Motywacja
Za każdym wielkim sportowcem stoi motywacja. Źródłem sukcesów Janusza
Kusocińskiego, jednego z najwybitniejszych polskich lekkoatletów, byli
jego rywale. Walka z łotewskim imigrantem Stanisławem Petkiewiczem
wyzwalała w nim dodatkowe pokłady energii oraz sportową złość w czystej,
nieskażonej postaci, która zawiodła go na sam szczyt olimpijskich
himalajów. Mniej szczęścia miał jego przeciwnik. Świetnie rokująca
kariera została brutalnie przerwana, a on sam został zepchnięty w otchłań zapomnienia. Biegowe pojedynki dwóch charakterologicznych
"przeciwieństw" były ozdobą wielu zawodów oraz iskrą, która rozpalała
serca i umysły setek tysięcy kibiców nad Wisłą. Wzajemna niechęć obu
mistrzów była odczuwalna również poza arenami sportowymi. Konflikt
systematycznie narastał, a do gnębienia przeciwnika używano szerokiego
arsenału dostępnych środków, m.in. prasy, innych lekkoatletów, poczty
pantoflowej czy nawet przepisów krajowej federacji.
W drugiej odsłonie swojej kariery Kusociński rzucił się w pogoń za
Józefem Nojim. Tytan pracy z Pęckowa, ochrzczony mianem "nowego Kusego",
rozwijał swoje biegowe skrzydła pod czujnym okiem... "banity" Petkiewicza.
Trapiony kontuzjami stary mistrz bieżni znajdował się na sportowym
zakręcie i w starciu ze wschodzącą gwiazdą długich dystansów zdawał się
być na straconej pozycji. Zamiast usunąć się w cień i skupić na pracy
trenerskiej, podjął karkołomne, szaleńcze wyzwanie odzyskania pełnej
sprawności, powrotu do najlepszej formy z czasów igrzysk oraz
wywalczenia palmy krajowego pierwszeństwa.
Za sprawą walki z Petkiewiczem i Nojim legenda wielkiego Kusocińskiego
stała się kompletna, a karty biegowej, przedwojennej historii, ze
wszystkimi sukcesami i porażkami, zapisały się złotymi zgłoskami.
Olimpijski triumf "Kusego" to w dużej mierze zasługa stale depczącego mu
po piętach Staszka. Natomiast sportowa długowieczność małego wojownika
bieżni, której pięknym zwieńczeniem mógł być triumf na igrzyskach w Helsinkach w 1940 roku, pośrednio "obciąża" konto Józka.
Książka "Wrogowie" nie opowiada historii wielkiego sportowca i patrioty,
choć "Kusy" jak mało kto zasługuje na oba te przymioty. Jej bohater to
człowiek z krwi i kości, naznaczony trudami przedwojennego życia,
obsesyjnie walczący o uznanie oraz największe lekkoatletyczne laury.
Droga na olimpijskie podium, której podporządkował całe swoje życie, nie
była usłana różami, a pokonanie jej wyzwalało w nim najlepsze i najgorsze cechy charakteru. Bezkompromisowe podejście Kusocińskiego do
życia stało się zarzewiem szeregu konfliktów oraz sporów, przysparzając
mu równie wielu wrogów, co sympatyków.
Zmagania trzech wielkich mistrzów są również pretekstem do przybliżenia
początków kształtowania się "królowej sportu" w wolnym, niepodległym
kraju. W trudnych, powojennych czasach brakowało trenerów, zaplecza oraz
systemu szkoleniowego, a budowanie podwalin lekkiej atletyki opierało
się głównie na entuzjazmie działaczy terenowych. Inspiracji szukano poza
granicami kraju, między innymi w odległej Finlandii dzierżącej status
kuźni największych długodystansowych talentów. Rozwój dyscypliny
ograniczała walka z postępującą, nieuchronną profesjonalizacją. Proza
życia zmuszała największych mistrzów do łączenia surowego reżimu
treningowego z etatową pracą, co samo w sobie stanowiło przejaw
wyjątkowego heroizmu. Warunki do wychowywania przyszłych gwiazd były
ciężkie, ale mimo wielu przeciwności losu Kusociński, Petkiewicz i Noji
ruszyli w pogoń za marzeniami, znacząc dla ówczesnych fanów sportu tyle,
co dzisiaj Robert Lewandowski czy Iga Świątek.
Historia ich pojedynków oraz wzajemnych relacji to jeden z najciekawszych, ale i mocno zapomnianych rozdziałów polskiego sportu.
Wierzę, że za sprawą tej książki usunę tkwiącą na niej grubą warstwę
kurzu, a losy wielkiej trójki pozna szersze grono również młodszych
odbiorców. Tego sobie oraz wam, drodzy czytelnicy, życzę z całego serca.
Zapraszam do lektury!
Tło konfliktu
W listopadzie 1918 roku po 123 latach wegetacji pod zaborczym jarzmem
Polska odzyskała niepodległość, a wśród jej mieszkańców radość mieszała
się z niepokojem. Kraj znajdował się w gospodarczej ruinie. Wszystkie
dziedziny życia, wliczając w to również sport, wymagały pilnej odbudowy,
a samo państwo stworzenia solidnych, finansowych fundamentów. Dla
powstałego 11 października 1919 roku w Krakowie Polskiego Związku
Lekkiej Atletyki (skrót: PZLA), który był pierwszym ulokowanym w niepodległym "krajobrazie" stowarzyszeniem sportowym o zasięgu
ogólnopolskim, początki działalności stanowiły prawdziwą drogę przez
mękę. W obliczu trudnej sytuacji ekonomicznej oraz wojny
polsko-bolszewickiej, która zamknęła nam drogę do olimpijskiego debiutu
w Antwerpii (1920 rok), rozwój i popularyzacja "królowej sportu"
przypominały walkę z wiatrakami. W kraju cierpiano na deficyt
lekkoatletycznych obiektów. Tylko dwa stadiony - we Lwowie i Warszawie -
spełniały wymogi organizacji zawodów w pełnym wymiarze konkurencji.
Środowisku doskwierał też brak trenerów oraz spójnego systemu
szkoleniowego, a związek był zdany wyłącznie na własne, skromne siły.
Młodzież po okresie wojennej zawieruchy chętnie garnęła się do sportu.
Dostrzegała w nim przejaw normalności oraz solidny grunt do uzyskania
psychicznej i emocjonalnej stabilizacji. Niestety, same chęci nie
wystarczały. Brak dostępu do fachowej lektury oraz ograniczony kontakt z zagranicznymi ekspertami mocno spowalniały rozwój lekkoatletycznych
talentów. Treningi bardziej przypominały eksperymentowanie niż
stosowanie przyjętej, profesjonalnej metodologii. Biegacz miał głównie
biegać, a wszystkie pozostałe elementy jego sportowych przygotowań,
takie jak odnowa biologiczna, odpowiednia dieta czy masaże, leżały
odłogiem. W "królowej sportu", podobnie jak i w innych dyscyplinach,
dominowało amatorstwo, a jakiekolwiek próby zarabiania na startach
groziły natychmiastową, dożywotnią dyskwalifikacją. W takich warunkach
wychowanie w krótkim czasie wielkiego mistrza graniczyło niemal z cudem.
Antoni Cejzik z herbem Polonii Warszawa na piersi.
Podczas premierowych dla nas, VII Letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu
(1924 rok) lekkoatleci z orzełkiem na piersi wystąpili na miarę swoich
możliwości. Ich start na Stade Olympique Yves-du-Manoir w Colombes miał
symboliczny charakter i doskonale wpisywał się w słynną maksymę
wypowiedzianą przez twórcę nowożytnych igrzysk olimpijskich, barona
Pierre'a de Coubertina: "Nie ważne jest zwycięstwo, ważny jest udział".
Niemal wszyscy nasi reprezentanci odpadli w eliminacjach. Chlubnym
wyjątkiem okazał się wychowany w Moskwie, ale posiadający polskie
obywatelstwo dziesięcioboista Antoni Cejzik, który ukończył najcięższą z lekkoatletycznych konkurencji na 12. miejscu (z wynikiem 6319,455 pkt)
spośród 25 śmiałków, którzy szczęśliwie dobrnęli do końca zawodów. Rok
przed kolejnymi igrzyskami (Amsterdam, 1928 rok) PZLA ściągnął do kraju
wybitnego zawodnika oraz dobrze rokującego trenera - Aleksandra
Klumberga.
Zatrudnienie estońskiego mistrza dziesięcioboju okazało się strzałem w dziesiątkę. Pierwszy oficjalny rekordzista świata w tej konkurencji oraz
brązowy medalista olimpijski z Paryża podpisał dwuletnią umowę ze
związkiem. Klumberg miał zapał i chęć do pracy. Czerpał ze sprawdzonych
fińskich wzorców przygotowań oraz nie bał się wprowadzać innowacji do
treningu swoich podopiecznych. Jako pierwszy w kraju zrezygnował z prowadzenia wspólnych przygotowań olimpijskich dla wszystkich członków
kadry. Zajęcia podzielił na trzy grupy - dla biegaczy, skoczków i miotaczy. Estończyk przekonał średnio- i długodystansowców do zalet
biegowych interwałów. Upowszechnił również wizyty w łaźni, masaże czy
okłady borowinowe (polegające na nakładaniu na skórę podgrzanej
borowiny), a cukier - rzecz jasna w odpowiednich proporcjach - stał się
fundamentem sportowej diety.
W 1929 roku powstał w Warszawie, z inicjatywy marszałka Polski Józefa
Piłsudskiego, na bazie działającej w Poznaniu Centralnej Szkoły
Wojskowej Gimnastyki i Sportów oraz Państwowego Instytutu Wychowania
Fizycznego - Centralny Instytut Wychowania Fizycznego (dzisiejsza
Akademia Wychowania Fizycznego), który miał odpowiadać za szkolenie
przyszłej kadry dydaktycznej. Z uwagi na słabo rozwiniętą infrastrukturę
sportową rekordy popularności bił cykl zawodów przełajowych pod nazwą
Bieg Narodowy - z wielkim, ogólnopolskim finałem podczas obchodzonego w dniu 3 maja Święta Konstytucji. Lekkoatletyka zyskiwała fanów głównie w kręgach robotniczych, choć daleko jej było do fenomenu piłki nożnej.
Systematycznie rosły nasze notowania w europejskich rankingach. Progres
był widoczny, ale nazbyt powolny, aby przed wybuchem II wojny światowej
dołączyć do grona najlepszych na Starym Kontynencie.
Janusz
Był wcześniakiem, który urodził się dwa miesiące przed terminem porodu,
ale mimo obaw rodziców wyrósł na zdrowego młodzieńca. Wszędobylski
malec, najmłodszy z sześciorga rodzeństwa (dwóch braci i trzy siostry),
sprawiał wiele problemów. - Łobuz jesteś. Nic dobrego z ciebie nie
wyrośnie - zwykła mawiać do niego matka. Sam biegacz w swoich
pamiętnikach nazywał siebie "nieznośnym smarkaczem". Życie Januszka od
maleńkości kręciło się wokół sportu. Kilkuletni berbeć w rodzinnym
Ołtarzewie często ścigał się z psami - dwoma wyżłami o imionach Boks i Orion. Później grywał ze starszym bratem Zygmuntem w palanta, a gdy
podrósł, całymi dniami uganiał się z rówieśnikami za piłką. Futbol
pokochał szczerą miłością - z każdego meczu wracał niczym "wojenny
inwalida", a skalpy w postaci siniaków oraz ran, które opatrywała mu
matka, świadczyły o tym, że zawsze dawał z siebie wszystko. Marząca o profesjonalnych karierach młodzieńcza ferajna założyła własny, "dziki"
klub o nazwie "Pretoria". Za boisko służył im stołeczny ogród Saski bądź
ogrody Rauta, a w gronie piłkarskich kompanów Janusza znalazł się między
innymi późniejszy wybitny lekkoatleta i dziennikarz sportowy Aleksander
Szenajch. Po nieudanym epizodzie w prywatnej szkole powszechnej im.
Stanisława Nawrockiego, gdzie bardziej niż nauka zajmowały go sport oraz
płomienne romanse z rówieśniczkami, w 1925 roku rozpoczął edukację w Państwowej Szkole Ogrodniczej w Warszawie (tzw. Pomolog). W tym samym
czasie młody Kusociński wstąpił w szeregi zespołu Sparta, zdobywając
kolejne piłkarskie szlify na terenie dzisiejszego placu Starynkiewicza.
Syn niskiej rangi urzędnika kolejowego - Klemensa Kusocińskiego - nie
przepuścił okazji, gdy w jego rodzinnych stronach (dokładnie w Ożarowie
Mazowieckim) założono klub o nazwie Ożarowianka. Janusz został jego
członkiem, a boiskowy debiut przyszłego mistrza wypadł nad wyraz
okazale. Zdobył dwie bramki, ale nie uchronił kolegów od sromotnej
porażki 2:8 z Józefowianką. W kolejnych spotkaniach Kusociński nie
błyszczał, a jego drużyna zaliczała kolejne przegrane. Przyszły
lekkoatleta był ambitny i mierzył wysoko, więc gra w ekipie ze słabszymi
o dwie klasy kolegami nie gwarantowała mu dalszego futbolowego rozwoju.
Szybko dojrzała w nim decyzja o kolejnym "transferze" - do swojego
niedawnego pogromcy Józefowianki. W następnej futbolowej przystani - RKS
Ruchu Warszawa (skrót od Robotniczy Klub Sportowy) nie godził się na
bycie rezerwowym, dlatego stał się bohaterem ponownych "przenosin". Tym
razem przywdział trykot C-klasowego (najniższa w tamtym czasie klasa
rozgrywkowa) RKS Sarmaty Warszawa. W robotniczo-tramwajarskim zespole
występował w napadzie. Jednak i tam nie zagrzał długo miejsca. Krewki
charakter podsycany trudnym, buntowniczym wiekiem doprowadził go do
scysji z kierownikiem sekcji. Zniechęcony porzucił nadzieje o wielkiej
karierze i zaprzestał poszukiwań kolejnego piłkarskiego "domu".
Za sprawą krótkiego futbolowego epizodu Janusz dochrapał się ksywki
"Kusy", która towarzyszyła mu później przez całą sportową karierę. Wbrew
pozorom nie pochodziła od jego nazwiska, a nawiązywała do budowy ciała i wzrostu przyszłego czempiona. Z przezwiskiem biegacza wiązała się
ciekawa historia. Aktor dwudziestolecia międzywojennego, niezapomniany
odtwórca fredrowskiego Papkina z "Zemsty" Mariusz Maszyński, dopatrywał
się w niej dowodu na proroctwo, które miał sformułować sam... Adam
Mickiewicz. Narodowy wieszcz w "Panu Tadeuszu" imieniem "Kusy" ochrzcił
bowiem najszybszego z chartów!
O sportowej przyszłości urodzonego w 1907 roku Janusza zdecydował
przypadek. Niewysoki, mierzący zaledwie 165 centymetrów nastolatek nie
przepadał za "królową sportu". Pewne leniwe, letnie przedpołudnie roku
1925 (według Jacka Smulskiego z miesięcznika "Lekkoatletyka" był to rok
1926) spędzał w roli widza na żużlowym stadionie lekkoatletycznym
stołecznej Skry podczas mistrzostw Związku Robotniczych Stowarzyszeń
Sportowych. W składzie Sarmaty brakowało jednego zawodnika, a nieobecnego postanowiono zastąpić kimś z "łapanki". Wybór padł na
"nieopierzonego" biegowo Kusocińskiego. Młokos początkowo odmawiał
występu, ale pokusa sprawdzenia się w konfrontacji z rówieśnikami wzięła
górę nad rozsądkiem. Po chwili absolutny debiutant, niemający bladego
pojęcia o taktyce czy rozkładaniu sił, stanął na linii startu. Szybko
opanował nerwy, a po pokonaniu dwóch pętli stadionu cieszył się z sensacyjnej wygranej w przyzwoitym czasie 2:26,4. Podekscytowany
premierowym sukcesem wystąpił na bieżni ponownie - tym razem w sztafecie
5 × 1000 metrów.
Prestiżowe zwycięstwo Sarmaty nad Skrą nie sprawiło, że serce "Kusego"
skradła lekkoatletyka. Wciąż rozrywało go od środka płomienne uczucie do
piłki, a chęć zdobywania laurów na miarę Józefa Kałuży czy Wacława
Kuchara zatruwała jego myśli. Uczucie do "królowej sportu" zrodziło się
dopiero po kolejnym biegu. Janusz ponownie zaliczył start na prośbę
swoich kolegów - tym razem w podwarszawskim Rembertowie w zawodach na
przełaj (3500 m) o mistrzostwo Związku Robotniczych Stowarzyszeń
Sportowych. Utalentowany nastolatek długo trzymał się pleców znanego
zawodnika Polonii Warszawa Eugeniusza Szablińskiego i nie zwątpił w sukces nawet wtedy, gdy rywal uciekł mu na 20 metrów. Janusz dopadł
lidera na finiszu i pierwszy przeciął wstęgę na mecie. Heroiczny start
okupił bolącymi przez dwa tygodnie łydkami. Zyskał jednak pewność, że
chce związać swoją przyszłość z bieganiem. W kolejnych startach nie miał
sobie równych, choć te są owiane mgiełką tajemnicy i obarczone ryzykiem
pewnych przekłamań. "Kusy" zazwyczaj uczestniczył w zawodach
robotniczych, o których prasa w tamtych czasach rzadko informowała. Z kolei pojawiające się w jego pamiętniku ("Od palanta do olimpiady")
fakty nierzadko "kłócą się" z innymi źródłami, co trzeba zrzucić na karb
ułomności ludzkiej pamięci.
Ponad wszelką wątpliwość można jednak stwierdzić fakt, że poczatkujący
biegacz czynił błyskawiczne postępy i w krótkim czasie zyskał opinię
wschodzącej, lokalnej gwiazdy. Mimo pierwszych sukcesów jego rodzice z dużym dystansem przyglądali się nowej pasji syna.
- Co ci z tego. Zdrowie stracisz, nerwy poharatasz i tyle - mówili matka
i ojciec, próbując zniechęcić go do sportu.
Serię startów w roku 1927 zainaugurował zwycięstwem na 1500 m w biegu
przełajowym dla młodzieży szkolnej, gdzie dobiegł do mety w czasie
5:41,2. W kolejnym występie - zawodach crossowych ośrodka w.f. w Warszawie (3000 m) - zajął co prawda "tylko" drugie miejsce za Jerzym
Hnatykiem z Pogoni Lwów, ale porażkę powetował sobie w kolejnych
zmaganiach. Pewnie zwyciężył w organizowanym przez 21. Pułk Piechoty
Biegu dookoła Cytadeli (3500 m). Kusociński pokonał cały dystans w zwykłym obuwiu, ale nawet ta niedogodność nie przeszkodziła mu w dotarciu do mety ze sporą przewagą nad goniącym go zaciekle Celińskim z 3. Batalionu Strzelców oraz resztą stawki.
Równie dobrze radził sobie na bieżni. Był bezkonkurencyjny podczas
odbywającego się na obiekcie stołecznej Skry zlotu robotniczego,
wygrywając na 1500 oraz 3000 m. Trzeci triumf dorzucił w sztafecie
olimpijskiej (100+200+400+800 m), w której biegł na ostatniej zmianie i odrobił 80 metrów do prowadzącego zespołu. Na tym samym stadionie
ustrzelił dublet (800 i 1500 m) podczas robotniczych mistrzostw
Warszawy. Żółtodziób brylował i zwyciężał seriami, lecz stosowane przez
niego metody treningowe, dieta czy sam sposób rozgrywania biegów nosiły
w sobie duży bagaż dyletanctwa. Wskoczenie na wyższy sportowy poziom
wymagało od niego przyswojenia sporej dawki wiedzy teoretycznej i przekucia jej w praktykę. Ciężka praca, której Janusz się nie bał,
musiała być efektywna, a do tego niezbędna była profesjonalizacja
treningów. W tym celu zaczął podpatrywać i naśladować najbardziej
utytułowanych długodystansowców w stolicy. Długo wzorował się na
olimpijczyku z Paryża (1924), starszym wachmistrzu Stefanie
Szelestowskim, z którym wspólnie podjął próbę bicia rekordu Polski na
3000 m. Starszy z biegaczy uzyskał wynik 9:11, a "Kusy" dobiegł do mety
w mało imponującym czasie 9:20. Ambitny młodzieniec z pasją oddawał się
treningom, choć nie było to łatwe, gdyż uczęszczał do szkoły i codziennie musiał dojeżdżać do Warszawy.
W nagrodę za serię zwycięstw posmakował pierwszego zagranicznego startu.
W 1927 roku znalazł się w kadrze na igrzyska robotnicze w Pradze. W stolicy Czechosłowacji debiutant zdołał oprzeć się tremie i sprawił miłą
niespodziankę - dwukrotnie stanął na pudle. Wywalczył srebro w biegu na
1500 m oraz brąz na 800 m. Radość z sukcesu mąciło mu poczucie niedosytu
i czysta sportowa złość.
Reprezentacja Polski na igrzyska robotnicze w Pradze. Kusociński stoi w trzecim rzędzie od góry, pierwszy z prawej.
Wyczerpująca, ciągnąca się w nieskończoność podróż koleją w wagonie
trzeciej klasy oraz prymitywny prowiant nie sprzyjały budowaniu
optymalnej formy. Swoje trzy grosze dołożył też epizod barowy z udziałem
"Kusego" oraz innych kadrowiczów. W dniu startu grupka zawodników z orzełkiem na piersi wybrała się na obiad. W lokalu raczyli się lokalnym
przysmakiem - knedlikami, które zapijali piwem o złocistej barwie.
Krótko po wyjściu z knajpy Janusza ogarnęła senność, a ciało zrobiło się
dziwnie ociężałe. Z pomocą towarzyszy zdołał się zreanimować i doprowadzić do "względnej sprawności", ale na bieżni, gdy o zwycięstwie
decydowały detale oraz ułamki sekund, wcześniejsza chwila barowego
zapomnienia mogła przesądzić o jego porażce. Po powrocie do Polski
Kusociński zwrócił się w kierunku pełnej abstynencji, której - z małymi
przerwami - pozostał wierny przez całą sportową karierę.
Zagraniczny występ "Kusego" odbił się szerszym echem w Polsce. Młodzian
zaczął zyskiwać należny mu rozgłos, choć pod względem popularności wciąż
ustępował krajowej czołówce. Podczas jednego z biegów znajdował się na
czele stawki. Jeden z przypadkowych gapiów zapytał o nazwisko lidera, a w odpowiedzi usłyszał: "A, to ta Sarmata!".
W kolejnych tygodniach Kusociński nadal brylował - zwyciężył w biegach
na 800 i 1500 m podczas meczu Sarmata - Policyjne Koło Sportowe (26:22).
Wygraną odniósł też w biegu przełajowym w parku Saskim (2000 m) oraz w biegu ulicznym na 3150 m z okazji Dnia Młodzieży Robotniczej.
Zwycięstwami zapracował na przydomek "robotniczy Freyer". Młokos
podziwiał starszego, utytułowanego kolegę i żałował, że nigdy nie
wystąpił z nim razem na bieżni. Chciał jednak pozostać sobą - Januszem
Kusocińskim, a jeśli miał zostać ofiarą sportowych porównań, marzyła mu
się inna łatka. Pragnął być "polskim Nurmim". Fiński biegacz,
multimedalista olimpijski i multirekordzista świata, powoli stawał się
obsesją oraz motorem napędowym jego kariery.
W barwach Sarmaty Janusz poznał swojego wielkiego mentora. Objęcie przez
Klumberga sterów nad kadrą Biało-Czerwonych było najlepszym, co mogło
przytrafić się polskiej lekkiej atletyce. Przed estońskim coachem
postawiono cel jak najlepszego przygotowania naszych biegaczy, miotaczy
i skoczków do głównej imprezy czterolecia (Amsterdam 1928). Zarząd klubu
zadbał o to, aby dobrze rokujący lekkoatleta został włączony do grupy
podopiecznych Klumberga. Kusociński pod wpływem rad trenera zmienił
trening oraz podejście do startów. Czerpał pełnymi garściami z fińskiej
szkoły biegów opartej głównie na gimnastyce (której notabene bardzo nie
lubił!) oraz innowacyjnych w tamtych czasach interwałach. Jak wyglądał
serwowany mu przez Klumberga rozkład zajęć? Rano - gimnastyka poranna,
przynajmniej godzina, później pół godziny jazdy na skonstruowanym przez
niego rowerze stacjonarnym (z kołami niedotykającymi podłogi), po
południu treningi na bieżni w formule interwałowej polegającej na
pokonywaniu wyznaczonych odcinków w jak najwyższym tempie, przeplatanych
z tzw. odcinkami odpoczynkowymi, a wszystko uzupełnione na koniec dnia
masażami.
"Kochany Klumberg" (po lewej) tłumaczy swojemu podopiecznemu taktyczne
zawiłości biegu.
Początkowy strach przed mentorem szybko ustąpił pola sympatii, która
przerodziła się w relację typu ojciec - syn. Aleksander był co prawda
surowym, ale sprawiedliwym szkoleniowcem, serwującym swoim podopiecznym
"końskie" dawki przygotowań. Nikt poza "Kusym" nie był w stanie
wytrzymać pełnych obciążeń nakreślonego przez niego planu treningowego.
Pozostali adepci szybko się wykruszali, a Janusz pozostał sam z rozpiską
na polu walki. Początkowo samo jej czytanie wywoływało u niego mdłości.
Przemógł jednak lęk, zaczął wdrażać wszystkie zalecenia trenerskie, a efekty przyszły szybciej, niż przypuszczał.
Klumberg, który na początku swojej przygody z biało-czerwoną
reprezentacją słabo mówił po polsku, był typem szczególarza. Dbał o wszystkie, nawet najdrobniejsze elementy biegowego rzemiosła - od
sylwetki, przez pracę rąk i wydłużenie kroku, aż po samą strategię.
Uważał, że tym, co oddziela wielkich mistrzów od przeciętniaków, jest
umiejętność dobierania w każdym biegu odpowiedniej taktyki oraz
nielekceważenie nawet najsłabszego przeciwnika. Powtarzał jak mantrę, że
rywalizację na dłuższych dystansach wygrywa się nie na pierwszych trzech
okrążeniach, ale na ostatnich 200 metrach. Poza stadionem estoński
mistrz przybierał inną maskę. Był miłym, empatycznym człowiekiem z dużym
dystansem do siebie oraz swoich słabości. Otwarcie mówił o nadużywaniu
przez siebie mocnych trunków. Nazywał swojego ucznia "Januszkiem", a ten
wielokrotnie określał go mianem "kochanego Klumberga". Był kimś więcej
niż tylko trenerem. Był nauczycielem, masażystą, powiernikiem i przyjacielem "Kusego".
Sawaryn wygrywa zawody kontrowersyjnym rzutem na taśmę.
Na wiosnę 1928 roku forma Kusocińskiego mocno zwyżkowała. Sezon zaczął
co prawda sportowym rozczarowaniem - dalekim, dziewiątym miejscem w III
Biegu Narodowym Naprzełaj na Polu Mokotowskim (7000 m). Prestiżowe
zawody wygrał za sprawą dziwnego rzutu na końcowych metrach wielokrotny
medalista mistrzostw Polski na stadionie Roman Sawaryn. Zawodnik
lwowskiej Pogoni był szybszy od Józefa Jaworskiego z AZS Warszawa,
przyszłego wybitnego architekta, o tzw. urzędową pierś. Eksperci zżymali
się na nietypowy w tamtych czasach sposób przecięcia przez niego wstęgi
poprzez mocne wyrzucenie piersi do przodu. Część z nich uważała, że
zwycięzca powinien zostać za to zdyskwalifikowany.
W kolejnych startach gwiazda "Kusego" świeciła już pełnym blaskiem.
Wygrał w cuglach prestiżowy bieg przełajowy na terenie warszawskich
Łazienek (4000 m). Młodzian złapał wiatr w żagle, a jego talent został
dostrzeżony przez trenerów kadry, którzy zakwalifikowali go do drugiej
rezerwy olimpijskiej warszawskiego CIWF. Potwierdzeniem jego wysokiej
dyspozycji było odbywające się na stadionie stołecznej Skry trzydniowe
święto sportu robotniczego. Niespełna 21-letni lekkoatleta zdominował
rywalizację na dwóch dystansach 1500 i 5000 m. Był również członkiem
zwycięskiej sztafety olimpijskiej (100+200+400+800 m). Koniec sezonu
przełajowego ukoronował najniższym stopniem podium w silnie obsadzonym
IV Biegu Drużynowym o Puchar Magistratu m.st. Warszawy (2500 m) oraz
triumfem w zawodach organizowanych przez Orła Warszawa (3500 m).
Po przejściu na stadion "Kusy" nie utracił swoich walorów, a szczyt
formy przyszedł w najbardziej odpowiednim momencie. Najpierw nie miał
sobie równych na 800 m w zawodach o puchar Siedleckiego, a dwa tygodnie
później zwyciężył w oficjalnych mistrzostwach Warszawy na 5000 m z czasem 16:20. Drugi na mecie Józef Kowalski ze stołecznego Orła stracił
do niego dziesięć metrów. Do tego dorzucił srebro na 1500 m (za Feliksem
Malanowskim z AZS) oraz czwarte miejsce na nielubianym przez siebie
dystansie 800 m. Łatwa wygrana w jego biegowej specjalności potwierdziła
skuteczność metod treningowych Klumberga. Cieniem na jego sukcesie
położyła się kontuzja nogi, której nabawił się w trakcie zawodów.
Kusociński szybko wskazał winnego. Uważał, że odpowiada za nią
kierownictwo klubu, które nie zatrudniło masażysty na etat. Lider
Sarmaty wielokrotnie apelował o stały dostęp do "eksperta od mięśni",
ale Władysław Wilczyński (kierownik sekcji piłkarskiej) usilnie odmawiał
spełnienia jego prośby, wymierzając mu w ten sposób "sprawiedliwość" za
wcześniejsze rozstanie z futbolem.
Sukcesy widocznej na zdjęciu Haliny Konopackiej napędzały "Kusego" do
cięższej pracy.
Skurcze ścięgien coraz częściej uprzykrzały życie "Kusemu". Dobra forma
z początku wiosny stopniowo ulatywała, a kwalifikacje olimpijskie
zakończyły się dla przyszłego mistrza katastrofą. W biegu na 5000 m
dotarł do mety czwarty za Sawarynem, Marianem Sarnackim (Warszawianka) i Kowalskim. Pierwsza dwójka uporała się z granicą 16 minut (15:58,0 i 15:59,8), ale do uzyskania minimum uprawniającego do występu w Amsterdamie (15:25) zabrakło im sporo.
Honoru Biało-Czerwonych na Olympisch Stadion w Holandii broniły kobiety.
Gwiazda naszej kadry, wszechstronnie, choć nie tylko sportowo uzdolniona
Halina Konopacka sięgnęła po historyczny, pierwszy złoty krążek
olimpijski dla Polski. Triumf w rzucie dyskiem okrasiła nowym rekordem
świata - 39,62 m. Panowie zgodnie przepadali w eliminacjach lub
zajmowali odległe lokaty w tych konkurencjach, w których nie wyłaniano
finalistów i od razu rozdawano komplet medali.
Ambicja Kusocińskiego została podrażniona. "Przysięgłem sobie, że muszę
jej dorównać. Nie będziemy się wlekli w ogonie wyników słabej płci
pięknej!" - grzmiał w swojej autobiografii.
Przenosiny do lokalnego rywala - Warszawianki - miały być dla niego
przepustką do wielkiej, międzynarodowej kariery. Zmiana barw klubowych
wyraźnie mu posłużyła, choć sam "transfer" nie odbył się bez
komplikacji. Dwukrotnie składane podanie o zwolnienie spotkało się z brakiem reakcji ze strony władz Sarmaty. Cały proces udało się
sfinalizować dopiero po interwencji życzliwego mu kierownika sekcji
lekkoatletycznej RKS sprawującego również odpowiedzialną funkcję w strukturach WOZLA (Warszawski Okręgowy Związek Lekkoatletyczny).
Alfred Freyer na trasie biegu ulicznego.
W trakcie załatwiania formalności związanych z przenosinami klubowymi
biegacz skupiał się na treningach. Codziennie pokonywał trasę z rodzinnego Ołtarzewa, gdzie jego ojciec Klemens prowadził niewielkie
gospodarstwo rolne, na warszawską Agrykolę. Debiutancki start w barwach
Warszawianki przypadł na mistrzostwa Polski, których areną był stołeczny
park Sobieskiego. Występ "Kusego" na 5000 m był jednym z niewielu
jasnych punktów zmagań o krajowe tytuły. W połowie dystansu przewaga
młokosa nad rywalami wynosiła już dziewięć sekund. Siedzący na trybunach
Sawaryn krzyczał wniebogłosy, że tylko wariat mógłby wytrzymać takie
tempo. Na szczęście na bieżni Janusz miał w sobie coś z szaleńca i do
końca wytrzymał "wariacką" intensywność biegu. Na mecie zameldował się w czasie 15:41,0, poprawiając rekord Alfreda Freyera aż o 13 sekund! Jego
czas był też dużo lepszy od drugiego na mecie Sarnackiego (16:07) oraz
prognoz Klumberga (15:50). "Kusy" dominował, ale prawdziwe sportowe
zagrożenie dopiero się zbliżało. Już wkrótce miały się skrzyżować
ścieżki biegowe Janusza Kusocińskiego oraz Stanisława Petkiewicza.
Wydarzenie to wyznaczyło kierunki karier obu wielkich mistrzów.
Staszek
Stanisław Petkiewicz, a w zasadzie Sta?islavs Petk?vičs urodził się w listopadzie 1908 roku w Rydze w rodzinie z polskimi tradycjami, której
głową był posiadający "biało-czerwone" obywatelstwo J?zeps (robotnik, a pod koniec życia dozorca), a szyją matka J?lija Merkis (gospodyni
domowa, a pod koniec życia właścicielka sklepu spożywczego). Familię
uzupełniały trzy siostry: Helena, Jadviga i Leonora. Przyszły mistrz
bieżni nie był skazany na sportowy sukces. W rodzinie Petkiewiczów nie
było tradycji uprawiania aktywności fizycznej. Bakcyla do biegania
połknął w latach 20. poprzedniego wieku - najpierw z wypiekami na twarzy
śledząc przy radioodbiorniku olimpijską rywalizację w Paryżu, a potem
broniąc barw Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (YMCA). Przygodę
ze sportem kontynuował w miejskim gimnazjum w Rydze, którego mury
opuścił jako absolwent wraz z Leon?dsem J?nisem Ved?jsem, łotewskim
hokeistą, obrońcą, uczestnikiem IV Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku. Leon?ds pełnił wówczas zaszczytną
funkcję kapitana zespołu oraz chorążego reprezentacji swojego kraju. W gmachu tej samej szkoły kształcił się również znany łotewski szachista
Władimir Pietrow.
Właśnie tam Petkiewicz poznał słodko-gorzki smak pierwszych sukcesów i porażek. Po wygraniu wewnętrznych eliminacji na 1500 m wystartował w ogólnokrajowych zawodach. Zwyciężył w swoim przedbiegu na dystansie
jednego kilometra w czasie 3:03, ale w finale zrezygnował z walki o zwycięstwo po pokonaniu 600 metrów. Szkolni trenerzy szybko dostrzegli
jego talent biegowy. Wysoki i szczupły młodzieniec wyróżniał się
naturalną wytrzymałością, długim krokiem oraz wyjątkową płynnością
ruchów. Gdy pokonywał kolejne odcinki bieżni, wydawało się, że "płynie w powietrzu". Ojciec Staszka nie był przychylny biegowej pasji swojego
syna, ale zgodził się, w drodze wyjątku, na jego poranne treningi (ale
tylko przed wyjściem do szkoły). I tylko wtedy, jeśli nie będą one
kolidować z ciążącymi na nim obowiązkami (m.in. codzienne dojenie
krowy). Dopiero z czasem zaakceptował sportowe zacięcie swojej pociechy.
Na dystansie 5000 m Petkiewicz zadebiutował czasem 17:17. Rok później
uzyskał wynik o ponad minutę lepszy (16:13). Jesienią 1925 roku podczas
mistrzostw Łotwy wywalczył srebro na 10 000 m i brąz na dwukrotnie
krótszym dystansie. Bieganie w jego ojczyźnie nie było popularne, a Staszek mimo wielu osiągnieć pozostawał postacią na wskroś anonimową. Co
więcej, dla wielu postronnych obserwatorów jego treningi były przejawem
szaleństwa lub w najlepszym wypadku niezrozumiałego hobby. Staszek
wspominał, że gdy w długie zimowe wieczory pokonywał kolejne kilometry
wzdłuż szosy, padał ofiarą wielu szyderstw.
Pierwszy poważny międzynarodowy sprawdzian Łotysza nastąpił w 1927 roku.
Tak jak dla Janusza przełomem w karierze był wyjazd do Pragi, tak dla
Petkiewicza "testem prawdy" okazał się wojaż do... Polski! Odbywający się
w czwartek 26 maja w Warszawie trójmecz bałtycki pomiędzy Polską, Łotwą
i Estonią był długo wyczekiwanym i mocno nagłaśnianym przez prasę
wydarzeniem sportowym. Obok igrzysk olimpijskich oraz krajowych
mistrzostw to właśnie spotkania międzypaństwowe cieszyły się w tamtych
latach największą estymą. Biało-Czerwoni byli faworytem trójstronnej
konfrontacji i ze swojej roli wywiązali się bez zarzutu. Zdecydowanie
wygrali klasyfikację punktową (Polska - 142, Łotwa - 96, Estonia - 95),
ale więcej niż o samym wyniku mówiło się o biegu na 5000 m. Określono go
mianem "najciekawszego wydarzenia dwudniowych zawodów". Zdający w tym
czasie maturę 18-latek z Rygi był wyraźnie blady, a jego twarz i sylwetka wyglądały na sparaliżowane strachem. Gdy zmierzał na start,
ktoś z tłumu krzyknął w jego kierunku: - Murowany Freyer!
Porównanie go do polskiej legendy biegów wywołało dodatkową presję i spotęgowało stres u nastolatka. Na szczęście po starcie kontrolę nad
jego ciałem przejęła adrenalina. Trema momentalnie uleciała, a żywiołowy
doping z trybun dodał mu skrzydeł. Staszek pognał do przodu co sił w nogach. Cały dystans pokonał szybkim i równym tempem, unikając poważnych
kryzysów oraz momentów słabości. W końcówce skutecznie odpierał ataki
doświadczonych rywali. Na metę wpadł jako pierwszy w czasie nowego
rekordu Łotwy - 15:40,4. Tuż za nim kreskę przecięli ambitny Estończyk
Karl Lausson (15:42,0 - rekord kraju) oraz polski dominator Alfred
Freyer (15:46,2 - rekord życiowy). Sukces nastolatka oklaskiwano przez
kilka minut na stojąco. W biegu na 1500 m był bliski kolejnego triumfu.
Jako jedyny obcokrajowiec w stawce zdołał utrzymać tempo polskich
"średniaków". Niestety na ostatniej rundzie poniosła go młodzieńcza
fantazja. Finalny zryw przeprowadził zdecydowanie za wcześnie, około 200
metrów przed metą. Jego przyszli klubowi koledzy z Warszawianki,
doświadczeni Feliks Malanowski i Czesław Foryś, nie zwykli marnować
takich okazji. Wyczekali na sprzyjający moment, po czym skontrowali i wyprzedzili na ostatniej prostej słabnącego lidera. Petkiewicz mocno
przeżył porażkę, ale specjaliści byli zgodni - na ich oczach rodził się
wielki talent!
W gronie uczestników trójmeczu poza młodymi wilczkami znaleźli się
również starzy wyjadacze z wciąż aktywnym zawodniczo Aleksandrem
Klumbergiem na czele. Dziesięcioboista miał mnóstwo roboty. Rywalizował
w skoku wzwyż, rzucie dyskiem i skoku o tyczce. W pierwszej ze
wspomnianych konkurencji popisał się wyjątkową próżnością. Estoński as
zdecydował się oddać szereg skoków próbnych jeszcze przed oficjalnym
rozpoczęciem rozgrzewki. W efekcie mocno zadrapał nawierzchnię, co
utrudniało innym późniejszą rywalizację. Klumberg skakał w Warszawie
pięknie technicznie, ale nisko. Do zwycięstwa wystarczyło mu pokonanie
poprzeczki zawieszonej na wysokości 170 cm. Dla porównania ówczesny
rekord świata należał do dwukrotnego mistrza olimpijskiego z Paryża
(skok wzwyż i dziesięciobój), Amerykanina Harolda Osborna, który trzy
lata wcześniej zaliczył udaną próbę na 203 cm.
W kolejnych tygodniach Stanisław nadal błyszczał. W zawodach na otwarcie
stadionu w Tallinie zafundował sobie końską dawkę biegania. Trudy
podróży "zwalczył" masażem, po którym poczuł się znacznie lepiej.
Pierwszego dnia wygrał biegi na 1500 m (4:19,1) oraz 5000 m (16:12,3).
Drugiego dorzucił triumf na 3000 m w czasie lepszym od rekordu Estonii
(9:11). Emocje na trybunach sięgnęły zenitu. Kilka tysięcy kibiców
zaczęło głośno skandować: "Mały Nurmi! Mały Nurmi!". Staszek nie
spoczywał na laurach i rozkręcał się w kolejnych startach.
W Kopenhadze na międzynarodowych zawodach Związku Chrześcijańskiej
Młodzieży Męskiej (YMCA) dobiegł do mety na 5000 m na drugim miejscu w czasie poniżej 16 minut (15:26). Dwa tygodnie później zwyciężył w Kłajpedzie (Litwa) w biegu na 3000 m (9:04,9) podczas imprezy
organizowanej przez tamtejszy klub Spielvereinigung Memel w międzynarodowej obsadzie (zawodnicy z Prus Wschodnich, Estonii, Litwy i Łotwy). Jego ostatnie sukcesy zaczęły budzić podziw również poza
granicami kraju. Petkiewicz oraz skoczek w dal Arnolds Rudzitis (który
dwa lata później jako pierwszy Łotysz przekroczy odległość siedmiu
metrów) dostali zaproszenie na międzynarodowy mityng w Królewcu
(aktualnie Kaliningrad). Działacze z Rygi nie chcieli zakłócać
olimpijskich przygotowań liderów swojej kadry i odrzucili intratną
propozycję startu. Staszek powetował sobie zagraniczną absencję podczas
IV Łotewskiej Olimpiady i Mistrzostw Lekkoatletycznych, gdzie dokonał
historycznego wyczynu - ustrzelił "hat tricka", zwyciężając na trzech
dystansach (1500, 5000 i 10 000 m).
Na początku sierpnia "Mały Nurmi" poznał smak rywalizacji ze swoim
"starszym bratem". "Wielki Niemowa", jak nazywano w Finlandii Paavo
Nurmiego, przyjechał do Rygi sprawdzić możliwości tamtejszych biegaczy.
W obawie przed kompromitacją organizatorzy zastosowali sprytny fortel.
Namówili reprezentanta kraju Suomi na nietypowy pojedynek na dystansie
3000 m z zespołem sztafetowym (3 × 1000 m) w składzie: Rihards
Dekšenieks (późniejszy trener koszykarskiej kadry tego kraju), Nikolajs
M?zis (najlepszy łotewski średniodystansowiec, a później wieloletni
dziennikarz sportowy) i Petkiewicz na ostatniej zmianie. Wynik
rywalizacji zdawał się z góry przesądzony, ale fiński mistrz z uśmiechem
na twarzy przyjął nietypowe wyzwanie. Nurmi robił, co mógł, żeby
przeciąć wstęgę jako pierwszy, ale dotarł do mety około 120 metrów za
Staszkiem. Po biegu Petkiewicz podszedł do wielkiego rywala i nieśmiało
wyciągnął dłoń w jego kierunku. Fin mimo zmęczenia zdobył się na szczery
uśmiech i poklepał go koleżeńsko po ramieniu.
Kilka lat po pierwszym starciu Petkiewicz z Nurmim zmierzyli się w Polsce.
Droga do olimpijskiego starcia z Nurmim w Amsterdamie wiodła przez
odbywające się w czerwcu 1928 roku krajowe kwalifikacje. Nastolatek miał
sporą przewagę nad rywalami, a jego zwycięstwo miało być formalnością.
Staszek był jednak daleki od wieszania medali na szyi przed startem.
Wiedział, że sport rządzi się swoimi prawami. Wystarczył jeden moment
słabości, niespodziewany ból brzucha czy skurcz mięśni, aby zniweczyć
trud wielomiesięcznych przygotowań. Na szczęście dla niego bieg na 3000
m przebiegł zgodnie z planem. Petkiewicz wygrał w czasie nowego rekordu
Łotwy (8:57,7), pieczetując tym samym swój wyjazd do Holandii. Po
otrzymaniu nominacji dołączył do szerokiej lekkoatletycznej kadry Łotwy
złożonej ostatecznie z 14 sportowców.
Na starcie olimpijskiego biegu na 10 000 m pojawiło się 24 śmiałków,
spośród których Staszek liczył najmniej wiosen. Na najdłuższym ze
stadionowych dystansów organizatorzy nie zarządzili eliminacji.
Zdecydowano się na jeden wyścig w pełnej obsadzie. Kilkanaście minut
przed startem nerwy przejęły pełną kontrolę nad ciałem i umysłem
łotewskiego debiutanta. Petkiewicz czuł wielką jak pięść gulę w gardle,
a serce waliło mu jak oszalałe. Atmosfera wielkiego olimpijskiego święta
od momentu przekroczenia wrót stadionu mocno go przytłaczała. W odróżnieniu od niego Nurmi wydawał się kompletnie niewzruszony powagą
imprezy. Tuż przed startem zachowywał stoicki spokój i wyglądał na
całkowicie zrelaksowanego - jakby zaraz miał ruszyć na codzienny,
poranny rozruch.
Portret Petkiewicza z czasów amsterdamskich igrzysk.
Trwający nieco ponad pół godziny bieg Skandynawowie rozegrali na
własnych zasadach. Zgarnęli wszystkie miejsca na podium. Wygrał Paavo
Nurmi przed swoim rodakiem Ville Ritolą oraz Szwedem Edvinem Wide.
Olimpijski debiut nie ułożył się po myśli Łotysza. Młodzian padł ofiarą
swojej... kreatywności. Już na stadionie wpadł mu do głowy szalony pomysł.
Tuż przed startem chwycił za nóż i za jego pomocą zdjął skórę z obcasów
swoich butów. Kosmetyka obuwia miała poprawić czucie nawierzchni i sposób poruszania się po żużlu.
Efekt był jednak odwrotny do zamierzonego. Petkiewiczowi z upływem czasu
biegło się coraz ciężej. Na domiar złego pomylił się w obliczeniach i zatrzymał się przed ostatnią rundą, sądząc, że ukończył zawody. Od
dyskwalifikacji uchronił go jeden z rywali. Łotysz poczuł delikatne
uderzenie w ramię. Odwrócił się, a jeden z mijających go zawodników
rzucił w jego kierunku, że ten musi pokonać jeszcze jedną pętlę
stadionu. Staszek głęboko westchnął. Nie tak wyobrażał sobie olimpijski
debiut. Resztką sił zerwał się do biegu, ale przez swoje gapiostwo
stracił około 20 sekund. Zmęczony i zrezygnowany dotarł do mety wolnym
tempem, bez sprinterskiego finiszu. Uzyskany czas (32:48,6) wystarczył
do zajęcia odległej 15. pozycji.
Petkiewicz w momencie startu biegu eliminacyjnego na dystansie 5000 m,
czwarty z lewej.
Nastolatek szybko wymazał z głowy nieudany start. Gdy kilka dni później
stanął na kresce biegu kwalifikacyjnego na 5000 m, wcześniejsze
rozczarowanie zastąpiła sportowa złość. W każdej serii eliminacyjnej
awans do finału uzyskiwało pierwszych czterech na mecie. Łotysz nie miał
zamiaru kalkulować i wdawać się w niepotrzebne przepychanki w peletonie.
Od pierwszych metrów wspólnie z Amerykaninem Leo Lermondem, który
kontynuował rodzinne biegowe tradycje (jego brat George startował na
igrzyskach w 1924 roku), narzucili szybkie tempo.
Przedstawiciel USA przeciął linię mety jako pierwszy - 0,3 s przed
debiutantem. Wynik Petkiewicza (15:02,9 lub 15:03,0 w zależności od
źródła) był lepszy od dotychczasowego rekordu Łotwy, ale nie mógł zostać
zapisany w krajowych annałach. Wszystko z powodu nielogicznych przepisów
tamtejszej federacji, według których rekordy kraju można było bić
wyłącznie... na jego terenie! Za Staszkiem do kreski dobiegli Fin Eino
Purje (15:03,6) oraz Szwed Ragnar Magnusson (15:03,8) i to oni zdobyli
duże "Q".
Finałowa potyczka o olimpijską chwałę odbyła się trzy dni później, a jej
przebieg do złudzenia przypominał ten z dłuższego dystansu. Komplet
medali rozdzielili między sobą Skandynawowie. Ritola zrewanżował się
Nurmiemu za porażkę sprzed kilku dni. Najniższe miejsce na podium
ponownie zagarnął Szwed Edvin Wide. Petkiewicz skutecznie okiełznał
swoją emocjonalną, biegową naturę. Wszystkie rundy pokonywał równym
tempem, choć rywale wielokrotnie prowokowali go do zrywów swoimi
atakami. Do mety dobiegł na siódmym miejscu w czasie 15:04,0.
W Amsterdamie, a właściwie w drodze na igrzyska Petkiewicz rozpoczął
swoją przygodę z dziennikarstwem, którą później z powodzeniem
kontynuował w Polsce. Wspólnie z dwoma łotewskimi lekkoatletami
postanowili zabić nudę, przygotowując i wydając gazetkę ścienną o enigmatycznym tytule "Smutne słowo". W trzyosobowej redakcji Staszek
pełnił odpowiedzialne stanowisko sekretarza.
Ostatnie miesiące przygotowań olimpijskich Petkiewicza nie były wolne od
trosk. Łotysz był mocno skonfliktowany ze swoim związkiem. Zatarg
przybierał na sile, a nastolatek, nie widząc innej opcji, coraz
poważniej rozważał rozbrat ze sportem lub... emigrację. Szansa na zmianę
barw narodowych pojawiła się w Amsterdamie. W wiosce olimpijskiej
Staszek zaprzyjaźnił się ze specjalistą od krótkiego i przedłużonego
sprintu (100, 200 i 400 m) Feliksem Żuberem oraz "średniakiem" Czesławem
Forysiem (późniejszym prezesem PZLA). Obaj usilnie namawiali go na
przyjęcie polskiego obywatelstwa.
Perspektywa lepszych warunków treningowych oraz mocniejszych rywali
okazała się nader kusząca. Decyzja o emigracji zapadła po powrocie na
Łotwę. Petkiewicz podjął starania w celu uzyskania polskiego paszportu.
Oficjalnym pretekstem dla jego przenosin była chęć studiowania w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. We wrześniu
1928 roku olimpijczyk pojawił się w stolicy, zasilając szeregi
Warszawianki. Zasłużony klub kompletował prawdziwy lekkoatletyczny dream
team, który przez lata miał dominować na krajowej arenie, a Staszek
napisać swój piękny biegowy rozdział z olimpijskim happy endem. Życie
napisało jednak inny scenariusz.
Zarzewie (1928 rok)
Tragiczna śmierć ośmiokrotnego mistrza kraju Alfreda Freyera wstrząsnęła
polską lekkoatletyką. Wybitny sportowiec, czternastokrotny rekordzista
kraju na ośmiu dystansach, zginął w pożarze w zamku w Dzikowie (obecnie
jedna z dzielnic Tarnobrzegu) w grudniu 1927 roku, próbując ratować
bezcenne dzieła literackie z biblioteki należącej do magnackiego rodu
Tarnowskich. Powstała wyrwa miała pozostać niezasklepiona przez dłuższy
czas, a rekordy Freyera trwać przynajmniej dekadę. W 1928 roku talent
"Kusego" eksplodował jednak z niesłychaną mocą. Młody gwiazdor nie miał
litości dla świętej pamięci mistrza i w ciągu kilku miesięcy wymazał
wszystkie najlepsze osiągnięcia Freyera z krajowych tabel. Na krajowym
podwórku nie miał godnych siebie rywali, a jego dominacja była
bezsprzeczna.
Szeroko anonsowany w Polsce Petkiewicz miał wejść w buty godnego
przeciwnika dla Kusocińskiego. Nic więc dziwnego, że jego przyjazd do
stolicy urósł do rangi jednego z najważniejszych wydarzeń sportowych
roku, a kibice i dziennikarze odliczali dni do jego przybycia. Po
występie w Amsterdamie Staszek zyskał opinię najlepszego europejskiego
biegacza poza Skandynawią. "Kusy" i Petkiewicz byli świetni w swoim
fachu i na tym właściwie ich podobieństwa się kończyły. Łotewski
młodzian szybko zyskał sympatię kibiców oraz przychylność rodzimej
prasy. Był sprawnym i cierpliwym rozmówcą, a w wywiadach często
podkreślał umiłowanie dla nowej ojczyzny oraz chęć kultywowania
używanego w rodzinnym domu języka polskiego. W Rydze nauczył się również
języka niemieckiego, a w późniejszym okresie przyswoił podstawy
angielskiego i francuskiego, dzięki czemu - jak wspominała jego córka -
mógł czytać gazety wydawane w tych językach. Pochodził ze zubożałej
szlacheckiej rodziny. Posiadał salonowe obycie, naturalną ogładę oraz
gruntowne wykształcenie, co czyniło z niego idealnego kandydata na
ulubieńca publiki, czyli dzisiejszego celebrytę. Lubił popularność i łatwo nawiązywał kontakty.
"Kusy" był jego antytezą. Nie lubił się uczyć, a edukację zakończył w Państwowej Średniej Szkole Ogrodniczej bez matury (świadectwo
dojrzałości zrobił eksternistycznie dopiero w 1937 roku). Cierpiał na
chorobliwą nieśmiałość, co skłaniało go do częstych ucieczek w samotność. Sport był dla niego jedynym skutecznym remedium na głęboko
zakorzenione kompleksy. W kontaktach towarzyskich brakowało mu ogłady.
Roman Szreniawa, uczestnik powstania warszawskiego, wspominał: - Cóż,
moja ciotka Felicja Wójcicka, która bywała na rautach "Warszawianki",
powtarzała, że to nie był łatwy człowiek. Czasem niemiły, nawet
opryskliwy.
Różnice uwidaczniał też ich wygląd. Łotysz imponował sylwetką. Był
wysokim, szczupłym, a przy tym doskonale umięśnionym atletą z łydkami
wprost stworzonymi do trwałego wysiłku. Styl jego biegania
przeciwstawiano prymitywnemu sposobowi pokonywania dystansu przez śp.
Freyera czy Kusocińskiego, o którym "Przegląd Sportowy" napisał, że...
"nie wie co to taktyka, nie wie jakie tempo może wytrzymać, nie umie
jednym słowem biegać. Kusociński ma tylko serce, płuca i mięśnie, tak
jak miał je Freyer". Petkiewicz na bieżni przypominał Finów - Nurmiego i Ritolę. Miał długi krok (około 210 cm), wysoko ugięte ręce, co
uzupełniał silną pracą bioder przy lekko pochylonej, opadającej na pięty
sylwetce. Umiejętność efektywnego i stylowego biegania zawdzięczał pracy
z Vilisem Cimmermanisem, łotewskim średnio- i długodystansowcem,
uczestnikiem igrzysk w Paryżu (1924) oraz Amsterdamie (1928). Janusz
wyróżniał się niskim wzrostem, nieproporcjonalną sylwetką oraz krzywym
nosem, który był efektem... jego własnej niefrasobliwości. "Kusy", jak
większość rówieśników, trzymał ręce w kieszeniach i wypychał je różnymi
drobiazgami, robiąc w nich dziury. Zapobiegliwa matka zaszyła kieszenie,
dlatego Janusz nie miał gdzie trzymać chusteczki. W efekcie zaczął
wycierać nos rękawem prawej ręki, przez co ten wykrzywił się w prawą
stronę.
Delikatna chrząstka szybko stwardniała, zapewniając mu "pamiątkę" na
całe życie. Jego matka próbowała wszelkich sposobów, aby nos syna wrócił
na "stare" miejsce. Te jednak - począwszy od kompresów, a skończywszy na
tarmoszeniu nosa - okazały się nieskuteczne. Niektórzy twierdzili, że
wygląda jak bokser, a nie lekkoatleta. W biegu "Kusy" nie grzeszył
gracją, a z zakładanej podczas startów i traktowanej w kategorii
talizmanu czapki długo szydzono na łamach gazet. Specyficzne nakrycie
głowy w barwach klubowych Warszawianki, do złudzenia przypominające
czepek pływacki, zostało uszyte przez kulomiotkę i miotaczkę Irenę
Schabińską. Choć u niektórych budziło uśmiech politowania, to i tak nie
było w stanie równać się z wcześniejszym nakryciem "Kusego" zrobionym z...
damskiej pończochy! Co ciekawe, noszenie przezabawnej czapki
doprowadziło biegacza do konfliktu z jednym z działaczy sportowych.
Kierownik naszej lekkoatletycznej kadry Franciszek Ślachciak pytał: "Jak
w czymś takim można się ludziom pokazywać?".
Zdjęcie portretowe "Kusego", na którym widać jego skrzywienie nosa.
Janusz nie przejmował się docinkami i ani myślał rezygnować z tej
nietypowej formy zapewnienia sobie pomyślności i szczęścia. Niektórzy
twierdzili, że nakrywanie przez niego głowy było próbą wzorowania się na
znanej ze swojego nieodłącznego czerwonego beretu Konopackiej, która
święciła w tym czasie międzynarodowe triumfy i była jedną ze sportowych
inspiracji "Kusego". Zresztą nie tylko czapka miała zapewnić mu fart.
Podobno na późniejsze zagraniczne starty zabierał ze sobą... podkowę! W warszawskich Łazienkach, gdzie pracował jako ogrodnik, znajdowały się
stajnie, dlatego możliwe, że akurat w tej anegdocie ukryte jest większe
ziarno prawdy.
Koščák nie miał sobie równych w Czechosłowacji na dłuższych dystansach.
Zanim doszło do "bratobójczego", premierowego pojedynku Kusocińskiego z Petkiewiczem, ten pierwszy sprawdził formę w meczu z Czechosłowacją w Pradze o Puchar Ministra Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Augusta
Zaleskiego. Polsko-czeską batalię rozstrzygnęliśmy na naszą korzyść
jednym punktem (79:78). Pierwszego dnia Janusz startował na nietypowym
dla siebie dystansie 1500 m i dotarł do mety trzeci w czasie 4:14,8.
Drugiego dnia jego dominacja była bezsprzeczna. Z rekordowego wyniku na
5000 m urwał kolejnych siedem sekund, uzyskując rezultat 15:34,0.
Dodatkowo okrasił go niespodziewanym zwycięstwem nad doświadczonym i uznanym na Starym Kontynencie biegaczem gospodarzy Jozefem Koščákiem,
którego ograł też jego rodak - Rudolf Tajbl.
Urodzony w Koszycach lekkoatleta zwany powszechnie "Baraszką"
legitymował się lepszą życiówką od "Kusego" aż o 17 sekund, ale w bezpośrednim starciu z Polakiem okazał się bezradny. Koščák, podobnie
jak jego pogromca, zaczynał sportową przygodę od piłki nożnej. Później
porzucił ją na rzecz kolarstwa i zapasów, aby w końcu trafić w czułe
objęcia "królowej sportu".
W Pradze Kusociński odniósł też inny sukces. Przełamał wrodzoną
nieśmiałość i wypił bruderszafta z Klumbergiem, co ostatecznie
usankcjonowało ich przyjacielską relację.
Na warszawskim dworcu zebrał się spory tłum gapiów. Wśród oczekujących
na przyjazd Staszka byli dziennikarze, kibice, przedstawiciele PZLA oraz
część kadry Warszawianki z "Kusym" na czele. Pociąg powolnie wtoczył się
na peron, a po chwili z jednego z wagonów wyłoniła się przystojna,
budząca sympatię i szybsze bicie serca u kobiet twarz Petkiewicza.
"Kusy" przejął obowiązki gospodarza i pewnym krokiem podszedł do nowego
klubowego kolegi, ucinając z nim krótką pogawędkę.
Dzień później Staszek przedstawił się stołecznej publice. Nastolatek
został zgłoszony do startu na nieolimpijskim dystansie 3000 m podczas
zawodów na Agrykoli. Bieg odbywał się poza konkurencją w ramach
lekkoatletycznego meczu juniorów stołecznej Polonii z Warszawianką.
Forma Petkiewicza stanowiła dla wszystkich zagadkę. Tuż przed podróżą do
Polski podczas mistrzostw Łotwy sięgnął po cztery tytuły indywidualne
oraz jeden w sztafecie. Sukces kosztował go jednak sporo zdrowia oraz
nerwów, niosąc za sobą pokaźny emocjonalny bagaż. Żywiołowo reagujące
tłumy znały bowiem kulisy "emigracji" Petkiewicza. Niezadowolone z jego
przenosin przez całe zmagania uprzykrzały mu życie głośnym buczeniem
oraz gwizdami. Zmęczenie psychiczne w połączeniu z trudami podróży mogły
skutkować chwilową obniżką jego sportowej dyspozycji. Problemy nie
ominęły też "Kusego". W dniu zawodów wczesnym rankiem towarzyszył
weterynarzowi podczas oględzin konia w stajni na terenie warszawskich
Łazienek. Schorowana szkapa nieopatrznie stanęła biegaczowi na stopie,
przygniatając jeden z palców. Kontuzja nie była poważna, ale wymagała
kilkudniowego "rozbratu" ze sportem. Janusz próbował wymusić u kierownika sekcji lekkoatletycznej Warszawianki Tadeusza Suchorzewskiego
zgodę na absencję, ale ten był nieprzejednany, wskazując na propagandowy
wymiar ich pojedynku.
Gdy obaj stanęli na kresce i delikatnie pochylili się do przodu,
publiczność wstrzymała oddech, a stadion ogarnęła przejmująca, trwająca
kilka sekund cisza. Przerwał ją wystrzał pistoletu, po którym oszczędni
dotychczas w okazywaniu emocji kibice dali upust niepohamowanej energii.
Zaczęli głośno krzyczeć i wiwatować na cześć dwóch śmiałków. Szybciej na
wystrzał zareagował Kusociński. Niższy z uczestników spektaklu
momentalnie zerwał się do przodu, zapominając o tremie oraz drobnym
urazie. "Kusy" prowadził bieg w mocnym tempie, a podążający za nim
Staszek z upływem dystansu coraz gorzej znosił trudy pojedynku. Im
bliżej mety, tym grymas bólu i zmęczenia na jego twarzy malował się
coraz wyraźniej. Na ostatnim wirażu przed finałową "setką" przez trybuny
przetoczył się głośny pomruk niezadowolenia. Gasnący w oczach Petkiewicz
nagle przeszedł do marszu, a po chwili z głową nisko zwieszoną opuścił
bieżnię! "Kusy" nerwowo spojrzał za siebie. Był zdezorientowany i wytrącony z równowagi. Przeszło mu nawet przez myśl, żeby przerwać bieg
i zapytać rywala, dlaczego ten poddał starcie bez walki. Szybko jednak
odgonił ten pomysł, skupiając się na dalszej rywalizacji. Wciąż
dysponował sporym zapasem sił, czemu dał wyraz na ostatniej prostej.
Momentalnie przyspieszył, a jego zryw ponownie podniósł temperaturę na
trybunach. Na mecie zmierzono mu czas 8:54,2, który był lepszy aż o 14
sekund od dotychczasowego rekordu Polski śp. Freyera.
Grupka dziennikarzy osaczyła po biegu obu mistrzów. Jeden i drugi w wywiadach prześcigali się we wzajemnym komplementowaniu, ale pod maską
dyplomacji oraz kurtuazji skrywali budzące się w nich prawdziwe uczucia
spowite coraz gęstszą mgiełką chłodu. Potwierdził to "Kusy" w swoich
pamiętnikach: "Już pierwsze spojrzenie Petkiewicza, jakim mnie obdarzył,
nie wróżyło nic dobrego. Wyczytałem w jego oczach zawiść i zazdrość".
Tydzień później liderzy Warszawianki mierzyli się w korespondencyjnym
pojedynku na dystansie półtora kilometra. Organizowane przez Towarzystwo
Eugeniczne propagandowe zawody o Puchar Electroluxu miały szeroką
obsadę. Topowych biegaczy przydzielono do trzech różnych serii, a o końcowym triumfie decydował najlepszy rezultat. Nietypowa formuła
rywalizacji, popularna głównie w Stanach Zjednoczonych oraz krajach
anglosaskich, faworyzowała klasycznych tempowców lubiących i potrafiących samotnie walczyć z upływającymi sekundami. Do mety
najszybciej dotarł Kusociński, w czasie 4:10,8. Za jego plecami panował
duży ścisk. Drugi Petkiewicz uzyskał wynik 4:11,0, natomiast trzeci
Malanowski - 4:12 (inne źródła podają zwycięstwo "Kusego" nad
Malanowskim bez udziału Petkiewicza w zawodach).
Forma Janusza stale rosła. W Wilnie podczas meczu między Warszawą a reprezentacją gospodarzy najpierw skonsumował przystawkę do dania
głównego, wygrywając rywalizację na 1500 m w czasie 4:06,8 (niewiele
gorszym od rekordu Polski Forysia). Natomiast chwilę później oddał się
uczcie na swoim koronnym dystansie 5000 m. To, co nie udało mu się w biegu średnim, stało się faktem w jego specjalności. Rekordowy wynik
(15:17,8) zapisał się w polskich annałach, nie odstając poziomem od
czasów światowej czołówki. Przewaga zwycięzcy na mecie nad drugim w stawce Sarnackim sięgnęła niemal długości całej rundy (dokładnie 360
metrów). Co więcej, rezultat został osiągnięty w warunkach przejmującego
chłodu i deszczu, co zmusiło "Kusego" do rozpoczęcia zmagań... w swetrze!
Nic więc dziwnego, że początkowo sędziowie podchodzili do jego rekordu z dużą dozą podejrzliwości. "Winą" za doskonały wynik obarczali błędny
pomiar czasu bądź pomyłkę przy liczeniu okrążeń. Proces ratyfikacji
rekordu trwał dłużej niż powinien, ale w końcu znalazł szczęśliwy finał!
"Kusy" błyszczał, choć systematyczność jego treningów pozostawiała wiele
do życzenia. Podczas pełnionej w batalionie administracyjnym 3. Kompanii
na Pradze (21. Pułk Piechoty) służby wojskowej nie był w stanie łączyć
swoich żołnierskich obowiązków z reżimem regularnych zajęć biegowych.
Tymczasem zbliżała się kolejna okazja do potwierdzenia supremacji na
bieżni. Otwarcie obiektu sportowego Orła na warszawskim Grochowie miały
uświetnić zawody lekkoatletyczne. Boisko piłkarskie z pełnowymiarową i jedyną sześciotorową bieżnią w stolicy, zbudowane według planów
inżyniera Serwatyńskiego, prezentowało się naprawdę okazale! Kryte
trybuny mogły pomieścić tysiąc widzów. Pod nimi "schowany" był budynek
klubowy wraz z szatniami i natryskami. Na terenie obiektu znajdowały się
również place do innych gier sportowych. Wygospodarowano też miejsce na
korty tenisowe.
Uroczystość otwarcia, na którą składało się szereg przemówień i defilada
zawodników, zgromadziła całą rzeszę znamienitych gości ze świata sportu,
polityki i kultury. Punktem kulminacyjnym wydarzenia był rewanżowy
pojedynek dwóch wielkich mistrzów na dystansie 3000 m. Obaj czuli w nogach trudy całego sezonu, dlatego kilka dni wcześniej ustalili
scenariusz rywalizacji! "Kusy" pisał w swoich pamiętnikach, że mieli
biec wspólnie w średnim tempie aż do ostatniej prostej, a na finiszu
zdać się na los oraz sprinterskie umiejętności. W dniu zawodów w drodze
na stadion Janusz próbował potwierdzić z kolegą wcześniejsze ustalenia.
Ten jednak zmienił zdanie i odmówił udziału w "reżyserowanym spektaklu".
Stwierdził, że powalczy o dobry wynik, a wszelkie układania się przed
startem są według niego sprzeczne z ideą fair play! W Kusocińskim
momentalnie narosła złość. Z trudem trzymał nerwy na wodzy, a na usta
cisnęło mu się wiele cierpkich i niecenzuralnych słów. Ostatnio mało
trenował, jego forma była zatem daleka od życiowej, ale nie zamierzał
poddać się bez walki. Postanowił dać z siebie 120 procent, nawet jeśli
miałby doprowadzić organizm do skrajnego wycieńczenia. Szykował się
pojedynek na śmierć i życie.
Początkowo wszyscy zawodnicy biegli w zwartej grupie. Po dwóch
okrążeniach mistrzowie oderwali się od reszty stawki. Na kolejnych
rundach zmieniali się na prowadzeniu, ale żaden z nich nie ryzykował
poważnych prób ucieczki. Gdy zabrzmiał dzwonek na ostatnią pętlę, w Petkiewicza wstąpiły nowe siły. Łotysz przeszedł do sprintu i 200 metrów
przed metą zaczął oddalać się od swojego towarzysza. Niesiony żywiołowym
dopingiem przeciął wstęgę w czasie 8:54,2, wyrównując rekord Polski
"Kusego". Dotychczasowy rekordzista zmęczony ciągłymi atakami na
wirażach odpuścił końcówkę biegu. Ukończył zmagania sześć sekund za
plecami zwycięzcy (9:00,2). Pojedynek na trzeciorzędnym mityngu na
Grochowie był przełomem i punktem zwrotnym w ich dotychczasowych
relacjach. Sympatia szybko odeszła w zapomnienie. Zastąpiła ją czysta
nienawiść. Co gorsza, żadna ze stron nie zamierzała dłużej kryć się ze
swoimi prawdziwymi uczuciami. Kusociński i Petkiewicz stanęli na progu
otwartej wojny, nie szczędząc sobie przy tym złośliwości. Staszek w kolejnych miesiącach używał szerokiej palety złośliwych przezwisk wobec
przeciwnika. W dostępnym arsenale inwektyw znalazły się między innymi:
"niedouczony karzeł", "prymityw", "krzywy nos", "zabobonny idiota" czy
"brzydki Januszek". Odbiorca tych epitetów również nie pozostał mu
dłużny.
Po zawodach na stadionie Orła obaj zostali włączeni do kadry na
prestiżowy, wyjazdowy mecz Warszawy z Lwowem. Drugie z miast w pierwszych powojennych latach mocno świeciło na krajowej
lekkoatletycznej scenie. Potwierdzeniem lwowskiej dominacji były obfite
medalowe plony podczas odbywającego się tam krajowego czempionatu w 1922
roku. Kolejne lata nie były już jednak tak tłuste dla Lwowa.
Niedożywianie lokalnej młodzieży oraz zmierzch starej gwardii mistrzów z wybitnym Wacławem Kucharem (wielokrotnym mistrzem Polski w kilku
lekkoatletycznych konkurencjach) na czele sprawiły, że szala krajowego
prymatu zaczęła stopniowo przechylać się na korzyść stolicy. W kolejnych
sezonach klasowych zawodników wywodzących się z tego miasta można było
policzyć na palcach jednej ręki.
Przeprowadzenie zawodów organizowanych przez Związek Obrońców Lwowa,
celem uczczenia dziesiątej rocznicy obrony tego miasta oraz
niepodległości Polski, utrudniała kapryśna aura. Dwudniowa rywalizacja
toczona była w niskich temperaturach oraz przy bardzo porywistym
wietrze. Niesprzyjające warunki pogodowe, jak i konkurencja w postaci
innych wydarzeń sportowych w mieście (między innymi wyścig motocyklowy
oraz spotkanie piłkarskie Cracovia - Hasmonea Lwów) nie odstraszyły
kibiców, którzy zapełnili stadion Pogoni do ostatniego miejsca.
Procedury związane z przyznaniem Staszkowi obywatelstwa przeciągały się
w czasie, dlatego Łotysz nie mógł oficjalnie wesprzeć Biało-Czerwonych.
W biegu na 5000 m startował poza konkursem.
W pojedynku, którego stawką był prestiż i uwielbienie kibiców, faworyci
przez cały dystans nie spuszczali z siebie wzroku. Większość rund
pokonali jeden za drugim, depcząc sobie niemal po piętach. Z marazmu
pierwszy wyrwał się Petkiewicz. Na ostatniej rundzie wydłużył krok i wielkimi susami oddalił się od słabnącego w oczach rywala. Wygrał w dobrym czasie 15:31,6, lepszym od oficjalnego rekordu kraju. Drugi na
mecie Kusociński, czujący w nogach wcześniejszy start na 1500 m
(zwycięstwo z przeciętnym rezultatem 4:12,6 i prowadzenie od startu do
mety), uzyskał wynik 15:36,0. Za plecami dwójki mistrzów trwał zażarty
pojedynek o najniższy stopień pudła pomiędzy Romanem Sawarynem a wchodzącym w najlepszy okres kariery Marianem Sarnackim. Wygrał ten
pierwszy, dobiegając do kreski niespełna metr przed konkurentem. W klasyfikacji zespołowej stołeczna ekipa nie miała litości dla
gospodarzy, zwyciężając 42,5:27,5 przy punktacji: 3, 2, 1 punkt za
pierwsze, drugie i trzecie miejsce. W nagrodę za zwycięstwo goście
wrócili do Warszawy z okazałym, wędrownym pucharem ufundowanym przez
organizatora zawodów. Natomiast wszyscy uczestnicy rywalizacji otrzymali
pamiątkowe żetony.
Sezon powoli zbliżał się do końca, ale kalendarz startów wciąż był
napięty. Kolejnym przystankiem na biegowej mapie okazał się debiutujący
w roli organizatora wielkiej imprezy Lublin. Mistrzostwa Polski w przełajach (ok. 8000 m) odbywały się w malowniczej scenerii. Uczestnicy
biegli głównie przez pola, zamykając pętlę na obiekcie lokalnego Sokoła.
Najsłabszym ogniwem zawodów okazali się... jego uczestnicy. Spośród
anonsowanych 24 na starcie pojawiło się zaledwie 8 biegaczy! Kilku
zawodników nie dopuszczono do udziału z powodu braku ważnej legitymacji
PZLA. W ostatniej chwili z występu zrezygnował Petkiewicz. Pod jego
nieobecność pierwsze skrzypce grali "Kusy" i Sarnacki, którzy wspólnie
pokonali większość trasy. Losy pojedynku rozstrzygnęły się na ostatnim
kilometrze. Kusociński zyskał kilkanaście metrów przewagi, ale Sarnacki
nie zamierzał łatwo oddać pola. Bieg kończyły trzy rundy na stadionie. W trakcie ich pokonywania doświadczony zawodnik zyskał drugie życie.
Nadludzkim wysiłkiem zaczął odrabiać stratę do lidera. Heroiczna postawa
na finiszu nie przyniosła mu upragnionego zwycięstwa, ale zmusiła
"Kusego" do pełnej mobilizacji. Ostatecznie Sarnacki był wolniejszy od
zwycięzcy o 0,4 lub 0,8 sekundy (w zależności od źródła).
Janusz gonił już resztką sił. Mocno eksploatowane mięśnie i ścięgna
coraz częściej upominały się o zasłużony wypoczynek. Bieganie po
twardych lubelskich ścieżkach pogłębiło drobny uraz mistrza. Zawodnik
Warszawianki odparzył sobie stopy i jedyne, o czym myślał, to dłuższa
przerwa w startach. Dostał nawet czterodniowe zwolnienie lekarskie.
Niestety Suchorzewski miał wobec niego inne plany - wymusił na nim
udział w biegu ulicznym. Prestiżowa impreza Wilanów - Warszawa (8000 m),
której start w obsadzie 50 śmiałków (w tym 65-letniego szewca
Jackowskiego, wielkiego pasjonata biegania, z nieodłączną
pałeczką-amuletem w dłoni) zlokalizowany był tuż przed pałacem, dzierżył
status drużynowych mistrzostw stolicy. Zmagania na utwardzonym gruncie
stały się teatrem jednego, zazwyczaj drugoplanowego aktora. Będący w życiowej formie Sarnacki od razu po starcie wysforował się na czoło
peletonu. Pierwszy z czołówki odpadł Kusociński. Z każdym kolejnym
krokiem odczuwał coraz większy ból pod kolanem i sprytnie kalkulował.
Chciał dobiec do mety i zdobyć cenne punkty dla klubu, ale nie za cenę
przewlekłej kontuzji. Kontrolując grupę pościgową za sobą, ukończył
zawody na trzecim miejscu, pokonując resztę dystansu w tempie, które nie
stwarzało ryzyka pogłębienia urazu.
Końcówka sezonu należała do Sarnackiego. Na zdjęciu przewodzi stawce
podczas mistrzostw Polski w 1932 roku.
Na trasie niespodziewany kryzys dopadł Staszka. Lider biegł jak w transie i z zimną krwią wykorzystał słabość faworyzowanego rywala.
Sarnacki szybko oddalił się od Petkiewicza i systematycznie aż do mety
budował przewagę, która ostatecznie wyniosła 150 metrów. Pełne podium
zapewniło ekipie Warszawianki upragniony tytuł najlepszego teamu w stolicy.
Sezon zamykała rywalizacja na stadionie o mistrzostwo Polski na
dystansie 3000 m z przeszkodami. "Kusy" nie zamierzał wypuścić z rąk
kolejnego tytułu. Na warszawskiej Agrykoli pojawił się z niedoleczoną
kontuzją, którą zdiagnozowano jako przemęczenie lewego ścięgna
kolanowego, stając w szranki z siedmioma stołecznymi rywalami. Po trzech
okrążeniach rozsądek wziął górę nad brawurą. "Kusy" tracił coraz większy
dystans do lidera, a pulsujący ból w nodze promieniował na wyższe partie
ciała. Janusz przerwał bieg, zacisnął zęby i chwycił się za kolano. Po
chwili zszedł z bieżni, kończąc historię swoich startów w 1928 roku.
Utrzymujący wysoką dyspozycję Sarnacki zaliczył kolejny zwycięski występ
(10:44,2). Na metę dotarł z przewagą 80 metrów nad dwukrotnym
olimpijczykiem Stefanem Kostrzewskim (AZS Warszawa), który uprawianie
lekkiej atletyki z powodzeniem łączył z koszykówką. Zmagania ukończyło
tylko czterech uczestników.
Podczas gdy Kusociński narażał swoje zdrowie na szwank, jego wielki
rywal oddawał się nowej pasji. O lekkim piórze i zacięciu dziennikarskim
Petkiewicza mogli przekonać się czytelnicy "Przeglądu Sportowego".
Artykuły jego autorstwa opisywały metody treningowe, a także celnie
diagnozowały stan oraz wyzwania polskiej "królowej sportu". Staszek
podzielał fascynację "Kusego" fińską szkołą biegów. Świeżo upieczonego
redaktora chwalono za obiektywność, styl oraz analityczne podejście do
tematu. Mimo pogłębiającej się niechęci potrafił docenić - przynajmniej
w publikacjach - kunszt biegowy swojego wielkiego konkurenta. Źródła
jego kontuzji doszukiwał się w zbyt forsownym treningu. Człowiek o wszechstronnych zainteresowaniach i talentach stawał się pupilkiem
mediów oraz salonowej "warszawki". Jego przyszłość sportowa i towarzyska
rysowała się w jasnych barwach.
Końcówka roku zelektryzowała sportowy światek pierwszymi pogłoskami o rzekomym zawodowstwie Nurmiego. W przypadku udowodnienia mu winy
"Latający Fin" (kolejny z jego przydomków) zostałby automatycznie
wykluczony z walki o kolejne olimpijskie laury. Według prasy "Wielki
Niemowa" przyjął ofertę agenta sportowego i menedżera gwiazd Charlesa C.
Pyle'a (odpowiadającego za interesy m.in. tenisistki Suzanne Lenglen,
zdobywczyni 25 tytułów na kortach Rolanda Garrosa i w Wimbledonie)
opiewającą na kwotę 10 tysięcy dolarów za tournée po Ameryce. Sam wielki
mistrz nie odcinał się od plotek, czym kierował na siebie kolejne
podejrzenia. Przed podróżą do Stanów Zjednoczonych napomknął, że rozważa
możliwość opuszczenia na dobre amatorskich szeregów. W rozmowie z prasą
nie padały konkretne sumy, ale stwierdzenie, że w ciągu roku mógłby
zarobić pieniądze, które zapewnią mu dostatek na resztę życia, pobudzało
wyobraźnię reporterów. W prasie pojawiały się wzmianki o kwocie 1000
dolarów za start. Ostatecznie nie zdołano potwierdzić tych skądinąd
sensacyjnych doniesień.
Dominacja (1929 rok)
Z Agrykoli Kusociński wrócił do koszar, gdzie odbywał służbę wojskową.
Noga tak bardzo napuchła, że bez pomocy kolegów nie był w stanie zdjąć
buta. Diagnoza lekarska brzmiała jak wyrok: ostre zapalenie ścięgna i konieczność pilnej hospitalizacji. Po dziewięciu dniach pobytu w szpitalu, podczas którego przeszedł kilkanaście zabiegów, rekonwalescent
rozpoczął naukę chodzenia o lasce. Kolejne tygodnie upływały mu na
żmudnej rehabilitacji. Kontuzja nie była jedynym zmartwieniem sportowca.
Tuż po Nowym Roku rodzinę Kusocińskich dotknęła tragedia. Po tygodniowej
chorobie zmarła młodsza siostra biegacza. Rodzice popadli w rozpacz, a depresja odcisnęła piętno również na bracie. Janusz musiał wrócić do
służby, w ramach której odbywał zajęcia w szkole podoficerskiej
(ukończył ją w marcu w stopniu kaprala z cenzusem z piątą lokatą).
Nadmiar obowiązków wciąż kolidował z treningami. Wieczorami topił smutki
w alkoholu, co nie uszło uwadze przełożonych i kolegów. Wielokrotnie
odwoływano się do jego rozsądku, ale młodzian pozostawał obojętny na
głosy krytyki. W końcu miarka się przebrała. Młokos wylądował "na
dywaniku". Po szczerej rozmowie z przełożonym - zawsze przychylnie do
niego nastawionym podpułkownikiem Franciszkiem Polniaszkiem - otrzymał
zgodę na wznowienie treningów w zakresie, który nie będzie zakłócać jego
żołnierskich obowiązków.
Powrót do codziennego reżimu sportowego okazał się skutecznym lekarstwem
na żałobę. Biegacz miał spore zaległości treningowe, dlatego z zapałem
oddał się regularnej, lekkoatletycznej pracy. Jego postępy dostrzegł sam
papa Klumberg. Estoński coach stwierdził w rozmowie z prasą, że jeśli
Janusz zdoła utrzymać dotychczasową intensywność ćwiczeń, to już wkrótce
może pokusić się o złamanie bariery piętnastu minut na 5000 m.
Korzystając z przerwy w startach, Kusociński poszedł w ślady
Petkiewicza. Wolny czas poświęcał na "pogłębianie relacji" ze słowem
pisanym. Na łamach tygodnika "Stadjon" edukował czytelników między
innymi z zimowej zaprawy biegowej.
Wielki rywal Kusocińskiego też nie próżnował. W okresie zimowym oddawał
się ciężkim treningom, dzieląc czas między bieganie, pracę oraz studia
prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Jego pracowitość stała się wręcz
legendarna. Mimo ujemnych temperatur sięgających nierzadko
kilkudziesięciu stopni Petkiewicz nie opuścił nawet jednych zajęć na
świeżym powietrzu. Rozpisany przez Klumberga na kartce plan treningowy
wykonywał z aptekarską precyzją. Marzył o starcie i dobrym wyniku w zaplanowanym na 5 maja międzynarodowym biegu dookoła Berlina (25 km).
Łyżką dziegciu w beczce miodu był przedłużający się proces przyznania mu
polskiego obywatelstwa. Urzędnicy uspokajali Petkiewicza, tłumacząc
poślizg czasowy zawiłymi procedurami administracyjnymi.
Przed rozpoczęciem sezonu PZLA wykonał kawał dobrej roboty. Na spotkaniu
zarządu ustalono regulamin nagrody śp. Alfreda Freyera, której
fundatorem była firma złotnicza Nagalski (od nazwiska właściciela).
Miała być ona każdorazowo (tj. corocznie) przekazywana zwycięzcom
kolejnych biegów o mistrzostwo Polski na 5000 m. Na własność zawodnika
miała przejść po jej trzykrotnym zdobyciu, a jeśli nikomu nie udałaby
się ta sztuka, to po dziesięciu latach miała trafić do klubu z największą liczbą wygranych na tym dystansie. Podjęto też decyzję o dopuszczeniu członków Związku Strzeleckiego, policji, wojska oraz
harcerzy do masowego startu podczas Narodowego Biegu Naprzełaj. Dla
każdej z grup zamierzano przygotować oddzielne finisze i mety, co miało
ułatwić prowadzenie klasyfikacji w różnych kategoriach. A planowany na
tamten rok finał sezonu przełajowego miała poprzedzić uroczysta rewia
wojskowa z udziałem prezydenta RP Ignacego Mościckiego.
Karuzela biegowa wystartowała z początkiem kwietnia. Staszek miał już w nogach jeden start w zawodach halowych, choć z uwagi na specyfikę i sposób rozgrywania zawodów trafniejszym określeniem byłyby "testy
biegowe". Zawodnik Warszawianki wziął udział w sztafecie 3 × 1000
metrów, która wraz z konkurencjami technicznymi odbywała się w sali
gimnastycznej na drugim piętrze na dębowej posadzce. Trasę biegu
rozstawnego sprytnie wyznaczono kredą między słupkami od bumów
(przedwojennych urządzeń do ćwiczenia równowagi). Konkurencje techniczne
również odbywały się w prowizorycznych warunkach. Pchana przez siłaczy
kula lądowała na materacach, na których wysypano piasek z trocinami...
Na premierowe zawody Kusociński z Petkiewiczem wybrali się do Łodzi.
Tamtejszy ŁKS organizował doroczny, VI Bieg na przełaj (ok. 5000 m).
Jeśli ktoś sądził, że czas uleczył rany, a obaj lekkoatleci po przerwie
zimowej zakopią wojenny topór, był w srogim błędzie. Z uwagi na dobre
imię Warszawianki biegacze stwarzali pozory wzajemnej życzliwości, ale
za fasadą komplementów i uprzejmości kryła się wewnętrzna antypatia oraz
coraz silniejsze animozje. W drodze do fabrycznego miasta próbowali
ustalić wspólną taktykę na bieg, ale żaden z nich nie dowierzał choćby w jedno słowo swojego rozmówcy.
Na starcie łódzkiego wyścigu stanęło 12 zawodników z pięciu klubów.
Pozostałych uczestników wystraszyła kiepska pogoda w postaci silnych
podmuchów wiatru oraz zalegającego na trasie błota i resztek
topniejącego śniegu. "Kusy" nie zamierzał forsować tempa i po starcie
schował się za plecami liderów. Petkiewicz przyjął podobną taktykę. Nie
chciał walczyć na łokcie i ryzykować przyjęcia kilku kuksańców. W Łodzi
startował po raz pierwszy i nie znał zakamarków mocno pofałdowanej,
wypełnionej wieloma rowami oraz zakrętami trasy. Wolał oddać prowadzenie
innym. Brak chętnych na przewodzenie stawce wykorzystał Zdzisław
Starosta z KP Zjednoczone Łódź (późniejszy KS Włókniarz Łódź). Znany
lokalny biegacz, który jeszcze kilka dni wcześniej reprezentował barwy
organizatora crossu - tamtejszego ŁKS, czuł się na "własnych śmieciach"
jak ryba w wodzie. W poprzednich latach dwukrotnie triumfował w tym
biegu (1924, 1926). Łodzianin nadawał szybkie tempo i z łatwością
pokonywał kolejne przeszkody w Lesie Karolewskim. Staszek był czujny.
Nie śpieszył się, ale utrzymywał lidera w bezpiecznym polu widzenia, w odległości nie większej niż 15-20 metrów. Kilkaset metrów przed metą
mocno przyspieszył, mijając Starostę już na bieżni stadionu. Trzeci na
kreskę wpadł "Kusy", około 250 metrów za zwycięzcą. Głowa i serce
Janusza pracowały jak nigdy, ale na trudnej, selektywnej trasie nogi
odmawiały mu posłuszeństwa.
Zżerany przez ambicję Kusociński rzucił się w wir biegowej pracy. Okazję
do rewanżu stanowił Bieg Magistracki ze startem i metą na stadionie
stołecznego Orła (4000 m) oraz nagrodą główną w postaci okazałego
pucharu. Do zawodów zgłosiła się rekordowa liczba 300 uczestników, ale
na kresce zjawiło się tylko 122 śmiałków. Scenariusz zmagań przypominał
ten z Łodzi. Z tą różnicą, że w walkę o zwycięstwo zamiast Starosty
włączył się Sarnacki. Petkiewicz ponownie błysnął piorunującym finiszem,
dzięki czemu zyskał 20 metrów przewagi nad zaciekle goniącym go rywalem.
"Kusy" stracił do zwycięzcy dziewięć sekund. Umiejętności sprinterskie
Łotysza powoli stawały się jego wizytówką. W klasyfikacji drużynowej
uwzgledniającej wszystkich zawodników, którzy osiągnęli czas poniżej 13
minut, triumfował Orzeł przed Warszawianką i Odrodzeniem Warszawa.
Ta sama trójka stanęła na pudle również w kolejnym starcie - na
stołecznym Grochowie. W drugiej edycji biegu przełajowego o puchar
"Wieczora Warszawskiego" (4500 m), organizowanego z inicjatywy
najpoczytniejszego stołecznego dziennika, uczestniczyło ponad 200
biegaczy. Podobnie jak tydzień wcześniej obu mistrzów rozdzielił
Sarnacki, który stracił do zwycięskiego Petkiewicza około 60 metrów. W klasyfikacji drużynowej triumfował Orzeł przed Warszawianką i lokalnym
Strzelcem. Do końcowego wyniku zespołowego wliczano rezultaty tylko tych
zawodników, którzy dotarli do mety nie później niż trzy minuty po
liderze. W klasyfikacji generalnej uwzględniono ostatecznie 44 biegaczy.
Po zmaganiach indywidualnych przyszedł czas na sztafetę. W biegu
rozstawnym 4 × 250 m triumfowała Warszawianka z "Kusym" w czasie 2:07
przed kombinowanym teamem Orła oraz ekipą AZS.
Z początkiem maja oczy sportowej Polski skierowane były na Pole
Mokotowskie w Warszawie, gdzie rozgrywano IV Bieg Narodowy Naprzełaj -
najważniejszą imprezę crossową nad Wisłą. Szumnie zapowiadana frekwencja
na poziomie 1000 zawodników ostatecznie skurczyła się do 388
zgłoszonych, z których na starcie zjawiło się 234. Liczba uczestników
była daleka od oczekiwanej, co świadczyło o chwilowej "zadyszce"
projektu. Dla porównania w niektórych lokalnych biegach potrafiło wziąć
udział nawet 600 śmiałków. Narodowy Bieg Naprzełaj na tle
konkurencyjnych zawodów wyróżniał się otwartą formułą - obok
profesjonalnych biegaczy startowali w nim również amatorzy marzący o wielkich sportowych karierach. Organizacja poprzednich edycji
pozostawiała wiele do życzenia, ale czwarta odsłona była już godna
swojej rangi. Start miał się odbyć w godzinach popołudniowych, a sama
trasa, licząca około 6500 m, pozbawiona była tak nielubianych przez
uczestników rowów z wodą, wzniesień i pagórków. Według ekspertów była
jednak zbyt łatwa, a tym samym niegodna centralnego crossu. Niemal w całości prowadzona była bowiem po wiejskiej drodze, nie licząc krótkiego
odcinka na cywilnym lotnisku. Wśród wielkich nieobecnych na czoło
wysuwały się dwa nazwiska - mocnego ostatnio łodzianina Starosty oraz
"leczącego rany" po niegroźnym wypadku motocyklowym olimpijczyka z Paryża Juliana Łukaszewicza (Polonia Warszawa). Po mocno spóźnionym
starcie (względem planowanej godziny) peleton szybko się rozciągnął.
Tempo na zmianę dyktowali Petkiewicz z Sarnackim, a pojedynek
rozstrzygnął się pół kilometra przed kreską. Staszek wrzucił "szósty
bieg", oderwał się od czteroosobowej grupy i samotnie pomknął w kierunku
mety. Po ukończeniu wyścigu wyglądał na świeżego. Szybko wyrównał oddech
i wyprostował sylwetkę, pozując przez kilka minut do zdjęć oraz
odpowiadając na pytania dziennikarzy. W rozmowie z prasą wyraził
zadowolenie z wyniku, trasy i swojej postawy.
Heroiczną walkę o drugi stopień pudła stoczyli Sarnacki z "Kusym".
Szybszy o blisko trzy sekundy był ten pierwszy, w czym pomógł mu rów z wodą, na którym zyskał kilka metrów przewagi. Drugiego z asów zgubiło
gapiostwo. Kusociński planował zerwać się do ataku na ostatniej prostej.
Po pokonaniu ostatniego zakrętu ruszył w pogoń za klubowym kolegą, ale
meta, czego wcześniej nie zauważył, znajdowała się już po 100 metrach i zabrakło mu czasu na zbliżenie się do Sarnackiego. Czwarty na metę wpadł
świetny narciarz Zdzisław Motyka. Klasyfikację drużynową, a tym samym
nagrodę ufundowaną przez Związek Strzelców dla klubu z największą
ilością zawodników w pierwszej dwudziestce zdobyła Warszawianka.
Natomiast wyróżnienie prezesa PZLA kapitana Jerzego Misińskiego dla
najlepszego robotniczego zespołu trafiło w ręce przedstawicieli RKS
WATT.
Petkiewicz dominuje w Narodowym Biegu Naprzełaj. Ze sporą przewagą
zbliża się do mety w dobrej formie.
Apetyt Petkiewicza na wygrane rósł w miarę jedzenia. Łotysz nie czuł
sytości, a do stolicy Wielkopolski zmierzał z prostym planem -
przedłużyć serię zwycięstw do pięciu i potwierdzić dominację na krajowym
podwórku. Niewiele brakowało, a Bieg o Puchar "Kurjera Poznańskiego"
(4200 m) w obsadzie 200 zawodników odbyłby się bez głównego aktora.
Podczas kontrolnych badań lekarskich doktor zdiagnozował u Staszka...
żółtaczkę! Petkiewicz nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
- Ależ panie doktorze, przecież jestem zdrów jak ryba. W ciągu ostatnich
dwu dni biegałem dwa razy i czuję się znakomicie - zaklinał się Staszek.
Lekarz kategorycznie odmawiał mu zgody na start, a tym, który wstawił
się za Petkiewiczem, zresztą z dobrym skutkiem, był Kusociński!
- Nie może pan przecież, doktorze, dyskwalifikować zwycięzcy, to raczej
niech pan nie dopuszcza nas wszystkich. Chory czy zdrów, ale przecież to
ogólny faworyt - przekonywał medyka "Kusy". Ten w końcu dał się
przekonać i dopuścił młodszego z biegaczy do startu.
Na trasie Janusz próbował ze wszystkich sił dotrzymać Staszkowi kroku.
Na finiszu zabrakło mu jednak paliwa w baku. Sprężysty krok stracił swój
rozmach, a sylwetka kąt pionowy. Kusociński wpadł na metę ze spuszczoną
głową i wzrokiem utkwionym w bieżnię ze stratą około 80 metrów do
zwycięzcy. Początek sezonu należał do Petkiewicza. Bilans jego
bezpośrednich pojedynków z rywalem wynosił 5:0.
Po serii crossów zawodnicy zamienili błotniste trasy na bieżnię stadionu
w Rydze. Kadra Biało-Czerwonych na trójmecz bałtycki była mocno
przetrzebiona. W składzie zabrakło między innymi Petkiewicza, co było
pokłosiem niedawnej decyzji Łotewskiej Federacji Lekkoatletycznej
(Latvijas Vieglatl?tikas savien?ba - w oryginale). 24 lutego rodzimy
związek nałożył na Staszka dyskwalifikację na czas nieograniczony!
Wiadomość wywołała konsternację w siedzibie PZLA. Petkiewicz od
dziewięciu miesięcy przebywał w Polsce i w opinii naszych władz nie
podlegał jurysdykcji swojej macierzystej federacji. Zarzuty brzmiały
absurdalnie, ale postanowiono ich nie lekceważyć. Zamierzano dogłębnie
zbadać sprawę, a do czasu jej wyjaśnienia nasz mistrz miał embargo na
występy z orzełkiem na piersi.
Brak czołowego biegacza odbił się "Kusemu" czkawką. Dzień przed meczem
został poinformowany o konieczności startu na trzech dystansach. Lider
kadry wzbraniał się przed przyjęciem końskiej dawki biegania (między
innymi z powodu słabego stanu nawierzchni stadionu), ale kierownictwo
związku było nieprzejednane. Uznano, że poświęcenie "Kusego" jest
konieczne, jeśli marzymy o zwycięstwie w prestiżowej, trójstronnej
rywalizacji.
Podróż do Rygi nie obyła się bez przygód. W Wilnie naszych kadrowiczów
czekała przymusowa przesiadka. Do reprezentacji dołączył papa Klumberg,
a wolny czas postanowiono wykorzystać na zjedzenie śniadania. Grupa żywo
gestykulujących zawodników wracała z posiłku, gdy kątem oka dostrzegła
na dworcu odjeżdżający skład pociągu. W jednym z wagonów mignęły im
skonsternowane twarze dwóch członków ekspedycji - majora Mieczysława
Łebkowskiego oraz Stefana Kostrzewskiego. Kadrowiczów z opresji uratował
porucznik Józef Baran.
"Zbawca" naszej kadry Józef Baran (z prawej). Obok niego Rumun Alexandru Fritz.
Ten klasowy kulomiot i dyskobol za sporą sumkę 750 złotych załatwił
wagon z parowozem, którym lekkoatleci dotarli na miejsce kolejnej
przesiadki - stacji granicznej w Semigalii (region na terenie obecnej
Łotwy). Tam znowu minęli się z właściwym pociągiem. Spóźnienie
odpokutowali kilkugodzinnym pobytem na dworcu. Następną przesiadkę
zaliczyli w mieście Daugavpils (Dyneburg), a do stolicy Łotwy dotarli
dopiero późnym wieczorem. W Rydze po przekroczeniu progu hotelu
większość członków ekipy słaniała się ze zmęczenia.
Podczas dwudniowych zawodów uczestnikom towarzyszył ulewny deszcz oraz
lodowaty wiatr. "Kusy" nie zważał na lekki ból kostki i przed startem
trenował bez wytchnienia. Rywalizacja na dystansie 5000 m inaugurowała
serię jego startów. Stadion, na którym rozgrywano trójmecz, miał
nietypowy, wydłużony obwód liczący nie 400, a 1060 metrów. Według
Janusza bardziej przypominał "tor wyścigowy dla kłusaków" niż klasyczny
lekkoatletyczny obiekt. Obrana przez niego taktyka przewodzenia stawce
nie zdała egzaminu z powodu zbyt silnych podmuchów wiatru. Ciągłe
przedzieranie się przez ścianę wirującego, zimnego powietrza sprawiło,
że w końcówce zabrakło mu sił. Schowany za jego plecami Estończyk Felix
Beldsinsky wykorzystał słabość rywala. Na ostatnim kółku przyspieszył i samotnie, przy wyraźnym aplauzie publiki, dobiegł do mety w czasie
16:06,2. "Kusy" był wolniejszy o blisko dziesięć sekund (16:15,6).
Drugiego dnia Janusz wziął srogi rewanż za sensacyjną porażkę. W biegu
na półtora kilometra po dwóch rundach stawkę postanowił rozerwać Walenty
Mędrzycki. Dwukrotny medalista krajowego czempionatu zyskał około 50
metrów przewagi nad resztą biegaczy. Kusociński zachował spokój. Nie
rzucił się do szaleńczego pościgu, jak zapewne uczyniłby niejeden
początkujący lekkoatleta. Znał swoje możliwości oraz ograniczenia
rodaka. Systematycznie podkręcał tempo i na dystansie kolejnej rundy
dogonił, a później oddalił się od rywala. Zwyciężył w czasie 4:15,6.
Poza Mędrzyckim pozostali uczestnicy byli tłem dla naszego mistrza.
Po zaliczeniu testu na średnim dystansie "Kusego" czekało trudniejsze z wyzwań - występ na 10 000 m. Pomny wcześniejszej wpadki oraz odczuwając
trudy poprzednich startów, zdecydował się na bezpieczną taktykę. Cały
czas trzymał się z tyłu za Beldsinskym, licząc na skuteczny finisz w końcówce. Niestety, kilka minut po starcie na twarzy Janusza zagościł
grymas bólu. Jego sylwetka coraz mocniej kołysała się na boki, a ruchy
na bieżni wydawały się mniej skoordynowane niż zazwyczaj. Cierpiący
katusze biegacz siłą woli utrzymywał się za Estończykiem. Na ostatniej
rundzie jego twarz przybrała kolor purpury. Zapewne od ciągłego
napinania mięśni. Dotkliwy ból w nodze mocno testował wytrzymałość i siłę jego charakteru. W obawie przed odniesieniem ciężkiej kontuzji
zwolnił, ale nie zamierzał schodzić z bieżni i oddać występu walkowerem.
