Biblioteka wigilijnych wspomnień - Natasza Socha

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MAGDA

*

Następnego dnia po tamtej nieudanej Wigilii Magda obudziła się dziwnie wypoczęta.

Wspomnienie poprzedniego wieczoru wróciło niemal natychmiast, ale postanowiła nie skupiać się na nim, nie zastanawiać, kto miał rację i dlaczego jej życie nagle się posypało. Miała serdecznie dosyć roztrząsania przeszłości i katowania się szarymi myślami. Pomyślała, że ostatecznie nie jest jedyną osobą na tym świecie, którą zdradził mąż i która nie dogaduje się z własną matką. Wzięła szybki prysznic, ubrała się i punktualnie o szóstej trzydzieści wyszła z domu.

Miasto o tej porze w pierwszy dzień świąt było puste, mroźne i żółte od świateł latarni, które z trudem przebijały się przez gęsty grudniowy poranek. Pod butami chrupała cienka, ledwo zauważalna warstwa świeżego śniegu, która przypominała bardziej rozsypany cukier, ledwo przykrywający chodniki.

Było tak cicho, że Magda słyszała własny oddech i rytmiczne uderzenia obcasów o beton. Szła powoli, naciągnąwszy czapkę głębiej na uszy. Kamienice wzdłuż ulicy stały nieruchome, z ciemnymi oknami, w których tylko gdzieniegdzie migotały kolorowe lampki choinkowe. I chyba właśnie tylko te małe neonowe punkciki były jedynym dowodem na to, że w środku toczyło się życie.

Magda patrzyła na okna i zastanawiała się, co działo się za nimi kilka godzin wcześniej, gdy ona sama, po awanturze u matki, po prostu wyłączyła telefon i przespała Wigilię.

Przygryzła dolną wargę.

Ile z tych rodzin siedziało przy stole w milczeniu, licząc minuty do momentu, w którym wypada wstać i pójść do siebie? Czy ktoś w tej kamienicy na rogu leży teraz z otwartymi oczami, żałując słów wypowiedzianych przy dzieleniu się opłatkiem? A może komuś w tej klatce z odrapanymi drzwiami udało się po raz pierwszy od lat poczuć coś na kształt spokoju?

Pomyślała o oświadczynach przy choince i o rozwodach, które zostały przypieczętowane decyzją właśnie wczoraj wieczorem, przy dźwięku kolęd puszczanych z komórki. Wyobrażała sobie te wszystkie talerze, które trzeba będzie rano umyć, i resztki jedzenia zawinięte w folię aluminiową, dowody na to, że rytuał został dopełniony. Czy ktoś czekał na ten dzień z niecierpliwością, czy raczej większość odhaczyła kolejny punkt w kalendarzu, czując ulgę, że już po wszystkim?

Podejrzewała, że nie jest jedyną osobą, która przespała tę noc. Na pewno część osób zrobiła to z wyboru, tak jak ona, nie brakło też ludzi, dla których sen był jedyną ucieczką przed samotnością. Może niektórzy zasnęli szczęśliwi, w poczuciu spełnienia, a inni z ciężkim sercem, że znowu nie było tak, jak być powinno? Za każdym oknem kryła się inna historia.

Magda minęła przystanek autobusowy. Na rozkładzie jazdy osiadł szron, prawie nie dało się odczytać liter. Miasto wydawało się sterylne, jakby noc wymroziła z niego wszystkie wczorajsze emocje, kłótnie, rozmowy, śpiewy i życzenia. Magda czuła, że ten poranek jest o wiele lepszy niż wczorajszy wieczór. Może dlatego, że nie trzeba było już niczego udawać. Nie było opłatka ani życzeń, nie zawsze szczerych. Były tylko surowy grudniowy świt i miasto, które powoli budziło się do życia, przecierając zaspane oczy.

Szła dalej, czując, jak mróz szczypie ją w policzki. Nie miała celu, chciała jedynie poczuć ten spokój, zanim znowu wszystko ruszy, otworzą się dyżurne apteki pracujące nawet w święta, a ludzie wyjdą z domów, niosąc w reklamówkach sałatkę jarzynową (no właśnie!) i ciasta na umówioną wizytę. Na razie była tylko ona, drobny śnieg i setki cudzych historii zamkniętych za grubymi murami kamienic.

Po jakimś czasie skręciła w stronę parku, w którym spacerowali wybudzeni z ciepłego snu właściciele psów, chuchając w dłonie i stawiając kołnierze kurtek. Nagle pod jedną z nielicznych działających lamp zobaczyła niewyraźny kształt. Postać siedziała na metalowej ławce, skulona, niemal zrośnięta z dwiema wielkimi walizkami, które zagradzały przejście. Obok, owinięta w ciepły koc, spała mała dziewczynka, opierając głowę o twardy kant bagażu.

Magda zwolniła. Serce uderzyło jej mocniej, gdy rozpoznała postać na ławce.

- Anna? - Głos Magdy przeciął mroźną ciszę jak pęknięcie lodu.

Kobieta drgnęła. Kiedy podniosła głowę, światło latarni padło prosto na jej twarz. Była blada, niemal przezroczysta, a jej krótkie czarne włosy sterczały wokół wełnianej opaski, którą naciągnęła na uszy. Pod oczami miała sińce, ale w jej spojrzeniu nie było już strachu, tylko ostateczne wycieńczenie.

- Co ty tutaj robisz? - Magda podbiegła do niej, patrząc z niedowierzaniem na walizki i śpiące dziecko. - Jest siódma rano, pierwszy dzień świąt. Gdzie ty się wybierasz o tej porze?

Anna milczała przez chwilę, by w końcu wzruszyć ramionami.

- Nigdzie nie jadę - wychrypiała. - Po prostu odeszłam. Na razie nie mam pomysłu, co dalej.

Magda spojrzała na śpiące dziecko. Mała oddychała miarowo, wtulając nos w pluszowego króliczka. Anna wbiła wzrok w Magdę.

- Ja wiem, że to jakaś kretyńska sytuacja, nie mam nikogo w tym mieście. Czy my... Czy my mogłybyśmy u pani przeczekać? Choćby kilka dni. Tylko dopóki nie wymyślę jakiegoś planu.

Zacisnęła dłoń na rączce walizki.

- Wstawaj - rzuciła krótko Magda. - I mówmy sobie po imieniu. Bierz małą na ręce, a ja wezmę walizki. Mieszkam dwie ulice stąd. Ruchy, bo obie tu zamarzniemy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ŚWIĄTECZNY NIEZBĘDNIK,CZYLI JAK POKONAĆ WIGILIJNE KRYZYSY

Mówi się, że święta są rodzaju żeńskiego - bo to głównie kobiety dwoją się i troją, by wszystko dopiąć na ostatni guzik. Pieką, sprzątają, gotują, myślą o prezentach, trzepią dywany i myją okna. A na koniec i tak zawsze znajdzie się coś, co zepsuje im ten idealnie zaplanowany czas.

Święta potrafią nieźle dać nam w kość, o czym sama niejednokrotnie się przekonałam. Nietrafiony prezent, obrażony wujek lub nadąsana babcia, niedopieczone ciasto, przewrócona choinka, barszcz lądujący na obrusie zamiast na talerzu. Ale każdy kryzys da się przetrwać, zwłaszcza jeśli podejdziemy do niego z przymrużeniem oka. Pora na świąteczny niezbędnik każdej pani domu.

JAK ODREAGOWAĆ KŁÓTNIĘ PRZY STOLE?

Ktoś znowu wszedł na tematy polityczne, światopoglądowe lub religijne, atmosfera robi się duszna?

Zamiast uciekać do łazienki albo udawać, że nie słyszysz, czego dotyczy rozmowa, zmień scenografię. Otwórz okno na oścież (zimne powietrze skutecznie obniża poziom napięcia w pokoju) i zrób coś absolutnie abstrakcyjnego: zacznij układać piramidę z mandarynek albo głośno czytać fragment jakiejś książki.

Absurd sytuacji i nagła zmiana zachowania natychmiast wybijają ludzi z pętli złości.

JAK ODZYSKAĆ RÓWNOWAGĘ, GDY PRZYPALI SIĘ SERNIK?

Niestety przypaliłaś ciasto, a goście zjawią się za godzinę.

Najlepszym rozwiązaniem będzie... recykling. Ścinasz spaloną górę (lub spód), a to, co zostało ze środka, wrzucasz do blendera. Dodajesz odrobinę śmietanki, cynamonu lub alkoholu (np. amaretto/baileys) i miksujesz na gładki krem. Nakładasz do szklanek, posypujesz pokruszonymi pierniczkami i podajesz jako "Sernikowy mousse de Noël".

W ten sposób dajesz pstryczka w nos własnej porażce, ostatecznie spalone ciasto to naprawdę nie jest koniec świata.

CO ZROBIĆ, GDY ROZMOWA PRZY STOLE SIĘ NIE KLEI?

Z każdą minutą jest coraz gorzej, drętwo, sztywno i mało strawnie.

W takiej sytuacji rzuć w przestrzeń zdanie: "Słuchajcie, mam problem i potrzebuję wyłącznie najgorszych możliwych porad". Problem może być błahy (np. "Jak bezszelestnie odwinąć cukierka w kinie?" albo "Jak wytłumaczyć kotu, że choinka to nie plac zabaw?").

Ludzie czasem boją się odezwać przy stole, albo po prostu nie wiedzą, o czym rozmawiać. Gdy prosisz o złe porady, zdejmujesz z nich presję bycia mądrym. Nagle każdy chce błysnąć absurdalnym pomysłem.

CO ZROBIĆ, GDY DOSTANIESZ KOSZMARNY LUB KOMPLETNIE NIETRAFIONY PREZENT?

Otwierasz paczkę od bliskiej osoby i widzisz wielką, świecącą figurkę jelenia albo zestaw do pielęgnacji brody (ciocia nie doczytała etykiety).

Odpuść sobie udawanie sztucznego zachwytu ("Ooo, dokładnie tego potrzebowałam!" - to słychać na kilometr). Potraktuj raczej rekwizyt jak dzieło sztuki nowoczesnej. Przyglądaj mu się, dotknij faktury i powiedz z uznaniem: "To jest tak osobliwe, że aż hipnotyzujące. Gdzie ty to w ogóle zdobyłaś/zdobyłeś?".

W ten sposób skupiasz uwagę na intrygującej naturze przedmiotu i ewentualnym trudzie poszukiwań, zamiast kłamać o jego atrakcyjności.

JAK POWSTRZYMAĆ KOGOŚ PRZED WPYCHANIEM CI KOLEJNEJ PORCJI JEDZENIA?

Babcia lub ciocia patrzą z wyrzutem na Twój pusty talerz i podsuwają wielką michę sałatki jarzynowej z majonezem.

Zamiast mówić "już nie mogę" (co dla gospodarza brzmi jak "sorry, nie umiesz gotować"), złap babcię za rękę, popatrz jej w oczy i wyszepcz: "Zostawię sobie na później, bo jak wszyscy pójdą spać, zakradnę się do kuchni i zjem to sama w całkowitym spokoju. Teraz bym tego nie doceniła".

To zadziała, bo serwujesz komplement zamiast odmowy. Zmieniasz odrzucenie jedzenia w obietnicę intymnego, kulinarnego rytuału.

CO ZROBIĆ, GDY PRZY STOLE POJAWIA SIĘ WĄTEK "A KIEDY ŚLUB / DZIECI / ZMIANA PRACY?"

Wścibskie pytania wjechały szybciej niż barszcz z uszkami, chociaż miałaś nadzieję, że w tym roku tego unikniesz.

Zamiast się tłumaczyć albo denerwować, odpowiedz z absolutnie kamienną twarzą: "Podpisałam umowę o poufności. Jeśli cokolwiek powiem, stracę zaliczkę" albo "Czekam, aż astrologiczna przepowiednia z 1998 roku wreszcie się dopełni, więcej nie mogę zdradzić".

To ma szansę się udać, bo nie wchodzisz w defensywę. Nie dajesz pytającemu paliwa do dyskusji, bowiem Twoja odpowiedź jest tak absurdalna, że zamyka temat bez generowania agresji.

JAK PRZETRWAĆ NAGŁE PRZEBODŹCOWANIE HAŁASEM I LUDŹMI?

Muzyka gra, wszyscy mówią naraz, w pokoju jest za gorąco, a Ty masz ochotę po prostu wyjść z domu.

Zaoferuj, że wyrzucisz śmieci albo przyniesiesz coś ze spiżarni / piwnicy / balkonu. Gdy wyjdziesz na zewnątrz, oprzyj dłonie o coś zimnego (choćby ścianę domu) i wykonaj tzw. oddech fizjologiczny (dwa szybkie wdechy nosem, jeden długi wydech ustami). Rób tak przez 90 sekund, a od razu poczujesz się lepiej.

Ta technika daje ci dobre alibi (nikt nie pyta "czemu uciekasz?"), a kontakt z zimnem i oddech natychmiast obniżają poziom kortyzolu we krwi.

CO ZROBIĆ, GDY ŚWIĘTA SĄ JAKOŚ MAŁO MAGICZNE I WKRADA SIĘ SMUTEK?

Jest wieczór, prezenty rozpakowane, potrawy zjedzone, a Ty czujesz dziwną pustkę.

W takiej sytuacji zrób coś naprawdę banalnego. Zdejmij odświętne ubranie, załóż wygodny dres, zaparz dobrej herbaty i skup się na sobie - książka, film, gra, telefon do przyjaciółki, gorąca kąpiel.

Najgorsze w świątecznym smutku jest napięcie wynikające z przymusu "przeżywania magii". Gdy oficjalnie zdejmujesz ze świąt ten ciężar i dajesz sobie prawo do zwykłego, lekko nudnego wieczoru, presja znika, a wraz z nią przygnębienie. Nie zawsze musi być idealnie, by było dobrze.

CO ZROBIĆ, GDY CZUJESZ, ŻE CAŁA ORGANIZACJA ŚWIĄT JEST NA TWOICH BARKACH, A RESZTA TYLKO CZEKA NA OBSŁUGĘ?

Siedzisz przy stole z poczuciem ogromnego żalu i samotności - wypruwasz sobie żyły od połowy grudnia, a reszta rodziny zachowuje się jak na wakacjach all inclusive.

Wiesz co? Zamiast siedzieć z obrażoną miną albo wybuchnąć złością, po prostu celowo czegoś... nie zrób. Kiedy ktoś zapyta: "A gdzie jest sos / serwetki / kompot?", uśmiechnij się, rozłóż ręce i powiedz: "Ojej, moja wydajność osiągnęła dziś sto procent o godzinie piętnastej. Ktoś inny musi przejąć pałeczkę".

Zrezygnowanie z roli męczennika bądź agresora to informacja dla innych, że jesteś wyczerpana. Bez złości i fochów. Dajesz po prostu wszystkim jasny sygnał: "ja już swoje zrobiłam, teraz wasza kolej" - i co najważniejsze, nie przepraszasz za to.

CO ZROBIĆ, GDY W DOMU POJAWIŁ SIĘ "NIESPODZIEWANY GOŚĆ" LUB KTOŚ PRZYPROWADZIŁ KOGOŚ BEZ UPRZEDZENIA?

Kuzyn niespodziewanie przychodzi z nową sympatią albo do drzwi puka nielubiany sąsiad. Na stole brakuje nakrycia, porcje są wyliczone, a atmosfera gęstnieje.

Zamiast panikować i próbować na siłę być uradowanym z niezapowiedzianej wizyty, daj nowej osobie jakieś zadanie. Powiedz z uśmiechem: "Dobrze się składa, potrzebujemy kogoś, kto będzie kontrolował, czy nasz jamnik Feluś nie podkrada niczego ze stołu". Albo: "Świetnie, pomożesz mi przy rozdzielaniu uszek do barszczu".

Niespodziewany gość sam często czuje się skrępowany tym, że przyszedł bez zapowiedzi. Gdy przydzielasz mu konkretne zadanie, zaczyna czuć się jak współgospodarz, a nie intruz. Niezręczność znika wtedy błyskawicznie

POSŁOWIE

Kiedyś mój dziadek opowiedział mi historię o wigilijnym gościu. Uparcie twierdził, że nic a nic nie zmyślał i że to wszystko przytrafiło się jego dobremu znajomemu. Nigdy jednak nie miałam okazji sprawdzić, czy faktycznie tak było, czy może po prostu chciał ubarwić święta małej dziewczynce, którą wtedy byłam.

A działo się to zimą pod koniec lat sześćdziesiątych w małej wsi pod Poznaniem. Śniegu nasypało wtedy po kolana, a mróz tak ścisnął, że szyby w oknach pokryły się grubą warstwą lodowych kwiatów. W domu znajomego mojego dziadka panował radosny świąteczny chaos. Wszyscy krzątali się w kuchni, odliczając minuty do kolacji. Starszy syn i dwie córki co chwilę podbiegali do okna, wypatrując pierwszej gwiazdki. Pachniało suszonymi grzybami, piernikiem i domowym chlebem.

Gdy stół był już nakryty, a na białym obrusie wylądował symboliczny talerz dla niespodziewanego wędrowca, nagle ktoś mocno zastukał w drzwi. Wszyscy zamarli. Na wsi w Wigilię nikt raczej nie włóczył się po domach, zwłaszcza w taki mróz. Gospodarz odsunął ciężki rygiel, otworzył i... aż przetarł oczy ze zdumienia.

Na progu stał niziutki starszy człowiek w za dużym płaszczu i uszance. Była uszyta z grubego znoszonego kożucha w kolorze wyblakłego brązu, który miejscami był już mocno wytarty od noszenia. Klapy, czyli te słynne "uszy", nie były porządnie zawiązane na czubku głowy, jak to się zazwyczaj robiło, tylko sterczały bezładnie po bokach, przez co nieznajomy wyglądał odrobinę jak wielki ptak, który właśnie nastroszył pióra. Ale to nie on ani nie jego czapka przykuły największą uwagę. Obok niespodziewanego gościa stała wielka śnieżnobiała koza z czerwoną kokardą na szyi. Mało tego - na grzbiecie miała zarzucony jakiś worek, z którego wystawała... wielka, błyszcząca trąbka gramofonu, a samo zwierzę trzymało w pyszczku gałązkę jemioły i rytmicznie nią potrząsało.

Zanim gospodarz zdołał wykrztusić choć jedno słowo, staruszek zdjął czapkę, ukłonił się nisko i powiedział:

- Dobry wieczór państwu. Najmocniej przepraszam za najście, ale moja Malwina poczuła zapach państwa barszczu aż z drogi i za nic nie chciała iść dalej. Zaparta, mówię państwu, jak to koza.

W tym momencie staruszek mrugnął, wyciągnął z kieszeni stary mosiężny flet i... zaczął grać kolędę Przybieżeli do Betlejem. Na ten dźwięk koza uniosła głowę i zaczęła cicho, rytmicznie pobekiwać w takt muzyki, jakby wyśpiewywała kolędę razem ze swoim właścicielem.

Kiedy skończyli, staruszek powiedział:

- Prawda jest taka, że zapach z waszego okna przypomniał mi dom. Dom, którego już od bardzo wielu lat nie mam... A i Malwina zmarzła, bo idziemy piechotą aż od stacji kolejowej.

Na wsi widok kozy nikogo nie dziwił, ale w taki wieczór wydawała się istotą z jakiegoś baśniowego świata. Gospodarz otworzył drzwi na oścież i zaprosił wędrowca do środka, a dla kozy Malwiny szybko przygotowano ciepły kąt w sieni i miskę z obierkami. I tak oto, według opowieści mojego dziadka, zaczęła się najbardziej niezwykła Wigilia w małej wsi pod Poznaniem - wieczór, w którym odrobina magii zapukała do drzwi, przebrana za staruszka z fletem i jego muzykującą kozę.

A jak to naprawdę jest z tym pustym talerzem? Otóż tradycja ta nie do końca wynikała z radosnego oczekiwania na wędrowca, lecz była skutkiem zarówno lęku, jak i szacunku wobec tych, którzy odeszli. W dawnych wiejskich chatach dodatkowe nakrycie było zarezerwowane dla Dziadów - dusz przodków, które w noc przesilenia przenikały przez niewidzialną barierę światów. To był czas zawieszenia, w którym żywi musieli pamiętać o zmarłych. Nie wolno było gwałtownie siadać na ławie ani dmuchać na łyżkę z parującym barszczem, by nie urazić lub nie oparzyć zbłąkanego cienia, który według wierzeń zajmował wolne miejsce przy stole. Talerz nie był pusty, wypełniała go obecność tych, których imiona wymawiano już tylko szeptem.

Z czasem ten metafizyczny lęk zaczął przybierać barwy narodowej żałoby. Wiek dziewiętnasty, naznaczony klęskami powstań, zmienił znaczenie pustego krzesła. Stało się ono niemym pomnikiem dla zesłańców, partyzantów i emigrantów. Matki i żony stawiały talerz dla mężczyzn, o których wiedziały tylko tyle, że gdzieś są - w syberyjskiej tajdze lub na paryskim bruku. Ten talerz przestał karmić duchy, a zaczął karmić nadzieję, będąc jedynym dowodem na to, że pamięć o nieobecnych jest silniejsza niż wyroki carskich sądów.

Dopiero nowoczesność, ze swoją potrzebą oswojenia trudnych symboli, narzuciła tej tradycji kostium "niespodziewanego gościa". Biblijna opowieść o Świętej Rodzinie, dla której zabrakło miejsca w Betlejem, nałożyła się na pogańskie i powstańcze warstwy, tworząc obraz miłosiernego gospodarza czekającego na obcego przybysza. Puste miejsce stało się umowną przestrzenią, która bardzo rzadko zostaje zajęta przez kogoś nieznajomego.

To dążenie do wigilijnego "scenariusza idealnego" nie bierze się z zamiłowania do dekoracji, ale z lęku przed rozpadem. Psychologicznie Wigilia jest dla nas momentem krytycznym - to jedyny czas w roku, kiedy dom ma stać się twierdzą absolutną, a relacje między ludźmi mają być tak gładkie, jak biały obrus na stole. Planujemy menu, ustawiamy szklanki pod linijkę i dobieramy tematy rozmów nie dlatego, że jesteśmy małostkowi, ale dlatego, że rozpaczliwie potrzebujemy dowodu, iż w naszym życiu panuje ład.

Gdzieś głęboko, pod warstwą uprzejmości, drżymy na myśl o kimś, kto mógłby ten ład zakłócić. "Zbłąkany gość" to postać romantyczna w kolędach, ale w rzeczywistości to intruz. Ktoś, kto wnosi do pokoju zapach zimna, nieoswojony ton głosu i historię, której nie znamy - a to już wystarczy, by naruszyć delikatną strukturę rodzinnej iluzji. Boimy się, że obcy przy stole zadziała jak lustro, w którym odbiją się nasze własne niedopasowania, albo - co gorsza - że odsłoni prawdę, na którą nie ma miejsca między barszczem a kutią.

A może warto spojrzeć na to nieco inaczej?

Pusty talerz mówi o nadziei. O tym, że dopóki jesteśmy gotowi przyjąć pod swój dach nieznajomego, dopóty nie daliśmy się do końca zamknąć w pancerzu obojętności. Pokazuje nam, że również na każdego z nas, bez względu na to, jak bardzo pogubiliśmy się w swoich historiach, gdzieś czeka krzesło, na którym można po prostu usiąść i odetchnąć. Może w bibliotece. Może u sąsiada. Albo u przyjaciółki.

I jeszcze jedno - w historię o kozie Malwinie nadal wierzę.

A czy Wy wpuścilibyście do domu Zbłąkanego Wędrowca?