Biebrza. Opowieści o rzece, mokradłach, olsach i grądzikach, leśnych duktach i wspaniałej Carskiej Drodze, a także o życiu zwierząt i biebrzniętych ludzi na bagnie, które wciąga tak, że już nie pójdziesz dalej - Grzegorz Kłosowski, Tomasz Kłosowski

Kup ebooka

34.99 zł

-
Proszę czekać

Wstęp

Pisarz Andrzej Sta­siuk miał autor­ski występ pod­czas Festi­walu Lite­rac­kiego "Na pogra­ni­czu kul­tur" w Bia­łym­stoku. Sporo się spóź­nił. Tłu­ma­czył, że choć z połu­dnio­wej Pol­ski, gdzie mieszka, miał i tak kawał drogi, to musiał jesz­cze zbo­czyć z trasy i koniecz­nie sko­czyć nad Bie­brzę. Więc sko­czył.

Poli­tyk i biz­nes­men Janusz Pali­kot jechał prze­ci­na­jącą bagna Basenu Dol­nego Bie­brzy Car­ską Drogą, gdy natknął się na mojego brata Grześka, który tele­obiek­ty­wem celo­wał do pozu­ją­cego wśród przy­droż­nych trzcin łosia. Gdy go zoba­czył, pod­niósł kciuk na znak zro­zu­mie­nia i soli­dar­no­ści z kimś zapa­trzo­nym w tutej­szą przy­rodę. Jak się oka­zuje, bywa tu wie­lo­krot­nie, tylko unika roz­głosu i ludz­kiego wścib­stwa - podob­nie jak więk­szość bie­brzań­skich zwie­rząt.

Pod­czas przy­pad­ko­wego spo­tka­nia w redak­cji jed­nej z tele­wi­zji reży­ser Jan Jakub Kol­ski opo­wia­dał mi, że bywał w Gugnach, oglą­dał bagna, a także albumy ze zdję­ciami Bie­brzy. Jest tym miej­scem urze­czony. Wśród zna­nych ludzi kul­tury i poli­tyki jest dziś wielu takich, któ­rzy wypo­wia­dają się podob­nie o tej ziemi.

Dziś. A daw­niej? Za cza­sów PRL-u dolina Bie­brzy nie była sze­rzej znana. Poza nie­licz­nym gro­nem przy­rod­ni­ków odwie­dzali ją głów­nie węd­ka­rze i myśliwi. Wśród tych ostat­nich poja­wiały się ważne per­sony z wier­chuszki socja­li­stycz­nej wła­dzy, gdyż łowiec­two nale­żało do namięt­no­ści par­tyj­nych nota­bli. Wiele lat temu pewien myśliwy opo­wia­dał nam o takim polo­wa­niu. W piękny, chyba wio­senny wie­czór stali wśród bez­kre­snych błot na Gro­bli Hon­cza­row­skiej. Nawet przed­sta­wi­ciel par­tii -?nie pomnę już, czy był to Jan Szy­dlak, Kazi­mierz Bar­ci­kow­ski czy jesz­cze ktoś inny - zachwy­cał się uro­kiem chwili i dzi­kiego pej­zażu.

-?Ależ towa­rzy­szu, mamy to melio­ro­wać, zamie­nić na użytki rolne - wtrą­cił nie­pew­nym gło­sem ktoś z boku.

-?Nie damy zme­lio­ro­wać! -?zagrzmiał dygni­tarz.

I nie dali -?ale nie oni, par­tyjni nota­ble, tylko przy­rod­nicy - pro­fe­so­ro­wie Adam Pał­czyń­ski, Andrzej Dyrcz i Hen­ryk Okruszko. Ich bada­nia przy­czy­niły się do utwo­rze­nia Bie­brzań­skiego Parku Naro­do­wego. Tak zaczęła się dla naszych bagien nowa epoka. Przed­tem były trak­to­wane jako zie­mie dia­bo­liczne i wsy­sa­jące, sie­dli­ska demo­nów i róż­nych wstręt­nych istot kocha­ją­cych życie w bło­cie. A przede wszyst­kim -?jako haniebne świa­dec­two zanie­dba­nia i biedy regionu, godne jak naj­szyb­szego wyma­za­nia z kra­jo­brazu. Tym­cza­sem poja­wiły się hasła gło­szące, że "bagna są dobre", nawo­ły­wa­nia do ich ochrony, a nawet do odtwa­rza­nia znisz­czo­nych wcze­śniej obsza­rów pod­mo­kłych. Gdy Bie­brzań­ski Park Naro­dowy ogło­sił kon­kurs na hasło, zwy­cię­żył zwrot "W tro­sce o bagna". Trosz­czyć się o ten prze­klęty, błot­ni­sty padół? Jesz­cze parę lat wcze­śniej to się nikomu nie mie­ściło w gło­wie!

Z cza­sem do tego hasła dopi­sano jesz­cze: "i ludzi". Być może dla zła­go­dze­nia nie­chęci tych, któ­rzy wciąż nie są prze­ko­nani do idei chro­nie­nia mokra­deł. Ale także dla­tego, że dziś, w dobie zachłan­nej cywi­li­za­cji kon­sump­cyj­nej, nie uda się zacho­wać resz­tek bagien bez ludzi, któ­rzy o nie zawal­czą. Dla­tego ta książka jest zarówno o bagnach, jak i o ludziach.

Błoto jak złoto

Nie wiem, czy to ja całuję zie­mię, czy zie­mia całuje mnie. Ale "cmok-cmok, cmok-cmok" roz­lega się z każ­dym kro­kiem. Trud­nym kro­kiem. Sta­niesz na twar­dej kępie -?noga zsuwa się i skręca, wpada w mokry mech mię­dzy kępami. Sta­niesz na mchu -?noga wpada tak głę­boko, że trudno ją wyjąć, a jak się uda, to w zamian trzeba zosta­wić kalosz w grzę­za­wi­sku. Dookoła hory­zont pusty, pofa­lo­wany od kęp roślin­no­ści, przy­po­mi­na­jący, że dotar­cie gdzie­kol­wiek będzie praw­dziwą mor­dęgą. Tak się wła­śnie idzie po wiel­kim bagnie Ławki -?naj­więk­szym nie­osu­szo­nym tor­fo­wi­sku Basenu Dol­nego doliny Bie­brzy i jed­nym z naj­więk­szych zacho­wa­nych bagien w Euro­pie. Słowo "ławki" koja­rzy się z wypo­czyn­kiem i wygodą, ale to chyba naj­mniej wygodne ławki świata -?ska­zu­jące ciało i duszę na katorgę. Tylko ławki szkolne bywały miej­scem jesz­cze gor­szej, choć raczej ducho­wej udręki. Mimo to bie­brzań­skie ławki przez wiel­kie Ł kocham nad życie. Gdyby nie było tak mokro, mógł­bym tu paść na zie­mię i uca­ło­wać ją naprawdę, gdyż zapew­niła mi tyle przy­gód, spo­strze­żeń, wra­żeń.

Rodzinne kopa­nie torfu na opał -?dziś już pra­wie zarzu­cone.

To nie przy­pa­dek, że Cen­trum Ochrony Mokra­deł, które powstało przy współ­udziale pro­fe­sora Wik­tora Kotow­skiego, spe­cja­li­sty od bada­nia takich tere­nów, przy­jęło skró­coną nazwę CMOK. Jest zresztą w Pol­sce bagno, też spore, które nazywa się Cało­wa­nie -?czy aby nie od tego cmo­ka­nia, jakie sły­chać, gdy cho­dzi się po mokrym dywa­nie mchów? Jeżeli tak, to na Cało­wa­niu już nie ma cało­wa­nia. Teren osu­szono. Bagno Ławki jesz­cze całuje. Dziś zaznają tego głów­nie bada­cze mający tu swoje powierzch­nie próbne i ścieżki zwane tran­sek­tami. Kie­dyś zazna­wali też gospo­da­rze wyka­sza­jący całą powierzch­nię bagna, by zebrać liche siano.

Bagno -?czym jest naprawdę? Gdy nie­mal 40 lat temu oma­wia­łem z wydaw­nic­twem treść naszej pierw­szej książki z bagnem w tytule, siwa pani redak­tor wstała i poszła do ser­wantki po słow­nik, by zna­leźć zna­cze­nie tego słowa. Jest ono nie­jed­no­lite -?nawet gdy odnosi się tylko do przy­rod­ni­czych sie­dlisk; ist­nieje też wiele słów sta­no­wią­cych jego odpo­wied­niki i syno­nimy. Kto jed­nak prze­szedł po praw­dzi­wym bagnie, wie, czym ono jest. Czuje to pod nogami, w powie­trzu nad głową, w prze­strzeni aku­stycz­nej.

Przed­wio­śnie na bez­kre­snym tor­fo­wi­sku.

Aż dech zapiera... Zresztą nie tylko z wra­że­nia, lecz także z powodu wysiłku pod­czas wycią­ga­nia nóg z nabie­głej wodą, ugi­na­ją­cej się pod nogami koł­derki. Wokół pustka. Gdzieś tam ster­czy samotna brzózka - niczym cho­rą­giew zatknięta przez kogoś, kto szczyci się zdo­by­ciem tego smęt­nego, utrud­nia­ją­cego każdy krok uro­czy­ska. Ta prze­strzeń wręcz onie­śmiela. I zadzi­wia: że coś takiego mogło ucho­wać się w samym cen­trum cywi­li­zo­wa­nej Europy. Na przed­wio­śniu, nim jesz­cze wybuch­nie zie­leń, w bla­sku nisko sto­ją­cego słońca bagno wydaje się zło­ci­ste, miej­scami rdzawe, jakby pokryte meta­lem, gdzieś w dali zamyka je fio­le­towa smużka bez­list­nego jesz­cze olsu. Płowe, a miej­scami bru­natne czu­pryny zeszło­rocz­nych turzyc, równo zacze­sane przez śniegi i wichury, two­rzą cią­gnącą się w dal pofał­do­waną powierzch­nię przy­po­mi­na­jącą jakąś gigan­tyczną sło­miankę utkaną ze zło­ta­wych nitek. Pod tymi czu­pry­nami poły­skują widoczne dopiero z bli­ska lusterka wody. Miej­scami jest głęb­sza i roz­lewa się sze­rzej, a małe jeziorka wraz z kępami two­rzą nie­bie­sko-żółtą sza­chow­nicę.

Taki obraz zapa­mię­ta­łem z pierw­szej wędrówki po bagnie. Ale nie tylko obraz -?ważne były też dźwięki! Naj­pierw prze­strzeń powi­tała nas upiorną ciszą, w któ­rej ginęły cmo­ka­nia naszych kro­ków. Już po chwili roz­legł się jed­nak hałas. Z nie­rów­nej powierzchni bagna pod­ry­wały się ptaki, obrzu­ca­jąc nas jękli­wymi, piskli­wymi, a po tro­sze też skrzy­pią­cymi gło­sami. Krzy­kliwe, dłu­go­dziobe rycyki, zawo­dzące ochry­ple czajki, per­li­ście tre­lu­jące kuliki, piskliwe krwa­wo­dzioby, bekasy... Więk­szość lata­ją­cych miesz­kań­ców bagna miała tu już gniazda, ukryte w zagłę­bie­niach turzy­co­wych kęp. Ptaki widziały w nas intru­zów nie­spo­dzie­wa­nie zakłó­ca­ją­cych ich mir domowy. Zaczy­na­li­śmy tra­fiać na ich ukryte skarby -?bru­natne i zie­lon­kawe grusz­ko­wate jajka w plamki, uło­żone zgrab­nie po cztery w wysła­nych źdźbłami traw dołecz­kach. Nie­osło­nięte, a i tak pra­wie nie­wi­doczne dzięki swym ochron­nym bar­wom i dese­niom. O tych pta­kach i ich gniaz­dach czy­ta­li­śmy jako o wiel­kich i coraz więk­szych rzad­ko­ściach. W naszej wyobraźni stały się amba­sa­do­rami naj­dzik­szej przy­rody, którą wciąż da się u nas zna­leźć. Ich nagłe spo­tka­nie na dobre zawró­ciło nam w roz­ma­rzo­nych gło­wach. Ośle­pieni cie­płym bla­skiem tej prze­strzeni wypeł­nio­nej ukry­tymi pta­simi skar­bami, powie­dzie­li­śmy sobie: "Błoto jak złoto!".

Zachód słońca nad bagnami.

Miesz­kańcy tych oko­lic, z tru­dem wyka­sza­jący ubo­gie bagienne łąki, sły­szeli wtedy inne hasło: "Było błoto, będzie złoto". Osu­sza­nie takich tere­nów -?ostat­nich już natu­ral­nych mokra­deł -?w cza­sach PRL-u nabie­rało roz­pędu. Było trak­to­wane jako spo­sób na popra­wie­nie sytu­acji rol­ni­ków i wycią­gnię­cie bagni­stych regio­nów z biedy. Znik­nęło poło­żone w pra­do­li­nie Bie­brzy i Narwi bagno Wizna, two­rzące kom­pleks wraz z bagnami Bie­brzy; wcze­śniej zme­lio­ro­wano bagno Kuwasy koło Raj­grodu, a także wiele pomniej­szych tere­nów pod­mo­kłych koło Osowca, Szta­bina, Sucho­woli. Bagno Ławki -?nasze Ławki, jak wkrótce zaczę­li­śmy o nim mówić -?a także poło­żone na pół­noc od niego Bagno Pod­la­skie i cały wielki obszar mokra­deł Basenu Środ­ko­wego Bie­brzy ze słyn­nym już Czer­wo­nym Bagnem włącz­nie -?ostały się, choć ich także nie omi­nęła ludzka inge­ren­cja. Pozo­sta­wiła sze­reg kana­łów i rowów, jed­nak na szczę­ście natura z cza­sem sobie z nimi pora­dziła.

Nasze Bagno Ławki zaczy­nało się kie­dyś zaraz za dom­kiem dróż­nika w uro­czy­sku Kop­ciowe. Dziś ta część zaro­sła lasem, ale pół wieku temu zaraz za budy­necz­kiem i prze­pły­wa­ją­cym pod szosą kana­łem otwie­rał się bagienny prze­stwór. Tro­chę podobny do stepu, ale wystar­czyło, by prze­bie­gły po nim łoś czy sarna, a roz­bry­zgi wody spod kopyt mówiły wszystko: przed nami bagna. A przed nimi -?marna przy­szłość... Co rusz docie­rały do nas hio­bowe wie­ści.

Oczko wodne w oto­cze­niu czę­stych tutaj bagien­nych brze­zin.

Dom­kiem dróż­nika opie­ko­wał się wtedy pra­cow­nik nad­zo­ru­jący ten odci­nek drogi, Poldek Dyra z Laskowca. Począt­kowo go nie lubi­łem, bo co roku na początku sezonu wio­sen­nego raczył nas złymi wia­do­mo­ściami. Szu­kał u nas potwier­dze­nia tych donie­sień: "Mówią, że mają robić melio­ra­cję tej bieli. Prawda to?". Sądził, że skoro jeste­śmy z mia­sta, to wiemy wię­cej. "Coś gadali, że jakiś wał do Bie­brzy będą sypać i mają orać tę biel za Kop­cio­wym". "Biel" -?to w ludo­wym języku bagienna łąka, w chłodne wie­czory i poranki bie­lona przez mgły. Infor­ma­cje o tym, co się sta­nie z bie­brzań­skimi bie­lami, też były wtedy osnute mgłą. Na przed­wio­śniu przy­jeż­dża­li­śmy na bagna ze stra­chem. Czy aby nie zoba­czymy kopa­rek - potwo­rów pru­ją­cych miękką jak dywan powierzch­nię tor­fo­wi­ska głę­bo­kimi ranami rowów?

Wła­śnie -?tor­fo­wi­ska. Wszyst­kie tutej­sze bagna, błota, mokra­dła, moczary -?czy jak zechcemy je nazwać w naszej potocz­nej mowie -?są tor­fo­wi­skami. A więc czymś, co można uznać za żywe, powsta­jące na naszych oczach złoża węgla. Rośliny błotne, gdy koń­czą żywot w płyt­kiej wodzie, osia­dają pod jej powierzch­nią i nie roz­kła­dają się, lecz ule­gają mumi­fi­ka­cji. Przy ogra­ni­czo­nym dostę­pie tlenu zawarty w nich węgiel -?główny budu­lec życia na Ziemi -?nie ulega utle­nie­niu, lecz pozo­staje nie­na­ru­szony. Wraz z osia­da­niem kolej­nych roślin­nych zwłok two­rzy złoże, które tu, nad Bie­brzą, ma już kilka metrów gru­bo­ści, czyli fachowo mówiąc - miąż­szo­ści. Torf to zaś utkana z roślin­nych szcząt­ków gąbka nasą­czona wodą, pokry­wa­jąca złoże płytką war­stwą. Jest bogac­twem, które samo się odna­wia. Wszak umarłe rośliny, utrzy­mu­jąc wodę, gwa­ran­tują, że ich kolejne poko­le­nie doko­nu­jące żywota podzieli los poprzed­nich i znik­nie pod powierzch­nią wody. Tor­fo­wi­sko rośnie, a wraz z tym wzro­stem pod­nosi się poziom wody. Bo -?jak zauważa w swo­ich wykła­dach wspo­mniany na początku pro­fe­sor Wik­tor Kotow­ski, znawca bio­lo­gii i hydro­lo­gii mokra­deł -?torf to gleba naj­le­piej zatrzy­mu­jąca wodę1. Nie do wiary, ale trzy do czte­rech pro­cent powierzchni lądów zaj­mo­wa­nych dziś przez nie­osu­szone mokra­dła maga­zy­nuje wię­cej wody niż pozo­stałe 96 pro­cent, wraz z jezio­rami i rze­kami.

Podobno bagna Bie­brzy prze­cho­wują wię­cej wody niż wszyst­kie pol­skie zbior­niki reten­cyjne razem wzięte. Wil­gotna nawet w naj­such­sze lata gąbka tor­fowa ochła­dza kli­mat, co wobec glo­bal­nego ocie­ple­nia należy uznać za kolejną, nie­do­ce­nianą daw­niej, korzyść ist­nie­nia bagna. Oczy­wi­ście pokłady węgla, które zale­gają tuż pod dar­nią i nie wyma­gają wko­py­wa­nia się w głąb ziemi, nie mogły pozo­stać nie­zau­wa­żone przez ludzi. Wydo­by­wano więc ten węgiel, suszono go i uży­wano jako opał. Kto posia­dał kawa­łek łąki, miał z cza­sem i dół potor­fowy. Był nawet sza­lony pomysł, by w rejo­nie Wizny zbu­do­wać elek­trow­nię zasi­laną tym pali­wem. Nie myślano zapewne, jak gigan­tyczne i zara­zem wszech­stronne byłoby to mar­no­traw­stwo. Doły potor­fowe zacho­wały się w wielu miej­scach. Bodaj naj­bar­dziej znane i odwie­dzane znaj­dują się w oko­li­cach Osowca. Zara­stają stop­niowo i zamie­niają się w grzą­skie pułapki, w które wpa­dają zwie­rzęta i ludzie. Sam w taką wpa­dłem, a póź­niej mia­łem oka­zję widzieć, jak z podob­nej matni wycią­gano łosia -?na szczę­ście z powo­dze­niem.

Torf od zawsze był w tych oko­li­cach znany i ceniony. Gdy wra­ca­li­śmy do kwa­tery w mocno ubło­co­nych butach, gospo­dyni mówiła, że powo­du­jemy "zator­fie­nie". Tak jak jeziora czy sta­ro­rze­cza zara­stają i stop­niowo napeł­niają się tor­fem, tak wypeł­nią się nim doły potor­fowe -?ale na to potrzeba setek lat. Praw­dziwe, natu­ralne zator­fie­nie nastę­puje jed­nak w ciągu tysięcy lat; tutaj, nad Bie­brzą, ten pro­ces trwa od ostat­niego zlo­do­wa­ce­nia, które miało miej­sce około 10 tysięcy lat temu. Lodo­wiec stop­niał, zosta­wiw­szy po sobie płyt­kie jezioro, w któ­rym z cza­sem wytwo­rzyła się tor­fowa "gąbka".

Tor­fo­wi­sko jest zatem czymś w rodzaju księgi, w któ­rej zostały zapi­sane dzieje szaty roślin­nej i jej zmian z ostat­nich 10 tysięcy lat. Pofa­lo­wana powierzch­nia pełna kwia­tów, owa­dów i pta­ków -?to jakby okładka tej księgi, zresztą bar­dzo obszer­nej. Pod spodem zale­gają war­stwy torfu -?różne, w zależ­no­ści od tego, jaka roślin­ność domi­no­wała w danym okre­sie, a następ­nie ule­gła zakon­ser­wo­wa­niu w płyt­kiej wodzie. Są więc torfy trzci­nowe, turzy­cowe, olchowe... Ich war­stwy to roz­działy tej księgi. Tkwią w nich różne szczątki -?roślinne, ale i zwie­rzęce, które możemy badać. Księgi nie da się jed­nak otwo­rzyć, można do niej się­gnąć tylko przy pomocy ręcz­nego świ­dra tor­fo­wego albo cięż­szych maszyn.

Bie­brzań­skie błoto.

Ist­nieją nie tylko różne torfy, lecz także różne tor­fo­wi­ska -?zależne przede wszyst­kim od źró­dła i mecha­ni­zmu zasi­la­nia w wodę, a także od rodzaju tej wody, która może być żyzna i obfi­tu­jąca w związki che­miczne potrzebne orga­ni­zmom albo uboga pod tym wzglę­dem. Wiel­kie tor­fo­wi­ska bie­brzań­skie, cho­ciaż leżą w doli­nie rzeki, w ogóle nie korzy­stają z jej wód. Zasi­lają je wody ze źró­dlisk i -?a może przede wszyst­kim - spły­wa­jące z wyso­czyzn ota­cza­ją­cych bagienną nieckę. To wody dość żyzne, dziś prze­waż­nie mocno wzbo­ga­cone nawo­zami z pól. Tor­fo­wi­ska, zwane z racji poło­że­nia w doli­nach rzek niskimi, odzna­czają się spo­rym bogac­twem roślin. Ale gdy w pozba­wio­nej odpływu kotlince mię­dzy wydmami zbiera się woda, powstają inne tor­fo­wi­ska, tak zwane wyso­kie, gdyż taka kotlinka może ist­nieć nawet na pogó­rzu czy w górach pomię­dzy wznie­sie­niami terenu. Jeżeli w pobliżu nie ma źró­deł, takie tor­fo­wi­sko "żywi się" tylko wodą z nie­bios -?opa­dami. Torf two­rzy się tu z roślin nie­wy­ma­ga­ją­cych żyzno­ści: z mchów tor­fow­ców i krze­wi­nek. To światy cał­kiem odmienne od nad­rzecz­nych tor­fo­wisk; tu, nad Bie­brzą, są nie­liczne i małe, wyjąt­kiem jest Czer­wone Bagno liczące dwa i pół tysiąca hek­ta­rów i pokryte gru­bym dywa­nem mokrych mchów i lasem skar­la­łych sosen.

Na mokra­dłach.

Śla­dów prze­szło­ści możemy szu­kać nie tylko w war­stwach torfu. Są także na zmierz­wio­nej powierzchni tor­fo­wi­ska. Nie­po­zorne roślinki, jak lipien­nik Loesela czy skal­nica tor­fo­wi­skowa, to żywe relikty polo­dow­cowe, dziś szcze­gól­nie hołu­bione i chro­nione w parku. Pod wodzą bota­ni­czek -?mię­dzy innymi Magdy Mar­cza­kie­wicz -?całe grupy wolon­ta­riu­szy krążą po bagien­nej powierzchni i szu­kają maleń­kich rośli­nek, by je poli­czyć. Ale są wśród roślin także okazy więk­szych roz­mia­rów: choćby ginący gni­dosz kró­lew­ski, roz­miesz­cze­niem i smu­kło­ścią żół­tych kwia­tów nieco przy­po­mi­na­jący wysoką dzie­wannę, czy kwit­nący nie­bie­sko wie­lo­sił błę­kitny.

Całe obszary tor­fo­wisk poło­żone z dala od rzeki są pokryte tak zwa­nymi mecho­wi­skami. Tam, mię­dzy kępami turzyc, ścielą się mchy, nie­bę­dące zresztą tor­fow­cami. Tylko znawca umie je roz­po­znać -?nam wystar­czy wie­dzieć, że część z nich to też żywe wspo­mnie­nia z epoki tuż po ustą­pie­niu lodowca. Dzięki wil­got­no­ści i chłod­nemu mikro­kli­ma­towi mogły utwo­rzyć znaczne poła­cie przy­po­mi­na­jące rosnącą tu zaraz po ustą­pie­niu lodowca tun­drę. Podo­bień­stwo dzi­siej­szych tor­fo­wisk doliny Bie­brzy do tun­dry zauwa­żyli już dawno orni­to­lo­dzy. Wykryli tu poje­dyn­cze gniazda pta­ków typo­wych dla tun­dry, takich jak beka­sik (ina­czej bekas mały) czy bie­gus zmienny. Warto zauwa­żyć, że inne gatunki pta­ków siew­ko­wych, łącz­nie z dubel­tem i bata­lio­nem, mają główne ostoje wła­śnie w tun­drze i są tam znacz­nie licz­niej­sze niż u nas. Na pta­kach nie koń­czy się lista tun­dro­wych gatun­ków zamiesz­ku­ją­cych tor­fo­wiska. Gdy na polach pospo­li­tym gry­zo­niem jest nor­nik zwy­czajny, na bagnach jego miej­sce zaj­muje nor­nik pół­nocny. No a sam król bagien -?łoś? To też zde­cy­do­wa­nie bore­alne zwie­rzę.

Wokół zdra­dziec­kich tor­fia­nek owo­cuje weł­nianka.

Ale, jak to czę­sto nad Bie­brzą bywa, mamy tu też coś z prze­ciw­le­głego bie­guna. Obok zie­lo­nych wspo­mnień po lodowcu znaj­dziemy bowiem przed­sta­wi­cieli flory potrze­bu­ją­cych raczej cie­pła niż dłu­go­trwa­łych chło­dów -?ich życie świet­nie ilu­struje nie­wia­ry­godne wręcz powią­za­nia roślin ze śro­do­wi­skiem, z innymi rośli­nami, z owa­dami. Do tego są to gatunki popu­larne, bo ich krew­nia­ków czę­sto spo­ty­kamy w ogród­kach i kwia­ciar­niach. Cho­dzi bowiem o stor­czyki. Choćby kukułkę krwi­stą, któ­rej mocno różowe kolby kwia­towe w maju i czerwcu wystrze­lają ponad zie­loną powierzch­nię turzy­co­wej łąki, two­rząc miej­scami całe klomby. Innym przy­kła­dem jest nie­po­zorny biały krusz­czyk błotny. I wiele innych. Wspo­mnie­li­śmy o tych, które dobrze się czują, rosnąc wprost na mokra­dle, ale jesz­cze więk­sze bogac­two kryje się tam, gdzie jest nieco suszej.

Uni­kalne, zani­ka­jące murawy na śród­ba­gien­nych wydmach.

Stor­czyki są na Ziemi nie­wiele dłu­żej niż ludzie. Należą do naj­młod­szych przed­sta­wi­cieli kró­le­stwa roślin. Gdy się więc poja­wiły, świat był już gęsto zasie­dlony przez inne rośliny, grzyby i owady. Musiały umieć nawią­zać współ­pracę. Dla­tego stor­czyki, czyli orchi­dee, wytwo­rzyły nie­spo­ty­kaną u innych grup roślin roz­ma­itość sty­lów życia opar­tych na sym­bio­zie. Z tego względu stały się wyjąt­kowo wraż­liwe na wszel­kie zmiany śro­do­wi­ska -?dziś są w więk­szo­ści zagro­żo­nymi gatun­kami. Nad­cho­dzi jed­nak pomoc.

Pofa­lo­wane, bez­kre­sne morze tor­fo­wi­sko­wych "bieli" ma też swoje wyspy i wysepki. Nazy­wają je tutaj grą­dami, ale przy­rod­nicy wolą mówić zdrob­niale: grą­dziki, by pod­kre­ślić ich maleń­kość wobec ogromu cią­gną­cych się po hory­zont mokra­deł, ale też dla­tego, że naukowe okre­śle­nie "grąd" ozna­cza typ sie­dli­ska leśnego, gdzie na dość boga­tej gle­bie wyra­stają lasy liścia­ste zło­żone z gra­bów, dębów, a w nie­któ­rych miej­scach także z buków. Kie­dyś więk­szość tych małych grą­dzi­ków też była pokryta mniej lub bar­dziej zwar­tym lasem, przez co wio­sną i latem sta­no­wiły one nie­do­stępne dla ludzi ostoje zwie­rzyny. Tu rodziły się młode łosie i gniaz­do­wały orły. Ale chłop­ska sie­kiera i piła wresz­cie sobie z nimi pora­dziły, pozo­sta­wiw­szy tylko poje­dyn­cze grupy żyla­stych dębów, cza­sem osa­mot­nio­nych sosen w oto­cze­niu szybko wyra­stających brzóz. Na nie­któ­rych z tych wyse­pek wypa­sano też zwie­rzęta, przez co wiele z nich świeci dziś łysi­nami pola­nek. Tu przy­roda leśna spo­tyka się z łąkową, a ta z bagienną, two­rząc jedyne w swoim rodzaju trudno dostępne oazy i praw­dziwy raj dla stor­czy­ków.

Oto taka polanka -?pyszna i zaciszna, ozdo­biona fio­le­to­wymi dzwon­kami. Pochy­lone nad nią brzozy i dęby wyglą­dają, jakby chciały się przyj­rzeć barw­nym kwia­tom. Dzwonki brzo­skwi­nio-, pokrzywo -?i okrą­gło­listne two­rzą miej­scami wynio­słe bukiety, wokół któ­rych wirują motyle. Ale nasza prze­wod­niczka, dok­tor Iza­bela Tała­łaj z Uni­wer­sy­tetu w Bia­łym­stoku, pochyla się nad jed­nym z naj­bar­dziej nie­po­zor­nych. Lekko potrząsa wydłu­żo­nym lilio­wym kie­li­chem, jakby chciała przy­wo­łać słowa pio­senki: "dzwoń, dzwo­neczku!".

Ale nie wypo­wiada ich, bo ta roślina nie jest dzwon­kiem. To buław­nik czer­wony, przed­sta­wi­ciel stor­czy­ko­wa­tych. I gdyby przy­mie­rzyć doń ludzką miarę, nale­żało by dodać: oszust i mani­pu­la­tor dzia­ła­jący tak jak w zna­nym powie­dze­niu: jeśli wej­dziesz mię­dzy wrony, musisz kra­kać tak jak one! Roślina kształ­tem i barwą kie­li­cho­wa­tych kwia­tów do złu­dze­nia przy­po­mina dzwo­nek. Nam, ale co naj­waż­niej­sze -?owa­dom. Bota­nicy jed­nak nie dają się nabrać i potra­fią wyłu­skać tego oszu­sta pośród kwia­tów, co czy­nią z prze­ję­ciem, bo jest on dziś wielką rzad­ko­ścią.

Dok­tor Iza dema­skuje przed nami buław­nika i obja­śnia istotę całej misty­fi­ka­cji. Otóż kwiaty tej rośliny, w prze­ci­wień­stwie do ota­cza­ją­cych ją uczci­wych dzwon­ków, nie zawie­rają nek­taru. Wyglą­da­jąc jed­nak jak tamte i złu­dze­niem słod­kiego pre­zentu, zapra­szają owady do swych kwia­tów. Owad zapy­lacz, a jest to tutaj prze­waż­nie psz­czo­linka, przy­siada na buław­niku, a nie zna­la­zł­szy niczego, jak nie­pyszny odla­tuje ku innym rośli­nom. Ten krótki pobyt na kwiatku wystar­cza jed­nak, by do ciała małego lot­nika przy­cze­piły się pył­ko­winy -?zlepki pyłku zwią­za­nego natu­ral­nym kitem cha­rak­te­ry­styczne dla stor­czy­ków -?któ­rymi potem zapyli inne buław­niki.

No dobrze, a czy stor­czyk nie mógłby naj­przy­zwo­iciej w świe­cie wytwa­rzać nek­taru jak inne sza­nu­jące się rośliny wokół? Prze­cież wtedy owady jesz­cze chęt­niej odwie­dza­łyby kwiaty, zosta­wa­łyby dłu­żej, a następ­nie wyno­si­łyby na swym ciele pył­kowe pakiety. Tak -?wyja­śnia nasza prze­wod­niczka -?ale wtedy owad wizy­to­wałby wszyst­kie kwiaty danego kwia­to­stanu i prze­no­siłby ładunki pyłku z jed­nego na drugi, zamiast nieść je na inne kwia­to­stany. Dopro­wa­dzałby do samo­za­py­le­nia rośliny, a to forma zapłod­nie­nia mniej korzystna dla jej roz­woju. Dużo lep­sze jest zapy­la­nie mię­dzy róż­nymi osob­ni­kami (zwane fachowo krzy­żo­wym) -?wtedy lata­jący zapy­lacz naj­le­piej speł­nia swe zada­nie. Ewo­lu­cja pozwo­liła buław­ni­kowi unik­nąć tej pierw­szej, gor­szej formy i pchnęła go na drogę wyra­fi­no­wa­nego oszu­stwa!

Nasz buław­nik czer­wony wcale nie jest czer­wony, ale fio­le­towy jak dzwonki, tylko z nutą różo­wego. Badaczka wyja­śnia jed­nak, że dla zapy­la­ją­cych psz­czo­li­nek wszyst­kie odcie­nie widocz­nych tu kwia­tów to jedno barwne spek­trum. Wabi je ono w takim samym stop­niu do wszyst­kich kwia­tów.

Wędru­jąc za naszą prze­wod­niczką z jed­nej polany na drugą, prze­ci­namy mokrą śród­le­śną łąkę o typowo bagien­nym runie. Strze­lają tu w górę niczym ozdobne świece mocno czer­wone kwia­to­stany kukułki krwi­stej. To kolejny oszust. Kolor jej pysz­nych kwia­tów wabi nie tylko nas -?nie oprze mu się żaden owad, ale i tu nie znaj­dzie choćby kro­pelki nek­taru. Można rzec, że roślina wolała zain­we­sto­wać w mamiącą urodę niż w pro­duk­cję poczę­stunku dla owa­dów. A gdy owad odleci znie­chę­cony, uno­sząc grudkę pyłku na inną roślinę -?a kukułki rosną zwy­kle nie­da­leko sie­bie - znów da się wypro­wa­dzić w pole, a tym samym dokona chwa­leb­nego aktu zapy­le­nia.

Nie wszy­scy jed­nak oszu­kują. Gdy wcho­dzimy na kolejną polanę, na jej obrze­żach prężą się jak struny smu­kłe kwia­to­stany pod­ko­lanu bia­łego. On dla odmiany ma nek­tar, ale... nie dla wszyst­kich. Wśród bia­łych kwia­tów widać wygięte, zie­lon­kawe ostrogi pełne poszu­ki­wa­nej przez owady sło­dy­czy. Dostać się do nich mogą jed­nak tylko te dys­po­nu­jące odpo­wied­nio długą ssawką. Są to prze­waż­nie ćmy. W ciem­no­ściach nie ma sensu wabić kolo­rem, więc kwiaty są białe. Ale za to jak pachną! Z bli­ska i my wyczu­wamy tę deli­katną, nie­le­d­wie wani­liową woń.

Wśród stor­czy­ków są jed­nak i takie, które oszczę­dzają nie tylko na bar­wie kwia­tów, lecz nawet nie wytwa­rzają zie­leni. W cie­niu drzew oglą­damy okaz gnieź­nika leśnego -?stor­czyka, któ­rego kwia­to­stan przy­po­mina raczej jakiś grzyb, tylko kształ­tem podobny do kwiatu. Nasuwa się tu kolejne znane powie­dze­nie: kto z kim prze­staje, takim się staje. Ta roślina, nie mając zie­lo­nego barw­nika i nie wytwa­rzając pokarmu, żyje na koszt grzy­bów, tyle że nie­wi­docz­nych, bo ukry­tych w grun­cie. Zapy­le­nia doko­nują chęt­nie obła­żące ten dziwny kwiat mrówki. Dla odmiany bli­ski krewny tego gatunku, gnieź­nik jajo­waty, zwany też listerą, odzna­cza się, ow­szem, zie­lenią, ale kwia­tów, zapy­la­nych prze­waż­nie przez chrząsz­cze.

Z kolei maleńka tajęża tak się zżyła z mchami, że rośnie zawie­szona w ich podu­chach, nie doty­ka­jąc korzon­kami ziemi. U nas to pewien ewe­ne­ment, ale w tro­pi­kach, gdzie rośnie więk­szość z 20 tysięcy pozna­nych gatun­ków stor­czy­ków, taki tryb egzy­sten­cji jest powszechny. To tak zwane epi­fity -?rośliny rosnące na innych rośli­nach. Trudno zresztą wska­zać jaki­kol­wiek znany w świe­cie roślin spo­sób życia, który nie byłby wyko­rzy­sty­wany przez orchi­dee.

Na nie­wiel­kim pagórku pod dębami zasko­cze­nie: klomb oka­za­łych, bań­ko­wa­tych, żół­tych kwia­tów o bru­nat­nych, roz­chy­lo­nych list­kach okwiatu. Rośliny są tak dorodne, jakby wyszły spod ręki doświad­czo­nego ogrod­nika. Każda żółta banieczka ma u góry otwór, przez co przy­po­mina pan­to­fel. Stąd nazwa tego przed­sta­wi­ciela flory: obu­wik pospo­lity. Naj­więk­szy i naj­oka­zal­szy z rosną­cych u nas stor­czy­ków. Nie­które pędy mają opa­ski i pla­kietki -?znak, że nasza badaczka już kie­dyś odwie­dziła to miej­sce.

Teraz zachęca, by zaj­rzeć przez otwo­rek do środka kwiatu. Widać tam kilka zaschnię­tych owa­dów. Czyżby to była roślina mię­so­żerna, kon­ku­ru­jąca z rosiczką, pły­wa­czem czy tłu­sto­szem? Nie, wyja­śnia Iza­bela Tała­łaj, ta roślina nie czer­pie z owa­dów pokarmu, ale jej kwiaty dla wielu są śmier­telną pułapką. Gład­kie i śli­skie płatki two­rzące ów bucik spra­wiają, że owad, który na nich sią­dzie, łatwo zsuwa się do otworu i wpada do środka. Gdy jest mały i słaby -?już się nie wygra­moli z tej matni, ale spora psz­czo­linka tylko tro­chę w niej pogmera, po czym wyleci, uno­sząc pył­ko­winę niczym ple­cak. Kwiaty tego typu są nazy­wane pułap­ko­wymi.

Kępa wygląda dziar­sko i świeżo, gdy tym­cza­sem -?jak się dowia­du­jemy -?to praw­do­po­dob­nie sta­ruszka mająca już około 70 lat. Ma szanse docią­gnąć do setki. W nie­sprzy­ja­ją­cych warun­kach -?choćby przy braku odpo­wied­niej liczby zapy­la­ją­cych psz­czo­li­nek -?ta roślina potrafi na dobrych parę lat przejść w stan pod­ziem­nego uśpie­nia, kiedy nie wydaje kwia­tów. Nie­które stor­czyki -?jak choćby wspo­mniany już gnieź­nik -?potra­fią nawet zakwit­nąć pod zie­mią!

Stor­czyki nie mogą jed­nak zbyt długo pozo­sta­wać w takim letargu, a dłu­go­trwały nie­do­sta­tek zapy­la­czy może się dla nich oka­zać wyro­kiem śmierci. Wyra­sta­jące przed nami okazy wyglą­dają dorod­nie i zdrowo, ale nasza badaczka prze­gląda je z nie­po­ko­jem.

-?Zostało sporo pył­ko­win, a kwit­nie­nie już się koń­czy! -?zauważa ze smut­kiem.

Naj­wi­docz­niej zapy­la­cze, mimo dobrej pogody, w tym roku nie dopi­sały. Nie ma rady, trzeba przy­stą­pić do akcji "tanie zapy­la­nie". Przy pomocy deli­kat­nych patycz­ków Iza ostroż­nie prze­nosi pył­ko­winy z jed­nych kwia­tów na dru­gie. Takie wcie­la­nie się w psz­czo­linki to tylko jedna z form pomocy nie­sio­nej tym rzad­kim stor­czy­kom. Ponadto nasza prze­wod­niczka i jej kole­dzy co jakiś czas roz­rze­dzają gałę­zie i krzewy wokół, by słońce zwa­biało owady. Dosa­dzają też osob­niki wyho­do­wane w labo­ra­to­rium z nasion pobie­ra­nych od roślin i prze­cho­wy­wa­nych w krio­banku.

Sowa błotna -?echo dale­kiej tun­dry, gdzie gnieź­dzi się o niebo czę­ściej niż w Pol­sce. Nawet nad Bie­brzą wielka rzad­kość.

Iza przy­nosi młode obu­wiki w szkla­nym pojem­niku z glebą. Maleń­kie, choć od ich wykieł­ko­wa­nia minęły już trzy lata. Dłu­go­wieczne z natury stor­czyki nie zwy­kły się spie­szyć, bada­cze jed­nak muszą. Nio­sące zagładę rzad­szych gatun­ków zmiany śro­do­wi­ska zacho­dzą dziś szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek, nie­raz w trak­cie życia jed­nego osob­nika. Siewki, które oglą­damy, zostaną wsa­dzone do ziemi, ale nie gdzie­kol­wiek i kie­dy­kol­wiek. Bo stor­czyk, by mógł żyć, potrze­buje nie tylko zapy­la­czy.

Iza wysy­puje na szkiełko tro­chę obu­wi­ko­wych nasion. Wyglą­dają jak kupka kurzu. To naj­mniej­sze nasiona w świe­cie roślin. Nie ma w nich miej­sca na choćby odro­binę pokarmu dla rodzą­cej się rośliny. By takie nasionko wykieł­ko­wało, musi wejść w sym­biozę z mikro­sko­pij­nym grzy­bem ści­śle okre­ślo­nego gatunku.

Rycyk zakłada gniazdo w kępie turzycy.

Nasza badaczka wydo­bywa więc ramkę do slaj­dów, w któ­rej zamiast obrazka tkwią dwie war­stwy bar­dzo gęstej sia­teczki, zaś mię­dzy nimi -?maleń­kie nasiona obu­wika. Ramka zostaje wbita w glebę obok rosną­cych stor­czy­ków. Oczka siatki są tak małe, że nawet te nasionka nie wypadną przez nie do gleby, za to mikro­sko­pijne grzyby spo­koj­nie wnikną do wewnątrz i się­gną do nasion. Dzięki temu będzie wia­domo, jakie grzyby wcho­dzą we współ­pracę z rośliną, czy jest ich dużo i gdzie naj­le­piej posa­dzić uzy­skane już siewki, by w przy­szło­ści ich wła­sne nasiona miały szansę wykieł­ko­wać. Bez grzyba nie pora­dzi sobie żaden gatu­nek stor­czyka. A gdy roślina na jakiś czas wcho­dzi w stan spo­czynku, jej pod­ziemna część żyje wła­śnie na koszt grzy­bów.

Miej­sce, które odwie­dzi­li­śmy, to naj­więk­sze sta­no­wi­sko obu­wika pospo­li­tego w Pol­sce. W Anglii stor­czyk ten rośnie już tylko w jed­nym jedy­nym miej­scu, obok posta­wiono nawet budkę straż­nika. U nas tych sta­no­wisk jest przy­naj­mniej kil­ka­na­ście, choć nie­dawno było ich aż 240. Spa­dek postę­puje bły­ska­wicz­nie, a dawna nazwa -?obu­wik pospo­lity - prze­stała mieć zwią­zek z rze­czy­wi­sto­ścią. Podob­nie wygląda sytu­acja innych stor­czykowych rzad­ko­ści. Bota­nicy oba­wiają się, że możemy dziś oglą­dać ostat­nie poko­le­nia mio­do­kwiatu krzy­żo­wego, tajęży jed­no­stron­nej, listery jajo­wa­tej i wielu innych.

Wśród pokry­tych lasem wydm ulo­ko­wały się nie­wiel­kie tor­fo­wi­ska, zwane w odróż­nie­niu od tych nad­rzecz­nych, czyli niskich, wyso­kimi, ewen­tu­al­nie przej­ścio­wymi.

-?To wła­śnie wąska spe­cja­li­za­cja i skom­pli­ko­wane powią­za­nia z innymi orga­ni­zmami spra­wiają, że stor­czyki są tak czułe na zmiany śro­do­wi­ska - tłu­ma­czy Iza Tała­łaj. -?Są dosko­na­łymi wskaź­ni­kami tych zmian, ale też, nie­stety, ich pierw­szymi ofia­rami.

Ostatni dzwo­nek zabrzmiał też dla naszego niby-dzwonka -?buław­nika czer­wo­nego. Bada­cze poma­gają mu, dosa­dza­jąc w pobliżu praw­dziwe dzwonki, by zwa­biały owady. Zwięk­szają w ten spo­sób szansę, że któ­ryś choć na chwilę przy­sią­dzie także na kwiatku wdzięcz­nego oszu­sta. Cóż, dla ochrony przy­rody cza­sem trzeba poma­gać także w mani­pu­la­cji.

Wśród drze­mią­cych mię­dzy bagnami grą­dzi­ków są też such­sze bez­drzewne pagórki pokryte mura­wami napia­sko­wymi, a w niż­szych par­tiach, bli­żej mokra­dła -?łąko­wymi zespo­łami roślin­nymi z takimi klej­no­tami flory jak kosa­ciec sybe­ryj­ski czy peł­nik euro­pej­ski, a to tylko te rzu­ca­jące się w oczy dzięki oka­za­łym kwia­tom. Kie­dyś nagie lub pokryte tylko nie­licz­nymi drze­wami wydmy były czymś pospo­li­tym w pra­do­li­nach nizin­nych rzek: Wisły, Bugu, Narwi czy Noteci, ale więk­szość zale­siono, zabu­do­wano albo zaro­sły same. Bie­brzań­skie skrawki mini­pu­styń ucho­wały się tylko dzięki ota­cza­ją­cym je mokra­dłom i tere­nom zale­wo­wym, a po czę­ści też dzięki wypa­sa­niu krów, owiec czy kóz.

W zara­sta­ją­cych dołach potor­fo­wych koło Osowca grzę­zną łosie i nie potra­fią się z nich wydo­stać bez ludz­kiej pomocy. Akcja ratun­kowa pra­cow­ni­ków Bie­brzań­skiego Parku Naro­do­wego.

Na otwarte, a nawet zagu­bione wśród bagien obszary wci­skają się jed­nak eks­pan­sywne rośliny obcego pocho­dze­nia. Zresztą rodzime też nie próż­nują. Pokaźna trawa -?trzcin­nik pia­skowy -?z cza­sem opa­no­wuje wydmowe pagórki i wypiera wszel­kie inne, sub­tel­niej­sze, a w związku z tym zani­ka­jące rośliny. Skrawki, gdzie się jesz­cze zacho­wały, są trak­to­wane jak skarbce, a pra­cow­nicy Bie­brzań­skiego Parku Naro­do­wego skrzy­kują się, by samo­dziel­nie, bez potrzeby wynaj­mo­wa­nia wyspe­cja­li­zo­wa­nych firm dys­po­nu­ją­cych cięż­kim sprzę­tem, wła­snymi rękami odkrza­czać je, a nawet ręcz­nie wyka­szać. Słynny ciąg wydm Basenu Środ­ko­wego doliny Bie­brzy -?Grzędy -?gdzie kie­dyś roz­cią­gała się spa­lona przez nie­miec­kich oku­pan­tów wieś, stał się areną tych zabie­gów. Dzięki temu murawy pozo­staną mura­wami.

Te śród­ba­gienne sank­tu­aria życia są dostępne tylko dla bada­czy, bowiem jedy­nie oni mogą je odwie­dzać. Naukowcy potra­fią wnik­nąć w taj­niki toczą­cego się na wydmach życia, by doko­ny­wać mniej­szych i więk­szych odkryć. A wtedy coś, co dla prze­cięt­nego tury­sty byłoby zwy­kłą górką, tu i ówdzie zwień­czoną koro­nami drzew, oka­zuje się uni­ka­tem. Takim, jakim dla Dar­wina oka­zały się wyspy Gala­pa­gos, gdzie zoba­czył, jak bli­sko spo­krew­nione ptaki na sku­tek izo­la­cji zaczy­nają się roz­wi­jać na wła­sną modłę, zmu­szone przy­sto­so­wać się do warun­ków wyspy, na któ­rej żyją. Tutej­sze pagórki wysta­jące z bagien odgry­wają podobną rolę, choć nie dla pta­ków, gdyż leżą na tyle bli­sko, że ptaki bez trudu poko­nują dzie­lące je odle­gło­ści. Ale już na przy­kład motyle, mało skłonne do dale­kich podróży, mogą w tych odse­pa­ro­wa­nych zaci­szach roz­wi­jać się ina­czej niż na łatwiej dostęp­nych tere­nach.

Widoku maszyn, kopią­cych rowy odwad­nia­jące, nie lubiły ni­gdy ptaki, ale tęsk­nie wyglą­dali miej­scowi ludzie. Dziś coraz wię­cej jest tych, co tych wehi­ku­łów nie lubią.

Takie zja­wi­sko odkrył tu Mar­cin Sie­le­zniew, badacz motyli z Wydziału Bio­lo­gii Uni­wer­sy­tetu w Bia­łym­stoku. Ma on na oku grupę drob­nych barw­nych motyl­ków, zwa­nych modrasz­kami. Ich roz­ród jest uza­leż­niony od mró­wek, które same zabie­rają gąsie­nice tego motyla do swego pod­ziem­nego kró­le­stwa, by korzy­stać z wydzie­liny, jaką spe­cjal­nie na tę oko­licz­ność wytwa­rzają gąsie­nice modraszka. Gdy te znajdą się już w domu mró­wek, pobie­rają haracz w postaci ich larw, które ocho­czo poże­rają, dzięki czemu rosną i mogą się osta­tecz­nie prze­obra­zić w doro­słego motyla. Ten trium­fal­nie wyla­tuje w świat z norki pro­wa­dzą­cej do mrów­czego gniazda. Powią­za­nie tych dwóch orga­ni­zmów przy­po­mina zależ­ność łączącą stor­czyki z zapy­la­ją­cymi je owa­dami, a także stor­czyki ze sobą nawza­jem. Ale to nie koniec: dotąd sądzono, że dany gatu­nek modraszka jest ści­śle powią­zany z okre­ślo­nym gatun­kiem mrówki, bez któ­rego nie może się roz­mna­żać. Tym­cza­sem Mar­cin Sie­le­zniew zna­lazł na jed­nej ze śród­ba­gien­nych wyse­pek motyla tegoż gatunku powią­za­nego z innym gatun­kiem mrówki. Tu, w sytu­acji odizo­lo­wa­nia, powstał nowy rodzaj życio­daj­nego związku.

Grą­dziki oka­zują się więc żywymi labo­ra­to­riami, w któ­rych możemy śle­dzić prze­bieg ewo­lu­cji. Swe odosob­nie­nie zawdzię­czają bagien­nemu oto­cze­niu, ale nie­stety nie są cał­kiem nie­do­stępne. Część z nich pozo­staje w rękach pry­wat­nych, inne nale­żały kie­dyś do kogoś, ale dziś już nie wia­domo do kogo. Zimą można na nie wje­chać cią­gni­kiem po grub­szym lodzie i wyciąć sobie kilka drze­wek. W ten spo­sób w ostat­nich latach padło wiele dębów, sosen i brzóz, nie­ko­niecz­nie zresztą z rąk pra­wo­wi­tego wła­ści­ciela.

-?Jak ja nie wytnę, to sąsiad poje­dzie i wytnie -?tłu­ma­czył mi jeden z chło­pów. I tyle.

Bagienna prze­strzeń ota­cza­jąca te sank­tu­aria życia wydaje się roz­pacz­li­wie pusta, tym­cza­sem jest wcale nie mniej uroz­ma­icona i bogata. To prze­cież olbrzymi archi­pe­lag małych stro­mych wyse­pek, jakimi są sztywne kolumny turzyc. Na wierz­chołku każ­dej takiej kępy panują nie­mal ste­powe warunki, u jej pod­nóża znaj­duje się zaś śro­do­wi­sko wodne. To sprzyja nie­spo­ty­ka­nej róż­no­rod­no­ści bez­krę­gow­ców -?owa­dów, paję­cza­ków i innej zwie­rzę­cej drob­nicy. Każdy z zamiesz­ku­ją­cych tu lub przy­naj­mniej szu­ka­ją­cych zdo­by­czy pta­ków jest dla tego dro­bia­zgu niczym Rodan -?ptak śmierci z filmu pod tym samym tytu­łem. To wła­śnie roz­ma­itość tego owa­dziego czy paję­czego ludu przy­ciąga na mokra­dła naj­róż­niej­sze gatunki pta­ków -?do tego stop­nia, że na przy­kład samice wod­ni­czek zwol­niły samce z obo­wiązku kar­mie­nia piskląt. Same znaj­dują dość poży­wie­nia w pro­mie­niu kil­ku­dzie­się­ciu metrów i nie­trudno zoba­czyć, że co chwilę kur­sują w tę i z powro­tem z nowym pęcz­kiem drob­nych pającz­ków, motyl­ków czy gąsie­nic w dzio­bie. Typowa współ­cze­sna łąka nie dora­sta do tego poziomu bioróż­no­rod­no­ści. Zajeż­dżana maszy­nami, "chrzczona" nawo­zami, zale­wana gno­jo­wicą i pra­so­wana wałami ubo­żeje z każ­dym rokiem, co zauwa­żają także chłopi.

-?Kie­dyś ile tu było ptasz­ków, jeden zgiełk, skow­ron­ków, jaskó­łek, cza­jek, a dziś?! -?żalił się jakiś rol­nik zapro­szony na posie­dze­nie Rady Nauko­wej Bie­brzań­skiego Parku Naro­do­wego.

-?Czę­sto nawet skow­ronka tam nie uświad­czysz! -?dopo­wiada z pozy­cji znawcy tematu Agnieszka Henel z BPN.

Co się sta­nie, gdy to będące ostoją bio­róż­no­rod­no­ści bagno zosta­nie odwod­nione sie­cią rowów? Złoże tor­fowe wyłoni się z wody, która odpły­nie kana­łami, a zyskaw­szy kon­takt z tle­nem atmos­fe­rycz­nym, zacznie się palić. Bez ognia wpraw­dzie -?jak mówią fachowcy: "bez­pło­mie­niowo" - jed­nak nastąpi jego utle­nia­nie. Co da węgiel powią­zany z tle­nem? Oczy­wi­ście dwu­tle­nek węgla. Osu­szone tor­fo­wi­sko wnosi go do atmos­fery mnó­stwo, potę­gu­jąc efekt cie­plar­niany, zamiast sta­no­wić chło­dzący kom­pres, jakim było pod powierzch­nią wody. Natu­ralne mokre bagno działa jak gąbka wchła­nia­jąca moc dwu­tlenku węgla, osu­szone staje się nato­miast rodza­jem rury wyde­cho­wej czy komina wysy­ła­ją­cego ten zwod­ni­czy gaz do atmos­fery. Gdy torf prze­schnie, może się też palić "pło­mie­niowo". Wtedy złoże żarzy się nie­kiedy całymi tygo­dniami, zady­mia­jąc oto­cze­nie. Gdy w Base­nie Dol­nym Bie­brzy zapło­nęło w ten spo­sób nie­wiel­kie prze­su­szone leśne tor­fo­wi­sko, stra­żacy wle­wali weń całe becz­ko­wozy wody, a w pro­mie­niu kilku kilo­me­trów przez dobre dwa mie­siące uno­siła się nie­bie­skawa mgła roz­no­sząca zapach spa­lo­nego czaj­nika.

Wysta­wiony na dzia­ła­nie powie­trza torf zamie­nia się w mursz tor­fowy - pyli­stą sub­stan­cję o wyglą­dzie kawy mar­nego gatunku zmie­sza­nej z sadzami. W każ­dym zagłę­bie­niu pozo­sta­wio­nym przez maszyny rol­ni­cze po desz­czu two­rzy się nie bagno, ale praw­dziwe błoto. W cza­sie suszy wiatr roz­nosi bru­natny pył. Wraz z roz­kła­dem torfu uwal­niają się też nie­do­stępne dotąd dla roślin lądo­wych sub­stan­cje mine­ralne, toteż krze­wią się wybu­jałe ziel­ska. Jeżeli tor­fo­wi­sko ma być użyt­ko­wane, zostaje zaorane i obsiane nasio­nami pro­duk­tyw­nych traw łąko­wych. Zie­mia jest dość żyzna, więc trawy rosną jak na droż­dżach i mamy poczu­cie wiel­kiego zwy­cię­stwa nad przy­rodą. Z cza­sem jed­nak ta eks­plo­zja słab­nie, łąki trzeba nawo­zić, regu­lo­wać dopływ i odpływ wody rowami. Złoże stop­niowo ulega utle­nie­niu, staje się coraz cień­sze, a po pew­nym cza­sie może nie­omal znik­nąć i odsło­nić pod­łoże -?w tych stro­nach z reguły piasz­czy­ste. Z bogac­twa bagien­nej przy­rody nie zostaje pra­wie nic. I po co to robimy? Żeby, ode­braw­szy poży­wie­nie wielu isto­tom, wypro­du­ko­wać jesz­cze wię­cej mięsa i wyro­bów pocho­dze­nia zwie­rzę­cego, które zresztą od dawna są na naszym kon­ty­nen­cie pochła­niane w nad­mia­rze.

Melio­ra­cyjny szał za cza­sów Pol­ski Ludo­wej miał na celu two­rze­nie PGR-ów (zwa­nych tu kom­bi­na­tami łąkar­skimi) na wiel­kich poła­ciach odwod­nio­nych bagien. Na osu­szo­nym bagnie Wizna powstał jeden z nich, ale w cza­sach trans­for­ma­cji, jak wiele innych, zban­kru­to­wał. Dziś pozo­stał po nim, wybu­do­wany w miej­scu daw­nej wio­ski roz­cią­gnię­tej na wzgó­rzu zewsząd oto­czo­nym bagnami, kom­bi­nat Grądy Woniecko - archi­tek­to­niczno-prze­my­słowy potwo­rek. Kar­ło­wate blo­ko­wi­sko, wię­zie­nie, kościół z wieżą wyglą­da­jącą z dala jak komin fabryczny, pry­mi­tywne drogi z beto­no­wych płyt, zio­nące pustką dawne hale oto­czone gru­zami i chwa­stami, droga do tego osie­dla bie­gnąca przez gaj wynio­słego barsz­czu Sosnow­skiego... Podobny kom­pleks -?Kom­bi­nat Łąkar­ski Gugny -?miał się poja­wić na bagnie Ławki. I pomy­śleć, że na baj­ko­wych grą­dzi­kach miały sta­nąć suszar­nie, chlew­nie czy inne rol­ni­czo-prze­my­słowe boho­mazy.

Wiele razy roz­ma­wia­łem z chło­pami o melio­ra­cjach -?zwłasz­cza z tymi, któ­rzy, urze­czeni rewo­lu­cją koło Wizny, napo­my­kali, że "Fabrykę tu u nas, panie, też czas sta­wiać". Pró­bo­wa­łem nakre­ślić ponętny obraz przy­rod­ni­czego bogac­twa bagien, a wtedy oni sta­rali się mnie zbić z tropu tym samym argu­men­tem:

-?Ale mięso to wy tam, w mie­ście, lubi­cie, co? No powiedz pan sam, ale tak od serca: lubisz czy nie?

Lubi­łem.

Zakręcona rzeka

Dzika rzeka. Ostat­nia taka rzeka. Uni­kat na skalę Europy. Rzeka nie­ujarz­miona. Zwłasz­cza ten ostatni zwrot, powta­rza­jący się w tytu­łach fil­mów, audy­cji, arty­ku­łów, a potem prze­ka­zy­wany z ust do ust, brzmi nie­le­d­wie groź­nie, suge­ruje żywioł, jakiego nie spo­sób okieł­znać. Ale gdy spoj­rzymy na Bie­brzę w szer­szej skali, choćby na tle ogółu ziem­skich wód, jest ona wątłym, polo­dow­co­wym stru­my­kiem, mło­dziutką rzeką mającą z 10 tysięcy lat, a już z wolna zamie­ra­jącą. Przy­po­mina ona nie­wy­ro­śnięte dziecko, gubiące się w plą­ta­ni­nie szu­wa­rów, klu­czące bez­rad­nie, wciąż darem­nie poszu­ku­jące pro­stej drogi. Do tego nie­mo­gące utrzy­mać w ryzach swych wód, przez co po roz­to­pach roz­le­wają się sze­roko poza koryto, które wtedy dla ludz­kiego oka prze­staje ist­nieć, ustę­pu­jąc miej­sca roz­cią­gnię­temu po hory­zont jezioru. Dopiero latem, o ile nie będzie zbyt mokre, rzeka wraca na swe miej­sce.

Wpław na odle­głe pastwi­sko.

Ktoś, kto wcze­sną wio­sną sta­nie na wyso­kim brzegu, gdzieś przy punk­cie wido­ko­wym koło Burzyna, na Bia­łym Grą­dzie czy tara­sie wido­ko­wym w Gonią­dzu, może być oszo­ło­miony natu­ral­no­ścią kra­jo­brazu, jakiej nie spo­tka już w Pol­sce ani w ogóle w środ­ko­wej Euro­pie. Nie odczuje jed­nak grozy wod­nego żywiołu. Wody zale­wów spły­wają leni­wie, wydają się wręcz nie­ru­chome, nie ma tu wła­ści­wych powo­dziom nie­zli­czo­nych, kon­ku­ru­ją­cych ze sobą nur­tów i wirów, żywiołu nio­są­cego całe pnie drzew i zabrane z brze­gów czę­ści ludz­kiego dobytku. Nad Bie­brzą nie ma powo­dzi, bo nikt i nic nie prze­szka­dza wodom spły­wać, jak i kiedy chcą -?nie zostały skrę­po­wane wałami, umoc­nie­niami brze­gów, tamami. Nie zapę­dzano ich do głów­nego koryta, nie pogłę­biano ani nie pro­sto­wano. To wła­śnie jest ta nie­ujarz­miona rzeka -?spo­kojna, nie­zmu­szona do zry­wa­nia krę­pu­ją­cych wię­zów, któ­rych dotąd nie zaznała.

Jak z obcej pla­nety...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki