił i zgod­nie z panu­ją­cym zwy­cza­jem poślu­bił dwie dziew­częta z ple­mie­nia Szo­szo­nów, znaj­du­jące się w nie­woli u Hidat­sów. Jed­nej z nich, zna­nej pod imie­niem Saka­ka­wea, czyli Kobieta Ptak, warto poświę­cić nieco wię­cej uwagi, stała się bowiem jedną z kilku India­nek, które prze­szły do histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Saka­ka­wea (Saca­ga­wea, Saca­ja­wea) uro­dziła się około 1787 r. w doli­nie Lehmi (Idaho) w jed­nej z grup wschod­niego odłamu ple­mie­nia Szo­szo­nów. Jako młoda dziew­czyna obo­zo­wała ze swoją grupą w miej­scu zwa­nym obec­nie Three Forks (Widły Trzech Rzek), gdzie trzy mniej­sze dopływy zbie­gają się dając począ­tek rzece Mis­so­uri. Latem 1799 lub 1800 r. obóz jej ple­mie­nia został napad­nięty przez wojow­ni­ków Hidatsa, któ­rzy najeż­dżali bliż­szych i dal­szych sąsia­dów w rejo­nie Gór Ska­li­stych. Saka­ka­wea, wraz z kil­koma innymi dziećmi Szo­szo­nów, została porwana, a potem adop­to­wana przez Hidat­sów. Przez kilka lat miesz­kała w jed­nej z ich osad nad górną Mis­so­uri, gdzie spo­tkał ją prze­by­wa­jący wśród Indian Char­bon­neau. Zimą 1803/1804 r. Saka­ka­wea, wraz z inną branką ze swego ple­mie­nia, Kobietą Wydrą, została żoną Char­bon­neau. Kiedy Kana­dyj­czyk, zachę­cony per­spek­tywą znacz­nego wyna­gro­dze­nia, zgo­dził się towa­rzy­szyć Lewi­sowi i Clar­kowi w dal­szej podróży na zachód, dziew­czyna zaofe­ro­wała swoją pomoc w dotar­ciu do kra­iny Szo­szo­nów i zna­le­zie­niu przej­ścia przez Góry Ska­li­ste. Mimo, że Saka­ka­wea była chora i spo­dzie­wała się dziecka, obaj odkrywcy uznali, że młoda Indianka może być bar­dzo przy­datna wypra­wie jako tłu­macz i gwa­ran­cja bez­pie­czeń­stwa wśród zachod­nich Indian (jak napi­sał Clark w swoim dzien­niku: "Kobieta w gru­pie męż­czyzn jest oznaką pokoju"). Tro­skli­wie leczona przez Clarka, 11 lutego 1805 r. Saka­ka­wea uro­dziła zdro­wego chłopca, któ­remu nadano imiona Jean Bap­ti­ste (Clark nazy­wał go piesz­czo­tli­wie Lit­tle Pomp - "Mały Waż­niak").

W marcu lód na Mis­so­uri zaczął pusz­czać i rzeka znów stała się żeglowna. W pierw­szych dniach kwiet­nia Lewis i Clark ode­słali do St. Louis keel­boat z załogą. Na jego pokła­dzie, oprócz listów do rodzin, odpły­nęły prze­zna­czone dla pre­zy­denta Jef­fer­sona mapy, raporty, wyroby sztuki indiań­skiej oraz liczne egzem­pla­rze fauny i flory zebrane w dotych­cza­so­wej dro­dze8. 7 kwiet­nia pozo­stała część eks­pe­dy­cji w licz­bie 33 osób (obaj dowódcy, trzech sier­żan­tów, 23 sze­re­go­wych oraz pię­cioro cywili: Char­bon­neau, Saka­ka­wea, Jean Bap­ti­ste, York oraz myśliwy imie­niem Geo­rge Dro­uil­lard) wyru­szyła w dal­szą drogę na zachód w dwóch łodziach i sze­ściu czół­nach-dłu­ban­kach, wydrą­żo­nych pod­czas prze­rwy zimo­wej z wiel­kich pni ame­ry­kań­skiej topoli. Dopiero teraz zaczęła się praw­dziwa praca odkryw­cza. "Mie­li­śmy spe­ne­tro­wać kraj sze­roki na co naj­mniej 2000 mil, któ­rego nie tknęła ni­gdy stopa cywi­li­zo­wa­nego czło­wieka. Sami musie­li­śmy się prze­ko­nać, czy czeka nas tam dobre, czy złe (...)" - zano­to­wał w dzien­niku Lewis9.

27 kwiet­nia eks­pe­dy­cja prze­kro­czyła dzi­siej­szą gra­nicę Mon­tany. Lewis ze Scan­no­nem i Dro­uil­lard jak zwy­kle szli brze­giem szu­ka­jąc śla­dów Indian i zwie­rzyny. 29 kwiet­nia upo­lo­wali wiel­kiego niedź­wie­dzia griz­zli, liczą­cego 2,6 metra dłu­go­ści i 1,8 metra obwodu w pier­siach (potrzeba było aż 10 kul, żeby powa­lić ogromne zwie­rzę). Był to pierw­szy w histo­rii okaz tego zwie­rzęcia, jaki pod­dano bada­niom nauko­wym.

8 maja mała flo­tylla odkryw­ców minęła ujście rzeki Milk. Teren zaczął się wzno­sić utrud­nia­jąc nawi­ga­cję. Dowód­ców dez­orien­to­wały liczne dopływy Mis­so­uri pły­nące z róż­nych kie­run­ków. 2 czerwca wyprawa dotarła do zbiegu Mis­so­uri z rzeką Marias i zatrzy­mała się w roz­wi­dle­niu obu rzek, nie wie­dząc, która z nich sta­nowi dal­szą drogę do Pacy­fiku. Po tygo­dniu badań, kie­ru­jąc się bar­dziej wyczu­ciem niż pew­no­ścią, obaj dowódcy wybrali kurs na połu­dnie (jak się oka­zało była to trafna decy­zja pozwa­la­jąca dotrzeć do źró­deł Mis­so­uri). Chcąc zmniej­szyć obcią­że­nie przed wej­ściem w góry, przed wyru­sze­niem ukryto jedną z więk­szych łodzi wraz z czę­ścią zapa­sów na drogę powrotną.

Wła­ściwy kurs został potwier­dzony w poło­wie czerwca, kiedy wyprawa dotarła do wiel­kich wodo­spa­dów Great Falls na rzece Mis­so­uri, o któ­rych wspo­mi­nali India­nie we wio­skach Man­da­nów. Bada­jąc prze­szkodę Lewis odkrył, że za pierw­szym wodo­spa­dem znaj­duje się ciąg czte­rech mniej­szych kaskad wod­nych unie­moż­li­wia­ją­cych dal­szą nawi­ga­cję. Omi­nię­cie całego sze­regu wodo­spa­dów wyma­gało prze­trans­por­to­wa­nia łodzi i bagaży lądem na odcinku 18 mil. Pozo­sta­wiw­szy ciężką pirogę w ukry­ciu u stóp wiel­kiego wodo­spadu, pozo­stałe czółna i zapasy prze­wie­ziono na pry­mi­tyw­nie skle­co­nych wozach wyko­na­nych ze ścię­tych drzew (kiedy wiał sprzy­ja­jący wiatr, na masz­tach łódek prze­myśl­nie roz­pi­nano żagle, uła­twia­jąc w ten spo­sób pracę ludziom cią­gną­cym cięż­kie wozy). Budowa wozów i trans­port czó­łen zajęła człon­kom eks­pe­dy­cji cały mie­siąc. Pozwo­liła jed­nak myśli­wym zgro­ma­dzić dużą ilość pro­wiantu, na który skła­dały się głów­nie: suszone mięso, ryby i spo­rzą­dzony indiań­skim spo­so­bem pożywny pem­mi­kan, czyli sprosz­ko­wane mięso zmie­szane z tłusz­czem zwie­rzę­cym i suszo­nymi jago­dami.

