Biblioteka na Górze Opiec - Scott Hawkins

Kup ebooka

41.50 zł
35.28 zł (34,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1. Wschód słońca

Roz­dział 1

Wschód słońca

I

Caro­lyn, zlana krwią i bosa, wędro­wała pobo­czem dwu­pa­smo­wej asfal­to­wej szosy, którą Ame­ry­ka­nie nazy­wali Drogą Eks­pre­sową Numer 78. Więk­szość biblio­te­ka­rzy, łącz­nie z nią, nazy­wała ten frag­ment drogi Ścieżką Taco, na cześć ame­ry­kań­skiej knajpy, do któ­rej cza­sem się wykra­dali. Mają tam świetne guaca­mole, przy­po­mniała sobie i zabur­czało jej w brzu­chu. Dębowe liście, rudo­po­ma­rań­czowe i roz­kosz­nie suche, chrzę­ściły jej pod nogami, w mroź­nym powie­trzu przed­świtu oddech ula­ty­wał z ust bia­łymi obłocz­kami. Obsy­dia­nowy nóż, któ­rym zamor­do­wała detek­tywa Minera, tkwił za paskiem na jej ple­cach, ostry i tajem­ni­czy.

Uśmie­chała się.

Drogą prze­jeż­dżały cza­sem samo­chody - rzadko, ale jed­nak. Pod­czas noc­nej wędrówki widziała ich pięć, a ten, który wła­śnie hamo­wał, poobi­jany ford F-250, jako trzeci przy­sta­nął, aby przyj­rzeć jej się bli­żej. Kie­rowca z gło­śnym chrzę­stem żwiru zje­chał na prze­ciw­le­głe pobo­cze. Kiedy opu­ścił szybę, poczuła zapach tyto­niu do żucia, sta­rego tłusz­czu i siana. Za kie­row­nicą sie­dział siwo­włosy męż­czy­zna. Obok niego z fotela pasa­żera rosły owcza­rek nie­miecki przy­glą­dał jej się podejrz­li­wie.

O szlag. Nie chciała robić im krzywdy.

- Jezu - rzu­cił męż­czy­zna. - Mia­łaś jakiś wypa­dek?

Głos miał cie­pły od tro­ski - szcze­rej, nie tej uda­wa­nej tro­ski dra­pieżcy, którą sły­szała u poprzed­niego. Stary męż­czy­zna patrzył na nią tak, jak ojciec może spo­glą­dać na córkę. Odprę­żyła się odro­binę.

- Nie - odparła, wbi­ja­jąc wzrok w psa. - Nic z tych rze­czy. Tylko tro­chę roboty w sto­dole. Jedna z kla­czy... - Nie było żad­nej sto­doły ani kla­czy, ale zapach suge­ro­wał, że męż­czy­zna lubi zwie­rzęta i rozu­mie, iż cza­sami bywa wśród nich krwawo. - Trudny poród, dla mnie i dla niej. - Uśmiech­nęła się ze smut­kiem i unio­sła ręce w geście obej­mu­ją­cym jej tułów odziany w zie­lony jedwab, obec­nie poczer­niały i sztywny od krwi detek­tywa Minera. - Znisz­czy­łam sobie sukienkę.

- Spró­buj sodówki - odparł sucho kie­rowca. Pies wark­nął cicho. - Spo­koj­nie, Buddy.

Nie była pewna, co to jest sodówka, ale z tonu zga­dy­wała, że to żart. Nie taki, żeby zaśmiać się w głos, tylko współ­czu­jący. Prych­nęła.

- Tak zro­bię.

- Kla­czy nic nie jest? - I znów ta szczera tro­ska.

- Tak, w porządku. Źre­bię też zdrowe, ale to była długa noc. Muszę się przejść, żeby oczy­ścić umysł.

- Na bosaka?

Wzru­szyła ramio­nami.

- W tych stro­nach się nie obcyn­da­lamy.

To przy­naj­mniej było prawdą.

- Pod­wieźć cię gdzieś?

- Nie, ale dzięki. Dom mojego Ojca jest tam, nie­da­leko.

To też było prawdą.

- Gdzie? Obok poczty?

- W Gar­ri­son Oaks.

Przez moment męż­czy­zna spo­glą­dał gdzieś w dal, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, skąd zna tę nazwę. Zasta­na­wiał się chwilę, w końcu wzru­szył ramio­nami. Caro­lyn mogła mu powie­dzieć, że nawet gdyby prze­jeż­dżał obok Gar­ri­son Oaks cztery razy dzien­nie przez tysiąc lat, wciąż by go nie zapa­mię­tał, ale mil­czała.

- Och... - mruk­nął nie­zo­bo­wią­zu­jąco. - No tak. - Zer­k­nął na jej nogi w nie­zbyt ojcow­ski spo­sób. - Na pewno cię nie pod­wieźć? Buddy nie miałby nic prze­ciw temu, prawda?

Pokle­pał gru­bego psa na sie­dze­niu obok. Buddy jedy­nie patrzył, brą­zowe oczy bły­skały groź­nie, podejrz­li­wie.

- Nie trzeba, wciąż ukła­dam sobie wszystko w gło­wie, ale dzięki. - Wykrzy­wiła wargi w coś na kształt uśmie­chu.

- Jasna sprawa.

Stary męż­czy­zna wrzu­cił bieg i odje­chał, zale­wa­jąc ją cie­płą falą die­slo­wych spa­lin.

Stała tam i patrzyła, póki reflek­tory auta nie znik­nęły za zakrę­tem. Mam dość kon­tak­tów towa­rzy­skich jak na jedną noc, pomy­ślała. Zeszła na pobo­cze i skrę­ciła mię­dzy drzewa. Księ­życ wciąż świe­cił, na­dal w pełni. Ame­ry­ka­nie nazy­wali tę część roku paź­dzier­ni­kiem albo cza­sami jesie­nią. Ale biblio­te­ka­rze mie­rzyli czas wyglą­dem nieba. Tej nocy przy­pa­dał siódmy księ­życ, księ­życ czar­nego lamentu. W jego bla­sku cie­nie nagich gałęzi prze­pły­wały po jej bli­znach.

Jakieś pół­tora kilo­me­tra póź­niej dotarła do spróch­nia­łego drzewa, w któ­rego dziu­pli upchnęła wcze­śniej swą szatę. Strzep­nęła z niej dro­binki kory i oczy­ściła naj­do­kład­niej jak mogła. Strzęp zakrwa­wio­nej sukienki zacho­wała dla Davida, resztę wyrzu­ciła, po czym opa­tu­liła się szatą, nacią­ga­jąc kap­tur na głowę. Lubiła sukienkę - jedwab był miły w dotyku - lecz szorstka bawełna szaty doda­wała jej otu­chy. Dobrze ją znała, niczego wię­cej nie ocze­ki­wała od ubra­nia.

Szyb­kim kro­kiem ruszyła dalej w głąb lasu. Dotyk kamieni ukry­tych pod liśćmi i szpil­kami sosno­wymi wyda­wał się taki jak trzeba. Koił tęsk­notę, z któ­rej ist­nie­nia wcze­śniej nie zda­wała sobie sprawy. Za następ­nym wzgó­rzem, pomy­ślała. Gar­ri­son Oaks. Miała ochotę spa­lić je całe do gołej ziemi, ale jed­no­cze­śnie wie­działa, że miło będzie znów je zoba­czyć.

Dom.

II

Caro­lyn i pozo­stali nie uro­dzili się jako biblio­te­ka­rze. Kie­dyś - jak się zda­wało, dawno temu - byli praw­dzi­wymi Ame­ry­ka­nami. Wciąż pamię­tała strzępy tam­tych cza­sów. Ist­niało w nich coś zwa­nego Agentka przy­szło­ści i coś jesz­cze, cze­ko­ladki Reese z masłem fistasz­ko­wym. Ale pew­nego let­niego dnia, gdy Caro­lyn miała osiem lat, wro­go­wie Ojca zaata­ko­wali. Ojciec prze­żył, podob­nie Caro­lyn i garstka innych dzieci. Ich rodzice nie.

Pamię­tała głos Ojca, który dotarł do niej poprzez czarny dym, cuch­nący topią­cym się asfal­tem, oraz głę­boki kra­ter w miej­scu, gdzie stały ich domy, jarzący się ciem­no­po­ma­rań­czo­wym bla­skiem za jego ple­cami.

- Teraz jeste­ście Pelapi - oznaj­mił Ojciec. - To stare słowo, ozna­cza coś jakby biblio­te­ka­rza i coś jakby ucznia. Przyjmę was do swo­jego domu, wycho­wam wedle sta­rych spo­so­bów, tak jak i mnie wycho­wano. Nauczę was tego, czego i mnie nauczono.

Nie spy­tał, czego oni pra­gną.

Caro­lyn, nie chcąc wyjść na nie­wdzięczną, z początku bar­dzo się sta­rała. Mama i tato ode­szli na zawsze. Rozu­miała to. Teraz został jej tylko Ojciec i z początku zda­wało się, że nie wymaga zbyt wiele. Ale jego dom był zupeł­nie inny: zamiast cukier­ków i tele­wi­zora były tam cie­nie i sta­ro­żytne książki, pisane ręcz­nie na gru­bym per­ga­mi­nie. Z cza­sem zro­zu­mieli, że Ojciec żył bar­dzo, bar­dzo długo. Co wię­cej, pod­czas owego dłu­giego życia nauczył się two­rzyć cuda. Mógł wezwać bły­ska­wicę bądź zatrzy­mać czas. Kamie­nie zwra­cały się do niego po imie­niu. Teo­ria i prak­tyka owych umie­jęt­no­ści dzie­liły się na dwa­na­ście kata­lo­gów - tak się skła­dało, że po jed­nym na każde dziecko. Musieli tylko pil­nie przy­kła­dać się do nauki.

Kilka tygo­dni póź­niej Caro­lyn zaczęła odkry­wać, z czym dokład­nie się to wią­zało. Uczyła się wła­śnie przy jed­nym z oświe­tlo­nych lam­pami pul­pi­tów, roz­rzu­co­nych tu i tam na nefry­to­wej posadzce Biblio­teki, gdy spo­mię­dzy wynio­słych, mrocz­nych rega­łów sza­rego kata­logu wybie­gła Mar­ga­ret, wów­czas około dzie­wię­cio­let­nia. Wrzesz­czała wnie­bo­głosy. W śle­pej panice potknęła się o sto­lik i zatrzy­mała nie­mal u stóp Caro­lyn, która szyb­kim gestem wska­zała jej, by scho­wała się pod biur­kiem.

Mar­ga­ret z dzie­sięć minut dygo­tała w mroku. Caro­lyn szep­tała kolejne pyta­nia, tamta jed­nak nie odpo­wia­dała, może nie mogła. Jej łzy mie­szały się z kro­plami krwi, a kiedy Ojciec wcią­gnął ją z powro­tem mię­dzy regały, zmo­czyła się. Caro­lyn nie potrze­bo­wała innej odpo­wie­dzi. Cza­sami myślała o tym, jak ostry amo­nia­kowy smród moczu Mar­ga­ret mie­szał się z zapa­chem zaku­rzo­nych sta­rych ksiąg i jak jej krzyki odbi­jały się echem pośród pó­łek. W tym momen­cie pierw­szy raz zaczęła rozu­mieć.

Jej wła­sny kata­log był bar­dziej nudny niż prze­ra­ża­jący. Ojciec wyzna­czył ją do nauki języ­ków i nie­mal cały rok posłusz­nie zagłę­biała się w swo­ich pod­ręcz­ni­kach. Ale codzienna rutyna bar­dzo ją nudziła. Pierw­szego lata nauki, gdy miała dzie­więć lat, poszła do Ojca i tup­nęła gło­śno.

- Dosyć! - rzu­ciła. - Prze­czy­ta­łam dość ksią­żek, znam dość słów. Chcę wyjść na dwór.

Pozo­stałe dzieci sku­liły się, widząc wyraz twa­rzy Ojca. Zgod­nie z obiet­nicą wycho­wy­wał ich tak samo, jak sam został wycho­wany, i więk­szość - łącz­nie z Caro­lyn - nosiła już po kilka blizn.

Jed­nakże tym razem jej nie ude­rzył, choć czoło mu się zachmu­rzyło. Zamiast tego po chwili ode­zwał się cicho:

- Ach tak? Dosko­nale.

Otwo­rzył klu­czem fron­towe drzwi Biblio­teki i po raz pierw­szy od mie­sięcy wypro­wa­dził ją pod błę­kitne niebo, na któ­rym świe­ciło słońce. Caro­lyn ucie­szyła się jesz­cze bar­dziej, gdy Ojciec prze­szedł przez osie­dle i zagłę­bił się w las. Po dro­dze ujrzała Davida, któ­rego kata­log obej­mo­wał mordy i wojny - wła­śnie wyma­chi­wał nożem na polu na końcu drogi. Michael, uczący się na amba­sa­dora Ojca pośród zwie­rząt, balan­so­wał na gałęzi pobli­skiego drzewa, kon­fe­ru­jąc z rodziną wie­wió­rek. Caro­lyn poma­chała do nich obu. Ojciec zatrzy­mał się na brzegu jeziorka za osie­dlem. Nie­mal dygo­cząc z rado­ści, Caro­lyn zaczęła plu­skać się w płyt­kiej wodzie i łapać kijanki.

Z brzegu Ojciec wezwał łanię Iszę, która nie­dawno uro­dziła dziecko. Isza i jej córka, Asza, oczy­wi­ście przy­były na wezwa­nie. Audien­cję roz­po­częły od przy­sięgi wier­no­ści, zło­żo­nej szcze­rze i dość kwie­ci­stej. Caro­lyn nie zwra­cała na nie uwagi; do tej pory zdą­żyła już śmier­tel­nie znu­dzić się wido­kiem ludzi płasz­czą­cych się przed Ojcem. Poza tym mowa jeleni była trudna.

Zała­twiw­szy for­mal­no­ści, Ojciec roz­ka­zał Iszy, by nauczała Caro­lyn tak jak wła­sne młode. Uwa­żał przy tym, by uży­wać tylko krót­kich słów, tak aby Caro­lyn zro­zu­miała.

Isza z początku oka­zała waha­nie. Jele­nie szla­chetne znają z tuzin słów ozna­cza­ją­cych wdzięk i gra­cję, lecz żadne z nich nie doty­czyło ludz­kich stóp Caro­lyn, wiel­kich i nie­zgrab­nych obok deli­kat­nych raci­czek Aszy i pozo­sta­łych jelon­ków. Ale Isza pozo­sta­wała wierna Nobu­nun­dze, cesa­rzowi tych lasów, co ozna­czało, iż słu­żyła Ojcu. Do tego nie była głu­pia. Nie sprze­ci­wiła się.

Przez całe lato Caro­lyn pobie­rała nauki u jeleni szla­chet­nych z doliny. Był to ostatni przy­jemny okres jej życia i być może naj­szczę­śliw­szy. Posłuszna instruk­cjom Iszy, bie­gała coraz zręcz­niej po ścież­kach niż­szego lasu, prze­ska­ku­jąc zwa­lone i poro­śnięte mchem pnie dębów, klę­ka­jąc, by sku­bać słodką koni­czynę i spi­jać poranną rosę. W tym cza­sie rodzona matka Caro­lyn nie żyła już od roku, a jej jedyny przy­ja­ciel był na wygna­niu. Ojciec miał wiele obli­czy, ale żadne z nich nie było łagodne. Kiedy zatem pierw­szej mroź­nej nocy w roku Isza zawo­łała Caro­lyn, by poło­żyła się mię­dzy nimi, aby się ogrzać, coś wewnątrz niej pękło. Nie roz­pła­kała się, nie oka­zała sła­bo­ści - nie leżało to w jej natu­rze - ale w pełni i cał­ko­wi­cie przy­jęła Iszę do swego serca.

Nie­długo potem, strasz­liwą burzą z pio­ru­nami, swoje nadej­ście zapo­wie­działa zima. Caro­lyn nie bała się takich rze­czy, ale Isza i Asza dygo­tały po każ­dym roz­bły­sku. Ich trójka była teraz rodziną, razem schro­niły się za kępą buków. Caro­lyn i Isza tuliły Aszę mię­dzy sobą, ogrze­wa­jąc ją. Tak spę­dziły całą noc. Caro­lyn czuła, jak ich szczu­płe ciała dygo­czą, jak pod­ska­kują przy każ­dym grzmo­cie. Pró­bo­wała je gła­skać, doda­wać otu­chy, ale wzdry­gały się na każde dotknię­cie. Przez całą noc wra­cała pamię­cią do lek­cji Ojca, szu­ka­jąc w nich pocie­sze­nia - wystar­czy­łoby "nie mar­tw­cie się" albo "to wkrótce się skoń­czy", albo "rano zjemy koni­czynę".

Była jed­nak kiep­ską uczen­nicą i choć bar­dzo się sta­rała, nie zna­la­zła wła­ści­wych słów.

Nie­długo przed świ­tem poczuła, jak Isza wzdry­gnęła się i zabęb­niła raci­cami o zie­mię, odko­pu­jąc suche liście i odsła­nia­jąc czarną glebę pod nimi. Wkrótce potem deszcz zale­wa­jący Caro­lyn stał się cie­pły, w ustach poczuła sól.

Bły­snęło i nagle zoba­czyła Davida - stał na gałęzi jakieś dzie­sięć metrów nad nią, szcze­rząc zęby w uśmie­chu. W jego lewej dłoni dygo­tał obcią­żony koniec cien­kiego srebr­nego łań­cu­cha. Caro­lyn zmu­siła się, by w gasną­cym świe­tle księ­życa podą­żyć wzro­kiem wzdłuż owego łań­cu­cha. Gdy znów bły­snęło, spoj­rzała wprost w mar­twe oko Iszy, nabi­tej wraz z córką na koniec włóczni Davida. Wycią­gnęła rękę, by dotknąć ręko­je­ści z brązu wysta­ją­cej z tuło­wia łani: metal był cie­pły, wibro­wał lekko pod jej pal­cami, wzmac­nia­jąc słabe, gasnące ude­rze­nia łagod­nego serca Iszy.

- Ojciec kazał obser­wo­wać was i słu­chać - oznaj­mił David. - Gdy­byś zna­la­zła słowa, mia­łem daro­wać im życie. - Szarp­nął łań­cu­chem, zrzu­ca­jąc je obie. - Ojciec mówi, że czas wra­cać do domu - dodał, zwi­ja­jąc łań­cuch zręcz­nymi, wyćwi­czo­nymi ruchami. - Czas roz­po­cząć praw­dziwą naukę. - I znik­nął pośród burzy.

Caro­lyn pod­nio­sła się. Stała samotna w ciem­no­ści, zarówno w tam­tej chwili, jak i już na zawsze.

III

Teraz, ćwierć wieku póź­niej, klę­czała na czwo­ra­kach, ukryta za pniem zwa­lo­nej sosny, wyglą­da­jąc przez gęstą kępę ostro­krzewu. Jeśli odpo­wied­nio prze­krzy­wiła głowę, mogła bez prze­szkód oglą­dać to, co działo się w dole na pola­nie byka. Miała ona jakieś dwa­dzie­ścia metrów sze­ro­ko­ści i była nie­mal zupeł­nie pusta - jedy­nymi cha­rak­te­ry­stycz­nymi punk­tami pozo­sta­wały sam byk i gra­ni­towy kopiec na gro­bie Mar­ga­ret. Byk, pusty w środku brą­zowy posąg, nieco więk­szy od praw­dzi­wego zwie­rzę­cia, stał ide­al­nie na środku polany, jego metal poły­ski­wał zło­ci­ście i pogod­nie w pro­mie­niach let­niego słońca.

Z jed­nej strony polana gra­ni­czyła z kępą dzi­kich cedrów, wśród któ­rych obec­nie ukry­wała się Caro­lyn. Z prze­ciw­le­głej David i Michael stali na skraju pio­no­wego urwi­ska, które odcięło część wzgó­rza, by zro­bić wię­cej miej­sca dla Drogi Eks­pre­so­wej Numer 78. Po dru­giej stro­nie jezdni, jakieś sie­dem metrów poni­żej, zmur­szała drew­niana tablica, zawie­szona na zardze­wia­łym łań­cu­chu, wyzna­czała gra­nicę Gar­ri­son Oaks. Kiedy wiatr ude­rzał w nią pod odpo­wied­nim kątem, skrzy­pie­nie było sły­chać na samej górze.

Caro­lyn pod­kra­dła się bar­dzo bli­sko, dość bli­sko, by móc poli­czyć poskrę­cane, sfil­co­wane war­ko­cze jasnych dre­dów Micha­ela. Dość bli­sko, by sły­szeć brzę­cze­nie much roją­cych się wokół głowy Davida. David zaba­wiał się, wypy­tu­jąc Micha­ela o jego podróże. Sły­sząc to, Caro­lyn się skrzy­wiła. Kata­log Micha­ela doty­czył zwie­rząt i Michael poznał go być może aż za dobrze. Ludzka mowa przy­cho­dziła mu teraz z tru­dem, wręcz z bólem - zwłasz­cza gdy dopiero co opu­ścił las. Co gor­sza, bra­ko­wało mu prze­bie­gło­ści.

Poprzed­niej nocy Emily odwie­dziła sny biblio­te­ka­rzy, infor­mu­jąc, że David roz­ka­zuje im zebrać się przy byku "przed zacho­dem słońca". Róż­niło się to od "jak naj­szyb­ciej" i tylko Michael nie dostrzegł tej róż­nicy. Może tak było lepiej. Jen­ni­fer od tygo­dni tkwiła sama z Davi­dem, gdy oboje cze­kali na wie­ści o Ojcu. Teraz, gdy David znę­cał się nad Micha­elem, Jen­ni­fer - naj­drob­niej­sza i naj­niż­sza z biblio­te­ka­rzy - haro­wała ciężko, roz­bie­ra­jąc grób Mar­ga­ret. Drep­tała tam i z powro­tem po pola­nie, zgięta pod cię­ża­rem odłam­ków gra­nitu wiel­ko­ści głowy, a jej jasno­rude włosy pozle­piały się od potu. Jed­nakże po tygo­dniach sam na sam z Davi­dem, dźwi­ga­jąc gra­nit w upal­nym słońcu, praw­do­po­dob­nie czuła ulgę.

Caro­lyn wes­tchnęła w duchu.

Chyba powin­nam tam zejść i im pomóc, pomy­ślała.

W ten spo­sób może zachę­ci­łaby Davida, by podzie­lił uwagę pomię­dzy trzy ofiary, nie dwie.

Ale jej nie bra­ko­wało prze­bie­gło­ści. Uznała, że naj­pierw posłu­cha.

David i Michael stali, spo­glą­da­jąc w dół, na Gar­ri­son Oaks. Michael, podob­nie jak towa­rzy­szące mu pumy, był nagi. David miał na sobie izra­el­ską kami­zelkę prze­ciw­o­dłam­kową i lawen­dową tiu­lową spód­niczkę, sztywną od krwi. Kami­zelka nale­żała do niego, spód­niczka pocho­dziła z szafy syna pani McGil­li­cutty i Caro­lyn co naj­mniej czę­ściowo tu zawi­niła.

Kiedy zro­zu­mieli, że nie zdo­łają wró­cić do Biblio­teki, przy­naj­mniej nie w naj­bliż­szym cza­sie, wyja­śniła pozo­sta­łym, że będą musieli nosić ame­ry­kań­skie stroje, aby wto­pić się w oto­cze­nie. W odpo­wie­dzi poki­wali gło­wami, nie­do­kład­nie rozu­mie­jąc, co to zna­czy, i zaczęli grze­bać w sza­fach pani McGil­li­cutty. David wybrał sobie spód­niczkę, bo naj­bar­dziej przy­po­mi­nała jego zwy­cza­jową prze­pa­skę bio­drową. Caro­lyn zasta­na­wiała się, czy nie wyja­śnić mu, że w żaden spo­sób nie zlewa się z oto­cze­niem, ale zre­zy­gno­wała - już dawno nauczyła się znaj­do­wać powody do rado­ści, gdzie tylko zdoła.

Zmarsz­czyła nos. Wiatr niósł ze sobą smród zgni­li­zny. Czyżby Mar­ga­ret też wró­ciła? Nie, Caro­lyn szybko pojęła, że ów odór ota­cza Davida. Po jakimś cza­sie prze­sta­wało się go wyczu­wać, ale jej długo nie było. Jego głowę ota­czała chmara brzę­czą­cych much.

Jakiś rok czy dwa lata wcze­śniej David zaczął wyci­skać krew z serc ofiar i wcie­rać sobie we włosy. Był dość kudłaty, a każde serce zawie­rało tylko kilka łyżek krwi, lecz oczy­wi­ście szybko jej przy­by­wało. Z cza­sem połą­cze­nie wło­sów i krwi stward­niało w coś przy­po­mi­na­ją­cego hełm. Zacie­ka­wiona Caro­lyn spy­tała raz Petera, jak mocna może być ta osłona. Peter, któ­rego kata­log obej­mo­wał mate­ma­tykę i inży­nie­rię, zasta­na­wiał się przez moment, wbi­ja­jąc wzrok w sufit.

- Dość mocna - rzekł z namy­słem. - Zakrzep­nięta krew jest tward­sza, niż sądzisz, ale kru­cha. Pasma wło­sów eli­mi­nują tę wadę. To ta sama zasada jak zbro­je­nie w beto­nie. Hm... - Pochy­lił się nad note­sem i przez moment kre­ślił cyfry, w końcu poki­wał głową. - Tak, dość mocna. Pew­nie zatrzy­ma­łaby dwu­dziestkę dwójkę, może nawet dzie­wię­cio­mi­li­me­trowy pocisk.

Przez jakiś czas David wcie­rał krew też w brodę, ale Ojciec kazał mu ją odciąć, kiedy zaczął mieć pro­blemy z obra­ca­niem głowy. Na pamiątkę pozo­stały mu tylko dłu­gie wąsy w stylu Fu Man­chu.

- Gdzie byłeś? - spy­tał David ostro. Chwy­cił Micha­ela za ramiona i potrzą­snął. Mówił w pelapi, nie­po­dob­nym ani tro­chę do angiel­skiego czy jakie­go­kol­wiek języka nowo­żyt­nego. - Zaba­wia­łeś się w lesie, co? Skoń­czy­łeś kilka tygo­dni temu! Nie kłam!

Michael był bli­ski paniki - roz­glą­dał się gorącz­kowo i zaci­nał, z wysił­kiem przy­wo­łu­jąc słowa.

- Byłem... dahko.

- Dahko? Dahko? Chcesz powie­dzieć "daleko"? Daleko gdzie?

- Byłem z... z... małymi stwo­rze­niami. Ojciec kazał. Kazał stu­dio­wać zwy­czaje małych i pokor­nych.

- Ojciec chciał, żeby nauczył się wię­cej o myszach - prze­tłu­ma­czyła Jen­ni­fer, oglą­da­jąc się przez ramię i sapiąc pod cię­ża­rem kamie­nia. - Jak się poru­szają, ukry­wają i tak dalej.

- Wra­caj do pracy! - wrza­snął David. - Mar­nu­jesz świa­tło!

Jen­ni­fer cięż­kim kro­kiem dotarła do kopca i z jękiem dźwi­gnęła kolejny kamień. David, metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i bar­dzo umię­śniony, obser­wo­wał ją uważ­nie. Caro­lyn wydało się, że dostrzega lekki uśmiech. Po chwili odwró­cił się do Micha­ela.

- Pff. Myszy. Też mi. - Pokrę­cił głową. - Wiesz, jesz­cze nie­dawno uznał­bym to za nie­moż­liwe, ale być może jesteś bar­dziej bez­u­ży­teczny niż Caro­lyn.

Caro­lyn, bez­pieczna w swo­jej kry­jówce, odpo­wie­działa nie­przy­stoj­nym gestem.

Jen­ni­fer z suchym trza­skiem upu­ściła kolejny kamień w poszy­cie, wypro­sto­wała się zdy­szana i drżącą ręką otarła czoło.

