Biblioteka Amorlin - Kalyn Josephson

-
Proszę czekać

Rozdział 1.Kasira

Tego dnia, gdy Kasira przystała do wojowników grupy Malikinar, złożyła dwie przysięgi: pierwszą swojemu oddziałowi, że zgładzi wszystkie napotkane bestie, i drugą sobie samej, że przetrwa.

Nigdy nie przypuszczała, że ich dotrzymanie okaże się tak cholernie trudne.

Spowity mrokiem Isherwood postękiwał wokół niej. Było to skupisko powyginanych gałęzi i atramentowo zielonych liści zakończonych kolcami cienkimi jak kościany pył. Bagnisty las rozciągał się wzdłuż niemal całej granicy Kalthos, a wśród jego listowia żyły najgroźniejsze bestie kontynentu.

Jej buty przy każdym kroku zatapiały się w mokrej ziemi, dłoń miała zaciśniętą na rękojeści miecza z vyloru. Kilka chwil wcześniej odłączyła się od swojego oddziału. Choć Malikowie byli niezrównanymi pogromcami bestii, ich główny talent to brutalna precyzja w posługiwaniu się mieczem, nie zaś skradanie się, dlatego nie miała wątpliwości, że stado alkatirów, na które polowali, usłyszy zbliżającą się grupę.

Nie chciała tam być, kiedy bestie zaatakują.

- Kas! - rozległ się syk, więc zwolniła, widząc przedzierającą się przez zarośla Revnę.

Dziewczyna uwolniła się z pnączy z głośnym przekleństwem i Kasira aż się wzdrygnęła, nasłuchując odgłosu łap sunących przez poszycie. Cisza. Niewielka polana, przy której się zatrzymali, równie dobrze mogłaby znajdować się w zupełnie innym świecie, taki panował tam spokój, bezruch. Isherwood potrafił zagłuszyć wszelkie dźwięki. Tu krzyki przepadały bez echa.

Zupełnie jak w więziennej celi.

- Co ty tu robisz? - spytała Revna.

- Poluję.

- Naruszasz procedury. Znowu.

Kasira zerknęła na nią wymownie, na co przyjaciółka odpowiedziała hardym spojrzeniem. Rude loki związała z tyłu paskiem skóry tyvera, którego zabiła, gdy dołączyła do Malikinar, a na jej alabastrowym obliczu lśniła cienka warstewka potu. Zwisające nisko korony drzew skutecznie odgradzały promienie słońca, ale to nie łagodziło dokuczającego im gorąca. Kasira czuła wilgoć zbierającą się nad jej brwią.

Nienawidziła wilgotnego klimatu, czarnego skórzanego pancerza ocierającego się o lepką skórę i ciężaru miecza przewieszonego przez plecy. Każdy krok stanowił przypomnienie, że jej życie nie należy już do niej. Nosiła je niczym kamienie przez rzekę, czekając na dzień, w którym pociągną ją na dno.

Revna uniosła brodę.

- Uznają, że tchórzysz. Naprawdę nie potrzebują kolejnego powodu, by cię nienawidzić, Kas.

- Zabiłam więcej bestii niż którekolwiek z nich.

- Nie w tym rzecz. - Revna spojrzała na towarzyszkę z ukosa, co oznaczało, że zamierza poruszyć delikatną kwestię. - Nigdy nie bierzesz drengi i nie świętujesz swoich zabójstw. Nie ma znaczenia, jak wiele bestii zabijasz, skoro połowa oddziału jest przekonana, że jesteś po stronie tych potworów.

Kasira nie odpowiedziała na niewypowiedziane przez przyjaciółkę pytanie: "A jesteś?". Zabijała, bo na tym polegała jej praca. W przeciwnym razie trafiłaby z powrotem do Belvar, w mrok tak gęsty, że aż dławiący, do celi, w której ledwie mogła się wyprostować i gdzie towarzyszyło jej nieustanne drapanie pazurów w oddali.

- Kas? Kas!

Kasira wpatrywała się w dłoń na swoim ramieniu i powoli wracała do siebie. Zmartwienie na twarzy Revny przyprawiało ją o mdłości. Wyrwała rękę z uścisku przyjaciółki.

- Nic mi nie jest.

- Martwię się o ciebie. - Zielone oczy Revny zdradzały zwątpienie.

Kasira powstrzymała drwiące prychnięcie. Tak naprawdę miała na myśli to, że martwi się o jej duszę. Ale na co komu dusza, skoro nie można kupić za nią gorącego posiłku albo odegnać dzięki niej chłodu zimowej nocy?

Była w stanie przejmować się tylko jednym życiem naraz. To pośmiertne musiało poczekać.

- Nic mi nie jest - powtórzyła.

Najprostsze i najbardziej przydatne kłamstwo, jakie kiedykolwiek wypowiedziała. Te cztery słowa pozwoliły jej przetrwać w zimnej, pogrążonej w ciszy celi.

Revna nie zdążyła ich zakwestionować, bo powietrze rozdarł krzyk, a po nim spomiędzy drzew dobiegł je ogłuszający ryk alkatira.

- Nie ma za co - rzuciła tylko Kasira, po czym skoczyła głębiej w las.

Przyjaciółki znalazły swój oddział, pochłonięty walką na pobliskiej polanie. Stado stało tuż za wojakami. Bestii było znacznie mniej, ale nadrabiały rozmiarami i zaciekłością. Miały kocie ciała i jastrzębie łby oraz potężne skrzydła, pozwalające na dźwiganie dwa razy większego ciężaru niż własny. Wystarczyło, by alkatir rzucił się na żołnierza, a nieszczęśnik kończył z pogruchotanymi kośćmi. Mogły też rozszarpywać przeciwników potwornymi szponami.

Każdy inny oddział upadłby już pod naporem bestii, ale Malikowie nie byli zwykłymi żołnierzami. Rygorystyczne szkolenie i nieustannie toczone boje czyniły ich niezrównanymi w swoim fachu. Stawali się legendami, przed którymi drżały pozostałe królestwa. Nawet Kasira zastanawiała się, czy aby na pewno nie spłynęło na nich błogosławione światło Haidry.

Dobywszy miecza, dziewczyna stanęła przy Revnie i zaczęła obchodzić stado od boku. Cięła i rżnęła opierzone członki, a alkatiry padały z przeraźliwym rykiem. Uciszała je ciosami w gardziel, zapewniając im szybką śmierć. Oddział rozbił stado na dwoje i przedarł się przez nie od tyłu, po czym okrążył potwory i tym samym odciął im drogę ucieczki.

Kasira powaliła kolejną bestię, a jej wzrok padł na ranną samicę skuloną nisko nad ziemią. Stwór zamachnął się na nią umazanymi posoką pazurami. Uchyliła się i przeciągnęła ostrzem po boku potwora. Marne cięcie, ledwo drasnęła skórę. Bestia mogłaby uciec bez trudu, ale stała w miejscu i obnażała kły. Następny atak Kasiry okazał się skuteczny.

Gdy ciało alkatira padło na piach, dziewczyna zrozumiała, dlaczego bestia się nie ruszyła. Puchate młode kuliło się za truchłem matki. Jedno z jego złotych ślepi zamieniło się w krwawą miazgę. Kasira instynktownie wysunęła broń naprzód, ale zatrzymała się z mieczem w górze, nie mogąc oderwać wzroku od przerażonego malca.

Powinna go zabić. Malikowie wypełniali święty obowiązek. Jako wybrańcy Haidry tylko oni mogli dotykać bestii, nie plugawiąc przy tym swoich dusz. Tylko oni mogli je zabijać. A Kasira już wystarczająco naraziła się bogini. Mimo to stała jak zamrożona. Jakaś dawno pogrzebana część niej wstrzymała jej dłoń, a ona tylko patrzyła, jak młode rzuciło się do lasu.

Dopiero wtedy zauważyła ciszę panującą na polu walki. Ostatnie alkatiry zginęły albo uciekły, kilkoro żołnierzy opatrywali medycy z drugiego oddziału.

Oczy wszystkich pozostałych były zwrócone na nią.

- Widziałem to. - Do jej uszu dotarł głos kapitana Dessena. - Pozwoliłaś mu uciec.

Odwróciła się nieznacznie i zobaczyła rozbiegany wzrok mężczyzny oraz jego smukłe palce zaciskające się na biczu. Nawet otoczony oddziałem znakomicie wyszkolonych Malików wyglądał, jakby zaraz miał posikać się ze strachu, przerażony tym, jak daleko w las się zapuścił. Kasira nie miała pojęcia, jak to możliwe, by ktoś jego pokroju zdobył tak wysoką pozycję, ale władza rzadko trafiała do tych, którzy na nią zasługiwali.

- Nie było jej tu, kiedy bestie zaatakowały, panie - powiedział Jevin, mężczyzna o szczupłej twarzy i aparycji szczura. - Pewnie sama je tu zwabiła. Kottom nie można ufać.

- Miłośniczka bestii - szepnął ktoś zza jej pleców.

Revna już otwierała usta, aby coś wtrącić, ale Kasira rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie. To nie była jedna z tych sytuacji, które przyjaciółka mogła rozwiązać ostrym słowem i pięścią.

- Więc? - Dowódca wiedział doskonale, że nie istniało żadne wiarygodne wyjaśnienie jej zachowania.

Choć powierzono mu piąty batalion zaledwie dwa miesiące wcześniej, od samego początku uważnie się jej przyglądał. Kasira była bowiem przestępczynią z wyrokiem, służącą w wojsku w ramach programu dla skazańców, i tylko dzięki Dessenowi nie gniła teraz w celi pozbawionej okien. Kapitan z rozkoszą wykorzystywał władzę, jaką nad nią miał.

Wkrótce będzie musiała jakoś to ukrócić.

Dowódca podniósł głos i zwrócił się do pozostałych:

- W nagrodę za łaskę okazaną przez Kottkę cały oddział posprząta po dzisiejszym starciu.

Przez polanę przetoczył się wściekły pomruk. Kasira czuła na karku gniewne spojrzenia. Doskonale wiedziała, co robi Dessen: celowo oszczędził jej indywidualnej kary i rozłożył odpowiedzialność na całą grupę. Chciał poróżnić ją z pozostałymi, by poza nim nie miała nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić.

Kiedyś ucieszyłoby ją takie wyzwanie, odnalazłaby wszystkie sznurki kapitana Dessena i nauczyłaby się za nie pociągać. Teraz jej umysł odruchowo analizował możliwe intrygi z desperacją zranionego zwierzęcia uciekającego przed jej mieczem - choć było już za późno.

Oddział rozdzielił się na grupy, część zabezpieczała teren, pozostali układali truchła alkatirów na stosie. Stwory zostaną spalone z nastaniem poranka, a dzięki łasce Haidry grzechy, które sprowadziły je na świat, przemienią się w popiół. Jutro żołnierze wyruszą na poszukiwania kolejnych ofiar. Systematycznie, stwór za stworem, aż wszystkie bestie i grzechy zostaną wyeliminowane ku chwale bogini.

Kasira podeszła do najbliższych zwłok - młodej samicy, którą zabiła - i zataszczyła je na stos. Pchnęła cielsko ostatni raz, rzucając je na pozostałe, a to łypnęło na nią złotym okiem. Za życia alkatiry były uosobieniem elegancji i siły. Martwe, lśniące srebrną posoką, wydawały się niesamowicie kruche.

Pracowała w milczeniu, unikając spojrzenia Revny. Wkrótce powietrze wypełnił odór rozkładu, wieczorny wietrzyk nie zdołał powstrzymać bezlitosnego jesiennego słońca. Smród zatykał jej nos i gardło, a mięśnie paliły ze zmęczenia. Jej towarzysze już szukali drengi, czyli łupów. Zbierali wszystko: zakrzywione, blisko dziesięciocentymetrowe pazury, śnieżnobiałe pióra, srebrne futro. Cokolwiek, co nadałoby się do przyczepienia do skórzanego pasa.

Kasira nie wzięła niczego.

Gdy ostatnie ciało spoczęło na stosie pogrzebowym, słońce wisiało już nisko nad ziemią. Żołnierze wrócili do obozu, w którym panował zgiełk, trwały bowiem przygotowania do przybycia Paratala, który miał zjawić się nazajutrz. Namioty naprostowano, skórzane zbroje wyczyszczono, a miecze z vyloru wypolerowano na błysk. Podwojono patrole stacjonujące wzdłuż granicy Isherwood, przez co jeszcze zmniejszono i tak już niewielki batalion. Paratal, głowa kościoła Haidry, był w ich ojczyźnie drugi po królu, dlatego na jego życie i bezpieczeństwo nie szczędzono wydatków.

- Revna, kochanie, gdzieś ty była? - odezwał się zachrypnięty głos Paskara, który już wyciągał do dziewczyny długie brązowe ramię, ale zaraz cofnął je z odrazą. - Co to za smród?

- Zdaje się, że zwą to odorem porażki. - Revna strzepnęła białe piórko z poplamionego skórzanego pancerza. - Pasuje do mojej nowej estetyki.

Paskar mruknął pod nosem.

- Szczerze, jestem gotów uznać to za poprawę.

Revna coś mu odpyskowała, a po chwili zaczęli przerzucać się obelgami i wymieniać kuksańce. Po chwili dziewczyna unieruchomiła jego głowę wprawnym chwytem i domagała się, by cofnął wszystko, co powiedział. Zanim się od siebie odsunęli, oddział dotarł do głównego placu, gdzie żołnierze zbierali się, aby zjeść przy ognisku.

Kasira najbardziej na świecie pragnęła teraz chwili dla siebie, by wyczyścić brud spod paznokci i w spokoju wypolerować miecz w zaciszu własnego namiotu, jednak misja przeciągnęła się na tyle, że kolacja już się zaczęła. Wiedziała, że jeśli teraz nie pójdzie zjeść, później niczego nie dostanie. Stanęli więc w kolejce, Revna opowiadała Paskarowi, ile bestii zdołała zgładzić. On należał do drugiego oddziału, w którego skład wchodzili medycy, skrybowie i kartografowie, i nie brał udziału w walkach. Członkowie drugiego oddziału spędzali większość czasu w obozie, gdzie były potrzebne ich zdolności, a Paskar był wśród nich najlepszym medykiem.

Kucharz nałożył Kasirze potrawkę z jęczmienia i niedbale pokrojonych warzyw korzeniowych. Połowę tego, co dostawali pozostali. Spojrzał jej wyzywająco w oczy, ale ona tylko chwyciła dodatkowo kubek marnego obozowego piwa i ruszyła dalej.

- Dołączysz do nas dzisiaj, Kas? - spytał Paskar, kiedy wydostali się z kolejki.

Jego twarz z łatwością rozjaśniała się w uśmiechu, który niewątpliwie ułatwiał mu stawianie na swoim. Był to taki rodzaj uśmiechu, który z lubością zaadaptowałaby na własne potrzeby, a potem schowała do swojego arsenału, razem z pozostałymi, do czasu, aż będzie jej potrzebny.

Revna złapała ją pod ramię i powiedziała:

- Oczywiście, że tak.

Kasira nie zająknęła się nawet, że to zły pomysł, choć sama już to wiedziała. Przy ognisku, z głowami pochylonymi w modlitwie, siedzieli żołnierze pierwszego oddziału. Revna również do niego przynależała, była prawowitą członkinią Malikinar. Kasira natomiast technicznie należała do oddziału trzeciego - Kottów, jak nazywano ich w pochodzącym z północy języku kalijskim. Znaczyło to tyle co Nikt, bo tym właśnie byli przestępcy w oczach bogini - nikim.

Większość członków trzeciego oddziału była pod stałym nadzorem i wykonywała proste zadania, których nie sposób spartaczyć. Ich pozycja nie była wiele wyższa od służby, ale Kasira wykazała się jako sprawna żołnierka, więc wypożyczono ją pierwszemu oddziałowi, choć jej nowi towarzysze przy każdej możliwej okazji przypominali jej, że nie jest jedną z nich.

Kiedy Revna szturchnęła Jevina i jeszcze innego Malika, żeby przesunęli się w bok i zrobili dla nich miejsce na kłodach, ci ustąpili, ale niechętnie. Jevin spojrzał na nią z takim niesmakiem, że gdyby była dzbanem mleka, niechybnie by skwaśniała. Chwycił przy tym za koraliki różańca owiniętego wokół nadgarstka, jakby te mogły go uchronić przed jej zepsuciem. Revna czekała, aż coś powie, ale on tylko się odwrócił.

Choć po dołączeniu do jednostki Malikinar Kasira usilnie próbowała trzymać się na uboczu, Revna przyciągnęła ją do siebie i otoczyła przyjaźnią niczym inwazyjne pnącze. I choć Kasira za nic nie przyznałaby tego na głos, właśnie ta więź utrzymywała ją na powierzchni. Wbrew zdrowemu rozsądkowi nadal potrzebowała kotwicy. Punktu zaczepienia, wokół którego mogła budować swoje kłamstwo, zgodnie z naukami Lorayi.

Tyle że tym razem nie było żadnej ofiary, żadnego planu, żadnej intrygi. Tym razem sztuczka polegała na tym, żeby przetrwać.

Gdy usiedli, ziemia zadrżała, aż wstrząsy przeszły przez cały obóz. Drzewa jęczały i drgały, kilka marnie postawionych namiotów zapadło się do środka. Kasira zebrała się w sobie, gotowa zareagować, ale trzęsienie przeszło równie szybko, jak się zaczęło.

Paskar strzepnął kropelki piwa z palców.

- Pojawiają się coraz częściej.

- Bogini jest niezadowolona - syknął niskim głosem Jevin. - Z powodu bestii, która... uciekła.

Kasira zacisnęła dłoń na kubku. Ludzie pokroju Jevina za wszystko obwiniali bestie, w Kalthos nie można było nawet potknąć się z własnej winy. Ale może o to chodziło. Może na tym polegała ta farsa. Potrzebowali kogoś, kogo można obarczyć winą za ich cierpienie, a kościół haidryjski dał im idealnego kozła ofiarnego. Dzięki temu, kiedy przed wiekiem władze oddały kraj bogini, lud przestał obwiniać przywódców za wszystkie niepowodzenia i zaczął mordować bestie - nader chętnie łykając wszelkie wymówki, byleby załagodzić własny ból.

"A może to wszystko prawda", pomyślała, przyglądając się gruzłowatej bliźnie na spodzie dłoni. Może jej dziecięca fascynacja bestiami, jej ciekawość... Może to one ją zepsuły. Wystarczył jeden dotyk, by grzech zagnieździł się pod jej skórą, a zło zalęgło w piersi. Tak powiedzieli kapłani, kiedy próbowali wypalić zło z jej ciała. Jeśli nie okaże skruchy, to gdy nadejdzie Haidra, jej dusza trafi do zimnego czyśćca, skazana na wieczne potępienie w mroku i ciszy.

Pozostałości dawnej fascynacji powstrzymały jej dłoń przy małym alkatirze i była pewna, że jeszcze nie skończyła płacić za ten błąd.

Paskar zerkał nerwowo między Jevinem i Revną, która wyglądała, jakby zaraz miała nadziać go na widelec, wystarczyło jedno rzucone nieopatrznie słowo. Była równie oddaną wierną jak pozostali mieszkańcy Kalthos, ale jeszcze lojalniejszą przyjaciółką. Kasira na nią nie zasługiwała.

Paskar, najwidoczniej chcąc zmienić temat, wypalił:

- Słyszeliście, że Bibliotekarz w końcu ogłosił poszukiwania nowego Asystenta?

Kasira od razu zwróciła głowę w jego kierunku. Długie nogi miał wyciągnięte przed siebie i skrzyżowane w kostkach, a ciało przechylone tak, że barkiem dotykał ramienia Revny.

- Już myślałem, że tego nie zrobi.

Napięcie między Jevinem i Revną było wyczuwalne jeszcze przez chwilę, aż w końcu dziewczyna pociągnęła nosem, wpakowała sobie kawał chleba do ust i powiedziała:

- Współczuję błaznowi, którego wybierze.

- No nie wiem - odpowiedział Paskar z zawadiackim uśmiechem. - Słyszałem, że obecny Bibliotekarz jest całkiem atrakcyjny.

- Atrakcyjny diabeł to wciąż diabeł, Paskar - skwitowała Revna. - A gorszego niż Bibliotekarz nie ma. Prawda, Kas?

- Tak - odpowiedziała mechanicznie, jak nauczyła się już dawno temu.

Jakiekolwiek inne stwierdzenie zostałoby uznane za bluźnierstwo. Amorlin pełniło funkcję arbitra polityki międzynarodowej sześciu królestw oraz jedynego nadzorcy nad magią. Do tego te same bestie, na które polowali Malikinar, tam żyły w spokoju. Chronienie i badanie stworów było najważniejszym zadaniem Biblioteki. W Kalthos zaś traktowano je mieczem. Właśnie z tej różnicy w podejściu wynikała wieloletnia niechęć Kalijczyków do Biblioteki.

Dla nich była ona siedliskiem grzechu, a Bibliotekarz - jej mrocznym panem.

- Może to dlatego przyjeżdża Paratal - droczył się dalej Paskar, poruszając wymownie krzaczastymi brwiami. - Wybierze kogoś z nas.

Na jego żart odpowiedziało kilka pobladłych twarzy i rozgniewanych spojrzeń. Nikt poza nim się nie śmiał.

- Powinni wysłać któregoś z was. - Jevin splunął na ziemię pod stopami Kasiry. - Twoja dusza i tak jest przeklęta, Kottko.

Ledwo zdążył dokończyć zdanie, dostał w twarz strumieniem piwa, a potem także cynowym kubkiem rzuconym przez Revnę.

- Jeszcze słowo, a następny będzie nóż.

- Skierowanie broni przeciwko innemu Malikowi to... - zaczął Jevin, ale zamilkł, kiedy Revna wysunęła częściowo miecz z pochwy.

