Biały ptak. Cudowny chłopak. Powieść - R.J. Palacio, Erica S. Perl

Kup ebooka

38.00 zł
30.40 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSPÓŁCZEŚNIE

- Koniec z grami wideo, Julianie. Weź się do lekcji.

Julian nie odrywał wzroku od iPhone'a.

- Właśnie odrabiam lekcje - odparł. - Przygotowuję projekt z historii i muszę porozmawiać z grandm?re na FaceTimie.

Mama Juliana ze zdziwieniem uniosła brwi. Jej syn rzadko znajdował powód, żeby zadzwonić do babci, i wcześniej w ogóle nie wspominał o jakimś szkolnym projekcie. Miała ochotę sprawdzić, czy Julian jej nie nabiera, ale usłyszała sygnał oczekiwania na połączenie, więc wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Dłuższą chwilę nikt nie odpowiadał i Julian już chciał rozpocząć nową grę wideo, kiedy rozległ się znajomy głos.

- Allô? Allô?

Na ekran wypłynęła twarz - bez wątpienia babci. Całą sobą dawała do zrozumienia, że mimo swojego wieku nie zamierza żyć w wolniejszym tempie. Dla niej było to kwestią honoru. Intensywnie czerwona szminka i szykowne stroje pokazywały światu, że wciąż ma w sobie siłę, z którą należy się liczyć. I podobnie, jasno i dobitnie, wygłaszała swoje opinie. A była kobietą o zdecydowanych poglądach.

- Cześć, grandm?re!

- Allô? - usłyszał w odpowiedzi Julian. - Allô? To ty, Julianie?

Oczywiście wiedziała, kto dzwoni - nikt inny nie nazywał jej grandm?re. Reszta świata zwracała się do niej po nazwisku: madame Albans, lub po imieniu: Saro. Zirytowana, stukała w ekran, słysząc, ale nie widząc wnuka. Jednak nowoczesna technika na różne sposoby torpedowała wszelkie wysiłki starszej pani. Zdarzało się, że przypadkowo dotknęła niewłaściwego przycisku i połączenie natychmiast się urywało. Kiedy indziej miała wrażenie, że głos rozmówcy dochodzi z głębokiej studni. Właściwie nie było to takie zaskakujące, jeśli rozmówca, tak jak Julian, mieszkał w Nowym Jorku. W końcu między jego domem a jej mieszkaniem w Paryżu rozpościerał się cały ocean.

- Grandm?re, patrz w ekran! - pouczył ją Julian. - I załóż okulary!

Posłusznie wykonała polecenie i w nagrodę zobaczyła słodkie brązowe oczy wnuka. A właściwie jedno. Julian powinien iść do fryzjera, stwierdziła. Grzywka zasłaniała połowę jego ładnej twarzy. Gdyby przebywali w tym samym pokoju, odgarnęłaby mu włosy z czoła. Może nawet zaprowadziła do swojego fryzjera, Marcela, na szybkie podstrzyżenie. Zważywszy jednak na dzielącą ich odległość, postanowiła się nie przejmować podobną do mopa czupryną wnuka i tylko cieszyć się rzadką przyjemnością, jaką sprawiał jej telefon od niego.

- O, jesteś! - powiedziała radośnie. - Już cię widzę. Allô, mon cher! Co słychać? Jak ci się podoba nowa szkoła?

Ostatnie pytanie było naładowane znaczeniem. Julian został niedawno przeniesiony do nowej szkoły, i to z niezbyt chlubnego powodu. W ten sposób otrzymał szansę na nowy start. Ale czy ją wykorzysta, zależało w dużej mierze od niego. Oboje o tym wiedzieli.

- Jest w porządku. Podoba mi się. To znaczy tęsknię za podstawówką Beechera i w ogóle. Tylko wciąż gnębi mnie... no wiesz... - Spojrzał w bok, jakby szukał odpowiednich słów. A może pogrążył się we wspomnieniach. - To, co zrobiłem - wykrztusił w końcu.

Babcia współczuła mu całym sercem. O tym, co dokładnie się działo podczas tamtego fatalnego roku w piątej klasie, wiedziała od syna i synowej, którzy prędko obwinili inne dzieci. Twierdzili, że doszło do pewnych incydentów - w zasadzie nieporozumień, jak sugerowali - a dyrekcja szkoły okazała pobłażliwość kilkorgu uczniom, tylko nie Julianowi. Pełną prawdę, ze szczegółami, poznała dopiero podczas pobytu całej rodziny w Paryżu. Historia, którą opowiedział jej Julian, różniła się od wersji jego rodziców. Wyjaśniło się, że wcale nie został pokrzywdzony, lecz aktywnie uczestniczył w tamtych wydarzeniach. Jego skrucha zrobiła na niej duże wrażenie. Wzbudziła w niej również nadzieję, że chłopiec w pełni wykorzysta szansę nowego startu.

Julian podparł głowę ręką i westchnął.

- Wiesz, czasem chciałbym cofnąć czas. Albo zacząć od nowa.

Grandm?re pokiwała głową. Najchętniej przeniknęłaby przez telefon i wzięła wnuka w ramiona. Bo sama aż za dobrze znała to pragnienie.

- Rozumiem cię, mon cher. Każdy z nas czegoś żałuje w swoim życiu. Ale pamiętaj, że nie błędy o nas świadczą, lecz to, czego się na nich uczymy. D'accord?

Julian odgarnął włosy do tyłu i na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi.

- No tak, dzięki, grandm?re. - Na chwilę zapadła cisza. - Dzwonię w szkolnej sprawie. Muszę zrobić projekt z historii. Napisać pracę o kimś, kogo znam. Pomyślałem, że napiszę o tobie.

- O mnie? Miło słyszeć! - odrzekła, zaskoczona.

Wydawało jej się zabawne, że w oczach młodzieży starsi nie nadążają za czasem, nie są na bieżąco, wypadli z obiegu. Nieraz mówiła Julianowi: "To, co dla twojego pokolenia jest nowe, my już poznaliśmy w naszym długim życiu. Jest odnowioną wersją tego, co widzieliśmy wielokrotnie".

Teraz wnuk zaskoczył ją jeszcze bardziej.

- Chciałbym, żebyś opowiedziała mi swoją historię, zaczynając od czasów wojny, kiedy byłaś dzieckiem.

- Aha. Hm... - wyszeptała.

Julian wyczuł jej wahanie i zaczął trajkotać jak najęty.

- Pomyślałem, że napiszę o tobie i Tourteau. Pamiętam, co mi opowiedziałaś, gdy byłem u ciebie ostatnio. Ale tym razem wolałbym cię nagrać. Mam też nadzieję, że przypomnisz sobie szczegóły.

- Hm... - powtórzyła.

Zastanawiała się nad tym. Julian rozumował słusznie. Od dawna chciała mu opowiedzieć o swojej przeszłości i tylko czekała, kiedy wnuk trochę podrośnie. Stosowna okazja nadarzyła się, gdy byli ostatnio w Paryżu. Mimo to, choć uważała, że powinien poznać historię jej życia, nie wyjawiła mu wszystkiego. Pewne rzeczy zachowała dla siebie.

Czy on jest gotów poznać całą prawdę? - pomyślała. Czy ja jestem gotowa ją wyznać?

- Och, Julianie... - Szukała słów, żeby wyrazić swoje skomplikowane uczucia, i zdumiało ją, że ma z tym kłopot. - To wspaniały pomysł - powiedziała w końcu - ale... tak trudno mi o tym mówić.

- Przepraszam, grandm?re, nie chciałem sprawić ci przykro­ści. - W oczach Juliana błysnęła troska. - W porządku. Nie musimy...

I wtedy babcia podjęła decyzję. Nie dlatego, że wnuk chciał oszczędzić jej bolesnych wspomnień. Wręcz przeciwnie - jego gotowość, by porzucić swój plan i przejść do przyjemniejszych tematów, dała jej impuls, na który czekała.

- Nie - odparła stanowczym tonem. - Powinniśmy o tym porozmawiać, mon cher. Nawet jeśli to jest trudne. A raczej właśnie dlatego, że jest trudne. Również dlatego, że twoje pokolenie powinno wiedzieć o tamtych wydarzeniach.

Zamilkła. Zdjęła okulary i przetarła oczy. Dobrze, zrobię to, podjęła w duchu decyzję. Tylko... jak?

- Zgadzam się, Julianie - oświadczyła, znów zakładając okulary i usiłując pozbyć się wrażenia, że porusza się we mgle. Gdzieś tu była ścieżka, ale czy znajdzie ją bez żadnej mapy? - Opowiem ci swoją historię. Całą. Także to, o czym nikomu jeszcze nie mówiłam.

- Jesteś pewna, grandm?re?

- Całkowicie, mon cher. - Chciała, by zabrzmiało to przekonująco, choć tak naprawdę było jeszcze chwiejne. - Żyliśmy wtedy w mrocznych czasach, Julianie, bez wątpienia. A jednak przez te wszystkie lata, najmocniej utkwiło mi w pamięci wspomnienie wcale nie mroku, lecz światła. Właśnie tą opowieścią chciałabym się z tobą podzielić.

Wzięła głęboki oddech.

- "Dawno, dawno temu..." Tak zazwyczaj rozpoczynają się bajki - powiedziała. - Swoją historię też tak rozpocznę, ponieważ od najmłodszych lat żyłam naprawdę jak w bajce. Zauważ, że nie byłam księżniczką, nie mieszkałam w pałacu ani nie miałam szafy pełnej jedwabnych sukni balowych. Ale z perspektywy czasu widzę, że miałam wszystko, co jest istotne, a nawet więcej. Dużo więcej.

Upiła łyk wody, po czym nalała sobie do kieliszka odrobinę czerwonego wina.

- Dorastałam w Aubervilliers-aux-Bois, na francuskiej prowincji, niedaleko gór Margeride. - Sięgnęła po oprawioną w ramki fotografię, która stała na jej biurku, i przez chwilę trzymała ją w dłoniach. Uroczy rynek pośrodku miasteczka, widoczny na zdjęciu, przywołał wspomnienia tamtych czasów. - To były szczęśliwe lata. Miałam wspaniałych rodziców. Piękny dom. Wielu przyjaciół. Ładne ubrania. Zabawki. I nawet pianino, na którym grałam, a to już naprawdę był luksus. Prawdę mówiąc, chyba trochę mnie rozpieszczano.

- Tylko trochę? - zażartował Julian.

- Chyba więcej niż trochę - przyznała. - O tak, zdecydowanie więcej, mon cher.

Julian zauważył, że zmienił się jej głos: dochodził jakby z oddali, co nie było takie dziwne, bo rzeczywiście znajdowała się daleko. Ale gdy wspominała swoją przeszłość, można było odnieść wrażenie, że oddala się jeszcze bardziej.

- Mój tato nazywał się Max Blum i był słynnym chirurgiem. Pacjenci przybywali do niego zewsząd. - Mówiła tak cicho, że Julian musiał przysunąć się do telefonu. - Mama była nauczycielką. Wykładała matematykę na uniwersytecie. W tamtych czasach to było coś niezwyk­łego. Kobiety nie uczyły na uniwersytetach. Ale ona uczyła...

Babcia przymknęła oczy.

- Mieli w sobie tyle miłości, Julianie - wyszeptała. - Niezmierzone pokłady. Otoczona ich opieką, początkowo nie zdawałam sobie sprawy, że wokół nas coś się zmienia.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lata trzydzieste XX wieku, Francja

- Saro? Jesteś gotowa?

Zirytowana, obróciłam się w koło, patrząc, jak faluje moja nowa sukienka.

- Jak możesz o to pytać, papo? Od dawna jestem gotowa.

- Od dawna? - Z powątpiewaniem uniósł brwi.

- Właśnie. - Kiwnęłam głową. - Idziemy?

- Jeszcze chwila. Twoja mama zaraz się wyszykuje. Gdzie masz płaszcz i kapelusz?

Westchnęłam teatralnie.

- Papo, jest wiosna. Nie będą mi potrzebne.

Papa włożył płaszcz i kapelusz, po czym skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na mnie.

- Moje drogie dziecko - odezwał się - jestem człowiekiem nauki. Wedle kalendarza zapewne jest wiosna, ale jeśli wyjrzysz przez okno, sama zobaczysz, że drzewa mówią co innego.

- Drzewa mówią, że mogę wyjść bez płaszcza i kapelusza.

- Twoja matka uważa inaczej. Koniec dyskusji - rozległ się głos maman, która dołączyła do nas w holu.

W czerwonym wełnianym płaszczu i kapeluszu pod kolor prezentowała się tak elegancko, że już bez dalszych protestów wzięłam płaszcz i kapelusz.

Obróciłam się, żeby mama doceniła mój wygląd, a ona pocałowała mnie w czubek głowy i wyruszyliśmy na targ, całą trójką, ramię w ramię.

To był nasz weekendowy zwyczaj. Rankiem szliśmy raźnym krokiem na zakupy. Zawsze chciałam być w środku. Czułam się bezpiecznie, wpasowana między rodziców. Lubiłam sobie wyobrażać, że jesteśmy jak kanapka: wysoki, elegancki papa i śliczna, wytworna maman to były dwie połówki une baguette, które obejmowały un petit morceau de fromage, czyli mnie.

- Bonjour, doktorze! Bonjour, madame! - witali nas mijani po drodze znajomi i sąsiedzi.

Podobało mi się, jak patrzyli na nas mieszkańcy naszego miasteczka. Myślałam sobie, że gdy mieli gości, mówili im: "To doktor Blum. Doskonały chirurg. Ma równie utalentowaną żonę. Wykłada na uniwersytecie! Jako jedna z pierwszych kobiet w naszym miasteczku ukończyła studia podyplomowe z matematyki. Czyż nie są piękną parą? A to ich córka, Sara. Urocze dziecko. Gra na pianinie, ma wielu przyjaciół...".

- Saro?

- Słucham? - Wyrwana z zadumy, uniosłam głowę.

Maman uśmiechnęła się do mnie z zakłopotaniem i pogroziła mi palcem.

- Znowu się rozmarzyłaś?

- Nie, nie! No... może trochę - przyznałam.

- To nie zbrodnia - pocieszył mnie papa. - Raczej oznaka inteligencji. Masz żywy umysł, Saro. Podobnie jak twoja matka.

- Sądzę, że skłonność do bujania w obłokach odziedziczyłaś po ojcu - wtrąciła maman.

Szliśmy dalej. Papa delikatnie wziął mnie za prawą rękę. Chwilę później moją lewą dłoń ujęła maman. Z nadzieją czekałam, kiedy rodzice wymienią porozumiewawcze spojrzenia. Jakżeby inaczej...

- Un... deux... trois! - powiedzieli chórem i z zamachem unieśli mnie za ręce, a ja na trzy odbiłam się od ziemi i pofrunęłam w powietrze.

- Niedługo będziesz za duża na takie zabawy - ze śmiechem zauważyła maman.

- Nigdy w życiu! - odparłam.

Wiedziałam jednak, że ma rację - już nie byłam małym dzieckiem. Ale wciąż lubiłam się bawić i nie zamierzałam rezyg­nować z naszych wspólnych żartów. Szybkim ruchem wyjęłam bagietkę z koszyka na zakupy i pognałam przed siebie, trzymając ją w górze i spodziewając się, że rodzice zaczną mnie gonić.

- Wróć! - wykrzyknął papa, ale nie ruszył za mną w pościg.

Zmarszczył brwi i szepnął coś do maman, a ona z poważną miną pokiwała głową, po czym coś odszepnęła. Zadawałam sobie pytanie, o czym rozmawiają. Może maman nie podobało się, że biegam w nowej sukience? Może tylko wyglądali na niezadowolonych, a w istocie ukrywali coś przede mną? Niedługo, w maju, przypadały moje urodziny, więc może zastanawiali się, jaki mi kupić prezent.

Bacznie przyglądałam im się, jak rozmawiali, głowa przy głowie, i postanowiłam mieć oczy szeroko otwarte, bo a nuż z czymś się zdradzą. Nie sprawiało mi to kłopotu, bo uwielbiałam na nich patrzeć. Łączyła ich nie tylko wielka miłość, lecz również pokrewieństwo umysłów. Chociaż lekarze z najróżniejszych krajów zwracali się do papy o porady, to nie oni, ale maman była jego zaufaną powierniczką.

Po kilku minutach papa pobiegł za mną, co oznaczało, że w niepamięć poszła sprawa, która go zajmowała. Pisnęłam z radości i schowałam się za drzewem. Wśród śmiechów rodzice uganiali się za mną, aż w końcu papa odzyskał bagietkę.

Kiedy przystanął, żeby odsapnąć, skorzystałam ze sposobności i rozwinęłam swój pomysł, na który wpadłam wcześniej.

- Mówiłeś, że jest już wiosna, prawda, papo? Moglibyśmy urządzić piknik w lesie?

- Nie teraz, ptaszyno, ale obiecuję, że niedługo - odrzekł i w jego oczach pojawiły się iskierki.

Las Mernuit znajdował się niedaleko naszego domu. Był ciemny i straszny, zwłaszcza dla nas, dzieci. Krążyły opowieści, jeszcze sprzed wieków, o przeogromnych wilkach, które tam mieszkały. Starsi mieszkańcy zawsze ostrzegali mnie i moich przyjaciół, żebyśmy po zmroku nie zbliżali się do lasu - właśnie z powodu wilków. Mówili, że te straszne bestie niepostrzeżenie wyłażą pod osłoną mgły, chwytają swoje ofiary i równie niepostrzeżenie odchodzą. Nie wiedziałam, czy wierzyć w te historie, ale i tak las zazwyczaj był dla mnie złowieszczym miejscem.

Tylko nie wiosną. Wtedy działo się tam coś magicznego. Obserwowanie tej zmiany, której co roku niecierpliwie wyczekiwałam, było kolejnym zwyczajem w naszej rodzinie.

Kilka dni później znowu wspomniałam o pikniku w lesie. Potem jeszcze raz i jeszcze raz, aż w końcu dostałam upragnioną odpowiedź.

- Zapytajmy twoją mamę - z uśmiechem powiedział tato.

To oznaczało, że wreszcie nadszedł czas.

Zapakowaliśmy jedzenie do wiklinowego kosza. Nic wymyślnego - po prostu kilka kanapek, czerwone wino dla rodziców, lemoniada dla mnie i owoce. Maman starannie złożyła koc piknikowy, błękitny jak niebo, na brzegach haftowany w ró­żowe różyczki. Poszliśmy do lasu i zapuszczaliśmy się coraz dalej w głąb. W świetle dziennym las tak bardzo nie prze­rażał, zwłaszcza że byli przy mnie rodzice. Na wszelki wypadek bacznie się rozglądałam, czy nie wyskoczą skądś dzikie bestie.

Szczęśliwie nie natknęliśmy się na ścianę złowieszczej mgły ani na wygłodniałe wilki.

- Dzwonki! - zawołałam, wbiegając na polankę, uradowana jak na widok starych przyjaciół.

Powitał mnie dywan jasnobłękitnych i fioletowych kwiatów. Rodzice rozkładali na kocu jedzenie, ja tańczyłam dokoła polanki, rozkoszując się pięknem i zapachami, o jakich mi się nie śniło.

- To miejsce jest magiczne - powiedziałam do maman, gdy już nacieszyłam się odgrywaniem księżniczki wśród czarodziejskich kwiatów i opadłam na koc.

- Na to wygląda - przyznała.

Miała ścisły umysł i często zaprzeczała istnieniu czegoś niepotwierdzonego naukowo.

- Tak jest - oświadczyłam z uporem.

- Ona ma rację, Rose - wtrącił się papa, dolewając jej wina. Szeroko się uśmiechnęłam, zadowolona, że staje po mojej stronie. - Dzwonki rzadko występują tak daleko na południu. Nie ulega wątpliwości, że pojawiły się tutaj za sprawą czarów. Inaczej nie da się tego wyjaśnić.

- No właśnie! - wykrzyknęłam triumfalnie.

Maman upiła łyk wina i uniosła wolną rękę, niby na znak, że się poddaje. Odstawiła kieliszek i spoglądając na mnie, west­chnęła i powiedziała:

- Popatrz na naszą córeczkę, Maxie. Jaka jest już duża!

Papa pokręcił głową.

- Ależ, Rose, ona wciąż jest naszą ptaszyną.

"Ptaszyna". Poderwałam się na równe nogi, słysząc pieszczot­liwe określenie, jakiego wobec mnie używał. Było również syg­nałem do mojej ulubionej zabawy.

- Och, papo, zrobisz tak, żebym pofrunęła?

- Oczywiście. - Wstał z koca i wyciągnął do mnie ręce. - Jak wysoko chcesz polecieć?

- Do samego nieba!

Patrzyliśmy sobie w oczy, a ja przyłożyłam dłonie do jego policzków, zachwycona, że cała jego uwaga skupia się na mnie. Papa miał dużo siły i nie było takiej rzeczy, której by nie mógł zrobić.

- Jak szybko chcesz lecieć? - zapytał.

Na te słowa rozłożyłam szeroko ręce, a papa podniósł mnie i zaczął kręcić się w koło.

- Szybko jak ptak!

- Zamknij oczy... - powiedział papa.

Nabrałam powietrza, czując, jak wiruję coraz szybciej. To była moja prawie najulubieńsza chwila: tuż-tuż, ale jeszcze w mocnych objęciach, na sekundę przed...

- ...i fruń! - wykrzyknął papa, podrzucając mnie w powietrze.

Zacisnęłam powieki i poszybowałam, lekka jak piórko. Wyobrażałam sobie, że jestem ptaszyną mojego taty, łapię wiatr w skrzydła i wznoszę się do nieba. Lądowanie zawsze było przebudzeniem, nagłym, ale niebolesnym. Tato podrzucał mnie tak delikatnie, że nigdy nic mi się nie stało. I za każdym razem prosiłam, by zrobił to znowu.

Uwielbiałam tę zabawę, tylko we dwoje, papa i ja.

Zachwycało mnie to, jak się wtedy czuję - szczęśliwa i beztroska jak ptak.

Upajałam się myślą, że tato, nawet gdy wypuszcza mnie z rąk, czuwa, żebym była całkowicie bezpieczna.

Dalsza część w wersji pełnej