Bierut i Wasilewska. Agent i dewotka - Jarosław Molenda

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Bole­sław Bie­rut i Wanda Wasi­lew­ska ni­gdy nie two­rzyli pary, ale oboje łączy wiele, jak choćby dość burz­liwe życie uczu­ciowe. Nie­za­leż­nie od tak waż­nych dla Pol­ski wyda­rzeń, jakie miały wów­czas miej­sce, życie dzia­ła­czy par­tyj­nych nie spro­wa­dzało się tylko do wiel­kiej poli­tyki, ale obej­mo­wało także ich sprawy pry­watne, rodzinne. Ważną rolę odgry­wały też ich ero­tyczne pod­boje.

Sporo o nich plot­ko­wano, ale dzi­siaj nie spo­sób roz­strzy­gnąć, co z tego było prawdą, co nale­żało do legend, a co jesz­cze do pro­pa­gandy, mają­cej na celu przed­sta­wie­nie każ­dej z tych postaci jako "swo­jego chłopa" (bio­rąc bowiem pod uwagę styl ubie­ra­nia się i maniery Wandy Lwow­nej, okre­śle­nie "swój chłop" nie wydaje się być nie­wła­ściwe). Łączy ich jesz­cze jedno - umie­jęt­ność pozy­ski­wa­nia sobie pro­tek­to­rów, dzięki któ­rym wspi­nali się po szcze­blach kariery.

Bie­ruta inte­lek­tu­al­nie ukształ­to­wał jego przy­ja­ciel i men­tor - Jan Hem­pel; potem para­sol ochronny roz­to­czyła nad nim jego kochanka, Mał­go­rzata For­nal­ska. W przy­padku Wasi­lew­skiej to jej ojciec Leon toro­wał drogę na łamy prasy naj­pierw wier­szom córki, a potem uła­twiał jej wyda­nie ksią­żek dla mło­dzieży oraz druk arty­ku­łów. Rów­nież jej mężo­wie posłu­żyli jako tram­po­lina ku lite­rac­kim doko­na­niom. Ostat­nim jej poli­tycz­nym i lite­rac­kim kura­to­rem był Alek­san­der Kor­niej­czuk.

Nad cało­ścią czu­wał "gospo­darz domu", czyli Józef Sta­lin. Cho­ciaż nie­wąt­pli­wie był on "ojcem" PRL-u, "ane­ste­zjo­lo­giem" przy tym "połogu" był Bole­sław Bie­rut, zaś główną "aku­szerką" Wanda Wasi­lew­ska. Przed­sta­wiam zatem opo­wieść o ich życiu pry­wat­nym, które jed­nak nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane było z dzia­łal­no­ścią poli­tyczną, bo tej - jak się wydaje - poświę­cali więk­szość czasu, na dal­szy plan spy­cha­jąc nawet swój udział w wycho­wa­niu dzieci.

Na koniec pozo­stał mi nie­zwy­kle przy­jemny obo­wią­zek zło­że­nia podzię­ko­wań wszyst­kim oso­bom, które w roz­ma­ity spo­sób przy­czy­niły się do powsta­nia tej książki. W pierw­szej kolej­no­ści pra­gnę wyra­zić wdzięcz­ność tym, któ­rzy pomo­gli mi w skom­ple­to­wa­niu lite­ra­tury, czyli Dag­ma­rze Okniń­skiej z "Ksią­żek pod lupą" oraz redak­cji Buntu Mło­dych Duchem.

Podzię­ko­wa­nia kie­ruję rów­nież do mgr Doroty Gębic­kiej, kie­row­niczki Oddziału IV Infor­ma­cji Nauko­wej i Udo­stęp­nia­nia Zasobu Archi­wum Akt Nowych w War­sza­wie, dr. Andrija Ruk­kasa z Uni­wer­sy­tetu im. Tarasa Szew­czenki w Kijo­wie, mgr Jolanty Ści­bior - kura­tora zbio­rów Muzeum Lubel­skiego, dr. Bogu­sława Tra­cza z kato­wic­kiego IPN-u oraz do Pana Bole­sława Sta­wic­kiego, dzięki któ­rym mogłem wzbo­ga­cić iko­no­gra­fię książki.

Roz­dział 1. Nie­do­szły mini­strant i mason

Roz­dział 1.

Nie­do­szły mini­strant i mason

Do dzi­siej­szego dnia Bole­sław Bie­rut jest jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych pol­skich komu­ni­stów; z dru­giej zaś strony - z jego posta­cią są zwią­zane liczne nie­ja­sno­ści i tajem­nice. Nie bez powodu w KC PZPR powo­łano co naj­mniej jedną komi­sję, która kon­stru­owała jego ofi­cjalny życio­rys. Bio­gra­fia komu­ni­stycz­nego boha­tera musiała więc być co naj­mniej kło­po­tliwa. Nato­miast po tych redak­cjach zro­biła się nie­wia­ry­godna, gdyż "towa­rzysz Tomasz" był pozba­wiony jakiej­kol­wiek cha­ry­zmy, ogra­ni­cza­jąc się do śle­pego wyko­ny­wa­nia roz­ka­zów pły­ną­cych z Kremla.

Ist­nieje wiele publi­ka­cji - pol­skich i zagra­nicz­nych auto­rów - kwe­stio­nu­ją­cych kolejne fakty w życiu Bie­ruta. Jedni auto­rzy dowo­dzą, że wła­ści­wie był on czło­wie­kiem pozba­wio­nym zna­cze­nia, inni znaj­dują świad­ków, że był bar­dzo waż­nym agen­tem Moskwy. "Osza­ła­mia­jąca to kariera, jak na czło­wieka, który do roku 1944 pozo­sta­wał zupeł­nie nie­zna­nym - przy­zna­wał Karol Estre­icher. - Nie­zna­nym nawet dla krę­gów par­tyj­nych.

Gdy po raz pierw­szy wypły­nęło w lecie 1944 jego nazwi­sko jako prze­wod­ni­czą­cego Rady Kra­jo­wej w Lubli­nie - na emi­gra­cji w Lon­dy­nie nikt o nim nie wie­dział. Bie­rut nie był ni­gdy zamie­szany w spory i roz­grywki pol­skich komu­ni­stów, któ­rych ostat­nim sekre­ta­rzem był Leń­ski-Lesz­czyń­ski, stra­cony przez Sta­lina w roku 1936 czy 7.

Bie­rut unik­nął czy­stek, a potem znie­sie­nia KPP w Pol­sce, w wię­zie­niu w Rawi­czu. Nie był znany pol­skim komu­ni­stom, gdyż po ukoń­cze­niu Leni­nówki w Moskwie, zwią­zał się z Dymi­tro­wem, który był od roku 1935 głową Komin­ternu. Ale nie znamy dobrze życio­rysu Bie­ruta. Jest do dziś tajony. W chwili wybu­chu I wojny świa­to­wej (1914) Bie­rut miał lat 22, ale zdaje się, że w woj­sku rosyj­skim nie słu­żył, pozo­stał w Lubli­nie, gdzie był zece­rem w dru­karni. Póź­niej był dzia­ła­czem komu­ni­stycz­nym w Zagłę­biu, a potem jeź­dził do Czech, do Austrii i oczy­wi­ście do Pol­ski, orga­ni­zu­jąc ruch komu­ni­styczny.

Dla samego Bie­ruta, podobno, kariera jego w Pol­sce jest osza­ła­mia­jąca.

Popu­lar­no­ści nie ma. W Sej­mie po wybo­rze był słabo okla­ski­wany"1.

Wła­ści­wie wiele spraw można roz­strzy­gać jedy­nie w ten spo­sób, że wybie­rze się jedną z wielu sprzecz­nych rela­cji. Doty­czy to nie tylko Bole­sława Bie­ruta czy boha­terki dru­giej czę­ści tej książki, ale i innych lumi­na­rzy pol­skiego komu­ni­zmu, jak choćby Mie­czy­sława Moczara. Ukry­wał on swe praw­dziwe nazwi­sko, naro­do­wość i zawód ojca oraz prze­szko­le­nie w ośrodku NKWD pod Smo­leń­skiem, a póź­niej ukoń­cze­nie mię­dzy­na­ro­do­wej szkoły dywer­sji i wywiadu w Gorki. Nie paso­wało to do jego obrazu pol­skiego patrioty. Tajem­nica, a raczej sfał­szo­wana legenda ota­czała rów­nież przed­wo­jenną i wojenną prze­szłość Edwarda Gierka, który przed rokiem 1945 nie miał nic wspól­nego z ruchem komu­ni­stycz­nym. Nato­miast Jaru­zel­ski miał za złe Ame­ry­ka­nom, że powtó­rzyli przez Wolną Europę zaczerp­niętą z prasy sowiec­kiej wia­do­mość o odby­tym przez niego stażu w Aka­de­mii im. K. Woro­szy­łowa w Moskwie2.

Bole­sław Bie­rut na zdję­ciu autor­stwa Romana Burzyń­skiego z książki Bole­sław Bie­rut, Sze­ścio­letni plan odbu­dowy War­szawy, War­szawa 1950

Ale nie­wąt­pli­wie naj­wię­cej bia­łych plam zawiera życio­rys Bie­ruta. Bar­dzo powoli bada­nia histo­ry­ków wydo­by­wają na jaw wiele fał­szów i sprzecz­no­ści w dotych­cza­so­wych hagio­gra­ficz­nych życio­rysach czło­wieka, który z ramie­nia Sta­lina nie­po­dziel­nie rzą­dził Pol­ską w latach 1949-1956. Dotych­czas nie udało się jed­nak wyja­śnić wszyst­kich nie­wia­do­mych. To dla­tego do publi­ko­wa­nego tu tek­stu trzeba się odnieść - prze­stroga zupeł­nie oczy­wi­sta - jak do wszel­kich wspo­mnień, to zna­czy z zało­że­niem, że w wielu wypad­kach auto­rów mogła zawieść pamięć, że "chro­nią" oni nie­jako wła­sne osoby, że wresz­cie ich sądy o ludziach mogą być stron­ni­cze, nie­pełne itp.

Nie inge­ro­wa­łem nawet w naj­bar­dziej kon­tro­wer­syjne z tych sądów, pozo­sta­wia­jąc pogląd na nie Czy­tel­ni­kowi w opar­ciu o wia­do­mo­ści na pod­sta­wie kon­fron­ta­cji z innymi źró­dłami bądź z wła­snymi prze­ży­ciami, nie­kiedy tylko - w kwe­stiach bez­spor­nych - zamiesz­cza­jąc spro­sto­wa­nia lub komen­ta­rze.

Jedno jest pewne: na tle barw­nych dyk­ta­to­rów XX wieku, takich jak Fidel Castro czy Josip Broz Tito, o Sta­li­nie nie wspo­mi­na­jąc, pol­scy komu­ni­styczni przy­wódcy wypa­dają dosyć blado. Doty­czy to rów­nież mario­net­ko­wego pre­zy­denta PRL-u, który jest mode­lo­wym przy­kła­dem, jak za pomocą sku­tecz­nego PR-u można z mier­noty zro­bić zna­czą­cego poli­tyka, choć na pewno nie można mu odmó­wić pra­co­wi­to­ści.

Nawet gdy już został pre­zy­den­tem, Bie­rut zaczy­nał urzę­do­wa­nie wcze­śnie, koń­cząc je czę­sto późną nocą. Taki styl życia wyni­kał być może z faktu, że domi­nują w nim lata tułaczki, kon­spi­ra­cji i wię­zie­nia, prze­ży­cia wojenne i rów­nie wyczer­pu­jąca, jak i cza­so­chłonna dzia­łal­ność poli­tyczna na polu "utrwa­la­nia wła­dzy ludo­wej".

Nie zacho­wały się, nie­stety, oso­bi­ste zapi­ski, jakie pozo­sta­wił Bie­rut. Nie były to wspo­mnie­nia ani dzien­nik - raczej rodzaj rap­tu­la­rza, w któ­rym ich autor noto­wał pro­blemy dnia. Zapi­ski, skąpe w sło­wach i w pełni zro­zu­miałe jedy­nie z komen­ta­rzem bez­po­śred­niego świadka, jego sekre­tarki Wandy Gór­skiej, zostały wykra­dzione przez NKWD. W pew­nym momen­cie przy­je­chała z Moskwy córka Bie­ruta, która popro­siła Gór­ską o wypo­ży­cze­nie notat­nika ojca na jedną noc. Otrzy­maw­szy go, natych­miast wyje­chała.

"W War­sza­wie nikt się tym notat­ni­kiem nie inte­re­so­wał, nie zro­biono nawet, o ile mi wia­domo, żad­nego odpisu" - przy­zna­wał Wła­dy­sław Bień­kow­ski, który dowie­dziaw­szy się o notat­niku po wykra­dze­niu go od jed­nego z przy­ja­ciół Gór­skiej, prze­czy­tał go3.

"Bie­rut żało­wał, że nie oddał swego pamięt­nika w pewne ręce i zapewne dla par­tii zosta­nie nie­znany - pisał po latach Wło­dzi­mierz Sokor­ski. - Prze­mó­wie­nia, uchwały były i są mar­twą literą. Może sta­no­wią mate­riał dla urzęd­ni­ków róż­nych insty­tu­tów, lecz nie dla dzia­ła­czy. Czło­wiek ujaw­nia się w pouf­nych roz­mo­wach, które potem nie dają się powtó­rzyć. Z grze­ba­nia w doku­men­tach poznaje się prawdę, któ­rej nie było albo która jest pozorna"4.

Dzie­ciń­stwo Bie­ruta nie było usłane różami. Spę­dził je na przed­mie­ściach Lublina, dokąd jego rodzice prze­nie­śli się, gdy Bolek liczył zale­d­wie roczek. "Moi dziad­ko­wie przy­byli do Lublina w 1891 r. z Kępy Kali­szań­skiej, poło­żo­nej w powie­cie puław­skim (wów­czas nowo­alek­san­dryj­skim) w zabo­rze rosyj­skim - wspo­mi­nał syn Bie­ruta. - Przez 10 lat gospo­da­ro­wali tam na kilku hek­ta­rach pod­mo­kłej, ale wła­snej ziemi nad Wisłą. Kata­stro­falna powódź i wywo­łana nią zmiana koryta rzeki cał­ko­wi­cie znisz­czyły ich gospo­dar­stwo. Z oca­lałą krową, koniem i drob­nym dobyt­kiem wyru­szyli do Lublina w poszu­ki­wa­niu pracy. Wraz z nimi piątka ich dzieci: dwóch synów i trzy córki"5.

Zamiesz­kali w sute­re­nie budynku na ulicy Sie­ro­cej. "Nastrój w ich pomiesz­cze­niu wyda­wał mi się bar­dzo bli­ski mojemu rodzin­nemu - wspo­mi­nał Józef Dominko. - Zaj­mo­wali na wpół sute­renę na przed­mie­ściu Czwar­tek. Domek był oto­czony ogro­dem warzyw­nym, połą­czo­nym z gospo­darką sadow­ni­czą. Ze wszyst­kich kątów miesz­ka­nia docho­dziła mnie woń bura­ków, mar­chwi, cebuli i innych warzyw"6.

Bole­sław miał liczne rodzeń­stwo, lecz cięż­kie warunki prze­żyła zale­d­wie połowa: Andrzej, star­szy pra­wie o trzy­na­ście lat od Bole­sława, następ­nie Michał, Julia, Józefa i Anto­nina. - "Ojciec był wyso­kim, zgar­bio­nym, spra­co­wa­nym czło­wie­kiem, prze­waż­nie mil­czą­cym - pisał przy­wo­ły­wany przed chwilą przy­ja­ciel Bolka od lat szkol­nych. - Matka nato­miast była drobną kobietą, czę­ściej zabie­ra­jącą głos. Rodzeń­stwo Bolka, dużo star­sze od niego, po zawar­ciu mał­żeństw roz­bie­gło się po świe­cie"7.

W licz­nej rodzi­nie zruj­no­wa­nego chłopa zawsze było sporo roboty; dla­tego Bolek pasał oca­lałą z powo­dzi krowę i nosił wodę z odle­głej o pół kilo­me­tra studni. Nie­ba­wem nabrał w nosze­niu wody takiej wprawy, że za drobną opłatą zaczął w nią zaopa­try­wać rów­nież sąsia­dów8.

Co cie­kawe, można dojść do wnio­sku, że w życio­ry­sie Bole­sława szcze­gólną rolę ode­grały wła­śnie... wia­dra z wodą. W zbie­ra­nych rela­cjach, zwłasz­cza tych, które spi­sy­wano jesz­cze za jego życia, histo­rycy z Zakładu Histo­rii Par­tii odno­to­wali pewne, zda­wa­łoby się banalne, a jed­nak ura­sta­jące do nie­zwy­kłej rangi wyda­rze­nia.

Nie­jaka Janina Sałek wspo­mi­nała, że ile­kroć jej matka nio­sła wodę, mło­do­ciany wów­czas towa­rzysz Bie­rut "zawsze wyry­wał jej wia­dra z rąk i sam bie­gał do studni (mimo że mie­ściła się ona na dru­giej pose­sji, dość daleko), wyrę­cza­jąc starą, scho­ro­waną kobietę"9. W podob­nym tonie wypo­wia­dała się Wła­dy­sława Gło­dow­ska, która pod­kre­ślała, że cho­ciaż Bie­rut był wycień­czony i bar­dzo źle wyglą­dał po zwol­nie­niu z wię­zie­nia, to: "Pozo­stał jed­nak duchowo mocny i pogodny, pełen wiary w jutro, zawsze tak samo tro­skliwy o innych, dobry towa­rzysz, przy­ja­ciel i kolega. Ni­gdy w tym czło­wieku nie dostrze­gało się pychy ani zaro­zu­mia­ło­ści. Był skromny, pełen pro­stoty i bez­po­śred­niego sto­sunku do czło­wieka. Kie­dyś zaszedł na moją maleńką, 300-metrową działkę, [na którą] wodę do pod­le­wa­nia trzeba było nosić z dosyć daleka. Po poga­wędce i prze­glą­dzie działki zwraca się do mnie ze swym miłym, szcze­rym uśmie­chem: ja wam przy­niosę kilka kone­wek wody. Byłam tym zasko­czona; nim zdo­ła­łam odpo­wie­dzieć, obok sto­jąca konewka była już w jego ręku"10.

Ta chęć nie­sie­nia pomocy jest cha­rak­te­ry­stycz­nym rysem jego oso­bo­wo­ści rów­nież w póź­niej­szych latach. Tak oto wspo­mina go nie­do­szła teściowa, Mar­cjanna For­nal­ska: "Ja widzia­łam towa­rzy­sza Jana dwa razy, i to krótko, więc teraz byłam bar­dzo onie­śmie­lona. Sta­ra­łam się, by nie czuć się wobec niego skrę­po­wana, co mi się nie bar­dzo uda­wało, ale towa­rzysz z całą ser­decz­no­ścią zabrał mój tłu­mo­czek; prędko zna­leź­li­śmy się na przy­stanku tram­wa­jo­wym i w tram­waju, a w mniej niż pół godziny już wcho­dzi­li­śmy do oka­za­łego domu"11.

Osoby zna­jące Bie­ruta w tym okre­sie mówiły o jego pra­co­wi­to­ści, wie­lo­stron­no­ści zain­te­re­so­wań i nie­zwy­kłym talen­cie orga­ni­za­cyj­nym. "Jako jeden z kie­row­ni­ków spół­dziel­czo­ści lubel­skiej nie wsty­dził się "czar­nej pracy" (objaw wtedy nie­czę­sto spo­ty­kany), brał się za każdą robotę" - infor­mo­wała jedna z tych osób. - "Gdy było mało ludzi do wyko­na­nia pil­nej pracy, sam dźwi­gał worki. Nie "grał" zwierzch­nika i dygni­ta­rza, ale był sta­now­czy i wyma­ga­jący"12.

Pod­czas pobytu w Dąbro­wicy pod Lubli­nem, gdzie ukry­wał się przed oku­pan­tem austriac­kim, pra­co­wał na równi ze swo­imi gospo­da­rzami - sie­jąc, kopiąc, kosząc i młó­cąc. Po pracy dużo czy­tał na pod­da­szu, które słu­żyło mu za sypial­nię i pra­cow­nię. - Naj­lep­szy odpo­czy­nek to "zamiana pracy umy­sło­wej na fizyczną i odwrot­nie" - mawiał ponoć. - "Podzi­wia­li­śmy jego wyjąt­kową pra­co­wi­tość fizyczną i umy­słową" - wspo­mi­nali jego gospo­da­rze. - "Dawa­li­śmy nie­jed­no­krot­nie temu wyraz, pro­po­nu­jąc mu odpo­czy­nek"13.

Uro­dziny Bie­ruta wśród dzia­twy, "Radio i świat" 1951, nr 16

Gdy już w wieku lat sze­ściu posiadł dzięki ojcu zna­jo­mość alfa­betu, szybko zaczął nauczać tej umie­jęt­no­ści dzieci sąsia­dów, któ­rych był ulu­bień­cem. Rów­nież w póź­niej­szych latach podobno nie tylko wyka­zy­wał się dużymi zdol­no­ściami prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy innym, lecz poza tym po pro­stu lubił mło­dzież. "W zetknię­ciu z mło­dzieżą zawsze ujaw­niał dużo ser­decz­no­ści i cie­pła" - twier­dziły osoby, które go znały14.

Sam jed­nak na początku nie mógł uczęsz­czać do szkoły. Po pierw­sze, rodziny nie było na to stać, a po dru­gie nie znał... języka rosyj­skiego, gdyż Bie­ru­to­wie pocho­dzili z Gali­cji, nale­żą­cej do zaboru austriac­kiego. W sze­regi uczniów szkoły, zwa­nej kate­dralną, ponie­waż mie­ściła się w sta­rych murach poklasz­tor­nych przy Kate­drze Lubel­skiej, został przy­jęty dopiero, gdy zaczął posłu­gi­wać się rosyj­skim, ale i tak "powta­rzał pierw­szą klasę z powodu braku zna­jo­mo­ści języka rosyj­skiego" - potwier­dza jego syn15.

Była to jedyna szkoła pię­cio­kla­sowa o peł­nym pro­gra­mie nauki szkoły powszech­nej, acz­kol­wiek w jed­nej izbie uczyły się jed­no­cze­śnie trzy klasy16. Kła­dziono tam duży nacisk na wycho­wa­nie reli­gijne. Chło­piec wyka­zy­wał zain­te­re­so­wa­nie w tym kie­runku, a rodzice zamie­rzali nawet wysłać go póź­niej do semi­na­rium duchow­nego. Gdyby Bolek został księ­dzem, sta­no­wi­łoby to dla rodziny awans spo­łeczny i mate­rialne zabez­pie­cze­nie w myśl przy­sło­wia: "Kto ma księ­dza w rodzie, tego bieda nie ubo­dzie"17.

Gdy był w pią­tej, ostat­niej kla­sie, w listo­pa­dzie 1905 roku na fali ogól­no­kra­jo­wych pro­te­stów rów­nież jego szkoła stała się widow­nią strajku uczniów, doma­ga­ją­cych się szkol­nic­twa z pol­skim języ­kiem wykła­do­wym. "O wybu­chu strajku wie­dzia­łem o jeden dzień wcze­śniej - wspo­mi­nał Bie­rut po latach. - Usta­lono, że moja klasa pierw­sza opu­ści szkołę i pój­dzie na mia­sto. Dałem do tego hasło, rzu­ca­jąc kała­marz w wiszący na ścia­nie por­tret cara. Mój czyn prze­ciął mi karierę szkolną. Po dwóch tygo­dniach strajku wró­ci­łem do szkoły, gdzie dowie­dzia­łem się, że za znie­wa­że­nie por­tretu cara zosta­łem wraz z ini­cja­to­rami strajku usu­nięty ze szkoły"18.

To wła­śnie do tego epi­zodu z życia Bie­ruta nawią­zują słowa "rzu­cał uczeń por­tret cara" z pio­senki Jana Pie­trzaka Żeby Pol­ska była Pol­ską. Jed­nak ofi­cjalni bio­gra­fo­wie nieco prze­ja­skra­wiali jego rolę, bo sam Bie­rut przy­zna­wał wiele lat póź­niej: "Ktoś powie­dział: Strajk! Wycho­dzić! Myśmy nie tylko wycho­dzili, ale wybie­ga­jąc ze szkoły, wypę­dza­li­śmy wszyst­kich innych. Gdy nauczy­ciel jed­nej z klas zamknął drzwi na klucz, to wybi­li­śmy szyby i wywa­ży­li­śmy drzwi, uwal­nia­jąc kole­gów. [...] Posta­no­wi­li­śmy zro­bić dzie­cięcą demon­stra­cję. Wła­ści­wie nie my - samo to się jakoś zro­biło. Poszli­śmy przez Kali­nowsz­czy­znę i gdy doszli­śmy na Ruską, do nas przy­łą­czyli się starsi, a gdy byli­śmy na moście na Lubar­tow­skiej, była to już tysięczna demon­stra­cja"19.

Po wyda­le­niu ze szkoły imał się róż­nych zajęć, nosząc wodę, wapno i cegły, mię­dzy innymi przy budo­wie hotelu "Polo­nia". Jed­no­cze­śnie dokształ­cał się w szkole rze­mieśl­ni­czej. Po pew­nym cza­sie otrzy­mał posadę roz­no­si­ciela gazet. Do jego obo­wiąz­ków nale­żało codzienne dostar­cza­nie pisma dwu­stu pre­nu­me­ra­to­rom, co wyma­gało poko­ny­wa­nia w sumie tysięcy scho­dów w dzie­siąt­kach kamie­nic.

Kolega z lat szkol­nych wspo­mi­nał, że kiedy wra­cał z mło­dym Bol­kiem ze szkoły, ojciec Bie­ruta dawał im śliwki do sprze­da­wa­nia. Sie­dzieli z koszem na skar­pie naprze­ciw kościoła.

""Towar" w dużych ilo­ściach zni­kał w kie­sze­niach kole­gów i żołąd­kach samych sprze­daw­ców (o co póź­niej awan­tu­ro­wał się ojciec Bolka) - mówił w roz­mo­wie z par­tyj­nym histo­ry­kiem Józef Szy­dłow­ski. - Przy­szli spół­dzielcy wal­czyli "eko­no­micz­nie" z tatą - przed­sta­wi­cie­lem pry­wat­nego han­dlu i kra­mar­stwa"20.

Po woj­nie sprze­da­wa­nie warzyw nie paso­wało do legendy. Zresztą o pocho­dze­niu Bole­sława Bie­ruta roz­po­wszech­niane są roz­ma­ite plotki. Poda­wana była w wąt­pli­wość praw­dzi­wość jego nazwi­ska, a nawet miej­sce uro­dze­nia. Mło­dość przy­szłego pre­zy­denta przy­pa­dała na lata I wojny świa­to­wej. Pewne zda­rze­nia, a także osoby, z któ­rymi się zetknął czy zaprzy­jaź­nił w tym cza­sie, miały duży wpływ na jego oso­bo­wość, zami­ło­wa­nia i póź­niej­sze poglądy.

W lecie 1910 roku Bole­sław Bie­rut zetknął się z Janem Hem­plem. Ta zna­jo­mość wywarła znaczny wpływ na kształ­to­wa­nie się oso­bo­wo­ści mło­dego zecera. Hem­pel był nie tylko star­szy, ale musiał impo­no­wać Bie­rutowi wie­dzą i barw­no­ścią życio­rysu. Japo­nia, Indie, Bra­zy­lia, Wło­chy, Paryż - te nazwy miesz­kań­cowi lubel­skiej sute­reny jawiły się niczym świat wła­ści­wie nie­re­alny. Misty­cyzm i wol­no­my­śli­ciel­stwo Hem­pla były rów­nież czymś nie­co­dzien­nym w - powiedzmy szcze­rze - dość zaścian­ko­wym Lubli­nie21.

Za namową Ste­fana Żerom­skiego, z któ­rym Hem­pel zetknął się w Paryżu, Bole­sław przy­był do Lublina. Autor wyda­nych dzie­sięć lat wcze­śniej Ludzi bez­dom­nych prze­by­wał czę­sto w Nałę­czo­wie, dzięki czemu utrzy­my­wał kon­takty i współ­pra­co­wał z redak­cją "Kuriera Lubel­skiego"; nakło­nił więc Hem­pla, aby objął on funk­cję redak­tora naczel­nego tego pisma.

"Ude­rzył mnie swoją ory­gi­nal­no­ścią. Wró­cił nie­dawno z Ame­ryki Połu­dnio­wej, był jakiś czas w Paryżu, prze­by­wał w Japo­nii i w Chi­nach, prze­mie­rzył całe Stany Zjed­no­czone. Był to więc czło­wiek nie­zwy­kle obyty, zna­jący języki, [...] bar­dzo cie­kawy, ory­gi­nalny, twór­czy" - kom­ple­men­to­wał Hem­pla Sta­ni­sław Szwalbe, słu­chacz jego "aka­de­mii"22.

Rze­czy­wi­ście, Hem­pel w latach 1902-1904 odbył wiele podróży - naj­pierw po Euro­pie, a następ­nie udał się do Man­dżu­rii, Japo­nii, Chin, Indii i Cej­lonu, aby przez Morze Czer­wone i Europę dotrzeć do Bra­zy­lii, gdzie w sta­nie Parana osiadł na kilka lat wśród pol­skich osad­ni­ków. Doświad­cze­nia te wyko­rzy­sty­wał póź­niej wśród człon­ków kółka, któ­rzy inte­re­so­wali się zagad­nie­niami spo­łecz­nymi, etycz­nymi i reli­gij­nymi, dys­ku­to­wali, wyda­wali nawet jakieś pisemko, odbi­jane na hek­to­gra­fie. - "Jan roz­bu­dzał w nich zain­te­re­so­wa­nie świa­tem, opo­wia­da­jąc o swo­ich podró­żach, a przy tym o krzyw­dzie i wyzy­sku ludzi i całych naro­dów, na które napa­trzył się w swo­ich wędrów­kach" - wspo­mi­nała jego sio­stra, Wanda Papiew­ska23.