- Caro­lyn? Co? Ja... nie wiem... Ja...

- Zamilcz - uciął David. - Zobaczmy, czy dobrze zro­zu­mia­łem. Pod­czas gdy reszta z nas mor­do­wała się, by odna­leźć Ojca, ty zaba­wia­łeś się ze sta­dem myszy?

- Myszy... tak... Myśla­łem...

Na pola­nie roz­le­gło się pla­śnię­cie. Caro­lyn, która wie­lo­krot­nie obry­wała od Davida po twa­rzy, znów się skrzy­wiła. Sam go spro­wo­ko­wał.

- Nie pyta­łem, co sobie myśla­łeś! - wark­nął David. - Zwie­rzęta nie myślą. Czyż nie o tym marzysz, Micha­elu? Nie chcesz stać się zwie­rzę­ciem? A w sumie czy już nim nie jesteś?

- Skoro tak twier­dzisz - odparł cicho Michael.

David stał odwró­cony ple­cami do Caro­lyn, jed­nak mogła sobie wyraź­nie wyobra­zić jego twarz. Z pew­no­ścią się uśmie­chał, przy­naj­mniej lekko.

Jeśli Michael krwawi, może nawet pokaże nam swoje dołeczki, pomy­ślała.

- Po pro­stu... zamknij się. Boli mnie głowa od two­jego gada­nia. Idź pomóc Jen­ni­fer czy coś.

Jedna z pum Micha­ela wark­nęła. Umil­kła, gdy Michael odpo­wie­dział cichym sko­wy­tem.

Caro­lyn zmru­żyła oczy. Spo­glą­da­jąc ponad ramio­nami Davida, na trawy na zachod­nim skraju doliny, dostrze­gła, że wiatr się zmie­nia - za chwilę powieje od niej w ich stronę, zamiast odwrot­nie. W cza­sie spę­dzo­nym pośród Ame­ry­ka­nów Caro­lyn oswo­iła się dosta­tecz­nie, by od ich zapa­chów - Marl­boro, Cha­nel, Vidal Sas­soon - nie łza­wiły jej już oczy, ale Michael i David ich nie znali. Przy zachod­nim wie­trze nie będzie mogła pozo­stać w ukry­ciu.

Zary­zy­ko­wała i spoj­rzała im pro­sto w oczy - Isza uczyła ją, że w ten spo­sób zapra­sza, by ją zauwa­żyli, ale cza­sem nie dało się tego unik­nąć. Teraz liczyła na to, że ich uwagę odcią­gnie coś na pół­nocy, i rze­czy­wi­ście, po chwili wzrok Micha­ela przy­cią­gnęła ćma lądu­jąca z trze­po­tem na kamien­nym kopcu. David i pumy podą­żyli za jego spoj­rze­niem, tak jak to czy­nią dra­pieżcy. Caro­lyn wyko­rzy­stała oka­zję i z powro­tem wśli­znęła się w krzaki.

Okrą­żyła wzgó­rze od połu­dnia i wschodu, a gdy zna­la­zła się pół kilo­me­tra dalej, zawró­ciła, tym razem masze­ru­jąc bez szcze­gól­nej ostroż­no­ści, i zaanon­so­wała swoje przy­by­cie, z roz­my­słem nastę­pu­jąc na suchą gałązkę, która pękła z trza­skiem.

- Ach - rzu­cił David. - Caro­lyn. Gło­śniej­sza i bar­dziej nie­zgrabna niż zwy­kle. Wkrótce zrobi się z cie­bie praw­dziwa Ame­ry­kanka. Sły­sza­łem, jak się tu gra­mo­lisz, od samych stóp wzgó­rza. Chodź tu.

Caro­lyn zro­biła, jak kazał.

David spoj­rzał jej w oczy, deli­kat­nie musnął pal­cami poli­czek. Palce miał czarne od skrzep­nię­tej krwi.

- Pod nie­obec­ność Ojca każde z nas musi prze­strze­gać zasad bez­pie­czeń­stwa. Na naszych ramio­nach spo­czywa brze­mię ostroż­no­ści, rozu­miesz to?

- Oczywi...

Na­dal gła­dząc poli­czek Caro­lyn, drugą ręką wal­nął ją w splot sło­neczny. Ocze­ki­wała tego - no, cze­goś w tym stylu - lecz mimo to powie­trze ze świ­stem ule­ciało jej z płuc. Nie padła jed­nak na kolana. Przy­naj­mniej tyle, pomy­ślała, roz­ko­szu­jąc się mie­dzia­nym sma­kiem nie­na­wi­ści.

David przez chwilę przy­glą­dał jej się oczami zabójcy. Nie dostrze­gł­szy naj­mniej­szej oznaki buntu, poki­wał głową i odwró­cił się.

- Idź pomóc im z kop­cem.

Zmu­siła się, by ode­tchnąć głę­boko. Chwilę póź­niej mgła zasnu­wa­jąca gra­nice jej pola widze­nia znik­nęła. Caro­lyn pode­szła do grobu Mar­ga­ret, suche let­nie trawy ocie­rały jej się o nagie łydki. Po Dro­dze Eks­pre­so­wej Numer 78 prze­je­chała cię­ża­rówka, drzewa stłu­miły łoskot sil­nika.

- Cześć, Jen - rzu­ciła. - Cześć, Michael. Od jak dawna nie żyje?

Michael nie odpo­wie­dział, ale gdy pod­szedł bli­żej, czule pową­chał jej kark. Odpo­wie­działa tym samym, jak wyma­gała grzecz­ność.

- Cześć, Caro­lyn - powie­działa Jen­ni­fer. Upu­ściła dźwi­gany kamień w poszy­cie i znów otarła pot z czoła. - Leży tu od czasu ostat­niej pełni. - Oczy miała prze­krwione. - Czyli ile? Jakieś dwa tygo­dnie.

Prawdę mówiąc, minęły nie­mal cztery. Znów jest uja­rana, pomy­ślała Caro­lyn i lekko zmarsz­czyła brwi. Ale też, uspra­wie­dli­wiła ją szybko w myślach, kto mógłby ją winić? Była zupeł­nie sama z Davi­dem.

Na głos powie­działa tylko:

- Rany. To znacz­nie dłu­żej niż zwy­kle. Co ona robi?

Jen­ni­fer posłała jej oso­bliwe spoj­rze­nie.

- Oczy­wi­ście szuka Ojca, a jak sądzi­łaś?

Caro­lyn wzru­szyła ramio­nami.

- Ni­gdy nie wia­domo. - Tak jak Michael spę­dzał więk­szość czasu wśród zwie­rząt, Mar­ga­ret naj­le­piej czuła się pośród umar­łych. - I co?

- Wkrótce się prze­ko­namy.

Jen­ni­fer spoj­rzała zna­cząco na stertę kamieni. Caro­lyn zro­zu­miała alu­zję. Pode­szła do stosu i pod­nio­sła średni kamień. Pra­co­wali z wyćwi­czoną spraw­no­ścią i dzięki wysił­kom trójki wkrótce stos znik­nął, roz­rzu­cony pośród oko­licz­nego poszy­cia. Zie­mia pod nim zapa­dła się odro­binę od czasu pogrzebu, wciąż była względ­nie miękka. Uklę­kli dookoła i zaczęli kopać rękami. Po pięt­na­stu cen­ty­me­trach noz­drza wypeł­nił im ciężki smród ciała Mar­ga­ret. Caro­lyn, która nie robiła tego od dłuż­szego czasu, z tru­dem powstrzy­mała odruch wymiotny, pil­nu­jąc, by David niczego nie zauwa­żył. Kiedy dziura miała ponad pół metra głę­bo­ko­ści, dotknęła cze­goś gąb­cza­stego.

- Mam ją - rzu­ciła.

Michael pomógł jej odgar­nąć zie­mię. Mar­ga­ret była roz­dęta, fio­le­towa, gniła, w jej oczo­do­łach roiło się od robac­twa. Jen­ni­fer wygra­mo­liła się z grobu i poszła po swoje rze­czy. Gdy tylko odsło­nili twarz i dło­nie Mar­ga­ret, Caro­lyn i Michael, nie tra­cąc czasu, także wydo­stali się z dziury.

Jen­ni­fer wyjęła z torby małą srebrną fajeczkę, zapa­liła zapałką i zacią­gnęła się głę­boko. Potem z wes­tchnie­niem wsko­czyła na dno grobu i zaczęła pracę. Nawet uja­rana miała ogromny talent. Rok temu Ojciec oka­zał jej naj­wyż­sze moż­liwe uzna­nie, prze­ka­zu­jąc białą szarfę uzdra­wia­nia: teraz to ona, nie Ojciec, była mistrzy­nią swo­jego kata­logu. Z nich wszyst­kich tylko ją zaszczy­cił w ten spo­sób.

Tym razem mor­der­stwa doko­nano za pomocą pio­no­wej rany w sercu Mar­ga­ret, dokład­nie sze­ro­ko­ści i głę­bo­ko­ści noża Davida. Jen­ni­fer usia­dła okra­kiem na tru­pie i poło­żyła dło­nie na ranie. Trzy­mała je tam przez trzy odde­chy. Caro­lyn obser­wo­wała ją z zain­te­re­so­wa­niem, odli­cza­jąc kolejne etapy, pod­czas któ­rych Jen­ni­fer mam­ro­tała pod nosem: "Umysł, ciało i duch". Caro­lyn dokła­dała wszel­kich sta­rań, by nikt nie zauwa­żył, co dokład­nie robi. Nauka poza wła­snym kata­lo­giem była... Cóż, nie chcia­łaby, by ją na tym przy­ła­pano.

Michael prze­niósł się na drugą stronę polany, jak naj­da­lej od źró­dła smrodu, i z uśmie­chem siło­wał się ze swo­imi pumami, nie zwra­ca­jąc uwagi na resztę obec­nych. Caro­lyn usia­dła oparta ple­cami o jedną z meta­lo­wych byczych nóg, dość bli­sko, by móc patrzeć, jak pra­cuje Jen­ni­fer. Kiedy tamta unio­sła dłoń, rana w piersi Mar­ga­ret znik­nęła.

Jen­ni­fer wstała w gro­bie. Caro­lyn odga­dła, że zro­biła to po to, by ode­tchnąć świe­żym powie­trzem, nie z przy­czyn kli­nicz­nych. W miej­scu, gdzie sie­działa Caro­lyn, śmier­działo paskud­nie, w dziu­rze odór musiał być nie do znie­sie­nia. Jen­ni­fer ode­tchnęła głę­boko, znów uklę­kła, zmarsz­czyła brwi, odgar­nia­jąc na bok więk­szość owa­dów, a potem przy­ci­snęła cie­płe wargi do zim­nych ust Mar­ga­ret. Trwała tak przez trzy odde­chy, następ­nie cof­nęła się, szar­pana tor­sjami, i zaczęła nacie­rać skórę Mar­ga­ret róż­nymi mik­stu­rami. Co cie­kawe, nakła­dała je tak, że two­rzyły wzory, glify pisma pelapi - naj­pierw "ambi­cję", potem "per­cep­cję", wresz­cie "żal".

Kiedy skoń­czyła, wstała i wygra­mo­liła się z grobu. Ruszyła w stronę Caro­lyn i Micha­ela, lecz po dwóch kro­kach jej oczy roz­sze­rzyły się, przy­ci­snęła dło­nie do ust, śmi­gnęła mię­dzy krzaki i zwy­mio­to­wała. Opróż­niw­szy żołą­dek, dołą­czyła do Caro­lyn. Stą­pała wol­niej i chwiej­niej niż wcze­śniej, jej czoło pokry­wała cie­niutka, lśniąca war­stwa potu.

- Źle? - spy­tała Caro­lyn.

W odpo­wie­dzi Jen­ni­fer odwró­ciła głowę i splu­nęła. Usia­dła obok i na moment poło­żyła głowę na ramie­niu Caro­lyn. Potem zaczęła szu­kać swo­jej srebr­nej fajeczki - ame­ry­kań­skiej, pre­zentu od Caro­lyn - i znów ją odpa­liła. Polanę wypeł­nił dym z mari­hu­any, gęsty i słodki. Pod­su­nęła fajeczkę Caro­lyn.

- Nie, dzięki.

Jen­ni­fer wzru­szyła ramio­nami i zacią­gnęła się drugi raz, jesz­cze głę­biej, ogie­nek z fajki roz­bły­snął w wypo­le­ro­wa­nym boku byka z brązu.

- Cza­sami zasta­na­wiam się...

- Nad czym?

- Czy w ogóle powin­ni­śmy zawra­cać sobie głowę. No wiesz, szu­ka­niem Ojca.

Caro­lyn cof­nęła się.

- Mówisz serio?

- Tak, bo... - Jen­ni­fer wes­tchnęła. - Nie. Może. Nie wiem. Po pro­stu... Zasta­na­wiam się, czy naprawdę byłoby gorzej? Gdy­by­śmy po pro­stu... odpu­ścili? Pozwo­lili, by Książę czy ktoś tam prze­jął pałeczkę?

- Jeśli Książę naprawi się do tego stop­nia, by móc zacząć się odży­wiać, zło­żone formy życia przejdą do histo­rii. I nie potrwa to długo. Pew­nie z pięć lat, może dzie­sięć.

- Tak, wiem. - Jen­ni­fer znów odpa­liła fajkę. - Więc zamiast tego mamy Ojca. Książę... No cóż, przy­naj­mniej tak byłoby bez­bo­le­śnie. Wręcz spo­koj­nie.

Caro­lyn wykrzy­wiła się cierpko, a potem uśmiech­nęła.

- Kilka cięż­kich tygo­dni z Davi­dem, co?

- Nie, to nie... - Jen­ni­fer urwała. - No może, skoro już o tym mówisz, fak­tycz­nie to były par­szywe tygo­dnie. A ty, gdzie się podzie­wa­łaś? Przy­da­łaby mi się twoja pomoc.

Caro­lyn pokle­pała ją po ramie­niu.

- Prze­pra­szam. Daj mi to.

Jen­ni­fer podała jej fajeczkę, Caro­lyn zacią­gnęła się lekko.

