Biały Wieczór (1) - Dymitr Tołstojewski

Kup ebooka

8.08 zł
6.71 zł (8,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Lato tego roku należało do wyjątkowo pięknych na Wyspach Brytyjskich. Najstarsi mieszkańcy wspominali, że tak dobrze nie było chyba od lat sześćdziesiątych. Najpopularniejszym sposobem korzystania z tej rzadkiej pogody było rozstawianie dmuchanych basenów w przydomowych ogródkach, wspólne barbecue z sąsiadami, mycie samochodów przed domem czy malowanie płotów - wszystko to w akompaniamencie kosiarek pracujących od rana do wieczora. Każdy zdawał sobie sprawę z ulotności tej chwili, więc cieszył się nią tu i teraz, bez zbędnego narzekania, że jutro zapewne znów będzie padać.

Adam był jednak zupełnie inny. Zawsze wybiegał myślami gdzieś daleko, jakby uciekał przed zastaną rzeczywistością - niezależnie od tego, czy była przyjemna, czy ponura. Mając darowane piękne lato, marzył o surowej polskiej zimie, a zimą fantazjował o tym, jak wspaniale byłoby wygrzewać się na Kanarach. Przez to swoje malkontenctwo nigdy nie potrafił w pełni cieszyć się chwilą.

Tego słonecznego dnia usiadł z książką w cieniu drzewa i spróbował zagadnąć Alicję, która w pełni korzystała z uroków lata.

- Może kiedyś wybierzemy się na święta do Polski?

- Możemy pojechać tam przed świętami albo po nich - odpowiedziała spokojnie. - Też poczujesz atmosferę. A same święta wolę spędzać w domu.

- Oj tam, w domu! Co roku siedzimy w domu. A ja przecież nie namawiam cię na Kanary, tylko na najbardziej tradycyjne święta, jakie można sobie wymarzyć.

- U twoich czy u moich rodziców? - zapytała z zaczepnym uśmiechem.

- Ani u moich, ani u twoich.

- To jak ty to sobie wyobrażasz?

- Możemy polecieć do twojego ukochanego Zakopanego albo do Krakowa. Pójść na pasterkę do Bazyliki Mariackiej albo innej świątyni z wielowiekową tradycją. Tam będzie twój Mickiewicz, twoje Planty...

- Może i bym chciała - przerwała mu - ale ja jednak wolę Boże Narodzenie w domu.

- Przecież to, co proponuję, też jest jak dom. Mówiłaś ostatnio, że w Zakopanem odpoczywasz lepiej niż na Majorce.

- A jak ty sobie wyobrażasz przemieszczanie się zimą? Polską zimą?

- Możemy przecież wypożyczyć samochód na lotnisku.

- Pamiętasz, że to ja jestem jedynym kierowcą w tej rodzinie? Tobie zabrali prawo jazdy.

- Zdaję sobie z tego sprawę.

- Dobra, możemy teraz o tym nie rozmawiać? Mam dziś jeszcze wiele rzeczy do zrobienia.

Rozdział II

Adam nieco sposępniał - jak zwykle wtedy, gdy coś nie szło po jego myśli. Przez chwilę toczył wewnętrzną walkę z emocjami, starając się nad nimi zapanować. Wiedział, że gdy wymykają się spod kontroli, nigdy nie kończy się to dobrze. Zrobił kilka łyków wody i wrócił do przerwanej lektury, a Alicja tymczasem skierowała się do domu.

Po chwili wróciła z miską świeżego prania. Jej smukła sylwetka i długie nogi przyciągały spojrzenia - nie tylko jego. W słońcu lakier na paznokciach delikatnie połyskiwał, gdy rozwieszała kolejne rzeczy.

Adam zerkał to do książki, to na Alicję - z uporem, który zdradzał coś więcej niż zwykłe roztargnienie. W końcu parsknęła śmiechem, rozładowując napięcie wiszące w powietrzu.

- Jak ty się bezczelnie gapisz. Najbardziej mnie wkurza, jak tak patrzysz obcym kobietom na stopy.

- Teraz akurat patrzę na ciebie.

- A kto ci pozwolił? - zapytała, po czym niedbale rzuciła na stopy szmatkę, którą przed chwilą ścierała kurz z suszarki.

Byłby to może początek czegoś więcej, gdyby w drzwiach domu nie pojawiły się dzieci, przypominając o swojej obecności.

- A to wy w taki piękny dzień zamierzacie siedzieć w domu? - zapytał Adam.

- Ja jestem umówiony popołudniu na minigolfa z Rogerem i jego rodzicami - odpowiedział siedmioletni Konrad.

- A ty?

- Ja sobie wtedy spokojnie pogram w jego pokoju - odparł czternastoletni Michał.

- Może byś trochę posiedział na słońcu, bo ostatnio jakiś blady jesteś - odezwała się Alicja.

- Blady, bo ciągle siedzi i gra - dodał ojciec.

Chłopcy, nie czekając na dalsze uwagi, szybko opuścili ogród i zniknęli w chłodnym wnętrzu domu.

- Dobra, trzeba by rozpalić grilla, bo inaczej obiad zjemy dopiero na kolację - zdecydował Adam.

- No to bierz się do roboty, bo będę musiała cię ukarać.

- Tak jest, proszę pani.

Z przyjemnego odrętwienia wyrwały go dźwięki dziecięcej wrzawy dobiegające z pokoju na poddaszu. Sprowadziły go na ziemię.

- No cóż - skwitowała Alicja z lekkim uśmiechem.

Odwróciła się i, kołysząc biodrami, weszła do domu.