Rozdział V
Panna de Brumpt
Na odgłos pierwszego armatniego wystrzału stowarzyszenie Propaganda zebrało się i oświadczyło, że nie przerwie posiedzenia, dopóki Strasburg będzie zagrożony.
Euloge Schneider, zagorzały jakobin, który w porównaniu z Maratem wypadał tak, jak Marat w porównaniu z Robespierre'em, w patriotyzmie dał się wyprzedzić stowarzyszeniu Propaganda. Bo trzeba wiedzieć, że nawet będąc oskarżycielem publicznym i nadzwyczajnym komisarzem Republiki, musiał się liczyć z dwiema potęgami, między którymi przyszło mu się utrzymać: z Saint-Justem, który - rzecz niesłychana dla dzisiejszego czytelnika, a przecież prawdziwa - reprezentował partię umiarkowanych republikanów, i z Propagandą, która była partią skrajnych jakobinów. Saint-Just miał władzę materialną, ale szef Propagandy - obywatel Tétrell - dysponował władzą moralną.
Euloge Schneider nie sądził więc, by mógł sobie darować zebranie Propagandy, na którym miano debatować o sposobach ratowania ojczyzny.
Natomiast Saint-Just i Lebas jako pierwsi wyjechali przed mury Strasburga. Konno, w środku strzelaniny, rozpoznawalni po strojach reprezentantów ludu i po trójkolorowych pióropuszach, rozkazali zamknąć za sobą bramy. Pozostawali w pierwszym szeregu republikanów. Po przepędzeniu wroga natychmiast wrócili do Strasburga i udali się do Ratusza, w którym mieszkali.
Tymczasem członkowie Propagandy kontynuowali debatę pomimo zażegnania niebezpieczeństwa. Ta okoliczność sprawiła, że Euloge Schneider, który tak bardzo domagał się od innych punktualnego przybycia na obiad, spóźnił się pół godziny.
Charles wykorzystał ten czas na zapoznanie się z trzema pozostałymi zaproszonymi, z którymi miał zasiąść do stołu. Uprzedzeni przez Schneidera, przyjęli życzliwie malca, którego przysłano, by zrobić zeń uczonego. Każdy z nich zdecydowany był kształcić chłopca stosownie do swej wiedzy bądź zasad.
Jak już wspomnieliśmy, było ich trzech. Nazywali się: Edelmann, Young i Monnet.
Edelmann był wybitnym muzykiem, równym Gossecowi43 w dziedzinie pieśni kościelnych. Komponował też dla teatru. Był autorem muzyki do poematu Ariadna na wyspie Naxos, muzyki, którą we Francji grywano, jeśli sobie dobrze przypominam, około 1818 lub 1820 roku. Edelmann był niskiego wzrostu i posępnej fizjonomii. Nie rozstawał się nigdy z okularami, które zdawały się częścią jego nosa. Nosił brązowe ubranie, zawsze zapięte od góry do dołu na miedziane guziki. Do partii rewolucjonistów przystał, niosąc z sobą przesadę i całą gwałtowność człowieka obdarzonego wyobraźnią. Na procesie swego przyjaciela Dietricha, mera Strasburga oskarżonego o moderantyzm44, świadczył przeciwko niemu, mówiąc:
- Będę płakał po tobie, bo jesteś mym przyjacielem, ale musisz umrzeć, bo jesteś zdrajcą!
Drugi z nich, Young, był biednym szewcem, którego pozbawione wdzięku ciało natura obdarzyła - jak zdarza jej się to czasami z powodu błędu lub kaprysu - duszą poety. Znał łacinę i grekę, ale swe ody i satyry tworzył wyłącznie po niemiecku. Republikanizm, z którego słynął, przyczynił się do rozsławienia jego poezji. Często zdarzało się, że ludzie zaczepiali go na ulicy, prosząc o recytację: "Wiersze, Young! Wiersze!". Zatrzymywał się wówczas, wstępował na przydrożny słupek, cembrowinę studni lub najbliższy balkon, jeśli był jakiś pod ręką, i ciskał ku niebu owoce swej twórczości jak świszczące, ogniste race. Był jednym z tych rzadkich uczciwych ludzi, z tych rewolucjonistów dobrej woli, ślepo oddanych majestatowi ludowych praw, którzy od rewolucji oczekiwali jedynie emancypacji ludzkiego gatunku, a umierali jak dawni męczennicy, bez skargi i żalu, przekonani o przyszłym triumfie swej religii.
Charles znał już wcześniej trzeciego zaproszonego, Monneta, i na jego widok wydał okrzyk radości. Był to dawny żołnierz, za czasów swej młodości grenadier. Z wojska przeszedł do stanu duchownego i został prefektem gimnazjum w Besançon. Tam Charles go poznał. Mając dwadzieścia osiem lat, w tym wieku gwałtownych uczuć pożałował pochopnie złożonych ślubów, a rewolucja go od nich uwolniła. Był wysoki i nieco przygarbiony. Od pierwszego wejrzenia pociągał łagodnością, uprzejmością i melancholijnym wdziękiem. Uśmiechał się smutno, nieraz gorzko. Można było podejrzewać, że w głębi swego serca skrywał jakąś bolesną tajemnicę, że u ludzi lub raczej całej ludzkości szukał schronienia przed niebezpieczeństwem wynikającym z jego niewinności, czyli z najgorszego niebezpieczeństwa owej epoki. Rzucił się lub raczej pozwolił porzucić w ramiona skrajnej partii, do której należał Schneider. Obecnie, drżąc z powodu swej solidarności z szaleństwem i swego współudziału w zbrodni, podążał z zamkniętymi oczyma, sam nie wiedząc dokąd.
Ci trzej ludzie, trzej przyjaciele, byli nieodłącznymi towarzyszami Schneidera. Jego spóźnienie zaczęło ich niepokoić. Każdy z nich czuł, że Schneider jest dla nich opoką ze spiżu. Zachwianie Schneidera pociągnęłoby ich upadek. Upadek Schneidera oznaczałby ich śmierć.
Monnet był z nich najbardziej nerwowy i w rezultacie - najbardziej niecierpliwy. Już się podnosił, by zasięgnąć informacji, gdy usłyszano przekręcany w zamku klucz i trzask gwałtownie otwieranych drzwi, w których pojawił się Schneider.
Posiedzenie musiało mieć burzliwy przebieg. Na popielatym obliczu obywatela oskarżyciela krwiste rumieńce były nader widoczne. Pomimo połowy grudnia strumienie potu spływały mu z czoła. Poluzowany krawat pozwalał dostrzec nabrzmiałe od gniewu żyły na jego byczej szyi. Wchodząc, rzucił w przeciwległy kąt pokoju trzymany w dłoni kapelusz.
Ujrzawszy go, trzej ludzie podnieśli się jak za naciśnięciem sprężyny i uczynili krok w jego stronę. Charles, przeciwnie, schował się za swym krzesłem jak za barykadą.
- Obywatele - odezwał się Schneider, zgrzytając zębami - obywatele, mam dla was dobrą wiadomość. Wiadomość, która jeśli was nie ucieszy, to przynajmniej zaskoczy. W ciągu tygodnia się żenię.
- Ty? - krzyknęli jednocześnie trzej mężczyźni.
- Tak, ja. Cały Strasburg będzie zaskoczony, prawda? Wiadomość pofrunie z ust do ust: "To nic nie wiecie? - Nie! - Kapucyn z Kolonii się żeni! - Tak? - Nie inaczej!". Ty, Young, ułożysz epitalamium45. Edelmann skomponuje do niego muzykę, a Monnet, radosny jak katafalk, zaśpiewa. Charles, w najbliższym liście poinformujesz o tym swego ojca!
- A z kimże będziesz się żenił?
- Na honor, tego jeszcze nie wiem i jest mi to obojętne. Mam ochotę poślubić moją starą kucharkę. Byłby to dobry przykład na łączenie się klas.
- Ale co się takiego wydarzyło?
- O, prawie nic! Jeśli nie brać pod uwagę tego, że zostałem upomniany, zaatakowany i oskarżony, tak - oskarżony!
- Gdzież to?
- W Propagandzie.
- Coś takiego! - zawołał Monnet. - W stowarzyszeniu, którego jesteś twórcą!
- Czy nie słyszałeś o dzieciach, które zabijają swych ojców?
- Ale kto cię zaatakował?
- Tétrell. Jak to możliwe, że ten demokrata, który wynalazł luksus sankiulotyzmu, który ma strzelby z Wersalu, pistolety ozdobione kwiatami lilii, psie sfory jak ci-devant i książęcą uprząż, nie wiadomo dlaczego stał się idolem strasburskiej gawiedzi? Może dlatego, że jest wyzłocony jak wojskowy kapelmistrz, którego przypomina wzrostem. A przecież wydaje mi się, że dałem przekonujące dowody. Nic z tego! Strój komisarza nie wymazał z pamięci ani habitu kapucyna, ani sutanny kanonika. Tétrell rzucił mi w twarz haniebną plamę kapłaństwa, która czyni ze mnie, jak powiedział, podejrzanego na zawsze w oczach prawdziwych przyjaciół wolności. A kto złożył świętej wolności więcej ofiar niż ja? Czyż w ciągu niecałego miesiąca nie ściąłem dwudziestu sześciu głów? Więc ile oni chcą, jeśli to nie wystarcza?
- Uspokój się, Schneider, uspokój!
- Tak prawdę mówiąc - ciągnął Schneider, coraz bardziej się unosząc - można oszaleć, będąc między Propagandą, która mi mówi "Za mało!", a Saint-Justem, który mi mówi "Za dużo!". Jeszcze wczoraj zaaresztowałem sześć arystokratycznych psów, a dziś - cztery. W Strasburgu i okolicach widzi się tylko mych Huzarów Śmierci. Ostatniej nocy zatrzymano emigranta46, który miał czelność przekroczyć Ren przemytniczą łodzią i przybyć do Plobsheim, by spiskować ze swą rodziną. Ten, na przykład, może być pewny swego losu. Teraz zrozumiałem pewną rzecz! - kontynuował, podnosząc rękę w grożącym geście. - Wydarzenia są znacznie silniejsze niż wola. Jeśli są ludzie, którzy na podobieństwo wojennych rydwanów z Pisma tratują narody na swej drodze, to znaczy, że popychani są tą samą nieodpartą i nieuchronną siłą, która powoduje wybuchy wulkanów i napędza wodospady.
Po tym niepozbawionym elokwencji wystąpieniu nagle wybuchnął nerwowym śmiechem, dodając:
- Ba! Nic przed życiem, nic po śmierci. Koszmar na jawie, oto wszystko. Czyż warto się nim przejmować, dopóki trwa, a kiedy przemija, czy warto go żałować? Na honor, nie. Chodźmy na obiad. Valeat res ludicra47, prawda, Charles?
I ruszając przodem, otworzył przyjaciołom drzwi jadalni, w której czekał wystawny posiłek.
- Ale w końcu - spytał Young, zasiadając z pozostałymi do stołu - dlaczego to wszystko zmusza cię do małżeństwa w ciągu tygodnia?
- A prawda, zapomniałem o najlepszym! Czyż nazywając mnie kapucynem z Kolonii, gdzie nigdy kapucynem nie byłem, i kanonikiem z Augsburga, gdzie kanonikiem też nie byłem, jednocześnie nie zarzucają mi orgii i rozpusty? Ja i orgie! Przyjrzyjmy się temu bliżej. Przez trzydzieści cztery lata mego życia piłem tylko wodę i jadłem tylko warzywa. Teraz przynajmniej przyszła kolej na pszenne pieczywo i mięso. Ja i rozpusta! Przecież skoro zrzuciłem sutannę, to nie po to, żeby żyć jak święty Antoni. No więc by z tym wszystkim skończyć, trzeba, żebym się ożenił. Do diabła! Będę równie wiernym małżonkiem jak inni i równie dobrym ojcem rodziny. Oczywiście jeśli obywatel Saint-Just zostawi mi na to czas.
- A czy chociaż dokonałeś wyboru szczęśliwej narzeczonej - spytał Edelmann - którą dopuścisz do zaszczytu dzielenia z tobą łoża?
- Co tam - odpowiedział Schneider - jeśli tylko będzie to kobieta, resztę pozostawiam diabłu.
- Zdrowie przyszłej małżonki Schneidera - wzniósł toast Young. - A ponieważ diabła wziął za swata, niech ten mu chociaż wybierze bogatą, młodą i piękną!
- Niech żyje żona Schneidera! - rzekł smutno Monnet.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi i na progu jadalni pojawiła się stara kucharka.
- Jest tutaj obywatelka - oznajmiła - która chce rozmawiać z obywatelem Euloge'em w bardzo pilnej sprawie.
- W tym momencie - uciął Euloge - nie znam sprawy pilniejszej niż dokończyć rozpoczęty obiad. Niech przyjdzie jutro.
Stara wyszła, ale prawie natychmiast drzwi ponownie się otworzyły.
- Mówi, że jutro będzie za późno.
- No to dlaczego nie przyszła wcześniej?
- Ponieważ było to niemożliwe, obywatelu - powiedział dochodzący z przedpokoju głos łagodny i proszący. - Błagam cię, pozwól mi się z tobą zobaczyć, pozwól mi porozmawiać.
Euloge zniecierpliwionym gestem dał kucharce znak, by zamknęła drzwi i podeszła do niego. Lecz natychmiast, uderzony świeżością młodzieńczego głosu, z uśmiechem satyra zapytał starej:
- Ona jest młoda?
- Może mieć osiemnaście lat - odpowiedziała kucharka.
- Jest ładna?
- Diabelnie piękna!
Trzej mężczyźni się roześmiali.
- Słyszysz, Schneider? Diabelnie piękna!
- Zatem - odezwał się Young - pozostaje się tylko upewnić, że jest bogata, i narzeczona znaleziona. Otwórz, stara, nie czekając. Musisz zawrzeć znajomość z tą piękną dziewczyną, Schneider, ona przychodzi z polecenia diabła.
- A dlaczego nie z polecenia Boga? - powiedział Charles głosem tak słodkim, że trzej mężczyźni zadrżeli.
- Ponieważ nasz przyjaciel Schneider pokłócił się z Bogiem, natomiast jest w doskonałych stosunkach z diabłem. Innego powodu nie znam.
- I ponieważ - dodał Young - tylko diabeł tak szybko spełnia prośby wyrażone w modlitwach, które się do niego kieruje.
- No cóż! - zadecydował Schneider. - Niech więc wejdzie!
Służąca otworzyła drzwi i natychmiast pojawiła się w nich elegancka postać młodej dziewczyny ubranej w podróżny kostium i otulonej płaszczykiem z czarnego atłasu o podszewce z różowej tafty. Weszła do jadalni, zatrzymała się w świetle świec naprzeciw czterech biesiadników, którzy lekkim pomrukiem wyrazili swój zachwyt, i spytała:
- Obywatele, który z was jest obywatelem komisarzem Republiki?
- Ja, obywatelko - odpowiedział Schneider, nie podnosząc się.
- Obywatelu - zaczęła - chcę cię prosić o łaskę, od której zależy moje życie.
Jej spojrzenie z niepokojem przesunęło się po twarzach pozostałych obecnych.
- Proszę się nie obawiać obecności moich przyjaciół - uspokoił ją Schneider. - Są to przyjaciele z wyboru i, rzekłbym, wielbiciele piękna z zawodu. Oto mój przyjaciel Edelmann, który jest muzykiem.
Dziewczyna wykonała ruch głową, który mógł znaczyć: "Znam jego muzykę".
- A to mój przyjaciel Young, poeta - kontynuował Schneider.
Ten sam ruch głowy z pewnością oznaczał: "Znam jego wiersze".