- Ale tak naprawdę - pod­jęła Jen­ni­fer. - Czy to cię w ogóle nie rusza? Pytam poważ­nie.

- Co?

Jen­ni­fer mach­nęła ręką, obej­mu­jąc gestem grób, Gar­ri­son Oaks, byka.

- To wszystko.

Caro­lyn zasta­no­wiła się chwilę.

- Nie. Nie­szcze­gól­nie. Już nie. - Przyj­rzała się wło­som Jen­ni­fer i wydłu­bała z nich robaka. Zwi­nął się na opuszce jej palca. - Kie­dyś ow­szem, ale przy­wy­kłam. - Zmiaż­dżyła larwę. - Można się przy­zwy­czaić nie­mal do wszyst­kiego.

- Może ty. - Jen­ni­fer ode­brała jej fajkę. - Cza­sami myślę, że tylko my dwie wciąż pozo­sta­ły­śmy nor­malne.

Caro­lyn prze­szło przez głowę, żeby pokle­pać Jen­ni­fer po ramie­niu, przy­tu­lić ją czy coś takiego, ale ode­pchnęła tę myśl. Jak na jej gust sama ta roz­mowa była już zanadto czu­łost­kowa. Zamiast tego, zmie­nia­jąc temat ski­nie­niem głowy, wska­zała grób.

- Ile trzeba czasu, żeby...

- Sama nie wiem - odparła Jen­ni­fer. - Pew­nie tro­chę. Ni­gdy nie prze­by­wała tam tak długo. - Skrzy­wiła się i znów splu­nęła. - Błe.

- Masz. - Caro­lyn pogrze­bała w pla­sti­ko­wej rekla­mówce. - Coś ci przy­nio­słam. - Wycią­gnęła do połowy opróż­nioną butelkę liste­ryny.

Jen­ni­fer wzięła ją.

- Co to?

- Weź tro­chę do ust i prze­płucz. Nie poły­kaj. Po paru sekun­dach wypluj.

Jen­ni­fer z powąt­pie­wa­niem przyj­rzała się butelce, pró­bu­jąc stwier­dzić, czy Caro­lyn się z niej nie nabija.

- Zaufaj mi.

Tamta wahała się jesz­cze chwilę, po czym pocią­gnęła łyk. Jej oczy się roz­sze­rzyły.

- Teraz popłucz. - Caro­lyn zade­mon­stro­wała, wydy­ma­jąc naj­pierw lewy poli­czek, potem prawy.

Jen­ni­fer naśla­do­wała ją.

- I wypluj.

Jen­ni­fer posłu­chała.

- Lepiej?

- Rany! To... - Jen­ni­fer obej­rzała się przez ramię na Davida. Nie patrzył, ale i tak zni­żyła głos. - To nie­sa­mo­wite! Zwy­kle potrze­buję wielu godzin, żeby pozbyć się tego smaku!

- Wiem - mruk­nęła Caro­lyn. - To ame­ry­kań­ski wyna­la­zek. Nazywa się płyn do płu­ka­nia ust.

Jen­ni­fer przez moment prze­su­wała pal­cami po ety­kie­cie, na jej twa­rzy malo­wał się dzie­cinny zachwyt. Potem z wyraźną nie­chę­cią pod­su­nęła butelkę Caro­lyn.

- Nie, zatrzy­maj ją. Przy­nio­słam ją dla cie­bie.

Jen­ni­fer nie odpo­wie­działa, ale się uśmiech­nęła.

- Skoń­czy­łaś?

Przy­tak­nęła.

- Tak sądzę, w każ­dym razie Mar­ga­ret jest gotowa. Usły­szała wezwa­nie. - Pod­nio­sła głos. - Davi­dzie? Chcesz cze­goś jesz­cze?

David stał odwró­cony do nich ple­cami, ze swego miej­sca nad urwi­skiem spo­glą­dał ponad Drogą Eks­pre­sową Numer 78 na wjazd do Gar­ri­son Oaks. Lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką.

Jen­ni­fer wzru­szyła ramio­nami.

- To chyba zna­czy, że skoń­czy­łam. - Odwró­ciła się do Caro­lyn. - I co myślisz?

- Sama nie wiem. Jeśli Ojciec jest wśród Ame­ry­ka­nów, to nie mogę go zna­leźć. Dowie­dzie­li­ście się cze­go­kol­wiek?

- Michael twier­dzi, że nie ma go pośród zwie­rząt, żywych ani umar­łych.

- A pozo­stali?

Jen­ni­fer wzru­szyła ramio­nami.

- Jak dotąd jeste­śmy tu tylko my troje. Reszta wkrótce się zjawi. - Wycią­gnęła się na tra­wie i poło­żyła głowę na kola­nach Caro­lyn. - Dzię­kuję ci za... Jak to się nazywa?

- Liste­ryna.

- Lis-te-ry-na - powtó­rzyła Jen­ni­fer. - Dzię­kuję. - Zamknęła oczy.

Przez całe popo­łu­dnie kolejni biblio­te­ka­rze przy­by­wali, poje­dyn­czo i parami. Nie­któ­rzy przy­nie­śli coś ze sobą. Ali­cia trzy­mała w dłoni czarną świecę, wciąż pło­nącą, jak wtedy pośród zło­tych ruin u kresu czasu. Rachel i jej wid­mowe dzieci szep­tali do sie­bie o przy­szło­ściach, które ni­gdy nie nadejdą. Bliź­niacy, Peter i Richard, patrzyli uważ­nie, jak biblio­te­ka­rze zaj­mują miej­sca w dwu­na­stu punk­tach uprosz­czo­nego kręgu, bada­jąc jakiś głę­boki porzą­dek, któ­rego nikt poza nimi nie dostrze­gał. Pot na ich heba­no­wej skó­rze poły­ski­wał w bla­sku ognia.

Wresz­cie, tuż przed zacho­dem, Mar­ga­ret wycią­gnęła ku świa­tłu bladą, drżącą dłoń.

- Wró­ciła - oznaj­miła Jen­ni­fer, nie zwra­ca­jąc się do nikogo w szcze­gól­no­ści.

David z uśmie­chem pod­szedł do grobu. Schy­lił się i ujął dłoń Mar­ga­ret. Z jego pomocą powstała na chwiej­nych nogach; wokół niej sypała się zie­mia. David wycią­gnął ją z grobu.

- Witaj, uko­chana!

Stała przed nim, się­ga­jąc mu do piersi, odchy­liła głowę z uśmie­chem. David otrze­pał więk­szość brudu, potem pod­niósł ją za bio­dra i uca­ło­wał długo, mocno. Jej drobne stopy wisiały bez­wład­nie pięt­na­ście cen­ty­me­trów nad czarną zie­mią. I nagle Caro­lyn przy­szło do głowy, że nie potrafi stwier­dzić, w jakiego koloru stroju ją pocho­wano. To mógł być popielny szary albo wypło­wiały cie­li­sty odcień dzie­cię­cej lalki pozo­sta­wio­nej zbyt długo na słońcu. Nie­ważne, jaki był, teraz ide­al­nie zle­wał się z samą Mar­ga­ret.

Już pra­wie jej tu nie ma, pomy­ślała. Tak naprawdę pozo­stał tylko smród.

Mar­ga­ret przez chwilę koły­sała się, potem usia­dła na ster­cie mięk­kiej ziemi obok grobu. David mru­gnął do niej poro­zu­mie­waw­czo i prze­su­nął języ­kiem po zębach. Mar­ga­ret zachi­cho­tała. Jen­ni­fer znów z tru­dem powstrzy­mała wymioty.

David przy­kuc­nął obok Mar­ga­ret i poczo­chrał dło­nią jej czarne brudne włosy.

- I co? - zawo­łał do Richarda, Petera i pozo­sta­łych. - Na co cze­ka­cie? Wszy­scy już są, zaj­mij­cie miej­sca.

Zebrali się w nie­rów­nym kręgu. Caro­lyn obser­wo­wała Davida, który nie­pew­nie zer­kał na byka, aż w końcu usta­wił się ple­cami do niego.

Nawet teraz nie lubi na niego patrzeć, pomy­ślała. Nie żeby ją to dzi­wiło.

- No dobrze - rzekł. - Mie­li­ście swój mie­siąc. Ktoś zna­lazł jakieś odpo­wie­dzi?

Nikt się nie ode­zwał.

- Mar­ga­ret? Gdzie jest Ojciec?

- Nie wiem - odparła. - Nie w zapo­mnia­nych kra­inach. Nie wędruje pośród zewnętrz­nej ciem­no­ści.

- Czyli nie umarł?

- Może nie.

- Może? Co to zna­czy?

Mar­ga­ret długą chwilę mil­czała.

- Gdyby umarł w Biblio­tece, byłoby ina­czej.

- Jak to ina­czej? Nie tra­fiłby do zapo­mnia­nych krain?

- Nie.

- No to gdzie?

Mar­ga­ret zer­k­nęła na niego z ukosa.

- Nie powin­nam mówić.

David potarł dło­nią skro­nie.

- Słu­chaj, nie pro­szę, żebyś mówiła o swoim kata­logu, ale... Nie ma go już bar­dzo długo i musimy roz­wa­żyć wszyst­kie moż­li­wo­ści. Tak ogól­nie mówiąc, co by się stało, gdyby fak­tycz­nie umarł w Biblio­tece? Czy...

- Nie bądź śmieszny - prze­rwała mu Caro­lyn bli­ska krzyku. Twarz miała czer­woną. - Ojciec nie mógł umrzeć, ani w Biblio­tece, ani gdzie­kol­wiek indziej, do cho­lery! - Pozo­stali mruk­nęli pota­ku­jąco. - To... to Ojciec.

Czoło Davida zachmu­rzyło się, ale odpu­ścił.

- Mar­ga­ret? Jak sądzisz?

Wzru­szyła ramio­nami, nie­szcze­gól­nie zain­te­re­so­wana.

- Naj­pew­niej Caro­lyn ma rację.

- Mmm. - Nie wyda­wał się prze­ko­nany. - Rachel? Gdzie jest Ojciec?

- Nie wiemy. - Roz­ło­żyła sze­roko ręce, wska­zu­jąc usta­wione dookoła mil­czące rzędy wid­mo­wych dzieci. - Nie ma go w żad­nej moż­li­wej przy­szło­ści, którą dostrze­gamy.

- Ali­cia? A co z praw­dziwą przy­szło­ścią? Jest tam?

- Nie. - Ner­wowo odgar­nęła pal­cami ciem­no­blond włosy. - Spraw­dzi­łam aż do ciepl­nej śmierci kosmosu. Nic.

- Nie ma go w żad­nych przy­szło­ściach ani nie umarł. Jak to moż­liwe?

Ali­cia i Rachel spoj­rzały po sobie i wzru­szyły ramio­nami.

- Istot­nie, to zagadka - odparła Rachel. - Nie potra­fię jej roz­wią­zać.

- Nie­zbyt pomocna odpo­wiedź.

- Może zada­jesz nie­wła­ściwe pyta­nia.

- Czyżby? - David pod­szedł do niej nie­bez­piecz­nie uśmiech­nięty, mię­sień na zaci­śnię­tej szczęce pod­ska­ki­wał. - Naprawdę?

Rachel pobla­dła.

- Nie chcia­łam powie­dzieć...

David przez chwilę pozwo­lił jej się płasz­czyć, potem musnął pal­cem jej usta.

- Póź­niej.

Opa­dła na zie­mię, dygo­cząc mocno w bla­sku księ­życa.

- Peter, podobno znasz się na tych wszyst­kich abs­trak­cyj­nych gów­nach, licz­bach i tak dalej. Co myślisz?

Peter zawa­hał się.

- Ist­nieją aspekty pracy Ojca, do któ­rych ni­gdy mnie nie dopu­ścił.

- Ojciec ukry­wał wiele przed nami wszyst­kimi. Odpo­wiedz na pyta­nie.

- Kiedy znik­nął, pra­co­wał nad czymś, co nazy­wał zupeł­no­ścią regre­sji. To idea, według któ­rej wszech­świat jest zbu­do­wany w taki spo­sób, że nie­ważne, jak wiele tajem­nic się roz­wiąże, zawsze pod nimi kryją się następne. Ojciec spra­wiał wra­że­nie bar­dzo...

- Do kurwy nędzy, wiesz, gdzie jest Ojciec, czy nie?

- Nie­do­kład­nie, ale jeśli podą­żysz za tą linią rozu­mo­wa­nia, może wyja­śnić...

- Nie­ważne.

- Ale...

- Prze­stań mówić. Caro­lyn, idź póź­niej do Petera i prze­tłu­macz to, co mówi, tak by zro­zu­mieli go nor­malni ludzie.

- Oczy­wi­ście - rze­kła.

- Micha­elu, a Odle­głe Wzgó­rze? Zna­la­złeś jakieś ślady?

Odle­głe Wzgó­rze było nie­bem Leśnego Boga, do któ­rego tra­fiały po śmierci wszyst­kie inte­li­gentne małe zwie­rzęta - a przy­naj­mniej czymś w tym stylu. Caro­lyn dotąd nie miała poję­cia, że ist­nieje naprawdę. Szcze­rze mówiąc, do tej chwili nie miała też pew­no­ści, że Leśny Bóg jest praw­dziwy.

- Nie. Nie tam. - Teraz mówił już lepiej.

- A Leśny Bóg? Czy on...

- Leśny Bóg śpi. Nie zgro­ma­dził prze­ciw nam armii, pośród jego stada toczą się zwy­kłe intrygi, ale nic, co doty­czy nas bez­po­śred­nio. Nie widzę powodu, by myśleć...

- Myśleć? Ty? To nie­mal śmieszne. - David się odwró­cił.

- Emily, a co...

- Jest coś jesz­cze - wtrą­cił Michael. - Będziemy mieli gościa.

David spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

- Gościa? Czemu nie powie­dzia­łeś wcze­śniej?

- Ude­rzy­łeś mnie w usta - przy­po­mniał Michael. - Kaza­łeś być cicho.

Mię­sień na szczęce Davida znów zaczął pod­ska­ki­wać.