Wyraźnie utykając, ukończył zmagania na drugim miejscu (33:41,8),
okupując swój heroizm poważnym urazem. Za kreską próbował wstać i samodzielnie opuścić obiekt, ale jego wysiłki były daremne. Usiadł, a zmęczoną twarz ukrył w ramionach.
Obecny na stadionie lekarz szybko postawił diagnozę - zapalenie ścięgna
skokowego. Zrozpaczony "Kusy" dał upust emocjom. Zaczął klnąć na
wszystko i wszystkich, zapowiadając szybki rozbrat z wyczynowym sportem.
Czterech najbardziej postawnych członków reprezentacji chwyciło Janusza
za ręce i nogi i przeniosło do pokoju hotelowego. Rekonwalescent resztę
dnia spędził w łóżku. Zaczerwienione miejsce stopniowo przechodziło w obrzęk. W nocy noga spuchła jak diabli. W drodze powrotnej do Polski
musiał ponownie korzystać z życzliwości oraz siły mięśni innych
kadrowiczów.
W stolicy w rolę jego tragarza wcielił się kulomiot z Poznania, Zygmunt
Heljasz. Sympatyczny olbrzym, a prywatnie przyjaciel Janusza, który
przygodę ze sportem zaczynał od boksu, ważył ponad 100 kilogramów i wyglądał jak dwóch Kusocińskich. Skromniej zbudowanego kolegę nosił bez
wysiłku.
Mierzący 188 cm Heljasz mocno górował nad "Kusym".
W batalionie "Kusego" skierowano do szpitala okręgowego im. Piłsudskiego
na ulicy Nowowiejskiej, gdzie spędził kolejnych sześć tygodni. Po
opuszczeniu murów placówki medycznej rozpoczął żmudną rehabilitację w CIWF. Regularne naświetlania i masaże przyspieszały jego powrót do
pełnej sprawności. Dobre samopoczucie wielkiego mistrza popsuło
zdarzenie z udziałem Petkiewicza, które stało się przysłowiowym
gwoździem do trumny w ich relacjach. Pewnego dnia gdy mijali się na
korytarzu w ośrodku, Staszek odwrócił wzrok w innym kierunku, udając, że
nie dostrzega kolegi. Nie uchyliwszy nawet rąbka kapelusza, pospiesznie
udał się do sali masażu. Janusza ogarnęła furia, włos na jego głowie
momentalnie się zjeżył, a w głowie zaczęło kotłować się milion myśli. W tej jednej chwili chęć upokorzenia Petkiewicza zaczęła przesłaniać inne
pobudki jego sportowego rozwoju.
Janusz długo analizował całe zajście. Uznał, że "Petek" (jak
pieszczotliwie nazywano Łotysza) oraz pozostali klubowicze z Warszawianki postawili na nim przysłowiowy krzyżyk. Podczas pobytu w szpitalu z regularnymi wizytami wpadała do niego matka. Pojawiło się
również kilku znajomych z Ołtarzewa. Niestety żaden z kolegów po fachu
nie pofatygował się z odwiedzinami. Do niedawna był ich liderem, a dziś
właściwie przestał dla nich istnieć. Żal rozsadzał mu czaszkę, a depresyjne nuty zatruwały jego umysł. Postanowił zrobić wszystko, żeby
wrócić na szczyt i udowodnić, że odwrócenie się do niego plecami było
wielkim błędem. Najbliższe miesiące nie napawały go jednak entuzjazmem.
Czekała go przymusowa przerwa w startach, a po niej mozolna i czasochłonna odbudowa formy. Obecny sezon wydawał się całkowicie
stracony.
Petkiewicz w tym czasie brylował na bieżniach. Absencja największego
rywala nie wpłynęła ujemnie na jego formę. Wręcz przeciwnie - ta ciągle
rosła, a fachowcy zastanawiali się, gdzie tkwi szczyt jego możliwości.
Podczas odbywających się w parku im. Ignacego Paderewskiego mistrzostw
Warszawy jego gwiazda świeciła pełnym blaskiem. Impreza cieszyła się
umiarkowanym zainteresowaniem, a jej obsada wołała o pomstę do nieba. Ze
startu zrezygnowali zawodnicy AZS, którzy w tym czasie udali się do
czeskiego Brna na mecz z tamtejszym klubem. Smutny obraz mistrzostw
dopełniały liczne wpadki organizacyjne. Kula okazała się kilkanaście
gramów za lekka, rzutu młotem nie można było dokończyć z powodu
oderwania się kuli od rączki, a ponadczterdziestometrowy rzut dyskiem
dziesięcioboisty Cejzika mierzono... piętnastometrową taśmą pomiarową.
Petkiewicz startował na dwóch dystansach. Najpierw wystąpił w biegu na
5000 m. Samotne liderowanie przy bardzo porywistym wietrze, co było
zresztą typowe dla otwartego obiektu AZS, nie przeszkodziło mu w realizacji planów. Po ogłoszeniu pierwszego, rekordowego międzyczasu (1
kilometr) w powietrzu dało się wyczuć atmosferę rosnącego podniecenia.
Staszek miał realne szanse jako pierwszy w kraju złamać granicę 15
minut. Przesuwająca się wskazówka zegara nieuchronnie zbliżała się do
pierwszej ćwierci godziny. Gdy biegacz wpadł na kreskę, ta nieznacznie
ją przekroczyła, zatrzymując się na wyniku 15:02,4. Magiczny próg
pozostał nietknięty, ale nowy rekord Polski, poprawiony aż o 15,4 s,
robił piorunujące wrażenie, plasując go w samym czubie światowego
rankingu. Osiągnięte międzyczasy na 2000 i 3000 m były lepsze od
aktualnych krajowych rekordów na tych dystansach, ale nie mogły zostać
uznane za oficjalne z powodu braku wymaganej liczby stoperów. Występ w słabo obsadzonych zawodach otworzył Petkiewiczowi drzwi do wielkiej
międzynarodowej kariery. Prawdę powiedziawszy - Staszek wyważył je wraz
z futryną!
Kilkadziesiąt minut później garstka kibiców na trybunach ponownie
przeżyła ekstazę. W biegu na 1500 m Józef Jaworski, olimpijczyk z Paryża
(1924) i Amsterdamu (1928), dotrzymywał kroku Petkiewiczowi przez dwie
rundy. Później wszystko wróciło na właściwe tory i potoczyło się zgodnie
z planem. Młodzian bez większego wysiłku uciekł swojemu towarzyszowi i wygrał w imponującym czasie 4:04,4.
Rozgłos wokół Staszka zaczął docierać do coraz odleglejszych zakątków
Europy. W końcu przekroczył również granicę Kraju Tysiąca Jezior.
Dominacja Finów w biegach średnich i długich była niepodważalna. Każdy
triumf nad zawodnikiem z kraju Suomi - nawet jeśli nie został odniesiony
nad Nurmim czy Ritolą - budził zachwyt i traktowany był w kategoriach
niespodzianki. Zbliżający się pojedynek Staszka ze Skandynawami wywołał
w kraju duże poruszenie. Dzięki zabiegom niestrudzonego propagatora
lekkiej atletyki, oficera Wojska Polskiego Tadeusza Kawalca, do Wilna na
otwarcie przepięknego stadionu na Pióromoncie (niewielki obszar miasta
położony na prawym brzegu rzeki Wilii) przyjechali liczni wybitni
lekkoatleci z północy Europy. W biegu na 5000 m niesiony dopingiem
blisko 3000 gardeł Petkiewicz odniósł bezapelacyjne zwycięstwo w świetnym czasie 15:10,8.
Dwaj Finowie - Kalle Matilainen i były mistrz kraju w crossie Väinö
Jeremias Sipilä - dotarli do mety daleko za liderem. Pierwszy z nich w finale olimpijskim w Amsterdamie (1928) na 10 000 m był ósmy. O potencjale biegowym Kallego świadczyła jego życiówka z tego roku na 5000
m (14:44). Uzyskał ją w bezpośrednim starciu z Nurmim, które przegrał
zaledwie o kilka metrów. Jego bracia również trenowali lekką. Jukka był
płotkarzem, olimpijczykiem z Amsterdamu, a Martti czwartym
przeszkodowcem w Los Angeles (1932) i Berlinie (1936). Trzeci na mecie w Wilnie Sipilä miał na koncie złoty krążek w przeszkodowej drużynówce
wywalczony na paryskich igrzyskach (1924). W stolicy Francji zajął też
najgorszą dla sportowca czwartą pozycję na 10 000 m.
Kalle Matilainen uchwycony w momencie przecinania wstęgi.
Kibice byli wniebowzięci. Długo oklaskiwali Petkiewicza, skandując jego
imię. Entuzjazm udzielił się również ekspertom, którzy rozpływali się
nad stylem, w jakim odniósł zwycięstwo. Według prasy odbyło się to
"niemal zupełnie bez wysiłku, przy niezaprzeczalnej klasie jego rywali".
Chwilę później "Petek" dorzucił triumf na 1500 m (4:05,2), urywając się
na ostatnich 200 metrach znanemu Finowi Tauno Pohjali (4:09,6 lub 4:09,8
wg różnych źródeł). Po zawodach został uhonorowany nagrodą i dyplomem za
najlepszy wynik podczas całego mityngu.
W kolejnych startach Staszek nie zwalniał tempa. Podczas dwudniowych
zawodów na obiekcie Wisły Kraków rozprawił się z rekordem Polski na 3000
m, dokonując tego podczas biegu na... 5000 m (15:34,2)! Na nieolimpijskim
dystansie zmierzono mu czas, a właściwie międzyczas - 8:51,2. W nagrodę
za znakomite występy PZLA przyjął zaproszenie i wysłał swojego asa na
doroczne, Międzynarodowe Mistrzostwa Anglii. Prestiżowe zawody
lekkoatletyczne rozgrywane były na wybudowanym w 1877 roku, a znanym
dziś z występów piłkarskiej ekipy Chelsea Londyn obiekcie Stamford
Bridge. Dzięki pomocy Wydziału Prasy i Propagandy Ministerstwa Spraw
Zagranicznych udało się zebrać potrzebną kwotę na wyjazd. Polak został
zgłoszony do dwóch biegów na typowo anglosaskich dystansach - jednej i czterech mil.
Rywalizacja z Wyspiarzami zbiegła się w czasie z IX Mistrzostwami Polski
w Poznaniu. Tęskniący za atmosferą lekkoatletycznej rywalizacji "Kusy"
udał się wraz z ekipą Warszawianki do stolicy Wielkopolski. Dwa dni
spędził na trybunach, głośno dopingując kolegów. Pierwsze lekkie
treningi, oparte głównie na truchtaniu i marszobiegu, odbył po powrocie
do Warszawy. Narzucenie sobie ponownej sportowej regularności, nawet w tak mocno rekreacyjnym wydaniu, wyraźnie poprawiło mu humor.
Staszek przybył do Londynu dwa dni przed startem. Organizatorzy nie
przydzielili mu opiekuna, dlatego na Wyspach był zdany wyłącznie na
siebie. Nie znał miasta, a jego znajomość angielskiego pozostawiała
wówczas wiele do życzenia. Do hotelu dotarł po kilku godzinach samotnego
błądzenia po metropolii.
Na dystansie czterech mil rywalizował z kilkunastoosobową grupą
anglosaskich zawodników. Poza Petkiewiczem jedynym internacjonałem w stawce był solidny Belg Maurice Maréchal. Wcześniej przyjazd do Londynu
anonsował rekordzista Niemiec na 5000 m (15:03,0) Otto Kohn. Możliwe, że
jego ambitne plany podboju stolicy Anglii ostudzili polscy lekkoatleci.
Podczas międzynarodowych zawodów w Budapeszcie niemiecki biegacz wdał
się w rozmowę z grupką Biało-Czerwonych. W pewnym momencie temat zszedł
na osobę Petkiewicza. Polscy lekkoatleci twierdzili, że Staszek to inna,
"wyższa półka" niż Kohn. Nasz zachodni sąsiad szybko spochmurniał.
Pewność, z jaką jego rozmówcy wypowiadali się o talencie Staszka, dała
mu wiele do myślenia.
Na Stamford Bridge Petkiewicz wystąpił w świeżo zakupionej koszulce z długim rękawem, jednak trykot, który otrzymał od PZLA, nie przypadł do
gustu organizatorom zawodów. Przez większość dystansu Staszek przewodził
stawce. Taki sposób rozgrywania pojedynków lubił najbardziej. Na
ostatnich okrążeniach mocno "szarpnął" czołową grupą i momentalnie ją
rozerwał. W końcówce kroku liderowi dotrzymywał tylko jeden śmiałek -
pochodzący z Yorku Wally Beavers, jego stary znajomy z Amsterdamu
(dziewiąte miejsce w finale na 10 000 m). Obaj stoczyli pasjonującą
walkę o zwycięstwo. Dumny Syn Albionu zdobył się na szatański wysiłek i 50 metrów przed metą wyprzedził słabnącego rywala. Po chwili przeciął
wstęgę z wysoko uniesionymi rękami. Za nim ze stratą 15 metrów ukończył
rywalizację Polak (19:54,4). Trzeci na kresce był Szkot Woot. Prasa
analizowała bieg, próbując dociec przyczyn porażki naszego mistrza.
Brytyjski tabloid "Daily Express" twierdził, że utrzymanie przez
Petkiewicza za wszelką cenę prowadzenia, mimo wielu nagłych zrywów i ataków Beaversa, było sportowym samobójstwem. Drugi powód przegranej był
mniej oczywisty, a zdradził go sam biegacz w rozmowie z korespondentem
"Przeglądu Sportowego". Podczas pobytu na Wyspach Polak nie mógł
skorzystać z usług masażysty, przez co jego mięśniom brakowało tak
potrzebnej elastyczności.
Pierwszy zagraniczny występ kosztował Staszka mnóstwo zdrowia. Jego
udział w finałowym biegu na jedną milę nie wchodził w rachubę. Zmęczony
Polak odczuwał w nogach nie tylko zmagania na cztery mile, ale również
wcześniejszy, wygrany start eliminacyjny na krótszym dystansie (4:24).
Winę za taki stan rzeczy ponosili organizatorzy. Grafik londyńskich
zawodów był przeładowany, a do tego ułożony bez głowy. Okazało się
bowiem, że początek finałowej rywalizacji na jedną milę zaplanowano
niespełna kwadrans po ukończeniu biegu na dłuższym dystansie!
Brytyjski wojaż Staszka spełnił swój propagandowy cel. Kolebka sportu
poznała jego talent oraz nieprzeciętne umiejętności. Brytyjski dziennik
"The Times" poświęcił mu więcej uwagi niż zwycięzcy Beaversowi.
Dziennikarz porównał go do Nurmiego rozkochanego w samotnych biegach.
Według innego dziennika - "Daily Mirror" - "Petkiewicz dowiódł, że jest
wielkim atletą", zaś "Daily Chronicle" informował o tym, że Polak "znowu
dostarczał fajerwerków". Ciepłe słowa w jego kierunku skierował też
legenardny brytyjski sprinter Harold Abrahams, jeden z bohaterów
nagrodzonego czterema Oscarami filmu "Rydwany ognia": "Dla Petkiewicza w zakresie dystansów średnich nie ma nic niemożliwego do zrobienia".
Staszek przez moment znalazł się na ustach całej sportowej Anglii.
Po powrocie do kraju Petkiewicz marzył o przerwie w startach, ale urlop
od biegania nie był mu pisany. Kilka dni później udał się z kadrą do
Lwowa na mecz przeciwko lekkoatletycznemu kopciuszkowi - reprezentacji
Rumunii. Aura w ostatnich tygodniach należała do kapryśnych. W dniu
zawodów od rana przypominała katastrofę żywiołową, zagrażając
przeprowadzeniu spotkania. Ostatecznie, wykorzystując chwilowe okienko
pogodowe, udało się rozpocząć mecz. Niebo się przejaśniło, a pierwsze
snopy światła rozlały się po lekkoatletycznej arenie. Nawierzchnia była
w katastrofalnym stanie, ale dla Staszka nie miało to większego
znaczenia.
Lider kadry odniósł przekonujące zwycięstwo w biegu na 1500 m w czasie
nowego rekordu Polski - 4:02. Pogodowa opatrzność nie trwała zbyt długo.
Po kilkudziesięciu minutach aura zaczęła się pogarszać. Na pierwszych
rundach biegu na 5000 m zawodnikom towarzyszyły pojedyncze krople
deszczu, natomiast na finałowych okrążeniach rozpętała się prawdziwa
burza. Petkiewicz przewodził stawce od startu do mety, a jego wygrana
ani przez moment nie podlegała dyskusji (15:40,2). Drugi na kresce Roman
Sawaryn zachował zdrowy rozsądek - cały dystans pokonał swoim tempem,
bez oglądania się na zagranicznych rywali oraz heroicznych prób pogoni
za liderem. Ne mecie jego strata do Staszka sięgnęła blisko 20 sekund.
Za jego plecami w czasie nowego rekordu Rumunii finiszował ambitny
Nicolae (16:02,2). Drugi z Rumunów - Marinescu, zszedł z bieżni po
zdublowaniu go przez Petkiewicza.
Drugiego dnia wiatr nie ustał. Dalej utrzymywała się niska temperatura,
a podmokła po opadach bieżnia nadal nie była sprzymierzeńcem biegaczy. W ekstremalnych warunkach, przypominających do złudzenia biblijny
Armagedon, wyczyn Staszka nabierał dodatkowego znaczenia. Polak pokonał
dystans 10 000 m z regularnością szwajcarskiego zegarka, w czasie 32:09,
bijąc poprzedni rekord kraju aż o 51 sekund! Drugi na mecie Sawaryn
również błysnął formą. Jego czas - 33:30,6 - był nowym rekordem okręgu.
Dyspozycja łotewskiego emigranta nadal rosła, a eksperci wieszczyli mu
świetlaną przyszłość. Trener PZLA Jacobsen (odpowiedzialny za region
Wilna i Lwowa) oznajmił, że po usunięciu pewnych wad młody zawodnik
"pójdzie bezsprzecznie jeszcze dalej".
Węgier Szabó (po lewej) kończy bieg przed Kazimierzem Kucharskim.
Po deklasacji słabych Rumunów (126:41) poprzeczka powędrowała do góry.
Faworytem polsko-węgierskiego pojedynku w Budapeszcie byli gospodarze,
uważani za jedną z najsilniejszych ekip w Europie. Madziarzy sprostali
presji oraz oczekiwaniom sześciotysięcznej publiki, wygrywając z osłabioną brakiem kilku kluczowych zawodników Polską 51:27. Rozmiary
porażki mogły być niższe, gdyby nie wpadka organizacyjna naszego
związku. Kadrowicze podróżowali koleją w wagonach trzeciej klasy, a cała
wyprawa trwała niemal dobę. Reprezentacja przybyła do Budapesztu późnym
wieczorem, w przededniu rozpoczęcia pojedynku. Na stadionie Petkiewicz
robił, co mógł, aby zapewnić nam zwycięstwo, ale w swoich staraniach był
osamotniony. W pierwszym starcie zwyciężył na 1500 m, urywając z niedawnego rekordu kraju 0,6 sekundy do wyniku 4:01,4. Przez dwa
okrążenia uczestnicy biegli w jednej grupie. Później Staszek
przyspieszył i długim, dostojnym krokiem pokonywał kolejne odcinki,
zbliżając się do taśmy. Rywale stopniowo się wykruszali. Na finałowej
"setce" Petkiewicz zgubił ostatniego konkurenta - przyszłego
kolekcjonera krajowych rekordów, Węgra Miklósa Szabó. Po biegu
publiczność nagrodziła go burzą braw. Dystans 5000 m także padł jego
łupem, choć uzyskany czas był jak na niego bardzo przeciętny (16:02,4
lub 16:02,6 według różnych źródeł). Czując w nogach wcześniejszy start,
Staszek postanowił rozegrać bieg taktycznie, bez forsowania tempa.
W kolejnym występie Petkiewicz pokazał ludzkie oblicze. W Berlinie
rywalizował na dystansie 7500 m. W dniu zawodów trawiła go 38-stopniowa
gorączka, zmuszając do przedwczesnego zakończenia biegu. Staszek zszedł
z trasy po pokonaniu około pięciu kilometrów (w czasie 15:24). Tamtejsza
prasa sugerowała, że powodem jego rezygnacji było zbyt wysokie tempo
narzucone przez rywali. Zwyciężył Niemiec S. Dieckemann (23:26) przed
rodakiem Otto Petrim. W tym samym czasie "Kusy" wylewał siódme poty,
stopniowo nadrabiając zaległości treningowe. Noga wciąż go bolała, a forma pozostawała wielką niewiadomą. Jego powrót na bieżnię nastąpił
podczas trzeciorzędnych zawodów - Mistrzostw Polski Armii. Starty w biegach na 3000 m na przełaj i na 5000 m na stadionie dostarczyły mu
kolejnej porcji rozczarowań. W crossie Kusociński finiszował trzeci przy
słabej konkurencji (wygrał Władysław Czubak z Wawelu Kraków). Na
stadionie po przebięgnięciu kilku okrążeń wycofał się z biegu.
Odbywający się w parku Sobieskiego w Warszawie mecz lekkoatletyczny z Czechosłowacją budził w pełni zrozumiałe emocje. Zapełniony niemal do
ostatniego miejsca stadion czekał na danie główne - występ Petkiewicza
na 5000 m i... srodze się zawiódł! Mimo niedawnych problemów zdrowotnych
Polak wydawał się murowanym faworytem. Do ostatniej rundy wszystko
przebiegało zgodnie z planem. Staszek znajdował się na czele stawki,
odpierając pojedyncze, nieśmiałe ataki Koščáka oraz wyczekując na
odpowiedni moment do finiszu. Na ostatniej rundzie niespodziewanie
dopadł go kryzys. Przez blisko sto metrów resztką sił odpierał zrywy
"Baraszki", ale w końcu musiał ustąpić rywalowi pola. Słowak wyprzedził
lidera, z którego momentalnie uszło powietrze. Petkiewicz dotarł, a właściwie doczłapał do mety w żółwim tempie, ponad siedem sekund za
zwycięzcą w czasie 15:25,0. Dzień później zmazał plamę na honorze.
Wygraną na 1500 m zawdzięczał odpowiedniej taktyce oraz wsparciu
doświadczonego Mędrzyckiego. Stołeczny polonista przejął od niego
prowadzenie biegu, a schowany za jego plecami Staszek oszczędzał siły na
sprinterski pojedynek. Na ostatniej prostej przed finałową rundą faworyt
wrzucił wyższy bieg. Kolejne szarpnięcie nastąpiło 300 metrów przed
kreską. Podążający za nim Czech Jindřich Strniště, którego brat bliźniak
Viktor też był znanym biegaczem, zaczął tracić dystans do lidera. Na
mecie wyniósł on 30 metrów. Petkiewicz był bliski złamania kosmicznej
granicy czterech minut (4:00,2). Na otarcie łez pozostał mu kolejny,
czwarty z rzędu rekord Polski na tym dystansie! Ze starcia dwóch
reprezentacji zwycięsko wyszli Biało-Czerwoni, wygrywając 84,5:73,5.
W trakcie meczu z południowymi sąsiadami Warszawa żyła innym
wydarzeniem. Kilka dni wcześniej stolicę obiegła wiadomość o polskiej
wizycie genialnego biegacza Nurmiego. Fin miał przybyć do stołecznego
miasta na zaproszenie Warszawianki. Trwające kilka lat próby ściągnięcia
Paavo nad Wisłę wreszcie zakończyły się sukcesem. Wielki mistrz zaliczył
starty w największych europejskich metropoliach - m.in. Pradze, Wiedniu
czy Berlinie, ale do naszego kraju nie zdołał wcześniej zawitać. Dwa
planowane występy - na 3000 m (sobota) i cztery mile (niedziela) -
urosły do rangi sportowego wydarzenia roku. Nurmiego znał każdy
szanujący się kibic sportu na kontynencie, a lista jego osiągnięć mogła
przyprawić o zawrót głowy. Sportową wartość urodzonego w Turku biegacza
wyznaczało 13 rekordów świata na różnych dystansach (od jednej mili
anglosaskiej do biegu godzinnego) oraz dziewięć złotych medali
olimpijskich. Skandynawski mistrz był typem indywidualisty, tytanem
pracy, uosobieniem żelaznej woli i charakteru, a do tego uchodził za
artystę na bieżni. W 1925 roku wyruszył w tournée po Stanach
Zjednoczonych. W ciągu 63 dni wystartował w 55 biegach, w których
odniósł 53 wygrane! Po powrocie do kraju jeden z artystów odlał jego
pomnik z brązu. Prawdopodobnie był on pierwszym w nowożytnej historii
sportowcem, który dostąpił takiego zaszczytu.
Jeden ze szczęśliwców, któremu udało się przeprowadzić wywiad z Nurmim.
Jak większość mieszkańców z północy Europy, Nurmi miał duszę
introwertyka i nie był skory do udzielania wywiadów. W środowisku
dziennikarskim krążyła opinia, że ten, kto zdoła uzyskać choćby minutę
rozmowy z "Wielkim Niemową", będzie geniuszem. Paavo prowadził w swoim
kraju przedstawicielstwo znanej amerykańskiej marki samochodowej General
Motors. Interes szedł mu świetnie. W końcu kto nie chciałby kupić auta
od legendarnego Nurmiego? Mimo zgromadzonej fortuny Paavo żył skromnie,
zaczynając dzień od treningu biegowego lub pracy w polu. Rzekome
doniesienia o jego przejściu na zawodowstwo w żaden sposób nie
umniejszały uwielbienia, jakim darzyli go kibice.
Przez kilka dni fiński artysta bieżni był na ustach całej "warszawki".
Do stolicy dotarł bezpośrednio z Tallina, dzień przed startem, późnym
wieczorem. Owacyjne przyjęcie na dworcu skwitował zagadkowym uśmiechem,
charakterystycznym dla siebie milczeniem oraz lekkim uchyleniem
kapelusza. Cierpliwie pozował przed obiektywami aparatów mimo widocznego
na twarzy zmęczenia podróżą. Emocje związane z jego startem udzieliły
się także "Kusemu". Polski biegacz popędził co sił do hotelu, chcąc
zamienić choćby kilka zdań ze swoim idolem. Zastał go odpoczywającego w pokoju. Krótka rozmowa prowadzona była w języku migowym. "Kusy" wręczył
Finowi swój bilet wizytowy (ówczesna wersja wizytówki), a ten lekko
pokiwał głową, jakby go rozpoznał lub wcześniej skojarzył.
Do starcia przeciwko Nurmiemu, dla którego był to pierwszy oficjalny,
europejski start od czasu zakończenia tournée w USA oraz
kilkumiesięcznego odpoczynku w rodzinnym mieście, organizatorzy
desygnowali Petkiewicza oraz jego niedawnego pogromcę - Koščáka.
Kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem zawodów park im. Ignacego
Paderewskiego zaczął wypełniać się kibicami. Na trybunach zasiadło około
ośmiu tysięcy osób. Bieg z udziałem Fina odbywał się podczas meczu
między AZS Warszawa a węgierskim M.A.F.C. (Budapeszt). Rywalizacja obu
teamów została wzbogacona konkurencjami lekkoatletycznymi z udziałem pań
- polskich i czeskich lekkoatletek. Zmagania drużynowe szybko zeszły na
dalszy plan, a uwaga całej publiki skupiła się na występie Nurmiego.
Warszawski epizod miał być jednym z biegowych pożegnań "Wielkiego
Niemowy" z Europą. Fin szykował się do kolejnego tournée po Ameryce
Północnej, po którym zamierzał (przynajmniej tak deklarował) zawiesić
kolce na kołku.
Główny aktor lekkoatletycznego spektaklu dotarł na stadion samochodem
marki General Motors, który dostarczył mu polski oddział firmy. Po
wyjściu z auta pospiesznie udał się do szatni, przebrał w strój
sportowy, a kilkanaście minut przed startem przy ogłuszającym aplauzie
kibiców pojawił się na bieżni. Jego obecność na płycie głównej
momentalnie rozgrzała skostniałą od słabych wyników i źle dobranego
programu wydarzenia publikę. Wieczorne zawody były drugą tego dnia
wizytą Nurmiego na obiekcie stołecznego AZS. Pierwsza, z dala od fleszy,
aparatów i uciążliwych fanów, odbyła się bladym świtem. Fiński mistrz,
korzystając z uroków wczesnej pory dnia, przeprowadził na stadionie
poranny rozruch, testując jego nawierzchnię. Podczas pobytu na obiekcie
ujął jego zarządców oraz przypadkowych gapiów wyjątkową skromnością.
Mimo usilnych próśb nie chciał skorzystać z szatni. Usiadł na jednej z ławek na trybunach, założył kolce i rozpoczął samotny bieg dookoła
boiska.
Godzina fińsko-polskiego pojedynku zbliżała się nieubłaganie. Po
krótkiej rozgrzewce i kilku przebieżkach faworyt ustawił się na kresce,
mając po lewej stronie samotnego wilka Petkiewicza, któremu ubył drugi
rywal w osobie Koščáka. Słowak bez wyjaśnień nie zjawił się w Warszawie.
Nurmi i Petkiewicz na kilka sekund przed startem.
Atmosfera była napięta, a Staszek mocno skupiony, ze wzrokiem utkwionym
gdzieś w oddali. Fin nie chciał zakłócać koncentracji przeciwnika.
Obdarzył go jedynie nieśmiałym uśmiechem i podał rękę na powitanie. Po
chwili obaj zastygli w bezruchu, oczekując w napięciu na wystrzał. Gdy
ten nastąpił, momentalnie ruszyli przed siebie. Przez większość rund
Nurmi dyktował tempo, tocząc nierówną walkę ze wzmagającym się wiatrem.
Petkiewicz chciał go zmienić na prowadzeniu, ale Fin nie zamierzał
oddawać pozycji lidera. Międzyczas pierwszego kilometra był daleki od
rekordowego. Paavo szybko zrezygnował z walki z czasem, decydując się
rozegrać bieg taktycznie. Na kolejnych rundach próbował napocząć rywala
zmiennym, szarpanym tempem oraz ciągłymi przyspieszeniami. Staszek był
jednak czujny i "wiózł się" na plecach rywala. Poza chwilowym kryzysem
na szóstym okrążeniu wyglądał na świeżego, co potwierdzał jego równy,
miarowy oddech. Na kolejnych pętlach intensywność biegu spadała. Nurmi
nie był tego dnia najlepszą wersją siebie. Na początku finałowej rundy
nerwowo się obejrzał, wyczekując na atak rywala. Przyklejony do niego
faworyt gospodarzy nie zamierzał porywać się na dłuższy finisz. Dopiero
na ostatniej prostej rzucił wszystkie siły na szalę, zrównując się z Finem. Ten nadludzkim wysiłkiem wysunął się o pierś na prowadzenie, ale
kontratak młodziana był zabójczy. Polak wpadł na kreskę tuż przed
wielkim mistrzem! Na trybunach nastąpiła eksplozja trudnej do opisania
radości. Ludzie głośno skandowali i tonęli w objęciach swoich towarzyszy
bądź przypadkowych kibiców. Czas Petkiewicza (8:51,6) był gorszy od
rekordu Polski i znacząco odbiegał od najlepszego wyniku Fina (8:20,4).
Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Ważne było zwycięstwo nad wielkim
Nurmim, który przegrywał od wielkiego dzwonu. Jako profesjonalny biegacz
zaznał gorzkiego smaku porażki nie więcej niż cztery bądź pięć razy!
Piękna karta historii polskiego sportu zapisała się złotymi zgłoskami.
Kluczem do sukcesu okazał się wybór odpowiedniej taktyki, która tym
razem zawiodła legendarnego Skandynawa.
Porażka wprawiła Nurmiego w podły nastrój. Obwiniał za nią swojego
towarzysza, Estończyka Reinholda Saulmanna, byłego sprintera i olimpijczyka z Antwerpii (1920).
- Jechałem z Tallina 35 godzin. Przez Saulmanna - bez sleepingu. Żałuję,
że startowałem w Tallinie, a nie przyjechałem bezpośrednio do Warszawy -
tłumaczył się "Wielki Niemowa", co odnotował "Przegląd Sportowy".
Fin nie omieszkał też skomentować występu swojego pogromcy.
- To wielki talent. Z wiekiem nabędzie rutyny i techniki. Zaprosiłem go
do Finlandii - powiedział Paavo, dając znać ręką, że to koniec rozmowy
na dzisiaj. Nieco bardziej wylewny był Staszek.
- Nie spodziewałem się tego zwycięstwa. Raczej byłem pewny, że przegram,
choć sądząc po czasach Nurmiego w Tallinie, przegrać mogłem niewiele.
Byłem trochę zdenerwowany, ale wyszło mi to na dobre - rzucił w kierunku
fotoreporterów.
Podrażniony mistrz w swoim drugim starcie, na dystansie czterech mil,
postawił wszystko na jedną kartę. Od początku narzucił mordercze tempo,
którym pragnął wykończyć Petkiewicza. Polak był podbudowany
wcześniejszym zwycięstwem i nie zamierzał wyłącznie statystować Finowi.
Na bieżni dokonywał heroicznych wysiłków, chcąc utrzymać się jak
najdłużej za plecami lidera. Kluczowy okazał się czwarty kilometr.
"Wielki Niemowa" wykonał wtedy mocniejszy zryw, którym "napoczął"
rywala. Na twarzy Staszka pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia, a serce waliło mu jak oszalałe. Po kilkuset metrach Skandynaw przestał
czuć oddech Petkiewicza na karku. Na kolejnych rundach systematycznie
budował przewagę nad przeciwnikiem, który walcząc ze swoimi słabościami,
starał się zachować Nurmiego w bliskim polu widzenia. Na kresce
zwycięstwo Skandynawa nie podlegało dyskusji (ok. 40 metrów przewagi),
ale Staszek też nie miał powodów do wstydu. Jego czas (19:41,7) był o 13
sekund lepszy od tego, jaki uzyskał w Anglii. Nietypowy dystans pokonał
też szybciej - o osiem sekund, od zwycięzcy londyńskiego biegu,
Brytyjczyka Beaversa. Wynik był też lepszy od francuskiego rekordu
legendarnego Jeana Bouina, wicemistrza olimpijskiego ze Sztokholmu
(1912) uważanego za najlepszego długodystanscowca poza Nurmim i Hannesem
Kolehmainenem, jakiego wydała ziemia. Po biegu naszego asa nie opuszczał
dobry humor i chętnie odpowiadał na pytania prasy.
Karykatura Nurmiego opublikowana w "Przeglądzie Sportowym".
- Dystans czterech mil jest świetny dla Nurmiego, a dla mnie trochę za
długi. Zdawałem sobie sprawę, że tym razem muszę przegrać. Chodziło mi
tylko o to, by zrobić dobry czas i utrzymać się na dobrej wysokości.
Rozmowniejszy niż zwykle był też Nurmi. W drodze do hotelu wdał się w dłuższą pogawędkę z redaktorem Józefem Włodarkiewiczem z tygodnika
"Stadjon". Poruszono między innymi kwestię Petkiewicza.
- Nie znałem go zupełnie, ale jest dobry. Świetny materiał, doskonała
budowa. Jeśli będzie pracował pod okiem doświadczonego trenera, pobije
niejeden rekord światowy - komplementował Staszka Fin, ale nie omieszkał
wbić mu szpileczki. - Choć takich Petkiewiczów mamy w Finlandii kilku.
Nurmi zapytał o wiek swego rywala, a kiedy usłyszał, że Polak liczy 22
wiosny, ze smutkiem odparł: - A ja mam 32.
Wieczorem Fin uczestniczył w bankiecie na cześć zagranicznych gości AZS.
Zrelaksowany bawił się przednio, obserwując panujące u nas zwyczaje
towarzyskie. Szczególnie mocno zainteresował się nieznanym w jego kraju
gestem całowania kobiety w rękę na powitanie i pożegnanie.
Forma Petkiewicza w ostatnich tygodniach przypominała rollercoaster.
Niedawno przegrał starcie z uznanym, ale odstającym od europejskiej
elity Koščákiem, a teraz celebrował historyczny triumf nad fińską
legendą biegów. Co wpłynęło na tak radykalny sportowy progres polskiego
biegacza? A może to wcześniejsza przegrana była przysłowiowym wypadkiem
przy pracy? Wątpliwości rozwiał sam zawodnik. Podczas wywiadu z redaktorem "Przeglądu Sportowego" zdradził kulisy swojej nierównej
dyspozycji, czym wprawił swojego rozmówcę w spore zakłopotanie.
- Proszę Pana, czuję się teraz już znacznie lepiej. Mecz z Czechami był
w końcu miesiąca. Nurmi przejechał tuż po pierwszym. Przedtem jadłem
porządny obiad raz na dwa, trzy dni, pieniądze wyszły... Teraz po
pierwszym jadam regularnie...
Petkiewicz odbiera Wielką Honorową Nagrodę Sportową z rąk prezydenta
Ignacego Mościckiego (trzymającego rękawiczki).
Petkiewicz pracował wtedy jako sekretarz Ligi Piłki Nożnej i zarabiał
250 zł miesięcznie. Z tej kwoty musiał się utrzymać. Jak widać, z marnym
skutkiem...
Wygrana nad 32-letnim Nurmim przesądziła o przyznaniu Petkiewiczowi
Wielkiej Honorowej Nagrody Sportowej, którą odebrał... dopiero dwa lata
później z rąk prezydenta RP Ignacego Mościckiego podczas święta
sportowego w Spale.
Niemal wszystkie liczące się gazety informowały o sensacyjnej porażce
Fina w Warszawie, a jego pogromca stał się pożądanym towarem na
europejskiej giełdzie imprez lekkoatletycznych. Nic dziwnego, że do
siedziby PZLA spływały kolejne propozycje zagranicznych startów dla
Petkiewicza. Spośród wielu kontynentalnych kierunków wybrano Paryż. Do
Francji, na zaproszenie Racing Club, organizatora prestiżowych zawodów
Prix Roosevelt, zamierzano wysłać trzyosobową ekipę: Petkiewicza,
Stefana Kostrzewskiego oraz Stefana Sikorskiego (skoczek w dal i sprinter, który jako pierwszy w Polsce przekroczył granicę siedmiu
metrów). Początkowo w tym gronie znalazł się również powracający do
optymalnej formy "Kusy", ale z powodu pustek w związkowej kasie
zdecydowano się odchudzić skład. Ofiarą optymalizacji kosztów padł
właśnie Janusz.
Mimo rozczarowania paryską absencją "Kusy" z optymizmem spoglądał w lekkoatletyczną przyszłość. Podczas wizyty w redakcji "Przeglądu
Sportowego" zwierzał się dziennikarzom ze swoich ostatnich przygotowań
oraz planów i celów na kolejny sezon.
- Trenowałem dość oryginalnie, raz na 3 tygodnie - 5 km, pozatem raczej
dystanse krótsze, około 800 m... Przyszło wówczas zaproszenie do Paryża.
Zacząłem znów pracować intensywnie. Trzy razy w tygodniu po 12 do 20
min. biegałem w Łazienkach po górach i dołach. W ostatniej chwili
odwołano wyjazd. Trudno. Trenuję dalej, ale już tylko dwa razy w tygodniu.
- A jak się czujesz zdrowotnie i ogólnie sportowo? - zapytał
dziennikarz.
- Czuję się świetnie. Od roku ubiegłego poprawiłem sobie krok, nabrałem
wytrzymałości, płuca pracują świetnie, serce się nie męczy. Nie
straciłem nic z szybkości na finiszu.
- Czyli jesteś w najlepszej dyspozycji?
- Jeszcze nie jestem w pełnej formie. Ważę 66 kg, a powinienem ważyć 61
kg. Te pięć kilo zbędnych strenuję powoli. A gdy nie będę miał grama
tłuszczu na sobie, wówczas - w lecie - pokażę, co potrafię. Chcę i wierzę, że mogę przekroczyć granicę 15 min.
Trójkolorowi szczyli się wybitnym milerem w osobie Jules'a Ladoum?gue'a (przyszłym rekordzistą świata na 1500 m), ale na dłuższych dystansach
brakowało im klasowych zawodników. Na paryskim dworcu ekipie sportowców
z orzełkiem na piersi przekazano hiobowe wieści o odwołaniu zawodów. W patowej sytuacji pomocną dłoń w kierunku Biało-Czerwonych wyciągnął inny
francuski klub - Stade Français organizujący konkurencyjną
lekkoatletyczną imprezę. Formalności związane ze zgłoszeniami załatwiono
praktycznie od ręki, jeszcze na stacji kolejowej. Organizatorzy
naciskali na start naszej gwiazdy na prestiżowym dystansie 5000 m, co
miało przyciągnąć tysiące kibiców na stadion. Staszek przyjął wyzwanie,
a następnego dnia w kilku francuskich dziennikach pojawiła się
fotografia polskiego biegacza wraz z tekstem pełnym superlatyw pod jego
adresem.
Petkiewicz na starcie biegu na Stade Jean-Bouin, drugi z prawej z numerem 266.
W Paryżu Petkiewicz stawiał czoła szerszej koalicji miejscowych
zawodników. Większość z nich w trakcie biegu stosowała nieczyste
zagrywki, zamykając Staszka w środku stawki. Polak musiał mozolnie,
często nadkładając metrów od bandy, przebijać się na czoło peletonu,
powtarzając ten manewr kilkukrotnie. Taktyka polegająca na zamęczeniu
rywala za wszelką cenę kłóciła się zasadami fair play, ale dla Francuzów
liczył się cel. A ten, jak wiadomo, uświęca środki. Po pokonaniu trzech
i pół kilometra Petkiewicz stracił resztki cierpliwości. Mocno ruszył do
przodu i momentalnie rozerwał dziesięcioosobową grupę. Za jego plecami
zdołali utrzymać się tylko dwaj lokalni "matadorzy" - Henri Dartigues,
piąty zawodnik na igrzyskach w Amsterdamie na 3000 m z przeszkodami i Seghir Beddari, zdolny biegacz algierskiego pochodzenia. Okrążenie przed
metą również tę dwójkę lider pozostawił daleko w tyle. Tryskając
energią, z uśmiechem na twarzy, niezagrożony wbiegł na metę w czasie
15:25.
Z Paryża udał się do Pragi. W stolicy Czechosłowacji nasz gwiazdor
stanął przed szansą odegrania się na swoim niedawnym pogromcy - Koščáku.
Publiczność na stadionie lokalnej Sparty ostrzyła sobie zęby na ostrą i bezpardonową walkę do ostatnich metrów. Toczony w wolnym tempie
pojedynek na dystansie 3000 m rozstrzygnął się jednak dużo wcześniej.
Około 300 metrów przed kreską faworyt gospodarzy zaatakował, a Petkiewicz - ku zdziwieniu miejscowej gawiedzi - szybko skapitulował,
dobiegając truchtem do mety. Koščák wygrał w przeciętnym czasie 9:09,6.
Eksperci próbowali dociec, jak to możliwe, że ten sam biegacz, który
kilka dni wcześniej zadziwił sportowy świat i ograł fińską legendę
bieżni, teraz praktycznie poddał starcie bez walki. O krótką,
lekkoatletyczną "psychoanalizę" osoby Petkiewicza pokusił się tygodnik
"Stadjon", który pisał na swoich łamach: "Te dwie ostatnie porażki (z Koščákiem - przyp. aut.) wykazały w nim brak serca do walki i rutyny.
Zachwiały wiarę w jego niezwyciężoność, zaprezentowały go jako zawodnika
nierównego, bowiem nie wierzymy w to, by Kostiak był większym od niego
talentem".
Sam zawodnik w rozmowie w "PS" spadek formy tłumaczył innymi
przesłankami. Uważał, że każdy organizm w obliczu nadmiernego wysiłku
musi w końcu odmówić posłuszeństwa i tego właśnie doświadczył w Pradze.
Staszek desperacko łaknął krótkiej przerwy, ale ta raczej nie wchodziła
w rachubę. Kalendarz startów był przeładowany aż do późnej jesieni.
Po powrocie do kraju Petkiewicz zamienił stadion na polne drogi.
Odbywające się w Królewskiej Hucie (dzisiejszy Chorzów) mistrzostwa
Polski w biegach na przełaj wieńczyły pięcioletnią, klubową rywalizację
o tytuł najlepszej lekkoatletycznej drużyny w kraju. Zwycięski zespół
miał otrzymać na własność przechodnią nagrodę - odlew wykonanej przez
rzeźbiarza i prezesa AZS Warszawa Edwarda Wittiga statuetki pt.
"Łucznik". Jej autor wsławił się również wykonaniem znanego
warszawianom, zlokalizowanego przy ul. Żwirki i Wigury pomniku Lotnika.
Według jednej z wersji w rolę modela pozującego do tej postaci wcielił
się lekkoatleta Stefan Piątkowski. W całym cyklu wystartowało łącznie 29
klubów. Termin biegu pokrywał się z okrągłą, dziesiątą rocznicą
istnienia PZLA, co nadało zawodom jeszcze większej rangi. Staszek marzył
o rehabilitacji za niedawną porażkę z Koščákiem w Pradze. Start na
pełnej wzniesień i zakrętów siedmiokilometrowej trasie, z finiszem na
żwirowej ścieżce parkowej, a później bieżni stadionu, miał dla niego
dodatkowy smaczek. Do prawdziwego ścigania wracał "Kusy", a rywalizacja
ze starszym o blisko dwa lata zawodnikiem zawsze wyzwalała w nim
dodatkowe pokłady energii. W mistrzostwach wystartowało 12 z 28
zgłoszonych zawodników, w tym niemal cała krajowa czołówka. W początkowej fazie biegu utworzyła się kilkuosobowa grupa, ale po
pokonaniu około jednej trzeciej doskonale oznaczonej chorągiewkami i obstawionej sędziami trasy oraz jednego stromego wzniesienia szybko się
porwała. Z przodu samotnie biegł Janusz, a za nim ze stratą kilkunastu
metrów podążał Petkiewicz. Niespodzianka wisiała w powietrzu. Lider
prowadził jeszcze po wbiegnięciu na bieżnię, około 200 metrów przed
metą. Popełnił jednak błąd, który nie przystoi lekkoatlecie tej klasy.
Będąc pewnym wygranej, nieznacznie zwolnił, co zauważył i wykorzystał
jego przeciwnik. Petkiewicz poczuł krew i zerwał się do nagłego ataku.
Szybko minął zaskoczonego rywala, któremu zabrakło czasu na
skontrowanie. "Kusy" dobiegł do kreski ze stratą 25 metrów do zwycięzcy.
Czuł złość i niedosyt, ale w natłoku czarnych myśli potrafił dostrzec
pozytywy. Po dłuższym rozbracie z bieganiem szybko wskoczył na swój
najwyższy sportowy poziom. Mimo sporych zaległości treningowych był
równorzędnym przeciwnikiem dla Staszka. Uważał się za moralnego
zwycięzcę, a przyczyn porażki upatrywał w swoim gapiostwie. Trzeci na
mecie zameldował się Sarnacki, około 200 metrów za Kusocińskim.
Statuetka Łucznika, a tym samym tytuł najlepszego lekkoatletycznego
klubu w Polsce w ostatnim pięcioleciu powędrowały do stołecznej Polonii,
która wyprzedziła lokalnego rywala - AZS - zaledwie o jeden punkt
(263:262)! Znaczący wkład w zwycięstwo Czarnych Koszul miał
dziesięcioboista Antoni Cejzik, który wywalczył dla swojej drużyny ponad
jedną trzecią całego dorobku punktowego! Trzecie miejsce z wynikiem 87
oczek przypadło Warszawiance.
Występ na Górnym Śląsku był ostatnim tegorocznym akordem biegowym w kraju. Po zawodach "Kusy" wrócił do CIWF, gdzie zamierzał spędzić zimę
na intensywnej pracy i budowaniu podwalin pod przyszłe, wiosenne starty.
Główną areną jego treningów - początkowo dwa razy w tygodniu, a później
częściej - stały się warszawskie Łazienki, gdzie pracował sezonowo jako
ogrodnik. Czasy, które osiągał podczas biegów kontrolnych, napawały
optymizmem. Ambitne plany złamania granicy 15 minut w biegu na 5000 m
nabierały coraz bardziej realnych kształtów.
Podczas gdy "Kusy" wykuwał formę na przyszły sezon, Petkiewicz zaliczał
kolejne starty. Ranga krajowego lidera niosła za sobą pewne
zobowiązania. Nie wypadało odrzucić zaproszenia na prestiżowe zawody w Sztokholmie. W Wenecji Północy Staszek wystąpił na dwóch dystansach, ale
o zmianie harmonogramu startów dowiedział się dopiero na miejscu.
Szwecja przywitała Polaka typową, chłodną aurą. Temperatura była tylko
nieznacznie dodatnia, co zmusiło Petkiewicza do biegania w piłkarskim
trykocie z dłuższym rękawem. Chłodek nie przeszkadzał zaś lokalnej
publice, która tłumnie, bo w liczbie aż 15 tysięcy, zjawiła się na
stadionie. Do pierwszej potyczki na dystansie anglosaskiej mili (1609 m)
gospodarze desygnowali swoich najlepszych biegaczy - między innymi
rewelację sezonu, olbrzyma z klubu Molde Birgera Krafta (aktualnego
mistrza Szwecji i najlepszego skandynawskiego średniodystansowca) oraz
doświadczonego olimpijczyka Ragnara Karla Magnussona (Amsterdam 1928 -
piąty na 5000 m i szósty na 10 000 m).
W celu podniesienia atrakcyjności biegu zdecydowano się na nietypową
formułę. Magnusson startował 40 metrów, zaś Alvar ?kerdahl 35 metrów
przed dwójką faworytów: Petkiewiczem i Kraftem. Dwójka ścigających,
biegnąc po niewygodnej, rozmokłej bieżni, metr po metrze zmniejszała
dystans dzielący ich od uciekinierów. Gdy wreszcie minęli rywali, na
trybunach uniosła się wrzawa napędzana siłą kilkunastu tysięcy gardeł.
Lepszym sprinterem o 0,4 s okazał się Kraft, który wpadł na taśmę około
dwa metry przed Polakiem (4:19,6). Według relacji Staszka jego pogromca
"był tak wysoki, że robił trzy kroki, gdy on robił pięć".
W oczekiwaniu na drugi sztokholmski start Staszek prowadził ascetyczny
żywot mnicha. Chodził wcześnie spać i budził się bladym świtem. Dni
wypełniały mu treningi i masaże, a jedynym urozmaiceniem oraz
odpoczynkiem od biegowej zaprawy było zwiedzanie miasta pod czujnym
okiem swojego opiekuna Thorwalda Norlinga - byłego szwedzkiego
lekkoatlety, pierwszego w kraju zagranicznego szkoleniowca
(zatrudnionego przez AZS Warszawa) oraz trenera objazdowego i konsultanta krajowego PZLA.
Możliwe, że Edvin Wide (na zdjęciu podczas amsterdamskich igrzysk)
przestraszył się Staszka.
Obsada drugiego pojedynku (3000 m) była nie mniej imponująca od
pierwszego. Poza internacjonałem w osobie Polaka na kresce stanęli
wybitni przedstawiciele skandynawskiej szkoły biegów. O zwycięstwo
walczyli niezmordowany Magnusson oraz Jean-Gunnar Lindgren - czwarty w Amsterdamie (1928) na 10 000 m. Stawkę miał uzupełnić genialny Szwed
(ale urodzony w Finlandii) Edvin Wide, dwukrotny brązowy medalista
olimpijski z Amsterdamu (1928 rok). Niestety, w przededniu zawodów
poinformował organizatorów o rezygnacji ze startu.
W ostatnich miesiącach zajmowały go inne sprawy niż trening, dlatego
jego forma była w trendzie spadkowym. Wide obawiał się, że starcie z Petkiewiczem może zakończyć się dla niego totalną kompromitacją. Mimo
absencji Edvina organizatorzy nie mieli powodów do narzekań. Wszystkie
bilety w liczbie 25 tysięcy wyprzedały się na pniu.
Zakochani w biegach Skandynawowie potrafili docenić kunszt wielkich
mistrzów. Nie inaczej było w Sztokholmie. Każdy wkraczający na płytę
stadionu lokalny bohater witany był burzą oklasków. Po starcie na czoło
wysunął się polski gwiazdor. Przez większość okrążeń przewodził stawce,
a każdą próbę zmiany na prowadzeniu gasił w zarodku. Losy pojedynku
rozstrzygnęły się na ostatniej rundzie. Petkiewicz zaczął odrywać się od
towarzyszy. Pierwszy z trzyosobowej grupy odpadł Lindgren. Magnusson
dłużej utrzymał się za plecami Petkiewicza, ale w końcu on również
musiał spasować. Staszek wpadł na metę 20 i 70 metrów przed konkurentami
w czasie 8:53,4. Sztokholm został zdobyty, a bohater zawodów podbił
serca wymagającej północnej publiki. Gdy po raz pierwszy przedstawił się
widzom, z trybun dobiegały odgłosy pojedynczych braw. Kilkadziesiąt
minut później stadion trząsł się w posadach od wrzawy na cześć
triumfatora! Prasa nie kryła zachwytów nad zwycięzcą. Pisano, że Staszek
jednym zwycięstwem uczynił więcej dla polskiej propagandy niż wiele lat
działalności dyplomatycznej czy publicystycznej.
Podczas pobytu Sztokholmie za pośrednictwem poselstwa w Tallinie
(Estonia) "Petek" otrzymał zaproszenie na serię startów w Stanach
Zjednoczonych. Pomysłodawcą jego wizyty w kraju jankesów był menedżer
sportowy Hugo Quist stojący wcześniej za amerykańskim tournée Nurmiego
oraz Widego. Quist działał w imieniu nowojorskiego koncernu prasowego
(New York Newspapers Association) będącego organizatorem jednego z największych mityngów w kraju. Sprawny przedsiębiorca dowodził
fińsko-amerykańskim klubem biegowym w Nowym Jorku, do którego należał
między innymi słynny Fin Ritola. PZLA nie oponował przed wyjazdem
Petkiewicza za ocean, ale żądał pewnych gwarancji - nalegał na opłacenie
wszelkich kosztów utrzymania oraz transportu (najlepiej pierwszą klasą)
mistrza wraz z menedżerem, a także potwierdzenia minimum pięciu startów.
Quist zwrócił się z prośbą do menedżera Nurmiego, Estończyka Saulmanna,
o wstawiennictwo wśród polskich władz dyplomatycznych w Tallinie, co
przyniosło dobry skutek. Dopełnieniem formalności miało być przekazanie
drogą telegraficzną ustalonej sumy pieniężnej, która na wypadek
ewentualnej scysji z organizatorem tournée zapewniłaby Staszkowi i jego
kompanowi niezależność finansową za oceanem. Petkiewicz oczekiwał na
oficjalne zaproszenie z Amatorskiego Związku Atletycznego, tzw. AAU
(Amateur Athletic Union), czyli tamtejszej organizacji zajmującej się
promocją, organizacją i rozwojem sportu amatorskiego. Dzięki niemu jego
wyjazd miał nabrać charakteru oficjalnej sportowej wizyty, a nie
prywatnego, komercyjnego przedsięwzięcia zagrażającego jego amatorskiemu
statusowi.
Petkiewicz udający się do Stanów Zjednoczonych na tournée w oczach
karykaturzysty "Przeglądu Sportowego".
Paszporty były przygotowane i zaopatrzone w wizy amerykańskie, a plan
podróży opracowany. Szybki wyjazd uniemożliwiały jednak kwestie
formalne. Telegraficzny transfer pieniędzy przeciągał się w czasie. W końcu gdy kwota dotarła pod "wskazany adres", okazało się, że jest dużo
mniejsza od ustalonej. Ledwie wystarczyłaby na pokrycie kosztów podróży
samego Petkiewicza, bez towarzysza. Kolejne telegramy z Nowego Jorku
rozrzedzały gęstą atmosferę. Wynikało z nich, że brakująca część
pieniędzy jest już "w drodze".
W oczekiwaniu na podróż Staszek oddawał się treningom w CIWF,
przyzwyczajając się do warunków biegania w hali na podłodze. Podczas
codziennych zajęć szlifował trudną sztukę pokonywania ostrych zakrętów
bez zwalniania. W ćwiczeniach pomagały mu zakupione w stolicy Szwecji
ciężkie sportowe buty, w których przemierzał około pięć-sześć kilometrów
każdego dnia. Polak robił błyskawiczne postępy, w czym pomocne okazały
się jego wcześniejsze halowe epizody. Okazało się, że lwią część
amsterdamskich (olimpijskich) przygotowań spędził w Rydze na stadionie
pod dachem o jeszcze mniejszym obwodzie niż ten, którym dysponowała
słynna nowojorska Madison Square Garden. Podczas jednego z treningów o klasie Petkiewicza przekonał się wybitny średnio- i długodystansowiec
Mędrzycki. Polonista zdołał utrzymać tempo wielkiego mistrza tylko przez
trzy okrążenia.
Po kilku dniach PZLA otrzymał brakującą część środków finansowych, co
oznaczało zielone światło na wyjazd. Polak dotarł koleją do Paryża,
gdzie w Lasku Bulońskim odbył krótki trening, skorzystał z usług
masażysty, po czym wsiadł na statek o nazwie Berengaria.
Pięćdziesięciojednotonowa jednostka pływająca, mieszcząca około 3000
pasażerów oraz 800 osób załogi, służyła mu podczas rejsu za dom oraz
ośrodek treningowy. W ramach rozbudowanej infrastruktury oferowała
między innymi: pływalnię, salę gimnastyczną czy pomieszczenie do masażu.
Fatalne warunki na Oceanie Atlantyckim sprawiły, że Petkiewicz przywitał
się z Nowym Jorkiem z dwudniowym opóźnieniem. Doskwierająca mu przez
całą podróż choroba morska mocno nadwyrężyła jego siły. W porcie
przedstawiciele Konsulatu Generalnego RP zgotowali mu życzliwe
powitanie. Sielankę przerwały niepokojące wieści z kraju. Depesza, którą
AAU wystosowała do PZLA, nie pozostawiała złudzeń - Polakowi zabroniono
startów na terenie Stanów Zjednoczonych!
Powodem podjętej z końcem roku odmownej decyzji był rzekomo finansowy
podtekst jego pobytu, a w szczególności planowany udział w dwóch
mityngach organizowanych przez prywatnego menedżera - w Nowym Jorku i Brooklynie. Mocnym argumentem przemawiającym na niekorzyść Petkiewicza
był fakt, że ten pojawił się w Ameryce bez oficjalnego zaproszenia
tamtejszej federacji, co według AAU było równoznaczne z komercyjnym,
czyli zarobkowym charakterem wizyty. Podczas spotkania z sekretarzem
związku Staszek przedłożył dokumenty zaświadczające o jego amatorskim
statusie. Sprawa została zgłoszona pod obrady Wydziału Zagranicznego
American Athletic Union. Pierwsza decyzja była negatywna. Dopiero po
interwencji Ambasady Rzeczypospolitej Polski w Waszyngtonie, która
potwierdziła, że biegacz odbywa podróż dyplomatyczną, a wszelkie koszty
jego pobytu pokrywa minister spraw zagranicznych oraz polski rząd,
cofnięto zakaz startu. Petkiewicz musiał pójść jednak na pewne ustępstwa
- uczestniczyć tylko w zawodach sygnowanych herbem tamtejszego związku.
Mimo szczęśliwego zakończenia sytuacja budziła niesmak po obu stronach.
W celu uniknięcia podobnych niedomówień w przyszłości amerykańska
federacja rozesłała do wszystkich krajowych związków oficjalne pismo.
List ostrzegał przed skutkami przyjmowania zaproszeń na zawody do USA od
prywatnych menedżerów niebędących w stałym kontakcie z AAU. Dodatkowo
amerykański związek zaapelował do PZLA o ostateczne wyjaśnienie na
międzynarodowym forum rzekomej dyskwalifikacji nałożonej przez łotewską
federację na Petkiewicza.
Na koniec 1929 roku Staszek legitymował się siódmym wynikiem na 5000 m
oraz dziewiątym na 10 000 m na świecie. Tymczasem przebywająca na Łotwie
siostra Petkiewicza powoli szła w ślady starszego brata. W mistrzostwach
kraju zajęła drugie miejsce w biegu na 100 m. Prasa informowała, że
Petkiewiczówna uczęszczała do polskiego gimnazjum i rzekomo nosiła się z zamiarem przyjazdu do Polski na stałe!