Hugrakkur
Gdy otworzył oczy, wciąż było ciemno, jednak nie całkiem. Światło słoneczne wdzierało się już do wnętrza groty, zwiastując nadchodzący dzień. Mężczyzna wstał, przeciągnął się z jękiem, po omacku odnalazł leżącą gdzieś obok pochwę z mieczem i przytwierdził ją do pasa. W pierwszej chwili zdało mu się, że jest sam, lecz podał to w wątpliwość, gdy poczuł zapach mokrej sierści. Rozejrzał się nerwowo, ale mrok nie pozwalał mu niczego dostrzec. Usłyszał za to ciężki oddech kogoś, a raczej czegoś pogrążonego w głębokim śnie.
Oczami wyobraźni ujrzał wszelakiej maści zjawy i bestie, które znał z legend, a które w tych dziwnych czasach, kiedy mówiło się o rzekomym powrocie magii, mogły rzeczywiście jakimś cudem znaleźć się w grocie. Czy były tu pierwsze? A może przyszły nad ranem i ominęły przybysza z obojętnością godną roślinożercy?
Nie wiedział i wolał się o tym nie przekonywać.
Zrządzenie losu zadecydowało jednak inaczej. Jeszcze zanim wyszedł, oddech przerodził się w kwilenie, w dodatku nie jednej, lecz wielu istot. Mężczyzna odwrócił się niepewnie i rozejrzał po wnętrzu. Gdy jego wzrok przystosował się do mroku, dostrzegł zarys kilku niewielkich głów z postawionymi uszami i długimi pyskami, a także po dwie pary włochatych łap.
- A niech mnie - westchnął i się zaśmiał. - Gdzie wasza mama?
To pytanie naraz zmroziło mu krew w żyłach. Uświadomił sobie, że młode nie przyszły tu same, że musiała je tu przyprowadzić...
- To ja ten... będę się zbierał - oznajmił, jak gdyby musiał się tłumaczyć szczeniakom z podjętej decyzji.
Wyjrzał z groty i wziął głęboki wdech górskiego powietrza. Przywitał go las, zapach drzew i ptasi świergot układający się w całkiem zgrabną melodię, jakiej nie powstydziłby się niejeden skald. Mężczyzna zagwizdał, próbując naśladować trel, i z zadowoleniem usłyszał, że ptaki mu zawtórowały.
Góry nigdy wcześniej nie wydały mu się tak wyzwalające.
Z zadumy wyrwało go znajome kwilenie. Odwrócił się i tym razem wyraźnie ujrzał cztery srebrzyste szczenięta porośnięte gęstym futerkiem, wyglądającym na miłe w dotyku. Nie wystraszył się, bo spojrzenia okrągłych czarnych oczu dogłębnie go rozczuliły.
- Nie mam nic dla was - odezwał się. Wilczki zaczęły strzyc uszami na dźwięk ludzkiego głosu. - Bardzo mi przykro.
Długo nie mógł oderwać wzroku od uroczych stworzeń. Zawahał się przez moment, ale w końcu wyciągnął rękę do szczeniąt. Zaskoczyła go śmiałość, z jaką podeszły i dokładnie obwąchały brudną od ziemi dłoń. Gdy nie znalazły na niej jedzenia, ponownie zaczęły wpatrywać się w mężczyznę. Mógłby przysiąc, że z wyrzutem.
- Patrzy wam z oczu wilkiem! - zarechotał, choć wciąż ogarniał go niepokój na myśl o wilczycy. - Pora mi w drogę.
Oddalił się nieco z przekonaniem, że szczenięta odprowadzą go wyłącznie wzrokiem. Nie przygotował się na to, że zwartą grupą pójdą jego śladem.
- A niech mnie... - Podrapał się po głowie.
Każdy jego krok równał się kilku krokom szczeniąt, co rusz potykających się o własne łapy. Przez dłuższą chwilę rozglądał się nerwowo w obawie przed najgorszym. Jak na razie niebezpieczeństwo nie nadchodziło, ale wiedział, że to tylko kwestia czasu.
Postanowił pogodzić się z nieplanowanym towarzystwem, wciąż jednak zachowywał czujność. Z początku wilczki biegły za nim, aż w końcu dogoniły go i teraz dreptały tuż obok, ocierając się o jego nogi futerkiem miękkim niczym rhandyjski aksamit.
- Oswoję was jak psy - stwierdził z zadowoleniem. - Zamieszkam z wami jak niegdyś alfarowie, będziemy razem sypiać, polować i... A niech mnie...
Zatrzymał się, a wraz z nim szczenięta. Zesztywniał na widok tego, czego się wprawdzie spodziewał, ale miał cichą nadzieję, że spotkanie to jednak nie nastąpi. Stała na wprost niego, w odległości zaledwie kilkunastu kroków. Mierzyła go przeszywającym spojrzeniem niemalże czarnych, przechodzących w zieleń oczu.
Nigdy nie widział czegoś takiego. Grzbiet wilczycy tylko gdzieniegdzie pokrywała sierść, z wielu miejsc bowiem wyrastały... tak, wzrok go nie mylił: widział liście tworzące zieloną szczecinę. Włosy wokół oczu i nosa mieniły się tą samą barwą, nie były właściwie włosami, lecz najprawdziwszą trawą.
Zwierzę ruszyło bez pośpiechu, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Ten dopiero po chwili zauważył głęboką ranę w prawym boku wilczycy, otwartą, lecz nie krwawiącą, nawet nie ropiejącą. Cofnął się o krok, o mało nie potykając się o ciasno przytulone do siebie szczenięta. W pierwszym momencie się zdziwił, że nie wybiegły matce na spotkanie, jednak zaraz potem spostrzegł, że w pełni podzielają jego niepokój.
Jeśli przypuszczenia mężczyzny okazałyby się słuszne... to wciąż była ich matka. Nie miał najmniejszych wątpliwości co do tego, że odniosła ranę śmiertelną, już dawno musiała się wykrwawić. Musiała być martwa.
- A niech mnie... - westchnął po raz nie wiadomo który, bo oto dostrzegł na grzbiecie zwierzęcia kilka wróbli. Wyskubywały spomiędzy zielonej sierści coś, co przypominało gąsienice, larwy albo jeszcze inne robactwo. Tymczasem wilczyca nie zwracała na to uwagi, zdawała się nie odczuwać uporczywego dziobania.
Stanęła w odległości dwóch, może trzech kroków od człowieka. Pochyliła łeb i zaczęła nieśmiało węszyć. Nie patrzyła teraz na niego, lecz na wilczki wciąż kłębiące się u jego stóp. Mężczyzna usłyszał kwilenie wadery, pełne żalu, jak ocenił. Szczenięta nerwowo wierciły się w miejscu, któryś mruknął piskliwie, a pozostałe mu zawtórowały. Matka zaskowyczała ponownie, głośniej i przeciąglej.
W końcu jeden wilczek odważył się podejść. Węszył w powietrzu, próbując uchwycić jakiś zapach, znajomy i bezpieczny. Wilczyca pisnęła, zbliżyła się do malca i pochyliła nad nim. Powoli zetknęli się nosami, raz, drugi, po czym szczeniak podskoczył radośnie i wydał z siebie przeszywający jęk, coś między szczekiem a wyciem. Pozostałe trzy podniosły uszy i puściły się pędem w stronę brata lub siostry. Matka obwąchiwała kolejno każde z nich, wymieniając się z potomstwem zawodzącymi powitaniami.
Mężczyzna przyglądał się temu nieruchomo. Nie odważył się nawet drgnąć, dopóki wilczyca nie odeszła wraz z młodymi. Pożegnała go krótkim, lecz przeszywającym spojrzeniem.
To mogło być podziękowanie. Chciał w to wierzyć, ale pewności nie miał.
- A niech mnie... - powtarzał w kółko.
Długo szedł niepewnym krokiem, rozglądając się w obawie, że spotka więcej istot pokrewnych wilczycy. Las ciągnął się w nieskończoność, opadał coraz niżej, wskazując tym samym, że do doliny było już niedaleko. Gdzieniegdzie wędrowiec słyszał jeszcze zawodzące ćwierkanie, lecz poza tym ogarniało go odprężające, choć odrobinę niepokojące poczucie całkowitej samotności.
Zagwizdał ponownie, skłaniając ptaki do naśladowania melodii. Zaczął od prostej, po czym przeszedł do bardziej skomplikowanych. Dźwięki ułożyły się w jego ulubioną pieśń, pieśń patriotów i wojowników. Odchrząknął i zanucił, świadomy swego nikłego talentu wokalnego, a raczej jego braku, pocieszał się jednak myślą, że okoliczna przyroda wybaczy mu to zaburzenie harmonii.
Orzeł wzniósł się ponad drzewa,
Hej, Wolne Miasto Órn!
Wzgórza murem, honor tarczą,
Młodzi o twe ziemie walczą,
Hej, Wolne Miasto Órn!
Zorientował się, że podskakuje do rytmu, udzielił mu się bojowy nastrój. Starał się zatrzeć nim wstyd, który nosił od kilku dni.
Nie poskromią nigdy Orła,
Hej, Wolne Miasto Órn!
W godle ptak rozpostarł skrzydła,
Umknął wróg - na pewno przegra,
Hej, Wolne Miasto Órn!
Nie było go tam, gdzie być powinien. Nie było go przy niej.
Kolejną zwrotkę, ostatnią, którą znał na pamięć, zaśpiewał już ponuro, bez entuzjazmu, choć lubił ją najbardziej.
Wzleciał nad nieznaną ziemią,
Hej, Wolne Miasto Órn!
Poprowadził tu wygnańców,
Wyrwał ich spod rąk oprawców,
Hej, Wolne Miasto Órn!
Nucąc powtarzającą się melodię, mijał kolejne drzewa coraz rzadziej porastające las. W końcu dotarł do jego skraju, za którym ukazała się zapierająca dech w piersiach, niemal niekończąca się łąka pokrywająca lekko strome wzniesienie. W oddali zobaczył rozciągającą się u stóp pagórka kotlinę, Dolinę Kozią, którą przecinała cienka strużka Brea Issy, mającej nieopodal swój początek. Najdłuższa rzeka w kraju, zwana Długą, ciągnęła się przez Jord od południa po najdalszy kraniec północy, gdzie wpadała do morza. Dalej za doliną piętrzyło się kolejne wzniesienie - potężna góra, ciasno usiana drewnianymi domkami sprawiającymi wrażenie unoszących się ponad łąką. To musiała być Hugra, znana również jako Miasto Okien, największe skupisko pasterzy w całych Górach Niezmierzonych.
Podążył przed siebie, wyławiając kolejne szczegóły oszałamiającego krajobrazu. Stąpał po miękkiej trawie, której zieleń zdawała się intensywniejsza niż w jakimkolwiek znanym mu miejscu. Z daleka dostrzegł stadko pasących się kóz, powiódł więc wzrokiem w poszukiwaniu pilnującego je pasterza. Po chwili odnalazł go, a raczej ją, siedzącą ze skrzyżowanymi nogami na trawiastym dywanie. Rozpoznał w niej kobietę po długim, rudawym warkoczu targanym przez wiatr, a także koralowej sukni. Gdy podszedł nieco bliżej, zobaczył również czerwone korale zdobiące dekolt.
Zauważyła go, jednak nawet się nie poruszyła. Kozy za to zaczęły nerwowo przebierać nogami, co rusz któraś zameczała ostrzegawczo. Mężczyzna minął je, starając się żadnej nie trącić, co okazało się nie tak łatwym zadaniem. Dziewczyna nie spuszczała z niego wzroku, mrużąc powieki pod wpływem słońca.
- Czołem! - wykrzyknął radośnie, lecz z nutą niepewności.
- Hę? - Pasterka wykrzywiła twarz w nieładnym grymasie.
- Ee... uszanowanie pani. - Spuścił wzrok, świadomy popełnionej gafy.
- Uszanowanie. - Nie spodobał mu się jej głos, miał w sobie nutę wrodzonej pretensji. - Do miasta, jak mniemam?
- Ano, do miasta. O nocleg pytać.
- Grosza macie? - spytała, znów przybierając ten drażniący ton. - Darmo nie znajdziecie. Trudne czasy nadeszły.
- A bo to kiedyś nie mieliśmy trudnych? - zarechotał, jednak zaraz spoważniał, bo pasterce najwyraźniej nie było do śmiechu. - Może wiecie, gdzie warto się zatrzymać na dłużej, gdzie dobrze nakarmią, kąpiel przygotują...?
- A wyście co, pałacowi? - Uśmiechnęła się po raz pierwszy, lecz z pewnością złośliwie. - Kąpiel to macie darmo w Brea Issie. A jadło wszędzie dobre i syte.
- Oczywiście - powiedział z grzeczności, nie z przekonania. - Dziękuję i dobrego dnia życzę!
Nie odpowiedziała. Mężczyzna nie wiedział, czy przyjąć to jako objaw złych manier, czy też po prostu tutejszy sposób bycia.
Wkroczył na kamienny most łączący brzegi Długiej Rzeki. Spośród jej szumu doszły go rozmowy i śmiechy rybaków. Zobaczył, jak jeden walczy z szarpiącą się linką wędki, podczas gdy dwóch pozostałych prowadzi mocno ożywioną dyskusję. Pierwszy w końcu uporał się ze zdobyczą i dopiero triumfalnym okrzykiem zwrócił uwagę towarzyszy.
- Na bogów, cóż to?! - wychrypiał jeden. - Jak długo po świecie bieżam, takiej ryby żem nie widział!
- Co też opowiadacie, toż to karp najpowszedniejszy - burknął drugi.
- Jako karp? Przyjrzyjcie się dobrze! - wrzasnął znów tamten, oglądając okaz. - Krótszy przecież, a i wąsików brak, wąsików!
- Sam jesteś wąsik! - ryknął właściciel zdobyczy. - Zdejmijcież to cholerstwo ze mnie!
- Tak to się kończy, jak się nieuków do roboty śle - mruknął pierwszy, pomagając drugiemu zepchnąć rybę z towarzysza. - Karp nie karp, Rybiarz będzie rad.
- Zrymowałeś! - zarechotał drugi, wygładzając palcami wąsy.
- Uszanowanie!
Wszyscy trzej spojrzeli ze zdumieniem w stronę mostu, skąd zawołał nieznajomy. Młody, na oko dwudziestoletni przybysz wyróżniał się bladoniebieskimi oczami oraz czarnymi włosami sięgającymi podbródka pokrytego nieznacznym zarostem. Odziany był w skórzany kaftan narzucony na granatową tunikę, a także lniane spodnie oraz sięgające kostek trzewiki. Uwadze miejscowych nie uszedł przytroczony do pasa miecz.
Rybacy odpowiedzieli na powitanie wymianą spojrzeń. Dopiero po chwili odezwał się jeden z tych, którzy wykłócali się o gatunek złowionej ryby.
- Witajcie, cny rycerzu - rzucił z udawanym patosem, po czym zarechotał na cały głos wraz z towarzyszami. - Czemuż zawdzięczać mamy twą... eee... obecność...?
- Miejsca na nocleg szukam. - Przybysz natychmiast przerwał tę błazenadę. - Niedrogo, a przyzwoicie.
Spoważniał jeszcze bardziej, gdy odpowiedział mu kolejny wybuch śmiechu, od którego rzekomy znawca karpi cały się opluł.
- Patrzcie no! - zaryczał ten sceptyczny. - Niedrogo, a przyzwoicie. Zależy, coście zwykli nazywać przyzwoitością!
Uspokoili się nieco, choć na ich twarzach wciąż gościły złośliwe uśmieszki.
- Coby się dało dobrze pojeść i wyspać - odparł nieznajomy, pamiętając, by tym razem nie wspomnieć o kąpieli.
- Pojeść. - Sceptyczny wyszczerzył nierówne zęby. - Pojeść to jeno ryb pojecie. A te najlepsze u Rybiarza, w gospodzie, co się "Pod Rybim Młotem" zowie. Znajdziecie prędko, bo i ludno tam, i rzeki blisko.
- Dziękuję, mości... towarzysze! - Przybysz pomachał na pożegnanie i ruszył dalej przez most, nie czekając na odpowiedź.
Drewniane domy piętrzyły się jeden nad drugim, jak gdyby każdy kolejny wyrastał z dachu poprzedniego. Mężczyzna podążył stromą ścieżką prowadzącą ku górze, gdzie wpadł prosto w zgraję psów ścigających kota. Ludzi nie było tu za wiele, natknął się zaledwie na starca i jego kozę ciągnącą wóz pełen warzyw. Przed jednym z domów dostrzegł kobietę rozwieszającą pranie, z oddali zaś dały się słyszeć dziecięce krzyki.
- Przepraszam - zaczepił gospodynię, która od dłuższej chwili na niego zerkała. - Którędy dotrę do... "Rybiego Młota"?
- Za rogiem w prawo. - Wskazała palcem kierunek, nie przestając lustrować przybysza. Nie był pewien, czy ciekawość ta miała przychylny, czy też złośliwy charakter.
- Dziękuję pięknie. - Skłonił się lekko, wywołując u kobiety zdumienie.
Właściwie nie musiał pytać o drogę, już bowiem z daleka rozpoznał szyld niedający się pomylić z żadnym innym. Sponad wyrytego w drewnie napisu patrzyło coś, co musiało być rybią głową, choć po prawdzie niewiele miało z tym zwierzęciem wspólnego. Pysk stworzenia nienaturalnie rozciągał się na boki, z jego końców spoglądały ledwie widoczne ślepia.
Jeszcze zanim podszedł, dobiegł go gwar rozmów i przeszywający do łez rybi odór. Wstrzymał oddech, zanim popchnął drzwi wejściowe, choć miał świadomość, że jeśli zamierza spędzić tu więcej niż kilka chwil, musi oswoić się ze smrodem.
Wnętrze okazało się przestronne, dzięki czemu mieściło się tu sporo gości. Gęsto ustawione stoły w większości zajmowali miejscowi pasterze, gdzieniegdzie jednak dało się dostrzec jedno czy dwa wolne miejsca. Mężczyzna dopiero po chwili dostrzegł szynkwas, ciasno obstawiony chuderlawymi jegomościami, którzy się nawzajem przekrzykiwali.
- Trzy i pół, karp na stół! - ryknął ktoś zza lady, najpewniej oberżysta. Zaraz po tym dał się słyszeć świst wbijanego w mięso noża. - Królewski, proszę was, nie żaden tam golec!
Przybysz rozejrzał się bezradnie, jednak nie znalazł innego sposobu na dostanie się do szynkwasu niż przepchanie się pomiędzy chuderlawcami.
- Halo, panie oberżysto! - krzyknął, ale nie dość głośno, bo słowa rozmyły się w fali wrzasków i śmiechów. - Panie Rybiarzu, hej!
Mocno się zdziwił, kiedy naraz zjawiło się przed nim wielkie, niemal idealnie okrągłe chłopisko ubrane w poplamiony od tłuszczu fartuch, ciasno opinający kształty. Szczególną uwagę zwracał nietuzinkowy wąs, długi i cienki, lekko zawijający się na końcach.
- Moje uszanowanie, wybaczcie czekanie - odkrzyknął śpiewnie, uśmiechając się tak sympatycznie, że aż niepokojąco. - Czym gościowi służyć, by na grosz zasłużyć?
- Noclegu szukam - odparł przybysz, z trudem starając się nie wpatrywać w niesforną pętelkę pod nosem karczmarza. - I dobrego jadła. Mówili, że u was najlepiej.
- Dobrze mówili, rad żem wielce, żeście tu przybyli!
- Często tak rymujecie?
- Tylko jakżem w dobrym humorze. A to zdarza się rano, w wieczór i południe! - zarechotał, najwyraźniej dumny z żartu. - Jadła u nas bez liku, dorszy, okoni, pstrągów i linów.
- Dajcie, co wam zbywa, licho u mnie z groszem.
- Ejże, przybyszowi jadła szczędzić nie będę! - Gospodarz klasnął w dłonie.
- Nie zrymowało się wam. - Nieznajomy uśmiechnął się zaczepnie.
- Jako nie, jak tak! Lada moment świeżego jadła naniosą moi kamraci, to i pojecie syto... a niech mnie, że dobry rym był to!
Czarnowłosy zdusił w sobie kąśliwy komentarz, bo mimo wszystko nie chciał nadużywać sympatii oberżysty. Kątem oka dostrzegł, że przy szynkwasie zwolniły się dwa miejsca, więc natychmiast zajął jedno z nich.
- Ryyybeczki! - zawołał śpiewnie karczmarz w stronę zaplecza, skąd zaczął dobiegać szmer krzątaniny. Zaraz potem wyszedł, zacierając dłonie z podekscytowania.
Przybysz rozpoznał głosy spotkanych przy moście wędkarzy. Choć nie rozróżniał pojedynczych słów, domyślił się, że burzliwa rozmowa tyczy się złowionego okazu.
Podczas długiego oczekiwania na posiłek rozglądał się po karczmie, wodząc wzrokiem po zgromadzonych tu ludziach. Wszyscy wydawali mu się podobni, jak gdyby byli spokrewnieni. Jego ciemne włosy wyróżniały się spośród przeważającej tu rudości. Dziewczęta i kobiety miały w zwyczaju zaplatać jeden warkocz lub dwa i przyozdabiać je kolorowymi sznureczkami wiązanymi w kokardki. Wiele z nich nosiło również naszyjniki i bransoletki przewleczone koralikami w najróżniejszych barwach, skrzętnie dopasowanych do koloru kokardek. Panowie zaś z reguły mieli na sobie brązowe kubraki narzucone na zwiewne tuniki, a ich kapelusze spoczywały obok piwa i jadła.
- Cóż to? - spytał czarnowłosy, gdy jego oczom ukazał się talerz, zgodnie z obietnicą syto wypełniony dobrze wysmażonym rybim filetem. Od soczystego aromatu aż zakręciło mu się w głowie.
- Moi kamraci upierali się, że karp. Ale nie! - odezwał się oberżysta. Przybysz poczuł kropelki śliny na twarzy. - Żaden to karp, jeno boleń! Pospolity, gwoli ścisłości.
- Ryba jak ryba - mruknął mężczyzna, zabierając się do jedzenia.
- Może dla was, ale nie dla mnie! - W dotąd radosnym tonie oberżysty dało się wyczuć nutkę oburzenia. - Zważcie na to, że nie znajdziecie dwu tych samych ryb. Dajmy na to taki boleń. Długi prawie jako karp, ale wąsów mu brak! - Czarnowłosy spodziewał się, że gospodarz zakręci swój znak rozpoznawczy wokół palca, ale ku jego zdziwieniu nie uczynił tego. - Bolenie rzadsze są, choć pospolitymi zwane.
- Szczwane... - mruknął przybysz i uzmysłowił sobie, że ułożył rym.
- Łuski mają małe, a karp duże. Płetwa u góry mniejsza niźli u karpia. Ubarwienie jednako u obu zielone, szarawe czasem. Charaktery za to różne, skrajne rzec można. Karpia zowie się walecznym i przebiegłym, wężowym gatunkiem. Boleń zaś za samotnika uważany, kocim sposobem pływa własnymi prądami.
- Rymy się wam posypały - zaśmiał się przybysz. - A tak na poważnie, dobrzeście w rym... rybach obeznani.
- A jakże, temu żem Rybiarzem zwany, miano dawne zapomniawszy. Noo, jako oceniacie? Smaczny ten boleń?
- Jeszcze jak. - Czarnowłosy obtarł rękawem oblepione tłuszczem wargi. - Powiedzcie mi, bom ciekaw. Ten rybi młot, co w nazwie stoi, to jakaś miejscowa legenda?
- A gdzież tam legenda! - Gospodarz machnął ścierką. - Prawda to, w dalekich morzach północy żyje ryba, co głowę ma jak młot!
- Pewniście? - Przybysz uśmiechnął się zuchwale. - A był kto z was w tamtych stronach, żeby potwierdzić?
- Opowiadali o niej. - Oberżysta przybrał coś na kształt poważnej miny. - Pływacy, co na północy żeglują. Tako mię zachwyciła, żem jej miano karczmie dał. Hejże, może piwa do tego?
- A po ile?
- Nie baczcie na to, piwa szczędzić nie lza!
Za moment przed przybyszem stał już pokaźny kufel.
- Hojniście. - Wypił potężny łyk, jednak zaraz odsunął naczynie. Choć to, czego właśnie się napił, niewątpliwie było piwem, smakowało raczej jak rybi tłuszcz. - Na nocleg może już nie starczyć.
- No cóż, nie powiem, tanio nie przyjmuję, ale to wam różnicy nie robi, bo miejsca brakuje - westchnął smutno karczmarz. Nie pocieszył go nawet fakt, że tym razem rym wyszedł mu mimowolnie. - Ale znajdziecie nieopodal, jak nie w oberży, to po domach pytać możecie, o gościnę prosić. Chyba że... - Pochylił się i zniżył głos. - Wiedźmę wilcy wezmą.
- Wiedźmę?
- Ciszej, do młota! Wiedźma izbę zajmuje, a bywa rzadko. Kto wie, czy w cholerę nie poszła.
- Co za wiedźma?
- Wędrowna mędr... mędra... mędrzec, jeno baba. - Odchrząknął nerwowo. - A przynajmniej tak o sobie gada. Wieści ze świata przyniosła, będzie już z miesiąc temu, i dalej w mieście przebywa. Mówią, że szemrane interesy w tych stronach ma.
- Ehe - mruknął lekceważąco czarnowłosy. - Czarów się wszystkim naraz zachciewa. Jak mniemam, tutaj też wieść doszła? Że śnice nawiedzają nocą miasta, a mokradlaki topią wędrowców? Że się magia na nowo zrodziła?
- Nie wierzycie - stwierdził sucho oberżysta.
- Nie wierzyłem - odparł i polecił gestem, by Rybiarz jeszcze bardziej się pochylił. - Dopóki nie zobaczyłem. Nieopodal, w tamtym lesie. Wilczyca ze śmiertelną raną, porośnięta liśćmi.
Karczmarz westchnął głośno, po czym zakaszlał nerwowo.
- Nie może być. - Rozdziawił szeroko usta. - Mości panie, nie może...
- Mów mi Gallah.
- Mości Gallahu, nie może być! - wykrzyknął, przykuwając uwagę siedzących w pobliżu gości. - Nie może być - powtórzył, tym razem szeptem.
- Nie musicie mi wierzyć. Sam bym sobie nie uwierzył - odparł z powagą Gallah, po czym zdobył się na kolejny, niewielki łyk piwa. - Ale com widział, widziałem. Martwą wilczycę, której nie rozpoznały własne szczenięta. Wilczycę, z której ptaki wyżerały robactwo. Wilczycę, która się na mnie nie rzuciła, choć miała ku temu powód. - Odstawił kufel i skrzywił się mocno. - Jak myślicie, czy tego wiedźma może szukać? Dowiedziała się, że trupy zaczęły przemieniać się w skelfie?
- Nie wiem, mości Gallahu. - Oberżysta wciąż był głęboko wstrząśnięty. - Ale teraz to się kupy trzyma. Wiedźma się za skelfiami ugania. Kto wie, czy zaczarować ich nie umie.
- Szczerze wątpię - mruknął obojętnie Gallah.
- Miejcie przeto baczenie - powiedział Rybiarz z naciskiem. - Źle jej z oczu patrzy. Jakoby sama Śmierć weszła w postać człowieczą.
- Nie zamierzam się tu z nikim bratać. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu szukam ustronnego miejsca, coby w samotności pobyć.
- Rozumiem... Tym lepiej, że izby dla was nie mam. Możecie się od wiedźmy trzymać z daleka.
- Dziękuję, panie Rybiarzu. - Gallah wypił jeszcze jeden łyk. Obiecał sobie, że to będzie ostatni. - Ile płacę?
- Trzy i pół za bolenia - policzył na palcach karczmarz - i dwa... nie, półtora za piwo. - Puścił oko do przybysza. - To będzie czter... równe pięć eyrów.
Gallah wydobył z mieszka wyliczoną sumę, ze smutkiem oceniając pozostałą zawartość.
- Wpadnę jeszcze przy okazji - rzucił z entuzjazmem. - Jak nie na jadło, to pogadać o tym i owym.
- O rybach! - wykrzyknął karczmarz. - Okoniach, trociach, węgorzach i tołpygach!
Gdy tylko drzwi karczmy zamknęły się za Gallahem, a panujący wewnątrz hałas ucichł, ogarnął go błogi spokój. Wziął kilka głębokich oddechów, chcąc pozbyć się zapachu ryb, którym, miał wrażenie, zdążyły przesiąknąć mu ubrania.
Ponownie znalazł się na stromej ścieżce i ruszył ku górze, mijając bliźniaczo podobne do siebie domy. Miasteczko nieco się ożywiło, jednak panujący tu gwar nie mógł się równać z tym w gospodzie "Pod Rybim Młotem". Gallah nie oddychał już tak głęboko, długo nie nacieszył się świeżością, bo doszedł go odór koziej sierści, niemniej odrażający od rybiej woni. Spostrzegł, że przechodnie mierzą go podejrzliwym wzrokiem, zerkają z ukosa nie tyle na kolor włosów, ile na noszony u boku miecz.
Rozglądał się w poszukiwaniu innej oberży, jednak "Pod Rybim Młotem" jak dotąd był jedynym tego typu przybytkiem. Zaczynał się obawiać, że nie ma co liczyć na więcej. Wspinaczka stawała się coraz bardziej wycieńczająca, pojedyncze kosmyki przyklejały się Gallahowi do mokrego czoła.
Zmartwienie okazało się bezzasadne, choć dotarcie do karczmy "Koziorożec" kosztowało go sporo wysiłku. Zapewne nie od razu by ją zauważył, gdyby wcześniej coś, a raczej ktoś nie przykuł jego uwagi. Zasłonił dłonią oczy przed promieniami słońca, by lepiej się przyjrzeć.
Zza budynku wyłoniła się wysoka postać odziana w czerń. Blade, niemal całkowicie białe oblicze kobiety okalały krucze włosy, z których tylko cienki kosmyk przy twarzy zapleciony był w warkoczyk. Gallah nie mógł odwrócić wzroku od jadowicie żółtych oczu podkreślonych mocnym makijażem, wąskiego nosa i wydatnych ust. Długa do samej ziemi, podkreślająca kształty suknia, przyozdobiona futrzaną narzutką, lekko zafalowała na wietrze, a wraz z nią wyróżniający się na białym dekolcie wisiorek w kształcie klepsydry. Wypełniał ją nie brązowawy, jak można było się spodziewać, lecz lazurowy piasek.
Kobieta rozglądała się nerwowo, prowadząc przed sobą zakapturzoną osobę - wyjątkowo pokaźnej i barczystej postury chłopca. Widok ten na tyle zaintrygował Gallaha, że w pierwszym momencie nawet nie poczuł na sobie spojrzenia - jej spojrzenia, pełnego gniewu. Zanim jednak zdążył zareagować, nieznajoma pociągnęła dziecko za rękę i zniknęła za drzwiami "Koziorożca".
A niech mnie, pomyślał. Wiedźma.
To, co przed momentem zobaczył, tak bardzo nie pasowało do lokalnego kolorytu, że wydało mu się zwykłym przywidzeniem. Nie chciała być zauważona, wywnioskował, stąd ta nienawiść w oczach. Zawahał się, czy na pewno skierować kroki do karczmy i narazić się na dalsze nieprzyjemności, czy też poszukać czegoś innego, jednak obolałe nogi podyktowały mu jedyną słuszną odpowiedź.
Oberża niewiele różniła się od przybytku Rybiarza, chyba tylko mniejszym tłumem i o wiele szczuplejszym, pryszczatym karczmarzem. Gallah powiódł szybko wzrokiem po zajętych stolikach, jednak nie zauważył kobiety w czerni.
- Słucham kamrata! - Oberżysta wyszczerzył się szeroko.
- Noclegu szukam, niedrogiego.
- Znajdzie się co u nas, znajdzie - odparł entuzjastycznie. - Pół koróny za noc.
- To nie tak tanio... Ale niech będzie. Teraz napiłbym się miodu.
- Piwo u nas tańsze. - Karczmarz puścił oko.
- Niech będzie.
Usiadł w kącie, nie chcąc rzucać się miejscowym w oczy. Trunek nie okazał się zły, ale Gallah pijał lepsze, w dodatku bardzo chciało mu się tego miodu. Tak czy inaczej, cieszył się, że miał przy sobie jakikolwiek grosz.
Długo nie siedział sam. Niemałe było jego zdumienie, gdy znikąd zjawiła się znajoma już postać. Zmierzyła go tak jadowicie, że wszystko w nim zadrżało, a przecież nie miał w zwyczaju obawiać się kobiet.
- No więc jestem - oznajmiła powoli i zimno, stawiając przed sobą kufel z grzanym winem. Gallah rozpoznał trunek po korzennym zapachu. - Kto cię przysłał?
Zamrugał kilka razy, nie kryjąc zdziwienia. W pierwszym momencie nie zauważył, że do stolika dosiadł się również chłopiec, już z odkrytym kapturem.
- Głuchy jesteś? - syknęła. - Kto cię nasłał? Elding?
- Eee... - Gallah podrapał się po głowie, uciekając wzrokiem. - Wybacz, ale kompletnie nie wiem, o czym mówisz.
Odsunął się gwałtownie, gdy nieznajoma niespodziewanie uderzyła otwartą dłonią o blat stołu. Kątem oka dostrzegł, że kilku gości się odwróciło, ale wiedział, że nie może liczyć na wsparcie z ich strony.
- Nie mam pojęcia, kim jesteś, przysięgam na wszystkich bogów - rzucił bezradnie, gdy wciąż mierzyła go podejrzliwie.
- Ehe - burknęła. - Nie wyglądasz mi na trusię. Co robisz w Hugrze?
- Zwiedzam - odparł, zadzierając głowę. - Poznaję lokalny koloryt.
- Żartowniś się znalazł. Najemnik, jak mniemam po aparycji.
- Przysięgam... a niech mnie, masz coś na sumieniu? - spytał z pretensją. - Zresztą nieważne. Nawet jeśli, obchodzi mnie to tyle, co świńska dupa.
- Mniemam, że na talerzu sporo cię ona obchodzi. Czyli mam uwierzyć, że nikt cię nie nasłał?
Gallah nie odpowiedział. Dopiero teraz przyjrzał się barczystemu chłopcu. Dzieciak nie mógł mieć więcej niż dwanaście lat, choć postura sugerowała wyższy wiek. Rudawe, poskręcane w chaotyczną czuprynę włosy wskazywały na pochodzenie z Hugry bądź innego górskiego miasteczka. Na bladych policzkach wyróżniały się gęsto wysypane piegi, usta zaś wykrzywione były w nienaturalnym uśmiechu, którym chłopiec obdarzał przemierzającą stół mrówkę.
Ale nie to przykuło szczególną uwagę Gallaha. Spod rękawów dziecięcej tuniki wyłaniały się dziwne przebarwienia na skórze, szare i zmatowiałe. Wyglądało to jak wysypka albo zakażenie, o którym rycerz nigdy nie słyszał. Podobne plamy dostrzegł na szyi i podbródku.
Dzieciak zauważył, że nieznajomy mu się przygląda. Zmierzył go ciekawskim wzrokiem i odwzajemnił uśmiech.
- Zadałam ci pytanie. - Kobieta ponownie uderzyła w stół.
Gallah znów podskoczył w miejscu, ale nie wystraszył się już tak bardzo.
- Co mu jest? - spytał, starając się, by zabrzmiało to jak najdelikatniej.
- Że co?
- Te plamy... To jakaś odmiana ospy?
- A ty co? Medyk?
- A ty? Wiedźma?
- Czyli słyszałeś o mnie! - zaśmiała się dumnie. - Tak się składa, że wpisałam się w lokalny koloryt. Nie wszyscy są z tego powodu zachwyceni.
- Zdążyłem zauważyć. - Gallah przypomniał sobie o tanim piwie i pociągnął łyk. Napój był wprawdzie rozwodniony i gorzki, ale z braku laku mężczyzna wolał taki niż przesiąknięty rybim odorem.
- Pozwalam tym prostakom wierzyć, że rzeczywiście mają do czynienia z wiedźmą. - Kobieta poszła śladem rycerza i napiła się wina. - Czują wtedy większy respekt.
- A nie jesteś nią? - Gallah wolał się upewnić.
- To zależy. - Uśmiechnęła się zagadkowo. Jadowite oczy zdawały się płonąć.
Rudy chłopiec kompletnie nie był zainteresowany rozmową. Wciąż bardziej zajmowała go krążąca po stole mrówka.
- Co do tej wiedźmy - zagaił Gallah, odczuwając lekkie wyrzuty sumienia. - Nie zrozum mnie źle, tak nazwał cię ten Rybiarz...
- Kto?
- Rybiarz. Oberżysta spod "Rybiego Młota".
- Aaa, wąsik, poeta rybnego przemysłu? Co o mnie mówił?
- Nic szczególnego... Napomknął coś o szemranych interesach, paraniu się czarami...
- Ach, no jasne. - Uśmiechnęła się niepokojąco. - Tutejszego karczmarza też musiałam wpierw przekonać do swojej osoby. A ty? Kim jestem według ciebie?
- Cudzoziemką... która z jakichś powodów ukrywa tego chłopca. - Odwzajemnił chytry uśmieszek. - Mylę się?
- Nie - odparła bez namysłu. - Masz rację, porwałam go.
- Porwałaś? Rybiarz nie wspomniał o chłopcu...
- On niewiele wie - rzuciła z przekąsem. - Widzi tylko te swoje ryby. Smaży je, wędzi, pieści...
- O co tu chodzi? Dlaczego to robisz?
Kobieta nie odpowiedziała od razu, skupiona na gładzeniu ramienia chłopca. Robiła to z nieprawdopodobną czułością, o którą rycerz by jej nie posądzał.
- To nie jest zwykły dzieciak - powiedziała, nie odwracając wzroku od podopiecznego. - Pewnie mi nie uwierzysz, ale... to nawet nie jest ludzkie dziecko. Przynajmniej nie w pełni.
Gallah rozdziawił usta, wciąż z zadziwieniem śledząc jej delikatne gesty. W końcu zatrzymał wzrok na szarej plamie znaczącej szyję i podbródek chłopca. Nagle go olśniło.
- Kamień - westchnął, nie dowierzając samemu sobie. - Zamienia się w kamień.
Kobieta długo milczała, jak gdyby nie usłyszała jego słów.
- Wierzysz w baśnie? - spytała.
- Wierzę - odparł poważnie i dodał w myślach: Od dzisiaj wierzę.
Spojrzała na niego przenikliwie. W żółte oczy wkradł się lęk, gniew opuścił ją już na dobre. Była ładniejsza, gdy się nie denerwowała.
- Co się z nim stanie? - spytał z troską rycerz. - Jest dla niego szansa?
- Jest - głos jej się załamał. - Ale nie to grozi mu najbardziej. To bękart. Trollowy bękart, rzecz jasna.
Gallah spodziewał się to usłyszeć, ale mimo wszystko nie mógł się temu nadziwić. Przyglądał się uważnie chłopcu, tak bardzo ludzkiemu.
- Zastanawiasz się pewnie, czemu nie jest podobny do trollowego ojca. - Bezbłędnie odgadła jego myśli. - Nie wierz we wszystko, co mówią ci baśnie. Nos może i owszem jest niezgrabny, ale po tatusiu ma też szkliste oczy. No i plamy. - Powiodła palcem po szarym przebarwieniu.
- Czyli jego matka...
- Zdradziła męża, a jakże. Elding groził, że wyniesie dzieciaka w góry i rozrąbie mu łeb, taki był wściekły. Zaczął się brzydzić własnej żony.
- A niech mnie... - Gallah chwycił się za głowę. - Jak do tego doszło? Troll porwał tę kobietę?
- Nie wierz we wszystko, co mówią ci baśnie. - Uśmiechnęła się słodko. - Czemu nie zapytasz, czy to kobieta nie porwała szarego człowieka? Bo mogła porwać, czyż nie? Wdać się w zakazany romans, nieświadoma konsekwencji?
- A niech to... - Gallah oparł się na obu dłoniach. - I co z nim, wywieziesz go za góry?
- To niełatwa sprawa. - Kobieta spoważniała. - Próbowałam temu zaradzić, odnaleźć trollowego ojca, ale na próżno. Trzymają się z dala od ludzi, taka ich mać.
- No właśnie, a matka? Dalej chce go wychowywać?
- Matka jak każda matka: życie by za niego oddała. Jak widzisz, Fjolli jest trochę niespełna rozumu, pewnie po ojcu, ale to nie przeszkadza, żeby dorastał wśród ludzi. - Przysunęła chłopca bliżej siebie i objęła go czule. - Tak długo mieszkał w Hugrze i nikomu swoją przywarą krzywdy nie zrobił. Musi, rzecz jasna, unikać pełnego słońca, nie wychodzić na zewnątrz w południe, chować twarz pod kapturem. Tylko w ten sposób skamienianie nie będzie postępować.
- Czyli problemem pozostaje ojczym - stwierdził Gallah.
- Nie jestem swatką, żeby znać się na małżeńskich zwadach. A tu tylko o to idzie, żeby chłopcu nie stała się krzywda.
- Dlaczego tak ci na tym zależy? - spytał z zaciekawieniem. - Co masz z nim wspólnego?
- Nie twoja to rzecz - odparła grzecznie, lecz stanowczo. - Ratuję go od okrutnego losu, zwykły ludzki odruch.
- Rozumiem - powiedział Gallah, choć nie do końca wierzył. - Co więc zamierzasz?
- Chciałam ukryć chłopca i rozmówić się z Rigne, jego matką. W razie potrzeby pomogę jej uciec.
- Nie lepiej przekonać ojczyma?
- Nie ufam mu - warknęła, najwyraźniej zła na samą myśl o mężczyźnie. - Muszę mieć pewność, że Fjolli będzie bezpieczny pod jego dachem.
- Wychował go jak syna - stwierdził z przekonaniem Gallah. - Nagle miałby pragnąć jego śmierci?
- Nie chcę kusić losu. - Oczy kobiety nieco się zaszkliły. - Nie chcę wystawiać Eldinga na pokusę, że któregoś dnia... że chłopiec będzie mu ciągle przypominał. Że nie zniesie jego widoku.
Gallah nie odpowiedział. Musiał przyznać jej rację.
- Ona wiedziała? - zagadnął po chwili. - Ta kobieta wiedziała, że sypia z trollem?
- Uświadomiłam ją dopiero niedawno. Zwierzała mi się, jak zresztą wiele tutejszych kobiet, które zapraszają mnie do siebie pod pretekstem wyleczenia tego i owego. Spragnione są wieści ze świata. Wszystkie wierzą, że magia uleczy ich problemy.
- Więc to nieprawda? Nie jesteś wiedźmą?
- Wolę określenie "mędrczyni". - Uniosła lekko kąciki ust, na których Gallah coraz częściej zawieszał wzrok. - Dzielę się z innymi wiedzą. A wiedza to nie to samo co magia.
Powiódł wzrokiem niżej, na dekolt ozdobiony wisiorkiem w kształcie klepsydry. Wziął głęboki oddech.
- Zostań z nim - zaproponowała. - Rozmówię się nazajutrz z Rigne.
- Tutaj? - Spojrzał na nią z ukosa.
- Proszę cię. - Przybrała pokorny ton. - Możesz przenocować u mnie, "Pod Rybim Młotem"... na podłodze, rzecz jasna, ale przynajmniej pod dachem.
- Nie chcę być posądzony o współudział - oznajmił z powagą. - Powiedzą, że to ja wykradłem dzieciaka.
- Teraz cię strach obleciał? - Żółte oczy ponownie zapłonęły. - Po tym, jak ci wszystko wyśpiewałam, chcesz tak po prostu udać, że o niczym nie wiesz? Jesteśmy tu obcy, ty i ja. Tylko dlatego ci zaufałam.
- Dobrze, w porządku - odpowiedział łagodnym tonem i uspokajającym gestem. - Ale nie tam. Tutaj. I... opłacisz nam nocleg.
- Zgoda - odparła zimno, lecz z uśmiechem. Uścisnęła dłoń Gallaha, drugą zaś przycisnęła do siebie półtrolla. - Tylko nie wspominaj oberżyście o tej sprawie, niech Fjolli nie rzuca się zbytnio w oczy.
Mężczyzna przytaknął.
- Wiesz, zastanawia mnie twój akcent... Nie wychowałeś się w pierwszej lepszej wiosce, jak mniemam?
- Nie bardzo mogę mówić, skąd jestem - odparł wymijająco. - Im mniej ludzi wie, tym lepiej.
- Aaa... - westchnęła, a po jej minie wywnioskował, że zgadła. - Co tu robisz, dzielny rycerzu, kiedy Wolne Miasto Órn pochłaniają płomienie?
Nie pomyliła się. Mocniej zacisnął dłoń wokół kufla i odwrócił wzrok.
- No co? - Zamrugała zalotnie. - Teraz twoja kolej na zwierzenia. O mnie już co nieco wiesz, a ja o tobie nic. Ach, no może z wyjątkiem imienia, zachowajmy konwenanse... Alexia.
- Gallah. Masz niespotykane imię... Twój akcent nie przypomina żadnego z tych, które znam.
- Pochodzę z daleka. - Najwyraźniej kobieta również nie chciała zdradzać zbyt wiele. - Ale w Órn bywałam nieraz. Wielu tam - chrząknęła ostentacyjnie - mniej lub bardziej zagorzałych patriotów. Jak mniemam, należysz do tej pierwszej grupy?
- Cóż, niezupełnie. To trochę bardziej skomplikowane.
- W porządku, obejdę się smakiem. - Napiła się wina, nie spuszczając wzroku z Gallaha. - Wiesz, przypomniała mi się pewna stara sentencja. Jak to szło? Ten, który sądzi, że może żyć wiecznie, unikając wojny, jest człowiekiem nieroztropnym. Lecz nawet jeśli ochroni go broń, nie ocali go starość.
Gallah upił łyk piwa, by uniknąć natychmiastowej odpowiedzi. Przenikliwość Alexii zaczynała go poważnie niepokoić.
- Ja z kolei słyszałem - rzucił w końcu - że tylko głupi się nie boi.
- A więc to strach cię tu przywiódł? Przed czym? Przed Śmiercią?
- Dziwi cię to? - Postanowił nie zgrywać śmiałka.
- Ani trochę. - Uśmiechnęła się, zaskakująco niewinnie. - Śmierć to w końcu najstraszniejsza z bogiń, z jej mrocznej pieśni gatunek ludzki miał swój początek. Anah wierzą, że to ona stworzyła Czas, by nas uwięzić, wyznaczyć początek i koniec naszemu istnieniu. Nie, wcale się nie dziwię, że obawiasz się prawdziwego, nie zmyślonego.
- To Śmierć przywłaszczyła sobie skelfie? - spytał, choć po prawdzie znał odpowiedź. - Zwierzęta, które tragicznie zginęły i nie zostały spalone?
- Widziałeś je - powiedziała bez śladu zdziwienia. Gallah zaczął się obawiać, czy Alexia nie czyta mu w myślach. - Zbłąkane dusze, które nie mogą dołączyć do orszaku Aen Tre, najpiękniejszego z drzew.
- A więc to prawda. Trolle, skelfie... To były legendy, baśnie na dobranoc. Jak to się stało, że te stworzenia wróciły? Gdzie przebywały dotychczas?
- Nasi przodkowie poznali je i wygnali, myśląc, że wymrą. Ale magia nigdy nie zniknęła. Pozostawała tylko uśpiona. Coś sprawiło, że wybudziła się z długiego snu.
- Myślisz, że będzie się mścić? - spytał z obawą Gallah. - Za to, że ludzie ją wyparli, bo nie umieli się nią posługiwać?
- Nie wiem, czy zemsta to dobre słowo. - Zerkała co rusz na chłopca wydającego nieskładne odgłosy. - Ona po prostu wróci i zapanuje. I nikt nie stanie jej na drodze.
- Nawet mędrcy? - Spojrzał na nią znacząco.
- Tylko prawdziwi mędrcy - powiedziała z naciskiem. - A za takich mogliby się uważać tylko visarowie. Niektórzy twierdzą, że znów są wśród nas.
- Zdaje się, że o jednym słyszałem - przypomniał sobie. - Leśny mędrzec strzegący lasów Graent na dalekiej północy. Bywał czasem w Órn, nauczał, opowiadał o tym i owym. Nazywali go Viska.
- Możliwe, kto wie?
Ponownie przyjrzał się klepsydrze zdobiącej dekolt kobiety. Nie chodziło tylko o wisiorek, choć ten chwilowo zwracał większą uwagę Gallaha niż walory Alexii. Znał ten symbol zbyt dobrze, zbyt wiele razy go widział, by nie wzbudził jego podejrzeń.
- Znalazłam go - oznajmiła, znów bezbłędnie odgadując myśli rycerza. - Zapewne należał do Anah. Ale dla mnie to tylko ozdoba, na której można zawiesić oko.
Uśmiechnęła się, a Gallah wytrzymał jej spojrzenie, nie umknął przed żółtymi iskierkami. Skierował oczy na wargi, wydatne i ponętne, na idealnie gładkie białe policzki, a następnie powędrował ku bladej szyi i znów natrafił na klepsydrę, na lazurowe ziarenka wyznaczające ramy czasu.
Alexia chwyciła wisiorek i zaczęła obracać go w palcach. Gallah nagle uciekł wzrokiem, spojrzał na Fjolliego, a potem w kierunku okna. Owładnęła nim myśl, że ta kobieta ma jednak coś z wiedźmy, że nieznanym sposobem czyta jego wnętrze i próbuje go... oczarować.
- Późno już - rzuciła. - Może odwiedzę Rigne jeszcze dziś, nie wiem. Proszę, żebyś został z chłopcem, dopóki po niego nie przyjdę.
- Długo to zajmie?
- A co? Spieszno ci gdzieś? - zachichotała. - Do jutra i tak zamierzałeś zostać w Hugrze, dłużej nie będę marnować twego... cennego Czasu - zaakcentowała ostatnie słowa, skłaniając Gallaha do ponownego spojrzenia na klepsydrę, na długie palce, które się nią bawiły.
- W takim razie do rychłego zobaczenia. - Wstał z ławy. - Fjolli... łatwo go uśpić?
- Śpi jak dziecko - odparła radośnie i pocałowała chłopca w czoło. - Nie spuszczaj go z oczu. - Zmierzyła Gallaha zimnym spojrzeniem, choć wciąż się uśmiechała. - Obiecuję, że się odwdzięczę.
Odprowadził ją wzrokiem do wyjścia, czując narastający lęk i podekscytowanie. Z jednej strony nie do końca ufał Alexii, z drugiej zapragnął dać jej coś więcej niż tylko zaufanie.