- A teraz każę ci nie być cicho. Kto się zjawi?

- Nobu­nunga.

- Co? Tutaj?

- Mar­twi się o bez­pie­czeń­stwo Ojca - wyja­śnił Michael. - Chce to zba­dać.

- O kurwa - powie­działa Caro­lyn. Zare­ago­wała z zasko­cze­nia. Nie spo­dzie­wała się Nobu­nungi tak szybko, ale zacho­wała dość trzeź­wo­ści umy­słu, by prze­mó­wić cicho i po angiel­sku. Nikt nie zauwa­żył.

- Kiedy się zjawi?

Michael zmarsz­czył brwi.

- On... przy­bę­dzie, um... kiedy się zjawi.

David zazgrzy­tał zębami.

- A mamy jakie­kol­wiek poję­cie, kiedy to może być?

- To będzie póź­niej.

- To zna­czy kiedy dokład­nie? - Zaci­snął pięść.

- On nie rozu­mie, Davi­dzie - ode­zwała się cicho Jen­ni­fer. - Nie postrzega czasu tak jak ludzie. Już nie. Bijąc go, niczego nie zmie­nisz.

Michael w panice wodził despe­racko wzro­kiem od Jen­ni­fer do Davida.

- Myszy go widziały! Nad­cho­dzi!

David roz­luź­nił dłoń. Znów poma­so­wał skro­nie.

- Mniej­sza o to - rzekł. - To nie ma zna­cze­nia. W sumie racja, Nobu­nunga zjawi się, kiedy się zjawi. My możemy tylko go powi­tać. Pete­rze, Richar­dzie: zbierz­cie totemy. - Bliź­niacy posłusz­nie zerwali się z miejsc. - Caro­lyn, chcę, żebyś wró­ciła do Ame­ryki. Potrzebne nam nie­winne serce. Ofia­ru­jemy je Nobu­nun­dze, gdy przy­bę­dzie. Myślisz, że sobie pora­dzisz?

- Nie­winne serce? W Ame­ryce? - Zawa­hała się. - Moż­liwe.

Wyraź­nie źle zro­zu­miał jej nie­pew­ność.

- To łatwe. Po pro­stu tnij przez żebra. - Ciach­nął powie­trze pal­cami uło­żo­nymi w nożyce. - O tak. Gdy­byś sama nie dała rady, poślij po mnie.

- Tak, Davi­dzie.

- To wszystko na dzi­siaj. Caro­lyn, możesz ruszać, gdy tylko będziesz gotowa. Reszta z was niech trzyma się bli­sko. - Zer­k­nął nie­pew­nie na byka. - Richar­dzie, Pete­rze, pośpiesz­cie się, chcę, um, wra­cać do pani McGil­li­cutty. - Mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo do Mar­ga­ret. - Kola­cja powinna już być gotowa.

Rachel usia­dła na ziemi, jej dzieci tło­czyły się dookoła, po chwili cał­ko­wi­cie ją zasło­niły. Caro­lyn chciała poroz­ma­wiać z Micha­elem, ale wraz z pumami znik­nął już w lesie. Jen­ni­fer roz­wi­nęła skóry do spa­nia i poło­żyła się na nich z jękiem. Mar­ga­ret krą­żyła po orbi­cie wokół Davida.

On sam przez chwilę grze­bał w ple­caku.

- Pro­szę, Mar­ga­ret, przy­nio­słem ci pre­zent. - Wycią­gnął odciętą głowę sta­rego męż­czy­zny, uno­sząc ją za długą, rzadką brodę. Zako­ły­sał nią parę razy, a potem jej rzu­cił.

Mar­ga­ret chwy­ciła głowę obu­rącz, sap­nęła, czu­jąc nagły cię­żar, i zachwy­cona uśmiech­nęła się sze­roko. Zęby miała czarne.

- Dzię­kuję.

David usiadł obok niej i odgar­nął jej włosy z oczu.

- Ile to potrwa? - zawo­łał przez ramię.

- Godzinę.

Richard grze­bał w misie, w któ­rej zło­żyli totemy: włos Leśnego Boga Micha­ela, czarną świecę, skra­wek sukienki Caro­lyn, sztywny od krwi, kro­ple wosku z czar­nej świecy. Miały posłu­żyć za wierz­chołki n-wymia­ro­wego narzę­dzia tro­pią­cego, które - byli nie­mal pewni, no... dość pewni - wskaże im, gdzie prze­bywa Ojciec. Praw­do­po­dob­nie. Caro­lyn miała co do tego wąt­pli­wo­ści.

- Naj­wy­żej - zgo­dził się Peter.

Mar­ga­ret poło­żyła sobie głowę na kola­nach i sku­piła się na niej: pie­ściła jej policzki, cmo­kała, przy­gła­dzała krza­cza­ste brwi. Po chwili jej sta­rań powieki nie­bosz­czyka zatrze­po­tały i się unio­sły.

- Nie­bie­skie oczy! - wykrzyk­nęła Mar­ga­ret. - Och, Davi­dzie, dzię­kuję!

David wzru­szył ramio­nami.

Caro­lyn zer­k­nęła ukrad­kiem. Może kie­dyś oczy męż­czy­zny fak­tycz­nie były nie­bie­skie, teraz jed­nak zapa­dły się i pokryło je bielmo. Roz­po­znała go. Był mało zna­czą­cym dwo­rza­ni­nem jed­nego z gabi­ne­tów Ojca, a kie­dyś pre­mie­rem Japo­nii. W zwy­kłych oko­licz­no­ściach taki czło­wiek byłby chro­niony. David musiał się bar­dzo ośmie­lić. Głowa znów zamru­gała i sku­piła wzrok na Mar­ga­ret, język męż­czy­zny zadrżał, jego wargi zaczęły się poru­szać, choć oczy­wi­ście bez płuc nie był w sta­nie wydać z sie­bie dźwięku.

- Co on mówi? - spy­tał David.

Po sze­ściu tygo­dniach wygna­nia więk­szość z nich opa­no­wała choć odro­binę ame­ry­kań­skiego, lecz tylko Caro­lyn znała japoń­ski.

Pochy­liła się bli­żej, marsz­cząc nos, gdy dotarł do niej odór. Prze­krzy­wiła głowę i dotknęła policzka męż­czy­zny.

- Mou ichido itte kuda­sai, Yamada-san.

Nie­bosz­czyk znów spró­bo­wał, patrząc na nią bła­gal­nie śle­pymi oczami.

Caro­lyn wypro­sto­wała się i uło­żyła skrom­nie dło­nie na kola­nach, lewą na pra­wej, tak by każda z nich zasła­niała palce dru­giej. Minę miała spo­kojną, wręcz błogą. Wie­działa, że Emily z łatwo­ścią potrafi odczy­tać jej myśli. David także umiał wyczu­wać myśli, przy­naj­mniej ich pod­sta­wowy sens, wie­dział, kiedy ktoś źle mu życzy. W bitwie mógł wej­rzeć do umy­słów wro­gów i ujrzeć ich stra­te­gię, broń, którą mogą pod­nieść prze­ciw niemu. Caro­lyn podej­rze­wała, że w razie potrzeby umiałby wnik­nąć nawet głę­biej, ale to nie miało zna­cze­nia. Gdyby Emily bądź David chcieli zaj­rzeć w myśli Caro­lyn, zna­leź­liby w nich tylko pra­gnie­nie pomocy.

Oczy­wi­ście szczere uczu­cie to sama esen­cja jaźni, nie da się go nie czuć, zigno­ro­wać, a nawet zbyt długo prze­kie­ro­wy­wać.

Ale dzięki dłu­giej prak­tyce i sku­pie­niu można je ukryć.

- Pyta o Chieko i Kiko-chan - oznaj­miła. - To chyba jego córki. Chce wie­dzieć, czy są bez­pieczne.

- Ach - mruk­nął David. - Powiedz mu, że w ramach ćwi­czeń wypru­łem im flaki. Ich matce także.

- To prawda?

Wzru­szył ramio­nami.

- Sorera wa anzen desu, Yamada-san. Ima yasumu desu nee - oznaj­miła Caro­lyn, zapew­nia­jąc go, że są bez­pieczne, że może już odpo­cząć.

Nie­bosz­czyk pozwo­lił powie­kom opaść, na skraju lewej zawi­sła drżąca, samotna łza. Mar­ga­ret przy­glą­dała się jej jasnymi, zachłan­nymi oczami. Kiedy łza ode­rwała się i spły­nęła po policzku Yamady, prze­krzy­wiła głowę jak ptak i zli­zała ją szyb­kim, zręcz­nym ruchem języka.

Nie­bosz­czyk wydął policzki i dmuch­nął - był to naj­cich­szy, naj­smut­niej­szy dźwięk, jaki Caro­lyn sły­szała. David i Mar­ga­ret jed­no­cze­śnie wybuch­nęli śmie­chem.

Jej wła­sny uśmiech wyda­wał się sto­sow­nie wymu­szony. Może ogar­nęła ją litość dla bie­daka? A może to przez smród? I znów, każdy, kto zechciałby zaj­rzeć do jej myśli, zna­la­złby w nich tylko tro­skę o Ojca i szczere - choć nieco ner­wowe - pra­gnie­nie, by zado­wo­lić Davida. Lecz koniuszki jej pal­ców zadrżały, wspo­mi­na­jąc słabe, gasnące wibra­cje prze­no­szone przez ręko­jeść mosięż­nej włóczni, a w jej sercu niczym czarne słońce pło­nęła nie­na­wiść do nich wszyst­kich.

Roz­dział 2. Bud­dyzm dla palan­tów

Roz­dział 2

Bud­dyzm dla palan­tów

I

- To co? - spy­tała. - Chcesz się wła­mać do domu?

Steve na długą chwilę zamarł z otwar­tymi ustami.

Od strony baru dobie­gła go seria szczęk­nięć we wnętrz­no­ściach szafy gra­ją­cej Auto­ma­ted Musi­cal Instru­ments, do któ­rej ktoś wrzu­cił dzie­się­cio­pen­sówkę.

Steve odsta­wił na stół nie­tknię­tego coorsa.

Jak ona się nazywa? Kri­sty? Cathy? - zasta­na­wiał się.

- Słu­cham? - rzekł w końcu i wtedy sobie przy­po­mniał: Caro­lyn. - Żar­tu­jesz sobie, prawda?

Zacią­gnęła się papie­ro­sem, koniu­szek roz­ja­rzył się, rzu­ca­jąc poma­rań­czowy blask na pół tuzina pustych, wytłusz­czo­nych kie­lisz­ków i nie­wielki sto­sik kurzych kości.

- Ależ nie, mówię zupeł­nie serio.

Szafa gra­jąca ożyła, chwilę póź­niej w barze zabrzmiał grzmot otwie­ra­jący Sing, Sing, Sing Benny'ego Good­mana. Steve'owi sko­ja­rzył się z bęb­nami wojen­nymi jakie­goś dzi­kiego, wymar­łego ple­mie­nia, nagle serce zaczęło mu walić w piersi.

- Dobra, jasne, nie żar­tu­jesz. Wiesz, że mowa tu o poważ­nym prze­stęp­stwie?

Nie odpo­wie­działa. Jedy­nie patrzyła na niego.

Szu­kał w myślach jakiejś spryt­nej ripo­sty, ale w końcu usły­szał wła­sny głos.

- Ja jestem hydrau­li­kiem.

- Nie zawsze nim byłeś.

Steve zapa­trzył się na nią. Fak­tycz­nie, ale w żaden spo­sób nie mogła o tym wie­dzieć. Cza­sem w kosz­ma­rach śnił o podob­nych roz­mo­wach. Pró­bu­jąc zama­sko­wać zgrozę, wziął ostat­nie skrzy­dełko z tale­rza, zanu­rzył w dipie z sera ple­śnio­wego, ale nawet nie ugryzł. Tutej­sze skrzy­dełka to była poważna sprawa, noz­drza wypeł­nił mu ostrze­gaw­czy zapach octu i pie­przu.

- Nie mogę. Muszę wra­cać do domu i nakar­mić Peteya.

- Kogo?

- Mojego psa. Peteya. To coc­ker spa...

Pokrę­ciła głową.

- On może zacze­kać.

Zmień temat, pomy­ślał.

- Jak ci się tu podoba? - spy­tał, uśmie­cha­jąc się despe­racko.

- Prawdę mówiąc, bar­dzo. - Prze­su­nęła pal­cami po piśmie, które czy­tał. - Jak się nazywa ten lokal?

- War­wick Hall. Kie­dyś, w latach dwu­dzie­stych, mie­ściła się tu praw­dziwa tajna spe­lunka. Cath - to ona tu rzą­dzi - odzie­dzi­czyła ją po dziadku wraz ze sta­rymi zdję­ciami tego, jak kie­dyś tu wyglą­dało. Jest wielką miło­śniczką jazzu, więc po przej­ściu na eme­ry­turę odno­wiła lokal i otwo­rzyła jako pry­watny klub.

- Jasne. - Caro­lyn pocią­gnęła łyk piwa, po czym rozej­rzała się po opra­wio­nych w ramy pla­ka­tach: Lon­nie John­son, Roy Eldridge uno­szący trąbkę, reklama Pik­niku Teatral­nego z dnia 3 i 4 paź­dzier­nika tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego któ­re­goś. - Tu jest ina­czej.

- Fak­tycz­nie. - Ste­ven wytrzą­snął z paczki papie­rosa i poczę­sto­wał ją.

Kiedy go wzięła, zauwa­żył, że choć paznok­cie pra­wej dłoni miała nie­po­ma­lo­wane i obgry­zione nie­mal do krwi, te na lewej pozo­stały dłu­gie, zadbane i pola­kie­ro­wane na czer­wono. Dziwne. Zapa­lił ich papie­rosy od jed­nej zapałki.

- Zaczą­łem tu przy­cho­dzić, bo to jedyny bar w oko­licy, w któ­rym wciąż można palić, ale go polu­bi­łem.

- Może dam ci minutę, byś prze­tra­wił ten pomysł - zapro­po­no­wała Caro­lyn. - Wiem, że kom­plet­nie cię zasko­czy­łam. Gdzie jest toa­leta?