13 lipca prze­wie­zione z tru­dem czółna ponow­nie spusz­czono na wodę tuż powy­żej ostat­niego wodo­spadu. Sześć dni póź­niej wyprawa dotarła do Gór Ska­li­stych, wpły­wa­jąc do gigan­tycz­nego skal­nego kanionu o stro­mych zbo­czach pię­trzą­cych się na wyso­kość 400 metrów, który Lewis nazwał Bramą w Góry Ska­li­ste. 20 lipca podróż­nicy dostrze­gli nad szczy­tami gór sygnały dymne, znak, że wyprawa została odkryta przez Indian, któ­rzy w ten spo­sób ostrze­gali się przed zbli­ża­niem obcych ludzi. Po dal­szych dwóch dniach podróży Saka­ka­wea po raz pierw­szy od opusz­cze­nia fortu Man­dan zaczęła roz­po­zna­wać oto­cze­nie. "Indianka poznaje kraj i zapew­nia nas, że to wody nad któ­rymi żyją jej pobra­tymcy i że nie­da­leko stąd już do roz­wi­dle­nia trzech rzek" - zano­to­wał tego dnia Lewis. "Ta wia­do­mość pod­nio­sła nas wszyst­kich na duchu (...)"10.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Michael John­son, The Real West, Octo­pus Books Ltd., Lon­don 1983, s. 7. [wróć]

2. Ibi­dem, s. 7. [wróć]

3. Ibi­dem, s. 10 [wróć]

4. Irena Prze­włocka, Czci­ciele kojota i kruka, Wydaw­nic­two Mor­skie, Gdy­nia 1968, s. 13. [wróć]

5. Michael John­son, op. cit., s. 10. [wróć]

6. 4 stycz­nia 1806 r. Jefer­son przy­jął w Waszyng­to­nie dele­ga­cję wodzów ple­mion Oto, Mis­so­uri, Ari­kara i Sjuk­sów Yank­ton, któ­rzy spo­tkali się z Lewi­sem i Clar­kiem pra­wie pół­tora roku wcze­śniej. [wróć]

7. Spo­pu­la­ry­zo­wana nazwa Sjuk­so­wie pocho­dzi od fran­cu­skiego słowa nado­ues­sioux (w skró­cie sioux), które jest prze­krę­coną wer­sją algon­kiń­skiego słowa nado­we­isi­weg ("małe żmije", w szer­szym zna­cze­niu "wro­go­wie"), jakim okre­ślali kon­fe­de­ra­cję Sjuk­sów ich zacie­kli wro­go­wie z ple­mie­nia Czi­pe­we­jów (Chip­pewa). Sami Sjuk­so­wie, któ­rzy dzie­lili się na trzy odłamy, San­tee, czyli wschodni, Yank­ton, czyli środ­kowi i Teton, czyli zachodni, nazy­wali sie­bie Dakota, co ozna­cza "sprzy­mie­rzeni". W dia­lek­cie San­tee nazwę tę wyma­wiano Dakota, w narze­czu Yank­ton Nakota, a u Teto­nów Lakota. [wróć]

8. Prze­syłka wysłana na wschód z fortu Man­dan została dostar­czona do Waszyng­tonu 12 sierp­nia 1805 roku. [wróć]

9. Ken Rogers, Saka­ka­wea and the Fur Tra­ders; Facing the Unk­nown, "Bismarck Tri­bune", Bismarck 1995, s. 2. [wróć]

10. The Jour­nals of Lewis and Clark, edi­ted by Ber­nard de Voto, Hough­ton Mif­fin Com­pany, Boston 1953, s. 22. [wróć]