1
STRUMIEŃ
W chłodny kwietniowy poranek w Rzymie nie śmiało wstaje słońce. Po namiotach ciasno ustawionych w fosie starej papieskiej twierdzy Castel Sant'Angelo spływają krople rosy. Jest gwarno. Ludzie dawno już nie śpią. Przyjechali tutaj z najróżniejszych zakątków świata. Mówią, że po prostu musieli. Na drugim krańcu Via della Conciliazione, w miejscu gdzie ta szeroka arteria wpada na plac Świętego Piotra, ustawiono telebimy, by ci, którzy nie zmieścili się przed bazyliką, mogli śledzić uroczystość. Młody ksiądz w czarnej ortalionowej kurtce zarzuconej na sutannę wspina się wysoko na metalowe rusztowanie, na którym umieszczono ekran. Kilka metrów nad ziemią zatyka francuską flagę. Gdy patrzy za siebie, widzi całe morze flag i ludzkich głów.
W okolicach placu Świętego Piotra już od brzasku gromadzą się wierni. Na godzinę przed planowaną ceremonią wypełnia go trzystutysięczny tłum. W pierwszych rzędach królowe, królowie, prezydenci, premierzy, ministrowie, kilka tysięcy ważnych osobistości. Do stolicy Włoch przybyły aż trzy miliony katolików chcących pożegnać swojego Ojca. Ci, którzy nie dostali się przed bazylikę, będą oglądać ceremonię na telebimach, wypełniając ciasno place i ulice Rzymu.
Oko kamery uparcie wraca do stojącego za ozdobną barierką w otoczeniu innych arcybiskupów papieskiego sekretarza Stanisława Dziwisza. To on, przez dekady oddany współpracownik papieża, przed ceremonią pogrzebową okrył jego twarz białą chustą z jedwabiu morskiego. Skromną cyprysową trumnę ustawioną na watykańskim placu otacza czerwień szat liturgicznych. Przekorny wiatr powiewa nimi, zdmuchuje piuski z kardynalskich głów, z księgi ułożonej na papieskiej trumnie wybiera słowa Ewangelii, przerzucając swobodnie kartki, by w końcu na dobre zamknąć czerwoną okładkę ewangeliarza. Miliony wiernych śledzących na wszystkich kontynentach uroczystości pogrzebowe natychmiast zgodnie przypiszą ten podmuch Duchowi Świętemu. Jakby mało było symboli w złożonej watykańskiej liturgii, Stwórca posłużył się naturą, by nie pozostawić wątpliwości, jak doniosłe jest to, co dzieje się na placu Świętego Piotra. Homilię wygłasza kardynał Ratzinger, który jeszcze nie wie, że wkrótce sam przywdzieje papieskie szaty. "To był największy pogrzeb w dziejach świata"[1] - powie jeden z ponad stu celebrujących mszę kardynałów, metropolita Waszyngtonu Theodore McCarrick.
Niemal cały świat zatrzymał się kilka dni wcześniej, gdy informacja o śmierci Jana Pawła II obiegła wszystkie media. Tysiące wiernych, którzy od kilku dni gromadzili się pod oknami papieskiego apartamentu w Pałacu Apostolskim i przed bazyliką, nagle uklękły. Kościoły w odległych zakątkach globu wypełniły się wiernymi, którzy chcieli zmówić modlitwę za zmarłego.
W najważniejszych świątyniach Rzymu zaplanowano dziewięć poprzedzających pogrzeb tradycyjnych mszy żałobnych. Tę najważniejszą, w watykańskiej Bazylice Świętego Piotra, odprawiał kardynał Bernard Law. Niektórych może to i uwierało, ale powtarzali słowa modlitwy. Nie wszyscy jednak przyjechali się modlić. Barbara Dorris wraz z Barbarą Blaine, ikoną amerykańskiego ruchu skrzywdzonych przez księży, założycielką SNAP (Survivors Network of those Abused by Priests), wsiadły do samolotu lecącego do Rzymu z uczuciem wściekłości. Spontanicznie, z wydrukowanymi w pośpiechu ulotkami. Poleciały tam w imieniu tysięcy skrzywdzonych dzieci, by powiedzieć, że ofiary nie będą już siedziały cicho, nie będą milczeć. Nawet podczas mszy żałobnej, jeśli odprawia ją kardynał, który opuścił bostońską katedrę w niesławie.
"Przewodniczenie takiej celebracji jest wyróżnieniem, a dostąpił go właśnie ten kardynał"[2] - mówiła wtedy dziennikarzowi agencji Reuters Barbara Dorris i podkreślała, że w ten sposób Kościół pokazuje, że oprawcy są ważniejsi od ofiar.
W deszczu rozdawały ulotki na placu Świętego Piotra, otoczone przez reporterów. W końcu zabrała je stamtąd watykańska policja. Skopiowała paszporty, skonfiskowała ulotki, spisała zeznania i odprowadziła na mszę kardynała Lawa.
Człowiek, który skrzywdził Barbarę Dorris, był najlepszym przyjacielem rodziny, "wujkiem", księdzem z jej parafii. Zadzwonił do jej rodziców, że potrzebuje pomocy sześciolatki w kościele. Mama wołała podekscytowana, że "Barbara została wybrana!". Kazała jej założyć najlepszą sukienkę i czarne pantofelki, ale dziewczynka zmieniła je po kryjomu na brązowe, które bardziej pasowały do stroju. Żeby mama nie zobaczyła, wymknęła się tylnymi drzwiami. Kiedy ksiądz powiedział jej wtedy, że jest złym dzieckiem, myślała, że chodzi o te buciki. Mówił, że został zesłany przez niebiosa, żeby ją ocalić. A potem ją zgwałcił.
- To było zaledwie kilka przecznic stąd - wyjaśnia dziś siedemdziesięciopięcioletnia Barbara, gdy spotykamy się w jej ogródku w Saint Louis. Spędziła w tym mieście całe życie. Kocha je, ale gdy wspomina sceny z dzieciństwa, zapada się w ogrodowe krzesło i ciasno osłania połami jasnej, pikowanej kurtki. - Byłam przerażona. Nie chciałam, by moi rodzice dowiedzieli się, że jestem zła, bo zgrzeszyłam, więc nikomu o tym nie powiedziałam. Myślałam, że to, co się stało, to moja wina, że gdybym nie założyła tych butów... - wspomina strach tamtej dziewczynki, która nigdy nie była wystarczająco dobra. Ksiądz wykorzystywał każdą sytuację - nieodrobione lekcje, gorszą ocenę w szkole, kłótnię z rodzeństwem. Pewnego razu usłyszała od niego: "Jesteś tak zła, że przez ciebie ksiądz zgrzeszył".
Dla niej jest już za późno, ale może ochroni inne dziecko. Od lat jest czołową działaczką SNAP. Opowiada o tym, co jej się przytrafiło w dzieciństwie, by przestrzec innych rodziców. Pisze skargi, telefonuje, informuje mieszkańców, jeśli w okolicy pojawi się ktoś, o kim wie, że dopuścił się molestowania dzieci. Niedaleko jest ośrodek leczenia dla - jak ich tutaj nazywają - "problematycznych" księży. Jego pacjenci mogą swobodnie poruszać się po okolicy, co niepokoi Barbarę. Proboszcz mówi, że przyjechali na naukę, przebywają na urlopie albo mają chorych rodziców i dlatego są przyjmowani do ośrodka. Ale Barbara jest czujna. Wie z akt sądowych, że niektórzy to przestępcy seksualni. Jeden z tajemniczych lokatorów, który miał aż dziesięć spraw, sam zdecydował, że nie chce przebywać w tej placówce. Przeprowadził się niedaleko Barbary. W ogrodzie urządził plac zabaw dla dzieci. Podczas świąt zakłada czapkę mikołaja i rozdaje cukierki. Barbara nie spuszcza go z oka. Drukuje ulotki o podejrzanym mieszkańcu, roznosi po okolicznych domach, rozdaje w pobliskiej szkole.
- To jest niezwykle frustrujące patrzeć na człowieka, który świadomie umieszcza gwałcicieli dzieci w parafiach, nie ostrzegając nikogo, i jeszcze dostaje za to nagrodę! Ten człowiek ma reprezentować Boga, a naraża dzieci na gwałt. To jest jak policzek. Po wszystkim, co zostało opublikowane w gazetach o tym, co zrobił kardynał Law... - wraca myślami do wyprawy do Rzymu w 2005 roku.
* * *
W 2004 roku, dwa lata po pierwszych kompromitujących artykułach, kardynał Bernard Law został wezwany przez Jana Pawła II do Rzymu. Papież powierzył mu prestiżowe stanowisko archiprezbitera jednej z czterech wielkich świątyń rzymskich - Bazyliki Matki Bożej Większej - wraz z pokaźnym uposażeniem.
- Myślę, że kardynał Law był sztandarowym przykładem funkcjonariusza systemu kryjącego nadużycia seksualne. Wziął na siebie wyrok za całe środowisko, bo oni wszyscy to tuszowali. Prawie wszyscy biskupi i kardynałowie, także późniejszy papież, a teraz święty Jan Paweł II - mówi Walter Robinson, były szef dziennikarskiego zespołu śledczego Spotlight, który obnażył mechanizm ukrywania pedofilów stosowany w Bostonie. - Już wiemy, że w większości diecezji, w Stanach w ponad siedemdziesięciu procentach diecezji, biskupi i kardynałowie działali według jednego scenariusza. Wszyscy robili to samo. Watykan wręczył im swoisty "podręcznik", jak radzić sobie z takimi sytuacjami. Nie sądzę, że kardynał Law był szczególnie zły, to tylko jeden trybik w maszynie, która ukrywała to zjawisko przez pokolenia - podsumowuje.
Koniec kardynała w archidiecezji zaczął się w niedzielny poranek 6 stycznia 2002 roku. Tego dnia lokalna gazeta "Boston Globe" doniosła na pierwszej stronie, że Kościół rzymskokatolicki przez lata pozwalał na wykorzystywanie seksualne.
Ksiądz John J. Geoghan, ubrany w jeansy i koszulę w kratę, uśmiecha się ze zdjęcia do czytelników. Najmłodsza z jego ofiar miała cztery lata. Przenoszony z parafii na parafię przez trzydzieści lat pozostawił za sobą ponad sto trzydzieścioro skrzywdzonych dzieci. Mimo że kardynał Bernard Law wiedział o pedofilskich skłonnościach Geoghana już od 1984 roku, czyli od czasu objęcia bostońskiej archidiecezji, zmieniał mu parafię, gdy tylko zaczynały być słyszalne skargi rodziców małoletnich ofiar. Zachowały się dokumenty i listy mówiące o wykroczeniach księdza. "Przykro mi z powodu ostatnich zarzutów wobec ciebie - pisze do Geoghana kardynał Law w 1994 roku, informując go o wysłaniu na urlop. - Bądź pewien, że będę pamiętał o tobie w swoich modlitwach [...]. Z ciepłymi osobistymi pozdrowieniami, Arcybiskup Bostonu"[3].
Redakcyjny zespół Spotlight odkrył system przenoszenia problematycznych księży z miejsca na miejsce dzięki oficjalnym kościelnym rocznikom. Pod lupę trafili księża nieprzydzieleni do żadnej parafii i ci na zwolnieniach lekarskich.
- Otworzyliśmy puszkę Pandory. Zaczęliśmy od jednego księdza, potem myśleliśmy, że może ich być dwunastu, a doszliśmy do osiemdziesięciu siedmiu. Po pierwszych publikacjach byliśmy świadomi, że jest ich ponad setka. Po niecałym roku zajmowania się sprawą mieliśmy już dwieście pięćdziesiąt potwierdzonych przypadków tylko w archidiecezji bostońskiej. To jest dziesięć procent wszystkich księży - mówi Walter Robinson.
* * *
Phil Saviano, szczupły, siwowłosy mężczyzna o przygarbionej sylwetce, otwiera drzwi swojego domu na przedmieściach Bostonu. Typowy amerykański szeregowiec z drewnianym gankiem pomalowanym białą farbą. Wąskimi, obitymi wykładziną schodami wchodzimy na piętro. Siadamy w fotelach. Phil opowiada, że już wcześniej próbował zainteresować media tuszowaniem pedofilii w Kościele katolickim. Już w 1998 roku zebrał sporą dokumentację kościelną wskazującą na zorganizowane działanie, w którym uczestniczyli biskupi. Namawiał, by sięgnąć wyżej, spojrzeć biskupom na ręce i zastanowić się, dlaczego przenoszą księży z parafii na parafię. Usłyszał wtedy od dziennikarzy, że to "stare newsy". Stare newsy odżyły, gdy bostoński dziennik przejął nowy redaktor naczelny Marty Baron i poprosił o przyjrzenie się sprawie Geoghana. Do dziś wspomina swoje zaskoczenie, gdy na pierwszym porannym kolegium w nowej redakcji nikt nie napomknął o sprawie tego księdza, mimo że dopiero co pisała o niej felietonistka "Boston Globe" Eileen McNamara. Nikt nie chciał drążyć bulwersującego tematu.
- Zapytałem, czy nie możemy dowiedzieć się prawdy o tej sprawie i dotrzeć do kościelnych dokumentów. Ludzie byli zaskoczeni, bo Kościół katolicki był wówczas jedną z najpotężniejszych instytucji w Massachusetts. - Baron przyznaje, że może to dość nietypowe, by nowy redaktor naczelny proponował na pierwszym kolegium pójście do sądu z wnioskiem o udostępnienie dokumentów obciążających Kościół. - Czuliśmy, że to ważne, by ujawnić te materiały i pokazać, w jaki sposób Kościół zdradzał własne zasady, nie chroniąc dzieci. Hierarchowie, zamiast skonfrontować się z zarzutami, zgłosić tych księży organom ścigania, woleli to ukrywać. Reputacja i wizerunek Kościoła były stawiane ponad bezpieczeństwem dzieci. Nawet Watykan początkowo próbował odpierać zarzuty. Pojawiało się wiele skarg na prasę i ataków na media. To nie była reakcja, jakiej oczekiwaliśmy od instytucji, która powinna troszczyć się o bezpieczeństwo dzieci. A potem Kościół zaczął proponować reformy, które nie miały sensu. To pokazywało, że nie traktuje nadużyć seksualnych jako przestępstwa, lecz jako problem PR-owy.
W kwietniu papież wezwał amerykańskich biskupów do Watykanu na nadzwyczajne spotkanie.
"Przybyliście do domu następcy Piotra, którego zadaniem jest utwierdzanie swoich braci biskupów w wierze i miłości oraz jednoczenie ich wokół Chrystusa w służbie ludowi Bożemu. Drzwi tego domu są zawsze dla was otwarte. Tym bardziej, gdy wasze społeczności są w niebezpieczeństwie - przywitał papież zgromadzonych hierarchów. - Nadużycia, które spowodowały ten kryzys, są pod każdym względem złe i słusznie uważane przez społeczeństwo za przestępstwo; jest to również przerażający grzech w oczach Boga. Ofiarom i ich rodzinom, gdziekolwiek się znajdują, wyrażam głębokie poczucie solidarności i troski"[4] - mówił papież i wyraził nie tylko współczucie dla ofiar, ale także nadzieje związane ze sprawcami. Podkreślił: "Nie możemy zapomnieć o sile nawrócenia chrześcijańskiego, tej radykalnej decyzji odwrócenia się od grzechu i powrotu do Boga, która sięga do głębi duszy i może dokonać niezwykłej przemiany"[5].
Źródeł problemu szukał jednak na zewnątrz instytucji, której przewodził. "Wykorzystywanie nieletnich jest poważnym przejawem kryzysu, który dotyka nie tylko Kościół, lecz także całe społeczeństwo. Jest to głęboko zakorzeniony kryzys moralności seksualnej, a nawet relacji międzyludzkich, a jego pierwszymi ofiarami są rodziny i nieletni. Mówiąc otwarcie i zdecydowanie o tym problemie, Kościół może pomóc społeczeństwu zrozumieć naturę tego kryzysu i uporać się z nim"[6] - głosiła głowa Kościoła, podczas gdy właśnie wykryto systemowy mechanizm ukrywania księży pedofilów przez hierarchów tegoż Kościoła.
- Kompletnie nie byłem w stanie zrozumieć, o czym on mówi. Można było wysnuć z tego wniosek, że to, co wydarzyło się w moim małym, liczącym kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców miasteczku w Massachusetts, to, że ksiądz zmuszał mnie do oralnego seksu, było efektem tego, co wtedy puszczano w telewizji? To było kompletnie bez sensu - dziwi się Phil Saviano, który doświadczył molestowania seksualnego przez księdza.
Był początek lat sześćdziesiątych XX wieku, gdy duchowny pewnego razu zapytał, czy jedenastoletni Phil nie zostałby pomóc, bo trzeba przenieść pudła z chóru do piwnicy.
- Ten ksiądz wiedział, jak wygląda sytuacja w moim domu. Wiedział, że nie odważę się powiedzieć o tym rodzicom - mówi Phil niemal sześćdziesiąt lat później.
Gdy rozmawiamy w jego mieszkaniu, wokół nas stoi mnóstwo kartonowych pudeł, z których wystają jaskrawe meksykańskie figurki alebrijes: smoki, ptaki, szakale, jaszczurki, ale także tradycyjne szkielety na Dzień Zmarłych. Phil handluje nimi w internecie. Na stole obok starych fotografii i wydań gazet sprzed lat uwagę zwraca skrzyneczka pełna leków. Phil mówi o tym otwarcie. W szkole średniej zaczęły się u niego problemy psychiczne, lęki, paranoja. Sytuacje, w których pojawiał się podtekst seksualny, paraliżowały go. Izolował się, a nieumiejętność tworzenia emocjonalnych więzi w dorosłym życiu pchnęła go w przygodny seks. Od 1984 roku, kiedy usłyszał diagnozę: AIDS, do problemów psychicznych dołączyły somatyczne. Mimo to przez kilkanaście lat prowadził prywatne śledztwa, zlokalizował wielu pedofilów w sutannach, zdobył kościelne i sądowe dokumenty, zgromadził dziesiątki świadectw ofiar.
Wcześniej był wierzący. Jak mówi, wierzył również w papieża. Do dziś przechowuje zdjęcia, które zrobił przy okazji wizyty Jana Pawła II w Bostonie w 1979 roku. Wspomina tamten deszczowy dzień, przekładając stare, wypłowiałe już i pogięte odbitki, na których widać ubranego w czerwony kapelusz i kapę młodego jeszcze, pełnego energii papieża pozdrawiającego wiernych z czarnego kabrioletu sunącego ulicami Bostonu.
- Czułem, że on musi być bardzo blisko Boga. To był wielki zaszczyt, że odwiedza moje miasto. Wtedy jeszcze nie radziłem sobie z traumą z dzieciństwa. Wiedziałem, że byłem molestowany przez księdza, ale nie miałem pojęcia, że podobnych przypadków jest znacznie więcej. W czasie tej pielgrzymki miałem poczucie, że jestem częścią czegoś wyjątkowego.
- A dzisiaj, kiedy patrzysz w przeszłość, to co myślisz, co czujesz? - pytam.
- Widzę raczej świetnie zorganizowany PR-owy event ze sporą publicznością. Zapewne udało się w jego trakcie zebrać sporo pieniędzy. Dzisiaj czuję się, jakby mnie ktoś oszukał.
* * *
Po publikacjach "Boston Globe" kardynał Law przeprasza "z głębi serca" i wyraża "szczery smutek"[7], ale nie wspomina ani słowem, że w ciągu ostatniej dekady jego diecezja w zaciszu własnych gabinetów rozstrzygnęła roszczenia z powodu molestowania dzieci wobec co najmniej siedemdziesięciu księży.
Po spotkaniu z papieżem w 2002 roku kardynał Law zapewniał media, że kryzys został zażegnany: "Myślę, że wprowadziliśmy zmiany, które powinniśmy wprowadzić. Nasza polityka w Bostonie jest dokładnie taka, jaka powinna być. Mam nadzieję, że nasze doświadczenie będzie pomocne dla innych"[8] - oświadczył w świetle kamer.
Pełen entuzjazmu był także kardynał Theodore McCarrick. "Ojciec Święty był wspaniały. Dał jasno do zrozumienia, jakie to dla niego ważne. Podobnie jak dla nas wszystkich"[9] - zapewniał media.
Kardynał McCarrick dla wielu był "wujkiem Tedem" niemal stale otoczonym "siostrzeńcami". Obiady w rodzinnych domach, częste spotkania, zaproszenia na urodziny. Niekiedy tylko czujne oko rodzica wyłapywało niepokojące sygnały: przesadny zachwyt na widok gromadki synów; chłopcy siedzący u "wujka" na kolanach, podczas gdy jego dłonie masowały ich uda; częste wycieczki; pierwszy alkohol, do którego synowie czasem się przyznawali.
Rodzice Jamesa Greina uwielbiali "wujka Teddy'ego". Z siedmiorga rodzeństwa wybrał właśnie jego. Ojciec powtarzał mu, że McCarrick o niego zadba, żeby się go trzymał, że to najlepsze, co mogło go spotkać. Zaczęło się w 1969 roku, gdy James miał jedenaście lat.
- Najpierw polegało to na tym, że się przede mną obnażał, gdy zostawaliśmy sami. Później wykorzystywał spowiedź, by mnie molestować - wspomina.
Pewnego wieczoru duchowny wszedł do pokoju, gdy James przebierał się do spania. Całował jego penisa, mówiąc, że dzięki temu zbliża go do Boga, że oczyszcza go właśnie ze wszystkich jego grzechów.
Gehenna Jamesa trwała niemal dwadzieścia lat. Mężczyzna opowiada o niej, gdy spotykamy się w Waszyngtonie.
- Chciał, żebym myślał, że nie jestem wystarczająco dobry. Że mam dużo grzechów w głowie i w ciele. Wszystko, co robiłem, było grzechem. Czułem, że jestem bezwartościowy. - James mówi szybko, zdecydowanie, jakby wszystko zostało już opowiedziane, nazwane, ale głos mu wciąż drży.
Nie mógł od niego uciec, póki rodzice żyli. Mówili mu: "Idź odwiedzić Teddy'ego", choć on wolał zostać z mamą i tatą. Nie chciał tych wycieczek, hotelowych pokoi zawsze z jednym łóżkiem. W wieku trzynastu lat spróbował alkoholu i szybko zaczął pić. To była ucieczka przed "wujkiem".
Na ślubie starszej siostry rodzice z dumą patrzyli, jak James służy do mszy - zbliżał się do Boga. Podczas przyjęcia McCarrick znów go wykorzystał. Robił to aż do dnia jego ślubu. Wtedy przyszedł do niego po raz ostatni, kiedy James udał się na górę, by przebrać się do kościoła.
"Wujek Teddy" jest w jego głowie cały czas. Czuje wstręt, gdy trafia na jego zdjęcie w sieci. Na dźwięk jego głosu ciało Jamesa obezwładnia paraliż. Czuje ból i złość. Bo nikt nie zrobił niczego, by naprawić jego krzywdy.
Wiele razy próbował się uwolnić. Długa psychoterapia, wieloletnia; hipnoza; naświetlanie światłem stroboskopowym gałek ocznych, które miało wymazać wspomnienia; alkohol; narkotyki; próby samobójcze. Nie pomagała też modlitwa - James cały czas ma w domu krzyż, przed którym klęczał wiele razy. Prosił Jezusa, by trzymał go z dala od alkoholu i narkotyków i żeby bliskim nie stała się krzywda. Wieczorami klęka i wymienia długą listę osób, aż dociera do McCarricka. Modli się także za swojego prześladowcę.
- Czy na tej liście jest też Jan Paweł II? - pytam.
- Nie - odpowiada Grein. - Dlatego, że nic nie zrobił. Choć słyszał, co mówiłem, nie zareagował.
W 1988 roku spotkanie u papieża zorganizował mu "wujek Teddy".
- Ojciec umierał, a matka nie pozwalała mi go zobaczyć. Mówiła, że go zabijam. Ja zabijałem ojca i matkę, a McCarrick zabijał mnie - stwierdza James.
Gdy opowiada o spotkaniu z papieżem, mruży oczy, by przypomnieć sobie detale. Mały pokój z ławeczką pokrytą złotym aksamitem, piękna, wypolerowana podłoga i obrazy na ścianach. McCarrick zostawił go u sekretarza i się oddalił. Jan Paweł II wszedł cały w bieli, usiadł na swoim krześle i zdjął piuskę. Wtedy Grein uklęknął przed nim.
- Powiedział, że cieszy się, że mnie widzi. Że wie, że muszę się zobaczyć z mamą i tatą, i chce mi pomóc. To było niesamowite uczucie. Był najświętszą osobą na świecie. A ja byłem nikim. Ręką wskazał na mnie, jakby pytając, czy mam mu coś do powiedzenia. Powiedziałem mu wtedy, że Theodore McCarrick wykorzystuje mnie od czasu, gdy byłem dzieckiem. Wtedy zmarszczył brwi i spojrzał na mnie w taki sposób, że byłem pewien, że mnie usłyszał. Ale nie wiem, czy mi współczuł. Miałem nadzieję, że mnie wysłucha i będzie mi współczuł. A on tylko położył dłonie na mojej głowie, wymamrotał coś i dał mi pudełko z krzyżykiem i listem do ojca - opowiada z trudem.
Sekretarz odprowadził go do drzwi, za którymi czekał McCarrick. Razem wrócili do hotelu. Kiedy po powrocie dał rodzicom pudełko i list od papieża, zaprosili go do domu. Ojciec powiedział mu wtedy, że jest z niego dumny. James już dawno tego nie słyszał. Choć wciąż pił na umór.
[...]