- Nie muszę niczego prze­tra­wiać. Odpo­wiedź brzmi: nie. Toa­leta dam­ska jest tam. - Mach­nął kciu­kiem ponad ramie­niem. - Ni­gdy tam nie byłem, lecz przy ury­na­łach w męskiej, żeby spu­ścić wodę, trzeba pocią­gnąć za mosiężny łań­cuch. Potrze­bo­wa­łem chwili, żeby się domy­ślić. - Zawie­sił głos. - Kim ty wła­ści­wie jesteś?

- Już mówi­łam - odparła Caro­lyn. - Biblio­te­karką.

- Jasne.

Z początku przez jej wygląd - świą­teczny swe­ter w reni­fery, obci­słe spodenki kolarki, czer­wone gumowe kalo­sze z getrami z lat osiem­dzie­sią­tych - miał ją za schi­zo­fre­niczkę. Teraz jed­nak wąt­pił.

No dobra, pomy­ślał, to nie schi­zo­fre­niczka. Czyli co?

Caro­lyn nie była może prze­sad­nie wypin­drzona i wyele­gan­to­wana, ale też nie można było jej okre­ślić mia­nem nie­atrak­cyj­nej. Odniósł też wra­że­nie, że jest bar­dzo mądra. Jakieś pół­to­rej godziny wcze­śniej pode­szła do niego z paroma piwami, przed­sta­wiła się i spy­tała, czy może się przy­siąść. Steve, kawa­ler bez żad­nych bliż­szych zobo­wią­zań, nie licząc psa, odparł, że pew­nie. Jakiś czas roz­ma­wiali, zasy­py­wała go pyta­niami, a na jego wła­sne odpo­wia­dała męt­nie. I cały czas przy­glą­dała mu się wiel­kimi, ciem­nymi oczami.

Steve odniósł wra­że­nie, że chyba pra­cuje na uni­wer­sy­te­cie, może jako lin­gwistka. Z Cath roz­ma­wiała po fran­cu­sku, a innego sta­łego gościa, Eddiego Hu, zasko­czyła, zwra­ca­jąc się do niego w płyn­nej chińsz­czyź­nie. Biblio­te­karka w sumie pasuje, uznał. Wyobra­ził sobie, jak roz­czo­chrana, oto­czona chwie­ją­cymi się ster­tami ksią­żek mam­ro­cze coś do popla­mio­nego kubka z kawą, zapa­rzaną w kuchence dla per­so­nelu, pla­nu­jąc swoje wła­ma­nie. Uśmiech­nął się i pokrę­cił głową. Nie­moż­liwe. Zamó­wił kolejny dzba­nek.

Piwo zja­wiło się pierw­sze, wyprze­dza­jąc Caro­lyn o dobrych parę minut. Steve nalał sobie kolejną szklankę. Popi­ja­jąc, posta­no­wił zmie­nić dia­gnozę ze schi­zo­fre­niczki na "ma gdzieś, w co się ubiera". Mnó­stwo ludzi twier­dzi, że mają gdzieś to, w co się ubie­rają, ale w isto­cie takie osoby są praw­dziwą rzad­ko­ścią.

Cza­sem jed­nak się zda­rzają.

Gość, z któ­rym cho­dził do liceum, Bob jak mu tam, spę­dził dwa lata na wyspie na połu­dnio­wym Pacy­fiku, orga­ni­zu­jąc zaska­ku­jąco sprawną siatkę prze­mytu nar­ko­ty­ków. Po powro­cie był bogaty jak dia­bli - na miłość boską, dwa fer­rari - ale na­dal nosił stare ciu­chy. Steve przy­po­mniał sobie, jak kie­dyś zało­żył...

- Już jestem - oznaj­miła. - Prze­pra­szam.

Miała ładny uśmiech.

- Mam nadzieję, że wypi­jesz jesz­cze jedną kolejkę. - Ski­nie­niem głowy wska­zał dzba­nek.

- Pew­nie.

Nalał jej.

- Wybacz, że to mówię, ale to bar­dzo dziwne.

- To zna­czy?

- Biblio­te­ka­rze, któ­rych znam, lubią, no nie wiem, her­batkę i kry­mi­nały. Nie wła­ma­nia i kra­dzieże.

- No cóż, to biblio­teka innego rodzaju.

- Oba­wiam się, że będziesz musiała wytłu­ma­czyć mi sprawę nieco dokład­niej.

Gdy tylko to powie­dział, poża­ło­wał.

Nie zasta­na­wiasz się chyba nad tym, prawda? Przez moment przyj­rzał się wła­snym myślom. Nie, nie zasta­na­wiam. Ale był cie­kaw.

- Mam pro­blem - odparła Caro­lyn. - Moja sio­stra powie­działa, że dys­po­nu­jesz doświad­cze­niem nie­zbęd­nym, by go roz­wią­zać.

- O jakim doświad­cze­niu mowa?

- Zwy­kłe zamki w drzwiach, nic wyjąt­ko­wego, i alarm firmy Lorex.

- To wszystko? - W myślach ujrzał skrzynkę z narzę­dziami, którą trzy­mał z tyłu w fur­go­netce. Jasne, miał tam wszystko potrzebne do pracy hydrau­lika: latarkę, spa­warkę, nożyce do cię­cia rur, klucz fran­cu­ski, ale też inne rze­czy: szczypce do prze­wo­dów, łom, mul­ti­metr, krótką meta­lową linijkę, którą mógł... Nie. Natych­miast stłu­mił tę myśl, ale było już za późno. Coś wewnątrz niego prze­bu­dziło się i zaczęło poru­szać.

- To wszystko - rze­kła. - Łatwi­zna.

- Kim jest twoja sio­stra?

- Nazywa się Rachel. Nie znasz jej.

Zasta­no­wił się chwilę.

- Masz rację, nie przy­po­mi­nam sobie, żebym znał kogoś o tym imie­niu. - Z całą pew­no­ścią nie nale­żała do nie­licz­nej - bar­dzo nie­licz­nej - grupki ludzi, któ­rzy wie­dzieli o jego wcze­śniej­szym zaję­ciu. - To skąd ta Rachel tak dużo o mnie wie?

- Szcze­rze mówiąc, sama nie do końca się orien­tuję, ale jest świetna w dowia­dy­wa­niu się róż­nych rze­czy.

- A czego dokład­nie dowie­działa się o mnie?

Caro­lyn zapa­liła kolej­nego papie­rosa i wydmuch­nęła z noz­drzy dwie smużki dymu.

- Powie­działa, że masz talent do otwie­ra­nia mecha­ni­zmów i żyłkę prze­stęp­czą. I że doko­na­łeś ponad stu wła­mań. Chyba wspo­mniała, że stu dwu­na­stu.

Istot­nie, tak wła­śnie było, choć dane te pocho­dziły sprzed dzie­się­ciu lat. Nagle Steve poczuł ucisk w żołądku. Rze­czy, które robił, i co gor­sza, któ­rych nie zro­bił, zawsze krą­żyły mu gdzieś nad głową, nie­bez­piecz­nie bli­skie. Teraz, przy­wo­łane sło­wami Caro­lyn, opa­dły na niego i zaata­ko­wały.

- Wolał­bym, żebyś już poszła - rzekł cicho. - Pro­szę.

Chciał poczy­tać "Sports Illu­stra­ted". Chciał sku­pić się na obro­nie Colt­sów, nie na tym, jak poko­nać zwy­kły zamek Kwik­set w trzy­dzie­ści sekund nawet bez odpo­wied­nich narzę­dzi. Chciał...

- Spo­koj­nie, to ci się może opła­cić. - Prze­su­nęła coś po pod­ło­dze w jego stronę. Zer­k­nął pod stół i zoba­czył bre­zen­tową torbę. - Zaj­rzyj do środka.

Pod­niósł torbę za rączkę i spoj­rzał, spo­dzie­wa­jąc się, co tam ujrzy. Gotówkę. Mnó­stwo gotówki. Głów­nie pięć­dzie­się­cio- i stu­do­la­rówki.

Odło­żył torbę na zie­mię i ode­pchnął ją.

- Ile tam jest?

- Trzy­sta dwa­dzie­ścia sie­dem tysięcy dola­rów. - Zga­siła papie­rosa. - Mniej wię­cej.

- Dziwna suma.

- Jestem dziwną osobą.

Steve wes­tchnął.

- No dobra, zain­te­re­so­wa­łaś mnie.

- Czyli to zro­bisz?

- Nie. Kate­go­rycz­nie nie. - "Bud­dy­sta zobo­wią­zuje się prze­strze­gać nakazu, powstrzy­my­wać się od bra­nia tego, co nie jest dane". Zawie­sił głos, wykrzy­wia­jąc usta. W zeszłym roku w zezna­niu podat­ko­wym zgło­sił dochód w wyso­ko­ści pięć­dzie­się­ciu ośmiu tysięcy dola­rów. Dług na kar­cie kre­dy­to­wej wyno­sił nieco mniej. - Może. - Znów zapa­lił papie­rosa. - To mnó­stwo kasy.

- Tak? Moż­liwe.

- Przy­naj­mniej dla mnie. Jesteś bogata?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Mój Ojciec jest.

- Ach. - Bogaty tatuś, to po czę­ści tłu­ma­czyło sytu­ację. - Skąd wzię­łaś... Mówi­łaś, że ile tam jest?

- Trzy­sta dwa­dzie­ścia sie­dem tysięcy dola­rów. Poszłam do banku. Pie­nią­dze to dla mnie nie pro­blem. Wystar­czy? Bo mogę zała­twić wię­cej.

- Powinno wystar­czyć - rzekł. - Kie­dyś zna­łem ludzi, wykwa­li­fi­ko­wa­nych ludzi, któ­rzy odwa­li­liby taką robotę za trzy­sta dola­rów.

Cze­kał, nie bez nadziei, że wycofa pro­po­zy­cję albo może poprosi, by przed­sta­wił jej owych wykwa­li­fi­ko­wa­nych ludzi. Zamiast tego jakiś czas patrzyli sobie w oczy w mil­cze­niu.

- To cie­bie chcę - oznaj­miła. - Jeśli nie pie­nią­dze, to co cię powstrzy­muje?

Przez chwilę miał ochotę jej wyja­śnić, że stara się być kimś lep­szym. Mógłby rzec: "Cza­sami czuję się jak nowa roślina, jak­bym wła­śnie wykieł­ko­wał z brudu i pró­bo­wał się­gnąć ku słońcu".

- Sta­ram się zro­zu­mieć, co ty będziesz z tego miała - odparł zamiast tego. - Czy to jakiś sport eks­tre­malny dla boga­tych dzie­cia­ków? Nudzi ci się?

Prych­nęła z roz­ba­wie­niem.

- Nie, to dokładne prze­ci­wień­stwo nudy.

- Zatem co?

- Kilka lat temu coś mi ode­brano. Coś cen­nego. - Obda­rzyła go zim­nym uśmie­chem. - Zamie­rzam to odzy­skać.

- Będę potrze­bo­wał nieco wię­cej szcze­gó­łów. O czym mówimy? O bry­lan­tach? Klej­no­tach? - Zawa­hał się. - Nar­ko­ty­kach?

- Nic z tych rze­czy. To ma raczej war­tość sen­ty­men­talną. Wię­cej nie mogę powie­dzieć.

- A czemu ja?

- Gorąco mi cie­bie pole­cono.

Steve zasta­na­wiał się. Za ple­cami Caro­lyn, na par­kie­cie, Eddie Hu i Cath ćwi­czyli char­le­stona. Cał­kiem nie­źle im idzie, pomy­ślał Steve. Przy­po­mniał sobie, jakie to uczu­cie być w czymś dobrym. Przez jakiś czas w pew­nych krę­gach zyskał sobie nieco zbyt wielką sławę. Może ktoś wciąż pamię­tał?

- No dobra - powie­dział w końcu. - Chyba to mi wystar­czy, ale mam jesz­cze parę pytań.

- Dajesz.

- Jesteś pewna, że będziemy mieć do czy­nie­nia wyłącz­nie ze zwy­kłymi zam­kami? Żad­nych sej­fów, egzo­tycz­nych zabez­pie­czeń, nic z tych rze­czy?

- Jestem pewna.

- Skąd wiesz?

- Znów od sio­stry.

Steve otwo­rzył usta, by podać w wąt­pli­wość jakość jej infor­ma­cji, potem jed­nak przy­szło mu do głowy, że on sam nie potra­fiłby okre­ślić dokład­nej liczby wła­snych wła­mań, nawet gdyby ktoś przy­ło­żył mu spluwę do głowy. Sto dwa­na­ście brzmiało dość praw­do­po­dob­nie.

- I ostat­nie pyta­nie - rzekł zamiast tego. - A co, jeśli rze­czy, o którą ci cho­dzi, tam nie będzie?

- I tak dosta­niesz zapłatę. - Uśmiech­nęła się lekko i pochy­liła nieco bli­żej. - Może nawet z pre­mią. - Unio­sła brew, posy­ła­jąc mu zalotne spoj­rze­nie.

Steve roz­wa­żył jej słowa. Wcze­śniej, nim odpa­liła bombę z wła­ma­niem, miał nadzieję, że ich roz­mowa zamieni się w flirt. Ale teraz...

- Nie kom­pli­kujmy sprawy, same pie­nią­dze w zupeł­no­ści wystar­czą. Kiedy chcesz to zro­bić?

- Czyli się zga­dzasz?

Nogi miała silne i opa­lone. Gdy się poru­szała, widać było mię­śnie gra­jące pod skórą.

- Tak - oznaj­mił, wie­dząc w głębi serca, że to okropny pomysł. - Chyba tak.

- Nie ma na co cze­kać.

II

Steve lubił War­wick Hall mię­dzy innymi dla­tego, że było tu bar­dzo czy­sto. Ota­czało go wypo­le­ro­wane drewno, lśniące mosią­dze, skó­rzane sie­dzi­ska na solid­nych sprę­ży­nach, które swoim kształ­tem wysy­łały przy­ja­zne zapro­sze­nie dla tyłka. I czarno-białe kafelki pokry­wa­jące pod­łogę, któ­rych wzór zachwy­ciłby Eukli­desa.

Wra­że­nie to jed­nak pry­skało natych­miast za pro­giem. Aby wró­cić do świata współ­cze­snego, trzeba było wspiąć się po kilku zatłusz­czo­nych beto­no­wych stop­niach wio­dą­cych na ulicę. Klatka scho­dowa była czarna od wie­lo­let­niego brudu. To w takich miej­scach umie­rają dzi­kie koty. W kątach zebrały się zaspy McŚmieci - nie­do­pałki, opa­ko­wa­nia po fast foodach, butelka po wodzie do połowy wypeł­niona prze­żu­tym i wyplu­tym tyto­niem. Dziś na dwo­rze pano­wał chłód, dzięki czemu przy­naj­mniej aż tak nie cuch­nęło, ale latem, idąc tędy, musiał wstrzy­my­wać oddech.

Caro­lyn też się to nie podo­bało. W barze zdjęła gumowce, ale na progu nacią­gnęła je z powro­tem i znów zrzu­ciła, dotarł­szy na szczyt scho­dów. Getry miała pasia­ste, w kolo­rach nie­mod­nej tęczy. Do dia­bła, musiał zapy­tać.

- Skąd ty wzię­łaś te ciu­chy?

- Hm?

Wska­zał ręką kalo­sze.

- Miesz­kam u pew­nej pani. Miała je w sza­fie.

Bez gumow­ców stopy miała bose. Par­king wysy­pano gru­bym żwi­rem, ale naj­wy­raź­niej jej to nie prze­szka­dzało.

- Mój wóz stoi tam. - To była biała fur­go­netka robo­cza, paro­let­nia, z czer­wo­nym napi­sem "Hodg­son, hydrau­lik" na drzwiach. Dostępu do tyl­nej czę­ści chro­niły zamki Medeco, naj­lep­sze. - Wiem, laski na nią lecą. Posta­raj się opa­no­wać.

Po zacho­dzie słońca zro­biło się chłodno. Gdy mówił, powie­trze ula­ty­wało mu z ust bia­łymi obłocz­kami.

Prze­krzy­wiła głowę, przy­glą­da­jąc mu się pyta­jąco.

- Nie­ważne, to nie było zabawne. - Wsiadł na miej­sce kie­rowcy, a Caro­lyn zaczęła maj­stro­wać przy klamce. - Zablo­ko­wała się?

Odpo­wie­działa sła­bym, ner­wo­wym uśmie­chem i szarp­nęła moc­niej. Się­gnął ponad fote­lem i otwo­rzył drzwi od środka.

- Dzięki.

Rzu­ciła swoje kalo­sze i torbę z trzy­stu dwu­dzie­stoma sied­mioma tysią­cami dola­rów na pod­łogę, pomię­dzy butelki moun­tain dew i puste torebki po suszo­nej woło­wi­nie. Sku­liła się na fotelu, pod­wi­ja­jąc nogi, giętka niczym ośmio­latka.

- Z tyłu mam zapa­sową kurtkę, chcesz poży­czyć? Zro­biło się zimno.

Pokrę­ciła głową.

- Nie, dzięki, nie trzeba.

Steve prze­krę­cił klu­czyk. Sil­nik ożył z niskim pomru­kiem, z otwo­rów wen­ty­la­cyj­nych zaczęło wyle­wać się zimne powie­trze. Ostat­nia szansa, pomy­ślał. Ostat­nia szansa, żeby się wyco­fać. Zer­k­nął na pod­łogę; w żół­tym jak flegma bla­sku ulicz­nej latarni widział pliki bank­no­tów ukryte pod bre­zen­tem. Skrzy­wił się jak ktoś, kto połyka lekar­stwo.

- Masz adres tego domu?

- Nie.

- No to jak mam...

- Z par­kingu skręć w lewo, jakieś trzy kilo­me­try dalej...

Uniósł rękę.

- Zacze­kaj.

- Myśla­łam, że zała­twimy to dzi­siaj.

- Bo zała­twimy. Ale naj­pierw musimy poga­dać.

- A. Dobra.

- Robi­łaś to już wcze­śniej?

- Nie do końca. Nie.

- Jesteś z tych draż­li­wych? Ner­wo­wych?

Posłała mu lekki, cierpki uśmiech.

- Wiesz, auten­tycz­nie nie wiem. Jeśli tak, to potra­fię nad sobą zapa­no­wać.

- To dobrze. Nie mam poję­cia, czego się spo­dzie­wasz, ale to nie jest jak skok na bun­gee. Jako nowi­cjuszka możesz być nieco spięta. To nor­malne. Ale po pierw­szych paru razach robi się nudno, bar­dziej przy­po­mina to pomoc kum­plowi w prze­pro­wadzce niż to, co oglą­dasz w fil­mach.

Caro­lyn poki­wała głową.

- Rozu­miem.

Znów uniósł rękę.

- Acz­kol­wiek jest parę rze­czy, o któ­rych musisz pamię­tać. Masz komórkę?

Przez chwilę patrzyła na niego, jakby nie zro­zu­miała pyta­nia, w końcu pokrę­ciła głową.

- Serio?

- Serio. Nie mam żad­nego tele­fonu. To jakiś pro­blem?

- Nie. Chcia­łem powie­dzieć, żebyś się go pozbyła. Komórki można wyśle­dzić. A w dzi­siej­szych cza­sach wszy­scy noszą je przy sobie. Masz ręka­wiczki?

- Nie.

- Poży­czę ci parę. Będziesz musiała też zało­żyć kalo­sze. Odci­ski stóp. Pew­nie nie wezwą tam całej ekipy kry­mi­nal­nych, nie będą badać wszyst­kich wło­sów i włó­kien, nie w przy­padku zwy­kłego wła­ma­nia, ale odci­ski mogą spraw­dzić. Poza tym rób to co ja i sta­raj się nie doty­kać niczego, czego nie musisz. Nie masz przy sobie broni, prawda?

- Nie.

- Świet­nie. Broń ozna­cza kło­poty.

Poza fak­tem, że Steve nie chciał nikogo krzyw­dzić, był też ska­zań­cem. Gdyby przy­ła­pano go z bro­nią, to ozna­cza­łoby mini­mum pięć lat za krat­kami.

- Zacze­kaj, zała­twię kilka rze­czy.

Steve wyjął z kie­szeni wła­sną komórkę i wycią­gnął kartę SIM. Wie­dział, że gliny potra­fią stwo­rzyć cał­kiem dokładną mapę prze­miesz­cza­nia się danej osoby dzięki wie­żom tele­fo­nii komór­ko­wej, z któ­rymi łączył się tele­fon. Jeśli usunę kartę, to chyba będzie nie­moż­liwe, prawda? Wolał nie ryzy­ko­wać. W cza­sach, kiedy się tym zaj­mo­wał, komórki nie ist­niały. Przy­szło mu nawet do głowy, by scho­wać tele­fon do jed­nej ze skrzy­nek ze sprzę­tem na tyłach fur­go­netki. To powinno zadzia­łać jak winda i odciąć sygnał, ale ni­gdy nie wia­domo. A co tam, kurwa, pomy­ślał. Po pro­stu go roz­walę. Pew­nie to prze­sada, ale skoro miał już to zro­bić, to jak należy.

Zatrzy­mał się na tyłach par­kingu - pod latar­nią, ale z dala od wszyst­kich innych i mocno na ubo­czu. Trudno się pozbyć sta­rych nawy­ków. Uśmiech­nął się lekko. Meta­lowa skrzynka nad osłoną koła otwo­rzyła się, naoli­wione zawiasy nawet nie zaskrzy­piały.

Zaczął wycią­gać narzę­dzia. Bez­prze­wo­dowa wier­tarka Makita, parę śru­bo­krę­tów, nie­wielki łom, dwu­ipół­ki­lowy mło­tek i slim jim do otwie­ra­nia samo­cho­dów. Zro­bił go wła­sno­ręcz­nie ze sta­lo­wej bla­chy - tak tylko żeby nie stra­cić wprawy. Zawi­nął komórkę w ścierkę i znisz­czył dwoma cio­sami młotka, resztę rze­czy przy­piął do pasa razem z parą skó­rza­nych ręka­wic robo­czych, a potem wrzu­cił pas do ple­caka. Od dawna już nie szy­ko­wa­łem zestawu, pomy­ślał. Poczuł coś na kształt nostal­gii, ale zdu­sił ją w zarodku. Nie­na­wi­dził się za to, jak bar­dzo mu tego bra­ko­wało. Chciał stać się lep­szym czło­wie­kiem i raczej mu się to uda­wało, choć nawet po dzie­się­ciu latach cios, który zakoń­czył jego karierę wła­my­wa­cza, i towa­rzy­szący mu wer­dykt - "ty mały gnojku" - wciąż tkwił mu w gło­wie.

Ale... trzy­sta kawał­ków. Wes­tchnął.

- Jak daleko?

- Ze dwa­dzie­ścia minut.

- I co to za miej­sce? Dom? Miesz­ka­nie?

- To dom.

- Wol­no­sto­jący? Nie bliź­niak czy coś?

- Tak, wol­no­sto­jący, na osie­dlu, ale oko­lica jest pra­wie zupeł­nie pusta, a wła­ści­ciel pra­cuje na nocną zmianę, więc mamy tyle czasu, ile trzeba.

- No dobra. Po pierw­sze, muszę nam zała­twić inny wóz.

- Czemu?

- Mię­dzy innymi dla­tego, że ten ma na drzwiach moje nazwi­sko.

- A, jasne.

Poje­chali na lot­ni­sko. Steve zatrzy­mał się na par­kingu krót­ko­ter­mi­no­wym, zarzu­cił ple­ca­czek na ramię. Prze­szli przez ter­mi­nal i z prze­ciw­nej strony pod­je­chali busem na par­king dłu­go­ter­mi­nowy. Zaczął wędro­wać wzdłuż rzę­dów samo­cho­dów, aż w końcu zna­lazł jeden z wyraź­nie widocz­nym kawał­kiem biletu, gra­na­tową toyotę camry, chyba naj­bar­dziej ano­ni­mowy model na dro­gach. Wła­ści­ciel zosta­wił ją dzień wcze­śniej. Dosko­nale.

- Stań tam, dobrze? - popro­sił.

Caro­lyn zajęła miej­sce przy kole, Steve zacze­pił łom o pętelkę na pasie, a nożyce do drutu scho­wał do tyl­nej kie­szeni. Potem wycią­gnął z ple­caka długi pasek sta­lo­wej bla­chy, wci­snął pomię­dzy okno a gumową uszczelkę i otwo­rzył zamek. Był gotów na odpa­le­nie alarmu, ale nic takiego nie zaszło. Otwo­rzył od środka bagaż­nik i wrzu­cił do niego ple­ca­czek.

- Idziesz?

Pode­szła z dru­giej strony i usia­dła na miej­scu pasa­żera.

- Szybko poszło - zauwa­żyła. - Moja sio­stra miała rację co do cie­bie.

- Dla­tego wła­śnie płacą mi wielką kasę.

Pod­wa­żył łomem osłonę kolumny kie­row­nicy i śru­bo­krę­tem prze­su­nął blo­kadę zapłonu. Toyota zapa­liła za pierw­szym podej­ściem. Nie­któ­rych wyjaz­dów z par­kingu pil­no­wały auto­maty, ale elek­tro­niczny ślad pozo­sta­wiony przez kartę kre­dy­tową, gdyby nią zapła­cił, sta­no­wiłby nie­od­party dowód bły­sko­tli­wej kra­dzieży. Zamiast tego zało­żył z powro­tem meta­lową osłonę kolumny kie­row­nicy i pod­jeż­dża­jąc do okienka, trzy­mał w ręku odli­czoną sumę. Nie musiał zada­wać sobie trudu. Par­kin­gowy, znu­dzony ciem­no­skóry męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce, oglą­dał tele­wi­zję i nawet nie pod­niósł wzroku. Wyśli­znęli się w noc.

III

W skry­to­ści serca Steve wyobra­żał sobie, że jest bud­dy­stą.

Parę lat temu, wie­dziony kapry­sem, kupił w księ­garni Bud­dyzm dla opor­nych. Trzy­mał tę książkę pod łóż­kiem, teraz już, po licz­nych lek­tu­rach, sfa­ty­go­waną, z poza­gi­na­nymi kart­kami, popla­mio­nymi tłusz­czem z pizzy i colą. Cza­sami, kiedy nie mógł zasnąć, wyobra­żał sobie, że porzuca cały swój doby­tek i prze­nosi się do Tybetu. Wstą­piłby do klasz­toru, naj­le­piej takiego wznie­sio­nego w poło­wie zbo­cza. Ogo­liłby głowę. Byłyby tam bam­busy, pandy i her­bata. Nosiłby poma­rań­czową szatę. Popo­łu­dniami praw­do­po­dob­nie chó­ral­nie by śpie­wali.

Bud­dyzm, myślał sobie, to czy­sta reli­gia. Ni­gdy nie sły­szy się, że osiem osób - w tym dwoje dzieci - wyle­ciało w jebane powie­trze z powodu wie­lo­let­niego kon­fliktu pomię­dzy bud­dy­stami i kim­kol­wiek innym. Bud­dy­ści ni­gdy nie stu­kali ci do drzwi, aku­rat kiedy mecz robił się cie­kawy, tylko po to, by wci­skać ci bro­szurkę o tym, jak świet­nym gościem był książę Sid­dhar­tha. Może było tak dla­tego, że w praw­dzi­wym życiu Ste­ven nie znał żad­nych bud­dy­stów, ale kur­czowo trzy­mał się nadziei, że naprawdę mogą róż­nić się od innych.

Pew­nie to tylko bzdety. Pew­nie gdyby poszedł na praw­dziwe bud­dyj­skie nabo­żeń­stwo, odkryłby, że bud­dy­ści są rów­nie małost­kowi i poje­bani jak inni. Może mię­dzy pie­śniami roz­ma­wiają o tym, jak to ten czy ów nosi zeszło­roczną szatę, a kadzi­dło, które mały Zhang Wei spa­lił poprzed­niego dnia, było gów­niane i tanie, bo Zhang pocho­dzi prze­cież z tak bied­nej rodziny, cha, cha, cha. Ale Steve miesz­kał w Wir­gi­nii i był hydrau­li­kiem. Czemu miałby nie pouda­wać?

Ni­gdy nie posu­nął się tak daleko, by choćby fan­ta­zjo­wać o zaku­pie biletu na samo­lot. Nie był głupi. Załóżmy hipo­te­tycz­nie, że jego wizja bud­dyj­skiego ide­ału ma pod­stawy w rze­czy­wi­sto­ści. Prę­dzej czy póź­niej musia­łoby zatem wyjść na jaw, że on sam wciąż jest sukin­sy­nem, tyle że z ogo­loną głową i w poma­rań­czo­wej sza­cie.

Zapewne prę­dzej niż póź­niej, pomy­ślał. Budda bar­dzo jasno wyra­żał się na temat kra­dzieży. "Jeśli zabi­jesz, kła­miesz bądź krad­niesz... wyko­pu­jesz wła­sne korze­nie. A jeżeli nie potra­fisz zapa­no­wać nad sobą, szkody, które wyrzą­dzasz, zwrócą się Bole­śnie prze­ciw tobie". "Bole­śnie" zapi­sano wielką literą.

A jed­nak, pomy­ślał z men­tal­nym odpo­wied­ni­kiem wes­tchnie­nia, oto jestem.

- Tutaj w lewo - powie­działa Caro­lyn.

- Możesz powtó­rzyć?

- Powie­dzia­łam: skręć tutaj w lewo, przy czer­wo­nym aucie.

Jechali od dwu­dzie­stu minut, Caro­lyn wska­zy­wała drogę.

- Tu w lewo. W tę sze­roką drogę. Ups, prze­pra­szam, zawróć. - Jej głos, niski, gar­dłowy, brzmiał hip­no­tycz­nie.

Do tego Steve miał kiep­skie wyczu­cie kie­runku. Wystar­czyło pięć minut od opusz­cze­nia lot­ni­ska, by kom­plet­nie się zgu­bił. Rów­nie dobrze mogli zna­leźć się na Fidżi. W Nagoi. Na Księ­życu.

- Na pewno wiesz, gdzie jedziemy?

- O tak.

- I jeste­śmy już bli­sko?

- Jesz­cze parę minut. Nie­długo.

Sie­działa sku­lona w fotelu pasa­żera, odwró­cona ple­cami do drzwi. Pozy­cja ta w połą­cze­niu z obci­słymi spoden­kami kolar­kami odsła­niała spory kawa­łek nogi. Miał pro­blem, by się na nią nie gapić. Zer­kał za każ­dym razem, gdy prze­jeż­dżali obok bil­l­bo­ardu bądź znaku dro­go­wego. Naj­wy­raź­niej jej to nie prze­szka­dzało, chyba w ogóle nie zauwa­żyła.

- Tam skręć - pole­ciła.

- Tutaj?

- Nie, w następną, gdzie ten... tak. - Uśmiech­nęła się do niego, jej oczy w pro­mie­niach księ­życa bły­snęły dziko. - Już nie­da­leko.

Droga przed nimi była ciemna, znaj­do­wali się spory kawa­łek za mia­stem i powoli zagłę­biali w tereny rol­ni­cze, gdy wje­chali na nie­mal puste osie­dle. Było wiel­kie, czy raczej tak je zapro­jek­to­wano - dość powierzchni jak na sto domów z ogród­kami wiel­ko­ści chu­s­teczki do nosa. Tu i tam dostrzegł kilka ukoń­czo­nych budyn­ków, kilka kolej­nych miało wylane fun­da­menty, spo­mię­dzy któ­rych wyra­stały chwa­sty, lecz więk­szość dzia­łek stała pusta.

- Ide­al­nie - mruk­nął Steve.

- Tam. - Poka­zała ręką. - To ten.

Steve podą­żył wzro­kiem za jej pal­cem i ujrzał nie­wielki dom poma­lo­wany na odcień zie­leni, który nawet w ciem­no­ści wyglą­dał ohyd­nie. Pod­jazd był pusty. Jedyne źró­dło świa­tła sta­no­wiła samotna lampa uliczna na rogu.

Powoli prze­je­chał obok działki. Nagle cała ta scena sko­ja­rzyła mu się w dziwny spo­sób z tele­dy­skiem rapo­wym, przez co z kolei poczuł się jak kre­tyn. Sto metrów dalej droga skrę­cała dosta­tecz­nie, by dom znik­nął im z oczu za kępą drzew. Steve zapar­ko­wał tam i odwró­cił się, by spoj­rzeć na Caro­lyn.

- Ostat­nia szansa - rzu­cił. - Na pewno chcesz to zro­bić? Gdy­byś powie­działa mi, o co ci cho­dzi, mógł­bym...

Jej oczy bły­snęły w świe­tle księ­życa.

- Nie. Muszę pójść z tobą.

- No dobra. - Raz jesz­cze zer­k­nął na jej nogi, a potem wysiadł.

Ostrożne trza­śnię­cie zamy­ka­nych drzwi zabrzmiało zado­wa­la­jąco cicho. Okrą­żył wóz i zabrał z tyłu ple­cak.

- To co...

Musnęła pal­cami jego kark. Zadrżał i poczuł, jak jeżą mu się wło­ski na skó­rze. Gdy się odwró­cił, odkrył, że Caro­lyn stoi bar­dzo bli­sko, dość bli­sko, by mógł poczuć jej zapach. Pach­niała tro­chę, jakby nie kąpała się od... no cóż, od dawna, ale w dobrym sen­sie - piż­mowo, kobieco. Jego noz­drza się roz­sze­rzyły.

- Chodź - rzu­ciła.

Z powro­tem nacią­gnęła kalo­sze na pasia­ste getry.

Kiedy dotarli do domu, Steve zaj­rzał do skrzynki na listy. Była pełna, co naj­mniej tydzień śmie­cio­wej poczty. Wła­ści­ciela od jakie­goś czasu tu nie było, pomy­ślał. Ide­al­nie. Wycią­gnął jedno z pism i prze­chy­lił tak, by w świe­tle księ­życa móc odczy­tać okładkę. "Maga­zyn szefa poli­cji", gło­siły wiel­kie nie­bie­skie litery, a zaadre­so­wano go do "detek­tywa Marvina Minera". Spoj­rzał na Caro­lyn.

- Ten gość to glina?

- Na to wygląda.

- Co ci zro­bił?

- Znisz­czył jedwabną sukienkę.

- W jaki spo­sób?

- Zakrwa­wił ją.

- Hm. Pró­bo­wa­łaś prze­płu­kać wodą z so...

- Tak, ale plama była za duża. Wcho­dzisz w to czy nie?

- No... w sumie to chyba bez róż­nicy, jeśli zała­twimy wszystko jak trzeba. Poza tym wygląda, że detek­tywa Minera nie ma w domu.

- Mmm.

Steve zawa­hał się, po czym wszedł na pod­jazd, pod­szedł do drzwi fron­to­wych i naci­snął dzwo­nek. Nikt nie odpo­wie­dział.

- Po co to zro­bi­łeś?

- Nie spo­dzie­wa­łem się nikogo, ale jeśli jest tam rot­twe­iler czy coś, lepiej wie­dzieć o tym z góry.

- A. Bar­dzo słusz­nie. - Jej głos ocie­kał nie­sma­kiem.

- Nie lubisz psów?

Pokrę­ciła głową.

- Są nie­bez­pieczne.

Steve spoj­rzał na nią pyta­jąco - zwy­kle, kiedy wie­czo­rem wra­cał do domu, jego coc­ker spa­niel, Petey, mer­dał ogo­nem tak mocno, że trząsł mu się cały zad. Może kiedy to się skoń­czy, poje­dziemy do Tybetu razem z Peteyem, pomy­ślał. Wyobra­ził sobie, jak wspina się na wzgó­rze do klasz­toru w pogodny wio­senny dzień, a Petey pod­ska­kuje obok. Na górze cze­kał na nich Pokój Wewnętrzny.

Ale wpierw inte­resy. Steve pod­niósł wycie­raczkę, szu­ka­jąc klu­cza. Nic. Prze­su­nął pal­cem po gór­nej kra­wę­dzi fra­mugi. Caro­lyn zer­k­nęła na niego pyta­ją­cym wzro­kiem.

- Bar­dzo czę­sto ludzie zosta­wiają tu klu­cze zapa­sowe. - Koniuszki jego ręka­wi­czek pokrył kurz, klu­cza nie było. - No cóż - mruk­nął - pozo­staje trud­niej­szy spo­sób.

Ruszyli na tyły, Steve wyjął łom i wci­snął go pomię­dzy drzwi a fra­mugę na pozio­mie zasuwy.

Wsa­dził do kie­szeni śru­bo­kręt zwy­kły i krzy­ża­kowy oraz nożyce do metalu.

- Jeśli to zwy­kły alarm, prze­waż­nie ma się pełną minutę, by go roz­broić - oznaj­mił. - To mnó­stwo czasu, ale ty lepiej zacze­kaj tutaj, nie chcę się o cie­bie poty­kać.

Przy­tak­nęła.

Steve pocią­gnął łom i sap­nął. Fra­muga odgięła się o parę cen­ty­me­trów, dość, by zasuwa wysko­czyła z obejmy i drzwi otwarły się, uka­zu­jąc ciem­ność. Ze środka wypły­nęło cie­płe powie­trze. Zacze­kał chwilę, ale nic nie zapisz­czało.

- Chyba nam się poszczę­ściło. Nie nasta­wił alarmu.

W środku było bar­dzo ciemno: wszyst­kie okna okry­wały zasłony - grube i cięż­kie, przez które nie prze­ni­kał blask księ­życa ani latarni ulicz­nej. Jedy­nym źró­dłem świa­tła w salo­nie była wielka wieża ste­reo, wysoka jak Steve; jasno­błę­kitne ledy odbior­nika oświe­tlały wygodny fotel, wyła­nia­jący się z morza pozgnia­ta­nych puszek po piwie.

- Na co cze­kasz? - spy­tała Caro­lyn.

Jej głos dobie­gał gdzieś z przodu. Steve nie pod­sko­czył, ale się wzdry­gnął. Nie sły­szał, jak prze­cho­dziła.

- Daję tylko oczom tro­chę czasu, żeby przy­wy­kły - wyja­śnił.

Rozej­rzał się - mikro­fa­lówka w kuchni mru­gała bez końca, wska­zu­jąc pół­noc nad wytłusz­czo­nym pudeł­kiem po pizzy i sto­si­kiem pognie­cio­nych papie­ro­wych ręcz­ni­ków. Ruszył do kuchni i otwo­rzył lodówkę, mru­żąc jedno oko, by nie oślep­nąć. Biała lampka pło­nęła zaska­ku­jąco jasno w ciem­no­ści. Lodówka oka­zała się nie­mal pusta - na drzwiach stał tylko do połowy pełny słoik pikli i pla­sti­kowa butelka z musz­tardą fran­cu­ską - ale w głębi tkwił kar­ton piwa. Steve, spra­gniony, przez chwilę roz­wa­żał pyta­nie, które mu się nasu­nęło, w końcu zamknął drzwi lodówki i nabrał do pla­sti­ko­wego kubka wody z kranu.

- Caro­lyn? Chcesz pić?

Nie odpo­wie­działa.

Wysta­wił głowę z kuchni.

- Caro­lyn?

- Tak?

Znów się prze­mie­ściła, teraz jej głos dobie­gał zza ple­ców Steve'a, który tym razem pod­sko­czył. Odwró­cił się, by na nią spoj­rzeć, stała bar­dzo bli­sko.

- Chcesz... - Urwał.

Pode­szła jesz­cze bli­żej i prze­su­nęła mu pal­cami po piersi.

- Co chcę?

- Hmm?

- Spy­ta­łeś, czy chcę... - Lekki akcent na ostat­nim sło­wie.

- A tak. Jasne. Na moment zgu­bi­łem wątek. - Zawie­sił głos. - Chcesz, żebym ci pomógł szu­kać tego... cokol­wiek to jest?

Odpo­wie­działa coś, czego nie zro­zu­miał.

- Co to było?

- Chiń­ski. Prze­pra­szam. Tyle języ­ków. Cza­sami, gdy się dener­wuję, słowa się zle­wają.

Dotyk pal­ców Caro­lyn na jego piersi dzia­łał elek­try­zu­jąco. Steve cof­nął się. Jego oczy przy­wy­kły do ciem­no­ści. Wcze­śniej­sze nie­wy­raźne kształty zastą­piły kanapa i tele­wi­zor, fotel i stół. Pod­szedł do szafki obok tele­wi­zora i otwo­rzył ją.

- Nie­złe - mruk­nął. Odtwa­rzacz był jakiejś nie­miec­kiej marki, znacz­nie lep­szy, niż można się było spo­dzie­wać po takim domu. - Chcesz wieżę?

- Nie.

Jego wła­sna wieża, od początku nie naj­lep­sza, ostat­nio powo­do­wała spię­cia. Się­gnął po tę - hej, to w końcu wła­ma­nie - jego dłoń na moment zawi­sła nad kablem zasi­la­ją­cym... a potem cof­nął ją, w duchu wymie­rza­jąc sobie kop­niaka w tyłek. "Jeśli zabi­jesz, kła­miesz bądź krad­niesz... wyko­pu­jesz wła­sne korze­nie". Kiedy uniósł wzrok, Caro­lyn już tam nie było.

- Hej - zawo­łał. - Dokąd poszłaś?

- To tutaj - odparła. - Zna­la­złam.

Jej głos dobie­gał z sąsied­niego pokoju. Steve znów się wzdry­gnął. Zna­la­zła? Ale co? Podą­żył za dźwię­kiem i zastał ją w salo­nie. Sie­działa na dłu­gim, oka­za­łym stole i dyn­dała nogami. Widział tylko jej syl­wetkę na tle jasnego bla­sku latarni. Za ple­cami Caro­lyn, niczym czarny tron, wzno­siła się szafka z por­ce­laną.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki