Biblioteka Przeglądu Sportowego. Wrogowie. Losy najsłynniejszej przedwojennej rywalizacji biegowej - Michał Karol Hasik

Kup ebooka

44.00 zł
35.20 zł (44,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Motywacja

Za każdym wielkim sportowcem stoi motywacja. Źródłem sukcesów Janusza Kusocińskiego, jednego z najwybitniejszych polskich lekkoatletów, byli jego rywale. Walka z łotewskim imigrantem Stanisławem Petkiewiczem wyzwalała w nim dodatkowe pokłady energii oraz sportową złość w czystej, nieskażonej postaci, która zawiodła go na sam szczyt olimpijskich himalajów. Mniej szczęścia miał jego przeciwnik. Świetnie rokująca kariera została brutalnie przerwana, a on sam został zepchnięty w otchłań zapomnienia. Biegowe pojedynki dwóch charakterologicznych "przeciwieństw" były ozdobą wielu zawodów oraz iskrą, która rozpalała serca i umysły setek tysięcy kibiców nad Wisłą. Wzajemna niechęć obu mistrzów była odczuwalna również poza arenami sportowymi. Konflikt systematycznie narastał, a do gnębienia przeciwnika używano szerokiego arsenału dostępnych środków, m.in. prasy, innych lekkoatletów, poczty pantoflowej czy nawet przepisów krajowej federacji.

W drugiej odsłonie swojej kariery Kusociński rzucił się w pogoń za Józefem Nojim. Tytan pracy z Pęckowa, ochrzczony mianem "nowego Kusego", rozwijał swoje biegowe skrzydła pod czujnym okiem... "banity" Petkiewicza. Trapiony kontuzjami stary mistrz bieżni znajdował się na sportowym zakręcie i w starciu ze wschodzącą gwiazdą długich dystansów zdawał się być na straconej pozycji. Zamiast usunąć się w cień i skupić na pracy trenerskiej, podjął karkołomne, szaleńcze wyzwanie odzyskania pełnej sprawności, powrotu do najlepszej formy z czasów igrzysk oraz wywalczenia palmy krajowego pierwszeństwa.

Za sprawą walki z Petkiewiczem i Nojim legenda wielkiego Kusocińskiego stała się kompletna, a karty biegowej, przedwojennej historii, ze wszystkimi sukcesami i porażkami, zapisały się złotymi zgłoskami. Olimpijski triumf "Kusego" to w dużej mierze zasługa stale depczącego mu po piętach Staszka. Natomiast sportowa długowieczność małego wojownika bieżni, której pięknym zwieńczeniem mógł być triumf na igrzyskach w Helsinkach w 1940 roku, pośrednio "obciąża" konto Józka.

Książka "Wrogowie" nie opowiada historii wielkiego sportowca i patrioty, choć "Kusy" jak mało kto zasługuje na oba te przymioty. Jej bohater to człowiek z krwi i kości, naznaczony trudami przedwojennego życia, obsesyjnie walczący o uznanie oraz największe lekkoatletyczne laury. Droga na olimpijskie podium, której podporządkował całe swoje życie, nie była usłana różami, a pokonanie jej wyzwalało w nim najlepsze i najgorsze cechy charakteru. Bezkompromisowe podejście Kusocińskiego do życia stało się zarzewiem szeregu konfliktów oraz sporów, przysparzając mu równie wielu wrogów, co sympatyków.

Zmagania trzech wielkich mistrzów są również pretekstem do przybliżenia początków kształtowania się "królowej sportu" w wolnym, niepodległym kraju. W trudnych, powojennych czasach brakowało trenerów, zaplecza oraz systemu szkoleniowego, a budowanie podwalin lekkiej atletyki opierało się głównie na entuzjazmie działaczy terenowych. Inspiracji szukano poza granicami kraju, między innymi w odległej Finlandii dzierżącej status kuźni największych długodystansowych talentów. Rozwój dyscypliny ograniczała walka z postępującą, nieuchronną profesjonalizacją. Proza życia zmuszała największych mistrzów do łączenia surowego reżimu treningowego z etatową pracą, co samo w sobie stanowiło przejaw wyjątkowego heroizmu. Warunki do wychowywania przyszłych gwiazd były ciężkie, ale mimo wielu przeciwności losu Kusociński, Petkiewicz i Noji ruszyli w pogoń za marzeniami, znacząc dla ówczesnych fanów sportu tyle, co dzisiaj Robert Lewandowski czy Iga Świątek.

Historia ich pojedynków oraz wzajemnych relacji to jeden z najciekawszych, ale i mocno zapomnianych rozdziałów polskiego sportu. Wierzę, że za sprawą tej książki usunę tkwiącą na niej grubą warstwę kurzu, a losy wielkiej trójki pozna szersze grono również młodszych odbiorców. Tego sobie oraz wam, drodzy czytelnicy, życzę z całego serca.

Zapraszam do lektury!

Tło konfliktu

W listopadzie 1918 roku po 123 latach wegetacji pod zaborczym jarzmem Polska odzyskała niepodległość, a wśród jej mieszkańców radość mieszała się z niepokojem. Kraj znajdował się w gospodarczej ruinie. Wszystkie dziedziny życia, wliczając w to również sport, wymagały pilnej odbudowy, a samo państwo stworzenia solidnych, finansowych fundamentów. Dla powstałego 11 października 1919 roku w Krakowie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki (skrót: PZLA), który był pierwszym ulokowanym w niepodległym "krajobrazie" stowarzyszeniem sportowym o zasięgu ogólnopolskim, początki działalności stanowiły prawdziwą drogę przez mękę. W obliczu trudnej sytuacji ekonomicznej oraz wojny polsko-bolszewickiej, która zamknęła nam drogę do olimpijskiego debiutu w Antwerpii (1920 rok), rozwój i popularyzacja "królowej sportu" przypominały walkę z wiatrakami. W kraju cierpiano na deficyt lekkoatletycznych obiektów. Tylko dwa stadiony - we Lwowie i Warszawie - spełniały wymogi organizacji zawodów w pełnym wymiarze konkurencji. Środowisku doskwierał też brak trenerów oraz spójnego systemu szkoleniowego, a związek był zdany wyłącznie na własne, skromne siły. Młodzież po okresie wojennej zawieruchy chętnie garnęła się do sportu. Dostrzegała w nim przejaw normalności oraz solidny grunt do uzyskania psychicznej i emocjonalnej stabilizacji. Niestety, same chęci nie wystarczały. Brak dostępu do fachowej lektury oraz ograniczony kontakt z zagranicznymi ekspertami mocno spowalniały rozwój lekkoatletycznych talentów. Treningi bardziej przypominały eksperymentowanie niż stosowanie przyjętej, profesjonalnej metodologii. Biegacz miał głównie biegać, a wszystkie pozostałe elementy jego sportowych przygotowań, takie jak odnowa biologiczna, odpowiednia dieta czy masaże, leżały odłogiem. W "królowej sportu", podobnie jak i w innych dyscyplinach, dominowało amatorstwo, a jakiekolwiek próby zarabiania na startach groziły natychmiastową, dożywotnią dyskwalifikacją. W takich warunkach wychowanie w krótkim czasie wielkiego mistrza graniczyło niemal z cudem.

Antoni Cejzik z herbem Polonii Warszawa na piersi.

Podczas premierowych dla nas, VII Letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu (1924 rok) lekkoatleci z orzełkiem na piersi wystąpili na miarę swoich możliwości. Ich start na Stade Olympique Yves-du-Manoir w Colombes miał symboliczny charakter i doskonale wpisywał się w słynną maksymę wypowiedzianą przez twórcę nowożytnych igrzysk olimpijskich, barona Pierre'a de Coubertina: "Nie ważne jest zwycięstwo, ważny jest udział". Niemal wszyscy nasi reprezentanci odpadli w eliminacjach. Chlubnym wyjątkiem okazał się wychowany w Moskwie, ale posiadający polskie obywatelstwo dziesięcioboista Antoni Cejzik, który ukończył najcięższą z lekkoatletycznych konkurencji na 12. miejscu (z wynikiem 6319,455 pkt) spośród 25 śmiałków, którzy szczęśliwie dobrnęli do końca zawodów. Rok przed kolejnymi igrzyskami (Amsterdam, 1928 rok) PZLA ściągnął do kraju wybitnego zawodnika oraz dobrze rokującego trenera - Aleksandra Klumberga.

Zatrudnienie estońskiego mistrza dziesięcioboju okazało się strzałem w dziesiątkę. Pierwszy oficjalny rekordzista świata w tej konkurencji oraz brązowy medalista olimpijski z Paryża podpisał dwuletnią umowę ze związkiem. Klumberg miał zapał i chęć do pracy. Czerpał ze sprawdzonych fińskich wzorców przygotowań oraz nie bał się wprowadzać innowacji do treningu swoich podopiecznych. Jako pierwszy w kraju zrezygnował z prowadzenia wspólnych przygotowań olimpijskich dla wszystkich członków kadry. Zajęcia podzielił na trzy grupy - dla biegaczy, skoczków i miotaczy. Estończyk przekonał średnio- i długodystansowców do zalet biegowych interwałów. Upowszechnił również wizyty w łaźni, masaże czy okłady borowinowe (polegające na nakładaniu na skórę podgrzanej borowiny), a cukier - rzecz jasna w odpowiednich proporcjach - stał się fundamentem sportowej diety.

W 1929 roku powstał w Warszawie, z inicjatywy marszałka Polski Józefa Piłsudskiego, na bazie działającej w Poznaniu Centralnej Szkoły Wojskowej Gimnastyki i Sportów oraz Państwowego Instytutu Wychowania Fizycznego - Centralny Instytut Wychowania Fizycznego (dzisiejsza Akademia Wychowania Fizycznego), który miał odpowiadać za szkolenie przyszłej kadry dydaktycznej. Z uwagi na słabo rozwiniętą infrastrukturę sportową rekordy popularności bił cykl zawodów przełajowych pod nazwą Bieg Narodowy - z wielkim, ogólnopolskim finałem podczas obchodzonego w dniu 3 maja Święta Konstytucji. Lekkoatletyka zyskiwała fanów głównie w kręgach robotniczych, choć daleko jej było do fenomenu piłki nożnej. Systematycznie rosły nasze notowania w europejskich rankingach. Progres był widoczny, ale nazbyt powolny, aby przed wybuchem II wojny światowej dołączyć do grona najlepszych na Starym Kontynencie.

Janusz

Był wcześniakiem, który urodził się dwa miesiące przed terminem porodu, ale mimo obaw rodziców wyrósł na zdrowego młodzieńca. Wszędobylski malec, najmłodszy z sześciorga rodzeństwa (dwóch braci i trzy siostry), sprawiał wiele problemów. - Łobuz jesteś. Nic dobrego z ciebie nie wyrośnie - zwykła mawiać do niego matka. Sam biegacz w swoich pamiętnikach nazywał siebie "nieznośnym smarkaczem". Życie Januszka od maleńkości kręciło się wokół sportu. Kilkuletni berbeć w rodzinnym Ołtarzewie często ścigał się z psami - dwoma wyżłami o imionach Boks i Orion. Później grywał ze starszym bratem Zygmuntem w palanta, a gdy podrósł, całymi dniami uganiał się z rówieśnikami za piłką. Futbol pokochał szczerą miłością - z każdego meczu wracał niczym "wojenny inwalida", a skalpy w postaci siniaków oraz ran, które opatrywała mu matka, świadczyły o tym, że zawsze dawał z siebie wszystko. Marząca o profesjonalnych karierach młodzieńcza ferajna założyła własny, "dziki" klub o nazwie "Pretoria". Za boisko służył im stołeczny ogród Saski bądź ogrody Rauta, a w gronie piłkarskich kompanów Janusza znalazł się między innymi późniejszy wybitny lekkoatleta i dziennikarz sportowy Aleksander Szenajch. Po nieudanym epizodzie w prywatnej szkole powszechnej im. Stanisława Nawrockiego, gdzie bardziej niż nauka zajmowały go sport oraz płomienne romanse z rówieśniczkami, w 1925 roku rozpoczął edukację w Państwowej Szkole Ogrodniczej w Warszawie (tzw. Pomolog). W tym samym czasie młody Kusociński wstąpił w szeregi zespołu Sparta, zdobywając kolejne piłkarskie szlify na terenie dzisiejszego placu Starynkiewicza. Syn niskiej rangi urzędnika kolejowego - Klemensa Kusocińskiego - nie przepuścił okazji, gdy w jego rodzinnych stronach (dokładnie w Ożarowie Mazowieckim) założono klub o nazwie Ożarowianka. Janusz został jego członkiem, a boiskowy debiut przyszłego mistrza wypadł nad wyraz okazale. Zdobył dwie bramki, ale nie uchronił kolegów od sromotnej porażki 2:8 z Józefowianką. W kolejnych spotkaniach Kusociński nie błyszczał, a jego drużyna zaliczała kolejne przegrane. Przyszły lekkoatleta był ambitny i mierzył wysoko, więc gra w ekipie ze słabszymi o dwie klasy kolegami nie gwarantowała mu dalszego futbolowego rozwoju. Szybko dojrzała w nim decyzja o kolejnym "transferze" - do swojego niedawnego pogromcy Józefowianki. W następnej futbolowej przystani - RKS Ruchu Warszawa (skrót od Robotniczy Klub Sportowy) nie godził się na bycie rezerwowym, dlatego stał się bohaterem ponownych "przenosin". Tym razem przywdział trykot C-klasowego (najniższa w tamtym czasie klasa rozgrywkowa) RKS Sarmaty Warszawa. W robotniczo-tramwajarskim zespole występował w napadzie. Jednak i tam nie zagrzał długo miejsca. Krewki charakter podsycany trudnym, buntowniczym wiekiem doprowadził go do scysji z kierownikiem sekcji. Zniechęcony porzucił nadzieje o wielkiej karierze i zaprzestał poszukiwań kolejnego piłkarskiego "domu".

Za sprawą krótkiego futbolowego epizodu Janusz dochrapał się ksywki "Kusy", która towarzyszyła mu później przez całą sportową karierę. Wbrew pozorom nie pochodziła od jego nazwiska, a nawiązywała do budowy ciała i wzrostu przyszłego czempiona. Z przezwiskiem biegacza wiązała się ciekawa historia. Aktor dwudziestolecia międzywojennego, niezapomniany odtwórca fredrowskiego Papkina z "Zemsty" Mariusz Maszyński, dopatrywał się w niej dowodu na proroctwo, które miał sformułować sam... Adam Mickiewicz. Narodowy wieszcz w "Panu Tadeuszu" imieniem "Kusy" ochrzcił bowiem najszybszego z chartów!

O sportowej przyszłości urodzonego w 1907 roku Janusza zdecydował przypadek. Niewysoki, mierzący zaledwie 165 centymetrów nastolatek nie przepadał za "królową sportu". Pewne leniwe, letnie przedpołudnie roku 1925 (według Jacka Smulskiego z miesięcznika "Lekkoatletyka" był to rok 1926) spędzał w roli widza na żużlowym stadionie lekkoatletycznym stołecznej Skry podczas mistrzostw Związku Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych. W składzie Sarmaty brakowało jednego zawodnika, a nieobecnego postanowiono zastąpić kimś z "łapanki". Wybór padł na "nieopierzonego" biegowo Kusocińskiego. Młokos początkowo odmawiał występu, ale pokusa sprawdzenia się w konfrontacji z rówieśnikami wzięła górę nad rozsądkiem. Po chwili absolutny debiutant, niemający bladego pojęcia o taktyce czy rozkładaniu sił, stanął na linii startu. Szybko opanował nerwy, a po pokonaniu dwóch pętli stadionu cieszył się z sensacyjnej wygranej w przyzwoitym czasie 2:26,4. Podekscytowany premierowym sukcesem wystąpił na bieżni ponownie - tym razem w sztafecie 5 × 1000 metrów.

Prestiżowe zwycięstwo Sarmaty nad Skrą nie sprawiło, że serce "Kusego" skradła lekkoatletyka. Wciąż rozrywało go od środka płomienne uczucie do piłki, a chęć zdobywania laurów na miarę Józefa Kałuży czy Wacława Kuchara zatruwała jego myśli. Uczucie do "królowej sportu" zrodziło się dopiero po kolejnym biegu. Janusz ponownie zaliczył start na prośbę swoich kolegów - tym razem w podwarszawskim Rembertowie w zawodach na przełaj (3500 m) o mistrzostwo Związku Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych. Utalentowany nastolatek długo trzymał się pleców znanego zawodnika Polonii Warszawa Eugeniusza Szablińskiego i nie zwątpił w sukces nawet wtedy, gdy rywal uciekł mu na 20 metrów. Janusz dopadł lidera na finiszu i pierwszy przeciął wstęgę na mecie. Heroiczny start okupił bolącymi przez dwa tygodnie łydkami. Zyskał jednak pewność, że chce związać swoją przyszłość z bieganiem. W kolejnych startach nie miał sobie równych, choć te są owiane mgiełką tajemnicy i obarczone ryzykiem pewnych przekłamań. "Kusy" zazwyczaj uczestniczył w zawodach robotniczych, o których prasa w tamtych czasach rzadko informowała. Z kolei pojawiające się w jego pamiętniku ("Od palanta do olimpiady") fakty nierzadko "kłócą się" z innymi źródłami, co trzeba zrzucić na karb ułomności ludzkiej pamięci.

Ponad wszelką wątpliwość można jednak stwierdzić fakt, że poczatkujący biegacz czynił błyskawiczne postępy i w krótkim czasie zyskał opinię wschodzącej, lokalnej gwiazdy. Mimo pierwszych sukcesów jego rodzice z dużym dystansem przyglądali się nowej pasji syna.

- Co ci z tego. Zdrowie stracisz, nerwy poharatasz i tyle - mówili matka i ojciec, próbując zniechęcić go do sportu.

Serię startów w roku 1927 zainaugurował zwycięstwem na 1500 m w biegu przełajowym dla młodzieży szkolnej, gdzie dobiegł do mety w czasie 5:41,2. W kolejnym występie - zawodach crossowych ośrodka w.f. w Warszawie (3000 m) - zajął co prawda "tylko" drugie miejsce za Jerzym Hnatykiem z Pogoni Lwów, ale porażkę powetował sobie w kolejnych zmaganiach. Pewnie zwyciężył w organizowanym przez 21. Pułk Piechoty Biegu dookoła Cytadeli (3500 m). Kusociński pokonał cały dystans w zwykłym obuwiu, ale nawet ta niedogodność nie przeszkodziła mu w dotarciu do mety ze sporą przewagą nad goniącym go zaciekle Celińskim z 3. Batalionu Strzelców oraz resztą stawki.

Równie dobrze radził sobie na bieżni. Był bezkonkurencyjny podczas odbywającego się na obiekcie stołecznej Skry zlotu robotniczego, wygrywając na 1500 oraz 3000 m. Trzeci triumf dorzucił w sztafecie olimpijskiej (100+200+400+800 m), w której biegł na ostatniej zmianie i odrobił 80 metrów do prowadzącego zespołu. Na tym samym stadionie ustrzelił dublet (800 i 1500 m) podczas robotniczych mistrzostw Warszawy. Żółtodziób brylował i zwyciężał seriami, lecz stosowane przez niego metody treningowe, dieta czy sam sposób rozgrywania biegów nosiły w sobie duży bagaż dyletanctwa. Wskoczenie na wyższy sportowy poziom wymagało od niego przyswojenia sporej dawki wiedzy teoretycznej i przekucia jej w praktykę. Ciężka praca, której Janusz się nie bał, musiała być efektywna, a do tego niezbędna była profesjonalizacja treningów. W tym celu zaczął podpatrywać i naśladować najbardziej utytułowanych długodystansowców w stolicy. Długo wzorował się na olimpijczyku z Paryża (1924), starszym wachmistrzu Stefanie Szelestowskim, z którym wspólnie podjął próbę bicia rekordu Polski na 3000 m. Starszy z biegaczy uzyskał wynik 9:11, a "Kusy" dobiegł do mety w mało imponującym czasie 9:20. Ambitny młodzieniec z pasją oddawał się treningom, choć nie było to łatwe, gdyż uczęszczał do szkoły i codziennie musiał dojeżdżać do Warszawy.

