Wszystko zaczyna się od drogi. W Bieszczadach zawsze od jednej i tej samej, nazwanej kiedyś dumnie wielką obwodnicą bieszczadzką. Jadąc z północy, najczęściej wpada się na nią w Lesku, by zdążając dalej ku południowi przez Baligród, szybko dotrzeć do tego jej odcinka, który leży w samym sercu Bieszczadów Wysokich. Ale wielkiej obwodnicy trzymać się wcale nie trzeba. Niedaleko za Leskiem, w Hoczwi, można od razu odbić na małą obwodnicę (bo jest tutaj i taka), biegnącą zachodnim brzegiem Zalewu Solińskiego, i malowniczą trasą, która wije się nad Solinką, dojechać do tej samej południowej części wielkiej obwodnicy, łączącej Cisną z Wetliną i z Ustrzykami Górnymi. Pożytek z tego drugiego wyboru jest taki, że można popatrzeć z całkiem niedużej odległości na wody zalewu i przejechać się najpiękniejszą chyba w całych Bieszczadach drogą, na której zakrętów i mostków nie sposób zliczyć.
Wśród budowniczych bieszczadzkich obwodnic byli żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego - słynnego KBW, który poza tym jednym wyjątkiem w historii zapisał się, mówiąc najoględniej, nieszczególnie. Do niedawna tu i tam można było zobaczyć przy drodze podniszczone tablice, które przypominały o trudzie polskich enkawudzistów. Usunięto je, wywołując u jednych westchnienie ulgi, u drugich zgrzytanie zębami, bo widzieli w nich nie złowrogą pamiątkę poprzedniej epoki, ale świadectwo historii. Kto ma rację, nie będę próbował roztrząsać. Rozebrany kilka lat temu słynny pomnik Karola Świerczewskiego w Jabłonkach (przy wielkiej obwodnicy, a jakże!) również nie wszystkich jednakowo kłuł w oczy, a byli i tacy, którzy w każdą rocznicę śmierci generała składali pod nim kwiaty, co czasami kończyło się awanturą.
Pomnika nie ma, awantur też więcej nie będzie (chociaż kwiaty wciąż pojawiają się w miejscu, gdzie straszył), a prawda jest taka, że dla historii tej ziemi tak naprawdę Świerczewski wcale się nie liczy, tylko jego śmierć w Jabłonkach, która odcisnęła na Bieszczadach tragiczne, do dziś widoczne piętno.
I tak to jest, tylko na drogę wjedziesz, a już zza zakrętu nowy wątek się wychyla.
Na wielką obwodnicę wraca się w Dołżycy. A potem Krzywe, Przysłup, Strzebowiska, Kalnica - i już jesteśmy pod połoninami. Od wsi Smerek przez Wetlinę, Brzegi Górne, Ustrzyki Górne aż do Wołosatego od drogi odchodzą jak gałązki od świerkowego pnia najpiękniejsze bieszczadzkie szlaki. Po lewej - na Połoninę Wetlińską i Caryńską, a potem na Szeroki Wierch i najwyższą w tych górach Tarnicę; po prawej - na niemal w całości zalesioną część pasma granicznego, a wreszcie na Małą i Wielką Rawkę oraz Kremenaros. Jadąc z zachodu przez Komańczę, na wielką obwodnicę wjedziemy już w Cisnej (czyli tuż przed Dołżycą) i od razu znajdziemy się w sercu gór.
Wymieniałem nazwy wszystkich wsi po drodze jednym tchem, ale szło wyłącznie o kolejność. Od Dołżycy po Wołosate możemy zobaczyć cały przekrój wielkości bieszczadzkich osiedli, od wsi widm aż po prawdziwą metropolię z kilkoma sklepami spożywczymi i miejscami, gdzie można zjeść. Gdyby skręcić w Dołżycy w prawo, trafilibyśmy do Cisnej, a tam na dodatek znaleźlibyśmy jeszcze sklep przemysłowy i punkt apteczny. Od najbliższych miast - Leska i Ustrzyk Dolnych - dzieli nas pięćdziesiąt kilometrów, a wszystko na południe od nich rozgrywa się właśnie w tej bardzo małej, a najczęściej w ogóle najmniejszej skali.
I znów, chcąc nie chcąc, trzeba wrócić do pierwszych lat powojennych. Najlepiej zamyślić się nad nimi w Brzegach Górnych, bo właśnie tam historia najbardziej dopomina się, żeby ją opowiedzieć.
Dziś Brzegi Górne to wieś upiór, punkt na mapie w miejscu, gdzie wielka obwodnica spotyka się z drogą prowadzącą wzdłuż ukraińskiej granicy ku Ustrzykom Dolnym. Parking, punkt biletowo-kasowy Bieszczadzkiego Parku Narodowego, dwa szlaki, z których jeden prowadzi na Wetlińską, drugi na Caryńską. To wszystko.
A przecież przedwojenna wieś Berehy Górne ciągnęła się kilometrami. Stało tu więcej niż sto chałup, mieszkało z górą pół tysiąca ludzi. Były pola uprawne, łąki, stada czerwonego bydła, kuźnia, młyn, karczma, cerkiew pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła, dwór z folwarkiem. Wieś pełną gębą! - po której pozostał cmentarzyk przy szlaku na Caryńską. Właściwie mogłaby stać tutaj tabliczka: "Brzegi Górne. Wieś, której nie ma. Witamy w Bieszczadach!".
Bo Brzegi Górne to żaden wyjątek. Każda wieś, od Dołżycy po Wołosate, przez długie powojenne lata była widmem bez jednego nawet mieszkańca, a czego wojsko (najczęściej polskie, ludowe) nie puściło z dymem, samo próchniało, rozpadało się i porastało chwastem. Rozległe łąki i pola szybko pochłaniał las. Znikał krajobraz kształtowany ludzką ręką przez całe wieki.
W Wetlinie, dzisiejszej stolicy Bieszczadów Wysokich, jeszcze długo po wojnie siedzieli tylko żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza, tak samo jak w Ustrzykach Górnych. Biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców, zabudowań, przed wojną Ustrzyki Górne przypominały wielkością Berehy, a Wetlina była od nich niemal dwukrotnie większa. Podobnie dwukrotnie większe od Berehów było Wołosate, któremu dziś zdecydowanie bliżej do wsi widma niż do Wetliny.
Bieszczady to nie Warszawa. W stolicy rodowity warszawiak nie poznaje czasami otoczenia, bo wczoraj nie było, dziś stoi, wczoraj niskie, dziś cały widok zasłania. W dzisiejszej Warszawie przeszłości nie bardzo już widać, a na pewno nie na pierwszy rzut oka. Od lat całe wątki i fabuły znikają po prostu z dnia na dzień, ustępując pod naporem nowego, które wpisuje w tkankę miasta własną historię. W Bieszczadach cień rzucony w pewien marcowy poranek pod Jabłonkami straszy do dziś niby upiór. Spotyka się z nim każdy, kto tu przyjeżdża, najczęściej wcale nie mając o tym pojęcia. Trzeba wiedzieć, gdzie patrzeć. A przecież cała społeczność wraz z dorobkiem pokoleń, które pracowały na tej ziemi od stuleci, jakby się zapadła pod ziemię!
Dzisiaj rusińskiej mowy w Bieszczadach jak na lekarstwo. Przed wojną niewiele było polskiej, bo żyła tu społeczność w przytłaczającej większości rusińska i tylko odrobinę polska i żydowska. Wszystko się zmieniło i pól uprawnych dziś przy drodze nie zobaczysz, tak samo jak ludzi pracujących na roli. I nawet góry nie zostały te same, bo po tamtych mało kto chodził dla zabawy. Były w ówczesnej Polsce o wiele lepsze miejsca dla tych lubiących górskie wycieczki - te, na które możemy sobie dziś rzucić okiem, patrząc z Tarnicy w kierunku wschodnim.
Wiem, że szkicuję obraz bardzo grubą kreską, ale do każdej z trąconych tu spraw przyjdzie jeszcze wrócić, i to nie raz. Zaznaczam tylko na naszej mapie punkty, gdzie materia teraźniejszości rozchodzi się, a przez rozdarcie, ledwie uchwycone nitką, można - i trzeba - zajrzeć pod spód.
W Ustrzykach Górnych wielka obwodnica skręca na północ i między Zalewem Solińskim a granicą zmierza wprost ku Ustrzykom Dolnym. I zaraz zaczyna się inny wątek, bo gdy tylko droga odbije od Sanu, wjeżdżamy w świat porzeźbiony przez całkiem odrębną opowieść. Od rzeki, która odsuwa się teraz coraz bardziej na zachód, aż po Ustrzyki Dolne - cały ten szmat ziemi jeszcze przez ponad sześć lat po wojnie leżał po drugiej stronie granicy. Dwa razy przechodził z rąk do rąk. A kolejne wędrówki ludów spowodowane były tym razem nie przez wystrzelone na oślep pod Jabłonkami pociski, lecz przez pociągnięcia ołówka.
Wciąż okrążamy Zalew Soliński, którego - gdyby nie zmiana granic i wymiana przygranicznych terenów z sowiecką Ukrainą - w ogóle by nie było. Jeśli nałoży się na dzisiejsze mapy granicę sprzed polsko-sowieckiego machniom!, dzieliłaby na pół jezioro i zaporę. Pożytek ze słynnej korekty jest więc taki, że kiedy wda się we znaki upał, można wyskoczyć nad Solinę i odpocząć nad wodą (byle z dala od tłumnie odwiedzanych okolic). Można też powłóczyć się po dziczy, której mimo ludzkiej zawziętości nad zalewem jeszcze odrobinę na szczęście zostało.
Odbiwszy od Ustrzyk Dolnych na zachód, znów dojedziemy do Leska i w ten sposób zatoczymy koło. Można też skręcić nad zalew i ponownie znaleźć się na małej obwodnicy.
I tak mniej więcej będzie wyglądać nasza mapa, opisująca bieszczadzkie drogi i ścieżki, po których wędrują myśli.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI