Biały kruk - Andrzej Kowalski

Kup ebooka

12.30 zł
9.84 zł (12,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

prolog

Męż­czy­zna przy­sta­nął na chwi­lę, aby spraw­dzić, czy nikt go nie śle­dzi. Rze­mień w jego san­da­le pękł nie­spo­dzie­wa­nie, po­wo­du­jąc dość bo­le­sny upa­dek. Zdjął po­śpiesz­nie obu­wie. Nie zwa­ża­jąc na stłu­czo­ny nad­gar­stek i pie­ką­cy ból w ko­la­nie, ru­szył da­lej. Czuł, jak żło­bią­cy wą­skie ka­na­li­ki wzdłuż jego ud pot mie­sza się z kro­pel­ka­mi krwi gdzieś w oko­li­cy ko­la­na. Od­dy­chał cięż­ko, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze. Wdra­pa­nie się na nie­wiel­ki pa­gó­rek za­ję­ło mu nad­spo­dzie­wa­nie dużo cza­su. Schy­lił się, opie­ra­jąc ręce na ko­la­nach. Po kil­ku chwi­lach tęt­no wró­ci­ło do nor­my. Oko­ło pięć­dzie­się­ciu me­trów przed sobą do­strzegł ja­kiś ruch. Pod­kradł się bez­sze­lest­nie, chcąc się upew­nić, czy trzy sza­re pla­my wy­peł­nia­ją­ce prze­strzeń pod ko­na­ra­mi roz­ło­ży­ste­go drze­wa to jego przy­ja­cie­le. W bla­dym świe­tle księ­ży­ca roz­po­znał Fi­li­pa. Miał zmierz­wio­ne, lek­ko fa­lu­ją­ce wło­sy i buj­ny za­rost. Sie­dział, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o pień.

Męż­czy­zna bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał zi­den­ty­fi­ko­wać dwie po­zo­sta­łe oso­by. Roz­wa­żał jesz­cze przez chwi­lę ry­zy­ko za­sadz­ki, po czym zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szył przed sie­bie.

- Wi­taj­cie - rzekł, za­ska­ku­jąc to­wa­rzy­szy.

Fi­lip ze­rwał się na rów­ne nogi, a jego przy­ja­cie­le przy­bra­li agre­syw­ną po­sta­wę.

- To tyl­ko ja - nie­zna­jo­my wy­cią­gnął dłoń w po­ko­jo­wym ge­ście.

- Je­steś wresz­cie - od­po­wie­dział je­den z męż­czyzn, po czym uści­skał przy­by­sza. - Mów, ja­kie wie­ści...

Czło­wiek bez san­da­łów spu­ścił gło­wę. Po­wie­trze wy­peł­ni­ła ci­sza.

- A więc sta­ło się - Fi­lip skwi­to­wał ze smut­kiem.

- Mu­si­my ucie­kać! I to jak naj­szyb­ciej! - do­dał ktoś zza jego ple­ców. - Pew­nie już nas szu­ka­ją.

- My­śla­łem, że je­steś mniej bo­jaź­li­wy, Szy­mo­nie - zri­po­sto­wał przy­bysz.

- Czy nie po­win­ni­śmy po­cze­kać z de­cy­zją, aż przyj­dzie resz­ta? - wtrą­cił się Fi­lip.

Spie­ra­li się tak za­cie­kle i gło­śno, że na­wet nie za­uwa­ży­li, kie­dy po­ja­wi­li się po­zo­sta­li to­wa­rzy­sze. Do­pie­ro wów­czas ten, któ­ry nie miał na no­gach san­da­łów, wy­szedł na śro­dek i prze­mó­wił do wszyst­kich:

- Wi­taj­cie raz jesz­cze, ko­cha­ni - rzekł, pod­no­sząc dłoń. Nad­szedł ten dzień. Nie­któ­rzy z was chcą ra­to­wać wła­sną skó­rę, ucie­kać jak naj­da­lej stąd. Nie mogę i nie chcę ich po­tę­piać. Każ­dy ma pra­wo żyć. Lecz za­sta­nów­cie się, czy cza­sem coś nie jest znacz­nie waż­niej­sze.

- Co masz na my­śli? - prze­rwał mu Fi­lip.

- Mó­wię o od­wa­dze, mi­ło­ści, ho­no­rze... Nie zro­bi­li­śmy nic w tej spra­wie.

- Prze­cież nie mamy naj­mniej­szych szans - za­opo­no­wał je­den ze słu­cha­czy.

- On ma ra­cję! - za­wtó­ro­wał ktoś inny.

- Wy­sy­łasz nas na pew­ną śmierć! - do­dał Fi­lip.

- Czy to zna­czy, że po­win­ni­śmy stać z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi? - za­py­tał re­to­rycz­nie czło­wiek nie­po­sia­da­ją­cy obu­wia.

- A co chcesz nam za­pro­po­no­wać? - Fi­lip po­mi­mo po­cząt­ko­wej nie­chę­ci i bo­jaź­ni o wła­sną skó­rę w głę­bi du­szy po­pie­rał plan roz­mów­cy. Po chwi­li wa­ha­nia zde­cy­do­wał się go po­przeć.

Po­dob­nie po­stą­pi­li czte­rej inni słu­cha­cze. Kil­ka osób wstrzy­ma­ło się od gło­su, bo­jąc się opo­wie­dzieć za któ­rąś ze stron. Je­dy­nym, któ­ry wy­ra­ził zde­cy­do­wa­ny sprze­ciw, był Szy­mon. Uwa­żał, że nie po­win­ni...

rozdział 1

kozłów biskupi, 29 września 2000

Miał wciąż za­spa­ne oczy, a w ustach nie­mi­ły po­smak wczo­raj­sze­go piwa. Czuł, jak wy­so­kie dźwię­ki emi­to­wa­ne przez jego te­le­fon roz­sa­dza­ją mu czasz­kę. Nie otwie­ra­jąc oczu, się­gnął ręką po apa­rat i wy­łą­czył alarm. Na­krył się koł­drą, pró­bu­jąc po­now­nie za­snąć. Chwi­lę póź­niej ko­mór­ka znów oży­ła. Ka­mil pod­dał się po upły­wie pię­ciu mi­nut. Usiadł na skra­ju łóż­ka, prze­cie­ra­jąc oczy. Ro­zej­rzał się po po­ko­ju w po­szu­ki­wa­niu wody. Po chwi­li jego gra­fi­to­wy sam­sung ode­zwał się po raz trze­ci. Chło­pak nie­chęt­nie się­gnął po apa­rat.

- Ka­mil, słu­cham - po­wie­dział, nie spo­glą­da­jąc na­wet na wy­świe­tlacz.

- Cześć! Będę za go­dzi­nę. Wła­śnie wy­jeż­dżam z War­sza­wy.

Po to­nie gło­su roz­mów­cy moż­na było roz­po­znać, że zjadł on ob­fi­te śnia­da­nie i wy­pił moc­ną kawę.

- Cześć, Igor. Sor­ry. Do­pie­ro wsta­łem. By­łem wczo­raj na uro­dzi­nach zna­jo­me­go - chło­pak pró­bo­wał wy­tłu­ma­czyć coś, co jego star­szy brat okre­ślił przed chwi­lą mia­nem apa­tii lub ostre­go za­pa­le­nia gar­dła.

Roz­mo­wa trwa­ła­by o wie­le dłu­żej, gdy­by nie fakt, że dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nie­go Igo­ra, świe­żo upie­czo­ne­go ab­sol­wen­ta po­li­to­lo­gii oraz funk­cjo­na­riu­sza Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go, wła­śnie za­trzy­ma­ła miej­ska dro­gów­ka.

Ka­mil ro­zej­rzał się po po­ko­ju w po­szu­ki­wa­niu kap­ci. Od­su­nął gru­bą brą­zo­wą za­słon­kę, któ­ra wy­szła z mody na dłu­go przed jego na­ro­dzi­na­mi. Jak na wrze­śnio­we przed­po­łu­dnie na dwo­rze było dość cie­pło, a przy­naj­mniej tak mo­gło się wy­da­wać ko­muś, kto oce­niał sy­tu­ację z cie­plej­szej stro­ny okna. Do­cho­dzi­ła dwu­na­sta. W kuch­ni oprócz kil­ku ka­na­pek z mor­ta­de­lą i ki­szo­nym ogór­kiem zna­lazł kart­kę, z któ­rej do­wie­dział się, że jego ro­dzi­ce wy­je­cha­li na targ do od­da­lo­ne­go o kil­ka­dzie­siąt mi­nut dro­gi Ło­wi­cza. Chło­pak za­sta­na­wiał się przez chwi­lę, czy wi­dzie­li, w ja­kim sta­nie wcho­dził dzi­siej­sze­go ran­ka do domu. W rze­czy­wi­sto­ści po­ko­na­nie dy­stan­su mię­dzy drzwia­mi wej­ścio­wy­mi a tymi, za któ­ry­mi mie­ści­ło się jego dzie­się­cio­me­tro­we kró­le­stwo, mia­ło nie­wie­le wspól­ne­go z cho­dze­niem.

Na ze­ga­rze wy­bi­ła pierw­sza. Wy­ką­pa­ny i na­je­dzo­ny sie­dział przy ku­chen­nym sto­le, po­pi­ja­jąc moc­ną, gorz­ką kawę. Usły­szaw­szy uja­da­nie psa, od­sta­wił do po­ło­wy peł­ną fi­li­żan­kę. Za­uwa­żył, jak przez otwar­tą bra­mę wjeż­dża sta­ry czer­wo­ny ford sier­ra, wer­sja "stu­denc­ka" - zbyt cen­ny, by prze­ro­bić go na ży­let­ki, a za­ra­zem tań­szy od ra­dia, któ­re było w nim za­mon­to­wa­ne.

- Pod­jedź bli­żej! - krzyk­nął, sto­jąc w drzwiach.

Gość omiótł wzro­kiem całe po­dwór­ko, za­nim zde­cy­do­wał się wyjść z sa­mo­cho­du. Na szczę­ście Ce­zar znaj­do­wał się za ogro­dze­niem. Igor wy­pro­wa­dził się z domu ro­dzin­ne­go na rok przed po­ja­wie­niem się mon­stru­al­nych roz­mia­rów owczar­ka kau­ka­skie­go.

- Nic ci nie zro­bi! - Ka­mil uspo­ka­jał bra­ta.

Igor po chwi­li ocią­ga­nia się ru­szył dziar­skim kro­kiem w kie­run­ku drew­nia­ne­go gan­ku. Gdy we­szli do środ­ka, Ka­mil za­pro­po­no­wał mu her­ba­tę z cy­try­ną, ale... bez do­dat­ku cy­try­ny, po­nie­waż oka­za­ło się, że ta aku­rat się skoń­czy­ła. Do­pie­ro te­raz go­spo­darz spo­strzegł, że w do­mo­wej lo­dów­ce nie ma ani jed­ne­go na­da­ją­ce­go się do spo­ży­cia pro­duk­tu.

- Spa­ko­wa­ny? - za­py­tał star­szy brat, upi­ja­jąc łyk aro­ma­ty­zo­wa­ne­go yuna­na.

- Pra­wie. W za­sa­dzie mam tyl­ko kil­ka tek­tu­ro­wych pu­deł i kom­pu­ter - od­po­wie­dział Ka­mil, wska­zu­jąc pal­cem bli­żej nie­okre­ślo­ne miej­sca za drzwia­mi swo­je­go po­ko­ju.

- To do­brze. Jak się po­śpie­szy­my, to może za­bio­rę cię dziś na im­pre­zę do mo­jej ko­le­żan­ki. Po­znasz faj­nych lu­dzi. Co ty na to?

- Dzię­ki, sta­ry. Wczo­raj po­zna­łem wy­jąt­ko­wo dużo no­wych lu­dzi.

- To dla­te­go wy­glą­dasz jak zmię­ta szma­ta?

- I tak też się czu­ję.

- Bra­chu! Nie wiem, jak ty prze­ży­jesz te stu­dia z taką sła­bą gło­wą - od­parł jo­wial­nie Igor, po­kle­pu­jąc swo­je­go roz­mów­cę po ple­cach.

- To przez Mo­ni­kę.

- Two­ją dziew­czy­nę?

- To da­le­ce nie­ak­tu­al­ne okre­śle­nie. By­li­śmy wczo­raj u jed­nej kum­pe­li na osiem­na­st­ce. Stra­ci­łem Mo­ni­kę z oczu na kil­ka mi­nut, a ta już ca­ło­wa­ła się z ja­kimś pa­lan­tem z Pia­sto­wa.

- Znasz go?

- Po­zna­łem, jak już mu przy­wa­li­łem. Po­gro­ził mi kum­pla­mi, po­zbie­rał zęby z pod­ło­gi, a po­tem od­je­chał swo­im gru­cho­tem.

- A co na to Mo­ni­ka?

- Jak to ona. Wy­dar­ła się, że ro­bię jej ob­ciach, a tak przy oka­zji zdra­dzi­ła mi, co robi, gdy nie mogę się do niej cza­sa­mi do­dzwo­nić po po­łu­dniu...

- Olej ją, sta­ry. W War­sza­wie po­znasz dzie­sięć ta­kich jak ona - Igor po­now­nie po­kle­pał młod­sze­go bra­ta po ple­cach. - Zresz­tą - do­dał po chwi­li - obie­ca­łem ro­dzi­com, że nie zmar­nu­jesz się w sto­li­cy.

Obaj za­śmia­li się w głos. Ka­mil zro­bił po jesz­cze jed­nej szklan­ce her­ba­ty.

- Z tą opie­ką to ty za bar­dzo nie prze­sa­dzaj. Chodź! Po­mo­żesz mi prze­nieść gra­ty do sa­mo­cho­du.

- Po co za­bie­rasz te wszyst­kie pe­ru­ki i stro­je? - za­py­tał, wy­no­sząc z po­ko­ju ostat­nie pu­dło.

- Bo ja wiem? Jak gram na gi­ta­rze, to lu­bię się tro­chę po­wy­głu­piać. Poza tym - cią­gnął - jak je tu­taj zo­sta­wię, pew­nie za ty­dzień wy­lą­du­ją na śmiet­ni­ku - po pierw­szym sprzą­ta­niu mo­je­go po­ko­ju.

- Mło­dy! Nie wie­dzia­łem, że je­steś już tak do­bry, że da­jesz kon­cer­ty.

- Ta­aaa. Naj­le­piej się spraw­dza­ją na im­pre­zach do­mo­wych.

- Chodź, mło­dy, chodź. Za­in­sta­lu­je­my cię w sto­li­cy. W koń­cu za dwa dni bę­dziesz stu­den­tem, a pew­nie jesz­cze nie znasz nazw ulic w Śród­mie­ściu. Mam dla cie­bie faj­ny lo­kal na Żo­li­bo­rzu. Wła­ści­ciel to skne­rus, ale w grun­cie rze­czy swój chłop. To ko­le­ga ojca. Za­ła­twię to tak, żeby za bar­dzo nie in­ge­ro­wał w two­je ży­cie.

- Faj­nie by też było, gdy­by nie zdzie­rał ze mnie kasy.

- Oczy­wi­ście.

Upew­niw­szy się, że za­brał "cały do­by­tek swo­je­go ży­cia", Ka­mil Maj scho­wał klucz do znaj­du­ją­cej się w gan­ku do­nicz­ki z pa­prot­ką. Zde­ze­lo­wa­na sier­ra od­je­cha­ła, po­zo­sta­wia­jąc za sobą dwie głę­bo­kie ko­le­iny w roz­mięk­nię­tej zie­mi.

rozdział 2

malta, 10 września 1542

Ostat­nie pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca roz­bi­ja­ły się o po­wierzch­nię wody, któ­ra o tej po­rze dnia mu­sia­ła być już dość cie­pła. Tak przy­naj­mniej my­ślał brat Be­ren­gar. Dał­by w tym mo­men­cie wie­le, by móc ochło­dzić w niej spły­wa­ją­ce po­tem cia­ło. Re­gu­ła za­kon­na, któ­rej przy­rzekł prze­strze­gać, za­bra­nia­ła sto­so­wa­nia tego ro­dza­ju uciech czę­ściej niż raz w mie­sią­cu. Czar­na tu­ni­ka z bia­łym krzy­żem umiesz­czo­nym na le­wym ra­mie­niu była prze­siąk­nię­ta odo­rem ryb, potu i ury­ny. Be­ren­gar czuł, jak sło­ne kro­pel­ki żło­bią row­ki na jego ple­cach. Ode­tchnął z ulgą do­pie­ro wte­dy, gdy słoń­ce skry­ło się w mor­skiej toni.

- O czym tak du­masz, bra­cie Be­ren­ga­rze? - rzekł niż­szy o gło­wę męż­czy­zna, któ­ry nie­po­strze­że­nie pod­szedł od stro­ny rufy.

- Ach, to ty, Le­onie! - od­po­wie­dział za­sko­czo­ny ry­cerz. - Nie du­mam o ni­czym, bra­cie, tyl­ko po­gan wy­pa­tru­ję na ho­ry­zon­cie.

- Cza­sy te­raz nie­pew­ne. Wszę­dzie szpie­dzy suł­ta­na. Trze­ba mieć oczy i uszy sze­ro­ko otwar­te.

- Tak - od­parł zdaw­ko­wo Be­ren­gar.

- Po­gań­ska za­ra­za roz­prze­strze­nia się na za­chód - Leon cią­gnął swój wy­wód. - Jesz­cze tro­chę i wy­prą nas rów­nież stąd, bra­cie. Po­wia­dam ci.

Wy­po­wie­dziaw­szy ostat­nie sło­wa, wska­zał pal­cem na po­sza­rza­łą pla­mę umiej­sco­wio­ną na li­nii wy­zna­cza­ją­cej ho­ry­zont.

- Miej wia­rę w Bogu. On i nasz wiel­ki mistrz nie po­zwo­lą nam zgi­nąć - od­parł wyż­szy z ry­ce­rzy.

- Bra­cie Be­ren­ga­rze, je­steś mło­dy i za­pew­ne tego nie pa­mię­tasz, ale tak samo mó­wi­li­śmy, miesz­ka­jąc na Ro­dos.

Na myśl o wy­spie Leon po­gła­dził się po dłu­giej, bia­łej jak mle­ko bro­dzie.

- Star­si bra­cia mó­wią, że było tam o wie­le le­piej niż tu. Czy to praw­da? - za­gad­nął Be­ren­gar.

- Za­iste, dro­gi przy­ja­cie­lu, tak było. Mal­ta to mała wy­spa, a do tego sła­bo ufor­ty­fi­ko­wa­na. Gdy nie­wier­ni za­ata­ku­ją nas więk­szy­mi si­ła­mi, i to miej­sce przyj­dzie nam opu­ścić.

- Okrę­ty "Re­li­gii" cały czas pa­tro­lu­ją te wody - od­parł z uśmie­chem mło­dzian.

- Obyś miał ra­cję, Be­ren­ga­rze. No, dość już tej po­li­ty­ki. Chodź­my na rufę. Trze­ba się czymś po­krze­pić. Noc bę­dzie chłod­na.

Ry­cerz po­dą­żył za swo­im men­to­rem. Z po­mo­cą dwóch bra­ci za­kon­nych prze­wró­ci­li jed­ną z sza­lup, ro­biąc z niej pro­wi­zo­rycz­ny stół. Za­raz też przy­szło kil­ku in­nych ry­ce­rzy, tak samo jak oni odzia­nych w czar­ne pe­le­ry­ny z wy­szy­tym na ra­mie­niu bia­łym krzy­żem. Leon po­wstał pierw­szy. Wzniósł ręce ku nie­bu, czy­niąc mo­dły. Przy­stą­pi­li do po­sił­ku. Be­ren­gar chwy­cił su­szo­ną rybę w jed­ną rękę, w dru­gą zaś wziął paj­dę czer­stwe­go chle­ba. Je­dli w ci­szy i za­du­mie. Mo­rze tego wie­czo­ra było nad­zwy­czaj spo­koj­ne. Zda­wać by się mo­gło, że spa­ło otu­lo­ne płasz­czem gę­stej, mlecz­no­bia­łej za­wie­si­ny. Nie­bo, któ­re jesz­cze go­dzi­nę temu roz­bły­ski­wa­ło mi­lio­nem gwiazd, te­raz to­nę­ło we mgle. Zjadł­szy, Be­ren­gar ski­nie­niem gło­wy po­dzię­ko­wał to­wa­rzy­szom za wspól­ny po­si­łek. Wszy­scy w ślad za nim uczy­ni­li to samo. Be­ren­gar i Leon ru­szy­li w kie­run­ku dzio­bu okrę­tu. Pierw­szy z nich był bar­dzo zdol­nym na­wi­ga­to­rem, sy­nem za­moż­ne­go szlach­ci­ca z Ka­sty­lii - Don Ro­dri­go de la Pe?y. Ten za­cny ród od wie­ków słu­żył Bogu i jo­an­ni­tom. Oj­ciec Be­ren­ga­ra ucho­dził za jed­ne­go z naj­słyn­niej­szych ry­ce­rzy "Re­li­gii". Za­rzą­dzał jed­ną z ośmiu wiel­kich "Lan­gue". Be­ren­gar od naj­młod­szych lat był wy­cho­wy­wa­ny w du­chu mi­ło­ści do Boga i bra­ci no­szą­cych na pier­si bia­ły krzyż. Za­wsze moż­na było na nim po­le­gać. Jego od­da­nie oraz wro­dzo­na in­te­li­gen­cja i od­wa­ga po­ru­szy­ły na­wet sa­me­go wiel­kie­go mi­strza Je­ana de Ho­me­de­sa, któ­ry w do­wód uzna­nia mia­no­wał mło­de­go Ka­sty­lij­czy­ka na­wi­ga­to­rem na "Je­sui". Te­raz de la Pe?a wraz z bra­tem Le­onem po­dą­ża­li śpiesz­nym kro­kiem ku dzio­bo­wi.

- Be­ren­ga­rze, za­raz w ogó­le stra­ci­my wi­docz­ność. Trze­ba rzu­cić ko­twi­cę, bo ina­czej roz­bi­je­my się o ska­ły.

- Ale tu głę­bia! Bę­dzie ze czter­dzie­ści stóp, a na­sza ko­twi­ca się­ga je­dy­nie trzy­dzie­stu - od­parł z nie­po­ko­jem.

- Płyń­my więc na pły­ci­zny.

- Nie damy rady. Wiatr ustał. Je­ste­śmy da­le­ko od lądu. Spró­buj­my zlu­zo­wać ża­gle. Za­raz każę bra­ciom po­sta­wić wio­sła na wo­dzie. Nie za­stą­pi to nam ko­twi­cy, ale okręt po­wi­nien stać w miej­scu.

- Mą­dre de­cy­zje po­dej­mu­jesz, Be­ren­ga­rze. Tyl­ko pa­trzeć, jak nasz wiel­ki mistrz mia­nu­je cię do­wód­cą tego stat­ku - wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, uśmiech­nął się sze­ro­ko do mło­dzień­ca, po­ka­zu­jąc ga­le­rię po­żół­kłych zę­bów.

- Z tego, co pa­mię­tam, do­wo­dzi nim brat Unger - od­parł skrom­nie na­wi­ga­tor.

- Praw­da to, ale po­wia­da­ją, że nasz czci­god­ny ka­pi­tan sła­by ma już wzrok i umysł nie­co stę­pio­ny. Chciał­by już pew­nie osiąść na lą­dzie na sta­łe, by tam móc słu­żyć wier­nie za­ko­no­wi.

- Zro­bię, co roz­ka­że mistrz - od­po­wie­dział z po­ko­rą de la Pe?a.

Gdy wy­dał wszyst­kie roz­ka­zy, obaj opar­li się o bur­tę i za­to­pi­li wzrok we mgle. Na twa­rzy Be­ren­ga­ra za­go­ścił nie­po­kój.

- Co się sta­ło, przy­ja­cie­lu?

- Ta mgła... Nie po­do­ba mi się. Jest ja­kaś ta­jem­ni­cza i groź­na za­ra­zem.

- Lę­kasz się, bra­cie?

- Tak. Oba­wiam się, że brat Unger źle zro­bił, ka­żąc nam pły­nąć tak da­le­ko. Gdy­by nas te­raz na­pa­dli nie­wier­ni, nie by­ło­by na­wet jak za­wia­do­mić tych, któ­rzy po­zo­sta­li na lą­dzie.

- Da­rem­nie się za­mar­twiasz, bra­cie. Te psu­bra­ty nie po­sia­da­ją tak zna­ko­mi­tych stat­ków jak my, a je­dy­nie lek­kie ło­dzie na wzór ko­zac­kich cza­jek. Na­da­ją się one do szyb­kich wy­pa­dów łu­pież­czych, jed­nak w ża­den spo­sób nie mo­gły­by za­ata­ko­wać okrę­tu wy­po­sa­żo­ne­go w trzy­dzie­ści ar­mat.

Leon miał ra­cję. Ło­dzie nie­przy­ja­cie­la były nie­wiel­kie i nie­uzbro­jo­ne, to­też mu­sia­ło­by ich być co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt, by mia­ły ja­ką­kol­wiek szan­sę za­to­pić sta­tek o wy­por­no­ści stu pięć­dzie­się­ciu łasz­tów. "Je­sui" zo­stał zwo­do­wa­ny w 1524 roku. Przez kil­ka lat słu­żył do prze­wo­zu zbo­ża z Gdań­ska do por­tów nie­miec­kich. Okręt zmie­nił ban­de­rę w 1531 roku, gdy jego wła­ści­ciel, ku­piec i dy­plo­ma­ta Piotr Wisz­nic zo­stał na­pad­nię­ty przez ra­bu­siów w dro­dze do Lu­be­ki. Od nie­chyb­nej śmier­ci ura­to­wał gdańsz­cza­ni­na ry­cerz za­ko­nu jo­an­ni­tów, Ulrich von Gin­ster. Wdzięcz­ny za po­moc Wisz­nic po­da­ro­wał za­ko­no­wi swój naj­szyb­szy okręt. W 1538 roku ga­le­on za­opa­trzo­no w da­le­ko­sięż­ne ar­ma­ty, któ­re umiej­sco­wio­no na wy­so­kich ga­le­riach. Dzię­ki nim ry­ce­rze byli w sta­nie bez więk­sze­go pro­ble­mu znisz­czyć pi­rac­kie ło­dzie, za­nim te zbli­ży­ły­by się na od­le­głość strza­łu z łuku od okrę­tu "Re­li­gii". Poza tym na stat­ku znaj­do­wa­ło się oko­ło stu pięć­dzie­się­ciu do­brze uzbro­jo­nych i za­pra­wio­nych w boju bra­ci za­kon­nych. Nie­ste­ty, praw­dą było rów­nież to, że w tej chwi­li ga­le­on był bez­bron­ny.

Za­nim ta wia­do­mość do­tar­ła wresz­cie do umy­słu Le­ona, po­wie­trze prze­szył świst. Krót­ka strza­ła z czar­ny­mi pió­ra­mi na koń­cu ugo­dzi­ła go w ra­mię. Chwi­lę po­tem dru­ga prze­bi­ła mu krtań. Sta­rzec osu­nął się na po­kład. Jego cia­ło drga­ło w kon­wul­sjach. Na war­gach tań­czy­ły bą­bel­ki krwi. Mlecz­no­bia­ła bro­da za­bar­wi­ła się pur­pu­rą.

- Bra­cie! - krzyk­nął Be­ren­gar, pod­trzy­mu­jąc gło­wę ry­ce­rza.

- Ucie­kaj, chłop­cze - wy­szep­tał char­czą­cym gło­sem - tu nic nie zdzia­łasz. Mu­sisz ostrzec na­szych. Trze­ba bro­nić ta­jem­ni­cy.

- Po­msz­czę cię, Le­onie! - wy­krzy­czał z fu­rią. Po jego po­licz­kach po­pły­nę­ły łzy. Wie­dział, że ko­niec jego przy­ja­cie­la jest już bli­ski.

Sta­rzec zdo­łał już tyl­ko rzec:

- Za tobą.

Be­ren­gar in­stynk­tow­nie schy­lił się, pro­stu­jąc jed­no­cze­śnie nogę w ko­la­nie. Męż­czy­zna w tur­ba­nie z hu­kiem zwa­lił się na de­ski. Za­krzy­wio­ny miecz wy­śli­znął mu się z ręki w chwi­li upad­ku. Kor­sarz le­żał przez chwi­lę oszo­ło­mio­ny. Be­ren­gar, nie my­śląc o ry­cer­skim ho­no­rze, zde­cy­do­wa­nym ru­chem wy­cią­gnął grot strza­ły z szyi mar­twe­go jo­an­ni­ty, by ugo­dzić nim na­past­ni­ka.

- Giń, psie nie­wier­ny! - wy­krzy­czał, po czym trzy­krot­nie jesz­cze dźgnął go w brzuch.

Be­ren­gar wyj­rzał przez małe okien­ko w ga­le­rii. Mgła roz­rze­dzi­ła się znacz­nie za spra­wą spa­da­ją­ce­go na "Je­sui" gra­du strzał. Na dzio­bie kró­lo­wa­li już na­sła­ni przez suł­ta­na pi­ra­ci. Na­wi­ga­tor wi­dział, jak dwóch z nich wy­wle­ka bez­wład­ne cia­ło Unge­ra na po­kład. Chwi­lę póź­niej zwło­ki ka­pi­ta­na ude­rzy­ły z im­pe­tem o ta­flę wody. De la Pe?a po­czuł ukłu­cie w łyd­ce. Strza­ła tyl­ko mu­snę­ła go lek­ko, roz­ci­na­jąc skó­rę po­ni­żej zgię­cia ko­la­no­we­go. Na ry­ce­rza na­cie­ra­ło dwóch prze­ciw­ni­ków. Nie na­my­śla­jąc się dłu­go, wy­jął miecz z po­chwy, by od­pa­ro­wać cios pierw­sze­go z kor­sa­rzy. Sza­bla dru­gie­go za­wi­sła nad jego gło­wą.

Ka­sty­lij­czyk zro­bił unik w pra­wo, ko­piąc wro­ga w splot sło­necz­ny. Gdy ten zgiął się wpół, za­kon­nik ude­rzył go pła­zem w twarz z taką fu­rią, że było sły­chać pę­ka­nie czasz­ki. Męż­czy­zna padł jak dłu­gi na po­kład. Be­ren­gar, nie od­wra­ca­jąc się, zro­bił ko­lej­ny unik, aby nie na­dziać się na sza­blę dru­gie­go z pi­ra­tów. Gdy zna­lazł się poza za­się­giem jego ra­mion, od­wró­cił się i rzu­cił mie­czem ni­czym no­żem. Świst orę­ża prze­szył po­wie­trze. Zim­ne ostrze zmiaż­dży­ło mo­stek kor­sa­rza. Na­past­nik był mar­twy, za­nim osu­nął się na de­ski. Ry­cerz na­stą­pił na nie­go bu­tem, by ła­twiej móc wy­cią­gnąć miecz ze zwłok.

Ro­zej­rzał się po po­kła­dzie. Wo­kół okrę­tu znaj­do­wa­ło się mnó­stwo ma­łych, dłu­gich ło­dzi. Jego to­wa­rzy­sze je­den po dru­gim osu­wa­li się na po­kład w krwa­wym uści­sku śmier­ci lub gi­nę­li w mor­skiej ot­chła­ni. Wie­dział, że prze­gra­na "Re­li­gii" jest tyl­ko kwe­stią cza­su. Mógł co praw­da po­zba­wić ży­cia jesz­cze czte­rech bądź pię­ciu wro­gów, ale z pew­no­ścią prę­dzej czy póź­niej cze­kał go ten sam los. Mu­siał ucie­kać. Nie po to, by bro­nić wła­snej skó­ry, lecz by ostrzec bra­ci za­kon­nych przed nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem.

Spoj­rzał na prze­wró­co­ną sza­lu­pę, na któ­rej jesz­cze nie tak daw­no spo­ży­wał wie­cze­rzę z bra­tem Le­onem. Wie­dział, że je­śli kor­sa­rze go za­uwa­żą, nie bę­dzie miał żad­nych szans. Ich ło­dzie były bar­dzo szyb­kie. Nie­chyb­nie by go do­go­ni­li. Po­nad­to bez lin nie mógł spu­ścić sza­lu­py z ta­kiej wy­so­ko­ści. Na­wet je­śli uda­ło­by mu się wy­pchnąć ją za bur­tę, ta roz­bi­ła­by się z pew­no­ścią o po­wierzch­nię wody, alar­mu­jąc pi­ra­tów o jego obec­no­ści. Nie mógł też pły­nąć wpław, po­nie­waż od lądu dzie­li­ła go zbyt duża od­le­głość. Ża­den czło­wiek nie był­by w sta­nie tego do­ko­nać.

Ko­lej­na strza­ła ugo­dzi­ła go w pierś. Tym ra­zem rana była znacz­nie po­waż­niej­sza. Ni­ski męż­czy­zna o ha­czy­ko­wa­tym no­sie, lek­ko krę­co­nych czar­nych wło­sach i oliw­ko­wej ce­rze na­kła­dał po­śpiesz­nie ko­lej­ną strza­łę na cię­ci­wę. Be­ren­gar był zbyt da­le­ko, aby móc rzu­cić w nie­go mie­czem. W na­głym przy­pły­wie ad­re­na­li­ny na­tarł z im­pe­tem na na­past­ni­ka, nie zwa­ża­jąc, iż ten wła­śnie na­pi­na łuk. Gdy pi­rat wy­pu­ścił strza­łę, jo­an­ni­ta zro­bił unik. Grot wbił się w drew­nia­ną bel­kę masz­tu. Za­nim łucz­nik po­now­nie się­gnął do za­wie­szo­ne­go przy pa­sie koł­cza­nu, Ka­sty­lij­czyk po­wa­lił go sil­nym cio­sem w nos. Ude­rze­nie przy­nio­sło spo­dzie­wa­ny efekt. Męż­czy­zna był oszo­ło­mio­ny. Na chwi­lę stra­cił rów­no­wa­gę. Be­ren­gar zła­pał go za ko­szu­lę i wy­pchnął za bur­tę. Cia­ło kor­sa­rza spa­dło na małą łódź, wy­wra­ca­jąc ją do góry dnem. W tej chwi­li ry­ce­rzo­wi przy­szedł do gło­wy zna­ko­mi­ty po­mysł. Mu­siał dzia­łać szyb­ko. Krew są­czą­ca się z pier­si osła­bia­ła go z każ­dą chwi­lą. Pod­biegł do jed­ne­go z le­żą­cych bez­wład­nie ciał. Zdarł z sie­bie czar­ną pe­le­ry­nę. Po­śpiesz­nie prze­brał się w kor­sar­ski strój i nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, sko­czył do wody. Zim­na bry­za w jed­nej chwi­li po­bu­dzi­ła wszyst­kie zmy­sły. Pod­pły­nął nie­po­strze­że­nie do znaj­du­ją­cej się naj­da­lej wzglę­dem "Je­sui" ło­dzi. Upew­niw­szy się, że nikt go nie ob­ser­wu­je, wgra­mo­lił się do środ­ka i zła­pał za wio­sła. Był już dość da­le­ko od stat­ku, gdy zo­ba­czył krwi­sto-zło­tą łunę roz­po­ście­ra­ją­cą się tuż nad po­wierzch­nią wody. Jego okręt pło­nął. Kil­ka mi­nut póź­niej zro­bi­ło się zu­peł­nie ciem­no. Na­wi­ga­tor wie­dział, że nie zwa­ża­jąc na ból i zmę­cze­nie, musi jak naj­szyb­ciej do­pły­nąć do brze­gu.

***

Słoń­ce gó­ro­wa­ło nad ho­ry­zon­tem, gdy mo­rze wy­plu­ło wą­ską łód­kę na piasz­czy­sty brzeg. Czło­wiek w czer­wo­nej ko­szu­li i nie­bie­skich pan­ta­lo­nach wy­tarł pot z czo­ła. Zrzu­cił z sie­bie gór­ną część odzie­nia. Na jego pier­si uka­za­ła się ciem­no­bru­nat­na pla­ma za­krze­płej krwi. Na­wi­ga­tor szyb­ko oce­nił swo­je po­ło­że­nie. Na szczę­ście prą­dy mor­skie, któ­re u wy­brze­ży Mal­ty są bar­dzo sła­be, nie znio­sły go zbyt da­le­ko. Czy jed­nak miał jesz­cze ja­kieś szan­se? Pi­ra­ci na pew­no do­tar­li do brze­gu jesz­cze przed świ­tem. Cóż jed­nak miał ro­bić? Nie zwa­ża­jąc na kłu­ją­cy ból w klat­ce pier­sio­wej, ru­szył szyb­kim kro­kiem przed sie­bie. Gdy go­dzi­nę póź­niej wdra­pał się na naj­wyż­szy pa­gó­rek na wy­spie - mie­rzą­cy za­le­d­wie dwie­ście pięć­dzie­siąt trzy me­try nad po­zio­mem mo­rza Ta'Dmej­rek - spo­strzegł kłę­by dymu uno­szą­ce się nad zam­kiem. Zwa­żyw­szy na od­nie­sio­ne rany, dy­stans, jaki dzie­lił go od twier­dzy, wy­da­wał się ogrom­ny. Ru­szył ile sił w no­gach. Do­skwie­ra­ją­cy ból sku­tecz­nie spo­wal­niał jego bieg. Mimo to męż­czy­zna sta­rał się nie za­trzy­my­wać. Uj­rzaw­szy wresz­cie bra­my wa­row­ni, padł bez tchu na roz­grza­ną słoń­cem zie­mię. Peł­nią­cy war­tę brat Ful­ko rzu­cił się w jego kie­run­ku. W pierw­szej chwi­li - my­śląc, że le­żą­cy męż­czy­zna jest jed­nym z pi­ra­tów - chciał ugo­dzić go trzy­ma­ną w ręku mi­ze­ry­kor­dią. Do­pie­ro od­wró­ciw­szy cia­ło, roz­po­znał zna­jo­mą twarz mło­de­go Ka­sty­lij­czy­ka. Z po­mo­cą bra­ta Cri­stia­na prze­niósł ry­ce­rza do la­za­re­tu. Mni­si opa­trzy­li mu rany i uło­ży­li na po­sła­niu. Do­pie­ro póź­nym po­po­łu­dniem męż­czy­zna od­zy­skał przy­tom­ność.

- Co się sta­ło, bra­cie? - za­py­tał Ful­ko, wi­dząc, że Be­ren­gar pró­bu­je się pod­nieść.

- Gdzie ja je­stem? - De la Pe?a był oszo­ło­mio­ny.

Przy­ja­ciel opo­wie­dział w kil­ku zda­niach, jak zna­lazł go u bram zam­ku i przy­niósł do la­za­re­tu.

- Pro­wadź do wiel­kie­go mi­strza... - roz­ka­zał ran­ny ry­cerz, z tru­dem za­czer­pu­jąc po­wie­trze...

Ful­ko pró­bo­wał prze­ko­ny­wać współ­to­wa­rzy­sza, że nie po­wi­nien się pod­no­sić, ale Be­ren­gar nie słu­chał jego próśb. Dys­ku­tu­jąc, do­tar­li wresz­cie do wiel­kiej kom­na­ty, w któ­rej prze­by­wał Jean de Ho­me­des. Wiel­ki mistrz sie­dział odzia­ny w wo­jen­ny płaszcz z czer­wo­ne­go lnu. Na jego le­wym ra­mie­niu wid­niał bia­ły krzyż z roz­wi­dlo­ny­mi ra­mio­na­mi. Wo­kół star­ca krą­ży­li do­rad­cy. Było gwar­no. Ry­ce­rze prze­krzy­ki­wa­li się, for­su­jąc wła­sne pla­ny zdo­by­cia sto­li­cy nie­wier­nych. Miał to być od­wet za na­pad pi­ra­tów, któ­rych do ata­ków na Mal­tę pod­że­gał suł­tan tu­rec­ki. Gdy do wiel­kiej kom­na­ty we­szli Be­ren­gar i pod­trzy­mu­ją­cy go Ful­ko, gło­sy na­gle za­mil­kły. Jean de Ho­me­des pod­niósł się i ru­szył w kie­run­ku Ka­sty­lij­czy­ka.

- Straż! Przy­nie­ście wody i opa­trz­cie rany! - wiel­ki mistrz był po­ru­szo­ny sta­nem zdro­wia na­wi­ga­to­ra. Ten jed­nak po­wstrzy­mał go ge­stem dło­ni.

- Dzię­ku­ję, pa­nie, za tro­skę. Brat Ful­ko już zdą­żył za­trosz­czyć się o moje skrom­ne po­trze­by.

- Sko­ro tak... Opo­wia­daj za­tem, bra­cie Be­ren­ga­rze. Co z "Je­sui"?

- Za­ata­ko­wa­li nas pi­ra­ci, pa­nie.

- Jak to za­ata­ko­wa­li? Nie wi­dzie­li­ście ich? Dla­cze­go nas nie ostrze­gli­ście?! - dzi­wił się de Ho­me­des. W jego gło­sie sły­chać było za­rów­no współ­czu­cie, jak i gniew.

- Pa­nie - od­po­wie­dział Be­ren­gar, za­gry­za­jąc przy­nie­sio­ny wła­śnie ser - była mgła. Tak gę­sta, że le­d­wie sie­bie na­wza­jem wi­dzie­li­śmy. Brat Unger ka­zał nam pły­nąć zbyt da­le­ko od brze­gu. Nie mo­gli­śmy za­wró­cić. Sta­tek nie­chyb­nie roz­bił­by się o ska­ły.

- Masz ra­cję - od­parł wiel­ki mistrz. - Ale jak za­ata­ko­wa­li was kor­sa­rze?

- Jak mó­wi­łem - cią­gnął da­lej - była gę­sta mgła, to­też nie mo­gli­śmy ich za­uwa­żyć. W in­nym wy­pad­ku od razu uży­li­by­śmy ar­mat. Nie­wier­ni wdar­li się na po­kład, za­sy­pu­jąc nas gra­dem strzał. Po­wa­li­łem kil­ku prze­ciw­ni­ków. Z tru­dem usze­dłem z ży­ciem. W pi­rac­kim prze­bra­niu wsko­czy­łem do wody i na jed­nej z ich ło­dzi od­da­li­łem się od okrę­tu. Chcia­łem was ostrzec. Nie­ste­ty - cią­gnął - omdla­łem. Nie pa­mię­tam nic wię­cej. Dziś rano mo­rze wy­rzu­ci­ło mnie na brzeg.

- Wie­rzę ci, bra­cie - od­rzekł, kła­dąc rękę na jego ra­mie­niu. - Cud, że w ogó­le uda­ło ci się ujść z ży­ciem.

- Mi­strzu, czy mo­gli­by­śmy za­mie­nić kil­ka słów na osob­no­ści?

De Ho­me­des bez za­sta­no­wie­nia na­ka­zał wszyst­kim opu­ścić salę.

- Mów za­tem, bra­cie - zwró­cił się te­raz w kie­run­ku Be­ren­ga­ra.

- Po­dej­rze­wam, że mury na­sze­go za­ko­nu skry­wa­ją szpie­ga!

- Wiem to i ja - sta­rzec od­parł ze smut­kiem. - Lu­dzi, któ­rzy trzy­ma­li dziś nad ra­nem war­tę przy bra­mie, zna­le­zio­no z po­de­rżnię­ty­mi gar­dła­mi. Któ­ryś z ry­ce­rzy zdra­dził.

- Pa­nie - rzekł Ka­sty­lij­czyk, da­jąc jed­no­cze­śnie znak, aby mistrz po­chy­lił się nad nim - po­dej­rze­wam, że to je­den z wy­so­ko po­sta­wio­nych do­stoj­ni­ków.

De Ho­me­des przez krót­ką chwi­lę tkwił w za­du­mie.

- Mów swo­bod­nie, bra­cie - rzekł w kie­run­ku na­wi­ga­to­ra.

- Są­dzę, że... - po­wie­dział tak ci­cho, że jego roz­mów­ca pra­wie nie sły­szał słów - ...do ta­kich in­for­ma­cji do­stęp mia­ło tyl­ko kil­ku ry­ce­rzy.

- I ja mam ta­kie po­dej­rze­nia, Be­ren­ga­rze - od­parł męż­czy­zna w czer­wo­nej pe­le­ry­nie. Na twa­rzy Ka­sty­lij­czy­ka od­ma­lo­wa­ło się zdzi­wie­nie. - Po­wiem wię­cej - cią­gnął da­lej de Ho­me­des - je­stem pe­wien, że to ktoś z mo­jej naj­bliż­szej rady.

- Jak to? - ry­cerz za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem.

- Ktoś nie tyl­ko otwo­rzył bra­my wro­gom, lecz tak­że praw­do­po­dob­nie po­wie­dział, że je­ste­śmy znacz­nie osła­bie­ni, gdyż w ze­szłym ty­go­dniu wy­sła­łem do Pro­wan­sji de­le­ga­cję wraz z pię­ciu­set ry­ce­rza­mi do jej ochro­ny. Ta mi­sja utrzy­my­wa­na była w naj­więk­szej ta­jem­ni­cy, a jed­nak pi­ra­ci wła­śnie te­raz nas za­ata­ko­wa­li.

- Za­tem mamy zdraj­cę!

- To jesz­cze nie naj­gor­sza wia­do­mość, mój dro­gi przy­ja­cie­lu. Pi­ra­ci do­tar­li aż tu. Do naj­pil­niej strze­żo­nych kom­nat. Nie by­li­śmy w sta­nie ich po­wstrzy­mać. Sam le­d­wo usze­dłem z ży­ciem - po­wie­dział, wska­zu­jąc jed­no­cze­śnie po­dłuż­ną ranę na przed­ra­mie­niu. - Te sza­tań­skie słu­gu­sy złu­pi­ły nasz naj­więk­szy skar­biec...

Be­ren­gar wzdry­gnął się na te sło­wa. Jego cia­ło prze­szył zim­ny dreszcz.

- Jak­że to, mój pa­nie?!

- Na szczę­ście zo­sta­ło to - rzekł, wyj­mu­jąc spod pe­le­ry­ny zło­ty przed­miot za­wie­szo­ny na gru­bym łań­cu­chu. - Nie wiem jesz­cze, któ­ry z bra­ci zdra­dził, ale nie są­dzę, by pi­ra­ci zna­li na­szą naj­więk­szą ta­jem­ni­cę. Wszak­że - cią­gnął da­lej - tyl­ko to­bie mogę ufać. Mo­żesz przy­słu­żyć się wiel­ce za­ko­no­wi i na­szej spra­wie.

- Zro­bię wszyst­ko, co mi roz­ka­żesz.

- Prze­myśl to do­brze, bo to bar­dzo nie­bez­piecz­na mi­sja.

- Je­stem zde­cy­do­wa­ny, pa­nie - od­parł bez za­sta­no­wie­nia.

- Do­brze za­tem. Rze­kłeś, więc słu­chaj. Wraz z bra­tem Ful­ko ju­tro o świ­cie wy­ru­szy­cie w po­dróż...

rozdział 3

warszawa, 10 maja 2001

- Wi­taj - po­wie­dzia­ła, ca­łu­jąc w po­li­czek sie­dzą­ce­go na ław­ce męż­czy­znę. Ten, jak­by nie spo­dzie­wa­jąc się przy­by­cia dziew­czy­ny, wzdry­gnął się.

- Nie po­zna­łem cię - od­po­wie­dział po chwi­li. - Bar­dzo schu­dłaś.

Wrzu­cił do ko­sza czy­ta­ną jesz­cze przed chwi­lą ga­ze­tę, po czym uści­skał swo­ją roz­mów­czy­nię.

- Jak mi­nę­ła po­dróż? Nie masz żad­nych ba­ga­ży - za­uwa­żył.

- W mia­rę do­brze - od­po­wie­dzia­ła zdaw­ko­wo. - Umie­ram z gło­du. Za­pro­po­nu­jesz mi coś?

- Chodź­my - rzekł ocho­czo. - Opo­wiesz mi wszyst­ko po dro­dze.

Dziew­czy­na wzię­ła go pod rękę. Po­szli do znaj­du­ją­cej się na skra­ju Par­ku Sa­skie­go re­stau­ra­cji, w któ­rej nie­gdyś czę­sto ja­da­li. Za­mó­wi­li to co zwy­kle - kacz­kę na­dzie­wa­ną ka­wał­ka­mi ja­błek i po­ma­rań­czy z pie­czo­ny­mi ziem­nia­ka­mi oraz czer­wo­ne wino.

- A więc masz kło­po­ty? - za­py­tał, upi­ja­jąc łyk Pi­not Franc. Wino było bar­dzo cierp­kie. Stwier­dził, że woli jed­nak o wie­le de­li­kat­niej­sze Bor­ge­lon­de.

- Tro­chę mam - przy­tak­nę­ła mię­dzy ko­lej­ny­mi kę­sa­mi kacz­ki.

Opo­wie­dzia­ła mu, w jaki spo­sób po­zna­ła chło­pa­ka, przed któ­rym mu­sia­ła ucie­kać do in­ne­go kra­ju.

- Mar­twię się o cie­bie - od­po­wie­dział męż­czy­zna. - Czy ten czło­wiek może być nie­bez­piecz­ny?

- Ma spo­re moż­li­wo­ści. Poza tym jest na mnie wście­kły. Do­pó­ki jed­nak mam to, je­stem bez­piecz­na.

Wy­po­wie­dziaw­szy te sło­wa, po­ło­ży­ła na stół sza­rą tecz­kę zwią­za­ną bia­łą ta­siem­ką. Męż­czy­zna od­sta­wił swój kie­li­szek i wy­tarł ręce ser­wet­ką. Dziew­czy­na pa­trzy­ła w mil­cze­niu, jak po­wo­li prze­glą­da znaj­du­ją­ce się w tecz­ce kart­ki.

- Ro­zu­miem, że to są te słyn­ne do­ku­men­ty, o któ­rych mó­wi­łaś przez te­le­fon? - za­py­tał, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści wie­dział, co trzy­ma w dło­niach.

- Tra­fi­li­śmy na to, prze­glą­da­jąc sta­re książ­ki. Wy­obra­żasz so­bie ten prze­dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści? Gdy­by nie ja, wy­rzu­cił­by je do ko­sza albo sprze­dał za bez­cen, jak po­ło­wę księ­go­zbio­ru, któ­ry odzie­dzi­czył. Mimo to nie lek­ce­wa­ży­ła­bym go. Jest dość in­te­li­gent­ny. Wcze­śniej czy póź­niej - kon­ty­nu­owa­ła - znaj­dzie mnie.

- Może by­ło­by le­piej, gdy­byś gdzieś się ukry­ła na ja­kiś czas?

- Tak wła­śnie zro­bię, ale na wszel­ki wy­pa­dek mu­szę się wcze­śniej po­zbyć tych kar­tek i tego - wy­ję­ła z kie­sze­ni jesz­cze je­den przed­miot.

- My­ślę, że mógł­bym ci w tym po­móc - uśmiech­nął się, wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni plik bank­no­tów.

Po­ło­żył pie­nią­dze w znaj­du­ją­cym się na sto­le wi­kli­no­wym ko­szy­ku. Nie cze­ka­jąc na resz­tę, wy­szli z re­stau­ra­cji.

rozdział 4

warszawa, 15 maja 2001

Ka­mil Maj, stu­dent pierw­sze­go roku hi­sto­rii Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, nie od­bie­gał w ni­czym od swo­ich ró­wie­śni­ków. Czas po­mię­dzy wy­kła­da­mi, a czę­sto tak­że w ich trak­cie spę­dzał ze zna­jo­my­mi w Par­ku Sa­skim lub w po­bli­skim pu­bie Ha­ren­da. W od­róż­nie­niu od to­wa­rzy­szy ni­g­dy nie za­ma­wiał piwa, za któ­rym wy­jąt­ko­wo nie prze­pa­dał, lecz sok po­rzecz­ko­wy o nic nie­zna­czą­cej na­zwie Fru­go. Nie trwo­nił cza­su na czy­ta­nie ksią­żek. Mimo to był jed­nym z naj­lep­szych stu­den­tów na roku. Nie miał na sta­łe dziew­czy­ny, ale też nie stro­nił od dam­skie­go to­wa­rzy­stwa.

Przez całe nie­dziel­ne po­po­łu­dnie stu­dent za­sta­na­wiał się, co zro­bić, żeby nie pójść na po­nie­dział­ko­we ko­lo­kwium z ła­ci­ny. "Po­wiem, że bu­dzik nie za­dzwo­nił o cza­sie" - po­my­ślał. Ko­lej­ny au­to­bus przy­je­chał o kwa­drans za póź­no. Maj wsiadł nie­chęt­nie do żół­te­go ika­ru­sa. Gdy po­jazd zbli­żał się do przy­stan­ku Uni­wer­sy­tet, Ka­mil śnił wła­śnie o...

- O kur... czę - chciał za­kląć, lecz po­wstrzy­mał się, zo­ba­czyw­szy sie­dzą­cą obok star­szą ko­bie­tę.

Pró­bo­wał wstać, aby na­ci­snąć czer­wo­ny przy­cisk stop, umiesz­czo­ny na żół­tej po­rę­czy po prze­ciw­nej stro­nie po­jaz­du. Nie­ste­ty... i tym ra­zem cały świat był prze­ciw­ko nie­mu, a może ra­czej prze­ciw jego ko­lo­kwium z ła­ci­ny? Stu­dent uznał, że tak dużo zbie­gów oko­licz­no­ści to nie przy­pa­dek.

- Naj­wy­raź­niej mam dziś nie iść na za­ję­cia - po­wie­dział sam do sie­bie. Wró­cił na wcze­śniej zaj­mo­wa­ne miej­sce, prze­pro­siw­szy uprzed­nio star­szą pa­nią. Roz­siadł się wy­god­nie w ocze­ki­wa­niu na to, co przy­nie­sie los.

W po­bli­żu Pla­cu Trzech Krzy­ży stwier­dził, że w au­to­bu­sie nie ma już czym od­dy­chać, a co za tym idzie, naj­wyż­sza pora opu­ścić za­tło­czo­ny po­jazd. Nie­ste­ty. Przy naj­bliż­szym przy­stan­ku nie uda­ło mu się prze­bić przez za­sy­sa­ją­cy go do we­wnątrz tłum. Ta sama prze­krzy­ku­ją­ca się, wy­dy­cha­ją­ca dwu­tle­nek wę­gla wraz z za­pa­cha­mi dzi­siej­sze­go śnia­da­nia masa wy­pchnę­ła go bez­wied­nie z au­to­bu­su przy Roz­bra­cie. Gdy już za­czerp­nął od­po­wied­nią daw­kę zim­ne­go, prze­sy­co­ne­go oło­wiem po­wie­trza, za­sta­no­wił się, gdzie war­to pójść. Było ład­nie, cho­ciaż jesz­cze dość chłod­no. Po­my­ślał so­bie, że ni­g­dy nie był w Ła­zien­kach o tej po­rze roku. W tym mo­men­cie ode­zwał się jego żo­łą­dek. Ka­mil zdał so­bie spra­wę, że przez ten cały po­śpiech, nie miał dzi­siaj nic w ustach. Ku­pił w po­bli­skim kio­sku ga­ze­tę i udał się do ma­łej ka­wiar­ni przy uli­cy Pięk­nej. Jego ulu­bio­ne cro­is­san­ty z dże­mem ma­li­no­wym były tu znacz­nie droż­sze niż gdzie­kol­wiek in­dziej, za to po­da­wa­no je pro­sto z pie­ca. Roz­ko­szo­wa­nie się ich sma­kiem oraz stu­dio­wa­nie pra­sy spor­to­wej po­chło­nę­ło więk­szą część przed­po­łu­dnia i pra­wie całą go­tów­kę, jaką miał w port­fe­lu. Do Ła­zie­nek do­szedł oko­ło dwu­na­stej. Mimo iż wie­lo­krot­nie wi­dział pa­wie, ni­g­dy nie mógł się na­dzi­wić, że tak duże i cen­ne pta­ki cho­dzą tam so­bie nie­pil­no­wa­ne przez ni­ko­go.

Prze­szedł obok Pa­ła­cu Na Wo­dzie, a na­stęp­nie do­brze zna­ną dróż­ką udał się wzdłuż wy­bie­gu dla koni. Spo­strzegł, że w cią­gu ostat­niej go­dzi­ny licz­ba spa­ce­ro­wi­czów po­dwo­iła się. Były to głów­nie mło­de mat­ki z wóz­ka­mi lub wy­rę­cza­ją­ce je bab­cie. Tu i ów­dzie moż­na było spo­tkać kil­ku mło­do­cia­nych pro­fe­so­rów wy­kła­da­ją­cych na ław­kach lub pod drze­wa­mi lek­cję mi­ło­ści. Ich pu­bli­kę w każ­dym wy­pad­ku sta­no­wi­ły mło­de, roz­ma­rzo­ne stu­dent­ki, któ­re za­pew­ne tak jak Ka­mil wsku­tek zbie­gu oko­licz­no­ści nie tra­fi­ły tego dnia na ja­kieś ko­lo­kwium bądź wy­kład. Maj za­pa­trzył się przez chwi­lę na jed­ną z par. Skry­ła się pod roz­ło­ży­stą wierz­bą pła­czą­cą. "Pew­nie li­czą na to, że będą nie­wi­docz­ni dla spa­ce­ro­wi­czów" - po­my­ślał Ka­mil. - Pali się! Ra­tun­ku! Po­mo­cy! - jego roz­wa­ża­nia za­sta­ły prze­rwa­ne w bru­tal­ny spo­sób. Mło­da ko­bie­ta krzy­cza­ła z ca­łych sił, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie sta­wić opór chło­pa­ko­wi, któ­ry wy­ry­wał z jej rąk skó­rza­ną tor­bę.

- Ty! Zo­staw ją! - wy­pa­lił Ka­mil, bie­gnąc jed­no­cze­śnie w stro­nę wo­ła­ją­cej o po­moc dziew­czy­ny. - Ja ci za­raz po­ka­żę! - krzy­czał w kie­run­ku na­past­ni­ka, pró­bu­jąc do­dać so­bie ani­mu­szu.

Za­nim do­biegł do dziew­czy­ny, je­go­mość w sze­lesz­czą­cych or­ta­lio­no­wych spodniach i bejs­bo­lo­wej czap­ce z na­pi­sem "NY" był już sto me­trów od nich.

- Nic ci się nie sta­ło? - za­py­tał, otrze­pu­jąc to­reb­kę z ku­rzu.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku - od­po­wie­dzia­ła ze spo­ko­jem nie­zna­jo­ma, po czym wy­cią­gnę­ła rękę w kie­run­ku swo­je­go wy­baw­cy. - Je­stem Lena - do­da­ła po chwi­li, ści­ska­jąc jego dłoń.

- A ja Ka­mil. Ka­mil Maj - przed­sta­wił się, pa­trząc jej pro­sto w oczy.

Dziew­czy­na mia­ła ciem­ne, lek­ko fa­lu­ją­ce wło­sy, duże nie­bie­skie oczy i śnia­dą cerę. Urze­kła Ka­mi­la swo­im spo­ko­jem oraz ide­al­ną, nad wy­raz ko­bie­cą fi­gu­rą.

- Dzię­ki za po­moc - do­da­ła po chwi­li, pró­bu­jąc prze­rwać nie­zręcz­ną ci­szę. - Gdy­by nie ty, mia­ła­bym nie­zły pasz­tet.

- Masz w tej tor­bie aż tyle pie­nię­dzy? - za­py­tał, da­jąc jed­no­cze­śnie znak, by usie­dli na zie­lo­nej drew­nia­nej ław­ce.

- Nie. Pie­nię­dzy nie mam zbyt dużo, za to za­bra­łam ze sobą kil­ka in­nych cen­nych rze­czy - od­par­ła zdaw­ko­wo.

Te­raz była już cał­ko­wi­cie roz­luź­nio­na. Ze spo­so­bu, w jaki pa­trzy­ła na stu­den­ta, moż­na było wy­czy­tać chęć kon­ty­nu­owa­nia roz­mo­wy.

- Czę­sto tu przy­cho­dzisz?

- Cza­sa­mi. Bar­dzo lu­bię ak­tyw­ny wy­po­czy­nek.

- To pew­nie czę­sto jeź­dzisz na ro­we­rze?

- Chęt­nie bym na nim po­jeź­dził, gdy­bym tyl­ko go miał. Za to upra­wiam inne spor­ty - do­dał z dumą.

- Je­steś spor­tow­cem? Szyb­ko bie­głeś.

- Nie. Nie je­stem, ale lu­bię grać w pił­kę, a przy tym trze­ba tro­chę po­bie­gać. A ty czym się zaj­mu­jesz?

- Ja? Ni­czym spe­cjal­nym. Ogól­nie rzecz bio­rąc, cały czas sie­dzę nad książ­ka­mi, ale taka ład­na dziś po­go­da, że war­to się na chwi­lę wy­lu­zo­wać. Wiesz co? Na­pi­ła­bym się cze­goś. Idzie­my pod pa­ra­sol­ki na piw­ko? Ja sta­wiam.

- Do­brze! Chodź­my! - po­mógł jej za­brać wszyst­kie rze­czy.

Ru­szy­li w stro­nę znaj­du­ją­ce­go się nad je­zio­rem pubu. Zro­bi­ło się bar­dzo go­rą­co. W cie­niu zna­leź­li odro­bi­nę wy­tchnie­nia. Na­pój, któ­re­go tak nie lu­bił, uko­ił ich pra­gnie­nie, po­bu­dza­jąc zmy­sły. Każ­dy, kto z boku przy­glą­dał się tej pa­rze, mógł­by po­wie­dzieć, że jest mię­dzy nimi ja­kiś ma­gne­tyzm, sza­lo­na żą­dza, któ­ra nie­chyb­nie jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ra pchnie ich do łóż­ka w jej lub jego miesz­ka­niu. I mimo że zna­li się od kil­ku go­dzin, w umy­słach oboj­ga zdą­ży­ły się już po­ja­wić ob­ra­zy na­gich, złą­czo­nych w dzi­kim uści­sku ciał. Roz­mo­wa prze­szła te­raz na inne tory. Dys­ku­to­wa­li o mu­zy­ce, je­dze­niu i książ­kach, któ­rych obo­je byli mi­ło­śni­ka­mi. Nim się spo­strze­gli, słoń­ce, któ­re jesz­cze nie tak daw­no gó­ro­wa­ło w ze­ni­cie, te­raz cho­wa­ło się już za ko­ro­na­mi drzew.

- O nie! - Lena wy­krzyk­nę­ła ty­leż gło­śno, co nie­spo­dzie­wa­nie. - Prze­pra­szam - do­da­ła po chwi­li zmie­sza­na. - By­łam umó­wio­na z pew­ną oso­bą. W dość waż­nej spra­wie - uzu­peł­ni­ła, naj­wi­docz­niej uwa­ża­jąc, że wia­do­mość ta ma ja­kieś zna­cze­nie dla prze­bie­gu tej roz­mo­wy.

- Na któ­rą?

- Na kwa­drans po dwu­dzie­stej. Na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu.

- No to jesz­cze zdą­żysz. Do­cho­dzi dzie­więt­na­sta - od­parł Ka­mil.

Dziew­czy­na sta­nę­ła przed trud­nym wy­bo­rem: albo wyj­dzie i za­ła­twi spra­wę, któ­rą zaj­mo­wa­ła się przez ostat­nie mie­sią­ce, albo rzu­ci się na swo­je­go roz­mów­cę, aby ze­drzeć z nie­go czar­ny t-shirt.

- Masz ja­kieś mo­ne­ty? - za­py­ta­ła po chwi­li na­my­słu.

Nie wie­dząc, o co jej do­kład­nie cho­dzi, się­gnął ręką do kie­sze­ni swo­ich je­an­sów. Chwi­lę po­tem na sto­le za­brzę­cza­ły dwie srebr­ne zło­tów­ki.

- Mo­żesz pod­rzu­cić jed­ną do góry? - po­pro­si­ła. Chło­pak, nie za­sta­na­wia­jąc się zbyt dłu­go, chwy­cił zło­tów­kę w dwa pal­ce i pod­bił kciu­kiem do góry. Mo­ne­ta wzbi­ła się na wy­so­kość kil­ku­na­stu cen­ty­me­trów, ro­biąc przy tym kil­ka salt w po­wie­trzu, po czym wy­lą­do­wa­ła na dło­ni Ka­mi­la.

- Orzeł - od­parł z uśmie­chem, choć nie wie­dział jesz­cze, czy to ozna­cza ciąg dal­szy tego spo­tka­nia, czy jego ko­niec.

Chwi­lę póź­niej Lena sie­dzia­ła na jego ko­la­nach. Pa­trzy­li na sie­bie przez ja­kiś czas, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać swo­je pra­gnie­nia. Dziew­czy­na zbli­ży­ła war­gi do jego ust. Po­zwa­la­jąc się obej­mo­wać, ca­ło­wa­ła go po gło­wie. Czu­ła, jak jego ręka prze­su­wa się po jej ple­cach z góry na dół.

- Nie - po­wie­dzia­ła sta­now­czo, po­wstrzy­mu­jąc jego dłoń. - Nie tu­taj.

Stu­dent bez zbęd­nych pro­te­stów pod­dał się woli dziew­czy­ny. Lena zgod­nie z obiet­ni­cą opła­ci­ła ra­chu­nek, po czym szyb­kim kro­kiem po­dą­ży­li w stro­nę au­to­bu­su. Do­je­cha­li do ron­da de Gaul­le'a, a na­stęp­nie prze­sie­dli się w tram­waj. Ka­mil za­sta­na­wiał się, gdzie miesz­ka ta­jem­ni­cza ko­bie­ta, z któ­rą praw­do­po­dob­nie spę­dzi dzi­siej­szą noc. Pięć mi­nut póź­niej sta­li pod ho­te­lem Mar­riott.

- Stać nas na taki ho­tel? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie wy­da­ję zbyt wie­le na przy­jem­no­ści, więc zdo­ła­łam tro­chę odło­żyć - uspo­ko­iła go, wy­cią­ga­jąc z port­fe­la kar­tę kre­dy­to­wą.

Ka­mi­lo­wi przy­po­mnia­ła się re­kla­ma, któ­rą emi­to­wa­no przed me­cza­mi Ligi Mi­strzów. Słyn­ny slo­gan gło­sił, że: "Są rze­czy bez­cen­ne. Za wszyst­ko inne za­pła­cisz kar­tą Ma­ster­card". Wspo­mi­na­jąc re­kla­mę, uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie. Mimo to kwo­ta, jaką trze­ba było za­pła­cić za noc w ta­kim po­ko­ju, była dla nie­go abs­trak­cyj­na. Był kla­sycz­nym przy­kła­dem stu­den­ta, któ­ry za­wsze jest głod­ny, a pie­nią­dze zwy­kle koń­czą mu się w po­ło­wie mie­sią­ca.

- Ale ja nie mam z cze­go ci do­ło­żyć - za­pro­te­sto­wał, uno­sząc się mę­skim ho­no­rem. - Może jed­nak pój­dzie­my do mnie? To nie­da­le­ko...

- Nie martw się tym, pro­szę - od­po­wie­dzia­ła sta­now­czo. Do­pie­ro te­raz, gdy za­uwa­żył ku­rze łap­ki w oko­li­cach jej oczu, stwier­dził, że jest od nie­go star­sza. O dwa lata, a może wię­cej? W tej chwi­li nie mia­ło to jed­nak więk­sze­go zna­cze­nia.

- OK. Niech ci bę­dzie.

Mimo wa­hań na­tu­ry fi­nan­so­wej zgo­dził się z nie­ukry­wa­ną ra­do­ścią. Wy­obra­ził so­bie ogrom­ne, za­ście­lo­ne sa­ty­no­wą po­ście­lą łoże, pięk­ny bia­ły dy­wan, po któ­rym z przy­jem­no­ścią cho­dzi się boso, oraz pa­no­ra­mę mia­sta wi­dzia­ną z naj­wyż­sze­go pię­tra ho­te­lu. Coś ta­kie­go wi­dział ostat­ni raz dzie­sięć lat temu, gdy ro­dzi­ce za­bra­li go na ta­ras wi­do­ko­wy Pa­ła­cu Kul­tu­ry i Na­uki.

Ka­mil wziął dziew­czy­nę za rękę i szyb­kim kro­kiem po­dą­ży­li w kie­run­ku re­cep­cji.

- Po­cze­kaj tu­taj - po­wstrzy­ma­ła go ge­stem ręki. - Le­piej bę­dzie, jak sama wy­naj­mę ten po­kój.

Ka­mil roz­siadł się wy­god­nie na jed­nej ze skó­rza­nych ka­nap umiesz­czo­nych w hal­lu. W ocze­ki­wa­niu na dziew­czy­nę wy­jął z ple­ca­ka ga­ze­tę. Co praw­da prze­czy­tał ją dzi­siej­sze­go ran­ka od de­ski do de­ski, ale do­szedł do wnio­sku, że lep­sze to niż bez­czyn­ne cze­ka­nie przez pięt­na­ście mi­nut. Lena wró­ci­ła po chwi­li.

- Tak szyb­ko? - zdzi­wił się.

- Je­śli wo­lisz, mogę za­re­zer­wo­wać po­kój jesz­cze raz - od­par­ła z uda­wa­ną iro­nią.

- Nie. Tak jest do­brze. Po pro­stu my­śla­łem, że trwa to o wie­le dłu­żej.

- Po­wiedz­my, że je­stem ko­le­żan­ką sze­fa tego ho­te­lu. Obo­je za­czę­li się śmiać.

Lena wska­za­ła pal­cem dro­gę w kie­run­ku win­dy. W kil­ka se­kund do­je­cha­li na od­po­wied­nie pię­tro. Ka­mil prze­krę­cił klucz w drzwiach po­ko­ju nu­mer sto pięć.

- Nie mogę już dłu­żej cze­kać - wy­szep­ta­ła mu do ucha.

Po­zwo­lił, by przy­du­si­ła go do drzwi. W po­śpie­chu zdej­mo­wał buty, gdy ona ma­ni­pu­lo­wa­ła ręką przy jego pa­sku. Chwi­lę póź­niej dało się sły­szeć cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwięk od­pi­na­nej klam­ry. Na­stęp­nie Lena za­in­te­re­so­wa­ła się jego ko­szu­lą w czer­wo­ną kra­tę. Nie­za­leż­nie od pory roku za­wsze no­sił taką na t-shir­cie. Wiecz­nie nie­za­pię­te gu­zi­ki i ko­lo­ro­we ko­ra­li­ki na nad­garst­kach spra­wia­ły, że przy­po­mi­nał mu­zy­ka roc­ko­we­go.

Dziew­czy­na nie­śpiesz­nie zdję­ła z nie­go tek­styl­ną ko­szu­lę i schlud­nie uło­ży­ła ją na opar­ciu fo­te­la. Wszyst­kie ru­chy wy­ko­ny­wa­ła z gra­cją i spo­ko­jem, chcąc tym sa­mym do­pro­wa­dzić Ka­mi­la do sza­łu. Unio­sła po­wo­li jego t-shirt, od­sła­nia­jąc tym sa­mym klat­kę pier­sio­wą. Na­raz pu­ści­ła pod­ko­szul­kę i wbi­ła pa­znok­cie w jego ple­cy, na­dal przy­trzy­mu­jąc go przy drzwiach. Zło­ży­ła de­li­kat­ny po­ca­łu­nek na jego ustach, po czym od­sko­czy­ła na chwi­lę w kie­run­ku noc­ne­go sto­li­ka, na któ­rym znaj­do­wa­ły się dwa kub­ki z logo ho­te­lu, ko­szyk ze sło­dy­cza­mi i sztuć­ce. Chwy­ci­ła nóż, da­jąc jed­no­cze­śnie znak ręką, że nie musi się oba­wiać. Na­cię­ła ma­te­riał w miej­scu, w któ­rym znaj­do­wa­ła się pod­szew­ka pod­ko­szul­ki. Te­raz mo­gła nie­wiel­kim na­kła­dem sił ze­drzeć z nie­go ubra­nie w do­słow­nym sło­wa tego zna­cze­niu. Gdy zdej­mo­wa­ła z nie­go ostat­nie ele­men­ty gar­de­ro­by, do­sta­wał za­wro­tów gło­wy. Do­strze­gł­szy kształt jej na­brzmia­łych sut­ków pod cien­ką ba­weł­nia­ną ko­szul­ką, uznał, że dziew­czy­nie rów­nież po­do­ba się ta gra wstęp­na.

Gdy był już nagi, ka­za­ła mu usiąść na skra­ju wiel­kie­go łoża. Uzna­ła, że jest ła­ko­mym ką­skiem na tle czar­nej po­ście­li z sa­ty­ny, któ­ra da­wa­ła miłe wra­że­nie chło­du. Po­de­szła na chwi­lę do znaj­du­ją­cej się na ko­mo­dzie wie­ży i na­ci­snę­ła przy­cisk "play". Ka­mil wzdry­gnął się, sły­sząc głos Mi­cha­ela Jack­so­na. Pa­trzył, jak Lena zdej­mu­je z sie­bie ko­lej­ne ubra­nia, tań­cząc w ryt­mie pio­sen­ki Black or whi­te. Za­nim wy­brzmia­ły ostat­nie tak­ty utwo­ru, sta­ła przed nim w sa­mej bie­liź­nie. Od­cze­ka­ła jesz­cze chwi­lę, po­zwa­la­jąc, by za­dzia­ła­ła wy­obraź­nia chło­pa­ka, po czym od­sło­ni­ła przed nim wszyst­kie se­kre­ty swo­je­go cia­ła...

Ka­mil Maj obu­dził się na­stęp­ne­go dnia w wy­ście­la­nym czar­ną sa­ty­ną łożu na pią­tym pię­trze eks­klu­zyw­ne­go ho­te­lu. Po ta­jem­ni­czej dziew­czy­nie po­zo­sta­ła tyl­ko zło­żo­na na pół kart­ka pa­pie­ru. Wziął ją do rąk, prze­cie­ra­jąc za­spa­ne oczy.

Dro­gi Ka­mi­lu!

Dzię­ku­ję Ci za tę noc i za po­moc w par­ku. Za­pa­mię­tam Cię jako wspa­nia­łe­go męż­czy­znę. Pod każ­dym wzglę­dem... Ża­łu­ję, że nie mo­gli­śmy się le­piej po­znać, ale cza­sa­mi tak w ży­ciu bywa. Nie pró­buj mnie szu­kać. Wy­jeż­dżam dziś z War­sza­wy i ra­czej dłu­go się tu nie po­ja­wię. Pew­nie za­sta­na­wiasz się, czy pi­szę praw­dę.

Może kie­dyś spo­tka­my się jesz­cze w tym miej­scu albo ja­kim­kol­wiek in­nym. Od­le­gło­ści mię­dzy mia­sta­mi wy­da­ją się w dzi­siej­szych cza­sach tak małe, że moż­na spo­ty­kać się czę­sto, ale nie na tyle, by móc wi­dzieć się co­dzien­nie. Chęt­nie za­bra­ła­bym Cię ze sobą w tę po­dróż. Z dru­giej jed­nak stro­ny jak mo­gła­bym pro­sić ko­goś, kogo znam za­le­d­wie kil­ka go­dzin, by zmie­niał dla mnie swo­je ży­cio­we pla­ny?

Chcia­ła­bym jesz­cze kie­dyś się z Tobą zo­ba­czyć. W ra­zie gdy­by mia­ło to jed­nak nie na­stą­pić, zo­sta­wi­łam Ci coś na pa­miąt­kę. Noś to za­wsze na szyi, lecz nie po­ka­zuj ni­ko­mu.

Lena

Po prze­czy­ta­niu li­stu Ka­mil zło­żył go de­li­kat­nie, tak jak­by mia­ła to być naj­święt­sza re­li­kwia. Wło­żył rękę do ma­łej szma­cia­nej sa­kiew­ki, ja­kie zwy­kli no­sić ubo­dzy śre­dnio­wiecz­ni żacy. Mie­szek nie był au­ten­tycz­ny, ale jego za­war­tość - z pew­no­ścią tak. Wy­jął z to­reb­ki zło­ty krzy­żyk na łań­cusz­ku. Nie przy­po­mi­nał on tych, ja­kie no­szą ka­to­li­cy. Był znacz­nie grub­szy, a przy tym miał wszyst­kie ra­mio­na rów­ne. W do­dat­ku roz­wi­dla­ły się one przy koń­cach. Po jed­nej stro­nie krzy­ża wy­rzeź­bio­no ja­kie­goś pta­ka. Gdy Ka­mil od­wró­cił krzy­żyk na dru­gą stro­nę, spo­strzegł dużą li­te­rę B. Jako zdol­ny stu­dent po­tra­fił oce­nić, że Lena dała mu bar­dzo dro­gi upo­mi­nek, ma­ją­cy praw­do­po­dob­nie set­ki lat. Mimo iż zże­ra­ła go cie­ka­wość, obie­cał so­bie, że nie bę­dzie in­te­re­so­wał się po­cho­dze­niem przed­mio­tu, po­nie­waż w ta­kiej sy­tu­acji mu­siał­by wcze­śniej czy póź­niej po­ka­zać go ja­kie­muś pro­fe­so­ro­wi. Wo­lał usza­no­wać wolę dziew­czy­ny. Za­wie­sił łań­cu­szek na szyi, po czym za­czął się ubie­rać.

rozdział 5

bakczysaraj, 1532-1551

Je­stem Rem­mal Ho­dża - kro­ni­karz czci­god­ne­go ży­wo­ta i pa­no­wa­nia wspa­nia­łe­go Sa­hib Gi­rej cha­na. Pan mój uro­dził się daw­no temu, ale nikt do­kład­nie nie pa­mię­ta kie­dy i gdzie. Dla Kry­mu dniem jego po­czę­cia był let­ni po­ra­nek roku 1532. W tym też cza­sie swo­je pa­no­wa­nie za­koń­czył Sa­adet, a naj­wyż­sza rada przy apro­ba­cie suł­ta­na tu­rec­kie­go Su­lej­ma­na - imie­nia tego dru­gie­go - na tro­nie krym­skim osa­dzi­ła naj­zac­niej­sze­go z za­cnych, naj­od­waż­niej­sze­go z od­waż­nych i naj­mą­drzej­sze­go z mą­drych, wspa­nia­łe­go Sa­hib Gi­re­ja. Pan mój, mimo iż lud ta­tar­ski ni­skiej jest ra­czej ani­że­li wy­so­kiej po­stu­ry, był czło­wie­kiem słusz­ne­go wzro­stu. Po­wa­gi do­da­wa­ła mu ciem­na bro­da oka­la­ją­ca jego oliw­ko­we ob­li­cze. Wło­sy miał jak my wszy­scy - ciem­ne i pro­ste ni­czym strza­ła. Pierw­szy raz zo­ba­czy­łem go u wrót Soł­ha­tu. Tego dnia w mie­ście było dość cie­pło i par­no za­ra­zem. Sta­łem wśród ciż­by, któ­ra już od wscho­du słoń­ca wy­cze­ki­wa­ła przy­by­cia no­we­go cha­na. Lu­dzie na­oko­ło mnie ubra­ni byli tyl­ko w krót­kie su­kien­ne spodnie, sza­ra­wa­ry i ko­szu­le z lnia­ne­go płót­na, spro­wa­dza­ne ze wschod­nich kra­in. Krę­ci­li się nie­cier­pli­we w po­łu­dnio­wym skwa­rze. Ja w tym cza­sie - jako czło­wiek mło­dy i pstro ma­ją­cy w gło­wie - po­sze­dłem tam nie po to, by po­dzi­wiać wjazd do mia­sta czci­god­ne­go Sa­hi­ba, lecz dla­te­go, że po­pa­trzeć so­bie chcia­łem na dziew­ki, któ­re tu ze wszyst­kich oko­lic ścią­gnę­ły. Nie in­te­re­so­wa­ły mnie jed­nak ko­bie­ty mo­je­go sta­nu - odzia­ne w czar­ne, roz­sze­rza­ją­ce się ku do­ło­wi suk­nie, zło­tem i sre­brem zdo­bio­ne. Tym nie go­dzi­ło się za­sta­wiać dro­gi, bo każ­da z pew­no­ścią mia­ła już męż­czy­znę, któ­ry za­ku­pił ją od jej ojca. Ła­two też było po­znać, któ­ra dziew­ka jest za­męż­na. Te na gło­wie czep­ce no­si­ły, któ­re spra­wia­ły wra­że­nie jak­by dru­giej gło­wy. Po­nad­to mia­ły już za­zwy­czaj po tro­je bądź czwo­ro dzie­ci, a ich ob­wi­słe pier­si w ża­den spo­sób nie bu­dzi­ły mo­je­go za­in­te­re­so­wa­nia.

Mnie cie­ka­wi­ły ra­czej bied­ne, lecz mło­de jesz­cze dziew­ki, któ­re za le­d­wie jed­ne­go aspra moż­na było wy­ku­pić od ich oj­ców i wziąć w po­sia­da­nie. Nie­trud­no mi było ta­kich szu­kać, bo­wiem te wy­raź­nie róż­ni­ły się od mę­ża­tek. Odzia­ne je­dy­nie w zno­szo­ne przez ich mat­ki ka­fta­ny z lnu albo też ja­kieś pod­lej­sze ma­te­rie, wy­glą­da­ły na wiel­ce za­nie­dba­ne. Gdy­by jed­nak za­nu­rzyć taką dziew­kę w wo­dzie, a po­tem roz­cze­sać dłu­gie, opa­da­ją­ce na ra­mio­na wło­sy i dać jej szu­bę z wil­czej skó­ry, wy­glą­da­ła­by co naj­mniej jak cór­ka beja bądź ka­die­go. Ale dość pra­wie­nia na ten te­mat - jest to hi­sto­ria mo­je­go pana, nie zaś moja.

Jak wcze­śniej pi­sa­łem - sta­łem wśród ciż­by wjaz­du no­we­go cha­na ocze­ku­ją­cej. Było dość gwar­no, a uno­szą­ce się w po­wie­trzu za­pa­chy nie za­chę­ca­ły ani do prze­by­wa­nia w tym miej­scu, ani do cze­go­kol­wiek in­ne­go. Rok 1531 był dla miesz­kań­ców Kry­mu jed­nym z naj­gor­szych. Uda­ło się ze­brać może ze dwa albo trzy ty­sią­ce ja­sy­ru, z cze­go więk­szość sta­no­wi­li bez­war­to­ścio­wi star­cy i dzie­ci. Dość po­wie­dzieć, że na tar­gu w mie­ście Ka­ra­su Ba­zar sam służ­kę ku­pi­łem za czte­ry su je­dy­nie. Tych, któ­rzy war­tość ja­kąś przed­sta­wia­li jesz­cze, za­ła­do­wa­no na stat­ki i wy­wie­zio­no do wiel­kiej sto­li­cy suł­ta­na - Stam­bu­łu. Nie­wol­ni­ków pod­lej­sze­go sta­nu i kon­dy­cji fi­zycz­nej sprze­da­no nam albo też ży­dow­skim kup­com, któ­rzy na­wet tak mar­ny to­war po­tra­fi­li z wiel­kim zy­skiem od­sprze­dać. W tym też nie­szczę­snym 1531 roku kraj nasz wiel­ka su­sza na­wie­dzi­ła, zaś to, co za­kwit­nąć zdo­ła­ło, znisz­czy­ła sza­rań­cza. Wy­gło­dzo­ny lud pro­sił o wład­cę, któ­ry da im ja­dła i wiel­ką woj­nę. Ocze­ki­wa­nia wo­bec Sa­hi­ba były ogrom­ne, ale pan mój spro­stać im po­tra­fił. Gdy wresz­cie sza­ry za­rys jego or­sza­ku zza pa­gór­ka się wy­ło­nił, tłum wi­wa­to­wać za­czął. Or­szak po­dą­żał jed­nak nie­śpiesz­nie. Na sa­mym przo­dzie zbroj­ni jan­cza­rzy je­cha­li w licz­bie sze­ściu­set. Za­raz za nimi Ta­ta­rzy w per­skie ko­szu­le i krót­kie spodnie odzia­ni. Ci mie­li za swą broń łuk i strza­ły je­dy­nie, a przy boku skó­rza­ne sa­kwy na su­szo­ne ryby i bu­kła­ki z wodą. W sa­mym środ­ku or­sza­ku je­chał stroj­nie odzia­ny Sa­hib, któ­re­mu kil­ku za­cnych oby­wa­te­li to­wa­rzy­szy­ło. Po­chód za­my­kał od­dział zbroj­nych i kup­cy ze Wscho­du, któ­rzy za­wsze chęt­nie po­dró­żo­wa­li przy cha­nie, za­pew­nia­jąc so­bie tym sa­mym bez­piecz­ny prze­jazd przez zie­mie ta­tar­skie.

Za­nim or­szak zja­wił się u bram mia­sta, wie­lu Ta­ta­rów dłu­gim ocze­ki­wa­niem znie­chę­co­nych do swo­ich do­mostw się uda­ło. Ja czas umi­la­łem so­bie oglą­da­niem dzie­wek, spo­śród któ­rych chcia­łem wy­brać żonę. Jako że by­łem na­ten­czas mło­dym i nie­zbyt ma­jęt­nym pi­sa­rzem, mo­głem so­bie po­zwo­lić tyl­ko na jed­ną ko­bie­tę, a i to wią­za­ło się dla mnie z du­żym wy­dat­kiem. Za­nim czci­god­ny Sa­hib sta­nął przed bra­ma­mi Soł­ha­tu, ja uma­wia­łem się wła­śnie ze sta­rym ry­ba­kiem Re­eda­tem co do ilo­ści kóz i skór wil­czych, ja­kie od­dać mu mia­łem w za­mian za jego je­dy­ną po­cie­chę - uro­czą Eli­ję. Gdy tak na­sy­ca­łem się pięk­nem jej kru­czo­czar­nych wło­sów, tłum za­czął wi­wa­to­wać. Oto przed samą bra­mą mia­sta roz­pierz­chli się na dwie stro­ny jan­cza­rzy, a naj­zac­niej­szy Sa­hib, któ­ry te­raz sam po­zo­stał na pu­stym pla­cu, zsiadł z ko­nia. Tu przy­wdział nowe, o wie­le bo­gat­sze sza­ty od tych, w któ­rych po­dró­żo­wał. Jego gło­wę zdo­bi­ła czar­na czap­ka o dwóch ki­tach, suto dia­men­ta­mi i in­ny­mi kosz­tow­no­ścia­mi wy­sa­dza­na. Prze­wie­siw­szy so­bie przez ra­mię łuk, ja­kim zwy­kli się na co dzień po­słu­gi­wać miesz­kań­cy Kry­mu, wsiadł na swo­je­go ru­ma­ka. Gdy pan nasz wje­chał wraz z ca­łym po­cho­dem do mia­sta, tłum krzy­czeć za­czął z ra­do­ści i czap­ka­mi wy­ma­chi­wać. Na­prze­ciw Sa­hi­ba wy­biegł szej­chu­islam. Po­kło­ny bi­jąc naj­od­waż­niej­sze­mu Sa­hi­bo­wi, do pa­ła­cu go za­pro­wa­dził, gdzie chan za­siadł na swym tro­nie. U stóp jego dary zło­żo­no bo­ga­te: zło­te kie­li­chy, pa­te­ry, misy ze sre­bra i pięk­ne fu­tra z pół­no­cy, ja­kich ni­g­dzie na Kry­mie zna­leźć nie spo­sób. Wśród tych po­dar­ków był tak­że buń­czuk ze zło­ta i sre­bra i sztan­dar z pół­księ­ży­cem, któ­re to dary na­ka­zał sta­rym zwy­cza­jem prze­słać nowo wy­bra­ne­mu wład­cy krym­skie­mu suł­tan tu­rec­ki Su­lej­man imie­nia tego dru­gi. Gdy zaś chan na­cie­szył się już tym wi­do­kiem, szej­chu­li­slam po­wiódł go do ko­rünüszu. Tam naj­spra­wie­dliw­szy Sa­hib zdo­bio­ny dro­gi­mi ka­mie­nia­mi pas z mie­czem oraz Ko­ran otrzy­mał. Gdy zaś sie­dem pierw­szych sur świę­te­go dzie­ła al­la­ho­we­go prze­czy­ta­no, szej­chu­li­slam cha­na po­bło­go­sła­wił.

Przez na­stęp­ne dni cała sto­li­ca uczto­wa­ła i cie­szy­ła się z wy­bo­ru cha­na, ten zaś do naj­wyż­szych god­no­ści do­stoj­ni­ków pod­no­sił, któ­rzy od­tąd mie­li być jego naj­bliż­szy­mi współ­pra­cow­ni­ka­mi. I tak w pierw­szej ko­lej­no­ści na po­dusz­kę kał­gow­ską swe­go naj­star­sze­go syna wy­wyż­szył, któ­ry nie­ba­wem do Ak­mes­dżi­du od­je­chał. Po­tem swe­go młod­sze­go syna nu­red­di­nem mia­no­wał, da­jąc mu we wła­da­nie Ka­czy­sa­raj. Sam tak­że zbyt dłu­go nie re­zy­do­wał w sta­rym już Soł­ha­cie i w rok po wstą­pie­niu na tron chań­ski sto­li­cę do pięk­ne­go i no­wo­cze­sne­go Bak­czy­sa­ra­ju prze­niósł. Tam wspa­nia­ły za­mek na wzór suł­tań­skie­go Top­ka­pi sa­ra­ju zbu­do­wał. Twier­dza ta trzy dzie­dziń­ce i wie­le wspa­nia­łych kom­nat po­sia­da­ła, z któ­rych naj­słyn­niej­szy był chań­ski ha­rem, dniem i nocą strze­żo­ny przez eu­nu­chów ni­czym skar­biec. Ca­łość zaś oto­czo­na była wspa­nia­ły­mi ogro­da­mi, peł­ny­mi róż i in­nych kwia­tów. Pan mój był wiel­kim bu­dow­ni­czym, ale i zna­ko­mi­tym żoł­nie­rzem. Za cza­sów jego pa­no­wa­nia każ­de­go roku Ta­ta­rzy bra­li w ja­syr po dzie­sięć albo i dwa­dzie­ścia ty­się­cy nie­wol­ni­ków, któ­rych po­tem z zy­skiem sprze­da­wa­no w Ka­ra­su Ba­zar, Ki­lii, Aker­ma­nie i Stam­bu­le. Ja zaś - skrom­ny kro­ni­karz - nie­od­gad­nio­ny­mi ścież­ka­mi losu sta­łem się przy­ja­cie­lem i po­wier­ni­kiem naj­więk­szych ta­jem­nic cha­na, a tak­że kro­ni­ka­rzem jego wspa­nia­łe­go pa­no­wa­nia. Mimo iż by­łem już wów­czas czło­wie­kiem bar­dzo za­moż­nym i stać mnie było na wła­sny ha­rem z dzie­się­cio­ma na­wet na­łoż­ni­ca­mi, na­dal trwa­łem w związ­ku z uro­czą Eli­ją, któ­rą po­ko­cha­łem przez te wszyst­kie lata tak moc­no, że nie chcia­łem już dzie­lić ży­cia i łoża z żad­ną inną ko­bie­tą. Tego szczę­ścia w mi­ło­ści, któ­re spły­nę­ło na mnie, nie do­świad­czył mój wład­ca. Co noc dzie­lił łoże z kimś in­nym, a jak wieść gło­si, nie były to tyl­ko nie­wia­sty. For­tu­na, któ­ra nie chcia­ła za­go­ścić w ser­cu naj­dziel­niej­sze­go z dziel­nych, to­wa­rzy­szy­ła mu wsze­la­ko na polu bi­twy. W sie­dem­na­stym roku swe­go szczę­śli­we­go pa­no­wa­nia za na­mo­wą suł­ta­na tu­rec­kie­go, któ­ry chciał tym spo­so­bem ugo­dzić w Rzecz­po­spo­li­tą, wy­pra­wił się Sa­hib na Ruś Czer­wo­ną, Wo­łyń, a tak­że na Po­do­le, z któ­rych to ziem ze­brał łupy prze­bo­ga­te i ja­syr ogrom­ny. Na wieść o tych suk­ce­sach suł­tan tu­rec­ki tak się ucie­szył, że na­ka­zał swo­je­mu skarb­ni­ko­wi przy­go­to­wać sześć wo­zów zło­ta i in­nych bo­gactw, któ­re to za po­moc i współ­pra­cę mi­ło­ści­wie nam pa­nu­ją­ce­mu Sa­hi­bo­wi mia­ły być ofia­ro­wa­ne. Jak po­sta­no­wił Su­lej­man, tak też się sta­ło i mie­siąc póź­niej sam by­łem świad­kiem przy­jaz­du tu­rec­kie­go po­sel­stwa, któ­re prze­ka­za­ło na­sze­mu cha­no­wi wspa­nia­łe dary. A były wśród nich rze­czy pięk­ne: bo­ga­to zdo­bio­ny Ko­ran, zło­ty­mi nić­mi zszy­wa­ny, wiel­ka ilość sza­bli z da­ma­sceń­skiej sta­li wy­ko­na­nych, pięt­na­ście zło­tych i srebr­nych pu­cha­rów ru­bi­na­mi, dia­men­ta­mi i szma­rag­da­mi wy­sa­dza­nych oraz wie­le in­nych rze­czy, któ­re suł­tan ze swo­je­go skarb­ca wy­do­był. Były wśród tych przed­mio­tów tak­że, a może i na­wet przede wszyst­kim sprzę­ty, któ­re zra­bo­wa­li wcze­śniej z licz­nych por­tów kor­sa­rze bę­dą­cy na usłu­gach Por­ty Oto­mań­skiej. Po­śród kosz­tow­no­ści uwa­gę moją przy­ku­ły pięk­ne szpa­dy we­nec­kie, ja­kich na ca­łym Kry­mie próż­no szu­kać, oraz wspa­nia­łe ko­bier­ce ze wscho­du, któ­rych to chan nasz w swym pa­ła­cu nie­zli­czo­ną ilość po­sia­dał. Ostat­ni wóz zda­wał się ro­bić naj­mniej­sze wra­że­nie, gdyż wy­peł­nio­ny był sprzę­ta­mi przez pi­ra­tów na chrze­ści­jań­skich ry­cer­zach z Mal­ty zdo­by­ty­mi. Peł­no tu było róż­ne­go ro­dza­ju suk­na w ko­lo­rze szkar­ła­tu, czer­ni i bie­li. Tu i tam uka­zy­wa­ły się oczom frag­men­ty srebr­nej za­sta­wy, heł­my, a tak­że nie­zli­czo­na ilość mie­czy i in­ne­go orę­ża. Sa­mych kosz­tow­no­ści było tu jed­nak mało. Oprócz srebr­nych mis i kie­li­chów je­dy­nie mo­sięż­ny krzyż, dwa wor­ki zło­tych mo­net, bursz­ty­no­we pa­cior­ki i po­zła­ca­ny po­są­żek so­ko­ła mi­zer­nie wy­ko­na­ny. Jako że ptak ten cie­szy się uzna­niem du­żym wśród ta­tar­skie­go spo­łe­czeń­stwa, mimo iż po­sąg mier­nej był war­to­ści, czci­god­ny Sa­hib swe za­in­te­re­so­wa­nie nim wy­ra­ził.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.