Towarzyszył temu uśmiech sugerujący, że ma w poważaniu zasadę, którą zamierzał wyrecytować.

- Nie powinieneś mówić w ten sposób o Bibliotece - wtrącił jeden z żołnierzy, który wcześniej był zajęty modlitwą, w jego oczach błyszczał zapał. - Haidra pragnie uwolnić od zepsucia bestii wszystkie dusze, nie wyłączając Bibliotekarza i jego magów. Gdybyśmy odwrócili się od tych najdotkliwiej cierpiących, czy naprawdę moglibyśmy rzec, że wypełniamy jej dzieło?

- Powinniśmy zmieść ich z powierzchni ziemi tak samo jak bestie - odpowiedziała Revna, a kilku innych żołnierzy mruknęło na znak zgody.

Potem wszyscy porzucili temat. Rozmowa zeszła na wizytację Paratala w kolejnych batalionach Malikinar oraz spekulacje wokół niedawnej serii kradzieży w obozie, jednak Kasira została myślami przy Bibliotece i historiach, które opowiadała jej matka.

Niewiele pamiętała sprzed pożaru, w którym zginęli jej rodzice. Nie potrafiła przywołać twarzy matki, jedynie czarne włosy, które spływały wokół bioder niczym jedwabne wstęgi. Pamiętała natomiast, kiedy matka pokazała jej stworzenie żyjące w strumieniu w pobliżu ich domu. Oraz to, jak położyła pokrytego łuskami talowella na jej dłoni i szepnęła cicho: "Widzisz, wcale nie jest taki straszny".

Matka nauczyła ją patrzenia na bestie z ciekawością, a nie ze strachem, zaszczepiła w młodziutkiej Kasirze marzenie o zostaniu pierwszą od stu lat maginią z Kalthos.

Ach, jakże ona była wtedy głupia.

- Mówię wam, mamy pośród nas złodziejaszka. - Głos Revny wyrwał ją z zamyślenia. - Przepadł sztylet z vyloru podarowany mi przez ojca, kiedy dołączyłam do oddziału, a Kasira straciła srebrną szpilkę do włosów.

Paskar zdawał się nieprzekonany.

- Żaden Malik nie skalałby się kradzieżą. Cóż, może poza... - Zerknął w stronę Kasiry, a Revna przyłożyła mu w ramię na tyle mocno, że wykrzywił twarz.

Nie chodziło mu o Kasirę. Co prawda nie wiedzieli dokładnie, co miała na sumieniu, ale byli świadomi, że pracowała dla Thane'a Ryarcha, a on, choć parał się kradzieżą, to nie na tak skromną skalę. W samym oddziale nie brakowało jednak drobnych złodziejaszków, którzy mogli być odpowiedzialni za te kradzieże. Tak czy inaczej to była dobra okazja, by przeprosić towarzystwo i się ulotnić.

- Kas - zaczęła Revna.

- Nic się nie stało - powiedziała dziewczyna, wstając. - Jestem zmęczona. Zobaczymy się rano.

Paskar posłał jej przepraszające spojrzenie, ale ona oddała mu resztę swojego piwa i odeszła.

Wdzięczna za to, że w końcu jest sama, umyła się, założyła czystą tunikę i spodnie, a zanim wróciła do namiotu, który dzieliła z Revną, wyczyściła jeszcze skórzaną zbroję. Wypolerowawszy miecz, wcisnęła się w śpiwór i leżała ze wzrokiem wbitym w poszycie namiotu, bawiąc się złotymi koralikami różańca, który zwinęła Jevinowi z nadgarstka.

Ludzie zwykle myślą, że każdy szwindel to jakaś wyszukana, skomplikowana intryga, rozpisana na mnóstwo małych kroczków i wielkich, śmiałych kroków. Tak naprawdę jednak to może być proste kłamstwo albo upozorowanie sceny pozwalającej na stworzenie historii, której akurat potrzebujesz. Bywa, że to coś tak prozaicznego jak wykorzystanie okazji - chwili nieuwagi - dajmy na to kubka rzuconego w czyjąś twarz.

Były takie rzeczy, których Kasira nie mogła zaniechać, nawet w swoim stanie bliskim katatonii. Jej serce wciąż biło, płuca oddychały, a umysł analizował kolejne machlojki. Jutro znów się obudzi i wyruszy na polowanie. Jej miecz znów wrazi się w ciało, a ona znów zmyje posokę z dłoni i wróci do obozu pełnego ludzi, którzy jej nie ufają i których motywacji nie podziela. I znów, i znów, dzień za dniem.

Sen. Pobudka. Polowanie. Sen. Pobudka. Polowanie.

Ta rutyna stała się rytmem jej życia, poddała się jej, wykazując się przy tym wytrwałością godną muła. To pchało ją naprzód, kazało stawiać jedną stopę za drugą. Dzięki temu była w stanie przetrwać każdy dzień, potem tydzień, a zaraz minie już kolejny rok. Przeżyty rok.

Rok bliżej wolności.

W ten nieudolny sposób próbowała spełnić obietnicę, którą złożyły sobie z Lorayą. Kasira nie przetrwałaby w więzieniu jeszcze siedemnastu lat, a właśnie tam by była, gdyby nie Malikinar. Nie miała innego wyboru, innego życia, nic poza tym rytmem. To on kołysał ją do snu.

Sen. Pobudka. Polowanie. Sen. Pobudka. Polowanie.

Przetrwanie.

Rozdział 2.Kasira

Kasira obudziła się z krzykiem na ustach.

Minęło kilka chwil, zanim jej umysł zaczął nadążać za wzrokiem. Podczas tych paru sekund zwłoki - pomiędzy koszmarem a jawą - znów była w swojej celi w Belvar, gdzie ściany stały za blisko, a zatęchłym powietrzem nie dało się oddychać. W końcu jej oczy wyodrębniły sylwetkę drzemiącej obok Revny, której niskie chrapanie wypełniało namiot.

Nie pierwszy raz obudziły ją koszmary. Jeszcze przed Belvar nie przesypiała nocy. Wówczas spała obok niej kobieta tak przebiegła, że Kasira wszystkie nastoletnie lata poświęciła na próby dorównania jej umiejętnościom. Wtedy łatwo było wierzyć, że tak będzie już zawsze, że nic się nie zmieni. Teraz wiedziała, że świat może odmienić choćby zwykły podmuch wiatru.

Serce waliło jej boleśnie o żebra, kiedy wygramoliła się z łóżka, założyła buty i wyśliznęła się po cichu na polanę skąpaną w świetle pełni księżyca. Z pobliskiego namiotu dobiegało jakieś bełkotanie, mieszające się z poprzeinaczanymi wersami W imię króla bestie będziem bić. Poza tym w obozie panowała cisza; podczas świętowania wczorajszych triumfów nie zabrakło cienkiego piwa, ale ostatni hulacy zalegli już na posłaniach.

Gdziekolwiek indziej w Kalthos podobna rozpusta zostałaby surowo potępiona, ale nie wśród wybrańców Haidry. Malikinar wyrośli z grupy haidrańskich kapłanów, gdy religia dotarła na południe. Przez ostatnie dekady formacja znacznie zwiększyła liczebność i mimo powiązań z kościołem silnie wrosła w struktury wojskowe królestwa. Kasira była przekonana, że połowa Malików dołączyła do wojska tylko ze względu na większą swobodę; mieli dość upomnień, że pijąc i klnąc, plugawią swoje dusze.

Ruszyła przed siebie, ale po chwili oddech przyspieszył jej z nerwów, więc wymknęła się do Isherwood. Czasem bezmiar nieba sprawiał, że czuła się, jakby tonęła. Tyle lat spędziła zamknięta w celi, że ciasne przestrzenie wywoływały w niej nerwowość, ale jeszcze gorsze były te bezkresne, jak ocean.

"Nic z tego nie jest prawdą". Przywołała znajomy głos. "To minie".

Pokonała prawie trzydzieści metrów, zanim dotarła do ciał - nadal leżały na stosie i czekały, aż Paratal spali je podczas jutrzejszego obrzędu. Białe, opierzone kończyny alkatirów były powyginane pod najróżniejszymi kątami, skrzydła połamane jak papierowe latawce. Zasłoniła nos, by ochronić się od smrodu, nie potrafiła jednak oderwać wzroku od wpatrzonych w pustkę oczu martwych stworzeń.

Kapłani z sierocińca wpoili jej, że bestie są manifestacją ludzkich grzechów. Mówili, że kiedy ktoś łamie prawo, kłamie, oszukuje lub kradnie, przez jego grzech rodzi się kolejna bestia. Jedynym sposobem na oczyszczenie duszy było oddanie życia Haidrze albo mordowanie bestii w szeregach Malikinar. Dopiero wtedy, kiedy świat zostanie oczyszczony z grzechu, bogini powróci w ludzkim ciele, aby dokonać Ostatecznego Przebaczenia.

Nieważne, że międzynarodowe prawo ustanowione przez Bibliotekę zezwalało na zabijanie bestii wyłącznie w obronie własnej. W razie jakichkolwiek pytań rząd Kalthos wymyśliłby jakąś historyjkę o tym, że stado zaatakowało miasteczko i nie było czasu na wzywanie pomocy. Wszyscy jednak wiedzieli, że to czystki.

Patrząc na martwe stworzenia, pełne gracji nawet po śmierci, Kasira wcale nie czuła się oczyszczona.

Krzaki obok zaszeleściły i dziewczyna znieruchomiała. Spomiędzy drzew wychynęło stworzenie niewiele mniejsze od niej, światło księżyca spłynęło po smukłym białym ciele i błysnęło w złotym oku. Drugie było krwawą breją.

Młody alkatir.

Stworzenie obwąchało stos i wydało z siebie zbolały jęk.

- Cii - syknęła Kasira. - Usłyszą cię.

Maluch odwrócił się do niej gwałtownie, obnażając zęby i próbując unieść skrzydła, żeby wyglądać na większego, ale jedno z nich zwisało bezwładnie wzdłuż boku.

Kasira podeszła do zwierzęcia z szeroko rozłożonymi ramionami.

- Spadaj! - Klasnęła głośno i malec czmychnął z powrotem w las.

- Kasira? - odezwał się czyjś niewyraźny głos.

Spośród cieni wyłoniła się barczysta postać. Kapitan Dessen szedł teraz dużo swobodniejszym krokiem niż zwykle, a to za sprawą mylaku, z którym sobie zbytnio pofolgował. Magiczne wino było jednym z niewielu artefaktów, którego Biblioteka nie nakazywała konfiskować, i w ustach każdego, kto je wypił, przybierało inny smak. Kasira podejrzewała, że Dessen powiedziałby, że dla niego smakuje krwią bestii i kalijską stalą. Nie krył się z tym, że je ma, tak jak nie kazał żołnierzom ukryć stosu za nią. Nierzadko raczył się winem ze swoimi pupilami.

Kapitan spojrzał na nią lubieżnie, jedną dłonią gładząc przy tym bicz u swego boku.

- Tak mi się zdawało, że widziałem, jak idziesz w tę stronę. Przyszłaś ocenić swoją dzisiejszą robotę?

- To było udane polowanie, kapitanie. - Pod jego spojrzeniem od razu stawała się wyższa.

Wyprostowana. Stopy razem. Łopatki ściągnięte. Wzór żołnierki, jakiego oczekiwał. Nie musiał wiedzieć, że odrzuca ją niemal równie mocno jak zwłoki za jej plecami.

- Daj spokój, Kasiro, mówiłem ci nie raz, że kiedy jesteśmy sami, możesz mówić mi Harker.

Nie byli sami. Jevin i inni Malikowie stali za nim na linii drzew, ale oczy mieli zwrócone w stronę lasu, co było jasnym komunikatem: "Nic nie widzimy".

Dessen chwiał się na nogach, ale wbijał w nią wzrok. Źrenice miał wielkie i czarne, a dłoń zaciskał mocno na rączce bicza.

- Natomiast bez względu na to, po co tu przyszłaś, łamiesz zasady. Jest późno. To już drugie przewinienie tego dnia.

Kasira była boleśnie świadoma, że nie ma przy sobie broni. Dysponowała jedynie sztyletem, miecz zostawiła w namiocie. Ale to nie był problem, który można by rozwiązać za pomocą stali. Zaraz Dessen przedstawi jej, w jak delikatnej sytuacji się znalazła, po czym spróbuje sięgnąć po to, po co tak naprawdę przyszedł - po nią.

- Chodź tu. - Zgiął palec w jasnym geście. Kiedy się nie poruszyła, jego oblicze spochmurniało. - Nie obchodzi mnie, ile zabijesz bestii. Jesteś tu tylko dzięki mojej dobrej woli i bez problemu mogę zawrócić cię tam, skąd przyszłaś. - Czyli do Belvar, do celi. Między pozbawione okien kamienne ściany, gdzie brakuje światła i powietrza.

- Popełniasz błąd - ostrzegła go.

Głos miała spokojny, ale umysł analizował wszystkie możliwe wyjścia. Dessen był zbyt pijany, żeby dał sobie cokolwiek wyperswadować logicznymi argumentami, i na tyle zuchwały, żeby zrealizować swoje zamiary. Przygotowywała się na ten moment, odkąd się zjawił - widziała, że od razu się nią zainteresował - ale nie miała jeszcze gotowego planu.

Dessen jęknął z frustracją.

- To ty popełniasz błąd. Sprzeciwiasz się rozkazom kapitana.

Dla większości oznaczałoby to dziesięć dodatkowych batów, oprócz dziesięciu za złamanie ciszy nocnej. Dla niej powrót do Belvar. Uległość zaś pozbawiłaby ją resztki sił, które jej pozostały.

Jakaś część niej od dawna pragnęła tej konfrontacji. Tego, by ktoś przyparł ją do muru, gdzie jedynym wyjściem byłaby walka. To ta sama część, która wiedziała, że ostatnie cztery lata były jedynie marną imitacją życia i nawet jeśli Kasira dotrwałaby w ten sposób do końca swojej dziesięcioletniej służby, straciłaby siebie.

Na tym polegał błąd Dessena: nie wiedział, co ona jest w stanie zrobić, aby przetrwać.

Gdy do niego podeszła, na jego twarzy pojawiło się zadowolenie. Oczekiwał, że mu ulegnie, że ugnie się w obliczu władzy, którą posiadał.

Nie spodziewał się natomiast, że wbije mu nóż w nogę.

Jego wrzask poniósł się przez polanę, a ona wyrwała ostrze i powiodła nim do jego szyi. Musiały odezwać się w nim instynkty wyćwiczone podczas szkolenia podobnego do tego, przez które przechodzą Malikowie, ponieważ złapał ją za łokieć i wykręcił jej ramię, zmuszając, by upuściła sztylet.

Ona jednak złapała broń drugą dłonią i wbiła ponownie.

W tym momencie dopadli do nich strażnicy, odciągnęli ją. Dessen mocno ściskał udo. Skórzana zbroja złagodziła obrażenia, ale kapitan nie był typem człowieka, który dobrze znosił ból. Nie był z nim zaznajomiony, nie miał go za wiernego towarzysza.

- Na kolana! - wrzasnął.

- Panie, twoja noga... - zaczął Jevin.

- JUŻ!

Pchnęli Kasirę na kolana, plecami do niego.

- Najwyższa pora, żeby ktoś pokazał ci, gdzie twoje miejsce, Kottko - syknął Jevin, pryskając śliną na jej policzek.

Kasira patrzyła prosto w las.

Oszuści mają wiele umiejętności, od talentu do czytania ludzi po zapamiętywanie szczegółów, ale ona nigdy nie wyróżniała się niczym poza kłamaniem. Okłamywała swoje ofiary, przyjaciół, nawet samą siebie - tworzyła intrygi tak zawiłe, że czasem sama się w nich gubiła, ale nigdy nie pozwoliła, by ktokolwiek ujrzał prawdę.

"Strzeż swojego serca" , szeptał głos Lorayi, jej nauczycielki. "Nigdy nie pozwól im dostrzec swojego strachu. Wykorzystają go przeciwko tobie".

Jevin i drugi Malik rozłożyli jej ramiona na boki, a ona zwalczyła odruch, by przygotować się na pierwsze uderzenie. Dostawała już baty. Za pierwszym razem walczyła tak dziko, że ucierpiały nie tylko plecy. Po tym nauczyła się, by trwać w bezruchu.

Cios nadszedł bez ostrzeżenia, bicz rozdarł tunikę i pobliźnioną skórę ramion, tworząc piekącą szramę. Odebrało jej dech. Dessen uderzał raz za razem, szybkimi ruchami. Wiedziała, że nie przestanie, dopóki jej plecy nie zamienią się w krwawą miazgę. Nie miał zamiaru jej oszczędzić, a jeśli jakimś cudem by przeżyła, zostawi ją na pożarcie bestiom. Myślała jedynie o tym, że przynajmniej nie trafi do celi, do mroku tak gęstego, że nie było wiadomo, gdzie kończy się ciemność, a zaczyna człowiek.

Przynajmniej może znów zobaczy Lorayę.

- Dość! - Krzyk przedarł się przez szum krwi wypełniający jej uszy.

Poczuła muśnięcie bicza, gdy Dessen cofnął rękę, powstrzymując kolejne uderzenie. Głos przemówił ponownie i żołnierze ją obrócili. Czyjaś dłoń chwyciła ją za brodę i uniosła jej twarz ku kamieniowi emanującemu bladobłękitną poświatą.

Blask przesłonił jej wzrok, więc nie widziała twarzy stojącego przed nią przybysza. Padł rozkaz i jeden z Malików przerzucił ją sobie przez ramię. Jakaś część niej walczyła z ciemnością zagarniającą pole widzenia. Chciała kopać, krzyczeć i powiedzieć tej osobie, ktokolwiek to był, że nie powinna się wtrącać. Jednak jej ciało było odrętwiałe i dziwnie odległe, a powieki zbyt ciężkie. Ciemność wygrała.

Kasira weszła do namiotu Dessena przy szmerze głosów i zapachu trzaskającego drewna.

Wiedziona instynktem obróciła się w miejscu i przykucnęła, by sięgnąć do ostrza, którego już nie miała. Plecy zaprotestowały, ból przeszył całe jej ciało i niemal pozbawił ją przytomności, ale zmusiła się, by nie paść na ziemię.

Głosy zamarły.

Dessen gromił ją wzrokiem zza zastawionego stołu. Zranioną nogę, nad którą pochylał się medyk, położył na krześle. Siedziało z nim dwoje przybyszów: przystojny młodzieniec w nienagannych białych szatach ozdobionych złotymi płomieniami kościoła oraz niska kobieta w średnim wieku, przyodziana w królewski błękit kalijskiego dworu. Za nimi, w stanie najwyższego skupienia, stało kilku wartowników pałacowych. Mieli na sobie nieskazitelne mundury bogato wyszywane złotą nicią i obwieszone krzyżującymi się łańcuchami.

Paratal Helvarin miał dotrzeć do obozu dopiero rano, a mimo to siedział właśnie przy stole Dessena, mierząc apatycznym wzrokiem wszystko: od półmiska z chlebem i serem po materiałowe serwetki. Utarło się, że Paratalowie w chwili wyniesienia na urząd przyjmowali imiona legendarnych Malików, ale ten chłopaczyna w niczym nie przypominał wojownika, którego miano wybrał.

Był młodszy, niż się spodziewała, ledwo skończył dwadzieścia lat, ale miał twarz, która sprawiała, że ludzie zamierali i nie potrafili oderwać wzroku - ładną, odznaczającą się subtelną dystynkcją widoczną w krągłości pełnych ust i jasnych kędziorach. Nie uraczył Kasiry ani jednym spojrzeniem, natomiast kobieta uporczywie jej się przyglądała.

Coś było bardzo nie tak.

Nieznajoma stanęła przed Kasirą. Długie spodnie włożyła w białe skórzane buty, a na kurcie miała wyszyty herb Kalthos - skrzyżowane złote miecze. Z szerokimi ramionami i dwoma rzędami guzików na przedzie wyglądała jak dowódczyni wojskowa, ale najprawdopodobniej była arystokratką.

- Ani drgnij - rozkazała chropawym głosem. - Tylko naruszysz swoje rany, a i tak nie zdołasz uciec.

Dopiero wtedy Kasira zauważyła na swoim lewym nadgarstku kajdany przypięte łańcuchem do kołka w ziemi. Ktoś opatrzył jej plecy. Czuła bandaże owinięte wokół żeber i maść uśmierzającą ból na skórze.

- Co to ma znaczyć? - zapytała.

Kobieta zmierzyła ją badawczym spojrzeniem.

- Rzeczywiście, fizyczne podobieństwo jest niezaprzeczalne. Czarne włosy, zielone oczy, nawet kształt twarzy, choć ona jest wyższa i bardziej umięśniona. Mimo wszystko myślę, że to wystarczy.

Paratal Helvarin machnął dłonią.

- Znałaś Eirlanę lepiej niż ja. - Jego głos był równie aksamitny co rysy, nakazywał ludziom przybliżyć się i słuchać uważnie.

Kapitan Dessen prychnął szyderczo.

- Nie będzie z niej pożytku, pani ambasador. Należy wrzucić ją z powrotem tam, gdzie ją znaleźliśmy, nim... - urwał, sycząc, gdy medyk zaczął szyć ranę.

Ambasadorka mruknęła w zamyśleniu i cofnęła się do stołu po plik dokumentów. Przysunęła sobie krzesło i ustawiła je przed Kasirą, po czym usiadła na jego krańcu i starannie ułożyła jedną nogę na drugiej, balansując stosikiem na kolanie.

- Nazywasz się Kasira Vitalis? - spytała, patrząc na pierwszą kartkę.

- O co tu chodzi?

Ambasadorka przeszła do następnej strony.

- Jesteś oszustką i brałaś udział w kilku dużych przekrętach, w których wcielałaś się w rolę arystokratek i urzędniczek państwowych. Między innymi zinfiltrowałaś Bank Królewski, pomogłaś w ucieczce skazanego Credence'a Garvela w noc jego niedoszłej egzekucji i doprowadziłaś do wydania fałszywego zaświadczenia, wskutek czego doszło do zniknięcia całej dostawy rudy vyloru. Zgadza się?

Kasira miała wrażenie, że to wszystko wydarzyło się w innym życiu, choć była to prawda. Wyjawiła swoje przewiny, gdy zeznawała przeciwko Thane'owi w zamian za wolność. Mimo to nie rozpoznawała siebie w opowieści ambasadorki.

- Zdaje się, że zna pani odpowiedź - odparła. - Czego chcecie?

Kobieta zwróciła na nią spojrzenie chłodnych błękitnych oczu.

- Pytania zadaję tutaj ja. Ty odpowiadasz. Czy uczestniczyłaś w tych przekrętach?

Kasira zacisnęła zęby, po czym wycedziła:

- Tak.

- Zostałaś skazana na dwadzieścia lat odosobnienia, ale po upływie trzech obiecałaś dostarczyć informacje obciążające Thane'a Ryarcha w zamian za możliwość przystąpienia do programu pracy dla skazańców. Ze względu na twoją przeszłość uznano, że tylko oddział Malikinar zdoła nad tobą zapanować. Od tamtej pory z godnym podziwu oddaniem służysz koronie już cztery lata. Dzięki swoim umiejętnościom posługiwania się bronią jako członkini pierwszego oddziału cieszysz się nawet pewnymi przywilejami. Zgadza się?

- Tak.

- Nazywam się Vera Helsen i jestem ambasadorką dworu jego wysokości.

Kasira wzdrygnęła się na dźwięk jej nazwiska. Helsenowie byli starym arystokratycznym rodem, który zyskał na znaczeniu, kiedy wżeniła się w niego siostra ostatniego króla. Byli zaciekłymi rywalami Yadorów, czyli ostatniego z dawnych królewskich rodów, w walce o wpływy polityczne.

Ta kobieta nie była jedynie kalijską ambasadorką przy Bibliotece, była kuzynką króla.

Gdy Kasira łączyła kropki, Vera się uśmiechnęła.

- Przybyłam tu, by złożyć ci nową propozycję...

- Co takiego? - przerwał jej Dessen. - Bandytka właśnie dźgnęła starszego oficera. Jedyna propozycja, jaką można jej zaoferować, to wybór między mieczem a sznurem.

Ambasadorka westchnęła cicho.

- Kapitanie, pańska obecność tutaj wynika wyłącznie z faktu, że namiot, w którym przebywamy, należy do pana, nie zaś z tego, że pragnę pańskiej opinii. Proszę więcej nie przerywać.

Kasira ostrożnie przyjrzała się ambasadorce. Ubranie miała starannie wyprasowane, a białe buty - czyste mimo bez wątpienia kilku dni spędzonych w podróży. Nie próbowała ukryć szarych pasm, którymi był poprzetykany jej warkocz, i roztaczała niebezpieczną aurę, przywodzącą na myśl ostrze, które może opaść w każdym momencie.

Niezależnie od tego, co zamierzała jej zaoferować, Kasira spodziewała się, że tak naprawdę nie będzie miała wyboru.

- Powiedz, czego chcesz.

Ambasadorka uśmiechnęła się nieznacznie.

- Chcę, abyś została nową Asystentką Bibliotekarza Amorlin.

Kasira uznała, że się przesłyszała. Zapewne utrata sporej ilości krwi i ból namieszały jej w głowie, bo zdawało jej się, że...

- Co?

Urzędniczka odchyliła się na krześle.

- Prawo mówi, że Asystent musi zostać wybrany nie później niż rok po objęciu urzędu przez nowego Bibliotekarza, a to oznacza, że obecny Bibliotekarz musi zaakceptować kalijskiego Asystenta przed końcem tygodnia. Jako ambasadorce naszego kraju przy Bibliotece to mnie przypada wybór kandydata. Chcę wysłać ciebie.

- Po co?

Minęło blisko dwieście lat, odkąd funkcję Asystenta pełnił mieszkaniec Kalthos, ale Biblioteka znajdowała się na neutralnym terytorium, więc stanowisko Bibliotekarza obejmowały kolejno osoby z wszystkich sześciu królestw. Tyle tylko, że ostatnim razem, kiedy wybrano kalijskiego kandydata, haidranizm był ledwie szeptem na wietrze, a nie potężną religią, która przesiąkła w struktury królewskiego dworu. Kasira w zasadzie spodziewała się, że kiedy nadejdzie pora, korona odrzuci nominację, nie chcąc wspierać przetrwania stworzeń, które sama systematycznie tępi.

- Nasz informator podejrzewa, że dzieje się tam coś niedobrego - odpowiedziała Vera. - Allaster staje się coraz bardziej wycofany, jego czas i uwagę zajmuje coś, czym nie dzieli się ze swoimi magami. Chcę, abyś wkupiła się w łaski Bibliotekarza, odkryła, o co chodzi, i pomogła nam ułożyć plan odsunięcia Allastera St. Archera od władzy. Następnie zajmiesz jego miejsce na czele Biblioteki do momentu, w którym zdołamy przejąć nad nią kontrolę. Wtedy zwolnimy cię ze służby.

Kasira kilkukrotnie przeanalizowała słowa ambasadorki i nadal nie potrafiła wyłuskać z nich ani krztyny sensu. Biblioteki Amorlin nie można było przejąć. To niezależna od wszystkich sześciu królestw instytucja, bastion neutralności polityki międzynarodowej, nadzorujący bestie i wykorzystanie magii.

Nie można jej przejąć.

- Nie rozumiem - stwierdziła. - Na co wam Biblioteka?

Ambasadorka odpowiedziała z nagłym zapałem:

- Pora zwrócić wzrok poza granice Kalthos, dokąd nie dotarło jeszcze światło Haidry. Dzięki zasobom Biblioteki poniesiemy posłanie bogini do pozostałych królestw i na dobre rozprawimy się z bestiami.

Dopiero wtedy uwolnią się od zła i bólu. Dopiero wtedy Haidra powróci, aby okazać ludziom Ostateczne Przebaczenie i wskrzesić wiernych, by żyli w wiecznym pokoju. Kasira znała doktrynę kościoła, wiedziała też, w jak niebezpiecznym położeniu się znalazła. Odnosiła niepokojące wrażenie, że balansuje nad przepaścią i może jedynie wybrać, w jaki sposób chciałaby runąć w dół.

Vera spojrzała jej w oczy.

- Ty nie wierzysz.

Kasira miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Nawet jeśli kiedyś poszukiwała światła Haidry, niewiele zostało z tej wiary. Po wszystkim, przez co przeszła z rąk sług bogini, nie mogło być inaczej. W ich świętych progach nie było miejsca dla dziewcząt, które mówiły o bestiach.

- A ty, pani?

Spojrzała na Paratala, który dłubał w resztkach jedzenia, nie zwracając choćby najmniejszej uwagi na ich rozmowę. Dessen natomiast obserwował je z żywym zainteresowaniem.

- Rozumiem, że dla kościoła byłoby to ważne zwycięstwo, a co za tym idzie - również dla sojuszników Paratala.

Vera pochyliła się do przodu, a jej uśmiech ociekał jadem.

- Musisz zrozumieć jedno, dziewczyno: jeśli jeszcze raz zakwestionujesz moją wiarę, zademonstruję ci jej siłę ostrzem.

A zatem to nie była czysta polityka. O nie, ambasadorka była dużo niebezpieczniejsza niż pierwszy lepszy polityk.

Kierowała się prawdziwą wiarą.

Kasira odpowiedziała równie zjadliwą miną.

- Nie.

- Słucham? - Vera otworzyła szeroko oczy.

- Powiedziałam: nie.

Nie chodziło wyłącznie o to, że Kasira nie chciała przykładać ręki do upadku Biblioteki, ani o to, że na samą myśl, że ta miałaby wpaść w łapy Kalthos, coś w niej pękło, choć nie powinno tam być już nic, co mogłoby pęknąć. Była pewna, że gdyby coś poszło nie tak, cała odpowiedzialność spadnie na nią i tylko na nią. Plan zakładał, że nikt się o niczym nie dowie. Wysłannicy przybyli nocą, by dobić targu pod osłoną mroku - przykrywką były oficjalne wizytacje kościoła wśród batalionów Malików - a na dodatek wybrali przestępczynię, której w razie potrzeby można się pozbyć.

Kasira nie miała zamiaru ginąć w wojnie tej kobiety.

Vera ściągnęła twarz.

- Nie jestem pewna, czy rozumiesz swoją sytuację. Jeśli odmówisz, dotychczasowe ustalenia przestaną obowiązywać. Próbowałaś zamordować przełożonego. Wrócisz do celi w Belvar, gdzie nie tylko odsiedzisz wyrok, lecz także dokonasz żywota. W pozbawionym okien pudle. - Ton ambasadorki złagodniał. - Ale możesz też zrealizować intrygę tysiąclecia. Pomyśl tylko, usuniesz z Biblioteki Allastera St. Archera. Przyznaj, że brzmi to lepiej niż zamknięcie w pomieszczeniu, w którym nie można nawet w pełni się wyprostować.

Iluzja wyboru - ulubiona sztuczka oszustów. Prezentujesz ofierze opcje, choć od samego początku wiesz, co wybierze, ponieważ tak naprawdę wcale nie ma wyboru. Kasira ścierpiałaby jeszcze sześć lat służby, nawet pod Dessenem. Śmierć również przyjęłaby z ochotą.

Ale nie zamierzała... nie mogła wrócić do Belvar.

Vera to wiedziała.

Paratal odrzucił z brzękiem widelec na stół i odchylił się na krześle.

- Vero, to naprawdę nasza najlepsza opcja? Zaczynam wątpić, czy ta dziewczyna w ogóle poradziłaby sobie z tym zadaniem. Bestie, które składamy w ofierze, wykazują więcej woli walki. Kogo miałaby nabrać?

Ambasadorka przechyliła głowę, jakby oczekiwała, że Kasira będzie się bronić. Ludzie są przekonani, że wszyscy oszuści to przebiegli, charyzmatyczni szarlatani - efekciarze, którzy grają z taką swadą, że nie sposób ustrzec się przed ich manipulacjami. Taki był Thane i to uwielbiał, ale ona i Loraya wybierały subtelność. Choć Kasira zawsze ryzykowała bardziej niż jej partnerka, po prostu lubiła życie na krawędzi.

Ostatecznie to zabiło Lorayę.

Vera przyjrzała jej się uważnie.

- Przed chwilą zagroziłam jej tym, czego boi się najbardziej, a ona nawet nie mrugnęła. Właśnie kogoś takiego chcemy. - Pochyliła się do przodu, by ustawić twarz na wysokości twarzy Kasiry. - Pytanie brzmi: Kasiro Vitalis, czego ty chcesz?

Te słowa dziwnie ją uderzyły. Czego chce? Minęło wiele lat, odkąd ostatni raz pozwoliła sobie zadać to pytanie, odkąd czuła się na tyle bezpiecznie, by chcieć czegokolwiek. Większość życia walczyła o przetrwanie, każdy dokonany wybór miał przybliżyć ją do realizacji właśnie tego celu, do spełnienia tej obietnicy.

Trzy lata spędziła w ciemnej celi, gdzie słowa "światło" i "życie" powoli traciły znaczenie. Początkowo uciekała się do śpiewu, ale w końcu nie mogła już znieść własnego głosu. Wtedy postawiła na opowieści. Zgromadziła ich sporo podczas życia na ulicy, zapamiętała wszystkie i otuliła się nimi niczym grubym płaszczem w mroźną noc.

Z czasem jednak znajoma otucha, którą oferowały, stała się monotonna i ckliwa, zamieniła się w kolejny ciężar i w końcu tylko wspomnienia chatki utrzymywały ją przy zdrowych zmysłach. Stworzyła sobie nową rzeczywistość, którą zbudowała we własnej głowie, potrafiła znaleźć się tam w ułamku sekundy, zapominając o bezruchu i ciszy. Ostatecznie nie miała już nic innego.

Kiedy przyszli do niej po informacje obciążające Thane'a Ryarcha, chętnie wyśpiewała im wszystko w zamian za wolność. Pierwsze kroki z powrotem w świetle dnia były niewyobrażalnie bolesne, jej ciało wynędzniało i ledwie zdołało ją nieść. Świat zdawał się niemożliwie wielki.

Przez kilka pierwszych tygodni w oddziale traktowali ją jak służącą. Albo nawet gorzej. Aż do dnia, kiedy zabiła relina, chude stworzenie przypominające psa, które wpadło do kantyny w poszukiwaniu pożywienia, a trafiło na nią. Po tym zdarzeniu wysłali ją na szkolenie i choć jej ciało powoli wracało do formy, część siebie straciła bezpowrotnie. Część niej została w tamtej celi.

Mimo to uznała, że może tak żyć. Że może spalić stare życie i wyjść z popiołu oczyszczona. Przynajmniej nie umarła. Przynajmniej oddychała świeżym powietrzem. Propozycja Very była jednak niczym zwierciadło, ukazała jej prawdę: to nie było życie...

...tylko przetrwanie.

Pragnienia są niebezpieczne. Dają innym władzę, czynią wrażliwym. Ale przecież Kasira nie spędziła czterech lat w Malikinar, żeby wrócić w mrok. Teraz miała szansę na coś lepszego, mogła spełnić obietnicę, którą złożyły sobie z Lorayą.

Przynajmniej tyle powinna jej dać.

- Chcę odzyskać swoje życie - powiedziała w końcu tonem modlitwy.

- Nie ma sprawy. - Vera uśmiechnęła się drapieżnie.

Rozdział 3.Kasira

Vera dała jej nową tożsamość.

Eirlana Corynth była dziedziczką niewielkiego szlacheckiego rodu z północy, który niedawno popadł w kłopoty finansowe. W zamian za częściowe umorzenie długu jej rodzina zgodziła się wysłać jedyną córkę do pracy w Bibliotece.

Mądre posunięcie ze strony Very. Kalijski dwór był podzielony na frakcje, a miłośnicy bestii, na przykład rodzina Yadora, sprzeciwiliby się knowaniom przeciwko Amorlin. A tak zobaczą jedynie kobietę, która poświęciła się dla dobra rodziny i przyjęła posadę, której inni nie chcieli. Z kolei w Bibliotece uznają ją za nieszkodliwą arystokratkę.

Nikt nie wiedział jednak, że Eirlana Corynth nie żyła.

Choć Kasira nie miała na to żadnego dowodu, podejrzewała, że jej śmierć została ukartowana, by umożliwić realizację tego planu. Jej rodzina naprawdę tonęła w długach. Spłaciła je krwią córki. Ta intryga rozpoczęła się na długo, zanim propozycja dotarła do Kasiry.

Minęło kilka godzin, odkąd Paratal i ambasadorka udali się na spoczynek. W namiocie zostali jedynie Dessen i pałacowe straże - ten pierwszy powoli rozprawiał się z dzbanem piwa, obserwując przygotowania Kasiry. Ciężar jego spojrzenia był nieznośnie przytłaczający. Wiedziała, że tylko obecność wartowników powstrzymuje go przed dokończeniem tego, co zaczął w lesie.

Plecy stale promieniowały bólem, choć medyk opatrzył jej rany kilka godzin wcześniej. Maść, którą zaaplikował, niewiele pomogła, ale nic sobie z tego nie robiła. Ból ułatwiał skupienie się na opowieści powstającej na jej oczach.

Historia życia Eirlany leżała na podłodze przed nią w błękitnej poświacie kamienia blasku, będącego jedynym źródłem światła. Na kartkach widniał prosty portret kobiety, która była dość podobna do Kasiry, miała takie same zielone oczy i zadarty nos, bladą cerę i krągłą twarz, okoloną włosami czarnymi jak obsydian. Na fizyczności podobieństwo się kończyło.

Eirlana była rozpieszczana każdego dnia swojego życia. Jej rodzina miała kiedyś kopalnię vyloru, która z czasem przestała przynosić zyski. W królestwie zbudowanym na broni stal liczyła się bardziej niż złoto. Jej ojciec, który całe życie żonglował kapitałem między różnymi przedsięwzięciami, w końcu nie był w stanie dłużej wypłacać należności inwestorom. Dziewczyna po mistrzowsku jeździła konno, ale jej konie zostały sprzedane, by spłacić długi. Była leworęczna i wolała stroje jeździeckie od sukien, miała słabość do ciasta z pewnej konkretnej piekarni i słynęła z błyskotliwości oraz ciętego języka.

Teczka na temat Allastera St. Archera, przekazana jej przez Verę, była dużo cieńsza, a Kasira przejrzała ją już dwukrotnie.

Na temat Bibliotekarza krążyło wiele plotek powtarzanych szeptem. Ludzie opowiadali niestworzone rzeczy: że ma skrzydła jak demon i oczy bestii, że żywi się wyłącznie szpikiem kostnym i może rzucić na kogoś urok jednym spojrzeniem. Ale Kasira potrafiła rozpoznać brednie, a te twierdzenia nie były niczym innym niż wymysłami.

- Nie uda ci się. Masz tego świadomość, prawda? - rozległ się cichy głos Dessena z drugiego końca namiotu. - Wtedy odeślą cię z powrotem do mnie i będę mógł zrobić z tobą, co mi się podoba. To moja twarz będzie ostatnią, którą zobaczysz, zanim drzwi Belvar zamkną się za tobą raz na zawsze.

Nie odpowiedziała. Istniało spore prawdopodobieństwo, że Dessen miał rację. Zamierzała porwać się na najbardziej złożoną i najtrudniejszą intrygę swojego życia i to po siedmiu latach wychodzenia z wprawy.

Dodatkowo to będzie pierwszy raz, kiedy podejmie się takiego przekrętu bez Lorayi u boku.

"Nie pozwól, żeby namieszał ci w głowie", usłyszała głos dawnej partnerki. "Wystarczy, że zwątpisz, i z przekrętu nici".

Krzesło Dessena zaszurało o podłogę, jego ciężkie kroki naruszyły ciszę, po chwili stanął przy krawędzi okręgu z papierów, który utworzyła wokół siebie Kasira. Słońce zaczęło wschodzić i w namiocie zrobiło się jaśniej, sylwetka kapitana rzucała cień na dziewczynę. Chwycił za krępujący ją łańcuch, odrywając jej dłoń od dokumentów, po które sięgała, i uniósł ponad jej głowę. Kajdany wryły się gwałtownie w skórę.

- Słyszałaś mnie, kryminalistko? - syknął.

Przemknęła po nim wzrokiem i spojrzała na strażników. W przeciwieństwie do Malików, nie odwracali wzroku, ale też nie interweniowali. Nie dopóki Dessen nie stanowił bezpośredniego zagrożenia. Kasira miała w życiu do czynienia z wieloma silniejszymi od siebie mężczyznami. Z mieszkającymi po sąsiedzku chłopakami, którzy byli od niej sporo więksi. Z kapłanami w sierocińcu, którzy chcieli wypalić z niej grzech ogniem. Z Thane'em Ryarchem, który dał jej i Lorayi dom i uznał, że ma dzięki temu prawo do ciała Lorayi.

Poradziła sobie z każdym z nich, kapitana czekał podobny los.

Spojrzała mu w oczy i powiedziała jedynie:

- Mówiłam ci, że popełniasz błąd.

Cofnął się i puścił łańcuch akurat w chwili, kiedy poły namiotu się rozchyliły, wpuszczając poranne słońce. Do środka weszła ambasadorka z porucznikiem u boku oraz Revną, która szła za nimi. Dziewczyna wyglądała na zdenerwowaną, ale zjawiła się i to wystarczyło. Nawet Kasira nie przewidziała obecności ambasadorki. Bez przyjaciółki jej przekręt spaliłby na panewce.

- Kapitanie Dessen - zaczęła Vera. - Poinformowano mnie, że w pańskim batalionie dochodzi do nagminnych kradzieży...

- Drobna niedogodność - stwierdził Dessen i machnął lekceważąco dłonią. - Mam to pod kontrolą.

Gdy jej przerwał, Vera zacisnęła usta w cienką linię. Dessen musiał być bardziej pijany, niż wydawało się Kasirze, inaczej nie zachowałby się tak bezczelnie.

- Słyszałam, że być może to pan jest za nie odpowiedzialny.

- Że... ja? - Dowódca czknął, po czym wyciągnął rękę, by oprzeć się o najbliższe krzesło.

Revna wskazała na zdobny kufer wciśnięty w róg namiotu.

- Myślę, że są tam, wasza ekscelencjo.

- Nonsens - odparł Dessen. - W kufrze znajdują się wyłącznie moje ubrania.

Dlatego był idealną skrytką. Dessen stanowił bowiem typ człowieka, który nie zdejmował munduru, nie chcąc rozstawać się z władzą, którą ten mu zapewniał. Nie zauważył, że cienka warstwa kurzu pokrywająca kufer została częściowo starta.

- Poruczniku - zwróciła się do żołnierza Vera, a Malik, który wszedł razem z nią, wystąpił naprzód.

Dessen próbował go zatrzymać, ale strażnicy pałacowi zagrodzili mu drogę. Jeden z nich położył mu dłoń na ramieniu, aż pod kapitanem ugięły się kolana, co zmusiło go do klapnięcia na krzesło.

Porucznik otworzył wieko i zdjął wierzchnie warstwy ubrań. Kiedy ich zabrakło, celowo źle spasowane fałszywe dno, które Kasira zamontowała tam kilka tygodni wcześniej, poruszyło się z wyraźnym chrzęstem. Dessen z rozdziawionymi ustami patrzył, jak porucznik wyjmuje cienką deseczkę, a po niej grawerowaną piersiówkę ze złotym korkiem, sztylet z vyloru podarowany Revnie przez ojca, jedwabny mieszek, w którym dzwoniły monety, i srebrną szpilkę do włosów, która stanowiła cały dobytek Kasiry.

Przy stopach żołnierza zbierało się coraz więcej przedmiotów, wśród nich również butelka mylaku. W końcu Dessen odzyskał głos.

- To nie moje! - zaprotestował. - To jakiś szwindel.

- Pojmać go - rozkazała ambasadorka.

Strażnicy posłuchali przełożonej i podnieśli szamoczącego się Dessena na nogi.

- To nieprawda! Nie jestem złodziejem! Nie jestem! To ona! Ona to zrobiła. To jej sprawka! - Celował palcem w Kasirę, która ze swojego miejsca na podłodze w ciszy obserwowała, jak wyciągają go z namiotu.

- Poruczniku, proszę spisać zeznania żołnierki i odnaleźć mnie po uroczystości - zakomenderowała Vera.

Revna rzuciła Kasirze przebiegłe spojrzenie, kiedy porucznik wyprowadzał ją z namiotu, ale nie zdradziła swojego zadowolenia. Dessena czekała sroga nagana za pijaństwo oraz degradacja w związku z kradzieżami i posiadaniem magicznej kontrabandy, ale ludzie jego pokroju zawsze znajdowali sposób, żeby spaść na cztery łapy. Świat był zbudowany tak, by ich złapać.

Ambasadorka ściągnęła białe rękawiczki, powoli, palec po palcu.

- Wiesz już wszystko, czego potrzebujesz?

Kasira zebrała dokumenty na temat Eirlany w jeden stos.

- Przydałoby mi się kilka dni, żeby dokładnie wszystko przestudiować.

- Masz pięć minut. Te dokumenty wyjadą stąd razem ze mną, czyli po obrzędzie Palenia. Czy to problem?

Było to pytanie retoryczne, więc Kasira nie odpowiedziała. Jedną z najważniejszych umiejętności wprawnych oszustów było szybkie przyswajanie obszernych informacji. Sukces często zależał od skutecznej obserwacji, odpowiedniej kategoryzacji wiedzy i właściwego reagowania na zachowania ofiary.

Weźmy na przykład Verę. Miała zrogowaciałe dłonie, co wskazywało na umiejętne posługiwanie się mieczem, i zdeterminowane spojrzenie, które świadczyło, że nie zawaha się go użyć. Co więcej, każdy element jej wyglądu był nieskazitelny, od gładko zaplecionych włosów po nienaganny, mimo wczesnej godziny, strój. Ta kobieta panowała nad każdym możliwym aspektem swojego życia.

Właśnie dlatego Kasira wiedziała, że jeśli coś pójdzie nie tak, będzie zdana na siebie. Vera nie mogła pozwolić sobie na żadne powiązania z tą sprawą, tak potężna intryga nie tylko była najcięższym grzechem, jaki można sobie wyobrazić, lecz także nadszarpnęłaby jej wizerunek. Gdyby to się wydało, osłabiłaby pozycję nie tylko swoją, ale i Paratala - dlatego oboje musieliby odciąć się od Kasiry, na co Vera bez wątpienia była przygotowana.

Wsunęła dokumenty dotyczące Eirlany z powrotem do teczki i położyła je na tej zawierającej akta Allastera.

- Nadal nie powiedziałaś mi, co właściwie mam zrobić z tymi informacjami. Przybędę do Biblioteki jako Eirlana Corynth, aby objąć posadę Asystentki. Wbrew wszelkim przeciwnościom przekonam do siebie Allastera St. Archera, namówię go, by dał mi dostęp do magii, i umocnię swoją pozycję w Bibliotece. Co potem?

Vera wcisnęła rękawiczki do kieszeni.

- Słyszałaś kiedyś o Konwencie?

Kasira pokręciła głową, więc Vera kontynuowała:

- To spotkanie przywódców wszystkich królestw, które odbywa się, kiedy ktoś z nich postanawia udowodnić, że Biblioteka nadużywa swojej władzy. Konwent może usunąć dotychczasowego Bibliotekarza i go kimś zastąpić.

- Chcesz, żebym dostarczyła ci dowodów - podsumowała Kasira.

Vera się uśmiechnęła.

- Jeśli Konwent zagłosuje po naszej myśli, twoja misja dobiegnie końca. W przeciwnym razie osobiście odstawię cię do Belvar.

W Paleniu uczestniczył cały batalion.

Spalanie ciał zabitych bestii zawsze odbywało się o świcie, wraz ze wschodem słońca, było to święte wydarzenie, ostatni etap pozbywania się grzechu. Paleniu często towarzyszyły modlitwy, a po nim następowała niewielka uroczystość. Zadanie podpalenia stosu pogrzebowego było pożądanym przez wielu przywilejem. Natomiast obecność Paratala, który miał osobiście podpalić stos, nadawała temu zdarzeniu zupełnie inną rangę.

Wszystkie oczy wpatrywały się w pięknego chłopca stojącego przed stertą ciał, u jego boku stała ambasadorka Vera. Żołnierze składali błagalnie dłonie i wyciągali do niego ręce z oddali. Wielu Malików padło na kolana z pochylonymi głowami. Jego melodyjny głos bez trudu niósł się ponad tłumem, oczarowując słuchaczy.

- Światło Haidry oblewa nas dziś jasnym blaskiem - zawołał. - Zapewniliście naszym pobratymcom wielkie zwycięstwo, które nie zostanie wam zapomniane.

Kasira bez problemu potrafiła sobie wyobrazić, jak przemawia tym głosem do pięć, dziesięć, dwadzieścia razy większej grupy. Gdyby udało jej się pomóc Kalijczykom zdobyć panowanie nad Biblioteką, taki scenariusz mógłby się ziścić.

- Bestie są manifestacją naszych grzechów - kontynuował Paratal. - Ale są też dowodem miłości Haidry. Dzięki nim mamy szansę odkupić swoje błędy. Pokazać, że jesteśmy godni stać u jej boku. W innym razie jaki byłby powód ich istnienia? To nie tylko kara za nasze występki, lecz także szansa na rozgrzeszenie!

Tłum zawołał w odpowiedzi. Paratal brzmiał tak samo jak kapłani z sierocińca, mamiący dzieciaki pięknymi słówkami. Ludzie chcieli usłyszeć, że nie ponoszą za nic winy, a ich problemy można łatwo rozwiązać. To przez bestie padały plony, przez nie chorowały ich córki. Módlcie się, módlcie się gorliwie, a bogini was wysłucha. Bogini was ocali.

Nikt nie pyta, za jaką cenę.

Kasira stała na obrzeżach zgromadzenia, trzymając w dłoni odzyskaną szpilkę do włosów Lorayi. W drugiej ściskała nóż z vyloru, który zabrała Revnie. Jej przyjaciółka stała kilka rzędów przed nią, nieświadoma tego, że jej świat zaraz wywróci się do góry nogami.

"Wyruszysz podczas obrzędu", poinstruowała ją Vera, zanim wyszły z namiotu, po czym dodała: "Twoje zniknięcie musi zostać uznane za dezercję, to ważne. Musisz odejść, kiedy Paratal i ja będziemy na widoku".

Bez wątpienia wyruszą za nią tropiciele, a jej oddział zostanie przesłuchany, ale nikt nie będzie drążyć ani zastanawiać się, dlaczego kryminalistka, która odsłużyła już połowę wyroku, uciekła tego samego poranka, kiedy Paratal wizytował batalion.

Poza Revną.

- Będą ją obwiniać - zauważyła Kasira.

Każdy z Malików odpowiadał za swojego współlokatora, a karą za dezercję była śmierć. Będą ją maglować, aż w końcu to ją obarczą odpowiedzialnością za zniknięcie Kasiry.

- Czy to problem? - spytała Vera, a ona nie wiedziała, jak odpowiedzieć.

Revna pozwoliła jej przetrwać ostatnie lata. Była jedynym światełkiem pośród otaczającego ją mroku. Nie zasługiwała na to, co ją czekało, ale tak zwykle działał świat. Na tym polegała pierwsza udzielona Kasirze przez Lorayę lekcja na temat życia na ulicy: każdy dba o siebie.

Ostatecznie to, że nie posłuchała własnej rady, ją zgubiło.

- Poza tym - dodała lekko Vera - sama ją w to wciągnęłaś, kiedy wkopałaś kapitana. Albo to, albo rozprawię się z nią jakoś inaczej.

Odpowiedź stanowiło milczenie. Kasira nigdy nie była dobra w przewidywaniu postronnych ofiar. Tym zajmowała się Loraya. Do Kasiry należało wymyślanie, jak zrealizować zadanie.

Ambasadorka spojrzała na nią bystrym wzrokiem.

- Jak udało ci się to tak dobrze rozplanować w czasie?

- Wiedziałam, że Dessen w końcu czegoś spróbuje - odparła. - Uprzedziłam Revnę, że obawiam się oskarżeń o kradzież ze strony kapitana, który w ten sposób będzie chciał mnie kontrolować, choć tak naprawdę to on za nimi stoi. Gdyby kiedykolwiek obudziła się, a mnie nie byłoby obok, miała powiedzieć porucznikowi o kufrze, gdzie, jak podejrzewałam, ukrył skradzione przedmioty.

- A tak naprawdę sama je tam podłożyłaś - dokończyła Vera tonem, który wzbudził zainteresowanie Kasiry.

Miała przed sobą wpływową przedstawicielkę królewskiego dworu o bogatej karierze politycznej, kuzynkę króla, ale w oku kobiety dostrzegła znajomy błysk. Ambasadorka była osobą, która po prostu musiała wiedzieć, na czym polega dana sztuczka, taką, która siedziałaby po nocach, by rozgryźć jej mechanizm.

Kasira będzie musiała zachować przy niej ostrożność.

- Mimo to pozwolisz mi brać w tym udział...? - spytała.

- Teraz potencjalne ryzyko jest mniejsze. Dessen to głupi pijaczyna, który lubi mielić jęzorem, ale nikt nie będzie słuchał złodzieja.

Brzmiało to rozsądnie, ale na pewno istniały powody, dlaczego Vera nie wyprosiła Dessena z tamtego spotkania. Wyglądałoby to podejrzanie, gdyby spotkały się bez kapitana. Poza tym Vera odebrała mu wszystko i tylko dzięki niej mógł to odzyskać.

Thane uwielbiał urabiać w ten sposób nowych rekrutów, niszczył ich, żeby potem pomóc im stanąć z powrotem na nogi, upewniając się przy tym, że zdają sobie sprawę z jego zasług. Że to, kim są, zawdzięczają jemu. Nie spodziewała się takich sprytnych zagrywek ze strony ambasadorki. Jednocześnie dało jej to do myślenia. Może i ona mogłaby być jak Vera, gdyby zamiast niczego dostała w życiu wszystko.

Głos Paratala poniósł się ponad tłumem, kapłan wzywał do modlitwy. Zebrani żołnierze odpowiedzieli chórem stu głosów wołających imię Haidry. Paratal wzniósł dłonie na znak rozpoczęcia modłów. Ludzie wokół zgodnie pochylili głowy i wtedy Kasira wymknęła się do Isherwood.

Drzewa tworzyły wokół niej nieprzenikniony mur, tylko mech na północnej stronie pni wskazywał odpowiedni kierunek. Ambasadorka obiecała, że na głównej drodze będzie na nią czekać powóz, który zabierze ją do Biblioteki. Aby wyjaśnić postój, woźnica miał udawać, że połamał koło, ale to oznaczało, że nie będzie czekał w nieskończoność. Miała dwie godziny, a według obliczeń Very właśnie tyle czasu potrzebowała, by dotrzeć na miejsce.

Tyle że Vera nigdy nie przemierzała Isherwood na piechotę.

Bagniste podłoże wciągało buty Kasiry, próbując utopić ją w mokradłach. Listowie zamykało się ciasno nad jej głową, więc wyjęła z plecaka kamień blasku i ścisnęła świecący błękitem kryształ w dłoni. Każdy szelest sprawiał, że przystawała, każda złamana gałązka przywoływała dłoń do rękojeści miecza. Chwila nieuwagi i ten cały przekręt skończy się, zanim na dobre się zaczął.

Coś poruszyło się za nią w podszyciu. Zamarła. Na polanie rozległ się niski, przenikliwy pisk i Kasira prawie zaśmiała się ze swojego pecha.

Zeras.

Musiał przyciągnąć go niesiony wiatrem zapach ciał alkatirów. W ostatnich latach coraz rzadziej widywało się te niebezpieczne stwory przypominające woły. Ich skóra była wyjątkowo pożądana przez Malików, którzy wyprawiali z niej pancerze, ale same bestie nadal stanowiły pożywkę dla koszmarów mieszkańców Kalthos. Napędzane agresją i nienasyconym głodem, były najszybszymi i najsilniejszymi bestiami nawiedzającymi Isherwood. Dysponowały toksyną, która stopniowo zabijała ofiary i utrzymywała temperaturę ich ciał, kiedy zerasy się pożywiały.

Usłyszała kolejny pisk, bliżej, i nie miała wyboru - rzuciła się biegiem. Dudnienie kroków pędzącej za nią dwutonowej bestii sprawiło, że przedzierała się między drzewami jeszcze szybciej. Zaryzykowała i spojrzała przez ramię - mignęły jej szorstka szara skóra i wijący się ogon. Zdusiła odruch rzucenia nożem Revny w serce stwora. Co prawda tylko vylorska stal mogła przebić skórę zerasa, ale tak małe ostrze ledwo by ją drasnęło.

Gdy dotarła na szczyt niewielkiego wzgórza, zauważyła migotanie. Rzuciła się w jego kierunku. Jej buty rozchlapywały wilgotną ziemię, a potem płytką stojącą wodę, niestety potknęła się i wpadła w mokradło. Szamotała się, usiłując odzyskać równowagę, ale tylko zanurzała się coraz głębiej w wodzie przykrytej mchem. Udało jej się dotrzeć na środek bagna, musiała stąpać delikatnie, żeby się nie zapaść i utrzymać głowę nad powierzchnią.

Zeras krążył przy krawędzi moczar i zarzucał rogatym łbem. Kolczasty ogon skrywający jad trzaskał gniewnie w powietrzu. Ostatni raz tupnął szponiastą łapą o ziemię, po czym odwrócił się i ruszył w stronę, z której przyszedł, wypuszczając gorący oddech w mgliste światło poranka.

Kasira stała w sadzawce przez kilka minut, kiedy jednak o jej nogę otarło się jakieś pokryte łuskami stworzenie, uznała, że dłużej tego nie zniesie. Podpłynęła do brzegu i wygramoliła się na ziemię. Drżała z zimna i śmierdziała bagnem. Plecy ją bolały, w czasie ucieczki rany ponownie się otworzyły, a do tego poważnie zboczyła z kursu. Mijały cenne minuty, a ona musiała zdjąć i wyżąć ubrania, nie mogła ryzykować, że gdzieś zaczepił się różożuk: jedno ugryzienie i byłaby sparaliżowana.

Znów ubrana, ruszyła dalej z dłonią wspartą na nożu Revny. Gdy słyszała jakiś ruch, chowała się za grube pnie, a na widok oczu bez wahania dobywała broni. Kiedy dotarła do głównej drogi, powóz już toczył się przed siebie.

- Czekajcie! - zawołała.

Jeden z Malików usłyszał ją i poprosił woźnicę, by stanął. Żołnierze musieli należeć do innego batalionu, bo ich nie rozpoznała, podobnie jak woźnicy, który spojrzał przez ramię, gdy drzwi powozu się otworzyły i ze środka wyszły dwie przyzwoicie odziane kobiety. Ich suknie miały charakterystyczny dla kalijskiej mody wojskowy sznyt - mocne ramiona i gorsety przyozdobione dwiema kolumnami złotych guzików.

Kasira podeszła do nich ostrożnie, ale one się nie patyczkowały, tylko gestem popędziły ją do powozu.

- Właź do środka - powiedziała jedna, przeciągając samogłoski na północnokalijską modłę.

- Ale się załatwiłaś! - zawołała druga, młodsza, przyglądając się sztywnemu od brudu pancerzowi Kasiry i jej skołtunionym włosom. - Plecy masz całe we krwi. Tavlan, znajdź jakąś szmatę.

Chwilę później siedziała już w dorożce, firanki zasunięto i pojazd ruszył. Jechali, dopóki kobietom wystarczyło cierpliwości, ale w końcu Tavlan zastukała, by woźnica się zatrzymał. Obie zabrały się do pracy z zawziętą zręcznością, jedna rozpinała klamry i rozwiązywała tasiemki munduru Kasiry, a druga zamoczyła szmatkę w chlupoczącym wiadrze.

- To zostaje - stwierdziła krótko Kasira, odpychając dłonie Tavlan, kiedy ta spróbowała wyciągnąć szpilkę Lorayi z jej warkocza.

Tavlan miała jasnorude włosy jak Revna, ale przyjaciółka Kasiry była smukła i miała delikatne rysy, ta tutaj zaś była krągła i przystojna. Mimo to jej widok stanowił nieproszone przypomnienie kobiety, której Kasira najprawdopodobniej zniszczyła życie.

Tavlan zmarszczyła czoło.

- To tanie srebro, nie przystoi szlachciance - wyjaśniła i miała słuszność.

Siedem lat temu, kiedy Kasira zmieniała tożsamości niczym wąż skórę, nigdy nie popełniłaby takiego błędu.

Nagle uświadomiła sobie, że to dzieje się naprawdę. Po latach mordowania stworzeń, które kiedyś napędzały jej ciekawość, wysłano ją do miejsca, o którym marzyła jako dziecko, by zrealizowała przekręt stulecia. Spodziewała się, że jakoś ją to poruszy, ale nie czuła nic. Ot kolejny etap zwyczajowego rytmu: sen, pobudka, polowanie, tyle że zmieniła się ofiara, a bronią nie było już ostrze z vyloru, tylko narzędzia wprawnej oszustki, które przekazała jej Loraya w dniu, w którym opuściły sierociniec, czyli bystry umysł i szybkie dłonie.

Jeśli jej się uda, w końcu będzie wieść życie, o jakim obie marzyły.

Tavlan znów sięgnęła do niej dłonią, ale Kasira powstrzymała ją spojrzeniem.

- Sama mogę się rozebrać.

- To się pospiesz - odpowiedziała młodsza z kobiet. - Nie możesz się przeziębić, zanim dotrzemy do Biblioteki.

W niecałe dziesięć minut rozebrała się, umyła i przebrała za zupełnie inną osobę. Wyczesane włosy lśniły w schludnych warkoczach, w uszach pyszniły się rubiny godne księżniczki. Szpilka Lorayi wylądowała w kieszeni. Jej suknia, podobnie jak suknie jej towarzyszek, utrudniała ruch górnej części ciała i skutecznie usztywniała ściągnięte do tyłu ramiona. Materiał rozlewał się wokół niej obrębionymi białą koronką falami w kolorze oceanicznej piany. Oczyszczono i ponownie opatrzono jej rany i kiedy kobiety kończyły pracę, Tavlan patrzyła na nią z mieszaniną ciekawości i politowania.

- Nie wiem, co zrobiłaś, żeby zostać nową Asystentką, pani, ale będę się za ciebie modlić - skwitowała, kiedy powóz znów ruszył.

Kasira miała ochotę powiedzieć jej, żeby lepiej martwiła się o własną duszę. Vera pewnie sowicie opłaciła ich milczenie i zdradziła im tylko to, co niezbędne, ale nie zdziwiłaby się, gdyby usłyszała później, że w drodze powrotnej powóz napadły bestie.

Jej batalion stacjonował w pobliżu wybrzeża, a to oznaczało, że droga do położonej w głębi lądu Biblioteki zajmie kilka dni - co dramatycznie skracało czas na wykonanie pierwszego zadania, czyli wkupienie się w łaski mieszkańców Biblioteki oraz jej zarządcy, na co Vera dała jej zaledwie dwa miesiące. Natomiast miała dzięki temu chwilę, by odnaleźć się w nowej roli i wykurować plecy.

Z każdym kolejnym dniem wchodziła coraz głębiej w psychikę kobiety, którą miała się stać. Eirlana nie byłaby zadowolona, że została pierwszą od dawna kalijską maginią, ale zdawałaby sobie sprawę, w jak dobrej pozycji stawia to jej rodzinę, i byłaby z tego dumna. Gardziłaby Biblioteką i wszystkim, co się z nią wiązało, od magów po bestie i samego Allastera St. Archera. Zapewne wzbraniałaby się przed szkoleniem, lekceważyłaby wszystkie próby nawiązania przyjaźni i ogółem psułaby atmosferę, gdziekolwiek by się znalazła - natomiast taka postawa nie pomoże Kasirze w wykonaniu zadania.

Dlatego zamierzała wykorzystać te cechy - dumę, maniery, inteligencję - i utkać z nich inną historię. Zamierzała odegrać posłuszną córkę, gotową oddać się pracy w podziękowaniu za uratowanie rodziny. Jej Eirlana uzna, że taką właśnie ścieżkę wybrała dla niej Haidra i choć początkowo będzie niepewna, powoli zacznie odnajdywać się wśród ograniczeń nowej rzeczywistości.

Poświęci duszę, ale w słusznej sprawie, aby nieść światło Haidry. Czego Kasira nie potrafiła zrozumieć. Dla niej śmierć zawsze była tylko śmiercią.

Ostatecznie i tak wszyscy zamieniamy się w proch.

- Lady Corynth? - Tavlan stuknęła ją w ramię, wytrącając z zamyślenia. - Jesteśmy.