rozdział 2
malta, 10 września 1542
Ostatnie promienie zachodzącego słońca rozbijały się o powierzchnię wody, która o tej porze dnia musiała być już dość ciepła. Tak przynajmniej myślał brat Berengar. Dałby w tym momencie wiele, by móc ochłodzić w niej spływające potem ciało. Reguła zakonna, której przyrzekł przestrzegać, zabraniała stosowania tego rodzaju uciech częściej niż raz w miesiącu. Czarna tunika z białym krzyżem umieszczonym na lewym ramieniu była przesiąknięta odorem ryb, potu i uryny. Berengar czuł, jak słone kropelki żłobią rowki na jego plecach. Odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy słońce skryło się w morskiej toni.
- O czym tak dumasz, bracie Berengarze? - rzekł niższy o głowę mężczyzna, który niepostrzeżenie podszedł od strony rufy.
- Ach, to ty, Leonie! - odpowiedział zaskoczony rycerz. - Nie dumam o niczym, bracie, tylko pogan wypatruję na horyzoncie.
- Czasy teraz niepewne. Wszędzie szpiedzy sułtana. Trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte.
- Tak - odparł zdawkowo Berengar.
- Pogańska zaraza rozprzestrzenia się na zachód - Leon ciągnął swój wywód. - Jeszcze trochę i wyprą nas również stąd, bracie. Powiadam ci.
Wypowiedziawszy ostatnie słowa, wskazał palcem na poszarzałą plamę umiejscowioną na linii wyznaczającej horyzont.
- Miej wiarę w Bogu. On i nasz wielki mistrz nie pozwolą nam zginąć - odparł wyższy z rycerzy.
- Bracie Berengarze, jesteś młody i zapewne tego nie pamiętasz, ale tak samo mówiliśmy, mieszkając na Rodos.
Na myśl o wyspie Leon pogładził się po długiej, białej jak mleko brodzie.
- Starsi bracia mówią, że było tam o wiele lepiej niż tu. Czy to prawda? - zagadnął Berengar.
- Zaiste, drogi przyjacielu, tak było. Malta to mała wyspa, a do tego słabo ufortyfikowana. Gdy niewierni zaatakują nas większymi siłami, i to miejsce przyjdzie nam opuścić.
- Okręty "Religii" cały czas patrolują te wody - odparł z uśmiechem młodzian.
- Obyś miał rację, Berengarze. No, dość już tej polityki. Chodźmy na rufę. Trzeba się czymś pokrzepić. Noc będzie chłodna.
Rycerz podążył za swoim mentorem. Z pomocą dwóch braci zakonnych przewrócili jedną z szalup, robiąc z niej prowizoryczny stół. Zaraz też przyszło kilku innych rycerzy, tak samo jak oni odzianych w czarne peleryny z wyszytym na ramieniu białym krzyżem. Leon powstał pierwszy. Wzniósł ręce ku niebu, czyniąc modły. Przystąpili do posiłku. Berengar chwycił suszoną rybę w jedną rękę, w drugą zaś wziął pajdę czerstwego chleba. Jedli w ciszy i zadumie. Morze tego wieczora było nadzwyczaj spokojne. Zdawać by się mogło, że spało otulone płaszczem gęstej, mlecznobiałej zawiesiny. Niebo, które jeszcze godzinę temu rozbłyskiwało milionem gwiazd, teraz tonęło we mgle. Zjadłszy, Berengar skinieniem głowy podziękował towarzyszom za wspólny posiłek. Wszyscy w ślad za nim uczynili to samo. Berengar i Leon ruszyli w kierunku dziobu okrętu. Pierwszy z nich był bardzo zdolnym nawigatorem, synem zamożnego szlachcica z Kastylii - Don Rodrigo de la Pe?y. Ten zacny ród od wieków służył Bogu i joannitom. Ojciec Berengara uchodził za jednego z najsłynniejszych rycerzy "Religii". Zarządzał jedną z ośmiu wielkich "Langue". Berengar od najmłodszych lat był wychowywany w duchu miłości do Boga i braci noszących na piersi biały krzyż. Zawsze można było na nim polegać. Jego oddanie oraz wrodzona inteligencja i odwaga poruszyły nawet samego wielkiego mistrza Jeana de Homedesa, który w dowód uznania mianował młodego Kastylijczyka nawigatorem na "Jesui". Teraz de la Pe?a wraz z bratem Leonem podążali śpiesznym krokiem ku dziobowi.
- Berengarze, zaraz w ogóle stracimy widoczność. Trzeba rzucić kotwicę, bo inaczej rozbijemy się o skały.
- Ale tu głębia! Będzie ze czterdzieści stóp, a nasza kotwica sięga jedynie trzydziestu - odparł z niepokojem.
- Płyńmy więc na płycizny.
- Nie damy rady. Wiatr ustał. Jesteśmy daleko od lądu. Spróbujmy zluzować żagle. Zaraz każę braciom postawić wiosła na wodzie. Nie zastąpi to nam kotwicy, ale okręt powinien stać w miejscu.
- Mądre decyzje podejmujesz, Berengarze. Tylko patrzeć, jak nasz wielki mistrz mianuje cię dowódcą tego statku - wypowiadając te słowa, uśmiechnął się szeroko do młodzieńca, pokazując galerię pożółkłych zębów.
- Z tego, co pamiętam, dowodzi nim brat Unger - odparł skromnie nawigator.
- Prawda to, ale powiadają, że nasz czcigodny kapitan słaby ma już wzrok i umysł nieco stępiony. Chciałby już pewnie osiąść na lądzie na stałe, by tam móc służyć wiernie zakonowi.
- Zrobię, co rozkaże mistrz - odpowiedział z pokorą de la Pe?a.
Gdy wydał wszystkie rozkazy, obaj oparli się o burtę i zatopili wzrok we mgle. Na twarzy Berengara zagościł niepokój.
- Co się stało, przyjacielu?
- Ta mgła... Nie podoba mi się. Jest jakaś tajemnicza i groźna zarazem.
- Lękasz się, bracie?
- Tak. Obawiam się, że brat Unger źle zrobił, każąc nam płynąć tak daleko. Gdyby nas teraz napadli niewierni, nie byłoby nawet jak zawiadomić tych, którzy pozostali na lądzie.
- Daremnie się zamartwiasz, bracie. Te psubraty nie posiadają tak znakomitych statków jak my, a jedynie lekkie łodzie na wzór kozackich czajek. Nadają się one do szybkich wypadów łupieżczych, jednak w żaden sposób nie mogłyby zaatakować okrętu wyposażonego w trzydzieści armat.
Leon miał rację. Łodzie nieprzyjaciela były niewielkie i nieuzbrojone, toteż musiałoby ich być co najmniej kilkadziesiąt, by miały jakąkolwiek szansę zatopić statek o wyporności stu pięćdziesięciu łasztów. "Jesui" został zwodowany w 1524 roku. Przez kilka lat służył do przewozu zboża z Gdańska do portów niemieckich. Okręt zmienił banderę w 1531 roku, gdy jego właściciel, kupiec i dyplomata Piotr Wisznic został napadnięty przez rabusiów w drodze do Lubeki. Od niechybnej śmierci uratował gdańszczanina rycerz zakonu joannitów, Ulrich von Ginster. Wdzięczny za pomoc Wisznic podarował zakonowi swój najszybszy okręt. W 1538 roku galeon zaopatrzono w dalekosiężne armaty, które umiejscowiono na wysokich galeriach. Dzięki nim rycerze byli w stanie bez większego problemu zniszczyć pirackie łodzie, zanim te zbliżyłyby się na odległość strzału z łuku od okrętu "Religii". Poza tym na statku znajdowało się około stu pięćdziesięciu dobrze uzbrojonych i zaprawionych w boju braci zakonnych. Niestety, prawdą było również to, że w tej chwili galeon był bezbronny.
Zanim ta wiadomość dotarła wreszcie do umysłu Leona, powietrze przeszył świst. Krótka strzała z czarnymi piórami na końcu ugodziła go w ramię. Chwilę potem druga przebiła mu krtań. Starzec osunął się na pokład. Jego ciało drgało w konwulsjach. Na wargach tańczyły bąbelki krwi. Mlecznobiała broda zabarwiła się purpurą.
- Bracie! - krzyknął Berengar, podtrzymując głowę rycerza.
- Uciekaj, chłopcze - wyszeptał charczącym głosem - tu nic nie zdziałasz. Musisz ostrzec naszych. Trzeba bronić tajemnicy.
- Pomszczę cię, Leonie! - wykrzyczał z furią. Po jego policzkach popłynęły łzy. Wiedział, że koniec jego przyjaciela jest już bliski.
Starzec zdołał już tylko rzec:
- Za tobą.
Berengar instynktownie schylił się, prostując jednocześnie nogę w kolanie. Mężczyzna w turbanie z hukiem zwalił się na deski. Zakrzywiony miecz wyśliznął mu się z ręki w chwili upadku. Korsarz leżał przez chwilę oszołomiony. Berengar, nie myśląc o rycerskim honorze, zdecydowanym ruchem wyciągnął grot strzały z szyi martwego joannity, by ugodzić nim napastnika.
- Giń, psie niewierny! - wykrzyczał, po czym trzykrotnie jeszcze dźgnął go w brzuch.
Berengar wyjrzał przez małe okienko w galerii. Mgła rozrzedziła się znacznie za sprawą spadającego na "Jesui" gradu strzał. Na dziobie królowali już nasłani przez sułtana piraci. Nawigator widział, jak dwóch z nich wywleka bezwładne ciało Ungera na pokład. Chwilę później zwłoki kapitana uderzyły z impetem o taflę wody. De la Pe?a poczuł ukłucie w łydce. Strzała tylko musnęła go lekko, rozcinając skórę poniżej zgięcia kolanowego. Na rycerza nacierało dwóch przeciwników. Nie namyślając się długo, wyjął miecz z pochwy, by odparować cios pierwszego z korsarzy. Szabla drugiego zawisła nad jego głową.
Kastylijczyk zrobił unik w prawo, kopiąc wroga w splot słoneczny. Gdy ten zgiął się wpół, zakonnik uderzył go płazem w twarz z taką furią, że było słychać pękanie czaszki. Mężczyzna padł jak długi na pokład. Berengar, nie odwracając się, zrobił kolejny unik, aby nie nadziać się na szablę drugiego z piratów. Gdy znalazł się poza zasięgiem jego ramion, odwrócił się i rzucił mieczem niczym nożem. Świst oręża przeszył powietrze. Zimne ostrze zmiażdżyło mostek korsarza. Napastnik był martwy, zanim osunął się na deski. Rycerz nastąpił na niego butem, by łatwiej móc wyciągnąć miecz ze zwłok.
Rozejrzał się po pokładzie. Wokół okrętu znajdowało się mnóstwo małych, długich łodzi. Jego towarzysze jeden po drugim osuwali się na pokład w krwawym uścisku śmierci lub ginęli w morskiej otchłani. Wiedział, że przegrana "Religii" jest tylko kwestią czasu. Mógł co prawda pozbawić życia jeszcze czterech bądź pięciu wrogów, ale z pewnością prędzej czy później czekał go ten sam los. Musiał uciekać. Nie po to, by bronić własnej skóry, lecz by ostrzec braci zakonnych przed niespodziewanym atakiem.
Spojrzał na przewróconą szalupę, na której jeszcze nie tak dawno spożywał wieczerzę z bratem Leonem. Wiedział, że jeśli korsarze go zauważą, nie będzie miał żadnych szans. Ich łodzie były bardzo szybkie. Niechybnie by go dogonili. Ponadto bez lin nie mógł spuścić szalupy z takiej wysokości. Nawet jeśli udałoby mu się wypchnąć ją za burtę, ta rozbiłaby się z pewnością o powierzchnię wody, alarmując piratów o jego obecności. Nie mógł też płynąć wpław, ponieważ od lądu dzieliła go zbyt duża odległość. Żaden człowiek nie byłby w stanie tego dokonać.
Kolejna strzała ugodziła go w pierś. Tym razem rana była znacznie poważniejsza. Niski mężczyzna o haczykowatym nosie, lekko kręconych czarnych włosach i oliwkowej cerze nakładał pośpiesznie kolejną strzałę na cięciwę. Berengar był zbyt daleko, aby móc rzucić w niego mieczem. W nagłym przypływie adrenaliny natarł z impetem na napastnika, nie zważając, iż ten właśnie napina łuk. Gdy pirat wypuścił strzałę, joannita zrobił unik. Grot wbił się w drewnianą belkę masztu. Zanim łucznik ponownie sięgnął do zawieszonego przy pasie kołczanu, Kastylijczyk powalił go silnym ciosem w nos. Uderzenie przyniosło spodziewany efekt. Mężczyzna był oszołomiony. Na chwilę stracił równowagę. Berengar złapał go za koszulę i wypchnął za burtę. Ciało korsarza spadło na małą łódź, wywracając ją do góry dnem. W tej chwili rycerzowi przyszedł do głowy znakomity pomysł. Musiał działać szybko. Krew sącząca się z piersi osłabiała go z każdą chwilą. Podbiegł do jednego z leżących bezwładnie ciał. Zdarł z siebie czarną pelerynę. Pośpiesznie przebrał się w korsarski strój i nie zastanawiając się długo, skoczył do wody. Zimna bryza w jednej chwili pobudziła wszystkie zmysły. Podpłynął niepostrzeżenie do znajdującej się najdalej względem "Jesui" łodzi. Upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje, wgramolił się do środka i złapał za wiosła. Był już dość daleko od statku, gdy zobaczył krwisto-złotą łunę rozpościerającą się tuż nad powierzchnią wody. Jego okręt płonął. Kilka minut później zrobiło się zupełnie ciemno. Nawigator wiedział, że nie zważając na ból i zmęczenie, musi jak najszybciej dopłynąć do brzegu.
***
Słońce górowało nad horyzontem, gdy morze wypluło wąską łódkę na piaszczysty brzeg. Człowiek w czerwonej koszuli i niebieskich pantalonach wytarł pot z czoła. Zrzucił z siebie górną część odzienia. Na jego piersi ukazała się ciemnobrunatna plama zakrzepłej krwi. Nawigator szybko ocenił swoje położenie. Na szczęście prądy morskie, które u wybrzeży Malty są bardzo słabe, nie zniosły go zbyt daleko. Czy jednak miał jeszcze jakieś szanse? Piraci na pewno dotarli do brzegu jeszcze przed świtem. Cóż jednak miał robić? Nie zważając na kłujący ból w klatce piersiowej, ruszył szybkim krokiem przed siebie. Gdy godzinę później wdrapał się na najwyższy pagórek na wyspie - mierzący zaledwie dwieście pięćdziesiąt trzy metry nad poziomem morza Ta'Dmejrek - spostrzegł kłęby dymu unoszące się nad zamkiem. Zważywszy na odniesione rany, dystans, jaki dzielił go od twierdzy, wydawał się ogromny. Ruszył ile sił w nogach. Doskwierający ból skutecznie spowalniał jego bieg. Mimo to mężczyzna starał się nie zatrzymywać. Ujrzawszy wreszcie bramy warowni, padł bez tchu na rozgrzaną słońcem ziemię. Pełniący wartę brat Fulko rzucił się w jego kierunku. W pierwszej chwili - myśląc, że leżący mężczyzna jest jednym z piratów - chciał ugodzić go trzymaną w ręku mizerykordią. Dopiero odwróciwszy ciało, rozpoznał znajomą twarz młodego Kastylijczyka. Z pomocą brata Cristiana przeniósł rycerza do lazaretu. Mnisi opatrzyli mu rany i ułożyli na posłaniu. Dopiero późnym popołudniem mężczyzna odzyskał przytomność.
- Co się stało, bracie? - zapytał Fulko, widząc, że Berengar próbuje się podnieść.
- Gdzie ja jestem? - De la Pe?a był oszołomiony.
Przyjaciel opowiedział w kilku zdaniach, jak znalazł go u bram zamku i przyniósł do lazaretu.
- Prowadź do wielkiego mistrza... - rozkazał ranny rycerz, z trudem zaczerpując powietrze...
Fulko próbował przekonywać współtowarzysza, że nie powinien się podnosić, ale Berengar nie słuchał jego próśb. Dyskutując, dotarli wreszcie do wielkiej komnaty, w której przebywał Jean de Homedes. Wielki mistrz siedział odziany w wojenny płaszcz z czerwonego lnu. Na jego lewym ramieniu widniał biały krzyż z rozwidlonymi ramionami. Wokół starca krążyli doradcy. Było gwarno. Rycerze przekrzykiwali się, forsując własne plany zdobycia stolicy niewiernych. Miał to być odwet za napad piratów, których do ataków na Maltę podżegał sułtan turecki. Gdy do wielkiej komnaty weszli Berengar i podtrzymujący go Fulko, głosy nagle zamilkły. Jean de Homedes podniósł się i ruszył w kierunku Kastylijczyka.
- Straż! Przynieście wody i opatrzcie rany! - wielki mistrz był poruszony stanem zdrowia nawigatora. Ten jednak powstrzymał go gestem dłoni.
- Dziękuję, panie, za troskę. Brat Fulko już zdążył zatroszczyć się o moje skromne potrzeby.
- Skoro tak... Opowiadaj zatem, bracie Berengarze. Co z "Jesui"?
- Zaatakowali nas piraci, panie.
- Jak to zaatakowali? Nie widzieliście ich? Dlaczego nas nie ostrzegliście?! - dziwił się de Homedes. W jego głosie słychać było zarówno współczucie, jak i gniew.
- Panie - odpowiedział Berengar, zagryzając przyniesiony właśnie ser - była mgła. Tak gęsta, że ledwie siebie nawzajem widzieliśmy. Brat Unger kazał nam płynąć zbyt daleko od brzegu. Nie mogliśmy zawrócić. Statek niechybnie rozbiłby się o skały.
- Masz rację - odparł wielki mistrz. - Ale jak zaatakowali was korsarze?
- Jak mówiłem - ciągnął dalej - była gęsta mgła, toteż nie mogliśmy ich zauważyć. W innym wypadku od razu użylibyśmy armat. Niewierni wdarli się na pokład, zasypując nas gradem strzał. Powaliłem kilku przeciwników. Z trudem uszedłem z życiem. W pirackim przebraniu wskoczyłem do wody i na jednej z ich łodzi oddaliłem się od okrętu. Chciałem was ostrzec. Niestety - ciągnął - omdlałem. Nie pamiętam nic więcej. Dziś rano morze wyrzuciło mnie na brzeg.
- Wierzę ci, bracie - odrzekł, kładąc rękę na jego ramieniu. - Cud, że w ogóle udało ci się ujść z życiem.
- Mistrzu, czy moglibyśmy zamienić kilka słów na osobności?
De Homedes bez zastanowienia nakazał wszystkim opuścić salę.
- Mów zatem, bracie - zwrócił się teraz w kierunku Berengara.
- Podejrzewam, że mury naszego zakonu skrywają szpiega!
- Wiem to i ja - starzec odparł ze smutkiem. - Ludzi, którzy trzymali dziś nad ranem wartę przy bramie, znaleziono z poderżniętymi gardłami. Któryś z rycerzy zdradził.
- Panie - rzekł Kastylijczyk, dając jednocześnie znak, aby mistrz pochylił się nad nim - podejrzewam, że to jeden z wysoko postawionych dostojników.
De Homedes przez krótką chwilę tkwił w zadumie.
- Mów swobodnie, bracie - rzekł w kierunku nawigatora.
- Sądzę, że... - powiedział tak cicho, że jego rozmówca prawie nie słyszał słów - ...do takich informacji dostęp miało tylko kilku rycerzy.
- I ja mam takie podejrzenia, Berengarze - odparł mężczyzna w czerwonej pelerynie. Na twarzy Kastylijczyka odmalowało się zdziwienie. - Powiem więcej - ciągnął dalej de Homedes - jestem pewien, że to ktoś z mojej najbliższej rady.
- Jak to? - rycerz zapytał z niedowierzaniem.
- Ktoś nie tylko otworzył bramy wrogom, lecz także prawdopodobnie powiedział, że jesteśmy znacznie osłabieni, gdyż w zeszłym tygodniu wysłałem do Prowansji delegację wraz z pięciuset rycerzami do jej ochrony. Ta misja utrzymywana była w największej tajemnicy, a jednak piraci właśnie teraz nas zaatakowali.
- Zatem mamy zdrajcę!
- To jeszcze nie najgorsza wiadomość, mój drogi przyjacielu. Piraci dotarli aż tu. Do najpilniej strzeżonych komnat. Nie byliśmy w stanie ich powstrzymać. Sam ledwo uszedłem z życiem - powiedział, wskazując jednocześnie podłużną ranę na przedramieniu. - Te szatańskie sługusy złupiły nasz największy skarbiec...
Berengar wzdrygnął się na te słowa. Jego ciało przeszył zimny dreszcz.
- Jakże to, mój panie?!
- Na szczęście zostało to - rzekł, wyjmując spod peleryny złoty przedmiot zawieszony na grubym łańcuchu. - Nie wiem jeszcze, który z braci zdradził, ale nie sądzę, by piraci znali naszą największą tajemnicę. Wszakże - ciągnął dalej - tylko tobie mogę ufać. Możesz przysłużyć się wielce zakonowi i naszej sprawie.
- Zrobię wszystko, co mi rozkażesz.
- Przemyśl to dobrze, bo to bardzo niebezpieczna misja.
- Jestem zdecydowany, panie - odparł bez zastanowienia.
- Dobrze zatem. Rzekłeś, więc słuchaj. Wraz z bratem Fulko jutro o świcie wyruszycie w podróż...