- I wreszcie mój przyjaciel Monnet, który nie jest ani poetą, ani muzykiem, ale który posiada oczy i serce. Z jego spojrzenia odgaduję, że z góry jest gotowy poprzeć twoją sprawę. Jeśli natomiast chodzi o mego najmłodszego przyjaciela, to dopiero uczeń, jak widać, ale już dostatecznie wykształcony, by czasownik "kochać" odmienić w trzech językach. Możesz więc śmiało mówić przed nimi. Chyba że to, co masz do powiedzenia, jest na tyle poufne, iż wymaga rozmowy w cztery oczy.
To mówiąc, podniósł się, wyciągnął do dziewczyny rękę i wskazał jej wpółotwarte drzwi, które prowadziły do sąsiadującego pomieszczenia.
Dziewczyna żywo zaprotestowała:
- Nie, proszę pana, nie.
Schneider zmarszczył brwi.
- Wybacz, obywatelu... Nie, to co mam ci do powiedzenia, obywatelu, nie musi się skrywać ani przed światłem, ani przed rozgłosem.
Schneider usiadł, dając dziewczynie znak, by zajęła wolne miejsce. Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Proszącemu wypada pozostawać na stojąco.
- Zatem - podjął Schneider - po kolei. Powiedziałem ci, kim my jesteśmy. Teraz kolej na ciebie.
- Nazywam się Klotylda Brumpt.
- De Brumpt, chcesz powiedzieć?
- Niczemu nie służy zarzucanie mi przestępstwa, które o trzysta lub czterysta lat poprzedziło moje narodziny i z którym nie mam nic wspólnego.
- Nie potrzebujesz mówić więcej. Znam twą historię i wiem, po co przyszłaś.
Dziewczyna upadła na kolana. Błagalny ruch uczyniony jednocześnie głową i złożeniem rąk sprawił, że kaptur płaszczyka opadł jej na ramiona i w pełnym świetle ukazał twarz nadzwyczajnej urody. Piękne blond włosy przedzielone na środku głowy, opadając obfitymi puklami wzdłuż policzków, okalały twarz o kształcie doskonałego owalu. Jej czarne oczy, rzęsy i brwi dodatkowo podkreślały matową biel czoła. Nos prosty, ale ruchliwy uczestniczył w lekkim drżeniu policzków, na których widniały liczne ślady łez, niechybnie obficie niedawno wylewanych. Jej lekko otwarte, gotowe do modlitwy usta zdawały się rzeźbione w różowym koralu i pozwalały dostrzec w półcieniu biel perłowych zębów. Wreszcie śnieżnobiała szyja o gładkości aksamitnej tkaniny znikała w wysoko zapiętej czarnej sukni, poprzez fałdy której odgadywało się wdzięczne kształty okrywanego nią ciała.
Patrzono na dziewczynę z wyjątkowym zachwytem.
- Tak, tak - rzekł Schneider - jesteś piękna. Posiadasz urodę ras przeklętych, ich wdzięk i powab. Ale my nie jesteśmy żadnymi Azjatami, którzy pozwalają się uwieść jakimś Helenom lub Roksolanom48. Twój ojciec spiskuje, twój ojciec jest winny, twój ojciec umrze.
Dziewczyna wydała okrzyk, jakby jego słowa były sztyletem przeszywającym jej serce.
- O nie, nie! Mój ojciec nie jest spiskowcem! - zawołała.
- Jeśli nie spiskował, to dlaczego wyemigrował?
- Wyemigrował, ponieważ będąc poddanym księcia Kondeusza, uznał, że powinien podążyć na wygnanie za swym panem. Ale pozostając równie oddanym synem Francji, jak wiernym był wasalem, nie chciał walczyć przeciw ojczyźnie. Od dwóch lat jako wygnaniec nie wyciągnął szpady z pochwy.
- Co robił we Francji i dlaczego przekroczył Ren?
- Niestety! Mówi to moja żałoba, obywatelu komisarzu. Po tej stronie rzeki umierała moja matka, ledwie cztery mile od niego. Człowiek, w którego ramionach spędziła dwadzieścia szczęśliwych lat swego życia, z niepokojem oczekiwał na choć jedno słowo przywracające nadzieję. Lecz kolejne wiadomości informowały: "Jest gorzej! Jest gorzej! Jest coraz gorzej!". Przedwczoraj nie mógł dłużej wytrzymać. Przebrał się za wieśniaka i przepłynął rzekę z przewoźnikiem. Tego nieszczęśnika zapewne skusiła wyznaczona nagroda. Niech Bóg mu wybaczy! Wydał ojca i tej nocy go aresztowano. Spytaj swych agentów, w jakim momencie. Gdy moja matka właśnie umarła. Niech ci powiedzą, co wtedy robił. Płakał, zamykając jej oczy. Och, jeśli powrót z wygnania kiedykolwiek może być wybaczalny, to wówczas, gdy małżonek przybywa, by na zawsze pożegnać matkę swych dzieci. Mój Boże! Powiesz, że prawo jest słuszne, a każdy wygnaniec powracający na ziemię francuską zasługuje na karę śmierci. Tak, jeśli powraca z podstępem w sercu i bronią w ręku, by spiskować, by walczyć. Ale nie wtedy, kiedy przybywa ze złożonymi rękami, by upaść na kolana przy łożu śmierci.
- Obywatelko Brumpt... - Schneider potrząsnął głową. - Prawo nie wnika w te wszystkie uczuciowe subtelności. Ono stanowi: "W takim a takim przypadku, w takich a takich okolicznościach, z takiego a takiego powodu grozi kara śmierci". Człowiek, który łamie prawo, jest winny. A jeśli jest winny, musi umrzeć.
- Nie, nie, jeśli jest sądzony przez ludzi, którzy posiadają serce.
- Serce! - wykrzyknął Schneider. - Czy myślisz, że zawsze można kierować się sercem? Szkoda, że nie słyszałaś, o co mnie dziś oskarżono w Propagandzie. Właśnie o posiadanie serca zbyt czułego na ludzkie błagania. Czy myślisz, że moja rola nie byłaby łatwiejsza i przyjemniejsza, gdybym widząc u mych stóp osobę tak piękną jak ty, mógł ją podnieść i osuszyć jej łzy, zamiast brutalnie jej oznajmić: "To wszystko na nic, tracisz swój czas". Ale na nieszczęście istnieje prawo, a jego organa muszą być równie nieugięte jak ono. Prawo to nie kobieta. Prawo to brązowy posąg, który w jednej ręce trzyma miecz, a w drugiej wagę. Prócz oskarżenia z jednej, a prawdy z drugiej strony, nic innego nie może wpłynąć na położenie szali. Podobnie nic nie może odchylić ostrza miecza z okrutnej linii, która zostaje mu wyznaczona. Na tej linii ostrze napotkało głowę króla, głowę królowej, głowę księcia, i wszystkie trzy spadły jak głowa zwykłego włóczęgi ujętego na skraju lasu za zabójstwo lub podpalenie. Jutro wyruszam do Plobsheim. Gilotyna i kat pojadą moim śladem. Jeśli twój ojciec nie był emigrantem, jeśli nie przekroczył skrycie Renu, jeśli w końcu oskarżenie okaże się niesprawiedliwe, to wyjdzie on na wolność. Lecz jeśli oskarżenie jest słuszne, co zresztą sama potwierdziłaś, pojutrze jego głowa spadnie na placu publicznym w Plobsheim.
Dziewczyna z nadludzkim wysiłkiem podniosła głowę.
- Zatem nie pozostawiasz mi żadnej nadziei?
- Żadnej.
- Więc jeszcze jedno słowo - rzekła, nagle się podnosząc.
- Mów.
- Ale tylko tobie.
- No to chodź.
Dziewczyna ruszyła zdecydowanym krokiem i bez wahania weszła do saloniku. Schneider wszedł za nią i zamknął za sobą drzwi. Ledwie znaleźli się sami, wyciągnął ramiona, by objąć jej kibić, ale zdecydowanie i z godnością został odepchnięty.
- Wybacz ostatnią próbę, którą w stosunku do ciebie podejmuję, obywatelu Schneider - powiedziała - ale wiesz, że usiłowałam dotrzeć do twego serca wszelkimi uczciwymi sposobami, które nie odniosły skutku. Wiesz, że jestem w beznadziejnej sytuacji, że chcąc ocalić życie mego ojca, gdy inne środki cię nie wzruszają, zmuszona jestem powiedzieć: "Łzy i prośby okazały się bezsilne... ale pieniądze...".
Schneider lekceważąco poruszył ramionami i wargami, ale dziewczyna nie pozwoliła sobie przerwać.
- Jestem bogata - kontynuowała. - Po śmierci matki dziedziczę olbrzymią fortunę, która należy się mnie i tylko mnie, obywatelu Schneider. Dysponuję dwoma milionami, a będę miała cztery. Dam je tobie. W tej chwili mam tylko dwa, chcesz? Bierz pieniądze i ocal mego ojca!
Schneider położył jej dłoń na ramieniu. Zamyślił się, a krzaczaste brwi zakryły niemal jego oczy przed natarczywym, badawczym spojrzeniem dziewczyny.
- Jak już wspomniałem - odezwał się - jutro jadę do Plobsheim. Uczyniłaś mi pewną propozycję, tam na miejscu ja tobie też coś zaproponuję.
- To znaczy? - Dziewczyna była zaskoczona.
- To znaczy, że jeśli zechcesz, można będzie się porozumieć.
- Jeśli ta propozycja w jakikolwiek sposób uchybia mej godności, nie ma potrzeby z nią wychodzić.
- O to się nie obawiaj.
- Zatem będziesz oczekiwany w Plobsheim.
Ukłoniwszy się, nadal bez większej nadziei, ale już bez łez, otworzyła drzwi, minęła jadalnię i lekko dygnąwszy, wyszła. Prawdę mówiąc, ani trzej mężczyźni, ani chłopak nie mogli dojrzeć twarzy dziewczyny całkowicie schowanej pod czepcem jej płaszczyka.
Komisarz Republiki podążał za nią. Poczekał, aż drzwi jadalni zamknęły się za wychodzącą i rozległ się turkot kół odwożącego ją pojazdu. Wtedy podszedł do stołu, rozlał całą butelkę Liebfrauenmilch49 do kieliszków gości i swego własnego, po czym oznajmił:
- Tym hojnie rozlanym winem pijmy za zdrowie obywatelki Klotyldy Brumpt, narzeczonej Jeana Georges'a Euloge'a Schneidera.
Podniósł swój kielich. Pozostali czterej biesiadnicy, sądząc, że nie warto pytać o wyjaśnienia, których pewnie i tak by nie udzielił, poszli jego śladem.
43 François-Joseph Gossec, lub Gossé (1734-1829) - kompozytor, skrzypek i pedagog muzyczny; w okresie monarchii pracował dla książąt, podczas rewolucji uznany za oficjalnego kompozytora republiki, najwyższym uznaniem cieszył się także w czasach napoleońskich.
44 Moderantyzm - określenie stosowane wobec stanowiska przeciwników terroru podczas rewolucji.
45 Epitalamium - pieśń weselna wywodząca się z kultury greckiej; pieśń na cześć nowożeńców.
46 Emigranci - tak nazywano zarówno zwolenników monarchii, którzy uciekając przed rewolucją opuszczali granice Francji, jak też tworzone przez nich formacje zbrojne, walczące u boku wojsk pruskich i austriackich z republikańską Francją.
47 Valeat res ludicra (łac.) - żegnaj komedio, cytat z Listów Horacego.
48 Roksolana (Aleksandra Lisowska, 1505-1558) - branka z terenów Rusi Czerwonej, która została konkubiną, a w 1530 roku żoną sułtana Sulejmana Wspaniałego; miała duży wpływ na sułtana, także na jego politykę zagraniczną; możliwe, że wynikiem tych wpływów była dość łagodna polityka Sulejmana wobec Polski.
49 Liebfrauenmilch - rodzaj białego, półsłodkiego, niemieckiego wina.