W nagrodę za serię zwycięstw posmakował pierwszego zagranicznego startu. W 1927 roku znalazł się w kadrze na igrzyska robotnicze w Pradze. W stolicy Czechosłowacji debiutant zdołał oprzeć się tremie i sprawił miłą niespodziankę - dwukrotnie stanął na pudle. Wywalczył srebro w biegu na 1500 m oraz brąz na 800 m. Radość z sukcesu mąciło mu poczucie niedosytu i czysta sportowa złość.

Reprezentacja Polski na igrzyska robotnicze w Pradze. Kusociński stoi w trzecim rzędzie od góry, pierwszy z prawej.

Wyczerpująca, ciągnąca się w nieskończoność podróż koleją w wagonie trzeciej klasy oraz prymitywny prowiant nie sprzyjały budowaniu optymalnej formy. Swoje trzy grosze dołożył też epizod barowy z udziałem "Kusego" oraz innych kadrowiczów. W dniu startu grupka zawodników z orzełkiem na piersi wybrała się na obiad. W lokalu raczyli się lokalnym przysmakiem - knedlikami, które zapijali piwem o złocistej barwie. Krótko po wyjściu z knajpy Janusza ogarnęła senność, a ciało zrobiło się dziwnie ociężałe. Z pomocą towarzyszy zdołał się zreanimować i doprowadzić do "względnej sprawności", ale na bieżni, gdy o zwycięstwie decydowały detale oraz ułamki sekund, wcześniejsza chwila barowego zapomnienia mogła przesądzić o jego porażce. Po powrocie do Polski Kusociński zwrócił się w kierunku pełnej abstynencji, której - z małymi przerwami - pozostał wierny przez całą sportową karierę.

Zagraniczny występ "Kusego" odbił się szerszym echem w Polsce. Młodzian zaczął zyskiwać należny mu rozgłos, choć pod względem popularności wciąż ustępował krajowej czołówce. Podczas jednego z biegów znajdował się na czele stawki. Jeden z przypadkowych gapiów zapytał o nazwisko lidera, a w odpowiedzi usłyszał: "A, to ta Sarmata!".

W kolejnych tygodniach Kusociński nadal brylował - zwyciężył w biegach na 800 i 1500 m podczas meczu Sarmata - Policyjne Koło Sportowe (26:22). Wygraną odniósł też w biegu przełajowym w parku Saskim (2000 m) oraz w biegu ulicznym na 3150 m z okazji Dnia Młodzieży Robotniczej. Zwycięstwami zapracował na przydomek "robotniczy Freyer". Młokos podziwiał starszego, utytułowanego kolegę i żałował, że nigdy nie wystąpił z nim razem na bieżni. Chciał jednak pozostać sobą - Januszem Kusocińskim, a jeśli miał zostać ofiarą sportowych porównań, marzyła mu się inna łatka. Pragnął być "polskim Nurmim". Fiński biegacz, multimedalista olimpijski i multirekordzista świata, powoli stawał się obsesją oraz motorem napędowym jego kariery.

W barwach Sarmaty Janusz poznał swojego wielkiego mentora. Objęcie przez Klumberga sterów nad kadrą Biało-Czerwonych było najlepszym, co mogło przytrafić się polskiej lekkiej atletyce. Przed estońskim coachem postawiono cel jak najlepszego przygotowania naszych biegaczy, miotaczy i skoczków do głównej imprezy czterolecia (Amsterdam 1928). Zarząd klubu zadbał o to, aby dobrze rokujący lekkoatleta został włączony do grupy podopiecznych Klumberga. Kusociński pod wpływem rad trenera zmienił trening oraz podejście do startów. Czerpał pełnymi garściami z fińskiej szkoły biegów opartej głównie na gimnastyce (której notabene bardzo nie lubił!) oraz innowacyjnych w tamtych czasach interwałach. Jak wyglądał serwowany mu przez Klumberga rozkład zajęć? Rano - gimnastyka poranna, przynajmniej godzina, później pół godziny jazdy na skonstruowanym przez niego rowerze stacjonarnym (z kołami niedotykającymi podłogi), po południu treningi na bieżni w formule interwałowej polegającej na pokonywaniu wyznaczonych odcinków w jak najwyższym tempie, przeplatanych z tzw. odcinkami odpoczynkowymi, a wszystko uzupełnione na koniec dnia masażami.

"Kochany Klumberg" (po lewej) tłumaczy swojemu podopiecznemu taktyczne zawiłości biegu.

Początkowy strach przed mentorem szybko ustąpił pola sympatii, która przerodziła się w relację typu ojciec - syn. Aleksander był co prawda surowym, ale sprawiedliwym szkoleniowcem, serwującym swoim podopiecznym "końskie" dawki przygotowań. Nikt poza "Kusym" nie był w stanie wytrzymać pełnych obciążeń nakreślonego przez niego planu treningowego. Pozostali adepci szybko się wykruszali, a Janusz pozostał sam z rozpiską na polu walki. Początkowo samo jej czytanie wywoływało u niego mdłości. Przemógł jednak lęk, zaczął wdrażać wszystkie zalecenia trenerskie, a efekty przyszły szybciej, niż przypuszczał.

Klumberg, który na początku swojej przygody z biało-czerwoną reprezentacją słabo mówił po polsku, był typem szczególarza. Dbał o wszystkie, nawet najdrobniejsze elementy biegowego rzemiosła - od sylwetki, przez pracę rąk i wydłużenie kroku, aż po samą strategię. Uważał, że tym, co oddziela wielkich mistrzów od przeciętniaków, jest umiejętność dobierania w każdym biegu odpowiedniej taktyki oraz nielekceważenie nawet najsłabszego przeciwnika. Powtarzał jak mantrę, że rywalizację na dłuższych dystansach wygrywa się nie na pierwszych trzech okrążeniach, ale na ostatnich 200 metrach. Poza stadionem estoński mistrz przybierał inną maskę. Był miłym, empatycznym człowiekiem z dużym dystansem do siebie oraz swoich słabości. Otwarcie mówił o nadużywaniu przez siebie mocnych trunków. Nazywał swojego ucznia "Januszkiem", a ten wielokrotnie określał go mianem "kochanego Klumberga". Był kimś więcej niż tylko trenerem. Był nauczycielem, masażystą, powiernikiem i przyjacielem "Kusego".

Sawaryn wygrywa zawody kontrowersyjnym rzutem na taśmę.

Na wiosnę 1928 roku forma Kusocińskiego mocno zwyżkowała. Sezon zaczął co prawda sportowym rozczarowaniem - dalekim, dziewiątym miejscem w III Biegu Narodowym Naprzełaj na Polu Mokotowskim (7000 m). Prestiżowe zawody wygrał za sprawą dziwnego rzutu na końcowych metrach wielokrotny medalista mistrzostw Polski na stadionie Roman Sawaryn. Zawodnik lwowskiej Pogoni był szybszy od Józefa Jaworskiego z AZS Warszawa, przyszłego wybitnego architekta, o tzw. urzędową pierś. Eksperci zżymali się na nietypowy w tamtych czasach sposób przecięcia przez niego wstęgi poprzez mocne wyrzucenie piersi do przodu. Część z nich uważała, że zwycięzca powinien zostać za to zdyskwalifikowany.

W kolejnych startach gwiazda "Kusego" świeciła już pełnym blaskiem. Wygrał w cuglach prestiżowy bieg przełajowy na terenie warszawskich Łazienek (4000 m). Młodzian złapał wiatr w żagle, a jego talent został dostrzeżony przez trenerów kadry, którzy zakwalifikowali go do drugiej rezerwy olimpijskiej warszawskiego CIWF. Potwierdzeniem jego wysokiej dyspozycji było odbywające się na stadionie stołecznej Skry trzydniowe święto sportu robotniczego. Niespełna 21-letni lekkoatleta zdominował rywalizację na dwóch dystansach 1500 i 5000 m. Był również członkiem zwycięskiej sztafety olimpijskiej (100+200+400+800 m). Koniec sezonu przełajowego ukoronował najniższym stopniem podium w silnie obsadzonym IV Biegu Drużynowym o Puchar Magistratu m.st. Warszawy (2500 m) oraz triumfem w zawodach organizowanych przez Orła Warszawa (3500 m).

Po przejściu na stadion "Kusy" nie utracił swoich walorów, a szczyt formy przyszedł w najbardziej odpowiednim momencie. Najpierw nie miał sobie równych na 800 m w zawodach o puchar Siedleckiego, a dwa tygodnie później zwyciężył w oficjalnych mistrzostwach Warszawy na 5000 m z czasem 16:20. Drugi na mecie Józef Kowalski ze stołecznego Orła stracił do niego dziesięć metrów. Do tego dorzucił srebro na 1500 m (za Feliksem Malanowskim z AZS) oraz czwarte miejsce na nielubianym przez siebie dystansie 800 m. Łatwa wygrana w jego biegowej specjalności potwierdziła skuteczność metod treningowych Klumberga. Cieniem na jego sukcesie położyła się kontuzja nogi, której nabawił się w trakcie zawodów. Kusociński szybko wskazał winnego. Uważał, że odpowiada za nią kierownictwo klubu, które nie zatrudniło masażysty na etat. Lider Sarmaty wielokrotnie apelował o stały dostęp do "eksperta od mięśni", ale Władysław Wilczyński (kierownik sekcji piłkarskiej) usilnie odmawiał spełnienia jego prośby, wymierzając mu w ten sposób "sprawiedliwość" za wcześniejsze rozstanie z futbolem.

Sukcesy widocznej na zdjęciu Haliny Konopackiej napędzały "Kusego" do cięższej pracy.

Skurcze ścięgien coraz częściej uprzykrzały życie "Kusemu". Dobra forma z początku wiosny stopniowo ulatywała, a kwalifikacje olimpijskie zakończyły się dla przyszłego mistrza katastrofą. W biegu na 5000 m dotarł do mety czwarty za Sawarynem, Marianem Sarnackim (Warszawianka) i Kowalskim. Pierwsza dwójka uporała się z granicą 16 minut (15:58,0 i 15:59,8), ale do uzyskania minimum uprawniającego do występu w Amsterdamie (15:25) zabrakło im sporo.

Honoru Biało-Czerwonych na Olympisch Stadion w Holandii broniły kobiety. Gwiazda naszej kadry, wszechstronnie, choć nie tylko sportowo uzdolniona Halina Konopacka sięgnęła po historyczny, pierwszy złoty krążek olimpijski dla Polski. Triumf w rzucie dyskiem okrasiła nowym rekordem świata - 39,62 m. Panowie zgodnie przepadali w eliminacjach lub zajmowali odległe lokaty w tych konkurencjach, w których nie wyłaniano finalistów i od razu rozdawano komplet medali.

Ambicja Kusocińskiego została podrażniona. "Przysięgłem sobie, że muszę jej dorównać. Nie będziemy się wlekli w ogonie wyników słabej płci pięknej!" - grzmiał w swojej autobiografii.

Przenosiny do lokalnego rywala - Warszawianki - miały być dla niego przepustką do wielkiej, międzynarodowej kariery. Zmiana barw klubowych wyraźnie mu posłużyła, choć sam "transfer" nie odbył się bez komplikacji. Dwukrotnie składane podanie o zwolnienie spotkało się z brakiem reakcji ze strony władz Sarmaty. Cały proces udało się sfinalizować dopiero po interwencji życzliwego mu kierownika sekcji lekkoatletycznej RKS sprawującego również odpowiedzialną funkcję w strukturach WOZLA (Warszawski Okręgowy Związek Lekkoatletyczny).

Alfred Freyer na trasie biegu ulicznego.

W trakcie załatwiania formalności związanych z przenosinami klubowymi biegacz skupiał się na treningach. Codziennie pokonywał trasę z rodzinnego Ołtarzewa, gdzie jego ojciec Klemens prowadził niewielkie gospodarstwo rolne, na warszawską Agrykolę. Debiutancki start w barwach Warszawianki przypadł na mistrzostwa Polski, których areną był stołeczny park Sobieskiego. Występ "Kusego" na 5000 m był jednym z niewielu jasnych punktów zmagań o krajowe tytuły. W połowie dystansu przewaga młokosa nad rywalami wynosiła już dziewięć sekund. Siedzący na trybunach Sawaryn krzyczał wniebogłosy, że tylko wariat mógłby wytrzymać takie tempo. Na szczęście na bieżni Janusz miał w sobie coś z szaleńca i do końca wytrzymał "wariacką" intensywność biegu. Na mecie zameldował się w czasie 15:41,0, poprawiając rekord Alfreda Freyera aż o 13 sekund! Jego czas był też dużo lepszy od drugiego na mecie Sarnackiego (16:07) oraz prognoz Klumberga (15:50). "Kusy" dominował, ale prawdziwe sportowe zagrożenie dopiero się zbliżało. Już wkrótce miały się skrzyżować ścieżki biegowe Janusza Kusocińskiego oraz Stanisława Petkiewicza. Wydarzenie to wyznaczyło kierunki karier obu wielkich mistrzów.

Staszek

Stanisław Petkiewicz, a w zasadzie Sta?islavs Petk?vičs urodził się w listopadzie 1908 roku w Rydze w rodzinie z polskimi tradycjami, której głową był posiadający "biało-czerwone" obywatelstwo J?zeps (robotnik, a pod koniec życia dozorca), a szyją matka J?lija Merkis (gospodyni domowa, a pod koniec życia właścicielka sklepu spożywczego). Familię uzupełniały trzy siostry: Helena, Jadviga i Leonora. Przyszły mistrz bieżni nie był skazany na sportowy sukces. W rodzinie Petkiewiczów nie było tradycji uprawiania aktywności fizycznej. Bakcyla do biegania połknął w latach 20. poprzedniego wieku - najpierw z wypiekami na twarzy śledząc przy radioodbiorniku olimpijską rywalizację w Paryżu, a potem broniąc barw Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (YMCA). Przygodę ze sportem kontynuował w miejskim gimnazjum w Rydze, którego mury opuścił jako absolwent wraz z Leon?dsem J?nisem Ved?jsem, łotewskim hokeistą, obrońcą, uczestnikiem IV Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku. Leon?ds pełnił wówczas zaszczytną funkcję kapitana zespołu oraz chorążego reprezentacji swojego kraju. W gmachu tej samej szkoły kształcił się również znany łotewski szachista Władimir Pietrow.

Właśnie tam Petkiewicz poznał słodko-gorzki smak pierwszych sukcesów i porażek. Po wygraniu wewnętrznych eliminacji na 1500 m wystartował w ogólnokrajowych zawodach. Zwyciężył w swoim przedbiegu na dystansie jednego kilometra w czasie 3:03, ale w finale zrezygnował z walki o zwycięstwo po pokonaniu 600 metrów. Szkolni trenerzy szybko dostrzegli jego talent biegowy. Wysoki i szczupły młodzieniec wyróżniał się naturalną wytrzymałością, długim krokiem oraz wyjątkową płynnością ruchów. Gdy pokonywał kolejne odcinki bieżni, wydawało się, że "płynie w powietrzu". Ojciec Staszka nie był przychylny biegowej pasji swojego syna, ale zgodził się, w drodze wyjątku, na jego poranne treningi (ale tylko przed wyjściem do szkoły). I tylko wtedy, jeśli nie będą one kolidować z ciążącymi na nim obowiązkami (m.in. codzienne dojenie krowy). Dopiero z czasem zaakceptował sportowe zacięcie swojej pociechy.

Na dystansie 5000 m Petkiewicz zadebiutował czasem 17:17. Rok później uzyskał wynik o ponad minutę lepszy (16:13). Jesienią 1925 roku podczas mistrzostw Łotwy wywalczył srebro na 10 000 m i brąz na dwukrotnie krótszym dystansie. Bieganie w jego ojczyźnie nie było popularne, a Staszek mimo wielu osiągnieć pozostawał postacią na wskroś anonimową. Co więcej, dla wielu postronnych obserwatorów jego treningi były przejawem szaleństwa lub w najlepszym wypadku niezrozumiałego hobby. Staszek wspominał, że gdy w długie zimowe wieczory pokonywał kolejne kilometry wzdłuż szosy, padał ofiarą wielu szyderstw.

Pierwszy poważny międzynarodowy sprawdzian Łotysza nastąpił w 1927 roku. Tak jak dla Janusza przełomem w karierze był wyjazd do Pragi, tak dla Petkiewicza "testem prawdy" okazał się wojaż do... Polski! Odbywający się w czwartek 26 maja w Warszawie trójmecz bałtycki pomiędzy Polską, Łotwą i Estonią był długo wyczekiwanym i mocno nagłaśnianym przez prasę wydarzeniem sportowym. Obok igrzysk olimpijskich oraz krajowych mistrzostw to właśnie spotkania międzypaństwowe cieszyły się w tamtych latach największą estymą. Biało-Czerwoni byli faworytem trójstronnej konfrontacji i ze swojej roli wywiązali się bez zarzutu. Zdecydowanie wygrali klasyfikację punktową (Polska - 142, Łotwa - 96, Estonia - 95), ale więcej niż o samym wyniku mówiło się o biegu na 5000 m. Określono go mianem "najciekawszego wydarzenia dwudniowych zawodów". Zdający w tym czasie maturę 18-latek z Rygi był wyraźnie blady, a jego twarz i sylwetka wyglądały na sparaliżowane strachem. Gdy zmierzał na start, ktoś z tłumu krzyknął w jego kierunku: - Murowany Freyer!

Porównanie go do polskiej legendy biegów wywołało dodatkową presję i spotęgowało stres u nastolatka. Na szczęście po starcie kontrolę nad jego ciałem przejęła adrenalina. Trema momentalnie uleciała, a żywiołowy doping z trybun dodał mu skrzydeł. Staszek pognał do przodu co sił w nogach. Cały dystans pokonał szybkim i równym tempem, unikając poważnych kryzysów oraz momentów słabości. W końcówce skutecznie odpierał ataki doświadczonych rywali. Na metę wpadł jako pierwszy w czasie nowego rekordu Łotwy - 15:40,4. Tuż za nim kreskę przecięli ambitny Estończyk Karl Lausson (15:42,0 - rekord kraju) oraz polski dominator Alfred Freyer (15:46,2 - rekord życiowy). Sukces nastolatka oklaskiwano przez kilka minut na stojąco. W biegu na 1500 m był bliski kolejnego triumfu. Jako jedyny obcokrajowiec w stawce zdołał utrzymać tempo polskich "średniaków". Niestety na ostatniej rundzie poniosła go młodzieńcza fantazja. Finalny zryw przeprowadził zdecydowanie za wcześnie, około 200 metrów przed metą. Jego przyszli klubowi koledzy z Warszawianki, doświadczeni Feliks Malanowski i Czesław Foryś, nie zwykli marnować takich okazji. Wyczekali na sprzyjający moment, po czym skontrowali i wyprzedzili na ostatniej prostej słabnącego lidera. Petkiewicz mocno przeżył porażkę, ale specjaliści byli zgodni - na ich oczach rodził się wielki talent!

W gronie uczestników trójmeczu poza młodymi wilczkami znaleźli się również starzy wyjadacze z wciąż aktywnym zawodniczo Aleksandrem Klumbergiem na czele. Dziesięcioboista miał mnóstwo roboty. Rywalizował w skoku wzwyż, rzucie dyskiem i skoku o tyczce. W pierwszej ze wspomnianych konkurencji popisał się wyjątkową próżnością. Estoński as zdecydował się oddać szereg skoków próbnych jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem rozgrzewki. W efekcie mocno zadrapał nawierzchnię, co utrudniało innym późniejszą rywalizację. Klumberg skakał w Warszawie pięknie technicznie, ale nisko. Do zwycięstwa wystarczyło mu pokonanie poprzeczki zawieszonej na wysokości 170 cm. Dla porównania ówczesny rekord świata należał do dwukrotnego mistrza olimpijskiego z Paryża (skok wzwyż i dziesięciobój), Amerykanina Harolda Osborna, który trzy lata wcześniej zaliczył udaną próbę na 203 cm.

W kolejnych tygodniach Stanisław nadal błyszczał. W zawodach na otwarcie stadionu w Tallinie zafundował sobie końską dawkę biegania. Trudy podróży "zwalczył" masażem, po którym poczuł się znacznie lepiej. Pierwszego dnia wygrał biegi na 1500 m (4:19,1) oraz 5000 m (16:12,3). Drugiego dorzucił triumf na 3000 m w czasie lepszym od rekordu Estonii (9:11). Emocje na trybunach sięgnęły zenitu. Kilka tysięcy kibiców zaczęło głośno skandować: "Mały Nurmi! Mały Nurmi!". Staszek nie spoczywał na laurach i rozkręcał się w kolejnych startach.

W Kopenhadze na międzynarodowych zawodach Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (YMCA) dobiegł do mety na 5000 m na drugim miejscu w czasie poniżej 16 minut (15:26). Dwa tygodnie później zwyciężył w Kłajpedzie (Litwa) w biegu na 3000 m (9:04,9) podczas imprezy organizowanej przez tamtejszy klub Spielvereinigung Memel w międzynarodowej obsadzie (zawodnicy z Prus Wschodnich, Estonii, Litwy i Łotwy). Jego ostatnie sukcesy zaczęły budzić podziw również poza granicami kraju. Petkiewicz oraz skoczek w dal Arnolds Rudzitis (który dwa lata później jako pierwszy Łotysz przekroczy odległość siedmiu metrów) dostali zaproszenie na międzynarodowy mityng w Królewcu (aktualnie Kaliningrad). Działacze z Rygi nie chcieli zakłócać olimpijskich przygotowań liderów swojej kadry i odrzucili intratną propozycję startu. Staszek powetował sobie zagraniczną absencję podczas IV Łotewskiej Olimpiady i Mistrzostw Lekkoatletycznych, gdzie dokonał historycznego wyczynu - ustrzelił "hat tricka", zwyciężając na trzech dystansach (1500, 5000 i 10 000 m).

Na początku sierpnia "Mały Nurmi" poznał smak rywalizacji ze swoim "starszym bratem". "Wielki Niemowa", jak nazywano w Finlandii Paavo Nurmiego, przyjechał do Rygi sprawdzić możliwości tamtejszych biegaczy. W obawie przed kompromitacją organizatorzy zastosowali sprytny fortel. Namówili reprezentanta kraju Suomi na nietypowy pojedynek na dystansie 3000 m z zespołem sztafetowym (3 × 1000 m) w składzie: Rihards Dekšenieks (późniejszy trener koszykarskiej kadry tego kraju), Nikolajs M?zis (najlepszy łotewski średniodystansowiec, a później wieloletni dziennikarz sportowy) i Petkiewicz na ostatniej zmianie. Wynik rywalizacji zdawał się z góry przesądzony, ale fiński mistrz z uśmiechem na twarzy przyjął nietypowe wyzwanie. Nurmi robił, co mógł, żeby przeciąć wstęgę jako pierwszy, ale dotarł do mety około 120 metrów za Staszkiem. Po biegu Petkiewicz podszedł do wielkiego rywala i nieśmiało wyciągnął dłoń w jego kierunku. Fin mimo zmęczenia zdobył się na szczery uśmiech i poklepał go koleżeńsko po ramieniu.

Kilka lat po pierwszym starciu Petkiewicz z Nurmim zmierzyli się w Polsce.

Droga do olimpijskiego starcia z Nurmim w Amsterdamie wiodła przez odbywające się w czerwcu 1928 roku krajowe kwalifikacje. Nastolatek miał sporą przewagę nad rywalami, a jego zwycięstwo miało być formalnością. Staszek był jednak daleki od wieszania medali na szyi przed startem. Wiedział, że sport rządzi się swoimi prawami. Wystarczył jeden moment słabości, niespodziewany ból brzucha czy skurcz mięśni, aby zniweczyć trud wielomiesięcznych przygotowań. Na szczęście dla niego bieg na 3000 m przebiegł zgodnie z planem. Petkiewicz wygrał w czasie nowego rekordu Łotwy (8:57,7), pieczetując tym samym swój wyjazd do Holandii. Po otrzymaniu nominacji dołączył do szerokiej lekkoatletycznej kadry Łotwy złożonej ostatecznie z 14 sportowców.

Na starcie olimpijskiego biegu na 10 000 m pojawiło się 24 śmiałków, spośród których Staszek liczył najmniej wiosen. Na najdłuższym ze stadionowych dystansów organizatorzy nie zarządzili eliminacji. Zdecydowano się na jeden wyścig w pełnej obsadzie. Kilkanaście minut przed startem nerwy przejęły pełną kontrolę nad ciałem i umysłem łotewskiego debiutanta. Petkiewicz czuł wielką jak pięść gulę w gardle, a serce waliło mu jak oszalałe. Atmosfera wielkiego olimpijskiego święta od momentu przekroczenia wrót stadionu mocno go przytłaczała. W odróżnieniu od niego Nurmi wydawał się kompletnie niewzruszony powagą imprezy. Tuż przed startem zachowywał stoicki spokój i wyglądał na całkowicie zrelaksowanego - jakby zaraz miał ruszyć na codzienny, poranny rozruch.

Portret Petkiewicza z czasów amsterdamskich igrzysk.

Trwający nieco ponad pół godziny bieg Skandynawowie rozegrali na własnych zasadach. Zgarnęli wszystkie miejsca na podium. Wygrał Paavo Nurmi przed swoim rodakiem Ville Ritolą oraz Szwedem Edvinem Wide. Olimpijski debiut nie ułożył się po myśli Łotysza. Młodzian padł ofiarą swojej... kreatywności. Już na stadionie wpadł mu do głowy szalony pomysł. Tuż przed startem chwycił za nóż i za jego pomocą zdjął skórę z obcasów swoich butów. Kosmetyka obuwia miała poprawić czucie nawierzchni i sposób poruszania się po żużlu.

Efekt był jednak odwrotny do zamierzonego. Petkiewiczowi z upływem czasu biegło się coraz ciężej. Na domiar złego pomylił się w obliczeniach i zatrzymał się przed ostatnią rundą, sądząc, że ukończył zawody. Od dyskwalifikacji uchronił go jeden z rywali. Łotysz poczuł delikatne uderzenie w ramię. Odwrócił się, a jeden z mijających go zawodników rzucił w jego kierunku, że ten musi pokonać jeszcze jedną pętlę stadionu. Staszek głęboko westchnął. Nie tak wyobrażał sobie olimpijski debiut. Resztką sił zerwał się do biegu, ale przez swoje gapiostwo stracił około 20 sekund. Zmęczony i zrezygnowany dotarł do mety wolnym tempem, bez sprinterskiego finiszu. Uzyskany czas (32:48,6) wystarczył do zajęcia odległej 15. pozycji.

Petkiewicz w momencie startu biegu eliminacyjnego na dystansie 5000 m, czwarty z lewej.

Nastolatek szybko wymazał z głowy nieudany start. Gdy kilka dni później stanął na kresce biegu kwalifikacyjnego na 5000 m, wcześniejsze rozczarowanie zastąpiła sportowa złość. W każdej serii eliminacyjnej awans do finału uzyskiwało pierwszych czterech na mecie. Łotysz nie miał zamiaru kalkulować i wdawać się w niepotrzebne przepychanki w peletonie. Od pierwszych metrów wspólnie z Amerykaninem Leo Lermondem, który kontynuował rodzinne biegowe tradycje (jego brat George startował na igrzyskach w 1924 roku), narzucili szybkie tempo.

Przedstawiciel USA przeciął linię mety jako pierwszy - 0,3 s przed debiutantem. Wynik Petkiewicza (15:02,9 lub 15:03,0 w zależności od źródła) był lepszy od dotychczasowego rekordu Łotwy, ale nie mógł zostać zapisany w krajowych annałach. Wszystko z powodu nielogicznych przepisów tamtejszej federacji, według których rekordy kraju można było bić wyłącznie... na jego terenie! Za Staszkiem do kreski dobiegli Fin Eino Purje (15:03,6) oraz Szwed Ragnar Magnusson (15:03,8) i to oni zdobyli duże "Q".

Finałowa potyczka o olimpijską chwałę odbyła się trzy dni później, a jej przebieg do złudzenia przypominał ten z dłuższego dystansu. Komplet medali rozdzielili między sobą Skandynawowie. Ritola zrewanżował się Nurmiemu za porażkę sprzed kilku dni. Najniższe miejsce na podium ponownie zagarnął Szwed Edvin Wide. Petkiewicz skutecznie okiełznał swoją emocjonalną, biegową naturę. Wszystkie rundy pokonywał równym tempem, choć rywale wielokrotnie prowokowali go do zrywów swoimi atakami. Do mety dobiegł na siódmym miejscu w czasie 15:04,0.

W Amsterdamie, a właściwie w drodze na igrzyska Petkiewicz rozpoczął swoją przygodę z dziennikarstwem, którą później z powodzeniem kontynuował w Polsce. Wspólnie z dwoma łotewskimi lekkoatletami postanowili zabić nudę, przygotowując i wydając gazetkę ścienną o enigmatycznym tytule "Smutne słowo". W trzyosobowej redakcji Staszek pełnił odpowiedzialne stanowisko sekretarza.

Ostatnie miesiące przygotowań olimpijskich Petkiewicza nie były wolne od trosk. Łotysz był mocno skonfliktowany ze swoim związkiem. Zatarg przybierał na sile, a nastolatek, nie widząc innej opcji, coraz poważniej rozważał rozbrat ze sportem lub... emigrację. Szansa na zmianę barw narodowych pojawiła się w Amsterdamie. W wiosce olimpijskiej Staszek zaprzyjaźnił się ze specjalistą od krótkiego i przedłużonego sprintu (100, 200 i 400 m) Feliksem Żuberem oraz "średniakiem" Czesławem Forysiem (późniejszym prezesem PZLA). Obaj usilnie namawiali go na przyjęcie polskiego obywatelstwa.

Perspektywa lepszych warunków treningowych oraz mocniejszych rywali okazała się nader kusząca. Decyzja o emigracji zapadła po powrocie na Łotwę. Petkiewicz podjął starania w celu uzyskania polskiego paszportu. Oficjalnym pretekstem dla jego przenosin była chęć studiowania w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. We wrześniu 1928 roku olimpijczyk pojawił się w stolicy, zasilając szeregi Warszawianki. Zasłużony klub kompletował prawdziwy lekkoatletyczny dream team, który przez lata miał dominować na krajowej arenie, a Staszek napisać swój piękny biegowy rozdział z olimpijskim happy endem. Życie napisało jednak inny scenariusz.

Zarzewie (1928 rok)

Tragiczna śmierć ośmiokrotnego mistrza kraju Alfreda Freyera wstrząsnęła polską lekkoatletyką. Wybitny sportowiec, czternastokrotny rekordzista kraju na ośmiu dystansach, zginął w pożarze w zamku w Dzikowie (obecnie jedna z dzielnic Tarnobrzegu) w grudniu 1927 roku, próbując ratować bezcenne dzieła literackie z biblioteki należącej do magnackiego rodu Tarnowskich. Powstała wyrwa miała pozostać niezasklepiona przez dłuższy czas, a rekordy Freyera trwać przynajmniej dekadę. W 1928 roku talent "Kusego" eksplodował jednak z niesłychaną mocą. Młody gwiazdor nie miał litości dla świętej pamięci mistrza i w ciągu kilku miesięcy wymazał wszystkie najlepsze osiągnięcia Freyera z krajowych tabel. Na krajowym podwórku nie miał godnych siebie rywali, a jego dominacja była bezsprzeczna.

Szeroko anonsowany w Polsce Petkiewicz miał wejść w buty godnego przeciwnika dla Kusocińskiego. Nic więc dziwnego, że jego przyjazd do stolicy urósł do rangi jednego z najważniejszych wydarzeń sportowych roku, a kibice i dziennikarze odliczali dni do jego przybycia. Po występie w Amsterdamie Staszek zyskał opinię najlepszego europejskiego biegacza poza Skandynawią. "Kusy" i Petkiewicz byli świetni w swoim fachu i na tym właściwie ich podobieństwa się kończyły. Łotewski młodzian szybko zyskał sympatię kibiców oraz przychylność rodzimej prasy. Był sprawnym i cierpliwym rozmówcą, a w wywiadach często podkreślał umiłowanie dla nowej ojczyzny oraz chęć kultywowania używanego w rodzinnym domu języka polskiego. W Rydze nauczył się również języka niemieckiego, a w późniejszym okresie przyswoił podstawy angielskiego i francuskiego, dzięki czemu - jak wspominała jego córka - mógł czytać gazety wydawane w tych językach. Pochodził ze zubożałej szlacheckiej rodziny. Posiadał salonowe obycie, naturalną ogładę oraz gruntowne wykształcenie, co czyniło z niego idealnego kandydata na ulubieńca publiki, czyli dzisiejszego celebrytę. Lubił popularność i łatwo nawiązywał kontakty.

"Kusy" był jego antytezą. Nie lubił się uczyć, a edukację zakończył w Państwowej Średniej Szkole Ogrodniczej bez matury (świadectwo dojrzałości zrobił eksternistycznie dopiero w 1937 roku). Cierpiał na chorobliwą nieśmiałość, co skłaniało go do częstych ucieczek w samotność. Sport był dla niego jedynym skutecznym remedium na głęboko zakorzenione kompleksy. W kontaktach towarzyskich brakowało mu ogłady. Roman Szreniawa, uczestnik powstania warszawskiego, wspominał: - Cóż, moja ciotka Felicja Wójcicka, która bywała na rautach "Warszawianki", powtarzała, że to nie był łatwy człowiek. Czasem niemiły, nawet opryskliwy.

Różnice uwidaczniał też ich wygląd. Łotysz imponował sylwetką. Był wysokim, szczupłym, a przy tym doskonale umięśnionym atletą z łydkami wprost stworzonymi do trwałego wysiłku. Styl jego biegania przeciwstawiano prymitywnemu sposobowi pokonywania dystansu przez śp. Freyera czy Kusocińskiego, o którym "Przegląd Sportowy" napisał, że... "nie wie co to taktyka, nie wie jakie tempo może wytrzymać, nie umie jednym słowem biegać. Kusociński ma tylko serce, płuca i mięśnie, tak jak miał je Freyer". Petkiewicz na bieżni przypominał Finów - Nurmiego i Ritolę. Miał długi krok (około 210 cm), wysoko ugięte ręce, co uzupełniał silną pracą bioder przy lekko pochylonej, opadającej na pięty sylwetce. Umiejętność efektywnego i stylowego biegania zawdzięczał pracy z Vilisem Cimmermanisem, łotewskim średnio- i długodystansowcem, uczestnikiem igrzysk w Paryżu (1924) oraz Amsterdamie (1928). Janusz wyróżniał się niskim wzrostem, nieproporcjonalną sylwetką oraz krzywym nosem, który był efektem... jego własnej niefrasobliwości. "Kusy", jak większość rówieśników, trzymał ręce w kieszeniach i wypychał je różnymi drobiazgami, robiąc w nich dziury. Zapobiegliwa matka zaszyła kieszenie, dlatego Janusz nie miał gdzie trzymać chusteczki. W efekcie zaczął wycierać nos rękawem prawej ręki, przez co ten wykrzywił się w prawą stronę.

Delikatna chrząstka szybko stwardniała, zapewniając mu "pamiątkę" na całe życie. Jego matka próbowała wszelkich sposobów, aby nos syna wrócił na "stare" miejsce. Te jednak - począwszy od kompresów, a skończywszy na tarmoszeniu nosa - okazały się nieskuteczne. Niektórzy twierdzili, że wygląda jak bokser, a nie lekkoatleta. W biegu "Kusy" nie grzeszył gracją, a z zakładanej podczas startów i traktowanej w kategorii talizmanu czapki długo szydzono na łamach gazet. Specyficzne nakrycie głowy w barwach klubowych Warszawianki, do złudzenia przypominające czepek pływacki, zostało uszyte przez kulomiotkę i miotaczkę Irenę Schabińską. Choć u niektórych budziło uśmiech politowania, to i tak nie było w stanie równać się z wcześniejszym nakryciem "Kusego" zrobionym z... damskiej pończochy! Co ciekawe, noszenie przezabawnej czapki doprowadziło biegacza do konfliktu z jednym z działaczy sportowych. Kierownik naszej lekkoatletycznej kadry Franciszek Ślachciak pytał: "Jak w czymś takim można się ludziom pokazywać?".

Zdjęcie portretowe "Kusego", na którym widać jego skrzywienie nosa.

Janusz nie przejmował się docinkami i ani myślał rezygnować z tej nietypowej formy zapewnienia sobie pomyślności i szczęścia. Niektórzy twierdzili, że nakrywanie przez niego głowy było próbą wzorowania się na znanej ze swojego nieodłącznego czerwonego beretu Konopackiej, która święciła w tym czasie międzynarodowe triumfy i była jedną ze sportowych inspiracji "Kusego". Zresztą nie tylko czapka miała zapewnić mu fart. Podobno na późniejsze zagraniczne starty zabierał ze sobą... podkowę! W warszawskich Łazienkach, gdzie pracował jako ogrodnik, znajdowały się stajnie, dlatego możliwe, że akurat w tej anegdocie ukryte jest większe ziarno prawdy.

Koščák nie miał sobie równych w Czechosłowacji na dłuższych dystansach.

Zanim doszło do "bratobójczego", premierowego pojedynku Kusocińskiego z Petkiewiczem, ten pierwszy sprawdził formę w meczu z Czechosłowacją w Pradze o Puchar Ministra Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Augusta Zaleskiego. Polsko-czeską batalię rozstrzygnęliśmy na naszą korzyść jednym punktem (79:78). Pierwszego dnia Janusz startował na nietypowym dla siebie dystansie 1500 m i dotarł do mety trzeci w czasie 4:14,8. Drugiego dnia jego dominacja była bezsprzeczna. Z rekordowego wyniku na 5000 m urwał kolejnych siedem sekund, uzyskując rezultat 15:34,0. Dodatkowo okrasił go niespodziewanym zwycięstwem nad doświadczonym i uznanym na Starym Kontynencie biegaczem gospodarzy Jozefem Koščákiem, którego ograł też jego rodak - Rudolf Tajbl.

Urodzony w Koszycach lekkoatleta zwany powszechnie "Baraszką" legitymował się lepszą życiówką od "Kusego" aż o 17 sekund, ale w bezpośrednim starciu z Polakiem okazał się bezradny. Koščák, podobnie jak jego pogromca, zaczynał sportową przygodę od piłki nożnej. Później porzucił ją na rzecz kolarstwa i zapasów, aby w końcu trafić w czułe objęcia "królowej sportu".

W Pradze Kusociński odniósł też inny sukces. Przełamał wrodzoną nieśmiałość i wypił bruderszafta z Klumbergiem, co ostatecznie usankcjonowało ich przyjacielską relację.

Na warszawskim dworcu zebrał się spory tłum gapiów. Wśród oczekujących na przyjazd Staszka byli dziennikarze, kibice, przedstawiciele PZLA oraz część kadry Warszawianki z "Kusym" na czele. Pociąg powolnie wtoczył się na peron, a po chwili z jednego z wagonów wyłoniła się przystojna, budząca sympatię i szybsze bicie serca u kobiet twarz Petkiewicza. "Kusy" przejął obowiązki gospodarza i pewnym krokiem podszedł do nowego klubowego kolegi, ucinając z nim krótką pogawędkę.

Dzień później Staszek przedstawił się stołecznej publice. Nastolatek został zgłoszony do startu na nieolimpijskim dystansie 3000 m podczas zawodów na Agrykoli. Bieg odbywał się poza konkurencją w ramach lekkoatletycznego meczu juniorów stołecznej Polonii z Warszawianką. Forma Petkiewicza stanowiła dla wszystkich zagadkę. Tuż przed podróżą do Polski podczas mistrzostw Łotwy sięgnął po cztery tytuły indywidualne oraz jeden w sztafecie. Sukces kosztował go jednak sporo zdrowia oraz nerwów, niosąc za sobą pokaźny emocjonalny bagaż. Żywiołowo reagujące tłumy znały bowiem kulisy "emigracji" Petkiewicza. Niezadowolone z jego przenosin przez całe zmagania uprzykrzały mu życie głośnym buczeniem oraz gwizdami. Zmęczenie psychiczne w połączeniu z trudami podróży mogły skutkować chwilową obniżką jego sportowej dyspozycji. Problemy nie ominęły też "Kusego". W dniu zawodów wczesnym rankiem towarzyszył weterynarzowi podczas oględzin konia w stajni na terenie warszawskich Łazienek. Schorowana szkapa nieopatrznie stanęła biegaczowi na stopie, przygniatając jeden z palców. Kontuzja nie była poważna, ale wymagała kilkudniowego "rozbratu" ze sportem. Janusz próbował wymusić u kierownika sekcji lekkoatletycznej Warszawianki Tadeusza Suchorzewskiego zgodę na absencję, ale ten był nieprzejednany, wskazując na propagandowy wymiar ich pojedynku.

Gdy obaj stanęli na kresce i delikatnie pochylili się do przodu, publiczność wstrzymała oddech, a stadion ogarnęła przejmująca, trwająca kilka sekund cisza. Przerwał ją wystrzał pistoletu, po którym oszczędni dotychczas w okazywaniu emocji kibice dali upust niepohamowanej energii. Zaczęli głośno krzyczeć i wiwatować na cześć dwóch śmiałków. Szybciej na wystrzał zareagował Kusociński. Niższy z uczestników spektaklu momentalnie zerwał się do przodu, zapominając o tremie oraz drobnym urazie. "Kusy" prowadził bieg w mocnym tempie, a podążający za nim Staszek z upływem dystansu coraz gorzej znosił trudy pojedynku. Im bliżej mety, tym grymas bólu i zmęczenia na jego twarzy malował się coraz wyraźniej. Na ostatnim wirażu przed finałową "setką" przez trybuny przetoczył się głośny pomruk niezadowolenia. Gasnący w oczach Petkiewicz nagle przeszedł do marszu, a po chwili z głową nisko zwieszoną opuścił bieżnię! "Kusy" nerwowo spojrzał za siebie. Był zdezorientowany i wytrącony z równowagi. Przeszło mu nawet przez myśl, żeby przerwać bieg i zapytać rywala, dlaczego ten poddał starcie bez walki. Szybko jednak odgonił ten pomysł, skupiając się na dalszej rywalizacji. Wciąż dysponował sporym zapasem sił, czemu dał wyraz na ostatniej prostej. Momentalnie przyspieszył, a jego zryw ponownie podniósł temperaturę na trybunach. Na mecie zmierzono mu czas 8:54,2, który był lepszy aż o 14 sekund od dotychczasowego rekordu Polski śp. Freyera.

Grupka dziennikarzy osaczyła po biegu obu mistrzów. Jeden i drugi w wywiadach prześcigali się we wzajemnym komplementowaniu, ale pod maską dyplomacji oraz kurtuazji skrywali budzące się w nich prawdziwe uczucia spowite coraz gęstszą mgiełką chłodu. Potwierdził to "Kusy" w swoich pamiętnikach: "Już pierwsze spojrzenie Petkiewicza, jakim mnie obdarzył, nie wróżyło nic dobrego. Wyczytałem w jego oczach zawiść i zazdrość".

Tydzień później liderzy Warszawianki mierzyli się w korespondencyjnym pojedynku na dystansie półtora kilometra. Organizowane przez Towarzystwo Eugeniczne propagandowe zawody o Puchar Electroluxu miały szeroką obsadę. Topowych biegaczy przydzielono do trzech różnych serii, a o końcowym triumfie decydował najlepszy rezultat. Nietypowa formuła rywalizacji, popularna głównie w Stanach Zjednoczonych oraz krajach anglosaskich, faworyzowała klasycznych tempowców lubiących i potrafiących samotnie walczyć z upływającymi sekundami. Do mety najszybciej dotarł Kusociński, w czasie 4:10,8. Za jego plecami panował duży ścisk. Drugi Petkiewicz uzyskał wynik 4:11,0, natomiast trzeci Malanowski - 4:12 (inne źródła podają zwycięstwo "Kusego" nad Malanowskim bez udziału Petkiewicza w zawodach).

Forma Janusza stale rosła. W Wilnie podczas meczu między Warszawą a reprezentacją gospodarzy najpierw skonsumował przystawkę do dania głównego, wygrywając rywalizację na 1500 m w czasie 4:06,8 (niewiele gorszym od rekordu Polski Forysia). Natomiast chwilę później oddał się uczcie na swoim koronnym dystansie 5000 m. To, co nie udało mu się w biegu średnim, stało się faktem w jego specjalności. Rekordowy wynik (15:17,8) zapisał się w polskich annałach, nie odstając poziomem od czasów światowej czołówki. Przewaga zwycięzcy na mecie nad drugim w stawce Sarnackim sięgnęła niemal długości całej rundy (dokładnie 360 metrów). Co więcej, rezultat został osiągnięty w warunkach przejmującego chłodu i deszczu, co zmusiło "Kusego" do rozpoczęcia zmagań... w swetrze! Nic więc dziwnego, że początkowo sędziowie podchodzili do jego rekordu z dużą dozą podejrzliwości. "Winą" za doskonały wynik obarczali błędny pomiar czasu bądź pomyłkę przy liczeniu okrążeń. Proces ratyfikacji rekordu trwał dłużej niż powinien, ale w końcu znalazł szczęśliwy finał!

"Kusy" błyszczał, choć systematyczność jego treningów pozostawiała wiele do życzenia. Podczas pełnionej w batalionie administracyjnym 3. Kompanii na Pradze (21. Pułk Piechoty) służby wojskowej nie był w stanie łączyć swoich żołnierskich obowiązków z reżimem regularnych zajęć biegowych. Tymczasem zbliżała się kolejna okazja do potwierdzenia supremacji na bieżni. Otwarcie obiektu sportowego Orła na warszawskim Grochowie miały uświetnić zawody lekkoatletyczne. Boisko piłkarskie z pełnowymiarową i jedyną sześciotorową bieżnią w stolicy, zbudowane według planów inżyniera Serwatyńskiego, prezentowało się naprawdę okazale! Kryte trybuny mogły pomieścić tysiąc widzów. Pod nimi "schowany" był budynek klubowy wraz z szatniami i natryskami. Na terenie obiektu znajdowały się również place do innych gier sportowych. Wygospodarowano też miejsce na korty tenisowe.

Uroczystość otwarcia, na którą składało się szereg przemówień i defilada zawodników, zgromadziła całą rzeszę znamienitych gości ze świata sportu, polityki i kultury. Punktem kulminacyjnym wydarzenia był rewanżowy pojedynek dwóch wielkich mistrzów na dystansie 3000 m. Obaj czuli w nogach trudy całego sezonu, dlatego kilka dni wcześniej ustalili scenariusz rywalizacji! "Kusy" pisał w swoich pamiętnikach, że mieli biec wspólnie w średnim tempie aż do ostatniej prostej, a na finiszu zdać się na los oraz sprinterskie umiejętności. W dniu zawodów w drodze na stadion Janusz próbował potwierdzić z kolegą wcześniejsze ustalenia. Ten jednak zmienił zdanie i odmówił udziału w "reżyserowanym spektaklu". Stwierdził, że powalczy o dobry wynik, a wszelkie układania się przed startem są według niego sprzeczne z ideą fair play! W Kusocińskim momentalnie narosła złość. Z trudem trzymał nerwy na wodzy, a na usta cisnęło mu się wiele cierpkich i niecenzuralnych słów. Ostatnio mało trenował, jego forma była zatem daleka od życiowej, ale nie zamierzał poddać się bez walki. Postanowił dać z siebie 120 procent, nawet jeśli miałby doprowadzić organizm do skrajnego wycieńczenia. Szykował się pojedynek na śmierć i życie.

Początkowo wszyscy zawodnicy biegli w zwartej grupie. Po dwóch okrążeniach mistrzowie oderwali się od reszty stawki. Na kolejnych rundach zmieniali się na prowadzeniu, ale żaden z nich nie ryzykował poważnych prób ucieczki. Gdy zabrzmiał dzwonek na ostatnią pętlę, w Petkiewicza wstąpiły nowe siły. Łotysz przeszedł do sprintu i 200 metrów przed metą zaczął oddalać się od swojego towarzysza. Niesiony żywiołowym dopingiem przeciął wstęgę w czasie 8:54,2, wyrównując rekord Polski "Kusego". Dotychczasowy rekordzista zmęczony ciągłymi atakami na wirażach odpuścił końcówkę biegu. Ukończył zmagania sześć sekund za plecami zwycięzcy (9:00,2). Pojedynek na trzeciorzędnym mityngu na Grochowie był przełomem i punktem zwrotnym w ich dotychczasowych relacjach. Sympatia szybko odeszła w zapomnienie. Zastąpiła ją czysta nienawiść. Co gorsza, żadna ze stron nie zamierzała dłużej kryć się ze swoimi prawdziwymi uczuciami. Kusociński i Petkiewicz stanęli na progu otwartej wojny, nie szczędząc sobie przy tym złośliwości. Staszek w kolejnych miesiącach używał szerokiej palety złośliwych przezwisk wobec przeciwnika. W dostępnym arsenale inwektyw znalazły się między innymi: "niedouczony karzeł", "prymityw", "krzywy nos", "zabobonny idiota" czy "brzydki Januszek". Odbiorca tych epitetów również nie pozostał mu dłużny.

Po zawodach na stadionie Orła obaj zostali włączeni do kadry na prestiżowy, wyjazdowy mecz Warszawy z Lwowem. Drugie z miast w pierwszych powojennych latach mocno świeciło na krajowej lekkoatletycznej scenie. Potwierdzeniem lwowskiej dominacji były obfite medalowe plony podczas odbywającego się tam krajowego czempionatu w 1922 roku. Kolejne lata nie były już jednak tak tłuste dla Lwowa. Niedożywianie lokalnej młodzieży oraz zmierzch starej gwardii mistrzów z wybitnym Wacławem Kucharem (wielokrotnym mistrzem Polski w kilku lekkoatletycznych konkurencjach) na czele sprawiły, że szala krajowego prymatu zaczęła stopniowo przechylać się na korzyść stolicy. W kolejnych sezonach klasowych zawodników wywodzących się z tego miasta można było policzyć na palcach jednej ręki.

Przeprowadzenie zawodów organizowanych przez Związek Obrońców Lwowa, celem uczczenia dziesiątej rocznicy obrony tego miasta oraz niepodległości Polski, utrudniała kapryśna aura. Dwudniowa rywalizacja toczona była w niskich temperaturach oraz przy bardzo porywistym wietrze. Niesprzyjające warunki pogodowe, jak i konkurencja w postaci innych wydarzeń sportowych w mieście (między innymi wyścig motocyklowy oraz spotkanie piłkarskie Cracovia - Hasmonea Lwów) nie odstraszyły kibiców, którzy zapełnili stadion Pogoni do ostatniego miejsca. Procedury związane z przyznaniem Staszkowi obywatelstwa przeciągały się w czasie, dlatego Łotysz nie mógł oficjalnie wesprzeć Biało-Czerwonych. W biegu na 5000 m startował poza konkursem.

W pojedynku, którego stawką był prestiż i uwielbienie kibiców, faworyci przez cały dystans nie spuszczali z siebie wzroku. Większość rund pokonali jeden za drugim, depcząc sobie niemal po piętach. Z marazmu pierwszy wyrwał się Petkiewicz. Na ostatniej rundzie wydłużył krok i wielkimi susami oddalił się od słabnącego w oczach rywala. Wygrał w dobrym czasie 15:31,6, lepszym od oficjalnego rekordu kraju. Drugi na mecie Kusociński, czujący w nogach wcześniejszy start na 1500 m (zwycięstwo z przeciętnym rezultatem 4:12,6 i prowadzenie od startu do mety), uzyskał wynik 15:36,0. Za plecami dwójki mistrzów trwał zażarty pojedynek o najniższy stopień pudła pomiędzy Romanem Sawarynem a wchodzącym w najlepszy okres kariery Marianem Sarnackim. Wygrał ten pierwszy, dobiegając do kreski niespełna metr przed konkurentem. W klasyfikacji zespołowej stołeczna ekipa nie miała litości dla gospodarzy, zwyciężając 42,5:27,5 przy punktacji: 3, 2, 1 punkt za pierwsze, drugie i trzecie miejsce. W nagrodę za zwycięstwo goście wrócili do Warszawy z okazałym, wędrownym pucharem ufundowanym przez organizatora zawodów. Natomiast wszyscy uczestnicy rywalizacji otrzymali pamiątkowe żetony.

Sezon powoli zbliżał się do końca, ale kalendarz startów wciąż był napięty. Kolejnym przystankiem na biegowej mapie okazał się debiutujący w roli organizatora wielkiej imprezy Lublin. Mistrzostwa Polski w przełajach (ok. 8000 m) odbywały się w malowniczej scenerii. Uczestnicy biegli głównie przez pola, zamykając pętlę na obiekcie lokalnego Sokoła. Najsłabszym ogniwem zawodów okazali się... jego uczestnicy. Spośród anonsowanych 24 na starcie pojawiło się zaledwie 8 biegaczy! Kilku zawodników nie dopuszczono do udziału z powodu braku ważnej legitymacji PZLA. W ostatniej chwili z występu zrezygnował Petkiewicz. Pod jego nieobecność pierwsze skrzypce grali "Kusy" i Sarnacki, którzy wspólnie pokonali większość trasy. Losy pojedynku rozstrzygnęły się na ostatnim kilometrze. Kusociński zyskał kilkanaście metrów przewagi, ale Sarnacki nie zamierzał łatwo oddać pola. Bieg kończyły trzy rundy na stadionie. W trakcie ich pokonywania doświadczony zawodnik zyskał drugie życie. Nadludzkim wysiłkiem zaczął odrabiać stratę do lidera. Heroiczna postawa na finiszu nie przyniosła mu upragnionego zwycięstwa, ale zmusiła "Kusego" do pełnej mobilizacji. Ostatecznie Sarnacki był wolniejszy od zwycięzcy o 0,4 lub 0,8 sekundy (w zależności od źródła).

Janusz gonił już resztką sił. Mocno eksploatowane mięśnie i ścięgna coraz częściej upominały się o zasłużony wypoczynek. Bieganie po twardych lubelskich ścieżkach pogłębiło drobny uraz mistrza. Zawodnik Warszawianki odparzył sobie stopy i jedyne, o czym myślał, to dłuższa przerwa w startach. Dostał nawet czterodniowe zwolnienie lekarskie. Niestety Suchorzewski miał wobec niego inne plany - wymusił na nim udział w biegu ulicznym. Prestiżowa impreza Wilanów - Warszawa (8000 m), której start w obsadzie 50 śmiałków (w tym 65-letniego szewca Jackowskiego, wielkiego pasjonata biegania, z nieodłączną pałeczką-amuletem w dłoni) zlokalizowany był tuż przed pałacem, dzierżył status drużynowych mistrzostw stolicy. Zmagania na utwardzonym gruncie stały się teatrem jednego, zazwyczaj drugoplanowego aktora. Będący w życiowej formie Sarnacki od razu po starcie wysforował się na czoło peletonu. Pierwszy z czołówki odpadł Kusociński. Z każdym kolejnym krokiem odczuwał coraz większy ból pod kolanem i sprytnie kalkulował. Chciał dobiec do mety i zdobyć cenne punkty dla klubu, ale nie za cenę przewlekłej kontuzji. Kontrolując grupę pościgową za sobą, ukończył zawody na trzecim miejscu, pokonując resztę dystansu w tempie, które nie stwarzało ryzyka pogłębienia urazu.

Końcówka sezonu należała do Sarnackiego. Na zdjęciu przewodzi stawce podczas mistrzostw Polski w 1932 roku.

Na trasie niespodziewany kryzys dopadł Staszka. Lider biegł jak w transie i z zimną krwią wykorzystał słabość faworyzowanego rywala. Sarnacki szybko oddalił się od Petkiewicza i systematycznie aż do mety budował przewagę, która ostatecznie wyniosła 150 metrów. Pełne podium zapewniło ekipie Warszawianki upragniony tytuł najlepszego teamu w stolicy.

Sezon zamykała rywalizacja na stadionie o mistrzostwo Polski na dystansie 3000 m z przeszkodami. "Kusy" nie zamierzał wypuścić z rąk kolejnego tytułu. Na warszawskiej Agrykoli pojawił się z niedoleczoną kontuzją, którą zdiagnozowano jako przemęczenie lewego ścięgna kolanowego, stając w szranki z siedmioma stołecznymi rywalami. Po trzech okrążeniach rozsądek wziął górę nad brawurą. "Kusy" tracił coraz większy dystans do lidera, a pulsujący ból w nodze promieniował na wyższe partie ciała. Janusz przerwał bieg, zacisnął zęby i chwycił się za kolano. Po chwili zszedł z bieżni, kończąc historię swoich startów w 1928 roku. Utrzymujący wysoką dyspozycję Sarnacki zaliczył kolejny zwycięski występ (10:44,2). Na metę dotarł z przewagą 80 metrów nad dwukrotnym olimpijczykiem Stefanem Kostrzewskim (AZS Warszawa), który uprawianie lekkiej atletyki z powodzeniem łączył z koszykówką. Zmagania ukończyło tylko czterech uczestników.

Podczas gdy Kusociński narażał swoje zdrowie na szwank, jego wielki rywal oddawał się nowej pasji. O lekkim piórze i zacięciu dziennikarskim Petkiewicza mogli przekonać się czytelnicy "Przeglądu Sportowego". Artykuły jego autorstwa opisywały metody treningowe, a także celnie diagnozowały stan oraz wyzwania polskiej "królowej sportu". Staszek podzielał fascynację "Kusego" fińską szkołą biegów. Świeżo upieczonego redaktora chwalono za obiektywność, styl oraz analityczne podejście do tematu. Mimo pogłębiającej się niechęci potrafił docenić - przynajmniej w publikacjach - kunszt biegowy swojego wielkiego konkurenta. Źródła jego kontuzji doszukiwał się w zbyt forsownym treningu. Człowiek o wszechstronnych zainteresowaniach i talentach stawał się pupilkiem mediów oraz salonowej "warszawki". Jego przyszłość sportowa i towarzyska rysowała się w jasnych barwach.

Końcówka roku zelektryzowała sportowy światek pierwszymi pogłoskami o rzekomym zawodowstwie Nurmiego. W przypadku udowodnienia mu winy "Latający Fin" (kolejny z jego przydomków) zostałby automatycznie wykluczony z walki o kolejne olimpijskie laury. Według prasy "Wielki Niemowa" przyjął ofertę agenta sportowego i menedżera gwiazd Charlesa C. Pyle'a (odpowiadającego za interesy m.in. tenisistki Suzanne Lenglen, zdobywczyni 25 tytułów na kortach Rolanda Garrosa i w Wimbledonie) opiewającą na kwotę 10 tysięcy dolarów za tournée po Ameryce. Sam wielki mistrz nie odcinał się od plotek, czym kierował na siebie kolejne podejrzenia. Przed podróżą do Stanów Zjednoczonych napomknął, że rozważa możliwość opuszczenia na dobre amatorskich szeregów. W rozmowie z prasą nie padały konkretne sumy, ale stwierdzenie, że w ciągu roku mógłby zarobić pieniądze, które zapewnią mu dostatek na resztę życia, pobudzało wyobraźnię reporterów. W prasie pojawiały się wzmianki o kwocie 1000 dolarów za start. Ostatecznie nie zdołano potwierdzić tych skądinąd sensacyjnych doniesień.

Dominacja (1929 rok)

Z Agrykoli Kusociński wrócił do koszar, gdzie odbywał służbę wojskową. Noga tak bardzo napuchła, że bez pomocy kolegów nie był w stanie zdjąć buta. Diagnoza lekarska brzmiała jak wyrok: ostre zapalenie ścięgna i konieczność pilnej hospitalizacji. Po dziewięciu dniach pobytu w szpitalu, podczas którego przeszedł kilkanaście zabiegów, rekonwalescent rozpoczął naukę chodzenia o lasce. Kolejne tygodnie upływały mu na żmudnej rehabilitacji. Kontuzja nie była jedynym zmartwieniem sportowca. Tuż po Nowym Roku rodzinę Kusocińskich dotknęła tragedia. Po tygodniowej chorobie zmarła młodsza siostra biegacza. Rodzice popadli w rozpacz, a depresja odcisnęła piętno również na bracie. Janusz musiał wrócić do służby, w ramach której odbywał zajęcia w szkole podoficerskiej (ukończył ją w marcu w stopniu kaprala z cenzusem z piątą lokatą). Nadmiar obowiązków wciąż kolidował z treningami. Wieczorami topił smutki w alkoholu, co nie uszło uwadze przełożonych i kolegów. Wielokrotnie odwoływano się do jego rozsądku, ale młodzian pozostawał obojętny na głosy krytyki. W końcu miarka się przebrała. Młokos wylądował "na dywaniku". Po szczerej rozmowie z przełożonym - zawsze przychylnie do niego nastawionym podpułkownikiem Franciszkiem Polniaszkiem - otrzymał zgodę na wznowienie treningów w zakresie, który nie będzie zakłócać jego żołnierskich obowiązków.

Powrót do codziennego reżimu sportowego okazał się skutecznym lekarstwem na żałobę. Biegacz miał spore zaległości treningowe, dlatego z zapałem oddał się regularnej, lekkoatletycznej pracy. Jego postępy dostrzegł sam papa Klumberg. Estoński coach stwierdził w rozmowie z prasą, że jeśli Janusz zdoła utrzymać dotychczasową intensywność ćwiczeń, to już wkrótce może pokusić się o złamanie bariery piętnastu minut na 5000 m. Korzystając z przerwy w startach, Kusociński poszedł w ślady Petkiewicza. Wolny czas poświęcał na "pogłębianie relacji" ze słowem pisanym. Na łamach tygodnika "Stadjon" edukował czytelników między innymi z zimowej zaprawy biegowej.

Wielki rywal Kusocińskiego też nie próżnował. W okresie zimowym oddawał się ciężkim treningom, dzieląc czas między bieganie, pracę oraz studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Jego pracowitość stała się wręcz legendarna. Mimo ujemnych temperatur sięgających nierzadko kilkudziesięciu stopni Petkiewicz nie opuścił nawet jednych zajęć na świeżym powietrzu. Rozpisany przez Klumberga na kartce plan treningowy wykonywał z aptekarską precyzją. Marzył o starcie i dobrym wyniku w zaplanowanym na 5 maja międzynarodowym biegu dookoła Berlina (25 km). Łyżką dziegciu w beczce miodu był przedłużający się proces przyznania mu polskiego obywatelstwa. Urzędnicy uspokajali Petkiewicza, tłumacząc poślizg czasowy zawiłymi procedurami administracyjnymi.

Przed rozpoczęciem sezonu PZLA wykonał kawał dobrej roboty. Na spotkaniu zarządu ustalono regulamin nagrody śp. Alfreda Freyera, której fundatorem była firma złotnicza Nagalski (od nazwiska właściciela). Miała być ona każdorazowo (tj. corocznie) przekazywana zwycięzcom kolejnych biegów o mistrzostwo Polski na 5000 m. Na własność zawodnika miała przejść po jej trzykrotnym zdobyciu, a jeśli nikomu nie udałaby się ta sztuka, to po dziesięciu latach miała trafić do klubu z największą liczbą wygranych na tym dystansie. Podjęto też decyzję o dopuszczeniu członków Związku Strzeleckiego, policji, wojska oraz harcerzy do masowego startu podczas Narodowego Biegu Naprzełaj. Dla każdej z grup zamierzano przygotować oddzielne finisze i mety, co miało ułatwić prowadzenie klasyfikacji w różnych kategoriach. A planowany na tamten rok finał sezonu przełajowego miała poprzedzić uroczysta rewia wojskowa z udziałem prezydenta RP Ignacego Mościckiego.

Karuzela biegowa wystartowała z początkiem kwietnia. Staszek miał już w nogach jeden start w zawodach halowych, choć z uwagi na specyfikę i sposób rozgrywania zawodów trafniejszym określeniem byłyby "testy biegowe". Zawodnik Warszawianki wziął udział w sztafecie 3 × 1000 metrów, która wraz z konkurencjami technicznymi odbywała się w sali gimnastycznej na drugim piętrze na dębowej posadzce. Trasę biegu rozstawnego sprytnie wyznaczono kredą między słupkami od bumów (przedwojennych urządzeń do ćwiczenia równowagi). Konkurencje techniczne również odbywały się w prowizorycznych warunkach. Pchana przez siłaczy kula lądowała na materacach, na których wysypano piasek z trocinami...

Na premierowe zawody Kusociński z Petkiewiczem wybrali się do Łodzi. Tamtejszy ŁKS organizował doroczny, VI Bieg na przełaj (ok. 5000 m). Jeśli ktoś sądził, że czas uleczył rany, a obaj lekkoatleci po przerwie zimowej zakopią wojenny topór, był w srogim błędzie. Z uwagi na dobre imię Warszawianki biegacze stwarzali pozory wzajemnej życzliwości, ale za fasadą komplementów i uprzejmości kryła się wewnętrzna antypatia oraz coraz silniejsze animozje. W drodze do fabrycznego miasta próbowali ustalić wspólną taktykę na bieg, ale żaden z nich nie dowierzał choćby w jedno słowo swojego rozmówcy.

Na starcie łódzkiego wyścigu stanęło 12 zawodników z pięciu klubów. Pozostałych uczestników wystraszyła kiepska pogoda w postaci silnych podmuchów wiatru oraz zalegającego na trasie błota i resztek topniejącego śniegu. "Kusy" nie zamierzał forsować tempa i po starcie schował się za plecami liderów. Petkiewicz przyjął podobną taktykę. Nie chciał walczyć na łokcie i ryzykować przyjęcia kilku kuksańców. W Łodzi startował po raz pierwszy i nie znał zakamarków mocno pofałdowanej, wypełnionej wieloma rowami oraz zakrętami trasy. Wolał oddać prowadzenie innym. Brak chętnych na przewodzenie stawce wykorzystał Zdzisław Starosta z KP Zjednoczone Łódź (późniejszy KS Włókniarz Łódź). Znany lokalny biegacz, który jeszcze kilka dni wcześniej reprezentował barwy organizatora crossu - tamtejszego ŁKS, czuł się na "własnych śmieciach" jak ryba w wodzie. W poprzednich latach dwukrotnie triumfował w tym biegu (1924, 1926). Łodzianin nadawał szybkie tempo i z łatwością pokonywał kolejne przeszkody w Lesie Karolewskim. Staszek był czujny. Nie śpieszył się, ale utrzymywał lidera w bezpiecznym polu widzenia, w odległości nie większej niż 15-20 metrów. Kilkaset metrów przed metą mocno przyspieszył, mijając Starostę już na bieżni stadionu. Trzeci na kreskę wpadł "Kusy", około 250 metrów za zwycięzcą. Głowa i serce Janusza pracowały jak nigdy, ale na trudnej, selektywnej trasie nogi odmawiały mu posłuszeństwa.

Zżerany przez ambicję Kusociński rzucił się w wir biegowej pracy. Okazję do rewanżu stanowił Bieg Magistracki ze startem i metą na stadionie stołecznego Orła (4000 m) oraz nagrodą główną w postaci okazałego pucharu. Do zawodów zgłosiła się rekordowa liczba 300 uczestników, ale na kresce zjawiło się tylko 122 śmiałków. Scenariusz zmagań przypominał ten z Łodzi. Z tą różnicą, że w walkę o zwycięstwo zamiast Starosty włączył się Sarnacki. Petkiewicz ponownie błysnął piorunującym finiszem, dzięki czemu zyskał 20 metrów przewagi nad zaciekle goniącym go rywalem. "Kusy" stracił do zwycięzcy dziewięć sekund. Umiejętności sprinterskie Łotysza powoli stawały się jego wizytówką. W klasyfikacji drużynowej uwzgledniającej wszystkich zawodników, którzy osiągnęli czas poniżej 13 minut, triumfował Orzeł przed Warszawianką i Odrodzeniem Warszawa.

Ta sama trójka stanęła na pudle również w kolejnym starcie - na stołecznym Grochowie. W drugiej edycji biegu przełajowego o puchar "Wieczora Warszawskiego" (4500 m), organizowanego z inicjatywy najpoczytniejszego stołecznego dziennika, uczestniczyło ponad 200 biegaczy. Podobnie jak tydzień wcześniej obu mistrzów rozdzielił Sarnacki, który stracił do zwycięskiego Petkiewicza około 60 metrów. W klasyfikacji drużynowej triumfował Orzeł przed Warszawianką i lokalnym Strzelcem. Do końcowego wyniku zespołowego wliczano rezultaty tylko tych zawodników, którzy dotarli do mety nie później niż trzy minuty po liderze. W klasyfikacji generalnej uwzględniono ostatecznie 44 biegaczy. Po zmaganiach indywidualnych przyszedł czas na sztafetę. W biegu rozstawnym 4 × 250 m triumfowała Warszawianka z "Kusym" w czasie 2:07 przed kombinowanym teamem Orła oraz ekipą AZS.

Z początkiem maja oczy sportowej Polski skierowane były na Pole Mokotowskie w Warszawie, gdzie rozgrywano IV Bieg Narodowy Naprzełaj - najważniejszą imprezę crossową nad Wisłą. Szumnie zapowiadana frekwencja na poziomie 1000 zawodników ostatecznie skurczyła się do 388 zgłoszonych, z których na starcie zjawiło się 234. Liczba uczestników była daleka od oczekiwanej, co świadczyło o chwilowej "zadyszce" projektu. Dla porównania w niektórych lokalnych biegach potrafiło wziąć udział nawet 600 śmiałków. Narodowy Bieg Naprzełaj na tle konkurencyjnych zawodów wyróżniał się otwartą formułą - obok profesjonalnych biegaczy startowali w nim również amatorzy marzący o wielkich sportowych karierach. Organizacja poprzednich edycji pozostawiała wiele do życzenia, ale czwarta odsłona była już godna swojej rangi. Start miał się odbyć w godzinach popołudniowych, a sama trasa, licząca około 6500 m, pozbawiona była tak nielubianych przez uczestników rowów z wodą, wzniesień i pagórków. Według ekspertów była jednak zbyt łatwa, a tym samym niegodna centralnego crossu. Niemal w całości prowadzona była bowiem po wiejskiej drodze, nie licząc krótkiego odcinka na cywilnym lotnisku. Wśród wielkich nieobecnych na czoło wysuwały się dwa nazwiska - mocnego ostatnio łodzianina Starosty oraz "leczącego rany" po niegroźnym wypadku motocyklowym olimpijczyka z Paryża Juliana Łukaszewicza (Polonia Warszawa). Po mocno spóźnionym starcie (względem planowanej godziny) peleton szybko się rozciągnął. Tempo na zmianę dyktowali Petkiewicz z Sarnackim, a pojedynek rozstrzygnął się pół kilometra przed kreską. Staszek wrzucił "szósty bieg", oderwał się od czteroosobowej grupy i samotnie pomknął w kierunku mety. Po ukończeniu wyścigu wyglądał na świeżego. Szybko wyrównał oddech i wyprostował sylwetkę, pozując przez kilka minut do zdjęć oraz odpowiadając na pytania dziennikarzy. W rozmowie z prasą wyraził zadowolenie z wyniku, trasy i swojej postawy.

Heroiczną walkę o drugi stopień pudła stoczyli Sarnacki z "Kusym". Szybszy o blisko trzy sekundy był ten pierwszy, w czym pomógł mu rów z wodą, na którym zyskał kilka metrów przewagi. Drugiego z asów zgubiło gapiostwo. Kusociński planował zerwać się do ataku na ostatniej prostej. Po pokonaniu ostatniego zakrętu ruszył w pogoń za klubowym kolegą, ale meta, czego wcześniej nie zauważył, znajdowała się już po 100 metrach i zabrakło mu czasu na zbliżenie się do Sarnackiego. Czwarty na metę wpadł świetny narciarz Zdzisław Motyka. Klasyfikację drużynową, a tym samym nagrodę ufundowaną przez Związek Strzelców dla klubu z największą ilością zawodników w pierwszej dwudziestce zdobyła Warszawianka. Natomiast wyróżnienie prezesa PZLA kapitana Jerzego Misińskiego dla najlepszego robotniczego zespołu trafiło w ręce przedstawicieli RKS WATT.

Petkiewicz dominuje w Narodowym Biegu Naprzełaj. Ze sporą przewagą zbliża się do mety w dobrej formie.

Apetyt Petkiewicza na wygrane rósł w miarę jedzenia. Łotysz nie czuł sytości, a do stolicy Wielkopolski zmierzał z prostym planem - przedłużyć serię zwycięstw do pięciu i potwierdzić dominację na krajowym podwórku. Niewiele brakowało, a Bieg o Puchar "Kurjera Poznańskiego" (4200 m) w obsadzie 200 zawodników odbyłby się bez głównego aktora. Podczas kontrolnych badań lekarskich doktor zdiagnozował u Staszka... żółtaczkę! Petkiewicz nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

- Ależ panie doktorze, przecież jestem zdrów jak ryba. W ciągu ostatnich dwu dni biegałem dwa razy i czuję się znakomicie - zaklinał się Staszek.

Lekarz kategorycznie odmawiał mu zgody na start, a tym, który wstawił się za Petkiewiczem, zresztą z dobrym skutkiem, był Kusociński!

- Nie może pan przecież, doktorze, dyskwalifikować zwycięzcy, to raczej niech pan nie dopuszcza nas wszystkich. Chory czy zdrów, ale przecież to ogólny faworyt - przekonywał medyka "Kusy". Ten w końcu dał się przekonać i dopuścił młodszego z biegaczy do startu.

Na trasie Janusz próbował ze wszystkich sił dotrzymać Staszkowi kroku. Na finiszu zabrakło mu jednak paliwa w baku. Sprężysty krok stracił swój rozmach, a sylwetka kąt pionowy. Kusociński wpadł na metę ze spuszczoną głową i wzrokiem utkwionym w bieżnię ze stratą około 80 metrów do zwycięzcy. Początek sezonu należał do Petkiewicza. Bilans jego bezpośrednich pojedynków z rywalem wynosił 5:0.

Po serii crossów zawodnicy zamienili błotniste trasy na bieżnię stadionu w Rydze. Kadra Biało-Czerwonych na trójmecz bałtycki była mocno przetrzebiona. W składzie zabrakło między innymi Petkiewicza, co było pokłosiem niedawnej decyzji Łotewskiej Federacji Lekkoatletycznej (Latvijas Vieglatl?tikas savien?ba - w oryginale). 24 lutego rodzimy związek nałożył na Staszka dyskwalifikację na czas nieograniczony! Wiadomość wywołała konsternację w siedzibie PZLA. Petkiewicz od dziewięciu miesięcy przebywał w Polsce i w opinii naszych władz nie podlegał jurysdykcji swojej macierzystej federacji. Zarzuty brzmiały absurdalnie, ale postanowiono ich nie lekceważyć. Zamierzano dogłębnie zbadać sprawę, a do czasu jej wyjaśnienia nasz mistrz miał embargo na występy z orzełkiem na piersi.

Brak czołowego biegacza odbił się "Kusemu" czkawką. Dzień przed meczem został poinformowany o konieczności startu na trzech dystansach. Lider kadry wzbraniał się przed przyjęciem końskiej dawki biegania (między innymi z powodu słabego stanu nawierzchni stadionu), ale kierownictwo związku było nieprzejednane. Uznano, że poświęcenie "Kusego" jest konieczne, jeśli marzymy o zwycięstwie w prestiżowej, trójstronnej rywalizacji.

Podróż do Rygi nie obyła się bez przygód. W Wilnie naszych kadrowiczów czekała przymusowa przesiadka. Do reprezentacji dołączył papa Klumberg, a wolny czas postanowiono wykorzystać na zjedzenie śniadania. Grupa żywo gestykulujących zawodników wracała z posiłku, gdy kątem oka dostrzegła na dworcu odjeżdżający skład pociągu. W jednym z wagonów mignęły im skonsternowane twarze dwóch członków ekspedycji - majora Mieczysława Łebkowskiego oraz Stefana Kostrzewskiego. Kadrowiczów z opresji uratował porucznik Józef Baran.

"Zbawca" naszej kadry Józef Baran (z prawej). Obok niego Rumun Alexandru Fritz.

Ten klasowy kulomiot i dyskobol za sporą sumkę 750 złotych załatwił wagon z parowozem, którym lekkoatleci dotarli na miejsce kolejnej przesiadki - stacji granicznej w Semigalii (region na terenie obecnej Łotwy). Tam znowu minęli się z właściwym pociągiem. Spóźnienie odpokutowali kilkugodzinnym pobytem na dworcu. Następną przesiadkę zaliczyli w mieście Daugavpils (Dyneburg), a do stolicy Łotwy dotarli dopiero późnym wieczorem. W Rydze po przekroczeniu progu hotelu większość członków ekipy słaniała się ze zmęczenia.

Podczas dwudniowych zawodów uczestnikom towarzyszył ulewny deszcz oraz lodowaty wiatr. "Kusy" nie zważał na lekki ból kostki i przed startem trenował bez wytchnienia. Rywalizacja na dystansie 5000 m inaugurowała serię jego startów. Stadion, na którym rozgrywano trójmecz, miał nietypowy, wydłużony obwód liczący nie 400, a 1060 metrów. Według Janusza bardziej przypominał "tor wyścigowy dla kłusaków" niż klasyczny lekkoatletyczny obiekt. Obrana przez niego taktyka przewodzenia stawce nie zdała egzaminu z powodu zbyt silnych podmuchów wiatru. Ciągłe przedzieranie się przez ścianę wirującego, zimnego powietrza sprawiło, że w końcówce zabrakło mu sił. Schowany za jego plecami Estończyk Felix Beldsinsky wykorzystał słabość rywala. Na ostatnim kółku przyspieszył i samotnie, przy wyraźnym aplauzie publiki, dobiegł do mety w czasie 16:06,2. "Kusy" był wolniejszy o blisko dziesięć sekund (16:15,6). Drugiego dnia Janusz wziął srogi rewanż za sensacyjną porażkę. W biegu na półtora kilometra po dwóch rundach stawkę postanowił rozerwać Walenty Mędrzycki. Dwukrotny medalista krajowego czempionatu zyskał około 50 metrów przewagi nad resztą biegaczy. Kusociński zachował spokój. Nie rzucił się do szaleńczego pościgu, jak zapewne uczyniłby niejeden początkujący lekkoatleta. Znał swoje możliwości oraz ograniczenia rodaka. Systematycznie podkręcał tempo i na dystansie kolejnej rundy dogonił, a później oddalił się od rywala. Zwyciężył w czasie 4:15,6. Poza Mędrzyckim pozostali uczestnicy byli tłem dla naszego mistrza.

Po zaliczeniu testu na średnim dystansie "Kusego" czekało trudniejsze z wyzwań - występ na 10 000 m. Pomny wcześniejszej wpadki oraz odczuwając trudy poprzednich startów, zdecydował się na bezpieczną taktykę. Cały czas trzymał się z tyłu za Beldsinskym, licząc na skuteczny finisz w końcówce. Niestety, kilka minut po starcie na twarzy Janusza zagościł grymas bólu. Jego sylwetka coraz mocniej kołysała się na boki, a ruchy na bieżni wydawały się mniej skoordynowane niż zazwyczaj. Cierpiący katusze biegacz siłą woli utrzymywał się za Estończykiem. Na ostatniej rundzie jego twarz przybrała kolor purpury. Zapewne od ciągłego napinania mięśni. Dotkliwy ból w nodze mocno testował wytrzymałość i siłę jego charakteru. W obawie przed odniesieniem ciężkiej kontuzji zwolnił, ale nie zamierzał schodzić z bieżni i oddać występu walkowerem. Wyraźnie utykając, ukończył zmagania na drugim miejscu (33:41,8), okupując swój heroizm poważnym urazem. Za kreską próbował wstać i samodzielnie opuścić obiekt, ale jego wysiłki były daremne. Usiadł, a zmęczoną twarz ukrył w ramionach.

Obecny na stadionie lekarz szybko postawił diagnozę - zapalenie ścięgna skokowego. Zrozpaczony "Kusy" dał upust emocjom. Zaczął klnąć na wszystko i wszystkich, zapowiadając szybki rozbrat z wyczynowym sportem. Czterech najbardziej postawnych członków reprezentacji chwyciło Janusza za ręce i nogi i przeniosło do pokoju hotelowego. Rekonwalescent resztę dnia spędził w łóżku. Zaczerwienione miejsce stopniowo przechodziło w obrzęk. W nocy noga spuchła jak diabli. W drodze powrotnej do Polski musiał ponownie korzystać z życzliwości oraz siły mięśni innych kadrowiczów.

W stolicy w rolę jego tragarza wcielił się kulomiot z Poznania, Zygmunt Heljasz. Sympatyczny olbrzym, a prywatnie przyjaciel Janusza, który przygodę ze sportem zaczynał od boksu, ważył ponad 100 kilogramów i wyglądał jak dwóch Kusocińskich. Skromniej zbudowanego kolegę nosił bez wysiłku.

Mierzący 188 cm Heljasz mocno górował nad "Kusym".

W batalionie "Kusego" skierowano do szpitala okręgowego im. Piłsudskiego na ulicy Nowowiejskiej, gdzie spędził kolejnych sześć tygodni. Po opuszczeniu murów placówki medycznej rozpoczął żmudną rehabilitację w CIWF. Regularne naświetlania i masaże przyspieszały jego powrót do pełnej sprawności. Dobre samopoczucie wielkiego mistrza popsuło zdarzenie z udziałem Petkiewicza, które stało się przysłowiowym gwoździem do trumny w ich relacjach. Pewnego dnia gdy mijali się na korytarzu w ośrodku, Staszek odwrócił wzrok w innym kierunku, udając, że nie dostrzega kolegi. Nie uchyliwszy nawet rąbka kapelusza, pospiesznie udał się do sali masażu. Janusza ogarnęła furia, włos na jego głowie momentalnie się zjeżył, a w głowie zaczęło kotłować się milion myśli. W tej jednej chwili chęć upokorzenia Petkiewicza zaczęła przesłaniać inne pobudki jego sportowego rozwoju.

Janusz długo analizował całe zajście. Uznał, że "Petek" (jak pieszczotliwie nazywano Łotysza) oraz pozostali klubowicze z Warszawianki postawili na nim przysłowiowy krzyżyk. Podczas pobytu w szpitalu z regularnymi wizytami wpadała do niego matka. Pojawiło się również kilku znajomych z Ołtarzewa. Niestety żaden z kolegów po fachu nie pofatygował się z odwiedzinami. Do niedawna był ich liderem, a dziś właściwie przestał dla nich istnieć. Żal rozsadzał mu czaszkę, a depresyjne nuty zatruwały jego umysł. Postanowił zrobić wszystko, żeby wrócić na szczyt i udowodnić, że odwrócenie się do niego plecami było wielkim błędem. Najbliższe miesiące nie napawały go jednak entuzjazmem. Czekała go przymusowa przerwa w startach, a po niej mozolna i czasochłonna odbudowa formy. Obecny sezon wydawał się całkowicie stracony.

Petkiewicz w tym czasie brylował na bieżniach. Absencja największego rywala nie wpłynęła ujemnie na jego formę. Wręcz przeciwnie - ta ciągle rosła, a fachowcy zastanawiali się, gdzie tkwi szczyt jego możliwości. Podczas odbywających się w parku im. Ignacego Paderewskiego mistrzostw Warszawy jego gwiazda świeciła pełnym blaskiem. Impreza cieszyła się umiarkowanym zainteresowaniem, a jej obsada wołała o pomstę do nieba. Ze startu zrezygnowali zawodnicy AZS, którzy w tym czasie udali się do czeskiego Brna na mecz z tamtejszym klubem. Smutny obraz mistrzostw dopełniały liczne wpadki organizacyjne. Kula okazała się kilkanaście gramów za lekka, rzutu młotem nie można było dokończyć z powodu oderwania się kuli od rączki, a ponadczterdziestometrowy rzut dyskiem dziesięcioboisty Cejzika mierzono... piętnastometrową taśmą pomiarową.

Petkiewicz startował na dwóch dystansach. Najpierw wystąpił w biegu na 5000 m. Samotne liderowanie przy bardzo porywistym wietrze, co było zresztą typowe dla otwartego obiektu AZS, nie przeszkodziło mu w realizacji planów. Po ogłoszeniu pierwszego, rekordowego międzyczasu (1 kilometr) w powietrzu dało się wyczuć atmosferę rosnącego podniecenia. Staszek miał realne szanse jako pierwszy w kraju złamać granicę 15 minut. Przesuwająca się wskazówka zegara nieuchronnie zbliżała się do pierwszej ćwierci godziny. Gdy biegacz wpadł na kreskę, ta nieznacznie ją przekroczyła, zatrzymując się na wyniku 15:02,4. Magiczny próg pozostał nietknięty, ale nowy rekord Polski, poprawiony aż o 15,4 s, robił piorunujące wrażenie, plasując go w samym czubie światowego rankingu. Osiągnięte międzyczasy na 2000 i 3000 m były lepsze od aktualnych krajowych rekordów na tych dystansach, ale nie mogły zostać uznane za oficjalne z powodu braku wymaganej liczby stoperów. Występ w słabo obsadzonych zawodach otworzył Petkiewiczowi drzwi do wielkiej międzynarodowej kariery. Prawdę powiedziawszy - Staszek wyważył je wraz z futryną!

Kilkadziesiąt minut później garstka kibiców na trybunach ponownie przeżyła ekstazę. W biegu na 1500 m Józef Jaworski, olimpijczyk z Paryża (1924) i Amsterdamu (1928), dotrzymywał kroku Petkiewiczowi przez dwie rundy. Później wszystko wróciło na właściwe tory i potoczyło się zgodnie z planem. Młodzian bez większego wysiłku uciekł swojemu towarzyszowi i wygrał w imponującym czasie 4:04,4.

Rozgłos wokół Staszka zaczął docierać do coraz odleglejszych zakątków Europy. W końcu przekroczył również granicę Kraju Tysiąca Jezior. Dominacja Finów w biegach średnich i długich była niepodważalna. Każdy triumf nad zawodnikiem z kraju Suomi - nawet jeśli nie został odniesiony nad Nurmim czy Ritolą - budził zachwyt i traktowany był w kategoriach niespodzianki. Zbliżający się pojedynek Staszka ze Skandynawami wywołał w kraju duże poruszenie. Dzięki zabiegom niestrudzonego propagatora lekkiej atletyki, oficera Wojska Polskiego Tadeusza Kawalca, do Wilna na otwarcie przepięknego stadionu na Pióromoncie (niewielki obszar miasta położony na prawym brzegu rzeki Wilii) przyjechali liczni wybitni lekkoatleci z północy Europy. W biegu na 5000 m niesiony dopingiem blisko 3000 gardeł Petkiewicz odniósł bezapelacyjne zwycięstwo w świetnym czasie 15:10,8.

Dwaj Finowie - Kalle Matilainen i były mistrz kraju w crossie Väinö Jeremias Sipilä - dotarli do mety daleko za liderem. Pierwszy z nich w finale olimpijskim w Amsterdamie (1928) na 10 000 m był ósmy. O potencjale biegowym Kallego świadczyła jego życiówka z tego roku na 5000 m (14:44). Uzyskał ją w bezpośrednim starciu z Nurmim, które przegrał zaledwie o kilka metrów. Jego bracia również trenowali lekką. Jukka był płotkarzem, olimpijczykiem z Amsterdamu, a Martti czwartym przeszkodowcem w Los Angeles (1932) i Berlinie (1936). Trzeci na mecie w Wilnie Sipilä miał na koncie złoty krążek w przeszkodowej drużynówce wywalczony na paryskich igrzyskach (1924). W stolicy Francji zajął też najgorszą dla sportowca czwartą pozycję na 10 000 m.

Kalle Matilainen uchwycony w momencie przecinania wstęgi.

Kibice byli wniebowzięci. Długo oklaskiwali Petkiewicza, skandując jego imię. Entuzjazm udzielił się również ekspertom, którzy rozpływali się nad stylem, w jakim odniósł zwycięstwo. Według prasy odbyło się to "niemal zupełnie bez wysiłku, przy niezaprzeczalnej klasie jego rywali". Chwilę później "Petek" dorzucił triumf na 1500 m (4:05,2), urywając się na ostatnich 200 metrach znanemu Finowi Tauno Pohjali (4:09,6 lub 4:09,8 wg różnych źródeł). Po zawodach został uhonorowany nagrodą i dyplomem za najlepszy wynik podczas całego mityngu.

W kolejnych startach Staszek nie zwalniał tempa. Podczas dwudniowych zawodów na obiekcie Wisły Kraków rozprawił się z rekordem Polski na 3000 m, dokonując tego podczas biegu na... 5000 m (15:34,2)! Na nieolimpijskim dystansie zmierzono mu czas, a właściwie międzyczas - 8:51,2. W nagrodę za znakomite występy PZLA przyjął zaproszenie i wysłał swojego asa na doroczne, Międzynarodowe Mistrzostwa Anglii. Prestiżowe zawody lekkoatletyczne rozgrywane były na wybudowanym w 1877 roku, a znanym dziś z występów piłkarskiej ekipy Chelsea Londyn obiekcie Stamford Bridge. Dzięki pomocy Wydziału Prasy i Propagandy Ministerstwa Spraw Zagranicznych udało się zebrać potrzebną kwotę na wyjazd. Polak został zgłoszony do dwóch biegów na typowo anglosaskich dystansach - jednej i czterech mil.

Rywalizacja z Wyspiarzami zbiegła się w czasie z IX Mistrzostwami Polski w Poznaniu. Tęskniący za atmosferą lekkoatletycznej rywalizacji "Kusy" udał się wraz z ekipą Warszawianki do stolicy Wielkopolski. Dwa dni spędził na trybunach, głośno dopingując kolegów. Pierwsze lekkie treningi, oparte głównie na truchtaniu i marszobiegu, odbył po powrocie do Warszawy. Narzucenie sobie ponownej sportowej regularności, nawet w tak mocno rekreacyjnym wydaniu, wyraźnie poprawiło mu humor.

Staszek przybył do Londynu dwa dni przed startem. Organizatorzy nie przydzielili mu opiekuna, dlatego na Wyspach był zdany wyłącznie na siebie. Nie znał miasta, a jego znajomość angielskiego pozostawiała wówczas wiele do życzenia. Do hotelu dotarł po kilku godzinach samotnego błądzenia po metropolii.

Na dystansie czterech mil rywalizował z kilkunastoosobową grupą anglosaskich zawodników. Poza Petkiewiczem jedynym internacjonałem w stawce był solidny Belg Maurice Maréchal. Wcześniej przyjazd do Londynu anonsował rekordzista Niemiec na 5000 m (15:03,0) Otto Kohn. Możliwe, że jego ambitne plany podboju stolicy Anglii ostudzili polscy lekkoatleci. Podczas międzynarodowych zawodów w Budapeszcie niemiecki biegacz wdał się w rozmowę z grupką Biało-Czerwonych. W pewnym momencie temat zszedł na osobę Petkiewicza. Polscy lekkoatleci twierdzili, że Staszek to inna, "wyższa półka" niż Kohn. Nasz zachodni sąsiad szybko spochmurniał. Pewność, z jaką jego rozmówcy wypowiadali się o talencie Staszka, dała mu wiele do myślenia.

Na Stamford Bridge Petkiewicz wystąpił w świeżo zakupionej koszulce z długim rękawem, jednak trykot, który otrzymał od PZLA, nie przypadł do gustu organizatorom zawodów. Przez większość dystansu Staszek przewodził stawce. Taki sposób rozgrywania pojedynków lubił najbardziej. Na ostatnich okrążeniach mocno "szarpnął" czołową grupą i momentalnie ją rozerwał. W końcówce kroku liderowi dotrzymywał tylko jeden śmiałek - pochodzący z Yorku Wally Beavers, jego stary znajomy z Amsterdamu (dziewiąte miejsce w finale na 10 000 m). Obaj stoczyli pasjonującą walkę o zwycięstwo. Dumny Syn Albionu zdobył się na szatański wysiłek i 50 metrów przed metą wyprzedził słabnącego rywala. Po chwili przeciął wstęgę z wysoko uniesionymi rękami. Za nim ze stratą 15 metrów ukończył rywalizację Polak (19:54,4). Trzeci na kresce był Szkot Woot. Prasa analizowała bieg, próbując dociec przyczyn porażki naszego mistrza. Brytyjski tabloid "Daily Express" twierdził, że utrzymanie przez Petkiewicza za wszelką cenę prowadzenia, mimo wielu nagłych zrywów i ataków Beaversa, było sportowym samobójstwem. Drugi powód przegranej był mniej oczywisty, a zdradził go sam biegacz w rozmowie z korespondentem "Przeglądu Sportowego". Podczas pobytu na Wyspach Polak nie mógł skorzystać z usług masażysty, przez co jego mięśniom brakowało tak potrzebnej elastyczności.

Pierwszy zagraniczny występ kosztował Staszka mnóstwo zdrowia. Jego udział w finałowym biegu na jedną milę nie wchodził w rachubę. Zmęczony Polak odczuwał w nogach nie tylko zmagania na cztery mile, ale również wcześniejszy, wygrany start eliminacyjny na krótszym dystansie (4:24). Winę za taki stan rzeczy ponosili organizatorzy. Grafik londyńskich zawodów był przeładowany, a do tego ułożony bez głowy. Okazało się bowiem, że początek finałowej rywalizacji na jedną milę zaplanowano niespełna kwadrans po ukończeniu biegu na dłuższym dystansie!

Brytyjski wojaż Staszka spełnił swój propagandowy cel. Kolebka sportu poznała jego talent oraz nieprzeciętne umiejętności. Brytyjski dziennik "The Times" poświęcił mu więcej uwagi niż zwycięzcy Beaversowi. Dziennikarz porównał go do Nurmiego rozkochanego w samotnych biegach. Według innego dziennika - "Daily Mirror" - "Petkiewicz dowiódł, że jest wielkim atletą", zaś "Daily Chronicle" informował o tym, że Polak "znowu dostarczał fajerwerków". Ciepłe słowa w jego kierunku skierował też legenardny brytyjski sprinter Harold Abrahams, jeden z bohaterów nagrodzonego czterema Oscarami filmu "Rydwany ognia": "Dla Petkiewicza w zakresie dystansów średnich nie ma nic niemożliwego do zrobienia". Staszek przez moment znalazł się na ustach całej sportowej Anglii.

Po powrocie do kraju Petkiewicz marzył o przerwie w startach, ale urlop od biegania nie był mu pisany. Kilka dni później udał się z kadrą do Lwowa na mecz przeciwko lekkoatletycznemu kopciuszkowi - reprezentacji Rumunii. Aura w ostatnich tygodniach należała do kapryśnych. W dniu zawodów od rana przypominała katastrofę żywiołową, zagrażając przeprowadzeniu spotkania. Ostatecznie, wykorzystując chwilowe okienko pogodowe, udało się rozpocząć mecz. Niebo się przejaśniło, a pierwsze snopy światła rozlały się po lekkoatletycznej arenie. Nawierzchnia była w katastrofalnym stanie, ale dla Staszka nie miało to większego znaczenia.

Lider kadry odniósł przekonujące zwycięstwo w biegu na 1500 m w czasie nowego rekordu Polski - 4:02. Pogodowa opatrzność nie trwała zbyt długo. Po kilkudziesięciu minutach aura zaczęła się pogarszać. Na pierwszych rundach biegu na 5000 m zawodnikom towarzyszyły pojedyncze krople deszczu, natomiast na finałowych okrążeniach rozpętała się prawdziwa burza. Petkiewicz przewodził stawce od startu do mety, a jego wygrana ani przez moment nie podlegała dyskusji (15:40,2). Drugi na kresce Roman Sawaryn zachował zdrowy rozsądek - cały dystans pokonał swoim tempem, bez oglądania się na zagranicznych rywali oraz heroicznych prób pogoni za liderem. Ne mecie jego strata do Staszka sięgnęła blisko 20 sekund. Za jego plecami w czasie nowego rekordu Rumunii finiszował ambitny Nicolae (16:02,2). Drugi z Rumunów - Marinescu, zszedł z bieżni po zdublowaniu go przez Petkiewicza.

Drugiego dnia wiatr nie ustał. Dalej utrzymywała się niska temperatura, a podmokła po opadach bieżnia nadal nie była sprzymierzeńcem biegaczy. W ekstremalnych warunkach, przypominających do złudzenia biblijny Armagedon, wyczyn Staszka nabierał dodatkowego znaczenia. Polak pokonał dystans 10 000 m z regularnością szwajcarskiego zegarka, w czasie 32:09, bijąc poprzedni rekord kraju aż o 51 sekund! Drugi na mecie Sawaryn również błysnął formą. Jego czas - 33:30,6 - był nowym rekordem okręgu. Dyspozycja łotewskiego emigranta nadal rosła, a eksperci wieszczyli mu świetlaną przyszłość. Trener PZLA Jacobsen (odpowiedzialny za region Wilna i Lwowa) oznajmił, że po usunięciu pewnych wad młody zawodnik "pójdzie bezsprzecznie jeszcze dalej".

Węgier Szabó (po lewej) kończy bieg przed Kazimierzem Kucharskim.

Po deklasacji słabych Rumunów (126:41) poprzeczka powędrowała do góry. Faworytem polsko-węgierskiego pojedynku w Budapeszcie byli gospodarze, uważani za jedną z najsilniejszych ekip w Europie. Madziarzy sprostali presji oraz oczekiwaniom sześciotysięcznej publiki, wygrywając z osłabioną brakiem kilku kluczowych zawodników Polską 51:27. Rozmiary porażki mogły być niższe, gdyby nie wpadka organizacyjna naszego związku. Kadrowicze podróżowali koleją w wagonach trzeciej klasy, a cała wyprawa trwała niemal dobę. Reprezentacja przybyła do Budapesztu późnym wieczorem, w przededniu rozpoczęcia pojedynku. Na stadionie Petkiewicz robił, co mógł, aby zapewnić nam zwycięstwo, ale w swoich staraniach był osamotniony. W pierwszym starcie zwyciężył na 1500 m, urywając z niedawnego rekordu kraju 0,6 sekundy do wyniku 4:01,4. Przez dwa okrążenia uczestnicy biegli w jednej grupie. Później Staszek przyspieszył i długim, dostojnym krokiem pokonywał kolejne odcinki, zbliżając się do taśmy. Rywale stopniowo się wykruszali. Na finałowej "setce" Petkiewicz zgubił ostatniego konkurenta - przyszłego kolekcjonera krajowych rekordów, Węgra Miklósa Szabó. Po biegu publiczność nagrodziła go burzą braw. Dystans 5000 m także padł jego łupem, choć uzyskany czas był jak na niego bardzo przeciętny (16:02,4 lub 16:02,6 według różnych źródeł). Czując w nogach wcześniejszy start, Staszek postanowił rozegrać bieg taktycznie, bez forsowania tempa.

W kolejnym występie Petkiewicz pokazał ludzkie oblicze. W Berlinie rywalizował na dystansie 7500 m. W dniu zawodów trawiła go 38-stopniowa gorączka, zmuszając do przedwczesnego zakończenia biegu. Staszek zszedł z trasy po pokonaniu około pięciu kilometrów (w czasie 15:24). Tamtejsza prasa sugerowała, że powodem jego rezygnacji było zbyt wysokie tempo narzucone przez rywali. Zwyciężył Niemiec S. Dieckemann (23:26) przed rodakiem Otto Petrim. W tym samym czasie "Kusy" wylewał siódme poty, stopniowo nadrabiając zaległości treningowe. Noga wciąż go bolała, a forma pozostawała wielką niewiadomą. Jego powrót na bieżnię nastąpił podczas trzeciorzędnych zawodów - Mistrzostw Polski Armii. Starty w biegach na 3000 m na przełaj i na 5000 m na stadionie dostarczyły mu kolejnej porcji rozczarowań. W crossie Kusociński finiszował trzeci przy słabej konkurencji (wygrał Władysław Czubak z Wawelu Kraków). Na stadionie po przebięgnięciu kilku okrążeń wycofał się z biegu.

Odbywający się w parku Sobieskiego w Warszawie mecz lekkoatletyczny z Czechosłowacją budził w pełni zrozumiałe emocje. Zapełniony niemal do ostatniego miejsca stadion czekał na danie główne - występ Petkiewicza na 5000 m i... srodze się zawiódł! Mimo niedawnych problemów zdrowotnych Polak wydawał się murowanym faworytem. Do ostatniej rundy wszystko przebiegało zgodnie z planem. Staszek znajdował się na czele stawki, odpierając pojedyncze, nieśmiałe ataki Koščáka oraz wyczekując na odpowiedni moment do finiszu. Na ostatniej rundzie niespodziewanie dopadł go kryzys. Przez blisko sto metrów resztką sił odpierał zrywy "Baraszki", ale w końcu musiał ustąpić rywalowi pola. Słowak wyprzedził lidera, z którego momentalnie uszło powietrze. Petkiewicz dotarł, a właściwie doczłapał do mety w żółwim tempie, ponad siedem sekund za zwycięzcą w czasie 15:25,0. Dzień później zmazał plamę na honorze. Wygraną na 1500 m zawdzięczał odpowiedniej taktyce oraz wsparciu doświadczonego Mędrzyckiego. Stołeczny polonista przejął od niego prowadzenie biegu, a schowany za jego plecami Staszek oszczędzał siły na sprinterski pojedynek. Na ostatniej prostej przed finałową rundą faworyt wrzucił wyższy bieg. Kolejne szarpnięcie nastąpiło 300 metrów przed kreską. Podążający za nim Czech Jindřich Strniště, którego brat bliźniak Viktor też był znanym biegaczem, zaczął tracić dystans do lidera. Na mecie wyniósł on 30 metrów. Petkiewicz był bliski złamania kosmicznej granicy czterech minut (4:00,2). Na otarcie łez pozostał mu kolejny, czwarty z rzędu rekord Polski na tym dystansie! Ze starcia dwóch reprezentacji zwycięsko wyszli Biało-Czerwoni, wygrywając 84,5:73,5.

W trakcie meczu z południowymi sąsiadami Warszawa żyła innym wydarzeniem. Kilka dni wcześniej stolicę obiegła wiadomość o polskiej wizycie genialnego biegacza Nurmiego. Fin miał przybyć do stołecznego miasta na zaproszenie Warszawianki. Trwające kilka lat próby ściągnięcia Paavo nad Wisłę wreszcie zakończyły się sukcesem. Wielki mistrz zaliczył starty w największych europejskich metropoliach - m.in. Pradze, Wiedniu czy Berlinie, ale do naszego kraju nie zdołał wcześniej zawitać. Dwa planowane występy - na 3000 m (sobota) i cztery mile (niedziela) - urosły do rangi sportowego wydarzenia roku. Nurmiego znał każdy szanujący się kibic sportu na kontynencie, a lista jego osiągnięć mogła przyprawić o zawrót głowy. Sportową wartość urodzonego w Turku biegacza wyznaczało 13 rekordów świata na różnych dystansach (od jednej mili anglosaskiej do biegu godzinnego) oraz dziewięć złotych medali olimpijskich. Skandynawski mistrz był typem indywidualisty, tytanem pracy, uosobieniem żelaznej woli i charakteru, a do tego uchodził za artystę na bieżni. W 1925 roku wyruszył w tournée po Stanach Zjednoczonych. W ciągu 63 dni wystartował w 55 biegach, w których odniósł 53 wygrane! Po powrocie do kraju jeden z artystów odlał jego pomnik z brązu. Prawdopodobnie był on pierwszym w nowożytnej historii sportowcem, który dostąpił takiego zaszczytu.

Jeden ze szczęśliwców, któremu udało się przeprowadzić wywiad z Nurmim.

Jak większość mieszkańców z północy Europy, Nurmi miał duszę introwertyka i nie był skory do udzielania wywiadów. W środowisku dziennikarskim krążyła opinia, że ten, kto zdoła uzyskać choćby minutę rozmowy z "Wielkim Niemową", będzie geniuszem. Paavo prowadził w swoim kraju przedstawicielstwo znanej amerykańskiej marki samochodowej General Motors. Interes szedł mu świetnie. W końcu kto nie chciałby kupić auta od legendarnego Nurmiego? Mimo zgromadzonej fortuny Paavo żył skromnie, zaczynając dzień od treningu biegowego lub pracy w polu. Rzekome doniesienia o jego przejściu na zawodowstwo w żaden sposób nie umniejszały uwielbienia, jakim darzyli go kibice.

Przez kilka dni fiński artysta bieżni był na ustach całej "warszawki". Do stolicy dotarł bezpośrednio z Tallina, dzień przed startem, późnym wieczorem. Owacyjne przyjęcie na dworcu skwitował zagadkowym uśmiechem, charakterystycznym dla siebie milczeniem oraz lekkim uchyleniem kapelusza. Cierpliwie pozował przed obiektywami aparatów mimo widocznego na twarzy zmęczenia podróżą. Emocje związane z jego startem udzieliły się także "Kusemu". Polski biegacz popędził co sił do hotelu, chcąc zamienić choćby kilka zdań ze swoim idolem. Zastał go odpoczywającego w pokoju. Krótka rozmowa prowadzona była w języku migowym. "Kusy" wręczył Finowi swój bilet wizytowy (ówczesna wersja wizytówki), a ten lekko pokiwał głową, jakby go rozpoznał lub wcześniej skojarzył.

Do starcia przeciwko Nurmiemu, dla którego był to pierwszy oficjalny, europejski start od czasu zakończenia tournée w USA oraz kilkumiesięcznego odpoczynku w rodzinnym mieście, organizatorzy desygnowali Petkiewicza oraz jego niedawnego pogromcę - Koščáka.

Kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem zawodów park im. Ignacego Paderewskiego zaczął wypełniać się kibicami. Na trybunach zasiadło około ośmiu tysięcy osób. Bieg z udziałem Fina odbywał się podczas meczu między AZS Warszawa a węgierskim M.A.F.C. (Budapeszt). Rywalizacja obu teamów została wzbogacona konkurencjami lekkoatletycznymi z udziałem pań - polskich i czeskich lekkoatletek. Zmagania drużynowe szybko zeszły na dalszy plan, a uwaga całej publiki skupiła się na występie Nurmiego. Warszawski epizod miał być jednym z biegowych pożegnań "Wielkiego Niemowy" z Europą. Fin szykował się do kolejnego tournée po Ameryce Północnej, po którym zamierzał (przynajmniej tak deklarował) zawiesić kolce na kołku.

Główny aktor lekkoatletycznego spektaklu dotarł na stadion samochodem marki General Motors, który dostarczył mu polski oddział firmy. Po wyjściu z auta pospiesznie udał się do szatni, przebrał w strój sportowy, a kilkanaście minut przed startem przy ogłuszającym aplauzie kibiców pojawił się na bieżni. Jego obecność na płycie głównej momentalnie rozgrzała skostniałą od słabych wyników i źle dobranego programu wydarzenia publikę. Wieczorne zawody były drugą tego dnia wizytą Nurmiego na obiekcie stołecznego AZS. Pierwsza, z dala od fleszy, aparatów i uciążliwych fanów, odbyła się bladym świtem. Fiński mistrz, korzystając z uroków wczesnej pory dnia, przeprowadził na stadionie poranny rozruch, testując jego nawierzchnię. Podczas pobytu na obiekcie ujął jego zarządców oraz przypadkowych gapiów wyjątkową skromnością. Mimo usilnych próśb nie chciał skorzystać z szatni. Usiadł na jednej z ławek na trybunach, założył kolce i rozpoczął samotny bieg dookoła boiska.

Godzina fińsko-polskiego pojedynku zbliżała się nieubłaganie. Po krótkiej rozgrzewce i kilku przebieżkach faworyt ustawił się na kresce, mając po lewej stronie samotnego wilka Petkiewicza, któremu ubył drugi rywal w osobie Koščáka. Słowak bez wyjaśnień nie zjawił się w Warszawie.

Nurmi i Petkiewicz na kilka sekund przed startem.

Atmosfera była napięta, a Staszek mocno skupiony, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w oddali. Fin nie chciał zakłócać koncentracji przeciwnika. Obdarzył go jedynie nieśmiałym uśmiechem i podał rękę na powitanie. Po chwili obaj zastygli w bezruchu, oczekując w napięciu na wystrzał. Gdy ten nastąpił, momentalnie ruszyli przed siebie. Przez większość rund Nurmi dyktował tempo, tocząc nierówną walkę ze wzmagającym się wiatrem.

Petkiewicz chciał go zmienić na prowadzeniu, ale Fin nie zamierzał oddawać pozycji lidera. Międzyczas pierwszego kilometra był daleki od rekordowego. Paavo szybko zrezygnował z walki z czasem, decydując się rozegrać bieg taktycznie. Na kolejnych rundach próbował napocząć rywala zmiennym, szarpanym tempem oraz ciągłymi przyspieszeniami. Staszek był jednak czujny i "wiózł się" na plecach rywala. Poza chwilowym kryzysem na szóstym okrążeniu wyglądał na świeżego, co potwierdzał jego równy, miarowy oddech. Na kolejnych pętlach intensywność biegu spadała. Nurmi nie był tego dnia najlepszą wersją siebie. Na początku finałowej rundy nerwowo się obejrzał, wyczekując na atak rywala. Przyklejony do niego faworyt gospodarzy nie zamierzał porywać się na dłuższy finisz. Dopiero na ostatniej prostej rzucił wszystkie siły na szalę, zrównując się z Finem. Ten nadludzkim wysiłkiem wysunął się o pierś na prowadzenie, ale kontratak młodziana był zabójczy. Polak wpadł na kreskę tuż przed wielkim mistrzem! Na trybunach nastąpiła eksplozja trudnej do opisania radości. Ludzie głośno skandowali i tonęli w objęciach swoich towarzyszy bądź przypadkowych kibiców. Czas Petkiewicza (8:51,6) był gorszy od rekordu Polski i znacząco odbiegał od najlepszego wyniku Fina (8:20,4). Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Ważne było zwycięstwo nad wielkim Nurmim, który przegrywał od wielkiego dzwonu. Jako profesjonalny biegacz zaznał gorzkiego smaku porażki nie więcej niż cztery bądź pięć razy! Piękna karta historii polskiego sportu zapisała się złotymi zgłoskami. Kluczem do sukcesu okazał się wybór odpowiedniej taktyki, która tym razem zawiodła legendarnego Skandynawa.

Porażka wprawiła Nurmiego w podły nastrój. Obwiniał za nią swojego towarzysza, Estończyka Reinholda Saulmanna, byłego sprintera i olimpijczyka z Antwerpii (1920).

- Jechałem z Tallina 35 godzin. Przez Saulmanna - bez sleepingu. Żałuję, że startowałem w Tallinie, a nie przyjechałem bezpośrednio do Warszawy - tłumaczył się "Wielki Niemowa", co odnotował "Przegląd Sportowy".

Fin nie omieszkał też skomentować występu swojego pogromcy.

- To wielki talent. Z wiekiem nabędzie rutyny i techniki. Zaprosiłem go do Finlandii - powiedział Paavo, dając znać ręką, że to koniec rozmowy na dzisiaj. Nieco bardziej wylewny był Staszek.

- Nie spodziewałem się tego zwycięstwa. Raczej byłem pewny, że przegram, choć sądząc po czasach Nurmiego w Tallinie, przegrać mogłem niewiele. Byłem trochę zdenerwowany, ale wyszło mi to na dobre - rzucił w kierunku fotoreporterów.

Podrażniony mistrz w swoim drugim starcie, na dystansie czterech mil, postawił wszystko na jedną kartę. Od początku narzucił mordercze tempo, którym pragnął wykończyć Petkiewicza. Polak był podbudowany wcześniejszym zwycięstwem i nie zamierzał wyłącznie statystować Finowi. Na bieżni dokonywał heroicznych wysiłków, chcąc utrzymać się jak najdłużej za plecami lidera. Kluczowy okazał się czwarty kilometr. "Wielki Niemowa" wykonał wtedy mocniejszy zryw, którym "napoczął" rywala. Na twarzy Staszka pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia, a serce waliło mu jak oszalałe. Po kilkuset metrach Skandynaw przestał czuć oddech Petkiewicza na karku. Na kolejnych rundach systematycznie budował przewagę nad przeciwnikiem, który walcząc ze swoimi słabościami, starał się zachować Nurmiego w bliskim polu widzenia. Na kresce zwycięstwo Skandynawa nie podlegało dyskusji (ok. 40 metrów przewagi), ale Staszek też nie miał powodów do wstydu. Jego czas (19:41,7) był o 13 sekund lepszy od tego, jaki uzyskał w Anglii. Nietypowy dystans pokonał też szybciej - o osiem sekund, od zwycięzcy londyńskiego biegu, Brytyjczyka Beaversa. Wynik był też lepszy od francuskiego rekordu legendarnego Jeana Bouina, wicemistrza olimpijskiego ze Sztokholmu (1912) uważanego za najlepszego długodystanscowca poza Nurmim i Hannesem Kolehmainenem, jakiego wydała ziemia. Po biegu naszego asa nie opuszczał dobry humor i chętnie odpowiadał na pytania prasy.

Karykatura Nurmiego opublikowana w "Przeglądzie Sportowym".

- Dystans czterech mil jest świetny dla Nurmiego, a dla mnie trochę za długi. Zdawałem sobie sprawę, że tym razem muszę przegrać. Chodziło mi tylko o to, by zrobić dobry czas i utrzymać się na dobrej wysokości.

Rozmowniejszy niż zwykle był też Nurmi. W drodze do hotelu wdał się w dłuższą pogawędkę z redaktorem Józefem Włodarkiewiczem z tygodnika "Stadjon". Poruszono między innymi kwestię Petkiewicza.

- Nie znałem go zupełnie, ale jest dobry. Świetny materiał, doskonała budowa. Jeśli będzie pracował pod okiem doświadczonego trenera, pobije niejeden rekord światowy - komplementował Staszka Fin, ale nie omieszkał wbić mu szpileczki. - Choć takich Petkiewiczów mamy w Finlandii kilku.

Nurmi zapytał o wiek swego rywala, a kiedy usłyszał, że Polak liczy 22 wiosny, ze smutkiem odparł: - A ja mam 32.

Wieczorem Fin uczestniczył w bankiecie na cześć zagranicznych gości AZS. Zrelaksowany bawił się przednio, obserwując panujące u nas zwyczaje towarzyskie. Szczególnie mocno zainteresował się nieznanym w jego kraju gestem całowania kobiety w rękę na powitanie i pożegnanie.

Forma Petkiewicza w ostatnich tygodniach przypominała rollercoaster. Niedawno przegrał starcie z uznanym, ale odstającym od europejskiej elity Koščákiem, a teraz celebrował historyczny triumf nad fińską legendą biegów. Co wpłynęło na tak radykalny sportowy progres polskiego biegacza? A może to wcześniejsza przegrana była przysłowiowym wypadkiem przy pracy? Wątpliwości rozwiał sam zawodnik. Podczas wywiadu z redaktorem "Przeglądu Sportowego" zdradził kulisy swojej nierównej dyspozycji, czym wprawił swojego rozmówcę w spore zakłopotanie.

- Proszę Pana, czuję się teraz już znacznie lepiej. Mecz z Czechami był w końcu miesiąca. Nurmi przejechał tuż po pierwszym. Przedtem jadłem porządny obiad raz na dwa, trzy dni, pieniądze wyszły... Teraz po pierwszym jadam regularnie...

Petkiewicz odbiera Wielką Honorową Nagrodę Sportową z rąk prezydenta Ignacego Mościckiego (trzymającego rękawiczki).

Petkiewicz pracował wtedy jako sekretarz Ligi Piłki Nożnej i zarabiał 250 zł miesięcznie. Z tej kwoty musiał się utrzymać. Jak widać, z marnym skutkiem...

Wygrana nad 32-letnim Nurmim przesądziła o przyznaniu Petkiewiczowi Wielkiej Honorowej Nagrody Sportowej, którą odebrał... dopiero dwa lata później z rąk prezydenta RP Ignacego Mościckiego podczas święta sportowego w Spale.

Niemal wszystkie liczące się gazety informowały o sensacyjnej porażce Fina w Warszawie, a jego pogromca stał się pożądanym towarem na europejskiej giełdzie imprez lekkoatletycznych. Nic dziwnego, że do siedziby PZLA spływały kolejne propozycje zagranicznych startów dla Petkiewicza. Spośród wielu kontynentalnych kierunków wybrano Paryż. Do Francji, na zaproszenie Racing Club, organizatora prestiżowych zawodów Prix Roosevelt, zamierzano wysłać trzyosobową ekipę: Petkiewicza, Stefana Kostrzewskiego oraz Stefana Sikorskiego (skoczek w dal i sprinter, który jako pierwszy w Polsce przekroczył granicę siedmiu metrów). Początkowo w tym gronie znalazł się również powracający do optymalnej formy "Kusy", ale z powodu pustek w związkowej kasie zdecydowano się odchudzić skład. Ofiarą optymalizacji kosztów padł właśnie Janusz.

Mimo rozczarowania paryską absencją "Kusy" z optymizmem spoglądał w lekkoatletyczną przyszłość. Podczas wizyty w redakcji "Przeglądu Sportowego" zwierzał się dziennikarzom ze swoich ostatnich przygotowań oraz planów i celów na kolejny sezon.

- Trenowałem dość oryginalnie, raz na 3 tygodnie - 5 km, pozatem raczej dystanse krótsze, około 800 m... Przyszło wówczas zaproszenie do Paryża. Zacząłem znów pracować intensywnie. Trzy razy w tygodniu po 12 do 20 min. biegałem w Łazienkach po górach i dołach. W ostatniej chwili odwołano wyjazd. Trudno. Trenuję dalej, ale już tylko dwa razy w tygodniu.

- A jak się czujesz zdrowotnie i ogólnie sportowo? - zapytał dziennikarz.

- Czuję się świetnie. Od roku ubiegłego poprawiłem sobie krok, nabrałem wytrzymałości, płuca pracują świetnie, serce się nie męczy. Nie straciłem nic z szybkości na finiszu.

- Czyli jesteś w najlepszej dyspozycji?

- Jeszcze nie jestem w pełnej formie. Ważę 66 kg, a powinienem ważyć 61 kg. Te pięć kilo zbędnych strenuję powoli. A gdy nie będę miał grama tłuszczu na sobie, wówczas - w lecie - pokażę, co potrafię. Chcę i wierzę, że mogę przekroczyć granicę 15 min.

Trójkolorowi szczyli się wybitnym milerem w osobie Jules'a Ladoum?gue'a (przyszłym rekordzistą świata na 1500 m), ale na dłuższych dystansach brakowało im klasowych zawodników. Na paryskim dworcu ekipie sportowców z orzełkiem na piersi przekazano hiobowe wieści o odwołaniu zawodów. W patowej sytuacji pomocną dłoń w kierunku Biało-Czerwonych wyciągnął inny francuski klub - Stade Français organizujący konkurencyjną lekkoatletyczną imprezę. Formalności związane ze zgłoszeniami załatwiono praktycznie od ręki, jeszcze na stacji kolejowej. Organizatorzy naciskali na start naszej gwiazdy na prestiżowym dystansie 5000 m, co miało przyciągnąć tysiące kibiców na stadion. Staszek przyjął wyzwanie, a następnego dnia w kilku francuskich dziennikach pojawiła się fotografia polskiego biegacza wraz z tekstem pełnym superlatyw pod jego adresem.

Petkiewicz na starcie biegu na Stade Jean-Bouin, drugi z prawej z numerem 266.

W Paryżu Petkiewicz stawiał czoła szerszej koalicji miejscowych zawodników. Większość z nich w trakcie biegu stosowała nieczyste zagrywki, zamykając Staszka w środku stawki. Polak musiał mozolnie, często nadkładając metrów od bandy, przebijać się na czoło peletonu, powtarzając ten manewr kilkukrotnie. Taktyka polegająca na zamęczeniu rywala za wszelką cenę kłóciła się zasadami fair play, ale dla Francuzów liczył się cel. A ten, jak wiadomo, uświęca środki. Po pokonaniu trzech i pół kilometra Petkiewicz stracił resztki cierpliwości. Mocno ruszył do przodu i momentalnie rozerwał dziesięcioosobową grupę. Za jego plecami zdołali utrzymać się tylko dwaj lokalni "matadorzy" - Henri Dartigues, piąty zawodnik na igrzyskach w Amsterdamie na 3000 m z przeszkodami i Seghir Beddari, zdolny biegacz algierskiego pochodzenia. Okrążenie przed metą również tę dwójkę lider pozostawił daleko w tyle. Tryskając energią, z uśmiechem na twarzy, niezagrożony wbiegł na metę w czasie 15:25.

Z Paryża udał się do Pragi. W stolicy Czechosłowacji nasz gwiazdor stanął przed szansą odegrania się na swoim niedawnym pogromcy - Koščáku. Publiczność na stadionie lokalnej Sparty ostrzyła sobie zęby na ostrą i bezpardonową walkę do ostatnich metrów. Toczony w wolnym tempie pojedynek na dystansie 3000 m rozstrzygnął się jednak dużo wcześniej. Około 300 metrów przed kreską faworyt gospodarzy zaatakował, a Petkiewicz - ku zdziwieniu miejscowej gawiedzi - szybko skapitulował, dobiegając truchtem do mety. Koščák wygrał w przeciętnym czasie 9:09,6. Eksperci próbowali dociec, jak to możliwe, że ten sam biegacz, który kilka dni wcześniej zadziwił sportowy świat i ograł fińską legendę bieżni, teraz praktycznie poddał starcie bez walki. O krótką, lekkoatletyczną "psychoanalizę" osoby Petkiewicza pokusił się tygodnik "Stadjon", który pisał na swoich łamach: "Te dwie ostatnie porażki (z Koščákiem - przyp. aut.) wykazały w nim brak serca do walki i rutyny. Zachwiały wiarę w jego niezwyciężoność, zaprezentowały go jako zawodnika nierównego, bowiem nie wierzymy w to, by Kostiak był większym od niego talentem".

Sam zawodnik w rozmowie w "PS" spadek formy tłumaczył innymi przesłankami. Uważał, że każdy organizm w obliczu nadmiernego wysiłku musi w końcu odmówić posłuszeństwa i tego właśnie doświadczył w Pradze. Staszek desperacko łaknął krótkiej przerwy, ale ta raczej nie wchodziła w rachubę. Kalendarz startów był przeładowany aż do późnej jesieni.

Po powrocie do kraju Petkiewicz zamienił stadion na polne drogi. Odbywające się w Królewskiej Hucie (dzisiejszy Chorzów) mistrzostwa Polski w biegach na przełaj wieńczyły pięcioletnią, klubową rywalizację o tytuł najlepszej lekkoatletycznej drużyny w kraju. Zwycięski zespół miał otrzymać na własność przechodnią nagrodę - odlew wykonanej przez rzeźbiarza i prezesa AZS Warszawa Edwarda Wittiga statuetki pt. "Łucznik". Jej autor wsławił się również wykonaniem znanego warszawianom, zlokalizowanego przy ul. Żwirki i Wigury pomniku Lotnika. Według jednej z wersji w rolę modela pozującego do tej postaci wcielił się lekkoatleta Stefan Piątkowski. W całym cyklu wystartowało łącznie 29 klubów. Termin biegu pokrywał się z okrągłą, dziesiątą rocznicą istnienia PZLA, co nadało zawodom jeszcze większej rangi. Staszek marzył o rehabilitacji za niedawną porażkę z Koščákiem w Pradze. Start na pełnej wzniesień i zakrętów siedmiokilometrowej trasie, z finiszem na żwirowej ścieżce parkowej, a później bieżni stadionu, miał dla niego dodatkowy smaczek. Do prawdziwego ścigania wracał "Kusy", a rywalizacja ze starszym o blisko dwa lata zawodnikiem zawsze wyzwalała w nim dodatkowe pokłady energii. W mistrzostwach wystartowało 12 z 28 zgłoszonych zawodników, w tym niemal cała krajowa czołówka. W początkowej fazie biegu utworzyła się kilkuosobowa grupa, ale po pokonaniu około jednej trzeciej doskonale oznaczonej chorągiewkami i obstawionej sędziami trasy oraz jednego stromego wzniesienia szybko się porwała. Z przodu samotnie biegł Janusz, a za nim ze stratą kilkunastu metrów podążał Petkiewicz. Niespodzianka wisiała w powietrzu. Lider prowadził jeszcze po wbiegnięciu na bieżnię, około 200 metrów przed metą. Popełnił jednak błąd, który nie przystoi lekkoatlecie tej klasy. Będąc pewnym wygranej, nieznacznie zwolnił, co zauważył i wykorzystał jego przeciwnik. Petkiewicz poczuł krew i zerwał się do nagłego ataku. Szybko minął zaskoczonego rywala, któremu zabrakło czasu na skontrowanie. "Kusy" dobiegł do kreski ze stratą 25 metrów do zwycięzcy. Czuł złość i niedosyt, ale w natłoku czarnych myśli potrafił dostrzec pozytywy. Po dłuższym rozbracie z bieganiem szybko wskoczył na swój najwyższy sportowy poziom. Mimo sporych zaległości treningowych był równorzędnym przeciwnikiem dla Staszka. Uważał się za moralnego zwycięzcę, a przyczyn porażki upatrywał w swoim gapiostwie. Trzeci na mecie zameldował się Sarnacki, około 200 metrów za Kusocińskim. Statuetka Łucznika, a tym samym tytuł najlepszego lekkoatletycznego klubu w Polsce w ostatnim pięcioleciu powędrowały do stołecznej Polonii, która wyprzedziła lokalnego rywala - AZS - zaledwie o jeden punkt (263:262)! Znaczący wkład w zwycięstwo Czarnych Koszul miał dziesięcioboista Antoni Cejzik, który wywalczył dla swojej drużyny ponad jedną trzecią całego dorobku punktowego! Trzecie miejsce z wynikiem 87 oczek przypadło Warszawiance.

Występ na Górnym Śląsku był ostatnim tegorocznym akordem biegowym w kraju. Po zawodach "Kusy" wrócił do CIWF, gdzie zamierzał spędzić zimę na intensywnej pracy i budowaniu podwalin pod przyszłe, wiosenne starty. Główną areną jego treningów - początkowo dwa razy w tygodniu, a później częściej - stały się warszawskie Łazienki, gdzie pracował sezonowo jako ogrodnik. Czasy, które osiągał podczas biegów kontrolnych, napawały optymizmem. Ambitne plany złamania granicy 15 minut w biegu na 5000 m nabierały coraz bardziej realnych kształtów.

Podczas gdy "Kusy" wykuwał formę na przyszły sezon, Petkiewicz zaliczał kolejne starty. Ranga krajowego lidera niosła za sobą pewne zobowiązania. Nie wypadało odrzucić zaproszenia na prestiżowe zawody w Sztokholmie. W Wenecji Północy Staszek wystąpił na dwóch dystansach, ale o zmianie harmonogramu startów dowiedział się dopiero na miejscu. Szwecja przywitała Polaka typową, chłodną aurą. Temperatura była tylko nieznacznie dodatnia, co zmusiło Petkiewicza do biegania w piłkarskim trykocie z dłuższym rękawem. Chłodek nie przeszkadzał zaś lokalnej publice, która tłumnie, bo w liczbie aż 15 tysięcy, zjawiła się na stadionie. Do pierwszej potyczki na dystansie anglosaskiej mili (1609 m) gospodarze desygnowali swoich najlepszych biegaczy - między innymi rewelację sezonu, olbrzyma z klubu Molde Birgera Krafta (aktualnego mistrza Szwecji i najlepszego skandynawskiego średniodystansowca) oraz doświadczonego olimpijczyka Ragnara Karla Magnussona (Amsterdam 1928 - piąty na 5000 m i szósty na 10 000 m).

W celu podniesienia atrakcyjności biegu zdecydowano się na nietypową formułę. Magnusson startował 40 metrów, zaś Alvar ?kerdahl 35 metrów przed dwójką faworytów: Petkiewiczem i Kraftem. Dwójka ścigających, biegnąc po niewygodnej, rozmokłej bieżni, metr po metrze zmniejszała dystans dzielący ich od uciekinierów. Gdy wreszcie minęli rywali, na trybunach uniosła się wrzawa napędzana siłą kilkunastu tysięcy gardeł. Lepszym sprinterem o 0,4 s okazał się Kraft, który wpadł na taśmę około dwa metry przed Polakiem (4:19,6). Według relacji Staszka jego pogromca "był tak wysoki, że robił trzy kroki, gdy on robił pięć".

W oczekiwaniu na drugi sztokholmski start Staszek prowadził ascetyczny żywot mnicha. Chodził wcześnie spać i budził się bladym świtem. Dni wypełniały mu treningi i masaże, a jedynym urozmaiceniem oraz odpoczynkiem od biegowej zaprawy było zwiedzanie miasta pod czujnym okiem swojego opiekuna Thorwalda Norlinga - byłego szwedzkiego lekkoatlety, pierwszego w kraju zagranicznego szkoleniowca (zatrudnionego przez AZS Warszawa) oraz trenera objazdowego i konsultanta krajowego PZLA.

Możliwe, że Edvin Wide (na zdjęciu podczas amsterdamskich igrzysk) przestraszył się Staszka.

Obsada drugiego pojedynku (3000 m) była nie mniej imponująca od pierwszego. Poza internacjonałem w osobie Polaka na kresce stanęli wybitni przedstawiciele skandynawskiej szkoły biegów. O zwycięstwo walczyli niezmordowany Magnusson oraz Jean-Gunnar Lindgren - czwarty w Amsterdamie (1928) na 10 000 m. Stawkę miał uzupełnić genialny Szwed (ale urodzony w Finlandii) Edvin Wide, dwukrotny brązowy medalista olimpijski z Amsterdamu (1928 rok). Niestety, w przededniu zawodów poinformował organizatorów o rezygnacji ze startu.

W ostatnich miesiącach zajmowały go inne sprawy niż trening, dlatego jego forma była w trendzie spadkowym. Wide obawiał się, że starcie z Petkiewiczem może zakończyć się dla niego totalną kompromitacją. Mimo absencji Edvina organizatorzy nie mieli powodów do narzekań. Wszystkie bilety w liczbie 25 tysięcy wyprzedały się na pniu.

Zakochani w biegach Skandynawowie potrafili docenić kunszt wielkich mistrzów. Nie inaczej było w Sztokholmie. Każdy wkraczający na płytę stadionu lokalny bohater witany był burzą oklasków. Po starcie na czoło wysunął się polski gwiazdor. Przez większość okrążeń przewodził stawce, a każdą próbę zmiany na prowadzeniu gasił w zarodku. Losy pojedynku rozstrzygnęły się na ostatniej rundzie. Petkiewicz zaczął odrywać się od towarzyszy. Pierwszy z trzyosobowej grupy odpadł Lindgren. Magnusson dłużej utrzymał się za plecami Petkiewicza, ale w końcu on również musiał spasować. Staszek wpadł na metę 20 i 70 metrów przed konkurentami w czasie 8:53,4. Sztokholm został zdobyty, a bohater zawodów podbił serca wymagającej północnej publiki. Gdy po raz pierwszy przedstawił się widzom, z trybun dobiegały odgłosy pojedynczych braw. Kilkadziesiąt minut później stadion trząsł się w posadach od wrzawy na cześć triumfatora! Prasa nie kryła zachwytów nad zwycięzcą. Pisano, że Staszek jednym zwycięstwem uczynił więcej dla polskiej propagandy niż wiele lat działalności dyplomatycznej czy publicystycznej.

Podczas pobytu Sztokholmie za pośrednictwem poselstwa w Tallinie (Estonia) "Petek" otrzymał zaproszenie na serię startów w Stanach Zjednoczonych. Pomysłodawcą jego wizyty w kraju jankesów był menedżer sportowy Hugo Quist stojący wcześniej za amerykańskim tournée Nurmiego oraz Widego. Quist działał w imieniu nowojorskiego koncernu prasowego (New York Newspapers Association) będącego organizatorem jednego z największych mityngów w kraju. Sprawny przedsiębiorca dowodził fińsko-amerykańskim klubem biegowym w Nowym Jorku, do którego należał między innymi słynny Fin Ritola. PZLA nie oponował przed wyjazdem Petkiewicza za ocean, ale żądał pewnych gwarancji - nalegał na opłacenie wszelkich kosztów utrzymania oraz transportu (najlepiej pierwszą klasą) mistrza wraz z menedżerem, a także potwierdzenia minimum pięciu startów. Quist zwrócił się z prośbą do menedżera Nurmiego, Estończyka Saulmanna, o wstawiennictwo wśród polskich władz dyplomatycznych w Tallinie, co przyniosło dobry skutek. Dopełnieniem formalności miało być przekazanie drogą telegraficzną ustalonej sumy pieniężnej, która na wypadek ewentualnej scysji z organizatorem tournée zapewniłaby Staszkowi i jego kompanowi niezależność finansową za oceanem. Petkiewicz oczekiwał na oficjalne zaproszenie z Amatorskiego Związku Atletycznego, tzw. AAU (Amateur Athletic Union), czyli tamtejszej organizacji zajmującej się promocją, organizacją i rozwojem sportu amatorskiego. Dzięki niemu jego wyjazd miał nabrać charakteru oficjalnej sportowej wizyty, a nie prywatnego, komercyjnego przedsięwzięcia zagrażającego jego amatorskiemu statusowi.

Petkiewicz udający się do Stanów Zjednoczonych na tournée w oczach karykaturzysty "Przeglądu Sportowego".

Paszporty były przygotowane i zaopatrzone w wizy amerykańskie, a plan podróży opracowany. Szybki wyjazd uniemożliwiały jednak kwestie formalne. Telegraficzny transfer pieniędzy przeciągał się w czasie. W końcu gdy kwota dotarła pod "wskazany adres", okazało się, że jest dużo mniejsza od ustalonej. Ledwie wystarczyłaby na pokrycie kosztów podróży samego Petkiewicza, bez towarzysza. Kolejne telegramy z Nowego Jorku rozrzedzały gęstą atmosferę. Wynikało z nich, że brakująca część pieniędzy jest już "w drodze".

W oczekiwaniu na podróż Staszek oddawał się treningom w CIWF, przyzwyczajając się do warunków biegania w hali na podłodze. Podczas codziennych zajęć szlifował trudną sztukę pokonywania ostrych zakrętów bez zwalniania. W ćwiczeniach pomagały mu zakupione w stolicy Szwecji ciężkie sportowe buty, w których przemierzał około pięć-sześć kilometrów każdego dnia. Polak robił błyskawiczne postępy, w czym pomocne okazały się jego wcześniejsze halowe epizody. Okazało się, że lwią część amsterdamskich (olimpijskich) przygotowań spędził w Rydze na stadionie pod dachem o jeszcze mniejszym obwodzie niż ten, którym dysponowała słynna nowojorska Madison Square Garden. Podczas jednego z treningów o klasie Petkiewicza przekonał się wybitny średnio- i długodystansowiec Mędrzycki. Polonista zdołał utrzymać tempo wielkiego mistrza tylko przez trzy okrążenia.

Po kilku dniach PZLA otrzymał brakującą część środków finansowych, co oznaczało zielone światło na wyjazd. Polak dotarł koleją do Paryża, gdzie w Lasku Bulońskim odbył krótki trening, skorzystał z usług masażysty, po czym wsiadł na statek o nazwie Berengaria. Pięćdziesięciojednotonowa jednostka pływająca, mieszcząca około 3000 pasażerów oraz 800 osób załogi, służyła mu podczas rejsu za dom oraz ośrodek treningowy. W ramach rozbudowanej infrastruktury oferowała między innymi: pływalnię, salę gimnastyczną czy pomieszczenie do masażu.

Fatalne warunki na Oceanie Atlantyckim sprawiły, że Petkiewicz przywitał się z Nowym Jorkiem z dwudniowym opóźnieniem. Doskwierająca mu przez całą podróż choroba morska mocno nadwyrężyła jego siły. W porcie przedstawiciele Konsulatu Generalnego RP zgotowali mu życzliwe powitanie. Sielankę przerwały niepokojące wieści z kraju. Depesza, którą AAU wystosowała do PZLA, nie pozostawiała złudzeń - Polakowi zabroniono startów na terenie Stanów Zjednoczonych!

Powodem podjętej z końcem roku odmownej decyzji był rzekomo finansowy podtekst jego pobytu, a w szczególności planowany udział w dwóch mityngach organizowanych przez prywatnego menedżera - w Nowym Jorku i Brooklynie. Mocnym argumentem przemawiającym na niekorzyść Petkiewicza był fakt, że ten pojawił się w Ameryce bez oficjalnego zaproszenia tamtejszej federacji, co według AAU było równoznaczne z komercyjnym, czyli zarobkowym charakterem wizyty. Podczas spotkania z sekretarzem związku Staszek przedłożył dokumenty zaświadczające o jego amatorskim statusie. Sprawa została zgłoszona pod obrady Wydziału Zagranicznego American Athletic Union. Pierwsza decyzja była negatywna. Dopiero po interwencji Ambasady Rzeczypospolitej Polski w Waszyngtonie, która potwierdziła, że biegacz odbywa podróż dyplomatyczną, a wszelkie koszty jego pobytu pokrywa minister spraw zagranicznych oraz polski rząd, cofnięto zakaz startu. Petkiewicz musiał pójść jednak na pewne ustępstwa - uczestniczyć tylko w zawodach sygnowanych herbem tamtejszego związku. Mimo szczęśliwego zakończenia sytuacja budziła niesmak po obu stronach. W celu uniknięcia podobnych niedomówień w przyszłości amerykańska federacja rozesłała do wszystkich krajowych związków oficjalne pismo. List ostrzegał przed skutkami przyjmowania zaproszeń na zawody do USA od prywatnych menedżerów niebędących w stałym kontakcie z AAU. Dodatkowo amerykański związek zaapelował do PZLA o ostateczne wyjaśnienie na międzynarodowym forum rzekomej dyskwalifikacji nałożonej przez łotewską federację na Petkiewicza.

Na koniec 1929 roku Staszek legitymował się siódmym wynikiem na 5000 m oraz dziewiątym na 10 000 m na świecie. Tymczasem przebywająca na Łotwie siostra Petkiewicza powoli szła w ślady starszego brata. W mistrzostwach kraju zajęła drugie miejsce w biegu na 100 m. Prasa informowała, że Petkiewiczówna uczęszczała do polskiego gimnazjum i rzekomo nosiła się z zamiarem przyjazdu do Polski na stałe!