Nie można zaprze­czyć, że Hem­pel był bar­dzo barwną posta­cią, którą komu­ni­ści po latach zre­du­ko­wali do jego dzia­łal­no­ści w okre­sie bol­sze­wic­kim. W tam­tym cza­sie uwa­żał on, że wyjąt­kowe cechy narodu pol­skiego spo­wo­dują odzy­ska­nie prze­zeń wol­no­ści. Szcze­gó­łowo ana­li­zo­wał na przy­kład Króla Ducha Juliu­sza Sło­wac­kiego. Szcze­gól­nym kul­tem ota­czał dzieje daw­nych Sło­wian, gdy ci przy­wę­dro­wali z Azji jako Ario­wie. Uwa­żał ich pogań­stwo za wielką reli­gię, a chrze­ści­jań­stwo za wiarę nie­wol­ni­ków24.

Około roku 1910 - albo 1912, jak wynika z innej rela­cji - przy­ja­ciele Hem­pla urzą­dzili sta­ro­sło­wiań­ską wigi­lię. Powty­kali pod tale­rzyki żyt­nie kłosy. Na środku stołu uło­żyli z nich swa­stykę25. Przy­szło dwa­dzie­ścia osób. Dekla­mo­wali Na wielki idą bój, śpie­wali Mazura kaj­da­niar­skiego. Bie­rut wraz z kolegą ode­grał III część Dzia­dów26. Cie­kawe, że sen­ty­ment do tego utworu pozo­sta­nie mu na długo. Pod wpły­wem Hem­pla zerwał młody Bolek z wiarą chrze­ści­jań­ską, praw­do­po­dob­nie więc wszedł w kon­flikt z wła­sną rodziną27.

W rezul­ta­cie zamiesz­kał u Hem­pla, który od tego momentu zastę­po­wał mu ojca i zda­niem Sta­ni­sława Toł­wiń­skiego "[...] uwa­żał za naj­zdol­niej­szego ze swo­ich uczniów i nie­mal wycho­wanka. Wró­żył mu nie­prze­ciętną przy­szłość i chyba się nie mylił. [Hem­pel był] nie­zwy­kle sumienny i odpo­wie­dzialny, a jed­no­cze­śnie spo­kojny i opa­no­wany, bar­dzo pra­co­wity"28.

Gdy Hem­pel na dłu­żej wyje­chał z Lublina, Bie­ru­tem i jego kole­gami zajęła się Wanda Papiew­ska. W pierw­szym samo­dziel­nym miesz­ka­niu przy­szłego pre­zy­denta Pol­ski luk­su­sów nie było: cienki sien­nik i zwy­kły koc musiały wystar­czyć za posła­nie. W oczy każ­dego gościa nato­miast rzu­cało się mnó­stwo ksią­żek, które leżały na stole, ale naj­czę­ściej pię­trzyły się na pod­ło­dze pod ścia­nami. "Łóżko, pro­sty stół, parę drew­nia­nych tabo­re­tów - oto całe ume­blo­wa­nie - kon­sta­to­wała w swo­ich wspo­mnie­niach sio­stra Jana Hem­pla. - Ale w tym spar­tań­skim miesz­ka­niu było bogac­two ksią­żek"29.

To zasługą tej uro­dzo­nej spo­łecz­niczki było prze­ję­cie lubel­skiego oddziału Sto­wa­rzy­sze­nia Abs­ty­nen­tów "Przy­szłość". Z mar­twej dotych­czas orga­ni­za­cji uczy­niono żywy ośro­dek spo­tkań, dys­ku­sji, dzia­łal­no­ści kul­tu­ralno-oświa­to­wej. Było to o tyle ważne, że poli­cja rosyj­ska bacz­nie obser­wo­wała wszel­kie prze­jawy aktyw­no­ści. Żeby móc się zbie­rać, dys­ku­to­wać, trzeba było mieć legalną orga­ni­za­cję. Sto­wa­rzy­sze­nie Abs­ty­nen­tów świet­nie się do tego nada­wało30.

"Były to myśli nowe, ory­gi­nalne, które mło­dzież chci­wie chło­nęła - przy­zna­wała sio­stra Hem­pla - a ponie­waż Jan był nasta­wiony zde­cy­do­wa­nie anty­ka­pi­ta­li­stycz­nie, więc i pod wzglę­dem kla­so­wym prze­ko­na­nia jego cał­ko­wi­cie im odpo­wia­dały. Wśród tej mło­dzieży byli: Bole­sław Bie­rut, Józef Dominko (oby­dwaj wtedy zece­rzy), Tade­usz Dymow­ski, Jan Juś­kie­wicz, Emil Brzo­zow­ski i paru jesz­cze innych mło­dych robot­ni­ków"31.

Mię­dzy nimi zawią­zała się bar­dzo ser­deczna przy­jaźń, a przy­szły prze­wod­ni­czący KRN, pre­zy­dent Rze­czy­po­spo­li­tej i I sekre­tarz KC PZPR nie­wąt­pli­wie wiele sko­rzy­stał od swego nauczy­ciela32. Zda­niem Wandy Papiew­skiej, mistrz i uczeń uzu­peł­niali się dosko­nale i cho­ciaż bar­dzo się róż­nili psy­chicz­nie, wza­jem­nie dodat­nio na sie­bie oddzia­ły­wali. "Myślę, że to tam, w tym spar­tań­skim pokoju Jana, przy jego czuj­nej, przy­ja­ciel­skiej pomocy, Bole­sław Bie­rut uzu­peł­niał swoje wykształ­ce­nie" - pisała33.

Jak z kolei zauwa­żała Wła­dy­sława Gło­dow­ska "[...] miesz­ka­nie to pro­mie­nio­wało nauką, wie­dzą i pogodą ducha. W tym uni­wer­sy­te­cie Jana towa­rzysz Bie­rut pra­co­wał bez wytchnie­nia, wszyst­kie wolne chwile i noce spę­dzał przy książce, ucząc się i stu­diu­jąc. Latem w nie­dzielę odby­wały się wspólne wycieczki pie­sze poza mia­sto, brze­giem Wisły. Na tych to wyciecz­kach odby­wały się dys­ku­sje o róż­nej tema­tyce"34.

Kim był ten o 15 lat star­szy od Bie­ruta syn agro­noma? Zaj­mo­wał się publi­cy­styką, był filo­zo­fem, który w cza­sach mło­do­ści dość aktyw­nie uczest­ni­czył w życiu śro­do­wi­ska wol­no­mu­lar­skiego. Żadne źró­dła nie dostar­czają dowo­dów na to, że sam Bie­rut był maso­nem. By­naj­mniej nie cho­dziło o to, że nie chciał, ale po pro­stu nie speł­niał warun­ków, żeby zostać wol­no­mu­la­rzem. Przede wszyst­kim był za młody, nie miał żad­nego wykształ­ce­nia for­mal­nego, a rezul­taty samo­kształ­ce­nia, choć nie­złe, nie były jed­nak impo­nu­jące. Bie­rut był nikim, a wła­dze wol­no­mu­lar­stwa miały wyso­kie wyma­ga­nia, jeśli cho­dzi o nowych człon­ków35.

Nie zamie­rzało ono być orga­ni­za­cją masową - dążyło do tego, aby wpły­wać na życie spo­łeczne i poli­tyczne poprzez ludzi odgry­wa­ją­cych istotną rolę w orga­ni­za­cjach i insty­tu­cjach publicz­nych. "Gdy Bie­rut został pre­zy­den­tem, cie­ka­wym posu­nię­ciem było ścią­gnię­cie do Bel­we­deru Hen­ryka Koło­dziej­skiego, któ­rego przy­na­leż­ność do maso­ne­rii była publiczną tajem­nicą. Ponie­waż Bie­rut otarł się o to śro­do­wi­sko, ni­gdy nie miał o nim opacz­nych wyobra­żeń" - twier­dzi jego bio­graf Andrzej Gar­licki36.

Rów­nież pod wpły­wem Hem­pla przy­szły pre­zy­dent Pol­ski wstą­pił w 1912 roku do Pol­skiej Par­tii Socja­li­stycz­nej-Lewicy, choć ide­olo­gia socja­li­styczna jego nauczy­cie­lowi była na­dal obca. Hem­pel w swej auto­bio­gra­fii przy­zna­wał, że widzi sie­bie bar­dziej jako anar­chi­stę niż socja­li­stę37.

"Pozna­łem go jako apa­rat­czyka, zagna­nego chłopca na posyłki, po pro­stu ze zwią­za­nymi rękami i nogami - przed­sta­wiał syl­wetkę Hem­pla Cze­sła­wowi Miło­szowi Alek­san­der Wat. - W tym cza­sie, o któ­rym mówię, Hem­pel już był całą gębą zaan­ga­żo­wany w komu­ni­zmie. Oże­nił się z robot­nicą, pro­stą robot­nicą, był na kur­sach w Rosji i stał się już wtedy funk­cjo­na­riu­szem płat­nym. Była taka kate­go­ria, bar­dzo źle ich pła­cili, byli wła­ści­wie w nędzy, ale to już byli urzęd­nicy, to już byli apa­rat­czycy. Hem­pel był pierw­szym apa­rat­czy­kiem, jakiego w ogóle w życiu zna­łem. I wła­ści­wie pozna­łem go jako apa­rat­czyka. To był bar­dzo szla­chetny, dobry czło­wiek, o bar­dzo szla­chetnych inten­cjach, ale pozna­łem go jako zahu­ka­nego, prze­ra­żo­nego tym, co powie­dzą jego wła­dze38.

W tym okre­sie Jan paro­krot­nie wyjeż­dżał do Związku Radziec­kiego. Wia­domo, że odbył dłuż­szą wycieczkę po Kry­mie razem z Bole­sła­wem Bie­ru­tem. Obaj chyba ule­gli fascy­na­cji Związ­kiem Radziec­kim, któ­rej źró­dło łatwiej dostrzec po lek­tu­rze listu Hen­ryka:

"Po naszym zastoju śmier­tel­nym, po tej mar­two­cie, która u nas panuje we wszyst­kich dzie­dzi­nach, tutaj wpada się w wir nowych zagad­nień, w wir gorącz­ko­wej pracy twór­czej. [...] W Moskwie wszyst­kie naj­więk­sze sklepy - nie­kiedy olbrzy­mie, wie­lo­pię­trowe gma­chy - to spół­dziel­nie. Han­del pry­watny gnieź­dzi się po małych skle­pi­kach. Sklepy spo­żyw­cze zaopa­trzone świet­nie, odzie­żowe znacz­nie gorzej z powodu cią­gle odczu­wa­nego braku towa­rów, choć wszyst­kie fabryki idą całą siłą pary. Nie­zli­czone mnó­stwo bar­dzo żywych klu­bów robot­ni­czych, które miesz­czą się we wspa­nia­łych pała­cach daw­nej bur­żu­azji. Na uli­cach ruch olbrzymi, tram­waje i auto­busy prze­peł­nione, mnó­stwo teatrów i kin, codzien­nie peł­nych... Ludzie żyją prze­świad­cze­niem, że czasy cięż­kie już minęły, że teraz wszystko z mie­siąca na mie­siąc idzie ku lep­szemu"39.

W tym cza­sie Bole­sław porzu­cił zecerkę i razem ze swoim guru zaczął zara­biać na życie jako mier­ni­czy. "Stu­dia odby­wał w naj­dziw­niej­szych warun­kach - jako zecer w dru­karni, jako geo­me­tra, prze­mie­rza­jąc z Janem Hem­plem pola Lubelsz­czy­zny i dys­ku­tu­jąc zawzię­cie o etyce Rama­jany, w warun­kach kon­spi­ra­cyj­nych, w wię­zie­niach i za gra­nicą - a zawsze sta­no­wiły one pasję i wielką, ludzką przy­godę jego życia. Takimi, w każ­dym bądź razie, jawiły mi się z jego wspo­mnień te stu­dia" - kon­sta­to­wała jego córka, Alek­san­dra Jasiń­ska-Kania40.

Jesie­nią 1913 roku Bie­rut prze­niósł się do War­szawy. Po co? Trudno powie­dzieć. Być może, jak twier­dził jeden z jego ofi­cjal­nych bio­gra­fów, cho­dziło o naukę, a może - i to wydaje się bar­dziej praw­do­po­dobne - o cie­ka­wość wiel­kiego mia­sta. Nota­bene, w War­sza­wie rów­nież miesz­kał z Janem Hem­plem, wynaj­mu­jąc kwa­terę u Micha­ło­stwa Pan­kie­wi­czów na Mariensz­ta­cie41.

"Bie­rut i Hem­pel bar­dzo się przy­jaź­nili - opo­wia­dał Sta­ni­sław Szwalbe. - W Lubli­nie sty­kali się ze sobą podwój­nie: zarówno w redak­cji "Kuriera Lubel­skiego", [gdzie] Hem­pel pisy­wał, a Bie­rut był pra­cow­ni­kiem dru­kar­skim, jak i na tere­nie LSS, do któ­rej obaj tra­fili poprzez panią Papiew­ską, sio­strę Hem­pla, któ­rej mąż, kie­ru­jący oddzia­łem eko­no­micz­nym magi­stratu Lublina, miał ze spół­dziel­nią wiele do czy­nie­nia. Oni byli wtedy nie­roz­łączni do tego stop­nia, że przez jakiś czas pra­co­wali razem w cha­rak­te­rze geo­me­trów, zaj­mo­wali się mie­rze­niem ziemi. Póź­niej razem prze­nie­śli się do War­szawy i nawet jakiś czas miesz­kali razem"42.

Jed­nak z nadej­ściem wio­sny Bie­rut wró­cił do Lublina i pod­jął pracę jako geo­me­tra. Tak zastał go wybuch wojny, który dla niego, jako austriac­kiego pod­da­nego, ozna­czał groźbę inter­no­wa­nia. Ukry­wał się u zna­jo­mych w samym mie­ście i oko­li­cach, aż przy­ja­ciele zna­leźli mu doku­menty na nazwi­sko Jerzy Bole­sław Bie­lak. "Pod tym nazwi­skiem dzia­łał Bole­sław Bie­rut, któ­rego ojciec przy­je­chał do Lublina z zaboru austriac­kiego, wobec czego synowi jako pod­da­nemu austriac­kiemu gro­ziło pod­czas oku­pa­cji austriac­kiej powo­ła­nie do woj­ska" - wspo­mi­nał Sta­ni­sław Szwalbe43.

Ponadto przy­ja­ciele sfał­szo­wali doku­menty i na komi­sję lekar­ską do kon­su­latu austriac­kiego w War­sza­wie zgło­sił się ich kulawy kolega. W ten spo­sób od razu uzy­skał zwol­nie­nie ze służby woj­sko­wej. Pozo­stał w Lubli­nie. W tym cza­sie powró­cił Jan Hem­pel, który wal­czył w Legio­nach, a następ­nie odmó­wił zło­że­nia przy­sięgi na wier­ność cesa­rzowi.

Z powodu braku wia­ry­god­nych źró­deł trudno dzi­siaj oce­nić rela­cje, jakie wtedy ist­niały mię­dzy Hem­plem a Bie­ru­tem. Po latach ofi­cjalne źró­dła wspo­mi­nały okres tej współ­pracy tak, jakby wszystko inspi­ro­wał i prze­pro­wa­dzał Bie­rut, Hem­pla poka­zu­jąc na dru­gim pla­nie. Wydaje się, że jest to duże prze­kła­ma­nie. Zwią­zek tych dwóch ludzi może za to ujaw­niać pewną cechę Bie­ruta, dzięki któ­rej robił w życiu karierę: potra­fił zna­leźć sobie patrona i per­fek­cyj­nie korzy­stać z jego moż­li­wo­ści. Teraz okre­śli­li­by­śmy to jako umie­jęt­ność "pod­cze­pie­nia się"44.

Pod­czas zjazdu Związku Robot­ni­czych Spół­dzielni Spo­żyw­ców, który odbył się w dniach 26-27 czerwca 1921 roku, jej Rada Nad­zor­cza zde­cy­do­wała się pozbyć Bie­ruta z Komi­tetu Naczel­nego, w wyniku czego zna­lazł się bez pracy i bez wpły­wów. Nie prze­stał się jed­nak inte­re­so­wać spół­dziel­czo­ścią. Gdy została zare­je­stro­wana War­szaw­ska Spół­dzielnia Miesz­ka­niowa, któ­rej współ­za­ło­ży­cie­lem był Jan Hem­pel, Bie­rut zna­lazł się w jej zarzą­dzie. Jed­nak ini­cja­tywa ta nie roz­wi­jała się zgod­nie z ocze­ki­wa­niami. Bra­ko­wało pie­nię­dzy.

Jesie­nią 1921 roku Bie­rut razem z Hem­plem prze­pro­wa­dził się na ulicę Nowy Zjazd. "Prze­dziwne to było miesz­ka­nie - przy­zna­wała sio­stra Jana Hem­pla - naj­prost­sze, naj­ko­niecz­niej­sze "meble": sosnowe półki, pełne ksią­żek, żela­zne łóżko, na środku na krzy­ża­kach deski gładko heblo­wane - to stół do pracy. [...] Pamię­tam - byłam tam kie­dyś w zimie. W pokoju pano­wał przej­mu­jący chłód. Jan miał ręce czer­wone, na sobie jakąś marną kożu­szynę. Roz­grze­wał się, cho­dząc i po doroż­kar­sku zabi­ja­jąc ręce"45.

Cie­kawe, że wtedy Bie­rut był już mło­dym "żon­ko­siem". Dla­czego opu­ścił oblu­bie­nicę? Zacznijmy od początku.

Roz­dział 2. Mąż swo­jej żony

Roz­dział 2.

Mąż swo­jej żony

Nieba­ga­telny wpływ na życie Bie­ruta będą miały pomiary par­ce­la­cyjne w Stu­dzian­kach, dokąd Hem­pel został wezwany, aby przy­go­to­wać podział majątku, któ­rym zarzą­dzali Zofia i Euge­niusz Sta­ni­szew­scy. Oka­zało się, że żona admi­ni­stra­tora ma idée fixe na punk­cie wyku­pie­nia wło­ści i podzie­le­nia ich mię­dzy robot­ni­ków. Zanim przy­stą­piła do tego pro­jektu, zało­żyła przed­szkole dla dzieci wiej­skich i fol­warcz­nych, w któ­rym zatrud­niła przed­szko­lankę Janinę Górzyń­ską. Z pla­nów stwo­rze­nia owej kolo­nii nic nie wyszło, ponie­waż wła­ści­ciel czym prę­dzej sprze­dał mają­tek, ale przy­jaźń z admi­ni­stra­to­rami i Górzyń­ską pozo­stała, bo cała grupa musiała wtedy szu­kać miesz­ka­nia w Lubli­nie46.

Po wybu­chu I wojny świa­to­wej i wkro­cze­niu latem 1915 r. wojsk austriac­kich, przez kilka tygo­dni - jak już o tym była mowa - Bie­rut ukry­wał się pod nazwi­skiem Jerzego Bole­sława Bie­laka, korzy­sta­jąc z gościny rodzi­ców Górzyń­skiej przy ul. 3 Maja w Lubli­nie. Pierw­szy raz za gra­nicę wyje­chał dopiero w sierp­niu 1919 roku. To wtedy udał się do Pragi na zjazd spół­dziel­czo­ści cze­cho­sło­wac­kiej, oczy­wi­ście razem z Hem­plem, jako dele­gat Związku Robot­ni­czych Sto­wa­rzy­szeń Spo­żyw­czych47.

W maju 1920 roku na I Zjeź­dzie ZRSS Bie­rut został wybrany do ich Komi­tetu Naczel­nego. Przed mło­dym samo­ukiem z Lublina otwie­rała się inte­re­su­jąca kariera w ruchu spół­dziel­czym, ale już w następ­nym roku został zawie­szony w czyn­no­ściach członka Komi­tetu. W jego bio­gra­fiach pisano, że przy­czyną tego była dzia­łal­ność rewo­lu­cyjna - ale jaka? Zarzuty nie mogły być jed­nak zbyt poważne, skoro II Zjazd uchy­lił decy­zję Rady Nad­zor­czej.

Waż­niej­sze, że w lipcu 1921 roku oże­nił się z poznaną przed ośmiu laty w Stu­dzien­kach Janiną Górzyń­ską. Cie­kawe, że w jed­nej ze swo­ich auto­bio­gra­fii Bole­sław Bie­rut twier­dził, iż stało się to "w trzy­dzie­stym roku mojego życia", czyli w 1922 roku48. Uro­czy­stość odbyła się w Lubli­nie, dokąd Bie­rut na pewien czas się prze­niósł.

"Ślub odbył się w kate­drze i był bar­dzo ory­gi­nalny - wspo­mi­nała po latach żona Bie­ruta. - Ksiądz zgo­dził się, że nie obo­wią­zy­wała nas spo­wiedź. Ślub odby­wał się na mszy. Nie mie­li­śmy stro­jów ślub­nych, a ubrani byli­śmy nor­mal­nie. Po nim przy­je­cha­li­śmy do domu, zje­dli­śmy śnia­da­nie i wybra­li­śmy się na wycieczkę"49.

Nowo­żeńcy zamiesz­kali u Sta­ni­szew­skich w Lubli­nie. Po pew­nym cza­sie Bie­rut roz­po­czął pracę u kuzyna Hem­pla w War­sza­wie w pry­wat­nej fir­mie han­dlo­wej i zamiesz­kał z żoną przy ul. Gro­chow­skiej. Kiedy w 1922 roku uro­dziła się im córka Kry­styna, rodzina zna­la­zła się w trud­nej sytu­acji miesz­ka­nio­wej. Z pomocą przy­szedł wów­czas Sta­ni­sław Szwalbe, który odstą­pił Bie­rutowi swoje miesz­ka­nie na Żoli­bo­rzu, sam bowiem miesz­kał w Mila­nówku50.

Dzieci Bole­sława Bie­ruta i Janiny Górzyń­skiej: Jan i Kry­styna - ze zbio­rów Muzeum Lubel­skiego

Żona Janina tak pisze o jego życiu rodzin­nym w tym cza­sie: "[...] gdy stał się nie­le­gal­ni­kiem, zamiesz­ki­wa­nie z rodziną było nie­moż­liwe. Był zresztą tak bar­dzo pochło­nięty spra­wami ogól­nymi, że sprawy oso­bi­ste scho­dziły na drugi plan, i choć bar­dzo kochał dzieci, warunki nie pozwa­lały na bliż­sze kon­takty, bo nie­raz odda­leni byli tysią­cem kilo­me­trów. Jed­nak te rzadko spę­dzane chwile w rodzin­nym gro­nie dawały tyle rado­ści i prze­żyć, co nie jest udzia­łem nor­mal­nych rodzin"51.

W paź­dzier­niku 1923 roku został zatrzy­many i oddany pod nad­zór Poli­cji Pań­stwo­wej. Było to pierw­sze z serii kilku kolej­nych aresz­to­wań. "W celu zmal­tre­to­wa­nia nas - pisał jeden z aresz­to­wa­nych - defen­sywa pole­ciła wozić nas, oczy­wi­ście pod eskortą, po wszyst­kich wię­zie­niach. Zwie­dzi­li­śmy w ten spo­sób wię­zie­nia w Sosnowcu, Będzi­nie, Łodzi, Czę­sto­cho­wie, w Pozna­niu i w kilku innych mia­stach. W każ­dym wię­zie­niu prze­by­wa­li­śmy po 48 godzin, aby stało się zadość prze­pi­som usta­wo­wym, nie­po­zwa­la­ją­cym na dłuż­sze ponad dwie doby prze­trzy­my­wa­nie w aresz­cie bez zezwo­le­nia władz sądo­wych"52.

W 1924 roku, powia­do­miony przez żonę, że poli­cja poszu­kuje go z naka­zem aresz­to­wa­nia, nie wró­cił do Sosnowca, lecz zamiesz­kał w Woło­minku bez mel­dunku. Można poku­sić się o komen­tarz, że na prze­ło­mie lat 20. i 30. życie naj­bliż­szych Bie­ruta przy­po­mi­nało życie rodziny mary­na­rza. Bra­ko­wało sta­bi­li­za­cji, co potwier­dza jego syn:

"Wspo­mnie­nia o ojcu z okresu mojego dzie­ciń­stwa są frag­men­ta­ryczne - przy­zna­wał po latach. - Kiedy się uro­dzi­łem [29 stycz­nia 1925 roku], ojciec mój był już aktyw­nym dzia­ła­czem Komu­ni­stycz­nej Par­tii Pol­ski. Dwa lata póź­niej - po cało­noc­nej rewi­zji w naszym miesz­ka­niu i poszu­ki­wa­niu dowo­dów jego przy­na­leż­no­ści do KPP - mimo nie­zna­le­zie­nia ich, ojciec został aresz­to­wany. Po czte­rech mie­sią­cach prze­trzy­my­wa­nia w wię­zie­niu w Będzi­nie zwol­niono go z braku prze­ko­ny­wa­ją­cych mate­ria­łów obcią­ża­ją­cych. Nie było to pierw­sze aresz­to­wa­nie. Tylko w latach 1923 i 1924 aresz­to­wano go pię­cio­krot­nie, nie przed­sta­wia­jąc żad­nego aktu oskar­że­nia"53.

"Cza­sem była amne­stia, cza­sem dosta­wał urlop wię­zienny i znowu wra­cał do wię­zie­nia. Prze­stał się wła­ści­wie kon­tak­to­wać z rodziną. Żonę jego zaan­ga­żo­wa­li­śmy jako przed­szko­lankę w War­szaw­skiej Spół­dzielni Miesz­ka­nio­wej, a dzieci cho­dziły do szkół pro­wa­dzo­nych w tych osie­dlach. [...] Co jakiś czas nie­le­gal­nie przy­jeż­dżał do Pol­ski, ale nie kon­tak­to­wał się z rodziną, bo nie chciał jej nara­żać" - snuł przy­pusz­cze­nia Sta­ni­sław Szwalbe54.

Żona z córką powró­ciły do War­szawy. Gościny udzie­lił im Sta­ni­sław Toł­wiń­ski. Wkrótce rodzina się powięk­szyła, bo przy­szedł na świat syn Jan.

"Mie­li­śmy dużo swo­body - wspo­mi­nała Janina Górzyń­ska - ponie­waż była tam willa, dzieci mogły prze­by­wać cały dzień na powie­trzu. Mie­li­śmy tam dwa pokoje z kuch­nią, a nawet zago­spo­da­ro­wa­li­śmy kawa­łek ogródka. [...] jesie­nią, nie­stety, musie­li­śmy opu­ścić ten lokal. Męża wysłano do Moskwy, skąd wró­cił w 1926 roku"55.

W końcu 1927 roku par­tia skie­ro­wała Bole­sława Bie­ruta do Mię­dzy­na­ro­do­wej Szkoły Leni­now­skiej, w któ­rej stu­dio­wał do połowy 1928 roku. Jak zauważa Jerzy Eisler, w ruchu komu­ni­stycz­nym nie wyma­gano matury od osób legi­ty­mu­ją­cych się "wła­ści­wym pocho­dze­niem kla­so­wym", lecz ukoń­cze­nia kur­sów i szko­leń na roz­ma­itych aka­de­miach poli­tycz­nych, przy­zna­jąc im sta­tus absol­wen­tów szkół wyż­szych56.

Jak pisał syn Bie­ruta, zbli­żał się jed­nak dzień pro­cesu sądo­wego prze­ciwko dzia­ła­czom spół­dzielni robot­ni­czej w Będzi­nie, na który jego ojciec miał obo­wią­zek się sta­wić. Według opi­nii zaj­mu­ją­cego się jego sprawą adwo­kata, Emila Bre­itera, przy zaostrzo­nych wów­czas wytycz­nych, doty­czą­cych pro­wa­dze­nia przez sądy postę­po­wań prze­ciwko dzia­ła­czom lewi­co­wym - Bie­rut nie unik­nąłby wyroku ska­zu­ją­cego. Dla­tego Komi­tet Cen­tralny KPP zde­cy­do­wał, że powi­nien on opu­ścić Pol­skę. Tak się też stało - wkrótce wyje­chał do Sopotu, gdzie mógł korzy­stać z prawa azylu57.

Ze względu na swoją nie­le­galną dzia­łal­ność młody dzia­łacz komu­ni­styczny nie zaznał zbyt wielu spo­koj­nych chwil rodzin­nego szczę­ścia przy domo­wym ogni­sku. Aby przy­naj­mniej czę­ściowo usta­bi­li­zo­wać warunki życia rodziny, przed wyjaz­dem prze­ka­zał żonie udział w War­szaw­skiej Spół­dzielni Miesz­ka­nio­wej. Lokal skła­dał się z dwóch poko­ików i bar­dzo obszer­nej kuchni, zapla­no­wa­nej tak, aby matka przy­rzą­dza­jąca posiłki miała pod opieką dzieci. Pokoje nato­miast były raczej sypial­niami58.

Jed­nak pobyt w wię­zie­niu, a potem zagra­niczne wojaże roz­luź­niły jego kon­takty z Janiną59. W swo­jej nie­ofi­cjal­nej "auto­bio­gra­fii", liczą­cej 18 stron maszy­no­pisu i znaj­du­ją­cej się w Rosyj­skim Pań­stwo­wym Archi­wum Histo­rii Spo­łeczno-Poli­tycz­nej Bie­rut przy­zna­wał: "W końcu 1930 r. nasza przy­jaźń przy­brała bar­dziej intymny cha­rak­ter, ale w początku 1931 r. wyje­cha­łem i wró­ci­łem dopiero jesie­nią tego roku"60. Począt­kowo dzieci nie zda­wały sobie sprawy z roz­woju wyda­rzeń.

"Póź­niej dopiero zorien­to­wa­łem się, w jak kło­po­tli­wej sytu­acji zna­leźli się moi rodzice - przy­zna­wał w swo­ich wspo­mnie­niach ich syn. - Ojciec był już od pew­nego czasu zwią­zany z inną kobietą - Mał­go­rzatą For­nal­ską - którą poznał na stu­diach. [...] Pamię­tam, że mimo tych kło­po­tów ojciec poświę­cał wtedy mnie i sio­strze Krysi sporo czasu. [...] Sta­rał się także utrzy­my­wać z nami kon­takt uczu­ciowy w okre­sach roz­sta­nia, szcze­gól­nie prze­by­wa­nia w wię­zie­niu. Pisał do nas listy, ale nie były one zwy­kłe - typowe. Zawie­rały wymy­ślane przez niego zagadki oraz rebusy i prze­waż­nie nasy­cone były humo­rem. Wyraź­nie chciał, aby w naszej pamięci zacho­wał się pogodny jego obraz, jaki kształ­to­wał się w cza­sie wspól­nego z nim prze­by­wa­nia"61.

Jak widać, miłość do Mał­go­rzaty For­nal­skiej i uro­dze­nie się Oleńki nie zmie­niły sto­sunku Bie­ruta do star­szych dzieci - Krysi i Janka. Oboje razem z pierw­szą żoną spro­wa­dził do Moskwy, o czym pisze jego syn: "Wio­sną 1932 roku spo­tka­łem się z ojcem ponow­nie - tym razem na dłu­żej. Razem z matką i sio­strą przy­je­cha­li­śmy do niego do Moskwy. Podróż odby­li­śmy dość skom­pli­ko­waną drogą - z Gdań­ska przez Litwę i Łotwę. Cho­dziło o ukry­cie przed wła­dzami pol­skimi faktu prze­by­wa­nia tam Bole­sława Bie­ruta. Mia­łem wtedy sie­dem lat"62.

Co by nie mówić, Bie­rut, nie uzna­jąc miesz­czań­skiego zakła­ma­nia, w spo­sób uczciwy wyja­śnił sytu­ację, dopro­wa­dza­jąc do wza­jem­nych przy­ja­ciel­skich sto­sun­ków w nowym ukła­dzie rodzin­nym. Potwier­dza to jego żona Janina oraz córka Kry­styna, wspo­mi­na­jąc swoje kon­takty z Mał­go­rzatą For­nal­ską (którą zresztą bar­dzo polu­biła) oraz pierw­sze spo­tka­nie z Oleńką63. Trudno uwie­rzyć w tego rodzaju zapew­nie­nia. W rela­cji tej nie poja­wia się prze­cież ani zazdrość kobiety o kocha­nego męż­czy­znę, ani zra­niona kobieca duma, ani żal, ani pre­ten­sja o brak lojal­no­ści i zdradę - nie tylko prze­cież fizyczną - ani pre­ten­sja do "tej dru­giej", która zabrała męża i roz­biła rodzinę.

W dodatku "cią­gle miesz­ka­li­śmy u innych ludzi" - narze­kała córka Kry­styna64, zda­niem póź­niej­szego sekre­ta­rza Bie­ruta Sta­ni­sława Łuka­sie­wi­cza: "cicha, skromna i dosyć przy­jemna panienka". Nie dość, że warunki bytowe ule­gły dal­szemu pogor­sze­niu po wyjeź­dzie Bie­ruta do Pol­ski jesie­nią 1932 roku, to w dodatku - jak wspo­mina jego syn - oka­zało się, że ich "[...] przy­jazd do ZSRR nie był w pełni for­malny. W pasz­por­cie figu­ro­wały wizy wyłącz­nie do Litwy i Łotwy. Po kilku inter­wen­cjach w amba­sa­dzie matka uzy­skała dla nas prawo do powrotu i w stycz­niu 1933 roku zna­leź­li­śmy się w kraju. Moje kon­takty z ojcem stały się znów spo­ra­dyczne. Musiał się ukry­wać. Spo­ty­ka­li­śmy się cza­sem, ale zawsze poza domem - głów­nie na tere­nie Dąbrówki"65.

Nawet tymi spo­ra­dycz­nymi spo­tka­niami Bie­rut nie cie­szył się długo - dwa tygo­dnie przed Bożym Naro­dze­niem 1933 roku został aresz­to­wany i ska­zany na 7 lat wię­zie­nia. Pierw­sza żona i dzieci dono­siły mu paczki z pro­wian­tem (córka Kry­sia pisała grypsy, prze­ka­zy­wane w dostar­cza­nej mu żyw­no­ści). Żona Janina roz­po­częła sta­ra­nia o poprawę warun­ków byto­wa­nia więź­niów poli­tycz­nych w Rawi­czu, skła­da­jąc w Mini­ster­stwie Spra­wie­dli­wo­ści list pro­te­sta­cyjny w imie­niu ich rodzin66.

Była za to szy­ka­no­wana, a warunki wię­zienne i tak nie popra­wiły się. A było o co wal­czyć, gdyż jak wspo­mina Bie­rut: "Całymi tygo­dniami trzy­mano nas bez spa­ce­rów, po czte­rech w bar­dzo cia­snych, poje­dyn­czych celach. Na każ­dym kroku - kary. Szep­nię­cie słowa na tzw. spa­ce­rze gęsiego - z odstę­pami po 3-4 kroki jeden od dru­giego - karane było kar­ce­rem. Byłem pię­cio­krot­nie osa­dzany w kar­ce­rze. Zwy­kle szło się wtedy na trzy dni do spe­cjal­nego oddziału kar­nego, gdzie znaj­do­wała się mała, 1,5-metro­wej sze­ro­ko­ści celka. Cało­dzienne poży­wie­nie skła­dało się z dwóch szkla­nek cie­płej wody i czar­nego chleba. Były to dni postu"67.

Na swo­isty para­doks zakrawa jed­nak fakt, że pol­ski sędzia, ska­zu­jąc go na wie­lo­let­nie wię­zie­nie, zapewne ura­to­wał mu życie. Gdyby zasą­dził wyrok niż­szy lub - co mało praw­do­po­dobne - unie­win­nił go, Bie­rut jako "spa­lony" zostałby zapewne prze­rzu­cony do ZSRR, a tam stałby się jesz­cze jedną ofiarą Wiel­kiej Czystki. Był dzia­ła­czem KPP i pra­cow­ni­kiem apa­ratu Komin­ternu - to cał­ko­wi­cie wystar­czało, by zostać w latach trzy­dzie­stych roz­strze­la­nym68.

Wcze­śniej­sze wyj­ście z wię­zie­nia spo­wo­do­wała amne­stia z 1938 roku, na mocy któ­rej skró­cono Bie­ru­towi pobyt w wię­zie­niu o jedną trze­cią. W tym miej­scu koń­czą się bez­sporne fakty i zaczy­nają się sprzecz­no­ści w jego bio­gra­fii. Wszyst­kich dzia­ła­czy komu­ni­stycz­nych prze­by­wa­ją­cych w pol­skich wię­zie­niach uwol­niła dopiero kam­pa­nia wrze­śniowa 1939 roku. Bie­rut sta­nowi pod tym wzglę­dem dziwny wyją­tek. Wypusz­czony został na wol­ność przed ter­mi­nem.

"Kiedy w sześć lat póź­niej Sta­lin przed­sta­wił Chur­chil­lowi swego kan­dy­data na pre­zy­denta Pol­ski jako bez­par­tyj­nego filan­tropa (dzia­ła­cza MOPR-u) - pisał Jan Nowak-Jezio­rań­ski - bry­tyj­ski pre­mier zapro­te­sto­wał, powo­łu­jąc się na powrót Bie­ruta przed wojną do Moskwy w dro­dze wymiany więź­niów poli­tycz­nych mię­dzy ZSRR a Pol­ską. W roz­mo­wie na tym szcze­blu Chur­chill na pewno nie przy­ta­czałby nie­spraw­dzo­nych infor­ma­cji. Sta­lin nie zaprze­czył - wykrę­cił się wymy­ślo­nym na pocze­ka­niu kłam­stwem, że Bie­rut w 1939 roku wystą­pił ze wzglę­dów ide­olo­gicz­nych z par­tii, która w rze­czy­wi­sto­ści już od roku nie ist­niała"69.

Inną wer­sję wyda­rzeń przed­sta­wiał Edward Osóbka-Moraw­ski w roz­mo­wie z Elż­bietą Łapiń­ską: "Został wyku­piony i wypusz­czony z wię­zie­nia w zamian za innego więź­nia, któ­rego Sta­lin oddał naszym wła­dzom. W Moskwie Bie­rut zaczął pra­co­wać w Komin­ter­nie, był jego funk­cjo­na­riu­szem. Z ramie­nia Komin­ternu wyjeż­dżał do Buł­ga­rii i innych państw. No a potem, jak zoba­czył co się dzieje, jak tam giną komu­ni­ści i wodzo­wie rewo­lu­cji, to się zapewne prze­stra­szył i w Pol­sce oddał się z powro­tem w ręce wymiaru spra­wie­dli­wo­ści.

- Skąd pan o tym wie? Bie­rut panu o tym mówił? Ofi­cjalni bio­gra­fo­wie Bie­ruta mil­czą na ten temat...

- Kiedy Jerzy Kor­nacki i Helena Bogu­szew­ska pisali przed refe­ren­dum nasze życio­rysy, w tym życio­rys Bie­ruta, żyła jesz­cze Mar­cjanna For­nal­ska, jego teściowa, która przed wojną miesz­kała w Miń­sku Litew­skim. I ona Kor­nackiemu o tym opo­wie­działa, a Kor­nacki powtó­rzył mnie. Wiem, że Bie­rut nie był zado­wo­lony, iż takie tajem­nice ona ujaw­niała.

- Czy Mar­cjanna For­nal­ska mówiła, co robił Bie­rut w cza­sie wojny?

- Ja z nią nie roz­ma­wia­łem, więc nie wiem. Podobno Bie­rut prze­by­wał w tym cza­sie w Miń­sku na Bia­ło­rusi. Mówię "podobno", gdyż w tym cza­sie nie odzy­wał się. Wie pani, to dziwna sprawa. Taki dość wybitny, znany dzia­łacz, a ni­gdzie nie funk­cjo­no­wał! Gdyby sie­dział w radziec­kim wię­zie­niu, to po poro­zu­mie­niu Sta­lina z Sikor­skim, po amne­stii i utwo­rze­niu armii Andersa, wyszedłby, ujaw­nił się. Prze­cież póź­niej utwo­rzono armię Ber­linga, Zwią­zek Patrio­tów Pol­skich, a o Bie­ru­cie cicho sza"70.

Można poku­sić się o stwier­dze­nie, że wybuch II wojny świa­to­wej był mu ponie­kąd na rękę. Syn Bie­ruta, Janek, opo­wia­dał: "Miesz­ka­li­śmy wtedy w tzw. 9. kolo­nii WSM przy ul. Płoń­skiej (8 m. 46). Było to małe, dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie. Jeden pokój zaj­mo­wał ojciec ze mną, drugi - matka z moją sio­strą. Nasza sytu­acja mate­rialna była wów­czas nie naj­lep­sza. Ojciec pra­co­wał więc bar­dzo dużo, wyko­rzy­stu­jąc swą dobrą zna­jo­mość księ­go­wo­ści. Oprócz pracy na eta­cie buchal­tera w jed­nej ze spół­dzielń, udzie­lał kon­sul­ta­cji i poma­gał w upo­rząd­ko­wa­niu księ­go­wo­ści kilku innym - rów­nież spo­łecz­nie. Robił wiele opra­co­wań w domu, sie­dząc do późna w nocy i sta­ra­jąc się mnie nie budzić. Sam sypiał bar­dzo mało. Twier­dził, że wystar­cza mu mała ilość snu i że do tego przy­wykł"71.

Zaś Edward Osóbka-Moraw­ski, wów­czas jesz­cze pre­zes spół­dzielni, w któ­rej zatrud­niony był Bie­rut, pisał: "Kiedy we wrze­śniu 1939 roku płk Umia­stow­ski wezwał wszyst­kich męż­czyzn do opusz­cze­nia War­szawy, to oddał mi pie­czątkę, kasę i poszedł na wschód. Poszedł tam, skąd nie­le­gal­nie powró­cił"72.

Wbrew temu zatem, co poda­wali nie­któ­rzy twórcy "ofi­cjal­nych" bio­gra­fii przy­szłego "ojca narodu pol­skiego", ten wcale nie uczest­ni­czył w obro­nie War­szawy. Ten kolejny mit sta­li­now­skich spe­ców od pro­pa­gandy demen­to­wał Sta­ni­sław Szwalbe w roz­mo­wie z Elż­bietą Łapiń­ską:

"Tak jak my wszy­scy, opu­ścił mia­sto po radio­wym apelu - męż­czyźni na prawą stronę Wisły, tam będzie woj­sko, rząd itp. Apel oka­zał się fik­cją, więc doje­cha­li­śmy tylko do Lublina, który prze­cież zna­li­śmy. I w Lubli­nie zro­bi­li­śmy naradę: co dalej?

- Kto w niej uczest­ni­czył?

- Narada odbyła się u Wandy Papiew­skiej. Wzięli w niej udział oczy­wi­ście Papiew­ska, Bie­rut, Toł­wiń­ski i ja. To było chyba w końcu wrze­śnia. Niemcy wkrótce zajęli Lublin, zresztą tego się spo­dzie­wa­li­śmy. Zasta­na­wia­li­śmy się, co mamy robić. Bie­rut pierw­szy powie­dział, że jest zna­nym komu­ni­stą, figu­ruje w reje­strach, wobec tego jedzie do ZSRR. Był taki tydzień po ugo­dzie radziecko-hitle­row­skiej, że wolno było w tym cza­sie swo­bod­nie prze­kra­czać gra­nicę w obie strony"73.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

K. Estre­icher jr, Dzien­nik wypad­ków, t. II: 1946-1960, Kra­ków 2002, s. 97 [wróć]

J. Nowak-Jezio­rań­ski, O pro­ces Bole­sława Bie­ruta i wspól­ni­ków, "Zeszyty Histo­ryczne" 1989, z. 88, s. 62-63. [wróć]

E. Łapiń­ska, Bie­rut - jaki był naprawdę, [w:] Białe plamy. 3, War­szawa 1989, s. 161. [wróć]

W. Sokor­ski, Wspo­mnie­nia, War­szawa 1990, s. 304. [wróć]

J. Chy­liń­ski, Jaki był Bole­sław Bie­rut. Wspo­mnie­nia syna, War­szawa 1999, s. 27. [wróć]

W. Waż­niew­ski, Bole­sław Bie­rut, War­szawa 1975, s. 9. [wróć]

Ibi­dem, s. 7. [wróć]

J. Kowal­czyk, Bole­sław Bie­rut. Życie i dzia­łal­ność, War­szawa 1952, s. 7-8. [wróć]

P. Lipiń­ski, Bole­sław Nie­ja­sny. Opo­wieść o Bole­sławie Bie­ru­cie, For­re­ście Gum­pie pol­skiego komu­ni­zmu, War­szawa 2001, s. 29. [wróć]

W. Gło­dow­ska, (Wspo­mnie­nia o Bie­ru­cie), CA KC PZPR, sygn. 254/287. [wróć]

M. For­nal­ska, Pamięt­nik matki, War­szawa 1970, s. 520-521. [wróć]

J. Kowal­czyk, op. cit., s. 27. [wróć]

Ibi­dem, s. 30. [wróć]

Ibi­dem, s. 51. [wróć]

J. Chy­liń­ski, op. cit., s. 29. [wróć]

C. Kozłow­ski, Namiest­nik Sta­lina, War­szawa 1993, s. 9. [wróć]

A. Pop­pek, Życie pry­watne dyk­ta­to­rów XX wieku, War­szawa 2012, s. 248-249. [wróć]

J. Kowal­czyk, op. cit., s. 12-13. [wróć]

J. Chy­liń­ski, op. cit., s. 29-30. [wróć]

P. Lipiń­ski, op. cit., s. 12. [wróć]

A. Gar­licki, Bole­sław Bie­rut, War­szawa 1994, s. 8. [wróć]

S. Szwalbe, Wspo­mnie­nia, War­szawa 1996, s. 18-19. [wróć]

W. Papiew­ska, Jan Hem­pel. Wspo­mnie­nia sio­stry, War­szawa 1958, s. 42. [wróć]

A.G. Kister, Burz­liwe życie Bole­sława Bie­ruta. Nie­za­leżny spół­dzielca, http://m.inte­ria.pl/nowa-histo­ria/news,nId,1356546; dostęp: 15.03.2014. [wróć]

Swa­styka - sym­bol, obec­nie koja­rzony pra­wie wyłącz­nie z A. Hitle­rem i nazi­zmem; w rze­czy­wi­sto­ści jego nazwa pocho­dzi z san­skrytu i ozna­cza "przy­no­szący szczę­ście". Znak swa­styki znany był rów­nież wśród Sło­wian, także na zie­miach pol­skich [przyp. red.]. [wróć]

P. Lipiń­ski, op. cit., s. 15. [wróć]

A.G. Kister, Burz­liwe życie Bole­sława Bie­ruta. Nie­za­leżny spół­dzielca, dostęp: 15.03.2014. [wróć]

S. Toł­wiń­ski, Wspo­mnie­nia 1895-1939, War­szawa 1970, s. 116. [wróć]

W. Papiew­ska, op. cit., s. 49. [wróć]

A. Gar­licki, op. cit., s. 8. [wróć]

W. Papiew­ska, op. cit., s. 49. [wróć]

J. Hem­pel, Listy do sio­stry, Lublin 1961, s. 15. [wróć]

W. Papiew­ska, op. cit., s. 97. [wróć]

W. Gło­dow­ska, op. cit., sygn. 254/287. [wróć]

A. Gar­licki, op. cit., s. 10. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

http://rodzi­ma­wiara.org.pl/forum/15-filo­zo­fia-rodzi­mo­wier­cza/871-jan-hem­pel-poga­nin-anar­chi­sta-komu­ni­sta.html; dostęp: 01.03.2014. [wróć]

A. Wat, Mój wiek. Pamięt­nik mówiony. Część pierw­sza, War­szawa 1990, s. 31. [wróć]

Ibi­dem, s. 108-109. [wróć]

S. Henel, Godziny zwie­rzeń. Wspo­mnie­nia córek i synów o ich sław­nych i zasłu­żo­nych Rodzi­cach, War­szawa 1983, s. 389. [wróć]

W. Papiew­ska, op. cit., s. 84. [wróć]

S. Szwalbe, op. cit., s. 102-103. [wróć]

Ibi­dem, s. 18. [wróć]

A.G. Kister, Burz­liwe życie Bole­sława Bie­ruta. Nie­za­leżny spół­dzielca, dostęp: 15.03.2014. [wróć]

W. Papiew­ska, op. cit., s. 97. [wróć]

A.G. Kister, Burz­liwe życie Bole­sława Bie­ruta. Nie­za­leżny spół­dzielca, dostęp: 15.03.2014. [wróć]

A. Gar­licki, op. cit., s. 11. [wróć]

J. Eisler, Sied­miu wspa­nia­łych. Poczet pierw­szych sekre­ta­rzy KC PZPR, War­szawa 2014, s. 40. [wróć]

A. Gar­licki, op. cit., s. 11-12. [wróć]

C. Kozłow­ski, op. cit., s. 12. [wróć]

H. Recho­wicz, Bole­sław Bie­rut 1892-1956, Kra­ków 1974, s. 46-47. [wróć]

J. Kowal­czyk, op. cit., s. 48. [wróć]

J. Chy­liń­ski, op. cit., s. 44. [wróć]

S. Szwalbe, op. cit., s. 103-104. [wróć]

C. Kozłow­ski, op. cit., s. 13. [wróć]

J. Eisler, op. cit., s. 45. [wróć]

J. Chy­liń­ski, op. cit., s. 46. [wróć]

C. Kozłow­ski, op. cit., s. 14. [wróć]

H. Recho­wicz, op. cit., s. 47. [wróć]

Cyt. za: J. Eisler, op. cit., s. 44. [wróć]

J. Chy­liń­ski, op. cit., s. 48 i 204. [wróć]

Ibi­dem, s. 48. [wróć]

H. Recho­wicz, op. cit., s. 48. [wróć]

C. Kozłow­ski, op. cit., s. 15. [wróć]

J. Chy­liń­ski, op. cit., s. 48-49. [wróć]

H. Recho­wicz, op. cit., s. 52. [wróć]

J. Kowal­czyk, op. cit., s. 64. [wróć]

A. Gar­licki, op. cit., s. 19. [wróć]

J. Nowak-Jezio­rań­ski, O pro­ces..., s. 65-66. [wróć]

E. Łapiń­ska, Bie­rut - jaki..., s. 140-141. [wróć]

J. Chy­liń­ski, op. cit., s. 51-52. [wróć]

E. Łapiń­ska, Bie­rut - jaki..., s. 140. [wróć]

E. Łapiń­ska, Bie­rut - skąd przy­szedł? Jaki był?, [w:] Białe plamy. 4, War­szawa 1989, s. 9. [wróć]