I.
- Czyś jeszcze nie ubrana? Jakże z tym obiadem, psia krew?...
Zgryźliwy pomruk barytonowego głosu ozwał się w ciszy obszernego pokoju na czwartaku.
Milczenie. Z przyległej sypialni nie dochodził najmniejszy szelest.
- Czy ty jeszcze śpisz? - warknął po chwili smagły, wygolony brunet przed siebie.
Zaraz skończę fryzurę. Idź do kuchni i powiedz Nastusi, by spieszyła się z obiadem - odpowiedział dźwięczny głos z poza kotary wyblakłej, może z starych rekwizytów teatralnych wywleczonej.
- Kazałaś przynieść wódki?
- Stoi przy piecu.
Kocim ruchem mężczyzna sięgnął do kąta, zalał kieliszkiem śliwowicy krzyk dokuczliwego apetytu i począł znowu wymierzać pokój cichuteńkiemi, długiemi krokami.
Nie chodził, lecz raczej ślizgał się jaszczurczymi ruchami, jakby przejętymi od cyrkowego "człowieka kauczukowego", pełzał po przez przestrzeń złodziejskiemi nogami wałkonia, co zwykł w nocy czaić się u węgła domu, przypadać cichaczem w zaułki mroczne, szpiegować, czyhać. W chodzie jego było coś złowrogiego, w linjach i arabeskach, jakie zakreślała jego niewielka figura, rysowały się jakieś chimery czy bazyliszki z fantazji zbrodniczej zrodzone.
Fałda prostopadła zaznaczyła się niby brózda na zoranem czole typowo aktorskiej maski, powleczonej siatką, delikatnych zmarszczek, o rysach regularnych, o rozluźnionych, obwisłych mięśniach licowych. Zmięta, zniszczona twarz ta napiętnowana była wprost uderzającym wyrazem nikczemności i kabotynizmu, odzwierciadlała prześwietnie istotę jego, wydzielała z siebie jakiś wstrętny zapaszek trującej zgnilizny.
Przyglądały mu się z podełka tandetne, seledynowe meblątka, ambicjonujące do parodji burżuazyjnego saloniku, odznaczające się dziwacznością rysunku, ogromnym niesmakiem i niemal absolutną bezużytecznością. Harmonizowały wybornie z zwiędłymi wieńcami, ostentacyjnie rozwieszonymi na ścianach w całej okazałości barwnych szarf, oraz liczne fotografje jego maski, bogato oprawione i rozmieszczone nabożnie. Te trofea pseudotriumfów prowincjonalnych starały się przypomnieć komikowi dawne, lepsze czasy, urągały w żywe oczy "artyście", przez głupią ludzkość zapoznanemu i skazanemu na swój spryt życiowy.
Zwano go "hrabią" wśród garstki wyplutych na bruk wielkomiejski aktorów, wałęsających się niby psy bez budy, bez pana, wylegujących po kawiarniach i szukających w chronicznem próżniactwie zmiany losów, albo raczej pokątnej tranzakcji na koszt przygodnej ofiary młodzieńczej lekkomyślności.
Hrabią był pięćdziesięcioletni pan Tadeusz - nie z ojca, który był urzędnikiem kolejowym w Jaśle, ale z babki węgierskiego rodu. Miał to nawet na piśmie.
Siadłszy przy stole nakrytym do objadu, oparł się o ścianę i bębnił wychudzonemi palcami po talerzu, kombinując coś w głowie, gdy wpłynęła do pokoju dystyngowanym krokiem wysoka, wiotka kobieta o złoconych włosach, wzbogaconych ufryzowanym starannie postich'em.
Bez słowa zajęła miejsce przy stole przedziwnie Wielkiem, ślicznym ruchem i poczęła krajać chleb. cukierke wyczerpanie leżało na całem tem ładnem, cukierkowem a bladem i lymfatycznem zjawisku - teatralnem, a jakby słodką naiwnością dziecka wyidealizowanem. Z miłej twarzy wyzierały senliwie ciemne oczy ocienione łukami gęstych brwi.
Gdy barszcz zadymił się na stole, "hrabia" ozwał się niedbale:
- Niezłą kolacyjkę stawił wczoraj pan Seweryn. Pija, bestja, tylko "wdowę" Cliquot jak król Edward. Ma podniebienie. Rasowy! Trzeba mu to oddać. Ale ty na winie się nie znasz.
- Głowa mnie strasznie boli. Wmusili we mnie kawę i likier. Ten nieznośny dym... hałas. Tak późno wróciliśmy do domu.
Jadła niby pod przymusem, zacichła, zagasła.
Ubiegły wieczór pozostał w umyśle jej upostaciowany w nadzwyczajnym kapeluszu szczęśliwej u złotej młodzieży aktorki Gawlikowskiej. Nie zazdrościła teatralnej i gabinetowej koleżance pochodzenia ani zgoła niczego, już dlatego, że w apatji duchowej rzadko tylko i przelotnie wznosiła się do uczuć silniejszych, lecz ów czarny kapelusz z królewskiemi ponsowemi pleureuse'ami, pachnący Paryżem, budził w jej porcelanowej piersi dreszcze dojmującej pożądliwości.
- Jaka ta Gawlikowska krzykliwa! - mruknęła.
Dużym zasobem intuicji wyposażony "hrabia" odgadł co dzieje się w duszyczce Aliny i w myśl jej rzekł:
- Lafilistyczny
1
, ordynarny tłuk!... A zuchwałe to jak trzyrublówka.
W gruncie rzeczy podziwiał Gawlikowską za jej sztukę "brania" mężczyzn z miejsca i gniewały go jej sukcesy, jako należące się jego Linie.
- Gdyby nie ja, nigdy w życiu nie była byś w tak dystyngowanem towarzystwie. Nie licząc mnie: jeden hrabia, jeden dobry szlachcic, no i ten meches, ale bogaty. Uważałaś jak hrabia Józef był ze mną za pan-brat? Poprostu dlatego, że uznaje we mnie familjanta... Łyk, dobkiewicz, brząkający złotem wynosiłby się nademnie, ubogiego człowieka, tymczasem prawdziwa arystokracja... Ot widzisz tu całą różnicę. Słuchaj Lino! - rzekł nagle ostrym tonem, topiac tępy wzrok piwnych, głęboko zapadłych oczu w bladej twarzyczce. - Przynieś zaraz swój medaljon z perłami!
Przerażenie i gniew zamigotały w jej źrenicach, ale stopniały w momencie i podniosła nań błagalne wejrzenie psa nogą do ziemi przyciśniętego. Gdy spotkała promień jego oka zadygotał w niej lęk mistyczny. Spuściła powieki i wyszła bezzwłocznie do sypialni.
Dopiero za kotarą ośmieliła się.
- A nie zawieruszyłeś jeszcze mych brylantowych butonów?
- Muszę właśnie opłacić procent, by nie przepadły - kłamał hrabia, zajadając sztukę mięsa, i dorzucił: Gdyby nie ja, nie oglądałabyś w życiu takich rzeczy, nie wiedziała co to butony.
Gdy pojawiła się w pokoju powitał ją:
- Słowo honoru, prześlicznie ci w tej sukience. Umiesz ją nosić. Voilá tout!
I sięgnął zgrabnie po medaljon.
- Czekaj! Muszę wpierw... - poczęła Lina i wyjęła z pod szkiełka w medaljonie minjaturową podobiznę męskiej głowy.
Zerknąwszy na fotografję, hrabia wyeskamotował jej w mgnieniu oka z pod rąk medaljon.
- Cóż robi ów sławny pendzlarz? - bąknął, rozciągając ironicznie wyraz "sławny", niby skrzypiącą harmonikę i, nie ciekawy odpowiedzi, zabrał się raźnie do mięsa.
- Jak to on... maluje - odparła Lina sennym tonem, pytania takie zbywając zawsze nic nie mówiącemi lakonizmami, bo życie wyrobiło w niej kamienną skrytość.
Nawet przed mistrzem swego życia, taiła się literalnie z wszystkiem, zamykała przed nim wszystkie sprawy, gdzie nie wchodził w grę. Ale hrabia sam wiedział wszystko, co było mu potrzeba.
Lina nie wzięła już nic w usta, zmartwiona rozstaniem się z złotym medaljonem. Przykrość wszakże roztapiała się powoli w rezygnacji.
Zapytanie o malarza było li tylko wstępem do rozkazu, podanego w formie niedbałej:
- Pewnie pójdziesz do niego dzisiaj?...
Podkreślił to szybkiem, imperatywnem spojrzeniem, które przeszyło ją na wylot i serduszko ptasie przyprowadziło o drżenie.
Ponieważ pan Seweryn i jego przyjaciele nie "reagowali" na piękną acz zgasłą Linę, trzeba było wysłać ją do niezawodnego malarza, który tymczasem, faute de mieux, nie zawadzał hrabiemu, a niejednokrotnie już leczył go za pośrednictwem Liny z okropnych suchot kieszeniowych.
Lina rozumiała doskonale, że musi pójść do malarza po pieniądze i odrazu powzięła to postanowienie, które przed chwilą było jeszcze od niej dalekiem. Cierpiała na chroniczną, do ostateczności posuniętą niemoc woli tak, iż była literalnie automatyczną lalką poruszaną przez przyzwyczajenie, nałóg a nakręcaną ręką hrabiego.
W pierwszych czasach znajomości z malarzem coś jakby miłość, z zadowolenia miłości własnej i próżności zrodzona, zapaliła się w jej łonie, rozświetliła ją, upiększyła i ożywiła w posadach. Niebawem jednak przygasła w przyrodzonej anemji i niemocy uczuciowej; podnosił się w niej tylko raz blask sympatji, mglistego oczekiwania i nadziei, że z jego strony spotka ją coś bardzo dobrego, raz lekceważenie i po garda dla człowieka, który ją kochał. Kochał prawdziwie, głęboko. Ją!!
Ta prawdziwa miłość malarza dokuczała jej nieraz, bo wkładała mu w usta tyrady poważnych słów, przestrogi, upomnienia. Uprzykrzywszy sobie te "kazania", ozwała się w nadziei, że kochanek zwolni ją dnia tego od wizyty w pracowni:
- Nieznośny ten malarz!
- Ba! Głupiec malowany!... Cała jego sława sztucznie sfabrykowana przez baby i tę trochę pieniędzy co ma. Taki szlachetka zagrodowy! Świszczypałka!
Począł operować wykałaczką spróchniałe zęby.
- Migrena mi dokucza... Nie wyjdę dziś z domu - ośmieliła się Lina.
- Idź do niego!
Po długiem milczeniu Lina absolutnie dnia tego wyczerpana i bezsilna, szepnęła raz jeszcze błagalnym tonem:
- Ach, głowa mnie tak boli...
Nie słysząc tego niemal, pan Tadeusz zapalił papierosa i zamyślił się nad swemi spekulacjami kawiarnianemi, a zwłaszcza nad młodą, niby-aktorką, skończoną histeryczką, która poczynała podlegać jego wpływom "ślicznie". Nie rozczulał się on byle czem.
Dawniej, nim Alina dzięki przejściowym faworom dyrektora Kellera uzyskała skromne stanowisko na scenie drugorzędnej, jeździła z nieślubnym swym mężem i wędrowną trupą po prowincji jako "pani dyrektorowa" i wtedy zdarzało się, że gdy afery drużyny szły źle, "hrabia" kulakiem walił ją po twarzy, bryzgał pomyjami najplugawszych epitetów, jeśli nie chciała "wyjść" do oficerów lub paniczów, czekających w gabinecie na "artystki". Bił ją, targał za włosy tak, iż w jego szkole przyswoiła sobie stereotypowy, słodkawy uśmiech na powitanie przygodnych kochanków i pokrywała nim istotny, wrodzony wstręt do takich amorów.
Ale z drugiej strony "hrabia" miewał gest arystokratycznej grandezzy; gdy pewnego razu Lina otrzymała od bogatego obywatela ziemskiego dwa tysiące rubli (które jako pani dyrektorowa musiała natychmiast w całości złożyć w ręce dyrektora), hrabia zapłacił jej kostjum i ofiarował bransoletkę, za którą pozostała mu wdzięczną jeszcze wtenczas, gdy bransoletka koleją wszystkich jej klejnotów, utonęła w czeluściach "góry litości".
Zajęty ważniejszemi sprawami, niż jej zdrowie, pan Tadeusz wybiegł myślami poza obręb ich domo wego ogniska. Po chwili jednak, wybierając się na miasto, zerknął w jej twarz i uderzony jej widoczną słabością, zakomenderował:
- Siadaj w fotelu!... Z tym babskim bólem głowy! - mruknął przez zęby.
Gdy Lina automatycznie zajęła miejsce w fotelu, począł rozcierać dłonie.
Przymknęła powieki, skłoniła głowę w tył i z lekko rozchylonemi wargami, z po za których wyzierały alabastrowe zęby, spoczywała nacichła na krańcach bierności, jakby u wrót snu ostatniego - śliczna jak umierający kwiat, jak Alina zabita ręką siostry, martwa na paprociach.
Spokój wielki schylił się nad nią i gasił słabo tlejącą się iskierkę jej żywotności.
A on podłożył jej pod głowę kolorową poduszkę z sofy i, stanąwszy przed nią, rzekł szeptem:
- Zamknij oczy!
Poczem złożył miękko ciepłą dłoń na jej czole, trzymał ją tak chwilę, aż wreszcie oderwał nieznacznie i począł przesuwać ją powoli, nie zmieniając pozycji ręki, ponad jej zagasłą twarzą, szyją, piersią, prowadził ją tak nad jej ciałem a, doszedłszy do stóp, uniósł raptownie i znowu lekko do czoła jej przycisnął, by powtórzyć eksperyment magnetyzerski raz jeszcze i drugi.
Między brwiami jego uwydatniała się pionowa zmarszczka, skupienie znamionująca, piwne jego źrenice, podkute czarną obwódka, przywarły się do jej lic, towarzyszyły posuwającej się ręce, a ona spoczywała bez najmniejszego ruchu, nikłym tętnem życia poddając się władzy swego mistrza.
Gdy hrabia odstąpił w bok i zapalił papierosa, obojętny na wynik leczniczego procesu, Lina rozwarła oczy nieśmiało, z pewnem zdziwieniem rozejrzała się wokoło, szukając go wzrokiem, i chwilę siedziała, zbudzona z eterycznego półsnu, skończenie cicha jak mara.
Odetchnęła głęboko.
- Lepiej mi... Ból głowy ustąpił... zupełnie.
Wyszła do sypialni, by przejrzeć się w zwierciadle.
Hrabia opowiadał nowinki z kawiarni, pokręcił się trochę i sięgnął po kapelusz.
Żegnając się z nim, Lina jak zwykle pocałowała go w rękę i wróciła do lustra.